Został tylko argumenty siły

Wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Tak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Na 24 godziny przed posiedzeniem trzech Izb Sądu Najwyższego, które uchwaliły, że sędziowie wskazani przez neo-KRS nie mogą orzekać, rząd użył Trybunału Konstytucyjnego, aby blokować te działania. Dlaczego?

JACEK KUCHARCZYK: Działania PiS w obronie neo-KRS przybierają coraz bardziej kuriozalne formy. Tutaj argumenty prawne już nie mają znaczenia, a sprawa utajnionych list poparcia sprowadza się de facto do tego, kto kontroluje wejście do Sejmu. To już nie jest spór na argumenty prawne. Można zatem domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że w przypadku list poparcia mamy do czynienia po prostu z jakimś ogromnym przekrętem.
Inaczej nie byłoby tej panicznej obrony, nierespektowania wyroków sądów, nie zamieniono by Kancelarii Sejmu w twierdzę. Teraz doszedł to tego jeszcze TK działający na zamówienie polityczne, próbujący zablokować decyzję SN. Tego już nawet nie można opisać jako działania na granicy prawa, bo wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Został już tylko w argument nagiej siły, my kontrolujemy Trybunał i Kancelarię Sejmu, a nasi ludzie, których tam wysłaliśmy, będą robić to, co im partia rządząca powie. To pokazuje, jak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę”. Takie zjawisko po angielsku nazywa się state capture, czyli właśnie przechwycenie instytucji publicznych, w tym przypadku przez partię rządzącą, która posunęła się do tego, że lekceważy konstytucję, przepisy prawa, nie mówiąc o normach postępowania, które może nie są spisane, ale politycy kiedyś ich przestrzegali z obawy choćby przed opinia publiczną. Dawno czegoś takiego nie widzieliśmy – takiej niechęci do zachowania chociażby pozorów praworządności czy legalizmu.
Jakie systemy charakteryzuje state capture, bo rozumiem, że nie demokrację liberalną?
Oczywiście, że nie demokrację.
To charakteryzuje systemy autorytarno-korupcyjne. To sytuacja, kiedy grupa osób powiązanych ze sobą przejmuje kontrolę nad instytucjami państwa, po to, aby je wykorzystywać dla własnej politycznej i materialnej korzyści.
Tego typu sytuacja objawia się tym, że zanika niezbędny w demokracji system checks and balances, czyli system wzajemnej kontroli instytucji. Mówi się o trójpodziale władzy, ale ten system jest oczywiście dużo bardziej skomplikowany, jego elementem są także wolne media, które kontrolują rząd, parlament i polityków. Ten system wzajemnej kontroli instytucji PiS systematycznie demontuje w Polsce od grudnia 2015, aby wprowadzić zasadę, że rządzi jedna partia, a w partii niepodzielnie rządzi jej prezes.
Murem za działaniami rządu stoi prezydent, który za około trzy miesiące będzie walczył o reelekcję. Czy to mu nie zaszkodzi?
Moim zdaniem zaszkodzi i Andrzej Duda będzie miał spory kłopot z dotarciem do politycznego centrum, którego potrzebuje, aby wygrać wybory. Wygląda na to, że prezydent stał się zakładnikiem partii rządzącej, bo u progu kampanii urzędujący prezydent nie może sobie pozwolić na konflikt z PiS-em i prezesem Kaczyńskim. Mam wrażenie, że w pewnym momencie odbyła się konkurencja, „kto się pierwszy wystraszy”, bo obie strony mają tutaj wiele do stracenia. Jeżeli PiS nie będzie wspierał w kampanii Dudy, to ten straci urząd prezydenta, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Natomiast jeżeli Duda nie będzie realizował polityki PiS, to partia może nie dostarczyć mu wsparcia, także finansowego, które jest niezbędne do skutecznej kampanii. Mam wrażenie, że na razie bardziej wystraszył się prezydent i dostosował się do polityki partii rządzącej. Zresztą większość komentatorów i analityków nie spodziewała się takiego zaostrzenia sytuacji po ostatnich wyborach.
Wydawało się na początku ii kadencji, że PiS będzie dążył do załagodzenia konfliktu z Brukselą i różnymi środowiskami w kraju właśnie po to, aby Dudzie nie przeszkadzać w kampanii. Tymczasem Ziobro wszedł ze swoją inicjatywą ustawy kagańcowej i cała strategia powrotu do centrum legła w gruzach.
Do tej pory PiS przed wyborami lubił zaostrzać konflikt, polaryzować, straszyć. Sięgnął po starą broń?
Ta strategia polaryzacyjna ma przede wszystkim zmobilizować własną bazę wyborczą. To jednak zupełnie inna strategia, niż ta, z którą PiS szedł do poprzednich wyborów prezydenckich, kiedy Andrzej Duda raczej miał łagodzić i łączyć społeczeństwo. Uśmiechał się do każdego, nawet dla gejów znalazł ciepłe słowo. Dziś mamy inną twarz prezydenta i zupełnie inną strategię kampanii, bardzo ryzykowną, bo opierająca się o założenie, że w spolaryzowanym społeczeństwie nastąpi także podział w opozycji. Strategia polaryzacyjna jest zawsze asymetryczna, tzn. zakłada, że mobilizujemy swoich, ale jednocześnie drugim jej elementem jest wzmacnianie podziałów wśród przeciwników, opozycji.
Czy „odbicie” Senatu przez opozycję naprawdę ma tak duże znaczenie, jak mówiono po wyborach? Sejm i tak szybko przegłosował ustawę kagańcową. A może Senat powinien zamiast odrzucać, to zgłosić wiele poprawek, aby przeciągnąć w czasie wprowadzenie ustawy?
Nie sądzę, bo taka gra Senatu byłaby mało czytelna dla społeczeństwa. Ten jasny głos w postaci odrzucenia ustawy jest ważniejszy. Od początku wiadomo było, że kompetencje Senatu są ograniczone, że może spowolnić, ale nie zatrzyma tego procesu błyskawicznej legislacji w wykonaniu PiS-u.
Senat w obecnej sytuacji działa o wiele lepiej, niż można było się spodziewać, patrząc na to, jak mała jest przewaga opozycji. Pod kierownictwem marszałka Grodzkiego to zupełnie inna instytucja, niż w poprzedniej kadencji, miejsce merytorycznej i pluralistycznej debaty.
Ten komunikat płynie nie tylko do naszego społeczeństwa, ale też na zewnątrz, czego przykładem jest spotkanie marszałka Grodzkiego ze spikerką amerykańskiej Izby Reprezentantów, Nancy Pelosi. To pokazuje Amerykanom i światu, że rząd PiS-u to nie jedyny głos polski. Rola senatu jest ważna, ale jednocześnie ograniczona, co pokazuje, jak ważne są nadchodzące wybory prezydenckie. Dopiero wymeldowanie się obecnego notariusza rządów PiS-u, pana Dudy, z pałacu prezydenckiego zmieni fundamentalnie układ sił w Polsce.
Czy afera Getback zaszkodzi PiS-owi jak Amber Gold PO?
W sytuacji głębokiej polaryzacji i baniek medialnych, w których żyjemy, należy wątpić, żeby ta afera wywarła taki piorunujący skutek, jaki miały znacznie mniej poważne, ale mocno nagłośnione przez pis zarzuty związane z działaniami rządu po w sprawie Amber Gold. Wyborcy PiS-u usłyszą w sprawie Getback i innych afer różne komunikaty, ale żaden z nich nie będzie podważał fundamentalnej wiary w uczciwość partii rządzącej.
Cechą propagandy PiS i w ogóle autorytarnej propagandy czy dezinformacji w obecnych czasach jest to, że ona produkuje kilka sprzecznych ze sobą narracji, a jej odbiorcy tych sprzeczności nie widzą.

