Ormianie, Biden i drony

Prezydent USA Joe Biden jako pierwszy lokator Białego Domu nazwał rzeź Ormian – ale też Greków, Asyryjczyków, innych chrześcijan i jezydów – w Imperium Osmańskim, w 1915 r., ludobójstwem.

Stwierdzenie to ma mocne, historyczne podstawy. Ale czy jest szczere, a nie koniunkturalne? Czy o prawdę i pamięć tu chodzi, czy raczej „nie leży” prezydent Turcji Erdogan? I to nawet nie z racji swoich autokratycznych ciągot, co z tytułu kursu politycznego, który kłóci się z tym amerykańskim? Uwierzyłbym w szczerość Bidena, gdyby na innych skandalicznych polach realizowania polityki USA próbował coś zmienić. Podkreślam – choćby próbował. Ale ze znalezieniem takich przejawów aktywności prezydenta mam już problem.
Przypomnę pewną historię. Anwar Nasser al-Awlaki, z pochodzenia Jemeńczyk, ale urodzony i wykształcony w Ameryce, imam i jeden z organizatorów al-Kaidy na Półwyspie Arabskim został zabity 30 września 2011 r. atakiem amerykańskiego drona na terytorium Jemenu. To prezydent Obama, laureat pokojowej Nagrody Nobla, nakazał już w 2010 r. zabicie tego obywatela amerykańskiego, chociaż nigdy nie został on oskarżony o żadne przestępstwo (ani tym bardziej skazany w procesie sądowym). Od tego momentu ataki dronów wobec prawdziwych (czy domniemanych) wrogów Ameryki stały się praktyką i nie generowały już zainteresowania opinii publicznej. Tandem Obama / Biden uprościł znacznie – oddając w ręce wywiadów i wojskowych – całą procedurę tych śmiercionośnych ataków na osoby czy obiekty rozsiane po całym świecie, uznawane za szkodliwe dla interesów i pozycji USA. Tzw. wojna z terroryzmem jest świetną przykrywką dla takich akcji – samo hasło zniechęca do zadawania pytań.
Dwa tygodnie później w kolejnym uderzeniu amerykańskiego drona w Jemenie zabito 16-letniego Abdulrahmana al-Awlakiego, syna Anwara, też urodzonego w Ameryce, wraz z 17-letnim kuzynem i kilkoma innymi Jemeńczykami. USA zakwalifikowały tę śmierć jako „poboczny skutek” operacji specjalnej. Chłopiec nie był, jak zapewniano początkowo, celem. Dopiero potem sekretarz prasowy Białego Domu, Robert Gibbs, spróbował uzasadnić decyzję o zabiciu nastolatka. Otóż Abdulrahman… powinien był „mieć bardziej odpowiedzialnego ojca”.
A kto pamięta o córce Anwar, Nawar (zdrobniale – Norze) al-Awlaki? Miała osiem lat, gdy 29 stycznia 2019 r. komandosi Navy Seal Team 6, używając uzbrojonych dronów Reaper do osłony, przeprowadzili atak na osadę mającą być siedzibą bojowników al-Kaidy w południowym Jemenie. Amerykańscy wojskowi początkowo zaprzeczali jakimkolwiek ofiarom cywilnym, ale raporty mediów zmusiły ich do sprostowania: nastąpiła pomyłka, w wyniku ataku zabito samych cywili. Śmierć poniosło kilkanaście kobiet i siedmioro dzieci. Jedną z ofiar była Nora al-Awlaki, którą w szyję trafił pocisk jankeskiego komandosa, mającego szerzyć demokrację i wolność w tym zapomnianym, niegościnnym zakątku świata. Zmarła na oczach dziadka, Nasira al-Awlakiego, znanego w Jemenie polityka, byłego ministra rolnictwa. Mężczyzna relacjonował: Została trafiona kulą w szyję i cierpiała przez dwie godziny.
To od rządów tandemu Obama / Biden amerykańskie ataki za pomocą dronów pilotowanych ze specjalnych bunkrów zlokalizowanych w Górach Skalistych radykalnie się nasiliły. Ofiary są anonimowe, gdyż pochodzą z krajów zapomnianych przez cywilizowaną Europę, traktowanych jako obszary dla neokolonialnej eksploatacji i ekspansji zachodniego kapitału. Przemoc w Mińsku zasługuje na drobiazgowe relacjonowanie i upamiętnianie poszkodowanych. Zabici gdzieś na arabskim wschodzie nikogo nie obchodzą. Przynajmniej nie w Polsce, bo wojna z terroryzmem przy pomocy dronów budzi jednak zastrzeżenia obrońców praw człowieka i cywilizowanych intelektualistów, a nawet niektórych polityków. W Warszawie jednak nie pamiętam milczących pikiet pod ambasadą amerykańską z portretami Nory al-Awlaki. Trudno mi też przywołać z pamięci, by nasi „prowolnościowi liberałowie”, szczycący się solidarnościowym rodowodem, próbowali chociaż podjąć debatę na takie tematy jak wojna za pomocą dronów i zabijanie niewinnych ludzi przez sojusznika zza oceanu. Hipokryzja i nieuczciwość intelektualna czy zwyczajny serwilizm i polityczna prostytucja?
Operator / operatorka drona siedzący na swoim stanowisku, wyposażonym w klimatyzację i luksusowe zaplecze (sauny, prysznice, living-roomy, dystrybutory fast-foodów i napojów chłodzących) dostaje współrzędne geograficzne obiektu, nad który musi zaprowadzić drona i odpalić rakietę niszczącą dany obiekt. Reszta go nie interesuje. Pozostaje potężny – zależny od siły ładunku – lej i dymiące szczątki. Ze wspomnień pewnej żołnierki-operatorki wyczytać można, jak to podczas jednej z akcji śpieszyła się bardzo, bo na popołudnie miała zaplanowaną imprezę urodzinową córki. Odpalenie rakiety, powrót drona w miejsce stacjonowania (często są to rozsiane po wszystkich morzach okręty US-Navy), kawa, szybki prysznic i do domu.
Nora al-Awlaki jest dla mnie wzorcowym przykładem bezsensownej, zdehumanizowanej przemocy, w imię rzekomego prawa Imperium do decydowania o ludziach i świecie. Amerykanie są przekonani, iż demokracja wypracowana przez ich społeczeństwo jest już ostateczna. Teraz nastał czas wdrażania tych wartości wedle ich koncepcji na całym świecie. Nieważne, że jak napisał jemeński pisarz Ibrahim Mothana, że „Ataki dronów powodują, że coraz więcej Jemeńczyków nienawidzi Ameryki i przyłącza się do radykalnych bojowników. Niestety, liberalne głosy w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze się ignoruje, jeśli kraj ten akceptuje śmierci cywilów w wyniku pozasądowych zabójstw”. I to może służyć za najlepsze podsumowanie tego smutnego tekstu.
A kto nadal wierzy w dobre intencje Bidena, niech oprócz dronów przypomni sobie jeszcze obóz w Guantanamo.

Sushi con carne

Relacje niektórych państw NATO i Rosji, weszły w fazę fizjologiczną. Sprowadzają się bowiem do wydalania.

Zaczęło się wbrew pozorom wcale nie od deklaracji Bidena, że pogoni kota 10 rosyjskim dyplomatom. Jeszcze w marcu Włochy wydaliły dwóch rosyjskich dyplomatów. Służby włoskie wyśledziły jak kapitan włoskiej marynarki wojennej przekazywał im, za pieniądze, tajne dokumenty zawierające informacje z zakresu bezpieczeństwa państwa. W odpowiedzi Rosjanie wydalili z Moskwy tylko jednego włoskiego dyplomatę.

Bułgarzy, 22 marca wyrzucili z kraju 2 członków rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. Oczywiście po oskarżeniu ich o działalność kontrwywiadowczą. Rosja odczekała niemal miesiąc i 20 kwietnia wydaliła ze swojego terytorium dwóch bułgarskich dyplomatów. Bułgarski ślad dyplomacji rosyjskiej nie wziął się znikąd i miał zaowocować posunięciem czeskim. Bułgarzy mieli bowiem dowody co do tego, kto stał za wysadzeniem kilka lat temu, należącego do obywateli ich kraju magazynu z materiałami wybuchowymi w Czechach.

Na osi czasu dopiero teraz pojawia się Joe Biden. W połowie kwietnia amerykański prezydent w przemowie stwierdza, że wprowadza sankcje personalne wobec 32 osób zamieszanych w próby ingerowania w amerykańskie wybory w 2020 r. Oprócz tego, USA wydalają 10 osób z rosyjskiej misji dyplomatycznej w Waszyngtonie, wśród których – jakże by inaczej – są przedstawiciele rosyjskich służb wywiadowczych.

