Duma i milczenie

Rządzona przez PiS Polska coraz bardziej hamuje rozwój Unii Europejskiej. Pragnie zmienić ją na „obraz i podobieństwo bożę”. Czyli swoje. Konserwatywnego, obrażonego na zmieniający się świat, narodowo -katolickiego skansenu.
Jeszcze pięć lat temu gorące debaty o „Unii Europejskiej dwóch prędkości” koncentrowały się na pytaniu o zasadność wprowadzenia wspólnej waluty.
Dzisiaj najgłośniejsze medialnie spory o przyszłość Unii Europejskiej toczy narodowo – kościelny duet rządów Polski i Węgier. Żądający od Brukseli odrzucenia idei nowoczesnego, świeckiego, opartego na równości płci społeczeństwa. Postulujących powrót do wyidealizowanego narodowego, patriarchalnego, religijnego społeczeństwa. Konserwatywnej utopii społecznej.
I teraz też Polska, rządzona przez PiS, znajduje się w unijnej mniejszości. Już nie w grupie „drugiej prędkości ekonomicznej”, lecz partyzanckich „hamulcowych Unii”.
Elity PiS kreując swą politykę kierują się prymatem ideologii nad pragmatyzmem, realizmem i korzyściami gospodarczymi.
Nic zatem dziwnego, że również w sferze polityki zagranicznej ta Polska plasuje się w gronie państw zmarginalizowanych i niekompatybilnych.
Koń przemieniony w osła
Za czasów prezydentury Donalda Trumpa Polska PiS dorobiła się miana „amerykańskiego konia trojańskiego” w Unii Europejskiej.
Elity PiS uczyniły rosyjskie zagrożenie fundamentem swej polityki zagranicznej. Wizja rosyjskich czołgów jadących na Warszawę, objawiona w przepowiedni prezydenta Kaczyńskiego, skutecznie mobilizowała narodowo-katolickich wyborców. Patriotycznie szantażowała wszelkich krytyków tej politycznej bredni.
Aby zapewnić bezpieczeństwo Polsce politycy PiS podlizywali się prezydentowi USA gdzie tylko mogli i jak tylko mogli. Wykreowali wizję „Fortu Trump” – silnego skupiska wojsk USA na wschodniej flance NATO.
Niestety ten pragmatyczny pomysł skazili swymi antyniemieckimi fobiami. Ów „Fort Trump” miał nie tylko powstrzymywać rosyjskie czołgi, ale być też alternatywą dla amerykańskich baz w Niemczech.
Taka antyrosyjska i antyniemiecka polityka podobała się prezydentowi Trumpowi. Chciał słabej, skłóconej Unii Europejskiej. Chciał skuteczniej wywierać nacisk na Niemcy. A w maszerujące na Warszawę rosyjskie czołgi pewnie nie wierzył.
Wierzył za to, że grając rosyjskim zagrożeniem skuteczniej zmusi europejskie państwa NATO do zwiększenia swych wydatków na wojsko. A to przełoży się na zakupy amerykańskiej broni.
Zwłaszcza przez państwa średnio zamożne, jak Polska, ale pozbawione własnego nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego.
Dziś nowy prezydent USA Joe Biden chciałby anty chińskiego sojuszu z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej. Zależy mu, w przeciwieństwie do swego poprzednika, na silnej i zjednoczonej Unii Europejskiej. Polska PiSowska, ten majster od demolowania Unii, nie jest już teraz administracji USA potrzebna.
Obecna Polska nie może być częścią aliansu zachodnich demokracji, który prezydent Biden chce teraz budować.
Przydaje się amerykańskiej administracji jedynie jako propagandowy czarny charakter. Państwo niedemokratyczne, ksenofobiczne, nietolerancyjne dla środowisk LGBTI. Homofob, zły uczeń, którego można propagandowo wytargać za uszy, pouczać w internetowym klipie wyprodukowanym i firmowanym przez ambasadę USA.
W Polsce nadal nie ma amerykańskiego ambasadora. Pan prezydent, pan premier i ministrowie również nie mają dobrych relacji z administracją prezydenta Bidena. Polska nie istnieje w polityce najważniejszego gwaranta swego bezpieczeństwa.
Inna wojna
Chłód okazywany przez prezydenta Bidena rządom PiS nie spowoduje wycofania wojsk USA z polskich baz. Pierwsze decyzje o ich stacjonowaniu zapadły jeszcze za prezydentury Baracka Obamy. Wszystkie koszty stacjonowania tych wojsk ponoszą polscy podatnicy.
Były szef Sztabu Generalnego WP generał Mieczysław Gocuł w obszerny wywiadzie dla „Przeglądu” celnie opisał stan polskiego wojska po rządach pana ministra Antoniego Macierewicza.
Najlepiej obrazuje go porównanie z wojskiem niemieckim.
Kiedy w Polsce tworzono nowy rodzaj sił zbrojnych, ponad 50 tysięczny korpus Wojsk Obrony Terytorialnej, u niemieckich sąsiadów stworzono wojska cybernetyczne. Złożone z kilkunastu tysięcy informatycznych specjalistów.
Polsce, państwu członkowi NATO i Unii Europejskiej, nie grozi atak rosyjskich czołgów, uważa generał Gocuł. Przestrzega przed tworzeniu takich paranoicznych zagrożeń.
Zagrożenia są zupełnie inne, bo nowe wojny będą odmienne od tych z wyobrażeń PiSowskich dziadersów. Niedawna, lokalna wojna między wojskami armeńskimi i azerbejdżańskimi dowiodła anachronizmu ataków opartych na siłach pancernych. W starciu ormiańskich czołgów z azerbejdżańskimi dronami, wygrały te ostatnie.
Stąd wnioski, że przyszłe starcia rozgrywać się będą przede wszystkim w powietrzu. Stamtąd też można oczekiwać największego zagrożenia.
W roku 2019 „gwarant polskiego bezpieczeństwa”, prezydent USA Donald Trump wypowiedział układ INF. Aby zaszantażować zbrojące się Chiny.
Układ INF /Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces/, czyli „Układ o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu” został podpisany jeszcze w latach osiemdziesiątych pomiędzy USA a ZSRR. Zobowiązano się w nim, że obie strony muszą likwidować lądowe rakiety balistyczne oraz pociski średniego i pośredniego zasięgu.
Chiny nie uczestniczyły w tamtych negocjacjach, bo wtedy armia chińska nie dysponowała arsenałem rakiet tego typu. Potem zaczęła się zbroić i dlatego prezydent USA wycofał się z ograniczeń. Też zaczął się zbroić, co wywołało rosyjskie zbrojenia.
I tak za to,że Chińczyk zawinił, pogorszyło się bezpieczeństwo Polski. Bo w razie konfliktu szybciej na polskie terytorium dolecą rakiety niż dojadą czołgi.
Teraz prezydent Biden i jego europejscy sojusznicy chcą powrotu do limitowania pocisków średniego zasięgu. Polska PiS milczy. Przygotowuje wojska WOT do walki z rosyjskimi czołgami. Przy pomocy „koktajli Mołotowa”…
Dumna i milcząca
Podczas ostatniego szczytu NATO prezydent Francji zaproponował podjęcie dialogu z Rosją. Miał wsparcie ze strony Niemiec. Ich minister spraw zagranicznych Heiko Maas wielokrotnie proponował budowanie „pragmatycznych relacji” z Rosją. Dialog taki miała zablokować Polska wsparta przez państwa bałtyckie i Ukrainę.
Nie zakończyło to sporu. Stanowisko francusko- niemieckie poparł premier Włoch Mario Draghi. Bo Rosja jest „ważnym partnerem gospodarczym Unii”. Sprzeciwił się temu polski wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz.
Uważa, że Rosja niewiele może zaoferować europejskiej gospodarce. I szkoda z nią gadać.
Polska PiS nie wejdzie w takie „pragmatyczne relacje”.
Ciekawe, bo nie brzydzą się nimi jedynie sojusznicy PiS w Europie. Premier Węgier Orban i włoscy salwiniści. Są ostentacyjnie prorosyjscy. Nawet pro Putinowscy.
Zatem Polsce PiS pozostaje duma. Wierne milczenie.
Dialog jedynie ze sobą.

Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Sto lat temu w Oklahomie

Tulsa to drugie co do wielkości miasto w Stanie Oklahoma. W ciągu osiemnastu godzin 31maja – 1 czerwca 1921 stało się ono widownią krwawej masakry dokonanej przez rozjuszony tłum białych mieszkańców na ich czarnych współobywatelach.

