Elity PiS zaniemówiły. Ze wstydu?

Kalesony Pietrzaka

Co się w tej naszej Polsce porobiło. Pan prezes Kaczyński wygrał wybory. I milczy.
O jego nowych wspaniałych, uszczęśliwiających Naród „piątkach”, „siódemkach”, czy „jedenastkach” w mediach „Dobrej Zmiany” już nie słyszymy.
Milczy pan premier Morawiecki, chociaż nieraz już dowiódł, że co jak co, ale „gadane” to on ma. A teraz żadnych zapowiedzi kolejnych, iście herkulesowych prac jego ministrów już nie słyszymy.Żadna nowa, kolejna wizja budowy przedwojennej „Luxtorpedy” już nie pada.
Jak żyć panie premierze, kiedy pan milczy?
Milczy też pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Dzielna, jeszcze niedawno aktywna husarka „Dobrej Zmiany”. Teraz okopała się w szańcu na Wiejskiej. Nie wychyla się ani na chwilę.
Milczy jeszcze niedawno wielce wymowny pan marszałek Stanisław Karczewski. Ale kiedy już przestał być panem marszałkiem, to tak jakby mowę mu odebrało. Zresztą nie tylko mowę stracił. Okazuje się, że ten polityk i lekarz, który jeszcze niedawno wielce pouczał młodych strajkujących lekarzy, ratowników medycznych i rehabilitantów, że służba zdrowia to misja i czasem trzeba też „pracować dla idei”, w tym samym czasie bezprawnie zagarniał setki tysięcy złotych rocznie dzięki „dyżurom” w bliskim mu szpitalu. Być może też „dyżurom” fikcyjnym, odpracowanym dzięki złodziejskiej księgowości.
Milczy wymownie pan prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie pana posła Zbigniewa Ziobry. Sumienie moralne Prawa i Sprawiedliwości.
Milczy pan minister spraw wewnętrznych i nadzorca służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jeszcze niedawno stawiany za wzorzec rycerza „Dobrej Zmiany”. Prawy i uczciwy. Bat na aferzystów, zwłaszcza tych z liberalnej PO. Taki „Dzierżyński” pana prezesa Kaczyńskiego.

Nie chce za to milczeć pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jeszcze niedawno „złoty chłopak PiS”. Prezentowany w mediach narodowo- katolickich jako wzór do naśladowania dla patriotycznej młodzieży. Szczery antykomunista od urodzenia. Towarzysz broni pana Mariusza Kamińskiego z czasów konspiracji. Niezłomny pro państwowiec tropiący „mafie VAT-owskie”. Człowiek z kryształu, jak rzekł pan Marszałek Karczewski.

Miś Ziobry i Jakiego

Pan prezes Banaś przestał milczeć, bo zapewne zrozumiał, że w tym mafijno podobnym układzie politycznym stworzonym przez prominentów PiS, jedynie sypanie, oskarżanie politycznych konkurentów może zapewnić bezpieczeństwo Banasiowi i jego rodzinie.
I pewnie dlatego dowiedzieliśmy się, że inne „złote dziecko” PiS, jak były wiceminister sprawiedliwości, obecny euro deputowany z listy PiS, pan Patryk Jaki nadzorował ministerialny pogram organizowaniu pracy dla więźniów.
Program przepięknie prezentowany w mediach narodowo- katolickich. A w rzeczywistości, zapewne kolejny „Miś”. Czyli rozbuchany, wielce kosztowny i bezsensowny ekonomicznie projekt.
Drogi, bo wtedy z gigantycznego budżetu łatwiej można „wyprowadzić”, „zoptymalizować”, czyli zwyczajnie ukraść publiczne pieniądze. Pieniądze wszystkich podatników, czyli nasze.
Przed ostatnimi wyborami w kręgach dziennikarzy, komentatorów politycznych i kandydujących do parlamentu polityków krążyła, zaczerpnięta ponoć z polskich bazarków, przepowiednia. PiS miał znowu wygrać wybory, bo polski lud, wcale nie taki ciemny i głupi, uznał, że chociaż elity „Dobrej Zmiany” kradną jak te poprzednie z koalicji PO- PSL, to jednak tym razem elity pana prezesa Kaczyńskiego nie zapominają o potrzebach ludu.
Nawet jeśli zagarniają dla siebie, ale też „dzielą się” z ludem przyrastającym bogactwem Polski. Wypłacają 500+, trzynaste emerytury, obiecują podwyżki.
Słuchając przekazów i zawiadomień pana prezesa Najwyższej Izby Kontroli można odnieść wrażenie, że elity PiS, te „złote dzieci” pana prezesa Kaczyńskiego, uwierzyły w taką przepowiednie.
Uznały, że można bezkarnie kraść, tylko trzeba jakąś działkę ludowi odpalić. I wtedy nasycony programem 500+ dobry lud złodziejstwo elitom wybaczy.
Można odnieść takie wrażenie na poważnie, bo nagle wszyscy liderzy „Dobrej Zmiany” zamilkli w tej sprawie. Milczy pan prezes Kaczyński. Milczy jego pan premier, pani Marszałek Sejmu RP. Nawet pan wicemarszałek Terlecki, uważany za wiernego psa politycznego pana prezesa, ani nie warknie na pana prezesa Banasia.
Milczą też bojowi, żarliwi niedawno narodowo-katoliccy publicyści. Bracia Karnowscy. Rodzina Wildsteinów. Piotr Semka. Milczy nawet pierwszy zagończyk prawicy Rafał Ziemkiewicz.
W licznych, wysokonakładowych narodowo- katolickich mediach nie dyskutuje się o aferach ujawnianych przez pana prezesa NIK Mariana Banasia.
Oczywiście, gdyby podobne afery dotyczyły polityków opozycji, to zagościłyby od razu i na czołówkach tychże mediów.
A tak obcując dziś z nimi można odnieść wrażenie, że najważniejszym problemem Polski i Polaków jest nadal nie zrealizowany projekt monumentalnego pomnika Bitwy Warszawskiej z roku 1920.
Pomnik, lansowany przez byłego „komunistę”, wielce zasłużonego kabareciarza Jana Pietrzaka, ma mieć formę wielkiego Łuku Triumfalnego. Stojącego na obu brzegach Wisły, w wersji monumentalnej. Albo na Placu na Rozdrożu, w wersji minimalnej.
Czy stać nas duży Łuk czy mniejszy? O to spierają się teraz elity PiS.
Niestety zaprezentowany projekt pomnika, jest wielce szkaradny, jak wszystkie inne pomniki postawione przez elity „Dobrej Zmiany”. Jak żywo przypomina wojskowe kalesony. Takie jakie nosił mój tatuś w czasie przegranej kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Słuchając informacji pana prezesa Banasia o złodziejskich projektach nadzorowanych rzekomo przez ministrów sprawiedliwości można przyjąć, że ten monumentalny Łuk będzie kolejnym misiem elit „Dobrej Zmiany”.
Bo przecież im większe i droższe te triumfalne kalesony będą, tym więcej będzie można przy okazji tak monumentalnej inwestycji ukraść. I większe działki wyborczemu ludowi odpalić.
Taka to ta „Dobra Zmiana” jest.

Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?

Pomimo upływu kilku tygodni, trudno zapomnieć niezwykłą dramaturgię, jaka towarzyszyła ustalaniu rezultatu wyborów parlamentarnych.

W pierwszej kolejności napływały wyniki z niewielkich komisji wyborczych, głównie wiejskich. W miarę napływania kolejnych wyników stan posiadania PiS-u w Sejmie i Senacie sukcesywnie się zmniejszał. Pomimo tego, po zsumowaniu głosów z ponad 80 proc. obwodowych komisji wyborczych Prawo i Sprawiedliwość miało 53 senatorów. Ale dane, które napłynęły z ostatnich kilkunastu procent komisji, pozbawiły PiS pięciu mandatów senatorskich, a antypisowska opozycja uzyskała bezwzględną większość w Senacie. Tylko za zgodą Senatu Sejm powołuje Rzecznika Praw Obywatelskich, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (należy jednak pamiętać o tym, że jedynie w odniesieniu do RPO i prezesa NIK określa to konstytucja, w pozostałych przypadkach ustawy, a te pisowska większość sejmowa jest w stanie zmienić). Senat wybiera spośród senatorów 2 członków 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołuje 1 członka pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, 1/3 członków Rady Polityki Pieniężnej oraz 2 członków dziewięcioosobowego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Senacki sukces opozycji nasuwa pytanie, jaki byłby efekt podobnego zjednoczenia sił w wyborach sejmowych. Wyobraźmy sobie więc, iż Koalicja Obywatelska i Lewica wystawiły wspólną listę, na którą zagłosowali wszyscy ich wyborcy (chociaż oczywiście tak by nie było, część radykalnie lewicowego elektoratu nie poszłaby na wybory, część konserwatywnego elektoratu KO nie poszłaby na wybory lub zagłosowała na inne ugrupowania, między innymi Prawo i Sprawiedliwość). Okazuje się, że nawet przy tak skrajnie optymistycznych założeniach jak wyżej opisane, wspólna lista zdobyłaby 191 mandatów poselskich, zaledwie o 8 więcej, niż KO i Lewica startujące osobno. Byłoby to siedem dodatkowych mandatów kosztem PiS (Kraków I, Nowy Sącz, Tarnów, Siedlce, Warszawa I, Warszawa II, Olsztyn), jeden kosztem Koalicji Polskiej (Koszalin). Owszem, pozbawiłoby to PiS większości bezwzględnej, redukując jego wyborcze zwycięstwo do 228 posłów. Myślę jednak, iż Prawo i Sprawiedliwość bez problemu pozyskałoby kilku posłów z innych ugrupowań, w ostateczności utworzyłoby koalicję z Konfederacją. Moglibyśmy wtedy zatęsknić za samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, Porozumienia oraz Solidarnej Polski.

W tych wyborach do Sejmu nie można było zrobić nic więcej, za to znakomita dla formacji lewicowej okazała się decyzja władz PO o rezygnacji z utworzenia szerokiej koalicji. Lewica zjednoczyła się, zachowała tożsamość i odniosła sukces. W przeprowadzonych po wyborach kilkunastu badaniach sondażowych notowania Lewicy wzrosły, zaś PiS-u – spadły. Poparcie dla Lewicy oscyluje w przedziale 10 – 18 proc. (mediana 14 proc.), poparcie dla PiS -w przedziale 35 – 47 proc. (mediana 41 proc.). Wygląda to coraz bardziej optymistycznie. Aż szkoda, że następne wybory dopiero za niespełna cztery lata.

Bigos tygodniowy

O Literackiej Nagrodzie Nobla dla Olgi Tokarczuk można czytać we wszelakich mediach obficie, ile dusza zapragnie, a i ja też pisałem. W bigosie zmieszczę jeden tylko wątek. Nienawiść i pogardę, z jaką polska prawica nacjonalistyczno-klerykalna przyjęła pierwszego od 1924 roku ( wtedy Władysław St. Reymont) Nobla dla polskiej powieściopisarki. A szczególnie haniebne jest to, że hasło do tego dał pożal się boże, obecny minister kultury.

Wybuchła afera z Polską Fundacja Narodową. To kompromitacja kolejnej (po Najwyższej Izbie Kontroli – afera Banasia) oficjalnej instytucji. W tym przypadku powołanej przez władzę PiS i do tego bardzo zasobnej. Dla mnie ten były szef FN, niejaki Świrski, od początku mi – jak mówił Max Baum z „Ziemi Obiecanej” noblisty Reymonta – „na milę pachniał szachrajem. W tle afery – Macierewicz i jego młodzi minionowie (z franc. les mignons – pupile, faworyci). Tak nazywano erotycznych towarzyszy Henryka III, króla Francji, znanego też jako Henryk Walezy, król Polski.