Flaczki tygodnia

„PiS kradnie, ale dzieli się łupami z narodem”, taki głos polskiego ludu głosującego, rejestrowany na bazarkach i jarmarkach, miał uzasadniać wysokie i stabilne poparcie dla pana prezesa Kaczyńskiego i jego trupy.
„PiS kradł i dalej kradnie, a teraz jeszcze rozwala sądy, żeby ich złodzieje nie zostali ukarani”, taki najnowszy głos polskiego ludu głosującego usłyszano niedawno na bazarkach.
Pytanie dla uczonych politolożek i politologów. Komentatorów i komentatorek politycznych.
Czy ten głos bazarowej opinii publicznej prognozuje dalsze poparcie, skorumpowanego podziałem łupów, elektoratu dla złodziejskich elit pana prezesa Kaczyńskiego, czy jest to sygnał kolejnej moralnej odnowy narodu polskiego?
Przyszłych rozliczeń kolejnego okresu błędów i wypaczeń.

Jeśli „Ryba psuje się od głowy”, to stan zepsucia moralnego i powszechnego złodziejstwa dotarł na najwyższe piętra państwa PiS. Media ujawniły, a Ziobrowa prokuratura potwierdziła, że Centralne Biuro Antykorupcyjne, a ściślej jego tajny fundusz operacyjny, był regularnie okradany przez elity tej „antykorupcyjnej” instytucji. I nie ma sporu czy kradli tam czy nie. Spór jest czy ukradli tylko pięć milionów złotych czy nawet piętnaście milionów?

Media upowszechniły głos skruchy niedawnego asa z talii tegoż Centralnego Biura Antykorupcyjnego, słynnego „Agenta Tomka”. Ten niedawny przyjaciel panów ministrów, posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, towarzysz ich wspólnych balang, opowiada teraz jak to on i jego przyjaciele z kierownictwa CBA notorycznie łamali prawo i akceptowali prawa łamanie. Jak pieniądze z tajnego, niekontrolowanego funduszu operacyjnego wyciekały niczym ścieki z pękniętego kolektora. Bo żadne pieniądze, zwłaszcza te państwowe, elitom PiS nie śmierdzą.

Jego Nieusuwalność, hotelarz na godziny, domniemany oszust podatkowy, pan prezes NIK Marian Banaś upowszechnił raport Izby, sporządzony jeszcze przez jego poprzedników, bijący w niedawnych koleżków pana Mariana. Potwierdza on, że firma GetBack oszukała swych klientów na ponad 2,5 miliarda złotych. To o wiele więcej niż setki milionów złotych przekręcone przez słynny AmberGold, który doczekał się specjalnej sejmowej komisji śledczej.
Ale teraz nie liczcie na podobną komisję. Złodziejska, jak się okazuje, firma GetBack hojnie też finansowała przeróżne bale i gale organizowane przez prorządowe, narodowo – katolickie media. Zwłaszcza „Gazetę Polską”, „Sieci” oraz powiązane z nimi portale internetowe. W czasie tych wypasionych gali PiS prominenci, tacy jak pan prezes Kaczyński, pani sędzia Julia Przyłębska, pan premier Morawiecki otrzymywali zaszczytne tytuły ludzi Roku albo Wolności.
Tak to za kradzione przez GetBack pieniądze bawiły sie elity polityczne, medialne PiS oraz ich kasty sędziowskie.

Upowszechniony przez Jego Nieusuwalność raport NIK daje podstawy okradzionym przez sponsorów „Gazety Polskiej” i „Sieci” do dochodzenia od skarbu państwa ukradzionych im przez GetBack pieniędzy. Bo odpowiedzialne za nadzór finansowcy instytucje państwa polskiego, okupowanego teraz przez elity PiS, jak choćby Komisja Nadzoru Finansowego, nie wykonywały swych podstawowych obowiązków. Dopuściły do złodziejstwa na miliardową skale.
Jeśli poszkodowani przez GetBack uzyskają odszkodowania to zapłacą za nie wszyscy polscy podatnicy. Także Flaczki i Czytelnicy „Trybuny”. Bo choć GetBack kradł, to dzielił się z elitami medialnymi i politycznymi PiS, zatem za złodziejstwo i wypasione gale zapłacą solidarnie wszyscy podatnicy. Takie to w tej IV Rzeczpospolitej prawo i sprawiedliwość. Taka to solidarność.

Tylko 182 miliony złotych zmarnowano w Podkarpackiego Banku
Spółdzielczego. Można by to kolejne złodziejstwo pominąć, gdyby nie fakt, że tym razem najwięcej stracą najbiedniejsze samorządy tego województwa. Bo przynajmniej 35 samorządów miało tam swoje konta, wśród nich wiele niebogatych podkarpackich gmin.
Podkarpacki Bank do końca uchodził za pewny, bo miał polityczny parasol rządzących regionem elit PiS. Znów też Komisja Nadzoru Finansowego nie zadziałała. Teraz czas na akcję ratunkową Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ale obejmie ona przede wszystkim indywidualnych klientów, nie samorządy. I znów za malwersacje PiS banku zapłacą z BFG wszyscy klienci polskich banków, czyli znowu my.

