Polacy powinni studiować

Zwolnienia młodych ludzi z podatku PIT mogą być koniem trojańskim dla przyszłości Polski.

Nie potrzeba być wielkim znawcą polityki by dostrzec cele działań PiS-u i jego sukcesy. Główne hasło to utrzymać się u władzy, bez oglądania się na dalekosiężne skutki swoich działań.
Tymczasem dobry rząd to ten, który dostrzega skutki swoich działań i jest na tyle odpowiedzialny że potrafi realizować program nawet wbrew oczekiwaniom społecznym. Jeżeli obywatele są rozumni i widzą dalej niż czubek własnego nosa potrafią to docenić. O wiele łatwiej jest bawić się w populistę wykorzystując niechęć społeczeństwa do ponoszenia jakichkolwiek ciężarów reform i wszelkich innych; podatków, opłat, ubezpieczeń itp.

Polecą na ulgę?

Niestety, promowanie głupoty i ciemnoty jest najskuteczniejszą polityką PiS-u, teraz i zapewne na przyszłość. Społeczeństwo zacofane nie rozumiejące wiele, to pewna władza tej partii i jej sprzymierzeńca kleru.
Najjaśniej politykę PiS-u widać przy rozdawaniu pieniędzy, nie chciano dać nauczycielom (zbyt mądrzy aby głosować na tę partię), opiekunom niepełnosprawnych (szkoda, a zresztą nieliczni). Młodzi Polacy mają zaś polecieć na ulgę w podatku dochodowym i głosować na PiS.
Tu jest ukryta pułapka, zapewne liczni młodzi odłożą studia na potem, ruszą do pracy lub biznesu z myślą szybkiego zarobienia dzięki uldze. Bardzo nielicznym się uda, ulga się rozpłynie, większość pozostanie na stanowiskach znacznie niżej płatnych niż ci po dobrych studiach. Powrót do nauki nie będzie prosty ani tani (płatne studia).

Dwie strony medalu

Jakie znaczenie może mieć ta ulga dla Skarbu Państwa i rządzących? Oficjalne czynniki przedstawiają tylko straty fiskusa związane z ulgą, mające wynieść ponoć 1,5 mld. zł.
Drugą stroną tej operacji mogą być mniejsze nakłady państwa na szkolnictwo wyższe na skutek rezygnacji ze studiowania części młodej populacji. Mniejsze wydatki państwa to jednak niewielkie skutki, dalekosiężnym efektem będzie obniżenie tempa rozwoju kraju. Rozwój społeczny zależy od poziomu wykształcenia narodu – dla Polski takim impulsem było postawienie w PRL-u na rozwój bezpłatnego szkolnictwa, z zamiarem wyciągnięcia społeczeństwa z zacofania i ciemnoty oraz ukształtowania nowocześnie myślących nowych pokoleń. Niestety, nasze plany szybkiego skoku z zacofania do nowoczesności załamały się w latach 70 ubiegłego wieku.
Edukacja przeorała oblicze krajów Europy Środkowej i Wschodniej, oraz częściowo Zachodniej, gdzie za przykładem krajów socjalistycznych następowało odejście od płatnej nauki
Czy obecnie chodzi o to, aby odciągnąć młodzież od studiowania, skończyć z zepsuciem odziedziczonym po PRL-u i powrócić do „właściwych” wzorców Polski przedrozbiorowej i przedwojennej? Bo im naród mniej uświadomiony i wyedukowany, tym łatwiej nim rządzić. O Polsce mądrej i wykształconej pozostanie wspomnienie.

 

 

Odbić PiS-owi robotnika

Po czterech latach przerwy lewica wraca do Sejmu, a w jej szeregach jest co najmniej kilku parlamentarzystów, którzy od lat konsekwentnie walczą o prawa pracownicze, w tym przeciwstawiają się antypracowniczym działaniom PiS-owskiego rządu. To jest wiadomość znakomita.

