Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Ameryka przemówiła…

„Nie ma powodu, aby XXI wiek nie należał do nas” – powiedział Joe Biden.

Ameryka wybrała demokratyczny duet Joe Biden/Kamala Harris; przegrał populistyczny Donald Trump.
Jako zwycięzców nie bez powodu wskazałem duet, mimo iż w strukturze władzy USA liczy się niemal wyłącznie prezydent, a zastępca jest po prostu rezerwowym zawodnikiem. Tym razem kandydatura na wiceprezydenta – Kamali Harris, charyzmatycznej i jednocześnie twardej kobiety sukcesu, gruntownie wykształconej, o jamajsko-indyjskich korzeniach, odegrała w kampanii bardzo istotną rolę, przyciągając do obozu demokratów mniejszości etniczne i rasowe i większość kobiet ( mimo iż więcej białych kobiet głosowało na Trumpa ).
Miało to istotne znaczenie, biorąc pod uwagę napięcia rasowe w Ameryce w ostatnich miesiącach i obraz Donalda Trumpa jako zwolennika porządku, nawołującego do tłumienia protestów społecznych za wszelką cenę, przy pomocy gwardii narodowej i lekceważącego społeczne przyczyny podziałów w USA. Tylko pogarszająca się sytuacja gospodarcza i jej implikacje na rynku pracy w związku z kryzysem koronawirusowym miały większe znaczenie dla zwycięstwa wyborczego demokratów. Ameryka przeżywa szczególnie dotkliwie pandemię, z nieproporcjonalnie wysoką liczbą zakażeń i zgonów, co, tak samo jak w Polsce, ma w dużej mierze związek z nieskoordynowanym, chaotycznym i nieskutecznym działaniem rządu. Zaostrza to nie tylko problemy gospodarcze, ale dzieli również społeczeństwo . Covid uderza szczególnie w klasę robotniczą oraz mniejszości etniczne i rasowe, ale również w klasę średnią.
Przeszło 4,5 mln głosów różnicy na korzyść Bidena ( przeszło 1,5 mln więcej niż w kampanii z udziałem Hillary Clinton ) nie wzięło się znikąd.
Załamanie gospodarcze pod ciosami pandemii widać szczególnie wyraźnie w tzw. pasie rdzy, dawniej nazywanym stalowym; tam gdzie wykuto zwycięstwo Trumpa przed czterema laty ( Pensylwania, Michigan, Ohio, Indiana) i przyległych stanach – Illinois i Wisconsin. Nadzieje amerykańskiej klasy pracowników przemysłowych zostały zawiedzione; Biden odbił Trumpowi Pensylwanię, Michigan, jak również nieodległy Wisconsin. W tych trzech ostatnich stanach Donald Trump wygrał przed 4 laty różnicą łącznie ok. 80 tys. głosów, teraz poległ tam różnicą ok. 250 tysięcy.
Demokrata wygrał jednak również w Arizonie (po 24 latach) i w Georgii (po 28 latach). Uzyskał, przy najwyższej od 1908 roku frekwencji, najwięcej głosów w całej historii Stanów Zjednoczonych. Jeszcze raz się okazało, że ludzie oczekują realnej poprawy ich sytuacji życiowej i utrzymania miejsc pracy, a nie tylko obniżki podatków.
Nowa, demokratyczna administracja stoi przed ogromnym wyzwaniem uruchomienia na nowo gospodarki i od sukcesów na tym polu będzie zależeć jej przyszłość za cztery lata, ale najpierw musi się uporać z napierającą pandemią. Nowa administracja musi opracować atrakcyjne i wykonalne plany rozwiązania problemów gospodarczych i społecznych, które zyskają poparcie Kongresu w tym kolejną reformę opieki zdrowotnej, ale również zapewne powróci do aktywnej polityki ochrony środowiska ( zapewne powróci do porozumienia paryskiego ).
Umiarkowany Biden nie przeprowadzi w Ameryce rewolucji, ale może przywrócić poczucie solidarności społecznej, wykorzystując zaangażowanie obywatelskie, łagodząc podziały i naprawiając szkody wyrządzone w tej sferze przez D. Trumpa, prowadząc bardziej sprawiedliwą politykę. Na arenie międzynarodowej obserwatorzy oczekują przede wszystkim normalizacji w stosunkach transatlantyckich i zaprzestania traktowania Unii Europejskiej przez administrację amerykańską jako rywala i powrotu do współpracy na partnerskich zasadach. Ma to ogromne znaczenie w obliczu rosnącej potęgi gospodarczej Chin, które poradziły sobie, używając drastycznych środków w walce z pandemią na swoim terytorium i dzisiaj są gotowe na nową ekspansję. Nota bene: w Europie o reindustrializacji nadal się tylko gawędzi… To samo dotyczy współpracy w sferze bezpieczeństwa, przede wszystkim w ramach NATO, wobec aktywnej polityki rosyjskiej, ale również na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Iranu.
Polski rząd znajdzie się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że ma ogromny, psychologiczny kłopot z odczepieniem się od rydwanu Donalda Trumpa. Zamiast nawiązać kontakt z przyszłą administracją i uzyskać potwierdzenie uzgodnień poczynionych w sferze bezpieczeństwa z odchodzącym prezydentem, tworzy fakty dokonane, ratyfikując jednostronnie nowy układ o współpracy w sferze obronności kilka dni po amerykańskich wyborach.
Ale jeżeli Andrzej Duda nie jest w stanie się przemóc i złożyć gratulacji zwycięzcy jak inni przywódcy europejscy, tylko gratuluje mu kampanii i czeka na Zgromadzenie Elektorów – to o czym tu gadać.
Przy nowej administracji, która ogromny nacisk kładzie na prawa człowieka i praworządność ( niemal jak za administracji Cartera ), rząd PiSu i prezydent Duda nie będą już mogli wygrywać różnic między przywódcami Unii Europejskiej i USA. Im szybciej to zrozumieją tym lepiej dla Polski.

Nie ma mowy o większych zmianach

Stany Zjednoczone oraz ich partnerzy czekają na pierwsze plany i działania nowej administracji.
Prezydentura Joe Bidena będzie oznaczać raczej drobną korektę kursu niż rewolucję w amerykańskiej polityce. Jaki jest jego plan dotyczący gospodarki? Choć recesja, dzięki wiosennemu planowi ratunkowemu, tzw. CARES Act, jest mniejsza niż przewidywano, to i tak w tym roku produkt krajowy brutto USA spadnie o 4 proc. Dlatego oczekiwane jest działanie nowej administracji, już na samym początku kadencji.
Prezydentura Bidena oznaczałaby nowy plan ratunkowy dla znajdującej się w recesji amerykańskiej gospodarki. Jego koszt to od 2 do 4 bilionów dolarów. Począwszy od nowej transzy zasiłków dla bezrobotnych, które miałyby osłabić niepożądany efekt trwałego spadku konsumpcji, poprzez wysoką podwyżkę federalnej płacy minimalnej (z 7,25 do 15 dolarów), do programu pożyczek dla firm i stanów w celu zwiększenia ich płynności finansowej.
Kluczowe wyzwania na dłuższą metę, z którymi chce się zmierzyć Biden, to walka ze zmianami klimatu i rasizmem, inwestycje w edukację i infrastrukturę – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Według jego programu USA mają powrócić do grupy państw Porozumienia Paryskiego, z którego w 2017 r. wyprowadził Stany Donald Trump. USA ma osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 r., a może nawet do 2035 r. Na te cele ma zostać przeznaczone 2 biliony dolarów. W dużej części będzie to oznaczać subsydiowanie zielonych badań i rozwoju, inwestycje w mieszkalnictwo (ważne źródło emisji szkodliwych gazów) i transformację energetyczną firm.
Ponad 100 miliardów dolarów niskooprocentowanych pożyczek ma zostać przeznaczone dla społeczności o wysokim odsetku mniejszości etnicznych, 50 mld dolarów zostanie przeznaczonych na startupy, a 70 mld dolarów będzie zainwestowane w edukację.
Wydatki na inwestycje strukturalne w ciągu ostatnich 50 lat ciągle spadały, co wpływało na pogarszanie się stanu dróg i mostów, których świetność przypadała na lata 50. XX wieku – zauważa TEP. Trudno będzie odwrócić ten trend.
Podsumowując, gospodarcze plany Bidena mają kosztować w sumie 3 proc. PKB. Jest to niewiele w obliczu wyzwań, przed którymi stoją USA.
Co ważne, przedstawione przez Bidena plany pokrycia wydatków wydają się realne do osiągnięcia i rzeczowe. A to m.in. za sprawą planowanego uszczelnienia i wzrostu opodatkowania najbogatszych (zarabiających powyżej 400 tys. dolarów rocznie) do 39,6 proc. Drugim elementem jest odwrócenie reformy podatkowej Trumpa z 2017 r. i zwiększenie podatku od dochodów firm (CIT-u) z 21 proc. do 28 proc. W sumie pozwoli to na wzrost wpływów do budżetu federalnego rzędu 1-2 proc. PKB.
Amerykańska lewica zarzuca Bidenowi, że jego propozycje są nudne i nierewolucyjne. Odrzucił on utopijne, jak na standardy amerykańskie, lewicowe hasła. Co to oznacza? Ograniczenie planu Medicare dla wszystkich (pośród krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju USA są jedynym państwem bez powszechnego publicznego federalnego systemu ochrony zdrowia). Biden wycofał się również z zakazu inwestycji w energię nuklearną, a także darmowej edukacji wyższej dla każdego (studia w USA są bardzo kosztowne, a w sumie dług studencki to niebagatelna kwota 1,6 bln dolarów).
Zarzuca mu się, że nie ma konkretnego planu gospodarczego czy nawet planu walki z COVID. Część jego propozycji budzi zastrzeżenia co do zasadności i efektywności wydawania środków. Wskazuje się, że plany inwestycji w infrastrukturę, brak planów regulacji oligopoli czy brak reformy prawa antytrustowego mogą być problemem dla konkurencyjności amerykańskiej gospodarki. Choć Biden jest zwolennikiem wolnego handlu, to może faworyzować lekki protekcjonizm. Oczekuje się – w kontekście relacji z Chinami – powolnego wychodzenie z wysokich taryf (obecnie średnio 18,3 proc.) i embarga (na produkty Huawei, ZET, Tencet), a także wycofywania się z sankcji wobec wysokich urzędników partyjnych.
Joe Biden skupiał się w poprzednich kampaniach na klasie średniej, bo z niej się wywodzi i z nią identyfikuje typowego Amerykanina. Warto spojrzeć na jego prezydenturę przez pryzmat problemów klasy średniej. Jego plany gospodarcze mogą oznaczać nieznaczne wzmocnienie amerykańskiego państwa dobrobytu, które dotychczas w dużym stopniu pomija młodych i mniejszości etniczne.