Parę godzin później odzywają się polskie nożyce. Żeby zamazać wtopę z nielubieniem Bidena polski MSZ przypomina sobie, że są u nas Rosjanie. Wezwano więc rosyjskiego ambasadora w naszym kraju i wręczono mu notę dyplomatyczną o uznaniu za persona non grata trzech pracowników ambasady Rosji w Warszawie. „Podstawą takiej decyzji było naruszenie przez wskazane osoby warunków statusu dyplomatycznego oraz prowadzenie działań na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej” – podało najpierw polskie MSZ ciesząc się z usuniecia ruskich szpionów, by chwilę potem w kolejnym oświadczeniu napisać prawdę. Czyli wykazać, że nie tyle chodzi o Ruskich co o Amerykę.
„Polska w pełni solidaryzuje się z decyzjami podjętymi w dniu 15 kwietnia 2021 r. przez Stany Zjednoczone dotyczącymi polityki wobec Rosji. Wspólnie podejmowane uzgodnione decyzje sojusznicze to najbardziej właściwa odpowiedź na nieprzyjazne działania Federacji Rosyjskiej” – napisano nie troszcząc się, że tym samym poddano w wątpliwość działania kontrwywiadu.
Do postanowień sojuszu polsko-amerykańskiego Rosja podeszła ze zrozumieniem. I skoro Polacy wydalili 3 Rosjan, to Moskwa wywala 5 naszych. Ale za to Amerykańskich dyplomatów wydala dokładnie tylu co Biden wydalił ze Stanów.

Dwa dni po Polakach czeska dyplomacja idzie na całość. Wydala Rosjan hurtem – w liczbie 18 dyplomatów Rosji. Z powodu podejrzeń, że rosyjscy agenci wywiadu stali za wybuchem w składzie amunicji w 2014 roku, w którym zginęło dwóch obywateli Czech. W odpowiedzi Rosja nakazała wyjazd 20 dyplomatom czeskim. Na ten akt Praga reaguje żądaniem, by Rosja do końca maja zrównała liczbę swych przedstawicieli w ambasadzie w Pradze z liczbą pracowników przedstawicielstwa Czech w Moskwie. Po rosyjskim wydaleniu okazało się bowiem, że w stolicy Rosji jest pięciu czeskich dyplomatów, w tym ambasador, oraz 19 pracowników administracyjno-technicznych, zaś w Pradze jest 27 rosyjskich dyplomatów i 67 pracowników placówki.
Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź premiera Babisza, że rosyjskie wysadzenie magazynu nie jest przejawem rosyjskiego terroryzmu państwowego, bo było skierowane na prywatną własność Bułgarską na terenie Czech. Komentatorzy używali sobie potem na czeskim premierze, że w takim razie,11 września 2001 r. nie zaatakowano Stanów Zjednoczonych, a jedynie dwa prywatne budynki w Nowym Jorku.
Od tej pory ruskich dyplomatów wywalili Litwa, Łotwa, Estonia, Słowacja i Rumunia. Oczywiście zawsze z powodu szpiegostwa. Rosjanie też wywalili przedstawicieli tych krajów tyle, że więcej.
Uzasadnienie, że wydalani dyplomaci to szpiedzy to totalna bzdura. Szpiegowanie, czyli zbieranie informacji o kraju, w którym się jest dyplomato, to psi obowiązek każdego przedstawiciela służb zagranicznych.
Istotne jest natomiast to, że Amerykanie i Rosjanie w cieniu tych gier i zabaw toczą rozmowy i dogadują się ponad głowami zafascynowanych nieistotnymi ruchami walczących o względy hegemona sojuszników Waszyngtonu.

Przyjaciel Kaczyńskiego Victor Orban oczywiście nie wydala. Putin ludzi Orbana też nie.

Unia powstrzyma się

Administracja prezydenta Bidena doskonale wie, że USA nie są w stanie same zrealizować zapowiadanej przez prezydenta strategii „powstrzymywania Chin”.

Nie uda się dokonać tego na polu gospodarczym, ani tym bardziej na arenie politycznej. Zaś każda próba „powstrzymywania” na polu militarnym to już polityczne awanturnictwo, zaproszenie do próby zagłady ludzkości.
Dlatego prezydent Joe Biden postanowił pozyskać europejskich sojuszników wspierających go w rywalizowaniu z Chinami.
Nawiązuje tym do polityki byłego prezydenta USA Baraca Obamy. Ten ogłaszając „The pivot to Asia”, deklarował powrót USA do dominującej roli w region Azji Południowo- Wschodniej. Co oznaczało wypieranie stamtąd wpływów chińskich. Zwłaszcza z terenów spornych archipelagów na Morzu Południowo- Chińskim.
Wówczas administracja USA też szukała politycznych sojuszników w tamtym regionie. Odnowiła przyjaźń z Japonią, Filipinami i Republiką Korei. Nawiązała strategiczne relacje z niedawnym swym wrogim- „komunistycznym” Wietnamem. Ale poza składanymi obietnicami ci starzy i nowi sojusznicy USA niczego więcej nie zyskali. Zwłaszcza, że następca Obamy, prezydent Donald Trump porzucił ten azjatycki „pivot” i zobowiązania swego poprzednika.
Trump próbował „powstrzymywać” Chiny wedle swojego uznania, próbując pozyskać ich tradycyjnych sojuszników. W Azji nawiązał osobiste relacje z przywódcą Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej. W Europie Środkowo-Wschodniej wspierał regionalne porozumienie „Trójmorza” . Liczył, że będzie ono konkurencyjne wobec istniejącego już chińsko- europejskiego Formatu 17 + 1, też działającego w tym regionie. Więcej sukcesów niż Obama nie odniósł.
Teraz administracja nowego prezydenta Bidena chce dla swego planu „powstrzymywania Chin” pozyskać wszystkie państwa Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Stworzyć globalny, antychiński sojusz dwóch oceanów. Atlantyku i Pacyfiku.
Aby łatwiej pozyskać europejską opinię publiczną, administracja USA odwołuje się do wspólnej historii. Przypomina sojusz zachodniej Europy i USA w walce z hitlerowskimi Niemcami. Ale to przywołanie dawnych, wspólnych i chlubnych lat nie jest dziś efektywne. Warto przecież pamiętać, że ważnym sojusznikiem tamtej koalicji były też Chiny. Przez lata biorące na siebie ciężar walki z japońskimi ,faszyzującymi militarystami. O czym często w USA i Europie już zapomina się.
Dla pozyskania sympatii europejskiej administracja USA kreuje też inne historyczne odwołanie. Przypomina powojenny, wspólny front transatlantyki „powstrzymujący” Związek Radziecki. Zwany w USA „Imperium zła”. Wtedy taka wspólna polityka państw „Zachodu” doprowadziła do upadku ZSRR . Czy teraz uda się USA doprowadzić do powtórki takiego sojuszu ?
Koncert mocarstw?
Już sama próba stworzenia takiego sojuszu wskazuje na Ameryko centryczny punkt widzenia. Postrzegania Europy jako monolitycznej jedności. Nie dostrzegania zmian jakie w Europie zaszły właśnie po upadku ZSRR.
Zwłaszcza w Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że jej początkiem była wola wyeliminowania groźby kolejnej wojny w Europie. Środkiem do realizacji tego celu była postępująca unia gospodarcza. Potem powstawała unia polityczna. Potem rozrastająca się Unia Europejska zwiększała swe pola integracji i wspólnej polityki.
Jednak obecna Unia Europejska nadal nie jest ścisłą federacją państw członkowskich. Nadal daje im możliwości prowadzenia własnej polityki dla realizacji własnych, lub grupowych interesów.
Najlepiej widać to na przykładzie dyplomacji. Państwa członkowskie Unii zachowują instytucje swych ambasadorów, choć w wielu państwach istnieją też ambasadorowie całej Unii. Taki unijny ambasador reprezentuje interesy całej Unii, ale może też pełnić role ambasadora poszczególnego państwa stowarzyszonego.
Istotą i fundamentem polityki międzynarodowej Unii Europejskiej jest multilateralizm. Wykluczający dominację na naszym globie przez dwa mocarstwa. Konkurujące ze sobą lub kooperujące.
Polityka „koncertu dwóch mocarstw” jest sprzeczna z podstawowymi zasadami i wartościami państw Unii Europejskiej. Bo taki dualizm zawsze prowadził do militarnej konfrontacji. Do wojen, które Unia Europejska wyklucza.
Większość państw Unii Europejskiej związana jest z USA militarnym Sojuszem Północnoatlantyckim NATO. Podobnie jak połowa państw bałkańskich pozostających jeszcze poza Unią Europejską.
Ale sojusz NATO tradycyjnie dotyczy regionalnego bezpieczeństwa państw europejskich. Chiny leżą poza obszarem Paktu Północnoatlantyckiego. Nie grożą agresją militarną USA, ani któremuś z państw członków NATO. Dlatego pewnie nie uda się administracji prezydenta Bidena zmobilizować europejskich państw NATO pod tym pretekstem militarnego zagrożenia ze strony Chin.
Przeciwnie, to państwa europejskie mogą znaleźć sojusznika w Chinach dla realizowania wielu ze swym polityk. Na pewno chińska polityka tworzenia „zielonych”, odnawialnych źródeł energii jest zbieżna z polityką Unii Europejskiej. Podobnie jak chińska polityka zahamowania degradacji środowiska naturalnego i ocieplania się klimatu. W tych przypadkach państwa europejskie na pewno nie będą „powstrzymywać” Chin.
Nie ma mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez państwa Europy Środowo-Wschodniej, zwłaszcza Polski, zainteresowanych budową szlaków kolejowych i drogowych łączących Europę z Chinami i innymi państwami Azji. Zwłaszcza, że Europa i Azja geograficznie są jednym kontynentem, a to determinuje silne więzi gospodarcze. Nie ma też mowy o „powstrzymywaniu” Chin przez największe europejskie gospodarki. Przez ograniczanie współpracy gospodarczej. Przez wspieranie hegemonii dolara USA, co proponuje administracja Bidena. Bo to oznaczałoby zgodę Europy na samo degradację swej gospodarki. Na politykę osłabiania europejskiej waluty euro.
„Uważam, że politycznie Chiny są znacznie trudniejsze dla obecnej administracji USA niż były dla poprzedniej. Ale wciąż musimy prowadzić handel z naszym największym partnerem handlowym na świecie-Chinami. Mam nadzieję, że uda nam się jakoś oddzielić kwestie własności intelektualnej, praw człowieka i innych rzeczy od handlu i w dalszym ciągu będziemy promować środowisko nieskrępowanego handlu pomiędzy tymi dwoma gigantami. Nie możemy sobie pozwolić na to, by być wyłączonymi z chińskiego rynku. Nasza konkurencja natychmiast wskoczy na nasze miejsce”.
To powiedział Dave Calhoun, prezes koncernu Boeing podczas Szczytu Lotniczego Izby Handlowej Stanów Zjednoczonych.
I on to najtrafniej odpowiedział dlaczego administracji prezydenta Bidena nie uda się zjednoczyć państw europejskich w jej planie „powstrzymywania” Chin. Dlaczego Unia Europejska powstrzyma się od takich działań.