Wspomniany wyżej pan prezes Kaczyński udzielił wywiadu niemieckiej gazecie „Bild” przeznaczonej dla najgłupszych czytelników w Niemczech. Poskarżył się Zagranicy na sprawy dziejące się w Polsce.
Czyli zrobił to samo za co jego polityczni żołnierze krytykują polskich euro deputowanych.
Najwięcej jedna żalił się na Rosjan, po raz kolejny niemieckiej opinii publicznej udowadniając, że elity PiS jedynie skarżyć się na Rosję potrafią.
Oprócz tego zaskomlał głośno, przypominając o niewypłaconych Polsce przez Niemcy reparacjach wojennych. Nie tylko tych z czasów II wojny światowej, ale też i I wojny światowej.
„Polska została zniszczona zresztą już w czasie I wojny światowej, zwłaszcza dawne Królestwo Polskie, które do końca I wojny światowej znajdowało się na terenach carskiej Rosji i było przez nią wyzyskiwane. Za to Polska także nie otrzymała odszkodowania. Podczas gdy Francja jeszcze do niedawna otrzymywała od Niemiec reperacje na mocy Traktatu Wersalskiego z 1919 roku. Polska praktycznie nic nie dostała”, żalił się pan prezes i dodał „Jedno jest pewne: nasze żądania się nie przedawniają.

„Flaczki” nie chcą reparacji od Niemiec. Nawet gdyby oni skomlącemu panu prezesowi jakiś grosz, niczym do grającej szafy, wrzucili. Bo przecież Polacy i tak nie mieliby z tego korzyści. Przecież elity PiS dowiodły, że wszystko i zewsząd mogą ukraść. Niemieckie reparacje też pewnie by rozkradli.

Jednak prezydent Rosji Władimir Putin był na tyle uprzejmy, że podczas konferencji w Jerozolimie nie oskarżył Polski o wywołanie drugiej wojny światowej. Ale i tak bilans Światowego Forum Holokaustu jest dla elit PiS ujemny. Forum Holokaustu to wielki powrót Władimira Putina na światowe salony. Nieobecna Polska utrwaliła swój wizerunek wiecznie obrażonego państwa. Rejterada pana prezydenta Dudy pozwoliła na prezentowanie kłamstw w przygotowanych przez organizatorów filmach „edukacyjnych”.
W przedstawionej w Jerozolimie wizji Armia Czerwona jawiła się jak zbawienie Europy od nazizmu. O polskich wojskach nie wspominano. Nic dziwnego, przecież elity PiS polskie wojsko zredukowały do anty semickich „żołnierzy wyklętych”.

Szefem Platformy Obywatelskie został poseł Borys Budka. Wezwał do intensyfikacji kampanii prezydenckiej. Wszystkie ręce na pokład, czyli palec pod budkę!

UWAGA, UWAGA, UWAGA. Dnia pierwszego lutego 2020 miasto Olsztyn nawiedzi PIOTR GADZINOWSKI. Redaktor „Trybuny”, były poseł SLD weźmie udział w publicznym poczęciu olsztyńskiego KLUBU PRZYJACIÓŁ „TRYBUNY” I MEDIÓW LEWICOWYCH. Szczegóły w następnych wydaniach „Trybuny”.

PiS komercjalizuje system emerytalny

Trwa komercjalizacja systemu emerytalnego przez rzekomo solidarny rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Władza stopniowo komercjalizuje i prywatyzuje system emerytalny, odchodząc od odpowiedzialności państwa za los seniorów. Jednocześnie partia rządząca nie zgadza się na przyjęcie rozwiązań, które zapewniłyby elementarnie godne emerytury z systemu publicznego – stąd ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego odrzuciło ustawę zakładającą podniesienie minimalnej emerytury do 1600 zł.
Już teraz rząd wdraża Pracownicze Plany Kapitałowe, w ramach których pracownicy i pracodawcy płacą wyższe składki na w pełni prywatne fundusze, do których dodatkowo dopłaca budżet. W najbliższą środę w Komisji Polityki Społecznej i Rodziny będzie dyskutowana kolejna ustawa wspierająca komercjalizację systemu emerytalnego, zakładająca przeniesienie środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych na Indywidualne Konta Emerytalne.
Zgodnie z ustawą wszystkie środki, które dotychczas znajdowały się w OFE zostaną przeniesione do zarządzanych przez towarzystwa funduszy inwestycyjnych IKE. Jeżeli ktoś będzie chciał, może zgłosić wniosek, by jego środki trafiły do ZUS-u, ale domyślne ma być przeniesienie środków do IKE. Brak decyzji oznacza zatem dofinansowanie w pełni prywatnych i niezależnych od państwa IKE. Jednocześnie państwo ma pobrać jednorazowy podatek od pieniędzy przelanych na IKE wysokości 15%, zubażając w ten sposób środki przyszłych emerytów.
Czy to dobry pomysł? Wielu Polaków pamięta, że OFE pobierały olbrzymie prowizje, a ich stworzenie osłabiło publiczny filar systemu emerytalnego, a wcale nie doprowadziło do wzrostu poziomu emerytur. Warto pamiętać, że w wyniku reformy systemu emerytalnego z 1999 r. średni poziom emerytur w stosunku do ostatniej pensji zaczął stopniowo zmniejszać się. Mało kto jednak pamięta, że w 1999 r. ówczesna władza prowadziła kampanię propagandową nie tylko na rzecz OFE, ale też właśnie na rzecz IKE. IKE było jeszcze bardziej komercyjnym i niezależnym od państwa filarem systemu emerytalnego niż OFE. Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego środki zgromadzone w OFE mają charakter środków publicznych. IKE są już zupełnie prywatne. Tymczasem mimo wizerunku partii propaństwowej PiS, nie chce umocnienia publicznego ZUS-u ani nawet uznawanego za część finansów publicznych OFE, tylko dąży do umocnienia zupełnie komercyjnych i uzależnionych od kaprysów rynku IKE. Dlatego z uzasadnienia obecnie procedowanej ustawy dowiadujemy się, że PiS krytycznie ocenia decyzję rządu PO-PSL, który w 2014 r. przeniósł część środków OFE do ZUS. Chodziło wtedy o to, by zlikwidować irracjonalny mechanizm, zgodnie z którym towarzystwa emerytalne zarządzające OFE lokowały środki przyszłych emerytów w obligacjach skarbu państwa, pobierając od tej operacji wysoką prowizję. Ówczesny rząd słusznie uznał, że jeżeli składki emerytalne mają być lokowane w państwowych obligacjach, to nie są tu potrzebni prywatni pośrednicy, którzy będą dodatkowo zarabiać kosztem przyszłych emerytów. Mimo to w uzasadnieniu PiS-owskiej ustawy promującej przeniesienie środków OFE do IKE czytamy, że przeniesienie części środków z OFE do ZUS skutkowało „podważeniem zaufania obywateli do rynku kapitałowego oraz do całego systemu emerytalnego”. Czyli dla PiS-u nie było złe drenowanie kieszeni obywateli i państwa przez OFE, ale to, że poprzednia władza ten drenaż zablokowała!
W uzasadnieniu ustawy rządowej czytamy nawet, że „mając na względzie budowanie zaufania do państwa oraz rynku kapitałowego celem wzmocnienia klimatu i warunków dla rozwoju inwestycji w akcje spółek notowanych na GPW, aktywa OFE zainwestowane w te akcje powinny pozostać poza sektorem finansów publicznych”, jak też, że celowe jest „skierowanie środków z OFE do instrumentu, jakim są IKE, i wzmocnienie możliwości budowania prywatnych oszczędności emerytalnych” – a zatem PiS prywatyzuje system emerytalny i jest z tego dumny!
Warto też przypomnieć, że IKE od wielu lat są jednym z filarów systemu emerytalnego i radzą sobie średnio. Tylko w 2008 r. IKE poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków – jeszcze więcej niż OFE! Wtedy wiele osób zrezygnowało z uczestnictwa w trzecim filarze, a środków nie odzyskali już nigdy. Po kilkunastu latach niedawny bankster, a dzisiaj premier, Mateusz Morawiecki postanowił je reaktywować.
Cóż można zrobić? Z całą pewnością lepiej przenieść pieniądze z OFE do ZUS-u niż do IKE. ZUS jest znacznie bardziej stabilnym i bezpieczniejszym filarem systemu emerytalnego niż IKE. Ale jeśli większość z nas podejmie taką decyzję, rząd pewnie przyjmie kolejną ustawę, która uszczupli ZUS kosztem komercyjnego filaru systemu emerytalnego. Kierunek władzy jest bowiem jasny: państwo ma wyzbyć się odpowiedzialności za los emerytów.

