Największa słabość PiS

Bezpieczeństwo to kluczowe pojęcie w gramatyce politycznej Prawa i Sprawiedliwości.

W 2015 roku Kaczyński i spółka zapewniali, że w przeciwieństwie do nieodpowiedzialnych aferałów z Platformy Obywatelskiej i nieznających życia lekkoduchów z lewicy, oni są w stanie zapewnić bezpieczną egzystencję w stabilnym kraju. Paliwem w tym temacie był przede wszystkim temat uchodźców, którym PiS zamierzał zatrząsnąć drzwi przed nosem. Ale ponowne rządy prezesa miały oznaczać również koniec afer w instytucjach publicznych i niekompetentnego zarządzania zasobami państwowymi. Platfomerskich „kolesi” zastąpić mieli nieprzekupni patrioci z twardymi zasadami etycznymi. Część wyborców oddała głos na PiS, bo oczekiwała sanacji życia publicznego. To oczywiście naiwna postawa, ale z drugiej strony – trudno dziwić się ludziom, że chcą żyć w uczciwym i bezpiecznym kraju.
Jeśli jest pole, na którym PiS rozczarował kompletnie tych, którzy na niego postawili, to jest to właśnie polityka bezpieczeństwa. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że zarządcy spółki Cenzin, strategicznego podmiotu skarbu państwa wchodzącego w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowe, przez pół roku nie mieli pojęcia, komu przelewają pieniądze. W czasach szeryfa Ziobry i control freaka Brudzińskiego do orżnięcia państwowej firmy handlującej bronią wystarczy wysłanie jednego e-maila, którego nadawca podał się za czeskiego dostawcę broni, informując o zmianie numeru konta. Zgodnie z wyjaśnieniami złożonymi przez biuro prasowe spółki, adres nie wzbudził żadnych podejrzeń, a więc pracownik działu finansowego dokonał korekty w systemie. W efekcie przez kolejne miesiące przelewy na łączną kwotę 4 mln złotych nie trafiały do czeskiego partnera, a…no właśnie, państwo PiS nadal nie ma pojęcia gdzie. Ale próbuje się dowiedzieć. Podobno sprawą zajęła się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Spółka poinformowała również, że został rozpoczęty audyt, który ma na celu ustalenie, jakie systemy zabezpieczeń będą potrzebne, aby zapobiec podobnym przykrościom w przyszłości. Ktoś zwrócił uwagę, że casus Cenzinu znajdzie się w prezentacjach i podręcznikach dla początkujących menedżerów podmiotów prywatnych i publicznych na temat niewiarygodnych, ale prawdziwych zaniedbań w zarządzaniu bezpieczeństwem.
W 2018 roku ofiarami „phishingu” padały głównie osoby starsze czy z jakichś powodów słabo zorientowane w świecie sieciowym. Teraz okazuje się, że w określonych warunkach politycznych, problem ten może dotyczyć również spółek skarbu państwa.
Najgorszą wiadomością dla PiS jest moment, w którym afera Cenzinu ujrzała światło dzienne. Partia, dotychczas dysponująca psychologiczną przewagą siły i pewności nad przeciwnikami, w ciągu ostatnich trzech miesięcy została mocno poturbowana. Mam tu na myśli zarówno gdańską tragedię, jak i kolejne afery: KNF, Taśmy Kaczyńskiego, KGHM, a także, co ma ogromne znacznie w kontekście pękającego mitu formacji zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa – aferę Misiewicza. Trochę o tym zapomnieliśmy, bo stało się to niemal w przed dzień publikacji nagrań z udziałem prezesa. Ale to właśnie sprawa aptekarza z Łomianek, który w arcypodejrzanych okolicznościach został szefem gabinetu politycznego ministra obrony narodowej, faceta o aparycji bywalca klubu Ekwador w Manieczkach, którego wyraźnie jarało, kiedy żołnierze Siły Zbrojnych stawali przed nim na baczność i który rozbijał się służbowymi furami po warszawskich dzielnicach rozpusty, to właśnie ta afera w zestawieniu z kuriozum w spółce Cenzin może stanowić najbardziej bolesny cios dla ugrupowania Kaczyńskiego w roku wyborczym.
PiS pokazał słabość na obszarze, po którym jego elektorat, szczególnie ten „twardy”, oczekiwał najwięcej. To może prezesa sporo kosztować, jeśli nie utratę władzy, to może brak możliwości samodzielnych rządów w przyszłym parlamencie.

Osobno a nie razem

Wśród politycznych elit trwają ożywione dysputy na temat tworzenia szerokiej koalicji mającej na celu odsunięcie PiS od władzy.