Biden pojawił się w Tulsie jako pierwszy prezydent upamiętniający tragiczne wydarzenia-jak dotychczas – wstydliwie przemilczane.
Dzięki wysiłkom Oklahoma Historical Society zgromadzone zostały liczne informacje o tym , co się stało sto lat temu.
Na początku 1921 roku Tulsa była nowoczesnym i dobrze prosperującym miastem liczącym ponad sto tysięcy mieszkańców. Około dziesięć tysięcy stanowiła ludność afro-amerykańska mieszkająca w dzielnicy Greenwood District. Wychodziły tam dwie gazety. Funkcjonowała filia biblioteki miejskiej. Przy ulicy Black Wall Street znajdowały się przedsiębiorstwa i sklepy cieszące się powodzeniem. Wśród ich właścicieli byli posiadacze samochodów zwracający uwagę otoczenia eleganckimi garniturami.
W społeczeństwie narastało napięcie związane z powstaniem i ilościowym wzrostem tzw. drugiego Ku-Klux-Klanu, którego członkowie byli zwolennikami uproszczonego, zbrodniczego sposobu wymierzania sprawiedliwości. Bywało , że osoba oskarżona o dokonanie morderstwa nie stawała przed sądem, lecz była wyprowadzana przez uzbrojony tłum i linczowana. Z drugiej strony wśród mieszkańców Greenwood District byli weterani z czasów I Wojny Światowej, którzy sądzili , że linczowaniu należy się czynnie przeciwstawić.
Czarnoskóry 19-letni pucybut Dick Roland wchodząc do windy nadepnął na stopę obsługującej windę 17-letniej Sarah Page. Biała dziewczyna krzyknęła z bólu. Incydent ten opisała Tulsa Tribune jako usiłowanie gwałtu. Gazeta wzywała do zlinczowania Rolanda. Został on aresztowany przez policję. Następnego dnia od rana areszt otoczyły setki białych mężczyzn domagających się wydania im pucybuta. W dwie godziny później 25 uzbrojonych weteranów zaproponowało szeryfowi ochronę aresztu. Szeryf nie zgodził się i weterani powrócili do Greenwood District. Grupa rozwścieczonych białych mężczyzn usiłowała włamać się do magazynu broni Gwardii Narodowej. Zostali powstrzymani przez miejscowych strażników. Po godzinie w Greenwood pojawiła się informacja, że biali szturmują gmach sądu. Tym razem 75 osobowa grupa weteranów przyszła z propozycją ochrony tego gmachu. Zostali odesłani do domu. W drodze powrotnej biały mężczyzna usiłował rozbroić weterana. Padły strzały. Po godzinie tłum białych wściekłych z powodu niemożności zlinczowania Rolanda zaatakował obsługę linii kolejowej, która to obsługa zdołała ich powstrzymać. Wkrótce budynki znajdujące się na obrzeżu Greenwood District zostały podpalone. Policja udostępniała broń i zachęcała do „zrobienia porządku z czarnuchami”. Gwardia Narodowa otoczyła dzielnice w których mieszkała biała ludność. W dzielnicach tych pracowała czarnoskóra służba. Uzbrojone bandy rasistów chodziły od domu do domu domagając się wydania im służących, które ich zdanie powinny być w areszcie. Kiedy biali gospodarze nie zgadzali się na to – narażali się na obelgi, pobicie i dewastację mieszkań. Setki białych mężczyzn wtargnęły do Greenwood District paląc, rabując i strzelając. Używano karabinów maszynowych. Nad dzielnicą pojawiały się prywatne samoloty z których strzelano i wyrzucano szmaty nasycone płynami łatwopalnymi.
Znany i ceniony w tej dzielnicy chirurg A.C. Jackson poddał się grupie uzbrojonych napastników, po czy został rozstrzelany. Liczba ofiar śmiertelnych oceniana była na 50 do 300. Ustalenie dokładnej liczby nie było możliwe gdyż wiele ofiar wrzucono do pośpiesznie wykopanych dołów, które nie wszystkie został wykryte. Spłonęło ponad tysiąc domów i budynków gospodarczych. Niektóre z nich wkrótce odbudowano. Jednakże zimę 1921-1922 tysiące ludzi spędziło w namiotach.
Za morderstwa i podpalenia nikt z białych nie został ukarany.
Dick Roland został przez sąd oczyszczony z zarzutów i uniewinniony.

Dr Andrzej Wilk jest honorowym obywatelem Stanu Oklahoma

W Polsce nie nastąpi otrzeźwienie

– Nie można dziś oczekiwać politycznej przyzwoitości od Kaczyńskiego, Morawieckiego czy Dudy, w Waszyngtonie o tym wiedzą, a przyzwoitość ma aktualnie tam znaczenie, jest niezłą walutą, czego wulgarni populiści znad Wisły nie rozumieją. Jeżeli mamy kurs na tworzenie systemu autorytarnego i następuje niszczenie kolejnych demokratycznych instytucji, to nie możemy liczyć na przychylność USA. Świeża decyzja Waszyngtonu o zaprzestaniu blokowania budowy Nord Stream 2 potwierdza, że zdanie władzy PiS nie jest zupełnie brane pod uwagę przez Biały Dom – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co), były szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych prof. Roman Kuźniar.

JUSTYNA KOĆ: Kilka dni temu Joe Biden wezwał do rozejmu na Bliskim Wschodzie. Wiadomo, że Ameryka to strategiczny partner Izraela. Na ile zatem to są istotne słowa?
ROMAN KUŹNIAR: Trudno powiedzieć, bo nie wiemy, jak dalece premier Netanjahu i jego rząd zechcą brać pod uwagę zdanie prezydenta wywodzącego się z Partii Demokratycznej. Izrael przez ostatnie lata dowodził głębokiej autonomii wobec demokratycznych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Oczywiście republikańscy prezydenci bardzo silnie i jednostronnie popierali Netanjahu i Izrael w konflikcie z Palestyńczykami czy innymi sąsiadami, więc „problemu autonomii” nie było.
Wobec prezydenta Obamy premier Izraela zachowywał się ostentacyjnie nieprzyjaźnie, aby nie powiedzieć pogardliwie, i trzymał go na dystans, jeżeli chodzi o sprawy bliskowschodnie. Doprowadziło to do tego, że prezydent Obama, mówiąc kolokwialnie, odpuścił sobie problem izraelsko-palestyński i przestał cokolwiek sugerować czy próbować reanimować tak zwany proces pokojowy. Netanjahu niezbyt poważnie traktował zresztą także administrację G.W. Busha. To za jego czasów izraelscy dyplomaci pozwalali sobie na dość ironiczne uwagi pod adresem Condoleezzy Rice, która dwa razy w tygodniu „meldowała się w Tel Awiwie”.
Aż nastał Donald Trump…
Największym przyjacielem Netanjahu był zdecydowanie Donald Trump, który miał z premierem Izraela swoiste pokrewieństwo ideowe. Tam zresztą nie było idei, tylko zbieżność temperamentów politycznych, jak i rozumienia sensu polityki. Obaj reprezentowali nurt silnie prawicowo-nacjonalistyczny, więc rozumieli się bez słów.
Zięć Trumpa, który miał słabe, mówiąc delikatnie, zrozumienie złożoności sytuacji na Bliskim Wschodzie, ale dysponował potęgą i pieniędzmi USA, uważał, że to wystarczy, wynegocjował jakieś niby-porozumienie między Izraelem a niektórymi krajami arabskimi. To miało krótkie nogi, bo nie tylko grzeszyło naiwnością, ale także ignorowało prawa Palestyńczyków.
Wybuch konfliktu był odłożony w czasie i to się właśnie teraz zdarzyło.
Biden zmieni politykę USA w stosunku do Izraela?
Administracja Bidena ma świadomość błędów, które popełniali poprzednicy. Jednak Waszyngton, podobnie jak inne zachodnie stolice, ma ograniczone pole manewru, jeżeli chodzi o wywieranie presji na Izrael w kontekście takich jego działań jak pacyfikacja Strefy Gazy przez wojsko izraelskie na rozkaz premiera Netanjahu. To jest sprawa historii, sojuszniczych więzów, pozycji lobby izraelskiego w USA.
Jednak niezależnie od tej tradycji Biden jest też pod rosnącą presją ze strony własnej partii oraz wyborców Sandersa, którzy zagłosowali ostatecznie na niego. Demokraci zaczynają się bulwersować, że ich administracja nie potrafi zerwać z wzorcem polityki bliskowschodniej Trumpa. W grę wchodzą także względy moralności, wcale teraz takie nie bez znaczenia w USA. Podejrzewam, że w prywatnej rozmowie z Netanjahu Biden był nieco bardziej szczery niż w publicznych wypowiedziach. Nie potrafię jednak powiedzieć, jak premier Izraela odczyta całą sytuację.
Wiadomo, że za Obamy, kiedy w Kongresie była większość republikańska, Netanjahu mógł pozwolić sobie na lekceważenie amerykańskiego, demokratycznego prezydenta. Jak teraz premier Izraela odczyta rozkład sił, wpływy w Waszyngtonie i na ile może pozwolić sobie w relacjach z nową administracją mocarstwa, od którego w dużym stopniu zależy bezpieczeństwo Izraela, to jest pytanie, na które odpowiedzi jeszcze nie znamy.
Netanjahu właściwie osiągnął już to, co zamierzał, czyli mocno zdewastował zdolności obronne i militarne Hamasu, zatem w związku z tym może lada dzień ogłosić sukces kampanii pacyfikacyjnej i odpuścić.
Wówczas Waszyngton także będzie mógł próbować wyjść z tego z twarzą pokazując, że doszło do tego pod wpływem perswazji Białego Domu. Będzie to jednak mało wiarygodne, także dla roli USA na Bliskim Wschodzie, bo będzie oznaczać, że Ameryce można grać na nosie.

