Flaczki tygodnia

Od teraz ma być skromniej i bliżej ludu pracującego miast i wsi. A zwłaszcza miasteczek. Taka jest najnowsza linia polityczna zmodernizowanego tuskizmu.

Sztabowcy Donalda Tuska jęli szukać odpowiedzi na pytanie: czemu „efekt Tuska”, czyli wzrost wyborczego poparcia dla Platformy Obywatelskiej zatrzymał się na poziomie 20-25 procent. Atrakcyjnym dla partii opozycyjnej, ale nie formacji marzącej o przewodzeniu opozycji demokratycznej. No i o wygraniu przyszłych wyborów.

Szukali intensywnie gdzie tkwi defekt,hamulec dalszego wzrostu. Wymyślili, że PO powinna przestać już kojarzyć się z partią wielkomiejskich elit. Stać się reprezentacją większości polskiego społeczeństwa. Musi teraz kosmopolityczne ośmiorniczki zamienić na misy z narodowymi pierogami. Wszystkich rodzajów, nawet wege. Ale bez ruskich i leniwych.

PO powinna skończyć ze swym wizerunkiem partii elitarnych mniejszości, a przepoczwarzyć się w partię narodu. Polskiego, ale tego proeuropejskiego. Być głosem tych osiemdziesięciu procent akceptujących unię Polski z Unią Europejską. Ale nie tylko gdańskich samorządowców i warszawskiej profesury, lecz przede wszystkim młodych, wykształconych z Płońska, Radomia, Częstochowy i Krynek pragnących żyć wedle standardów zachodniej Europy.

Dlatego od tej pory każdy parlamentarzysta PO powinien znać aktualne ceny chleba, mleka i jajek na wyrywki. I fajek też nie zaszkodzi, choć samo palenie szkodzi zdrowiu jak najbardziej. Powinien też wiedzieć jak jest w jego okręgu wyborczym z dostępnością do lekarza, autobusu, pociągu i internetu. Nie tylko „białych kresek”. A ściślej do których dostępów jest u niego najtrudniej.

Parlamentarzyści PO, jeszcze niedawno grzmiący o „totalnej opozycji”, muszą teraz stać się statecznymi państwowcami. Nie pluć na godło, drut na granicy, policję na ulicy, a zwłaszcza wojsko polskie. Bo państwo polskie jako takie nie jest złe. To tylko PiS jest zły, bo używa drutu, policji, wojska i państwa polskiego w złej sprawie.

Partia Tuska bierze nowy kurs. Koniec z happeningami posłanki Jachiry, rapem politycznym posła Nitrasa, gonitwami posła Starczewskiego. Koniec z telewizyjnymi popisami bom mot-ciarzy Sienkiewicza,Sikorskiego, nawet marszałka Grodzkiego. Dość medialnego ujadania zasłużonych weteranów, czyli Wałęsy, Frasyniuka,Janasa. Dość już jaj medialnych. Od tej pory PO ma zwyciężyć z PiS swą odpowiedzialnością, rozwagą i godnością osobistą.

Koniec też z nitrasowym „opiłowywaniem przywilejów katolików”. Katolików w Polsce trzeba kochać i szanować, a ich głosy oddane na PO warte są niejednej mszy. Oczywiście krytyka błędów i wypaczeń hierarchów kościoła kat. też jest potrzebna, lecz hasła odwetu wobec społeczności katolickiej to błąd. To jedynie paliwo dla szczujni TVP.

Tusk wie, że w Polsce zawsze zwyciężały partie centrowe. Lewicowo- centrowe i centro- prawicowe. On teraz stawia na centroprawicę. Chce powtórzyć rok 2007. Podzielić scenę polityczną na Polaków– unionistów i polexitciarzy Z PiS. Wygrać na tak stworzonym duopolu,jak w wyborach 2007 roku.

Mądrzeją elity Lewicy. Wygasiły spory personalne, aby skuteczniej przeprowadzić zjednoczenie Wiosny i SLD na październikowym Kongresie. To ważne, bo planowany przez Tuska blok centroprawicowy może być atrakcyjny dla wyborców centrolewicowych. Zwłaszcza jeśli Nowa Lewica nie przedstawi swojego programu V Rzeczpospolitej. Ugrzęźnie intelektualnie na poziomie partii protestów i poprawek do cudzych ustaw.

Zbigniew Siemiątkowski okazał się ostatecznie niewinnym. W 2008 roku polska prokuratura zarzuciła mu przekroczenia uprawnień. Współtworzenia w Starych Kiejkutach, przy ośrodku szkolenia Agencji Wywiadu, tajnego więzienia dla islamskich ekstremistów ujętych przez CIA. Ale minęło tylko 13 lat i prokuratura uznała tamte zarzuty za zupełnie bezzasadne. ”Flaczki” już dawno,dawno temu przewidywały taki wynik. Skoro wyszło na nasze, to teraz znowu będą prorokiem. Świeckim, nie religijnym, bez obrazy. Wieszczą, że znowu minie lat trochę i były szef polskiego wywiadu order od Sojuszników dostanie. Za dawne, bezzasadne rzecz jasna, zarzuty.

Polska w zapłociu

PiS umie budować płoty, ale już zwrot butelek za kaucją przekracza jego zdolności intelektualne i organizacyjne.
Wielka radość zapanowała w elitach PiS. Wymyślona przez nie wojna ze złym prezydentem Białorusi rozgrzała patriotyczne nastroje Polaków. Zwłaszcza tych przestraszonych wizją grożącej nam agresji muzułmańskich uchodźców.
Efektowna, „wyjątkowa” akcja zadrutowania wschodu Polski, polepszyła poczucie bezpieczeństwa jednej trzeciej obywateli naszego kraju. Tych, którzy znów uwierzyli w grożący nam dżihad, tym razem jadący na ruskich czołgach. I znów w przedwyborczych sondażach zagłosowali na partię pana prezesa Kaczyńskiego.
Trzydzieści sześć procent ich poparcia znów napompowało pychę kaczystów. Utwierdziło ich przekonanie, że polityka kreowania konfliktów, zwłaszcza międzynarodowych, skutecznie napędza im poparcie dumnych z polskości, narodowo- katolickich wyborców.
Pan prezes Kaczyński stosuje taktykę skutecznie przetestowaną już przez przywódców Koreańskiej Republiki Ludowo- Demokratycznej. Kiedy koreańscy liderzy chcą przypomnieć światu o swej sile, zmusić przeciwników aby usiedli z nimi do negocjacji lub przesłali zaległą, obiecaną kiedyś pomoc, to odpalają swe rakiety i taktyczne ładunki jądrowe. Tam to działa.
Pan prezes Kaczyński broni jądrowej jeszcze nie ma, choć coraz głośniej w jego partii mówi się o potrzebie dysponowania taką.
Dlatego zamiast rakiet, kaczyści odpalają w Sejmie RP projekty swych ustaw, które wysyłają na orbity krajowej legislacji. Tam długo krążą budząc złość, strach i niepokój międzynarodowych sąsiadów. Bo jeśli nabiorą one kształtów ustaw, to niejednego mogą porazić. Czasem nawet dotkliwie po kieszeni.
Potem tak zaniepokojeni sąsiedzi zwykle rozpoczynają negocjacje, jawne lub poufne, i wymuszają na PiS wycofanie lub zamrożenie kłopotliwych projektów. No i rekompensatę za taką wolę porozumienia.
A to propaganda PiS ogłasza kolejnym wielkim zwycięstwem narodowo- katolickiego suwerena nad antypolskimi, wrażymi sąsiadami. Zazdroszczącymi wielce elitom PiS ich sukcesów. O czym codziennie przypomina nam TVP SA.
Zwycięska wojna z przemykającymi się od białoruskiej strony migrantami, zwycięskie już „odstraszenie” zapowiadanej, tajnej agresji wojsk rosyjsko- białoruskich, ćwiczących rutynowo w cyklicznych manewrach „Zapad”, pozwala zapominać krajowej opinii publicznej o serii klęsk i porażek polityki pana prezesa Kaczyńskiego.
O skazanej już na niebyt anty amerykańskiej ustawy „Lex TVN”. O klęsce kontrrewolucji pana ministra Ziobry w systemie sądowym. O zagrożonych 58 miliardach euro pożyczek i dotacji z Unii Europejskiej. O klapie propagandowej „Nowego Ładu” firmowanego przez pana premiera Morawieckiego.
Dzięki wszczętej przez elity PiS medialnej, hybrydowej wojnie z „tajną prowokacją Łukaszenki” krajowe media i demokratyczna opozycja nie mają wystarczająco czasu aby dyskutować o polskim systemie oświaty. O deficycie kilkudziesięciu tysięcy nauczycieli. Zwłaszcza matematyków.
Systemie archaicznym, przygotowującym absolwentów zdolnych jedynie do wypełniania testów, ale nieprzygotowanych do prac zespołowych. Do życia w rozpoczętym już XXI wieku.
Dzięki tej „wyjątkowej wojnie” nie dyskutujemy już poważnie o nadchodzącej zapaści demograficznej w naszym kraju i potrzebie stworzenia polityki migracyjnej.
Mówimy półgębkiem o opodatkowaniu emerytów, a nie debatujemy o zupełnie nowym systemie emerytalnym. Wspominamy o „utrwalaniu cnót niewieścich”, a nie debatujemy o robotyzacji, sztucznej inteligencji, o skracaniu czasu pracy. Fascynujemy się wzrostem sprzedaży towarów po czasach pandemii, nie dyskutujemy o koniecznych długofalowych zmian w konsumpcji. Rezygnacji z konsumpcji „pro śmieciowej”. Mody na racjonalną, oszczędną konsumpcję. Napinamy muskuły XIX wiecznie rozumianej suwerenności, kłócimy się ze wszystkimi sąsiadami i potencjalnymi światowymi sojusznikami. I pozostajemy sami.
Bo elity PiS poszukując utopii „suwerennej,narodowo-katolickiej Polski” budują realne i mentalne płoty aby odgrodzić się od całego, wrażego im otoczenia.
Tworzą Polskę kaczyńską, przeglądającą się codziennie w lustereczku telewizji Kurskiego, i lustereczko pytającą: Któż najpiękniejszy jest na świecie?
Lustereczko przytakuje. A puste butelki, zamiast do skupu, dalej Polskę zaśmiecają.

