Wieszający pielęgnatorzy tradycji

Dzięki dotacjom ministra Glińskiego patriotyczni rekonstruktorzy, jak będzie potrzeba polityczna, to pokażą, jak pod Grunwaldem wygrywają Tatarzy.

Za parę miesięcy, po szczepieniach, z kopyta ruszą festyny w ramach najróżniejszych obchodów. Te zaś w najbardziej nawet zabitej dechami miejscowości nie mogą się odbyć bez rekonstrukcji historycznej.
Czeka nas zatem oglądanie bitew ze wszystkich epok, szturmy zamków. A nawet uczestniczenie w życiu codziennym w osadach wikingów i turniejach rycerskich. Ale nade wszystko będziemy mieli okazję zostać porażeni polityką historyczną obecnej władzy. I to w najkrwawszej wersji.
Pal licho fakty
Parę lat temu wrocławianie mogli niemal co tydzień oglądać jakąś historycznie rekonstruowaną egzekucję. W tym i takie które wyglądały zupełnie inaczej niż starali się to przekazać miłośnicy historii. Pokazali jak rozstrzelano Danutę Siedzikównę „Inkę” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Rozstrzeliwali ich uczniowie liceum oraz pluton egzekucyjny Grupy Historyczno-Edukacyjnej „Młot”. Nikomu nie przeszkadzał taki drobiazg, że „Inka” i Zagończyk zginęli w piwnicy więzienia w Gdańsku. Ważne żeby był huk i padł trup. Najważniejsze bowiem, by widzowie byli usatysfakcjonowani. A organizatorzy wydarzenia zapłacili i zaprosili przebierańców po raz kolejny.
Choć w przypadku Wrocławia i to nie jest konieczne. Bo wystarczy nawiedzony historycznie nauczyciel podstawówki, który będzie chciał odegrać scenę egzekucji uczniów ze „szkółki polskiej” z Breslau. Pan osobiście wcielił się w esesmana, a najmłodsze dzieciaki z podstawówki odgrywały role rozstrzeliwanych.
Badacze fenomenu grup rekonstrukcyjnych zauważają, że ostatnie lata zaowocowały znacznym przesunięciem się zainteresowań historycznych rekonstruktorów. Rozpoczęło się to jeszcze za pierwszych rządów PiS, a potem było nadmuchiwane przez odznaczenia państwowe masowo wręczane przez Lecha Kaczyńskiego w czasach jego prezydentury.
Jednak to Marsz Niepodległości z 2011 roku, stał się jak gdyby aktem pasowania rekonstruktorów na Prawdziwych Polaków. Bo po tym jak Niemcy z „antify” na nich napadli, poczuli, że są awangardą polskości i strażnikami pamięci historycznej. W tym przekonaniu utwierdził przebierańców Jarosław Kaczyński, który w jednym z przemówień określił ich mianem filarów ruchu patriotycznego.
Patriotyzm rekonstrukcyjny, nie mógł zatem tkwić w czasach średniowiecza, czy nawet powstań narodowych. Wymagał przecież jasnego określenia „nas” jako ofiar i „ich” jako oprawców. Do tego zaś najlepiej nadawały się rekonstrukcje wybranych sytuacji z II Wojny Światowej i pierwszych lat powojennych. Nieprzypadkowe sytuacje. Źli mieli być Niemcy, Ukraińcy, Sowieci i – oczywiście – komunistyczna władza.
Czerwoną hołotę
Ponieważ najbardziej złą rzeczą jest mordowanie niewinnych, to najmodniejszymi rekonstrukcjami stały się masowe mordy, rzezie i egzekucje.
W Radymnie odegrano rzeź wołyńską. Kobiety i dzieci krzyczały. Karabiny strzelały, a trup ścielił się gęsto. I to taki zabijany kosami, widłami, sierpami i siekierami. A na koniec, zebranej gawiedzi, zademonstrowano jak palą się makiety chałup.
W Wólce Milanowskiej pod Nową Słupią w ramach rekonstrukcji, wybudowano wielka szubienicę, na której ustawiono 13 osób i założono im pętle na szyje, resztę przysłoniła kotara. To w tamach rekonstrukcji „Rozkaz: Zabić Polaków” przygotowanej przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Jodła”. Show uświetniał obchody rocznicy prawdziwego mordu z 7 lipca 1942 roku.
Szef „Jodły” Dionizy Krawczyński opowiadał potem mediom: „Pokazaliśmy, kto jest katem, a kto ofiarą”. Bo bez szafotu nikt pewnie by nie wiedział.
Sędziszów to też Kielecczyzna. Tam właśnie rozgrywano akcje „Ostatniego Semafora” rekonstrukcji wydarzeń z 1944 roku. Kiedy to Sędziszów został otoczony żandarmerią i gestapowcami. Potem była obława, a następnie ciężarówki wywiozły 30 zatrzymanych osób, które rozstrzelano w Piotrkowicach i Chmielniku. Jednak inscenizacja wymagała, aby wystąpiła jedność czasu i miejsca, więc rozstrzelano aresztowanych na miejscu.
W Samsonowie – też od Kielcami – rekonstruktorzy też pokazali rozstrzelanie. Pluton egzekucyjny, huk, padające ciała, a potem wynoszenie zwłok zabitych. Dzieciom się to nader podobało.
Tak jak wcześniejsza rekonstrukcja Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w ramach której swołocz z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej wyrzuciła zakonnika z okna, a jednego z powstańców przeciągnęła po bruku na linie przywiązanej do motocykla.
Zresztą warszawskie rekonstrukcje też nie są gorsze. Bo można na nich było zobaczyć jak żołnierze niemieccy gwałcili Polki, a przy okazji powiesili też ks. Józefa Stanka.
Czyrak
Jak nie ma powstania ani spektakularnej egzekucji, to zawsze można wymyślić to, co w Strzyżowie wykoncypowali i zrealizowali rekonstruktorzy z Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych X D.O.K. oraz Strzyżowskiego Teatru „Prima Aprilis”, którzy zaprosili mieszkańców Strzyżowa i okolic na rekonstrukcję historyczną – likwidacja kolaboranta kryptonim „Wrzód”.
Harcerki i harcerze z Patrolu Rekonstrukcji Historycznej Szczepu „Puszcza” Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej z udziałem członków Stowarzyszenia Ochotniczy Oddział Kawalerii w barwach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich rekonstruowały w Pionkach kawałek wojny. Chodziło o atak AK na tamtejszą fabrykę prochu. Jeden z partyzantów ginie, drugi jest ranny w głowę. A inni wydani przez kolaboranta są rozstrzelani. Młodzież się do widowiska przyłożyła. Nie mogło być inaczej bo odbywało się to w ramach projektu „Wzór patriotyzmu i oddania ukochanej Ojczyźnie”, który został wsparty finansowo przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Gminę Miasto Pionki oraz Starostwo Powiatowe w Radomiu.
Gdzie najlepiej rekonstruować wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r? Oczywiście w Gryficach. No to by pociąg z gwiazdą i sztandarem ZSRR, były strzały, płacz i krasnoarmiejcy.
Znacznie ciekawsza była jednak rekonstrukcja historyczna pacyfikacji Woli Zarczyckiej, w której Niemcy na placu szkolnym kazali przez 10 godz. leżeć kilkuset miejscowym mężczyznom, aby potem 76 z nich najpierw skatować, a potem zastrzelić.
Nie zawsze jednak rekonstruktorzy historyczni biorą udział w rekonstrukcjach. Czasem defilują jak na corocznej Krajowej Defiladzie Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. A szkoda, mogliby przecież wpaść na Podlasie i przypomnieć kilka chlubnych kart swojej działalności. Ze szczególnym uwzględnieniem jednego z oddziałów Łupaszki i chłopców od „Burego”. A tak, to miast się bawić w mordowanie prawosławnych i Litwinów wysłuchują w ubrankach i orężu z epoki, jak ks. infułat Stanisław Zięba opowiada, że „Narodowe Siły Zbrojne, Żołnierze Wyklęci to była wielka siła nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim, z racji potęgi jej ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli, ogromnej determinacji. Tego komuniści po prostu się bali. W tym widzieli największe zagrożenie i dlatego tak nienawidzili tych bohaterów narodowych”.
Dlatego dziś trzeba nienawidzić komunistów, i jak Szkolne Koło Rekonstrukcji Historycznej z łódzkiego Liceum i Gimnazjum oo. Bernardynów przygotować rekonstrukcję „Odbicie więźnia z rąk UB”.
Albo nawet jak grupa rekonstrukcji historycznej, powstająca przy Towarzystwie Przyjaciół Gminy Grabowo. Ona też dokonała odbicia więźnia antykomunistycznego podziemia z rąk UB. A niechby któryś z młodych ludzi nie chciał… W końcu narrację inscenizacji opracował i poprowadził dyr. szkoły w Grabowie. A, że nie doczytał, że AK nigdy nie miało na biało-czerwonych opaskach napisu AK?
Czepialscy detaliści wieszają psy na rekonstrukcji napadu przez UPA na wieś Rudka. Ale kogo to obchodzi, skoro można sobie było pooglądać pogrom.
Koncesje na przebieranie
Jeszcze inną oprawę zafundowano rekonstrukcji spalenia w paru chatach mieszkańców wsi Szarajówka w 1943 r.. Bo na oglądanie spędzania mieszkańców do podpalonej później chaty załapali się gminni włodarze oraz facet dla którego przebranie jest standardem – lokalny proboszcz. W stosownym przemówieniu starosta Biłgorajski Kazimierz Paterak nieustająco opowiadał o obowiązku pamięci o tamtych czasach i przekazywania jej młodemu pokoleniu. Poprzez coroczne palenie chaty, jak można domniemać.
To, że cyrk z przebierańcami sięgnął u nas zenitu niech zaświadczą takie drobiazgi jak odznaczenie przez ministra Błaszczaka, podczas wizyty na Węgrzech tamtejszego rekonstruktora, oraz wręczenie przez ambasador w Hiszpanii nagrody „Bene Merito” iberyjskiej grupie, która w zestawie wielu innych kostiumów ma również polskie, przedwojenne mundury.
O tym, że wychowywanie przez krwawe widowiska me sens, dowodzi zasłyszane kiedyś od uczestnika marszu „żołnierzy wyklętych” stwierdzenie: „Powinien mocniej ścisnąć”. Powiedział to obserwując „ubeka” duszącego „więźniarkę” w czasie jednej z rekonstrukcji.
Zdaniem badaczy zjawiska, nie powinniśmy się zdziwić, jak lada moment ktoś zechce unaocznić jak wyglądało zapędzanie ludzi do komór gazowych, albo czy od stodoły w Jedwabnem rzeczywiście biło ciepło. Niemieckie ciepło.