Propisowskie do „Do rzeczy” donosi, że Przewodniczący Mało „jest załamany” sprawą Banasia, a ma też problem z „polskim Fouché” („o duszy demona i twarzy trupa” – to Wiktor Hugo) Kamińskim Mariuszem, koordynatorem służb specjalnych. Tymczasem mówi się o 15 wnioskach, które NIK (czyli Banaś) kieruje do prokuratury w związku z nadużyciami w sferze więziennictwa, co jest w pierwszym rzędzie uderzeniem w Jakiego Patryka, a w dalszej kolejności w całą rządzącą kamarylę. Profesor Antoni Dudek pisze o „zmierzchu PiS”, a jeden z prawicowych publicystów (konkretnie Łukasz Warzecha, jeden z tych co wybili się na publicystyczną niepodległość od bazy) powiada, że – paradoksalnie – Banaś może okazać się najbardziej niepodległym i bezpardonowym (w efektach działania, nie w motywacjach) prezesem NIK.

Sąd Najwyższy zawyrokował, że Izba Dyscyplinarna tegoż nie jest niezależnym sądem, ale grupą pisowskich funkcjonariuszy. PiS unosi się świętym oburzeniem i woła o pomstę do nieba. W telewizyjnym programie „Studio Polska” Ogórek i Łęskiego, poseł Lewicy Andrzej Szejna zwrócił się wprost do sędziego Schaba Piotra, szefa tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, aby nie łamał prawa, bo może go w przyszłości za to czekać surowa odpowiedzialność. Schab ostentacyjnie się obraził. No to, jeśli Schabowi za mało, trzeba mu zadedykować wypowiedź I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, jego przełożonej (?), która zaapelowała do członków ID, aby wstrzymali się od orzekania.

Trwa rozważanie, czy pomnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku ma mieć – jak chce pisowski satyryk Pietrzak Jan – kształt rozkraczonych nóg w kalesonach, okraczających nurt Wisły czy też zwykłego naziemnego łuku triumfalnego w okolicy placu Na Rozdrożu. Czy Pietrzak i zwolennicy jego pomysłu zastanowili się choć raz, jak organizowane byłyby obchody bitwy? Czy uczestnicy podpływaliby łajbami? I pod którą nogą, lewą czy prawą, składano by wieńce i wiązanki kwiatów?

Karczewski Stanisław, ex-marszałek Senatu, a obecnie wicemarszałek tej izby pracował jako lekarz, w czasie urlopu bezpłatnego wziętego w szpitalu na czas pełnienia mandatu senatora RP, dla idei za jedyne czterysta tysięcy złotych.

Niejaki Zaradkiewicz, wyjątkowo śliski typek, uzyskał z Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie udostępnił mediom listę sędziów mianowanych jeszcze w PRL. Ma to być piętno na nich ciążące, a lista zważywszy okoliczności ma cechy listy proskrypcyjnej. Nudzi się biedaczek w Sądzie Najwyższym, gdzie jest tzw. sędzią i z tych nudów zajmuje się głupotami za ciężkie pieniądze z naszych podatków.

Sąd w Lublinie przyznał obywatelowi z Białej Podlaskiej 4 tysiące złotych odszkodowania za haniebne zatrzymanie go w jego domu nad ranem po tym, jak ubrał pomnik Kaczora Martwego w koszulkę z napisem „Konstytucja”. Gołym okiem widać, że PiS nie da rady z sądami. W tej sytuacji pomysł Ziobra na ustawę, która pozwałaby więzieniem karać sędziów za zachowania nieprawomyślne wobec PiS to tylko już forma bezsilnego wrzasku czystego histeryka, tupanie nóżkami w bezsilnej złości. Ze wszystkich funków obecnej władzy ten właśnie człowiek najbardziej zasłużył na solidną odsiadkę. To szkodnik być może większy od Kaczora. Przy nim głupkowaci eksmarszałkowie Izb: Kuchciński i Karczewski to niewinne blotki.

Posłanka Jagna Marczułajtis zwróciła uwagę, że za pośrednictwem sekretariatu Kancelarii Sejmu dostęp do poselskich skrzynek meblowych ma sekretariat jakiejś głupawej Krucjaty Różańcowej, która kieruje zaproszenia na jakieś głupkowate modły.

Żałosny DD (Duduś-Dewot) najpierw – wybałuszając swoim zwyczajem gałki oczne, jakby trzymały się na szypułkach – wydzierał się na sędziów „komunistów i postkomunistów, którzy mają zniknąć”, po czym jak gdyby nigdy nic mianował Piotrowicza Stanisława tzw. sędzią tzw. Trybunału Konstytucyjnego. W moim dzieciństwie śpiewano piosneczkę: „Duduś, Duduś, tylko mnie nie uduś, bo jak mnie udusisz, to pochować musisz”.

W Platformie odbyła się debata kandydatów na kandydata na prezydenta. Debata była słaba, Małgorzata Kidawa Błońska jest dystyngowana, ale mało porywająca i słaba retorycznie. „Pistolet” Jacek Jaśkowiak też był dość nijaki. O szansach powodzenia Szymona Hołowni trudno jeszcze coś powiedzieć.

Niejaki Kraszewski, radny PiS z Puław, pisowski bęcwał i nieuk zawnioskował, by zdemontować tamtejszy pomnik Ludwika Waryńskiego (1856-1889), absolwenta tamtejszego instytutu weterynaryjnego. Bęcwał motywuje to tym, że Waryński, wybitny ideolog i działacz polskiego ruchu socjalistycznego, postać szlachetna, zmarły w więzieniu w carskim Szlisselburgu, był przeciwnikiem polskiego państwa narodowego i chciał państwa robotników i chłopów” Bigos tygodniowy Bigos tygodniowy.

Betonowy Marian

Betonowy Marian, którego nawet molibdenowy Mateusz nie tyka, akrobatyczny Daniel nie zwiedzie, a tytanowy Janusz odbija się od niego jak od arabskiej gumy, wywiódł wszystkich w pole. I ja mu w związku z tym bardzo kibicuję. Pokazał, że można postawić się naczelnikowi.

Betonowy Marian to, ma się rozumieć, prezes NIK. Wybrali go posłowie PiS i posłowie PiS namawiali do odejścia. Tylko namawiali, bo zmusić do złożenia urzędu już nie mogli. A pan Marian pokazał im klasycznego „Kozakiewicza”.