Matka wszystkich PiS-owskich afer

Afera GetBack ma ogromne rozmiary i wyrządziła ogromne szkody Polakom i Polsce. Jest jednak tylko jedną z wielu afer finansowych PiS.

Choć to tylko jedna z wielu finansowych afer Prawa i Sprawiedliwości, to trzeba ją nazwać matką wszystkich PiS-owskich afer – tak ze względu na skalę oszustwa, jak i czas trwania.
Zaczęła się bowiem już w początkach rządów PiS, gdy firma ta, dzięki bliskim związkom z prominentami obozu rządzącego mogła liczyć na łagodne traktowanie przez wszelkie urzędy – i śmiało rozwijała oszukańczą działalność.
To przecież właśnie za rządów PiS, w latach 2016-2017 GetBack opanował większość rynku windykacji długów. Już w 2016 r, pod łaskawymi skrzydłami nowej władzy GetBack zrobiła przekręty na ponad 400 mln zł. Natomiast 9 marca 2017 Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła prospekt emisyjny GetBacku co było początkiem wprowadzania tej firmy na giełdę – z błogosławieństwem wszelkich urzędów, przejętych już w tym czasie przez PiS. Najwyższa Izba Kontroli NIK stwierdziła brak faktycznego nadzoru nad przygotowaniem dla zarządu giełdy opinii w sprawie dopuszczenia obligacji i akcji GetBack. do obrotu giełdowego. Opinie te zawierały znacznie zaniżoną wielkość zobowiązań Spółki i nie zostały zweryfikowane. To na ich podstawie zarząd giełdy uznał, że może dopuścić papiery wartościowe GetBack do obrotu i nie występują zagrożenia dla inwestorów.
Oznacza to, że dopuszczenie papierów wartościowych do obrotu na rynku było w rzeczywistości uzależnione od oceny sytuacji finansowej GetBack dokonanej przez jednego pracownika, przy braku kryteriów i nadzoru
Warto zauważyć, że afera GetBack jest znacznie większa i gorsza od afery AmberGold. Amber Gold doprowadziła do utracenia przez jej klientów (prawie 10 tys. ludzi) 850 mln zł. Afera GetBack, firmy cieszącej się sympatią PiS-owskiej władzy, ukradła ludziom aż 2,5 mld zł.
PiS usiłuje jednak wyciszyć aferę GetBack, a obecna ekipa lekceważy i krzywdzi ofiary tej piramidy finansowej. Przecież GetBack to była firma „swoja”, zaprzyjaźniona – sponsorowała prorządowe media oraz różne imprezy, gdzie nagradzano prezesa Kaczyńskiego i premiera.
Dlatego ofiary GetBacku się nie liczą. Władza uważa, że ma być cicho nad tą trumną.
Prominenci PiS nie zgodzili się więc na komisję śledczą dla zbadania afery GetBack. Ministerstwo Finansów nie pozwoliło na odliczenia od podatku części strat ofiar GetBacku. Władza odmówiła też stworzenia funduszu pomocy ofiarom, finansowanego z kar nakładanych na GetBack. PiS utajniło obrady sejmowej komisji debatującej nas tą aferą, wyproszono też reprezentantów poszkodowanych. Jak zwykle w podobnych sprawach, swoją nieskuteczność pokazał też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Gdy zaś pytano, dlaczego KNF nie skontrolowała w porę GetBack i zignorowała sygnały o noieprawidłowościach w działaniu tej spółki, nie udzielano odpowiedzi. Nie powiadomiono też prokuratury ani innych służb, nie wpisano GetBack na listę publicznych ostrzeżeń!
PiS chce wyciszyć tę aferę – tak jak i inne afery finansowe z udziałem prominentów swej ekipy. Chce też sprawić, aby także o ofiarach GetBack było cicho – inaczej niż w przypadku AmberGold, kiedy to krzywda ofiar została cynicznie wykorzystana przez PiS w walce politycznej. Ale nic nie zdejmie z prominentów PiS odpowiedzialności za aferę zaprzyjaźnionej z ich partią firmy GetBack. To opanowane przez nich urzędy ani nie chciały dostrzec, ani zapobiec przekrętowi, w którym Polacy stracili 2,5 mld zł.
I słusznie Najwyższa Izba Kontroli wskazuje, że najważniejsze instytucje państwa zaniedbywały swoje obowiązki. Gdyby zechciały postępować prawidłowo, straty Polaków byłyby o wiele mniejsze. sów publicznych. Słuszne też są pojawiające się wnioski, że do afery by nie doszło, gdyby nie bliskie relacje prominentów PiS z właścicielami GetBack. KNF w listopadzie 2017 r. wiedziała o działaniach tej firmy, ale niezareagowała. A w lutym 2018 r. PiS-owskie władze warszawskiej giełdy nagrodziły GetBack za …dobre wykorzystanie instrumentów finansowych. Dodajmy, że instrumenty te były stosowane z pożytkiem firmy, kosztem tysięcy Polaków.
Raport Najwyższej Izby Kontroli jasno pokazuje, że państwowe instytucje nadzorowane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ochroniły Polaków i zignorowały sygnały ostrzegawcze. Tak więc, przejęte przez PiS instytucje państwowe nie zapewniły skutecznej ochrony konsumentów przed niezgodną z prawem działalnością GetBack oraz podmiotów oferujących jej papiery wartościowe. „Ich działania były nieadekwatne do istoty i skali zagrożeń oraz nie w pełni rzetelne” – stwierdza NIK.
Zwłaszcza Komisja Nadzoru Finansowego jest odpowiedzialna za zaniechania. Przez pierwsze pięć lat działalności spółki nie przeprowadziła w niej ani jednej kontroli. Ograniczyła nadzór nad spółką do analizy zmian danych i procedur działania, a po zmianie przepisów od 2016 r. także jej sprawozdań, przy czym czynności te nie były dokumentowane. Nie zidentyfikowała także sygnałów wskazujących na nieprawidłowości. Do dziś ponad 9 tys. nabywców obligacji GetBack nie odzyskało zainwestowanych środków.
GetBack wykazywała bardzo dobre wyniki finansowe w celu przyciągnięcia inwestorów gotowych powierzyć jej pieniądze. Były to jednak wyniki sfałszowane. Spółka manipulowała wyceną pakietów wierzytelności lub na jakiś czas odsprzedawała je do innych podmiotów po zawyżonych cenach, aby wykazać zyski lub ukryć straty. Praktyki te dotyczyły zarówno pakietów nabytych przez spółkę na własny rachunek, jak i na rachunek funduszy inwestycyjnych. GetBack kupiła także akcje innej firmy windykacyjnej, wykazując ich zawyżoną wartość. Tak więc, dzięki sztucznie wykreowanym wynikom Spółka była przedstawiana jako atrakcyjny podmiot rynku finansowego, którego instrumenty generowały wyższe dochody dla inwestorów niż lokaty bankowe. Pracownicy firmy oferujący obligacje, w celu osiągnięcia jak najwyższej sprzedaży, wprowadzali ich nabywców w błąd. Oferta była często kierowana do osób starszych, zainteresowanych przede wszystkim bezpieczeństwem inwestycji. Aby ich przekonać sprzedawcy porównywali papiery wartościowe GetBack S.A. do pewnych lokat bankowych lub obligacji skarbowych.
Klienci byli też fałszywie informowani o gwarancjach zwrotu środków wraz z odsetkami oraz że GetBack jest podmiotem w pełni nadzorowanym przez KNF. W ocenie NIK, rzetelnie przeprowadzone kontrole pozwoliłaby na wykrycie nieprawidłowości. Nie było jednak woli, ani ochoty. PiS nie chciało krzywdzić swoich.