Wiadomość dużo gorsza jest taka, że przeprowadzone na dużej próbie badanie IBRIS pokazuje jednak bardzo niepokojące statystyki. Otóż wynika z niego, że PiS poparła ponad połowa (57,9 proc.) robotników. 16,7 proc. z nich oddało swój głos na KO, 9,9 proc. na PSL, 7,4 proc. na Konfederację, a jedynie 6,9 proc. na Lewicę. Tak, Lewica zdobyła najmniejsze poparcie wśród robotników ze wszystkich ogólnopolskich komitetów, a na dodatek o blisko połowę niższe niż u ogółu Polaków i Polek! Skąd tak złe wyniki?
Po pierwsze, skrajnej prawicy udało się zagospodarować niezadowolenie dużej części pracowników i przekierować gniew związany z niskimi płacami czy spadkiem stabilności pracy na niechęć do migrantów, Unii Europejskiej, LGBT lub/i zdemonizowanych „elit”. Niekiedy więc robotnicy popierają partie prawicowe nie z powodu atrakcyjnej oferty związanej z warunkami pracy, lecz ze względu na zagospodarowanie ich frustracji i niespełnionych nadziei. To proces, który ma miejsce nie tylko w Polsce, ale też w tak rozwiniętych społeczeństwach jak Austria czy Szwecja.
Po drugie, w ciągu ostatnich dwudziestu lat prawa pracownicze w Polsce są permanentnie łamane, rośnie skala umów cywilnoprawnych, pensje nie są wypłacane na czas. PiS nie ograniczył tych patologii, ale wygenerował środki na transfery socjalne, które przez dużą część elektoratu są oceniane pozytywnie, a przynajmniej wyróżniają się na tle zaniechań poprzednich ekip. PiS więc nie dokonał zmian na rzecz poprawy sytuacji świata pracy, ale przekonał część pracowników świadczeniami pieniężnymi w ramach polityki społecznej. Opozycji nie udało wyartykułować wiarygodnie brzmiącej kontroferty, a powtarzanie przez liberałów i lewicę, że zachowają wszystkie programy rządu, i dodają kilka swoich, paradoksalnie działało na ich niekorzyść. Jeśli bowiem opozycja w kluczowych sprawach popiera kierunek działania władzy, a nie przedstawia całościowej kontrpropozycji, to wielu wyborców zaczęło się zastanawiać, czy warto tę władzę zmieniać.
Po trzecie, Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie najsilniejsza centrala związków zawodowych, NSZZ Solidarność, jest jednoznacznie prawicowa i bezpośrednio spleciona z obozem rządzącym. Pracownicy zrzeszeni w jej szeregach, szczególnie w spółkach skarbu państwa i instytucjach publicznych, często czerpią bezpośrednie profity z racji przynależności do związku i stąd ich duża mobilizacja przy okazji wyborów.
Ale lewica ciągle stoi przed wielkim wyzwaniem i zarazem szansą, aby przekonać do siebie pracowniczy elektorat. Chodzi tu przede wszystkim o jasne wyartykułowanie postulatów, które są bezpośrednio adresowane do świata pracy i które nie są ogólnikowe, a dotyczą bezpośrednio problemów, z którymi w swojej codziennej pracy stykają się robotnicy. W kampanii wyborczej te kwestie były wyrażane zdecydowanie zbyt rzadko i zbyt ogólnikowo. Chodzi tu o udział lewicowych polityków w bieżących walkach w poszczególnych firmach, współpracę z postępowymi związkami zawodowymi, nacisk na umocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, przedstawianie konkretnych rozwiązań mających na celu ograniczenie umów cywilno-prawnych i wymuszonego samozatrudnienia, promowanie inicjatyw legislacyjnych na rzecz upowszechnienia układów zbiorowych czy zaangażowanie się w walkę z mobbingiem i dyskryminacją. Jeżeli lewicy uda się pokazać wiarygodną alternatywę wobec PiS-owskiego miksu ksenofobii, nacjonalizmu i selektywnych świadczeń pieniężnych, w kolejnych wyborach robotnicy mogą udzielić jej masowego poparcia.

 

Flaczki Tygodnia

”Bóg, Honor, Ojczyna”.

Ten zwrot często miał powtarzać w czasie swej działalności pan Marian Banaś. Nadal pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. I jeszcze.
Prominent partii zwącej się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”.
Sztandarowy reprezentant nowych elit „Dobrej Zmiany”.
Dzielny, nowy husarz IV Rzeczpospolitej.
Hektor kaczystowskiej „Konserwatywnej kontrrewolucji narodowo – katolickiej w Europie”.
Zalecany przez narodowo – katolickie media wzór do naśladowania dla „patriotycznej, narodowo – katolickiej” młodzieży polskiej.

„Burdel, Hajs, Lewizna”.

Taką „rycerską” dewizą mógłby posługiwać się pan Marian Banaś.
Bo przedstawione przez media fakty są bezlitosne. W trakcie swej wojaczki dla III RP i nowego państwa pana prezesa Kaczyńskiego ten dzielny husarz nie zapominał o swoich łupach.
Walcząc, skutecznie ponoć, z „mafią VATowską” jednocześnie na co dzień kooperował z mafią sutenerską.
Walczą z przestępczymi przemytnikami przejmował atrakcyjne nieruchomości w Krakowie.
„Okazyjnie” rzecz jasna, jak choćby ową kamienicę w cesarsko-królewskim Krakowie, którą ponoć podarował mu przed śmiercią tajemniczy „kombatant Armii Krajowej”.
I którą pan Banaś zamienił w „Hotel na godziny”, czyli quasi burdel.