Pół Krakowa i ćwierć Mokotowa wiedziało, że pan Marian ma elegancki hotelik na godziny. Tylko rząd nie wiedział, choć do dowiadywania się ma służby specjalne. Ale nawet te służby nie ustrzegły rządu i Marian Banaś, zupełnie lege artis, prezesem NIK-u został. Ale jak nie można Mariana kijem, to może pałką.

PiS próbuje w tym momencie uprawdopodobnić w mediach rządowych dyskurs, jakoby jedynym wyjściem z tego potrzasku jest zmiana konstytucji. No bo to przecież taka prosta i oczywista sprawa, że można sobie zmienić konstytucję jak się chce i kiedy się chce. To tak, jakby w meczu Polska-Hiszpania, na najbliższym Euro, kiedy przegrywalibyśmy trzema bramkami, na boisko wkroczyć miał szef PZPN – i oświadczyć, że bardzo przeprasza polskich kibiców, ale zaraz po pierwszym golu zwrócił się do prezesa hiszpańskiej federacji, aby wspólnie zaapelować do FIFA o zmianę przepisów, w myśl których w spotkaniu międzypaństwowym w drużynie wyżej rozstawionej nie mógł grać bramkarz oraz napastnik, ale, nie wiedzieć czemu, Hiszpanie się nie zgodzili.
W związku z niesubordynacją pana Mariana, rząd wysyła przeciw niemu ABW, która ma zablokować mu na czas kontroli dostęp do informacji niejawnych. Innymi słowy, stara się rząd za pomocą dostępnego mu aparatu represji, maksymalnie utrudnić Banasiowi życie oraz wykonywanie obowiązków. To, że chcą mu napsuć krwi specjalnie mnie nie dziwi, bo nikt pod karabinem nie trzymał, kiedy pan Marian godził się objąć tekę prezesa NIK-u , a wcześniej ministra finansów. Gorzej, że robi to PiS kosztem państwa. Bo umówmy się, Marian jest, taki jest, ale coś tam jednak potrafi. Jeśli już przyszło nam przegrać z nim w klinczu, bo, jak widać, po prośbie ustąpić nie chce, należałoby zacząć ograniczać się do szorstkiej przyjaźni i uświadomionej konieczności; jest sobie Marian Banaś prezesem NIK-u, i na najbliższe lata, prezesem być musi. Pokazał już bowiem poprzedni prezes NIK, że nawet z zarzutami prokuratorskimi, można kierować Izbą pełną kadencję. Daliśmy ciała. Nie posłuchaliśmy ostrzeżeń. Mamy za swoje. Ale nawet przy takim rozwoju wypadków, i nam (rządowi) i jemu (Banasiowi) idzie o to samo. O Polskę. On ma kontrolować jak najlepiej, a my jak najlepiej rządzić, więc w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków, powinniśmy ze sobą współpracować, a nie drzeć koty… albo jak pies z kotem żyć. Tyle w teorii. W sprawie Banasia zastanawia mnie jeszcze jedno. Jak sobie z traumą po betonowym Marianie radzi molibdenowy Mateusz. Do państwowych zaszczytów wywiódł go, mimo że sam Marian Banaś ma bogato zapisaną kartę opozycyjną, premier Morawiecki. To u niego Banaś był ministrem finansów, a wcześniej szefem skarbówki. To w końcu Morawiecki dał mu zielone światło na objęcie prezesury NIK-u. W środowisku PiS-u teka szefa NIK-u to nie byle jaka teka. Wiadomo kto ongiś ją nosił i trampoliną do czego się stała. A tu taka potwarz. Podobno prezes Jarosław nie posiadał się ze wściekłości, kiedy pan Marian w swoim orędziu, z zaciętą miną, powoływał się na spuściznę św. pamięci prezydenta; że on też chce być taki i że się nie da zaszczuć. Głos miał pewny, brew zmarszczoną, gniew w oczach. Brakowało tylko okularów.

Śmierć mózgowa PiS

Jak zapowiadałem, wielkie polityczne skrobanie Prawa i Sprawiedliwości rozpoczęło się. Z obu stron naraz. Przez Lewicę i Konfederację. I nagle okazało się, że elity PiS nie mają na to lekarstwa.
Liderzy polityczni, zwłaszcza dużych, rządzących partii często zachowują się jak starzy generałowie. Przygotowując się do przyszłej wojny gromadzą amunicję skuteczną w tamtej, minionej. I tak też zachowali się prominenci PiS. Naostrzyli szabelki na kolejne starcia z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej. Na znane im od lat pojedynki z harcownikami Schetyny. A tu siurpryza. Zamiast zwyczajowych solówek PiS – PO, wpadli w rój jeszcze nierozpoznanego wojska.

Od czasów kampanii prezydenckiej w 2005 roku liderzy PiS zaczęli stosować nową taktykę polityczną. Dzielić pole walki, i przy okazji też polskie społeczeństwo, na dwa obozy. Patriotycznego solidaryzmu walczący z zdegenerowaną kastą liberalizmu. Milionerzy z PiS zaczęli przebierać się w szaty prowincjonalnego Polaka – szaraka. Widząc, że w miejskich metropoliach nie zdobędą większości, rozpoczęli swą narodowo – katolicką kontrrewolucję od zdobywania rządów dusz na prowincji.

Wytrwale, cierpliwie jeździli po polskich gościńcach. „Tu jest Polska”, słodzili napotykanym tam przysłowiowym wąsatym Januszom i bazarowo odzianym Grażynkom. Cierpliwie wysłuchiwali ich, spisywali listy najważniejszych ich potrzeb. Dostrzegli, że większość polskiego społeczeństwa nie zasmakowała dostatecznie słodyczy transformacji ustrojowej. Czuje się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju.„Panowie w stolicy palą cygara” i gardzą prawdziwym polskim ludem, przekonywali ich PiS-owscy emisariusze. I tak jak kiedyś ekipa Pol Pota, zwanego tam Bratem Numer Jeden, podburzali społeczność wiejską i małomiejską przeciwko „zdegenerowanym” elitom wielkomiejskim.