Bigos tygodniowy

Niektórzy mawiają, że nie ma niczego tak pewnego w życiu jak śmierć i podatki. I faktycznie ekipa pisowska, jeśli chodzi o podatki to zagwarantowała nam moc wrażeń. W 2021 roku mamy po prostu ich wysyp, przy czym, warto w tym miejscu przypomnieć, że jeszcze w lipcu 2020 roku, Tadeusz Kościński, dla przypomnienia Minister Finansów, zapewniał, że rząd nie zgodzi się na żadne podwyżki, a mówił tak, przy pełnym poparciu rządu Mateo właśnie oraz Dudy. A tymczasem wprowadzono opłatę mocową (to o energię elektryczną w gniazdkach chodzi), opłatę OZE, opłatę od wymiany oleju silnikowego, podatek transportowy, podatek cukrowy, podatek od dochodów uzyskiwanych za granicą, wzrośnie też abonament radiowo-telewizyjny i to nie koniec listy. Podatki są wprowadzane, jak twierdzą rządzący, dla dobra ludu, który przecież korzysta z benefitów w rodzaju 500+, 300+, 13. emerytury i jak należy rozumieć, nie będzie czuł się pokrzywdzony tymi podatkowymi drobiażdżkami. Czy aby na pewno tak będzie? Wystarczy choćby pamiętać, że wzrost ceny nośników energii musi się przełożyć na wzrost cen żywności czy usług.


Rozpoczął się Narodowy Program Szczepień, w grudniu 2020. i styczniu 2021. zaszczepiono około 200 tysięcy osób, głównie przedstawicieli zawodów medycznych. Niestety, wbrew tryumfalistycznym tonom, dobiegającym ze stron rządowych, ten wynik nie jest oszłamiający, a nawet można go uznać za kiepski, zważywszy skalę problemów związanych ze skuteczną walką z COVID-em. Pamiętajmy, że w etapie 0 (przedstawiciele zawodów medycznych) i 1(seniorzy 60+, służby mundurowe, nauczyciele) jest do zaszczepienia około 11 milionów obywateli. Jeśli szczepienia będą prowadzone w takim ślimaczym tempie, to obywatele zaliczeni do grup szczepionych w 2 i 3 etapie, dostąpią wkłucia, ratującego życie i zdrowie, dopiero w 2022. i jest to wariant optymistyczny. Tymczasem jest coraz więcej zakażonych i coraz więcej zmarłych, zatem rząd zamiast urządzać konferencje prasowe, aby lansować poszczególnych swoich przedstawicieli, winien po prostu nawet kosztem tych konferencji, wziąć się solidnie do roboty i pilnie opracować precyzyjny plan szczepień, tak aby i medycy i obywatele wiedzieli kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach szczepienia będą się odbywały. Wieści ze świata, choćby z Izraela i USA, mogą być podpowiedzią dla niejakiego Dworczyka Michała – Pełnomocnika Rządu ds. Szczepień czy Niedzielskiego Adama – Ministra Zdrowia, jak można to sprawnie zrobić przy wykorzystaniu współczesnych środków komunikacji (internet, telefon). Inaczej z zarazą będziemy walczyć lata całe, a śmierć będzie tej walki zwycięzcą.


Kontynuując temat żywotnych spraw wszystkich Polaków, czyli koronawirusa i walki z zarazą warto zauważyć, że pierwsze dni stycznia zdominowała informacja, szczególnie intensywnie eksploatowana przez media pisowskie, że 18 przedstawicieli świata artystycznego m.in. Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Wiktor Zborowski, zaszczepili się poza kolejnością na COVID-19. Jak się szybko okazało nie byli jedynymi, którzy w tym trybie doznali wkłucia Pfizerem, takich osób jest znacznie, ale to znacznie więcej. Okoliczności szczepień artystów, przedstawicieli mediów, przedsiębiorców, polityków różnych opcji są niejasne, choć trudno sobie wyobrazić, że ci szczęśliwcy pod koniec 2020. przechodzili z tragarzami koło punktów szczepień i wpadli o, tak i się zaszczepili. Sprawa wymaga bez wątpienia porządnego wyjaśnienia, ale już bez tego widać, że w temacie szczepień jest megabałagan, zaś brak jasnych procedur tylko to wrażenie pogłębia. Sukces Narodowego Programu Szczepień, jak tak dalej będzie szło, jest wątpliwy, a spektakularna klapa prawdopodobna.


Nadal nie mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, pomimo że kadencja Adama Bodnara oficjalnie skończyła się we wrześniu 2020 roku. Obecnie kandydatów na RPO jest już czworo. Do Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, kandydatki Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i ruchu Szymona Hołowni, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, Piotra Wawrzyka, kandydata Zjednoczonej Prawicy, obecnego wiceministra spraw zagranicznych, dołączył profesor Robert Gwiazdowski, kandydat PSL i Konfederacji. Niestety, ten kandydat, adwokat i doradca podatkowy, jest znany także z tego, że opracowując w 2018 roku projekt ustawy zasadniczej chciał urząd RPO po prostu zlikwidować, a odnośnie choćby prawa do aborcji wypowiedział się nader finezyjnie, że w tym względzie kobieta „wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”. W tej sytuacji, trudno takiego kandydata na stanowisko RPO poważnie rozważać. Ożywił się Duda, który przy okazji jakiegoś wywiadu rzucił nazwisko kolejnego kandydata na RPO. Tym razem padło na niedoszłego premiera z Krakowa –Jana Rokitę. Ciekawe to bardzo, bo termin do zgłaszania kandydatów minął w grudniu 2020. Czyżby Duda wiedział coś, czego nie wie nawet PiS? W każdym razie, jak się zdaje wyborczy rzecznikowy pat trwa i trwać będzie, a jak Julka ze swoim Trybunałem w lutym orzeknie, że Adam Bodnar nie może być Rzecznikiem Praw Obywatelskich do czasu wyboru nowego RPO, to ciekawe kto będzie bronił Polaka – szaraka w starciu z organami władzy państwowej? Tym bardziej jest to ważne, gdyż rządzący właśnie przygotowali projekt ustawy, która wprowadza zakaz odmowy przyjęcia przez obywatela mandatu, z zachowaniem możliwości zaskarżenia tegoż do sądu powszechnego. Najprościej oznacza to, że funkcjonariusz policji państwowej nie tylko złapie osobę, która w jego mniemaniu popełniła wykroczenie, ale też ją na miejscu oskarży, a następnie też na miejscu wymierzy karę. Będzie zatem policjantem, prokuratorem i sędzią w jednym. Można? Pewnie, że w pisowskim państwie można. Tylko gdzie w tym wszystkim są prawa zagwarantowane obywatelowi konstytucją, choćby prawo do sądu czy zasada domniemania niewinności?

