Flaczki tygodnia

„Piotr Ikonowicz, zgodnie z przewidywaniami, przepadł w głosowaniu na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich. To oczywiście wielka strata i żal, ale tylko ktoś naiwny mógł sądzić, że PiS w Sejmie poprze socjalistę. Łudził się oczywiście też sam kandydat, który w RMF FM stwierdził stanowczo, że nie musi nawet przekonywać posłów PiS. Dlaczego? Stwierdzał, że „oni go bardzo cenią”, ale „zapytają Jarosława Kaczyńskiego”. I to akurat prawda. Prezes zdecydował.
Były poseł PPS, obrońca praw lokatorów, nie dostał z ław PiS nawet jednego głosu. Bardzo to symboliczne. Co więcej, sam Jarosław Kaczyński głosował przeciw.
Tymczasem to 12 posłanek i posłów z koalicji Obywatelskiej głosowało „za” kandydaturą Piotra Ikonowicza. Jasne, że KO jest pełna hipokryzji, biadolą o „zjednoczonej opozycji”, która w ich języku oznacza zjednoczenie się tylko wokół ich wizji, ich programu, ich przywództwa. Silniejszy zawsze dyktuje warunki. Udowodnili to również o tym razem. Przeciwko Ikonowiczowi było 123 posłanek i posłów KO. Ręka w rękę z PiS.”
Tego tym razem nie napisały Flaczki, lecz jeden z autorów „Trybuny”, socjalista, Przemysław Prekiel.

I pisze tak dalej: ”W tym wszystkim najważniejsze jednak jest to, że obecna władza, która niewątpliwie ma wielkie zasługi w polityce wyrównywania szans, wystawia jako kandydata na RPO czynnego polityka własnej partii. To swoista aberracja, żeby polityk partii rządzącej był Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Ma on stać na straży wolności i praw człowieka i obywatela. PiS pomylił funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich z rzecznikiem rządu. Nie da się zbudować sprawiedliwości społecznej na gruzach demokracji i państwa prawa. Adam Bodnar był ostatnim obrońcą tej idei.”

Przemek Prekiel to lewicowiec młodej generacji. Lewicowiec z własnej woli. Nie działał w czasach kiedy zapisanie się do rządzącej PZPR było dla niektórych deklaracją lewicowości, a dla innych tylko przepustką do kariery. Dlatego do PZPR należały „Flaczki” i dzisiejszy sługa jaśniepana prezesa Kaczyńskiego, oddelegowany do Trybunału Konstytucyjnego, pan prokurator Stanisław Piotrowicz. Zawsze gorliwy do służenia aktualnej władzy. I dpodatkowo żarliwy opiekun proboszczów „ciumkających” nieletnich chłopców.

Odrzucając kandydaturę Piotra Ikonowicza elity PiS pokazały, raz jeszcze i dobitnie, jaki system władzy tworzą. Jakich ludzi preferują, nagradzają wysokimi stanowiskami.
Okazało się raz jeszcze, że ta gromko werbalnie „antykomunistyczna” formacja woli „komunistycznego lizusa” i konformistę pana Stanisława Piotrowicza od Piotra Ikonowicza -antykomunisty ideowego, lecz aktywisty niepokornego.

Elity PiS chcą stworzyć własną oligarchię. Własne elity polityczne, własny kościół katolicki, własną oligarchę gospodarczą, własną Akademię Nauk, własnych ludzi sztuki. A ten ich „antykomunizm”, to cykliczne nawoływanie do „współpracy dla dobra Polski”, to jedynie pakiet stałych kłamstw PiS. Bajki dla przysłowiowego „ciemnego ludu”.

Głos towarzysza Prekiela jest ważny, bo wielu młodych polskich lewicowców, zwłaszcza reprezentantów „lewicy internetowej”, nienawidzi liberałów z PO tak bardzo, że potrafią apelować „głosujmy na PiS, bo to jednak partia programowo socjalna”. Bo chociaż jest nacjonalistyczna, obskurancka i antydemokratyczna, to dba o interesy ludzi pracy najemnej. Dała przecież 500+ najbiedniejszym. Na co koalicja PO- PSL nigdy się nie zdobyła.
Czy odrzucenie przez elity PiS kandydatury Ikonowicza, który mógł być ponadpartyjnym, antyliberalnym i socjalnym Rzecznikiem Praw Obywatelskich zdejmie z tej lewicy internetowej zauroczenie PiS-em ?
x/ Pan prezydent Andrzej Duda zainaugurował działalność Biura Polityki Międzynarodowej. Szefem nowego Biura został pan minister Krzysztof Szczerski dotychczasowy minister w Kancelarii pana prezydenta, odpowiadający tam za politykę zagraniczną.
„Mam nadzieję, że Biuro w sposób większy niż do tej pory pozwoli realizować działania prezydenta RP w zakresie polityki międzynarodowej”, powiedział podczas inauguracji pan prezydent Andrzej Duda.
I dodał ”Przyjęliśmy taki niepisany podział ról z Radą Ministrów, później z panem premierem Morawieckim, że w głównej mierze tymi sprawami europejskimi, zajmuje się premier, natomiast kwestie związane z Sojuszem Północnoatlantyckim i naszą obecnością w ONZ to ta domena, w której w przeważającej mierze działa prezydent”.

Nie dodał, że pan minister Szczerski długo w tym Biurze nie posiedzi. Wszyscy już wiedza, że pan minister wybrał sobie posadę polskiego ambasadora przy ONZ. Wolną pod koniec tego roku.

Nie jest to posada bardzo męcząca. Dlatego otoczenie pana prezydenta Dudy oczekuje, że podstawowym zadaniem pana ambasadora Szczerskiego w ONZ będzie szukanie międzynarodowej posady dla pana prezydenta Dudy.
Lata drugiej kadencji szybko lecą. Pojawi się pytanie co robić dalej? W kraju „bezobjawowy prezydent” nie będzie miał wielu propozycji. Może za to mieć kłopoty z odpowiedzialnością za łamanie prawa, zwłaszcza Konstytucji. Może mieć zaproszenie do Trybunału Stanu.Dlatego pan minister Szczerski czaruje pana prezydenta i elity PiS, że postara się w ONZ o posadę sekretarza generalnego dla niego.

To plan maksimum. Minimum to jakiś „Wysoki Przedstawiciela ONZ”. Dzięki takiej posadzie, immunitetowi ONZ i pracy za granicą, pan prezydent Duda może uniknąć odpowiedzialności za swą krajową działalność. No i życia „w nędzy”, jakie dotknęło ostatnio byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Poszukującego pracy dla ratowania domowego budżetu.

Na razie szanse pana prezydenta jeszcze bardziej zmalały. Polski MSZ wydalił właśnie trzech rosyjskich dyplomatów. Choć nie musiał. Ale chciał podlizać się administracji prezydenta Bidena, aby zmyć opinię wiernego sojuszników Trumpa.
W efekcie Rosja wydaliła pięciu polskich dyplomatów, co dotkliwie osłabiło i tak już nieliczną tam polską placówkę. Decyzja MSZ utrwaliła też opinię Polski jako państwa „z natury rusofobicznego”.

W ONZ Rosja ma silną, decydującą pozycję. Może zablokować każdą kandydaturę na każde znaczące stanowisko. Zwłaszcza kandydata reprezentującego „genetyczną rusofobię”.
Zatem misja pana ministra Szczerskiego z góry skazana jest na porażkę. Pieniądze podatników też zostaną znów zmarnowane.

Bigos tygodniowy

Czy Lewica, część „raka, który toczy polską politykę” wesprze rządy PiS i stanie się sojusznikiem władzy w sprawie unijnego Funduszu Odbudowy? Czy Kaczyński dzięki opozycji uzyska 260 miliardów euro funduszu wyborczego, za pomocą którego będzie kupował poparcie, a potem jak gdyby nigdy nic nadal będzie rządził z ziobrystami, którzy zagłosują przeciw. Nie chodzi jednak o obrażanie się za słowa. Znacznie gorsze jest to, że Lewica stoi przed prawdziwie diabelską alternatywą. Głosować z partią Ziobry czy z partią Kaczyńskiego? A to drugie oznacza wepchnięcie w łapy PiS potężnych pieniędzy za pomocą, których mogą wygrać kolejne wybory, a do tego stworzyć w Polsce oligarchię na podobieństwo tej orbanowej, węgierskiej. Oligarchię kolejnych Obajtków. I wtedy już nie będzie ratunku.


Osiem dekad temu powstała oś Rzym-Berlin-Tokio, teraz tworzy się oś Rzym-Budapeszt-Warszawa, choć oczywiście kaliber i numer butów nowych kandydatów na nacjonalistycznych dyktatorów jest zupełnie nie ten, co w przypadku tamtych zbrodniarzy.


Grono księży tworzących krąg tzw. zwykłych księży opowiedziało się za prawem do aborcji z powodów embriopatologicznych. Niezupełnie trafne to określenie, bo listę tworzy w sporej części elitarny i znany z mediów krąg liberalnych duchownych katolickich, jak ksiądz profesor Alfred Wierzbicki, ksiądz Kazimierz Sowa czy dominikanin Paweł Gużyński, ale ten kolejny mały wyłom w spoistości kleru katolickiego jest nie do pogardzenia.


„Klub Lewicy jest przeciwny bałwochwalczemu upamiętnianiu kolejnego przedstawiciela kleru, tym razem pod pretekstem setnej rocznicy jego urodzin. Obecny rok jest już rokiem kard. Wyszyńskiego. Poprzedni był rokiem Jana Pawła II. Efektem jest coraz większa bezczelność i panoszenie się Kościoła katolickiego w Polsce. Nawet teraz, w czasie pandemii, episkopat nie współpracuje z rządem, nie godzi się na zamknięcie kościołów, żąda dla siebie szczególnych przywilejów kosztem życia i zdrowia Polaków. To kolejny akt strzelisty robiony na ciche zamówienie Kościoła katolickiego, który w ten sposób usiłuje ratować resztki słusznie utraconego autorytetu. Najwyższa pora, aby oddzielić Kościół od państwa, a Sejm – od podszeptów episkopatu. (…) Klub Lewicy apeluje do Sejmu, aby skończył z klerykalizmem w czczeniu pamięci i wzywa do odrzucenia tej całkowicie zbędnej, a społecznie nie tylko nieuzasadnionej, ale wręcz szkodliwej uchwały. Nie przedłużajmy niepotrzebnej agonii Kościoła katolickiego” – stwierdziła posłanka Joanna Senyszyn i w tej akurat kwestii nie mam najmniejszej słuszności co do stanowiska Lewicy. Posłanka zwróciła też uwagę na to, że sto lat temu urodziła się na przykład Michalina Wisłocka, która w przeciwieństwie do rzeczonego Wyszyńskiego wniosła wkład w ciężki i nadal trudny proces wydobywania polskiej seksualności z mroków średniowiecza.


„Ordo Iris wypierdalać” – głosiło wezwanie wywieszone przed świętami na fasadzie kościoła Zbawiciela w Warszawie. A propos. Onet przedstawia owoce międzynarodowego śledztwa fundacji reporterów o działalności mafii katolickiej oplatającej świat i mającej jedno z centrów w Polsce. Materiały są bardzo obszerne, więc nie da się tu niczego sensownie zacytować, ale wieje z nich grozą. Tymczasem firma Topos, od której Ordo Iuris wynajmowało biurowiec w Brukseli, w trybie natychmiastowym wypowiedziała umowę konserwatywnemu instytutowi, argumentując swoją decyzje tym, iż „nie chce być zaangażowana w działania fundacji, która łamie prawa człowieka i podstawowe wolności demokratyczne”. Wszystko zapoczątkowała interwencja organizacji Solidarity Action Brussels, która poinformowała zarządcę budynku o działalności Ordo Iuris”.


Przed świętami PiS-propaganda przypuściła wściekły atak na „Sok z buraka”, a profesor Wojciech Sadurski mówi o „ekshumacji cenzury przez PiS”.


„Pękający obóz władzy i zjednoczona opozycja” – tak z kolei twierdzi Kasandra prawicy, Józef Orzeł. Może z tego powodu regularny gość w programie poruczników Karnowskich od dawna przestał był przez nich zapraszany.


Profesor Janusz Reykowski, choć to mąż bardzo uczony, dziwi się, że prawnik-konstytucjonalista Czarnek z Lublina nie rozumie czym są prawa mniejszości i dąży do rządów katolickiej większości. Zapewniam Szanownego Pana Profesora, że bandziorzy rzadko nie mają świadomości, że łamią prawo. Zwyczajnie, idą na rympał.


„Po zmianie rządów, słyszeliśmy jak Niemcy narzekali na fakt, że Polacy nie przyjeżdżają już i nie ma komu zbierać szparagów. Dziś można już w Polsce żyć i pracować na własny rachunek” – stwierdziła Nitek-Płażyńska, żona posła PiS. Kpi ona czy o drogę pyta? Odkleiła się od rzeczywistości.


„Który z was, sukinsyny, rżnie mnie na kasie?” – pytał kelner Fornalski w „Zaklętych rewirach”. Służby finansowe Unii Europejskiej nie muszą już stawiać tego pytania, bo od dawna wiedzą który. To niejaki Czarnecki Ryszard, zawodowy eurodeputowany pisowski, który „rżnął” na fałszywie rozliczanych kilometrówkach. Teraz musi zwrócić 100 tysięcy ukręconych euro za rzekome odbywanie trasy Bruksela-Jasło, choć kończyła się ona w Warszawie. A jeszcze niedawno ciskał się i groził procesami tym, którzy o tym wspominali. To już jego druga kompromitacja po tym, jak kilka lat temu stracił prestiżową funkcję za „nadużycia językowe”. Unio Europejska, nie musisz wysyłać pieniędzy do Polski, w szczególności do Jasła – one już tam są.
* 
Lawinowo rośnie liczba spraw o obrazę Adriana. Zaczął się proces pewnego pastora z Lublina, który nazwał go „baranem”. Im większą nicością jest Adrian, tym bardziej jest ta nicość obrażana. A sam jest aż tak obraźliwy, że osobiście odszczekał się Markowi Belce za delikatną kpinkę. Ani grama dystansu do siebie, co znamionuje słabości intelektualne. Robi się z tego istna beczka śmiechu.


