My decydujemy kogo zlustrować

Prawo i Sprawiedliwość pod pretekstem rzekomej lustracji dokonało skutecznego zamachu na niezależność Rady Dialogu Społecznego.
Przypomnijmy, że Senat wystąpił w obronie niezależności Rady Dialogu Społecznego i usunął z ustawy o tarczy antykryzysowej zapis, wprowadzony tam po cichu przez Prawo i Sprawiedliwość, dający premierowi prawo dowolnego odwoływania partnerów z Rady.
Niestety, po poprawkach Senatu ustawa wróciła do Sejmu, gdzie PiS-owska większość już czuwała – i w ramach swych totalitarnych zapędów, przywróciła ów zapis.
Tak więc, za sprawą Prawa i Sprawiedliwości , tarcza antykryzysowa zamieniła się w tarczę antyzwiązkową i antyspołeczną.
Oburzyło to Solidarność – i słusznie. Szkoda jednak, że ten związek wciąż nie chce dostrzec, jak bardzo antypracowniczą i wymierzoną przeciw związkom zawodowym politykę prowadzi PiS.
„Decyzja Sejmu RP o odrzuceniu poprawek Senatu RP dotyczących zapisów o Radzie Dialogu Społecznego podważa zaufanie „Solidarności” do Rządu i reprezentującej go większości parlamentarnej. W ramach walki ze skutkami kryzysu spowodowanego epidemią, tylnymi drzwiami wprowadzono do ustawy zapisy podważające suwerenność i ograniczające niezależność partnerów społecznych w RDS poprzez przyznanie Prezesowi Rady Ministrów uprawnienia do odwoływania członków Rady, niestety nie tylko z powodów lustracyjnych, ale także innych, bliżej nieokreślonych (czytaj: niepokornych). Tym samym zawłaszczono uprawnienia przysługujące wyłącznie Prezydentowi RP” – pisze w swoim oświadczeniu Piotr Duda, przewodniczący KK NSZZ „Solidarność”.
Szef „S” przypomina, iż „Solidarność” od roku zabiegała o lustrację w Radzie, naciskając na Rząd w celu zainicjowania niezbędnych zmian. Dotychczas nie spotkało się to z żadną reakcją, pomimo tego że na znak protestu „Solidarność” nie bierze udziału w plenarnych posiedzeniach z udziałem obecnego przewodniczącego. Jednak umieszczanie tej kwestii w „tarczy antykryzysowej” jest według Piotra Dudy zwyczajnym nieporozumieniem.
Przewodniczącemu „Solidarności” należy wyjaśnić, że tu nie może być mowy o żadnym nieporozumieniu. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje kwestię lustracji, jak wszelkie inne, wyłącznie instrumentalnie, do rozszerzana swojego panowania nad Polską.
Jeśli więc PiS, szermując rzekomą potrzebą lustracji, ma możliwość ograniczenia demokracji, dialogu społecznego, niezależności innych organów, to oczywiście sięga po argument lustracji, jak było na przykład w przypadku Sądu Najwyższego. Gdy zaś nie jest to przydatne, to PiS-owi lustracja nie jest do niczego potrzeba i woli się na nią nie powoływać, aby nie straszyć swych działaczy mających za sobą PRL-owską karierę i aktywne członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
I dlatego właśnie, jak przypomniał Piotr Duda, zlustrowanie Rady Dialogu Społecznego nie budziło dotychczas żadnego zainteresowania prominentów PiS. Nie budziło, bo lustracja nie była potrzebna do zamachu na Radę Dialogu Społecznego. Gdy natomiast okazała się przydatna, to po nią sięgnięto.
Piotr Duda w swym oświadczeniu stwierdza: „Oczekujemy od Prezydenta RP Andrzeja Dudy zdecydowanej reakcji, na ten bezprecedensowy atak na niezależny dialog społeczny w Polsce oraz bezsensowne podważenie prerogatyw Prezydenta RP”.
W ten sposób chce zagrać prezydentowi RP na ambicji, licząc, iż ten się poskarży do prezesa Kaczyńskiego, który poleci premierowi Morawieckiemu wydanie jakiegoś glejtu, czyli gwarancji nieodwołalności dla członków Rady Dialogu Społecznego. Akurat! Prezydent zna swoje miejsce w szyku i natychmiast bez zastrzeżeń podpisał ustawę o tarczy kryzysowej.
Żeby jednak pokazać rzekomą niezależność polskiej głowy państwa, jego rzecznik Błażej Spychalski poinformował (w prima aprilis), że Andrzej Duda skieruje do Trybunału Konstytucyjnego przepisy ze specustawy dotyczące funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego.
Podobno prezydent dostał zgodę na ów krok, gdyż ta kwestia była jednym z punktów narady jaką prezes Jarosław Kaczyński odbył ze swymi bliskimi współpracownikami. No cóż, może i kiedyś skieruje, co oczywiście nie będzie mieć najmniejszego znaczenia – ale być może uratuje prezydentowi trochę głosów w wyborach.
Natomiast szef „Solidarności” Piotr Duda dał wyraz swemu uzasadnionemu niezadowoleniu i stwierdził, że oburza nie tylko sam fakt wprowadzonych zmian, ale również ich tryb, miejsce i czas – czyli fakt, że stało się to w ramach niezwykle potrzebnej i pilnej ustawy łagodzącej skutki kryzysu wywołanego pandemią.
Zauważył też: „W poczuciu odpowiedzialności za szybkie uruchomienie wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników, oraz świadomi koniecznych ograniczeń w codziennym funkcjonowaniu, zostaliśmy praktycznie pozbawieni możliwości jakiekolwiek reakcji na bezpardonowy zamach na niezależny dialog społeczny”.
Wypada dodać, że dokładnie taki był cel działania prominentów PiS: właśnie dokonanie bezpardonowego zamachu na niezależny dialog społeczny, w sposób, który uniemożliwia jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący Piotr Duda podkreśla, że niestety – i to jest w tym wszystkim najgorsze – podważono zaufanie, a podważonego zaufania nie da się łatwo odbudować. Zapowiada więc, dość enigmatycznie, że: „„Solidarność” takich rzeczy nie zapomina i będzie to miało swoje negatywne konsekwencje w przyszłości”.
I tu się trzeba nie zgodzić z szefem „Solidarności”. Jego związek zapomni to raz dwa – i nie będzie to mieć żadnych konsekwencji dla rządzących. Przy najbliższych wyborach jak zawsze dostaną oni pełne poparcie od wiernych związkowców.

Czy kiedyś za to odpowiedzą?

Rząd PiS zmarnował mijające pięć lat dobrej koniunktury. W rezultacie, polskie finanse publiczne oraz system opieki zdrowotnej nie zostały przygotowane na epidemię koronawirusa. Tegoroczny, rzekomo „Zrównoważony budżet” stanowił tylko sztuczkę księgową, służącą rządowej propagandzie – w rzeczywistości, planowany deficyt sektora finansów publicznych, po odliczeniu dochodów jednorazowych, miał w 2020 roku wynieść 2,2 proc. produktu krajowego brutto (ponad 50 mld zł), czyli niewiele mniej niż 2,6 proc. PKB odnotowane w 2015 roku. W tym samym czasie 13 państw Unii Europejskiej planowało osiągnąć nadwyżki.
Jednocześnie, w Polsce nie przeprowadzono żadnej gruntownej reformy zwiększającej efektywność służby zdrowia, skupiając się przede wszystkim na wzroście transferów socjalnych.
W sytuacji rosnącej niepewności związanej z możliwymi konsekwencjami epidemii koronawirusa, jeszcze bardziej pilne niż dotychczas staje się ograniczenie niepewności legislacyjnej, wprowadzanej przez obecny rząd. Słusznym kierunkiem może wydawać się zatem apel o zawarcie paktu społecznego pod hasłem „2020 rokiem regulacyjnego spokoju” – postuluje dr. Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju. Najważniejszym punktem takiego paktu mogłoby być odroczenie wejścia w życie nowych obowiązków administracyjnych dla firm. Dodatkowym wzmocnieniem takiego paktu powinna być jednoznaczna deklaracja rządu o niewprowadzaniu nowych podatków i innych danin w 2020 roku – uważa FOR.
Do czasu uspokojenia się sytuacji i opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa proponuje on również, aby w najbliższych miesiącach nie przeprowadzać żadnych zmian legislacyjnych, które nie są bezpośrednio związane z reakcjami na zagrożenie epidemiologiczne i skutkami, jakie epidemia może wywołać w społeczeństwie i gospodarce, z wyłączeniem spraw pilnych.
Wstrzymane powinny zostać także wszystkie działania pogłębiające chaos w systemie wymiaru sprawiedliwości i osłabiające poziom praworządności.
Wreszcie, w sytuacji rosnącego zagrożenia epidemią przeglądu wymagają wszelkie obowiązki administracyjne nakładane na przedsiębiorstwa i, szerzej, obywateli. Zasadne może być przesunięcie części z nich w czasie lub ograniczenie sankcji za ich niestosowanie.
W tej chwili jest jeszcze nieco za wcześnie na to, aby decydować o ewentualnym konkretnym zakresie wsparcia dla poszczególnych branż lub podmiotów. Oczywiste jest jednak, że niezbędne jest wdrożenie przez rząd narzędzi, pozwalających zachować płynność firmom i sektorom szczególnie dotkniętym przez epidemię. FOR wskazuje też jednak, że koronawirus nie może stanowić pretekstu do dalszego obchodzenia istniejących reguł fiskalnych, co groziłoby pogłębieniem strukturalnych problemów polskich finansów publicznych.
Niezależnie od tych uwag, wypada też dodać, że konieczne wydają się także skuteczne działania ochronne dla pracowników, niezależnie od tego na jakiej umowie są zatrudnieni. Coraz bardziej zagrażają im powrót bezrobocia oraz bieda – złowrogie efekty uboczne epidemii koronawirusa.
A tymczasem, PiS prze do wyborów, zamiast skupić się na pomocy przedsiębiorcom i pracującym.
Zwalczanie pandemii koronawirusa i związanych z nią konsekwencje dla zdrowia i gospodarki powinno być dla rządzących priorytetem. Zamiast skupić się na służących temu rozwiązaniach, podejmu ją oni niezgodne z prawem działania, których celem jest realizacja planu Prawa i Sprawiedliwości: aby pomimo faktycznego stanu nadzwyczajnego w Polsce zorganizować 10 maja 2020 r. wybory prezydenckie – wskazuje wiceprezes FOR, ekonomista Marek Tatała.
Zdrowie Polek i Polaków, funkcjonowanie przedsiębiorstw i gospodarki czy środki do życia dla pracowników zeszły w ramach parcia do wyborów na dalszy plan
W nocy z 27 na 28 marca posłowie PiS dodali do ustawy o pomocy dla przedsiębiorców i pracujących w czasie epidemii koronawirusa poprawkę zmieniającą kodeks wyborczy. Poprawka umożliwia głosowanie korespondencyjne osobom powyżej 60. roku życia oraz osobom przebywającym w kwarantannie, izolacji i izolacji domowej
Bez względu na to, jakie formy głosowania na odległość byłyby dostępne, same wybory nie powinny odbywać się 10 maja 2020 r., ponieważ w Polce faktycznie obowiązuje stan nadzwyczajny, podczas którego wybory nie mogą zostać przeprowadzone. Rada Ministrów powinna formalnie wprowadzić stan klęski żywiołowej, czyli jeden ze stanów nadzwyczajnych.
W ramach skandalicznej nocnej zmiany kodeksu wyborczego politycy PiS zaproponowali głosowanie korespondencyjne dla części wyborców – chociaż w 2017 r. złożyli projekt likwidujący w całości głosowanie korespondencyjne, argumentując to zwiększonym ryzykiem nieprawidłowości, fałszerstw czy nawet kupowania głosów za pieniądze i alkohol.
Wprowadzając nocne zmiany w Kodeksie wyborczym, złamano kilkukrotnie prawo, w tym Regulamin Sejmu i Konstytucję. Ta zmiana w ustawie, której celem było przecież wprowadzenie mechanizmów wsparcia dla osób doświadczających skutków epidemii, może sprawić, że wejście w życie tych przepisów będzie z winy PiS opóźnione o kolejne dni.