Flaczki Tygodnia

Kończy się rok 2020. Wszyscy już marzą, aby skończył się jak najszybciej.

Był to rok zarazy. Wedle szacunków na covid zmarło już w Polsce około 30 tysięcy zarażonych. Około 30 tysięcom chorym zarażenie wirusem przyśpieszyło śmierć. To największe straty ludzkie jakie poniosło państwo polskie od czasu II wojny światowej.

Rok 2020 obnażył niekompetencje i totalny brak zdolności do rządzenia elit PiS. Chaos i powszechne wśród nich zakłamanie. Brak długofalowych planów walki z zarazą i niemoc sporządzania takich. No i wszechobecną ich chęć do zarabiania na kryzysie państwa polskiego. Powszechne przyzwolenie na złodziejstwo publicznych pieniędzy.

Rok 2020 pokazał jak bardzo dla elit PiS ważne są sondażowe słupki poparcia i propaganda w mediach. Narodowy pan premier Morawiecki uzależniony jest od konferencji prasowych niczym narkoman od codziennej działki koksu. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, to narodowy pan premier urządza wielką konferencję prasową. Pokazuje tam slajdy i wykresy. Ogłasza kolejny rządowy program walki i rychle triumfalne narodowe zwycięstwo. Jego konferencje prasowe stają się religią PiS- owskiego ludu.

Tak też jest teraz z Narodowym Programem Szczepień. Znów cuda, cuda ogłaszają. Każą nam wierzyć, że zaraz po zaszczepieniu, wroga zaraza zniknie i wszelkie problemy z nią też. Nie informują, że gdyby wszyscy obywatele naszego państwa zapragnęli zaszczepić się, to przy dzisiejszych jego możliwościach szczepienia potrwałyby do roku 2022, a pewnie i dłużej. O tym co mamy robić w trakcie Narodowego Programu Szczepień, co będzie w roku 2021, ten narodowy rząd wspominać nie chce.

Nie chce, bo ten narodowy rząd traktuje szczepienia, a zwłaszcza urządzany wokół nich propagandowy cyrk, nie tylko jako walkę z zarazą, lecz jako propagandowe zaszczepienie się w elektoracie. Narodowy Program Szczepień ma propagandowo przykryć dotychczasowe nieróbstwo, klęski i złodziejstwo oligarchii PiS.

Narodowi propagatorzy Narodowego Programu Szczepień nie wspominają też, że ów program jest częścią wielkiej europejskiej akcji szczepionkowej. Nie wspominają, że obywatele naszego kraju mogą mieć już teraz szczepionki, bo należymy do Unii Europejskiej. Gdybyśmy byli poza Unią Europejską, to stalibyśmy w kolejce po szczepionki. I pewnie najszybciej kupilibyśmy je w Rosji. To propagandowe wymazywanie europejskości podawanej właśnie szczepionki to kolejne kłamstwo elit PiS. Ale nie dziwmy się temu. Cała polityka PiS oparta jest na kłamstwach. Od kłamstwa smoleńskiego po kłamstwa covidowskie.

Nie tylko zarazę rok 2020 przyniósł. Narodowy pan prezydent Andrzej Duda został wolą narodowych wyborców ponownie wybrany narodowym prezydentem. Zaraz po jego reelekcji krajowi i narodowi komentatorzy polityczni spekulowali jakiż to model prezydentury pan prezydent wybierze na swą druga kadencję. Ku zaskoczeniu wszystkich wybrał prezydenturę bezobjawową. A mówiąc językiem politologicznym prezydenturę proceduralną, ale nie wykonalną. Przekładając to na język ludzki pan prezydent regularnie wykonuje należne mu czynności prezydenckie, czasami pewnie czuje zmęczenie nimi, ale nie ma to żadnego znaczenia dla dzisiejszego i przyszłego losu narodu. Dodatkowo narodowy pan prezydent nie może nawet aktywnie włączyć się w Narodowy Program Szczepień, bo w czasie swej kampanii wyborczej uprawiał anty szczepionkową propagandę. I wygrał pięć lat dostatniego nieróbstwa sekciarskimi głosami przeciwników nauki i wszelkiego postępu.

Przegrał rok 2020 polski kościół katolicki. Przegrał, bo tylko chciwą na pieniądze instytucją jest. Bo z pazerności swej zawarł małżeństwo polityczne z oligarchią PiS. Bo liczni jeszcze wierni znajdowali w nim jedynie zakłamanie towarzyszące mu od tysiącleci.
Teraz ujrzeli dodatkowo jego przerażającą pustkę. Moralną. Intelektualną. Martwe budynki kościołów bez jakichkolwiek już śladów boga.

Rok 2020 umocnił narodowego premiera Mateusza Morawieckiego. Wszelkie intrygi politycznych knujów i propagandowych szczujów ze Zjednoczonej Prawicy okazały się daremnymi. Kolejni prawicowi pretendenci na stolec premiera odpadali w przedbiegach. Ostatni pan minister Błaszczak okazał się balonikiem politycznym. Okazało sie, że w licznej kadrowo Zjednoczonej Prawicy nie ma alternatywy dla obecnego premiera. Widać nikt nie potrafi tak kłamać jak obecny narodowy Pinokio.

To był rok falstartów opozycji. Rafał Trzaskowski przegrał o włosy anty szczepionkowców rywalizację z panem prezydentem Dudą. Potem nie potrafił połączyć prezydentury w Warszawie z tworzeniem nowego ruchu politycznego. Opozycja parlamentarna została zepchnięta do politycznego lockdownu. Największy sukces w czasach zarazy osiągnął Szymon Hołownia. On podebrał najwięcej wyborców od zdemoralizowanego, dekadenckiego PiS. Hołownia prezentuje się jako umiarkowany, nowoczesny „kompromisowy katolik”. Znośny dla wierzących w katolickiego boga, ale i akceptujących prawa człowiecze dla środowisk LGBTI. Zwolenników dawnego „kompromisu aborcyjnego” i entuzjastów Unii Europejskiej. Uważających Zjednoczoną Prawicę za partię „dziadersów” i obciachowych Januszów.

Był to pierwszy rok, od czasu naszego wstąpienia do Unii Europejskiej, publicznych debat o ewentualnym Polexicie. Narodowa prawica uznała, że można i trzeba już przyzwyczajać narodowy naród do wyjścia z „antynarodowej” Unii Europejskiej.

Był to rok rekodowej degradacji polskiego prestiżu międzynarodowego, polityki egoizmu narodowego prezentowanego przez oligarchię PiS. Rok rekordowej inflacji. Rok zapowiadający przyszły kryzys gospodarczy.

Był to też rok Kobiet. Polskie kobiety i młodzież demonstracyjnie weszły do polityki. Zaczęło się od protestów przeciwko nieludzkiemu wyrokowi Trybunału Stanu, przeszło w stan kontestacji starych porządków. Wezwania do stworzenia nowej Polski. Do odejścia z pokolenia „Okrągłego Stołu”, pieszczotliwie „dziadersami” zwanego.

„Flaczki” należą pokoleniowo do „dziadersów”. Ale cieszą się, że o nowej Polsce chcą i będą decydować pokolenia urodzone już w III Rzeczpospolitej.

