Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.

Kryzys amerykańskiej demokracji: kres czy nowy etap?

Dwudziesty stycznia 2021 przejdzie do historii jako dzień, w którym skończyła się najbardziej nieudana i groźna dla demokracji amerykańskiej kadencja prezydencka Donalda Trumpa a Stany Zjednoczone weszły w nowy etap swej politycznej historii – pełen znaków zapytania co do długotrwałych efektów czteroletnich rządów populistycznego autokraty.

Obejmujący władzę czterdziesty szósty prezydent Joe Biden ma wiele atutów pozwalających z pewną dozą optymizmu patrzyć w przyszłość. Jest politykiem bardzo doświadczonym, wieloletnim senatorem i przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy. Reprezentuje umiarkowane skrzydło Partii Demokratycznej, co rodzi nadzieję, że uda mu się choćby częściowo zasypać przepaść, która tak ostro podzieliła społeczeństwo amerykańskie w pierwszych dwóch dziesięcioleciach obecnego wieku. Ma u swego boku wiceprezydent Kamalę Harris – pierwszą kobietę na tym szczeblu amerykańskiego systemu władzy, do tego córkę imigrantów o indyjskich i afrykańskich korzeniach, a zarazem jedną z najbardziej wyrazistych przedstawicielek lewicowego skrzydła partii. Ma wreszcie nowy prezydent oparcie w obu izbach Kongresu, w których Demokraci zdobyli, niewielką, ale liczącą się, przewagę.
Sojusznicy Ameryki – przywódcy państw demokratycznych – przyjęli wybór Bidena z entuzjazmem wyraźnie kontrastującym z ostentacyjną rezerwą manifestowaną przez Andrzeja Dudę, podobnie zresztą jak i przez przywódców Rosji, Turcji czy Białorusi. Nic dziwnego: wynik wyborów amerykańskich pozbawił ich nadziei na to, że autokrata w Washingtonie stanowić nadal będzie przeciwwagę w stosunku do postawy przywódców Unii Europejskiej w sprawie demokracji, rządów prawa i wolności obywatelskich.
To, co nastąpiło po listopadowych wyborach, skłania jednak do ostrożności w formułowaniu optymistycznych przewidywań. Wyjątkowość tych wyborów nie polega na tym, że przegrał urzędujący prezydent. To zdarzało się nieraz : po drugiej wojnie światowej trzykrotnie – w latach 1976 (przegrana Geralda Forda), 1980 ( przegrana Jimmy Cartera) i w 1992 ( przegrana G.D.W. Busha). Nigdy jednak nie zdarzyło się, by przegrany kwestionował wynik wyborów i głosił, iż zostały one sfałszowane ( czemu konsekwentnie przeczą wszystkie sądy, do których wpłynęło ponad sześćdziesiąt skarg na przebieg wyborów). Nigdy wreszcie pokonany prezydent nie użył ostatnich dni swego urzędowania na podburzenie zwolenników do fizycznego ataku na siedzibę Kongresu, a więc na swoisty zamach stanu – jedyny w historii tego państwa. Szósty stycznia 2021 okazał się ogniową próbą demokracji amerykańskiej. Obroniła się dlatego, że przed buntownikami nie skapitulował wiceprezydent Mike Pence i że rebeliantów nie poparło wojsko ( ani inne instytucje państwa). Było jednak blisko. Od wojny domowej nigdy demokracja amerykańska nie była tak zagrożona, jak w tym miesiącu, a też nigdy źródło zagrożenia nie tkwiło w Białym Domu.
Trump został (po raz drugi, co też jest unikatowe) postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia. Jest to dopiero piąty raz w historii USA gdy prezydent zostaje oskarżony o złamanie konstytucji – przy czym, moim zdaniem, pierwszy, gdy oskarżenie ma tak poważne podstawy. Trzy razy prezydent stawał jako oskarżony przed Senatem i był przez to ciało uniewinniony: Andrew Johnson w 1868 roku, Bill Clinton w 1999 roku i Donald Trump w 2019 roku, przy czym zarzuty wobec Johnsona były wyraźnie sfabrykowane przez niechętnych mu radykałów, a zarzuty wobec Clintona i Trumpa – choć zasadne – nie były wystarczająco poważne, by uzasadniały pozbawienie ich urzędu. Tylko Richard Nixon zmuszony został do rezygnacji, by uniknąć nieuchronnego skazania go przez Senat (w 1974 roku), ale zarzuty wobec tego prezydenta dotyczyły nadużycia władzy dla sabotowania śledztwa w sprawie głośnego włamania do lokalu Partii Demokratycznej w hotelu Watergate – a nie próby obalenia siłą ładu politycznego. Obserwowałem tę aferę spędzając większość czasu na wykładach w USA i pamiętam, jak jednolite było wtedy społeczeństwo amerykańskie w potępieniu zachowania głowy państwa. Tym razem nie można wykluczyć wyroku skazującego – już po zakończeniu przez Trumpa kadencji, ale nie bez znaczenia dla jego politycznej przyszłości. Nie ma jednak klimatu powszechnego potępienia. Aż 197 republikańskich kongresmanów głosowało przeciwko wnioskowi o postawienie Trumpa w stan oskarżenia a miliony jego zwolenników nadal go popierają.
Donald Trump jest centralną postacią tego kryzysu demokracji amerykańskiej, ale byłoby naiwnością sprowadzać ten kryzys do jego działań. Prezydentura Trumpa była konsekwencją a nie przyczyną kryzysu politycznego, a sam ten kryzys narastał od lat.
Mówiąc o kryzysie demokracji w Ameryce mam na myśli załamanie się tego, co stanowi podstawę ładu demokratycznego: konsens głównych sił politycznych co do respektowania instytucji demokratycznych i co do podstawowych założeń polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konsens taki istniał przez niemal cały okres po drugiej wojnie światowej powodując, że w literaturze naukowej często można było spotkać rozważania o zacieraniu się różnic miedzy dwiema głównymi partiami. Nie było to równoznaczne z całkowitym brakiem programowych podziałów. Zwłaszcza w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walka o zniesienie segregacji rasowej spowodowała utracenie przez Partię Demokratyczną władzy na Południu, w stanach dawnej Konfederacji , i przesunęła Partię Republikańską na prawo. Proces ten uległ pogłębieniu w latach 1981-1989 za prezydentury Ronalda Reagana, ale mieścił się wciąż jeszcze w ramach szeroko pojętego konsensu demokratycznego.