Potem, korzystając ze zmęczenia społeczeństwa ośmioletnią polityką PO – PSL, tworzoną wedle neoliberalnych dogmatów, na zadawane im pytanie „Jak żyć?”, za proponowali nową, socjalną alternatywę. Tym wytrwale powiększali poparcie społeczne.

Szczęśliwym dla nich trafem po wyborach 2015 rok Sejm i Senat stały się politycznym duopolem. Żwawy, zwycięski PiS zepchnął odwykłą od walki politycznej koalicję PO – PSL, na wyznaczone im pole. Przeznaczone dla zdegenerowanych, kosmopolitycznych i anty socjalnych elit. PiS sprawnie wykorzystywał też głupotę liberalnych mediów trzęsących się z oburzenia już na sam widok programów socjalnych. I mobilizując kolejnych anty elitarnych, anty liberalnych wyborców zaczął osiągać stabilną większość. Wygrywać na głosy wszystkie pojedynki polityczne, a z czasem nawet medialne.

Koniec monopolu

Ale teraz dawne polityczne pole walki zmieniło się radykalnie. Pojawił się nowy przeciwnik na lewej flance PiS. Teraz parlamentarzyści lewicy gromko deklarują, że 500+ i inne świadczenie socjalne były społeczeństwu potrzebne. Ale niewystarczające. I jeśli elity PiS naprawdę są takie propolskie, czyli prosocjalne, to muszą dalej kroczyć drogą ku socjalnemu państwu dobrobytu. Spełniać obiecane w czasie kampanii wyborczej „piątki” i „pakiety”. Jeśli tego nie uczynią i przybiorą maskę surowych strażników budżetu państwa, to polityczny łomot z lewej strony mają zagwarantowany. A także alternatywny program lewicowego, polskiego państwa dobrobytu. Demokratycznego dodatkowo.

Ale to nie koniec politycznych kłopotów PiS. W tym samym czasie i na tym samym polu walki mogą spodziewać się ataków z prawej strony. Wojsk mniej licznych, ale desperacko kąśliwych. Konfederatów bijących w ospałych, tłustych milionerów z PiS. Rozliczających ich z obietnic dokończenia kontrrewolucji narodowo – katolickiej. I tak jak Lewica będzie udowadniać fałszywą i koniunkturalną socjalność elit PiS, tak Konfederaci będą obnażać i demaskować ich koniunkturalny katolicyzm i konserwatyzm. Ich fałszywą polskość, klęskę obiecanej „polityki wstawania z kolan”. Dojdą jeszcze kąśliwe ataki klubu parlamentarnego Polskiej Zjednoczonej Partii Ludowców i Kukizowców. Z centro-prawej flanki. No i tradycyjny ostrzał z centrum od liberalnej Koalicji Obywatelskiej, najmniej może szkodliwy. Ale kiedy walczy się na tylu frontach na raz, to nawet poślizg na skórce od ośmiorniczki może okazać się zabójczy. Zwłaszcza kiedy batalia rozpocznie się na polu ogólnopolskiej kampanii prezydenckiej.

Przez ostatnie cztery lata elity PiS działały w warunkach korzystnego dla siebie duopolu. Po jednej stronie polscy patrioci dzielący się kruszyną chleba z każdym potrzebującym. Swojscy i dumni. Po drugiej nieczuli na społeczną biedę kosmopolityczni, tęczowi liberałowie zasiedlający zamknięte, wielkomiejskie apartamenty. Gardzący wielodzietnymi Grażynkami i biało – czerwonymi Januszami.
Przez ostatnie cztery lata dawni, żwawi kontrrewolucjoniści z PiS przemienili się w tłuste polityczne, złote karpie. Powtarzające jak mantry nadsyłane im z Nowogrodzkiej centrali kolejne „przekazy dnia”. Standardowo atakujące „totalną opozycję PO-stkomunistyczną”. Przez cztery ostatnie lata nie przeczytali oni żadnej nowej książki, nie liznęli nawet jednej, nowej idei. Ich ideową i intelektualną bezradność wobec nowych czasów i sił politycznych zauważyli już ich najzdolniejsi publicyści. Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz, Dawid Wildstein.

W analizie „PiS w świecie bez duopolu” zamieszczonej w tygodniku „Do rzeczy” Piotr Semka opisując sukcesy Lewicy i Konfederatów, celnie zauważa: „Po drugiej stronie mamy młode generacje prawicy, które zostały wyssane przez aparat PiS-owski z całym jego systemem bardzo powolnego awansu. W tym systemie młodzi przekonali się, że luźne dywagowanie i wypowiadanie własnych opinii nie służy ich karierze. Z kolei liczni młodzi, którzy via instytucje i banki zasilają dzisiaj rząd Morawieckiego, mają coś na kształt syndromu Ryszarda Petru. W ciągu lat spędzonych przy bankowych biurkach i biznesowych instytucjach nie mieli czasu przeczytać iluś książek i nie umieją z podobną swadą co lewicowcy poruszać się w świecie idei i pomysłów na kształt systemu społecznego./…/ Zapotrzebowanie na prawicowe kadry wypchnęło dużą cześć liderów opinii z prawej strony do mediów publicznych i spowodowało paradoksalnie regres w dynamizmie intelektualnym grup”.

Ten „regres w dynamizmie intelektualnym” widać też w samym tekście Piotra Semki. Autor w potoku nowomowy cenzuruje się. Zamiast od razu napisać, że starzy liderzy PiS nie potrafią poradzić sobie intelektualnie z nową Lewicą i Konfederacją. A młodzi awansowani wedle zasad „ Bierny, Mierny, ale Wierny” oraz „Nie matura lecz chęć szczera…” okazują się w konfrontacji ze swoimi lewicowymi i prawicowo radykalnymi rówieśnikami zwyczajnie za głupi.

PiS pozbawiony politycznego duopolu zaczyna tonąć. Na razie intelektualnie. Ale to początek politycznego zjazdu. Dla Boga, panie Kaczyński! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz?