Flaczki tygodnia

Cudownie narodził się nowy entuzjasta radykalnego ograniczania emisji dwutlenku węgla i produkcji energii ze źródeł odnawialnych. To pan prezydent Andrzej Duda.

Poród odbył się w czasie szczytu klimatycznego, zwołanego przez prezydenta USA Joe Bidena. Był transmitowany na żywo.

Do tej pory pan prezydent Duda wielokrotnie publicznie, zwłaszcza na Twitterze, wątpił w „zmiany klimatyczne” i konieczność wprowadzania „zielonej energii”. Przekonywał, że Polska ma zasoby węgla wystarczające na 200 lat i nie odstąpi od ich eksploatacji.
Co stało się, że teraz obwieścił narodowy plan budowy zero emisyjnej energetyki ?

Przez cztery minione lata pan prezydent Duda i jego pierwszy minister, pan Krzysztof Szczerski, podlizywali się prezydentowi USA Trumpowi. Kiedy tylko mogli i jak mogli.
Wymyślili nawet „Fort Trump” – nowy Dar Narodu Polskiego dla ich Ukochanego Prezydenta, Przywódcy Wolnego Świata. Aby prezydent USA mógł skuteczniej szantażować niemiecki rząd relokacją amerykańskich żołnierzy.

Niestety panowie Duda i Szczerski tak namiętnie pokochali tegoż Trumpa, że do końca nie mogli uwierzyć w wygraną jego konkurenta. Długo olewali publicznie nowego prezydenta Bidena, a zwłaszcza jego administrację. Ta odwzajemnia się publiczną wzgardą i politycznym chłodem. W Polsce nadal nie ma nowego ambasadora USA, jego obowiązki pełni urzędnik niższej rangi. Warszawa nie jest celem zaplanowanych wizyt prezydenta Bidena w tym roku. Kontakty ograniczono do minimum.

Dlatego kiedy nadeszło zaproszenia na bidenowski bal klimatyczny, to pan prezydent Duda i jego kanceliści aż oszaleli ze szczęścia. Kopciuszek dostał szansę. I postanowili przypodobać się nowemu suwerenowi upodabniając się do niego.
Kiedy Donald Trump nie wierzył w „zmiany klimatyczne” to pan prezydent Duda też w nie nie wątpił. Skoro teraz prezydent Biden chce być Mesjaszem energii z odnawialnych źródeł, to pan prezydent Duda zgłasza się na jego apostoła i przodownika pracy dekarbonizacyjnej.
A jeśli prezydent Biden zorganizuje szczyt w obronie prześladowanej społeczności LGBTI, to pan prezydent Duda zapewne wywiesi tęczową flagę, a pan minister Szczerski uszminkuje usteczka i wskoczy w kieckę drag quuen.

Aby ostatecznie wymazać swój trumpizm, pan prezydent Duda zaczął też propagować konieczność budowy elektrowni atomowych w Polsce. Oczywiście z wykorzystaniem amerykańskich technologii. Choć podczas niedawnego szczytu Formatu 17+1 w Pekinie, to Chińczykom robił nadzieje ma zakup ich technologii.

Nie zdziwmy się kiedy z prezydenckiego pałacu usłyszymy, że nowa elektrownia atomowa zwać będzie się „Bidenią”. A może nawet cała Polska przyjmie takie miano aby zademonstrować swe niezłomne poparcie Wielkiego Brata.

W minioną niedzielę, kiedy „Trybuna” drukowała się, w Warszawie miało odbyć się spotkanie „Ostatniej szansy”. Jaśniepana prezesa Kaczyńskiego z przywódcami jego politycznych przystawek.
Dlatego, nie możemy skomentować wyniku spotkania. Przewidujemy jedynie, że kolejne spotkanie „Ostatniej Szansy” odbędzie się niebawem.

Jaśniepan prezes Kaczyński gra na czas. Liczy zapewne, że w ciągu trzech miesięcy wszyscy chętni zaszczepią się, poziom nowych zachorowań w Polsce opadnie, a zniesienie pandemicznych rygorów radykalnie poprawi nastoje społeczne.
Dodatkowo obiecane fundusze i pożyczki z Unii Europejskiej uwiarygodnią PiSowski program wyborczy zwany Narodowym Planem Rozwoju. I wtedy jaśniepan prezes, znany kanibal polityczny, przystąpi do pożerania swoich przystawek.
Zagrozi im przedterminowymi wyborami parlamentami. Przed nimi wszyscy parlamentarzyści z przystawek dostaną propozycję złożenia hołdu jaśniepanu prezesowi, a po wyrażeniu żalu za grzechy, otrzymają ich odpuszczenie. Oczywiście nie wszyscy łaski takiej dostąpią.
Jeśli hołdowników wystarczy aby dalej zapewnić PiS-owi większość w Sejmie, to wyborów przedterminowych szybko nie będzie.

Jeśli hołdowników nie wystarczy, jaśniepan prezes skróci kadencję parlamentu w wybranym przez siebie momencie. Aby po wyborach mieć tak silny klub parlamentarny, by móc dobrać sobie na dobrych warunkach niezbędnego koalicjanta. Konfederatów albo PSL- owców przeistoczonych w „nowoczesnych chadeków”.
I stworzyć rząd firmowany przez nowych, nieskompromitowanych medialnie polityków.

Jaśniepan prezes Kaczyński ma asa wyborczego w rękawie. Chce podwyższyć kwotę wolną od podatku do 30 tysięcy rocznie. To sprawi, że miliony emerytów podatku nie zapłacą, lub odprowadzą go w symbolicznej wysokości.
Sztabowcy PiS liczą, że ten ruch zadziała jak poprzednio obniżenie wieku emerytalnego i program 500+. Przyniesie falę poparcia dla PiS. Cenną, bo emeryci to solidna grupa zwykle nabijająca wyborczą frekwencję.

Asem mrugającym z rękawa opozycji bywa pan wicepremier Jarosław Gowin. W dni parzyste. Bo w dni nieparzyste jest przystawką polityczną jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.

Pan wicepremier Gowin to fundament opozycyjnego planu odsunięcia jaśniepana prezesa od władzy. Bo gdyby on wreszcie zbuntował się i opuścił Zjednoczoną Prawicę wraz ze swymi parlamentarzystami, to jaśniepan prezes utraciłby większość w Sejmie RP. To dawałoby szanse na stworzenie „rządu technicznego”, który odsunąłby zauszników jaśniepana prezesa od władzy i przygotował uczciwsze wybory parlamentarne.

Problem w tym, że bunt pana wicepremiera Gowina może rzeczywiście odsunąć PiS od władzy, ale też pana asa Gowina od parlamentu i rządowego koryta. Los polskiej demokracji zależy teraz od charakteru pana wicepremiera Gowina. Człowieka z wazeliny, polityka o gumowym kręgosłupie ideowym.