Utworzenie takiej koalicji niewątpliwie leży w interesie Platformy Obywatelskiej co umocniłoby jej rolę najważniejszego gracza w szeregach opozycji. Szeroka koalicja to także szansa dla ratującej się przed upadkiem Nowoczesnej oraz być może niektórych polityków z kręgu marginalnego koalicjanta uosabianego przez Barbarę Nowacką. Wątpliwa natomiast jest sensowność przystępowania do koalicji przez PSL i SLD. Jedynym argumentem na rzecz włączenia się w projekt PO jest obawa przed nieosiągnięciem progu wyborczego. Na którego progu oba te ugrupowania balansują. Jednak PSL już niejednokrotnie tak balansowało, również poniżej progu, a jednak zawsze wprowadzało swoich ludzi do Sejmu. SLD natomiast najwyraźniej boi się powtórki z ostatnich wyborów skutkujących brakiem parlamentarnej reprezentacji.
Pojawia się jednak pytanie, czy taki koalicyjny wariant jest korzystny dla lewicy. Start w ramach szerokiego opozycyjnego frontu mógłby wprawdzie dać poselskie mandaty kilku czołowym politykom SLD jednak już nie przedstawicielom struktur sojuszniczych. Chyba nie po to utworzono blok SLD Lewica Razem aby przyklejać się do prawicowej Platformy. Ponadto ewentualny start lewicy do spółki z blokiem prawicowo-chadecko-liberalnym mógłby dla lewicowych wyborców być na tyle niezrozumiały, że mógłby niemałą ich część odstręczyć od udziału w wybory. Pozostałej zaś części lewicowego elektoratu przypadłaby natomiast rola napędzania głosów liberałom i chadekom. Robiliby zatem za jeleni, które są wprawdzie pożytecznymi zwierzętami jednak niekoniecznie na okoliczność wyborów.
Niektórzy politycy lewicy dali sobie narzucić lansowaną przez Koalicję Obywatelską, jak to się ostatnio modnie mówi, narrację traktującą na równi wybory europejskie i krajowe. O ile w przypadku wyborów do Sejmu w ewentualnej szerokiej koalicji anty-PiS można by się od biedy doszukiwać jakiegoś racjonalnego uzasadnienia o tyle koncepcja wspólnej listy w eurowyborach jest pozbawiona sensu. Między oby tymi głosowaniami zachodzi bowiem istotna różnica. W wyborach do Parlamentu Europejskiego nie chodzi o uwalenie PiS, ponieważ ugrupowanie to nie jest w stanie zdominować Europarlamentu nawet gdyby w Polsce zdobyło 100 procent głosów, a to który z bloków będzie miał więcej europosłów ma znaczenie wyłącznie prestiżowe. Start do spółki z PO dla Nowoczesnej a zwłaszcza dla Barbary Nowackiej może być czymś w rodzaju gwarancji załapania się do Europarlamentu. Jednak już nie dla lewicowych koalicjantów SLD, których szanse na umieszczenie na biorących miejscach listy wielkiej koalicji są raczej minimalne. Można by co prawda wspólny start do Europarlamentu potraktować jak sprawdzian przed wyborami sejmowymi. Jednak efekty takiego sprawdzianu będą zerowe. Fakt ewentualnego załapania się kilku polityków lewicy na europejskie mandaty nie będzie oznaczał żadnej wskazówki co do strategii w wyborach do Sejmu. Co najwyżej może świadczyć o tym, że zachowawcza postawa zapewnia mandaty kilku preferowanym osobom. Przy czym nie jest powiedziane, że liczba lewicowych posłów z łaski PO byłaby większa niż w przypadku przekroczenia przez lewicę progu wyborczego. Natomiast samodzielny start dawałby możliwość rozeznania co do społecznego poparcia a zatem szans w ważniejszych niż europejskie wyborach do Sejmu co z kolei pozwoliłoby na opracowanie strategii działania na okoliczność wyborów parlamentarnych. Start ze wspólnej antypisowskiej listy możliwość taką wyklucza.
Do tej pory PiS narzucało tematy publicznej dyskusji powodując reakcję ze strony opozycji. Jednak przed wyborami europejskimi Platforma przejęła inicjatywę proponując dychotomiczny podział na tych, którzy chcą wyjść z Unii i tych, którzy chcieliby w niej pozostać. PiS zareagowało tak jak powinno odkurzając szmatę w postaci flagi UE oraz ogłaszając, że w życiu Unii nie opuści, gdyż Polska jest sercem Europy. Dzięki temu przeciętnego wyborcę nie wnikającego w autentyczność i prawdomówność deklaracji PiS postawiono przed dylematem osiołka: który żłób wybrać, ten z owsem czy ten, gdzie jest siano.
Na podobny podział dała się również złapać znacząca część lewicy przyłączając się do koalicyjnego chóru powtarzając, iż PiS chce Polskę wyprowadzić z Unii. Takie podejście nie wydaje się być do końca przemyślane. Wprawdzie Kaczyńskiemu i jego ekipie nie w smak jest unijne korygowanie antykonstytucyjnych decyzji, to jednak prawdopodobnie dostrzegają to, że z tej antypolskiej Unii płyną do nas jakieś pieniądze a współfinansowane przez UE inwestycje przyczyniają się do lepszego wizerunku tzw. dobrej zmiany. Biorąc pod uwagę pisowską retorykę a także kontakty z podobnie rozumującym siłami w Europie można dojść do wniosku, że PiS i jego zagraniczni sprzymierzeńcy bynajmniej nie chcą opuszczać Unii, lecz starają się kształtować ją na swoją modłę – chrześcijańską, ksenofobiczną i antyimigracyjną.
Tymczasem aby się na tle tego koalicyjnego chóru wyróżnić a także by zainteresować wyborców samymi wyborami lewica powinna promować bardziej oryginalne i zgodne z lewicowymi wartościami hasła niż lakoniczny slogan „Europa”. I nie udawać, że Unia Europejska jest wzorem doskonałości nie wymagającym reformowania oddając pole do mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki nacjonalistycznej prawicy. Wielu polityków i to nie tylko z antyunijnej prawicy dostrzega konieczność reformowania UE, lecz nie w kierunku chrystianizacji i nacjonalistycznej ksenofobii. Lewica powinna optować za bardziej demokratyczną i socjalną Unią, za Unią z bardziej ludzką twarzą. Powinna proponować ograniczenie uprawnień i kompetencji niewybieralnej brukselskiej administracji na rzecz zwiększenia decyzyjnej roli parlamentu Europejskiego, co pozwoli wyborcom zrozumieć, że eurogłosowanie ma jakiś sens.
Również w przypadku wyborów parlamentarnych nie wystarczy powtarzanie koalicyjnego hasła „Konstytucja”, które może być nośne i zrozumiałe głównie w kręgach liberalno-intelektualnych, które jednak nie stanowią większości wyborców. Lewicy natomiast powinno zależeć na pozyskaniu tych wszystkich, który nie tylko nie korzystają lecz wręcz tracą na polityce tzw. dobrej zmiany. A jak wiadomo jest ich nie mało. Rezygnując z samodzielnego startu w wyborach lewica pozbawia się dużej części swojej programowej tożsamości godząc się na rolę przystawki do posiadającej władcze ambicje Platformy Obywatelskiej. Argumentem na rzecz szerokiej opozycyjnej koalicji jest odebranie PiS-owi władzy. Cel ten można jednak również osiągnąć i wówczas, gdy ugrupowania opozycyjne osiągną w sumie taki wynik, który pozbawiłby PiS sejmowej większości. Dodatkowo taką szansę stwarza Wiosna Roberta Biedronia przyczyniając się, jak na razie, do utraty przez PiS sondażowych punktów procentowych. Dopiero po wyborach przyjdzie czas na wybór odpowiedniej taktyki w zależności od tego jaką ilość mandatów zdobędzie PiS wraz z przybudówkami. Jeżeli nie uzyska bezwzględnej większości, to znając talenty koalicyjne tej formacji można by oczekiwać utworzenia przez nią rządu mniejszościowego, którego pomysły mogłaby blokować opozycyjna większość bez wchodzenia w zinstytucjonalizowane alianse – tym bardziej przed wyborami. Są tego przykłady na świecie, wystarczy sobie poczytać i wyciągnąć wnioski.
Można wprawdzie w najnowszej historii znaleźć przykłady głosowania negatywnego, które dzięki mobilizacji całego spektrum politycznego uniemożliwiło zwycięstwo skrajnej prawicy. Były to jednak głosowania zero-jedynkowe na zasadzie alternatywy rozłącznej: albo-albo. Chodziło tu o prosty wybór między konkretnymi politykami, którym zjednoczona koalicja była w stanie uniemożliwić wygranie wyborów. Tak było we Francji w 2002 r., kiedy to Jean-Marie Le Pen przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. W związku z tym na jego prawicowego kontrkandydata Jacquesa Chiraca zagłosowała zgrzytając zębami francuska lewica. Drugi przykład mniejszego kalibru to ostatnie wybory wojewody w słowackiej Bańskiej Bystrzycy. Aby usunąć ze stołka dotychczasowego włodarza, przywódcę neofaszystowskiego ugrupowania Partia Ludowa Nasza Słowacja Mariana Kotlebę wszystkie pozostałe liczące się siły polityczne porozumiały się co do wystawienia w wyborach jednego kontrkandydata nie powiązanego z żadną partią. Taka mobilizacja miała sens i przyniosła zamierzony efekt. Kotleba przegrał wybory a jego następcą został bezpartyjny przedsiębiorca Ján Lunter. Jednak przedwyborcza sytuacja w Polsce jest bardziej skomplikowana co powinno wymagać bardziej wnikliwej analizy niż posługiwanie się prostymi, lecz pozbawionymi głębszej treści hasłami typu „Europa” i „Konstytucja”.

Dzień Zakochanych

…w PiS.