Kabaret

Czterdzieści lat temu byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”. Nie traciliśmy humoru, działały kabarety naśmiewające się z naszych wad i z naszej sytuacji politycznej.

Starsze pokolenia pamiętają Tey, Dudka i pokazywany w reżimowej telewizji Kabaret Starszych Panów. Pamiętają krakowską Piwnicę pod Baranami i ówczesną warszawską Syrenę. Pamiętają też o filmach Barei.

Konkurencja

Kabarety były w PRL-u i 30 lat po jej upadku domeną aktorów, piosenkarzy i autorów specjalizujących się w satyrycznych tekstach. Ale przyszedł rok 2015 i to się zaczęło zmieniać. Owszem – jest i dzisiaj kilku starszych i młodszych „kabareciarzy”, którzy piszą dobre teksty. Takie kabarety jak Moralnego Niepokoju czy Młodych Panów nadążają za chlubną przeszłością.
Z niepokojem jednak obserwuję, że niespodziewanie wyrasta im nieprofesjonalna konkurencja. Silna, władcza i bezwzględna. To politycy zgrupowani w rządzącej partii, słuchający tylko swego wodza, Najważniejszego Zwykłego Posła, starający się swoimi działaniami uprzedzać jego życzenia.
Część tych działań jest tak niezgodna z prawem i tak humorystyczna, ze staje się politycznym kabaretem, niekiedy bardziej śmiesznym od pomysłów zawodowców. Ale ma wadę. Budzi – przynajmniej u mnie – śmiech przez łzy, jest niebezpieczna dla obywateli i może grozić destrukcją państwa, jednocześnie spychając je na margines Europy.

Tajne podpisy

Długotrwałym „numerem” kabaretowym, wymyślonym przez rządzącą partię, są manewry wokół powołanej według nowych zasad – czyli przez polityków – Krajowej Rady Sądowniczej. Aby zachować pozory demokracji kandydaci na członków tego „ciała” musieli być poparci podpisami wnioskodawców – aż 25 sędziów. Musieli być znani i uznani w środowisku, bo poinformowano „suwerena”, że zdobyli je z zastanawiającą łatwością. Dokumenty z tymi podpisami natychmiast jednak utajniono i schowano w głębokim sejfie sejmowym.
Występy i działania kabaretowe związane z tą sprawą zaczęły się z chwilą, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zapragnął zobaczyć te podpisy. Odruchy paniki obozu rządzącego były zabawne i zakończyły się decyzją „organu administracji państwowej” powołanego dla ochrony danych osobowych. Nie pokażemy tych podpisów, bo podpisujący boją się ostracyzmu i sobie tego nie życzą. Sejm i Senat w Polsce może jeszcze głosować jawnie, prokuratura noże mieć „przecieki” pozwalające na powszechną wiedzę, komu ma zamiar postawić zarzuty, jawne są oświadczenia o stanie majątkowym – ale suweren nie może wiedzieć, kto popiera członków KRS.
Organ od ochrony danych osobowych zabronił nam ujawniania tych podpisów – powiedziała kancelaria sejmu. Poparł ją publicznie jeden z wiceministrów sprawiedliwości, mimo, że „w międzyczasie” także sąd okręgowy w Olsztynie wykazał się niezdrową ciekawością i zażądał pokazania podpisów.
Jako starzejąca się, mikroskopijna część suwerena, mam charakter przestraszonego baranka. Kancelarię, tak „po ludzku” mogę jeszcze zrozumieć Musi słuchać się szefów. Ale wiceminister sprawiedliwości lekceważący wyroki i żądania sądów zagrał w tym numerze kabaretowym rolę, która w państwie praworządnym powinna natychmiast zakończyć jego karierę.
Nie jestem prawnikiem. Ale lata innych studiów i praktyki utrwaliły we mnie przekonanie, o prymacie wyroków sądów. Może niesłuszne. Może teraz ma być inaczej. Jednak, jeśli policja mnie zatrzymuje, to sąd może mnie zwolnić. Jeśli komornik błędnie mi coś rekwiruje, to sąd może kazać mu to zwrócić. Jeśli sąd może nawet anulować decyzje specjalnej komisji wykrywającej nieprawidłowości w gospodarce nieruchomościami w Warszawie – to nie rozumiem, dlaczego nie może kazać ujawnić nazwisk osób popierających sędziów i dlaczego nie wykonuje się natychmiast takiej decyzji. Chyba, że w założeniu ma to być kabaret pobudzający fantazję. Może w sejfie sejmowym są tylko puste kartki, albo wszystkie listy poparcia są takie same?