Joe Biden w kampanii często uznawany był za nudnego staruszka, tymczasem jako prezydent wszystkich zaskoczył, a pierwsze miesiące jego prezydentury to spektakularny sukces. Kampania szczepionkowa przebiega znakomicie, udało mu się także przeforsować program za 5 bilionów dolarów, który ma podnieść gospodarkę, ale też zmniejszyć nierówności społeczne i pomóc najbiedniejszym. Jak pan ocenia te pierwsze miesiące?
Nie można oceniać ich inaczej niż piątka z plusem. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni, łącznie z amerykańską opinią publiczną, wigorem i tempem, w jakim działa administracja. Okazuje się, że o ile Biden sam nie jest wulkanem energii czy emocji, jak ta nizina moralna Donald Trump, ale za to przyszedł świetnie przygotowany do swojej roli. Nie tylko wie, jak powinien działać prezydent, ale też wszedł do Białego Domu z planem uzdrawiania Ameryki, która od wielu lat jest w głębokim dołku, w grzęzawisku, w którym się stale pogrążała, a co dało właśnie grunt do zwycięstwa kogoś takiego jak Trump.
Biden ma świadomość, że musi osuszyć to amerykańskie bagno, żeby nie dopuścić do powtórki z prezydentury kogoś podobnego do Trumpa.
Zarówno kampania szczepionkowa, jak również kolejne pakiety pokazują, że Ameryka może być inna. Przede wszystkim, że w odróżnieniu od czasów Trumpa może być przyzwoita.
Amerykański prezydent zaproponował dwa pakiety, gdzie dwa biliony mają doprowadzić do odbicia gospodarczego, ale już kolejne dwa mają być przeznaczone na problemy społeczne. Mówi się nawet, że to ostateczne zerwanie z neoliberalizmem. Jak pan to ocenia?
Biden zaproponował pakiety stymulujące gospodarkę. To nie jest plan w stylu Polskiego Ładu Morawieckiego, gdzie mamy wyłącznie rozdawnictwo i dystrybucję. W planie Bidena jest szeroki pakiet ukierunkowany na rekonwalescencję Ameryki w tych miejscach, gdzie jej choroba była największa. Dotyczy to m.in. infrastruktury, od tej elementarnej, jak połączenia, aż do cyfryzacji, szkolnictwa i edukacji, która była katastrofalnie niska. Amerykańskie szkoły wypuszczały miliony infantylnych, niedouczonych ludzi, podatnych na manipulacje i demagogię, dlatego też ktoś taki jak Trump mógł zostać prezydentem.
Ale to nie jest zerwanie z neoliberalizmem, tylko uzupełnienie go o komponent socjalny i troski o kondycję ameryki. Biden ma świadomość, że musi się śpieszyć, bo za chwilę wybory uzupełniające i to „okno pogodowe”, czyli obecna przewaga demokratów w obu izbach Kongresu, może się zamknąć.
Wówczas Biden może powtórzyć los Obamy, który przyszedł również z konkretnym programem, ale nie potrafił go przeprowadzić.
Biden jako doświadczony parlamentarzysta spędził kilkadziesiąt lat w Kongresie, wie, jak się poruszać i jak rozmawiać zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie, aby pozyskiwać tych wahających się spośród republikanów. Poradzi sobie znacznie lepiej niż Obama.
Jak ocenia pan politykę zagraniczną?
Tu również jestem pod wrażeniem, bo mimo zapowiedzianej przez Bidena koncentracji na froncie wewnętrznym, w polityce zagranicznej jest także dużo inicjatywy i energii. To również dlatego, że została ona powierzona bardzo doświadczonym ludziom, z Blinkenem na czele, którzy dobrze rozumieją moment, w którym znalazł się świat. Dzięki temu dyplomacja amerykańska działa w sposób bardzo przemyślany, strategiczny, ukierunkowany.
Oczywiście zawsze jest do czego się przyczepić, np. Biden zapowiadał surowsze podejście do Arabii Saudyjskiej, którego już wiadomo, że nie ma, bo interesy przemysłu zbrojeniowego. Zobaczymy też, jak rozwinie się sytuacja na kierunku rosyjskim.
Była zapowiedź ostrego kursu, ale potem stonowanie i nagła propozycja Bidena spotkania z Putinem. Uważam, że zbyt wcześnie. Putin powinien na to zasłużyć wyhamowaniem antyzachodniej ofensywy, całej tej obrzydliwej retoryki i dywersji informacyjnej.
Jeżeli chodzi o podejście do Chin, do Europy czy do Sojuszu Atlantyckiego, to wszystko jest w najlepszym porządku, widać, że to także pola, które są bardzo przemyślane.
Z Europą widzimy przywracanie normalnych relacji, ich rewitalizację. Podobnie jeżeli chodzi o NATO. Czekamy na szczyt NATO 14 czerwca i zobaczymy, jak Biden wyobraża sobie obecną rolę Sojuszu. Mówi się o pewnym otwarciu w kierunku Indo-Pacyfiku, to byłoby interesujące.
Wracając do Chin, to widać wyraźnie, że Amerykanie chcą, aby ich polityka oraz stosunki dwustronne, ale także szerzej podejście do świata, były oparte na zasadach prawa, na respektowaniu tej postaci porządku międzynarodowego, który został wykształcony po zimnej wojnie. W rozumieniu Waszyngtonu Chiny nie mogą teraz wywracać stolika i ignorować reguły tego porządku zarówno w stosunkach globalnych, jak i swojej okolicy. To również bardzo obiecujące.
Polski prezydent Duda poprzez wideokonferencję spotkał się w Bukareszcie z Joe Bidenem. Czy widzi pan szanse na poprawę stosunków polskiej ekipy z nową administracją USA, bo już chyba czas przestać płakać po Trumpie?
Nie dziwę się, że Biden nie dzwonił do Dudy, bo prezydent Rzeczpospolitej jest osobą kompletnie nieistotną i zupełnie nielicząca się ani w polskiej polityce, ani nawet we własnej partii. Amerykanie doskonale wiedzą, jaka jest sytuacja w Polsce i jaką role odgrywa prezydent Duda. Szkoda czasu na telefon do Mr. Nobody.
Rozmowa w czasie spotkania w Bukareszcie nie była rozmową z Dudą, tylko z bukaresztańską dziewiątką. To jest format zaproponowany jeszcze przez prezydenta Komorowskiego zaraz po rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie.
Pierwsze spotkanie odbyło się w Warszawie w Pałacu Prezydenckim w 2014 r. Ponieważ Polska nie narzekała wówczas na brak sukcesów w stosunkach międzynarodowych, mogła dzielić się z innymi swoimi osiągnięciami i prezydent Komorowski zaproponował, aby kolejne spotkanie odbyło w Bukareszcie. To bardzo dobry pomysł, bo wtedy podmiotowo włączamy innych do takiego dialogu. Takie zabiegi dobrze służyły regionowi i pozycji Polski. Biden zgodził się połączyć zdalnie z bukaresztańską dziewiątką, ponieważ było to jedno z wielu spotkań przygotowawczych do szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w czerwcu. Takich spotkań w różnych formatach przed szczytem jest wiele. Ta dziewiątka to państwa wschodniej flanki NATO.
Samo wystąpienie amerykańskiego prezydenta nie było transmitowane, ale wiadomo z relacji o czym mówił. Jak pan ocenia jego przekaz?
Biden wyraźnie na spotkaniu powiedział, że obecna sytuacja to nie jest tylko sprawa nieprzyjaznych militarnie zamiarów Rosji wobec krajów regionu czy NATO. Problemem, jak mówił Biden, są również takie oddziaływania Rosji czy Chin, które destabilizują demokratyczne ustroje państw NATO.
Andrzej Duda już się tym nie pochwalił, że Biały Dom wyraźnie podkreślił znaczenie tego aspektu bezpieczeństwa, jakim jest stabilność demokracji i rządy prawa, czyli tego wszystkiego, czego polski rząd nie rozumie, a co znajduje się w artykule 2 Traktatu Waszyngtońskiego.
To zadziwiające, że w Polsce uważa się, że z jednej strony może być u nas wojsko amerykańskie, a z drugiej rządy autorytarne rodem z Rosji.
To było główne przesłanie Bidena, dlatego że Polska i Węgry mają teraz największy problem z praworządnością.
Niestety wygląda na to, że polskie władze są odporne na tego typu sygnały, a rząd rzekomej prawicy ostentacyjnie ignoruje także UE w tej kwestii.
Zatem na nowe otwarcie na razie nie ma szans?
W stosunkach z USA nie widzę niestety ani potencjału na to, ani zapowiedzi. Bo to w Polsce musiałoby się wiele zmienić. Nie wystarczy nagle ogłosić, że prezydent Biden jest wspaniały i zapominamy o Trumpie. Najważniejsze jest to, abyśmy zachowywali się przyzwoicie, a nasza polityka musi być zgodna z kryteriami członkostwa w Sojuszu i UE.
Niestety, nie można dziś oczekiwać politycznej przyzwoitości od Kaczyńskiego, Morawieckiego czy Dudy, w Waszyngtonie o tym wiedzą, a przyzwoitość ma akurat tam znaczenie, jest niezłą walutą, czego wulgarni populiści znad Wisły nie rozumieją. Jeżeli mamy kurs na tworzenie systemu autorytarnego i następuje niszczenie kolejnych demokratycznych instytucji, to nie możemy liczyć na przychylność USA.
Jeżeli w tej kwestii nie nastąpi w Polsce otrzeźwienie, a nic na to nie wskazuje, aby tak się miało stać, to nie widzę perspektyw budowy korzystnych dla obecnej Warszawy stosunków z nową administracją USA.
Świeża decyzja Waszyngtonu o zaprzestaniu blokowania budowy Nord Stream 2 potwierdza, że zdanie władzy PiS nie jest zupełnie brane pod uwagę przez Biały Dom.