Tegoroczne Walentynki powinny być obchodzone państwowo. Jako święto elektoratu partii prawych i sprawiedliwych.
Dla wielu naukowców, miłość to przeżywanie własnych wyobrażeń na temat drugiej strony. Według tych teorii, kochanie to nieracjonalne uczucie bliskości – zbudowane na wtórnym przeżywaniu swoich własnych emocji – odczuwanych jako wyjątkowe, unikatowe.
Dowód miłości elektoratu, PiS dostało 25 października 2015 r., gdy uczucie wyborców osiągnęło poziom 37,58 procent głosów. I nie gasło. Gdy półtora miesiąca później Beata Kempa nie chciała drukować wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a przez ulice polskich miast przewalały się dziesiątki tysięcy osób protestujących przeciw łamaniu prawa. Zbiorowy kochanek obozu dobrej zmiany pałał doń uczuciem wyrażającym się 27,9 proc. sondażowego zaangażowania.
Im bliżej wiosny, tym płomień uczucia do PiS jął gorzeć mocniej. Zwłaszcza, że od 1 kwietnia miały ruszyć wypłaty 500 plus. Będące w oczach wyborcy PiS świadectwem szczerości uczuć partii dla jej miłośników. Miłość elektoratu uzyskała w marcu stan 38 proc. wg TNS. Ale nawet niemiły dla władzy IBRiS, z początkiem maja odnotował 33 proc. poziom uczucia.
A potem uczucie do PiS tylko rosło. Im bardziej media rozpisywały się o Misiewiczu, im więcej osób o jego kwalifikacjach wynajdywano na stołkach władz państwowych firm, im wyraźniej pokazywały telewizje jak doszło do złamania zasad demokracji sejmowej poprzez zamknięcie się PiS na głosowaniach w Sali Kolumnowej. A nawet gdy cała Polska stała jak wryta przy masowym wyrębie drzew spowodowanym przez prawo Szyszki, to elektorat kochał PiS coraz bardziej. I to tak, że w okolicach Walentynek 2 lata temu miłość ta osiągnęła, wedle IBRiS, 39 proc.
Chwilę potem doszło do czegoś, co miłującym bardziej Unię Europejską niż PiS pospólstwem powinno wstrząsnąć. Polska wystawiła przeciwko Tuskowi Sayusza-Wolskiego i przegrała głosowanie 27:1. Czyli uplasowała się na szybkiej ścieżce do polexitu. Zdawać by się mogło, że to wymarzona chwila dla pozostałych partii umizgujących się do pisolubnych wyborców. Ale stałość w uczuciu elektoratu Kaczyńskiego była wzorcowa i wyniosła zdaniem IBRiS 29 proc. Tylko po to, żeby w miesiąc później poszybować na 35 proc.
Gdy umiłowaną przez wyborców PiS Beatę Szydło zastąpił bankier. Gdy publika dowiedziała się, że wielodziesięciotysięczne bonusy ministrom „się należały”, gdy po ustawie o IPN Stany Zjednoczone przestawały nas lubić, a Komisja Europejska wytoczyła przeciwko łamaniu praworządności w Polsce artykuł 7, to miast spadać – zgodnie ze słowami szlagieru Ordonówny wybaczające wszystko – uczucie pisowskiego wyborcy rosło. Wyrażając się na początku 2018 roku wskaźnikiem ok. 40 proc.
Pogonienie sędzi Gersdorf i jej podeszłych w wieku kolegów oraz wybranie do KRS wielbicieli Ziobry, zajmowało latem uwagę mediów w równym stopniu jak pokazywanie demonstracji. Na nic się to zdało. Duda podpisał rozwalające Sąd Najwyższy ustawy. Miłośnicy PiS widać mieli wtedy tyleż wakacje, co wyjebane na sędziowskie dyrdymały. Sierpniowy wskaźnik miłości wyniósł więc w sierpniu 38 proc.
Potem była weryfikacja sondażowych deklaracji poprzedzona opowieściami o tym, że z Unii dostaliśmy szmal tylko na chodniki i enuncjacjami o wyimaginowanej wspólnocie. W efekcie zauroczenie wyborcy PiS okazało się być na poziomie niemal 35 proc. co udowodnił on w wyborach do sejmików wojewódzkich.
Ale prawdziwy test na stałość miłości elektoratu przyszedł teraz. 40 milionów łapówki od Czarneckiego, krociowe apanaże pań z zaplecza prezesa Glapińskiego, pisowska „mowa nienawiści” i brak nadzoru nad Stefanem W. jako przyczyny zabójstwa Adamowicza. No i jeszcze zapuszkowanie Bartłomieja M. I „taśmy Kaczyńskiego” pokazujące, że oprócz siedzenia i wymyślania strategii, ma też wiedzę i przymioty biznesmena, a oprócz tego ma banki, mogące na jego życzenie udzielać miliardowych pożyczek. Ludziom małej wiary zdać by się mogło, że taki zestaw jest w stanie schłodzić najgłębsze nawet uczucie. Tymczasem IBRiS zrobił swoje i orzekł, że miłość wyborców do PiS – mimo tego lub dzięki temu – kwitnie. Na poziomie 36,2 proc.
Psychologowie społeczni nic z tego nie rozumieją, bo ich zdaniem tzw. „efekt 500 plus” tego zjawiska też nie tłumaczy. I odsyłają pytających o te kwestie do nieistniejącej jeszcze grupy – psychiatrów społecznych.
Niesłusznie. Zachowania wyborców PiS tłumaczy tylko to, że szczerze kochają. Wszak miłość jest zbudowana na wyobrażeniach, wspomnieniach, przeżywaniu każdego kochającego. A każdy psychiatra powie, że przy głębokim uczuciu, prawda obiektywna jest mniej ważna niż wyobrażenia.
Dlatego pora przestać zadawać sobie pytanie co musi się wydarzyć, żeby sondaże zaczęły PiS spadać. W końcu psychiatria i psychologia uznają, że obiekt miłości jedynie może dawać powody, które pobudzają emocje – ale cały proces zakochania odbywa się w obrębie zakochanego. Tyle, że do pewnego momentu. Potem uczucie mija samo. Tak nagle, jak przyszło.

Dubois: „interesują mnie dowody”

„Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach” – z mecenasem Jackie Dubois rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Złożyliście państwo zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jakiego i wobec kogo?
MEC. JACEK DUBOIS: Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa oszustwa, którego mógł się dopuścić pan Jarosław Kaczyński. Miało ono polegać na tym, że w celu uzyskania korzyści majątkowej dla spółki Srebrna wprowadził w błąd naszego klienta poprzez wywołanie w nim przekonania, że zamierza zapłacić za usługę, którą mu zlecił.
W ten sposób doprowadził go do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez to, że nasz klient przez ponad rok pracował wykonując zlecenie o wartości, zgodnie z ustaleniami opartymi o ceny rynkowe, ok. 5 mln zł. Kwota ta nie została mu zapłacona.
Rozumiem, że została wystawiona faktura? Pojawiły się wątpliwości co do tej kwestii.
Ten czyn ma charakter bardzo złożony. W momencie kiedy nasz klient wykonał zlecenie, zaczął domagać się zapłaty. Wtedy wskazano mu podmiot, na który ma wystawić fakturę. Kiedy wystawił ją zgodnie ze wskazaniami, okazało się, że firma ta nie dysponuje środkami finansowymi i nie może mu zapłacić. Natomiast faktyczny zleceniodawca, czyli spółka Srebrna, oznajmił, że nie może zapłacić, bo faktura wystawiona jest na inny podmiot.

Faktycznym zleceniodawcą był Jarosław Kaczyński, a faktura została wystawiona na Srebrną?
Pan Kaczyński, powołując się na to, że jest uprawniony do podejmowania wszystkich decyzji związanych ze Srebrną, zlecił naszemu klientowi wykonanie pracy na rzecz Srebrnej, a następnie wskazał inny podmiot, na który ma być wystawiona faktura. Podmiot ten został utworzony przez Srebrną w celu realizacji inwestycji budowy dwóch wież i miał docelowo przejąć własność nieruchomości. W międzyczasie jednak pan Kaczyński wstrzymał tę inwestycję i do przeniesienia własności nieruchomości nie doszło. W konsekwencji podmiot, który miał realizować inwestycję i na który została wystawiona faktura, nie posiadał żadnego majątku. Nie mógł więc opłacić wystawionej faktury.

Czyli gdyby udało się wybudować wieżowce, to fakturę udałoby się zapłacić?
Ja nie wiem, co by było, gdyby. Pan Kaczyński chciał, żeby spółka Srebrna wybudowała wieżowce. On utożsamiał się ze spółką i przedstawiał się jako osoba, która w tym zakresie podejmuje wszelkie decyzje. On w imieniu Srebrnej dał konkretne zlecenie, które było realizowane, i on poszczególne elementy tego zlecenia odbierał.
Gdy nadszedł czas rozliczeń za wykonane etapy, wskazał, aby wystawić fakturę na spółkę, do której zgodnie z planem miała być przeniesiona nieruchomość.
Ta faktura została wystawiona i wówczas okazało się, że do przeniesienia własności nie doszło, bo wstrzymano inwestycję, spółka nie ma środków i nie może zapłacić.

Czyli pan Gerald Birgfellner pracował przez ponad rok dla Kaczyńskiego, a ten na koniec powiedział, że mu nie zapłaci?
Pan Kaczyński zapewniał, że zlecenie zostanie opłacone, ale po wystawieniu faktury zapłata nie została zrealizowana. To przypomina scenariusz filmu sensacyjnego.