Joe Biden. Nareszcie!

To była naprawdę sympatyczna chwila, kiedy ogłoszono, że Joe Biden został 46 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Byłem w gronie obywateli Europy i Polski, którzy odetchnęli w tym momencie z ulgą. Zwyciężyła bowiem demokracja, prawda i rzetelność, przegrały krętactwa, fobie i miłość własna. Jako człowiek, Polak i europarlamentarzysta – członek Delegacji UE-USA Parlamentu Europejskiego wyrażam zadowolenie z wygranej Joe Bidena i z przegranej Donalda Trumpa. Jego prezydentura, to był zły czas dla Europy.

Jak natomiast na stosunki USA z Unią Europejską wpłynie wybór Joe Bidena? Oczekiwania są bardzo duże i przepełnione optymizmem. Podobnie, jak nadzieja na korektę wektorów w stosunkach polsko-amerykańskich. Mówiąc obrazowo – w nawiązaniu do słynnego zdjęcia z Gabinetu Owalnego, żeby na powrót były to stosunki partnerskie, a nie w pół przyklęku.
„Będę prezydentem, który nie chce dzielić, ale chce łączyć” – powiedział Joe Biden. W Brukseli panuje wiara, że teraz może być już tylko lepiej.
Paradoksalnie jednak ta dobra wiadomość dla europejskiej wspólnoty, może oznaczać kłopoty dla nas, gdyż jak wiadomo rząd PiS całą swoją politykę zagraniczną budował na bardzo ścisłym sojuszu z USA, dość gorliwie pomagając niechętnemu Unii Europejskiej Trumpowi w jej osłabianiu. Teraz, kiedy protektor schodzi ze sceny, rząd PiS zostaje sam wobec problemów, które stworzył i z marną opinią. Jest ich niemało, ale najważniejszym i najbardziej groźnym dla nas jest ciągnąca się wiele miesięcy kwestia praworządności. Tzw. reforma sądownictwa przeprowadzona brutalnie i bezkompromisowo przez Zbigniewa Ziobrę, sprawiła, że trójpodział władzy będący podstawą każdego demokratycznego państwa prawa w Polsce praktycznie nie istnieje. Tak na marginesie, zauważył to niedawno także Joe Biden zaliczając Polskę do reżimów totalitarnych. Miał chyba skalę porównawczą, gdy porównał to, co dzieje się obecnie z naszym systemem praworządności z tym, co widział na własne oczy będąc w Warszawie jako wiceprezydent USA podczas kadencji Baracka Obamy, gdy byliśmy pod każdym względem przodującym krajem UE.
Operacyjna metoda wprowadzania nowych praw polegała na tym, żeby nie mając większości uprawniającej do zmiany Konstytucji, zmienić ją przy pomocy zwykłych ustaw. PiS twierdzi więc, że działa legalnie, bo na podstawie ustaw, choć tak naprawdę zmienił nielegalnie Konstytucję i to w kierunku sprzecznym z zasadami, na których zbudowana jest Unia. Polsce dzielnie towarzyszą Węgry, gdzie też panuje zasada, iż dobre prawo to takie, które daje pełnię władzy partii rządzącej. Oba kraje, działając wspólnie i w porozumieniu, wykorzystując traktatową zasadę, iż najważniejsze decyzje wymagają jednomyślności, skutecznie szachowały całą wspólnotę, czerpiąc pełnymi garściami korzyści z niej płynące i jednocześnie postępując na co dzień wbrew jej zasadom.
Wspólnota, przede wszystkim pod wpływem własnych społeczeństw, musiała więc zareagować, tym bardziej, że przekonanie, iż wypłata funduszy unijnych powinna być powiązana z przestrzeganiem prawa w poszczególnych krajach, jest w Europie powszechne. 70 proc. Europejczyków chce żyć w coraz bardziej zintegrowanej Unii Europejskiej i równie zdecydowana większość uważa, że Unia nie jest po prostu bankomatem, że jest również wspólnotą wartości.
Po kilku latach dobiegają końca dyskusje nad tym, jak rozumieć praworządność, by była ona pojęciem wspólnym dla wszystkich, wedle jakich, jednakowych dla wszystkich kryteriów ją oceniać, w jaki sposób ją egzekwować? Równie istotnym problemem był proces podejmowania decyzji. Uznano, że dbałość o demokratyczny ustrój Unii, prawa człowieka i wszystkie inne zasady, na których zbudowane są państwa prawa, to nie jest zmiana traktatów unijnych, ani żadna inna zmiana fundamentalnych reguł, którymi kieruje się Unia, a ich obrona. Zatem nie wymaga jednomyślności, a decyzje mogą być podejmowane kwalifikowaną większością głosów na Radzie Unii Europejskiej. Jeśli więc np. premier Morawiecki obroni w tym gronie swoje racje i uzyska uznanie dla „nowatorskich” rozwiązań reformy sądownictwa, to żadne sankcje wobec Polski, jako kraju nieprzestrzegającego unijnych zasad praworządności, stosowane nie będą.
Wielką, powiedziałbym wręcz decydującą rolę w tych rozmowach odegrał Parlament Europejski. Zdecydowana, podkreślam zdecydowana większość europarlamentarzystów domagała się, żeby zasada „pieniądze za praworządność” stała się rzeczywistym, stałym, skutecznym i jednakowo obowiązującym wszystkich elementem prawa europejskiego. Jest to już w zasadzie przesądzone. W negocjacjach między PE i niemiecką prezydencją – bo na nią przypadło finalizowanie tych rozmów – osiągnięto porozumienie. Muszą je jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej, ale już wiadomo, że Polska nie będzie w stanie sama zablokować tych zmian. Nawet do spółki z Węgrami. Zasada jednomyślności, o której jeszcze w lecie z taką pewnością siebie zapewniał szef Rady Ministrów, nie będzie obowiązywała. Postaraliśmy się jednak, żeby przy okazji działała jeszcze jedna zasada: za to, że rząd danego państwa nie chce przestrzegać ogólnounijnych praw nie mogą ponosić konsekwencji obywatele tych państw. Dlatego, jeśli wobec kogoś wypłaty unijne zostaną zawieszone, to i tak dane państwo będzie zobowiązane pokryć zaplanowane wydatki z własnych budżetów. Ponadto Unia nie będzie wstrzymywała pieniędzy przeznaczonych na działalność samorządów czy organizacji pozarządowych.
Oczywiście to rozstrzygnięcie bardzo nie podoba się władzom PiS: „Nie damy się terroryzować pieniędzmi, będzie weto” powiedział szef tej partii w wywiadzie prasowym. (13.X.20). Wobec tak jednoznacznej deklaracji politycznej premier nie może powiedzieć nic innego: – Na pewno skorzystamy z prawa do sprzeciwu, jeśli nie dojdziemy do porozumienia ws. „tzw. praworządności”; nie ma możliwości, aby „tylnymi drzwiami”, przez mechanizm warunkowości, KE, czy inne instytucje Unii, mogły dokonywać samodzielnej oceny (…) i na podstawie niejasnych kryteriów dokonywać np. wstrzymywania płatności z funduszy…
Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem można dyskutować, żeby nie powiedzieć ostrzej. „Tzw. praworządność”, „wprowadzanie tylnymi drzwiami”, „samodzielne oceny na podstawie niejasnych kryteriów”… Przypominam, że „reformę” wymiaru sprawiedliwości dokonaną przez PiS oceniali najwybitniejsi prawnicy (Komisja Wenecka), swą opinię wydały liczne uniwersytety, łącznie z wydziałami prawa najbardziej renomowanych uczelni polskich i zagranicznych, najwyżsi rangą urzędnicy unijnych instytucji, wielokrotnie analizował ją i oceniał PE… Wszyscy się mylą?! Nikt nie ma racji, tylko pan premier z panem wicepremierem?
Co jeszcze mogą zrobić? Rzeczywiście mogą oprotestować projekt unijnego budżetu, który w tych tygodniach będzie zatwierdzany. Przypomnę, że jest to 1 bilion 800 miliardów euro. W tym 750 miliardów tzw. Funduszu Odbudowy przeznaczonego na likwidację skutków pandemii COVID-19. Wszystkie zapowiedzi rządowe o planach radzenia sobie z kryzysem, planach odbudowy, ratowania poszczególnych branż, o nowych inwestycjach, zmianach w energetyce, wszelkich dopłatach, dosłownie wszystko jest związane z tymi pieniędzmi. Jeśli PiS z nich zrezygnuje tylko dlatego, żeby ich nielegalna Izba Dyscyplinarna SN mogła karać „nieprawomyślnych sędziów”, to tych pieniędzy Polska nie dostanie.
Co będzie, gdy Polacy dowiedzą się, jakiej ofiary na rzecz swoich fantasmagorii wymaga od nich Prawo i Sprawiedliwość? A przecież sama Unia też nie jest bezbronna wobec takiej groźby. Można przecież stworzyć fundusz odbudowy bez Polski czy Węgier, na podstawie zwykłej umowy międzyrządowej. Wtedy pozostali będą korzystać, tylko Polska i Węgry nie. Co więcej – można stworzyć nową Unię, z pominięciem Polski i Węgier, Unię w pełni zintegrowaną. Ten pomysł już się zresztą pojawił w europejskich dyskusjach. Mało tego – taki plan zaprezentowano już w marcu 2017 roku, a znaleźć go można w tzw. Deklaracji Rzymskiej przyjętej z okazji 60-lecia powstania UE. Czytamy tam m.in:
„Uczynimy Unię Europejską silniejszą i odporniejszą dzięki jeszcze większej jedności i solidarności między nami oraz poszanowaniu wspólnych zasad. Jedność jest zarówno koniecznością, jaki naszym wolnym wyborem…
Pod słowami o „jeszcze większej jedności”, „solidarności”, poszanowaniu wspólnych zasad” i o tym, że „jedność jest zarówno koniecznością jak również naszym wolnym wyborem” znajduje się podpis pani premier polskiego rządu Beaty Szydło… Czyżby był już nieważny?
Rząd PiS ma więc nad czym myśleć. Tym bardziej, że od kilku dni nie może przecież liczyć na wsparcie zdeklarowanego przeciwnika Unii, Donalda Trumpa. W wyniku usilnych pięcioletnich starań został sam z Victorem Orbanem. Dlatego, mimo buńczucznych pohukiwań nie sądzę, żeby PiS zdecydował się na podważenie budżetu UE na lata 2021-2027, łącznie z wielosetmiliardowym Funduszem Odbudowy. Pozbawiony wsparcia zza oceanu ma tylko jeden problem – jak swoją klęskę, którą widać już na horyzoncie, przełknąć i to jeszcze z uśmiechem na ustach.

