Biden faworytem

3 listopada, odbędą się w USA wybory prezydenta, Izby Reprezentantów oraz trzydziestu pięciu senatorów (33 członkom stuosobowego Senatu kończy się sześcioletnia kadencja, jeden senator zmarł w trakcie kadencji, jeden senator zrezygnował z powodu problemów zdrowotnych).
Gdyby wybory odbyły się teraz, kandydat Partii Demokratycznej Joe Biden niemal na pewno uzyskałby co najmniej 334 głosy elektorskie z 538 (w porównaniu z wynikiem Hillary Clinton sprzed czterech lat, wygrałby dodatkowo w stanach Arizona, Floryda, Michigan, Karolina Północna, Pensylwania, Wisconsin i jednym z okręgów stanu Nebraska), kandydat Partii Republikańskiej, obecny prezydent USA Donald Trump niemal na pewno uzyskałby co najmniej 131 głosów elektorskich. Nawet socjalista Bernie Sanders, dopóki ubiegał się o nominację Partii Demokratycznej, miał w ogólnokrajowych badaniach sondażowych przewagę kilku punktów procentowych nad Trumpem.
Partia Demokratyczna niemal na pewno utrzyma bezwzględną większość w Izbie Reprezentantów, najprawdopodobniej będzie miała o 4 – 5 mandatów senatorskich więcej, w porównaniu z obecnym składem Senatu. Oznaczałoby to 49 – 50 demokratycznych senatorów, co przy uwzględnieniu dwóch współpracujących z Demokratami senatorów niezależnych (jednym z nich jest Sanders) dałoby również większość bezwzględną.
Polacy wybrali Andrzeja Dudę prezydentem na kolejną kadencję, Amerykanie wybrać dudopodobnego kandydata prezydentem na kolejną kadencję nie zamierzają. Kilka lat wazeliniarstwa polityków Prawa i Sprawiedliwości pójdzie na marne. Swoją drogą, gdyby w Polsce obowiązywały amerykańskie zasady przeliczania głosów wyborców na głosy elektorskie, gdzie wszyscy elektorzy z danego stanu/województwa reprezentują zwycięzcę, to Trzaskowski pokonałby Dudę w stosunku mniej więcej 55 do 45, a gdyby wyborców głosujących za granicą doliczono do wyborców z województwa mazowieckiego, w stosunku mniej więcej 2 do 1. Skoro zamierzamy przyjąć kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy przenoszonych z Niemiec, można też było przenieść jednorazowo do Polski amerykańską ordynację wyborczą…

Trump – kiepsko w sondażach

74-letni miliarder Donald Trump, człowiek, który prawie cztery lata temu niespodziewanie pokonał w wyborach prezydenckich Hillary Clinton z Demokratów, wylądował w wigilię amerykańskiego święta narodowego u stóp Góry Rushmore w Południowej Dakocie, by zrobić sobie zdjęcie na jej tle. Były ognie sztuczne, a tłum wiwatował, gdy powiedział do mikrofonu „Powiemy prawdę taką, jaka jest, bez przepraszania: Stany Zjednoczone są najsprawiedliwszym i najbardziej wyjątkowym krajem w historii świata.”

„Cztery lata więcej, cztery lata więcej!” – skandowała oddana mu w tym regionie publiczność, zazwyczaj biała, nieufna i uzbrojona. Pod kamiennymi spojrzeniami czterech b. prezydentów USA Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, Donald Trump krytykował niszczenie konfederackich pomników tj. obrońców niewolnictwa czarnych, które wiąże się z falą manifestacji antyrasizmu, wywołaną skandalicznym uduszeniem czarnego George’a Floyda.
„To kampania, której celem jest zatarcie naszej historii, obraza naszych bohaterów, zniszczenie naszych wartości i indoktrynacja naszych dzieci” – mówił jak wystraszony, zahukany kowboj, jakby prezentował prześladowaną mniejszość. Jest odwrotnie, ale to się podobało.