Prezydent Biden walczy z koronawirusem

Obejmując urząd prezydenta USA 20 stycznia 2021 r. Joe Biden złożył wiele obietnic politycznych i gospodarczych. Wśród nich na naczelnym miejscu była obietnica skutecznej walki z epidemią koronawirusa.

Oskarżył przy tym swojego poprzednika D. Trumpa o zaniedbania w walce z Covid-19. Kiedy Joe Biden obejmował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych liczba śmiertelnych ofiar koronawirusa była większa od liczby amerykańskich ofiar w czasie drugiej wojny światowej, wojny koreańskiej i wojny wietnamskiej łącznie. Tuż przed objęciem urzędu prezydenta przez Bidena, podano do wiadomości 18 stycznia 2021 r., że globalnie na covid-19 zachorowało 95,5 miliona osób, w tym 24 milionów Amerykanów. Globalnie zmarło ponad 2 miliony osób. Dwie trzecie stanów USA wówczas odnotowało wzrost zakażeń. To co szczególnie zaniepokoiło Amerykanów to informacja o rozszerzającym się wpływie brytyjskiego wariantu koronawirusa uważanego za groźniejszy. Center for Disease Control and Protection wydał ostrzeżenie, że wariant brytyjski jest groźniejszy ponieważ szybciej się rozprzestrzenia. Najbardziej dotkniętym stanem była Arizona, gdzie w styczniu 2021 r. odnotowywano średnio 160 śmiertelnych przypadków dziennie.
Prezydent Trump w końcówce swej prezydentury zniósł ograniczenia w podróży Amerykanów do 26 krajów m. in. do europejskich krajów strefy Schengen oraz do Brazylii, Anglii i do Irlandii. Po tej decyzji Trumpa desygnowana na sekretarza prasowego Białego Domu Jen Psaki zapowiedziała, że administracja Bidena nie zamierza znieść tych ograniczeń. „W związku z pogarszającą się sytuacją pandemiczną i pojawieniem się bardziej zaraźliwych wariantów wirusa na świecie, nie jest to czas na zniesienie ograniczeń w podróżach zagranicznych” – powiedziała Jen Psaki.
Trzeciego dnia po objęciu prezydentury 21 stycznia 2021 r. Biden zapowiedział rozesłanie ponad 25 milionów masek do lokalnych ośrodków zdrowia, jadłodajni oraz kuchni w całym kraju Dotyczyło to osób o niskich dochodach. Biały Dom zapowiedział, że akcja ta obejmie 12-15 milionów Amerykanów. Prezydent powiedział, że będą to maski amerykańskie, wysokiej jakości i dostępne bezpłatnie.
Prezydent Biden wielokrotnie apelował do Amerykanów o noszenie maseczek. Sam dawał przykład pojawiając się publicznie zawsze w maseczce. Nakazał pracownikom administracji rządowej noszenie zawsze maseczek na terenie publicznym i wprowadził nakaz noszenia maseczek w transporcie publicznym, na lotniskach i stacjach tranzytowych. Dr. Anthony Fauci doradca prezydenta do spraw zdrowia poniżany przez Trumpa i powołany na to stanowisko przez Bidena wielokrotnie powtarzał, że maski są najbardziej skuteczną ochroną, nie tylko osoby noszącej maskę, ale także chronią innych od zakażeń.
Doradcy prezydenta Trumpa również proponowali rozsyłanie masek Amerykanom, ale prezydent blokował taka decyzję. Trump, jak wspominałem, przez wiele miesięcy sprzeciwiał się obowiązkowemu noszeniu maseczek i demonstrował ten sprzeciw na własnej osobie. Służba pocztowa Stanów Zjednoczonych planowała w kwietniu 2020 r. rozprowadzić 650 milionów maseczek. Ale Biały Dom Trumpa sprzeciwił się temu w obawie, że „spowoduje to strach i panikę”.
Plan Bidena walki z koronawirusem spotkał się z poparciem 150 najważniejszych liderów amerykańskiego biznesu. Poparli oni zapowiadany przez Bidena program pomocy w walce z koronawirusem, który ma kosztować 1,9 biliona dolarów. W tej grupie biznesu byli ważni przedstawiciele banków i gospodarki m.in. Goldman Sachs and Blackstone, Google, Intel, IBM, Leows Hotels and Co., United Airlines. Sprzeciw natomiast zgłaszali biznesmeni związani z Partią Republikańską.
5 lutego 2021 r. Kongres przyjął rezolucje w sprawie budżetu mimo opozycji republikanów w obu izbach Kongresu. W Senacie natomiast przyjęto poprawkę zgłoszoną przez demokratę Joe Manchina z Zachodniej Wirginii i republikankę Susan Collins z Maine, która uniemożliwia bogatym podatnikom otrzymywanie pomocy w wysokości 1400 dolarów.
Pandemia, która ogarnęła szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego pogorszyła stan zdrowotny Amerykanów. Badania wykazały, że koronawirus obniżył średnią długość życia Amerykanów z 78,8 lat w 2019 r. do 77,8 w roku 2021 r. Średnia długość życia Afroamerykanów obniżyła się o 2,7 lat. Biden pocieszał jednak Amerykanów, że choć przez ostatnie cztery lata w informacjach dominował Trump to „zapewniam was” – powiedział Biden – „że w następnych czterech latach w wiadomościach dominować będą Amerykanie. Jestem zmęczony rozmowami na temat Trumpa”. Takie słowa wypowiedział Biden na spotkaniu z mieszkańcami Wisconsin 16 lutego 2021 r. i obiecał, że do końca lipca udostępni Amerykanom 600 milionów szczepień.
Mimo, że rządy Trumpa i Bidena nie zachęcały Amerykanów do podróżowania po kraju i za granicę sezon zimowy 2020/2021 jest najbardziej katastrofalny jeżeli chodzi o liczbę wypadków śmiertelnych. Urząd National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) ostrzegał turystów przed lawinami w górach. Zimą 2020/2021 w wyniku lawin w górach zginęło 33 turystów, tylko o 3 mniej niż w rekordowych latach 2008 i 2010.
Ofiarą koronawirusa padło wielu marynarzy okrętów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. W lutym 2021 r. Dowództwo Marynarki Wojennej ujawniło, że kilkunastu marynarzy na pokładzie USS San Diego na wodach Środkowego Wschodu zachorowało na Covid-19. Podobnie było na pokładzie USS Philippine Sea. W 2020 r. na pokładzie okrętu „Theodore Roosevelt” prawie 20 proc. załogi miało pozytywny test na koronawirusa. Ponad 1000 członków załogi liczącej 4900 osób zachorowało i zostało ewakuowanych do szpitala na wyspę Guam.
Prezydent Biden, który lubi uchodzić za polityka doświadczonego, a takim na pewno jest, nie obiecywał Amerykanom kiedy zakończy się kryzys pandemiczny, ale zapewniał, że „robimy wszystko co możliwe aby taki dzień nadszedł wcześniej niż później. Wierzę, że zbliżymy się do normalności do końca tego roku i z Bożą pomocą tegoroczne Święta Bożego Narodzenia będą różnić się os ostatnich”. Dodał jednak, że nie może podjąć żadnych zobowiązań wobec społeczeństwa ponieważ nadal jest wiele niewiadomych zwłaszcza w sferze produkcji.
Biden w sytuacji napięć społecznych i politycznych w USA starał się zachować równowagę między optymizmem i realizmem jeżeli chodzi wyjście z kryzysu pandemicznego. Równocześnie wskazywał na możliwość pojawienia się niesprawiedliwych zdarzeń jak np. burze śnieżne w Teksasie, czy możliwości nowych groźnych odmian koronawirusa. „Wiem” – powiedział prezydent w czasie wizyty w koncernie Pfizera – „że natrafimy na wiele przeszkód, ze nie będzie nam łatwo, ale w końcu pokonamy wszystko”. Biden prezentował w ten sposób tradycyjny optymizm kulturowy Amerykanów. Równocześnie zapewniał Amerykanów, że zasięga opinii ekspertów przed podjęciem każdej ważnej decyzji, wsłuchuje się w uwagi swych doradców. Kontrastowało to z praktyką jego przeciwnika w Białym Domu. Donald Trump chełpił się, że podejmuje decyzje samodzielnie.