„Flaczki” nie są pewne, czy ów „kombatant z Armii Krajowej” istniał naprawdę. Czy był on takim samym bytem, jak ów „bezdomny”, który podarował innemu rycerzowi Dobrej Zmiany, Ojcu Dyrektorowi Rydzykowi, dwa wypasione samochody.
Ale nawet gdyby taki „kombatant AK” istniał, to czy teraz, zapewne przebywając w kaczystowskim niebie, cieszy się, że cały dorobek jego życia pan prezes Banaś w zwyczajny burdel zamienił?

O tym, że burdel równa się hajs, każde dziecko, nawet to wychowane w duchu „narodowo – katolickim”, już z Internetu wie. Ale aktualny pan prezes Najwyższej Izby Kontroli wcześniej nie tylko sutenerski chleb jadł.
Jak każdy szanujący się biznesmen wiedział, że przewidywane dochody trzeba zdywersyfikować, czyli czerpać je z różnych źródeł.
Wszelkie znaki na ziemi i niebie, zwłaszcza przecieki w kontroli skarbowej, wskazują, że pan Banaś regularnie, przez wiele lat „optymalizował swe podatki”.

Ten uczenie brzmiący zwrot, czyli „optymalizowanie podatków”, to liczne sposoby umożliwiające niepłacenie państwu polskiemu należnych mu podatków. Dzieje się tak dzięki sprytnemu wykorzystaniu luk prawnych, co czyni takiego złodzieja podatkowego osobą formalnie bezkarną.
I dlatego pan Banaś, wedle doniesień mediów, takie „optymalizacje” stosował.

Ale liczne, inne udokumentowane zarzuty świadczą, że pan prezes NIK nie tylko wykorzystywał luki prawne. On także prawo mógł łamać wpisując do swych zeznań podatkowych nieprawdziwe korzyści czerpane z najmu swych nieruchomości.
Deklarował wyjątkowo niskie przychody, aby płacić państwu polskiemu jak najniższe podatki.
Deklarował tak niskie przychody, że aż nie chce się wierzyć, iż nie brał reszty należności „pod stołem”. Czyli nielegalnie.

Gdyby jakiś inny obywatel IV RP wpisywał w swe zeznania podatkowe tak rażąco niskie przychody z najmu tak atrakcyjnie położonych nieruchomości, to od razu miałby najazd kontroli skarbowej.
Pan prezes Banaś nie miał kontroli, bo jest urzędnikiem państwowym. Bo w latach 2005–2008 i 2015–2016 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, czyli organie nadzorującym służby kontroli skarbowej. Dodatkowo w latach 2005–2008 i 2015–2017 był szefem Służby Celnej, w latach 2016–2019 wiceministrem w Ministerstwie Finansów, w latach 2017–2019 szefem Krajowej Administracji Skarbowej, a w 2019 ministrem finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego. No i teraz nadal jest prezesem Najwyższej
Izby Kontroli.

Dodatkowo pan prezes Banaś to wzorcowy, wręcz kryształowy, działacz „antykomunistycznego podziemia”. W jego oficjalnym życiorysie zapisano, że był „Od 1976 organizatorem kolportażu i kolporter niezależnych wydawnictw w Krakowie i na Podhalu. W latach 1976–1980 jako jeden z założycieli działał w ramach lokalnej Akcji na rzecz Niepodległości. Od 1977 działacz Studenckiego Komitetu Solidarności, od 1978 Instytutu Katyńskiego, w latach 1979–1981 Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, a w latach 1980–1981 Ruchu Młodej Polski.
W latach 1981–1983 odbywał karę pozbawienia wolności za działalność w „Solidarności”. W 1984 współzałożyciel Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania (od 1985 Komitetu Obrony Więzionych i Prześladowanych za Przekonania Polityczne „Solidarności” Regionu Małopolska). W latach 1984–1987 redaktor naczelny podziemnego pisma „Homo Homini”. W 1985 współtwórca Polskiej Partii Niepodległościowej, był też członkiem prezydium rady naczelnej PPN, w latach 1985–1989 pełnił funkcję przewodniczącego PPN na okręg południowy.
I jeszcze w 1979 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. A rok później studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa na UJ. Studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Czy patriota, teolog, kawaler orderów, działacz z tak wzorcowym życiorysem, może być współtwórcą struktur mafijnych stojących ponad prawem i sprawiedliwością w państwie tworzonym przez partię zwącą się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”?

Co wie pan prezes Banaś i jego polityczni przyjaciele o elitach PiS, że nie musi już słuchać wezwań liderów PiS nakłaniających go do „honorowego ustąpienia”?

PS. Z życia opozycji demokratycznej. Na Schetynie siadła Mucha. Czy Schetyna to już polityczna padlina?