To słabo zaludniony stan, gdzie 60 proc. wyborców głosowało na niego w 2016, a gubernator Kristi Noem reprezentuje Republikanów. Trump trąbił przez głośniki, że wszystko gra, uśmiechnięty rozdawał obiecanki: epidemia jest „pod kontrolą” i nie warto o niej mówić, a gospodarka restartuje „mocniej i szybciej” po kryzysie tak, że przyszły rok będzie „historyczny”.
W tym czasie, po drugiej stronie ulicy, manifestacja miejscowych Siuksów protestowała przeciw organizacji wiecu wyborczego bez pytania. Indianie z Black Hills uważają, że ich święta góra została radykalnie zepsuta głowami prezydentów USA. Trzy lata temu Trump sondował, czy dałoby się dołożyć jego głowę, ale nie wyszło i szanse na to są niewielkie. Dyrekcja parku narodowego tłumaczyła, że dodatkowe prace na ich terenie, ustalonym w 1945 r. przez rzeźbę Borgluma, są zabronione.
Rzeźbiarz Gutzon Borglum chciał uwiecznić w tym skrócie „ideały amerykańskie”, lecz, jeśli spojrzeć na tych prezydentów w nieco inny sposób, każdy z nich jest bandytą. New York Times , który popiera Demokratę Bidena, próbował w ten hurrapatriotyczny wiec wyborczy uderzyć informacją, że ostatnia narzeczona najstarszego syna prezydenta ma wirus covid-19. Trump sporo przegrywa w sondażach do swego trupo-podobnego konkurenta, niektóre media donoszą nawet, że może zrezygnować z kandydowania. Póki co, kampanię rozpoczyna odbieraniem hołdów.

Rok wyborczy w cieniu koronawirusa

W ciągu ostatnich 12 lat wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych obywały się w cieniu dwóch kryzysowych sytuacji. W 2008 roku była to głęboka recesja, a obecnie w 2020 roku Ameryka dotknięta jest pandemią COVID-19. Amerykanie lubią mówić o sobie, że żyją w kraju najlepszym pod każdym względem na świecie. Do tych wszystkich naj… doszło obecnie jeszcze jedno.

Ameryka jest krajem o największej liczbie zachorowań na koronawirusa oraz liczbie ofiar tej choroby. Kiedy piszę te słowa liczba zachorowań w USA wynosi ponad 550 tysięcy, natomiast liczba zgonów przekroczyła 22 tysiące. Ponad 16 milionów ludzi straciło pracę. FBI ujawniło w swoim raporcie, że epidemia COVID-19 spowodowała wzrost liczby ofiar przestępstw z nienawiści wobec Amerykanów pochodzenia chińskiego i azjatyckiego.
Mimo epidemii kampania wyborcza, wprawdzie na zwolnionych obrotach, ale trwa nadal. Zgodnie z Konstytucją Amerykanie pójdą do urn wyborczych w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada . W tym roku będzie to 3 listopada. Wybiorą wówczas nie prezydenta, ale 438 elektorów, którzy w połowie grudnia b. zagłosują w stolicach swoich stanów na kandydata, który w ich stanie uzyskał największa ilość głosów. Głosy elektorów przekazuje się do Waszyngtonu i na pierwszym posiedzeniu nowego Kongresu w styczniu 2021 r. oficjalnie ogłosi się kto został prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Formalnie w Stanach Zjednoczonych istnieje wiele partii i w wyborach prezydenckich uczestniczą ich przedstawiciele. W praktyce liczą się jednak dwie największe partie Partia Demokratyczna i Partia Republikańska i kandydaci tych dwóch partii liczą się w walce o fotel prezydencki. W tym roku są to urzędujący prezydent USA republikanin Donald Trump i demokrata Joe Biden. Właśnie tym dwóm kandydatom poświęcony jest niniejszy artykuł. Obaj otrzymają nominacje swoich partii na konwencjach swoich partii w sierpniu br.