PZPR i banany

Granice intelektualnej bezsilności i historiozoficznego absurdu.

Może to zabrzmi dziwnie ale chociaż wychowałem się w PRL a nawet ją tworzyłem, nie czuję się z tym okresem w jakiś specjalny sposób emocjonalnie związany. Dotyczy to również PPZR chociaż partią tą byłem związany nie tylko osobiście ale również rodzinnie. Upadek PRL-u przyjąłem z pewnym poczuciem wyzwolenia z coraz bardziej bezsensownego układu różnego rodzaju zależności i zobowiązań i z dużą dozą ciekawości co będzie dalej.
Swoje stanowisko wobec tego co się dzieje wypracowywałem już na długo przed 1989 w oparciu o analizę wydarzeń nakierowanych nie na konkretne lojalności, ale coś co określić można jako punkt widzenia określonych sił społecznych a konkretnie ludzi utrzymujących się z pracy własnych rąk i narażonych z tego tytułu na różne opresje.
Z tej perspektywy
PRL był niezwykłym eksperymentem,
który nie mógł się udać, ale jak wiele podobnych w historii, pomimo niepowodzenia, dostarcza ciekawego materiału do przemyśleń i wniosków na przyszłość.
Tak się jednak składa, że zamiast sensownej refleksji nad przeszłością mamy potok infantylnych bredni, które nie omijają nawet „Trybuny” i, które zmuszają do zabierania głosu na temat PRL-u w sytuacji gdy warto by dyskutować o poważniejszych rzeczach. Można powiedzieć, że recenzja książki pana Leszczyńskiego, dokonana przez pana Lubczyńskiego, którą zajmowałem się onegdaj w sumie sprawia wrażenie niewinnej igraszki wobec bredni zawartych w artykule „PiS w opuszczonych okopach PZPR” pióra podającego się za politologa pana Jacka Jaworskiego, który zagościł na łamach „Trybuny” (26-27 lipca 202. Prawdę mówiąc, to jako magistra nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego bardziej obraża mnie chyba ta niczym nieuzasadniona deklaracja niż wszystkie dyrdymały dotyczące odległej już przeszłości, których znaczenie polega jedynie na wyszukiwania rzekomych racji dla obecnej impotencji programowej polskiej Lewicy, do której pan Jaworski dobudowuje absurdalne „ideolo”.
Generalnie stwierdzić należy, że pan Jaworski buduje swoje koncepcje na zupełnie oderwanej od realnej historii opozycji „społeczeństwo otwarte” – „społeczeństwo zamknięte”. Przyjmując za dogmat, że uniwersalny schemat przeciwieństwa tych rodzajów organizacji społecznej autor przyjmuje, że model społeczeństwa „zamkniętego” reprezentują społeczeństwa organizowane przez PZPR i PiS a społeczeństwo „otwarte” reprezentować ma ideologia współczesnej Lewicy.
Oczywiście Autor nie pozostaje na ogólnikowych deklaracjach ale ilustruje swoje wywody konkretnymi przykładami.
Zaczyna oczywiście od rzekomej
wrogości PPZR wobec LGBT
jako elementu konstytuującego „zamknięte” myślenie tej formacji. Jedynym konkretnym przejawem tego rodzaju postawy jest osławiona operacja Hiacynt z lat 85 -87 chociaż w PRLu nikt jej nie nagłaśniał i ja osobiście dowiedziałem się o niej już w latach dziewięćdziesiątych. Autor niestety nie poprzestaje na tym „dowodzie” ale posuwa się do żenujących insynuacji jakoby: „Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych.”
Byłbym panu Jaworskiemu szczerze zobowiązany za ujawnienie „stalinizmu” polskich naukowców ponieważ żyjąc w PRL-u i z racji chociażby wieku studiując ówczesne wydawnictwa dotyczące seksuologii nie spotkałem się z takim stanowiskiem jako istotnym. Polska literatura seksuologiczna prezentowała homoseksualizm jako oczywistą odrębność, nad, której naturą specjalnie nie deliberowano. Również nie przypominam sobie jakichś deklaracji przywódców PZPR na tematy homoseksualizmu, ani też jakichś debat dotyczących walki z tą „patologią”.
Chociaż, jak sądzę, dla pana politologa Jaworskiego nie jest to argument ale w niepodległej Polsce od czasów eliminacji ustawodawstwa państw zaborczych w 1932 homoseksualizm nie był traktowany jako przestępstwo, ścigany i penalizowany i nawet „najczarniejszy” stalinizm w latach pięćdziesiątych tego nie zmienił. Co więcej w roku 1948 ujednolicona została zasada 15 lat jako granicy swobodnej decyzji podejmowania życia seksualnego a w 1969 roku zniknął z systemu prawnego przepis dotyczący karania homoseksualnej prostytucji.
Homoseksualizm w polityce PRLu był sprowadzony do kwestii czysto prywatnych i nie był wykorzystywany jako argument w walce politycznej. Czy było to dużo czy mało nie zamierzam rozstrzygać ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z tym co zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych i zaowocowało pisowską wojną z LGBT.
W PRL wrogość wobec homoseksualizmu i jego prześladowanie były utożsamiane z przysłowiowym „chamstwem i drobnomieszczaństwem” – wartościami kultywowanymi przez nieoceniony w tym zakresie Polski Kościół Katolicki. Nawet akcja „Hiacynt” jak sądzę stała się efektem objęcia stanowiska szefa MSW przez bezideowego degenerata jaki był Czesław Kiszczak i stanowi fragment działań uwieńczonych pozostawieniem tzw. „teczki” Lecha Wałęsy jako zabezpieczenia na „czarną godzinę” własnej małżonce.
Równie rzeczowa i inteligentna jest argumentacja na rzecz opozycji Pezetpeerowsko peerlowsko – pisowska „pruderyjność” i „lewicowy luz”. Podobnie jak w przypadku LGBT nieocenionym źródłem informacji dla pana Jaworskiego są doświadczenia towarzyszy radzieckich: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”
Prawdę mówiąc o ile pod tą deklaracją być może władze PRL by się podpisały to z drobnym zastrzeżeniem, że
o ile w PRLu nie było seksu to było coś co nazywano erotyką
i to często dość śmiałą. Nie wiem czy w ZSRR zaproszono by czołowego reżysera zachodniego kina erotycznego Waldemara Borowczyka do nakręcenia tamtejszej wersji „Dziejów grzechu” udostępniając ten film w powszechnym rozpowszechnianiu. Scenę orgii z filmu „Ziemia obiecana” już po zakończeniu PRLu ocenzurował sam reżyser już w „wolnej Polsce”. Jednym z najbardziej popularnych powiedzonek owego pruderyjnego i zakłamanego PRLu było osławione pytanie dotyczące premier filmowych – „momenty były?”. Szanujący się reżyser PRL-owskiego filmu uważał wręcz za obowiązek wklejenie w film scen erotycznych. Dużą popularnością cieszyły się wystawy aktu artystycznego „Wenus” organizowanego w Krakowie. Czasopisma młodzieżowe miały specjalne rubryki dotyczące poradnictwa seksualnego. Razem z cała szkołą w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych „zaliczyłem” film „Helga” z niemiecką dosłownością tłumaczący skąd się biorą dzieci. Przykłady otwartego stosunku do erotyki i seksualności z czasów PRLu można by mnożyć w nieskończoność. Zamiast tego należałoby jednak zadać panu Jaworskiemu proste pytanie z jakiej choinki się urwał?
Nie wiem skąd pan Jaworski zaczerpnął osobliwa tezę, że: „Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana.” Znając wielu działaczy PZPR średniego i niższego szczebla sądzę, ze zainteresowałoby ich gdzie te banany kupiła? Bardziej bezkrytyczni uznaliby te zdjęcia za dowód sukcesu polityki Edwarda Gierka a bardziej podejrzliwi za złośliwą krytykę niedoborów na rynku warzyw i owoców. Warto też dodać, że w 1979 pojawił się znany powszechnie „Bananowy song” grupy „Vox” w którym wyraził się chyba najlepiej stosunek PZPR do bananów. (Zajął on pierwsze miejsce na festiwalu w Sopocie w 1980 roku, oraz trzecie miejsce w Bratysławie w tymże roku).
Panu Jaworskiemu, jak sądzę
chodzi o pewną wizję świata, kultury i sztuki w której wszystko na penisie się zaczyna a waginie kończy
zawierając w środku tak zwany „gender”. Trudno jednak nie zauważyć, że ta mało ambitna wizja kojarzona ze współczesną Lewicą jest intelektualnie uboga i zdecydowanie przereklamowana, a rzutowanie jej na całą dotychczasową historię staje się świadectwem deficytu intelektualnego bardzo przypominającego politykę historyczną Prawa i Sprawiedliwości.
Takiej wizji świata dotyczyć się zdaje też rozumienie cenzury, z którą autor walczy w następnej sekwencji swoich wywodów. Podzielając przekonanie pana Jaworskiego o bezsensie, szkodliwości cenzury i konieczności jej zniesienia chciałbym jednak zauważyć, że cenzura w PRL-u dotyczyła kwestii politycznych o dosyć wąskim, niezależnie od bogactwa swoich przejawów, zakresie. To w PRL pod rządami oficieli PZPR w straszliwie niemodnych garniturach zaszła jedna z największych rewolucji kulturalnych w historii Polski jaką była wielka modernizacja języka kultury i sztuki dokonująca się w Polsce lat drugiej połowy lat pięćdziesiątych i następnego dziesięciolecia. Nowa architektura, design, nowy język sztuk plastycznych, literatury, muzyki poważnej i lekkiej, filmu itd. itp. Wszystko to rozwinęło w świecie rzekomo ograniczonych aparatczyków, stalinowskich psychiatrów i jakichś indywiduów mających nienawidzić seksu, których utajone kompleksy wyzwalać miało publiczne jedzenie banana.
Studiując mądrości pana Jaworskiego odnoszę nieodparte wrażenie, że dla rozwoju kultury zagrożeniem nie jest cenzura a bezmyślność. Jak pokazuje analizowany przykład ślepa wiara w autorytet A. Michnika prowadząca do bezrefleksyjnej recepcji prymitywnych hasełek propagandowych wykuwanych w plugawych czeluściach Mordoru przy ulicy Czerskiej może lepiej wyprać mózg niż lata ciężkiej pracy cenzorów. Po co cenzorzy? Wystarczą „politolodzy”? Pan Jaworski jak sądzę nie zrozumiał przytaczanej wypowiedzi swojego guru, którego żywiołem była i jest manipulacja informacją, w której tak prymitywne mechanizmy jak cenzura są zbędne i mogą budzić tylko politowanie.
Oczywiście na wyeksponowaniu słusznych obaw Adama Michnika dotyczących powrotu cenzury obraz PiSu w postpezetpeerowskich okopach się nie kończy. Kolejnym problemem jest rzekomo wspólne dążenie PZPR i PiS do zniszczenia Kościoła Katolickiego. Jak stwierdza pan Jaworski: „Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość?”. Może gdyby PZPR rzeczywiście chciało zwalczać Kościół należałoby powołać PiS. Rzecz polega jednak na tym, że
uznając od 1956 roku Kościół za zło nieuniknione i nieusuwalne
komuniści (cokolwiek miałoby to znaczyć) dążyli jedynie do politycznej neutralizacji Kościoła. Działania IV departamentu miały na cel powstrzymanie upolityczniania Kościoła w Polsce. Jak w pigułce ukazuje to najgłośniejsza sprawa w stosunkach jak to określano „państwo-kościół” jaką była tragiczna katastrofa z księdzem Jerzym Popiełuszką. Historia ta odsyła nas również do rzeczywistego upolityczniacza” Kościoła w Polsce czyli Adama Michnika. To od czasu jego osobliwej publikacji „Kościół, lewica, dialog” w 1977 zaczęła się walka w upolitycznienie Kościoła a jej najważniejszym momentem nie były, ani też nie są, rządy PiS. To rządy „demokratycznej opozycji” po 1989 uczyniły z Polski dzisiejszy Klechistan. Czy pan Jaworski nie słyszał o tym, że to niesławnej pamięci minister Henryk Samsonowicz wprowadził religię do szkół. To nie PiS rozkręcił działalność osławionej komisji majątkowej, to nie on wykreował wszystkich Sławojów Leszków Głódziów. (To nie Lech ani Jarosław Kaczyńscy golili z nimi gorzałę). To nie PiS wypracował tzw. „kompromis aborcyjny”. On tylko przyszedł na gotowe i przejął na swój rachunek efekty wielu lat niestrudzonego michniczenia kolejnych rządów III Rp..
