Refleksje okołowyborcze

Już za nami pierwsza tura wyborów prezydenta Rzeczypospolitej. Rozmaite mądre głowy wieszczą, że to chwila o decydującym znaczeniu dla Polski. Ja mam co do tego wątpliwość.

Nieważne, kto wygra za dwa tygodnie. Jeżeli nawet kandydat
antyPiSu uzyska większość, a PiS nie zdoła zapobiec (a wiadomo, że
determinacja w tej kwestii jest bardzo wielka) objęciu urzędu przez
osobę krytycznie nastawioną do metod wprowadzania porządku tzw. IV
Rzeczypospolitej, to nastąpi okres bezwzględnej walki dwu władz, walki
która może okazać się bardziej niszcząca morale i intelekt
społeczeństwa niż czynią to rządy PiSu. Nic więc nie ulegnie zmianie,
moralny i cywilizacyjny regres społeczeństwa będzie postępował. A
nawet, jeżeli zbliżające się wybory jakimś cudem spowodują odsunięcie
PiSu od władzy, to jedynym rezultatem będzie odtworzenie stanu sprzed
2016 roku, czyli powrót tego, co skłoniło społeczeństwo do buntu
przeciw zakłamanej semidemokracji, jak to nazwał Mirosław Matyja.
Słusznie Adrian Zandberg zauważył, że ten nawrót do starych błędów
może spowodować, iż zdesperowane społeczeństwo ponowi swoją niezgodę
na kłamstwa, tyle że dopuści do władzy takich ludzi, iż zatęsknimy za
PiSem. Stanowczo twierdzę, że istotnej zmiany nie będzie.

Twierdzę zarazem, że jedyną możliwość rozpoczęcia naprawy stosunków w
naszym kraju da powstanie ośrodka demokracji uczestniczącej. Chodzi o
grupę praktykujących i propagujących uznanie podmiotowości każdej
osoby, co w praktyce sprowadza się do radykalnie pojmowanej jawności
oraz do zastąpienia kazań i pouczeń dialogiem.

Grupa taka nie będzie miała łatwego zadania. Z jednej strony bierność
zniechęconego politykierstwem społeczeństwa, z drugiej zaś sprzeciw
klik oraz koteryj zarządzających partiami i redakcjami mediów
utrudniają powstanie i rozwój myśli niezależnej, ukierunkowanej na
dobro wspólne, a nie na doraźną korzyść jakiejś grupy. Potrzebny jest
zarówno obywatelski sprzeciw wobec panującego zakłamania ośrodków
opiniotwórczych głoszących wbrew rzeczywistości swoją jedność ze
społeczeństwem (np. Gazeta Wyborcza, Kultura Polityczna, Krytyka
Polityczna, TVN, Kongres Obywatelski i tp.), jak i żądanie dialogu
zamiast kazań i pouczeń. Niech to na początek będzie np. jawna i
niecenzurowana dyskusja nad wydaną niedawno książką Mirosława Matei
„Polska semidemokracja”. Jestem przekonany, że taka pierwocina dialogu
społecznego stworzy warunki do powstania ośrodka będącego zaczynem
demokracji uczestniczącej w Polsce. Tak widzę naprawę fatalnego stanu
moralnego i intelektualnego naszej społeczności.

Bigos tygodniowy

Korzystając z uchwalenia kolejnej tarczy antykryzysowej pisiorstwo przemyciło do kodeksu karnego przepis dotyczący odpowiedzialności karnej za aborcję. Typowa manipulacja, tym bardziej haniebna i oburzająca, że ten akurat przepis znajduje się w zaskarżonym projekcie nowelizacji kodeksu karnego, który akurat Duda przesłał w zeszłym roku do TK Przyłębskiej. Już doszło do pierwszego protestu Strajku Kobiet.


Nie miejmy złudzeń, jeśliby wybory wygrał Długopis, rozpęta się takie pandemonium i taka „jazda”, jakiej jeszcze nie doświadczyliśmy, a to co było w poprzedniej kadencji będziemy wspominać jako „małe piwo-light”. Wyobraźni za mało, żeby sobie to wyobrazić. Rozzuchwaleni wygraną i perspektywą ładnych kilku lat niepodzielnej władzy rozpętają pisiory piekło o jakim nam się w poprzedniej kadencji nie śniło. Także Czarnki i Żalki, które na chwilę uciszono w imię wyborczego interesu Długopisa ożywią się ze wzmożoną siłą w swoich atakach na mniejszości seksualne. Będzie ofensywny kurs na zwalczanie wszystkich wrogów. Zyskają też większą szanse na „odbicie” Senatu, bo w wobec wygranej Długopisa łatwiej będzie o znalezienie nowego Kałuży, jak w sejmiku śląskim.