Nie do śmiechu jest natomiast kolejny brutalny policyjny akt agresji policji w stosunku do kobiety w Głogowie, którą potraktowano pałką i obalono na chodnik. Gołym okiem widać, że nie było niczym usprawiedliwione aż tak brutalne zachowanie. Ta sekwencja brutalności wobec kobiet dziwnie pachnie jakimś urzędowo sterowanym, ideologicznym mizoginizmem. Może ktoś z rozmysłem przestawił wajchę na tę stronę? W tym samym na Jasnej Górze czasie wiele tysięcy motocyklistów-dewotów bez przeszkód rozsiewało koronawirusa.

Jako Polak wstydzę się za takiego premiera

– Jako Polak wstydzę się za takiego premiera, który niemalże za każdym razem, gdy ujawnia publicznie swe przemyślenia, to szkaluje te państwa i te narody, organizmy społeczne i zdolności organizacyjne, które mają w sobie zdolności ratowania ludzi, w tym ratowania Polaków. I nie dotyczy to tylko COVID. 95 proc. wynalazków medycznych czy skutecznych lekarstw ratujących Polakom życie jest wyprodukowane w tych światłych, liberalnych, kierujących się racjonalizmem krajach – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) prof. Radosław Markowski, politolog z SWPS, ekspert w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych.

JUSTYNA KOĆ: Od początku pandemii prowadzi pan zespół, który bada społeczno-ekonomiczno-polityczne skutki epidemii COVID. Co pokazują ostatnie dane zebrane w lutym?
RADOSŁAW MARKOWSKI: Monitorujemy przez ten cały czas opinie, preferencje, postawy Polaków w stosunku do tego, co się dzieje, jakie są konsekwencje pandemii, jak oceniają rządzących, opozycję, UE, władze lokalne w walce z pandemią.
To, co zaskakuje, to fakt, że po tym roku widać więcej kontynuacji, niż zmiany w opiniach, choć oczywiście zmiany są. Są też zaskakujące sprzeczności, że pomimo negatywnych ocen sytuacji dotyczącej zdrowia, życia publicznego i gospodarki, a rząd nie bardzo sobie radzi, to jednak względna większość opowiada się za tym, aby gospodarkę otwierać. Niestety to nie wróży dobrze na przyszłość.
Co więcej, około 60 proc. uważa, że obecnie nakładane na nas ograniczenia są za daleko idące i niekonstytucyjne. Odwrotnego zdania jest 20 proc. Gdy pytamy o dane podawane przez rząd, to mamy przewagę 38 proc. do 34 proc., że dane są nierzetelne. Ta różnica jest stosunkowo niewielka, a jeszcze wiosną wynosiła ponad 60 proc. do 22 proc. Być może stało się tak ze względu na wydarzenia związane z koniecznością przeprowadzenia wyborów w maju, co sprawiało wrażenie politycznego, wręcz partyjnego nacisku, aby wybory się odbyły. Dziś informacji nt. pandemii jest więcej, są szeroko komentowane przez różne ośrodki i pewnie to sprawia wrażenie większej rzetelności.
Mówi się, że rząd ma prawdziwe dane, ale nie chce przyznać, jak jest źle…
Zajmuję się także statystyką i sądzę, że te dane nie są przekłamywane, tylko prymitywne. Przypomnę tylko, że w krajach, gdzie lepiej poradzono sobie z pandemią, wykonywano masowe testy. My nie tylko tego nie robiliśmy, ale też szeroko otworzyliśmy granice, a rząd wysyłał samoloty po rodaków, aby mogli wrócić na święta. Mamy w Polsce jakąś obsesję obchodzenia świąt religijnych, które są ważniejsze, niż pandemia, choroba i śmierć. Zjedzenie razem jajka jest ważniejsze, niż zdrowy rozsądek. Holandia, Francja i wiele innych krajów zamknęło granice z Wielką Brytanią, gdy pojawiła się nowa odmiana wirusa, a nasz rząd mądrością wodza z Żoliborza wysyłał samoloty, chyba specjalnie, aby sprowadzić brytyjską mutację koronawirusa. Dlatego m.in. dziś mamy to, co mamy.
Proszę zwrócić uwagę, że o pandemii w Polsce w ogóle się nie mówi w zagranicznych mediach. Ja regularnie oglądam zagraniczne media i słyszę o sytuacji w Hiszpanii, we Włoszech, Holandii, o Wielkiej Brytanii oczywiście, ale nie o Polsce.
Gdy byłem ostatnio gościem jednego z programów informacyjnych w zagranicznych mediach i zapytałem (poza programem), dlaczego nie mówią o sytuacji pandemii w polsce, usłyszałem, że nie rozumieją danych udostępnianych przez polski rząd.
Badanie obejmuje też ocenę działań rządu, samorządów, opozycji i UE. Co wynika z tych danych?
Pod koniec lutego ocena adekwatności działań rządu spadła do 27 proc. z powyżej 40 proc., które było wiosną i latem. Niemalże cały czas dobrze oceniane są działania władz lokalnych. W ostatnim pomiarze 48 proc. pozytywnie oceniło samorządy, a więc o ponad 20 p.p. więcej, niż działania rządu. Opozycja też nie jest dobrze oceniana, chociaż lepiej niż rząd.
Bardzo dobrze oceniana jest UE, w grudniu np. 50 proc. ocen „adekwatnych”. Choć w ostatnim pomiarze ten wskaźnik wyniósł nieco mniej – 45 proc., ale to nadal świetny wynik, zwłaszcza gdy porównamy go z oceną rządu PiS. Myślę, że stało się to ze względu na zawirowania z dostępnością szczepionek. Przyznam, że będę tu trochę bronił UE, która swą mądrością chciała zapewnić równy dostęp wszystkich obywateli UE do szczepionki. Inne kraje rzuciły wszystkie pieniądze, aby wykupić jak najwięcej i mają lepszą wszczepialność. Przoduje tu oczywiście Izrael, w Europie to Wielka Brytania.
Natomiast nie trudno sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby słaba i zmarginalizowana w Unii przez działania PiS Polska konkurowała z Niemcami, Francją, Szwecją czy innymi zamożnymi i wpływowymi krajami Europy o zakup szczepionki. Moim zdaniem wtedy byłby dopiero dramat, ale oczywiście tego się nie dowiemy, natomiast obsesyjne mówienie, że szczepienia idą wolno, bo Unia itd., jest po prostu kłamstwem. Zresztą ostatnie przemówienie Morawieckiego, kiedy wszystko, co złe, kojarzyło mu się z Platformą Obywatelską, której notabene był dzielnym doradcą przez wiele lat, i z ue jako złem, było dość obrzydliwe.
PiS-owski premier Polski powinien bowiem każde swoje wystąpienie rozpoczynać od podziękowania dla światłych, kierujących się oświeceniowymi wartościami społeczeństw, które były w stanie dzięki racjonalności życia publicznego, jakości ich uniwersytetów, nauki i laboratoriów wyprodukować szczepionkę, i dzięki tym wartościom, a także dzięki umysłom swych obywateli, którzy odrzucają fundamentalistyczną papkę religijną i bezkrytyczną nacjonalistyczną ideologią, mają zasoby, dzięki którym produkują szczepionkę. Tylko dlatego takie kraje, jak Polska, które mają do zaoferowania swoim obywatelom sok z kapusty kiszonej (smaczny i na wiele rzeczy pomaga bez dwóch zdań), mogą też szczepić swoich obywateli. Jako Polak wstydzę się za takiego premiera, który niemalże za każdym razem, gdy ujawnia publicznie swe przemyślenia, to szkaluje te państwa i te narody, organizmy społeczne i zdolności organizacyjne, które mają w sobie zdolności ratowania ludzi, w tym ratowania Polaków. I nie dotyczy to tylko COVID. 95 proc. wynalazków medycznych czy skutecznych lekarstw ratujących Polakom życie jest wyprodukowane w tych światłych, liberalnych, kierujących się racjonalizmem krajach.
W politologii rozliczalność jest traktowana głównie jako ta polityczna. Gdy ktoś się nie sprawdza, jest łajdakiem, kłamie, to można go odsunąć od władzy. Uważam, za nowymi przemyśleniami w światowej politologii, że powinna też być rozliczalność karna.
Ministrowie kraju, a zwłaszcza premier, jeżeli zostanie im udowodnione kłamstwo, powinni być karani, a nie tylko odsuwani. Celowa dezinformacja za publiczne pieniądze powinna być surowo karana.
Niektóre kraje pozwoliły ekspertom decydować w sprawie walki z pandemią, w Polsce mamy ciało doradcze u premiera, którego członkowie sami przyznają, że rząd nie zawsze ich słucha, a czasem wręcz postępuje na odwrót. Tak było np. z powrotem dzieci do szkół. Czy państwa badanie obejmuje też ten problem?
W naszym badaniu, gdy pytamy, czy to eksperci, czy politycy powinni decydować o tym, co się dzieje, mamy bardzo silne wskazanie 61 proc. do 22 proc. na rzecz ekspertów. Większość z nas zatem uważa, że to eksperci powinni decydować o walce z pandemią, a nie politycy.
W wielu krajach w czasie pandemii rządzący politycy postanowili niejako abdykować i oddać pole specjalistom, co wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Oczywiście są przykłady, jak Szwecja, gdzie to nie do końca wyszło, ale jednocześnie to nie zwalnia polityków od podejmowania ostatecznych decyzji politycznych.
Idąc dalej, warto rozważyć problem, jak wyjdziemy z pandemii. Czy to, co przechodzimy teraz, wzmocni naukę, świat ekspercki i merytoryczną fachowość, oświeceniową, empiryczną mądrość, czy przez rozwój pandemii różnego rodzaju iluzjoniści, ideolodzy, religijni fanatycy nakręcą nam koniunkturę na coś zupełnie innego. Już słyszymy w Polsce o tym, że Jezus ochroni, a ręce konsekrowane nie przenoszą wirusa. W tym szybko zmierzającym do teokracji kraju okazuje się, że dzisiaj w pandemii katolicy mogą chować swoich bliźnich w dowolnej liczbie odprowadzających bliskich, a – choć uważam, że to fałszywe sformułowanie – niewierzących tylko 5 osób. Za taką regulację w większości cywilizowanych krajów rząd odsunięty byłby od władzy…
No właśnie, jaką rolę odgrywa w tym Kościół?
Widzimy ogromny krytycyzm Polaków co do różnych aspektów działań instytucjonalnego Kościoła i to nie tylko w sprawie pedofilii i tego monstrualnego spisku ukrywania przestępców w sutannach, który nie pozwala na poradzenie sobie z tym problemem. Ludzie widzą pazerność na dobra doczesne, zaściankowość i nacjonalizm pracowników tej instytucji. Oczywiście rozczarowanie dość szybko zmienia obraz całości, ale nadal wpływy tej instytucji i możliwość wpływania na politykę państwa są zbyt duże.
Na pytanie, czy Kościół katolicki w Polsce powinien mieć więcej do powiedzenia w sprawach publicznych i politycznych, czy też nie powinien na nie wpływać, regularnie powyżej 80 proc. Polaków opowiada się za tym drugim podejściem.
Pozostałe 20 proc. jest podzielone na tych, co nie mają zdania, i na tych, którzy chcą, aby Kościół miał duży wpływ na wszystko.
Dość stabilnie utrzymuje się teoria spiskowa, że za pandemią ktoś, coś stoi – tak uważa ponad 40 proc. Pytamy też o obowiązkowe szczepienie dzieci i ok. połowa Polaków popiera takie rozwiązanie, a 1/3 nie. Przyznaję, że to robi wrażenie, bo to oznacza, że co trzeci z nas jest nosicielem nieracjonalności. To jednak zakasujące, jak trudno się przebić z informacją, że żyjemy na tym padole dwukrotnie dłużej niż 100 lat temu właśnie dlatego, że są szczepionki (i inne wynalazki nowoczesnej medycyny, która odcięła pępowinę z religijnymi zabobonami), a nie dlatego, że jemy awokado i uprawiamy jogging, choć to też oczywiście – choć marginalnie – pomaga.