„Wiodąca siła Narodu”

– Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Mimo że PiS wybory do Sejmu wygrał, to sytuacja tej partii w tym rozdaniu zmieniła się radykalnie?

JACEK KUCHARCZYK: Wyraźnie daje się wyczuć kryzys PiS-u jako „wiodącej siły Narodu”. Natomiast musimy poczekać ze stwierdzeniem, że sytuacja zmieniła się radykalnie. Jestem sceptyczny co do tego stwierdzenia, bo wcześniejsze kryzysy, które sam uważałem za potencjalne game changery, jak dwie wieże czy sprawa „pancernego Mariana”, nie zmieniały sytuacji.
Podstawowy fakt jest taki, że PiS dalej ma 235 głosów – tyle, ile miał. Jak widzieliśmy przez ostatnie 4 lata, to pozwoliło im, wbrew silnym protestom społecznym, podporządkować sobie TK, prokuraturę, w dużej mierze przeprowadzić zmiany upolityczniające wymiar sądowniczy i zmienić media publiczne w propagandową tubę.
Z drugiej strony napięcia w PiS są widoczne gołym okiem – słaby wynik w senacie i brak większości sejmowej pozwalającej na zmianę konstytucji, na co był apetyt. Brak też większości pozwalającej na odrzucenie prezydenckiego weta, co jest ważne w świetle nadchodzących wyborów. Ważne są liczby – prawie 9 mln dla demokratycznej opozycji i 8 mln dla PiS
W samym PiS-ie czy raczej Zjednoczonej Prawicy też mamy napięcia wewnętrzne. To de facto koalicja 3 partii, z których dwie mniejsze odniosły względny sukces i mogą sprawić Kaczyńskiemu wiele kłopotów.

Obaj koalicjanci – Gowin i Ziobro – widząc swoją silniejszą pozycję licytują wyżej. A bez tych partii PiS traci większość. To zachwieje monolitem na prawicy?

PiS traci większość bez tych partii i to jest niewątpliwie kłopot dla Kaczyńskiego, bo wobec nowego układu sił będą żądać dla siebie coraz więcej. Ziobro już teraz ma silną pozycję, bo kontrolując prokuraturę, już ma w ręku losy śledztwa w sprawie dwóch wież, czyli w zasadzie ma też mocne argumenty w stosunku do samego prezesa. Gowin z kolei może kwestionować PiS-owską politykę socjalną, a jak wiemy, sukces PiS-u w dużej mierze oparty jest właśnie na transferach socjalnych, na które teraz potrzeba pieniędzy, na przykład od przedsiębiorców, których Gowin chce bronić przed wzrostem danin.
Trzeba zauważyć jednak, że z drugiej strony to hipotetyczne wyjście Gowina nie spowoduje, że pojawi się alternatywa dla rządów PiS-u. Trudno mi sobie wyobrazić większość parlamentarną z Lewicą, PSL-em i Gowinem. Opozycja jest zbyt pluralistyczna, żeby w tej chwili stworzyć realną większość rządzącą z uciekinierami ze Zjednoczonej Prawicy. W najlepszym przypadku możemy mieć więc do czynienia z pęknięciem w obozie władzy, co być może w jakimś momencie doprowadzi do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Można też sobie wyobrazić, że po przegranych przez prawicę wyborach prezydenckich dojdzie do rozłamu.

Ziobro i Gowin to nie jedyne problemy Kaczyńskiego. Kolejnym jest Marian Banaś, który wbrew prezesowi pozostaje na stanowisku szefa NIK-u i zaczyna pracę. To duży problem dla prezesa?

To poważna prestiżowa porażka. Ja bym zaczekał jednak, aby zobaczyć, jaki będzie wpływ na opinię publiczną tego nieposłuszeństwa pancernego Mariana. Ta sytuacja może też uruchomić dalsze procesy dekompozycyjne władzy, np. konflikty służb specjalnych, o których się teraz mówi. Jednak w czasie wyborów afera Banasia PiS-owi nie zaszkodziła i być może PiS połknie tę żabę i przejdzie nad szefowaniem Banasia w NIK do porządku dziennego. To będzie oczywiście kolec, który będzie uwierał, ale niekoniecznie musi wywołać jakiś głębszy kryzys poparcia dla władzy.
PiS nieraz wychodził z poważnych kryzysów obronną ręką. Już słyszymy pana Brudzińskiego, że Banaś nie był z PiS-u, co oczywiście może wydawać się śmieszne, ale do tej pory ta strategia rozbrajania przez zaprzeczanie oczywistościom była dla tej partii skuteczna.