Bigos tygodniowy

Kolejne wypowiedzi polityków pisowskich malują świetlaną przyszłość narodu w czasach covidowych i postcovidowych. Szczepionka Pfitzera i nie tylko u bram, gotowość służb medycznych pełna, szczepimy się gremialnie, choć grupami, może Duda się nawet zaszczepi, nowa normalność bliska. W tym powszechnym entuzjazmie jest tylko jeden szkopuł, widoczny na pierwszy rzut oka, nader ważny. Póki co tzw. grupa O, czyli medycy, administracja placówek leczniczych, która początkowo do 20 grudnia miała zgłosić swoją gotowość do zaszczepienia jest temu niechętna. Nawet Kraska Waldemar wiceminister zdrowia utyskuje, że ”Niestety, nie wszyscy medycy będą chcieli się zaszczepić na koronawirusa” i coś w tym jest. Jak donoszą media tych gotowych się zaszczepić jest może 40%-50% puli, co oznacza katastrofę. Jeśli bowiem faktycznie te liczby się potwierdzą, a chodzi przypomnijmy o szeroko pojęte kadry medyczne, to ilu Polaków – szaraków, zdecyduje się na szczepienia? Może 20%, może 30%, a szczepionek zakontraktowano na grube miliony. Mamy więc problem, duży problem i pisowscy urzędnicy z Dworczykiem na czele, zamiast opowiadać banialuki jak to się uda akcję szczepień z sukcesem zakończyć, zanim się ją rozpoczęło, już powinni brać się do roboty i obmyślić, jak ludzi przekonać do wyrobów Pfizera, Moderny, Sanofi czy Astra Zeneki. Chociaż z drugiej strony może rzeczywiście te 7 – 10 milionów ludzi, chętnych do zaszczepienia, to tak naprawdę liczba oddająca faktyczne możliwości logistyczne naszych służb medycznych? Tak tylko pytam.


Rośnie bilans ofiar pandemii, umierają pacjenci, umierają przedstawiciele zawodów medycznych. W minionym tygodniu po raz kolejny podano, że w czasie zarazy zmarło już 54 lekarzy, 44 pielęgniarek,8 dentystów, 4 farmaceutów, 4 położne i 3 ratowników medycznych. Tym bardziej dziwi deklarowana przez część medyków niechęć do zapowiadanych szczepień.


PiS zaproponował w końcu swojego kandydata na Rzecznika Praw Obywatelskich, po prof. Ewie Łętowskiej, prof. Andrzeju Zollu, Adamie Bodnarze i kilku innych znakomitych postaciach, po dwukrotnym odrzuceniu przez Sejm kandydatury adwokatki Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, ma nim być Piotr Wawrzyk wiceminister spraw zagranicznych w pisowskim rządzie Mateo. Marna to rekomendacja i nie zmienia tej oceny ustalenie, że Wawrzyk jest prawnikiem, specjalistą w zakresie prawa europejskiego. Więcej, istnieje podejrzenie, że Wawrzyk wystąpi w roli tzw. zająca, bo należy wątpić że Senat RP zaakceptuje tę żadną kandydaturę, a wówczas Sejm, w którym jak wiadomo Zjednoczona Prawica ma większość, w majestacie prawa będzie mógł „wystawić” i przegłosować jakiegoś jedynie słusznego kandydata w rodzaju ziobrysty Warchoła. Mając na uwadze konstytucyjne usytuowanie RPO, po odejściu Adama Bodnara, nie będzie już nikogo kto stanie w obronie zwykłego obywatela w starciu z rządzącymi.


Obchody związane z rocznicą zdarzeń 1970 roku na Wybrzeżu, ubogacił swoją obecnością i wypowiedzią gdański biskup pomocniczy Wiesław Szlachetka, który w nieodległej przeszłości służył pomocą arcybiskupowi Leszkowi Sławojowi Głódziowi. Nie mówił specjalnie o ofiarach tamtych tragicznych zdarzeń. Natomiast zdumionych słuchaczy, także tych przed telewizorami, zaskoczył swoją oceną aktualnej sytuacji w kraju. Plótł z wielkim zapałem, o niektórych takich, co prezentują ideologię bezwstydu, wywracają hierarchię wartości, stanowią zagrożenie dla rodziny, szerzą demoralizację wśród dzieci i młodzieży, niszczą symbole religijne i patriotyczne. A na koniec wezwał do modlitwy za tych bezecnych ludzi, nakazując powstrzymanie się od pogardy i nienawiści, wcześniej te negatywne uczucia artykułując.


Minister Zdrowia Niedzielski Adam w towarzystwie prof. Horbana Andrzeja ogłosił od 28 grudnia 2020r. do 17 stycznia 2021r. kwarantannę narodową. Mateo z nimi nie było, nie było też Gowina Jarosława filozofa z wykształcenia, ale przy okazji wysokiej klasy speca od gospodarki, mimo że zważywszy skalę obostrzeń wypadało, aby byli i wsparli Niedzielskiego i Horbana. Cała ta kwarantanna narodowa doprowadzi, co nieomal jest pewne, do bankructw firm hotelarskich, właścicieli stoków narciarskich, wypożyczalni sprzętu sportowego, właścicieli restauracji, biedy wielu osób, jeśli państwo pilnie nie wesprze branży turystycznej. Smaczku sprawie dodaje fakt, że już następnego dnia o poranku, w jednej z telewizji komercyjnych niejaki Fogiel i poseł i zastępca rzeczniczki jedynie słusznej partii gorączkowo tłumaczył, że o żadnej kwarantannie narodowej mowy nie ma, a mowa jest o „rozszerzonym etapie odpowiedzialności”. Konia z rzędem temu, kto zrozumiał ezopową mowę Fogla, ale pewnie musiał tak ględzić, bo w listopadzie Mateo powiedział ludowi, jakie warunki muszą być spełnione, aby taką kwarantannę ogłosić. Warunki te nie zostały spełnione, zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę zakażeń SARS-COV2, które powinny się utrzymywać na poziomie 27.000 – 29.000 każdego dnia przez okres tygodnia, bo obecnie są odnotowywane, oczywiście oficjalnie, liczby znacznie ale to znacznie niższe. No, chyba że jest coś czego Polacy nie wiedzą, a pisowcy wiedzą, tylko boją się ogółowi o tym powiedzieć.


Wszystkim PT Czytelnikom z okazji zbliżających się Świąt i Nowego Roku Bigos tygodniowy składa życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności. Oby przyszły rok 2021. okazał się dla wszystkich lepszy.
DRODZY CZYTELNICY!

Następne wydanie „Trybuny” ukaże się 28 grudnia z datą 28/29.12.20
Przeczytacie w nim:

  • Jak wyprowadzały się od nas wojska radzieckie,
    – wspomnienie prof. Pomykały o prof. Janowskim,
    oraz dlaczego zginął irański naukowiec.
    Tuż po wydaniu poniedziałkowym, szykuje się wydanie noworoczne. Ukaże się 30 grudnia i będzie w sprzedaży do 3 stycznia przyszłego roku.
    A w nim:
  • „Nasi”, rzecz Tadeusza T. Jasińskiego o tym dlaczego teraz kochamy Giertycha, Sikorskiego, czy agenta Tomka,
    – Reportaż z tuż powojennegoGórskiego Karabachu
    oraz Sadurski podsumowujący rysunkami rok 2020, Bigos Tygodniowy i wszystko to, co najbardziej lubicie czyli wieści z frontu polsko-pisowskiego.