Zaczęło się to załamywać na początku obecnego stulecia. W 2002 roku na prawym skrzydle Partii Republikańskiej pojawiły się zalążki ruchu nazwanego (przez analogię z protestem, z którego wyrosła amerykańska wojna o niepodległość) „patią herbacianą”. Przedstawicielą tego ruchu, była gubernator Alaski Sarah Palin została kandydatką na wiceprezydenta w wyborach 2008 roku, po których 19 lutego 2009 roku „Partia Herbaciana” została oficjalnie ukonstytuowana jako skrajnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Dopiero jednak osiem lat później popierany przez nią Donald Trump zasiadł w Białym Domu (uzyskując zresztą mniejszość głosów wyborców, ale wyraźną większość głosów elektorów). Jego wygrana była tylko częściowo wynikiem tego, że znaczna część wyborców odwróciła się od bardzo doświadczonej, ale niezbyt popularnej Hilary Clinton. W grę wchodził rosnący protest znacznej części społeczeństwa przeciw kierunkowi, w jakim zmieniała się Ameryka.
W komentarzach amerykańskich socjologów i politologów na temat przyczyn obecnej sytuacji dominują dwie różne, choć nie wykluczające się narracje. Pierwsza (między innymi w wersji wielokrotnie prezentowanej przez Adama Przeworskiego – jednego z najwybitniejszych amerykańskich socjologów polityki, wychowanka Uniwersytetu Warszawskiego) kładzie nacisk na uwarunkowania ekonomiczne. Neoliberalny kapitalizm w wersji faworyzowanej przez Raegana zrodził niespotykany poprzednio wzrost nierówności ekonomicznych: bogacenie się najbogatszych, stagnację ekonomiczną a nawet regres w położeniu klasy średniej, a zwłaszcza ubożenie warstw ludowych. Biedniejsi żyją średnio o piętnaście lat krócej niż ludzie z 20 procent klasy „wyższej” (Małgorzata Durska, „Biedna biała Ameryka”, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2021), co jest syntetycznym wskaźnikiem ogromnych rozpiętości w warunkach życia. Wielu z tych biedniejszych Amerykanów głosowało na Trumpa w 2016 roku i wielu (choć nie wszyscy) pozostali przy nim w zeszłym roku. Ich wybór mieści się w ogólnym trendzie, który obserwujemy też w Europie i który wyraża się w buncie klasy ludowej przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi.
A Ameryce dochodzi jednak do tego inny problem: ostry sprzeciw wobec postępującego demontażu systemu dyskryminacji rasowej. Sprzeciw ten przybrał na sile ostatnio – jako reakcja na zdobywanie przez Afroamerykanów kolejnych pozycji w długiej walce o równe z „białymi” prawa. Jak w fizyce, każda akcja wywołuje reakcję. W tym wypadku jest to reakcja tej części „białej” Ameryki, która nadal nie może pogodzić się z tym, że sto sześćdziesiąt lat po wojnie domowej, która położyła kres niewolnictwu, czarnoskórzy Amerykanie stopniowo zdobywają prawa tak długo mim odmawiane. W tym sensie prezydentura Baracka Obamy była symbolicznym przełomem – entuzjastycznie przyjętym przez postępową część Ameryki, ale znienawidzonym przez rasistowską prawicę.
W 1937 roku John Dollard w głośnej monografii o stosunkach rasowych na amerykańskim Południu sformułował nowatorską wówczas tezę, że rasizm amerykański ma szczególnie silne oparcie wśród uboższych Amerykanów, dla których przywileje wynikające a przynależności rasowej były psychologiczną rekompensatą za ich upośledzenie ekonomiczno-społeczne.
W ten sposób zlewają się w jedno dwa nurty społecznego protestu: przeciw nierówności ekonomicznej i przeciw prawom mniejszości rasowych. Powstała z tego mieszanka ma wiele cech przypominających europejski faszyzm z lat międzywojennych. Jako jeden z pierwszych sygnalizował to Zygmunt Bauman w eseju napisanym po wyborach 2016 roku – na kilka tygodni przed śmiercią (i opublikowanym w półroczniku „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa” w 2017 roku). Od faszyzmu obecny autorytarny populizm różni miedzy innymi brak totalitarnej partii i całościowej ideologii, ale istnieją podobieństwa na tyle istotne, by pojawiało się pytanie, czy brunatna przeszłość może się odrodzić.
W styczniu 2021 roku demokracja amerykańska obroniła się przed najpoważniejszym wyzwaniem w jej historii, być może nawet groźniejszym niż secesja stanów południowych w 1861 roku, gdyż wymierzonemu w samo serce systemu demokratycznego – w wolne wybory. To powinno być źródłem nadziei. Nie mają racji ci publicyści i uczeni, którzy już ogłosili kres liberalnej demokracji. Nowi autokraci powinni na serio przemyśleć los Donalda Trumpa. „Będą spisane czyny i rozmowy” – by przypomnieć Miłosza. Jeśli upadł Donald Trump, nie ma powodu, by uważać pozycję jego wielbicieli w naszej części Europy za nienaruszalną.
Trzeba jednak także liczyć się także z gorszymi scenariuszami. Trump odchodząc nie zabiera z sobą konfliktów społecznych, które tak ostro podzieliły Amerykę. Stoi ona w obliczu wielkich problemów, których upadek niedoszłego autokraty nie likwiduje. Najbliższe cztery lata – okres prezydentury Joe Bidena – będą miały wielkie znaczenie dla losów demokracji – nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Bigos tygodniowy