Polski rząd dużo robi, aby obrzydzić Unię Europejską opowiadając do znudzenia, że to Bruksela stoi za kłopotami ze szczepieniem. Unia ma też chcieć pozbawić nas suwerenności. Czy rząd zaszczepił w nas eurosceptycyzm?
Rzeczywiście w ostatnich pomiarach z grudnia i lutego dostrzegamy nowe zjawisko, które nazwałem nowym eurosceptycyzmem.
By była jasność: Polacy nadal są jednymi z największych euroentuzjastów. Lubimy UE, uważamy, że integracja powinna się pogłębiać, w Europie, a nie w Stanach Zjednoczonych upatrujemy głównego sojusznika.
Gdy pytamy konkretnie, czy gdyby w najbliższą niedzielę odbyło się referendum w sprawie opuszczenia UE, to odpowiedź na „tak” nigdy nie przekroczyła 11 proc., zazwyczaj jest to poniżej 10 proc. natomiast bardziej szczegółowe pytania pokazują, że pojawiają się ostatnio – zwłaszcza po grudniowym szczycie Rady Europejskiej – owi krytyczni euroentuzjaści, którzy uważają, że UE jest zasadniczo dobra, natomiast nie podoba im się, jak funkcjonuje, jakie decyzje podejmuje w konkretnych sprawach. Dotyczy to głownie kwestii polityczno-prawych, że UE nie potrafi wymusić na takich krajach, jak Polska i Węgry, przestrzegania praworządności.
Bardzo wyraźnie widać to w pomiarze z grudnia, kiedy na posiedzeniu Rady Europejskiej decydowały się kwestie powiązania praworządności z funduszami, widać było wyraźne przyzwolenie, żeby UE przycisnęła, łącznie z sankcjami na Węgry i Polskę za nieprzestrzeganie zasad europejskich. Ten nowy eurosceptycyzm narasta w tych, którzy do niedawna byli totalnymi entuzjastami wszystkiego, czego UE dotknęła. Teraz mają wątpliwości, że nie ma dość siły, aby bronić swoich fundamentalnych wartości. Przyznam, że ja również zaczynam należeć do tych nowych eurosceptyków, bo uważam, że nie ma w tej chwili niczego ważniejszego dla UE w szerszej perspektywie, jak upora się z pandemią. Już widzimy kolejkę populistów nie tylko – tradycyjnie – w Rumunii czy Bułgarii, ale także w Słowenii, chętnych do łamania tak reguł Unii, jak i własnego prawa i konstytucji, by za wszelką cenę okopać się u władzy.
W ostatnim sondażu dla „Polityki” (Kantar) ruch Szymona Hołowni wskoczył na drugie miejsce i ma 25 proc., PiS 28, a KO 17. To kolejny sondaż, w którym Polska 2050 jest przed KO. Skąd takie dane?
Przede wszystkim analizy Kantar są warte uwagi jako jedne z niewielu; ich predykcje są rzetelne. 28 proc. dla PiS oznacza, że w stosunku do wyniku wyborczego 43 proc. to jest dramatyczny zjazd o 15 p.p., a to jest prawie 40 proc. ubytku. Warto zapoznać się ze szczegółami, kto porzucił obóz tzw. Zjednoczonej Prawicy. Nie sadzę, aby ci wyborcy bezpośrednio przechodzili do Hołowni. To są procenty, a nie liczby bezwzględne, więc nie wiemy, czy to jest efekt tego, że ludzie się zniechęcili do wyborów, czy popierają kogo innego.
Mam wrażenie, że tu następuje demobilizacja i elektoratu PiS-u, i elektoratu po, stąd ten wzrost procentowy Hołowni, ale wcale nie musi to oznaczać znaczącego (wyglądającego na dwukrotny) wzrostu w liczbach bezwzględnych.
Mówiąc krótko, to efekt tego, że mniej osób deklaruje, że pójdzie głosować, stąd te kilka milionów, które deklaruje, że chce głosować na Hołownię, dziś procentowo daje 25 proc., a nie 15 proc.
Po drugie być może do Polaków zaczyna docierać fakt, że my w trzech ostatnich latach jako społeczeństwo umieramy jak muchy. Oczywiście jesteśmy epatowani propagandą sukcesu, ale rzeczywistość jest dramatyczna. Wyraźny wzrost o 30-40 tysięcy rocznie odnotowujemy od roku 2018 w stosunku do 2017 i w 2019 do poprzedniego. Rekordowe ponadnormatywne niemal 100 tysięcy rodaków, które zmarło w 2020, to wynik kompletnego zaniedbania tego rządu. Poprzednicy też „coś tam zawinili”, ale to jest jakościowa, kategorialna różnica na gorsze za czasów PiS.
Pamiętamy zresztą ich stosunek do służby zdrowia i lekarzy, gdy posłanka, PiS-owska profesorka jako posłanka krzyczała do lekarzy „niech sobie jadą”. No to pojechali. Ludzie po prostu boją się oddawać bliskich do szpitali, bo tam nikogo nie ma. Nie ma lekarzy, nie ma pielęgniarek, nie ma salowych, a na dodatek nie można wchodzić i pomagać swoim bliskim. My widzimy kilkudziesięciu światłych zatroskanych lekarzy codziennie w mediach, ale rzeczywistość jest całkiem inna. A wszystko to jest pochodna totalnej dezorganizacji służby zdrowia. Jak się słyszy, jakie problemy mają karetki jeżdżące w poszukiwaniu wolnego miejsca w szpitalach, to widać, że średnio rozgarnięty licealista dałby sobie radę z koordynacją tej kwestii…
Przerażające jest to, jak ten rząd radzi sobie z pandemią.
Po roku od początku pandemii wpadli na pomysł, by wykorzystać studentów medycyny starszych lat. Ale procedury wyglądają na sabotaż. Co to znaczy, że kandydat na lekarza po pięciu latach studiów nie potrafi zrobić domięśniowego (słownie: domięśniowego) zastrzyku???
Po drugie, gdzie jest Wojsko Polskie. Czy naprawdę stoi na Bugu, aby odeprzeć inwazję sowiecko-białoruską? Dlaczego wojsko nie pomaga w logistyce? Gdzie są wojskowi lekarze? W wielu krajach wojsko pomaga nie tylko logistycznie,
ale medycznie.
Wracając do Hołowni. Ludziom zazwyczaj podoba się nowość; nowy język, nowy styl. Zawsze pojawia się potencjał polityczny, kiedy jest niedopowiedzenie. Gdy Viktor Orbán wygrywał w 2010 roku (jeszcze uczciwie), to nie zabierał stanowiska w prawie każdej kwestii. Wtedy każdy może dopowiedzieć sobie tak, jak mu się podoba. Ale to się sprawdza, jak się ma ponad 50-proc. poparcie.
Przyznam, że nie mam pojęcia, co ugrupowanie pana Hołowni chce zrobić z gospodarką, nie mam jasności, co z nauką i oświatą, co z polityką
zagraniczną.
Trzeba coś spójnego zaproponować, tym bardziej, że potencjalny elektorat w swej masie dobrze wykształcony, a zatem wymagający.
Po drugie w wyborach prezydenckich wystarczy dobrze mówiący kandydat, upudrowany i w ładnej koszuli. Za chwilę jednak będą wybory parlamentarne, w których trzeba zaangażować tysiące ludzi i struktury lokalne. Myślę, że Hołownia szybko powinien pokazać konkret w wielu kwestiach, najlepiej w ogóle gabinet cieni. Musi pokazać, kto w tym ugrupowaniu będzie odpowiedzialny za zdrowie, kulturę, gospodarkę, oświatę itd.

PiS, prawicowy fenomen bolszewizmu

W trakcie mojej korespondencji z Markiem Suskim zwróciłem mu uwagę na bolszewickie złogi w działalności politycznej PiSu jak i w mentalności pisowców. To go oburzyło, bo przecież bolszewicy to tacy ludzie, którzy strzelali w tył głowy. Racja, lecz skoro ich zbrodnie budzą zrozumiałą odrazę, jak to się dzieje, że PiS stał się tak paradoksalną, wynaturzoną hybrydą deklarowanej prawicowości i bolszewizmu.