Więcej posad dla kolegów

Ministerstwo Środowiska zostanie podzielone. Pomysł nie podoba się Lewicy, która zarzuca PiSowi piętrzenie kosztów, za które zapłacą podatnicy oraz tworzenie posad dla partyjnych kolesi.

Z obecnego resortu środowiska zostaną wyodrębnione dwa nowe ministerstwa.

Za jedno będzie odpowiadał młody wilk z Solidarnej Polski – Michał Woś. 28-letni protegowany Zbigniewa Ziobry będzie kontrolować obszar ochrony przyrody, lasy, geologię i koncesje geologiczne, natomiast cały obszar związany z klimatem przypadnie Michałowi Kurtyce.

Zatrzeć złe wrażenie

PiS tworząc ministerstwo klimatu próbuje przykryć bardzo złe wrażenie, jakie stwarza, blokując na kolejnych szczytach Unii Europejskich uchwalanie stanowisk wzywających państwa do działań zmierzających do redukcji emisji gazów cieplarnianych, co jest koniecznością, biorąc pod uwagę postanowienia porozumienia paryskiego – jeśli chcemy uniknąć katastrofy, temperatura globalna nie może wzrosnąć do 2030 roku o więcej niż 1,5 st C. PiS nie tylko torpeduje takie odezwy, ale również robi wszystko, by uzyskać jak najlepsze warunki utrzymania produkcji energii opartej na wysokiej emisji CO2.

Dwa ministerstwa – dwie fuchy

Podczas dyskusji w Sejmie głos w tej sprawie zabrał Maciej Konieczny z Lewicy Razem, który zwrócił uwagę, że premier Mateusz Morawiecki próbuje uniknąć odpowiedzialności za tworzenie kolejnego ministerstwa, o czym świadczy fakt, że projekt podziału resortu został zgłoszony jako wniosek poselski, nie rządowy.

– Ten projekt to wiele nowych atrakcyjnych posad dla kolegów – ministerialnych, wiceministerialnych, posad w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dwa dodatkowe ministerstwa to dwie dodatkowe posady dla dwóch kolegów. Jak zadbać o dobrą rotację, to zmieści się i sześciu. Do tego dojdą jeszcze jakieś sute odprawy – wskazywał parlamentarzysta Lewicy.

Konieczny tłumaczył również, w jaki sposób buduje to stosunek korupcyjny pomiędzy PiS, a tymi, którzy pozostają z nim w stosunku zależności. – Koledzy odwdzięczą się, wpłacając na partię, wpłacając na zaprzyjaźnione fundacje, dobrzy koledzy to się odwdzięczą – mówił poseł.

– Parafrazując klasyka: dobrze się żyje panie i panowie z PiSu, dobrze się żyje, szkoda, że głównie wam – ironizował. – Emerytom żałowaliście 1600 zł na minimalną emeryturę, ręka w rękę z liberałami z Platformy głosując przeciwko projektowi Lewicy. Czy wy jeszcze pamiętacie swoje obietnice o tym, że skończycie z salonem? Bo dziś brzmią one jak ponury żart – skwitował Maciej Konieczny.