Ziobryści, z kaczystami pospołu, szykują się do kolejnego zamachu na obywatelskie wolności. Zmierzają do tego, by nie można było odmówić przyjęcia mandatu, a nawet chcą wprowadzić obowiązek jego natychmiastowego zapłacenia. Post factum można by kierować swój sprzeciw do sądu i tam ewentualnie udowadniać swoją niewinność. Ujmując rzecz najbardziej lakonicznie – to zamiar perwersyjnego odwrócenia starej prawnej zasady, że to nie obywatel ma udowodnić swoją niewinność, ale jemu ma być udowodniona wina. Chodzi oczywiście przede wszystkim o prewencyjną pacyfikację przyszłych protestów, o efekt „mrożący”, mający zniechęcić do ich podejmowania. Widać z tego, że rządzący konsekwentnie dążą do całkowitego demontażu obywatelskich swobód i wolności, do zaprowadzenia standardów naprawdę niebezpiecznie zbliżających nas – to wbrew pozorom nie aż tak wielka przesada – do Korei Północnej. Wątłe brykanie gowinowców, którzy coś bredzą o wątpliwościach dotyczących zgodność proponowanych zmian z polskim porządkiem prawnym, nie zmieniają tej oceny. Kolejne antywolnościowe, konsekwentnie rozwijające zamordyzm pomysły nastąpią nieuchronnie.