To pytanie może budzić gniewną reakcję wyznawców ideologii wykuwanej na Nowogrodzkiej, lecz jest pytaniem absurdalnym jedynie z pozoru i na pierwszy rzut oka. Rzecz w tym, że PiS, partia chętnie postrzegająca się jako skrajnie prawicowa, zaskakująco daleko posuwa się w czerpaniu pełnymi garściami z teorii marksizmu-leninizmu, jak i z praktycznych doświadczeń komunistycznych ekip. Jeśli dla sympatyków Lewicy spostrzeżenie to może wydać się nieco ambarasujące i wprowadzające zamęt myślowy, warto podkreślić to co oczywiste – jeśli historia powtarza się, wraca jako farsa. Dlatego wynaturzona lewicowość w wydaniu PiS ma postać nienaturalną, niekonsekwentną, fałszywą i nie przystającą do współczesności.
Ile ich łączy
Na początek garść wspólnych dla komunizmu i pisizmu haseł i praktycznych ich realizacji. W realnym socjalizmie rozwijano programy socjalne, dotyczące jednak rzeczywiście potrzebujących osób i rodzin. Pis idzie tym samym śladem, lecz pisowskie 500 plus trafia do wszystkich równo, niezależnie od statutu majątkowego i tego czy odbiorcą jest osoba unikająca zatrudnienia, preferująca życie z zasiłku, czy też poprzez pracę starająca się zapewnić rodzinie godziwe życie.
O ile w młodym radzieckim państwie powszechnym było etykietowanie przeciwników władzy jako ,,wroga narodu”, to pisowska władza uwielbia metkować opozycję jako zdrajców Polski. A oba reżimy cechujące się wyrazistą antyinteligenckością i populizmem, chętnie szukają poparcia głównie u ludzi słabo wykształconych, z nizin społecznych, niegdyś nazywanych proletariatem.
Jeśli partia bolszewików miała charakter wodzowski i cechował ją skrajny radykalizm, to czy wszystko nie wskazuje, że PiS z swoim autorytarnym prezesem i rewolucyjną przebojowością jest jej młodszą siostrzycą?
Normą było i jest zaprzęganie historii na służbę reżimów i rządów partii niedemokratycznych. W radzieckich opracowaniach historycznych, książkach, podręcznikach i artykułach, w wszechogarniającej propagandzie dostrzegało się programowe przekłamywanie historii. To masa przykładów do przytoczenia, jak np. zaprzeczanie istnienia paktu Ribbentrop-Mołotow, początek II wojny światowej 22 czerwca 1941 r., niemiecka zbrodnia w Katyniu, Armia Krajowa jako sojusznik Hitlera, prośba państw bałtyckich o przyłączenie do ZSRR, łaskawe, wielkoduszne obejście się marszałka Suworowa z mieszkańcami Pragi w 1794 r. itp. To wszystko w pisowcach budzi święty gniew i sprzeciw. Lecz są to ludzie, którzy tzw. polityką historyczną realizują partyjne cele. Na nowo piszą historię Polski, w której to Polacy ukształtowali współczesną Europę, Lech Kaczyński własną piersią zatrzymał pochód ruskich tanków na Europę, za co musiał zapłacił życiem pod Smoleńskiem i jest tak naprawdę ojcem polskiej Niepodległości, jego matka Jadwiga, przebywając w Starachowicach uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, natomiast największą rolę w polskim ruchu oporu odegrali żołnierze wyklęci, a żołnierze 1. i 2. Armii WP to wojsko polskojęzyczne, które przyniosło Polakom zniewolenie i okupację.
Totalne niszczenie przez bolszewików i kaczystów indywidualizmu i prywatności obywateli to ich wspólna spuścizna i praktyczny dorobek. Pełna ingerencja w to jak ludzie mają żyć, z kim współżyć, co czytać i oglądać, jaki styl w sztuce kultywować, w co wierzyć, jakie poglądy wyznawać, którym wartościom hołdować, co jest dobre i moralne a co złe i naganne, co promować a co zabronić, wszystko to pod rządami PiS, jak głuche echo wraca z przeszłości Kraju Rad.
Interesujące jest tylko to, czy rządząca partia popełnia plagiat z komunizmu świadomie, czy jest to skutek anatomicznych instynktów obecnie starszych wiekiem ludzi uważających się za prawicowców, jednak takich, którzy wyrośli w realnym socjalizmie, przesiąkli nim i nie są zdolni otrząsnąć się z mentalnych naleciałości okresu, w którym dorastali, częstokroć jako członkowie PZPR zdobywali wyksztalcenie, robili kariery zawodowe i odbierali darmowe mieszkania. I nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby dziś, z prawicowych pozycji nie deklarowali swego antykomunizmu i zaprzeczali swej własnej przeszłości.
,,Dobro narodu ponad prawem”
To niedorzeczne słowa enfant terrible polskiej polityki, zmarłego wicemarszałka Sejmu RP Kornela Morawickiego, wprawdzie nie z PiS, ale pierwotnie kukizowca, więc tak czy inaczej przystawki (chciałoby się powiedzieć – przyssawki) PiS. To jednak słowa, które były pisowski marszałek Marek Kuchciński scharakteryzował jako ,,proste, lecz jakże piękne”. Ta sytuacja całkowicie obnażyła istotę PiS jako partii po uszy ugrzęzłej w komunistycznej mentalności. Kto zna realia życia w Związku Radzieckim, ten wie, że określenie ,,dobro narodu” (błago naroda) uwielbiali radzieccy komuniści, choć to oni sami określali, czym ma być dobro narodu, jak i kto go zdefiniuje i jak wcielać je w życie, często kosztem życia obywateli Kraju Rad. Litery prawa do tego nie potrzebowali. Dlatego po rewolucji, dla dobra narodu pozbawiali życia byłych carskich oficerów, a co bogatszych chłopów (kułaków) zsyłali na Syberię. Podobne sytuacje, oczywiście w realnych proporcjach widzimy w rządzonej przez PiS Polsce. Dla dobra narodu i w imię deklarowanej sprawiedliwości ludowej PiS tylnymi drzwiami wprowadził tzw. ustawę dezubekizacyjną. To mściwy pisowski nowotwór, ignorujący pryncypialne zasady prawne uznawane w cywilizowanym świecie i gwałcący normy konstytucyjne, pozbawiający prawnie przysługujących świadczeń emerytalnych tak zasłużonych dla demokratycznej Polski ludzi jak gen. Gromosław Czempiński czy gen. Sławomir Petelicki, a nawet odbierający renty wdowom i sierotom po policjantach poległych w walce z bandytami. To wyraz taniego i wręcz tandetnego populizmu cechującego zarówno wczesny okres socjalizmu jak i obecną władzę, która zrobi każdą podłość i każdą niedorzeczność by pozyskać sobie poparcie mas ludowych. Wcielający się w funkcję genseka Jarosław Kaczyński, dyktując swą wolę posłusznym mu posłom, wskazuje co dla narodu ma być dobre i uszczęśliwia nas swoimi decyzjami. Że zniszczy przy tym instytucje prawa, pokaże pogardę dla orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, to nieistotne dla partii mającej w nazwie prawo i sprawiedliwość.
Ukształtować nowego człowieka
Naczelnym celem partii bolszewików w polityce społecznej stawało się zbudowanie społeczeństwa idealnego, a drogą ku temu miało być ukształtowanie nowego typu człowieka. Takie zadanie przed partią postawił Lenin. Każdy dorosły powinien być członkiem partii, młodzi komsomolcami, najmłodsi pionierami i zuchami odpowiednio kształtowanymi w szkołach i uczelniach w myśl leninowskiej ideologii. Bolszewickie kierownictwo wiedziało, że wizja taka może spotkać się z oporem obywateli. W imię dobra narodu uruchomiono więc cały państwowy aparat terroru i represji, wprowadzono nie liczący się z prawem przymus.
O potrzebie wychowania nowego typu człowieka także mówi ostatnio Kaczyński. Temu celowi ma służyć cała inżynieria społeczna m.in. podporządkowanie sobie szkół i uniwersytetów, zmiana całego systemu edukacji tak, by młodzi niekoniecznie posiedli głębszą wiedzę, a stali się uświadomionymi wyborcami PiSu, czytaj – głupszymi, zmanipulowanymi i zindoktrynowanymi. Z. Ziobro już przestrzega: ,,Jeśli tego nie zrobimy, przegramy bitwę o polskie dusze”. Nie ma wątpliwości skąd zaczerpnął takie przeświadczenie. Dziennikarka Karolina Lewicka zastanawia się czy Kaczyński, wychowany w Polsce Ludowej, tak nasiąkł proletariackimi ideami, że dziś nie potrafi zorganizować państwa inaczej, jak tylko na podobieństwo bolszewickiego systemu.
Prymat ideologii nad gospodarką i gigantomania
Ta deklarowana odbudowa zrujnowanego kraju, jego reindustrializacja, polonizacja i nacjonalizacja przedsiębiorstw, przejmowanie banków, środków masowego przekazu, wykupywanie przez spółki skarbu państwa tytułów prasowych, a do tego podejrzliwość wobec przedsiębiorców, upatrywanie prowokacji i dywersji to atrybuty i znak firmowy pisowskiej władzy. Podporządkowanie centralnej władzy jak największej ilości gałęzi gospodarki, pełna kontrola nad nią to strategiczny cel PiSu. Czemu właściwie ma to służyć i czy to wszystko nie przypomina nam czegoś? Owszem, przypomina nauki Lenina: „Komunizm to gospodarka plus elektryfikacja całego kraju”. Czy Morawiecki dążąc do implementowania gospodarki upaństwowionej i kontrolowanej przez władzę, wprowadzi nam komunizm? Pewnie nie, lecz czujność muszą budzić jego neokomunistyczne wizje gospodarczych, planowych pięciolatek, dziesięciolatek, a prezes Kaczyński przebąkuje nawet o dwudziestolatkach. Owszem, dwudziestolatki są fajne, ale nie te zmyślone przez Kaczyńskiego, choć Morawiecki wyznaje, że jest w nich zakochany. To chyba dlatego, że wyznaje także zasadę prymatu osobistych urojeń nad zdrowym rozsądkiem.
Jeśli z kolei z kasy państwowej, z ministerstw i spółek, setki milionów złotych trafiają do kościelnego biznesmena T. Rydzyka na jego zbożne ,,dzieła”, to czy taka hojność ma jakiekolwiek umocowanie w podstawach racjonalnego wydatkowania środków publicznych, czy też przyczyna leży w ideologicznej tożsamości kościelnych hierarchów, Rydzyka i rządu? To jasne; dla rządzących priorytetem jest wspieranie inicjatyw kościoła kat., również tych biznesowych, ignorując najpilniejsze potrzeby społeczne, szczególnie w okresie pandemii lub też spychanie ich na dalszy plan.
Pseudomocarstwowe zdęcie to cecha dobrze opisująca wdrażaną różnymi drogami ideologię PiSu. W imię tych wątpliwych wartości władza sili się na gesty przerastające jej finansowe, intelektualne i organizacyjne możliwości, a także nie liczące się z gospodarczą rentownością. Jak w epoce gierkowskiej kiedy byliśmy ponoć dziesiątą potęgą gospodarczą świata, tak i teraz niezbędne są atrybuty mocarstwowości. Wszystko musi być ,,naj”. Jak najwyższe wieżowce Stalina w Moskwie, zagospodarowanie Syberii, radzieckie największe elektrownie wodne, gigantyczne projekty zawracania rzek Jenisej i Ob czy przekopanie kanału Białomorsko – Bałtyckiego. Czyżby pisowcy pozazdrościli radzieckim towarzyszom ich potęgi i rozmachu? Na to wygląda, bo skąd nie liczące się z kosztami projekty wyczerpujące znamiona prostackiej gigantomanii, jak przekop Mierzei Wiślanej, którego koszt zwróci się za 400 lat, największa w Europie elektrownia węglowa w Ostrołęce z jej utopionymi w betonie 2 mld zł, megaport lotniczy na łące w podłódzkim Baranowie, zaplanowany zakup najnowocześniejszych samolotów F-35, na które nie stać o wiele bogatszych od nas, a do tego gigantyczne projekty polityczne, jak mityczne tzw. Trójmorze (wcześniej Międzymorze), czy nadany samemu sobie status Polski jako najważniejszego partnera europejskiego Stanów Zjednoczonych, a wcześniej Anglii.
Dziel i rządź
Komuniści wiedzieli, jak skutecznie radzić sobie z rządzeniem, choć pewnie żaden z nich nie przeczytał rozprawy „O skutecznym rad sposobie” Stanisława Konarskiego; wielu z nich nie miało pojęcia o istnieniu takiego dzieła, a bolszewiccy budowniczowie Kraju Rad często nie potrafili czytać. Mieli za to rewolucyjny instynkt, niucha, który podpowiadał im, że skuteczność w rządzeniu zapewni im wewnętrzne skonfliktowanie społeczeństwa. Stąd radzieccy komuniści po zdobyciu władzy w 1917 r. napuszczali bezrolnych na kułaków, robotników na nepmanów, ideologicznie uświadomionych na wierzących, uczciwych na parazytów, a najlepiej całe społeczeństwo na światowy imperializm.
Pisowcy potrafią czytać, co więcej, wiedzą, jak rządzić. Najlepiej i najskuteczniej przez nieustanny chaos, zamęt w państwie i wszechogarniający konflikt. Lecz jeszcze lepiej naposzczuć jednych na drugich, jak za tow. Wiesława – robotników na studentów, prostaczków na inteligentów, Polaków na Żydów. Podobnie i teraz – wyznawców religii smoleńskiej na niedowiarków wciąż tkwiących w błędnym przekonaniu, że to była zwyczajna katastrofa komunikacyjna, patriotów na zdrajców, uczciwych na kombinatorów, wierzących na bezbożników i bluźnierców, mięsożerców na wegetarian, samochodziarzy na cyklistów, i tak bez końca. Jaki piękny konflikt społeczny uwarzył się nam w kipiącym polskim kotle.
Bo przecież Kaczyński uważający się za konserwatystę jest w istocie rzeczy destrukcyjnym rewolucjonistą używającym bolszewickich metod i haseł do realizacji prawicowych wizji i celów. Już na początku swych rządów zapowiedział rewolucję, obdarzoną przez niego dziwaczną nazwą kontrrewolucji kulturowej, która niczym rewolucja październikowa ma zmienić porządek rzeczy nie tylko w kraju, lecz nawet przeorać całą Europę.
Lenin uczył, że rewolucja społeczna wybuchnie tam, gdzie poziom konfliktu społecznego osiągnie najwyższą temperaturę. Kaczyński, który poznał nauki wodza proletariatu, dorzuca do rozgrzanego na czerwono pieca. Wie, że jak nauczali klasycy marksizmu-leninizmu, należy wywołać ferment rewolucyjny (rewolucionnoje brożenije). Do tego potrzebna jest przyprawa w kotle. Przepis jest prosty; należy zagrać na najniższych instynktach społecznych; szczypta mściwości, rewanżu, ostrej ksenofobii, wrogości, nieufności, zawiści, i rewolta gotowa, a władza PiS zabetonowana na amen. PiS w przeciwieństwie do partii bolszewików doszedł do władzy drogą demokratyczną, lecz robi wszystko co niedemokratyczne by władzy tej nie oddać. Podporządkowanie całego aparatu państwowego swoim nieograniczonym wpływom, niedemokratyczne zmiany wprowadzane w celu utrwalenia władzy, przywodzą na pamięć słowa Lenina, powtórzone w 1945 r. przez W. Gomułkę: : ,,Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Tworzą one zawstydzające dla PiS memento, którym jednak pisowcy zdają się zbytnio nie przejmować i zagadują je antykomunistyczną retoryką.
Szowinizm
Radzieckie kierownictwo stanowczo odżegnywało się od takiego obcego bolszewizmowi pojęcia jak szowinizm. Tylnymi drzwiami jednak pobudzało nastroje szowinistyczne, słusznie kalkulując, że mogą one służyć interesom władzy. Stąd wpajanie radzieckim ludziom przekonania o ich prymacie wśród narodów świata, o wyjątkowości radzieckiego społeczeństwa, o wielkości i potędze, co zresztą głosiły wielkie neony na budynkach, np.: ,,Chwała wielkiemu narodowi radzieckiemu”. Pisowska władza nie ukrywa sympatii do ideologii szowinizmu, bowiem zrozumiała jak hasła o szowinistycznym brzmieniu przysłużyły się utrwaleniu władzy radzieckiej na długich 70 lat, a przecież wg słów Kaczyńskiego chcą rządzić przynajmniej lat 20. Dlatego na co dzień obserwujemy festiwal haseł w rodzaju: ,,Polska wyspą wolności i tolerancji”, ,,Europa zazdrości polskiego dobrobytu”, ,,świat wzoruje się na polskich rozwiązaniach antykowidowych”, ,,polscy żołnierze pod Monte Cassino położyli podwaliny UE”, ,,polskim żołnierzom Europa zawdzięcza wolność”, ,,chrystianizacja Europy prowadzona przez Polskę” i cały arsenał patetycznego, lecz groteskowego bełkotu przepełnionego prymitywnym polonocentryzmem rodem z gumofilców i waciaka. Widzimy też dotykanie czułych miejsc narodowej dumy kiedy prezydent grzmi, że ,,nie będą nam w obcych językach mówili jak mamy się rządzić”, a Kaczyński baja o Polsce jako ,,ostatniej reducie zachodniej cywilizacji”, a jednocześnie obserwujemy pokaz pogardy dla innych narodów i ras.