PiS wykończy emerytów

Propozycje rządu dotyczące pracowników w wieku 50-55+ nie są kontrowersyjne. Są skandaliczne.

Eksperci przyznają, że wydłużająca się średnia długość życia i zmieniająca się demografia winny owocować zmianami na rynku pracy. Rada Dialogu Społecznego od dawna dyskutuje nad rozwiązaniami dla pracowników w wieku 50-55+, które umożliwiłyby im dłuższą aktywność zawodową, co jest pożądane także z powodów humanitarnych. Propozycji formułowanych przez badaczy rynku pracy czy przez związki zawodowe jest wiele. Idą dokładnie w odwrotnym kierunku niż to, co chce zaserwować seniorom Ministerstwo Rozwoju.

Obecnie osoby, którym pozostały mniej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, nie mogą zostać zwolnione. To miałoby się zmienić. Pracodawcy chcieliby ten okres skrócić o rok i ułatwić procedurę zwolnienia starszego pracownika. Kolejnym pomysłem jest systemowe obniżenie pensji seniorów. Miałby to rekompensować tzw. dodatek mentorski za dzielenie się doświadczeniem z młodszymi pracownikami – w pełni uzależniony od dobrej woli pracodawcy.

Przekonywanie, że starszy pracownik może okazać się mniej efektywny i należy go inaczej wynagradzać, to absurd. Wypada raczej zainteresować się, dlaczego w niejednej branży doświadczony pracownik przez wiele lat nie ma szans na podwyżkę i nawet z dodatkami stażowymi zarabia tyle samo, co młody człowiek dopiero wchodzący do zakładu. Jak można opowiadać, że w dzisiejszych realiach ludzie mogą i powinni być dłużej aktywni zawodowo, a potem zabierać im wynagrodzenie?!

Skandalem jest również pomysł obniżenia składek ZUS dla osób w wieku 50+. Żeby ściąć biznesowi koszty pracownicze, samych pracowników skazuje się na niskie emerytury! W niektórych przypadkach – z trudem pozwalające na przeżycie. Wszystko to razem to droga do zmuszania ludzi do pracy do ostatniego dnia.

PiS nie chce cywilizować stosunków pracy ani gwarantować systemowych zabezpieczeń socjalnych. W najlepszym razie „dobrzy wujkowie” Morawiecki z Kaczyńskim dadzą seniorom jałmużnę. W najgorszym – skrócą im życie.

Bigos tygodniowy

„Panie Duda (…) jest pan złym człowiekiem, marnym prezydentem, ziejącym nienawiścią w imię swoich politycznych i partyjnych, doraźnych i partyjnych celów. Szkodzi Pan Polsce” – napisał sędzia Jarosław Ochocki z Poznania. Nic dodać nic ująć. Chociaż do dodania byłoby sporo o tej żałosnej figurze, jaką jest adresat twettu.

Reakcje polskich polityków i mediów na „rewelacje historyczne” ogłaszane przez Kreml przypominają OBŁĘD i jedną z jego cech, tzw. fiksację, polegającą na obsesyjnej koncentracji na jednym motywie, wątku, oraz na perseweracji, czyli na obsesyjnym jego powtarzaniu. Wiem co mówię, jako psycholog kliniczny z pierwszego, przedpotopowego co prawda wykształcenia, ale to i owo z zamierzchłych czasów zapamiętałem. Żeby jednak nie zadrażniać, nazwę to łagodnie grą w „pomidor”. Znacie? Znacie. Kreml o polskim antysemityzmie i współpracy obozu sanacyjnego z III Rzeszą, a oni (polscy politycy i media), że Polska była ofiarą II wojny światowej. Ano, była, była ofiarą, ale i współpraca była i antysemityzm był. Kreml przypomniał o – nieoficjalnym – udziale Polski w monachijskim podziale Hitler-Mussolini-Chamberlain-Daladier, a oni (polscy politycy i media) na to: „Polska była ofiarą II wojny światowej”. Ano była, była, ale Zaolzie od Hitlera wzięła, acz do wybuchu wojny się nie przyczyniła. Teraz znów Kreml przypomniał, że niektóre oddziały Armii Krajowej mordowały Żydów i Ukraińców. Polska na to: „Byliśmy ofiarą II wojny światowej, napadli na nas Hitler i Stalin”. Ano napadli, napadli, ale że są dokumenty świadczące o zbrodniach niektórych oddziałów AK, to też prawda. A gdzie są te dokumenty? W tym także osławiona wypowiedź z raportu Lipskiego, której wszystko się zaczęło? Otóż ów raport Lipskiego z 20 września 1938 roku, w którym relacjonował rozmowę z Hitlerem, znajduje się jako jak najbardziej oficjalny dokument w jak najbardziej oficjalnym zbiorze o nazwie „Polskie Dokumenty Dyplomatyczne”. Zatkało, kakało? – jak mawia pewien przebrzydły pisior. No nie, oni (politycy i media) dalej z uporem: „Polska była…” i tak dalej. Pomidor.

Senat odrzucił ustawę kagańcową o sędziach. Radość nie będzie długa, bo PiS to odkręci w Sejmie, a Adrian Dewot Ministrant (ADM) to klepnie. Nie jest to jednak bez znaczenia, bo daje efekt demonstracji: sygnał dla Unii Europejskiej, żeby nas nie odpuszczała, żeby się nie zniechęcała, bo w Polsce obóz opozycji demokratycznej jest – mimo wszystko – skoro odwojował z rąk PiS Senat. Marszałek Tomasz Grodzki, przeciw któremu PiS skoncentrował wszystkie siły propagandowe powiedział, że ta walka ma charakter cywilizacyjny.

A propos Adriana: spocony, z wytrzeszczonymi oczami i tzw. groźną miną (przypomina to jednego z sygnatariuszy paktu monachijskiego, lokatora Palazzo Venezia) nadymał się jak balon, warczał, wydzierał się w Zwoleniu, że nie będą nam czegoś tam dyktowali w obcych językach. Gdy obce języki zaczynają być traktowane w retoryce jako coś złego czy podejrzanego, to znaczy, że zaczyna ona – retoryka – przyjmować cechy, powiedzmy delikatnie, nazizujące. Nie żartuję ani trochę. Poza tym jak zwykle onanizował się swoim urzędem („ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „jestem prezydentem Rzeczypospolitej” itp.). Mam nadzieję, że już za pół roku będę mógł go słuchać w trybie „jaja kobyły” czyli „Ja jako były prezydent Rzeczypospolitej”
Wydzieranie się, podniesiony, drżący z wściekłości głos w ogóle charakteryzował ekspresję pisiorskich deputowanych podczas zeszłotygodniowej debaty w Brukseli. Drżącym, podniesionym od furii głosem darła się Szydło, darła się Kempa, wydzierał się Jaki, wydzierał się Brudziński. Nawet Zalewska próbowała się wydrzeć, ale warunki wokalne jej to uniemożliwiły.