Tegoroczny, rzekomo „Zrównoważony budżet” stanowił tylko sztuczkę księgową, służącą rządowej propagandzie – w rzeczywistości, planowany deficyt sektora finansów publicznych, po odliczeniu dochodów jednorazowych, miał w 2020 roku wynieść 2,2 proc. produktu krajowego brutto (ponad 50 mld zł), czyli niewiele mniej niż 2,6 proc. PKB odnotowane w 2015 roku. W tym samym czasie 13 państw Unii Europejskiej planowało osiągnąć nadwyżki.
Jednocześnie, w Polsce nie przeprowadzono żadnej gruntownej reformy zwiększającej efektywność służby zdrowia, skupiając się przede wszystkim na wzroście transferów socjalnych.
W sytuacji rosnącej niepewności związanej z możliwymi konsekwencjami epidemii koronawirusa, jeszcze bardziej pilne niż dotychczas staje się ograniczenie niepewności legislacyjnej, wprowadzanej przez obecny rząd. Słusznym kierunkiem może wydawać się zatem apel o zawarcie paktu społecznego pod hasłem „2020 rokiem regulacyjnego spokoju” – postuluje dr. Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju. Najważniejszym punktem takiego paktu mogłoby być odroczenie wejścia w życie nowych obowiązków administracyjnych dla firm. Dodatkowym wzmocnieniem takiego paktu powinna być jednoznaczna deklaracja rządu o niewprowadzaniu nowych podatków i innych danin w 2020 roku – uważa FOR.
Do czasu uspokojenia się sytuacji i opanowania rozprzestrzeniania się koronawirusa proponuje on również, aby w najbliższych miesiącach nie przeprowadzać żadnych zmian legislacyjnych, które nie są bezpośrednio związane z reakcjami na zagrożenie epidemiologiczne i skutkami, jakie epidemia może wywołać w społeczeństwie i gospodarce, z wyłączeniem spraw pilnych.
Wstrzymane powinny zostać także wszystkie działania pogłębiające chaos w systemie wymiaru sprawiedliwości i osłabiające poziom praworządności.
Wreszcie, w sytuacji rosnącego zagrożenia epidemią przeglądu wymagają wszelkie obowiązki administracyjne nakładane na przedsiębiorstwa i, szerzej, obywateli. Zasadne może być przesunięcie części z nich w czasie lub ograniczenie sankcji za ich niestosowanie.
W tej chwili jest jeszcze nieco za wcześnie na to, aby decydować o ewentualnym konkretnym zakresie wsparcia dla poszczególnych branż lub podmiotów. Oczywiste jest jednak, że niezbędne jest wdrożenie przez rząd narzędzi, pozwalających zachować płynność firmom i sektorom szczególnie dotkniętym przez epidemię. FOR wskazuje też jednak, że koronawirus nie może stanowić pretekstu do dalszego obchodzenia istniejących reguł fiskalnych, co groziłoby pogłębieniem strukturalnych problemów polskich finansów publicznych.
Niezależnie od tych uwag, wypada też dodać, że konieczne wydają się także skuteczne działania ochronne dla pracowników, niezależnie od tego na jakiej umowie są zatrudnieni. Coraz bardziej zagrażają im powrót bezrobocia oraz bieda – złowrogie efekty uboczne epidemii koronawirusa.
A tymczasem, PiS prze do wyborów, zamiast skupić się na pomocy przedsiębiorcom i pracującym.
Zwalczanie pandemii koronawirusa i związanych z nią konsekwencje dla zdrowia i gospodarki powinno być dla rządzących priorytetem. Zamiast skupić się na służących temu rozwiązaniach, podejmu ją oni niezgodne z prawem działania, których celem jest realizacja planu Prawa i Sprawiedliwości: aby pomimo faktycznego stanu nadzwyczajnego w Polsce zorganizować 10 maja 2020 r. wybory prezydenckie – wskazuje wiceprezes FOR, ekonomista Marek Tatała.
Zdrowie Polek i Polaków, funkcjonowanie przedsiębiorstw i gospodarki czy środki do życia dla pracowników zeszły w ramach parcia do wyborów na dalszy plan
W nocy z 27 na 28 marca posłowie PiS dodali do ustawy o pomocy dla przedsiębiorców i pracujących w czasie epidemii koronawirusa poprawkę zmieniającą kodeks wyborczy. Poprawka umożliwia głosowanie korespondencyjne osobom powyżej 60. roku życia oraz osobom przebywającym w kwarantannie, izolacji i izolacji domowej
Bez względu na to, jakie formy głosowania na odległość byłyby dostępne, same wybory nie powinny odbywać się 10 maja 2020 r., ponieważ w Polce faktycznie obowiązuje stan nadzwyczajny, podczas którego wybory nie mogą zostać przeprowadzone. Rada Ministrów powinna formalnie wprowadzić stan klęski żywiołowej, czyli jeden ze stanów nadzwyczajnych.
W ramach skandalicznej nocnej zmiany kodeksu wyborczego politycy PiS zaproponowali głosowanie korespondencyjne dla części wyborców – chociaż w 2017 r. złożyli projekt likwidujący w całości głosowanie korespondencyjne, argumentując to zwiększonym ryzykiem nieprawidłowości, fałszerstw czy nawet kupowania głosów za pieniądze i alkohol.
Wprowadzając nocne zmiany w Kodeksie wyborczym, złamano kilkukrotnie prawo, w tym Regulamin Sejmu i Konstytucję. Ta zmiana w ustawie, której celem było przecież wprowadzenie mechanizmów wsparcia dla osób doświadczających skutków epidemii, może sprawić, że wejście w życie tych przepisów będzie z winy PiS opóźnione o kolejne dni.

Nocna „wrzutka” była bezprawna

Jedna z przyjętych nad ranem poprawek klubu Prawa i Sprawiedliwości dotyczy zmiany Kodeksu wyborczego i rozszerza zakres głosowania korespondencyjnego – planuje się dodać do KW art. 53a. Zakłada on, że głosować korespondencyjnie będą mogli wyborcy „podlegający w dniu głosowania obowiązkowej kwarantannie, izolacji lub izolacji w warunkach domowych”, a także ci „którzy najpóźniej w dniu wyborów skończyli 60 lat”.