„Określone siły”
To, że w polityce należy posługiwać się językiem prostym, a nawet prostackim, obraźliwym, używać oskarżycielskiego tonu, o tym zawsze wiedzieli komuniści. Pamiętamy tę całą gomułkowszczyznę, tych wichrzycieli, wywrotowców, chłystków, chuliganów, te zapytania: ,”Na czyj młyn ta woda?”, te hasła: ,,Wichrzycielom mówimy nasze stanowcze – NIE !”. Takiego języka pisowcy nauczyli się od swoich mentorów z przeszłości i takim instrumentem posługują się na co dzień. Jako jedyni sprawiedliwi pouczają tonem Katona, karcą niepokornych, obrażają, wskazują na obcą inspirację, na przedsiębiorców, którzy wolą sobie zaszkodzić, byle rządowi przysporzyć problemów, na samorządowców-szkodników, na animowanie przez „określone siły”, pochody KOD-u, kobiece protesty, ulice i zagranicę.
Propaganda, nie informacja
Za krytykę władz radzieccy komuniści zamykali dysydentów w psychiatrykach bądź zsyłali do odległych zakątków kraju. Bo krytyka władzy to atak na ludowe państwo i podważanie jego dorobku. Czy to przypadek, że Beata Szydło powtarzała bolszewickie tezy o ataku na pisowską władzę jako ataku na Polskę? Wtórowali jej ministrowie ugruntowując przekonanie, że każda krytyka władzy, demonstracja przeciw niej, a nawet debata o praworządności nt. demolowania demokracji przez PiS, jest godzeniem w Polskę. Takie propagandowe komunały nie biorą się znikąd. Wynikają z głębokiego przekonania aktywistów partyjnych PiS, że tak faktycznie jest. To ewidentny skutek ich postkomunistycznej mentalności, lub czerpaniu z skarbnicy komunistycznej propagandy i z gomułkowskiej nowomowy. Kto pamięta tamte czasy, a Szydło i Kaczyński pamiętają, temu znane jest twierdzenie: ,,Atak na partię, jest godzeniem w żywotne interesy Polski Ludowej i narodu”.
Dla bolszewików i pisowców sprawy władzy miały i mają naturę mistyczną, dlatego otoczone muszą być aurą tajemniczości. To co kipi w kotle władzy nie jest przeznaczone dla wiedzy maluczkich. Kto za komuny słyszał co dzieje się za kulisami władzy? Choć dziś mamy wnikliwych dziennikarzy, a i tak władza stara się ukryć przed nimi ile się tylko da. Stąd ignorowanie lub wyniosłe milczenie ministrów nagabywanych przez przedstawicieli czwartej władzy. Informacje zastępuje propaganda, trwają zakulisowe rozgrywki, puszczane są zasłony dymne w postaci eksponowania drugoplanowych, zastępczych kwestii.
Antydemokratyczna władza nie potrafi obyć się bez kłamstwa, manipulacji i prostackiej propagandy. Porażającą jest zbieżność metod stosowanych w tym zakresie przez rządzącą w ZSRR WKP(b) i będącym u władzy PiS. To temat na oddzielny tekst, bo samo wymienianie propagandowych tez, kłamstw i manipulacji obydwu ekip zajęłoby zbyt wiele miejsca. Warto za to polecić dającą wiele do myślenia świeżo wydaną książkę Marka Świerczka ,,Jak sowieci przetrwali dzięki oszustwu”, ukazującą mechanizm akcji dezinformacyjnej prowadzonej przez totalną władzę.
Spoiwem skutecznego rządzenia przez partie niedemokratyczne musi być określona ideologia skupiająca ludzi wokół władzy centralnej. Podczas gdy w latach realnego socjalizmu dla Wojska Polskiego podstawą spójności ideologicznej żołnierzy miała być ideologia marksistowsko – leninowska, to obecnie, wg rozkazu gen. R. Głąba z stycznia 2019 r., o sile moralnej wojska mają przesądzać informacje zaczerpnięte wyłącznie z TVP Info i Jedynki, a w myśl b. ministra obrony A. Macierewicza głównym orężem żołnierza polskiego ma być wiara katolicka (!). Aż chce się dodać: a główną taktyką – ogień krzyżowy. Ale jesteśmy bezpieczni ponieważ właśnie zawierzono armię Panience Jasnogórskiej.
Państwem może rządzić kucharka
,,Partia to Lenin, a Lenin to partia” – głosił w swym rewolucyjnym poemacie Władimir Majakowski. Prezes nie dysponuje nadwornym wierszokletą, ale i tak wszyscy wiedzą, że partia to Kaczyński. Niemniej partia potrzebuje kadr. „Kardy są najważniejsze” – nauczał Lenin. Kaczyński ma identyczne zdanie. Kadry nie muszą być wykształcone i kompetentne, mają być wierne jedynie słusznej linii partii. Nie przypadkiem wśród posłów i senatorów PiS znajdujemy takie kompetentne kadry jak aktywiści parafialni, tapicerzy, stolarze, ślusarze, czeladnicy piekarstwa, technicy kolejowi, technicy ogrodnictwa, wyplatacze koszy wiklinowych itp. Prawdziwie bolszewicka kadra, od której poza lojalnością i podnoszeniem ręki za bezprawnymi ustawami niewiele wymaga się, lecz o której Macierewicz mówił, że podwładny ma być dyspozycyjny i zaufany. To pisowcom wystarczy, wszakże Lenin głosił: . „Prawy bolszewik, obdarzony zaufaniem Partii, może kierować czymkolwiek, żadnych szczególnych umiejętności tu nie trzeba”. W myśl tej zasady Obajtek, wójt Pcimia zostaje szefem koncernu PKN Orlen, bo swymi kompetencjami zaimponował prezesowi podczas lokalnej powodzi przywożąc na dwukołowej przyczepce skołowanych gdzieś kilka rolek papy.
Wspomnienia byłych NKWDzistów Sergo Goglidze czy Wsiewołoda Mierkułowa pokazują ten sam mechanizm, w którym mimo świadomości naruszania prawa, gotowi byli bez dyskusji wypełnić każdy rozkaz Stalina. Na gruncie tak rozumianej lojalności również i w dzisiejszych polskich realiach swą gotowość do służby melduje cały szereg miernot i sługusów: harcerze na stanowiskach po usuniętych, doświadczonych agentach wywiadu wojskowego, młodziki od gimnazjum wysługujący się ministrom, lizusy, pismaki na zawołanie, hipokryci, ozadaniowani manipulanci, propagandyści „dobrej zmiany”.
Lenin twierdził, że rządzenie państwem jest łatwe. Może dlatego, iż pisał te słowa, zanim objął władzę. Przekonywał, że państwem może rządzić kucharka. No i faktycznie mieliśmy już kobietę na stanowisku premiera, osobę formatu kucharki. Niezły bigos zgotowała Polakom. Inna kucharka trzęsie oskubanym z godności i niezależności Trybunałem Konstytucyjnym, choć gotuje tylko dla jednego Polaka.
Niedokształcone typy, z trudem na trójkę kończące uczelnie, a nawet absolwenci zawodówek i podstawówek, plagiatorzy prac magisterskich i doktorskich, ludzie wyciągani z dołów hierarchii zawodowej i stawiani na szczycie poszczególnych ministerstw muszą być z natury rzeczy wdzięczni, a zatem wierni i posłuszni woli swych protektorów. To demolujące dla państwa zjawisko, znane z początków władzy ludowej w Kraju Rad i w Polsce, rozkwitło w pisowskiej rzeczywistości, a urządzone na stanowiskach miernoty, korzystając z swej pozycji, przystępują do realizacji aktu zemsty za swe dotychczasowe niepowodzenia i upokorzenia, dają upust swym kompleksom, najniższym instynktom i fobiom. Na takie fobie, urojone zagrożenia dla swej pozycji cierpiał Stalin i wielu jego towarzyszy z wierchuszki władzy. Wokół wietrzyli spiski i knowania, rozumiejąc sprawowanie władzy i politykę jako osobistą rozgrywkę z konkurencyjną koterią, niekończącą się dworską intrygę i walkę o przetrwanie. Czy postępowanie Z. Ziobry daleko odbiega od profilu psychologicznego owładniętego obsesją zemsty Stalina, skoro Ziobro korzystając z pozycji ministra sprawiedliwości już czternasty rok ciągnie proces przeciw kardiologom za rzekome spowodowanie śmierci jego ojca. Czy to nie przypomina słynnego stalinowskiego procesu kremlowskich lekarzy z początku lat 30.?
Stalin pozbawił stanowisk, a potem życia starych, zasłużonych bolszewików, zastępując ich komunistami z tylnych szeregów, stawiał zasłużonych dowódców armii wpierw w stan oskarżenia o powiązania ze starym reżimem, a następnie przed lufami plutonów egzekucyjnych. Czy takie czystki nam czegoś nie przypominają? Nie, aż tak źle nie będzie, ale z drugiej strony źle już jest. Macierewicz jako naczelny inkwizytor wojska stawiał przed komisjami weryfikacyjnymi wszystkich oficerów, którzy służyli przed 1989 r. i przeznaczał ich do odstrzału. Jak Stalin, który pozbawił Armię Czerwoną najlepszych dowódców i pozbył się profesjonalnej kadry, tak i pisowscy dyletanci pozbyli się z szeregów WP czołówki polskiej generalicji. Co więcej, przed komisje weryfikacyjne wezwano doświadczonych agentów wywiadu i kontrwywiadu cywilnego, zasłużonych w walce z gangami policjantów, pograniczników, a nawet lekarzy szpitala MSW i sportowców klubów mundurowych. Wyrzucono ich z służby i pozbawiono należnych świadczeń emerytalnych. Tylko dlatego, że przesłużyli choćby jeden dzień przed 1989 r. Dobrze, że Syberia z jej gułagami nie należy do Polski; Ziobro może zsyłać kilkunastu niepokornych prokuratorów co najwyżej 400 km od ich domów, za to w ciągu 48 godzin.
A. Duda nazywa takie neobolszewickie czystki ,,czyszczeniem Polski”, lecz już M. Kuchciński idzie dalej mówiąc o ,,odszczurzaniu Polski”. Podobny proces doprowadził do sytuacji gdzie z MSZ powyrzucano na bruk najlepsze, profesjonalne kadry dyplomacji tylko dlatego, że kształcili się w moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Kaczyński usuwa w cień dawnych, rzeczywistych opozycjonistów, zastępuję bohaterów Solidarności własnymi miernotami z czwartego szeregu. To wszystko jako skutek paranoicznych fobii, zawiści, małości, nieufności i mściwości kwitnących w PiSie. Niczym radzieccy bolszewicy u zarania władzy rad. Tylko gratulować pisowcom wzorców i mentorów.
Izolacja międzynarodowa
Trudno może o analogie pisowskiej dyplomacji do dyplomacji radzieckiej, ale może jednak. Ta druga, mimo że robotniczo-chłopska, cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Pisowskie dyplomatołki potrafią skutecznie przegrywać polskie interesy i są w tym dobrzy. W ich przekonaniu otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić, pozbawić tożsamości, nakazać stosowanie się do prawa i własnej konstytucji. Dlatego świadomie bądź nieświadomie doprowadzają Polskę do samoizolacji na arenie europejskiej i światowej. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim własnym świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny, rządzić się po swojemu. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich komunistów tzw. syndrom oblężonej twierdzy. Pisowcom już ten cel udało się osiągnąć, bo po przegranej D. Trumpa mało kto chce się na poważnie liczyć z państwem naruszającym podstawowe zasady, którymi kieruje się UE. Ale co tam, tak do końca nie jesteśmy w izolacji. Jak Związek Radziecki w latach 30. mający wsparcie Mongolii i Republiki Tuwa, tak i my mamy swoich sojuszników na miarę pisowskich ambicji: Słowacja, Słowenia, Czarnogóra, Rumunia, Węgry, Azerbejdżan. Tyle, że to już nie ta liga co Trójkąt Weimarski.
Kult militaryzmu i kult jednostki
Każdy niedemokratyczny reżim uwielbia odwoływać się do ducha militaryzmu. W hitlerowskich Niemczech trwały nieustanne defilady wojskowe, a całe życie społeczne uległo militaryzacji. Podobne sytuacje miały miejsce w ZSRR, a tradycja ta kontynuowana jest w Korei Płn. Zachłystywanie się sferą militarną, tworzenie kultu wojska, każdy może obserwować w dzisiejszych polskich realiach. To rozbudowywanie armii poprzez tworzenia amatorskiego WOTu, to tworzenie w każdym powiecie strzelnic dla młodzieży, defilady wojskowe z prezydentem jadącym na czele kolumny, wypominki żołnierzy wyklętych, budowanie muzeów o charakterze wojskowym, szum propagandowy wokół zakupów broni, to wszystko łączy PiS z radziecką tradycją militarną. Lecz już potrząsanie szabelką przed nosem rosyjskiego niedźwiedzia (macierewiczowe ,,jesteśmy de facto w stanie wojny z Rosją”), czyni z partii rządzącej istną groteskę, tym bardziej kiedy zauważymy jak partia dowodzona przez tchórza i fajtłapę, który wojsko widział co najwyżej na obrazku, tak chętnie odwołuje się do militarnej retoryki. Skąd u nich to zauroczenie ,,frontem obrony wsi”, ,,frontem walki z przestępczością”, ,,pierwszą linią frontu”, ,,atakiem frontalnym”, ,,oszalałym atakiem”, ,,zmasowanym atakiem”, ,,ofensywą jesienno – zimową”, ,,polem zaciętej walki”, ,,wrogiem”, ,,redutą obrony dobrego imienia RP”, ,,trwaniem do końca na posterunku”, ,,ostatnią rubieżą obrony”, ,,dawaniem stanowczego odporu”, ,,wspólnym marszem”, ,,przegrupowaniem sił i środków”, ,,zabezpieczeniem zaplecza”, ,,modlitwą jako najskuteczniejszą bronią wojska polskiego” i pewnie wieloma innymi, podobnie buńczucznymi formułkami.
Rewolucja Kaczyńskiego potrzebuje symboli. Stąd pomnikomania i dążenie do przywrócenia kultu jednostki, jakże charakterystycznej dla komunizmu. Jest oczywiste, kogo dotyczą te zjawiska. Mamy nowych proroków polityki i kultury, nowych strażników prawa i konstytucji, nowych bohaterów narodowych, tych zbiorowych i indywidualnych, nowe wartości patriotyczne, nowe objawienia, łącznie z Maryjnymi, tymi uchwalonymi oficjalnie przez Sejm RP. Wszystko w tej dziedzinie jest już przetasowane. To Lech Kaczyński ,,faktycznie kierował Solidarnością”, ś.p. Anna Walentynowicz była przywódczynią strajku w Stoczni Gdańskiej, o roli Bogdana Borusewicza nie warto wspominać, a Lech Wałęsa to zaledwie agent bezpieki. Dlatego jego nazwisko należało zasłonić płachtą na gmachu terminalu w Gdańsku, by nie kłuło w oczy goszczącego tam prezydenta George’a Busha.
Tysiąc pomników L. Kaczyńskiego na 10-lecie zbrodni smoleńskiej. Podobnie brzmiące hasło pamiętamy z epoki gomułkowskiej, lecz tamto odnosiło się do tysiąca szkół na Tysiąclecie Polski, a to w nowej wersji już praktycznie obowiązuje, gdyż jesteśmy na etapie oddania do użytku publicznego już 600 miejsc upamiętnienia byłego prezydenta.
Jak w Związku Radzieckim – każde miasto, każda dzielnica, nawet drewniana wiocha bez wodociągów i kanalizacji z cotygodniowym objazdowym sklepem w ciężarówce, musiało mieć swojego Lenina, choćby takiego z gipsu, na pół metra wysokiego i pociągniętego złotanolem, ale własnego, by móc u jego stóp składać plastikowe kwiatki i upiornie szeleszczące na wietrze blaszane wieńce. W rządzonej przez PiS Polsce pomniki, tablice memorialne, popiersia, głazy, ulice, ronda, gazoport, szkoły, już wkrótce może i lotnisko, wszystko ma być im. L. Kaczyńskiego. I nie istotne czy samorząd życzy sobie tego czy nie.
Wszystko stanęło na głowie. O ile w komunizmie mieliśmy księżycową gospodarkę, o tyle obecnie mamy księżycowy krajobraz sceny politycznej, a niemal wszystko co realizuje PiS staje się neobolszewickim anachronizmem, absurdalną niedorzecznością, farsą, groteską, ponurą karykaturą politycznej normalności.