Na Polskę spadły dwie plagi. Zaraza i rządy PiS. Rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Biden, Putin i koń Kaliguli

Rosja przez pewien czas po wyborze Joe Bidena prezydentem USA zachowywała wstrzemięźliwość w komentarzach politycznych. Później jednak działania ekipy Bidena zaczęto odbierać jako wręcz próbę organizowania i prowokowanie konfliktów innych państw z Rosją. Wskazywano na dostawy sprzętu bojowego i doradców wojskowych na Ukrainę, zwiększenie obecności okrętów amerykańskich na Morzu Czarnym, zamknięcie portów litewskich dla towarów rosyjskich. Stwierdzano, że USA nasiliły niedopuszczalne naciski polityczne na swoich sojuszników z NATO, aby powstrzymać budowę Nord-Stream-2.

Rosja uważa, że wznowienie pretensji niektórych kręgów politycznych Japonii w sprawie Wysp Kurylskich również odbywa się z inspiracji USA, aby zablokować wyjście rosyjskiej floty na Pacyfik. Przyznawano, że Rosja, co prawda, na początku lat 90-tych widziała możliwość dyskusji w sprawie wysp, ale wtedy była słaba po rozpadzie Związku Radzieckiego. Od tamtego okresu Rosja się umocniła i dokonane zmiany w konstytucji nie pozwalają na przekazywanie komukolwiek terytoriów będących w jej władaniu. Nadzieje Japonii na zwrot Wysp Kurylskich są więc bezprzedmiotowe.
Czara goryczy się przelała, gdy Biden oskarżył Władimira Putina o ingerencję w wybory na korzyść Donalda Trumpa i sprowokowany przez dziennikarza zgodził się, że Putin ma krew na rękach i jest „zabójcą” pozbawionym „duszy”.
Po wypowiedzi Bidena w rosyjskich oficjalnych i społecznościowych środkach masowej informacji zawrzało. Takie słowa o przywódcy państwa uznano za rzecz niespotykaną w dyplomacji i „chamstwo”. Nasiliła się krytyka środowiska Bidena, że nadużywa słabości człowieka, który ma wyraźne braki w pamięcią. Oficjalne komentarze rosyjskie wskazują, że dwukrotne potknięcie się Bidena na trapie przy wejściu do samolotu trudno tłumaczyć wiatrem. Biden ma wyraźne problemy z koncentracją, przy podpisywaniu dokumentów długo patrzy na długopis i „mamrocze” pod nosem, że nie wie, co podpisuje. Myli imię swego największego wroga Donalda Trumpa. Nie pamięta nazwisk swoich współpracowników. Pojawia się tylko na oficjalnych uroczystościach i odczytuje przygotowane mu wystąpienia.
W komentarzach rosyjskich podkreśla się ponadto, że prezydentura jest dla Bidena ukoronowaniem jego czterdziestoletniej kariery politycznej, a teraz dziwnym trafem ukrywa się on przed dziennikarzami i jako jedyny prezydent USA bardzo długo nie spotkał się po wyborach z nimi w otwartej dyskusji. A kiedy w końcu spotkał się w ostatnich dniach marca, to odpowiadał tylko na zadane wcześniej na piśmie pytania i nie podjął wielu ważnych problemów, w tym stosunków z Rosją. Być może wynika to z ograniczonych możliwości fizycznych i psychicznych Bidena. Putin odpowiadając Bidenowi życzył mu przed wszystkim „dobrego zdrowia”. Niektórzy dopatrzyli się w tym sugestii, że w Rosji nie obrażają się na chorych. Putin życząc Bidenowi zdrowia, najzwyczajniej ulitował się nad chorym człowiekiem. Ale bardziej radykalni komentatorzy polityczni w USA dostrzegli w tych życzeniach zapowiedź rychłej śmierci Bidena. Ujrzeli długą rękę Kremla.
U was linczują Afroamerykanów
Rosjanie podkreślają, że oskarżanie przywódców innych krajów nie jest niczym nadzwyczajnym w amerykańskiej polityce. Tacy ludzie jak Biden linczowali Afroamerykanów w przeszłości oraz dokonali atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, chociaż nie było ku temu żadnych militarnych przyczyn. Poza tym Putin przypomniał dziecięce porzekadło: „kto kogoś przezywa, ten sam się tak nazywa”. Można w związku z tym zrozumieć, że to Biden sam jest „bezdusznym mordercą”, ponieważ jako wiceprezydent sankcjonował uderzenia bezzałogowych dronów w innych krajach, w wyniku których zginęło 117 zwykłych obywateli, wliczając w to dzieci. Atak na Putina nie uznano za zbyt rozsądny, zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mają problemy w stosunkach z Chinami. Poza tym, atak ten odzwierciedla punkt widzenia większości amerykańskich analityków, widzących w Putinie zwornik całego systemu politycznego Rosji i jego rozpad po dyskredytacji Putina…
Sytuacja jest dość niezręczna z ludzkiego punktu widzenia, ale życzenia dobrego zdrowia dla Bidena nie są zwykłą grzecznością Putina, tylko stanowczym atakiem przeciwko politycznemu otoczeniu Bidena, kompleksowi militarno-przemysłowemu, oskarżeniem ich, że nadużywają niedyspozycje chorego człowieka dla swoich celów politycznych. Putin wskazał przy tym, że Rosja nie ma potrzeby mieszania się w wybory w USA, ponieważ od lat bez względy na to, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych, to polityka USA wobec Rosji zawsze pozostaje niezmienna. Rosja trwale pozostaje najgorszym wrogiem.
W ostatnich dniach rosyjska retoryka gwałtownie zaostrzyła się. Przybrała bardziej polityczny charakter. Przypomniano, że wcześniej w podobny sposób czarną kartkę dano Slobodanowi Miloševiciowi, Saddamowi Husajnowi, Muammarowi al-Kaddafiemu. Wskazano tez do jakich bezprawnych środków odwołano się aby ich zniszczyć. Zapowiedziano, że te scenariusze wobec Rosji i Putina nie sprawdzą się.
Ewentualna choroba Bidena i koń Kaliguli
Wydaje się, że wyższy od współczesnych polityków poziom świadomości sprzeczności pomiędzy kompetencjami urzędników a stosunkami społeczno-ekonomicznymi i politycznymi, miał cesarz Kaligula. Wybrał on jednak bardzo specyficzny sposób rozwiązania tej sprzeczności – mianował on swego konia senatorem i chciał później uczynić go Pierwszym Konsulem Imperium. Paradoksem jest to, że ten z pozoru bezsensowny czyn ma swoje logiczne i polityczne uzasadnienie również w dniu dzisiejszym. Przypomniał i analizował ten problem Jan Kurowickii.
Na nic zdały się argumenty przeciwników tej nominacji, że koń jest zwierzęciem i nie ma rozumu politycznego czy administracyjnego, że nie ma odpowiednich manier, nie umie zachowywać się przy stole, że nie ma odpowiedniego stosunku do religii, tradycji czy prezencji zewnętrznej. W ocenie Kaliguli koń miał bowiem jedną niepodważalną zaletę, był niezdolny do intryganctwa, pozostawał lojalny i wierny, był mądry mądrością wszystkich doradców. Nawet w czasach współczesnych wielu urzędników i deputowanych do ciał przedstawicielskich, szczególnie tych pochodzących z wyborów powszechnych, podobnych jest do konia Kaliguli – Incitatusa. Z uwagi na ogrom dziedzin podlegających władzy administracji państwowej, poszczególni urzędnicy często posiadają w niektórych podległych sobie dziedzinach kompetencje na miarę rozumu końskiego, chociaż nie jedzą owsa czy siana. Ale w związku z tym, jak pisał Kurowicki „Nic nie musi iść na opak, a podejmowane decyzje będą na miejscu i kompetentne, gdy otoczy go odpowiednio ukształtowana struktura rządzenia czy zarządzania. Każda bowiem decyzja może być w jej obrębie odpowiednio przygotowana i podsunięta do zatwierdzenia; każdy też, za przeproszeniem, koński czyn, czy gest władcy […] może dojść (lub nie dojść) do skutku zależnie od tego, jaka jest otaczająca go struktura (zaplecze) i stopień, w jakim je kontroluje”ii. Mądrość konia zależy więc od stajni i stajennych, którzy go otaczają i odwiedzają.
Trzeba przyznać, że Biden ma za sobą długą karierę polityczną, co przemawia na jego korzyść. Był piątym najmłodszym senatorem, przewodniczył Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Sądownictwa, starał się dotrzeć do przeciwników wojny w Wietnamie, występował przeciwko przemocy domowej i napastowaniu seksualnemu kobiet, potępiał działania militarne w Iraku, popierał ruchy ekologiczne. Po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał „Amerykański Plan Ratunkowy”, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom (skąd to znamy? Wielki kapitał rozdaje pieniądze, aby nie dopuścić do spadku cen i deflacji…).