Węzeł gordyjski

Krótki, ale błyskotliwy numer kabaretowy mieliśmy ostatnio w czasie posiedzenia sejmu, wybierającego kandydatów na członków wspomnianej Rady Sądowniczej. Przeprowadzono głosowanie, ale nie ogłoszono wyniku – prawdopodobnie niesatysfakcjonującego obozu rządzącego. Za to zdecydowano o powtórzeniu glosowania. Ten drugi wynik był dobry – więc go ogłoszono. U telewidza, (czyli także u mnie) powstała wątpliwość, czy przypadkiem nie marnujemy czasu i pieniędzy suwerena na tworzenie parlamentu, w którym można sobie dowolnie manipulować 460-ciu wybrańcami narodu. Może było by prościej i taniej ograniczyć się do jednego, zwykłego, ale Najważniejszego posła? I można wtedy pozbyć się tych skomplikowanych urządzeń do głosowania. Najważniejszy poseł podniesie rękę – czyli jest za i trzeba to natychmiast realizować. Nie podniesie – jest przeciw i trzeba to ze wstrętem odrzucić do kosza.
Rządowy kabaret sądowniczy niemal równolegle błysnął wyborem kandydatów na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatury budziły zastrzeżenia merytoryczno – historyczne uzupełnione wątpliwościami, czy mogą być kandydatami osoby w wieku emerytalnym. O to ograniczenie niedawno upominano się przy ataku na Sąd Najwyższy. Nie ma powodów, aby w TK było inaczej. Wybrani większością PIS kandydaci i tak mi się nie podobają, ale – delikatnie mówiąc – przy wyborze aż na 9 lat, powinni być teraz zdecydowanie przed granicą wieku emerytalnego. A nie są.
Nie mogę też pojąć, dlaczego do ważnego dla suwerena Trybunału powołuje się profesorów, doktorów, ale także magistrów prawa. Powierza się im również kierowanie tym prestiżowym organem. Nasze uczelnie „produkują” dostateczną liczbę doktorów, którzy mogą później uzyskać stopnie prawdziwych profesorów, aby wystarczyło ich na podmianę starzejącej się kadry w Trybunale. To chyba jakaś tajna zmowa magistrów, słynących z umiejętności gastronomicznych i organizowania życia towarzyskiego, które zachwycają nawet Najważniejszego Posła.
W prawniczym zespole numerów kabaretowych aktualna władza tak się „zakałapućkała”, że powstał istny węzeł gordyjski. Sędziowie podejmują uchwały, że nie będą opiniować nowych kandydatów do czasu, aż wyjaśniona zostanie sprawa legalności powołania obecnego składu KRS. Sąd Najwyższy ma się wypowiedzieć o poprawności naszego, zmienianego systemu „kierowania” sprawiedliwością. Na wniosek Komisji UE Trybunał Międzynarodowy w Luksemburgu też jeszcze wróci do sprawy praworządności w Polsce. Rząd traci nerwy. Jego rzecznik mówi coś o „ukróceniu” działalności niezadowolonych sędziów. To brzmi jak groźba z wczesnych lat 50-tych ubiegłego wieku. Podpowiadam nieodpłatnie. Rosja ma opuszczone obozy na Kamczatce i w Obwodzie Magadańskim. Na pewno nie zażąda wysokiej ceny za ich wynajęcie. Wystarczy zadzwonić do Prezydenta Putina. Uratowane tygrysy jadą do azylu w Hiszpanii, a nasi „niegrzeczni” sędziowie mogą pojechać na zasłużony odpoczynek w tych obozach.
Kabaretowy, prawniczy węzeł gordyjski nie nadaje się już – moim zdaniem – do łagodnego rozplątania. Potrzebny jest nowy Aleksander Macedoński z ostrym mieczem, który go przetnie. Problem w tym, że go nie widzę. I to może oznaczać fatalne w skutkach dla szarych obywateli działanie tego numeru kabaretowego nawet do końca kadencji obecnej władzy.

Wszechstronna oferta

Jak ktoś nie lubi problemów prawniczych, to może się pośmiać z z kilku innych kabaretowych numerów oferowanych przez nasz zapobiegliwy rząd. Może się rozbawić historią myśliwców MIG 29, które ciągle stanowią istotną część naszych sił powietrznych. Są i stoją. Bo od dawna niedoszkalanym pilotom skończyły się formalne uprawnienia. Wprawdzie odważny głównodowodzący naszymi siłami zbrojnymi podjął decyzję, że mają jednak latać – ale problem nadal istnieje i trochę narusza, nienaruszalną zasadę zapewnienie „bezpieczeństwa lotów”.
Zachichotać można także przy odtworzeniu historii wyposażania naszej armii w helikoptery. Mieliśmy kupić od Francuzów 50 dobrych Caracali, ale rząd się z tego wycofał zaraz na początku poprzedniej kadencji. Bo za drogo. Znacznie taniej mieliśmy kupować maszyny amerykańskich i włoskich firm, częściowo wytwarzane w Polsce. Ale podobno jest jeszcze drożej i dłużej trzeba czekać.
Jeśli dla kogoś i ta tematyka jest za nudna – może zainteresować się bliżej sprawą krakowskiego hotelu i znajomości prezesa NIK M. Banasia. Już widzę skecz przypominający „Sęk”, słynną rozmowę telefoniczną Dziewońskiego z Michnikowskim, w kabarecie Dudek. Pan Prezes rozmawia z kimś, z kim jest „na ty”, ale nie wie, z kim i nie ma pojęcia, o czym rozmawia. Można też uruchomić zakłady, czy Prezes NIK spełni sugestię wierchuszki PISu i zrezygnuje ze stanowiska, czy też uprze się i postanowi je nadal piastować.
Najodważniejsi wielbiciele kabaretów mogą jeszcze domagać się skeczy ilustrujących wnikliwość i obiektywizm prokuratury. Monolog prokuratora zastanawiającego się nad argumentacją umorzenia śledztwa w sprawie wieszania na szubienicach portretów niektórych euro-posłów i nad sposobami nieprzesłuchiwania Najważniejszego Posła, w sprawie „Srebrnej”, mógł by być gwoździem sezonu.

Właśnie tak działa mafia…

Obejrzałem wystąpienie przed sądem pozwanego Wojciecha Sadurskiego, którego Prawo i Sprawiedliwość pozwała za stwierdzenie, że PiS to zorganizowana grupa przestępcza. Profesor Sadurski przedstawił swój punkt widzenia i podał kilka przykładów. Szkoda, że jego sprawa nie odbywa się choćby dziś, bo oto pojawił się świeżutki przykład wręcz idealny.

Dzisiejsza Rzeczpospolita (2 grudnia 2019) w artykule pt. „PiS kontra szef NIK: Spółki syna Banasia kartą przetargową” pisze: „Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy (pomiędzy: Marianem Banasiem a Jarosławem Kaczyńskim i Mariuszem Kamińskim, w trakcie której „poprosili” go złożenie dymisji – przyp. aut.) poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie.”
Cóż zatem się stało według Rzeczpospolitej – otóż Banasiowi dwaj panowie K. złożyli propozycję, która w każdym wariancie jest dokładną kopią działań mafijnych i jest po prostu ordynarną korupcją w najlepszym zorganizowanym wydaniu.
Bo co ta propozycja w istocie oznacza? Przedstawmy to w dwóch hipotetycznych wariantach:

Wariant 1

Młody Banaś robi wałki w swoich spółkach. Panowie K. mówią – Jak będziesz posłuszny i odejdziesz w ciszy i spokoju z NIK, to my ci obiecujemy, że wszystkie brudy twojego synalka zamieciemy głęboko pod dywan a i tobie włos z głowy nie spadnie. Dowody, które mamy gdzieś się zgubią i to tak skutecznie, że nigdy się nie znajdą. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.