Jeszcze nie tak dawno pisowcy odstawiali reprezentantów wysokiej kultury bycia, purystów językowych i harcerzyków („harcerz nie przeklina…”), potępiając wulgarny, knajacki język zaczerpnięty z podsłuchiwania opozycji, z tymi wszystkimi słowami na „k”, „p” i „cha”. Nagrani przez współtowarzysza partyjnego wałbrzyscy działacze PiS pokazali, że nie tylko przedstawiciele opozycji potrafią pofolgować językowi. Ciekawe było też co tym soczystym językiem przekazywali urbi et orbi, nie kryjąc wcale że „każdy jest pazerny, każdy by chciał coś”. Więcej, bystrze zauważyli, że niczym się nie różnią od członków partii opozycyjnych, tylko ich przywódcy nazywają się inaczej. W reakcji na te rewelacje Kaczor się wściekł, karnie rozwiązał tamtejszą terenową organizację i wykluczył jej wszystkich członków z partii. Podobno osobiście ma wybrać się do Wałbrzycha z prelekcją na temat kultury języka. Efekt będzie taki, że od tej pory, członkowie innych struktur PiS będą po prostu trzymać języka za zębami.


Ziobryści zbulwersowani wycięciem Trumpa z twittera za podżegające wpisy, chcą powołać Radę Wolności Mediów. Uwaga: piromani zbliżają się magazynu materiałów łatwopalnych.


Dopóki nie zostanie uchylony art.196 kodeksu karnego, dopóty nie można będzie można w Polsce nawet napomykać o wolności. W Płocku właśnie rozpoczął się proces o obrazę uczuć religijnych. Początek sprawy miał miejsce w kwietniu 2019 roku, gdy w okolicach tamtejszego kościoła pod wezwaniem św. Dominika, pojawiły się naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli. Warto przypomnieć, że ten naganny akt poprzedziło wystawienie w tym kościele właśnie Grobu Pańskiego z napisami LGBT, gender, zestawionymi z wyrazami agresja, egoizm, hejt i temu podobnymi. Bigos Tygodniowy poinformuje Czytelników o finale tej sprawy niezawodnie.


W minioną sobotę TVPiS wyemitowała fragmenty mszy, jaka miała miejsce w kościele w Starachowicach. Msza odbyła się w intencji zmarłej osiem lat temu Jadwigi Kaczyńskiej, a słowo spod ołtarza wygłosił Kaczyński Jarosław. Nie było to takie zwykłe słowo, bo Kaczor mówił nie tylko o zmarłej, ale wygłosił faktycznie orędzie do ludu pisowskiego. I tak omówił sytuację polityczną w kraju, skrytykował poprzednie rządy, ostrzegł, że zło atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród, kościół katolicki. Jednocześnie zażądał obrony przyzwoitości w życiu publicznym. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. Jak widać i słychać sojusz kościoła i władzy trzyma się mocno, choć wykorzystywanie prywatnej uroczystości do celów propagandowych jest delikatnie pisząc wielce niestosowne.


Apostazja zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej ludzi zbrzydzonych praktykami Kościoła katolickiego formalnie opuszcza jego szeregi. Kłody rzucane przez funkcjonariuszy Kościoła katolickiego apostatom i apostatkom, tego procesu nie zatrzymają, a jedynie irytują.


W latach 2017-2019 blisko 2 tysiące polskich dzieci podejmowało próby samobójcze. Niedoinwestowana psychiatria dziecięca potrzebuje każdej złotówki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie uzyska 80 milionów złotych na ten cel, albowiem w trakcie debaty budżetowej senatorowie PiS gremialnie zagłosowali przeciwko takiemu rozwiązaniu. Teraz ustawa wraca do Sejmu i ciekawe, co Zjednoczona Prawica z tym fantem zrobi. Należy się obawiać, że „klepnie” to rozwiązanie, choć „wszystkie dzieci są nasze”. Dla przypomnienia pisowska ekipa była i jest hojna, ale nie dla wszystkich dzieci już urodzonych. Przypomnijmy, że kasa była na wybory „kopertowe”, „transakcje” resortu Szumowskiego z instruktorem narciarskim i handlarzem bronią, były i będą miliardy na media narodowe, czyli pisowskie szczujnie, ale psychiatria dziecięca mało medialna jest. A poza to nie krąg wyborców PiS.


Sędzia Igor Tuleya jest w coraz większych opałach za swoją hardą postawę w obronie praworządności. Po uchyleniu przez nieprawną Izbę Dyscyplinarną SN immunitetu, właśnie został wezwany na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej jako podejrzany o przestępstwo z art.241 k.k. Jeśli się nie stawi, zostanie zatrzymany, ani chybi skuty kajdanami i doprowadzony przed oblicze prokuratora. Tymczasem Unia Europejska milczy.


W PiS żałoba, na Kapitolu szykuje się zmiana warty, do historii przechodzi Trump, Donald Trump. Mistrz i guru, mentor, żywy wzór do naśladowania, nasz amerykański przyjaciel odchodzi w niesławie. Duduś nie będzie miał kogo wielbić synowską miłością. Jaka szkoda! Już nie przyjedzie do Polski z garścią paciorków na prezenty i tanimi pochlebstwami. Do Białego Domu wchodzi neomarksistowska ekipa Joe Bidena.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Ameryka przemówiła…

„Nie ma powodu, aby XXI wiek nie należał do nas” – powiedział Joe Biden.