Zdaniem Kurowickiego przykład konia Kaliguli „Pozwala […] zakwestionować oświeceniowe złudzenie, jakoby o efektywności władzy decydowały kompetencje, rozum i wola tych, co ją bezpośrednio z najwyższego szczebla sprawują. Więcej! Nawet najbardziej kompetentne i rozumne działania owych sprawujących władzę są zawsze (bezpośrednio lub pośrednio) determinowane przez konkretne układy sił w obrębie ich zaplecza”iii.
Wypływają z tego wnioski dla sprawujących władzę, podległych im urzędników i służących radą uczonych doradców. Przywódca, który nie będzie zdawał sobie sprawy z uzależnienia od swego otoczenia i zaplecza, nawet jeśli będzie najbardziej kompetentny i wykształcony, zostanie obalony przez swoje otoczenie i przestanie pełnić przywódczą rolę. O wiele łatwiej jest z przywódcą, który nie wie, co się z nim dzieje. Podwładny zaś i doradca, który będzie manifestacyjnie okazywał swoją kompetencję i wyższość intelektualną w stosunku do przywódcy i otocznia, zostanie usunięty również ze swego stanowiska. Podwładny, aby zająć pozycję i utrzymać ją, musi zatem wykazać się sprytem i umieć wykorzystywać nadarzające się sprzyjające okoliczności dla realizacji swoich propozycji.
O pozycji osób przewodzących i podwładnych decyduje bowiem nie tylko wiedza, ale również wyobraźnia historyczna i socjologiczna, a przede wszystkim zdolność do reprodukcji stosunków w najbliższym otoczeniu, zarówno tych towarzysko-zawodowych, jak i społeczno-politycznych. Krótko mówiąc decydują interesy osobiste i grupowe, bieżące i perspektywiczne. Obecnie każdy doradca nie tylko Bidena, ale i innych przywódców, musi gwarantować utrzymanie ich przywódczej roli, a ponadto musi zapewniać warunki do reprodukcji kapitalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych. Musi też swoimi radami wspierać danego przywódcę w umocnieniu USA i globalnej ekspansji kapitału amerykańskiego. Tym bardziej, że w USA doszły obecnie do władzy te grupy kapitału, które zainteresowane są w dalszym rozwoju procesu globalizacji.
Z przypadku Incitatusa wynika, że nawet gdyby kandydat do sprawowania władzy był niekompetentny lub nijaki, ale zdolny do służenia celowi zasadniczemu, zostawał przez system wyposażony w te cechy, których osobiście mógł nie mieć. Roland Reagan, jak wiadomo cierpiał na chorobę Alzheimera, ale jego otoczenie potrafiło przygotowywać go do wystąpień publicznych. Czyżby nie chciało tego ryzykować z Bidenem?
Wystarczy, że jakaś partia wygra w Polsce wybory parlamentarne, a natychmiast pojawiają się ludzie z odpowiednimi „kwalifikacjami”, czy to członkowie tych partii, czy członkowie ich rodzin, czy znajomi. A gdy zajdzie potrzeba dokonuje się nawet transferów między klubami parlamentarnymi. Tak, czy owak, wszystkie boksy w stajni zostają zapełnione, a obsługa znajdująca się w cieniu dba o to, by interes kręcił się nadal…
Biden potrafi
Nie inaczej było zapewne również z Bidenem. Naśmiewanie się z niego, że czegoś nie potrafi, jest pozbawione głębszego sensu, bo władza polityczna to bardziej skomplikowany mechanizm, chyba, że chodzi o rozgrzeszenie pozostałych członków systemu decyzyjnego…
Biden ma oczywiście wielu podwładnych sobie urzędników, którzy bardzo dbają o niego. Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie jest, wbrew powszechnym mniemaniom, ten, kto posiada doskonałe kwalifikacje do zajmowania danego stanowiska oraz odpowiednie cnoty moralne i obywatelskie. W rzeczywistości „Działają […] zgodnie z obowiązującymi w danej strukturze normami i zasadami, zadowalając się swym miejscem w danej strukturze. Przy czym nie przesuwają się oni w hierarchii struktury ani w górę, ani na boczny tor, ale też starają się nie spaść w dół. Gdyby bowiem mieli (i ujawnili) ambicje awansu, idealnymi podwładnymi już by nie byli. Stwarzaliby zagrożenie tym, co bezpośrednio nimi kierują lub dostarczali pretekstu do posądzenia, że działają nie z nakazu czystej sumienności, dla »sprawy«, a dla kariery, by być zauważonym i wyniesionym. Wystarczy tedy, aby dbali o to jeno, by ich nie zdegradowano albo przesunięto na boczny tor. […] Na przykład, gdy zauważy, że »góra« ma kwalifikacje na poziomie konia i popełnia ewidentne błędy, nie tylko nie wolno mu wprost zgłaszać zastrzeżeń do jej decyzji, ale, jeśli tylko może, tak musi wpływać na działania tej góry, by skutki nie szkodziły strukturze. Inaczej zagrozi sobie i swojej pozycji. Jest więc (wraz z innymi) ogonem, który czasami musi machać koniem”iv. Tak więc nie tylko w USA przywódcy się zmieniają, ale problemy i główne cele polityczne pozostają bez zmian…
Idealny podwładny, zdaniem Kurowickiego, nie powinien wynosić się ze swoimi kwalifikacjami ponad równych sobie stanowiskiem, jak i niżej stojących. Powinien chcieć żyć i dawać żyć innym, o ile ktoś nie kwestionuje jego kompetencji i nie podważa jego statusu. Dlatego zawsze będzie po stronie silniejszych w danym układzie personalnym, nawet gdyby to pociągało za sobą konieczność podejmowania działań czy decyzji niekompetentnych, lub wymagało nie dostrzegania ich. Sam zaś występować będzie przeciwko słabszej mniejszości, nawet jeśli po jej stronie będą racje merytoryczne i będzie z nią nieoficjalnie sympatyzował. Ponad te racje i prawdę przedłoży bowiem własną obecność w strukturze na danym stanowisku. Nie omieszka natychmiast przyłączyć się do mniejszości, gdy tej uda się zwyciężyć. Musi przy tym zawsze manifestować swoją partnerskość, otwartość, życzliwość i chęć służenia pomocą każdemu. „Konsekwencją tego wszystkiego jednak jest (bo być musi) coś paradoksalnego: obecność licznych, niekompetentnych działań lub decyzji idealnego podwładnego. I to mimo jego najdoskonalszych kwalifikacji! Co więcej: podjęte zostaną one przez niego z pełną świadomością. Te bowiem niekompetentne działania czy decyzje mają charakter nie podmiotowy, lecz strukturalny. Z jednej oto strony musi ów podwładny działać kompetentnie, bo […] tego wymaga jego status; z drugiej musi niejednokrotnie o swych umiejętnościach zapominać, jeśli chce utrzymać się w strukturze. Sprzeczność między jednym i drugim sprawia wszakże, że tylko drobna część jego działań będzie na miarę jego możliwości. Reszta zaś to osłanianie końskich kwalifikacji szefa, przymykanie oczu na błędy równych sobie lub niżej postawionych”.
Powinniśmy więc w działaniach poszczególnych przywódców w większym stopniu dostrzegać polityczną rolę ich najbliższego otoczenia. Jeśli więc Biden jest rzeczywiście chory, to czyni to całą sprawę bardzo nieprzyjemną z moralnego punktu widzenia. Jeśli zaś Biden jest zdrowy, to zapowiada to gwałtowne zaostrzenie stosunków międzynarodowych i nowe co najmniej lokalne wojny prowadzone przez USA cudzymi rękoma. Tak czy owak wywiad z Bidenem, w którym nazwał Putina „zabójcą”, który nie ma „duszy”, musiał być starannie przygotowany. Powstaje tylko pytanie: przez kogo i w jakim celu?
Sytuacja z Bidenem, jako żywo, przypomina ponowny wybór Borysa Jelcyna prezydentem Rosji. Pomimo zaawansowanej choroby Jelcyn został przez swoje otoczenie wystawiony w wyborach i musiał rywalizować z popularnym wówczas komunistą Giennadijem Ziuganowem. Po pół roku Jelcyn przekazał władzę Putinowi. Również dla Bidena wielu obserwatorów przypisuje przejściową rolę.
Koń Kaliguli, jeśli chodzi o kompetencje, przypominał osoby losowane na stanowiska przez starożytnych Ateńczyków. Osoby losowane w odróżnieniu od konia mogły nabywać doświadczenie i uczyć się bycia końmi. Koń zaś nie musiał uczyć się urzędowania i był „koński” z natury. Trwałość demokracji w warunkach jej medializacji wymaga, by miała ona swoje stajnie i swoje zaprzęgi konne, niezależnie od tego, że podlegają one okresowej krytyce i wymianie. Niestety mechanizm funkcjonowania każdej władzy jest podobny…

Jaka będzie polityka Joe Bidena wobec Chin

Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Chin przeszła znaczącą ewolucje od czasu pamiętnej wizyty prezydenta Richarda Nixona w Chinach w lutym 1972 r. do obecnego prezydenta USA Joe Bidena. Po okresie względnie dobrych stosunków i współpracy nastąpiło wyraźne pogorszenie relacji wzajemnych stosunków w okresie prezydentury Donalda Trumpa (2017-2021).