Przegrywamy walkę z pandemią

W Polsce koronawirus zabija już najwięcej ludzi w Europie. Prominenci PiS zmieniają nasz kraj w trupiarnię.
Warto zapamiętać tę ponurą datę: 9 grudnia 2021 r. W tym właśnie dniu na COVID 19 w Polsce zmarło najwięcej ludzi w całej Europie. Zanosiło się na to od dawna. W Polsce już od dłuższego czasu notowano więcej zgonów z powodu koronawirusa, niż w innych krajach ze znacznie większą liczbą ludności. I wreszcie stało się: wyszliśmy (oby nie na stałe) na pierwsze miejsce w tragicznej statystyce pandemicznych zgonów.
We wspomnianym dniu 9 grudnia w Polsce koronawirus zabił 568 osób – i nie była to bynajmniej najwyższa dzienna liczba zgonów w wyniku pandemii w Polsce. Jednak w tym samym dniu 9 grudnia we Francji zmarło 296 osób, w Niemczech 458 osób, we Włoszech 409, w Wielkiej Brytanii 533, w Hiszpanii 325 (ta liczba jest z 10 grudnia po kilkudniowej tendencji wzrostowej). Wszystkie te kraje są znacznie ludniejsze niż Polska.
Należy także pamiętać, że dane o liczbie zgonów podawane są przez rząd PiS, więc ich wiarygodność jest ograniczona. Mogą być zaniżone, tak jak statystyki podające stwierdzoną w Polsce liczbę zakażeń. Przecież PiS-owska ekipa tak bardzo się chwaliła, jak to rzekomo świetnie sobie radzi z pandemią (i nadal się chwali swą żałosną „skutecznością”), że manipulacje statystyczne w jej wykonaniu są nader prawdopodobne.
A gdy nie daje się już ukryć faktów zaprzeczających propagandzie, PiS-owska władza chwali się, jak to z wyprzedzeniem tworzy (cóż za zadziwiająca przezorność!)… program szczepień na koronawirusa, których to szczepień w Polsce nie ma i nie wiadomo czy oraz kiedy będą. O skuteczności PiS-u w kwestii szczepień najlepiej świadczy zaś przykład szczepionek na grypę, których także u nas nie ma.
Prominenci PiS powinni stanąć przed sądem za bezczynność i nieudolność w przygotowaniu kraju do pandemii. Mieli ku temu wszelkie możliwości, czas oraz pieniądze. Niestety, zmarnowali i nadal marnują te szanse. Oczywiście upartyjniona prokuratura nie dopuści do żadnych postępowań przeciwko nim.
PiS-owska propaganda uprawiana w partyjnej telewizji „publicznej”, przekonuje, że pandemia strasznie jakoby atakuje inne kraje Europy. Tyle, że w tych krajach liczba zgonów na koronawirusa spada, inaczej niż w Polsce.
Przedstawiciele rządu Mateusza Morawieckiego mają czelność okazywać zadowolenie z „stabilizacji” liczby zakażeń i zgonów na koronawirusa. Rzeczywiście, wspaniała jest ta stabilizacja: w ciągu tygodnia w Polsce wymiera jedno niewielkie miasteczko. Można by nawet obliczyć po jakim czasie, za sprawą działań i zaniechań ekipy rządzącej, wyginie niemal cała ludność Polski.
Warto dodać, że w naszym kraju w wypadkach samochodowych traci życie niespełna trzy tysiące osób rocznie. To mniej więcej tyle, ile koronawirus zabija w ciągu tygodnia. Czy prominentów PiS spotka kiedykolwiek należyta kara za to, do czego doprowadzili Polaków?

Pod patriotyczną przykrywką

Na PiS „polonizacji” najszybciej zarobią Niemcy.
PKN Orlen ogłosił zamiar kupna wydawnictwa prasowo- internetowego Polska Press należącego do niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passau. Dzięki transakcji za przynajmniej 120 milionów złotych Polski Koncern Naftowy stanie się solidnym graczem na rynku krajowych mediów.
Do grupy Polska Press należy bowiem ponad 20 dzienników regionalnych, a także prawie 150 tygodników lokalnych oraz bezpłatna gazeta „Naszemiasto.pl”. Firma wydaje też szereg serwisów internetowych i portale poszczególnych tytułów prasowych.
Dodatkowo Polska Press posiada sześć drukarni prasowych. Jeśli dodamy do tego sieć kolporterską „Ruch”, którą już kontroluje PKN Orlen oraz rozbudowywaną firmę reklamową Dom Mediowy Sigma Bis, to w przyszłym roku z posiadanych zasobów można stworzyć w koncernie naftowym solidny koncern medialny.
Repolonizacja
Większość polskich medioznawców i dziennikarzy komentujących ten zakup podkreśla przede wszystkim jego polityczne tło.
Kupno Polska Press przez kontrolowaną przez rząd giełdową spółkę to realizacja długo zapowiadanej przez elity PiS „repolonizacji” mediów. Przejęcie kontroli nad mediami obsługującymi rynki lokalne można też uznać za początek samorządowej kampanii wyborczej. Zwłaszcza w województwach gdzie rządzą koalicje PO- PSL i w miastach gdzie wybrano prezydentów niechętnych Zjednoczonej Prawicy.Tam posiadane przez PKN Orlen media mogą się szybko zradykalizować i stać się „totalną opozycją”.
To oznacza wykorzystanie kupionych tytułów przede wszystkim do utwardzania swojego elektoratu, a nie zdobywanie nowego. Oraz toporną propagandę, która działa tylko na pewną grupę.To będzie też kolejny etap do orbanizacji. Czy się powiedzie? Sądząc po ostatnich latach nic, w politycznym układzie się nie zmieni. Wiele się za to zmieni dla dziennikarzy. Kręgosłupy będą trzeszczeć. Inaczej patrzy na to Sławomir Jastrzębowski były szef „Super Expressu, obecnie udziałowiec słynnej dziś agencji R4S, tej Adama Hofmana.
„Na kluczowych, managerskich stanowiskach należy spodziewać się zmian, to jest normalna droga. Tytuły mogą zostać poważnie doinwestowane. Od kilku lat inwestycje się raczej zwijały, a Polska Press pozbywała się niektórych części majątku. Należy spodziewać się więc teraz poważnych inwestycji. Pracowałem w Polska Press – wiem, że jest tam bardzo wielu wartościowych dziennikarzy. Nie sądzę, żeby zmiana optyki politycznej sprawiła, iż przestaną mieć nagle swoje poglądy i nie będą pisać zgodnie z własnym sumieniem. Tak nie będzie.” – uspokaja.
Kolejna polsko- polska
Kupno niemieckiego wydawnictwa wiąże się dla Orlenu z ryzykiem finansowym. Zyski z wydawnictw prasowych w Polska Press od kilku lat systematycznie spadały, a spodziewane zyski z portali internetowych nie przychodziły. Dlatego zagraniczny wydawca nie był zainteresowany w rozwoju polskich lokalnych mediów. Lata jego łatwych zysków minęły, aby je teraz zwiększać należałoby dokonać wielu kosztownych inwestycji. Tego właściciele nie chcieli.
Od kilku lat Polska Press była wystawiona na sprzedaż, ale nie było chętnych na taki ryzykowny projekt biznesowy. Kontrolowany przez PiS PKN Orlen, obracający finansami swych prywatnych giełdowych akcjonariuszy i pieniędzmi polskich podatników, może dosypać kolejne setki milionów aby poprawić atrakcyjność posiadanych gazet i portali internetowych. Uczynić z nich sprawny oręż w najbliższych kampaniach wyborczych. Tylko dlaczego ma to czynić za pieniądze polskich podatników, również pieniądze przeciwników politycznych PiS? Wchodząc na rynek medialny PKN Orlen szybko stanie do konkurencji z innymi wydawcami lokalnych mediów. Będzie uprzywilejowany w stosunku do nich, bo będzie dysponował sporą pulą pieniędzy podatków. Posiadając duży dom medialny łatwiej będzie mógł pozyskiwać reklamy dla swoich mediów. Dodatkowo posiadając sześć drukarni prasowych będzie mógł walczyć z konkurencją na innym polu. Swoje tytuły drukować tanio, obce już drożej.
Podobnie będzie mógł czynić kontrolując dużą firmę dystrybucji prasowej Ruch. Jeśli dodamy to tego sprzedaż prasy na orlenowskich stacjach benzynowych i w „sojuszniczych” placówkach Poczty Polskiej, to pozostałej polskiej, lecz nie związanej z PiS, prasie lokalnej będzie coraz trudniej. Zwłaszcza kiedy konkurencja na rynku prasowym przerodzi się w kolejną wojnę polsko- polską.
Przestroga dla lewicy
Wiele razy apelowałem do wybitnych liderów i parlamentarzystów lewicy. Aby promowali istniejące media lewicowe i wspierali je materialni. I te uważane za nowoczesne, czyli portale internetowe, i te tradycyjne, lekceważone niesłusznie, czyli wydawnictwa prasowe.
Jeśli dojdzie do eskalacji medialnej wojny polsko-polskiej, a po zakupach Orlenu takiej można się spodziewać, to lewica znowu wyląduje na pozycji petenta mediów liberalnych.
Będzie zapewne wtedy miała jakiś dostęp do mediów informacyjnych. Ale o kształtowaniu opinii publicznej, o pełnoprawnych uczestnictwie w debatach publicznych mowy już nie będzie.
Niektórzy komentatorzy polityczni uważają, że nowy koncern medialny nie będzie takim wielkim zagrożeniem. Bo za trzy lata PiS straci władzę. Wtedy utraci też kontrolę nad KPN Orlen i jego mediami. Wtedy nastąpi czas dePiSyzacji mediów. Ale przecież zanim PiS utraci władzę to KPN Orlen może zdążyć sprzedać najbardziej zyskowne media, drukarnie, firmy handlowe. Kupią je zapewne związani z PiS biznesmeni lub politycy, którzy „będą chcieli się sprawdzić w biznesie”. Korzystne kredyty na takie zakupy otrzymają w bankach, które rząd PiS zrepolonizował, i teraz kontroluje.
W ten sposób, za pieniądze wszystkich polskich podatników, powstanie oligarchia PiS.
Morał
W 1990 roku zwycięska polska prawica przejęła media należące do PZPR. Pod przykrywką oddania Polakom to co im „komuna” ukradła.
Potraktowała te media jak mienie pożydowskie. Podzieliła się prasowymi tytułami. Ówczesne Porozumienie Centrum, partia Jarosława Kaczyńskiego dostała w ramach podziału gazetę „Super Express”. Oraz drukarnię i działkę przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie. Gazeta upadła, drukarnię sprzedano. Najbardziej wartościową okazała się działka. Stała się początkiem imperium finansowego pana prezesa Kaczyńskiego i jego drużyny.
Prasę lokalną w 1990 roku przekazano za darmo na własność NSZZ” Solidarność”, akcjonariuszom pracowniczym, a francuskim wydawcom sprzedano 1/3 udziałów w tak powstałych spółkach. Potem zagraniczni wydawcy odkupili pracownicze akcje od dziennikarzy, bo dziennikarze byli biedni. Potem odkupili akcje od NSZZ ”Solidarnosci”, bo związkowcy zamarzyli o zostaniu politykami i w 1997 roku potrzebowali kasy na wybory parlamentarne. A potem francuscy wydawcy sprzedali swe udziały wydawcom niemieckim.
Teraz prominenci PiS za pieniądze polskich podatników odkupią to co w 1990 roku ukradła obywatelom polskim polska prawica i NZSS” Solidarność”. Aby oddać to potem swoim nowych oligarchom. Pod przykrywką repolonizacji.
Historia pokazuje że do tej pory najlepiej na takich „repolonizacjach” zarobili wydawcy francuscy i niemieccy.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Czy prominenci PiS staną przed sądem za tragiczne żniwo pandemii?