Najbardziej szokujące jest to, że podający się za politologa pan Jaworski nie dostrzegł nawet tego, że po okresie animozji „demokratycznej opozycji” i Kościoła, razem z „powrotem Tuska” powraca poprzednia polityka. Okazuje się, czego dowodzą zgodnie Donald Tusk i guru Michnik, że Kościół trzeba odzyskać dla „demokratycznej Ojczyzny”. To co pan politolog wypisuje o kole ratunkowym, które Kościołowi Katolickiemu podobno rzuca Lewica w swoim Programie, nieskończenie przerasta najlepsze skecze kabaretowe ostatniego trzydziestolecia. Kościół ma tylu „ratowników” w szeregach tzw. „opozycji demokratycznej”, że Lewica nie ma szans nie tylko na jakiś sukces, ale nawet na to, żeby ją w tym gronie zauważono. Zamiast ratować Kościół Katolicki, czy go reformować, Lewica korzystając z komfortu jaki daje odsunięcie od władzy politycznej powinna się od niego trwale i konsekwentnie odczepić. Może nie jest to gwarancja sukcesu, ale zdystansowania się od neoliberałów pokroju guru Michnika, który nie potrafi sobie wyobrazić polskiej polityki poza kruchtą i manipulowaniem Kościołem na miarę swoich głupawych pomysłów.
W swojej wędrówce przez kolejne kręgi PZPRowsko – PiSowskiego piekła Pan Jaworski nie oszczędza niczego i nikogo (nie wyłączając nawet siebie). Chociaż akurat
w kwestii „propagandy sukcesu” okresu gierkowskiego a propagandą rządu Morawieckiego można dostrzec najwyraźniejsze podobieństwo
obu sposobów realizowania swoich celów w całej omawianej problematyce autor nie potrafi oddzielić technicznej od koncepcyjnej strony polityki. Problem polega bowiem na tym, że w propagandzie sukcesu nie ma w sobie nic swoiście komunistycznego. Przykłady podobnej aktywności można zaobserwować na wszystkich możliwych szerokościach geograficznych poza Antarktydą i we wszystkich możliwych ustrojach politycznych. Równie sensowne byłoby dowodzenie, że
pokrewieństwo totalitaryzmów radzieckiego i nazistowskiego polegało na tym, że i w ZSRR i Trzeciej Rzeszy produkowano samoloty.
Nawet w czymś tak bezsensownym jak teoria totalitaryzmu z reguły argumenty osiągają wyższy poziom.
Problem jak sądzę polega na tym, że w ostatnich dziesięcioleciach Lewica w ogóle zatraciła potencjał intelektualny i techniczny pozwalający w ogóle mówić o jakiejkolwiek propagandzie, walce ideologicznej, agitacji i temu podobnych aspektach działania. Lewica nie ma jak dotychczas nawet przyzwoitego ogólnodostępnego i oczywistego internetowego portalu z prawdziwego zdarzenia. Jak sądzę, księża nauczający o pożyciu seksualnym mają większe doświadczenia praktyczne niż aktywiści Lewicy wypowiadający się na temat propagandy.
Chciałbym natomiast zaznaczyć, że gorąco popieram przytoczone przez pana Jaworskiego postulaty programowe: „Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.” Sądzę jednak, że formułując ten ambitny program należało by zaznaczyć, czy Lewica zamierza zrealizować te cele jeszcze w tym stuleciu, czy już w następnym a dokładniej rzecz ujmując czy przed nadciągającą katastrofą ekologiczną czy już po wyginięciu ludzkości. Być może „opozycja demokratyczna”, jeżeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do władzy, może coś z tego barachła kiedyś zlikwiduje, ale jak sądzę na pewno nie dojdzie do tego w skutek realizacji obecnego Programu Lewicy.
Następne zagadnienie, a więc rzekomy strach PZPR przed Zachodem i psychologia oblężonej twierdzy, której ucieleśnieniem miało być PRL, jak sądzę omówione zostało już wcześniej. Natomiast warto podkreślić, że swoim michniczym radykalizmie pan Jaworski zrównuje nawet sankcje gospodarcze rujnujące PRL po wprowadzeniu stanu wojennego z oczekiwanymi sankcjami Unii Europejskiej wobec kaczystowskiej Polski. W Przypadku PRL sama możliwość tych sankcji była pochodną otwartej polityki gospodarczej i kulturalnej, która te sankcje mogła uczynić tak bardzo dotkliwymi. Natomiast co do oczekiwanych sankcji wobec kaczyzmu to trwająca już dziesięć lat zabawa z Viktorem Orbanem świadczy o tym, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż niegdysiejsze wykańczanie PRLu.
Na pewno jednak nie zobaczymy tego co pan Jaworski ogłasza w następnym podrozdziale swoich wywodów. Mianowicie powrotu do gospodarki neoliberalnej, którą to Lewica wpisała niestety w swój Program. Jak stwierdza pan Jaworski: „W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania.”
Nie wiem na jakim świecie żyje pan Jaworski ale w roku 2021 mówienie o neoliberalnej gospodarce rynkowej jest już „stety, czy niestety” anachronizmem wołającym o pomstę do nieba. Wolnorynkowy neoliberalizm jest już dzisiaj pieśnią przeszłości nie tylko dlatego, że doprowadził do polaryzacji dochodów, która wyzwoliła ciągle wznoszącą się falę radykalnego prawicowego i lewicowego populizmu, ale dlatego, że radykalnie zmieniła się perspektywa postrzegania nadciągającej nieuchronnie katastrofy klimatycznej. Załamanie pod wpływem ujawnienia nowych danych naukowych neoliberalnej propagandy odwlekającej walkę ze zmianami klimatycznymi na Święty Nigdy stało się podstawowym faktem naszej teraźniejszości. Radykalne plany dotyczące gruntownych zmian gospodarczych realiów nie są polską aberracją ale globalną koniecznością. Kierunek wyznaczają tutaj nie jakieś „pięciolatki Morawieckiego” ale zjawiska takie jak Plan Timmermansa.
Plan Timmermansa „Fit for 55”, niezależnie od tego co z niego wyniknie, oznacza nie tylko powrót zbankrutowanego rzekomo planowania, ale również niezbędnego do jego ewentualnej realizacji gospodarczego zamordyzmu. Z perspektywy politologicznej kto kogo weźmie za mordę jest drugorzędne, ale to, że przemoc wraca na scenę polityczną i gospodarczą ze wszystkimi swoimi konsekwencjami staje się po prostu oczywiste. Czy Morawiecki wyroluje Timmermansa czy Timmermans Morawieckiego zobaczymy już niedługo, niestety z perspektywy bezsilnego obserwatora.
Nawet najbardziej zakute neoliberalne łby zamiast odlatywać z Elonem Muskiem na Marsa, czy z Jeffem Bezosem w kosmos, mogłyby z Bilem Gatesem poczytać „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej?”.
Niestety jeżeli ktoś tutaj ujawnia wizję gospodarki księżycowej to nie jest to pan Morawiecki, który co warto podkreślić usiłuje modyfikować na bieżąco najbardziej oczywiste absurdy pisowskiej gospodarki, ale nie dostrzegająca tego Lewica.
Co do pisowskich kadr to, żeby nie przedłużać, należy stwierdzić, że nie brakuje im dyscypliny, chamstwa i determinacji na miarę czasów. I powinny one raczej na Lewicy budzić podziw niż pogardę.
Niewątpliwie najbardziej przerażające w całej tej politologicznej analizie jest zakończenie: „I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech
PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością.
Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy”.
Biorąc pod uwagę obserwacje i sondaże niestety, trudno nie zauważyć, że to nie PiS stanowi w Polsce jakiś tam tkwiący w zapomnianych okopach margines, ale jest dysponującym potężnym aparatem, ruchem politycznym rządzącym krajem i nadającym ton miejscowej polityce. Czymś sprawiającym wrażenie tkwiącego w jakiś zapomnianych okopach, gdzie diabeł coraz częściej mówi „Dobranoc”, jest natomiast Lewica. Jeżeli 8 procent elektoratu pójdzie „drogą Lewicy” pozostali mogą nawet tego nie zauważyć. Ciekawe tylko gdzie pójdą? Może być to jakiś „rezerwat” albo jakieś osady „lewicowych Amiszów”. Rozwiązaniem bardziej perspektywicznym byłaby natomiast emigracja na jakieś nieliczne obszary gdzie ludzkość może przetrwać globalną katastrofę klimatyczną ,a więc Irlandia albo lepiej Nowa Zelandia. Jak na razie, dodajmy, na tych obszarach program Lewicy spotyka się z większym zrozumieniem niż Polsce.
Żeby nie być posądzonym o małpią złośliwość względem politologii pana Jaworskiego chciałbym na zakończenie wyjaśnić dość oczywiste źródło wszystkich nonsensów, które zostały przez owego Autora wypowiedziane.
Wyjaśnienie, że idee te zostały wypracowane w plugawych czeluściach Mordoru na Czerskiej zawiera tylko część prawdy albowiem guru Michnik raczej nie grzeszy ani oryginalnością ani samodzielnością myślenia.
Źródło bredni o PiSie w opuszczonych okopach PZPR tkwi w znanej niegdyś książce Francisa Fukuyamy „Koniec historii”. Fukuyama stwierdza w niej, że neoliberalizm na wszystkich swoich poziomach rozwoju jest najwyższym i nieprzekraczalnym etapem rozwoju ludzkości i wszystko to co nie uznaje tej prawdy musi być powrotem przed neoliberalizm. Z tego punktu widzenia jest oczywiste, że jeżeli
Kaczyzm nie uznaje neoliberalnych „wartości” to musi być zakorzeniony w przeszłości i trzeba mu to udowodnić na przykład wymyślając mityczne „opuszczone okopy PZPR”,
w których ma rzekomo tkwić.
Trzeba jednak pamiętać, że ci którzy hołdują tej logice znajdują się w sytuacji przysłowiowej żaby, która nogę podstawia gdy konia kują.
Megalomania Adama Michnika wykracza poza lokalny grajdołek. Tryumf fukuyamizmu w „Gazecie Wyborczej” nie rozpoczął od pokazywania postpezetpeerowskiej Lewicy gdzie jest jej miejsce. Zaczął się on od osobistej wojny Adama Michnika z Władimirem Putinem. Uznanie Rządów Putina w Rosji za krótkotrwały anachronizm rozpoczęło trwający do dzisiaj ideologiczny obłęd. Dowodzenie, że Rosja Putina nie ma prawa istnieć i już za chwilę, za moment, upadnie, jest zasadniczym źródłem ideologicznego stuporu panującego na Czerskiej i w jej okolicach.
Niedopuszczanie do siebie prostej prawdy, że rządy Putina stały się sygnałem początku końca neoliberalnej utopii stało się fundamentem nowej odsłony „Dziejów głupoty w Polsce”. Pojawianie się coraz to nowych ruchów populistycznych i kolejnych dyktatur z maniackim uporem wpisywane jest w infantylny schemat Fukuyamy.
Zignorowane zostały nie tylko fakty ale również sygnały, alternatywnego myślenia. Genialna analiza Immanuela Wallersteina „Koniec świata jaki znany” nie zainteresowała w Polsce nawet psa z kulawą nogą, „To zmienia wszystko” Nami Klein niczego w Polsce nie zmieniło. „Świt robotów” Martina Forda nie rozświetlił ciemności kryjących polską ziemię. „Cztery przyszłości” Petera Frasego (recenzowane na łamach „Trybuny” przez autora niniejszych rozważań) też okazały się psim głosem nie idącym pod niebiosy „polskiej politologii”.
Wymienianie lekcji nie odrobionych przez polską Lewicę i „polską politologię” jest zbyt żenujące żeby je kontynuować i naprawdę jest znacznie bardziej żenujące, niż oglądanie wszystkich dziewcząt jedzących banany sfotografowanych przez wszelkie możliwe Natalie LL, mające poprowadzić nas ku świetlanej przyszłości.