Poza oczywistą kwestią natury moralnej, że upieranie się przy dacie wyborów prezydenckich na 10 maja 2020 r. jest przedkładaniem interesu partyjnego ponad zdrowie i życie milionów Polaków, istnieją także poważne przesłanki prawne pozwalające stwierdzić, że wybrany w oparciu o tak uchwalone prawo prezydent RP, będzie wybrany nielegalnie, a przez to nieważnie. Ja osobiście w wyborach prezydenckich 10 maja udziału nie wezmę, gdyź byłoby to podanie ręki bezprawiu, czego czynić nie zamierzam.
Dlaczego zmiana Kodeksu Wyborczego (która przejść musi jeszcze przez Senat i uzyskać prezydencki podpis) jest niezgodną z prawem?
1
Po pierwsze nowela ta niezgodna jest z samym regulaminem Sejmu, który w art. 89 ust. 2 stanowi: „Pierwsze czytanie projektu kodeksu lub projektu przepisów wprowadzających kodeks może się odbyć nie wcześniej niż trzydziestego dnia od doręczenia posłom druku projektu.
Pierwsze czytanie projektu zmian kodeksu lub projektu zmian przepisów wprowadzających kodeks może się odbyć nie wcześniej niż czternastego dnia od doręczenia posłom druku projektu”. Te przepisy w oczywisty sposób zostały złamane.
Tu zaś mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której o drugiej w nocy, tuż przed trzecim czytaniem projektu ustawy, zgłoszono poprawkę zmieniającą Kodeks wyborczy. A zmianę dodano do ustawy nijak niezwiązanej ze sprawami wyborczymi, gdyż do przepisów mających służyć polskim przedsiębiorcom zmagającymi się ze skutkami pandemii koronawirusa. W ten sposób uniknięto też jakiejkolwiek debaty w Sejmie, gdyż na temat poprawek złożonych w drugim czytaniu, tuż przed trzecim, nie trzeba przeprowadzać dyskusji.
Tak ważna zmiana nie została w żaden sposób uzasadniona. Złożenie poprawki w drugim czytaniu nie wymaga bowiem uzasadnienia.
Przyjęta zmiana w Kodeksie wyborczym pozbawi praw wyborczych tysiące osób. Przewidziano bowiem, że głosować korespondencyjnie będą mogły osoby poddane procedurze kwarantanny, o ile zgłoszą chęć głosowania na pięć dni przed datą wyborów. Co jednak z tymi, którzy zostaną objęci przymusową kwarantanną na mniej niż pięć dni przed terminem głosowania? Oni nie będą mogli zagłosować. Dalej: co z osobami mieszkającymi poza Polską, którym państwa ich pobytu mogą nie chcieć umożliwić głosowania w polskich wyborach, bo np. będą tam obowiązywały zasady analogiczne do tych aktualnie występujących w Polsce w postaci zakazu przemieszczania się i gromadzenia?
2
Zgodnie z orzecznictwem TK (głównie z roku 2006) prawo wyborcze nie może być zmieniane w ciągu sześciu miesięcy przed wyborami. Chociaż dzisiaj kształt tzw. Trybunału Konstytucyjnego jest – subtelnie mówiąc – daleki od ideału, to przecież wyroki z lat poprzednich, orzeczenia „dawnego” TK, wiążą w całości. Kodeks dobrych obyczajów prawa wyborczego, przyjęty przez Radę Europy, mówi nawet o okresie dwuletnim. Trybunał w szeregu wyroków podkreślał, że zmiany w okresie krótszym niż pół roku przed wyborami są dopuszczalne jedynie wówczas, gdy nie mogłyby mieć wpływu na wynik wyborów. W tym konkretnym przypadku uchwalona nowelizacja jest zaś kluczowa – bo w ogóle umożliwia przeprowadzenie wyborów.
3
Kodeks wyborczy nie powinien być zmieniany za pomocą „wrzutki” do zupełnie innej ustawy. Materia kodeksowa jest na tyle poważna, że nowelizację kodeksów należy uchwalać zawsze odrębnie, a nie przy okazji uchwalania czy nowelizowania innej ustawy.
4
Zgodnie z art. 123 Konstytucji „nie można stosować trybu pilnego zmiany do ustaw, które dotyczą wyboru prezydenta Rzeczpospolitej, Sejmu i Senatu”. Tymczasem nie ulega wątpliwości iż, w nocnym głosowaniu w Sejmie został zastosowany tryb pilny wbrew Konstytucji, przez co uchwalona nowelizacja Kodeku Wyborczego są nieważne. Dokonało się niewątpliwe naruszenie Konstytucji poprzez wprowadzenie trybu pilnego do ustawy, co do której ten tryb pilny nie może być zastosowany.
5
Zmiany w kodeksach wymagają procedury opisanej szczegółowo w osobnym rozdziale Regulaminu Sejmu. Jak wspomniałem wyżej istotne zmiany w Kodeksie Wyborczym można wprowadzać najpóźniej 6 miesięcy przed wyborami. Wybory trwają od ich ogłoszenia, tj. od 5 lutego. Tak więc wybory 10 maja można będzie uznać z mocy prawa za nieważne.
6
Nie jest dopuszczalne przyjeżdżanie do osób kwarantannowanych czy osób po 60 roku życia „z urną”. Takie pomysły należy uznać za niedorzeczne z co najmniej dwóch powodów. Pomijając, że to byłby powrót do praktyk z okresu PRL, stanowiłoby to oczywiste naruszenie norm Kodeksu Wyborczego, a przede wszystkim Konstytucji. To nie tylko naruszenie zasady powszechności, ale też tajności, które Konstytucja gwarantuje. Jak sobie wyobrazić np. tajne głosowanie w mieszkaniu? Czy tak, że przychodzi komisja do tej osoby w kwarantannie i mówi: „Niech pan tutaj zakreśli, a my pójdziemy do kuchni”? Jest to urządzanie z wyborów kpiny i traktowanie ich w sposób absolutnie niepoważny. Ostatnio mówi się, że osoby chcące głosować w domach dostaną pakiet „pocztowy” do wypełnienia. Kodeks wyborczy mówi jednak wyraźnie, że głosowanie odbywa się w lokalu wyborczym. Ten przepis w nocy zmieniono, ale jak wskazałem wyżej, zmieniono go nielegalnie. A zatem de facto i de iure obowiązują unormowania dotychczasowe.
7
Teoretycznie można sobie wyobrazić, że osoby, które nie doprowadziły do przełożenia wyborów, ponoszą odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu albo odpowiedzialność karną z przepisu Kodeksu karnego, który mówi o niedopełnieniu czy przekroczeniu obowiązków (art. 231 kk). Na poszczególnych osobach w państwie ciąży obowiązek zadbania o to. Można też rozważać procesy cywilne poszczególnych osób.
8
Umieszczenie w ustawie antykryzysowej przepisów zmieniających Kodeks wyborczy powoduje, że Senat, w którym przeważa opozycja, został w zasadzie pozbawiony realnej możliwości przyjęcia ustawy bez poprawek. Trudno bowiem przypuszczać, że zaakceptuje on „wrzutkę” umożliwiającą przeprowadzenie w maju wyborów prezydenckich. Oznacza to, że wejście w życie przepisów chroniących choć niektórych przedstawicieli biznesu się odwlecze.
Należy nadto pamiętać, że do poprawnego przeprowadzenia wyborów potrzebnych jest kilkanaście tysięcy osób w komisjach wyborczych. Czy mamy dziś gwarancję, że te osoby się stawią, że nie przedłożą troski o swe zdrowie i życie ponad zasiadanie w komisji wyborczej, co przecież byłoby czymś jak najbardziej naturalnym? Słowem: czy uda się zebrać personalną obsługę wyborów majowych? Już dzisiaj wielu wójtów i prezydentów miast pisze, że ważniejsze jest dla nich życie i zdrowie obywateli, aniżeli przeprowadzenie wyborów. Dlatego też uprzedzają lojalnie, że w ich wsiach czy miastach wybory się nie odbędą
Powyższa (dalece skrótowa) analiza prawna wiedzie do jednej możliwej konkluzji: uchwalone zmiany w Kodeksie Wyborczym są niezgodne z prawem, zaś mające się odbyć w maju wybory prezydenckie będą – o ile faktycznie się odbędą – wyborami nieważnymi. Zrodzi to kolejny, bardzo poważny kryzys w kraju, w czasie szczytu zachorowań na koronawirusa. Specjaliści szacują bowiem, że właśnie z początkiem maja zarówno ilość zachorowań, jak i zgonów w Polsce z powodu epidemii, osiągnie punkt kulminacyjny.
Smutną refleksję nasuwa fakt, że PO poparła całą ustawę o tarczy antykryzysowej wraz z bezprawną nowelizacją Kodeksu Wyborczego.
Na zakończenie jeszcze jedna – ważna w mojej ocenie kwestia – co stałoby się, gdyby Andrzej Duda pozostał jedynym kandydatem wybory prezydenckie 10 maja? Otóż gdyby się okazało, że prezydent Duda nie ma kontrkandydatów, wybory nie mogłyby się odbyć. Nie można wybierać, jeśli nie ma spośród kogo wybierać, a tak jest, jeżeli kandytat byłby tylko jeden. To wynika z artykułu 293 Kodeksu Wyborczego, ale przede wszystkim z zasad zwykłej logiki. Wybierać można jedynie między kimś, a kimś, czymś, a czymś. Taki trik – w wypadku wycofania się wszystkich kandydatów oprócz Andrzeja Dudy – pozwoliłby odwołać wybory, nawet gdyby PiS dalej się upierał, że muszą się odbyć 10 maja.

Do władzy za każdą cenę

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują epidemię dla własnych celów partyjnych. Wybory mają być 10 maja i ma w nich wygrać kandydat PiS.