Sushi con carne

Sushi pisało, że jak się Unia Europejska zacznie czepiać Orbana i Kaczyńskiego, to zostanie bez budżetu i 750 mld euro kredytu. Słowo staje się ciałem. Gdy ktoś w Komisji Europejskiej zaczął głośniej mówić o praworządności połączonej z pieniędzmi, to obaj panowie zapowiedzieli veto. W związku z czym Unia nie ma wyjścia i do czasu przegłosowania obu tych kwestii w Brukseli nie będzie niemiłych Warszawie i Budapesztowi kwestii podnosiła. I tylko pozbawieni umiejętności myślenia entuzjastyczni przeciwnicy PiS mogą uważać inaczej i pisać kwity do instytucji unijnych. Chyba, że enuncjacje te pochodzą z wyrachowania politycznego i udawania, że coś się dla polskiej demokracji robi – choć ma się świadomość, że to rzucanie grochem o ścianę.

Miłośnicy zwierzątek z WWF napisali do wszystkich decydentów świata kwit mówiący o tym, że nie wolno budować tam, zapór, ani żadnych innych spiętrzaczy wody produkujących prąd. W liście opisują jaki to Armageddon będzie jak powstaną takie elektrownie. Znaczy, e ryby nie będą mogły pływać jak pływają, a przyroda nad zbiornikami wodnymi zrobi się zła.
Ekologicznym pięknoducho Sushi poleca wizytę w Czorsztynie i pogadanie z miejscowymi. Radzi też pooglądanie przyrody, która wokół tamtejszego zbiornika miast zniknąć rozkwitła. A co do ryb, to nowoczesne zapory mają takie myki, dzięki którym ryby śmigają dokąd chcą.
WWF zamiast elektrowni wodnych proponuje panele fotowoltaiczne i farmy wiatrowe. Miłośnikom zwierzątek radzilibyśmy zobaczyć jaki ślad węglowy zostaje przy produkcji jednych i drugich. Nie powinni mieć trudno ze zdobyciem tych informacji. Wystarczy pogadać z tymi, którzy ponoć dostarczają ekologom wyników takich badań oraz dokonują stosownych przelewów na konta organizacji. A’propos wody. Czy wiecie, że do wyprodukowania avocado trzeba zużyć wielu litrów wody? Takie informacje podawane są w tonie alarmistycznym. Mają wzburzyć, nie włączając myślenia. Gdyby bowiem uruchomiło się mózg, to szlag trafiłby wszystkie teorie o tym, ile to wody marnujemy na uprawy i hodowlę. Woda bowiem – według ekologów – się pewnie w tych procesach anihiluje. No to uspokajamy ich – otóż nie. Woda paruje, albo ze zwierząt i roślin lub z moczu. Potem się unosi i opada jako deszcz, śnieg, czy grad. Cyrkuluje w przyrodzie, a mądrzy ludzie robią wszystko, żeby potem była tam gdzie jest najbardziej potrzebna. Sushi jest bardzo za ekologią i myśleniem ekologicznym. Z naciskiem na myślenie.

Niemal nigdzie nie udało się zobaczyć i przeczytać, że pod auspicjami rosyjskimi podpisano rozejm w Górskim Karabachu. Azerbejdżan na jego mocy dostał władzę nad 75 proc. spornej krainy. Ormianie dostali po tyłku. W tym czasie radio, telewizja, prasa i internet rozpływały się nad czymś, nad czym pochylić powinny się służby specjalne odpowiadające za to, żeby na giełdzie nowojorskiej nie było przewałów. Opisywały ze szczegółami komunikat wydany przez firmę Pfizer o tym, że jej szczepionka na covid przeszła do kolejnego etapu testowania. Media zrobiły z tego niusa, że szczepionka już jest. Nikt nie zająknął się o tym ile zarobili ci, którzy chwilę wcześniej nabyli papiery Pfizera. Sushi bez szczepionki, darzy Pfizera najwyższą atencją. Jej wkład w rozwój ludzkości jest, nawet bez zamrożonego RNA, wiekopomny. Dzięki wynalezieniu cytrynianu sildenafilu amerykańscy farmaceuci spowodowali, że mężczyźni nie wiedzą dziś co to starość, a ich partnerki są szczęśliwe jak nigdy dotąd.