Hasłem wyborczym i myślą przewodnią polityki prezydenta Donalda Trumpa był slogan „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Świadom zmniejszającej się roli Stanów Zjednoczonych w międzynarodowym układzie i rosnącej gospodarczej, politycznej i militarnej roli Chin Trump uznał Chiny za główne zagrożenie dla interesów amerykańskich w świecie i odpowiednio do tego zagrożenia formułował politykę Waszyngtonu wobec Pekinu. Nic wiec dziwnego, że stosunki amerykańsko-chińskie w czasie prezydentury Donalda Trumpa systematycznie się pogarszały. Chiny nie mogły pozostać obojętne na decyzje administracji Trumpa systematycznie ograniczające współpracę z Pekinem.
Moje wystąpienie chcę poświęcić prognozom polityki prezydenta Bidena wobec Chin.
Przede wszystkim kilka słów na temat osobowości obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
W przeciwieństwie do Trumpa, który w momencie zgłoszenia swojej kandydatury w wyborach prezydenckich miał zero doświadczenia politycznego, Biden ma za sobą ogromne, wieloletnie, bogate doświadczenie polityczne. W 1973 r. został senatorem Stanów Zjednoczonych ze stanu Delaware. W Senacie przewodniczył m. in. Komisji Sprawiedliwości, był przewodniczącym senackiej Komisji Spraw Zagranicznych, a w latach 2009-2017 wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych przy prezydencie Baracku Obamie.
Biden nie był malowanym wiceprezydentem w administracji Obamy. Obama szeroko wykorzystywał doświadczenie swojego wiceprezydenta w polityce zagranicznej.
20 stycznia 2021 r. Biden został zaprzysiężony jako 46-ty prezydent Stanów Zjednoczonych. W wygłoszonym 4 lutego br. przemówieniu w Departamencie Stanu zapowiedział zasadnicze zmiany w polityce zagranicznej USA. Stwierdził m. in. „dyplomacja powraca jako centrum polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych” i zapowiedział „przywrócenie miejsca Ameryki w świecie”.
Jak na tym tle może przedstawiać się polityka administracji Bidena wobec Chin?
Istnieją na ten temat zarówno oficjalne wypowiedzi samego prezydenta jak i członków obecnej administracji oraz mnóstwo nieoficjalnej spekulacji.
Zacznijmy od oficjalnych wypowiedzi.
Administracja Bidena zapowiada twardą politykę wobec Chin i obronę Tajwanu i takie sygnały przekazuje swoim sojusznikom w Azji i Chinom. Nie jest przypadkiem, że przedstawiciel Tajwanu był zaproszony do Waszyngtonu na uroczystość zaprzysiężenia prezydenta Bidena. Kiedy samoloty chińskie znalazły się w obszarze powietrznym Tajwanu Departament Stanu oświadczył, że amerykańskie zobowiązanie wobec Tajwanu jest „mocne jak skała” („rock solid”).
W czasie wizyty w Pentagonie Biden powiedział: „Musimy sprostać rosnącym wyzwaniom ze strony Chin aby utrzymać pokój i bronić naszych interesów w Indo-Pacyfiku i globalnie”. 17 lutego br. Biden poinformował o powołaniu zespołu 15 ekspertów cywilnych i wojskowych w celu dokonania przeglądu polityki Stanów Zjednoczonych wobec Chin i przedstawienia zaleceń prezydentowi. Na czele tego zespołu stanął Ely Ratner specjalny asystent Sekretarza obrony Lloyda Austina. Zespół ten ma w ciągu czterech miesięcy przedstawić zalecenia odnośnie amerykańskiej strategii wobec Chin, stosunków w dziedzinie technologii i bilateralnych stosunków z Pekinem w dziedzinie obronnej. Biden pragnie aby zalecenia tego zespołu były przedstawione obu partiom w Kongresie.
Ostatnio 17 lutego 2021 r. okręty amerykańskiej marynarki wojennej pojawiły się na wodach Morza Południowochińskiego należących do ChRL. Administracja Bidena twierdzi, że są to wody dostępne dla żeglugi międzynarodowej. Ta operacja US Navy nastąpiła po oświadczeniu Bidena, że Chiny są „najpoważniejszym konkurentem” Stanów Zjednoczonych i wobec tego Amerykanie mają prawo sprostać wezwaniom ze strony Pekinu. Biden oświadczył również, że Waszyngton znajduje się w „ekstremalnej rywalizacji” („extreme competition”) z Chinami. Po objęciu urzędu prezydenta Biden potwierdził również poparcie dla Filipin i Japonii do roszczeń wysp uznawanych przez Chiny za ich własne terytorium. Prezydent amerykański powołał się przy tym na wzajemne traktaty obronne zobowiązujące Waszyngton do obrony roszczeń filipińskich i japońskich do tych wysp.
Władze Chin zarzucają Waszyngtonowi, że operacje marynarki wojennej USA nie tylko naruszają suwerenność Chin na tym obszarze, ale również prowadzą do niebezpiecznych napięć. Zdaniem władz chińskich obecność amerykańskich okrętów wojennych na wodach terytorialnych Chin „poważnie narusza chińską suwerenność, bezpieczeństwo i poważnie zagraża regionalnemu pokojowi i stabilności”.
W odpowiedzi na stanowisko Chin Joe Biden 19 lutego br. potwierdził globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych, rolę ich sojuszników i obronę demokracji w USA i zagranicą.
Joe Biden zdecydowanie odcina się od neoizolacjonistycznej polityki swojego poprzednika i przyrzeka, że „poprowadzi świat, a nie wycofa się z niego”. Przyrzeka, że jego administracja nie tylko przywróci globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych w świecie, ale stworzy także liberalny ład międzynarodowy.
Biden zdaje sobie sprawę, że Chiny z największą marynarką wojenną, drugą na świecie największą gospodarką stanowią wyzwanie dla Stanów Zjednoczonych i roli tego kraju na świecie. Komentatorzy amerykańscy uważają, że sukces polityki zagranicznej Bidena w znacznym stopniu zależeć będzie od tego jak poradzi on sobie z wyzwaniem ze strony Chin. Wielu Amerykanów twierdzi, że Biden chce uniknąć „ Nowej Zimnej Wojny” by uniknąć globalnego konfliktu i zachować regionalne i globalne wpływy USA w świecie. W tym celu Waszyngton powinien utrzymać m. in. z Chinami dobre stosunki handlowe, współpracę w dziedzinie zmian klimatycznych, zdrowia publicznego itp.
Henry Kissinger ostrzega Bidena aby nie spowodował on katastrofy światowej i podjął kroki zapobiegające konfrontacji amerykańsko-chińskiej. Niektórzy komentatorzy w USA opowiadają się za polityką „chłodnego pokoju” wobec Pekinu, za polityka powstrzymywania Chin i równoczesnego zaangażowania Chin we współpracę międzynarodową.
Nie ulega wątpliwości, że jak dotąd jest spory zakres podobieństw w polityce Trumpa i Bidena wobec Chin. Istnieje też w Waszyngtonie dwupartyjny consensus aby prowadzić twardą politykę wobec Pekinu. Jak głosi Biden „Stany Zjednoczone muszą być twarde wobec Chin”.
Chiny oczywiście są zainteresowane utrzymaniem dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, z którymi d lat mają dodatni bilans handlowy. Prezydent Biden zachowuje dużą ostrożność w stosunkach z Chinami. Świadczy o tym m. in. fakt, że dopiero po 22 dniach od zaprzysiężenia zdecydował się odbyć rozmowę telefoniczną z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem.

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.

Kryzys amerykańskiej demokracji: kres czy nowy etap?

Dwudziesty stycznia 2021 przejdzie do historii jako dzień, w którym skończyła się najbardziej nieudana i groźna dla demokracji amerykańskiej kadencja prezydencka Donalda Trumpa a Stany Zjednoczone weszły w nowy etap swej politycznej historii – pełen znaków zapytania co do długotrwałych efektów czteroletnich rządów populistycznego autokraty.