Na początku były slajdy

Polskie elity polityczne to grupy rekonstrukcyjne. Proponujące nam jedynie bliższą, lub dalszą przeszłość.

Spór o powieść „W pustyni i w puszczy” trafnie odzwierciedla stan intelektualny polskich elit politycznych. Kiedy poseł Lewicy Maciej Grula zauważył, że przesycona rasizmem powieść powinna być wykreślona z listy szkolnych lektur, lub krytycznie omawiana w liceum, natychmiast zaprotestowali narodowo- katoliccy politycy.
Pan wiceminister oświaty Tomasz Rzymkowski oddał hołd powieści, bo jako „dzieło Noblisty wychowało pokolenia Polaków”. Nie dodał, że to nie ta powieść zdecydowała o przyznaniu Sienkiewiczowi literackiego Nobla. Ani, że wychowała i nadal wychowuje tysiące Polaków w fałszywie postrzeganiu Afryki i jej mieszkańców. Jako dziki kontynent zamieszkały przez tych, którzy „właśnie zeszli z drzewa”.
Nic dziwnego, że tak wychowany narodowy katolik popada w depresję kiedy ma czarnoskórego szefa lub trafia do którejś z wielu afrykańskich metropolii przerastających nowoczesnością polskie miasta.
Ach gdzież są niegdysiejsze śniegi…
Rządzący dziś narodowo- katoliccy kaczyści pragną nowej Polski na obraz i podobieństwo II Rzeczpospolitej. Tej sanacyjnej, z końca lat trzydziestych. Polski pułkowników – piłsudczyków flirtujących z narodowymi, faszyzującymi radykałami. Marzących o Polsce mocarstwowej, zmodernizowanej, przemysłowej, z silnym ośrodkiem władzy. Podobnej do Włoch Mussoliniego.
Stąd recydywa idei „Trójmorza” i polskiego przywództwa w tej części Europy. Ambitne plany rozwoju narodowego przemysłu pokazywane na slajdach pana premiera Morawieckiego. Nawiązujących do rzeczywistych i zmitologizowanych osiągnięć II RP.
I tak Centralny Port Komunikacyjny ma być „Gdynią IV RP”. Zjednoczony koncern Polska Grupa Zbrojeniowa – Centralnym Okręgiem Przemysłowym. A koleje szybkich prędkości – przedwojenną „Luxtorpedą”. Zaś największym komplementem dla polityka PiS jest stwierdznie, że „łączy on tradycje Dmowskiego i Piłsudskiego”.
To nieważne, że prawdziwa „Luxtorpeda” była jedynie niewielkim, luksusowym autobusem szynowym dostępnym dla najbogatszych. Że ambicje przewodzenia Trójmorzu deklaruje ekipa, która nie potrafi udźwignąć intelektualnie problemu segregacji śmieci. Ważne by kolejne narodowa prezentacja kolejnego Narodowego Ładu znów wyglądała efektownie.
Skoro Staś Tarkowski przebył pustynie i puszcze aby ocalić reprezentująca zachodnią Europę małą Nell i nie wyrzekł się wiary ojców, pomimo gróźb dzikiego Mahdiego, to wychowany na takich powieściach pan premier Morawiecki też nam „pokrzepienia serc” nie poskąpi.
Niestety również największa partia opozycyjna, Koalicja Obywatelska, jest partią „przeszłości”.Choć nie tak odległej jak PiS.
Gdybyśmy chcieli zrekonstruować ich Polskę po upadku rządów PiS, to mielibyśmy powrót do „małej stabilizacji” za rządów Donalda Tuska. Do zrewitalizowanej, zliberalizowanej obyczajowo polityki „ciepłej wody w kranie”. Z wyczekiwanym powrotem Donalda Tuska z Brukseli, jak niegdyś generała Władysława Andersa z Londynu.
Również odrodzona politycznie, odmłodzona lewicowa elita nie ma jeszcze całościowej wizji swej nowej Polski. V Rzeczpospolitej. Demokratycznej i sprawiedliwej społecznie.
To prawda, że często już słyszymy z lewicowych ust o tym jak nie powinno być, stale widzimy reprezentantów lewicy na licznych protestach, ale zachęcającej alternatywy dla IV Rzeczpospolitej nadal nie ma.
Koniec La Belle Époque
Ta ciągle pamiętana, nadal idealizowana pierwsza „piękna epoka”, trwała od końca wojny prusko-francuskiej w 1871 roku do wybuchu wojny światowej. Uważana jest za okres postępu, spokoju i bogacenia się Europy. Życie stawało się wtedy łatwiejsze, a wiara w niekończący się dobrobyt i postęp wydawała się niezachwianą.
Kolejna „piękna epoka” zaczęła się w Europie i zachodniej Ameryce po zakończeniu „zimnej wojny” i upadku Związku Radzieckiego. Polska tym razem miala pragmatyczne elity polityczne. Po stronie ówczesnej władzy i opozycji. Efektem tamtego pragmatyzmu był „Okrągły Stół” w roku 1989 roku i pokojowa transformacja ustroju politycznego. Transformacja gospodarcza była już bardziej brutalna społecznie, ale patrząc z perspektywy trzydziestu lat, jej saldo jest dodatnie.
Gospodarka polska została zmodernizowana, choć musi się teraz borykać ze swą peryferyjnością i barierami średniego rozwoju.
Zgodnym wysiłkiem wszystkich elit politycznych Polska wybiła się na członkostwo w Unii Europejskiej i przynależność do NATO.
I zaraz potem nastąpiła „La Belle Époque” polskiego politycznego nieróbstwa intelektualnego.
Krajowe liberalne i lewicowe elity uznały, że nie potrzeba dalej myśleć, projektować przyszłość, skoro i tak płyniemy w głównym światowym nurcie.
Po co reformować ustrój polityczny III Rzeczpospolitej skoro wystarczy, że zimplantujemy normy europejskie. Przebierzemy się w europejskie szaty i zniknie to „państwo z dykty”
Po co tworzyć własną politykę bezpieczeństwa, skoro mamy od tego NATO? Zaprosimy wojska amerykańskie i rozlokujemy je w poradzieckich bazach.
Po co tworzyć przemysł z polską specyfiką skoro „kapitał nie ma Ojczyzny”, „wzrost gospodarczy sprawia, że wszystkim łódką rośnie woda pod kilem”, a najlepszym gospodarzem jest „niewidzialna ręka wolnego rynku”.
Nawet kaczystowska negacja III RP i zapowiedź „dobrej Zmiany” nie zakończyła trwającego od trzydziestu lat dobrobytu. Bo radykalny projekt IV RP zrealizowano w połowie. Zburzono i zdegenerowano władzę sądowniczą oraz parlamentarną. Ale nie stworzono ich totalitarnych alternatyw. Rządy elit PiS nie wzmocniły państwa polskiego, jak zapowiadały, zrujnowały jedynie kilka jego filarów.
Pandemia ujawniła słabości państwa polskiego, i wszystkich innych też. Nietrudno dziś prorokować, że opanowanie pandemii będzie początkiem nowej, globalnej epoki.
Zbiegnie się pewnie z nową „zimną wojną” między USA i Chinami, w najlepszym razie nowym „chłodnym pokojem”. Z nową odbudową ekonomiczną i nową integracją Unii Europejskiej. Może też i jej dezintegracją.
Z nowym geopolitycznym miejscem Rosji. Za słabej już na globalne super mocarstwo, za silnej jeszcze na regionalnego mocarza.
Zapewne kiedy wyjdziemy już z domowych kwarantann, z pracy „zdalnej”, czyli chałupnictwa, trzeba będzie, korzystając z pandemicznym doświadczeń, zredefiniować podstawowe pojęcia postępu, dobrobytu i szczęścia.
Pracy, czasu pracy, czasu po pracy, wieku systemu emerytalnego. I wielu innych.
Wszystko trzeba będzie przemyśleć na nowo. Zmienić niejedo. Od Konstytucji po system butelek zwrotnych.
A tymczasem polskie elity polityczne zastygły w okopach „pustyni i w puszczy”.

Flaczki tygodnia

Larum popłynęło spod szczytu jasnogórskiego. Wacław abepe Depo, jeden z książąt korporacji zwącej się „polskim kościołem katolickim”, alarm ogłosił. Diecezja częstochowska znalazła się na skraju katastrofy. W 180 „parafiach”, czyli podstawowych jednostkach organizacyjnych tej korporacji, na posterunku jest tylko jeden funkcjonariusz. Zwany tradycyjnie „księdzem”.
W 132 pozostałych jest nico lepiej, bo pracuje tam przynajmniej dwójka księży. Dlatego abepe Depo planuje zreformować podległą mu korporację. Małe parafie zostaną połączone w większe.

Reforma Depy zoptymalizuje przede wszystkim koszty utrzymania parafii, pozwoli na lepsze wykorzystanie zasobów kadrowych. Mniej parafii to mniejsza liczba organistów. Pracowników zatrudnianych na umowach śmieciowych lub za płacę minimalną. Dorabiających zwyczajowo przygrywaniem w czasie ślubów i pogrzebów.
Niestety w czasach pandemii liczba ślubów, zwłaszcza wystawnych, gwałtownie zmalała. Co spowodowało spadek zamówień na przygrywki organowe. Po co płacić dla uciechy rodziny, której i tak nigdy się nie zadowoli?
Wzrosła za to liczba pogrzebów, co mogłoby polepszyć los organistów. Ale dziś pogrzeby organizowane są w trybie pandemicznym, z ograniczonym gronem żałobników. I działa taki sam mechanizm rynkowy jak w przypadku ślubów. Czasy są trudne, rodziny zmarłych też optymalizują koszty ceremonii. W Polsce najłatwiej oszczędza się na kulturze.
W efekcie grupa zawodowa organistów radykalizuje się. Podobno wielu z nich w przedwyborczych sondażach wskazuje na Partię „Razem”.

Inaczej jest z księżowskimi gospodyniami. Te zwyczajowo pracują quasi społecznie, zwykle w ramach indywidualnych umów barterowych. Wbrew obiegowym opiniom zjawisko „praca za seks” nie jest tam zjawiskiem powszechnym. Być może dlatego, że większość funkcjonariuszy tej korporacji to osoby o orientacji homoseksualnej, zwykle przyjaźnie i bezinteresownie nastawione do kobiet pracujących.
Jednak łączenie kilku małych parafii w jedną i dużą skutkować może zwolnieniami powstałej tak nadwyżki gospodyń. A także dodatkowymi obciążeniami gospodyń, zobowiązanych do obsługi dużych parafii. To kolejne pole do działania dla lewicy socjalnej.

Reforma abepe Depy sprawiteż, że wiele obcych budynków kościelnych będzie rzadziej wykorzystanych, a niektóre okażą się zbędne. Koszty ich utrzymania mogą być zbyt wysokie. Wyższe niż zyski korporacji z ogromnego, posiadanego majątku. Nawet coroczne miliardowe dopłaty z Unii Europejskiej do kościelnych ziemskich latyfundiów mogą nie starczać na stale rosnące wydatki.
Dlatego część dotychczasowych budynków kościołów zapewne zmieni swe funkcje. Przestaną być domami modlitw, chrzcin, ślubów i pogrzebów. Staną się Instytutami Myśli Jana Pawła II-go, placówkami muzealnymi, filiami Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Finansowanymi rzecz jasna z budżetu państwa polskiego. Znane z zachodniej Europy przypadki sprzedaży budynków kościołów i zamiany ich w instytucje kultury lub szołbiznesu w Polsce raczej się nie wydarzą.

„Kadry decydują o wszystkim”, mawiał kiedyś Józef /Stalin, diakon kościoła prawosławnego w młodości. Abepe Depo zgadza się z klasykiem zamordystycznego zarządzania i też ten problem wskazuje jak główny powód swych reform.
Otóż polski kościół kat. dołączył do grona korporacji, których działalność ograniczają braki kadrowe. Zwyczajnie brak mu ludzi do pracy. Dowodem tego są jednoosobowe parafie, gdzie byle choroba księdza paraliżuje całą działalność.
Zasoby kadrowe kościoła są płytkie i bez nadziei na szybką poprawę.Świadczą o tym gołe liczby. W 2020 roku zmarło 21 księży z częstochowskiej diecezji. W podległym jej seminarium, miejscu szkolenia nowych funkcjonariuszy, uczy się 23 kleryków. Niestety nauka trwa cztery lata i tylko czwórka z nich może rozpocząć pracę w tym roku.
Dodatkowo, o czym abepe Depo nie wspomniał, w korporacji kościelnej widać poważne zachwianie w proporcjach pracujących. Więcej jest celebrujących na górze hierarchów niż pracujących na dole proboszczów i wikarych.
Niepokojąco też rosną różnice w ich płacach i warunkach życia. Hierarchowie mieszkają w pałacach, poruszają się limuzynami. Stać ich na pijaństwa i seksualne orgie. Proboszczowie i wikariusze zdani są na internetowe rozrywki i łaskę wiernych.
A grono wiernych gwałtownie maleje. Nie tylko z powodów i rygorów pandemicznych. Wielu dotychczasowych klientów tej, świadczącej usługi zbawienia wiecznego, korporacji woli komunikować się z bogiem bez pośrednika. Kosztownego, kłopotliwego i jednoznacznie zdefiniowanego politycznie.

Słuchając raportu abepe Depo możemy zrozumieć też dlaczego polski kościół kat. tak silnie broni swych pedofilii .Gdyby państwowe organy śledcze i prokuratorskie uczciwie walczyłyby z kościelną pedofilią, to abepe Depo musiałby zlikwidować zapewne jedną trzecią ze swych parafii.

Każda inna korporacja w przypadkach takiego głodu pracowników skorzystałaby z migrantów. Jednak abepe Depo nie zatrudni Ukrainek jak podobni mu prezesi. Mógłby sięgnąć po księży z Azji albo Afryki. Ale „ciapaty” lub czarnoskóry ksiądz kłóciłby się z narodowo- katolicką wizją PiS popieraną przez kościół abepe Depo.

Zatem pozostają mu w odwodzie jedynie Wojska Obrony Terytorialnej. Niechże pan minister Błaszczak powoła ich do obrony Jasnej Góry. Ubierze w sutanny i komże. Zresztą wielu z nich do mszy już służyło, poradzą sobie. I tak kościół PiS znów zwycięży!

Poza tym w Polsce tragiczne żniwno zbierała zaraza. Pan prezydent Duda spędzał radośnie czas na stokach narciarskich. Rządząca prawica od rana do nocy żarła się ze sobą. A władze Instytutu Pamięci Narodowej mianowało niedawnego neofaszystę na dyrektora swego wrocławskiego oddziału.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Fatalne rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Wieszający pielęgnatorzy tradycji

Dzięki dotacjom ministra Glińskiego patriotyczni rekonstruktorzy, jak będzie potrzeba polityczna, to pokażą, jak pod Grunwaldem wygrywają Tatarzy.