Rozumiem, że nie ma pan wątpliwości, skoro podjął się pan sprawy, że zostało popełnione przestępstwo?
Ja nigdy nie mogę zastąpić sądu i nie wyrokuję. Tu decyzję zawsze podejmuje organ do tego powołany. Natomiast rolą prawnika jest zweryfikowanie, czy istnieją dowody pozwalające potwierdzić formułowane zarzuty.
Gdyby coś było ewidentnie „wzięte z powietrza”, to tym tropem prawnik podążać nie powinien, bo to by działało na szkodę klienta. Z informacji, które otrzymaliśmy od klienta, i dokumentów, które nam pokazał, jasno wynika, że praca była wykonywana i odbierana, a za pracę nie było zapłaty.
Zebranie tych okoliczności w całość pozwala przyjąć wersję, że prawdopodobne jest, że do zabronionego czynu doszło. Weryfikować to mogą jednak tylko organy ścigania i sądy, natomiast każdy obywatel, który ma podejrzenie, że doszło do czynu zabronionego, ma obowiązek zawiadomić o tym.

W Sejmie z ust rzeczniczki PiS-u Beaty Mazurek słyszeliśmy, że taśmy są dowodem, że prezes wykazał się wyjątkową uczciwością. Jak pan to skomentuje?
Taśmy są zapisem godzinnej rozmowy, będącej częścią zdarzeń trwających ponad rok.
Jeżeli ktoś ocenia sprawę na podstawie jednego nagrania, w momencie kiedy wie, że w prokuraturze złożone są dwie pękate skrzynki dokumentów, to znaczy, że mówi to, co jest mu wygodnie powiedzieć, a nie odnosi się do całości dowodów w sprawie.
Ja nie wiem, czy pan Kaczyński na co dzień charakteryzuje się wyjątkową uczciwością, natomiast w tej sprawie jasne jest, że zatrudnił człowieka, który poświęcił ponad rok swojego życia zawodowego dla zrealizowania jego wizji i za to nie dostał wynagrodzenia. Jeżeli według pani Mazurek tak wygląda uczciwość, to rzeczywiście może tak mówić. Ja się z tym nie zgadzam.

Czy ma pan wiedzę, czy nagrania są z całego roku pracy dla Kaczyńskiego?
Ja w tej sprawie jestem prawnikiem i reprezentuję mojego klienta w określonej sprawie karnej. Nie wchodzę w sferę polityki czy innych kwestii niż zlecenie.
Interesują mnie dowody i te złożyliśmy w prokuraturze.

Ale rozumiem, że nie miał pan wątpliwości po przeanalizowaniu dokumentów, żeby zająć się sprawą.
Wysłuchałem całej historii zdarzenia, którą mi przedstawił klient, zapoznałem się z dokumentami. Historia ta jest logiczna i spójna. Takie działanie może wyczerpywać znamiona ustawy karnej.
Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach.
Fakt wykonania zlecenia nie budzi wątpliwości, kwestia niezapłacenia za nie również. Pan prezes wprost przyznaje, że zlecenie było zrealizowane i nie zostało opłacone.

Co grozi za taki czyn?
Zgodnie z Kodeksem karnym przestępstwo oszustwa dotyczące mienia znacznej wartości jest zagrożone sankcją do 10 lat pozbawienia wolności. To jedno z najbardziej społecznie niebezpiecznych i typowych przestępstw, które paraliżuje gospodarkę, zaufanie między przedsiębiorcami, zaufanie do obrotu gospodarczego.
Proszę zwrócić uwagę, że często takie zachowania są przyczyną bankructw i ludzkich tragedii.

Czy partia może prowadzić działalność gospodarczą?
My nie rozmawiamy o partii, tylko o spółce, w imieniu której działa poseł. Natomiast ja jestem pełnomocnikiem w sprawie, w której zostało złożone zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa oszustwa. Nie jest moją rolą doszukiwanie się innych aspektów sprawy, bo wtedy stałbym się politykiem, a nie prawnikiem. Ja reprezentuję konkretną osobę w konkretnej sprawie. Od odpowiedzi na takie pytania są media. Moje pełnomocnictwo dotyczy wątku mojego klienta, któremu nie zapłacono ponad 5 mln zł.

Co dalej? Czekacie na ruch prokuratury?
Z naszej strony wszystko zostało już złożone. Teraz prokuratura musi się z tymi materiałami zapoznać i zakładamy, że w najbliższym czasie zostanie wszczęte postępowanie.

Głos prawicy

Prezes jest człowiekiem uczciwym

– Dożyliśmy czasów, w których powstaje afera ze słów Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który mówi o tym, że wszystko musi być zgodne z prawem. Tekst w Gazecie Wyborczej okazał się jednym wielkim niewypałem. Nie ma w nim dowodu na jakiekolwiek działania niezgodne z prawem polityków PiS lub Prezesa PiS – powiedziała Wicemarszałek Sejmu, Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek podczas briefingu prasowego.
Dodała, że z tekstu Gazety Wyborczej wyłania się obraz polityka orientującego się w sprawach ekonomicznych i prawnych, który bezwzględnie tego prawa przestrzega.
– Prezes PiS J. Kaczyński jest człowiekiem uczciwym, jest gotowy pokryć zobowiązania finansowe dopiero wtedy, gdy będzie ku temu podstawa prawna. Tak naprawdę ujawnia on to, jak PO rządziła w Warszawie. Najważniejszym aspektem jest jego wypowiedź o politykach Platformy, którzy odgrażali się, że nigdy nie pozwolą na powstanie takiej inwestycji – oznajmiła.
Przypomniała, że artykuł w Gazecie Wyborczej to kolejna odsłona wojny, jaką to środowisko prowadzi z Prawem i Sprawiedliwością.
Żródło: pis.org.pl

Prawe PiS

Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Prawa i Sprawiedliwości, Krzysztof Sobolewski wydał oświadczenie w sprawie „taśm Kaczyńskiego”:
W związku z publikacjami Gazety Wyborczej nt. rzekomych związków partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość z działalnością prywatnych podmiotów gospodarczych, uwzględniając komentarze w odniesieniu do rzeczonych publikacji, sugerujące czerpanie korzyści przez Prawo i Sprawiedliwość z tego typu relacji, tudzież inne niezgodne z ustawą o partiach politycznych działania, oświadczam, iż:
– Prawo i Sprawiedliwość nigdy nie przyjmowało korzyści majątkowych od osób prawnych;
– Prawo i Sprawiedliwość nie prowadzi, a także nie podejmuje w imieniu i na rzecz innych podmiotów, jakiejkolwiek działalności gospodarczej;
– Prawo i Sprawiedliwość restrykcyjnie przestrzega obowiązków sprawozdawczych, których skrupulatne wypełnianie potwierdzają coroczne uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o przyjęciu kolejnych sprawozdań finansowych bez zastrzeżeń.
Twierdzenia przeciwne oraz zarzuty niemające oparcia w stanie faktycznym lub prawnym spotkają się z reakcją prawną, w szczególności ze zdecydowaną ochroną dobrego imienia Prawa i Sprawiedliwości.
pis.org.pl

Ogórkowa już gotowa

TVP odcina się od informacji o prowokacji poprzedzającej atak na Magdalenę Ogórek:
„Pan Mikołaj Janusz, performer i dokumentalista, znany z prześmiewczych materiałów zamieszczanych w sieci, uczestniczył w proteście przed TVP, aby zarejestrować materiał do swojego, internetowego programu. Nie był tam wysłany przez Telewizyjną Agencję Informacyjną i nie reprezentował TVP” – czytamy w komunikacie TVP.
Telewizja publiczna oświadczyła, że „w swojej dotychczasowej działalności pan Janusz uczestniczył w kilkuset tego typu wydarzeniach, zawsze działając na pograniczu satyry i performance’u”.
„Podszedł do demonstrujących, tuż przed atakiem na Magdalenę Ogórek. Gdy puszczano melodię z czołówki „Dziennika Telewizyjnego”, Janusz włączył przez megafon inną piosenkę. Mówił też protestującym, że są opłacani przez George’a Sorosa” – opisuje Onet.pl.
Infi: dziennik.pl

Czy taśmy osłabią PiS?