Obejmujący władzę czterdziesty szósty prezydent Joe Biden ma wiele atutów pozwalających z pewną dozą optymizmu patrzyć w przyszłość. Jest politykiem bardzo doświadczonym, wieloletnim senatorem i przez osiem lat wiceprezydentem u boku Baracka Obamy. Reprezentuje umiarkowane skrzydło Partii Demokratycznej, co rodzi nadzieję, że uda mu się choćby częściowo zasypać przepaść, która tak ostro podzieliła społeczeństwo amerykańskie w pierwszych dwóch dziesięcioleciach obecnego wieku. Ma u swego boku wiceprezydent Kamalę Harris – pierwszą kobietę na tym szczeblu amerykańskiego systemu władzy, do tego córkę imigrantów o indyjskich i afrykańskich korzeniach, a zarazem jedną z najbardziej wyrazistych przedstawicielek lewicowego skrzydła partii. Ma wreszcie nowy prezydent oparcie w obu izbach Kongresu, w których Demokraci zdobyli, niewielką, ale liczącą się, przewagę.
Sojusznicy Ameryki – przywódcy państw demokratycznych – przyjęli wybór Bidena z entuzjazmem wyraźnie kontrastującym z ostentacyjną rezerwą manifestowaną przez Andrzeja Dudę, podobnie zresztą jak i przez przywódców Rosji, Turcji czy Białorusi. Nic dziwnego: wynik wyborów amerykańskich pozbawił ich nadziei na to, że autokrata w Washingtonie stanowić nadal będzie przeciwwagę w stosunku do postawy przywódców Unii Europejskiej w sprawie demokracji, rządów prawa i wolności obywatelskich.
To, co nastąpiło po listopadowych wyborach, skłania jednak do ostrożności w formułowaniu optymistycznych przewidywań. Wyjątkowość tych wyborów nie polega na tym, że przegrał urzędujący prezydent. To zdarzało się nieraz : po drugiej wojnie światowej trzykrotnie – w latach 1976 (przegrana Geralda Forda), 1980 ( przegrana Jimmy Cartera) i w 1992 ( przegrana G.D.W. Busha). Nigdy jednak nie zdarzyło się, by przegrany kwestionował wynik wyborów i głosił, iż zostały one sfałszowane ( czemu konsekwentnie przeczą wszystkie sądy, do których wpłynęło ponad sześćdziesiąt skarg na przebieg wyborów). Nigdy wreszcie pokonany prezydent nie użył ostatnich dni swego urzędowania na podburzenie zwolenników do fizycznego ataku na siedzibę Kongresu, a więc na swoisty zamach stanu – jedyny w historii tego państwa. Szósty stycznia 2021 okazał się ogniową próbą demokracji amerykańskiej. Obroniła się dlatego, że przed buntownikami nie skapitulował wiceprezydent Mike Pence i że rebeliantów nie poparło wojsko ( ani inne instytucje państwa). Było jednak blisko. Od wojny domowej nigdy demokracja amerykańska nie była tak zagrożona, jak w tym miesiącu, a też nigdy źródło zagrożenia nie tkwiło w Białym Domu.
Trump został (po raz drugi, co też jest unikatowe) postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia. Jest to dopiero piąty raz w historii USA gdy prezydent zostaje oskarżony o złamanie konstytucji – przy czym, moim zdaniem, pierwszy, gdy oskarżenie ma tak poważne podstawy. Trzy razy prezydent stawał jako oskarżony przed Senatem i był przez to ciało uniewinniony: Andrew Johnson w 1868 roku, Bill Clinton w 1999 roku i Donald Trump w 2019 roku, przy czym zarzuty wobec Johnsona były wyraźnie sfabrykowane przez niechętnych mu radykałów, a zarzuty wobec Clintona i Trumpa – choć zasadne – nie były wystarczająco poważne, by uzasadniały pozbawienie ich urzędu. Tylko Richard Nixon zmuszony został do rezygnacji, by uniknąć nieuchronnego skazania go przez Senat (w 1974 roku), ale zarzuty wobec tego prezydenta dotyczyły nadużycia władzy dla sabotowania śledztwa w sprawie głośnego włamania do lokalu Partii Demokratycznej w hotelu Watergate – a nie próby obalenia siłą ładu politycznego. Obserwowałem tę aferę spędzając większość czasu na wykładach w USA i pamiętam, jak jednolite było wtedy społeczeństwo amerykańskie w potępieniu zachowania głowy państwa. Tym razem nie można wykluczyć wyroku skazującego – już po zakończeniu przez Trumpa kadencji, ale nie bez znaczenia dla jego politycznej przyszłości. Nie ma jednak klimatu powszechnego potępienia. Aż 197 republikańskich kongresmanów głosowało przeciwko wnioskowi o postawienie Trumpa w stan oskarżenia a miliony jego zwolenników nadal go popierają.
Donald Trump jest centralną postacią tego kryzysu demokracji amerykańskiej, ale byłoby naiwnością sprowadzać ten kryzys do jego działań. Prezydentura Trumpa była konsekwencją a nie przyczyną kryzysu politycznego, a sam ten kryzys narastał od lat.
Mówiąc o kryzysie demokracji w Ameryce mam na myśli załamanie się tego, co stanowi podstawę ładu demokratycznego: konsens głównych sił politycznych co do respektowania instytucji demokratycznych i co do podstawowych założeń polityki wewnętrznej i zagranicznej. Konsens taki istniał przez niemal cały okres po drugiej wojnie światowej powodując, że w literaturze naukowej często można było spotkać rozważania o zacieraniu się różnic miedzy dwiema głównymi partiami. Nie było to równoznaczne z całkowitym brakiem programowych podziałów. Zwłaszcza w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walka o zniesienie segregacji rasowej spowodowała utracenie przez Partię Demokratyczną władzy na Południu, w stanach dawnej Konfederacji , i przesunęła Partię Republikańską na prawo. Proces ten uległ pogłębieniu w latach 1981-1989 za prezydentury Ronalda Reagana, ale mieścił się wciąż jeszcze w ramach szeroko pojętego konsensu demokratycznego.
Zaczęło się to załamywać na początku obecnego stulecia. W 2002 roku na prawym skrzydle Partii Republikańskiej pojawiły się zalążki ruchu nazwanego (przez analogię z protestem, z którego wyrosła amerykańska wojna o niepodległość) „patią herbacianą”. Przedstawicielą tego ruchu, była gubernator Alaski Sarah Palin została kandydatką na wiceprezydenta w wyborach 2008 roku, po których 19 lutego 2009 roku „Partia Herbaciana” została oficjalnie ukonstytuowana jako skrajnie prawicowe skrzydło Partii Republikańskiej. Dopiero jednak osiem lat później popierany przez nią Donald Trump zasiadł w Białym Domu (uzyskując zresztą mniejszość głosów wyborców, ale wyraźną większość głosów elektorów). Jego wygrana była tylko częściowo wynikiem tego, że znaczna część wyborców odwróciła się od bardzo doświadczonej, ale niezbyt popularnej Hilary Clinton. W grę wchodził rosnący protest znacznej części społeczeństwa przeciw kierunkowi, w jakim zmieniała się Ameryka.
W komentarzach amerykańskich socjologów i politologów na temat przyczyn obecnej sytuacji dominują dwie różne, choć nie wykluczające się narracje. Pierwsza (między innymi w wersji wielokrotnie prezentowanej przez Adama Przeworskiego – jednego z najwybitniejszych amerykańskich socjologów polityki, wychowanka Uniwersytetu Warszawskiego) kładzie nacisk na uwarunkowania ekonomiczne. Neoliberalny kapitalizm w wersji faworyzowanej przez Raegana zrodził niespotykany poprzednio wzrost nierówności ekonomicznych: bogacenie się najbogatszych, stagnację ekonomiczną a nawet regres w położeniu klasy średniej, a zwłaszcza ubożenie warstw ludowych. Biedniejsi żyją średnio o piętnaście lat krócej niż ludzie z 20 procent klasy „wyższej” (Małgorzata Durska, „Biedna biała Ameryka”, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2021), co jest syntetycznym wskaźnikiem ogromnych rozpiętości w warunkach życia. Wielu z tych biedniejszych Amerykanów głosowało na Trumpa w 2016 roku i wielu (choć nie wszyscy) pozostali przy nim w zeszłym roku. Ich wybór mieści się w ogólnym trendzie, który obserwujemy też w Europie i który wyraża się w buncie klasy ludowej przeciw neoliberalnemu kapitalizmowi.
A Ameryce dochodzi jednak do tego inny problem: ostry sprzeciw wobec postępującego demontażu systemu dyskryminacji rasowej. Sprzeciw ten przybrał na sile ostatnio – jako reakcja na zdobywanie przez Afroamerykanów kolejnych pozycji w długiej walce o równe z „białymi” prawa. Jak w fizyce, każda akcja wywołuje reakcję. W tym wypadku jest to reakcja tej części „białej” Ameryki, która nadal nie może pogodzić się z tym, że sto sześćdziesiąt lat po wojnie domowej, która położyła kres niewolnictwu, czarnoskórzy Amerykanie stopniowo zdobywają prawa tak długo mim odmawiane. W tym sensie prezydentura Baracka Obamy była symbolicznym przełomem – entuzjastycznie przyjętym przez postępową część Ameryki, ale znienawidzonym przez rasistowską prawicę.
W 1937 roku John Dollard w głośnej monografii o stosunkach rasowych na amerykańskim Południu sformułował nowatorską wówczas tezę, że rasizm amerykański ma szczególnie silne oparcie wśród uboższych Amerykanów, dla których przywileje wynikające a przynależności rasowej były psychologiczną rekompensatą za ich upośledzenie ekonomiczno-społeczne.
W ten sposób zlewają się w jedno dwa nurty społecznego protestu: przeciw nierówności ekonomicznej i przeciw prawom mniejszości rasowych. Powstała z tego mieszanka ma wiele cech przypominających europejski faszyzm z lat międzywojennych. Jako jeden z pierwszych sygnalizował to Zygmunt Bauman w eseju napisanym po wyborach 2016 roku – na kilka tygodni przed śmiercią (i opublikowanym w półroczniku „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa” w 2017 roku). Od faszyzmu obecny autorytarny populizm różni miedzy innymi brak totalitarnej partii i całościowej ideologii, ale istnieją podobieństwa na tyle istotne, by pojawiało się pytanie, czy brunatna przeszłość może się odrodzić.
W styczniu 2021 roku demokracja amerykańska obroniła się przed najpoważniejszym wyzwaniem w jej historii, być może nawet groźniejszym niż secesja stanów południowych w 1861 roku, gdyż wymierzonemu w samo serce systemu demokratycznego – w wolne wybory. To powinno być źródłem nadziei. Nie mają racji ci publicyści i uczeni, którzy już ogłosili kres liberalnej demokracji. Nowi autokraci powinni na serio przemyśleć los Donalda Trumpa. „Będą spisane czyny i rozmowy” – by przypomnieć Miłosza. Jeśli upadł Donald Trump, nie ma powodu, by uważać pozycję jego wielbicieli w naszej części Europy za nienaruszalną.
Trzeba jednak także liczyć się także z gorszymi scenariuszami. Trump odchodząc nie zabiera z sobą konfliktów społecznych, które tak ostro podzieliły Amerykę. Stoi ona w obliczu wielkich problemów, których upadek niedoszłego autokraty nie likwiduje. Najbliższe cztery lata – okres prezydentury Joe Bidena – będą miały wielkie znaczenie dla losów demokracji – nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Bigos tygodniowy