Za parę miesięcy, po szczepieniach, z kopyta ruszą festyny w ramach najróżniejszych obchodów. Te zaś w najbardziej nawet zabitej dechami miejscowości nie mogą się odbyć bez rekonstrukcji historycznej.
Czeka nas zatem oglądanie bitew ze wszystkich epok, szturmy zamków. A nawet uczestniczenie w życiu codziennym w osadach wikingów i turniejach rycerskich. Ale nade wszystko będziemy mieli okazję zostać porażeni polityką historyczną obecnej władzy. I to w najkrwawszej wersji.
Pal licho fakty
Parę lat temu wrocławianie mogli niemal co tydzień oglądać jakąś historycznie rekonstruowaną egzekucję. W tym i takie które wyglądały zupełnie inaczej niż starali się to przekazać miłośnicy historii. Pokazali jak rozstrzelano Danutę Siedzikównę „Inkę” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Rozstrzeliwali ich uczniowie liceum oraz pluton egzekucyjny Grupy Historyczno-Edukacyjnej „Młot”. Nikomu nie przeszkadzał taki drobiazg, że „Inka” i Zagończyk zginęli w piwnicy więzienia w Gdańsku. Ważne żeby był huk i padł trup. Najważniejsze bowiem, by widzowie byli usatysfakcjonowani. A organizatorzy wydarzenia zapłacili i zaprosili przebierańców po raz kolejny.
Choć w przypadku Wrocławia i to nie jest konieczne. Bo wystarczy nawiedzony historycznie nauczyciel podstawówki, który będzie chciał odegrać scenę egzekucji uczniów ze „szkółki polskiej” z Breslau. Pan osobiście wcielił się w esesmana, a najmłodsze dzieciaki z podstawówki odgrywały role rozstrzeliwanych.
Badacze fenomenu grup rekonstrukcyjnych zauważają, że ostatnie lata zaowocowały znacznym przesunięciem się zainteresowań historycznych rekonstruktorów. Rozpoczęło się to jeszcze za pierwszych rządów PiS, a potem było nadmuchiwane przez odznaczenia państwowe masowo wręczane przez Lecha Kaczyńskiego w czasach jego prezydentury.
Jednak to Marsz Niepodległości z 2011 roku, stał się jak gdyby aktem pasowania rekonstruktorów na Prawdziwych Polaków. Bo po tym jak Niemcy z „antify” na nich napadli, poczuli, że są awangardą polskości i strażnikami pamięci historycznej. W tym przekonaniu utwierdził przebierańców Jarosław Kaczyński, który w jednym z przemówień określił ich mianem filarów ruchu patriotycznego.
Patriotyzm rekonstrukcyjny, nie mógł zatem tkwić w czasach średniowiecza, czy nawet powstań narodowych. Wymagał przecież jasnego określenia „nas” jako ofiar i „ich” jako oprawców. Do tego zaś najlepiej nadawały się rekonstrukcje wybranych sytuacji z II Wojny Światowej i pierwszych lat powojennych. Nieprzypadkowe sytuacje. Źli mieli być Niemcy, Ukraińcy, Sowieci i – oczywiście – komunistyczna władza.
Czerwoną hołotę
Ponieważ najbardziej złą rzeczą jest mordowanie niewinnych, to najmodniejszymi rekonstrukcjami stały się masowe mordy, rzezie i egzekucje.
W Radymnie odegrano rzeź wołyńską. Kobiety i dzieci krzyczały. Karabiny strzelały, a trup ścielił się gęsto. I to taki zabijany kosami, widłami, sierpami i siekierami. A na koniec, zebranej gawiedzi, zademonstrowano jak palą się makiety chałup.
W Wólce Milanowskiej pod Nową Słupią w ramach rekonstrukcji, wybudowano wielka szubienicę, na której ustawiono 13 osób i założono im pętle na szyje, resztę przysłoniła kotara. To w tamach rekonstrukcji „Rozkaz: Zabić Polaków” przygotowanej przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Jodła”. Show uświetniał obchody rocznicy prawdziwego mordu z 7 lipca 1942 roku.
Szef „Jodły” Dionizy Krawczyński opowiadał potem mediom: „Pokazaliśmy, kto jest katem, a kto ofiarą”. Bo bez szafotu nikt pewnie by nie wiedział.
Sędziszów to też Kielecczyzna. Tam właśnie rozgrywano akcje „Ostatniego Semafora” rekonstrukcji wydarzeń z 1944 roku. Kiedy to Sędziszów został otoczony żandarmerią i gestapowcami. Potem była obława, a następnie ciężarówki wywiozły 30 zatrzymanych osób, które rozstrzelano w Piotrkowicach i Chmielniku. Jednak inscenizacja wymagała, aby wystąpiła jedność czasu i miejsca, więc rozstrzelano aresztowanych na miejscu.
W Samsonowie – też od Kielcami – rekonstruktorzy też pokazali rozstrzelanie. Pluton egzekucyjny, huk, padające ciała, a potem wynoszenie zwłok zabitych. Dzieciom się to nader podobało.
Tak jak wcześniejsza rekonstrukcja Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w ramach której swołocz z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej wyrzuciła zakonnika z okna, a jednego z powstańców przeciągnęła po bruku na linie przywiązanej do motocykla.
Zresztą warszawskie rekonstrukcje też nie są gorsze. Bo można na nich było zobaczyć jak żołnierze niemieccy gwałcili Polki, a przy okazji powiesili też ks. Józefa Stanka.
Czyrak
Jak nie ma powstania ani spektakularnej egzekucji, to zawsze można wymyślić to, co w Strzyżowie wykoncypowali i zrealizowali rekonstruktorzy z Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych X D.O.K. oraz Strzyżowskiego Teatru „Prima Aprilis”, którzy zaprosili mieszkańców Strzyżowa i okolic na rekonstrukcję historyczną – likwidacja kolaboranta kryptonim „Wrzód”.
Harcerki i harcerze z Patrolu Rekonstrukcji Historycznej Szczepu „Puszcza” Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej z udziałem członków Stowarzyszenia Ochotniczy Oddział Kawalerii w barwach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich rekonstruowały w Pionkach kawałek wojny. Chodziło o atak AK na tamtejszą fabrykę prochu. Jeden z partyzantów ginie, drugi jest ranny w głowę. A inni wydani przez kolaboranta są rozstrzelani. Młodzież się do widowiska przyłożyła. Nie mogło być inaczej bo odbywało się to w ramach projektu „Wzór patriotyzmu i oddania ukochanej Ojczyźnie”, który został wsparty finansowo przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Gminę Miasto Pionki oraz Starostwo Powiatowe w Radomiu.
Gdzie najlepiej rekonstruować wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r? Oczywiście w Gryficach. No to by pociąg z gwiazdą i sztandarem ZSRR, były strzały, płacz i krasnoarmiejcy.
Znacznie ciekawsza była jednak rekonstrukcja historyczna pacyfikacji Woli Zarczyckiej, w której Niemcy na placu szkolnym kazali przez 10 godz. leżeć kilkuset miejscowym mężczyznom, aby potem 76 z nich najpierw skatować, a potem zastrzelić.
Nie zawsze jednak rekonstruktorzy historyczni biorą udział w rekonstrukcjach. Czasem defilują jak na corocznej Krajowej Defiladzie Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. A szkoda, mogliby przecież wpaść na Podlasie i przypomnieć kilka chlubnych kart swojej działalności. Ze szczególnym uwzględnieniem jednego z oddziałów Łupaszki i chłopców od „Burego”. A tak, to miast się bawić w mordowanie prawosławnych i Litwinów wysłuchują w ubrankach i orężu z epoki, jak ks. infułat Stanisław Zięba opowiada, że „Narodowe Siły Zbrojne, Żołnierze Wyklęci to była wielka siła nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim, z racji potęgi jej ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli, ogromnej determinacji. Tego komuniści po prostu się bali. W tym widzieli największe zagrożenie i dlatego tak nienawidzili tych bohaterów narodowych”.
Dlatego dziś trzeba nienawidzić komunistów, i jak Szkolne Koło Rekonstrukcji Historycznej z łódzkiego Liceum i Gimnazjum oo. Bernardynów przygotować rekonstrukcję „Odbicie więźnia z rąk UB”.
Albo nawet jak grupa rekonstrukcji historycznej, powstająca przy Towarzystwie Przyjaciół Gminy Grabowo. Ona też dokonała odbicia więźnia antykomunistycznego podziemia z rąk UB. A niechby któryś z młodych ludzi nie chciał… W końcu narrację inscenizacji opracował i poprowadził dyr. szkoły w Grabowie. A, że nie doczytał, że AK nigdy nie miało na biało-czerwonych opaskach napisu AK?
Czepialscy detaliści wieszają psy na rekonstrukcji napadu przez UPA na wieś Rudka. Ale kogo to obchodzi, skoro można sobie było pooglądać pogrom.
Koncesje na przebieranie
Jeszcze inną oprawę zafundowano rekonstrukcji spalenia w paru chatach mieszkańców wsi Szarajówka w 1943 r.. Bo na oglądanie spędzania mieszkańców do podpalonej później chaty załapali się gminni włodarze oraz facet dla którego przebranie jest standardem – lokalny proboszcz. W stosownym przemówieniu starosta Biłgorajski Kazimierz Paterak nieustająco opowiadał o obowiązku pamięci o tamtych czasach i przekazywania jej młodemu pokoleniu. Poprzez coroczne palenie chaty, jak można domniemać.
To, że cyrk z przebierańcami sięgnął u nas zenitu niech zaświadczą takie drobiazgi jak odznaczenie przez ministra Błaszczaka, podczas wizyty na Węgrzech tamtejszego rekonstruktora, oraz wręczenie przez ambasador w Hiszpanii nagrody „Bene Merito” iberyjskiej grupie, która w zestawie wielu innych kostiumów ma również polskie, przedwojenne mundury.
O tym, że wychowywanie przez krwawe widowiska me sens, dowodzi zasłyszane kiedyś od uczestnika marszu „żołnierzy wyklętych” stwierdzenie: „Powinien mocniej ścisnąć”. Powiedział to obserwując „ubeka” duszącego „więźniarkę” w czasie jednej z rekonstrukcji.
Zdaniem badaczy zjawiska, nie powinniśmy się zdziwić, jak lada moment ktoś zechce unaocznić jak wyglądało zapędzanie ludzi do komór gazowych, albo czy od stodoły w Jedwabnem rzeczywiście biło ciepło. Niemieckie ciepło.

Bigos tygodniowy

Niektórzy mawiają, że nie ma niczego tak pewnego w życiu jak śmierć i podatki. I faktycznie ekipa pisowska, jeśli chodzi o podatki to zagwarantowała nam moc wrażeń. W 2021 roku mamy po prostu ich wysyp, przy czym, warto w tym miejscu przypomnieć, że jeszcze w lipcu 2020 roku, Tadeusz Kościński, dla przypomnienia Minister Finansów, zapewniał, że rząd nie zgodzi się na żadne podwyżki, a mówił tak, przy pełnym poparciu rządu Mateo właśnie oraz Dudy. A tymczasem wprowadzono opłatę mocową (to o energię elektryczną w gniazdkach chodzi), opłatę OZE, opłatę od wymiany oleju silnikowego, podatek transportowy, podatek cukrowy, podatek od dochodów uzyskiwanych za granicą, wzrośnie też abonament radiowo-telewizyjny i to nie koniec listy. Podatki są wprowadzane, jak twierdzą rządzący, dla dobra ludu, który przecież korzysta z benefitów w rodzaju 500+, 300+, 13. emerytury i jak należy rozumieć, nie będzie czuł się pokrzywdzony tymi podatkowymi drobiażdżkami. Czy aby na pewno tak będzie? Wystarczy choćby pamiętać, że wzrost ceny nośników energii musi się przełożyć na wzrost cen żywności czy usług.


Rozpoczął się Narodowy Program Szczepień, w grudniu 2020. i styczniu 2021. zaszczepiono około 200 tysięcy osób, głównie przedstawicieli zawodów medycznych. Niestety, wbrew tryumfalistycznym tonom, dobiegającym ze stron rządowych, ten wynik nie jest oszłamiający, a nawet można go uznać za kiepski, zważywszy skalę problemów związanych ze skuteczną walką z COVID-em. Pamiętajmy, że w etapie 0 (przedstawiciele zawodów medycznych) i 1(seniorzy 60+, służby mundurowe, nauczyciele) jest do zaszczepienia około 11 milionów obywateli. Jeśli szczepienia będą prowadzone w takim ślimaczym tempie, to obywatele zaliczeni do grup szczepionych w 2 i 3 etapie, dostąpią wkłucia, ratującego życie i zdrowie, dopiero w 2022. i jest to wariant optymistyczny. Tymczasem jest coraz więcej zakażonych i coraz więcej zmarłych, zatem rząd zamiast urządzać konferencje prasowe, aby lansować poszczególnych swoich przedstawicieli, winien po prostu nawet kosztem tych konferencji, wziąć się solidnie do roboty i pilnie opracować precyzyjny plan szczepień, tak aby i medycy i obywatele wiedzieli kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach szczepienia będą się odbywały. Wieści ze świata, choćby z Izraela i USA, mogą być podpowiedzią dla niejakiego Dworczyka Michała – Pełnomocnika Rządu ds. Szczepień czy Niedzielskiego Adama – Ministra Zdrowia, jak można to sprawnie zrobić przy wykorzystaniu współczesnych środków komunikacji (internet, telefon). Inaczej z zarazą będziemy walczyć lata całe, a śmierć będzie tej walki zwycięzcą.


Kontynuując temat żywotnych spraw wszystkich Polaków, czyli koronawirusa i walki z zarazą warto zauważyć, że pierwsze dni stycznia zdominowała informacja, szczególnie intensywnie eksploatowana przez media pisowskie, że 18 przedstawicieli świata artystycznego m.in. Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Wiktor Zborowski, zaszczepili się poza kolejnością na COVID-19. Jak się szybko okazało nie byli jedynymi, którzy w tym trybie doznali wkłucia Pfizerem, takich osób jest znacznie, ale to znacznie więcej. Okoliczności szczepień artystów, przedstawicieli mediów, przedsiębiorców, polityków różnych opcji są niejasne, choć trudno sobie wyobrazić, że ci szczęśliwcy pod koniec 2020. przechodzili z tragarzami koło punktów szczepień i wpadli o, tak i się zaszczepili. Sprawa wymaga bez wątpienia porządnego wyjaśnienia, ale już bez tego widać, że w temacie szczepień jest megabałagan, zaś brak jasnych procedur tylko to wrażenie pogłębia. Sukces Narodowego Programu Szczepień, jak tak dalej będzie szło, jest wątpliwy, a spektakularna klapa prawdopodobna.


Nadal nie mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, pomimo że kadencja Adama Bodnara oficjalnie skończyła się we wrześniu 2020 roku. Obecnie kandydatów na RPO jest już czworo. Do Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, kandydatki Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i ruchu Szymona Hołowni, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, Piotra Wawrzyka, kandydata Zjednoczonej Prawicy, obecnego wiceministra spraw zagranicznych, dołączył profesor Robert Gwiazdowski, kandydat PSL i Konfederacji. Niestety, ten kandydat, adwokat i doradca podatkowy, jest znany także z tego, że opracowując w 2018 roku projekt ustawy zasadniczej chciał urząd RPO po prostu zlikwidować, a odnośnie choćby prawa do aborcji wypowiedział się nader finezyjnie, że w tym względzie kobieta „wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”. W tej sytuacji, trudno takiego kandydata na stanowisko RPO poważnie rozważać. Ożywił się Duda, który przy okazji jakiegoś wywiadu rzucił nazwisko kolejnego kandydata na RPO. Tym razem padło na niedoszłego premiera z Krakowa –Jana Rokitę. Ciekawe to bardzo, bo termin do zgłaszania kandydatów minął w grudniu 2020. Czyżby Duda wiedział coś, czego nie wie nawet PiS? W każdym razie, jak się zdaje wyborczy rzecznikowy pat trwa i trwać będzie, a jak Julka ze swoim Trybunałem w lutym orzeknie, że Adam Bodnar nie może być Rzecznikiem Praw Obywatelskich do czasu wyboru nowego RPO, to ciekawe kto będzie bronił Polaka – szaraka w starciu z organami władzy państwowej? Tym bardziej jest to ważne, gdyż rządzący właśnie przygotowali projekt ustawy, która wprowadza zakaz odmowy przyjęcia przez obywatela mandatu, z zachowaniem możliwości zaskarżenia tegoż do sądu powszechnego. Najprościej oznacza to, że funkcjonariusz policji państwowej nie tylko złapie osobę, która w jego mniemaniu popełniła wykroczenie, ale też ją na miejscu oskarży, a następnie też na miejscu wymierzy karę. Będzie zatem policjantem, prokuratorem i sędzią w jednym. Można? Pewnie, że w pisowskim państwie można. Tylko gdzie w tym wszystkim są prawa zagwarantowane obywatelowi konstytucją, choćby prawo do sądu czy zasada domniemania niewinności?