Ameryka wybrała demokratyczny duet Joe Biden/Kamala Harris; przegrał populistyczny Donald Trump.
Jako zwycięzców nie bez powodu wskazałem duet, mimo iż w strukturze władzy USA liczy się niemal wyłącznie prezydent, a zastępca jest po prostu rezerwowym zawodnikiem. Tym razem kandydatura na wiceprezydenta – Kamali Harris, charyzmatycznej i jednocześnie twardej kobiety sukcesu, gruntownie wykształconej, o jamajsko-indyjskich korzeniach, odegrała w kampanii bardzo istotną rolę, przyciągając do obozu demokratów mniejszości etniczne i rasowe i większość kobiet ( mimo iż więcej białych kobiet głosowało na Trumpa ).
Miało to istotne znaczenie, biorąc pod uwagę napięcia rasowe w Ameryce w ostatnich miesiącach i obraz Donalda Trumpa jako zwolennika porządku, nawołującego do tłumienia protestów społecznych za wszelką cenę, przy pomocy gwardii narodowej i lekceważącego społeczne przyczyny podziałów w USA. Tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza i jej implikacje na rynku pracy w związku z kryzysem koronawirusowym miały większe znaczenie dla zwycięstwa wyborczego demokratów. Ameryka przeżywa szczególnie dotkliwie pandemię, z nieproporcjonalnie wysoką liczbą zakażeń i zgonów, co, tak samo jak w Polsce, ma w dużej mierze związek z nieskoordynowanym, chaotycznym i nieskutecznym działaniem rządu. Zaostrza to nie tylko problemy gospodarcze, ale dzieli również społeczeństwo . Covid uderza szczególnie w klasę robotniczą oraz mniejszości etniczne i rasowe, ale również w klasę średnią.
Przeszło 4,5 mln głosów różnicy na korzyść Bidena ( przeszło 1,5 mln więcej niż w kampanii z udziałem Hillary Clinton ) nie wzięło się znikąd.
Załamanie gospodarcze pod ciosami pandemii widać szczególnie wyraźnie w tzw. pasie rdzy, dawniej nazywanym stalowym; tam gdzie wykuto zwycięstwo Trumpa przed czterema laty ( Pensylwania, Michigan, Ohio, Indiana) i przyległych stanach – Illinois i Wisconsin. Nadzieje amerykańskiej klasy pracowników przemysłowych zostały zawiedzione; Biden odbił Trumpowi Pensylwanię, Michigan, jak również nieodległy Wisconsin. W tych trzech ostatnich stanach Donald Trump wygrał przed 4 laty różnicą łącznie ok. 80 tys. głosów, teraz poległ tam różnicą ok. 250 tysięcy.
Demokrata wygrał jednak również w Arizonie (po 24 latach) i w Georgii (po 28 latach). Uzyskał, przy najwyższej od 1908 roku frekwencji, najwięcej głosów w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jeszcze raz się okazało, że ludzie oczekują realnej poprawy ich sytuacji życiowej i utrzymania miejsc pracy, a nie tylko obniżki podatków.
Nowa, demokratyczna administracja stoi przed ogromnym wyzwaniem uruchomienia na nowo gospodarki i od sukcesów na tym polu będzie zależeć jej przyszłość za cztery lata, ale najpierw musi się uporać z napierającą pandemią. Nowa administracja musi opracować atrakcyjne i wykonalne plany rozwiązania problemów gospodarczych i społecznych, które zyskają poparcie Kongresu w tym kolejną reformę opieki zdrowotnej, ale również zapewne powróci do aktywnej polityki ochrony środowiska ( zapewne powróci do porozumienia paryskiego ).
Umiarkowany Biden nie przeprowadzi w Ameryce rewolucji, ale może przywrócić poczucie solidarności społecznej, wykorzystując zaangażowanie obywatelskie, łagodząc podziały i naprawiając szkody wyrządzone w tej sferze przez D. Trumpa, prowadząc bardziej sprawiedliwą politykę. Na arenie międzynarodowej obserwatorzy oczekują przede wszystkim normalizacji w stosunkach transatlantyckich i zaprzestania traktowania Unii Europejskiej przez administrację amerykańską jako rywala i powrotu do współpracy na partnerskich zasadach. Ma to ogromne znaczenie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin, które poradziły sobie, używając drastycznych środków w walce z pandemią na swoim terytorium i dzisiaj są gotowe na nową ekspansję. Nota bene: w Europie o reindustrializacji nadal się tylko gawędzi… To samo dotyczy współpracy w sferze bezpieczeństwa, przede wszystkim w ramach NATO, wobec aktywnej polityki rosyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu.
Polski rząd znajdzie się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że ma ogromny, psychologiczny kłopot z odczepieniem się od rydwanu Donalda Trumpa. Zamiast nawiązać kontakt z przyszłą administracją i uzyskać potwierdzenie uzgodnień poczynionych w sferze bezpieczeństwa z odchodzącym prezydentem, tworzy fakty dokonane, ratyfikując jednostronnie nowy układ o współpracy w sferze obronności kilka dni po amerykańskich wyborach.
Ale jeżeli Andrzej Duda nie jest w stanie się przemóc i złożyć gratulacji zwycięzcy jak inni przywódcy europejscy, tylko gratuluje mu kampanii i czeka na Zgromadzenie Elektorów – to o czym tu gadać.
Przy nowej administracji, która ogromny nacisk kładzie na prawa człowieka i praworządność ( niemal jak za administracji Cartera ), rząd PiSu i prezydent Duda nie będą już mogli wygrywać różnic między przywódcami Unii Europejskiej i USA. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla Polski.

Nie ma mowy o większych zmianach

Stany Zjednoczone oraz ich partnerzy czekają na pierwsze plany i działania nowej administracji.
Prezydentura Joe Bidena będzie oznaczać raczej drobną korektę kursu niż rewolucję w amerykańskiej polityce. Jaki jest jego plan dotyczący gospodarki? Choć recesja, dzięki wiosennemu planowi ratunkowemu, tzw. CARES Act, jest mniejsza niż przewidywano, to i tak w tym roku produkt krajowy brutto USA spadnie o 4 proc. Dlatego oczekiwane jest działanie nowej administracji, już na samym początku kadencji.
Prezydentura Bidena oznaczałaby nowy plan ratunkowy dla znajdującej się w recesji amerykańskiej gospodarki. Jego koszt to od 2 do 4 bilionów dolarów. Począwszy od nowej transzy zasiłków dla bezrobotnych, które miałyby osłabić niepożądany efekt trwałego spadku konsumpcji, poprzez wysoką podwyżkę federalnej płacy minimalnej (z 7,25 do 15 dolarów), do programu pożyczek dla firm i stanów w celu zwiększenia ich płynności finansowej.
Kluczowe wyzwania na dłuższą metę, z którymi chce się zmierzyć Biden, to walka ze zmianami klimatu i rasizmem, inwestycje w edukację i infrastrukturę – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Według jego programu USA mają powrócić do grupy państw Porozumienia Paryskiego, z którego w 2017 r. wyprowadził Stany Donald Trump. USA ma osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 r., a może nawet do 2035 r. Na te cele ma zostać przeznaczone 2 biliony dolarów. W dużej części będzie to oznaczać subsydiowanie zielonych badań i rozwoju, inwestycje w mieszkalnictwo (ważne źródło emisji szkodliwych gazów) i transformację energetyczną firm.
Ponad 100 miliardów dolarów niskooprocentowanych pożyczek ma zostać przeznaczone dla społeczności o wysokim odsetku mniejszości etnicznych, 50 mld dolarów zostanie przeznaczonych na startupy, a 70 mld dolarów będzie zainwestowane w edukację.
Wydatki na inwestycje strukturalne w ciągu ostatnich 50 lat ciągle spadały, co wpływało na pogarszanie się stanu dróg i mostów, których świetność przypadała na lata 50. XX wieku – zauważa TEP. Trudno będzie odwrócić ten trend.
Podsumowując, gospodarcze plany Bidena mają kosztować w sumie 3 proc. PKB. Jest to niewiele w obliczu wyzwań, przed którymi stoją USA.
Co ważne, przedstawione przez Bidena plany pokrycia wydatków wydają się realne do osiągnięcia i rzeczowe. A to m.in. za sprawą planowanego uszczelnienia i wzrostu opodatkowania najbogatszych (zarabiających powyżej 400 tys. dolarów rocznie) do 39,6 proc. Drugim elementem jest odwrócenie reformy podatkowej Trumpa z 2017 r. i zwiększenie podatku od dochodów firm (CIT-u) z 21 proc. do 28 proc. W sumie pozwoli to na wzrost wpływów do budżetu federalnego rzędu 1-2 proc. PKB.
Amerykańska lewica zarzuca Bidenowi, że jego propozycje są nudne i nierewolucyjne. Odrzucił on utopijne, jak na standardy amerykańskie, lewicowe hasła. Co to oznacza? Ograniczenie planu Medicare dla wszystkich (pośród krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju USA są jedynym państwem bez powszechnego publicznego federalnego systemu ochrony zdrowia). Biden wycofał się również z zakazu inwestycji w energię nuklearną, a także darmowej edukacji wyższej dla każdego (studia w USA są bardzo kosztowne, a w sumie dług studencki to niebagatelna kwota 1,6 bln dolarów).
Zarzuca mu się, że nie ma konkretnego planu gospodarczego czy nawet planu walki z COVID. Część jego propozycji budzi zastrzeżenia co do zasadności i efektywności wydawania środków. Wskazuje się, że plany inwestycji w infrastrukturę, brak planów regulacji oligopoli czy brak reformy prawa antytrustowego mogą być problemem dla konkurencyjności amerykańskiej gospodarki. Choć Biden jest zwolennikiem wolnego handlu, to może faworyzować lekki protekcjonizm. Oczekuje się – w kontekście relacji z Chinami – powolnego wychodzenie z wysokich taryf (obecnie średnio 18,3 proc.) i embarga (na produkty Huawei, ZET, Tencet), a także wycofywania się z sankcji wobec wysokich urzędników partyjnych.
Joe Biden skupiał się w poprzednich kampaniach na klasie średniej, bo z niej się wywodzi i z nią identyfikuje typowego Amerykanina. Warto spojrzeć na jego prezydenturę przez pryzmat problemów klasy średniej. Jego plany gospodarcze mogą oznaczać nieznaczne wzmocnienie amerykańskiego państwa dobrobytu, które dotychczas w dużym stopniu pomija młodych i mniejszości etniczne.