Donald Trump – dziwny prezydent
Pod wieloma względami 45 prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump jest precedensowym prezydentem. Przed zgłoszeniem swojej kandydatury na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej miał z nią luźne związki. W okresie prawyborów republikańskich nie miał poparcia kierownictwa partii i kampanię wyborczą finansował z własnych środków. Zgłaszając swoją kandydaturę na prezydenta nie miał za sobą żadnego doświadczenia politycznego i nie zajmował żadnego stanowiska obieralnego. Miał jednak duże pieniądze. Jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. Wartość jego majątku jest wyceniana na 3-4 mld dolarów. On sam wycenia swój majątek na ponad 10 mld dolarów. W marcu 2016 r. periodyk „Forbes” umieścił Trumpa na 324 miejscu na światowej liście miliarderów z majątkiem wycenianym na 4,5 mld dolarów. Przed objęciem prezydentury prowadził on interesy w 144 firmach w 25 krajach świata. Na prezydenta Stanów Zjednoczonych został zaprzysiężony 20 stycznia 2017 roku.
Dlaczego po niespełna czterech latach prezydentury można określić Donalda Trumpa jedynym w swoim rodzaju prezydentem w historii USA? Żaden prezydent w historii Stanów Zjednoczonych nie popełnił tylu błędów, tylu kłamliwych wypowiedzi, co obecny mieszkaniec Białego Domu. Stołeczny dziennik „Washington Post”, Który prowadzi rejestr błędnych wypowiedzi Trumpa, naliczył ich dziesiątki tysięcy. Z ust prezydenta jednego dnia potrafi paść nawet kilkadziesiąt niezgodnych z prawdą oświadczeń. Dziwne, że uchodzi mu to na sucho. Amerykanie przyzwyczaili się już do takich zdarzeń.
Trump jest niestabilny i nieprzewidywalny pod wieloma względami; pod względem swoich poglądów, polityki prowadzonej w rządzie i pod względem decyzji w polityce wewnętrznej i zagranicznej kraju. Jego polityka personalna jest pełna chaosu. Żaden z prezydentów w historii USA nie dokonał tylu zmian w Białym Domu i w rządzie co Donald Trump.
Brak doświadczenia i obycia międzynarodowego Trumpa spowodował wyraźne osłabienie międzynarodowej pozycji Stanów Zjednoczonych. Trump wycofał Stany Zjednoczone z kilku organizacji międzynarodowych, między innymi z UNESCO. Znacznie osłabił współpracę z Unią Europejską. Oskarżył prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro o handel narkotykami . Doprowadził do napięć w stosunkach Waszyngtonu z wieloma krajami, miedzy innymi z Danią, Szwecją i z Chinami. Zarazek koronawirusa nazwał chińskim zarazkiem co naturalnie obrażało Chiny , które w odpowiedzi zasugerowały, że zarazek pochodzi ze Stanów Zjednoczonych.
Opozycja słusznie oskarża prezydenta Trumpa, że późno zareagował na epidemię COVID-19. Kiedy już zareagował, lekceważąco wypowiadał się o zagrożeniu i fałszywie zapewniał Amerykanów, że szybko się uporają z epidemią i że wszystko jest pod kontrolą. Uspokajał obywateli by nie ulegali panice i obiecał szybkie przywrócenie równowagi w gospodarce. Jeszcze 11 kwietnia br. Trump zapowiedział, że za trzy tygodnie otworzy kraj dla biznesu.
Sondażownia CNN Poll of Polls wykazała 10 kwietnia br., że aprobata dla Trumpa wynosiła 46 proc. , podczas gdy 49 proc. ankietowanych wyrażało się z dezaprobatą o jego polityce. Jeszcze w marcu 48 proc. pozytywnie oceniało prezydenturę Trumpa. W sytuacji inwazji koronawirusa nieco pozytywniej oceniali Amerykanie jego politykę wobec epidemii. 49 proc. ankietowanych ją aprobowało, a 48 proc. miało negatywną opinię. Mimo to w roku wyborczym Trump przegrywał ze swym głównym oponentem z Partii Demokratycznej Joe Bidenem. Wśród zarejestrowanych wyborców w 2020 r. za Bidenem opowiadało się 48 proc. wyborców, a za Trumpem 43 proc. .