Flaczki Tygodnia

Kończy się rok 2020. Wszyscy już marzą, aby skończył się jak najszybciej.

Był to rok zarazy. Wedle szacunków na covid zmarło już w Polsce około 30 tysięcy zarażonych. Około 30 tysięcom chorym zarażenie wirusem przyśpieszyło śmierć. To największe straty ludzkie jakie poniosło państwo polskie od czasu II wojny światowej.

Rok 2020 obnażył niekompetencje i totalny brak zdolności do rządzenia elit PiS. Chaos i powszechne wśród nich zakłamanie. Brak długofalowych planów walki z zarazą i niemoc sporządzania takich. No i wszechobecną ich chęć do zarabiania na kryzysie państwa polskiego. Powszechne przyzwolenie na złodziejstwo publicznych pieniędzy.

Rok 2020 pokazał jak bardzo dla elit PiS ważne są sondażowe słupki poparcia i propaganda w mediach. Narodowy pan premier Morawiecki uzależniony jest od konferencji prasowych niczym narkoman od codziennej działki koksu. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, to narodowy pan premier urządza wielką konferencję prasową. Pokazuje tam slajdy i wykresy. Ogłasza kolejny rządowy program walki i rychle triumfalne narodowe zwycięstwo. Jego konferencje prasowe stają się religią PiS- owskiego ludu.

Tak też jest teraz z Narodowym Programem Szczepień. Znów cuda, cuda ogłaszają. Każą nam wierzyć, że zaraz po zaszczepieniu, wroga zaraza zniknie i wszelkie problemy z nią też. Nie informują, że gdyby wszyscy obywatele naszego państwa zapragnęli zaszczepić się, to przy dzisiejszych jego możliwościach szczepienia potrwałyby do roku 2022, a pewnie i dłużej. O tym co mamy robić w trakcie Narodowego Programu Szczepień, co będzie w roku 2021, ten narodowy rząd wspominać nie chce.

Nie chce, bo ten narodowy rząd traktuje szczepienia, a zwłaszcza urządzany wokół nich propagandowy cyrk, nie tylko jako walkę z zarazą, lecz jako propagandowe zaszczepienie się w elektoracie. Narodowy Program Szczepień ma propagandowo przykryć dotychczasowe nieróbstwo, klęski i złodziejstwo oligarchii PiS.

Narodowi propagatorzy Narodowego Programu Szczepień nie wspominają też, że ów program jest częścią wielkiej europejskiej akcji szczepionkowej. Nie wspominają, że obywatele naszego kraju mogą mieć już teraz szczepionki, bo należymy do Unii Europejskiej. Gdybyśmy byli poza Unią Europejską, to stalibyśmy w kolejce po szczepionki. I pewnie najszybciej kupilibyśmy je w Rosji. To propagandowe wymazywanie europejskości podawanej właśnie szczepionki to kolejne kłamstwo elit PiS. Ale nie dziwmy się temu. Cała polityka PiS oparta jest na kłamstwach. Od kłamstwa smoleńskiego po kłamstwa covidowskie.

Nie tylko zarazę rok 2020 przyniósł. Narodowy pan prezydent Andrzej Duda został wolą narodowych wyborców ponownie wybrany narodowym prezydentem. Zaraz po jego reelekcji krajowi i narodowi komentatorzy polityczni spekulowali jakiż to model prezydentury pan prezydent wybierze na swą druga kadencję. Ku zaskoczeniu wszystkich wybrał prezydenturę bezobjawową. A mówiąc językiem politologicznym prezydenturę proceduralną, ale nie wykonalną. Przekładając to na język ludzki pan prezydent regularnie wykonuje należne mu czynności prezydenckie, czasami pewnie czuje zmęczenie nimi, ale nie ma to żadnego znaczenia dla dzisiejszego i przyszłego losu narodu. Dodatkowo narodowy pan prezydent nie może nawet aktywnie włączyć się w Narodowy Program Szczepień, bo w czasie swej kampanii wyborczej uprawiał anty szczepionkową propagandę. I wygrał pięć lat dostatniego nieróbstwa sekciarskimi głosami przeciwników nauki i wszelkiego postępu.

Przegrał rok 2020 polski kościół katolicki. Przegrał, bo tylko chciwą na pieniądze instytucją jest. Bo z pazerności swej zawarł małżeństwo polityczne z oligarchią PiS. Bo liczni jeszcze wierni znajdowali w nim jedynie zakłamanie towarzyszące mu od tysiącleci.
Teraz ujrzeli dodatkowo jego przerażającą pustkę. Moralną. Intelektualną. Martwe budynki kościołów bez jakichkolwiek już śladów boga.

Rok 2020 umocnił narodowego premiera Mateusza Morawieckiego. Wszelkie intrygi politycznych knujów i propagandowych szczujów ze Zjednoczonej Prawicy okazały się daremnymi. Kolejni prawicowi pretendenci na stolec premiera odpadali w przedbiegach. Ostatni pan minister Błaszczak okazał się balonikiem politycznym. Okazało sie, że w licznej kadrowo Zjednoczonej Prawicy nie ma alternatywy dla obecnego premiera. Widać nikt nie potrafi tak kłamać jak obecny narodowy Pinokio.

To był rok falstartów opozycji. Rafał Trzaskowski przegrał o włosy anty szczepionkowców rywalizację z panem prezydentem Dudą. Potem nie potrafił połączyć prezydentury w Warszawie z tworzeniem nowego ruchu politycznego. Opozycja parlamentarna została zepchnięta do politycznego lockdownu. Największy sukces w czasach zarazy osiągnął Szymon Hołownia. On podebrał najwięcej wyborców od zdemoralizowanego, dekadenckiego PiS. Hołownia prezentuje się jako umiarkowany, nowoczesny „kompromisowy katolik”. Znośny dla wierzących w katolickiego boga, ale i akceptujących prawa człowiecze dla środowisk LGBTI. Zwolenników dawnego „kompromisu aborcyjnego” i entuzjastów Unii Europejskiej. Uważających Zjednoczoną Prawicę za partię „dziadersów” i obciachowych Januszów.

Był to pierwszy rok, od czasu naszego wstąpienia do Unii Europejskiej, publicznych debat o ewentualnym Polexicie. Narodowa prawica uznała, że można i trzeba już przyzwyczajać narodowy naród do wyjścia z „antynarodowej” Unii Europejskiej.

Był to rok rekodowej degradacji polskiego prestiżu międzynarodowego, polityki egoizmu narodowego prezentowanego przez oligarchię PiS. Rok rekordowej inflacji. Rok zapowiadający przyszły kryzys gospodarczy.

Był to też rok Kobiet. Polskie kobiety i młodzież demonstracyjnie weszły do polityki. Zaczęło się od protestów przeciwko nieludzkiemu wyrokowi Trybunału Stanu, przeszło w stan kontestacji starych porządków. Wezwania do stworzenia nowej Polski. Do odejścia z pokolenia „Okrągłego Stołu”, pieszczotliwie „dziadersami” zwanego.

„Flaczki” należą pokoleniowo do „dziadersów”. Ale cieszą się, że o nowej Polsce chcą i będą decydować pokolenia urodzone już w III Rzeczpospolitej.

Bigos tygodniowy

Kolejne wypowiedzi polityków pisowskich malują świetlaną przyszłość narodu w czasach covidowych i postcovidowych. Szczepionka Pfitzera i nie tylko u bram, gotowość służb medycznych pełna, szczepimy się gremialnie, choć grupami, może Duda się nawet zaszczepi, nowa normalność bliska. W tym powszechnym entuzjazmie jest tylko jeden szkopuł, widoczny na pierwszy rzut oka, nader ważny. Póki co tzw. grupa O, czyli medycy, administracja placówek leczniczych, która początkowo do 20 grudnia miała zgłosić swoją gotowość do zaszczepienia jest temu niechętna. Nawet Kraska Waldemar wiceminister zdrowia utyskuje, że ”Niestety, nie wszyscy medycy będą chcieli się zaszczepić na koronawirusa” i coś w tym jest. Jak donoszą media tych gotowych się zaszczepić jest może 40%-50% puli, co oznacza katastrofę. Jeśli bowiem faktycznie te liczby się potwierdzą, a chodzi przypomnijmy o szeroko pojęte kadry medyczne, to ilu Polaków – szaraków, zdecyduje się na szczepienia? Może 20%, może 30%, a szczepionek zakontraktowano na grube miliony. Mamy więc problem, duży problem i pisowscy urzędnicy z Dworczykiem na czele, zamiast opowiadać banialuki jak to się uda akcję szczepień z sukcesem zakończyć, zanim się ją rozpoczęło, już powinni brać się do roboty i obmyślić, jak ludzi przekonać do wyrobów Pfizera, Moderny, Sanofi czy Astra Zeneki. Chociaż z drugiej strony może rzeczywiście te 7 – 10 milionów ludzi, chętnych do zaszczepienia, to tak naprawdę liczba oddająca faktyczne możliwości logistyczne naszych służb medycznych? Tak tylko pytam.


Rośnie bilans ofiar pandemii, umierają pacjenci, umierają przedstawiciele zawodów medycznych. W minionym tygodniu po raz kolejny podano, że w czasie zarazy zmarło już 54 lekarzy, 44 pielęgniarek,8 dentystów, 4 farmaceutów, 4 położne i 3 ratowników medycznych. Tym bardziej dziwi deklarowana przez część medyków niechęć do zapowiadanych szczepień.


PiS zaproponował w końcu swojego kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich, po prof. Ewie Łętowskiej, prof. Andrzeju Zollu, Adamie Bodnarze i kilku innych znakomitych postaciach, po dwukrotnym odrzuceniu przez Sejm kandydatury adwokatki Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, ma nim być Piotr Wawrzyk wiceminister spraw zagranicznych w pisowskim rządzie Mateo. Marna to rekomendacja i nie zmienia tej oceny ustalenie, że Wawrzyk jest prawnikiem, specjalistą w zakresie prawa europejskiego. Więcej, istnieje podejrzenie, że Wawrzyk wystąpi w roli tzw. zająca, bo należy wątpić że Senat RP zaakceptuje tę żadną kandydaturę, a wówczas Sejm, w którym jak wiadomo Zjednoczona Prawica ma większość, w majestacie prawa będzie mógł „wystawić” i przegłosować jakiegoś jedynie słusznego kandydata w rodzaju ziobrysty Warchoła. Mając na uwadze konstytucyjne usytuowanie RPO, po odejściu Adama Bodnara, nie będzie już nikogo kto stanie w obronie zwykłego obywatela w starciu z rządzącymi.


Obchody związane z rocznicą zdarzeń 1970 roku na Wybrzeżu, ubogacił swoją obecnością i wypowiedzią gdański biskup pomocniczy Wiesław Szlachetka, który w nieodległej przeszłości służył pomocą arcybiskupowi Leszkowi Sławojowi Głódziowi. Nie mówił specjalnie o ofiarach tamtych tragicznych zdarzeń. Natomiast zdumionych słuchaczy, także tych przed telewizorami, zaskoczył swoją oceną aktualnej sytuacji w kraju. Plótł z wielkim zapałem, o niektórych takich, co prezentują ideologię bezwstydu, wywracają hierarchię wartości, stanowią zagrożenie dla rodziny, szerzą demoralizację wśród dzieci i młodzieży, niszczą symbole religijne i patriotyczne. A na koniec wezwał do modlitwy za tych bezecnych ludzi, nakazując powstrzymanie się od pogardy i nienawiści, wcześniej te negatywne uczucia artykułując.


Minister Zdrowia Niedzielski Adam w towarzystwie prof. Horbana Andrzeja ogłosił od 28 grudnia 2020r. do 17 stycznia 2021r. kwarantannę narodową. Mateo z nimi nie było, nie było też Gowina Jarosława filozofa z wykształcenia, ale przy okazji wysokiej klasy speca od gospodarki, mimo że zważywszy skalę obostrzeń wypadało, aby byli i wsparli Niedzielskiego i Horbana. Cała ta kwarantanna narodowa doprowadzi, co nieomal jest pewne, do bankructw firm hotelarskich, właścicieli stoków narciarskich, wypożyczalni sprzętu sportowego, właścicieli restauracji, biedy wielu osób, jeśli państwo pilnie nie wesprze branży turystycznej. Smaczku sprawie dodaje fakt, że już następnego dnia o poranku, w jednej z telewizji komercyjnych niejaki Fogiel i poseł i zastępca rzeczniczki jedynie słusznej partii gorączkowo tłumaczył, że o żadnej kwarantannie narodowej mowy nie ma, a mowa jest o „rozszerzonym etapie odpowiedzialności”. Konia z rzędem temu, kto zrozumiał ezopową mowę Fogla, ale pewnie musiał tak ględzić, bo w listopadzie Mateo powiedział ludowi, jakie warunki muszą być spełnione, aby taką kwarantannę ogłosić. Warunki te nie zostały spełnione, zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę zakażeń SARS-COV2, które powinny się utrzymywać na poziomie 27.000 – 29.000 każdego dnia przez okres tygodnia, bo obecnie są odnotowywane, oczywiście oficjalnie, liczby znacznie ale to znacznie niższe. No, chyba że jest coś czego Polacy nie wiedzą, a pisowcy wiedzą, tylko boją się ogółowi o tym powiedzieć.


Wszystkim PT Czytelnikom z okazji zbliżających się Świąt i Nowego Roku Bigos tygodniowy składa życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności. Oby przyszły rok 2021. okazał się dla wszystkich lepszy.
DRODZY CZYTELNICY!

Następne wydanie „Trybuny” ukaże się 28 grudnia z datą 28/29.12.20
Przeczytacie w nim:

  • Jak wyprowadzały się od nas wojska radzieckie,
    – wspomnienie prof. Pomykały o prof. Janowskim,
    oraz dlaczego zginął irański naukowiec.
    Tuż po wydaniu poniedziałkowym, szykuje się wydanie noworoczne. Ukaże się 30 grudnia i będzie w sprzedaży do 3 stycznia przyszłego roku.
    A w nim:
  • „Nasi”, rzecz Tadeusza T. Jasińskiego o tym dlaczego teraz kochamy Giertycha, Sikorskiego, czy agenta Tomka,
    – Reportaż z tuż powojennegoGórskiego Karabachu
    oraz Sadurski podsumowujący rysunkami rok 2020, Bigos Tygodniowy i wszystko to, co najbardziej lubicie czyli wieści z frontu polsko-pisowskiego.