Wariant 2

Młody Banaś jest czysty niczym łza. Panowie K. mówią – Jak nie odejdziesz dobrowolnie z NIK i nie będziesz trzymał języka za zębami, to my ci gwarantujemy, że rozmażemy twojego synalka razem z jego spółeczkami. A i tobie przy okazji łeb urwiemy. Dowody się znajdą takie jakie będą potrzebne. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.
Jakby nie patrzeć dwaj panowie K.: prezes Prawa i Sprawiedliwości i koordynator tajnych służb z nadania Prawa i Sprawiedliwości stosują metody zorganizowanej grupy przestępczej, w skrócie zwanej mafią. Tę technikę w ojcu chrzestnym nazwano „propozycją nie do odrzucenia”.

Banaś przetargowy

Bo czego innego mogłoby dotyczyć zagranie „kartą przetargową” młodego Banasia (nota bene od kilku miesięcy pełnomocnika zarządu w Banku Pekao SA), jak nie wariantu nr 1 lub 2? No jeszcze dodatkowo może wchodzić w grę wywalenie go na zbity pysk z państwowych spółek.
Śmiech przez łzy wywołuje fakt, że Rzeczpospolita podała tę informację jako ciekawostkę w toczącym się pojedynku bokserskim Banaś kontra PiS. Nawet się nie zająknęli, że oto podają jak na tacy przykład przestępczej działalności zorganizowanej grupy zajmującej się korupcją przy wykorzystaniu państwowych stanowisk, politycznych wpływów i pozycji we wszystkich dziedzinach życia naszego kraju.

Sen o emeryturze

Wszędzie słuchać płacz i zgrzytanie zębów gdy tylko poruszony zostaje temat emerytur i systemu emerytalnego. A przecież cel reformy był jasny obniżyć emerytury. Zmniejszyć koszty budżetowe zmusić przyszłych emerytów do samodzielnego oszczędzania. Niejako przy okazji utuczono firmy zarządzające funduszami emerytalnymi ustanawiając absurdalnie wysokie prowizje i opłaty z zarządzanie. Zanim nadeszła katastrofa rząd PO wycofał się z „reformy” a jakoby „prosocjalny” PiS postanowił na przyszłych emerytach jeszcze raz zarobić.

Nikt nie zwraca uwagi, że przyszłe niskie emerytury to efekt dwóch procesów.
Po pierwsze niskich płac. Comiesięczny wskaźnik średniej płacy wyliczany jest na podstawie niepełnych danych. Do wyznaczenia przeciętnej pensji brane są pod uwagę tylko wynagrodzenia w firmach, które zatrudniają powyżej 9 osób. A takie przedsiębiorstwa na polskim rynku są w zdecydowanej mniejszości. W 2016 roku przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw kształtowała się na poziomie 4346,76 zł (3094 zł netto). Jednak, że aż 66 proc. zatrudnionych zarabiało poniżej tej kwoty. Właśnie w raporcie za rok 2016 GUS po raz ostatni podał też wartość dominanty, czyli najczęstszego miesięcznego wynagrodzenie brutto, dla ogółu zatrudnionych w gospodarce. Wyniosło ono wynosiło w październiku 2016 r. 2074,03 zł, czyli ok. 1511 zł na rękę. To mniej niż połowa przeciętnego wynagrodzenia w firmach.
Czyli niskie wynagrodzenia to niskie składki emerytalne, co w sumie daje niskie emerytury.
Najnowsze dane dotyczące tzw. stopy zastąpienia emerytur w Polsce wg ZUS powinny dać nam do myślenia. W 2014 r. przeciętna miesięczna wypłata emerytury stanowiła 61,8 proc. przeciętnej miesięcznej krajowej pensji. W 2018 r. ta stopa wynosiła już 56,4 proc. Szacunki na 2028 to już tylko niecałe 47 %. Gdyby ktoś zarabiał najniższe wynagrodzenie i zdecydował się na emeryturę z końcem 2020 roku to mógłby liczyć na niewiele ponad 1300 PLN brutto. Czyli nieco ponad 1100 netto.
Po drugie, duża część pracujących nie może dziś liczyć na taki luksusy jak etat. Prawie jedna piąta ogółu pracujących to samozatrudnieni oraz pracujący na umowy cywilno-prawne. Ich perspektywy emerytalne wyglądają jeszcze gorzej. No chyba, że na należą do wąskiej grupy prezesów kontraktowych czy ludzi wielkiego sukcesu, ale pączki w maśle (czy rogale Marcińskie co kto lubi) to nieliczne wyjątki. Prowadzący jednoosobową działalność płacą (2019) składkę emerytalną w wysokości 558 złotych (od podstawy dochodu 2859). Mogą też skorzystać z ulgi „nas start” i wtedy ich składka emerytalna będzie jeszcze mniejsza. I oczywiście mniejsza też emerytura.
Tak to wygląda.
Co robić ? No więc po pierwsze zmienić system podatków od dochodów osobistych na progresywny i wprowadzić stawkę 10% dla dochodów w granicach 24.000 rocznie. Oczywiście należy wyżej opodatkować przychody przekraczające 120 000 oraz wrócić do rozliczania jednoosobowej działalności gospodarczej na zasadach ogólnych. Ledwo wiążącym koniec z końcem „przedsiębiorcom” zapewne pozwoli skorzystać z nowej obniżonej stawki PIT a nasze pączki w maśle, stracą odrobinę tłuszczyku i lukru. Będą zdrowsze.
Po drugie, co nieuchronne podnieść składkę na ubezpieczanie emerytalne a w dalszej perspektywie całkowicie porzucić „reformę emerytalną”. Niestety trzeba będzie też szybko zlikwidować wprowadzane właśnie PPK, które jak zgodnie oceniają specjaliści mają głównie służyć zarządzającym nimi firmom. Czy powrót do koncepcji OFE.
A po trzecie wypowiedzieć konkordat, to też da spore oszczędności dla budżetu.

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.