Pod względem liczby dziennych zgonów na koronawirusa Polska zajmuje już drugie miejsce w Europie, tuż za Włochami. Mamy olbrzymią śmiertelność. Do takich nieszczęść doprowadziły nas rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Wspomniane, tragiczne drugie miejsce zajmujemy w liczbach bezwzględnych, wyprzedzając kraje dużo ludniejsze od nas. Jednak w stosunku do liczby ludności liczba dziennych zgonów jest u nas najprawdopodobniej największa w Europie – i zapewne również na świecie. Całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponosi ekipa rządząca z Prawa i Sprawiedliwości. Niewyobrażalny jest cynizm i hipokryzja tych ludzi, którzy mieli czelność chwalić się, jak to rzekomo świetnie przygotowali kraj do odparcia pandemii. Gdy zaś okazało się to wierutnym kłamstwem, zrzucają winę na wszystkich wokół siebie – choć to oni mieli wszelkie możliwości, by przygotować kraj do odparcia pandemii.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości miał wszystko: pełną władzę w państwie, czas, pieniądze, doświadczenia z państw wcześniej dotkniętych pandemią. I widzimy, jaki los zgotowali Polakom rządzący z PiS.
Jak na razie, najbardziej tragiczny był dzień 18 listopada. Wtedy na Covid19 zmarły w Polsce aż 603 osoby – o wiele więcej, niż w innych, znacznie ludniejszych krajach Europy. Ale dzień później było w naszym kraju już 637 ofiar.
18 listopada koronawirus zabił 425 osób we Francji, 351 osób w Hiszpanii, 305 w Niemczech i 529 w Wielkiej Brytanii. W każdym z tych krajów mieszka dużo więcej ludzi niż w Polsce. Władze tych krajów doprowadzają do stopniowego spadku zgonów na koronawirusa w porównaniu z pierwszą połową roku. Władze Polski nie umieją tego osiągnąć, a zresztą nawet się nie starają.
Także i w innych państwach, w których wcześniej na koronawirusa umierało więcej ludzi niż w Polsce, teraz umiera mniej, by wymienić na przykład Rumunię czy Szwecję.
Dodajmy, że w dwóch wielkich państwach tylko częściowo leżących w Europie, w których wcześniej koronawirus również zabijał więcej ludzi niż w Polsce, czyli w Turcji i Rosji, też potrafiono zmniejszyć liczbę zgonów. 18 listopada w Turcji koronawirus zabił 116 osób, a w Rosji 456. U nas, przypomnijmy – aż 603 osoby, a liczba zgonów dotychczas rośnie. Ta tragiczna statystyka jest krzyczącym oskarżeniem pod adresem rządów PiS.
Bardzo wiele już powiedziano na temat tego, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość przyczynia się do wzrostu liczby zgonów na Covid19 w Polsce. Nie ma sensu wyliczać kolejnych decyzji, zaniedbań i zaniechań tej ekipy, powodujących, że umiera coraz więcej ludzi.
Szczególną winą prominentów PiS, w wymiarze moralnym równą co najmniej zdradzie stanu jest jednak ich całkowita obojętność na los Polaków, tysiącami umierających na koronawirusa. To po prostu nie ma dla nich żadnego znaczenia, zaś ograniczenie liczby zgonów nie stanowi dla nich jakiejkolwiek wartości – no chyba, że może prowadzić do utraty władzy przez PiS. Bo to właśnie władza, oraz wynikające z niej przywileje i apanaże, stanowią tą jedyną „wartość” na której im naprawdę zależy. I zrobią wszystko, zrealizować słowa Władysława Gomułki: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.
Ile tysięcy ludzi w Polsce jeszcze umrze, by prominenci PiS mogli dalej rządzić? – to przecież dla nich bez znaczenia. Pamiętają z pewnością słowa innego „klasyka”, Józefa Stalina: ludzi u nas mnogo.
Szczególne miejsce zajmuje tu faktyczny władca Polski, wicepremier Jarosław Kaczyński. W żadnej z jego publicznych wypowiedzi nie było empatii wobec ofiar pandemii, prób zrozumienia ich tragedii, jakichś słów dodających otuchy. Było natomiast jątrzenie, szczucie, wygrażanie, dzielenie Polaków – i oczywiście to, co jest znakiem firmowym Prawa i Sprawiedliwości: obciążanie innych odpowiedzialnością za działania i zaniedbania swoje i swoich ludzi.
W normalnym kraju PiS szybko zostałoby odsunięte od władzy, a członkowie tej ekipy stanęliby przed sądem. Jest ku temu oczywiście stosowna podstawa w kodeksie karnym:
Art. 231 § 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
Warto tylko dodać, że korzyść osobista – czyli zachowanie władzy – jest tu oczywista.
Jest też i inny przepis kodeksu karnego, który zapewne znalazłby wielokrotne zastosowanie wobec członków PiS-owskiej ekipy:
Art. 160. § 1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Polska nie jest jednak normalnym krajem. Jest krajem, w którym członkowie PiS-owskiej ekipy, chcąc osiągnąć bezkarność, podporządkowali sobie wszystkie organy państwa, z służbami mundurowymi oraz prokuraturą. I próbują uczynić to samo z niezależnymi sądami. Dlatego nieprędko zobaczymy prominentów PiS na ławie oskarżonych.
Pozostaje tragiczne pytanie: ilu Polaków musi jeszcze umrzeć na koronawirusa, zanim uda się powstrzymać złowrogą, antypolską działalność obecnej władzy?.