Z Jakubem Majmurkiem, publicystą „Krytyki Politycznej” rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

Chyba już od dawna nie mówiło się tak dużo o Jarosławie Kaczyńskim. Obóz liberalny twierdzi, że opadła maska szczerego patrioty i zobaczyliśmy bezdusznego biznesmena. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość ustami swoich żołnierzy frontowych przekonuje, że prezes objawił się jako uczciwy polityk, Tadeusz Cymański posuwa się nawet do zadziwiającego stwierdzenia, że Kaczyński „jest bytem amaterialnym”. A czy tak naprawdę wraz z tymi taśmami dowiedzieliśmy się czegoś nowego o przywódcy PiS?
To zależy. Jeśli ktoś śledził uważnie historię Porozumienia Centrum, historię działalności Jarosława Kaczyńskiego i miał o niej wiedzę, którą czerpał z innych źródeł niż autobiografie Jarosława Kaczyńskiego, to nie dowiedział się niczego nowego. Znana była sprawa spółki Srebrna, znana była sprawa Fundacji Prasowej Solidarność, znaliśmy sprawę uwłaszczenia się środowiska Jarosława Kaczyńskiego na popeerelowskim majątku RSW Prasa Ruch, czyli głównego peerelowskiego koncernu, który skupiał większość wydawnictw prasowych w czasach PRL i który później został sprywatyzowany pomiędzy różne podmioty i Porozumienie Centrum było jednym z beneficjentów tego procesu. Wiedzieliśmy też, że były plany, aby spółka Srebrna postawiła w Warszawie wieżowiec i na tym zarabiała. Nie dowiadujemy się niczego zasadniczo nowego, jeśli śledziliśmy to, kim był Jarosław Kaczyński, jak prowadził politykę na zapleczu PiS-u i w jaki sposób dbał o to, by dla swoich przedsięwzięć politycznych budować finansowe zaplecze. Spółka Srebrna była przechowalnią dla polityków PiS w czasach, gdy ta partia nie miała władzy, albo kiedy w ogóle PiS-u jeszcze nie było.

Zapleczem w stylu Victora Orbana. Czy wybuch tej afery nie był właśnie świadectwem niepowodzenia implementacji modelu orbanowskiego nad Wisłą?
Tak. To, co się stało dowodzi, że istnieją media, które są w stanie iść na wojnę z tą władzą. To jest coś, co na Węgrzech już nie jest wyobrażalne. Być może było jeszcze realne na początku nowego cyklu władzy Orbana, powiedzmy do 2012 roku, ale dzisiaj już nie. Pokazuje to również, że PiS nie ma władzy w miastach, nie udało się jej zdobyć w wyborach w ubiegłym roku, co blokuje proces budowy pełnego finansowo-oligarchicznego zaplecza dla partii politycznej, jak sam Kaczyński mówi, konieczne do zbudowania tego wieżowca jest wygranie wyborów. Wybory nie zostały wygrane, a więc inwestycja nie powstanie.
Kto wygrał te kluczowe pierwsze 24 godziny po opublikowaniu taśm przez „Gazetę Wyborczą”? Obóz liberalny czy PiS?
Na razie jest remis. Po prawie 48 godzinach z bardzo delikatnym wskazaniem na stronę liberalną. Niepotrzebnie trochę nadmuchano atmosferę. Robienie na Twitterze zamieszania, że pojawi się materiał, która wysadzi PiS, zaszkodziło tej publikacji. Ludzie spodziewali się nie wiadomo czego – że pojawi się nagranie, na którym Jarosław Kaczyński zleca mord polityczny, albo coś w tym stylu.

Być może miało to narzucić pewną percepcję tego materiału?
To jednak przyczyniło się do pewnych oczekiwań, a okazało się, że to nie była bomba atomowa, jak to zapowiadano. Warto jednak zauważyć, że sporo osób związanych z prawicą, a nie związanych bezpośrednio z PiSem, jak np. Bartłomiej Radziejewski z Nowej Konfederacji, przyznaje, że może nie jest to bomba, ale na pewno nie jest to kapiszon. Podobało mi się określenie, które użył Tomasz Sawczuk w Kulturze Liberalnej, że jest to bomba, która jeszcze nie wybuchła, ale wybuchnąć jeszcze może. Ona sobie tyka cały czas. Ma ustawiony zapalnik czasowy i chociaż nie wiemy dokładnie kiedy ona wybuchnie, ale wysadzić PIS wciąż może.
Z pewnością to nie wydarzenie, które wywołało wielki szok społeczny, po którym od PiSu mogliby się zacząć odwracać wyborcy. Reakcja partii była taka, że doszło do zwarcia szeregów. Z programów programów telewizyjnych zaczęto wycofywać polityków. Sam Kaczyński do tej pory milczy. Ale faktycznie, politycy drugiego szeregu, dziennikarze, publicyści próbowali narzucić na Twitterze taką interpretację, że na tych taśmach nic nie ma, że to jest kapiszon. Wydaje mi się, że jednak, że do opinii publicznej zaczyna przenikać to, co jest w tym wszystkim w porządku. To są rzeczy, które nie sprawią, że pęknie nagle poparcie dla PiSu, że doprowadzi to do implozji, ale biorąc pod uwagę, że będą wyciekać kolejne informacje…

Mieliśmy aferę KNF, aferę Misiewicza.
Tych afer jest faktycznie bardzo dużo. Afera lekowa, afera KGHM z udziałem chrześniaka Adama Lipińskiego. Mamy kilka afer pisowskich, a jeżeli będą wyciekać kolejne informacje, a słyszeliśmy, że sejf z nagraniami prezesa Kaczyńskiego jest pełny i to nie jest jedyna taśma, jaką dysponuje Roman Giertych. Wydaje mi się, na co zwrócił uwagę Piotr Zaremba, a to może być bardzo ważny trop, że Kaczyński może czuć się osaczony osobiście. W tej sprawie został w zasadzie zdradzony przez rodzinę. Austriacki biznesmen, który ujawnił to nagranie, udał się po pomoc do Giertycha, to jest mąż córki kuzyna, tego słynnego pana Tomaszewskiego, powinowatego prezesa. Kaczyński dał się nagrać, a wydawało się, że jest politykiem nietykalnym, ponad wszystkim, do którego nic nie dociera, którego nie można uderzyć. Ale okazało się, że jednak można i ten cios przyszedł od rodziny.
Jarosław Kaczyński poczuje się teraz osaczony, będzie podejmował nieprzemyślane decyzje i będzie popełniał błędy?
Wydaje mi się, że prezesa łatwo jest sprowokować. Pamiętamy, jak krzyczał do posłów opozycji w Sejmie: jesteście kanaliami, zabiliście mojego brata. Nie wykluczam, że partia go w tej chwili pilnuje, aby nie pojawił się w mediach i nie zareagował nierozsądnie. Będzie jednak musiał prędzej czy później pojawić się w Sejmie. Opozycji łatwo będzie go sprowokować do gwałtownych ruchów. To jest bardzo ciekawe – tak się teraz czuje Jarosław Kaczyński. Wydaje mi się, że intuicja Piotra Zaremby może być celna.

Ale może taka była intencja obozu liberalnego. Na osobie prezesa skupił się też Jarosław Kurski, wicenaczelny „Wyborczej” w komentarzu do taśm. Może właśnie w ten sposób chce działać teraz opozycja – uderzać w Kaczyńskiego. Ale czy to może realnie osłabić PiS?
Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński jest tutaj postacią kluczową. To, że PiS jest partią, której lider skupia więcej władzy niż przywódcy innych ugrupowań jest faktem. Związki z biznesowym zapleczem, tutaj akurat ze spółką Srebrna, skupia się przede wszystkim w postaci Jarosława Kaczyńskiego. Myślę więc, że do uderzenie jest celne. PiS jest partią bardzo skłóconą i podzieloną wewnętrznie. Prezes trzyma to wszystko, stojąc ponad frakcjami, ponad szarpiącymi się buldogami, rozdziela ich stawiając siebie w roli autorytetu. Te nagrania mogą osłabić pozycje Kaczyńskiego w PiS. Afera pokazała, że prezes nie jest nieomylny, nie jest wszechwładny, że dał się rozegrać.