Sejm przyjął ustawę, wprowadzającą pakiet działań antykryzysowych. Przy okazji uchwalania tego aktu prawnego doszło do pokazu bezprzykładnego wręcz cynizmu ze strony prominentów Prawa i Sprawiedliwości – zdumiewającego nawet jak na ich własne standardy. Wykorzystali oni epidemię koronawirusa i tragedię Polaków, do załatwienia swych interesów partyjnych – czyli, przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja, niezależnie od epidemii, oraz maksymalnego zwiększenia szans wyborczych kandydata PiS Andrzeja Dudy.
Do przepisów antykryzysowych nad którymi debatowali posłowie, PiS niespodziewanie włączył poprawkę wprowadzającą zmiany w kodeksie wyborczym: zapis umożliwiający korespondencyjne głosowanie ludziom po 60 roku życia oraz odbywającym kwarantannę. PiS-owi chodziło o to, by w ten sposób pokazać, że władza stworzyła warunki, które niezależnie od epidemii, umożliwiają przeprowadzenie wyborów 10 maja – choć oczywiście wszem i wobec wiadomo, że organizowanie powszechnego głosowania w warunkach epidemii zwiększy zagrożenie dla życia i zdrowia Polaków.
Dla prominentów PiS ważny jest jednak wynik wyborów prezydenckich, a nie życie i zdrowie Polaków. Głosowanie już w dniu 10 maja, w czasie, gdy tylko prezydent Andrzej Duda może prowadzić swoją kampanię wyborczą, znacznie zwiększa bowiem jego szanse na reelekcję.
Zapis o korespondencyjnych wyborach, wrzucony znienacka przez PiS do tarczy antykryzysowej ma się nijak do zwalczania ekonomicznych skutków epidemii koronawirusa – i oczywiste jest, że przy jego wprowadzaniu złamano wszelkie zasady, już nie tylko pracy ustawodawczej, ale zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Wykorzystywanie tragicznej epidemii, aby pod pretekstem wsparcia dla gospodarki zwiększać szanse zachowania pełnej władzy – to się w głowie nie mieści. Dla prominentów PiS takie zarzuty są jednak kompletnie bez znaczenia i spływają po nich, jak nomen omen, woda po kaczce. W tym miejscu wypada skierować pytanie do działaczy Prawa i Sprawiedliwości: Jak mogliście upaść aż tak nisko?
Na tle, gwałcącego reguły przyzwoitości, działania liderów PiS, bardzo racjonalnie i uczciwie zachowała się Koalicja Obywatelska. Poparła ona tarczę antykryzysową mimo wrzucenia w nią zapisu o korespondencyjnych wyborach. Jak wytłumaczyli logicznie przedstawiciele PO, zagłosowali za pomocą dla Polaków, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji.
I słusznie, bo tarcza, choć jest mała, niekompletna, dziurawa i skażona zapisem o korespondencyjnych wyborach, może jednak okazać się jakimś wsparciem dla ludzi poszkodowanych przez kryzys gospodarczy wywołany epidemią – choć niestety może stać się również narzędziem wyzysku pracowników przez pracodawców.
Poza tym, łatwo sobie wyobrazić jak ujadałaby i szczuła PiS-owska telewizja „publiczna”, gdyby okazało się, że Koalicja Obywatelska zagłosowała przeciw tarczy antykryzysowej. Zresztą, nawet poparcie tarczy przez KO stało się powodem do ataku ze strony „publicznej” TVP, która dziwiła się, dlaczego posłowie Koalicja Obywatelskiej poparli tarczę antykryzysową, skoro znalazł się tam zapis o zdalnych wyborach, ich zdaniem sprzeczny z prawem?
Cyniczne były również wezwania premiera PiS-owskiego rządu, by Senat natychmiast, najlepiej w tym samym dniu co Sejm i bez dyskusji, przyjął rozwiązania antykryzysowe, bo każda godzina jest droga. Dla rządu jakoś nie była droga, skoro na spisanie działań antykryzyzysowych potrzebował dziesięciu dni. Można jednak zrozumieć, że ten czas był mu niezbędny, aby wmontować w tarczę zapis o korespondencyjnym głosowaniu.
Szkoda, że podobnej troski co o zapewnienie reelekcji Andrzejowi Dudzie, nie wykazano o przygotowanie kraju do nadciągającej epidemii koronawirusa – mimo, że rząd miał i czas, i wiedzę, i pieniądze.
Skandalem jest choćby niedostatek testów – w związku z czym nawet lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni czy laboranci są poddawani testom dopiero wtedy, gdy już mają objawy wskazujące na możliwość zakażenia koronawirusem. Dramatycznego wymiaru nabierają też i inne zaniedbania obecnej ekipy – doprowadzenie do zapaści w służbie zdrowia czy brak działań antysmogowych.
W związku z tym wszystkim, termin „Po trupach do władzy” mający określać sens poczynań prominentów Prawa i Sprawiedliwości, staje się coraz popularniejszy. I niestety, nabiera ponurej dosłowności w miarę rosnącej liczby ofiar koronawirusa.

Rząd Pasikoników

Rząd PiS sprywatyzował walkę z zarazą koronowirusa. Przerzucił jej koszty na obywateli. Ci karnie i nad wyraz zgodnie samo uwięzili się w domowych kwarantannach. I tym radykalnie zahamowali roznoszenie się wirusa w Polsce. Raz jeszcze uznali, że jeśli chcesz w IY RP liczyć na kogoś w czasie kryzysu, to najpewniej licz na siebie.
Rząd PiS przerzucił walkę z zarazą na barki obywateli, bo przez pięć lat swych rządów elity PiS roztrwoniły korzyści płynące w czasach prosperity. W których miał szczęście sobie porządzić.
Przez pięć lat dobrej, światowej koniunktury gospodarczej elity PiS zachowywały się jak Pasikonik z bajki Ezopa. Zamiast robić zapasy na zimę, na czasy trudne, czas rządzenia zużywały na ciągłe kreowaniu nowych konfliktów i przeciwników.
Zamiast reformować, unowocześniać polskie państwo elity PiS inicjowały konflikty społeczne i wojny domowe.
Walczyły z „postkomuną” odbierając należne świadczenia emerytalne służbom mundurowy.
Walczyły z „kastą sędziowską” dezorganizując i upolityczniając system władzy sadowniczej.
Walczyły z protestującymi lekarzami odkładając na przyszłość reformy biedniejącej służby zdrowia.
Walczyły z wykreowaną, wrogą „Brukselą” plasując nasz kraj na marginesie Unii Europejskiej. W efekcie rząd PiS nie przystąpił do unijnych przetargów na sprzęt medyczny, bo „nie zdążył”.
Teraz elity PiS prześcigają się w podzięce za dary od komunistów chińskich. Teraz komunistycznymi maseczkami nie brzydzą się tak żarliwi antykomuniści jak pan premier Morawiecki czy minister Dworczyk.
Elity PiS wytrwale walczyły ze strajkującymi nauczycielami. Zamiast unowocześniać system oświaty, najpierw rozwalały gimnazja, potem zmieniały podstawy programowe aby wychowywać narodowo- katolickich ciemniaków. Zapominały unowocześniać szkolnictwa, wprowadzać cyfrowe metody zdalnego nauczania.
Szczuły z wielką satysfakcją na strajkujących nauczycieli resztę społeczeństwa. Plugawiły ich w swojej TVP SA i Polskim Radiu.
Już w trakcie pojawienia się zagrożenia zarazą zasiliły TVP SA dodatkową dziesięciomiliardową dotacją wypłacaną tej medialnej szczujni przez najbliższe pięć lat.
Walczyły z samorządami odbierając im uprawnienia i środki finansowe. Zwalały na samorządy dodatkowe zadania
Elity PiS sprawnie uprawiały godnościową propagandę. Wmawiały wyborcom, że dokonują wielkiego dzieła wzmocnienia państwa polskiego. Polonizacji i repolonizacji kolejnych sektorów gospodarki i życia społecznego.
W rzeczywiści grupy cwaniaków przewalały miliardy złotych z budżetu państwa pod pretekstem walki z „antypolonizmem”. Kupowano felerne jachty, malowano patriotycznie samoloty, wykupywano mega kosztowne ogłoszenia w zagranicznych mediach.
Ale kiedy nadszedł czas próby dla infrastruktury państwa polskiego to okazało się jak bardzo jest ono słabe.
Cóż z tego, że pan minister oświaty Dariusz Piontkowski zarządził zdalną naukę dla pozostających w domach dzieci, skoro państwo polskie nie ma niezbędnych do tego, sprawnych serwerów. I musi korzystać z pomocy prywatnych instytucji.
Ale przez ostatnie pięć lat priorytetem elit PiS były budowy muzeów. Zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”.
Nie ma też w państwie polskim kompleksowych systemów bezpieczeństwa, procedur, planów awaryjnych. Nawet Sejm RP nie wprowadził na czas systemu pracy zdalnej.
Za to nagrody za znakomite efekty pracy Kancelarii Sejmu zostały prominentom PiS wypłacone już w styczniu. I nie tylko im.
Widać im „należało się”.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Żywa tarcza

Nie mówmy o tarczy antykryzysowej. To, co szykuje rząd i co w formie medialnych przecieków na raty dociera do opinii publicznej, zanim zostanie przegłosowane w piątek, na tę nazwę nie zasługuje.