Dzielenie skóry na niedźwiedziu

Premier oświadczył: „Na pewno będziemy przygotowani do procesu dystrybucji szczepionek”. Można mu wierzyć. Wiadomo, że najłatwiej ogłosić dobre przygotowanie do czegoś, czego nie ma.
Zdumiewającą wręcz przezornością i dalekowzrocznością wykazuje się rząd Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze nie ma szczepionki na koronawirusa, nie wiadomo kiedy powstanie oraz jakie będą efekty jej działania – a rządowy zespół już pracuje jakoby nad systemem dystrybucji tej hipotetycznej szczepionki. Cóż za wyprzedzenie czasowe!
Szkoda, że dotychczas rząd nie utworzył zespołu, który miałby pracować nad stworzeniem samej szczepionki – ale zrozumiałe, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie może być mowy o jej wynalezieniu w Polsce. Niedawna, szeroko reklamowana informacja o rzekomym skutecznym polskim leku na koronawirusa okazała się przecież kolejną lipą rządowej propagandy. Co do szczepionki na koronawirusa, jedyną stuprocentowo pewną wiadomością jest na razie tylko to, że na pewno nie zostanie ona stworzona w naszym kraju.
Dziś, gdy Polacy umierają tysiącami na koronawirusa, rząd PiS chce jakoś ukryć swą bezczynność i nieudolność w walce z pandemią. Dlatego właśnie PiS-owska telewizja „publiczna” tak szeroko opowiada o szczepionce, której nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. A żeby pokazać, że rząd PiS usiłuje jednak cokolwiek zrobić, wymyślono, iż rządowy zespół – jak informuje rządowa propaganda – pracuje nad dystrybucją czegoś, co nie istnieje. Oto właśnie miara sukcesów PiS-owskiej ekipy! Nie umieją doprowadzić do tego, by coś ważnego powstało w Polsce, ale zawsze mogą powołać zespół, który ma na krajowy użytek dzielić to, co być może kiedyś powstanie w innych krajach.
Twarzą tej propagandy jest jak zawsze premier Mateusz Morawiecki, który oświadczył, że wprawdzie szczepionki na koronawirusa jeszcze nie ma, ale w Polsce już trwają prace nad, jak powiedział, „logistyką dystrybucji szczepionek”. Premier powiedział też, z właściwą sobie stanowczością: „Na pewno będziemy przygotowani do procesu dystrybucji szczepionek”. Tym razem można mu wierzyć. Wiadomo przecież, że najłatwiej ogłosić dobre przygotowanie do czegoś, czego nie ma.
Gdy kiedyś ta zagraniczna szczepionka może trafi do Polski, to – wedle informacji naszych mediów – zgodnie z zapewnieniami premiera, najpierw mają zostać zaszczepieni seniorzy. Tyle, że premier Morawiecki, który bardzo uważa na słowa, niczego takiego nie powiedział!. Premier, jak cytuje Polska Agencja Prasowa, oświadczył co następuje: „W pierwszej kolejności zależy mi na tych naszych najsłabszych, na tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy, na naszych mamach, ojcach, dziadkach i babciach”.
Z tej wypowiedzi absolutnie nie wynika, że „mamy, ojcowie, dziadkowie i babcie” zostaną zaszczepieni jako pierwsi. To, że premierowi „zależy” i że oni „najbardziej potrzebują pomocy” nie oznacza bynajmniej, że ogół seniorów znajdzie się w gronie zaszczepionych.
Gdy więc kiedyś w przyszłości jakieś złe języki zechcą wytknąć premierowi Morawieckiemu, że wbrew jego obietnicy, seniorzy wcale nie zostali powszechnie zaszczepieni w pierwszej kolejności, to premier zawsze będzie mógł oświadczyć, iż niczego takiego nie mówił. I w tym przypadku powie prawdę.
Jedno można tylko założyć z bardzo dużym prawdopodobieństwem: że w pierwszej kolejności zostaną zaszczepieni PiS-owscy prominenci oraz ich bliscy (premier nie bez powodu powiedział wszak o „naszych” mamach, ojcach, dziadkach i babciach). W końcu po coś jest ten rządowy zespół.

Pilnie potrzebny Józef Tejchma

W trwającym i niekończącym się społecznym konflikcie rozwiązanie jest banalnie proste.