Ziobro, jak wiadomo, za mądry nie jest, a tylko ma w głowie parę wodną pod silnym ciśnieniem. I jako taki dokonał, pewnie mimowolnie, autodemaskacji intencji swoich i swojej kamaryli. Stwierdził oto w Senacie, że jak opozycja wygra wybory, to se będzie mogła wybrać „swoich sędziów, Tuleyę, Żurka, Łączewskiego i tym podobnych”. To jest właśnie to, co potocznie, czyli upraszczająco zwykło się określać, jako freudystyczne, mimowolne ujawnienie skrytych instynktów i impulsów. Oni naprawdę nie chcą niezależnych sądów i niezawisłych sędziów, tylko zbudować korpus sędziów „swoich”, politycznych.

Jakoś ucichło wokół kościelnej pedofilii. A tymczasem kościelna walką z nią, to jawna ściema. Właśnie abepe Gądecki zatrudnił w kurii w Poznaniu księdza pedofila. A propos kościoła kat., na antenie TVPiS, w „Salonie” Karnowskich redaktor naczelny „idziemy” ksiądz Zieliński powiedział o zmarłym biskupie Stefanku, że „to był naprawdę wierzący biskup” i dobitnie to po chwili powtórzył. Aluzju poniali?

Wiotkie, androgyniczne, acz niegłupie „orlęcie-chłopięcie” („Ferdydurke” Witolda Gombrowicza), Krzyś Bosak został kandydatem Konfederacji w wyborach prezydenckich. Wygrał rywalizację z bardziej męskimi rywalami, nawet z męskim jak cholera, brodatym, testoteronowym, basowym Grzegorzem Braunem, tym co grozi „batożeniem sodomitów”. Z hipermęskim gronem, przypominającym reklamę „Mensilu”. Ostentacyjna męskość poległa. Dziwne dlaczego taki kandydat będzie reprezentował tak męską Konfederację. Czyżby Konfederacja była kobietą?

Na prezydenta ma też kandydować Jan hrabia Potocki. Uważa, że nadal jesteśmy w stanie wojny z III Rzeszą i obiecuje każdemu po 5 tysięcy złotych. Nie wyjaśnił jednak czy raz na miesiąc, rocznie, czy tylko jednorazowo.

Porządek panuje w Sejmie

W sprawie emerytur Lewica zgłosiła projekt prospołeczny, wspierający słabszych – prawica z pogardą go podeptała.

Czy odwołanie Magdaleny Biejat z funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny może oburzać? Tak, w tym samym stopniu co inne przejawy deptania przez PiS obyczajów i dobrych praktyk parlamentaryzmu, te wszystkie „musimy powtórzyć, bo przegramy” czy głosowania w Sali Kolumnowej. Czy dziwi? Absolutnie nie. Już prędzej dziwić może fakt, że rządząca prawica w ogóle poszła na taki eksperyment, jak oddanie socjaldemokratce kierowania komisją, w której właśnie socjaldemokraci, jeśli poważnie traktują swój program, mają wielkie pole do popisu.

Powiedzmy sobie zresztą uczciwie: nawet gdyby Kaczyński nie znalazł się tej sprawie pod presją katolickich fundamentalistów i gdyby Biejat pozostała na stanowisku, i tak czekałyby ją raczej niezliczone momenty frustracji niż wielkie sukcesy. PiS-owska większość w komisji, mogąca w dodatku liczyć na wsparcie pojedynczych reprezentantów Konfederacji i Kukiz15, wiedziałaby dobrze, kiedy podnosić ręce. Mieliśmy tego próbkę w poprzedniej kadencji, w tej i innych komisjach sejmowych, gdy tylko opozycja usiłowała zgłaszać swoje pomysły czy poprawki. W tej, jak widać, będzie tak samo.

Prawica znów jest prawicą

Dzięki pojawieniu się Lewicy w Sejmie zaistniała jednak subtelna, ale potencjalnie brzemienna w skutkach różnica. Przeciwko sobie nie stoją już tylko dwa skłócone bardziej personalnie i estetycznie niż programowo stronnictwa. I wystarczy, by socjaldemokraci potraktowali swoje socjaldemokratyczne idee z minimalną powagą, by spadały maski.
Tak stało się w komisji polityki społecznej w głosowaniu dotyczącym lewicowego projektu podniesienia emerytury minimalnej. Ustawa gwarantująca wszystkim emerytom minimalne świadczenie 1600 zł, a także podnosząca minimalną rentę, przepadła dzięki zgodnym głosom PiS i PO. Nie została skierowana do dalszych prac, nie próbowano nawet udawać, że uważa się ją za interesującą propozycję, by jeszcze przez chwilę poudawać troskę nawet nie o biednych, co absolutnie najbiedniejszych seniorów. Po prostu została wyrzucona do kosza. Także dlatego, że nie podobała się Lewiatanowi, wyjątkowo trafnie nazwanej konfederacji pracodawców. Taki zarzut pod jej adresem sformułowała posłanka PiS, ale przecież równie dobrze mogłaby to powiedzieć jej koleżanka z Platformy.

Arytmetyka jest bezwzględna

Zapewne nie będziemy parlamentarnej Lewicy zawdzięczać prawdziwych zmian na lepsze w tej kadencji. Arytmetyka sejmowa jest bezlitosna, cynizm, a w niektórych przypadkach fanatyzm Zjednoczonej Prawicy – bezgraniczny. Ciągle działa też machina propagandowa w postaci karykatury mediów publicznych. Oni prędzej rozpętają nową awanturę wymierzoną w nieistniejącego wroga niż spojrzą łaskawie na nieswoje projekty, choćby najlepsze i najbardziej potrzebne. Szybciej zaserwują nam całe tygodnie historycznych i symbolicznych wzmożeń, niż zajmą się tematami podsuwanymi przez lewą stronę. Własny potencjał prospołecznych, niezmiennie paternalistycznych gestów już wyczerpali.