Prawdziwą tarczą, prawdziwym zabezpieczeniem społeczeństwa przed epidemią byłaby sprawnie działająca publiczna służba zdrowia, odpowiednio wyposażone szpitale, dobrze zarabiające pielęgniarki. Polska prawica wolała jednak zbywać pracowników medycznych obietnicami, udawać, że wszystko jest w porządku lub skrycie marzyć o prywatyzacji. Głosy socjaldemokratów, odkąd ci zaczęli głośniej upominać się o usługi publiczne na godnym poziomie, były ignorowane. Marne pocieszenie, że było tak nie tylko w Polsce: owoce cięcia wydatków publicznych w postaci niedoboru łóżek szpitalnych, respiratorów czy nawet rękawiczek zbierają właśnie Włosi i Hiszpanie. W Madrycie lewicowy rząd, w obliczu sytuacji naprawdę ekstremalnej, zamachnął się – fakt, że z założenia tymczasowo – na dogmat o własności prywatnej i ogłosił, że cała niepubliczna służba zdrowia przechodzi do dyspozycji władz regionalnych. Naszych polityków nie stać nawet na połowę takiej odwagi.

Lewica podsuwała PiS gotowe rozwiązania, by równocześnie zachować socjalną twarz i ratować polski kapitalizm. Wśród jej pięciu postulatów było objęcie pracowników na umowach śmieciowych podstawowymi gwarancjami, zwolnienie przedsiębiorców z opłat za usługi komunalne oraz wypłacanie przez państwo 75 proc. pensji, pod warunkiem, że pracodawca nikogo z pracy nie wyrzuci. Szkoda, że poza debatę w internecie czy publicystykę nie wyszły krok dalej idące pomysły, jak podstawowy dochód gwarantowany, podwyżka podatków dla określonych grup, zawieszenie spłat rat kredytowych dla zwykłych konsumentów czy powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Warto, by sejmowi socjaldemokraci się nimi zainteresowali. Niedługo takie ruchy mogą okazać się niezbędne, by najsłabsi w ogóle przetrwali.

PiS-u nie stać nawet na tyle. Jak każda konserwatywna prawica, będzie ratować banki i większy biznes. Nie pracowników i nawet nie te małe firmy, które przez całą III RP chwalono jako najlepszy pomysł na życie. Upadną razem ze spadkiem popytu i siły nabywczej, jaką wywoła obniżenie zarobków i wydłużenie czasu pracy. A taka właśnie ma być polska tarcza antykryzysowa: obniżenie płac, wydłużenie czasu pracy, pozbawienie organizacji pracowniczych prawa głosu. Związki zawodowe nie będą mogły realnie wpłynąć na decyzje pracodawcy, jak ratować firmę.

Firma, która wpadnie w kłopoty, dostanie prawo pod pewnymi warunkami wydłużyć czas pracy do 12 godzin. Inny scenariusz ratowania biznesu? Przy spadku obrotów o 15 proc. pracodawca będzie mógł, skracając czas pracy, równocześnie obniżyć pensję do 80 proc. Jedyne, czego mu nie wolno, to zejść poniżej płacy minimalnej. Połowę tak obniżonego wynagrodzenia i tak zapłaci nasze tanie państwo ze swoich ograniczonych zasobów, ograniczonych tyleż przez tak popularne przed kryzysem „optymalizacje”, co przez trwonienie kasy na propagandę. Pamiętacie, ile kosztowała Telewizja Kurskiego? Polska Fundacja Narodowa? IPN? „Żołnierze wyklęci” nie chronią przed epidemią. Gdyby było inaczej, wirus nawet nie zbliżyłby się do polskich granic.

To zaś, co „socjalny” rząd szykuje dla osób bez umów o pracę, jest zwyczajnie haniebne. Po latach tolerowania rozkwitu śmieciówek i łamania prawa pracy nawet w okresie niezłej koniunktury, wciskania, że taka umowa jest korzystniejsza (w większości przypadków jest tylko pozornie), w momencie załamania rzuca im się nędzną jałmużnę. Samozatrudnieni, ludzie ze zleceniami i umowami o dzieło dostaną jednorazowo 80 proc. płacy minimalnej. Przypomnijmy: ona wynosiła 4000 zł tylko w przedwyborczych obietnicach PiS i w katastroficznych wizjach anty-PiS. W prawdziwym życiu nie przekroczyła 2600 zł brutto. Można policzyć, na ile teraz mogą liczyć ludzie na śmieciówkach czy samozatrudnieniu (często zresztą wymuszonym), zanim przestaną móc liczyć w ogóle na cokolwiek. O zawieszeniu programów socjalnych PiS na razie nie słychać. Ale spokojnie, niech tylko Duda wygra wybory… Kryzys uzasadnia wiele „kroków nadzwyczajnych”.

A kryzys będzie trwał. Epidemiolodzy nie mają dobrych wiadomości, jeśli chodzi o czas walki z wirusem. Państwo, które zrobi z obywateli żywą tarczę, za kilka miesięcy przekona się, że brak popytu i tak zabija firmy ratowane z takim poświęceniem publicznych pieniędzy, a tych pieniędzy, czyli możliwości interwencji publicznej, jest coraz mniej.

Było takie hasło na antykapitalistycznych demonstracjach: Nie będziemy płacić za wasz kryzys! Jeśli tarcza antykryzysowa wejdzie w życie w takiej postaci, co jest najbardziej prawdopodobne, to jednak będziemy, tak jak zapłaciliśmy za poprzedni. Podziękujmy „socjalnemu” rządowi. I szukajmy prawdziwej alternatywy, skoro neoliberalny kapitalizm wdeptuje nas w ziemię po raz kolejny.

Wirus w Pałacu Sprawiedliwości

W dniu 16.12.2016 r., ponad ćwierć wieku po upadku PRL, politycy PiS uchwalili ustawę represyjną, zwaną kłamliwie i propagandowo „dezubekizacyjną”, w wyniku której prawie 50 tysięcy pracowników i funkcjonariuszy tamtej Polski oraz członków ich rodzin, uznano za zbrodniarzy, a ich uczciwie wypracowane emerytury i renty obniżono do poziomu głodowego minimum. Na wszelkie zarzuty o rażącej niesprawiedliwości tego „pseudo prawa”, o zastosowaniu zbiorowej odpowiedzialności, o łamaniu nienaruszalnej godności ludzkiej, o kłamliwych argumentach w rodzaju: „służyli totalitarnemu państwu”, lub „odbierane są im tylko przywileje” (które z nadmiarem zostały odebrane już ustawą z 2009 r.), rządzący najczęściej odpowiadają, że przecież każdy kto czuje się pokrzywdzony, może odwołać się do sądu. Zademonstrowany przez twórców „dezubekizacji” poziom moralny wskazywał, iż droga prawna rzeczywiście może być jedyną dającą jakiekolwiek nadzieje, więc wkrótce do polskich sądów wpłynęło prawie 30 tys. skarg głęboko skrzywdzonych ludzi. Powoływali się w nich m. in. na rażące łamanie Konstytucji, na kierowanie się zakazaną w cywilizowanym prawie zemstą polityczną, na oszukańcze wykorzystanie pracy i poświęcenia tysięcy z nich, gdy nadal służyli Polsce po 1990 r. , a także na wiele innych podłości i niesprawiedliwości im wymierzonych.

Od uchwalenia ustawy mija już czwarty rok, a czy ktoś uwierzy, że do dzisiaj w sprawach represjonowanych nie zapadł ani jeden prawomocny wyrok sądowy!

Dotknięci ustawą to z reguły osoby w bardzo podeszłym wieku. Znaczna ich część z powodu zniedołężnienia, chorób, starczych problemów mentalnych, nawet nie w pełni rozumie co ich spotkało. Wielu nie potrafi się bronić, nie wie dokąd pisać, czy chociażby przed kim wypowiedzieć swoją krzywdę. A przecież są to prawie bez wyjątku ludzie całkowicie niewinni, nigdy o nic nie oskarżeni, latami uczciwie i z poświęceniem pracujący dla Polski. I teraz właśnie tej grupie, która niegdyś uczestniczyła w odbudowywaniu ojczyzny z ruin, w wyciąganiu jej z okropnej biedy i zacofania, w tworzeniu podwalin pod obecny awans cywilizacyjny, a która dzisiaj zbliża się już do nieuchronnego kresu, cyniczni politycy PiS zniszczyli i zbrukali ostatnie lata życia. A co bardziej haniebne, uczynili to tylko z powodu przyziemnych kalkulacji politycznych oraz dla podłej, mściwej satysfakcji niektórych dawnych przeciwników PRL. Mało kto wie, bo państwowa telewizja z pewnością o tym nie powie, jak wiele strasznych tragedii spowodowały zastosowane represje. Nie jest dla TVP tematem interesującym, że już pięćdziesięciu dziewięciu doprowadzonych do skrajnej rozpaczy ludzi, popełniło samobójstwa. Zdruzgotani psychicznie, bezsilni i bezradni, odmawiali pokarmów, przestawali przyjmować leki, wieszali się … Wielu dalszych zmarło, bo nie stać już ich było na wykupienie recept, na sfinansowanie zabiegów medycznych, na kupienie jedzenia, na opłatę czynszu …. Kolejnych zabiły zawały serca, udary, lub wstrząs psychiczny, jaki przeżyli, gdy listonosz przyniósł im „list śmierci” – decyzję, że rządzący skazali ich na dożywotnią głodową wegetację. Do tej pory odeszło już ponad 1100 represjonowanych osób i liczba ta rośnie coraz szybciej. Niektórych trzyma jeszcze przy życiu wiara, że może kiedyś doczekają uczciwego wyroku, sprawiedliwości, przywrócenie im godności, ale z kolejno mijającymi tygodniami, miesiącami i latami, ta nadzieja również stopniowo umiera.