Administracja Bidena wyrażała zadowolenie z rozprowadzania szczepionek w Stanach Zjednoczonych. Fundacja Kaiser Family Foundation ujawniła jednak, że szczepionka rozprowadzana jest nierówno w społeczeństwie amerykańskim. Biali Amerykanie są szczepieni trzy razy częściej niż obywatele pochodzenia hiszpańskiego i dwa razy częściej niż Afroamerykanie. Badania przeprowadzono w 27 stanach. Administracja Bidena organizowała szczepienia we współpracy z lokalnymi władzami oraz z lokalnymi ośrodkami zdrowia. Aby dotrzeć do jak największej liczby ludności władze amerykańskie wykorzystywały specjalne samochody przystosowane do takiej akcji.
22 lutego 2021 r. liczba ofiar koronawirusa w Stanach Zjednoczonych przekroczyła 500 000. Była to najwyższa liczba ofiar w jakimkolwiek kraju na świecie i większa niż liczba Amerykanów poległych na frontach pierwszej i drugiej wojny światowej i wojny wietnamskiej łącznie. Profesor służby zdrowia Columbia University ocenił to jako przerażające świadectwo fiaska walki z wirusem w Stanach Zjednoczonych. Ofiary wirusa w USA stanowią 20 proc. światowych ofiar wirusa. Jedna osoba na 670 Amerykanów padła ofiarą koronawirusa. Przyczyniło się to również do obniżenia średniej długości życia Amerykanów.
Epidemia koronawirusa zaszkodziła gospodarce amerykańskiej. Przyczyniła się do wzrostu bezrobocia, zamknęła wiele biznesów i skomplikowała życie codzienne Amerykanów. W celu przywrócenia pewnej równowagi i zwiększenia pomocy rodzinom rząd Bidena mimo opozycji republikanów przyjął pomocowy program budżetowy wartości 1,9 bilionów dolarów.
Pandemia dotknęła szkolnictwo amerykańskie. Miliony uczniów od ponad roku są poza szkołą. Toczą się ostre spory wśród rodziców, nauczycieli, władz szkolnych jak rozwiązać ten problem. Prezydent Biden jest zwolennikiem otwarcia wszystkich szkół. Grozi wydaniem rozkazu w tej sprawie, ale sprawa nie jest prosta ponieważ szkolnictwo amerykańskie w przeciwieństwie do europejskiego jest pod kontrolą władzy lokalnej. Niektórzy proponują, aby dzieci rozsadzić w klasach luźniej, ale wiele szkół nie ma dostatecznej przestrzeni aby zrealizować ten postulat.
Niektóre władze lokalne, zwłaszcza republikańskie, sprzeciwiały się nakazom dla obywateli w walce z koronawirusem. Tak np. gubernator Teksasu Greg Abbott na początku marca 2021 r. w okresie szczytu pandemii opowiedział się za częściowym i stopniowym znoszeniem obowiązku noszenia maseczki. Decydować o tym powinny władze lokalne w poszczególnych powiatach. Również niektórzy biskupi kościoła katolickiego zalecali swoim wyznawcom aby nie przyjmowali szczepionki od firmy Johnson and Johnson.
Prezydent Biden na początku marca zapewniał Amerykanów, że Stany Zjednoczone będą miały dostateczną liczbę szczepionek by do końca maja 2021 r. zaszczepić wszystkich Amerykanów po tym jak agencja rządowa US Food and Drug Administration wydała zgodę na użycie szczepionki produkowanej przez firmę Johnson and Johnson, która wymaga jednorazowego zaszczepienia. Firma ta oświadczyła na początku marca 2021 r., że ma już 4 miliony szczepionek, a do polowy roku będzie gotowa dostarczyć 100 milionów szczepionek.
Dziennikarze, i nie tylko oni, pytają prezydenta kiedy Stany Zjednoczone powrócą do normalnego życia. Prezydent Biden odmawia odpowiedzi na to pytanie przyznając uczciwie, że nie wie. Jednak niektórzy gubernatorzy stanów podjęli już decyzje znoszące rozmaite restrykcje odnośnie m. in. noszenia maseczek czy funkcjonowania biznesu. Pocieszeniem dla administracji Bidena była wiadomość, że w lutym 2021 r. w gospodarce amerykańskiej przybyło 379 000 stanowisk pracy, a wiele stanów zniosło różne ograniczenia wynikające z pandemii. Władze federalne i lokalne zwiększyły również liczbę szczepionek przeciw koronawirusowi. 6 marca Senat USA uchwalił plan stymulujący gospodarkę wartości 1,9 biliona dolarów. Przewiduje on pomoc do końca lata setkom milionów obywateli dotkniętych bezrobociem oraz środki finansowe dla stanów, miast, szkół i małych biznesów w walce z pandemią.
W Stanach Zjednoczonych pojawiły się informacje, że wywiad rosyjski rozsyła dezinformacje o dwóch szczepionkach używanych w USA oraz o różnych aspektach polityki amerykańskiej. Informacje na ten temat podał na początki marca 221 r. Global Engagement Center i dziennik „The Wall Street Journal”. Rzecznik Kremla zaprzeczył informacjom amerykańskim jakoby rosyjskie służby wywiadowcze rozsyłały dezinformacje. Rzecznik rosyjski Dmitry Peskov oświadczył: „To jest nonsens. Rosyjskie służby specjalne nie mają nic wspólnego z krytyką szczepionek”.
W sobotę 6 marca 2021 r. zaszczepiono rekordową liczbę Amerykanów 2,9 mln w ciągu jednego dnia. Republikanie zamiast pogratulować prezydentowi Bidenowi tego sukcesu oskarżyli go, że próbuje swój sukces wykorzystać dla partykularnych celów politycznych. Przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Kevin McCarthy określił walkę Bidena z pandemią mianem „najgorszej partyjnej polityki”. A inny senator republikański Ron Johnson nazwał walkę Bidena z pandemią „Jeszcze jedną próbą nieuznawania dziedzictwa Donalda Trumpa”.
10 marca 2021 r. Kongres przyjął ustawę, a prezydent 2 dni później ją podpisał przyznająca 1,9 biliona dolarów na walkę z Covid-19. Ustawa m.in. przeznacza 1400 dolarów dla milionów Amerykanów, dodatki dla bezrobotnych i miliony dolarów na pomoc stanom i lokalnym rządom w walce z epidemią. Ustawa przeszła w Izbie Reprezentantów glosami 220 za i 211 przeciw. Żaden republikanin nie poparł ustawy. Ustawa przeznacza m.in. 8,5 mld dolarów dla szpitali i ośrodków zdrowia walczących z koronawirusem.
Sondaż przeprowadzony przez CNN wykazał, że 61 proc. Amerykanów poopiera pomocowy program Bidena. Niektóre konkretne programy uzyskały nawet wyższe poparcie. Natomiast mniejsze poparcie 59 proc. otrzymała propozycja przeznaczenia 350 mld. dolarów na pomoc stanowym i lokalnym samorządom. Również propozycja w planie Bidena podwyżki płacy minimalnej z 7,25 dolara za godzinę do 15 dolarów poparta została w sondażach przez 55 proc. Amerykanów. Prezydent podpisał ustawę 11 marca 2021 r.
12 marca 2021 r. w przemówieniu w Białym Domu adresowanym do wszystkich Amerykanów Biden przedstawił plan powstrzymania rozszerzania się epidemii w Stanach Zjednoczonych. Obiecał również, że święto narodowe USA 4 lipca będą mogli celebrować bez ograniczeń, „niezagrożeni wirusem”. „Każdy Amerykanin” – powiedział Biden – „znajdzie światło w ciemności. Wiemy, ze musimy pokonać tego wirusa”. Wezwał Amerykanów do „narodowej jedności” i zaniechania partyjnych walk w sprawie masek i rożnych ograniczeń. Przemówienie zakończył apelem: „potrzebuję aby każdy Amerykanin czynił wszystko co może w walce z wirusem”. Prezydent poinformował, że dotąd ofiarą koronawirusa padło 527 726 Amerykanów i dodał, że jest to więcej ofiar amerykańskich aniżeli łącznie pochłonęły obie wojny światowe, wojna w Wietnamie i zamachy terrorystyczne w Nowym Jorku 11 września 2001 r.
W 2020 r. odnotowano w USA największą roczną liczbę zgonów w historii tego kraju. W drugiej połowie marca 2021 r. liczba zakażeń zaczęła spadać. W związku z tym trendem władze stanowe Teksasu i Missisipi mimo sprzeciwu rządu USA i epidemiologów zniosły nakaz noszenia maseczek i ograniczenia w handlu.
Nieoczekiwanie zaskoczył Amerykanów były prezydent Donald Trump. Jako prezydent nie był on entuzjastą szczepień przeciw wirusowi Covid-19. Nieoczekiwanie jednak były prezydent 16 marca 2021 r. wystąpił z oświadczeniem zachęcającym Amerykanów do szczepień mówiąc, że są one „bezpieczne i skuteczne”. Pogląd ten był o tyle zaskakujący, że wielu republikanów z rezerwą się odnosiło do obowiązkowych szczepień wprowadzonych przez rząd federalny i władze lokalne.