Joe Biden. Nareszcie!

To była naprawdę sympatyczna chwila, kiedy ogłoszono, że Joe Biden został 46 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Byłem w gronie obywateli Europy i Polski, którzy odetchnęli w tym momencie z ulgą. Zwyciężyła bowiem demokracja, prawda i rzetelność, przegrały krętactwa, fobie i miłość własna. Jako człowiek, Polak i europarlamentarzysta – członek Delegacji UE-USA Parlamentu Europejskiego wyrażam zadowolenie z wygranej Joe Bidena i z przegranej Donalda Trumpa. Jego prezydentura, to był zły czas dla Europy.

Jak natomiast na stosunki USA z Unią Europejską wpłynie wybór Joe Bidena? Oczekiwania są bardzo duże i przepełnione optymizmem. Podobnie, jak nadzieja na korektę wektorów w stosunkach polsko-amerykańskich. Mówiąc obrazowo – w nawiązaniu do słynnego zdjęcia z Gabinetu Owalnego, żeby na powrót były to stosunki partnerskie, a nie w pół przyklęku.
„Będę prezydentem, który nie chce dzielić, ale chce łączyć” – powiedział Joe Biden. W Brukseli panuje wiara, że teraz może być już tylko lepiej.
Paradoksalnie jednak ta dobra wiadomość dla europejskiej wspólnoty, może oznaczać kłopoty dla nas, gdyż jak wiadomo rząd PiS całą swoją politykę zagraniczną budował na bardzo ścisłym sojuszu z USA, dość gorliwie pomagając niechętnemu Unii Europejskiej Trumpowi w jej osłabianiu. Teraz, kiedy protektor schodzi ze sceny, rząd PiS zostaje sam wobec problemów, które stworzył i z marną opinią. Jest ich niemało, ale najważniejszym i najbardziej groźnym dla nas jest ciągnąca się wiele miesięcy kwestia praworządności. Tzw. reforma sądownictwa przeprowadzona brutalnie i bezkompromisowo przez Zbigniewa Ziobrę, sprawiła, że trójpodział władzy będący podstawą każdego demokratycznego państwa prawa w Polsce praktycznie nie istnieje. Tak na marginesie, zauważył to niedawno także Joe Biden zaliczając Polskę do reżimów totalitarnych. Miał chyba skalę porównawczą, gdy porównał to, co dzieje się obecnie z naszym systemem praworządności z tym, co widział na własne oczy będąc w Warszawie jako wiceprezydent USA podczas kadencji Baracka Obamy, gdy byliśmy pod każdym względem przodującym krajem UE.
Operacyjna metoda wprowadzania nowych praw polegała na tym, żeby nie mając większości uprawniającej do zmiany Konstytucji, zmienić ją przy pomocy zwykłych ustaw. PiS twierdzi więc, że działa legalnie, bo na podstawie ustaw, choć tak naprawdę zmienił nielegalnie Konstytucję i to w kierunku sprzecznym z zasadami, na których zbudowana jest Unia. Polsce dzielnie towarzyszą Węgry, gdzie też panuje zasada, iż dobre prawo to takie, które daje pełnię władzy partii rządzącej. Oba kraje, działając wspólnie i w porozumieniu, wykorzystując traktatową zasadę, iż najważniejsze decyzje wymagają jednomyślności, skutecznie szachowały całą wspólnotę, czerpiąc pełnymi garściami korzyści z niej płynące i jednocześnie postępując na co dzień wbrew jej zasadom.
Wspólnota, przede wszystkim pod wpływem własnych społeczeństw, musiała więc zareagować, tym bardziej, że przekonanie, iż wypłata funduszy unijnych powinna być powiązana z przestrzeganiem prawa w poszczególnych krajach, jest w Europie powszechne. 70 proc. Europejczyków chce żyć w coraz bardziej zintegrowanej Unii Europejskiej i równie zdecydowana większość uważa, że Unia nie jest po prostu bankomatem, że jest również wspólnotą wartości.
Po kilku latach dobiegają końca dyskusje nad tym, jak rozumieć praworządność, by była ona pojęciem wspólnym dla wszystkich, wedle jakich, jednakowych dla wszystkich kryteriów ją oceniać, w jaki sposób ją egzekwować? Równie istotnym problemem był proces podejmowania decyzji. Uznano, że dbałość o demokratyczny ustrój Unii, prawa człowieka i wszystkie inne zasady, na których zbudowane są państwa prawa, to nie jest zmiana traktatów unijnych, ani żadna inna zmiana fundamentalnych reguł, którymi kieruje się Unia, a ich obrona. Zatem nie wymaga jednomyślności, a decyzje mogą być podejmowane kwalifikowaną większością głosów na Radzie Unii Europejskiej. Jeśli więc np. premier Morawiecki obroni w tym gronie swoje racje i uzyska uznanie dla „nowatorskich” rozwiązań reformy sądownictwa, to żadne sankcje wobec Polski, jako kraju nieprzestrzegającego unijnych zasad praworządności, stosowane nie będą.
Wielką, powiedziałbym wręcz decydującą rolę w tych rozmowach odegrał Parlament Europejski. Zdecydowana, podkreślam zdecydowana większość europarlamentarzystów domagała się, żeby zasada „pieniądze za praworządność” stała się rzeczywistym, stałym, skutecznym i jednakowo obowiązującym wszystkich elementem prawa europejskiego. Jest to już w zasadzie przesądzone. W negocjacjach między PE i niemiecką prezydencją – bo na nią przypadło finalizowanie tych rozmów – osiągnięto porozumienie. Muszą je jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej, ale już wiadomo, że Polska nie będzie w stanie sama zablokować tych zmian. Nawet do spółki z Węgrami. Zasada jednomyślności, o której jeszcze w lecie z taką pewnością siebie zapewniał szef Rady Ministrów, nie będzie obowiązywała. Postaraliśmy się jednak, żeby przy okazji działała jeszcze jedna zasada: za to, że rząd danego państwa nie chce przestrzegać ogólnounijnych praw nie mogą ponosić konsekwencji obywatele tych państw. Dlatego, jeśli wobec kogoś wypłaty unijne zostaną zawieszone, to i tak dane państwo będzie zobowiązane pokryć zaplanowane wydatki z własnych budżetów. Ponadto Unia nie będzie wstrzymywała pieniędzy przeznaczonych na działalność samorządów czy organizacji pozarządowych.
Oczywiście to rozstrzygnięcie bardzo nie podoba się władzom PiS: „Nie damy się terroryzować pieniędzmi, będzie weto” powiedział szef tej partii w wywiadzie prasowym. (13.X.20). Wobec tak jednoznacznej deklaracji politycznej premier nie może powiedzieć nic innego: – Na pewno skorzystamy z prawa do sprzeciwu, jeśli nie dojdziemy do porozumienia ws. „tzw. praworządności”; nie ma możliwości, aby „tylnymi drzwiami”, przez mechanizm warunkowości, KE, czy inne instytucje Unii, mogły dokonywać samodzielnej oceny (…) i na podstawie niejasnych kryteriów dokonywać np. wstrzymywania płatności z funduszy…
Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem można dyskutować, żeby nie powiedzieć ostrzej. „Tzw. praworządność”, „wprowadzanie tylnymi drzwiami”, „samodzielne oceny na podstawie niejasnych kryteriów”… Przypominam, że „reformę” wymiaru sprawiedliwości dokonaną przez PiS oceniali najwybitniejsi prawnicy (Komisja Wenecka), swą opinię wydały liczne uniwersytety, łącznie z wydziałami prawa najbardziej renomowanych uczelni polskich i zagranicznych, najwyżsi rangą urzędnicy unijnych instytucji, wielokrotnie analizował ją i oceniał PE… Wszyscy się mylą?! Nikt nie ma racji, tylko pan premier z panem wicepremierem?
Co jeszcze mogą zrobić? Rzeczywiście mogą oprotestować projekt unijnego budżetu, który w tych tygodniach będzie zatwierdzany. Przypomnę, że jest to 1 bilion 800 miliardów euro. W tym 750 miliardów tzw. Funduszu Odbudowy przeznaczonego na likwidację skutków pandemii COVID-19. Wszystkie zapowiedzi rządowe o planach radzenia sobie z kryzysem, planach odbudowy, ratowania poszczególnych branż, o nowych inwestycjach, zmianach w energetyce, wszelkich dopłatach, dosłownie wszystko jest związane z tymi pieniędzmi. Jeśli PiS z nich zrezygnuje tylko dlatego, żeby ich nielegalna Izba Dyscyplinarna SN mogła karać „nieprawomyślnych sędziów”, to tych pieniędzy Polska nie dostanie.
Co będzie, gdy Polacy dowiedzą się, jakiej ofiary na rzecz swoich fantasmagorii wymaga od nich Prawo i Sprawiedliwość? A przecież sama Unia też nie jest bezbronna wobec takiej groźby. Można przecież stworzyć fundusz odbudowy bez Polski czy Węgier, na podstawie zwykłej umowy międzyrządowej. Wtedy pozostali będą korzystać, tylko Polska i Węgry nie. Co więcej – można stworzyć nową Unię, z pominięciem Polski i Węgier, Unię w pełni zintegrowaną. Ten pomysł już się zresztą pojawił w europejskich dyskusjach. Mało tego – taki plan zaprezentowano już w marcu 2017 roku, a znaleźć go można w tzw. Deklaracji Rzymskiej przyjętej z okazji 60-lecia powstania UE. Czytamy tam m.in:
„Uczynimy Unię Europejską silniejszą i odporniejszą dzięki jeszcze większej jedności i solidarności między nami oraz poszanowaniu wspólnych zasad. Jedność jest zarówno koniecznością, jaki naszym wolnym wyborem…
Pod słowami o „jeszcze większej jedności”, „solidarności”, poszanowaniu wspólnych zasad” i o tym, że „jedność jest zarówno koniecznością jak również naszym wolnym wyborem” znajduje się podpis pani premier polskiego rządu Beaty Szydło… Czyżby był już nieważny?
Rząd PiS ma więc nad czym myśleć. Tym bardziej, że od kilku dni nie może przecież liczyć na wsparcie zdeklarowanego przeciwnika Unii, Donalda Trumpa. W wyniku usilnych pięcioletnich starań został sam z Victorem Orbanem. Dlatego, mimo buńczucznych pohukiwań nie sądzę, żeby PiS zdecydował się na podważenie budżetu UE na lata 2021-2027, łącznie z wielosetmiliardowym Funduszem Odbudowy. Pozbawiony wsparcia zza oceanu ma tylko jeden problem – jak swoją klęskę, którą widać już na horyzoncie, przełknąć i to jeszcze z uśmiechem na ustach.

Sushi con carne

Sushi pisało, że jak się Unia Europejska zacznie czepiać Orbana i Kaczyńskiego, to zostanie bez budżetu i 750 mld euro kredytu. Słowo staje się ciałem. Gdy ktoś w Komisji Europejskiej zaczął głośniej mówić o praworządności połączonej z pieniędzmi, to obaj panowie zapowiedzieli veto. W związku z czym Unia nie ma wyjścia i do czasu przegłosowania obu tych kwestii w Brukseli nie będzie niemiłych Warszawie i Budapesztowi kwestii podnosiła. I tylko pozbawieni umiejętności myślenia entuzjastyczni przeciwnicy PiS mogą uważać inaczej i pisać kwity do instytucji unijnych. Chyba, że enuncjacje te pochodzą z wyrachowania politycznego i udawania, że coś się dla polskiej demokracji robi – choć ma się świadomość, że to rzucanie grochem o ścianę.