Fejk niusy

• Pierwszy sukces nowej partyjki niedawnego podwładnego Gowina. Partia Republikańska została zarejestrowana w Gdańsku, na adresie, gdzie jest biuro poselskie posłanki lewicy, Maciejewskiej.
• Cały świat z zainteresowaniem czyta korespondencję mailową harcerza Dworczyka. Już przywykliśmy do tego, że jak afera, to żadnych konsekwencji w rządzie czy tajnych służbach nie będzie. W normalnym kraju kilka osób straciłoby stanowiska, ale nie u nas. Tymczasem w PiS znaleziono winnych. Jak zwykle winna jest opozycja.
• W 2011 r. Kornel Morawiecki wymyślił odznakę nazwaną Krzyż Solidarności Walczącej. W 10 rocznicę tego wymyślunku Krzyż otrzymał jego synek Mateusz zwany Pinokiem, „szczególnie zasłużony w walce o „Wolność i Solidarność między ludźmi i narodami”. Nie podano, między jakimi konkretnie ludźmi i jakimi narodami.
• Chcesz pracować jako rządowy informatyk od bezpieczeństwa? Dostaniesz nieco ponad 2 tys. zł na rękę miesięcznie. Dzięki przetargom trafiającym do Internetu wiemy, że bezpieczeństwem państwa zajmują się najwyższej klasy specjaliści. A przy okazji, ciekawe, ile płacą Ruscy.
• Spece PiS od PR wraz z TVP tym razem zaspali. Burza i powódź w Poznaniu i zapomnieli oskarżyć o to Trzaskowskiego i Tuska.
• Kaczyński dla fanatyków prawicy jest wyrocznią na miarę Arystotelesa i Piłsudskiego razem wziętych. Teraz okazało się, że jest również wyrocznią świata mody. Na zjazd założycielski nowej prawicowej partyjki założył buty z dwóch innych par. Czekamy, aż nowa moda dotrze do otwartego na modowe nowinki, Paryża.
• Prawica sromotnie przegrała i prezydentem Rzeszowa został niezależny kandydat, zgodnie popierany przez opozycję. Ciekawe, czy nadal będą twierdzić, że „Kto wygrywa w Rzeszowie, wygrywa w całej Polsce”.
• Mordercza walka i ciężki bój – tego typu wojenno-kryminalnych określeń używają Wiadomości TVP, mówiąc na temat rywalizacji o widza z prywatnymi stacjami. To informacje dla politycznych pryncypałów – aby pokazać, że warto było wpompować miliardy z podatków Polaków. I że warto zabrać wrogim stacjom kasę z reklam. Wtedy przyjdzie zwycięstwo w wojnie ojczyźnianej, a przeciwnicy polegną w boju, sromotnie pokonani.