W drugiej połowie marca 2021 r. rząd amerykański po dłuższym namyśle podjął decyzję wysłania 2,5 miliona szczepionek AstraZeneca do Meksyku i 1,5 miliona do Kanady. Wszystko to w ramach trójstronnej współpracy dobrosąsiedzkiej.
Mimo epidemii i apeli o ograniczenie podróży Amerykanów, podróże samochodowe i samolotowe odbywały się normalnie. Amerykanie są ruchliwym, mobilnym społeczeństwem. W szczycie pandemii w marcu 2021 r. codziennie ponad milion Amerykanów podróżowało samolotem. W piątek 19 marca rekordowa liczba Amerykanów 1,4 miliona poleciała samolotem. Ilu podróżowało samochodem to trudno podliczyć. „To co robimy to rozszerzamy działanie wirusa w całym kraju” – powiedział dr Peter Hotez dziekan National Tropical Medicine w College of Medicine.
25 marca 2021 r. prezydent Biden oświadczył, że przeznacza 10 mld dolarów aby ułatwić Amerykanom dostęp do szczepionek. Środki na ten cel dostaną lokalne społeczności w wysokości 300 mln dolarów, a 32 mln dolarów przeznaczonych będzie na szkolenie i pomoc techniczną dla lokalnych władz. Biden również zapewnił, że do 1 maja wszyscy dorośli Amerykanie uzyskają dostęp do szczepionki. Do czwartku 25 marca 545 282 Amerykanów straciło życie w wyniku zarażenia wirusem covid-19.
Tak wielka strata ludzi spowodowała dyskusję, czy można było zapobiec tak olbrzymim ofiarom. Dr Deborah Birx, która była w Białym Domu w okresie prezydentury Trumpa stwierdziła w końcu marca, że liczba śmiertelnych ofiar „mogła być znacznie zmniejszona” gdyby stany i miasta wcześniej i bardziej agresywnie przystąpiły do walki z koronawirusem. Studium przeprowadzone przez Columbia University w Nowym Jorku wykazało, ze gdyby władze amerykańskie przystąpiły wcześniej do energicznej walki z epidemią można było uratować życie dziesiątkom tysięcy ludzi. Lekarze, którzy służyli w administracji Trumpa stwierdzili, że jego rząd zbyt późno przystąpił do walki z epidemią. Rząd prezydenta Bidena oświadczył 26 marca 2021 r., że chce wykonać 200 milionów szczepionek w ciągu pierwszych 100 dni jego prezydentury.
W końcu marca 2021 r. sześciu lekarzy, którzy pracowali na rzecz Białego Domu w czasie prezydentury Donalda Trumpa oświadczyło, że prezydent Trump nie wyrażał zgody na ujawnienie informacji o zagrożeniu wirusem Covid-19. Wśród nich byli m. in. dr Deborah Birx, dr Anthony Fauci i dr Brett Giroir. Lekarze ci oświadczyli, że w wyniku takiej polityki Trumpa setki tysięcy Amerykanów niepotrzebnie straciło życie.
29 marca przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie Mitch McConnell zaapelował do republikanów aby pozbyli się sceptycyzmu i zaszczepili się. McConnell oświadczył, że nie ma argumentów aby się nie szczepić. Według sondażu CNN 92 proc. demokratów zaszczepiło się, podczas gdy odsetek republikanów wynosił ok. 50 proc. . Aż 46 proc. republikanów oświadczyło, że nie poddadzą się zaszczepieniu. Podobna sytuacja istniała w Kongresie. W marcu 2021 r. podano, że spośród 219 demokratycznych członków Izby Reprezentantów 189 zaszczepiło się, podczas gdy spośród 211 republikanów w Izbie Reprezentantów szczepionkę przyjęło tylko 53 członków kongresu.
W pierwszych dniach kwietnia 2021 r. rząd federalny ogłosił, że 2,99 mln Amerykanów dziennie otrzymuje szczepienia antywirusowe. To rzeczywiście rekordowa liczba i świadczy o rozmachu antywirusowej akcji rządu amerykańskiego. Mimo epidemii i niskiego poziomu funkcjonowania gospodarki, w Stanach Zjednoczonych przybyło w marcu 916 000 stanowisk pracy. Centers for Disease Control and Prevention ostrzegał, że w pełni zaszczepieni Amerykanie mogą podróżować przy niskim stopniu ryzyka, ale nadal musza nosić maski, myć często ręce i zachowywać odpowiedni dystans. Zaszczepieni Amerykanie nawet z negatywnym wynikiem testu powracający z zagranicy w ciągu trzech do pięciu dni po powrocie do USA powinni ponownie przeprowadzić test na koronawirusa.
Prezydent Biden obiecał, że wszyscy dorośli Amerykanie powyżej 16 roku życia zostaną zaszczepieni przeciw koronawirusowi. Według oceny administracji amerykańskiej 90 proc. Amerykanów mieszka w odległości najwyżej 5 mil od najbliższego punktu szczepień. Szczepienia prowadzą nie tylko 1470 federalnych ośrodków zdrowia, ale także 40 000 aptek. Akcje szczepień prowadzą stanowi gubernatorzy i władze lokalne zaopatrywane w szczepionki przez władze federalne.
19 kwietnia 2021 r. Departament Stanu ogłosił listę 80 proc. krajów z zaleceniem „nie podróżuj” do nich („Do not travel”), ponieważ Covid-19 „stanowi bezprecedensowe ryzyko dla osób podróżujących”. Zdaniem władz amerykańskich osoby niezaszczepione narażone są na szczególne ryzyko i dlatego rząd amerykański wystąpił z zaleceniem: „odłóż podróż dopóki nie jesteś w pełni zaszczepiony”. Unia Europejska postanowiła wynagrodzić tych Amerykanów, którzy zaszczepili się przeciw Covid-19, a Ursula Von der Leyen oświadczyła 25 kwietnia 2021 r., że ci Amerykanie którzy są w pełni zaszczepieni będą mogli odwiedzić w lecie Unię Europejską.
Wielu Amerykanów uważało, że Stany Zjednoczone są dotknięte dwoma nieszczęściami: epidemią Covid-19 oraz masowymi zbrodniami z użyciem broni. Prezydent Biden nie podzielał tego poglądu. O ile zgodził się, że Covid-19 i ogromne ofiary śmiertelne jakie powoduje są ważnym narodowym problemem o tyle ofiary masowych strzelanin uznał za „narodową kompromitację”. Rocznie z broni palnej ginie w USA kilkanaście tysięcy osób.
W ciągu ostatniej dekady tempo przyrostu ludności w Stanach Zjednoczonych było najniższe od lat 1930-tych. Wynikało to zarówno z niższego poziomu imigracji jak i urodzeń. Największy przyrost ludności zyskały stany Południa i Zachodu kosztem stanów Północnowschodnich i stanów Środkowego Zachodu. Według danych US Census Bureau opublikowanych 27 kwietnia 2021 r. Stany Zjednoczone liczyły 331,4 milionów mieszkańców. Mimo panującej pandemii gospodarka amerykańska w pierwszym kwartale 2021 r. rozwijała się w tempie 1,6 proc. co oznaczało wzrost w rocznym tempie 6,4 proc. .
Na przełomie kwietnia i maja 2021 r. prezydent Biden z dumą poinformował, że 100 milionów Amerykanów, czyli ok 30 proc. , zostało w pełni zaszczepionych przeciw koronawirusowi. Nadal jednak wielu nie zgadzało się na przyjęcie szczepionki. Taką opinię wyrażało 44 proc. republikanów, 28 proc. tzw. niezależnych wyborców i tylko 8 proc. demokratów. Opór przeciw szczepieniu był szczególnie silny wśród młodych republikanów. 4 maja 2021 r. Biden zapowiedział, że na dzień Święta Narodowego Stanów Zjednoczonych 4 lipca 2021 r. 70 proc. dorosłych Amerykanów będzie zaczepionych przynajmniej jedną dawką, a 160 mln Amerykanów będzie zaszczepionych w pełni. W maju 2021 r. agencja rządowa FDA wyraziła zgodę na szczepienie preparatem firmy Pfizer młodzieży w wieku 12-15 lat. Stany Zjednoczone, mimo że poniosły największą liczbę ofiar, udzielały pomocy innym krajom wysyłając w kwietniu 2021 r. 60 milionów szczepionek AstraZeneca i prezydent zapowiedział przekazanie dalszych szczepionek różnym krajom.
Ponieważ od maja 2021 r. liczba zakażeń w USA wyraźnie zmniejszyła się rząd podjął decyzję, że w pełni zaszczepieni Amerykanie nie będą zmuszani do noszenia maseczek i mogą nawiązywać kontakty towarzyskie z innymi osobami.