Zamiast pogratulować Bidenowi, prezydent Duda szybko podpisał wojskową umowę polsko-amerykańską. Umowa przewiduje, że będzie u nas stacjonowało nie cztery, ale 5 tysięcy żołnierzy US Army. Będą podlegali tylko prawu amerykańskiemu, zaś Polacy będą od tego, żeby nie zabrakło im ptasiego mleka. Na ten zbożny cel co roku będziemy wydawać pół miliarda złotych. Kwota ta niech nikogo nie przerazi. Polska policja historyczna o nazwie IPN tylko w tym roku dostanie 405 miliardów, choć nie ma żadnej funkcji odstraszającej. Amerykanie będą u nas stacjonować zaś, dając sygnał Putinowi, żeby nie ważył się nas anektować. Kurdowie też tak mieli. Do chwili, gdy Trump nie rozczłonkował ich między Erdogana a syryjskich Rosjan.

Meldunek z frontów

Rząd PiS samotny jest na arenie międzynarodowej. Jak przysłowiowy, środkowy palec.

Melduję, że pomimo szalejącej pandemii rząd PiS broni nie składa. Dzielnie sobie poczyna na zachodnim froncie. Walczy tam z niemiecką prezydencją w Unii Europejskiej. Grozi jej polityczną „bombą atomową”, czyli zawetowaniem wspólnego, unijnego budżetu pomocowego. Co już skazuje Polskę na izolację wszystkich państw europejskiej wspólnoty. Bo choć podobnym wetem grozi też węgierski premier Orban, to wszyscy doskonale wiedzą, że jego weto to tylko kwestia ceny za jaką przywódca Wielkich Węgier łaskawie da się kupić. Wartość „honoru” Orbana jest w Unii przewidywalna. Aktualny stan fobii i nastrojów rządzącego Polską psycho dyktatora pozostaje niepokojącą tajemnicą.
Melduję, że na południowej polskiej flance od wieków mieszkają Czesi i Słowacy. Pogardzani przez jaśniepańskie elity PiS. Za całokształt. A ostatnio też za to, że nie chcą uznać ich przywództwa w grupie Wyszehradzkiej. Trudno z nimi na sojusz liczyć. Na północy, po drugiej stronie Bałtyku, mieszkają ludy skandynawskie. Szkoda o nich nawet gadać. Nimi też elity PiS zwyczajnie gardzą. Bo to przecież nie katolicy są, tylko lutry jakieś. Niby ludy bogate, ale nie po pańsku żyjące. Ot, kolejna lewacko-liberalna zaraza. O czym melduję. Na północnym wchodzie Litwa leży. Też zawsze lekceważona przez elity PiS. Też dlatego, że litewskie elity nie chciały i nie chcą uznać kulturowego prymatu narodowo- katolickiej Polski. Teraz dodatkowo naraziły się, bo szybciej zareagowały na anty łukaszenkowski bunt i wyrosły na liderów międzynarodowej opozycyjnej wobec białoruskiego prezydenta. A przecież to Polsce należało się to przywództwo. Taka to niesprawiedliwość. Obok Litwy jest enklawa kaliningradzka, czyli Rosję. Od przynajmniej dwunastu lat elity PiS zapowiadają agresję rosyjską na ziemie polskie. Na strachu przed nią zbudowały swą wyborczą popularność i tworzyły wiernopoddańczy sojusz z prezydentem Trumpem. Skutecznie sprowadziły amerykańskie wojska. Teraz ich obecność świadczyć ma o najwyższym stopniu „suwerenności” osiągniętej przez Polskę. Namacalnym dowodem tejże suwerenności jest ratyfikowana niedawno przez pana prezydenta Dudę umowa o „wzmocnieniu współpracy obronnej z USA”.
Melduję, że w praktyce oznacza ona jedynie przyszły wzrost wydatków na utrzymanie kilku tysięcy żołnierzy USA i zbudowanie niezbędnej dla nich infrastruktury. Tylko na rozbudowę lotnisk potrzebnych tym zaciężnym wojskom deficytowy budżet państwa polskiego będzie musiał wydać ponad 2 miliardy USD. Zaś minimalny, podstawowy koszt utrzymania tego sojuszniczego wojska to ponad 500 milionów złotych rocznie. Dochodzą do tego zobowiązania zakupu w USA kosztownego, ale nie zawsze potrzebnego polskiemu wojsku, uzbrojenia. W efekcie takiego sojuszu polski budżet będzie łożyć na utrzymanie amerykańskich wojsk kosztem modernizacji polskiej armii. Kosztem modernizacji polskiej gospodarki też. Bo dotychczasowy prezydent USA Donald Trump, uzależniał obecność amerykańskich wojsk i zgodę na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego od rezygnacji ze współpracy zbrojeniowej i technologicznej z firmami europejskimi. A także od rezydencji z zakupu chińskiej technologii 5G niezbędnej do rozwoju polskiej gospodarki.
Melduję, że przegrana prezydenta Trumpa osierociła politycznie elity PiS. Do tej pory stan skłócenia ze wszystkimi partnerami w Europie i na świecie elity PiS mogły rekompensować sobie „Przyjaźnią z największym światowym mocarstwem”. Uosobioną przez prezydenta Trumpa. Udokumentowaną słodkimi fotkami niezwykle przydatnymi do wrzucania na strony internetowe. Idealnymi dla pokrzepienia patriotycznych serc przysłowiowego „ciemnego ludu”. Nowy prezydent USA zapewne dochowa ratyfikowanej niedawno umowy i chętnie zezwoli na utrzymywanie przez polski deficytowy budżet swego wojska. Ale nie będzie już gorliwie odgrywał rolę przyjaciela pana prezydenta Dudy i elit PiS. Nie tylko dlatego, że pan prezydent Duda zwlekał z uznaniem pełnej wygranej Joe Bidena. Nowy prezydent USA zamierza odnowić współpracę z NATO jako całym blokiem militarnymi, i podobnie z Unią Europejską. Kreować swoim „koni trojańskich” w NATO i w Unii Europejskiej na razie nie chce. Zatem nie potrzebna mu będzie krnąbrna wobec europejskich sojuszników Warszawa.
Melduję, że już wydawało mi się, że samotność międzynarodową elit PiS przełamie ukraiński „Sługa narodu”, prezydent Wołodymir Zełenski. Podczas październikowej wizyty pana prezydenta Dudy w Kijowie została podpisana przez obu prezydentów deklaracja, która miała zakończyć wieloletni spór polsko- ukraiński dotyczący „ochrony miejsc pamięci i ekshumacji”. Ale ponieważ prezydencka wizyta nie była w pełni konsultowana z rządem, to rząd PiS postanowił utemperować PiS prezydenta. Zaraz po zakończeniu wizyty pan prezes IPN Jarosław Szarek podważył jej efekty. W wywiadzie dla PAP stwierdził „dotychczasowe doświadczenia wskazują, że od deklaracji najwyższych władz Ukrainy do czynów jest bardzo długa droga”. Przypomniał brak zgody na rozpoczęcie prac ekshumacyjnych na Ukrainie. Zwłaszcza poszukiwania polskich grobów w Hucie Pieniackiej, Kuklach, Polskiej Górze, Stanisłówce i wielu innych miejscach. W odpowiedzi ukraiński IPN wydał oświadczenie, w którym optymistycznie ocenił „perspektywy współpracy i dobrej komunikacji z urzędnikami RP”. Ale przypomniał też o dewastowaniu ukraińskich miejsc pamięci w Polsce. Wskazał, że strona polska nadal nie odnowiła odnowienia grobu żołnierzy UPA na wzgórzu Monasterz na Podkarpaciu, który został zniszczony w 2015 roku. A ściślej nie przywrócono jej poprzednich treści, zwłaszcza napisu, że upowcy „Polegli za wolną Ukrainę”. W odpowiedzi polski IPN przypomniał, że „charakter zbrodni UPA” nie pozwala na „jakąkolwiek formę gloryfikacji tej organizacji w przestrzeni publicznej”, podobnie jak ukraińskich „formacji i jednostek policyjnych będących na służbie III Rzeszy”. W odpowiedzi prezes ukraińskiego IPN Anton Drobowycz udzielił lwowskim mediom wywiadu, w którym uznał ukraińskich żołnierzy z SS- Galizien, dywizji należącej do Waffen SS za „bojowników o wolność Ukrainy”, choć nie można jej gloryfikować bo ”była jednostką nazistowską, która składała przysięgę na wierność III Rzeszy”. Ponieważ w praktyce ton relacjom polsko- ukraińskich nadają prezesi obu IPN, to elity PiS w Kijowie wielkiej miłości nie znajdą. Zwłaszcza, że ekipa prezydenta Zełenskiego może teraz liczyć na lepsze relacje z prezydentem USA Bidenem niż publicznie marząca o „Forcie Trump” ekipa prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego. Poza tym ekipa prezydenta Zełenskiego przestawiła się na umacnianie relacji z Berlinem i Londynem. Centrami politycznymi Europy. Warszawa, jako most do obu tych stolic, nie jest już dla Kijowa niezbędna. Prezydent Zełenski postawił też na ocieplenie stosunków z Turcją. Podczas swej październikowej wizyty w Ankarze zaprosił Turcję do „kwadrygi”, czyli cyklicznych spotkań ministrów obrony i spraw zagranicznych nowej Platformy Krymskiej dążącej do deokupacji Krymu. O elity PiS, od lat eksponujące swą rusofobię, ekipa Zełenskiego nie musi już zabiegać.
Melduję, że pojawiła się jednak jutrzenka nadziei. W zeszłą środę prezydent Łukaszenka w imieniu narodu białoruskiego pozdrowił pana prezydenta Andrzeja Dudę oraz obywateli Polski z okazji Narodowego Święta Niepodległości. I zaprosił do „konstruktywnego dialogu” na temat przyszłości i współpracy.
Panie prezydencie, panie wicepremierze. Nie ma co wybrzydzać. Zacznijcie rozmawiać. Wspólnych tematów nie zabraknie.