Duma i milczenie

Rządzona przez PiS Polska coraz bardziej hamuje rozwój Unii Europejskiej. Pragnie zmienić ją na „obraz i podobieństwo bożę”. Czyli swoje. Konserwatywnego, obrażonego na zmieniający się świat, narodowo -katolickiego skansenu.
Jeszcze pięć lat temu gorące debaty o „Unii Europejskiej dwóch prędkości” koncentrowały się na pytaniu o zasadność wprowadzenia wspólnej waluty.
Dzisiaj najgłośniejsze medialnie spory o przyszłość Unii Europejskiej toczy narodowo – kościelny duet rządów Polski i Węgier. Żądający od Brukseli odrzucenia idei nowoczesnego, świeckiego, opartego na równości płci społeczeństwa. Postulujących powrót do wyidealizowanego narodowego, patriarchalnego, religijnego społeczeństwa. Konserwatywnej utopii społecznej.
I teraz też Polska, rządzona przez PiS, znajduje się w unijnej mniejszości. Już nie w grupie „drugiej prędkości ekonomicznej”, lecz partyzanckich „hamulcowych Unii”.
Elity PiS kreując swą politykę kierują się prymatem ideologii nad pragmatyzmem, realizmem i korzyściami gospodarczymi.
Nic zatem dziwnego, że również w sferze polityki zagranicznej ta Polska plasuje się w gronie państw zmarginalizowanych i niekompatybilnych.
Koń przemieniony w osła
Za czasów prezydentury Donalda Trumpa Polska PiS dorobiła się miana „amerykańskiego konia trojańskiego” w Unii Europejskiej.
Elity PiS uczyniły rosyjskie zagrożenie fundamentem swej polityki zagranicznej. Wizja rosyjskich czołgów jadących na Warszawę, objawiona w przepowiedni prezydenta Kaczyńskiego, skutecznie mobilizowała narodowo-katolickich wyborców. Patriotycznie szantażowała wszelkich krytyków tej politycznej bredni.
Aby zapewnić bezpieczeństwo Polsce politycy PiS podlizywali się prezydentowi USA gdzie tylko mogli i jak tylko mogli. Wykreowali wizję „Fortu Trump” – silnego skupiska wojsk USA na wschodniej flance NATO.
Niestety ten pragmatyczny pomysł skazili swymi antyniemieckimi fobiami. Ów „Fort Trump” miał nie tylko powstrzymywać rosyjskie czołgi, ale być też alternatywą dla amerykańskich baz w Niemczech.
Taka antyrosyjska i antyniemiecka polityka podobała się prezydentowi Trumpowi. Chciał słabej, skłóconej Unii Europejskiej. Chciał skuteczniej wywierać nacisk na Niemcy. A w maszerujące na Warszawę rosyjskie czołgi pewnie nie wierzył.
Wierzył za to, że grając rosyjskim zagrożeniem skuteczniej zmusi europejskie państwa NATO do zwiększenia swych wydatków na wojsko. A to przełoży się na zakupy amerykańskiej broni.
Zwłaszcza przez państwa średnio zamożne, jak Polska, ale pozbawione własnego nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego.
Dziś nowy prezydent USA Joe Biden chciałby anty chińskiego sojuszu z najbogatszymi państwami Unii Europejskiej. Zależy mu, w przeciwieństwie do swego poprzednika, na silnej i zjednoczonej Unii Europejskiej. Polska PiSowska, ten majster od demolowania Unii, nie jest już teraz administracji USA potrzebna.
Obecna Polska nie może być częścią aliansu zachodnich demokracji, który prezydent Biden chce teraz budować.
Przydaje się amerykańskiej administracji jedynie jako propagandowy czarny charakter. Państwo niedemokratyczne, ksenofobiczne, nietolerancyjne dla środowisk LGBTI. Homofob, zły uczeń, którego można propagandowo wytargać za uszy, pouczać w internetowym klipie wyprodukowanym i firmowanym przez ambasadę USA.
W Polsce nadal nie ma amerykańskiego ambasadora. Pan prezydent, pan premier i ministrowie również nie mają dobrych relacji z administracją prezydenta Bidena. Polska nie istnieje w polityce najważniejszego gwaranta swego bezpieczeństwa.
Inna wojna
Chłód okazywany przez prezydenta Bidena rządom PiS nie spowoduje wycofania wojsk USA z polskich baz. Pierwsze decyzje o ich stacjonowaniu zapadły jeszcze za prezydentury Baracka Obamy. Wszystkie koszty stacjonowania tych wojsk ponoszą polscy podatnicy.
Były szef Sztabu Generalnego WP generał Mieczysław Gocuł w obszerny wywiadzie dla „Przeglądu” celnie opisał stan polskiego wojska po rządach pana ministra Antoniego Macierewicza.
Najlepiej obrazuje go porównanie z wojskiem niemieckim.
Kiedy w Polsce tworzono nowy rodzaj sił zbrojnych, ponad 50 tysięczny korpus Wojsk Obrony Terytorialnej, u niemieckich sąsiadów stworzono wojska cybernetyczne. Złożone z kilkunastu tysięcy informatycznych specjalistów.
Polsce, państwu członkowi NATO i Unii Europejskiej, nie grozi atak rosyjskich czołgów, uważa generał Gocuł. Przestrzega przed tworzeniu takich paranoicznych zagrożeń.
Zagrożenia są zupełnie inne, bo nowe wojny będą odmienne od tych z wyobrażeń PiSowskich dziadersów. Niedawna, lokalna wojna między wojskami armeńskimi i azerbejdżańskimi dowiodła anachronizmu ataków opartych na siłach pancernych. W starciu ormiańskich czołgów z azerbejdżańskimi dronami, wygrały te ostatnie.
Stąd wnioski, że przyszłe starcia rozgrywać się będą przede wszystkim w powietrzu. Stamtąd też można oczekiwać największego zagrożenia.
W roku 2019 „gwarant polskiego bezpieczeństwa”, prezydent USA Donald Trump wypowiedział układ INF. Aby zaszantażować zbrojące się Chiny.
Układ INF /Treaty on Intermediate-range Nuclear Forces/, czyli „Układ o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu” został podpisany jeszcze w latach osiemdziesiątych pomiędzy USA a ZSRR. Zobowiązano się w nim, że obie strony muszą likwidować lądowe rakiety balistyczne oraz pociski średniego i pośredniego zasięgu.
Chiny nie uczestniczyły w tamtych negocjacjach, bo wtedy armia chińska nie dysponowała arsenałem rakiet tego typu. Potem zaczęła się zbroić i dlatego prezydent USA wycofał się z ograniczeń. Też zaczął się zbroić, co wywołało rosyjskie zbrojenia.
I tak za to,że Chińczyk zawinił, pogorszyło się bezpieczeństwo Polski. Bo w razie konfliktu szybciej na polskie terytorium dolecą rakiety niż dojadą czołgi.
Teraz prezydent Biden i jego europejscy sojusznicy chcą powrotu do limitowania pocisków średniego zasięgu. Polska PiS milczy. Przygotowuje wojska WOT do walki z rosyjskimi czołgami. Przy pomocy „koktajli Mołotowa”…
Dumna i milcząca
Podczas ostatniego szczytu NATO prezydent Francji zaproponował podjęcie dialogu z Rosją. Miał wsparcie ze strony Niemiec. Ich minister spraw zagranicznych Heiko Maas wielokrotnie proponował budowanie „pragmatycznych relacji” z Rosją. Dialog taki miała zablokować Polska wsparta przez państwa bałtyckie i Ukrainę.
Nie zakończyło to sporu. Stanowisko francusko- niemieckie poparł premier Włoch Mario Draghi. Bo Rosja jest „ważnym partnerem gospodarczym Unii”. Sprzeciwił się temu polski wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz.
Uważa, że Rosja niewiele może zaoferować europejskiej gospodarce. I szkoda z nią gadać.
Polska PiS nie wejdzie w takie „pragmatyczne relacje”.
Ciekawe, bo nie brzydzą się nimi jedynie sojusznicy PiS w Europie. Premier Węgier Orban i włoscy salwiniści. Są ostentacyjnie prorosyjscy. Nawet pro Putinowscy.
Zatem Polsce PiS pozostaje duma. Wierne milczenie.
Dialog jedynie ze sobą.

Bigos tygodniowy

Odejście posłów Girzyńskiego, Janowskiej i Czartoryskiego z klubu i partii PiS, to wyjęcie kolejnej cegiełki z muru władzy, niezależnie od tego, jakie motywacje stoją za decyzjami tej trójki. Bigos nie zamierza w związku z tym traktować ich jako „Naszych”, nie mniej to wydarzenie pozytywne, kontynuacja procesu korodowania czy obozu rządzącego. PiS formalną większość tym samym straciło, a co będzie dalej, nie sposób dziś przewidzieć. Na pewno turbulencje w szeregach kadrowych reżimu nasilą się. Ciekawe czy – i w jakim stopniu – proroczy okaże się w tym przypadku tytuł filmu Antoniego Bohdziewicza z 1949 roku, który brzmiał „Za wami pójdą inni”.


Póki co, być może pierwszym testem szczerości „frondystów” będzie głosowanie wniosku o odwołanie Czarnka, za jego czarnosecinne wypowiedzi o ludziach LGBT.


Kilka dni później odbyła się konwencja partyjki Jarosława Dostojnego Gowina. Znamienne, że sam Najwyższy Prezes, który był się przy ledwie poczęciu Republikanów Bielana, nie pojawił się na ważnym zgromadzeniu starego koalicjanta. To tak jakby poszedł na chrzciny dziecka kolegi, lekceważąc jednocześnie urodziny własnego, podrastającego dziecka w ramach kary za wybryki okresu dojrzewania. I pewnie dobrze zrobił, bo musiałby się nałykać gorzkich żali pod adresem PiS, a tego mógłby nie zdzierżyć, mógłby wyjść z nerwów, demonstracyjnie opuścić salę i skandal byłby gotowy. Dlatego wysłał umyślnego w osobie przybocznego Sobolewskiego, męża kolekcjonerki posad w spółkach Skarbu Państwa i to on wziął na klatę gorzkie żale oraz pogróżki Gowina i gowinowców. A to przecież jednak nie to samo.


PiS chce wprowadzić pojęcie „przestępstwa edukacyjnego”, które umożliwi karanie więzieniem dyrektorów szkół n.p. za zapraszanie do szkół osób i organizacji innych niż te o profilu nacjonalistyczno-klerykalnym. Powtarzam, za tego rodzaju „zbrodnie”, a nie za malwersacje finansowe, które w szkołach zdarzają się, jak wszędzie. To kolejna próba wzmocnienia terroru klerykalno-nacjonalistycznego, który od pewnego czasu rozpędza się w Polsce, m.in. jako nasilająca się fala sądowego nękania mediów.


Z niezrozumiałych powodów uwadze większości mediów umknęło zdarzenie, które miało miejsce w Łodzi, zupełnie niedawno, w czerwcu. Policja wtargnęła na wystawę fotograficzną w tamtejszej „Galerii Off Piotrowska” i zarekwirowała fotografie przedstawiające m.in. JPII i Kaczyńskiego Jarosława w otoczeniu wagin i tym podobne bezeceństwa. Zawiadomienie o „obrazie uczuć religijnych” złożyła niejaka Wojciechowska-Heukelom, miejscowa prawicowo-klerykalna, wyjątkowo agresywna fanatyczka, która dała się poznać jako uczestniczka byłego już programu publicystycznego szczujni TVPiS, „Studio Polska”, prowadzonego przez oddanych PiS funków tej stacji, Ogórek i Łęskiego. Fotografiom nie pomogło nawet to, że były to „Waginy polskie”, a nie waginy w ogóle. To kolejny akt terroru religijnego, jaki w Polsce się nasila od dłuższego czasu. Wróćmy do punktu wyjścia: informacja na ten temat nie znalazła się z paśmie publicystyczno-informacyjnym żadnej z wiodących stacji telewizyjnych. Bigos od dawna obserwuje dziwne zjawisko pomijania przez telewizje informacyjne ważnych faktów. Na przykład takich jak aresztowanie Bartosza Kramka z Fundacji Otwarty Dialog. Bigos chciałby wiedzieć, czy zapudłowano go za prawdziwe przestępstwa finansowe, jak głoszą oficjalne komunikaty, czy za to, że jest wrogiem PiS? Przypadek to, dziennikarska niestaranność, a może coś innego? W każdym razie od pewnego czasu telewizje informacyjne są z informacyjnego punktu widzenia coraz mniej miarodajne, coraz bardziej wybiórcze. Ten, kto ogląda tylko telewizje, a pomija internet i prasę, ten gówno się dowie o tym, co się wokół dzieje.


Parlament Europejski ogłosił rezolucję odnośnie prawa do aborcji, jako jednego z praw człowieka. Niemal w tym samym czasie prawo do aborcji wprowadzono zostało na Gibraltarze. Tym samym Polska z jej obecnym, barbarzyńskim i terrorystycznym prawem dotyczącym aborcji, jawi się jako jaskrawy anachronizm coraz bardziej odstający od reszty Europy.