Miłośnicy zwierzątek z WWF napisali do wszystkich decydentów świata kwit mówiący o tym, że nie wolno budować tam, zapór, ani żadnych innych spiętrzaczy wody produkujących prąd. W liście opisują jaki to Armageddon będzie jak powstaną takie elektrownie. Znaczy, e ryby nie będą mogły pływać jak pływają, a przyroda nad zbiornikami wodnymi zrobi się zła.
Ekologicznym pięknoducho Sushi poleca wizytę w Czorsztynie i pogadanie z miejscowymi. Radzi też pooglądanie przyrody, która wokół tamtejszego zbiornika miast zniknąć rozkwitła. A co do ryb, to nowoczesne zapory mają takie myki, dzięki którym ryby śmigają dokąd chcą.
WWF zamiast elektrowni wodnych proponuje panele fotowoltaiczne i farmy wiatrowe. Miłośnikom zwierzątek radzilibyśmy zobaczyć jaki ślad węglowy zostaje przy produkcji jednych i drugich. Nie powinni mieć trudno ze zdobyciem tych informacji. Wystarczy pogadać z tymi, którzy ponoć dostarczają ekologom wyników takich badań oraz dokonują stosownych przelewów na konta organizacji. A’propos wody. Czy wiecie, że do wyprodukowania avocado trzeba zużyć wielu litrów wody? Takie informacje podawane są w tonie alarmistycznym. Mają wzburzyć, nie włączając myślenia. Gdyby bowiem uruchomiło się mózg, to szlag trafiłby wszystkie teorie o tym, ile to wody marnujemy na uprawy i hodowlę. Woda bowiem – według ekologów – się pewnie w tych procesach anihiluje. No to uspokajamy ich – otóż nie. Woda paruje, albo ze zwierząt i roślin lub z moczu. Potem się unosi i opada jako deszcz, śnieg, czy grad. Cyrkuluje w przyrodzie, a mądrzy ludzie robią wszystko, żeby potem była tam gdzie jest najbardziej potrzebna. Sushi jest bardzo za ekologią i myśleniem ekologicznym. Z naciskiem na myślenie.

Niemal nigdzie nie udało się zobaczyć i przeczytać, że pod auspicjami rosyjskimi podpisano rozejm w Górskim Karabachu. Azerbejdżan na jego mocy dostał władzę nad 75 proc. spornej krainy. Ormianie dostali po tyłku. W tym czasie radio, telewizja, prasa i internet rozpływały się nad czymś, nad czym pochylić powinny się służby specjalne odpowiadające za to, żeby na giełdzie nowojorskiej nie było przewałów. Opisywały ze szczegółami komunikat wydany przez firmę Pfizer o tym, że jej szczepionka na covid przeszła do kolejnego etapu testowania. Media zrobiły z tego niusa, że szczepionka już jest. Nikt nie zająknął się o tym ile zarobili ci, którzy chwilę wcześniej nabyli papiery Pfizera. Sushi bez szczepionki, darzy Pfizera najwyższą atencją. Jej wkład w rozwój ludzkości jest, nawet bez zamrożonego RNA, wiekopomny. Dzięki wynalezieniu cytrynianu sildenafilu amerykańscy farmaceuci spowodowali, że mężczyźni nie wiedzą dziś co to starość, a ich partnerki są szczęśliwe jak nigdy dotąd.

Zamiast pogratulować Bidenowi, prezydent Duda szybko podpisał wojskową umowę polsko-amerykańską. Umowa przewiduje, że będzie u nas stacjonowało nie cztery, ale 5 tysięcy żołnierzy US Army. Będą podlegali tylko prawu amerykańskiemu, zaś Polacy będą od tego, żeby nie zabrakło im ptasiego mleka. Na ten zbożny cel co roku będziemy wydawać pół miliarda złotych. Kwota ta niech nikogo nie przerazi. Polska policja historyczna o nazwie IPN tylko w tym roku dostanie 405 miliardów, choć nie ma żadnej funkcji odstraszającej. Amerykanie będą u nas stacjonować zaś, dając sygnał Putinowi, żeby nie ważył się nas anektować. Kurdowie też tak mieli. Do chwili, gdy Trump nie rozczłonkował ich między Erdogana a syryjskich Rosjan.

Meldunek z frontów

Rząd PiS samotny jest na arenie międzynarodowej. Jak przysłowiowy, środkowy palec.