Czy to jednak nie podkopie pozycji Kaczyńskiego? Do tej pory zawsze jak wkraczał prezes, to wszyscy kładli po sobie uszy. Był wodzem, który w razie potrzeby doprowadzał do porządku „rozhulanych bojarów”, a tu nagle któryś z nich jawnie pokazał prezesowi gest Kozakiewicza.

Tu zgadzam się, że to może okazać się wizerunkowym problemem nie tylko PiS-u, ale i samego Kaczyńskiego. Do tej pory ta „skuteczność” prezesa była istotnym motywem poparcia dla partii władzy. Teraz gdy prezes domaga się bezskutecznie dymisji od osoby, którą on sam na to stanowisko w państwie wstawił, jego autorytet zostanie nadwyrężony, co może zachęcić innych graczy w ramach obozu rządzącego do silniejszego stawiania się prezesowi. Jak wspomnieliśmy, takich graczy, którzy mogą próbować się usamodzielnić, jest co najmniej kilku. To Ziobro, Gowin, ale i być może Morawiecki czy Macierewicz, którego wynik wyborczy też wzmocnił i który niekoniecznie w każdej kwestii będzie szedł na sznurku prezesa.

Opozycja też ma swoje kłopoty. W PO toczy się debata nad przywództwem Schetyny, w Senacie z kolei widać już tarcia co do wyboru marszałka. Czy opozycja nie zmarnuje tego zwycięstwa?

Niewątpliwie jest problem na opozycji. Wynik KO jest rozczarowujący, nawet w świetle celów, które stawiał sobie sam Grzegorz Schetyna, czyli zdobycia co najmniej 30 procent głosów. Koalicja dostała mniej mandatów, niż w bardzo trudnym roku 2015, a to znaczący sygnał. Gdy patrzy się na nowych pozyskanych wyborców, to z całej opozycyjnej trójcy KO wypadła najsłabiej, czyli najmniej wykorzystała wysoką frekwencje wyborczą. To poważny problem, bo jednocześnie KO czy PO pozostaje największą siłą opozycyjną i na niej spoczywa de facto odpowiedzialność nie tylko za własny los, ale także – nie waham się powiedzieć – polskiej demokracji. Słaba KO to przedłużenie rządów PiS przez braku realnej alternatywy. Jest pytanie o wizerunek, o dalsze przywództwo i o jasny klarowny program. Sporo już powiedziano o słabości programu KO, o zmienianiu haseł w trakcie kampanii oraz o tym, że bardzo dobry ruch z nominowaniem Kidawy-Błońskiej przyszedł zbyt późno i nie był konsekwentnie realizowany. Wiele osób miało problem ze zrozumieniem, jaka faktyczna zmiana idzie za tą nową twarzą.
Ja nie widzę alternatywy dla koalicji jako wiodącej siły opozycyjnej, ale jednocześnie jako na największym ugrupowaniu spoczywa na niej największa odpowiedzialność za losy demokratycznej opozycji.

Czy opozycja dogada się w sprawie wyboru marszałka?

Sytuacja, kiedy są inne od KO, niezależne podmioty w opozycji wymaga zupełnie innego podejścia, opartego na dialogu. Senat to wyzwanie. Dla mnie Bogdan Borusewicz jest oczywistym kandydatem ze względu na staż w Senacie i jego przeszłość polityczną, ale to nie jest oczywiste dla innych sił politycznych na opozycji i o tym trzeba z nimi rozmawiać. Nie wolno postawić wszystkich senatorów i sił politycznych przed ultimatum. Tu potrzebny jest kompromis.
Martwi mnie też to, że KO wciąż nie jest w stanie znaleźć swojego języka w kwestii wartości w polityce. PiS zrobił z kwestii wartości młot na opozycję, mam na myśli retorykę obrony rodziny, polskości i Kościoła. Co ważne, badania pokazują, że społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte w tych sprawach, czyli ewoluuje w kierunku dokładnie odwrotnym, niż PiS chce nas popychać.
Z badań, które robiliśmy w Instytucie w ramach międzynarodowego projektu Voices on Values wynika, że w Polsce (podobnie jak w innych krajach) jest duża grupa osób, którym bliskie są zarówno wartości społeczeństwa otwartego, jak i zamkniętego. Oni po części podzielają wartości, które promuje pis, a po części wartości liberalne. Ta grupa jest do wzięcia, tylko trzeba mówić do nich jasno o tych wartościach, a nie uciekać od dyskusji.
Nie wolno mówić, że edukacja seksualna, prawa mniejszości seksualnych czy aborcja to tematy zastępcze. Trzeba o tym wprost mówić do swoich i potencjalnych wyborców. Same elektoraty KO i Lewicy są pod względem wartości społecznych do siebie zbliżone i różnią się od wyborców PiS.
Moim zdaniem, większość wyborców KO jest o wiele bardziej liberalna, niż byśmy mogli przypuścić ze stwierdzeń polityków koalicji czy składu list wyborczych, na których znalazło się szereg bardzo konserwatywnych osób. Ucieczka od zajęcia jasnego stanowiska w takich kwestiach, chociażby poprzez wyjmowanie kart do głosowania przy tej absurdalnej uchwale o tym, jak to prześladuje się w Polsce Kościół katolicki, jest oddawaniem pola PiS-owi. Tutaj opozycja musi znaleźć własny język i mówić wyraźnie o wartościach, a nie rejterować czy „małpować” Kaczyńskiego, próbując pozyskać wyborców, mówiąc jego językiem. To już, moim zdaniem, jest grzech śmiertelny, bo się w ten sposób jedynie uwiarygadnia tę reakcyjną narrację PiS-u.