PO wraca do korzeni

Tak samo pojawienie się w sejmie Lewicy doprowadziło do błyskawicznego wyparowania ostatnich pozorów „otwartości” i „wielonurtowości” w KO. Jeszcze nie tak dawno liberalne media chwaliły koalicję za skonstruowanie jakiegoś „lewego skrzydła” z Barbarą Nowacką, sugerowały, że właśnie wielogłos zostanie doceniony przez anty-PiS. Inna sprawa, że owe „lewe skrzydo” miało w najlepszym razie obstawiać tematy nazywane przez niechętnych „obyczajówką”, przez lewicę – kwestiami praw człowieka. Dziś to przeszłość. Żadnych praw kobiet ani tolerancji nie będzie, głos tej partii można sprowadzić do twardego anty-PiS-u czy słów Bartłomieja Sienkiewicza w TOK FM: „Platforma powinna być antysocjalistyczna. Mamy wrócić do tego z czego wyrośliśmy, głosić przewagę wolnego rynku nad wszystkimi innymi rozwiązaniami, socjalizm w każdym wydaniu jest dla Polski zgubny. Mamy być twardymi liberałami w kraju, w którym zagrażają socjaliści, a czy są oni z prawicy czy z lewicy, to nie ma znaczenia”.

Czy lewica wykorzysta szansę?

I to może być realna zasługa socjaldemokratycznej mniejszości w Sejmie: przywrócenie pojęciom właściwego miejsca. Sprawienie, że prawica pokaże swoją prawdziwą zamordystyczno-nieludzką twarz, czy raczej gębę pełną frazesów o nieomylnym wolnym rynku. A lewica – twarz tej siły, która broni ludzi przed jego ślepą niesprawiedliwością i przemocą. Tak już było w ostatnich dniach. Jeszcze zapanował w Sejmie pisowski porządek, ale jeśli socjaldemokratom uda się uporządkować pojęcia w głowach wyborców – zostanie zrobiony krok o znaczeniu nie do przecenienia.

Lewica po odwołaniu Biejat zapewniała, że nie przerwie walki o sprawiedliwość społeczną, że debata o emeryturach nie była ostatnią, w której nie zawiodła. Trzymamy za słowo.

Smutny starszy pan

Przeczytałem ostatnio opinię prof. Jadwigi Staniszkis. Niezależnie od poruszanego tematu, zazwyczaj miałem odmienne spostrzeżenia od pani profesor. Nawet na studiach, niewiele wyniosłem z jej „cylindrycznego” opisu rzeczywistości. Tym razem jednak muszę się z panią profesor zgodzić. Jarosław Kaczyński chce zatrzeć złe wrażenie po „deformie” sądowniczej, ale boi się przyznać do błędu. Jak w napisach na łódzkich murach: ŁKS tak naprawdę lubi Widzew, ale nie wie jak zagadać.

W zeszłą środę spotkała mnie niemiła przygoda. Wracałem z poczty razem z małą Alą, lat 4. Podczas pokonywania przejścia dla pieszych, kiedy byliśmy w połowie drogi, tuż obok nas przejechało sobie auto, kompletnie na nas nie zważając. Zmroziło mnie. Rzuciłem za samochodem parę brzydkich słów. Zapamiętałem też, co było na aucie napisane. Na masce widniała informacja, że samochód należy do jednej z agencji piarowskich działających w Warszawie. Jeszcze tego samego dnia napisałem za pomocą fejsbuka do firmy, której auto było własnością, co sądzę o podobnym zachowaniu. Zadałem też na koniec retoryczne pytanie o to, czy postępując w ten sposób, firma od PR-u nie powinna najpierw zatroszczyć się o własny wizerunek, a dopiero później o cudzy, bo coś im chyba nie sztymuje. Po dniu odpisali. Konkretnie, odpisała właścicielka agencji. Przyznała się, że to ona prowadziła auto. Przeprosiła, ale jednocześnie…zrugała mnie za to, że nie miałem odblasków a przejście jest niedoświetlone, do tego w głupim miejscu, a jakby tego było mało, pasy na zebrze dawno już wyblakły. Rzeczywiście, to wszystko prawda. Podobnie jak to, że to ona przewiniła, a nie ja.

Obserwuję, co robi Kaczyński. A robi akurat niewiele. On uwielbia zarządzać przez kryzys. Często tak długo testował próg bólu Polaków dopychając kolanem idiotyczne propozycje, tylko po to, żeby finalnie się z nich wycofać. W przypadku ustawy o sądach powszechnych odnoszę wrażenie, że jest nieco inaczej. To nie on tokuje w mediach i w Parlamencie za pisowskimi ustawami. Robi to Ziobro, bo to oczywiste, w końcu sam te rzeczy pisał. Robi to też w bardzo dosadny jak na niego sposób, prezydent Duda. A Jarosław Kaczyński wymościł sobie tymczasem żoliborski Sulejówek i bierze na przeczekanie. Złośliwi powiadają, że usunął się w cień, ponieważ zmaga się z chorobą i nie ma siły na wojenki podjazdowe. Ja jednak myślę, że uciekł przed braniem na siebie pełnej odpowiedzialności, bo głupio mu się przyznać do tego, że trochę za daleko zaszło to wszystko, co sobie wcześniej przy obiedzie rozrysował na serwetce, kiedy w szale tworzył swój polityczny plan dla narodu. Mam wrażenie, że Kaczyński doskonale zdaje sobie sprawę, że to, co proponuje jego polityczne środowisko w kwestii niezawisłości sędziowskiej to zbyt daleko idący zamordyzm, i że jego zmarły brat nigdy by na to nie przystał. Jednakowoż fałszywie pojmowany honor i duma nie pozwalają mu powiedzieć: myliłem się, musimy zrobić parę kroków wstecz. Zresztą, nie jest Jarosław Kaczyński jedynym przykładem na to, że w polskiej polityce człowiek jest zakładnikiem swojej nieomylności. Większość z naszych polityków nie ma w swoim słowniku słów przepraszam, cofam to, co powiedziałem; większości z nich słowo na „p” więźnie w gardle, jak plwocina, której ni jak nie można się z siebie pozbyć.

Jadwiga Staniszkis w swojej diagnozie wspomina też, że gdy patrzy na Jarosława Kaczyńskiego, widzi człowieka opuszczonego i osamotnionego. I ja mam podobne spostrzeżenia. W cieniu samego siebie stoi starzec, zgorzkniały i przybity życiem, którego jedynym uczuciem wyższym które pielęgnuje, jest strach przed nim samym. Kiedy dociera do ciebie, że ludzie darzą cię szacunkiem głównie z obawy i lęku, to musi być…straszne.