Joe Biden – doświadczony polityk
Głównym rywalem Trumpa w tegorocznej walce o prezydenturę będzie demokrata Joe Biden. W prawyborach pokonał on 30 rywali, a po wycofaniu się 8 kwietnia Berniego Sandersa został jedynym kandydatem do nominacji Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich. Formalnie Biden otrzyma tę nominację na konwencji demokratów w sierpniu br.
Joe Biden (ur. 1942 r.) jest najbardziej doświadczonym w polityce kandydatem. W wieku 30 lat został wybrany senatorem USA w stanie Delaware i sprawował ważne funkcje w Senacie. Był miedzy innymi przewodniczącym Komisji Sądownictwa, przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych, a w latach 2009-2017 sprawował przy Baracku Obamie przez dwie kadencje urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. 25 kwietnia 2019 r. zgłosił swoją kandydaturę do ubiegania się o nominację Partii Demokratycznej jako jej kandydat na prezydenta. W walce o nominację pokonał 29 rywali. W dniu 11 kwietnia br. Wygrał kolejne prawybory . tym razem na Alasce, zdobywając 55 proc. głosów.
Wśród bardzo zróżnicowanego politycznie spektrum kandydatów Partii Demokratycznej, Biden reprezentuje skrzydło umiarkowane. Opowiada się m.in. za utrzymaniem dobrych stosunków z Chinami i krytycznie wyraża się o polityce Trumpa wobec Chin i wobec Unii Europejskiej. W kampanii wyborczej Beiden podkreśla swoje wieloletnie doświadczenie polityczne. Mówi o „pięciu dekadach” swojego aktywnego zaangażowania w politykę. W debatach ze swoimi demokratycznymi rywalami Biden mówił: wy gadacie o różnych sprawach politycznych, a ja je wykonywałem. Krytykuje prezydenta Trumpa za zaniedbania w walce z koronawirusem i za spóźnioną reakcję jego rządu na zagrożenie epidemią. Sztab wyborczy Bidena opublikował dokument wskazujący błędy w polityce Trumpa wobec zagrożenia COVID-19 i przedstawiające propozycje skuteczniejszej walki z tą epidemią. Demokraci głoszą pogląd, że o ile Trump prowadzi do wojny z wirusem, oni są główną siłą opozycyjną przeciwko wirusowi.
W warunkach kiedy większość Amerykanów ogarnęła obawa przed zarażeniem koronawirusem Biden stara się udowodnić milionom wyborców, że on i jego polityka przywróci Stanom Zjednoczonym równowagę ekonomiczną i stabilność społeczną. Biden buduje swoją kampanię na przekonywaniu wyborców, że jest anty-trumpowskim kandydatem zdolnym do pokonania go w wyborach i przywrócenia godnej pozycji Stanom Zjednoczonym na arenie międzynarodowej. Beiden oświadczył już, że zamierza powołać kobietę jako kandydatkę na wiceprezydenta, co niewątpliwie zwiększy jego szanse wyborcze. Liczy on również na aktywne poparcie Baracka Obamy. Obama jak dotąd zachowywał się neutralnie, ale nie wątpię, że po uzyskaniu przez Bidena nominacji aktywnie zaangażuje się w poparcie jego aspiracji prezydenckich.
W chwili obecnej Biden ma większe od Trumpa poparcie wśród elektoratu amerykańskiego. Popiera go nie tylko 91 proc. demokratów, ale także większość społeczeństwa amerykańskiego. W niektórych sprawach ta przewaga nad Trumpem jest szczególnie wyraźna. Na przykład w sprawie reakcji na zagrożenie koronawirusem przewaga ta wynosi 52 proc. do 43 proc. , w sprawie ochrony zdrowia 57 proc. do 39 proc. , a w sprawie programów pomocy dla klasy średniej 57 proc. do 38 proc. . Trump ma natomiast przewagę nad Bidenem wśród białych wyborców w stosunku 52 proc. do 44 proc. .