Ormianie, Biden i drony

Prezydent USA Joe Biden jako pierwszy lokator Białego Domu nazwał rzeź Ormian – ale też Greków, Asyryjczyków, innych chrześcijan i jezydów – w Imperium Osmańskim, w 1915 r., ludobójstwem.

Stwierdzenie to ma mocne, historyczne podstawy. Ale czy jest szczere, a nie koniunkturalne? Czy o prawdę i pamięć tu chodzi, czy raczej „nie leży” prezydent Turcji Erdogan? I to nawet nie z racji swoich autokratycznych ciągot, co z tytułu kursu politycznego, który kłóci się z tym amerykańskim? Uwierzyłbym w szczerość Bidena, gdyby na innych skandalicznych polach realizowania polityki USA próbował coś zmienić. Podkreślam – choćby próbował. Ale ze znalezieniem takich przejawów aktywności prezydenta mam już problem.
Przypomnę pewną historię. Anwar Nasser al-Awlaki, z pochodzenia Jemeńczyk, ale urodzony i wykształcony w Ameryce, imam i jeden z organizatorów al-Kaidy na Półwyspie Arabskim został zabity 30 września 2011 r. atakiem amerykańskiego drona na terytorium Jemenu. To prezydent Obama, laureat pokojowej Nagrody Nobla, nakazał już w 2010 r. zabicie tego obywatela amerykańskiego, chociaż nigdy nie został on oskarżony o żadne przestępstwo (ani tym bardziej skazany w procesie sądowym). Od tego momentu ataki dronów wobec prawdziwych (czy domniemanych) wrogów Ameryki stały się praktyką i nie generowały już zainteresowania opinii publicznej. Tandem Obama / Biden uprościł znacznie – oddając w ręce wywiadów i wojskowych – całą procedurę tych śmiercionośnych ataków na osoby czy obiekty rozsiane po całym świecie, uznawane za szkodliwe dla interesów i pozycji USA. Tzw. wojna z terroryzmem jest świetną przykrywką dla takich akcji – samo hasło zniechęca do zadawania pytań.
Dwa tygodnie później w kolejnym uderzeniu amerykańskiego drona w Jemenie zabito 16-letniego Abdulrahmana al-Awlakiego, syna Anwara, też urodzonego w Ameryce, wraz z 17-letnim kuzynem i kilkoma innymi Jemeńczykami. USA zakwalifikowały tę śmierć jako „poboczny skutek” operacji specjalnej. Chłopiec nie był, jak zapewniano początkowo, celem. Dopiero potem sekretarz prasowy Białego Domu, Robert Gibbs, spróbował uzasadnić decyzję o zabiciu nastolatka. Otóż Abdulrahman… powinien był „mieć bardziej odpowiedzialnego ojca”.
A kto pamięta o córce Anwar, Nawar (zdrobniale – Norze) al-Awlaki? Miała osiem lat, gdy 29 stycznia 2019 r. komandosi Navy Seal Team 6, używając uzbrojonych dronów Reaper do osłony, przeprowadzili atak na osadę mającą być siedzibą bojowników al-Kaidy w południowym Jemenie. Amerykańscy wojskowi początkowo zaprzeczali jakimkolwiek ofiarom cywilnym, ale raporty mediów zmusiły ich do sprostowania: nastąpiła pomyłka, w wyniku ataku zabito samych cywili. Śmierć poniosło kilkanaście kobiet i siedmioro dzieci. Jedną z ofiar była Nora al-Awlaki, którą w szyję trafił pocisk jankeskiego komandosa, mającego szerzyć demokrację i wolność w tym zapomnianym, niegościnnym zakątku świata. Zmarła na oczach dziadka, Nasira al-Awlakiego, znanego w Jemenie polityka, byłego ministra rolnictwa. Mężczyzna relacjonował: Została trafiona kulą w szyję i cierpiała przez dwie godziny.
To od rządów tandemu Obama / Biden amerykańskie ataki za pomocą dronów pilotowanych ze specjalnych bunkrów zlokalizowanych w Górach Skalistych radykalnie się nasiliły. Ofiary są anonimowe, gdyż pochodzą z krajów zapomnianych przez cywilizowaną Europę, traktowanych jako obszary dla neokolonialnej eksploatacji i ekspansji zachodniego kapitału. Przemoc w Mińsku zasługuje na drobiazgowe relacjonowanie i upamiętnianie poszkodowanych. Zabici gdzieś na arabskim wschodzie nikogo nie obchodzą. Przynajmniej nie w Polsce, bo wojna z terroryzmem przy pomocy dronów budzi jednak zastrzeżenia obrońców praw człowieka i cywilizowanych intelektualistów, a nawet niektórych polityków. W Warszawie jednak nie pamiętam milczących pikiet pod ambasadą amerykańską z portretami Nory al-Awlaki. Trudno mi też przywołać z pamięci, by nasi „prowolnościowi liberałowie”, szczycący się solidarnościowym rodowodem, próbowali chociaż podjąć debatę na takie tematy jak wojna za pomocą dronów i zabijanie niewinnych ludzi przez sojusznika zza oceanu. Hipokryzja i nieuczciwość intelektualna czy zwyczajny serwilizm i polityczna prostytucja?
Operator / operatorka drona siedzący na swoim stanowisku, wyposażonym w klimatyzację i luksusowe zaplecze (sauny, prysznice, living-roomy, dystrybutory fast-foodów i napojów chłodzących) dostaje współrzędne geograficzne obiektu, nad który musi zaprowadzić drona i odpalić rakietę niszczącą dany obiekt. Reszta go nie interesuje. Pozostaje potężny – zależny od siły ładunku – lej i dymiące szczątki. Ze wspomnień pewnej żołnierki-operatorki wyczytać można, jak to podczas jednej z akcji śpieszyła się bardzo, bo na popołudnie miała zaplanowaną imprezę urodzinową córki. Odpalenie rakiety, powrót drona w miejsce stacjonowania (często są to rozsiane po wszystkich morzach okręty US-Navy), kawa, szybki prysznic i do domu.
Nora al-Awlaki jest dla mnie wzorcowym przykładem bezsensownej, zdehumanizowanej przemocy, w imię rzekomego prawa Imperium do decydowania o ludziach i świecie. Amerykanie są przekonani, iż demokracja wypracowana przez ich społeczeństwo jest już ostateczna. Teraz nastał czas wdrażania tych wartości wedle ich koncepcji na całym świecie. Nieważne, że jak napisał jemeński pisarz Ibrahim Mothana, że „Ataki dronów powodują, że coraz więcej Jemeńczyków nienawidzi Ameryki i przyłącza się do radykalnych bojowników. Niestety, liberalne głosy w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze się ignoruje, jeśli kraj ten akceptuje śmierci cywilów w wyniku pozasądowych zabójstw”. I to może służyć za najlepsze podsumowanie tego smutnego tekstu.
A kto nadal wierzy w dobre intencje Bidena, niech oprócz dronów przypomni sobie jeszcze obóz w Guantanamo.

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Unia powstrzyma się

Administracja prezydenta Bidena doskonale wie, że USA nie są w stanie same zrealizować zapowiadanej przez prezydenta strategii „powstrzymywania Chin”.

Nie uda się dokonać tego na polu gospodarczym, ani tym bardziej na arenie politycznej. Zaś każda próba „powstrzymywania” na polu militarnym to już polityczne awanturnictwo, zaproszenie do próby zagłady ludzkości.
Dlatego prezydent Joe Biden postanowił pozyskać europejskich sojuszników wspierających go w rywalizowaniu z Chinami.
Nawiązuje tym do polityki byłego prezydenta USA Baraca Obamy. Ten ogłaszając „The pivot to Asia”, deklarował powrót USA do dominującej roli w region Azji Południowo- Wschodniej. Co oznaczało wypieranie stamtąd wpływów chińskich. Zwłaszcza z terenów spornych archipelagów na Morzu Południowo- Chińskim.
Wówczas administracja USA też szukała politycznych sojuszników w tamtym regionie. Odnowiła przyjaźń z Japonią, Filipinami i Republiką Korei. Nawiązała strategiczne relacje z niedawnym swym wrogim- „komunistycznym” Wietnamem. Ale poza składanymi obietnicami ci starzy i nowi sojusznicy USA niczego więcej nie zyskali. Zwłaszcza, że następca Obamy, prezydent Donald Trump porzucił ten azjatycki „pivot” i zobowiązania swego poprzednika.
Trump próbował „powstrzymywać” Chiny wedle swojego uznania, próbując pozyskać ich tradycyjnych sojuszników. W Azji nawiązał osobiste relacje z przywódcą Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej. W Europie Środkowo-Wschodniej wspierał regionalne porozumienie „Trójmorza” . Liczył, że będzie ono konkurencyjne wobec istniejącego już chińsko- europejskiego Formatu 17 + 1, też działającego w tym regionie. Więcej sukcesów niż Obama nie odniósł.
Teraz administracja nowego prezydenta Bidena chce dla swego planu „powstrzymywania Chin” pozyskać wszystkie państwa Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Stworzyć globalny, antychiński sojusz dwóch oceanów. Atlantyku i Pacyfiku.
Aby łatwiej pozyskać europejską opinię publiczną, administracja USA odwołuje się do wspólnej historii. Przypomina sojusz zachodniej Europy i USA w walce z hitlerowskimi Niemcami. Ale to przywołanie dawnych, wspólnych i chlubnych lat nie jest dziś efektywne. Warto przecież pamiętać, że ważnym sojusznikiem tamtej koalicji były też Chiny. Przez lata biorące na siebie ciężar walki z japońskimi ,faszyzującymi militarystami. O czym często w USA i Europie już zapomina się.
Dla pozyskania sympatii europejskiej administracja USA kreuje też inne historyczne odwołanie. Przypomina powojenny, wspólny front transatlantyki „powstrzymujący” Związek Radziecki. Zwany w USA „Imperium zła”. Wtedy taka wspólna polityka państw „Zachodu” doprowadziła do upadku ZSRR . Czy teraz uda się USA doprowadzić do powtórki takiego sojuszu ?
Koncert mocarstw?
Już sama próba stworzenia takiego sojuszu wskazuje na Ameryko centryczny punkt widzenia. Postrzegania Europy jako monolitycznej jedności. Nie dostrzegania zmian jakie w Europie zaszły właśnie po upadku ZSRR.
Zwłaszcza w Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że jej początkiem była wola wyeliminowania groźby kolejnej wojny w Europie. Środkiem do realizacji tego celu była postępująca unia gospodarcza. Potem powstawała unia polityczna. Potem rozrastająca się Unia Europejska zwiększała swe pola integracji i wspólnej polityki.
Jednak obecna Unia Europejska nadal nie jest ścisłą federacją państw członkowskich. Nadal daje im możliwości prowadzenia własnej polityki dla realizacji własnych, lub grupowych interesów.
Najlepiej widać to na przykładzie dyplomacji. Państwa członkowskie Unii zachowują instytucje swych ambasadorów, choć w wielu państwach istnieją też ambasadorowie całej Unii. Taki unijny ambasador reprezentuje interesy całej Unii, ale może też pełnić role ambasadora poszczególnego państwa stowarzyszonego.
Istotą i fundamentem polityki międzynarodowej Unii Europejskiej jest multilateralizm. Wykluczający dominację na naszym globie przez dwa mocarstwa. Konkurujące ze sobą lub kooperujące.
Polityka „koncertu dwóch mocarstw” jest sprzeczna z podstawowymi zasadami i wartościami państw Unii Europejskiej. Bo taki dualizm zawsze prowadził do militarnej konfrontacji. Do wojen, które Unia Europejska wyklucza.
Większość państw Unii Europejskiej związana jest z USA militarnym Sojuszem Północnoatlantyckim NATO. Podobnie jak połowa państw bałkańskich pozostających jeszcze poza Unią Europejską.
Ale sojusz NATO tradycyjnie dotyczy regionalnego bezpieczeństwa państw europejskich. Chiny leżą poza obszarem Paktu Północnoatlantyckiego. Nie grożą agresją militarną USA, ani któremuś z państw członków NATO. Dlatego pewnie nie uda się administracji prezydenta Bidena zmobilizować europejskich państw NATO pod tym pretekstem militarnego zagrożenia ze strony Chin.
Przeciwnie, to państwa europejskie mogą znaleźć sojusznika w Chinach dla realizowania wielu ze swym polityk. Na pewno chińska polityka tworzenia „zielonych”, odnawialnych źródeł energii jest zbieżna z polityką Unii Europejskiej. Podobnie jak chińska polityka zahamowania degradacji środowiska naturalnego i ocieplania się klimatu. W tych przypadkach państwa europejskie na pewno nie będą „powstrzymywać” Chin.
Nie ma mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez państwa Europy Środowo-Wschodniej, zwłaszcza Polski, zainteresowanych budową szlaków kolejowych i drogowych łączących Europę z Chinami i innymi państwami Azji. Zwłaszcza, że Europa i Azja geograficznie są jednym kontynentem, a to determinuje silne więzi gospodarcze. Nie ma też mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez największe europejskie gospodarki. Przez ograniczanie współpracy gospodarczej. Przez wspieranie hegemonii dolara USA, co proponuje administracja Bidena. Bo to oznaczałoby zgodę Europy na samo degradację swej gospodarki. Na politykę osłabiania europejskiej waluty euro.
„Uważam, że politycznie Chiny są znacznie trudniejsze dla obecnej administracji USA niż były dla poprzedniej. Ale wciąż musimy prowadzić handel z naszym największym partnerem handlowym na świecie-Chinami. Mam nadzieję, że uda nam się jakoś oddzielić kwestie własności intelektualnej, praw człowieka i innych rzeczy od handlu i w dalszym ciągu będziemy promować środowisko nieskrępowanego handlu pomiędzy tymi dwoma gigantami. Nie możemy sobie pozwolić na to, by być wyłączonymi z chińskiego rynku. Nasza konkurencja natychmiast wskoczy na nasze miejsce”.
To powiedział Dave Calhoun, prezes koncernu Boeing podczas Szczytu Lotniczego Izby Handlowej Stanów Zjednoczonych.
I on to najtrafniej odpowiedział dlaczego administracji prezydenta Bidena nie uda się zjednoczyć państw europejskich w jej planie „powstrzymywania” Chin. Dlaczego Unia Europejska powstrzyma się od takich działań.