Flaczki tygodnia

Kandydat PiS przegrał wybory prezydenckie w USA. A przynajmniej wiele na to wskazuje.

Klęska kandydata PiS wpędziła w depresję szczwaczy z TVP info. Przez ostatnie tygodnie przekonywali, że ich kandydat ma reelekcję w kieszeni, bo zdrowy, czyli konserwatywny naród amerykański znowu dokona słusznego wyboru. Odrzuci kandydata pasożytniczych, lewicowo-liberalnych elit ze zdemoralizowanego Waszyngtonu.

Jeszcze w sobotę wieczorem czołowi szczwacze PiS propagandy, panowie Karnowski i Sakiewicz, nie dopuszczali wygranej kandydata „amerykańskich neomarksistów”. Pan Karnowski wzywał przegrywającego kandydata PiS do „obrony swych praw w sądach”. Pan Sakiewicz podważył uczciwość wyboru Baidena, reprezentującego amerykańskich komunistów. Bo mieszkający w USA członkowie Klubów „Gazety Polskiej”, niekorzystny dla siebie wynik uznali za fałszerstwo wyborcze. Prezes TVP Jacek Kurski zdążył nawet napisać, że zwycięstwo Donalda Trumpa jest dobre dla Polski i dla świata, bo oznacza to „powstrzymanie pochodu lewicowej rewolty”. Na koniec eksperci TVPiS zgodnie przekonywali, że ogłoszonej przez media wygranej Baidena nie można traktować serio, bo przecież media kłamią.

Dlatego, pomimo swej klęski, wielkim moralnym zwycięzcą amerykańskich wyborów był i będzie dla TVP info kandydat PiS, czyli Donald Trump. A fałszerzowi i lewakowi Bideonowi szczujnia PiS mówi zdecydowane „nie”.

Z ewentualną wygraną lewaka Baidena nie mogli się też pogodzić prawicowi eksperci zaproszeni do radiowej „Trójki”. Rozszyfrowali tam ten spisek amerykańskiego feminizmu. Otóż ów Bidon to tylko figurant, bo podstępna gra toczy się o to, aby po roku kadencji starego Baidena zastąpiła demoniczna feministka Kamala Harris. Drżyj polski narodzie przed kobietą na prezydenckim stolcu!

W Watykanie też przegrał przyszły kandydat PiS na ołtarze.
Winny, orzekła Nuncjatura Apostolska. I wymierzyła kary. Kardynał Henryk Gulbinowicz nie będzie miał prawa do pochówku w katedrze, nie wolno odprawić mszy żałobnej po jego śmierci. Zakazano mu reprezentować Kościół katolicki i używać insygniów biskupich. Czym zawinił potężny kiedyś hierarcha by teraz stać się banitą?

Otóż kardynał Gulbinowicz przez wiele lat krył księży pedofilii. Nie pozwalał aby zostali osądzeni i ukarani. Dodatkowo sam uprawiał stosunki seksualne z małoletnimi chłopcami. Z dorosłymi też. Dodatkowo ten wieloletni metropolita wrocławski swą kościelną karierę zawdzięcza wieloletniej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa Polski Ludowej. To SB współkreowała Gulbinowicza jako „niezłomnego antykomunistycznego opozycjonistę” i hierarchę kościoła kat.

Tego kościoła, który zdaniem jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, zawsze uosabiał najlepsze cechy i tradycje narodu polskiego, którego teraz trzeba bronić przed polskimi kobietami.

W 2002 roku Mateusz i Iwona Morawieccy kupili od wrocławskiej diecezji około 15 hektarów ziemi. Zapłacili 700 tysięcy złotych. Dziś działka warta jest ok. 70 milionów. O tej działce pan Morawiecki dowiedział się od kardynała Gulbinowicza, z którym jest zaprzyjaźniony. Czy odpalił mu wtedy działkę za działkę?

Kardynał Gulbinowicz za wieloletnią służbę Służbie Bezpieczeństwa PRL, przekręty finansowe, ochronę księży pedofilii został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczonych orderem Orła Białego. Czy pan prezydent Duda przychyli się do wniosku parlamentarzystów Lewicy i dobierze obrońcy pedofilii ten order?

Pomimo spodziewanego kryzysu gospodarczego i konieczności powszechnych oszczędności, Kancelaria pana prezydenta Dudy zamierza zwiększyć pobierane z deficytowego budżetu państwa wydatki na remonty i inwestycje budowlane. Zwłaszcza na ulubione rezydencje prezydenta: Wisłę, Jastarnię i Promnik. To wskazuje, że w tej kadencji pan prezydent Duda zamierza więcej swego wysiłku zużyć na wypoczynek i rekreację.

Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zaoferował Polsce pomoc w walce z pandemią. „Tam, gdzie krajowe możliwości medyczne sięgają swoich granic, powinniśmy zrobić wszystko, żeby sobie nawzajem pomagać” – przekonywał w liście do pana prezydenta Dudy. Kanceliści pana prezydenta i urzędnicy MSZ dumnie odrzucili niemiecką pomoc. Potraktowali ją jak dwa miecze przesłane przed bitwą pod Grunwaldem. W ramach retorsji zaproponowali schorowanym Niemcom polską pomoc. Nic dziwnego, że Niemcy zaczęli wzmacniać ochronę swych granic.

Biden, Franciszek, Frank-Walter Steinmeier. Tyle nieszczęść na raz. Ale to nie koniec. Polskę, a konkretnie lasy małopolskie i świętokrzyskie, najechała rumuńska mafia. Mafiosi zza Karpat szybciej zbierają grzyby od polskich grzybiarzy i wywożą je do Niemiec. Niezwłoczną interwencję u najwyższych władz partyjnych i państwowych podjęła poseł PiS Krystyna Wróblewska: „To Polacy powinni czerpać zyski z naszego dobra narodowego, jakim są grzyby. Dlatego trzeba zacząć coś robić już dziś, by chronić polskie grzyby w przyszłości”.

Do rządu piszą też apele o pomoc polscy przedsiębiorcy. Niektórzy, pomimo zakazu, protestują na ulicach Warszawy. Pan Piotr Patkowski, wiceminister finansów, odpowiedział im: „Są branże, które szczególnie odczują skutki koronawirusa. To im dedykujemy działania zaproponowane przez premiera. Wśród rozwiązań jest też możliwość przebranżowienia. Chodzi o to, żeby nowa forma działalności gospodarczej, dawała możliwość rozwoju i zarabiania”.

Apelujemy aby politycy PiS też przebranżawiali się. Grzyby w lasach czekają.

Trump pogłębił podział Ameryki

Mamy za sobą jedną z najdziwniejszych kampanii wyborczych w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. I nie tylko dlatego, że odbyła się ona w warunkach pandemii koronawisrusa, której ofiarami tylko w jednym dniu poprzedzającym wybory tj. 2 listopada br. padło ponad 93 tys. Amerykanów, ale także dlatego, że kampania wyborcza odbywała się warunkach kryzysu gospodarczego USA, wysokiego bezrobocia, napięć na tle rasowym i osłabienia pozycji USA w systemie międzynarodowym. Ponad 100 mln obywateli oddało głos przed dniem wyborów. Był to rekord wszechczasów.