Czy PiS odstawi Kaczyńskiego na tylne siedzenie na dłuższy czas, uznając, że prezes jest kłopotem Prawa i Sprawiedliwości?
Na pewno w PiS są takie głosy, ale one są bardzo cicho artykułowane. Sam prezes to teraz zrobił. W roku wyborczym Kaczyński zostanie wycofany, jak jak to było w poprzednich wyborach. Front kampanii poprowadzi pewnie Morawiecki i kilka innych osób z kierownictwa rządu, niekoniecznie partii. Pytanie czy to będzie taktyczny manewr, który podmiotowo będzie robiony przez Kaczyńskiego, czy zbierze się grupa mocnych politycznie osób z partii, którzy powiedzą: no nie, panie prezesie, pan musi trochę ustąpić. Wydaje mi się, że dynamika wewnętrzna w PiSie jest taka, że wiele osób o tym myśli, ale chyba nikt nie ma odwagi tego zrobić. Pamiętajmy, że Kaczyński miał już bunty przeciwko sobie. PiS mu się kilka razy rozpadł. Powstała Polska Jest Najważniejsza, Solidarna Polska. I nikt o tych partiach dzisiaj nie pamięta. Ci ludzie albo wrócili do Kaczyńskiego i w ramach tego powrotu dostali gorsze warunki niż w sytuacji, gdyby zostali, np. Zbigniew Ziobro. Albo poszli do PO, albo ich nie na w polityce. To się każe zastanowić potencjalnym buntownikom.

Czy ta afera spowoduje, że Polacy zaczną postrzegać PiS jako partie aferałów? Może obywatele są już przyzwyczajeni do aferalnego charakteru każdego kolejnej władzy i będą nadal popierać partię Kaczyńskiego, bo ta przynajmniej dała im minimalną godzinową i 500 plus?

Na pewno wiele osób będzie w ten sposób myślało. Na pewno jest tak, że kolejne afery, taśmy uodporniły nas na szok spowodowany kolejną demaskacją. Takich afer było w ciągu ostatnich kilkunastu lat za dużo, by kolejna mogła spowodować gwałtowne tąpnięcie na scenie politycznej. Ale wydaje mi się, że istnieje też grupa wyborców PiS, którzy niekoniecznie głosowali na tę partią z przyczyn socjalnych, to nie jest dla nich decydująca kwestia, którzy niekoniecznie są też emocjonalnie zainwestowani w walkę z dżenderem i kwestię smoleńską. Dla nich kluczowa była obietnica sanacji życia publicznego. Zdawali sobie sprawę, że istnieje madrycka frakcja PiS z Hofmanem, są Misiewicze, ale jest też prezes, który jest ponad to i ma szanse stajnie Augiasza oczyścić, bo nawet jeśli trzeba czasami dać pokraść swoim kadrą, ale mimo wszystko PiS pracuje na rzecz tego, żeby się mniej dało kraść w przyszłości. Oni teraz mogą się zacząć zastanawiać, czy to była dobra diagnoza i czy powinni pozostać przy PiSie. Nie oznacza to jednak tego, że pójdą głosować na opozycję, którą uważają za ugrupowanie jeszcze bardziej skorumpowane, nie będzie też gwałtownego odpływu wyborców, ale to może do jesieni przełożyć się na taki odpływ, który może kosztować PiS samodzielną większość w przyszłym parlamencie.

Kto jest największym zwycięzcą tej rozgrywki? Roman Giertych?
Roman Giertych, ale też Jan Śpiewak, którego sprawa wyciągnęła z przedwczesnej emerytury, na którą się sam odesłał. Okazało się, że jest poważnym graczem, z którym liczy się człowiek posiadający największą władzę polityczną. I to właśnie Jan Śpiewak powstrzymał tę inwestycje. A Giertych rzeczywiście wyrasta na jednego z głównych wrogów PiS. Ta afera zrobiła mu na pewno ogromną reklamę jako adwokatowi.

Mówi się, że ma ochotę na ministra sprawiedliwości w przyszłym rządzie PO.
Pojawiają się takie plotki, ale nie wiadomo czy Giertych będzie chciał zaryzykować przekuć te ogromną popularność na rzecz kariery politycznej. Moim zdaniem on na ambicje aby do polityki wrócić i odgrywać w niej znaczącą rolę. Na pewno widzi dla siebie miejsce i wysoko ocenia swoje szanse. Duża część liberalnej opinii publicznej wybaczyła mu grzechy z dawnych lat. Nie wiadomo na ile szczera jest jego zmiana poglądów. Trudno powiedzieć czy zaryzykuje start w wyborach, ale jeśli Platforma wygra, to pewnie będzie starał zakręcić tak wokół rządu koalicyjnego by dostać w nim jakąś funkcje. A też ma w sobie osobistą chęć ukarania PiSu, a też potrafi budować PR skutecznego prawnika, to sporo osób w PO może myśleć: dajmy mu to ministerstwo, on ich pogoni i rozliczy.

Bigos tygodniowy

„Czy PiS może wygrać wybory?” – tak brzmi tytuł jednego z artykułów z przedostatniego numeru propisowskiego tygodnika „Do Rzeczy”. Jak prawdziwy galernik-masochista przeczesuję co tydzień najważniejsze media tego nurtu, ale wystarczy tylko przytoczyć ten tytuł, by dać czytelnikom wyobrażenie nastroju, jaki zaczyna coraz bardziej narastać w znaczącej części pisowskich mediów. Oni jeszcze się śmieją, ale coraz częściej przez łzy. A przecież ten tytuł powstał jeszcze przed zatrzymaniem „Misiewicza-Pisiewicza” oraz medialnym ujawnieniem „taśm Kaczyńskiego” i „afery Srebrna”. Tylko w TVPiS, którego przekaz jest adresowany do najszerszych kręgów pisowskiego ludu, bezwzględnie obowiązuje urzędowy optymizm. Jedna oczywista oczywistość wynika z tych nagrań: gadanie o „chińskim murze” między spółką Srebrna a prezesem PiS można między bajki włożyć. W zdartych butach czy pomiętym garniturze, jest tak czy owak nadprotektorem politycznym tego szemranego biznesu. W tej sprawie wszystkie ścieżki prowadzą na Nowogrodzką.

Mecenas Robert Nowaczyk zeznając przed komisją Jakiego opowiedział nie tylko wiele ciekawych szczegółów z życia ulicy Srebrnej i o machinacjach pisiorskich namiestników służb specjalnych, ale także o pijanych pocałunkach z psem, odstawianych w pozycji na czworakach przez obecnego koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Nie całowanie się z psem jest jednak problemem. Całowanie się z psem w ogóle nie jest problemem. Jest nim fakt, że osoba pełniąca niezwykle ważną funkcję związaną z ochroną bezpieczeństwa państwa ma mózg o fizjologii tak bardzo bezbronnej w konfrontacji z alkoholem. To źródło potencjalnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Ja nie żartuję ani trochę.

Pożal się Boże – ministerium kultury Glińskiego i Sellina zastosowało szantaż w stosunku do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku i zapowiedziało radykalne zmniejszenie obiecanej dotacji. Niezwykle skuteczna krawcowa z Gdańska Patrycja Krzymińska, ta sama, która zebrała dodatkowe 16 milionów złotych do ostatniej puszki Pawła Adamowicza, zebrała także brakującą kwotę i to z naddatkiem. Miejmy nadzieję, że wyżej wspomnianych – pożal się Boże – dżentelmenów od kultury po pisowsku wystarczająco to upokorzyło, a może i otrzeźwiło, uświadamiając im, że w razie potrzeby „kulturalny naród sam się wyżywi”, bez pomocy ich zakichanego resortu.