Jest oczywiste, że wieloletnia zwłoka w sądowym procedowaniu spraw represjonowanych nie jest wyłącznie winą polskiego wymiaru sprawiedliwości. Głównie „zasługi” ponownie położyli tu politycy PiS, którzy z pełną premedytacją spowodowali ogromny chaos prawny w polskim sądownictwie i obsadzili w nim kluczowe stanowiska wyłącznie miernymi, ale posłusznymi sobie funkcjonariuszami. Co prawda, w ostatnim okresie, w różnych miastach znaleźli się nadzwyczaj odważni i rzetelni sędziowie, którzy rozpoczęli wydawanie uczciwych wyroków w sprawach „dezubekizacyjnych”, ale spowodowało to natychmiastowe stworzenie przez rządzących mechanizmu, który umożliwia im dowolnie represjonować, nawet wyrzucić z zawodu każdego sędziego, który będzie orzekał niezgodnie z ich życzeniem. Trudno więc się dziwić, że i w tym środowisku pojawiły się stany dezorientacji, czy też swoistej schizofrenii, lub co najmniej kunktatorskiego wyczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcia polityczne.

Z przykrością trzeba stwierdzić, że w tych warunkach los skrzywdzonych ludzi w bardzo małym stopniu jest brany pod uwagę, chociaż zarówno politycy jak i prawnicy mają pełna świadomość ich tragicznej sytuacji. Oto cytat z Postanowienia Sądu Apelacyjnego w Warszawie co do wniosku Sąd Okręgowego, o przeniesienie sprawy do innego miasta, zgodnie z miejscem zamieszkania zainteresowanego, co mogłoby przyspieszyć proces:

„Jak wyjaśnił Sąd Okręgowy, wobec wpływu spraw (do 28 lutego 2019 r. – 23 884), jak również mając na względzie jego możliwości orzecznicze, sprawy dotyczące odwołań od decyzji Dyrektora ZER MSWiA mogą być rozpoznane dopiero po upływie 5-6 lat od ich wpływu, a mając na uwadze podeszły wiek odwołujących się, osoby te mogą nie doczekać wydania merytorycznych rozstrzygnięć w ich sprawach.”

Wszystko tu zostało jasno powiedziane. Kolejnych 5-6 lat to okres, którego prawdopodobnie nie przeżyje większość represjonowanych, a należy dodać, że powyższy dokument sporządzono we wrześniu 2019 r., więc już prawie trzy lata po uchwaleniu ustawy. I czy będzie zaskoczeniem dla czytelników, że Sąd Apelacyjny z powodów formalnych nie uwzględnił powyższej argumentacji i stwierdził m. in., że przecież nie wiadomo, czy Ministerstwo Sprawiedliwości z czasem nie wzmocni kadrowo warszawskiego Sadu Okręgowego, więc może terminy się skrócą? Teraz trzeba jeszcze przypomnieć, że rzecz dzieje się w Rzeczpospolitej Polskiej, mieniącej się państwem prawa i będącej członkiem Unii Europejskiej. Okazuje się, że wieloletni okres oczekiwania starych, skrzywdzonych ludzi na sprawiedliwość i świadomość, że większości z nich jej nie dożyje, na nikim, ani w rządzącej partii, ani wśród bliskich jej prawników, nie robi żadnego wrażenia.

Polskie sądy postawione w obliczu głęboko niekonstytucyjnej, zachowującej jedynie pozory prawa ustawy, próbują czasami stosować przedziwne rozwiązania merytoryczne. Stało się tak np. ze sformułowaniem, że decyzją MSWiA mogą być z niej wyłączeni ci, którzy „krótko” pracowali w PRL i równocześnie zasłużyli się dla nowej RP. Łaskawość dzisiejszej władzy objęła co prawda zaledwie ułamek promila represjonowanych, ale wielu odwoływało się od negatywnych decyzji do sądów administracyjnych, które w tej sytuacji musiały rozstrzygnąć m. in. wartość słowa „krótko”. Okazuje się, że z jakichś bliżej nieznanych powodów przyjęły one, iż „krótko”, to nie więcej niż 15% całego czasu służby. Czyniąc to przyznały, że nie jest ważne, czy ktoś faktycznie popełnił przestępstwo, czy łamał prawo, albo zachowywał się niegodnie, ale dla stwierdzenia dokonania zbrodni istotne jest tylko 15 wyliczonych z kalkulatorem procentów. Przy okazji przesądzono, że np. osoby urodzone w latach pięćdziesiątych lub wcześniej już tylko z tej racji nie mogą być niewinne, bo przecież nie miały szansy zatrudnić się wystarczająco późno. Absurdalne rozważania o czasie pracy, który ma być dowodem przestępstwa (przypominające dylemat, czy można zachować dziewictwo w 85 procentach), skłoniły wreszcie do oprzytomnienia niektórych bardziej światłych sędziów. W efekcie Naczelny Sąd Administracyjny w dniu 12.12.2019 r. wydał prawomocny wyrok (sygn. I OSK 1976/19), w którym stwierdził, że wspomniana ustawa jest po prostu w całości niezgodna z prawem, głównie dlatego, że obowiązujące w RP reguły stanowczo zakazują stosowania odpowiedzialności zbiorowej (całość niezwykle interesującego uzasadnienia do przeczytania na portalu orzeczeń NSA).

Myślę jednak, że ponownie nikt się nie zdziwi, iż powyższy wyrok NSA również nie zrobił na rządzących politykach PiS jakiegokolwiek wrażenia. Ostatecznie zawsze można nazwać go tylko opinią kilkudziesięciu prawników z tytułami profesorskimi, którzy ani dla dzisiejszych ministrów, ani dla prezydenta Dudy (szczycącego się tytułem doktora praw), nie są żadnymi autorytetami. Natomiast można być pewnym, że takim autorytetem okaże się dla nich magister Przyłębska, skierowana przez nich samych na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Pani Prezes, po ponad dwuletnim odwlekaniu orzeczenia TK o ustawie, obecnie (w marcu 2020) przesunęła termin wydania wyroku o kolejny miesiąc. Wszystko wskazuje, że niebezpodstawnie liczy ona, iż w tym czasie, z powodu koronawirusa i nie tylko, umrą kolejni represjonowani, więc może brudna plama na sumieniu PiS odrobinę się zmniejszy. Co prawda ten proces działa dokładnie odwrotnie, ale i tak dotyczy wyłącznie ludzi, którzy jakiekolwiek sumienie mają.

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Jarosław Kaczyński jest ponad prawem. Dlatego nie zmieni terminu wyborów prezydenckich. Nawet gdyby pan prezydent Duda miał wygrać je po trupach.

Oczywiście trupach tego gorszego sorta, bo dla siebie i elit PiS, jaśniepan prezes niebezpieczeństwa nie widzi. Ma prawo czuć się bezpieczny. Jeśli zajdzie potrzeba to 10 maja dobrze wysterylizowana urna wyborcza przyjedzie do jaśniepana prezesa. Słudzy jaśnie pana zadbają o bezpieczeństwo.

Dlatego jaśnie pana prezesa nie obchodzą prawne aspekty i procedury opisane w Kodeksie Wyborczym.
Nie interesuje go co będzie jeśli nie uda się na czas sformować składów Komisji Wyborczych? Jeśli nie będzie chętnych do zasiadania w nich, a są to setki tysięcy ludzi? Czy wtedy przymusowo wyśle do nich aktywistów PiS, czy Wojska Obrony Terytorialnej?
Nie interesuje go jak i czy zagłosują osoby przebywające wtedy w kwarantannie? Warto przypomnieć, że Kodeks Wyborczy daje prawo glosowania korespondencyjnego jedyne osobom niepełnosprawnym.
W jaki sposób będą mogli głosować obywatele polscy przebywający za granicą?
Ani ile osób nie będzie mogło oddać w maju swój głos. Ilu uzna to za powód do kwestionowania legalności wyborów?
No i ilu, nawet tych, którym udał się oddać swój głos, uzna, że wybrany w taki sposób pan prezydent Duda nie ma mandatu do prawowania swego urzędu?

Jaśnie pan prezes Kaczyński dodatkowo kpi sobie z „ciemnego ludu” głosząc w mediach, że to pan prezydent Duda najbardziej traci na ograniczeniach w prowadzeniu kampanii wyborczej.
Ale wedle ekspertów w lutym 2020 roku wszystkie stacje TVP SA poświęciły 73,5 minuty na prezentowanie kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy.
Na kampanię kandydata lewicy Roberta Biedronia zużyto 44 sekundy. Pokazano ją jedynie w TVP3. Może któryś z redaktorów pomylił się i wyemitował informację o Biedroniu?

Nieco lepiej byli prezentowani inni opozycyjni kandydaci. W lutym w TVP info kampanii Małgorzaty Kidawy – Błońskiej poświęcono 18 minut 5 sekund, a Władysława Kosiniaka – Kamysza – 9 minut 23 sekundy.W obu przypadkach prezentowano ich bardzo krytycznie.
Dobrze za to w tym czasie w TVP info pokazywano kampanię wyborczą pana prezydenta Dudy. Przez 47 minut i40 sekund.
Tak wyliczyli eksperci Wirtualnemedia.pl.