Powszechna opinia twierdzi, że w zaistniałej sytuacji rządzący PiS – obarczony licznymi grzechami z pandemią, kryzysem klimatycznym, konfliktem z UE na tle nieprzestrzegania prawa, obciążony problemami z opieką zdrowotną, edukacją, LGBT, nadto długą rozgrywką polityczną skutkującą tzw. rekonstrukcją rządu wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nowymi kłopotami z rolnikami i wewnętrzną, powstałą opozycją, a na pewno z nieuniknionym jeszcze starciem na wyższych uczelniach – nie wie co robić dalej i miota się od ściany do ściany. I trudno się dziwić, gdy z własnej inicjatywy otworzyła tak liczne pola konfrontacji, na których by i szachowi arcymistrzowie polegli. Pogróżki prezesa nie zachęciły do obrony propagandowo atakowanego Kościoła, a przede wszystkim nie były żadną propozycją rozwiązania konfliktu. Władza PiS nie odważa się jednak na ostrą konfrontację, bo wie czym ona pachnieć i grozić może. Nikt jakoś nie chce rozganiać manifestantów, Policja na ogół zachowuje się przyzwoicie (być może do czasu, gdy „góra” nie każe inaczej) pałując głownie pseudokibiców i narodowców, Ziobro straszy ośmioma latami więzienia co też na nikim nie robi wrażenia, podobnie jak ewentualna policyjna godzina. Na odmianę Morawiecki nawołuje do rozmów rządu nie wiedzieć z kim i właściwie po co, gdyż na transparentach powszechne jest żądanie jego () odejścia.
W tym zaskakującym momencie
pogubiły się zupełnie gwiazdy, jak to już nie raz bywało, liberalnego dziennikarstwa. Gadomski w tekście „Koniec karnawału, nadchodzi post” („GW”, 5.10.2020) obarcza rząd wzrostem podatków, „bo za hojne benefity socjalne trzeba zapłacić”, nie chcąc jak zawsze zrozumieć, że poza polityczną grą rządzących było tu jeszcze dużo ważniejsze, społeczne oczekiwanie na różnego rodzaju pomoc ze strony państwa. Natomiast w „Newsweeku” (2-8.11.2020) Lis pisze o rewolucji naszych dzieci, które zaczęły krzyczeć, zapominając, że to jego pokolenie, urzeczone post-solidarnościową wizją Polski nawet nie miauknęło gdy wielki kubeł nieprawości i krzywd wylewał się na ludzi w III RP.
Tym razem „Onet”, a nie tak często mu się to zdarza, pogłębił temat : „O ile obecnie rządzący traktowani są jako agresorzy, wtrącający się w ich życie, to opozycję 45+ widzą jako współwinowajców obecnego stanu rzeczy. Źródeł zła upatrują w ostatnich dekadach, a nie w ostatnich dniach czy nawet tylko w okresie rządów PiS.” Prostym wiec sposobem wyjaśnia się wstrzemięźliwość młodzieży w stosunku do innych partii i ich programów, również do poprzednich protestów organizowanych przez rożne obywatelskie komitety zachowujące jednak lojalnościowe postawy wobec wyobrażonych kanonów III RP. To nadejście młodych, tak długo oczekiwane – głownie odważnych dziewcząt i młodych kobiet, przyjmujących kluczowe hasła wolności i sprawiedliwości, wyrażane w lapidarnym, czytelnym języku – prowadzi do kolejnych form protestu i dalej idących żądań. Do rozwiązania konfliktu jeszcze daleko, nie da się go zahamować bądź przetrzymać apelami czy też zakazami manifestacji z powodu pandemii. Zresztą naukowcy raczej nie wiążą wzrostu zakażeń z tymi publicznymi zachowaniami. Lawina po prostu ruszyła.
Niektórzy natomiast snują
bezpodstawne, historyczne paralele miedzy obecną sytuacją, a czasami Polski Ludowej, żadną miarą nie pojmując zasadniczych różnic dzielących te historyczne okresy, nawet jeśli byłe protesty oraz obrazy i zachowania niektórych przedstawicieli tamtej władzy do dzisiejszych są zbliżone. Może czynią to z braku podstawowej wiedzy, pozornego i uproszczonego podobieństwa zdarzeń, piszą aby raz jeszcze obrzydzać tamten czas, być może jako ostrzeżenie przeciw narastającym lewicowym, progresywnym, antyklerykalnym poglądom i hasłom rzucanym przez młodych. A może by już nie ratować tamtych swoich szkodliwych decyzji, a tylko nadszarpniętą poważnie opinię. Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych w 1991, 1992–1993 roku) w tekście „Rządy PiS, czyli PRL-bis” („GW”, 25.09.2020) nie chce przyjąć do wiadomości, że celem tzw. komunistów była od samego początku realizacja wielkich programów społecznych przeobrażeń oraz, bardziej lub mniej udany, w różnych okresach, rozwój i modernizacja kraju. Natomiast obecnych rządzących charakteryzuje powrót do zamierzchłej przeszłości z czasów II RP i wszechogarniająca dążność do utrzymani władzy za każdą cenę, płaconą zresztą z publicznych pieniędzy.
Piotr Pacewicz i Magdalena Chrzczonowicz w komentarzu „Oświadczenie Kaczyńskiego. Groźna histeria zagrożonego satrapy, któremu marzy się przemoc” mogliby sobie darować zestawienie ostatniej wypowiedzi Kaczyńskiego z wystąpieniem Jaruzelskiego w dniu 13 grudnia 1981 roku. Jak na dotychczasowy poziom OKO.press to ta wypowiedź przypomina raczej szkolną gazetkę z czasów ZMP, bądź niektóre publikacje katolickich mediów. Porównanie zagrożonego dziś podobno polskiego kościoła, nawet tylko z formalnego niejako powodu podobieństwa wypowiedzi, z ówczesną realną interwencją ZSRR w Polsce i jej dalszymi, możliwymi, tragicznymi skutkami postawiło historyczne fakty na głowie, a być może i samych autorów tego równoważnika.
„Analogie mogą wydawać się tylko emocjonalnymi skojarzeniami. [tłumaczą się – Z.T.] Ale jest w nich coś więcej, odsłaniają korpus przekazu satrapów całego świata, którzy w obliczu zagrożenia swej władzy próbują zaklinać rzeczywistość fałszywymi diagnozami i sięgać po przemoc jako narzędzie uprawiania polityki.” Porównanie Jaruzelskiego do innych satrapów, bez koniecznego kontekstu tamtego położenia Polski i dziejących się wówczas wydarzeń, jest nie tylko obrazą jego postawy i osoby, ale po prostu najzwyklejszą propagandową manipulacją. Nadto dowodem na krotką pamięć o tym co stało się na Węgrzech w 1956 roku, także z ich przywódcami Imre Nogy’m i Pál Maléter’m. A wydawało, że OKO.press stać na poważne analizy i odpowiedzialne słowa.
Jeżeli już koniecznie ktoś szuka analogii do okresu PRL, to znajdzie ją bliżej w grudniu 1970 roku. Na telewizyjnych zapisach brak wystąpień Władysława Gomułki, a zachowało się jedynie ogłoszenie godziny milicyjnej przez ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza.
Częstym porównywaniem Gomułki do Jarosława Kaczyńskiego przeczą jednak, w odróżnieniu od drugiego, liczne, ważne i powszechnie znane dokonania tego pierwszego dla Polski.
Potwierdza to szerzej nieznany dokument,
który pojawił się w sieci wzbudzając nie tylko zainteresowanie, ale przypominając jak powinni rozmawiać odlegli od siebie ludzie władzy. Działo się to w Polsce, w 1960 roku, a interlokutorami byli Pan X i Pan Y (tak w spisanej z nagrania czterogodzinnej rozmowie występują) czyli I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i prymas Polski Stefan Wyszyński. Fragment:
Y – „Ja bym chciał panu sekretarzowi powiedzieć takie sprawy, które według mojego rozumienia są dla nas obydwóch wspólne i na tym odcinku my obydwaj jednakowo myślimy, tak mi się przynajmniej wydaje. Będą to rzeczy jak najbardziej generalne dla naszej sytuacji wewnętrznej, sytuacji Polski, na płaszczyźnie międzynarodowej, w jakiej Polska jest obecnie, no i sytuacji wewnętrznej… I wreszcie na tym tle tych pewnych faktów…można by już mówić o pewnych szczegółach, które tak czy ina­czej układają sytuację Kościoła w Polsce. Gdy idzie już o takie dro­biazgi, które oczywista mają dla nas olbrzymie znacznie, a o których mówiliśmy przed dwoma laty…”
X – „…Mimo iż szereg stwierdzeń należy bezwarunkowo, zda­niem moim, uznać za pozytywne z naszego punktu widzenia, to jed­nak wydaje mi się, iż na wiele rzeczy, na wiele spraw patrzymy ina­czej. Nawet na te sprawy, które ksiądz prymas zaliczył do kategorii jakby wspólnych, jednolitych państwu, czy partii, i Kościołowi…”
Oczywiście w toku dalszej wymiany poglądów okazują się one bardziej lub mniej odmienne, ale ten cytat służy przypomnieniu, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nigdy nie było po drodze toczyć takich dysput z osobą prezentującą inny obraz politycznego porządku. Zastępował je, obrzucaniem opozycji i odmiennie myślących, stekiem wyzwisk nie tylko z sejmowej trybuny. Internauta dodaje: „To przykład rozmowy dwu wybitnych Polaków i polityków.  U obu dominuje odpowiedzialność i troska za kraj. Na tym tle dzisiejsi polityczni geszefciarze i oszuści jeszcze bardziej maleją. Niestety, przyszło nam żyć w świecie karzełków politycznych, różnych cwaniaczków i zwykłych złodziei.”
Tak jak dziś, gdy w obozie władzy runął mit wielkiego stratega, który stracił zdolność celnej diagnozy, tak w grudniu 1970 roku upadł mit zasług i prestiżu I sekretarza KC PZPR. Józef Tejchma, wtedy młody sekretarz KC i członek Biura Politycznego, typowany na następcę, pierwszy powiedział Władysławowi Gomułce, że musi odejść.
Kto dziś z kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości zdobędzie się na odwagę i wypowiedzenie takich słów Jarosławowi Kaczyńskiemu? A może ktoś jeszcze odsłoni skrzętnie ukrywaną tajemnicę smoleńskiej tragedii i szczególną w niej jej rolę Kaczyńskiego, co stało się założycielskim, odrodzeniowym mitem PiS.
Nie ma lepszego
rozwiązania konfliktu i przeciwdziałania, być może społecznemu pożarowi, a na pewno tysiącom nowych covidowych grobów. W bardzo liczącej mierze przyczyną tego stanu rzeczy są rozliczne błędy, zaniechania, sprzeczne bądź spóźnione decyzje rządzącego PiS, określone również interesem politycznym. Wiarygodność odbierają mu stale zmieniające się opinie i zarządzenia podejmowane bez koniecznego uprzedzenia obywateli (nie mamy już coronawirusa – mamy wielki wzrost chorych, metody liczenia chorych, zmiany dotyczące rodzaju testów, odrzucenie niemieckiej oferty pomocy, żołnierze do pilnowania lekarzy), spóźniona i chaotyczna budowa nowych szpitali, powszechny brak tlenu dla chorych oraz miejsc w kostnicach dla zmarłych. Także fakt, że bardzo uzdolniony i pracowity dziewiętnastolatek swoimi prognozami przebiegu pandemii wyręcza i ratuje rządowe instytucje.
Żądania zasadniczej odnowy naszego politycznego życia nie zahamują: nowy pseudo-pomysł Gowina, wprowadzenie stanu wyjątkowego zamieni się w taką samą farsę, jak obecny zakaz gromadzenia się więcej niż pięciu osób, ostrzeżenie manifestujących zarazą i zastraszanie lockdownem też nie pomogą, zbawcą nie okaże się Ziobro nieakceptowany przez zakon PiS. Możecie żreć się panowie ze Zjednoczonej Prawicy we własnym gronie i na publicznym widoku, ale jedyną szansą jest cofnięcie nieodpowiedzialnej politycznej decyzji Kaczyńskiego i tzw. Trybunału konstytucyjnego. Czym szybciej tym dla wszystkich lepiej.
Czas kończyć ten chocholi, polityczny taniec
dopełniony ostatnio zakupem 322 samochodów (w tym 14 luksusowych limuzyn) dla administracji rządowej, okraszony zamówieniem wykwintnych wędlin, włoskiej szynki, jagnięciny, kruchej wołowiny, sarniny, przepiórczych jaj i innych przysmaków dla polityków i urzędników kancelarii premiera. Te decyzje, obnażające prawdziwe oblicze władzy przy rosnących stanach krytycznych tysięcy osób, nie znajdujących miejsca w szpitalach, podgrzewają kolejne, głębokie oburzanie obywateli. I koszmarne dane – Polska wśród krajów świata z najwyższą liczbą nowych zakażeń.
Słupek politycznej akceptacji będzie coraz mniejszy, a drugi wskazujący poziom wody coraz wyższy. Pospieszcie się panowie w PiS dla dobra Polski, ale i swojego osobistego interesu, bowiem niedługo orkiestra może przestać grać.