Melduję, że pomimo szalejącej pandemii rząd PiS broni nie składa. Dzielnie sobie poczyna na zachodnim froncie. Walczy tam z niemiecką prezydencją w Unii Europejskiej. Grozi jej polityczną „bombą atomową”, czyli zawetowaniem wspólnego, unijnego budżetu pomocowego. Co już skazuje Polskę na izolację wszystkich państw europejskiej wspólnoty. Bo choć podobnym wetem grozi też węgierski premier Orban, to wszyscy doskonale wiedzą, że jego weto to tylko kwestia ceny za jaką przywódca Wielkich Węgier łaskawie da się kupić. Wartość „honoru” Orbana jest w Unii przewidywalna. Aktualny stan fobii i nastrojów rządzącego Polską psycho dyktatora pozostaje niepokojącą tajemnicą.
Melduję, że na południowej polskiej flance od wieków mieszkają Czesi i Słowacy. Pogardzani przez jaśniepańskie elity PiS. Za całokształt. A ostatnio też za to, że nie chcą uznać ich przywództwa w grupie Wyszehradzkiej. Trudno z nimi na sojusz liczyć. Na północy, po drugiej stronie Bałtyku, mieszkają ludy skandynawskie. Szkoda o nich nawet gadać. Nimi też elity PiS zwyczajnie gardzą. Bo to przecież nie katolicy są, tylko lutry jakieś. Niby ludy bogate, ale nie po pańsku żyjące. Ot, kolejna lewacko-liberalna zaraza. O czym melduję. Na północnym wchodzie Litwa leży. Też zawsze lekceważona przez elity PiS. Też dlatego, że litewskie elity nie chciały i nie chcą uznać kulturowego prymatu narodowo- katolickiej Polski. Teraz dodatkowo naraziły się, bo szybciej zareagowały na anty łukaszenkowski bunt i wyrosły na liderów międzynarodowej opozycyjnej wobec białoruskiego prezydenta. A przecież to Polsce należało się to przywództwo. Taka to niesprawiedliwość. Obok Litwy jest enklawa kaliningradzka, czyli Rosję. Od przynajmniej dwunastu lat elity PiS zapowiadają agresję rosyjską na ziemie polskie. Na strachu przed nią zbudowały swą wyborczą popularność i tworzyły wiernopoddańczy sojusz z prezydentem Trumpem. Skutecznie sprowadziły amerykańskie wojska. Teraz ich obecność świadczyć ma o najwyższym stopniu „suwerenności” osiągniętej przez Polskę. Namacalnym dowodem tejże suwerenności jest ratyfikowana niedawno przez pana prezydenta Dudę umowa o „wzmocnieniu współpracy obronnej z USA”.
Melduję, że w praktyce oznacza ona jedynie przyszły wzrost wydatków na utrzymanie kilku tysięcy żołnierzy USA i zbudowanie niezbędnej dla nich infrastruktury. Tylko na rozbudowę lotnisk potrzebnych tym zaciężnym wojskom deficytowy budżet państwa polskiego będzie musiał wydać ponad 2 miliardy USD. Zaś minimalny, podstawowy koszt utrzymania tego sojuszniczego wojska to ponad 500 milionów złotych rocznie. Dochodzą do tego zobowiązania zakupu w USA kosztownego, ale nie zawsze potrzebnego polskiemu wojsku, uzbrojenia. W efekcie takiego sojuszu polski budżet będzie łożyć na utrzymanie amerykańskich wojsk kosztem modernizacji polskiej armii. Kosztem modernizacji polskiej gospodarki też. Bo dotychczasowy prezydent USA Donald Trump, uzależniał obecność amerykańskich wojsk i zgodę na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego od rezygnacji ze współpracy zbrojeniowej i technologicznej z firmami europejskimi. A także od rezydencji z zakupu chińskiej technologii 5G niezbędnej do rozwoju polskiej gospodarki.
Melduję, że przegrana prezydenta Trumpa osierociła politycznie elity PiS. Do tej pory stan skłócenia ze wszystkimi partnerami w Europie i na świecie elity PiS mogły rekompensować sobie „Przyjaźnią z największym światowym mocarstwem”. Uosobioną przez prezydenta Trumpa. Udokumentowaną słodkimi fotkami niezwykle przydatnymi do wrzucania na strony internetowe. Idealnymi dla pokrzepienia patriotycznych serc przysłowiowego „ciemnego ludu”. Nowy prezydent USA zapewne dochowa ratyfikowanej niedawno umowy i chętnie zezwoli na utrzymywanie przez polski deficytowy budżet swego wojska. Ale nie będzie już gorliwie odgrywał rolę przyjaciela pana prezydenta Dudy i elit PiS. Nie tylko dlatego, że pan prezydent Duda zwlekał z uznaniem pełnej wygranej Joe Bidena. Nowy prezydent USA zamierza odnowić współpracę z NATO jako całym blokiem militarnymi, i podobnie z Unią Europejską. Kreować swoim „koni trojańskich” w NATO i w Unii Europejskiej na razie nie chce. Zatem nie potrzebna mu będzie krnąbrna wobec europejskich sojuszników Warszawa.
Melduję, że już wydawało mi się, że samotność międzynarodową elit PiS przełamie ukraiński „Sługa narodu”, prezydent Wołodymir Zełenski. Podczas październikowej wizyty pana prezydenta Dudy w Kijowie została podpisana przez obu prezydentów deklaracja, która miała zakończyć wieloletni spór polsko- ukraiński dotyczący „ochrony miejsc pamięci i ekshumacji”. Ale ponieważ prezydencka wizyta nie była w pełni konsultowana z rządem, to rząd PiS postanowił utemperować PiS prezydenta. Zaraz po zakończeniu wizyty pan prezes IPN Jarosław Szarek podważył jej efekty. W wywiadzie dla PAP stwierdził „dotychczasowe doświadczenia wskazują, że od deklaracji najwyższych władz Ukrainy do czynów jest bardzo długa droga”. Przypomniał brak zgody na rozpoczęcie prac ekshumacyjnych na Ukrainie. Zwłaszcza poszukiwania polskich grobów w Hucie Pieniackiej, Kuklach, Polskiej Górze, Stanisłówce i wielu innych miejscach. W odpowiedzi ukraiński IPN wydał oświadczenie, w którym optymistycznie ocenił „perspektywy współpracy i dobrej komunikacji z urzędnikami RP”. Ale przypomniał też o dewastowaniu ukraińskich miejsc pamięci w Polsce. Wskazał, że strona polska nadal nie odnowiła odnowienia grobu żołnierzy UPA na wzgórzu Monasterz na Podkarpaciu, który został zniszczony w 2015 roku. A ściślej nie przywrócono jej poprzednich treści, zwłaszcza napisu, że upowcy „Polegli za wolną Ukrainę”. W odpowiedzi polski IPN przypomniał, że „charakter zbrodni UPA” nie pozwala na „jakąkolwiek formę gloryfikacji tej organizacji w przestrzeni publicznej”, podobnie jak ukraińskich „formacji i jednostek policyjnych będących na służbie III Rzeszy”. W odpowiedzi prezes ukraińskiego IPN Anton Drobowycz udzielił lwowskim mediom wywiadu, w którym uznał ukraińskich żołnierzy z SS- Galizien, dywizji należącej do Waffen SS za „bojowników o wolność Ukrainy”, choć nie można jej gloryfikować bo ”była jednostką nazistowską, która składała przysięgę na wierność III Rzeszy”. Ponieważ w praktyce ton relacjom polsko- ukraińskich nadają prezesi obu IPN, to elity PiS w Kijowie wielkiej miłości nie znajdą. Zwłaszcza, że ekipa prezydenta Zełenskiego może teraz liczyć na lepsze relacje z prezydentem USA Bidenem niż publicznie marząca o „Forcie Trump” ekipa prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego. Poza tym ekipa prezydenta Zełenskiego przestawiła się na umacnianie relacji z Berlinem i Londynem. Centrami politycznymi Europy. Warszawa, jako most do obu tych stolic, nie jest już dla Kijowa niezbędna. Prezydent Zełenski postawił też na ocieplenie stosunków z Turcją. Podczas swej październikowej wizyty w Ankarze zaprosił Turcję do „kwadrygi”, czyli cyklicznych spotkań ministrów obrony i spraw zagranicznych nowej Platformy Krymskiej dążącej do deokupacji Krymu. O elity PiS, od lat eksponujące swą rusofobię, ekipa Zełenskiego nie musi już zabiegać.
Melduję, że pojawiła się jednak jutrzenka nadziei. W zeszłą środę prezydent Łukaszenka w imieniu narodu białoruskiego pozdrowił pana prezydenta Andrzeja Dudę oraz obywateli Polski z okazji Narodowego Święta Niepodległości. I zaprosił do „konstruktywnego dialogu” na temat przyszłości i współpracy.
Panie prezydencie, panie wicepremierze. Nie ma co wybrzydzać. Zacznijcie rozmawiać. Wspólnych tematów nie zabraknie.