Specyfika minionej kampanii wyborczej polegała również na dziwnych i sprzecznych zapowiedziach zachowania się prezydenta Donalda Trumpa w wypadku przegrania przez niego wyborów. Mówił m. in. że opuści wówczas na dobre Stany Zjednoczone. Innym razem zapowiedział, że w wypadku niekorzystnych dla niego wyników wyborów nie opuści Białego Domu do czasu ponownego przeliczenia głosów.
W chwili gdy kończę ten artykuł nie ma oficjalnych wyników wyborów prezydenckich. Biden i Trump zapewne będą czekać parę tygodni albo dłużej na ostateczny werdykt kto zasiądzie w Białym Domu 20 stycznia 2021r.
Donald Trump jest z kilku powodów jedynym takim prezydentem spośród wszystkich dotychczasowych mieszkańców Białego Domu. Zdobył urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mając za sobą żadnego doświadczenia politycznego. Wszyscy poprzedni prezydenci USA byli albo politykami albo mieli za sobą karierę wojskową. Trump nie zajmował przed prezydenturą żadnego stanowiska politycznego. Był natomiast bogatym biznesmanem z Nowego Jorku z ambicjami politycznymi. W pewnym momencie zapragnął zostać prezydentem USA i sfinansował swoją kampanie wyborczą. Wkroczył do Białego Domu bez doświadczenia politycznego, bez służby wojskowej, bez obycia międzynarodowego. Zanim został prezydentem z ramienia Partii Republikańskiej pięciokrotnie zmieniał przynależność partyjną. Był m. in członkiem Partii Demokratycznej i Partii Reform.
W walce o nominację Partii Republikańskiej w latach 2015-2016 pokonał 16 rywali wśród których byli doświadczeni senatorowie, kongresmani i gubernatorzy. Kampanię wyborczą początkowo finansował z własnej kieszeni. Jest najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. On ocenia swój majątek na ponad 10 mld dol. chociaż nie ujawnia szczegółów, ani wysokości podatków, które płaci.
W listopadzie 2016r. pokonał swoją rywalkę, kandydatkę z ramienia Partii Demokratycznej Hillary Clinton chociaż w sumie trzymał 2,9 mln głosów mniej w ogólnoamerykańskich wyborach. Już pięciokrotnie w historii USA w Białym Domu zasiadał kandydat, który dostawał mniej głosów od swego rywala. Ale taki jest pokrętny system wyborczy w tym kraju.
Jako prezydent, Trump nie ma żadnej dalekosiężnej wizji polityki zagranicznej. Nic więc dziwnego, że doprowadził do pogorszenia stosunków Waszyngtonu z sojusznikami europejskimi w NATO. Jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach. Charakterologicznie jest narcystyczny, pewny siebie, obraża ludzi ale ich nie przeprasza. Nie przyznaje się do błędów i nie szczędzi sobie pochwał. 11 lutego br oświadczył: „żaden z prezydentów nie pracował bardziej niż ja”. Uważa się za najlepszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych z wyjątkiem Jerzego Waszyngtona. Analitycy amerykańscy obliczają, że prezydent Trump składa dziennie średnio 6 błędnych wypowiedzi.
Trzeba przyznać, że Trump od początku swojej prezydentury odziedziczył dobrą koniunkturę gospodarczą i potrafił ją utrzymać do wiosny br., do wybuchu pandemii, która doprowadziła do załamania gospodarki amerykańskiej i do wzrostu bezrobocia.
Trump nie darzy sympatią mediów. Nazywa je „wrogiem narodu amerykańskiego”. Wiadomości, których nie lubi uważa za nieprawdziwe. Swoja postawą pogłębia podziały w społeczeństwie amerykańskim, chociaż lubi mówić o potrzebie jedności Amerykanów. Jest impulsywny, autorytarny, ale nie ma zapędów dyktatorskich. Raczej określiłbym go jako populistycznego autokratę. Taka postawa nie przysparza mu popularności na świecie i zraża wielu Amerykanów, w tym również członków jego rządu. Sekretarz Stanu Rex W. Tillerson powiedział wprost i dosadnie, że prezydent Trump „mówi sam za siebie”. Innym razem nazwał go „kretynem”.
Trump mimo bufonady, pewności siebie i rozdętego własnego ego lubi przedstawiać, się, jako ofiara przynajmniej we własnym przekonaniu niesprawiedliwych ataków i krytyki. Liczy, że w ten sposób pozyska sympatię wyborców.
Trump tak się skłócił z republikańskimi członkami Kongresu, że kilka razy już zagroził, że zamknie działalność agencji rządowych, jeżeli Kongres nie spełni oczekiwań Białego Domu. Republikanie krytykowali prezydenta za jego współpracę z demokratami.
Trump nie potrafi sobie ułożyć dobrych stosunków ani z demokratami, ani z republikanami. Obliczono, że do grudnia 2017 r. osobiście ostro zaatakował 11 senatorów z własnej partii republikańskiej. Ponieważ republikanie mieli w Senacie 52 senatorów, oznaczało to, że prezydent skłócił się z 21 proc. republikańskiego klubu senatorskiego.
Donald Trump jest pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych prezydentem, który na taką skalę i w tak różnych sprawach komunikuje się ze społeczeństwem amerykańskim za pomocą Twittera. W ten sposób dociera do dziesiątków milionów obywateli. Różne źródła potwierdzają, że wstaje on wcześnie ok. godziny 5:30. Ogląda telewizję w sypialni zarówno swój ulubiony kanał „Fox and Friends”, jak i te kanały, których notorycznie nie lubi, a więc CNN i MSNBC. Interesuje go przede wszystkim, co o nim mówią. Natychmiast reaguje na Twitterze na każdą nawet najmniejszą krytykę. Jest tak egocentryczny, że wszędzie podejrzewa próbę osłabienia jego autorytetu i politycznej pozycji. Osoby bliskie prezydentowi mówią, że codziennie spędza on przynajmniej cztery godziny przed telewizorem, a bywa tak, że nawet dwukrotnie więcej. W Gabinecie Owalnym zjawia się ok. godz. 11. Mało udziela formalnych wywiadów i rzadko spotyka się z dziennikarzami na konferencjach prasowych. Wykorzystuje Twitter do poinformowania społeczeństwa zarówno o ważnych sprawach strategicznych, politycznych, jak o sprawach małostkowych, atakuje swych przeciwników i krytyków swoich dzieci. Wykorzystuje Twitter do obraźliwych ataków osób, których nie darzy sympatią. Zdarza mu się często popełniać kłamstwa na Twitterze, za które nie lubi przepraszać. Można powiedzieć, że Trump ma obsesję posługiwania się Twitterem i traktuje to, jako sposób chwalenia się sukcesami. Pojawiają się apele do Trumpa, aby jako prezydent ograniczył swą aktywność twitterową, ale jak dotąd są to bezskuteczne apele. Okazuje się przy tym, że prezydent popełnia często błędy ortograficzne na Twitterze.
Trump jest organicznie podejrzliwy i nieufny. Uważa, że demokraci, lewica i liberalne media dążą do osłabienia i wyeliminowania go ze sceny politycznej. Temu również przypisuje fakt, że jego aprobata w społeczeństwie amerykańskim utrzymuje się na niskim poziomie nieco ponad 30 proc. , mimo jego zasług w obniżeniu podatków i dobrej koniunktury gospodarczej. Analitycy amerykańscy zwracają jednak uwagę na brak klarownej, dalekosiężnej strategii prezydenta Trumpa. Najbardziej interesuje go obrona własnego ego, samoobrona, obsesja na punkcie swojej osoby.