Fot. Instytut Spraw Publicznych

51 nie-prawych i nie-sprawiedliwych Ważny tunajt

Stoję i patrzę na ulicę. Z okna mam widok na stację metra Kentish Town. Gram dziś koncert w Londynie. Jak co roku. Po południu byłem w Hyde Parku. Na parkowej alejce widziałem wielkiego szczura. Potem poszedłem w miasto. Natrafiłem tam na manifestację przeciwników Brexitu. Akuratnie Izba Gmin przegłosowywała poprawkę przesunięcia wyjścia Anglii z UE. I przegłosowała.

Śmieszni są Ci Anglicy. Premier prze do wyjścia czym szybszego, Parlament podzielony niemal na pół, ostatecznie się nie zgadza, a ulica ma to wszystko gdzieś. Na londyńskiej ulicy słychać wszystkie języki świata. BBC One cały dzień nadawało dziś debatę z Izby Gmin. Słuchałem jej dłuższą chwilę. W porównaniu do naszej wymiany zdań w Sejmie, to jakby przełączyć się z polskiej Ekstraklasy na Premiership. Mam jednak nadzieję, że ten Sejm, który niedawno wybraliśmy, zniweluje choć odrobinę różnicę klas. Początki są jednak mało obiecujące.
Jerzy Fedorowicz jeszcze w piątek oświadczył, że senatorowie albo posłowie opozycji, którzy zdecydują się na przyjęcie propozycji PiS-u i zmianę barw partyjnych, „zaryzykują swoje życie”. Domyślam się, że pokonanie w wyborach do Senatu prezydenckiego ojca może dodawać tryumfatorowi niezwykłej pewności siebie, ale tego typu wypowiedzi to już chyba spora przesada. Pamiętam Jerzego Fedorowicza, dyrektora teatru, który zapraszał do dyskusji w swoim przybytku punków i nazi-skinheadów, kibiców Cracovii i Wisły. Towarzystwo siadało naprzeciw siebie, a Fedorowicz pośrodku, jako moderator dyskusji. Dał się wtedy poznać jako ktoś, kto potrafi tonować nastroje i dzięki autorytetowi zaprowadzać porządek i gasić rozpalone głowy. Najwidoczniej jednak przebywanie przez kilka kadencji z rzędu w środowisku popisowego dyskursu skutecznie go wyleczyło z umiaru w szermowaniu słowem. Jak można wygadywać takie rzeczy, na litość boską! Zwłaszcza, że sam pan senator F. ze swoim środowiskiem, przy okazji jednej czy drugiej narodowej smuty, apeluje, żeby nie używać hejtu i brać odpowiedzialność za to jak i co się mówi. Czekajcie Państwo, czy to czasem aby nie nazywa się…czekajcie…mam to na końcu języka…wiem…hipokryzja???
Nie trzeba być szczególnie politycznie wyrobionym, żeby wiedzieć, na co PiS przeznaczy najbliższy miesiąc przerwy w obradach. Będą szukać, składać, proponować, przekonywać, zachęcać, przybliżać, dawać do zrozumienia, sugerować. Będą śledzić każdy ruch i krok każdego z 51 niepisowskich senatorów. I to jest chyba dość oczywiste. Każdy inny na ich miejscu robiłby to samo. Niechaj więc nie cieszy się zbyt wcześnie ten, kto już dziś otwiera wódkę za pomyślność opozycyjnego, czteroletniego Senatu. Nie chcę być tym najgorszym z klasy, ale nie jestem do końca przekonany, czy pośród 51 nie-prawych i nie-sprawiedliwych nie znajdzie się dwóch czy trzech o innym zdaniu. Zwłaszcza jak PiS uruchomi maszynerię przekonywania i magiczną kulę z propozycjami nie do odrzucenia. Miesiąc to wcale nie tak mało. A spółki skarbu państwa cały czas pracują i produkują. Ktoś musi przecież nimi zarządzać, a rodzina polityka też musi przecież też gdzieś znaleźć pracę.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.