Ziobryści, z kaczystami pospołu, szykują się do kolejnego zamachu na obywatelskie wolności. Zmierzają do tego, by nie można było odmówić przyjęcia mandatu, a nawet chcą wprowadzić obowiązek jego natychmiastowego zapłacenia. Post factum można by kierować swój sprzeciw do sądu i tam ewentualnie udowadniać swoją niewinność. Ujmując rzecz najbardziej lakonicznie – to zamiar perwersyjnego odwrócenia starej prawnej zasady, że to nie obywatel ma udowodnić swoją niewinność, ale jemu ma być udowodniona wina. Chodzi oczywiście przede wszystkim o prewencyjną pacyfikację przyszłych protestów, o efekt „mrożący”, mający zniechęcić do ich podejmowania. Widać z tego, że rządzący konsekwentnie dążą do całkowitego demontażu obywatelskich swobód i wolności, do zaprowadzenia standardów naprawdę niebezpiecznie zbliżających nas – to wbrew pozorom nie aż tak wielka przesada – do Korei Północnej. Wątłe brykanie gowinowców, którzy coś bredzą o wątpliwościach dotyczących zgodność proponowanych zmian z polskim porządkiem prawnym, nie zmieniają tej oceny. Kolejne antywolnościowe, konsekwentnie rozwijające zamordyzm pomysły nastąpią nieuchronnie.


Jeszcze nie tak dawno pisowcy odstawiali reprezentantów wysokiej kultury bycia, purystów językowych i harcerzyków („harcerz nie przeklina…”), potępiając wulgarny, knajacki język zaczerpnięty z podsłuchiwania opozycji, z tymi wszystkimi słowami na „k”, „p” i „cha”. Nagrani przez współtowarzysza partyjnego wałbrzyscy działacze PiS pokazali, że nie tylko przedstawiciele opozycji potrafią pofolgować językowi. Ciekawe było też co tym soczystym językiem przekazywali urbi et orbi, nie kryjąc wcale że „każdy jest pazerny, każdy by chciał coś”. Więcej, bystrze zauważyli, że niczym się nie różnią od członków partii opozycyjnych, tylko ich przywódcy nazywają się inaczej. W reakcji na te rewelacje Kaczor się wściekł, karnie rozwiązał tamtejszą terenową organizację i wykluczył jej wszystkich członków z partii. Podobno osobiście ma wybrać się do Wałbrzycha z prelekcją na temat kultury języka. Efekt będzie taki, że od tej pory, członkowie innych struktur PiS będą po prostu trzymać języka za zębami.


Ziobryści zbulwersowani wycięciem Trumpa z twittera za podżegające wpisy, chcą powołać Radę Wolności Mediów. Uwaga: piromani zbliżają się magazynu materiałów łatwopalnych.


Dopóki nie zostanie uchylony art.196 kodeksu karnego, dopóty nie można będzie można w Polsce nawet napomykać o wolności. W Płocku właśnie rozpoczął się proces o obrazę uczuć religijnych. Początek sprawy miał miejsce w kwietniu 2019 roku, gdy w okolicach tamtejszego kościoła pod wezwaniem św. Dominika, pojawiły się naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli. Warto przypomnieć, że ten naganny akt poprzedziło wystawienie w tym kościele właśnie Grobu Pańskiego z napisami LGBT, gender, zestawionymi z wyrazami agresja, egoizm, hejt i temu podobnymi. Bigos Tygodniowy poinformuje Czytelników o finale tej sprawy niezawodnie.


W minioną sobotę TVPiS wyemitowała fragmenty mszy, jaka miała miejsce w kościele w Starachowicach. Msza odbyła się w intencji zmarłej osiem lat temu Jadwigi Kaczyńskiej, a słowo spod ołtarza wygłosił Kaczyński Jarosław. Nie było to takie zwykłe słowo, bo Kaczor mówił nie tylko o zmarłej, ale wygłosił faktycznie orędzie do ludu pisowskiego. I tak omówił sytuację polityczną w kraju, skrytykował poprzednie rządy, ostrzegł, że zło atakuje nasz kraj, ojczyznę, naród, kościół katolicki. Jednocześnie zażądał obrony przyzwoitości w życiu publicznym. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. Jak widać i słychać sojusz kościoła i władzy trzyma się mocno, choć wykorzystywanie prywatnej uroczystości do celów propagandowych jest delikatnie pisząc wielce niestosowne.


Apostazja zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej ludzi zbrzydzonych praktykami Kościoła katolickiego formalnie opuszcza jego szeregi. Kłody rzucane przez funkcjonariuszy Kościoła katolickiego apostatom i apostatkom, tego procesu nie zatrzymają, a jedynie irytują.


W latach 2017-2019 blisko 2 tysiące polskich dzieci podejmowało próby samobójcze. Niedoinwestowana psychiatria dziecięca potrzebuje każdej złotówki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie uzyska 80 milionów złotych na ten cel, albowiem w trakcie debaty budżetowej senatorowie PiS gremialnie zagłosowali przeciwko takiemu rozwiązaniu. Teraz ustawa wraca do Sejmu i ciekawe, co Zjednoczona Prawica z tym fantem zrobi. Należy się obawiać, że „klepnie” to rozwiązanie, choć „wszystkie dzieci są nasze”. Dla przypomnienia pisowska ekipa była i jest hojna, ale nie dla wszystkich dzieci już urodzonych. Przypomnijmy, że kasa była na wybory „kopertowe”, „transakcje” resortu Szumowskiego z instruktorem narciarskim i handlarzem bronią, były i będą miliardy na media narodowe, czyli pisowskie szczujnie, ale psychiatria dziecięca mało medialna jest. A poza to nie krąg wyborców PiS.


Sędzia Igor Tuleya jest w coraz większych opałach za swoją hardą postawę w obronie praworządności. Po uchyleniu przez nieprawną Izbę Dyscyplinarną SN immunitetu, właśnie został wezwany na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej jako podejrzany o przestępstwo z art.241 k.k. Jeśli się nie stawi, zostanie zatrzymany, ani chybi skuty kajdanami i doprowadzony przed oblicze prokuratora. Tymczasem Unia Europejska milczy.


W PiS żałoba, na Kapitolu szykuje się zmiana warty, do historii przechodzi Trump, Donald Trump. Mistrz i guru, mentor, żywy wzór do naśladowania, nasz amerykański przyjaciel odchodzi w niesławie. Duduś nie będzie miał kogo wielbić synowską miłością. Jaka szkoda! Już nie przyjedzie do Polski z garścią paciorków na prezenty i tanimi pochlebstwami. Do Białego Domu wchodzi neomarksistowska ekipa Joe Bidena.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.