W wielkanocnym numerze „New York Times” 12 kwietnia Biden opublikował artykuł, w którym przedstawił swoją ocenę obecnej i perspektywicznej sytuacji epidemicznej USA. Zaapelował do rządu federalnego oraz do władz lokalnych o zintensyfikowanie testów w społeczeństwie, a do obywateli o utrzymywanie bezpiecznego dystansu między sobą. Dopiero po podjęciu zdecydowanych kroków w walce o zdrowie Amerykanów będzie można po pewnym czasie „otworzyć biznes i umożliwić ludziom powrót do pracy” – napisał.
Biden skrytykował administrację Trumpa za spóźnioną reakcję na zagrożenie koronawirusem, za „brak planu” walki z epidemią i brak informacji przekazywanych społeczeństwu „o sytuacji, która może doprowadzić kraj do katastrofalnych skutków”. Artykuł Biden zakończył apelem: „Nie możemy powtórzyć błędów”.

Finałowa rywalizacja Bidena i Sandersa

O nominację kandydata Partii Demokratycznej w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA ubiegała się rekordowa liczba kandydatów, aż 30-tu. Stopniowo kandydaci wycofywali się, albo z braku poparcia, albo z braku pieniędzy na kosztowną kampanię. Dziś na placu boju zostało tylko dwóch kandydatów, którzy mają szansę na uzyskanie nominacji na konwencji Partii Demokratycznej. 13-16 lipca br. w Milwaukee w stanie Wisconsin: 76 letni Joe Biden i 78 letni Bernie Sanders.

Obaj reprezentują różne skrzydła polityczne. Biden uważany jest za przedstawiciela umiarkowanych demokratów. Sanders natomiast, który mówi o sobie, że jest socjalistą reprezentuje bardziej liberalne lewicowe skrzydło w Partii Demokratycznej.
We wcześniejszym etapie kampanii wyborczej Biden był atakowany przez swych demokratycznych rywali za swój oględny stosunek do rasizmu i do praw obywatelskich. Osobiście podkreśla swoje od pół wieku doświadczenie w polityce i 8 lat aktywnej wiceprezydentury przy Obamie. W debatach ze swymi demokratycznymi rywalami zarzucał im, że „wy mówicie różne rzeczy podczas, gdy ja wszystko to robiłem” i podkreślił, że w tych wyborach „rozgrywa się bitwa o duszę narodu”.
Bernie Sanders, choć uważa się za socjalistę i rzecznika ludzi nieuprzywilejowanych nie jest biednym człowiekiem. Jest milionerem. Jego majątek oceniany jest na ponad 2 mld. dolarów i pochodzi głównie z honorariów za książki. Podkreślam, że uczciwie płaci podatki. Jego dochód w 2019 r. wyniósł 566 421 dol. z czego jako podatek federalny odprowadził 137 573 dol. Prawie 19 tys. dol. przeznaczył na cele charytatywne. Niektórzy jego krytycy powątpiewają, czy człowiek tak zasobny może skutecznie bronić interesów biedniejszej części społeczeństwa amerykańskiego. Menadżer kampanii wyborczej Sandersa Faiz Shakir twierdzi, że majątek Sandersa „ma zerowy wpływ” na jego poglądy polityczne. Przeciwnicy Sandersa zarzucają mu, że jego propozycje społeczno-gospodarcze są zbyt kosztowne.
Warto zwrócić uwagę, że najstarszy kandydat na prezydenta cieszy się masowym poparciem młodych wyborców. Również popularny jest jego postulat podniesienia płacy minimalnej do 15 dol. za godz. Biden natomiast ma więcej pieniędzy na kampanię wyborczą oraz wsparcie establishmentu Partii Demokratycznej. Najnowszy sondaż ogólnokrajowy CNN wykazał, że wśród demokratów 52 proc. preferuje na prezydenta Joe Bidena. Za Sandersem zaś opowiada się 36 proc. ankietowanych.