PiS bierze media

Z wypowiedzi wicepremiera i mocnego człowieka w partii rządzącej Jacka Sasina, udzielonej TVP Info, jednego z najbardziej propisowskich mediów, wynika, że tuż po ukonstytuowaniu się rządu, PiS planuje wziąć media za twarz.

Jednak tytuł wywiadu jest nieco mylący „Musimy jeszcze bardziej zagwarantować pluralizm”. Jakby do tej pory pluralizm był na rynku mediów publicznych czymś oczywistym.
Zdaniem wicepremiera na rynku medialnym w Polsce panuje nierównowaga medialna, nie wyjaśnia jednak, jak by chciał ja obliczać – arytmetycznie, czy liczbą nazwisk dziennikarzy wyznających poglądy prorządowe. Sasin jest zdania, że jego partia w ostatnim okresie zbudowała „pewien pluralizm medialny”, którego nie było za rządów ich poprzedników. „W tej chwili mamy rzeczywiście telewizję publiczną” dodaje z rozbrajającą szczerością i martwi się, że znaczna część mediów komercyjnych wspiera bardzo mocno opozycję, co, jak można mniemać Jackowi Sasinowi się nie podoba.
Niebezpiecznym jest watek, w którym Sasin mówi, o tym, że pluralizm mediów PiS musi „zagwarantować” by „też z naszymi przekazami, prawdziwą informacją o polityce, którą prowadzimy, trafiać też do mieszkańców dużych miast”, obiecuje wicepremier. Tutaj oczekiwania propagandowe są zrozumiałe – właśnie wielkich miastach PiS dostał lanie i teraz trzeba wyprać mózgi wyborcom, by następnym razem wiedzieli jak mają głosować.
Sasin obiecał też rozmowy o tym, co zrobić, by media były obiektywne i rzetelne. W jaki sposób chciałby to zagwarantować i z kim chciałby rozmawiać, nie wyjaśnił. Uważa, że bolączką polskich mediów jest nierzetelna informacja. Obiecał też regulacje prawne dotyczące stosunku kapitału krajowego do obcego w mediach, co jest zapowiedzią doprowadzenia do sytuacji, w której media będące własnością obcego kapitału musza liczyć się z utrudnieniami w swojej działalności.
Wicepremier Jacek Sasin udowodnił, że nie rozumie istoty mediów. Odgórne wpływanie na media prywatne będzie krępowaniem wolności wypowiedzi. Wartości, o których z utęsknieniem wspomina jak obiektywizm i rzetelność, dotyczyć musza przede wszystkim mediów publicznych, które nie mogą być własnością żadnej partii.

Średniowiecze!

Protest pod hasłem #JesieńŚredniowiecza rozpoczął się pod Sejmem 16 października o godz. 17:30; o tej godzinie według harmonogramu prac parlamentarnych miała zacząć się seria głosowań, w którą ujęty był także obywatelski projekt ustawy realnie zakazującej nie tylko edukacji seksualnej, ale nawet penalizujący rozmowy o seksie.

W czasie trwania manifestacji posłowie skierowali projekt do dalszych prac w komisjach. Jednak według opozycyjnych parlamentarzystów, komisje dziś już nie zdążą się zebrać w tej sprawie. Można powiedzieć, że przeciwnicy tej ustawy zyskali nieco czasu by się przegrupować.
Inicjatorkami zgromadzenia były organizatorki Czarnego Protestu. „Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, […] żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich” – można przeczytać na stronie wydarzenia na portalu Facebook.
Z trybuny przypominano, że projekt zakazu edukacji seksualnej przewiduje karę więzienia do pięciu lat za: rozmowy o bezpiecznym seksie, uświadamianie w zakresie antykoncepcji, informowanie o możliwości zarażenia HIV, HPV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, rozmowy o „złym dotyku”, wyjaśnianie dzieciom, ze masturbacja to normalna sprawa, przepisanie nieletniej leku, który ma zastosowanie między innymi antykoncepcyjne oraz rozmowy o orientacji seksualnej.
Przy ul. Wiejskiej przed Sejmem zgromadziło się kilka tysięcy osób. Przemawiały organizatorki ze Strajku Kobiet i edukatorzy seksualni. W pewnej chwili do protestu dołączyła też celebrytka Anja Rubik. Z organizatorkami kontaktowała się posłanka Joanna Schering-Wielgus; to właśnie ona przekazała im informacje, iż projekt został skierowany po pierwszym czytaniu do prac w komisjach i od niej protestujący dowiedzieli się, że tej nocy żadna komisja nie zdoła już najpewniej przeprocedować tej noweli.
Prawica nie zdołała się zorganizować – nie było żadnej kontrdemonstracji, ani popierającego inicjatorów projektu zmian w prawie happeningu. Wygłupiał się jedynie znany ekstremistyczny facecjonista Marcin Rola z przybocznym kamerzystą.
Przypomnijmy. Obecnie prawo penalizuje publiczne propagowanie lub pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim. Wnioskodawcy uważają jednak, że to za mało. Ich zdaniem obecne prawo „ogranicza się wyłącznie do sytuacji, kiedy osoba dorosła współżyje z osobą małoletnią, całkowicie pomijając fakt, że coraz częściej propaguje oraz pochwala się sytuacje, kiedy to małoletni podejmują współżycie ze sobą. W konsekwencji, obowiązujący stan prawny nie nadąża za przemianami społecznymi, jakie można zaobserwować w dzisiejszych czasach” – przekonują.
Proponowany przez nich projekt zakłada, że „kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Projekt noweli mocno krytykuje grupa edukatorów seksualnych Ponton. W stanowisku wydanym przez tę organizację czytamy m.in.
„Proponowana zmiana, a zwłaszcza towarzysząca jej akcja lobbingowa, jednoznacznie wskazują na intencje projektodawców. Celem jest zarówno uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji, jak i zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia. Jako Grupa Ponton mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja Kodeksu Karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki „po”) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków”.

Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

Zasługi mocno wątpliwe

Gdy opadł kurz wyborczy i PiS zaczyna wycofywać się ze swych obietnic składanych w kampanii, warto usystematyzować fakty i spojrzeć, jak naprawdę wyglądały ich sukcesy gospodarcze tak szeroko reklamowane przez rządową propagandę sukcesu. Bo zamach na praworządność nie budzi wątpliwości.

Jak podaje Forum Obywatelskiego Rozwoju w audycie „Gospodarka i Praworządność pod rządami PiS. Wnioski na przyszłość”, w debacie publicznej dominują dwa duże chwyty propagandowe.
Po pierwsze, zasługi związane z poprawą sytuacji gospodarczej przypisywane są automatycznie aktualnemu rządowi. Po drugie, rozliczanie obietnic wyborczych nie uwzględnia faktu, że realizację złych dla gospodarki, społeczeństwa i państwa obietnic należy ocenić negatywnie z punktu widzenia rozwoju Polski. Główne fakty w dziedzinie gospodarki są takie: przynajmniej połowa dodatkowych wpływów z VAT jest niezależna od działań rządu.
Sektor finansów publicznych w 2020 roku będzie miał deficyt, obniżony tylko jednorazowymi dochodami oraz podwyżkami ZUS.
Rząd wprowadził wiele obciążeń dla obywateli i firm: podatek bankowy, kontynuacja zamrażania progów podatku od dochodów osób fizycznych, podwyższenie składek ZUS, opłata emisyjna, danina solidarnościowa, opłata recyklingowa.
Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, program 500 plus nie spowodował trwałego wzrostu urodzeń. Po spadku ubóstwa w latach 2014-2017, w 2018 zaczęło ono rosnąć. Rządy PO-PSL lepiej realizowały uzasadnione cele, wymienione w strategii Morawieckiego niż rządy PiS. Spółki Skarbu Państwa są dzisiaj o ponad 75 mld mniej warte niż w momencie wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta RP. Repolonizacja firm, w tym banków, to w rzeczywistości ich nacjonalizacja i zagarnianie przez nominatów PiS. Jeśli zaś chodzi o praworządność, to jak wskazuje FOR, PiS zrealizował zamach na niezależność wymiaru sprawiedliwości, która jest niezbędnym fundamentem trwałej demokracji.
Pogłębiono dotychczasowe problemy związane z przewlekłością spraw w sądach – a jednocześnie stworzono bezprecedensowe zagrożenie dla ich niezależności. Dokonano ogromnej koncentracji władzy w prokuraturze w rękach członka rządu PiS, Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, co zagraża niezależności prokuratorów od decyzji politycznych. Powołano na zajęte już miejsca w Trybunale Konstytucyjnym trzy osoby nazywane powszechnie dublerami, co umożliwiło przejęcie politycznej kontroli nad TK. Jednocześnie, premierzy rządu PiS bezprawnie odmawiali publikacji wyroków TK. 92 proc. członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa to politycy lub osoby wybierane przez polityków. Nowa KRS, zdominowana przez nominatów PiS, rekomendowała osoby do nowych izb Sądu Najwyższego, w tym, mającej cechy niekonstytucyjnego sądu wyjątkowego, Izby Dyscyplinarnej SN. W sposób arbitralny Minister Sprawiedliwości wymienił prawie 160 prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych oraz prawie 40 proc. sędziów SN powołując się m.in. na konieczność rzekomej „dekomunizacji”.