Temu wszystkiemu towarzyszy jego impulsywność. Wszystko to umacnia przekonanie i krytykę, że nie traktuje on swego stanowiska poważnie. Jest szczęśliwy, kiedy widzi swoje nazwisko w czołówkach informacji: i nieszczęśliwy, kiedy przez 2-3 dni nie ma o nim mowy w mediach. Trump ma nierealistyczne oczekiwania, jeżeli chodzi o zakres władzy prezydenckiej. Sceptycznie odnosi się do obowiązku współpracy i podziału władzy z Kongresem i Sądem Najwyższym. Wynika to nie tylko z przerostu jego ambicji osobistych, ale także z braku dostatecznej wiedzy o konstytucyjnym trójpodziale władzy.
Donald Trump, jako człowiek charakterologicznie o wybujałym egocentryzmie jest przekonany, że we wszystkim ma rację i nie toleruje krytyki wobec swojej osoby. Natomiast nie szczędzi krytyki pod adresem innych osób, instytucji czy nawet państw. Skrytykował m.in. ostro graczy futbolu, kiedy w proteście przeciw rasowej dyskryminacji uklękli a nie stanęli na baczność w czasie odgrywania amerykańskiego hymnu narodowego. Potępił troje senatorów republikańskich, którzy przyłączyli się do demokratów i uniemożliwili anulowanie programu opieki zdrowotnej udzielonej za prezydentury Obamy. Trump zarzuca republikańskim członkom Kongresu małą aktywność legislacyjną, ale sam, jako prezydent nie wykazał się inicjatywą ustawodawczą.
Donald Trump nie przywiązuje nadmiernej wagi do podawania prawdziwych opinii i co gorsza prawdziwych informacji. Według „The Washington Post’s Fact Checker” i CNN w ciągu 802 dni swojej prezydentury, czyli do kwietnia 2019 r. z ust prezydenta Trumpa padło 9451 fałszywych lub mylących wypowiedzi. Oznaczało to, że średnio każdego dnia było 6 takich wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że prezydent Trump nie ma opinii wiarygodnego polityka. Oświadczył m.in., że dźwięk elektrycznych wiatraków powoduje raka.
Trump narcystyczny i pewny siebie charakterologicznie, jest pełen temperamentu. Potrafi być wybuchowy, okazywać złość, zwłaszcza wobec osób, które go krytykują. Niezadowolony z telefonicznej rozmowy z premierem Australii Malcolmem Turnbull nagle ją przerwał. Zdegustowany trudnymi pytaniami dziennikarki Megyn Kelly z „Fox News” obraźliwie ją zaatakował. Na wiecach wyborczych wdawał się w pyskówki z ludźmi. Zawsze natomiast demonstrował dużą pewność siebie i rzadko przyznawał się do błędów.
Kilkanaście kobiet oskarża Trumpa o niewłaściwe seksualne zachowanie wobec nich w okresie kampanii wyborczej. Trump oczywiście zaprzecza tym zarzutom, ale w pewnym momencie przepraszał je. W październiku 2016 r. powiedział: „Kiedy jesteś gwiazdą, one pozwalają ci na wszystko. Możesz chwytać je za c…ę”. W sumie 16 kobiet oskarżało Trumpa o seksualne molestowanie w okresie przed objęciem przez niego prezydentury. Trump zagroził im procesem o zniesławienie, ale nigdy nie spełnił tej groźby.
Trump osłabił pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. M. in. zawiesił udział USA w kilku międzynarodowych układach dotyczących ograniczenia zbrojeń. Grozi to wznowieniem wyścigu zbrojeń. Trump wycofał m. in. udział Stanów Zjednoczonych w paryskim porozumieniu z 2015r. o zmianach klimatycznych, z Trans-Pacyficznego Partnerstwa z 2016r. o zapobieganiu ekonomicznej ekspansji Chin. Renegocjował układ handlowy z Koreą Płd z 2012r. i układ handlowy z Kanadą i Meksykiem.
Trump jest autorem wielu dziwnych wypowiedzi. Oto kilka przykładów z ostatniego roku:
„Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę”.
„Świat jest dobry, my jesteśmy wielcy”.
„Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć”.
„Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa.. Nazywa się on Jerzy Waszyngton”.
„Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju”.
Ostatnio Mery L. Trump, bratanica prezydenta powiedziała w wywiadzie dla Newsweeka (12-18.10.2020r.), że Trump „jest okropnym człowiekiem i jego prezydentura to najgorsza rzecz jaka mogła się przytrafić mojemu krajowi. Jestem przerażona, że taki człowiek jest w Gabinecie Owalnym”.

Sushi con carne

Nikt w Europie nie jest w stanie zrozumieć fenomenu polegającego na tym, że Polacy kochają Amerykę. Tylko w Polsce wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Nawet piwo, które przez cały świat znający się na tym napoju jest odsądzane od czci i wiary.
Dla polskich mediów Stany to wzorzec demokracji. Dlaczego? Bo pisowskie media są na USA zafiksowane tak jak ich protektorzy. Zaś niepisowski TVN po prostu należy do amerykańskiej sieci Discovery.
Tymczasem amerykańska demokracja jest jedną z nielicznych na świecie gdzie są – znani nam skądinąd – obywatele drugiego sortu. Bierze się to stąd, że w wyborach prezydenckich obowiązuje tam archaiczny system mający się nijak do współczesności. Amerykanie wybierają nie prezydenta USA ale stanowych elektorów, którzy tegoż prezydenta wybierać będą.
Każdy stan ma elektorów tylu na ile wskazuje jego populacja. I jak gdzieś na elektorów jednego z kandydatów zagłosuje 50,1 proc. wyborców, to wszyscy elektorzy z tego stanu mają głosować na tegoż kandydata. Nikt nawet nie sili się na proporcjonalność. Zwycięzca bierze wszystkich.
Stany są krajem, gdzie można się dopisywać do list wyborczych w różnych stanach. Jednocześnie jednak wciąż funkcjonuje system głosowania stanami, czy to nie jawne kpiny z logiki. Podzwonnym takiego stanu rzeczy jest to co już parę razy w ostatnich kilkudziesięciu latach Amerykanów spotkało, czyli prezydentura faceta, który zdobył mniej głosów niż kontrkandydat.
Bo jak widać głos oddany w Kalifornii jest mniej wart niż ten w Montanie czy Utah. Równość wagi głosu wyborczego uchodzi w cywilizowanym świecie, za podstawę demokracji. W USA mają widać inaczej. Można więc powiedzieć, że amerykańska demokracja ma się do demokracji bezprzymiotnikowej, jak krzesło do krzesła elektrycznego.

Amerykański mit w polskim wydaniu to też bogactwo mieszkańców tego kraju. Bogactwo papierowe. Rozpiętości majątkowe za Oceanem są bowiem tak duże, że dopiero gdy statystyka zrówna dochody miliarderów i milionów ubogich, to wychodzi, że wszyscy są bogaci.
Kraj w którym urlop to maksymalnie 2 tygodnie w roku – jest cywilizowany?
Czy państwo, gdzie każdy może być w każdej chwili zwolniony, bo nie obowiązują tam okresy wypowiedzenia, na pewno jest cacy?
Kraj w którym 30 proc. ludzi nie ma prawa do podstawowego lecznictwa, to na pewno standard XXI wieczny?
Na dodatek znakomita większość ubezpieczonych ma polisy zakładające, że jak dostaną raka, to łapią się co prawda na operację, ale na chemio i radioterapię już nie, i muszą za ratowanie życia zapłacić tyle, że będą to spłacały ich wnuki.
Bezpieczny jest kraj, w którym połowa chorych na cukrzycę nie na szans na dostęp powszechnych w Europie – nawet tej naszej – specyfików i terapii?
Czy w dzisiejszych czasach normalne jest, że 18-latek ma prawo kupić sobie karabin maszynowy, ale z nabyciem piwa musi się wstrzymać jeszcze 3 lata?
Czy normalne jest, że w więzieniach amerykańskich siedzi proporcjonalnie – 3 razy tyle osób co w cywilizowanej Europie?
Czy nie jest nieporozumieniem wysłuchiwanie opowieści o praworządności z ust ludzi rządzących krajem, gdzie wyroki wydają ludzie z łapanki, nie mający pojęcia o prawie, uczestniczący tylko w spektaklu rozgrywającym się między oskarżycielem i obrońcą, ludzi, którzy ulegać przez to mogą każdemu rodzajowi manipulacji?
System prawny Stanów Zjednoczonych był stworzony przez bogatych, dla bogatych i do dziś nic się nie zmieniło. Wystarczy zerknąć na wyroki, które za to samo przestępstwo dostają czarny z przedmieścia, czy biały mieszkaniec rezydencji. Przestrzeganie prawa po amerykańsku, to strzelanie seriami do nastoletniego dzieciaka o ciemnej skórze i pouczenie dla jego rówieśnika z „dobrej dzielnicy”.

Amerykańska moralność, z jej epatowaniem bogami na każdym kroku, to kolejny lep, na który łapie się polski suweren. Hipokryzja religijna i każda inna w tym kraju przekracza resztę świata o lata świetlne. Wolność do posiadania i używania broni powoduje bowiem, że w całych połaciach Stanów Zjednoczonych wyjście z domu po zmroku wiąże się z zagrożeniem życia. To coś w Europie nie do wyobrażenia. Tak jak i liczba zabójstw w przeliczeniu na 100 tys. osób. Liczba 10 krotnie wyższa niż na Starym Kontynencie.
Do szczytów hipokryzji doszli Amerykanie w dziedzinie seksu. Cenzuruje się w telewizjach gołą pierś, młodzieży daje się prawo podejmowania życia seksualnego dopiero po 18-tce, a jednocześnie Stany mają jeden z najniższych na świecie wieków inicjacji seksualnej. Niższy od Europejskiego o ponad 4 lata. To zaś pokazuje, że nastoletni Amerykanie i Amerykanki wysysają łamania prawa z mlekiem bigoteryjnych matek.
Tych samych, które wejdą do łóżka każdemu grubemu biznesmenowi, tylko po to, żeby potem oskarżyć go o gwałt i wycisnąć w ramach odszkodowania ile się da.