W niniejszym artykule porównuję programy wyborcze obu głównych pretendentów do ubiegania się o nominację kandydata Partii Demokratycznej w rywalizacji z republikaninem, obecnym prezydentem Donaldem Trumpem. W polityce zagranicznej nie ma poważniejszych różnic między Bidenem i Sandersem. Dlatego uwagę czytelników zwrócę na to co różni obu rywali w sprawach polityki wewnętrznej USA, ponieważ ten obszar ma największe znaczenie dla wyborców amerykańskich.
W przeciwieństwie do prezydenta Trumpa, który uważa, że nie ma na świecie kryzysu klimatycznego i nie ma potrzeby przestrzegać międzynarodowej konwencji z Paryża z 12 grudnia 2015 r., obaj demokratyczni pretendenci uważają, że jest to poważny problem. Biden przedstawił plan wyeliminowania do 2050 r. gazów szkodliwych dla środowiska człowieka. Zapowiada powrót Stanów Zjednoczonych do paryskiego porozumienia klimatycznego. Realizacja jego planów w tej dziedzinie ma kosztować 1,7 bln dol. w ciągu pierwszych 10 lat. Sanders, który ostro krytykuje Trumpa za wycofanie się Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego przedstawił własny konkretny plan rozwiązania kryzysu klimatycznego. Ma on kosztować 16,3 bln dolarów w ciągu 15 lat. Źródłem dochodów na ten cel będą pieniądze ze sprzedaży czystej energii pochodzącej z publicznych instytucji.
Zarówno Biden jak i Sanders mają program zwiększenia przez Amerykanów dostępu do służby zdrowia. Mimo pewnego postępu jaki w tej dziedzinie dokonał się za prezydentury Obamy jest to nadal poważny problem dla dziesiątków milionów Amerykanów.
Sanders nie chce zmieniać obecnej struktury w służbie zdrowia, natomiast proponuje znacjonalizować sektor ubezpieczeń zdrowotnych. Dodatkowe środki na ochronę zdrowia proponuje zdobyć poprzez wyeliminowanie decyzji Trumpa z 2017 r. o redukcji podatków dla bogatych Amerykanów.
Sprawy imigracji są nie tylko przedmiotem sporu między demokratami i republikanami, ale także są różnice w poglądach Bidena i Sandersa. Biden proponuje drogę do uzyskania obywatelstwa dla nielegalnych imigrantów przebywających na terenie Stanów Zjednoczonych. Proponuje on również podniesienie limitu przyjęć imigrantów w skali rocznej z 18 tys. do 125 tys. Biden jest przeciwny karaniu nielegalnych imigrantów, którzy przybyli do USA z zamiarem ubiegania się o azyl.
Sanders jest zwolennikiem moratorium na deportacje. Jest przeciwny budowie muru na granicy z Meksykiem i separacji małżeńskiej imigrantów. Proponuje on również reorganizację struktur rządu amerykańskiego odpowiedzialnych za sprawy imigracji.
Przedmiotem dyskusji w tegorocznej kampanii wyborczej są sprawy edukacji. Biden proponuje zwiększyć środki finansowe na pomoc dla szkolnictwa w biedniejszych dzielnicach. Proponuje on również bezpłatne studia w dwuletnich collegach. Koszt tego programu wycenia na 750 mld rocznie.
Dziesięciopunktowy program edukacyjny Sandersa przewiduje m.in. podwyżkę uposażeń nauczycieli do 60 tys. dol. rocznie, bezpłatne posiłki dla uczniów i rozbudowany program wakacyjny dla uczniów. Jeżeli chodzi o wyższe studia to program Sandersa zwany „college for all” („college dla wszystkich”) postuluje zniesienie czesnego we wszystkich publicznych uczelniach. Pieniądze na realizację tego programu ocenianego na 2,2 bln dol. proponuje on, aby pozyskać z podniesienia podatków na firmy z Wall Street.