Robert Biedroń wystąpił na warszawskim Torwarze – z wielkim rozmachem, ze swoją inicjatywą polityczną, której nadano nazwę „Wiosna”. Pod literą i duchem jego programu chętnie podpiszę się obiema dłońmi. Zaklinam tylko Roberta Biedronia, którego darzę ogromną sympatią i uznaniem, na wszystkie świętości, aby baczył, by ta jego inicjatywa w konsekwencji nie przedłużyła faszyzujących rządów Kaczyńskiego i jego kamaryli.

Powstała kolejna inicjatywa komitetu na rzecz świeckości państwa. W składzie komitetu znaleźli się przedstawiciele kilkudziesięciu organizacji, w tym Kongresu Świeckości, a także partii politycznych: SLD, Partii Razem, Zielonych, ugrupowania Wolność i Równość oraz Inicjatywy Feministycznej.

Wszyscy zajęci są niedoszłą „K-Tower” przy Srebrnej (Duck-Tower, jako to określił Władysław Frasyniuk). Tymczasem bliżej centrum stolicy powstaje „Nycz Tower” arcybiskupstwa warszawskiego, kto zaręczy, że czy nie zainicjowana w nie mniej szemranych okolicznościach niż ta niedoszła?

Jeśliby jednak tak na aferę Srebrnej spojrzeć – by tak rzec – filozoficznie, abstrahując od wszelkich powszechnie znanych konotacji i z maksymalnie wysoko szybującego drona, to można by postawić pytanie: co to za dyktator z tego Kaczora, że rządząc przeszło trzydziestomilionowym krajem, nie jest w stanie doprowadzić do budowy dwóch głupich 49-piętrowych wież.

Jeszcze co do afery Srebrnej. Pisiorska propaganda czepiła się określenia, że to nie bomba, ale „zmoczony kapiszon”. Niech się tak pocieszają i uspokajają swój elektorat, skoro taką mają potrzebę, ale po co w takim razie grożą procesami tym, którzy rzecz ujawnili? No to w końcu – „kapiszon” czy „zniesławienie”? No i skąd grożenie procesami za naruszenie dóbr osobistych i zakwestionowanie uczciwości Prezesa, skoro wspomniane nagrania są podobno dla niego – jak twierdzą pisiory z Terleckim (nie mylić z psem, z którym całował się Mariusz Kamiński) na czele – „laurką” i świadectwem uczciwości? Ta chwiejna taktyka obrony nie rządzi się żadną normalną logiką.

Paweł Olechnowicz, współtwórca sukcesu „Lotosu” został zatrzymany przez CBA pod straszliwymi zarzutami, a następnie ot tak sobie zwyczajnie wypuszczony. Za te szemrane, bezprawne zatrzymania, których inspiratorzy grają ludzką wolnością i godnością jak tanimi fantami, ktoś powinien w przyszłości ciężko odpokutować. Są przecież podpisy na wydawanych decyzjach.

Magdalena Ogórek została skrzyczana przez demonstrujących pod siedzibą TVP przy placu Powstańców Warszawy. Przypomniano jej między innymi, że jest „kłamczuchą”. Policja już przesłuchuje uczestników zajścia. Nadwiślańskich nazioli bijących i kopiących kobiety, które zasiadły na drodze tzw. marszu niepodległości 11 listopada 2017, policja szukała długo, po czym pisowska prokuratorka sprawę umorzyła pod groteskowym pretekstem.

PiS, które zrezygnowało ze z góry przegranej walki o prezydenturę Gdańska, oddało pole trzem ciekawym kontrkandydatom Aleksandry Dulkiewicz: „Czerwonemu Korsarzowi”, chuliganowi, który atakuje turystów, pewnemu bezrobotnemu oraz wielkiemu reżyserowi Grzegorzowi Braunowi, twórcy wiekopomnego arcydzieła dokumentalistyki, „Zamachu Smoleńskiego”. Najbardziej do Gdańska pasuje „Czerwony Korsarz”. Czy to ten z powieści Jamesa Fenimore Coopera?

Niech żyje V RP

Bo IV RP już pokazała, na co ją stać. Państwo z kartonu nie działa prawidłowo w praktycznie żadnej dziedzinie.

W łoskocie kamieni rzucanych w dinozaury, w hałasie wymyślonych seksafer i łamanych łóżek, w jazgocie wrzasków i pomówień, walą się bliźniacze wieże IV RP, w którą już nikt nie wierzy.

Tutaj już nikt nie wierzy w cokolwiek.

Kościół zajęty deweloperką nie ma czasu i ochoty odnaleźć i potępić księży gwałcących dzieci.
Bratanica żyjąca w cnocie, po raz trzeci przed ołtarzem ślubuje wierność i uczciwość małżeńską. Wuj w ubóstwie żyjący, w butach schodzonych kuśtykając, miliardami obraca.
Bezdomny na ulicy życie kończąc, w akcie ostatniej woli luksusowe samochody, na potrzeby kultu religijnego, zakonnikowi bez grosza przy duszy, pod pałac podstawia.

Z tragicznej katastrofy

ukryty zamach zrobili, a zamach jawnie polityczny w atak choroby próbują zamienić.
Policja zapracowana, prawo otwarcie łamiąc, na lewych zwolnieniach przebywa, a jeśli już do pracy wróci, marsze bandytów ochrania.
W szkołach publicznych więcej lekcji religii niż biologii i historii. Kobiety strachem, groźbą, przekupstwem i kłamstwem do dzieci rodzenia zmuszać wciąż próbują. Sekciarski Instytut ludzkimi sumieniami zarządza.
Premier kwiaty na grobie morderców i renegatów składając, po raz kolejny kłamie z mównicy.
Ten co skarżące się głosy zygot z zamrażarki usłyszał, głosów już urodzonych dzieci i kobiet gwałconych bezkarnie nie słysząc, głosuje za, choć się nie uśmiecha.
Bankierzy na telefon miliardy wybranym rozdają, a za niezapłaconą ratę 15 zł staruszce komornik resztę renty odebrał.

Albo zbudujemy

całkiem inną, nową Rzeczpospolitą, albo nie zostanie tu kamień na kamieniu.