Flaczki tygodnia

Cudownie narodził się nowy entuzjasta radykalnego ograniczania emisji dwutlenku węgla i produkcji energii ze źródeł odnawialnych. To pan prezydent Andrzej Duda.

Poród odbył się w czasie szczytu klimatycznego, zwołanego przez prezydenta USA Joe Bidena. Był transmitowany na żywo.

Do tej pory pan prezydent Duda wielokrotnie publicznie, zwłaszcza na Twitterze, wątpił w „zmiany klimatyczne” i konieczność wprowadzania „zielonej energii”. Przekonywał, że Polska ma zasoby węgla wystarczające na 200 lat i nie odstąpi od ich eksploatacji.
Co stało się, że teraz obwieścił narodowy plan budowy zero emisyjnej energetyki ?

Przez cztery minione lata pan prezydent Duda i jego pierwszy minister, pan Krzysztof Szczerski, podlizywali się prezydentowi USA Trumpowi. Kiedy tylko mogli i jak mogli.
Wymyślili nawet „Fort Trump” – nowy Dar Narodu Polskiego dla ich Ukochanego Prezydenta, Przywódcy Wolnego Świata. Aby prezydent USA mógł skuteczniej szantażować niemiecki rząd relokacją amerykańskich żołnierzy.

Niestety panowie Duda i Szczerski tak namiętnie pokochali tegoż Trumpa, że do końca nie mogli uwierzyć w wygraną jego konkurenta. Długo olewali publicznie nowego prezydenta Bidena, a zwłaszcza jego administrację. Ta odwzajemnia się publiczną wzgardą i politycznym chłodem. W Polsce nadal nie ma nowego ambasadora USA, jego obowiązki pełni urzędnik niższej rangi. Warszawa nie jest celem zaplanowanych wizyt prezydenta Bidena w tym roku. Kontakty ograniczono do minimum.

Dlatego kiedy nadeszło zaproszenia na bidenowski bal klimatyczny, to pan prezydent Duda i jego kanceliści aż oszaleli ze szczęścia. Kopciuszek dostał szansę. I postanowili przypodobać się nowemu suwerenowi upodabniając się do niego.
Kiedy Donald Trump nie wierzył w „zmiany klimatyczne” to pan prezydent Duda też w nie nie wątpił. Skoro teraz prezydent Biden chce być Mesjaszem energii z odnawialnych źródeł, to pan prezydent Duda zgłasza się na jego apostoła i przodownika pracy dekarbonizacyjnej.
A jeśli prezydent Biden zorganizuje szczyt w obronie prześladowanej społeczności LGBTI, to pan prezydent Duda zapewne wywiesi tęczową flagę, a pan minister Szczerski uszminkuje usteczka i wskoczy w kieckę drag quuen.

Aby ostatecznie wymazać swój trumpizm, pan prezydent Duda zaczął też propagować konieczność budowy elektrowni atomowych w Polsce. Oczywiście z wykorzystaniem amerykańskich technologii. Choć podczas niedawnego szczytu Formatu 17+1 w Pekinie, to Chińczykom robił nadzieje ma zakup ich technologii.

Nie zdziwmy się kiedy z prezydenckiego pałacu usłyszymy, że nowa elektrownia atomowa zwać będzie się „Bidenią”. A może nawet cała Polska przyjmie takie miano aby zademonstrować swe niezłomne poparcie Wielkiego Brata.

W minioną niedzielę, kiedy „Trybuna” drukowała się, w Warszawie miało odbyć się spotkanie „Ostatniej szansy”. Jaśniepana prezesa Kaczyńskiego z przywódcami jego politycznych przystawek.
Dlatego, nie możemy skomentować wyniku spotkania. Przewidujemy jedynie, że kolejne spotkanie „Ostatniej Szansy” odbędzie się niebawem.

Jaśniepan prezes Kaczyński gra na czas. Liczy zapewne, że w ciągu trzech miesięcy wszyscy chętni zaszczepią się, poziom nowych zachorowań w Polsce opadnie, a zniesienie pandemicznych rygorów radykalnie poprawi nastoje społeczne.
Dodatkowo obiecane fundusze i pożyczki z Unii Europejskiej uwiarygodnią PiSowski program wyborczy zwany Narodowym Planem Rozwoju. I wtedy jaśniepan prezes, znany kanibal polityczny, przystąpi do pożerania swoich przystawek.
Zagrozi im przedterminowymi wyborami parlamentami. Przed nimi wszyscy parlamentarzyści z przystawek dostaną propozycję złożenia hołdu jaśniepanu prezesowi, a po wyrażeniu żalu za grzechy, otrzymają ich odpuszczenie. Oczywiście nie wszyscy łaski takiej dostąpią.
Jeśli hołdowników wystarczy aby dalej zapewnić PiS-owi większość w Sejmie, to wyborów przedterminowych szybko nie będzie.

Jeśli hołdowników nie wystarczy, jaśniepan prezes skróci kadencję parlamentu w wybranym przez siebie momencie. Aby po wyborach mieć tak silny klub parlamentarny, by móc dobrać sobie na dobrych warunkach niezbędnego koalicjanta. Konfederatów albo PSL- owców przeistoczonych w „nowoczesnych chadeków”.
I stworzyć rząd firmowany przez nowych, nieskompromitowanych medialnie polityków.

Jaśniepan prezes Kaczyński ma asa wyborczego w rękawie. Chce podwyższyć kwotę wolną od podatku do 30 tysięcy rocznie. To sprawi, że miliony emerytów podatku nie zapłacą, lub odprowadzą go w symbolicznej wysokości.
Sztabowcy PiS liczą, że ten ruch zadziała jak poprzednio obniżenie wieku emerytalnego i program 500+. Przyniesie falę poparcia dla PiS. Cenną, bo emeryci to solidna grupa zwykle nabijająca wyborczą frekwencję.

Asem mrugającym z rękawa opozycji bywa pan wicepremier Jarosław Gowin. W dni parzyste. Bo w dni nieparzyste jest przystawką polityczną jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.

Pan wicepremier Gowin to fundament opozycyjnego planu odsunięcia jaśniepana prezesa od władzy. Bo gdyby on wreszcie zbuntował się i opuścił Zjednoczoną Prawicę wraz ze swymi parlamentarzystami, to jaśniepan prezes utraciłby większość w Sejmie RP. To dawałoby szanse na stworzenie „rządu technicznego”, który odsunąłby zauszników jaśniepana prezesa od władzy i przygotował uczciwsze wybory parlamentarne.

Problem w tym, że bunt pana wicepremiera Gowina może rzeczywiście odsunąć PiS od władzy, ale też pana asa Gowina od parlamentu i rządowego koryta. Los polskiej demokracji zależy teraz od charakteru pana wicepremiera Gowina. Człowieka z wazeliny, polityka o gumowym kręgosłupie ideowym.

Na Polskę spadły dwie plagi. Zaraza i rządy PiS. Rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…