Już nie musi Rosja zwracać wraku prezydenckiego Tupolewa. Nie musi też przyznawać do zaaranżowania wybuchu w rządowym samolocie lecącym do Smoleńska. Teraz przedstawiciele narodowo – katolickiej Polski, która pięć lat temu ponoć ”wstała z kolan”, pokornie proszą władze rosyjskie o pozwolenie na wjazd do Smoleńska. Bo jaśnie pan prezes zechciał pojechać tam 10 kwietnia.
Raz jeszcze okazuje się, ze polska racja stanu, polska polityka zagraniczna uwarunkowana jest fobiami, humorami i zachciankami jaśnie pana.

Jeszcze kilka miesięcy temu prominenci PiS byli przekonani, że jaśnie pan prezes nie chce pojechać do Smoleńska. Bo wraży Rosjanie nie oddali wraku samolotu. Nie przyznali się do zbrodni smoleńskiej. Byli przekonani, że dziesiątego kwietnia 2020 roku jaśniepan prezes pojedzie na Wawel aby w krypcie katedralnej modlić się przy grobie brata.
Jednak ktoś albo coś sprawiło, że jaśnie pan prezes zmienił zdanie. No i pan premier ma kłopot. Co ma zrobić, żeby Rosjanie otworzyli granicę zamkniętą na czas zarazy? Jak ograniczyć skład polskiej delegacji by sprostać przyjętymi na czas zarazy ograniczeniom? Bo chętnych jest wielu, coraz więcej. Lizusostwo w PiS jest ponad strachem przed zarazą.

Rząd jaśnie pana prezesa Kaczyńskiego walczy z zarazą w prowizorycznych warunkach. Bo latem 2017 roku wyeksmitował swoje Centrum Bezpieczeństwa z budynku kancelarii premiera. Bo jego miejsce upatrzyło sobie biuro koordynatora spec służb pana ministra Mariusza Kamińskiego. Chcieli mieć pana premiera na oku, to stracili Centrum Bespieczeństwa.

„Drogi polski rządzie! Estonia zawsze uważała Polskę za wielkiego przyjaciela. Maria, żona Johana Laidonera, szefa przedwojennej armii estońskiej, była Polką. W 1939 r. pozwoliliśmy uciec z Tallina polskiemu okrętowi podwodnemu „Orzeł”. Teraz prosimy o umożliwienie obywatelom estońskim powrotu do domu przez Polskę bez ograniczeń. Chcielibyśmy móc na was liczyć – teraz i w przyszłości”. Tak napisała największa estońska gazeta „Postimees”, bo zamykając granice Polski rząd polski uniemożliwił powrót do domu tysiącom Estończyków, Litwinów i Łotyszy. Uwięził ich na granicy polskiej.
Elity PiS nieraz obiecywały nam, ze stworzą wielki blok państw Trójmorza pod polskim przewodem. Teraz widzimy jak w praktyce wygląda polskie przewodnictwo. Estoński minister spraw zagranicznych poinformował władze NATO i USA, że polski bałagan uderza w sprawność i wiarygodność NATO.

Byli świadomi zagrożenia, ale nic nie zrobili, tak uważa grupa francuskich lekarzy. Oskarżają oni premiera Eduorda Philippe’a i byłą minister zdrowia Agnes. Chcą, aby za przeprowadzenie samorządowych wyborów podczas epidemii koronawirusa politycy ci stanęli przed Trybunałem Stanu.

PS. Kącik poezji.
Ryszard Grosset

„DETERMINACJA

Człowiek niejedno w życiu zapewne podźwignie,
lecz dzisiaj się poczułem jak pijak w malignie
kiedy prezes – synonim powszechnej destrukcji,
rzekł w radiu, że dziś musi bronić Konstytucji.
Zmartwiałem ….. lecz natychmiast wszystko się wydało
Jaki „stan nadzwyczajny” ??? toż nic się nie stało.
Prezes prze do wyborów, wcale go nie zraża
dziesiątkująca grono wyborców zaraza.
Polak, bez względu na to czy zdrowy czy chory
nawet z respiratorem ma iść na wybory
i choć mu do wieczora dożyć się nie uda
stygnącą dłonią wstawić krzyżyk w kratce „DUDA”.”

Zapraszamy do komentowania Flaczków i Kącika na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Jak wykorzystuje się epidemię

Dla prominentów z Prawa i Sprawiedliwości celem numer jeden jest sukces w wyborach prezydenckich. Wszystko inne mniej się liczy.

Niedawno napisaliśmy w „Trybunie” o tym, w jaki sposób prominenci Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują epidemię koronawirusa do swoich niskich celów pseudopolitycznych, i jak grają życiem i zdrowiem Polaków.

Dygnitarzami, którzy osiągnęli wtedy szczyt cynizmu okazali się wicemarszałek Senatu Stanisław Karczewski oraz jego koledzy, senatorzy z Prawa i Sprawiedliwości. Korzystając z epidemii, wystąpili oni do senatorów z PSL, aby ci zerwali współpracę z PO, przeszli na ich stronę – i w ten sposób „odbili” Senat dla Prawa i Sprawiedliwości.

Pretekstem do tego wezwania stał się zimowy wyjazd narciarski marszałka Tomasza Grodzkiego do Włoch. Od razu po przyjeździe wrócił on do pracy – co wywołało udawane „oburzenie” wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów PiS, którzy uznali to za nieodpowiedzialność i narażanie na szwank życia i zdrowia Polaków. Zażądali więc, by odwołać go ze stanowiska marszałka Senatu.

Wicemarszałkowi Karczewskiemu oraz senatorom PiS oczywiście nie przeszkadzało, że dokładnie tak samo postąpił minister zdrowia Łukasz Szumowski, który również był na nartach we Włoszech. Nie przeszkadzało to również propagandystom z rządowej telewizji „publicznej”, szczującym na marszałka Grodzkiego.

W „Trybunie” zapytaliśmy wtedy (retorycznie) wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów z Prawa i Sprawiedliwości: Jak mogliście upaść aż tak nisko?.

Na szczytach cynizmu

Teraz okazało się, że na szczyt cynizmu, zdobyty przez wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów z PiS, ochoczo weszli inni dygnitarze Prawa i Sprawiedliwości. Tym razem wykorzystują oni epidemię koronawirusa do tego, by maksymalnie ułatwić reelekcję prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Ze względu na epidemię, jego konkurenci musieli zawiesić kampanię wyborczą – natomiast prezydent jeździ, spotyka się, odbywa „gospodarskie wizyty” na wzór Edwarda Gierka. W przypadku prezydenta i jego świty nie ma znaczenia, że te spotkania mogą ułatwiać rozprzestrzenianie się koronawirusa. Im wolno.

Wszyscy zdroworozsądkowo myślący ludzie uważają, że w związku z epidemią, wybory prezydenckie powinny zostać przesunięte. Oczywiste jest przecież, że sytuacja, w której publicznie pojawia się tylko jeden kandydat, ogranicza szanse pozostałych. Oczywiste też, że same wybory: głosowanie czy praca w komisjach wyborczych, będą sprzyjać rozwojowi epidemii.

Dla działaczy PiS to wszystko nie ma jednak znaczenia. Liczy się wykorzystanie epidemii koronawirusa dla ułatwienia reelekcji Andrzeja Dudy. Dlatego nie chcą oni wprowadzenia stanu wyjątkowego, który spowodowałby przesunięcie wyborów prezydenckich.

Stan wyjątkowy można wprowadzić na mocy art 230 Konstytucji RP, który stanowi, że: „W razie zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić, na czas oznaczony, nie dłuższy niż 90 dni, stan wyjątkowy na części albo na całym terytorium państwa. Przedłużenie stanu wyjątkowego może nastąpić tylko raz, za zgodą Sejmu i na czas nie dłuższy niż 60 dni”.

Czyli, wybory prezydenckie mogłyby zostać przesunięte o maksymalnie 240 dni. Zgodnie bowiem z art. 228 Konstytucji o stanach nadzwyczajnych (do których Konstytucja zalicza stan wyjątkowy), „W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie może być skrócona kadencja Sejmu, przeprowadzane referendum ogólnokrajowe, nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu”.

Nic nadzwyczajnego

Dla każdego oczywiste jest, że w Polsce mamy obecnie stan zagrożenia bezpieczeństwa obywateli, dokładnie taki jak opisuje art. 230 Konstytucji. Ale dla prominentów PiS rozwój epidemii jest nieważny. Ważne, żeby dzięki niej Andrzej Duda mógł wygrać w wyborach.

Zdaniem działaczy PiS nie ma więc powodu, by wprowadzać stan wyjątkowy i odkładać wybory prezydenckie. Jak widać, według nich wszystko w Polsce przebiega normalnie, nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nie istnieje żadne zagrożenie dla ludzkiego bezpieczeństwa.

Poseł Adam Bielan jako pierwszy pośpieszył z usłużnym zapewnieniem, iż: „Nie ma możliwości przesunięcia wyborów, chyba, że w Polsce zostanie wprowadzony któryś ze stanów nadzwyczajnych”. Dodał też, że po 1989 roku to się jeszcze nie zdarzyło – i nie wyobraża on sobie takiej sytuacji.

W cyniźmie znacznie przebił go jednak rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, który expressis verbis ogłosił, że nie są spełnione przesłanki konstytucyjne dla wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Poradził też opozycji, że skoro tak chętnie powołuje się na Konstytucję, to warto, aby się z nią zapoznała.