Prokuratura PiS w Toruniu zabezpieczyła część majątku męża posłanki Lewicy Joanny Scheuring-Wielgus na okoliczność postępowania w sprawie o „zakłócenie mszy w jednym z kościołów”. Zabezpieczanie majątkowe stosuje się w sprawach poważnych bądź takich, w których w grę wchodzą ewentualne przestępstwa gospodarcze i finansowe dużego kalibru. W tym przypadku o niczym takim nie może być mowy, więc to ordynarna, bezczelna szykana ze strony prokuratury Ziobra i Godzilli.


Czego by nie myśleć o głośnej nowelizacji Kodeksu Postępowania Administracyjnego, to władza PiS ma wyjątkowy niefart w sprawach związanych z relacjami polsko-żydowskimi, z Izraelem.


Niemiłych wrażeń doznawał Bigos słuchając długiej poniedziałkowego raportu Episkopatu i konferencji prasowej grupy katolickich księży z udziałem prymasa Polaka w sprawie klerykalnej pedofilii. Cała ta ich narracja i formie i w treści zrobiła bardzo złe wrażenie. To nie były wypowiedzi ludzi przyjmujących postawę otwartą i szczerą. Wyglądali tak, jakby byli oblężoną twierdzą, siedzieli za stołem sztywni jak kije od szczotki, z minami pełnymi czujności, cedząc słowa, serwując ostrożne ogólniki. Skoro tak zachowują się nawet ci przedstawiciele kleru, którym jak Polakowi czy kilku innym, przypisuje się względnie dobre i szczere intencje w kwestii przestępstw seksualnych swoich braci w kapłaństwie, to co dopiero mówić o innych….


A poza tym – osiem gwiazdek

Flaczki tygodnia

„Gaście światło obywatele, elektrownie czekają na prąd, jasna przyszłość naszym jest celem, lepiej będzie widoczna stąd”. Ten refren satyrycznej piosenki Staszka Klawe, ze studenckiego kabaretu „Piosenkariat” z końca lat siedemdziesiątych zeszłego wieku, znów stał się aktualny. Nowy Polski Ład proponowany przez pana prezesa Kaczyńskiego dławi się już na starcie. Jego wąskim gardłem okazuje się polska, przestarzała energetyka. W Polsce Ludowej przestarzała energetyka skutecznie blokowała ambitne plany reform ekipy Gierka. Dziś obrona przestarzałego modelu polskiej energetyki przez elity PiS może skutecznie rozwalić proponowany przez jaśniepana prezesa Nowy Polski Ład. Bo okazuje się, że ów „Ład” oparty jest na kiepskim fundamencie. Energetycznym nieładzie.

„Będziemy z całą mocą przeciwdziałać tej niesłusznej, niesprawiedliwej i niespodziewanej decyzji TSUE – zapowiedział pan premier Mateusz Morawiecki. Chodziło o tymczasowe postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kopalni Turów. Nakazujący zastopowanie jej działalności do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.

Negowanie wyroku sądowego przez pana premiera Morawieckiego może zachęcić obywateli naszego kraju do powszechnego negowania i nie wykonywania wyroków wszelkich sądów jeśli uznamy je za „niesłuszne, niesprawiedliwe i niespodziewane”. Sąd sądem, a „sprawiedliwość” musi być po naszej stronie. Tak to „Prawo i Sprawiedliwość” otwiera ochronny parasol nad wszystkimi niezadowolonymi z wyroków sądowych. Nawet sądów boskich.

Wiceprezeska Trybunału sędzina Rosario Silva de Lapuerta wydała taki wyrok na wniosek rządu Czech. Uzasadniając, że „na pierwszy rzut oka nie można wykluczyć, iż polskie przepisy naruszają wymogi wynikające z dyrektywy o ochronie środowiska”. Że „wydaje się wystarczająco prawdopodobne, że dalsze wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów do czasu ogłoszenia ostatecznego wyroku może mieć negatywny wpływ na poziom lustra wód podziemnych na terytorium czeskim. A to może nawet być zagrożenie dla zaopatrzenia społeczności lokalnych w wodę pitną. I nie zmienią tego nawet działania strony polskiej, która zapowiedziała budowę ekranu przeciwfiltracyjnego zapobiegającego negatywnym skutkom środowiskowym działalności kopalni. Bo budowa zapowiedzianego ekranu może skończyć dopiero w 2023 roku.” To zdaniem TSUE jest zbyt odległym terminem.

Teraz rząd polski ma 30 dni na zawieszenie kosztownego dla budżetu państwowej elektrowni wyroku. Czyli dogadanie się ze stroną czeską, aby wycofała z TSUE swój wniosek. Będzie to trudne, bo do tej pory polski rząd konsekwentnie olewał czeskie pretensje. Traktując je protekcjonalnie.

Dodatkowo w Republice Czeskiej nie ma, od prawie roku, polskiego ambasadora, bo za rządów PiS relacje z Czechami są złe, a w polskim MZS panuje stan chronicznego konfliktu, wojny wszystkich ze wszystkimi. To czyni ministerstwo nieproduktywnym.

Na razie rząd PiS zareagował po staremu. Ogłosił, że nie wykona niekorzystnego wyroku sądu. A usłużne wobec PiS media braci Karnowskich od razu oskarżyły Niemcy o sprowokowanie tego wyroku. W efekcie nienawiść do Czech, Niemiec i Unii Europejskiej wśród narodowo-katolickich wyborców PiS jeszcze bardziej wzrośnie.

Rządy jaśniepana prezesa Kaczyńskiego nie prowadzą sprawnej polityki zagranicznej, tylko utrzymują konieczne relacje z obcymi państwami. Podporządkowują je polityce wewnętrznej. A ściślej kolejnym kampaniom wyborczym swojej partii. Jaśniepan prezes traktuje Polskę jako swoje, samodzielne królestwo, które nie musi się liczyć z opiniami państw sąsiednich. Bo Polacy są wybranym narodem, a Polska wystarczająco wielką, by nie musieć uzgadniać swej polityki z małymi Czechami. Zdaniem elit PiS Polsce z natury należy się przewodnictwo w Grupie Wyszehradzkiej, w Trójmorzu i Unii Europejskiej. Polsce należą się też pieniądze z Unii Europejskiej, bez konieczności prowadzenia wspólnych polityk.

Polska energetyka oparta jest na węglu kamiennym i brunatnym. Węgla kamiennego, zwłaszcza taniego, zaczyna już w Polsce brakować. Jego deficyt uzupełniany jest importem z Rosji. Wydobycie polskie systematycznie spada, a import węgla z Rosji rośnie. Symbolem nietrafionej polskiej energetyki węglowej jest elektrownia w Ostrołęce. Projektowana i budowana przez lata, nieskończona, a teraz demontowana. Polscy podatnicy zapłacą teraz za te PiS- owskie fanaberie ponad 2 miliardy złotych !

Słabość polskiej energetyki ujawniła w zeszłym tygodniu awaria stacji rozdzielczej w Rogowcu, która wyłączyła 10 z jedenastu bloków elektrowni w Bełchatowie. Największej w Polsce i w Europie. Największej też z grona przestarzałych. Do katastrofy energetycznej nie doszło, bo uzupełniliśmy deficyt prądu pomocowymi dostawami z Niemiec, Czech i Słowacji. Pięć dni później w tejże elektrowni bełchatowskiej zapalił się gigantyczny przenośnik transportujący węgiel brunatny. W Internecie zawrzało. Miłośnicy PiS od razu oskarżyli Niemców o kolejny sabotaż w Bełchatowie.

Niemcy są medialnym wrogiem wyborców PiS. Bo budują gazociąg Nord Stream 2, który ma uzależnić energetycznie Europę od gazu z Rosji. Jednocześnie ci sami wyborcy płaczą po rozbieranej właśnie elektrowni w Ostrołęce, która miała być symbolem PiS potęgi. A była budowana za pieniądze polskich podatników aby spalać rosyjski węgiel. Aby za polskie pieniądze utrzymywać rosyjskie kopalnie. Okazuje się, że Nord Stream 2 jest dla narodowo- katolickich patriotów zły, bo uderza w interesy ekonomiczne Amerykańskich importerów gazu skropionego. Zaś polska energetyka oparta na importowanym rosyjskim węglu jest dobra, bo uderzą w ”lewackie” projekty zielonej, odnawialnej energetyki.

Tak to suwerenność energetyczna PiS oparta jest na wasalnych relacjach wobec USA i Rosji. Dzięki niej Polacy mają najdroższy prąd w Unii Europejskiej. I będą mieli jeszcze droższy, bo jaśnie pan prezes Kaczyński budując swego energetycznego Misia nie powiedział ostatniego słowa.
Nasi Autorzy awansują.
Doświadczony dyplomata, były ambasador Chin w Polsce, Liu Guangyuan został mianowany szefem chińskiego przedstawicielstwa MSZ w Specjalnym Autonomicznym Regionie ChRL Hongkong.
JE Ambasador Liu w czasie pełnienia swych obowiązków był aktywny w polskich mediach. Publikował regularnie artykuły w „Trybunie”, a przed swym wyjazdem udzielił „Trybunie” obszernego wywiadu na temat przyszłości Hongkongu.

Bigos tygodniowy

„Bóg jest gejem” – autora takiej (trudno orzec czy prawdziwej) informacji umieszczonej na jednym z murów Działdowa. Cała dzia(ł)dowska policja stanęła na rozkaz do boju i na początek zwróciła się do działdowian o wskazanie sprawcy tej potwornej zbrodni. To jest coś niewiarygodnego, że w XXI wieku, w kraju należącym do Unii Europejskiej, policja w ogóle może być angażowana do takich spraw i to z taką intensywnością, jakby chodziło o seryjnego mordercę. Z drugiej strony to wprost wymarzony temat na scenariusz absurdalnej komedii filmowej typu barejowego. W takich sytuacjach polska policja jest znacznie bardziej komiczna niż francuscy policjanci z niezapomnianych komedii z Louisem de Funés. Nawiasem mówiąc policja polska bywa czułostkowa i sentymentalna jak przedwojenne pensjonarki. Telewizje pokazały pewnego komendanta, który płakał przed kamerą nad smutnym losem chłopca skrzywdzonego przez rodziców. Ciekawe, czy ów komendant płakał nad losem kobiet bitych i przetrzymywanych w komisariatach przez jego kolegów po ulicznych demonstracjach.