Gang Jarsena

Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury wielokroć publicznie wzywał filmowców polskich, aby wreszcie nakręcili „wielki, hollywoodzki film o najnowszej, chwalebnej historii Polski”.
Nie przypuszczał pewnie, że oto gotowy scenariusz wpada mu do ręki. Super produkcji pod roboczym tytułem „Srebrne wieże”.
Jest tam przecież wszystko co „hollywoodzkiej” produkcji potrzeba. Władca światowego mocarstwa, skłócona rodzina, wielkie pieniądze, wielkie plany, wielkie namiętności, tajne intrygi i podstępna zdrada. Nie ma jedynie seksu i happy endu. Ale to zdolny scenarzysta dopisze.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław Kaczyński wsłuchiwał się w polskie przysłowia, które są przecież mądrością narodu polskiego, to swoich kuzynów Tomaszewskich omijałby szerokim łukiem. Bo każdy prawdziwy Polak wie, że z rodziną, to najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław Kaczyński zachowywał się jak prawdziwy polski szlachcic, do czego już samo nazwisko zobowiązuje, to przecież nie brudziłby sobie rąk deweloperskimi geszeftami. W konszachty z obcym, niepolskim biznesem nie wchodziłby. Od tego polski pan prezes powinien mieć swych zarządców i fornali.
A on, jakby jakimś Żydom pozazdrościł. Rockefellerem, Trumpem albo innym Poroszenką zachciał sobie zostać. Oligarchię finansową w Ojczyźnie naszej, na korzeniu rodów Kaczyńskich- Tomaszewskich, zasadzić. Niepokalane dziedzictwo ojców – Sarmatów przekupczyć. Wstyd i sromotę sprowadzić.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław słuchał co jego premier, pan Morawiecki młodszy, niedawno mówił w położonym na terytorium polskim niemieckim obozie śmierci, to pewnie zapamiętałby, że wszyscy Niemcy to genetyczni naziści. Złoczyńcy.
A Austriacy to przecież zakamuflowani Niemcy. Każdy prawdziwy Polak to wie.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław słyszał słowa Saddama Husajna, też prawnika i polityka jak pan prezes, też władcy kiedyś w Iraku z kolan powstałego, to usłyszałby, że dobry zięć to rozstrzelany zięć.
Ech, gdyby pan prezes Jarosław zainwestował w dobre „szumiała”, zamiast wyrzucać te miliardy złotych w błoto, czyli w telewizję pana prezesa Jacka Kurskiego, to nie zostałby nagrany przez swego przyszywanego zięcia, zakamuflowanego Niemca.
Nie zostałby zdradzony o świcie. I byle wróg nie dowiedziałby się by się z podstępnych nagrań jak to Polak Austriaka wydymał.
Pan prezes Jarosław Kaczyński nie ma konta bankowego. I nie musi. Wystarczy, że ma bank do własnej dyspozycji. I prezesa banku na telefon.
Teraz już wiemy dlaczego elity PiS tak silnie postulowały „repolonizację banków” i odkupiły PKO SA. Wiemy już, że pan prezes to człowiek rodzinny, preferujący program „Rodzina na swoim”. Że skoro ma dwóch kuzynów Tomaszewskich, to dwie wieże chciał wybudować. Każdemu po jednej, aby umiłowana zgoda w rodzinie była.
I wszystko się zwaliło przez totalną opozycję i Bronisława Komorowskiego. On to ziarno zatrute w Polsce zasiał. On chodził i radził „Weź kredyt, zmień pracę”.
No to pan prezes kazał kupić bank, żeby mógł wziąć kredyt i zmienić pracę jak Rockefeller.
Ale potrzebnej jeszcze „wuzetki” kupić mu nie mogli. I zamiast srebrnych wież, wyrósł chytry zięć- Austriak, który dymany być nie chciał i zdradził pana prezesa za srebrniki mecenasa Giertycha.
I co ? Jest materiał na scenariusz panie premierze – ministrze Gliński?
Może nie na „Braveheart. Waleczne serce”, ani na „Krzyżaków”, ale na „Gang Olsena” na pewno wystarczy.
Ja cię nie mogę.

Bigos tygodniowy

Do niedawna kolejna afera PiS pojawiała się co tydzień, ale od poniedziałku rytm uległ przyspieszeniu na codzienny. W poniedziałek CBA zatrzymało pod zarzutami korupcyjnymi młodego ekspomocnika z apteki „Aronia”, którego nazwisko dało początek głośnemu epitetowi „Misiewicze-Pisiewicze”. Sam wybór momentu zatrzymania wygląda jednak na próbę przykrycia niedobrej ewolucji obrazu władzy PiS po zamordowaniu Pawła Adamowicza. Wczoraj natomiast ujawnione zostały przez „GW” „taśmy Kaczyńskiego”, stawiające prezesa PiS w zupełnie nowym świetle. Czy „taśmy Kaczyńskiego” rozpętają aferę o skutkach podobnych do „Sowy i przyjaciół” i czy politycznie pogrążą PiS, to się dopiero okaże.

Kaczor zaskrzeczał po raz pierwszy publicznie od zamordowania Pawła Adamowicza. Określił mord z 13 stycznia jako „nadzwyczajne wydarzenie, które nie powinno mieć miejsca”, choć w polszczyźnie słowo „nadzwyczajne” odnosi się zwyczajowo do spraw pozytywnych. Użył też frazy, że to było „zdarzenie nadzwyczajne, które nie powinno mieć miejsca”. Tak to można by określić sytuację, gdyby Kaczor publicznie narobił w gacie, a nie krwawą zbrodnię.

„Platforma Obywatelska mnie torturowała. Dlatego zginął Adamowicz”. Wcześniej deklarował wyniesienie się z Gdańska do województwa, w którym rządzi PiS i Kaczora – dyktatorem. To pisiorom za mało na motywacja polityczną?

„Człowiek wolności 2018” braci Karnowskich i – pożal się Boże – minister kultury Gliński nie pierwszy już raz odsłonił lichy stan swoich nerwów i wyszedł ze studia RMF FM, bo dziennikarz ośmielił się zadać mu niewygodne pytanie. „Nie da się obronić zachowania Glińskiego. Kolejny już raz reaguje niemal furiacko na niewygodne pytania czy krytykę Ponosi go regularnie. Nie panuje nad emocjami, nie toleruje krytyki, nie ma do siebie najmniejszego dystansu” – napisał nawet dziennikarz prorządowego „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski. Pan – pożal się Boże minister kultury – Gliński nie od wczoraj znany jest z nadmiernej pobudliwości, także przed kamerami i mikrofonami. Powinien zażyć – co najmniej – nervosolu.

PiS strasznie histeryzuje wobec perspektywy nabycia – ujmując rzecz w skrócie – Radia Zet przez George’a Sorosa. Reakcje po stronie władzy są sprzeczne, od buńczucznych pogróżek w stylu, że „nie będzie Soros pluł nam w twarz”, po bezradne rozkładanie rąk, że nic się tu nie da zrobić. Orbánowi udało się wygnać Sorosa z Węgier. Czy Kaczyńskiemu uda się zabronić mu wstępu do ważnego segmentu polskiej radiofonii?

Dominikanin o. Ludwik Wiśniewski został kolejnym szczególnie znienawidzonym wrogiem PiS i ich szczujni. Pobożni Karnowscy aż się gotują ze złości. Ich ksiądz-redaktor Henryk Zieliński powiedział, że przeraził się wyrazu oczu o. Ludwika.

Zabójca Pawła Adamowicza, Stefan W. miał przed wyjściem z ZK w Gdańsku-Przeróbce powiedzieć wychowawcy, że chciałby, aby Kaczyński został dyktatorem. Wariat czy pisowiec? To rzeczywiście – nomen omen – przeróbka.

Resort kultury cały w nerwach. Nerwusowi Glińskiemu sekunduje jego zastępca Sellin, który zaatakował prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka za obwinienie PiS o nagonkę na Pawła Adamowicza. Również zalecam nervosol. Co najmniej.

Niektórzy delegaci opozycji dali się zaprosić Morawieckiemu na spotkanie. Dymisji szefa TVPiS jednak nie uzyskali, więc tylko stracili czas.

Abepe Gądecki powiedział w jednym z mediów, że takich zabójstw jak to w Gdańsku, będzie więcej. Kler wie co mówi. W końcu robi na froncie mowy nienawiści.

Tarczyński doniósł na Nergala do prokuratury za „Jezusa na penisie”. No jasne, Tarczyński jak zwykle z łapą na własnym kroczu, próbuje coś tam wymacać.

Na biurze PiS w Skierniewicach zawieszono kartkę z napisem „Mordercy” i organa ścigania już intensywnie działają, a jakże. Ale już w sprawie wizerunków eurodeputowanych na szubienicach, aktów zgonu prezydentów miast czy kobiet pobitych przez bydlaków z Marszu Niepodległości organa okazały się totalnie nierychliwe.

Ekipa TVPiS wdarła się po chamsku do gdańskiego Ratusza. Czyżby znów awanturny, niechlujny i nietrzeźwy szczuj Sitek?

Elżbieta „Coś tam, coś tam” Kruk z Rady Mediów Narodowych powiedziała, że TVP jest okej. I jeszcze coś tam, coś tam.

A poza wszystkim. Czym jest PiS? Z formalno-prawnego punktu widzenia, to zarejestrowania partia polityczna. Z punktu widzenia społecznego, kulturowego, mentalnego, PiS to zgrupowanie ćwierćinteligencji, katolickiego kołtuna polskiego, tego samego o którym pisali poeci Gałczyński i Tuwim. Naftalina.

Magdalena Adamowicz powiedziała w wywiadzie prasowym, że poprosiła organizatorów poglądów, aby zdjęli jej z oczu nie wiadomo po co przybyłych na pogrzeb jej męża – Dudę, Morawieckiego i Glińskiego. To przecież ich media zaszczuły jej męża, więc nie sposób się jej dziwić.