Czy Błażej Spychalski naprawdę wierzy w to, że nikt nie zajrzy do art. 230 Konstytucji, gdzie stoi napisane jak wół, że w razie zagrożenia bezpieczeństwa obywateli można wprowadzić stan wyjątkowy?

Błażejowi Spychalskiemu trzeba jednak współczuć. W ludziach warto przede wszystkim dostrzegać dobro (nawet gdy jest to trudne). Dlatego należy przyjąć, że dobrowolnie nie mijałby się on z prawdą aż tak bardzo i aż tak cynicznie. Najprawdopodobniej kazano mu tak mówić, co pozwala go zrozumieć, ale oczywiście nie usprawiedliwić. Czyżby nakaz popłynął od samego Jarosława Kaczyńskiego, który na czas zarazy zniknął z życia publicznego – zapewne po to, by nie kojarzono go z trudnościami i niepowodzeniami, ale wyłącznie z sukcesami?

Wirus przeszkadza, ale jesienią

Błażejowi Spychalskiemu ochoczo sekunduje premier Mateusz Morawiecki, który w rządowej telewizji „publicznej” oświadczył, iż: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie”. Premier wyjaśnił, że przeprowadzenie wyborów w terminie majowym jest dlatego ważne, gdyż jesienią mogą nastąpić rozmaite nieprzewidziane okoliczności, takie jak na przykład nawrót koronawirusa.

Czyli, według premiera jesienią nie możnaby przeprowadzić wyborów ze względu na możliwy nawrót epidemii. Natomiast 10 maja jak najbardziej można je przeprowadzić – bo na początku maja epidemia nie przeszkadza.

Odezwała się też marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Ogłosiła ona, iż państwo dołoży wszelkich starań, aby wybory prezydenckie odbyły się w zaplanowanym terminie.

Cóż, nikt w to nie wątpi. Szkoda tylko, że państwo nie dokłada wszelkich starań, aby zwalczyć epidemię koronawirusa.

Bigos tygodniowy

Zakończyła się najkrótsza kariera polityczna w dziejach Rzeczypospolitej. Być może nawet. Gryzelda z Milanówka pojawiła się ni stąd ni zowąd coś koło połowy lutego, wypaplała jakieś dyrdymały przeciw wolności słowa, następnie wyszedł na jaw wypadek z ugryzieniem przez nią mężczyzny, który przyłapał ją na łamaniu ciszy wyborczej. Gwoździem do trumny, w której została złożona świetnie zapowiadająca się kariera Gryzeldy, było ujawnienie, że w jej domu odbywały się antypisiorskie i antykaczorowe sabaty, a jej mąż okazał się, jako autor „Ballady Milanowskiej”, kimś w rodzaju nowego Szpotańskiego, autora antygomułkowskiego pamfletu wierszem, o którym w marcu 1968 roku Władysław Gomułka z trybuny w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, że jest „człowiekiem tkwiącym w zgniliźnie rynsztoka, człowiekiem o moralności alfonsa”. Podobno sama Gryzelda była współautorką „Ballady Milanowskiej” („Do pieca wsadzić Kaczora, w ten sposób naród by się obudził, a Kaczor przestał ogłupiać ludzi”). Gdy na kilkudziesięcioosobowym spotkaniu towarzyskim Gryzelda osobiście czytała balladę („Różne stosują triki Króliki, by zmieść Kaczora z polityki…”, salwom śmiechu zapewne nie było końca.


Określić podtrzymywanie, nawet ograniczone, przez kościół kat. zbiorowych obrzędów religijnych w budynkach zwanych „świątyniami” jako nieodpowiedzialność, to nic nie powiedzieć. Apel Lewicy, by je zawiesić był w najwyższym stopniu racjonalny. Rzecz przecież nie w treści odbywanych tam obrzędów, lecz w tym, że ludzie, którzy będą się tam wzajemnie zakażać, będą także zakażać na zewnątrz. Przy okazji dało się słyszeć szereg głosów, totalnie absurdalnych i nieodpowiedzialnych, jakby wprost z najgorszych mroków średniowiecza, m.in. Gowina Jarosława, Isakowicza-Zaleskiego Tadeusza, Terlikowskiego Tomasza. „Gdy rozum śpi, budzą się upiory…”. Okazuje się, że częściowe wymiksowanie się z chóru pisowskich propagandystów nie oznacza pełnego powrotu do rozumu. Redaktor Warzecha krytykę skierowaną przez Włodzimierza Czarzastego pod adresem Gądeckiego Stanisława nazwał „chamskim atakiem na kościół”.


Nie chcę powiedzieć, że arcybiskup Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski nie potrafi myśleć, ale mam poważne podstawy, by podejrzewać, że jego myślenie jest histerycznie rozchwiane. Jednego dnia, w reakcji na epidemię, zaordynował „więcej mszy” w kościołach, a kilka dni uznał, że jednak trzeba ograniczyć działalność. Jak na jednego z dowódców Kościoła kat. – fatalne sobie dał świadectwo.


Głosy na rzecz odsunięcia terminu wyborów w czasie jest najzupełniej logiczna i nie złośliwość opozycji jest tu przyczyną. Po pierwsze, chodzi o to, że mamy do czynienia faktycznie z kampanią wyborczą wyłącznie jednego, uprzywilejowanego kandydata, czyli Adriana. Inni nie mają żadnych możliwości prowadzenia kampanii. To podważa konstytucyjną zasadę równości w walce wyborczej. Po drugie o to, że czasie epidemii zorganizowanie wyborów staje się nieporównywalnie trudniejsze logistycznie, choćby z uwagi na pewność mniejszej frekwencji oraz na większą trudność w rekrutacji osób do komisji wyborczych. Jeśli reżym uprze się przy majowych wyborach, będzie to rodzaj politycznego terroryzmu. O grze fair nawet nie wspomnę, bo im to jest najzupełniej obce.


Nie zależy mi na pomniku Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Jest wystarczająco upamiętniona w Ossowie pod Radzyminem. Jeśli jednak ma już być wzniesiony, to nie powinien być absurdalnym dziwactwem i skandalem estetycznym. To pomnik bitwy sprzed 100 (słownie: stu) lat, więc powinien nawiązywać formą, choćby stylizowaną, do ducha tamtych czasów, a nie wyrażać jakieś współczesne „tryndy” w sztuce. Na przykład może nawiązywać do tradycyjnego, rzymskiego łuku triumfalnego lub do rzymskiej kolumny. Rzymskiego, a zatem uniwersalnego. Co ma wspólnego z wymową tej bitwy sprzed wieku horror estetyczny przypominający zdeformowaną, metalową sztabę, do tego przechylającą się tak, jakby za chwilę miała runąć, albo zniszczoną przez wadliwie wkręcenie śrubę? To skutek owczego pędu, mody projektanckiej, przykład konformizmu w podążaniu za modnym dziś pseudonowoczesnym ascetyzmem geometrycznych form, który towarzyszy innej chorobie dzisiejszych projektów urbanistycznych, czyli beton ozie. Epidemia na pewno wstrzyma realizację, więc jest okazja, żeby raz jeszcze to przemyśleć.


Bernatowicz Piotr, koryfeusz sztuki smoleńskiej, który zastąpił odwołaną przez Glińskiego Piotra dotychczasową dyrektorkę Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, zaczął działać na całego. Aktywność ta polega na wycofywaniu się z umów na przyszłe wystawy z artystami z kraju i zagranicy. Niedługo przed i po uzyskaniu Bernatowicz zachowywał się jak przebiegły pisowiec, rozsnuwał zasłonę dymną, zapewniał, że mowy nie będzie o cenzurowaniu w instytucji, którą obejmuje, że chodzi tylko o przywrócenie równowagi między różnymi formułami sztuki. Szydło jednak szybko wyszło z worka i Bernatowicz zaczął urządzać w CSW przybytek propagandowej sztuki nacjonalistycznej.


Jedną z pierwszych ofiar koronawirusa może się okazać obyczaj całowania rączek pań. Nadmieniam, że nazywanie go arcypolskim czy sarmackim jest niezupełnie trafne, bo przez stulecia był kultywowany w całej Europie. Włącznie z Francją-elegancją, w której jednak ostał się on (czy jeszcze?) jedynie jako bardzo intymny gest między kochankami. Nie zamierzam podążać po najmniejszej linii oporu i iść na łatwiznę zadając pytanie, czy Prezes zrezygnuje z uprawiania tej tradycji. Bo przecież robi to w Polsce nie tylko on. Co w ogóle z tym obyczajem? Czy koronawirus zabije go definitywnie, czy też w przyszłości odrodzi się jak Feniks z popiołów? Nawiasem mówiąc, Prezes pojawił się w niedzielę w kościele. Bardzo nieostrożnie!


Antypatyczna arogantka Krynicka Bernadetta z Łomży, eksposłanka PiS, która tak po chamsku zachowała się w Sejmie wobec niepełnosprawnych, tym razem okazała swoją arogancję własnej partii i w oczy im zakomunikowała, jak chłopczyk z bajki Andersena, że „król jest nagi” wbrew buńczucznej propagandzie skrywają liche przygotowanie do walki z koronawirusem. Takich Łomż są w Polsce setki. A gniewna święta Bernadetta została zawieszona w prawach członkini PiS nawet nie za opinię, lecz za wyrażenie nagiej prawdy.