„Obraza uczuć religijnych jest przestępstwem „archaicznym” i „prawnym kuriozum”. W ogóle nie powinno być tego zapisu w kodeksie karnym (…), bo jest nadużywany przez oportunistów i fanatyków religijnych. Został stworzony, żeby bronić mniejszości, a jest wykorzystywany przez tych, którzy mają w Polsce monopol na religię” – powiedział Adam Nergal, trafiając w samo sedno. 


Tymczasem w mediach można znaleźć informację o pewnej kobiecie, która jest w ciąży z płodem syjamskim, więc szykuje się dramatyczny problem. Ciągle towarzyszy Bigosowi poczucie, że śni koszmarny sen. Bo oto „w środku” Unii Europejskiej wprowadzono kilka miesięcy temu zakazy, które kojarzą się nie z cywilizowanym prawem, z opowieściami o Gileadzie i podręcznych, z poetyką makabrycznego horroru, z bajkami braci Grimm, opowiadaniami Edgara Allana Poe czy filmami o Hannibalu Lecterze. Bo jak inaczej oddać rzeczywistość, w której państwo zmusza kobiety, pod rygorem kar z katalogu zawartego w prawie karnym, do rodzenia trupów, półtrupów i potworków?


Tak jak chcą się wpieprzać z prawo czeskie, tak za nic mają wyroki sądów. Kania Dorota objeżdża gazety zakupione przez Obajtka i zwalnia dziennikarzy. A gazety już są tubami władzy. Regularnie zaglądam do „Kuriera Lubelskiego”, lokalnej gazety mojej młodości. W oka mgnieniu, po przejęciu jej przez pisowskiego nominata, gazeta ta zamieniła się w bezzębny biuletyn rządowy. Jest po prostu nie do poznania.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejski Trybunał Praw Człowieka wydały kolejne orzeczenia w sprawie naruszania praworządności. Pisowscy czynownicy reagują na to jak zwykle – „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”


Podobnie na raport prezesa NIK Banasia w sprawie niedoszłych wyborów kopertowych zareagowali pisowcy. Ujawnił cząstkę ich przecherstw, a oni na to … „nie mamy pańskiego płaszcza”. Miejmy jednak nadzieję, że raport w przyszłości będzie jak znalazł, a nie jak zgubił…


Szczepienia szły w Polsce przez pewien czas jako tako, można nawet powiedzieć, że nie najgorzej na tle szeregu krajów europejskich, ale to się skończyło, mimo słabej na ogół organizacji. Wygląda na to, że zaszczepili się ci, którzy chcieli się zaszczepić, a teraz machina stanęła wobec tej części populacji, która szczepić się nie chce i zapytana albo deklaruje to jawnie albo ucieka w wymówkę typu „poczekam”. Zdarzają więc już nawet przypadki zamykania punktów szczepień z braku chętnych. Dlatego wycofanie części obostrzeń i ogólne radosne poruszenie tłumów na ulicach, choć psychologicznie zrozumiałe, może skończyć się nową falą epidemii. Spowolnienie, by nie rzec wyhamowanie fali szczepień nie poprawiło poziomu organizacji. N.p. z urzędu nie przyspiesza się drugiego terminu szczepienia drugą dawką osób zaszczepionych przed 17 maja. Czy to naprawdę jest taki problem? Podobnie ze szczepieniami wracających do szkoły uczniów. Zamiast kierując się zasadami logiki i zdrowego rozsądku organizować dla nich punkty szczepień w szkołach, każe im się szukać punktów szczepień nie wiadomo gdzie i gdzie się da. Aspirującemu podobno do wysokich stanowisk harcerzowi Dworczykowi jakoś to proste rozwiązanie do głowy nie przyszło.


O tym całym na dęto ogłoszonym „Polskim Ładzie” czyli pisowskiej pajęczynie, nie bardzo chce się pisać, bo wszystko co od PiS pochodzi, na milę śmierdzi szachrajstwem. Po pierwsze, jako festiwal obietnic, które w znaczącej części nie zostaną spełnione, tak jak niegdysiejsze obietnice dotyczące wybudowania stu tysięcy mieszkań czy wyprodukowania miliona aut elektrycznych. Po drugie, jako formuła propagandowa, która polega na tym, że to, co daje się, daje się głośno, a to co odbiera, odbiera się po cichu, a „bilans musi wyjść na zero”. Bigos najbardziej martwi jednak to, że podatność elektoratu PiS na dętą propagandę może przyczynić się do ich kolejnej wygranej wyborczej. Ostrzega przed tym m.in. profesor Wojciech Sadurski, a także Andrzej Machowski, autor poważnej analizy aktualnego poziomu poparcia dla partii politycznych. Z analizy wynika, że obóz rządzący zdołał już odzyskać straty, jakich doznał po ogłoszeniu jesiennego pseudowyroku trybunału Przyłębskiej w sprawie aborcji. Traci natomiast skłócona opozycja, nad której rozbiciem i skłóceniem Bigos bardzo ubolewa.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie to: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie…”?
Toż to najlepsze streszczenie misternie tkanego przez wicemarszałka Senatu Michała „Misia” Kamińskiego politycznego planu doprowadzenia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego do stanu takiego wkurwienia, aby oszalały ze złości, porzucił posiadaną władze niczym gorącą cegłę. I jednoczesnego skaperowania pana wicepremiera Gowina w celu stworzenia Rządu Tymczasowego, opartego na zgodnej koalicji od lewicowego Zandberga po skonfederowanego Brauna, podnoszącego porzuconą na bruku władzę. Aby otrzepać ją z PiS-owskiego gówna i skonsumować przy wspólnej wieczerzy jeszcze w tym miesiącu.

Plan był tak fantastycznie prosty, że musiały się zakochać w nim gromadki cudownych dzieci komentujących politykę w polskich, liberalnych mediach. Pod przewodem tych złotych : Tomka Lisa, Moniki Olejnik, Zbyszka Hołdysa, i Tomka Wołka też. Zamkniętych od miesięcy przez pandemię w domach, nieczytających już politologicznych tekstów, komentujących jednie siebie nawzajem.
Co gorsza, swą miłością i wiarą w cudowny „Misiowy” plan, pozarażali oni zawodowych, profesjonalnych ponoć, polityków Platformy Obywatelskiej. Też osłabionych intelektualnie brakiem żywego kontaktu ze społeczeństwem, absencją w samokształcenia się. Upojonych sondażami i lajkami do swych twetterowych komentarzy. Opium polskiej klasy politycznej.

Dopiero politycy Lewicy przerwali ten polityczny miraż i ocalili liderów Platformy Obywatelskiej przed nieuchronną i kompletną kompromitacją. Paradoksalnie to dzięki porozumieniu Lewicy i PiS, liderzy PO i usłużni im komentatorzy, mogą teraz nadal przekonywać się i innych, że ich misterna intryga miała wielkie szanse na sukces. Nie doczekali go jednak, bo zostali zdradzeni, o świcie rzecz jasna, przez podstępną Lewicę. Podłych PiS- owskich sługusów. Ale dzięki temu honor i cnota polityczna PO zostały ocalone.
O klęsce politycznej PO rozmawiać już w liberalnych mediach nie wypada, zwłaszcza wśród ludzi czułych tam na estetyczną stronę polityki.

Na tych samych zasadach myślowych miliony Polaków od siedemdziesięciu lat samo oszukują się w przekonaniu, że Powstanie Warszawskie miało szansę na sukces, czyli pokonanie militarnie Hitlera i politycznie Stalina. Nie udało się, tylko dlatego, że podły Stalin nie chciał pomóc Powstaniu w pokonaniu siebie.

Miłośnikom wizji sejmowego powstanie przeciwko prezesowi Kaczyńskiemu pod wodzą pana wicepremiera Gowina polecamy: https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-poparla-pis-meltdown-komentarz-galopujacy-major/.

Miłośnikom odgrzewanej przez liberalnych komentatorów „Estetyki Polityki”, zwłaszcza zasady, że „Z terrorystami, czyli z PiS, nie rozmawia się”, Flaczki przypominają rok 1998. Wtedy to specjalny wysłannik polskiego MSZ Zenon Kuchciak otrzymał od liberalnych mediów przydomek „polskiego Jamesa Bonda”. Za negocjacje z czeczeńskimi terrorystami, zakończone zwolnieniem pięciu porwanych polskich obywateli. Wtedy to redaktor Monika Olejnik psalmy ku czci Kuchciaka wyśpiewywała, bo dzielnie z terrorystami pogadał.

Nieprawdą też jest, co bezmyślnie liberalni komentatorzy polityczni powtarzają, że przegłosowania unijnego funduszu odbudowy wzmocniło rządzącą, koalicyjną Zjednoczoną Prawicę. Dało im spokojny czas do wyborów w konstytucyjnym terminie jesieni 2023 roku i unijne pieniądze na przekupienie wyborców, czyli Polaków.
Nieprawdą jest, że obywatele naszej Polski głosują jedynie za pieniądze. Flaczki mają wiele krytycznych ocen Polaków, lecz nie redukują ich politycznych wyborów do poziomu „Dasz kiełbasę – masz mój głos”.

Nieprawdą też jest, że wspomagające w sejmie głosy Lewicy wielce wzmocniły Zjednoczoną Prawicę. Przeciwnie, tamte głosy mogą okazać się pocałunkiem śmierci dla jedności polskiej prawicy i partii jaśniepana prezesa.
Pan minister Zbigniew Ziobro i jego Solidarna Polska zostali publicznie upokorzeni przez jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Co z tego, że jaśniepan prezes nie pogonił ziobrystów z koalicji od razu. Co ma wisieć nie utonie.

Pan minister Ziobro jest twarzą „reformy wymiaru sprawiedliwości” w obecnym rządzie. Na szczęście dla Polski jego „reformy” nie zostały dokończone, a system został zrujnowany do szczętu. Choć sądy działają wolniej i gorzej niż przed „reformą”, co każdy ich klient zauważy.
Teraz „reformy Ziobry” dostaną kolejny hamulec – unijny mechanizm „Pieniądze za praworządność”. Im więcej będzie przeprowadzanych ziobrowskich „reform”, tym więcej będzie ze strony Unii Europejskiej gróźb zablokowania i opóźnień transferów zaplanowanych już w rządowych programach pieniędzy.
Zatem w interesie pana premiera Morawieckiego nie będzie wspieranie „reform” i jakiejkolwiek innej działalności pana ministra Ziobry. Może nawet uczynić go odpowiedzialnym za kłopoty rządu w pozyskiwaniu pieniędzy z Unii. Potrzebnych przecież na kiełbasę wyborczą dla PiS.