Przedmiotem kampanii wyborczej demokratów jest również kwestia dostępu do broni i przestępczość wynikająca z tego dostępu. Biden proponuje, aby posiadacze broni ofensywnej albo odstąpili tę broń rządowi federalnemu, albo zarejestrowali ją w agencji rządowej. Zamierza on przeznaczyć 900 mln dol. na walkę z użyciem broni w 40 miastach o najwyższej przestępczości z użyciem broni. Zapowiada on zniesienie ochrony producentów broni z powodu jej użycia w aktach przestępczych. Postuluje również zaostrzenie kontroli przy sprzedaży broni.
Sanders w przeszłości nie był zwolennikiem ograniczenia dostępu do broni. Teraz domaga się silniejszej kontroli w dostępie do broni ofensywnej, automatycznej. Postuluje zaostrzenia kary dla osoby, która kupuje broń dla kogoś kto nie ma prawa do posiadania broni. Domaga się on również zakazu posiadania przez obywateli broni z dużymi magazynami.
Wszystko więc wskazuje, że decydująca walka o nominacje kandydata Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich rozegra się między Joe Bidenem i Bernie Sandersem, chociaż zdecydowanie większe szanse na uzyskanie nominacji ma oczywiście Biden, który odniósł więcej zwycięstw w dotychczasowych prawyborach.

Falstart Demokratów?

Amerykańska Partia Demokratyczna fatalnie rozpoczęła proces wyłaniania swego kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wynik głosowania w stanie Iowa pozostaje zagadką, partia nie jest w stanie ogłosić zwycięzcy, padają sprzeczne wyniki, wzajemne oskarżenia i wiele podejrzeń o „grubą manipulację”. Wygląda na to, że kierownictwo Demokratów powtarza próby wyeliminowania z wyścigu popularnego, lewicującego Berniego Sandersa, podobnie jak w 2016 r.
System wyborczy w stanie Iowa jest tak skomplikowany i niedorzeczny, że o manipulacje i oszustwa wyborcze bardzo tam łatwo. Na dodatek firma informatyczna, która dostarczyła programu do liczenia głosów, bliska Clintonom i kandydatowi Pete’owi Buttigiegowi, totalnie pokpiła sprawę: program nie był w stanie poradzić sobie z zadaniem. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że niespodziewanie wygra 38-letni Pete Buttigieg, lecz po częściowo ręcznym liczeniu wychodzi, że Buttigieg i Sanders mają właściwie taki sam wynik.
Szef Demokratów na poziomie federalnym Tom Perez nie chce uznać tych z bólem podanych wyników ze względu na liczne nieprawidłowości i sprzeczności w protokołach – domaga się ponownego, całkowicie ręcznego przeliczenia głosów. Według dotychczasowych rezultatów Buttiegieg miałby mieć 26, 2 proc. głosów, a Sanders 26, 1 proc. Obaj ogłosili zwycięstwo, lecz według różnych kryteriów, co jest możliwe, gdyż głosowanie powszechne właściwie się nie liczy, lecz wielostopniowy system przedstawicielski, które ma ono wyłonić. Sami Amerykanie nie bardzo rozumieją dlaczego np. kandydat, który dostał najwięcej głosów, ma ich procentowo mniej, niż następny.
Teoretycznie Sanders i Buttigieg mają teraz taką samą liczbę (po 11) delegatów na przyszłą konwencję federalną, lecz każdy delegat ma prawo zagłosować na niej inaczej, niż poprzednio deklarował. Ciągle jednak brakuje podstawowych, oficjalnie zatwierdzonych wyników w Iowa – Demokraci muszą najpierw rozstrzygnąć, czy liczyć wszystko od nowa, czy nie. Naturalnie Republikanie wyśmiewają ten bałagan, pozycja Trumpa się umacnia.