Ameryka dla małomiasteczkowego Polaka to najnowocześniejsza technologia. Jasne. Taka, gdzie ponad jedna piąta osób posługuje się do dziś książeczkami czekowymi, nie wiedząc jak obsługiwać kartę płatniczą. Taka, gdzie 15 proc. co prawda używa karty, ale tylko tej wypukłe, którą się drukuje i podpisuje na rachunku.
Technologia polegająca na tym, że na większości terytorium USA nikt nie ma dostępu do światłowodów, bo kable telekomunikacyjne i energetyczne idą nie pod ziemią, ale wiszą na słupach. Owszem są i miejsca gdzie nowoczesność się przebiła. To wielkie miasta i oba wybrzeża. Reszta korzysta z technologii sprzed 45 lat.
Czyli z tego, o czym nie pamiętają już nawet najstarsi mieszkańcy polskiego Podkarpacia i Podlasia.

Taka właśnie Ameryka wybierała między bufonem Trumpem, a trzęsącym się emerytem Bidenem. Już sam ten wybór mówi wszystko o wyłonionych przez amerykańskie społeczeństwo elitach politycznych. Elitach, których – jak widać – nie stać nawet było na kogoś lepszego.
Osobną kwestią jest objawianie chęci nieuznania wyniku wyborów, który będzie dla piastującego urząd prezydenta prawdopodobnie niekorzystny. Takie coś każe wrócić na początek felietonu. Tam gdzie Sushi definiowało demokrację.
Sushi bez zapartego tchu śledziło mimo to wszystko, tak kampanię jak i cyrk wyborczo-liczący głosy. I tylko z kronikarskiego obowiązku winno jest Czytelnikom informację, że najprawdopodobniej nowym gospodarzem Białego Domu został …

No i kiszka. „Najnowocześniejsze” technologie, najsprawniejsi na świecie fachowcy i najczystsze procedury demokratyczne, do chwili wysyłania numeru do drukarni, nie zdołały policzyć głosów.

Opozycja w USA? Nie stwierdzam

Nader chętnie i spontanicznie odczuwam empatię do tzw. narodu amerykańskiego. Ma ów bowiem przesrane jak my w Polsce, tylko wielokrotnie bardziej. Ze względu na to, że nie nigdy nie udało się tam powołać jankeskiej republiki ludowej, porządek cywilizacyjny obniżony jest w stosunku do tego, który znamy o kilka diapazonów. Brak jest na ten przykład systemu powszechnej opieki zdrowotnej, a publiczna edukacja występuje li tylko w niektórych stanach i to w szczątkowej formie. Dodatkowo szefem państwa jest ekscentryczny prawicowy szur, przy którym nasz Prezes di tutti capi jawi się niczym lekko sfrustrowane i neurotyczne, acz niegroźne książątko. Niemniej, obaj symbolizują wcale mroczną dekadencję nowoczesnej – jakkolwiek jednak przydatnej – państwowości jaką znamy i o jakiej nas nauczano.

Administracje prawicowych autorytarnych dziadów o mikroskopijnych kompetencjach politycznych mają jednak w sobie też coś z politycznej metafizyki.
Ich mandaty upływają na ogół w pasmach zarządczych i liderskich porażek przetykanych jednakowoż barokowo-bombastyczną propagandą, w którą sami niekiedy zdają się wierzyć, i nerwowymi ukłonami w stronę faktycznych dzierżawców władzy; w naszym wypadku w stronę Waszyngtonu, w wypadku Waszyngtonu, w stronę tamtejszych oligarchów. Klimat gęstnieje od tego okrutnie, estetyka, etyka i polityka zastąpione zostają brunatną pulpą, która napędza w społeczeństwie agresję i wrogość, a – co socjologicznie doprawdy ciekawe – w opozycji uwiąd.
Z Polski znamy to lepiej niż byśmy chcieli, z USA – mniej. Od kiedy Trump w 2016 roku zdetronizował Putina jako najbardziej bezmyślnie demonizowana przez światowe media persona, każdy, kto splunie na obecnego lokatora Białego Domu, uznawany jest natychmiast za wielką nadzieję białych i czciciela dobra. Zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mogłyby, w obecnych okolicznościach, być okazją do wielkiego politycznego skoku dla Amerykanek i Amerykanów, jednak architektura tamtejszego reżimu nie daje im szans. Ubiegłotygodniowa konwencja wyborcza Partii Demokratycznej dowodzi tego ponad wszelką wątpliwość; była tyleż komiczna, co obraźliwa dla suwerena.
Przeprowadzana częściowo online okazała się benefisem politycznej reprezentacji oligarchii i jej urzędowego optymizmu z jednej strony oraz jawnego zakłamania o niespotykanej skali. Stała się też demonstracją ostatecznych granic cywilizacyjnych amerykańskiego systemu, który reprodukuje się w coraz bardziej dokuczliwej wersji. Demokraci mogliby wziąć hurtem całą władzę, na każdym szczeblu gdyby mieli choćby minimum czelności i odwagi, i zapowiedzieli objęcie wszystkich mieszkańców powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Gdyby zaś dorzucili do tego jeszcze wykup długów studenckich i likwidację czesnego oraz przedłużenie moratorium na eksmisje, zagwarantowaliby sobie władzę na jakiejś 10 następnych kadencji. Niedoczekanie.
Zamiast tego mamy naloty dywanowe na opinię publiczną z najtańszego agit-propu.
Na przykład burmistrz Nowego Jorku Andrew Cuomo powiedział, że wszystko będzie dobrze, dlatego, że “jesteśmy Ameryką, wygrywamy wojny i jesteśmy najlepszym państwem na kuli ziemskiej”. Jasne – ostatnio widać spektakularną “wygraną” w “wojnie” z SARS-CoV-2. Przedtem była Syria, Irak i Afganistan, a jeszcze wcześniej Wietnam. Nie należy także zapominać o dwóch tyleż słynnych, co szczególnych wojnach – tej z terroryzmem i z narkotykami.
Największym smutkiem napawała bodaj przemowa zdradzieckiego amerykańskiego socjaldemokraty Bernarda Sandersa, który obiecał (nie na swój rachunek, więc co mu tam), że “Joe odbuduje naszą zdewastowaną infrastrukturę”, jak również, że “podejmie walkę z zagrożeniami klimatycznymi poprzez przejście na w pełni ekologiczną energię w ciągu 15 lat”. Dziadkowi Berniemu udzieliła się chyba demencja “śpiącego Joe”, kandydata, którego tak żarliwie nagle poparł, bo wszak ów był za Obamy wiceprezydentem przez osiem lat i zrobił dokładnie zero, jeśli chodzi o inwestycje publiczne. Sam Obama zaś nie raz i nie dwa publicznie ekscytował się błyskawicznie rozrastającą się za jego kadencji siatką ropociągów.
Sanders zapewniał także, że “Joe ma plan rozszerzenia dostępu do opieki zdrowotnej i obniżenia cen leków receptowych”. Być może wie coś czego nikt inny nie wie, bo nic podobnego Biden nie zapowiadał, wręcz przeciwnie. A jeśli takowy rzeczywiście powstał, to z pewnością w zgodzie i w porozumieniu z mafiami farmaceutyczną i ubezpieczeniową, co w żaden sposób nie naruszy patologicznych fundamentów amerykańskiego systemu “opieki” zdrowotnej – korporacyjnej studni bez dna, która połykając rokrocznie kilkanaście procent federalnego PKB z budżetu i kasując obywatelki i obywateli na gigantyczne kwoty z tytułu “ubezpieczeń”, jest najmniej dostępna i wydajna na świecie (tudzież, spośród krajów rozwiniętych).
Najbardziej żenującą częścią wystąpienia Sandersa było przyrzeczenie wyborcom jakoby “śpiący Joe” miał skończyć z patologią w systemie sądownictwa i więziennictwa. Jasne! Zapomniał tylko dodać, naprawdę szkoda, że to właśnie Biden jest jednym z jej architektów. Staremu Sandersowi coś może styki pamięciowe słabną, więc przypomnijmy, przy okazji i polskim zawodowym obrońcom demokracji i praworządności, że to właśnie on jest autorem słynnego Crime Bill z 1994 roku (za Clintona), który wzmógł masową inkarcerację do stopnia czyniącego z USA największą kolonię karną na świecie.
Potem Michelle Obama powiedziała, że ostatnio dużo myśli o empatii o tym jak jest potrzebna. I to by było na tyle, jak mawiał ongiś pewien satyryk.


Znany amerykański lewicowy dziennikarz Greg Palast twierdzi, że Donald Trump wygra listopadowe wybory; argumentuje to działaniami jego urzędników masowo odbierającym – pod idiotycznymi pretekstami i za pomocą praw sfalandyzowanych do entej potęgi – prawo głosu. Wydał na ten temat nawet wyjątkowo ciekawą książkę obrazującą zupełny, nie tyle upadek, co wręcz niebyt zjawiska powszechnie znanego jako “amerykańska demokracja”.
Niemniej, Jak wynika z powyżej załączonego obrazka, nawet bez tych manipulacji elekcyjnych, Trump może przegrać jedynie sam ze sobą.