Pan minister Ziobro wie, że on i jego drużyna, nie znajdą się na listach wyborczych PiS. Dlatego nie jest w jego interesie politycznym utrwalanie tej koalicji rządzącej aż do konstytucyjnego terminu wyborów.
Jedyną jego skuteczną obroną może być tylko atak. Nie zdziwmy się, jeśli niebawem ujrzymy w liberalnych mediach materiały kompromitujące jego przeciwników politycznych. Zwłaszcza tych „zdrajców sprzedających suwerenności Polski za judaszowe, brukselskie srebrniki” razem z „komunistami Czarzastego”.
I tak to dzięki sejmowym głosom Lewicy będą od miały Ziobry tematy TVN i „Gazeta Wyborcza”.

Stronnictwo pana premiera Morawieckiego zapewne też ma swoje haki i kompromaty na pana ministra Ziobrę jego współpracowników. Zwłaszcza obyczajowe, prezentujące grzeszne życie tych młodych jeszcze chłopaków. Prawicowe spory rychło spod ministerialnych dywanów przeniosą się na medialne ringi.

A przecież jest jeszcze pan prezes Marian Banaś z Najwyższej Izby kontroli. Ma plik rachunków krzywd do uregulowania z byłymi kolegami politycznymi.
Jest jeszcze pan wicepremier Gowin, który raz chce wybić się na niepodległość, a innym razem już niekoniecznie. Ale może kiedyś nadejść to głosowanie w którym ten jego jeden głos może wreszcie zaważyć.

A wszystkie te przyszłe rzezie prawicowych niewiniątek jednak swymi głosami Lewica przyśpieszyła.

Wielkie wymieranie Polaków pod rządami PiS

W ubiegłym roku bardzo wyraźnie zwiększyła się śmiertelność w naszym kraju, zwłaszcza wśród osób starszych. To nie tylko skutek pandemii.
Osoby 60 plus stanowią ponad 25,3 proc. mieszkańców Polski. Jest to grupa zróżnicowana i szybko rosnąca. W 2030 roku może liczyć niemal 30 proc. ogółu mieszkańców, a w roku 2050 przekroczy 40 proc. Zapewne będzie jednak ich mniej, gdyż pod rządami PiS seniorzy dosyć szybko wymierają.
Na podstawie „Europejskiego Badania Warunków Życia Ludności” (GUS, 2020) można stwierdzić, że ludzie po 60. już przed pandemią dość często (26,5 proc.) wskazywali, że ich zdrowie jest złe lub bardzo złe. Wskaźnik potrzeby skorzystania z usług medycznych wynosił dla całej populacji mieszkańców Polski powyżej 16 roku życia 61,9 proc., a w wypadku seniorów 73,4 proc.
W czasie pandemii jest niestety gorzej – wskazuje Instytut Polityki Senioralnej Senior Hub. Dokładnych danych procentowych jeszcze nie opracowano, lecz wszystkie badania wskazują, iż osoby starsze są narażone w największym stopniu na izolację społeczną, czyli na funkcjonowanie w sytuacji niewielkiej intensywności lub zupełnego braku kontaktów społecznych z osobami spoza gospodarstwa domowego. Osoby 60 plus w największym stopniu funkcjonują również w jednoosobowych gospodarstwach domowych, co dodatkowo wzmacnia poczucie samotności i pozostawienia samemu sobie – a to nie służy ich zdrowiu i życiu.
Realnie nawet do 1 miliona osób w Polsce pozostaje w faktycznej izolacji społecznej, często żyjąc samotnie w swoich mieszkaniach i domach. Wykluczeni z relacji społecznych innych niż incydentalne. Osoby te żyją poza systemem wsparcia społecznego, a ich funkcjonowanie nie jest zazwyczaj w żaden sposób monitorowane.
Jest też duża grupa seniorów, która oprócz braku spotkań ze znajomymi, nie ma też żadnych relacji z członkami rodzin. Nic dziwnego, że wskazują oni na niższy stopień zadowolenia z relacji rodzinnych i pozarodzinnych niż osoby z innych grup.
Kiepsko jest również u nich z aktywnością fizyczną. Główną formą rekreacji dla seniorów 65 plus są spacery (57 proc. osób). Żadnego sportu nie uprawiało 78 proc. ludzi w tym wieku. Aż 62,8 proc. osób 60 plus ograniczyło aktywność fizyczną w dobie pandemii COVID-19. Dostępne badania jednoznacznie wskazują zaś na korelację aktywności fizycznej z ogólnym dobrym stanem seniorów. Sprzyja ona utrzymaniu względnej samodzielności osób starszych i wydłuża życie. Jej ograniczenie ma fatalne skutki zwłaszcza dla seniorów cierpiących na choroby współistniejące
Wpływa to na pogorszenie stanu zdrowia, co z kolei przekłada się na gorsze samopoczucie, słabszą kondycję psychiczną, a także ograniczanie relacji i aktywności społecznych. W grupie osób 65 – 74 lata jedynie 9 proc. Polaków poświęcało czas na aktywność wolontariacko-społeczną (głównie we wspólnotach wyznaniowych), co jest wynikiem znacznie niższym niż średnia dla Unii Europejskiej, która wynosi 18 proc. Efektem niskiej aktywności społecznej może być również przyspieszenie spadku kondycji psychofizycznej i wcześniejsza utrata względnej samodzielności. Czyli, błędne koło.
Pandemia mogła znacząco wpłynąć na pogłębienie stopnia izolacji społecznej i poziomu osamotnienia seniorów. W dobie koronawirusowych obostrzeń posiadanie lub nieposiadanie kompetencji w zakresie obsługi internetu ma duży wpływ na funkcjonowanie seniorów poddanych przymusowej izolacji społecznej. W raporcie z badania „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarstwach domowych” (GUS 2020) wskazano, że aż 64,6 proc. seniorów 65 plus nigdy nie korzystało z internetu w ciągu ostatnich 3 miesięcy przed badaniem. Natomiast jedynie 3 proc. osób starszych wykorzystywało sieć w szerokim lub bardzo szerokim zakresie, czyli swobodnie przeglądało strony internetowe, korzystało z wyszukiwarek, obsługiwało e-maila, było aktywnych w mediach społecznościowych, dokonywało transakcji zakupowych i bankowych, korzystało z kultury np. poprzez użytkowanie serwisów streamingowych. Osoby starsze dość chętnie korzystają natomiast z bankowości internetowej (16 proc. respondentów).
Miniony rok przyniósł stagnację, a być może nawet regres, w dziedzinie edukacji cyfrowej seniorów. Od wiosny 2020 r. niemal nie odbywają się szkolenia stacjonarne, które są dosyć skuteczną metodą edukacji seniorów początkujących w cyfrowym świecie. Istnieje więc możliwość realnego wtórnego wykluczenia cyfrowego większości z tych osób. Pandemia wzmocniła za to motywację części ludzi starszych do komunikacji za pomocą dość nowych narzędzi, np. komunikatorów audio-wideo.
Pogorszenie odczuwalnej jakości życia oraz spadek kondycji psychofizycznej mają wpływ na zwiększenie śmiertelności w grupie wiekowej seniorów. W trakcie pierwszej i drugiej fali pandemii (wiosna i jesień 2020) seniorzy stanowili większość ofiar śmiertelnych, trzecia fala pochłania także wielu ludzi młodszych.
Zgony są jednak nie tylko efektem COVID-19, lecz i rezultatem załamania systemu opieki zdrowotnej w Polsce, spowodowanego rządami PiS. Bardzo utrudniony jest dostęp do usług medycznych, służba zdrowia stała się niewydolna, nie ma łatwej ścieżki dostępu do lekarzy specjalistów, odwołano planowane wcześniej zabiegi. To wszystko oznacza przedwczesne i zbyt częste umieranie Polaków.
Gorszy dostęp do usług medycznych jest istotnym powodem wzrostu śmiertelności w grupie seniorów, obserwowanej w statystykach od września 2020 r., czyli od tzw. „drugiej fali koronawirusa”. Wśród siedemdziesięciolatków aktywność fizyczną ograniczyło aż 73,9 proc. ankietowanych. Są to osoby i tak mało aktywne społecznie oraz bardzo narażone na negatywne efekty zaniku aktywności fizycznej. Ludzie ci, będący w grupie bardzo wysokiego ryzyka zarażenia COVID-19, najczęściej ograniczają wychodzenie z domu. Unikają zarówno rekreacji na wolnym powietrzu, jak i wyjść w innych celach. Ponad połowa respondentów odczuwa zmęczenie obostrzeniami związanymi z epidemią. Wpływa to na ograniczenie sprawności ruchowej oraz odczuwalny dobrostan psychiczny w wyniku ograniczenia liczby i jakości relacji społecznych, trudnych do utrzymania podczas pandemii.
Na podstawie oficjalnych, a więc skażonych zapewne nadmiernym optymizmem danych Ministerstwa Zdrowia „Raport o zgonach w Polsce w 2020 r.” można stwierdzić, że w 2020 r. odnotowano 67 tys. zgonów więcej niż w porównywalnym okresie w 2019 r. Liczba ta zwiększyła się przede wszystkim wśród osób powyżej 60 roku życia – stanowiły one aż 94 proc. nadwyżki liczby zgonów względem 2019 r. Bardziej pesymistyczne dane ma Ministerstwo Cyfryzacji, które na podstawie Rejestru Stanu Cywilnego wskazuje na 76 tysięcy więcej zgonów niż w 2019 roku. Od września zdecydowanie zwiększyła się śmiertelność, zwłaszcza wśród osób starszych.
W rezultacie, system wsparcia i opieki (w tym głównie zdrowotnej) nad osobami starszymi wymaga natychmiastowej zmiany i reorganizacji. Seniorzy nie mogą jednak mieć nadziei, że doczekają tego pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.