Profesor Wojciech Sadurski wygrał w I instancji proces z PiS, które podało go do sądu za to, że zwrócił uwagę na podobieństwa ich działań do mechanizmów działania organizacji przestępczej.


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Waldemar Witkowski z Unii Pracy, który dołączył jako ostatni do listy kandydatów zrobił to jedynie po to, by zaatakować kandydata Roberta Biedronia. Nieładne i niczemu nie służące zachowanie. Obawiam się, że Waldemar Witkowski nie potwierdził w praktyce dobrego wrażenia jakie mógł wywrzeć na wyborcach i raczej nadwerężył część szacunku jaki wśród ludzi lewicy i nie tylko przez lata sobie zbudował.


Dzisiaj PAD leci za wielką wodę, bo został zaproszony… Fakt, zaproszenie miła rzecz, ale w tej konkretnej sprawie należałoby jak się zdaje grzecznie odmówić zapraszającemu Donaldowi, który oprócz tego że jest prezydentem kraju traktującego nas jak wiernego i oddanego sojusznika, jest sprawnym i twardym biznesmenem. Zdaniem Bigosu Andrzej Sebastian, który oprócz tego że jest prezydentem średniej wielkości kraju w środkowej Europie, a nie jest sprawnym i twardym biznesmenem, winien się po prostu solidnie przygotować do spotkania. Tym bardziej, że jak wieść niesie rozmowy mają dotyczyć spraw nader ważnych dla naszej przyszłości, choćby obronności i energetyki. No chyba, że celem tego długiego lotu jest zrobienie fotki z Donaldem i Melanią, ku pamięci, do rodzinnego albumu. Tylko dlaczego nas zwykłych Polaków musi to tyle kosztować?


19 czerwca 2020r. w Gdańsku dzielna policja zatrzymała 46 –letniego przedsiębiorcę Sebastiana Pawłowskiego i jego samochód. I nie była to rutynowa kontrola drogowa, o nie. Cóż zatem było przyczyną zatrzymania? Otóż Bigos tygodniowy, w ślad za innymi mediami, informuje PT Czytelników, że przyczyną zatrzymania był fakt, że Pan Sebastian Pawłowski poruszał się pojazdem oklejonym napisami o treści m.in. „Wolę w szambie zanurkować niż na Dudę zagłosować”, „PiS stop”, „2020 WyPAD” oraz zdjęciem siedzącego na fotelu PAD-a w czapce błazeńskiej w barwach narodowych z naszytym godłem. Zatrzymanie skończyło się niemiłym pobytem w siedzibie policji, przesłuchaniem Sebastiana P. o popełnienie przestępstwa z art.135 k.k. i zabezpieczeniem nośnika groźnych dla majestatu prezydenckiego napisów czyli dostawczaka. O, i jeszcze rzeczniczka policji poinformowała, że będzie prowadzone w sprawie śledztwo… No cóż, Bigos będzie zatem śledził przebieg postępowania, ale już na pierwszy rzut nawet niewprawnego bigosowego oka, nic z tego nie będzie, bo zarzut dęty i kupy się nie trzyma, a odszkodowanie za zatrzymanie Obywatela nieomal stuprocentowe.


Poczta Polska poczuła się w obowiązku wytłumaczyć ostatnie nabytki w postaci worków do przenoszenia/przewożenia korespondencji, po 116,85(słownie sto szesnaście złotych osiemdziesiąt pięć groszy) złotych polskich za sztukę, łącznie za ponad 5 milionów złotych. Nabytki zostały poczynione na konto majowych wyborów prezydenckich, które wg zapewnień oficjeli PiS-owskich miały się odbyć, ale się nie odbyły z powodu obstrukcji innych sił. Przeprowadzone badania rynku worków świadczą, że Poczta Polska będąca spółką Skarbu Państwa (czyli naszą–obywateli) przepłaciła i to znacznie. Nie przekonują argumenty, że chodziło o uzyskanie produktu wysokiej jakości z bardzo trwałego materiału i bezpieczeństwo cennych przesyłek, zaś ukrywanie nazwy producenta zakrawa na niestosowny żart z opinii publicznej. Doświadczenie uczy, że raczej wcześniej niż później poznamy potwierdzoną przez Pocztę Polską nazwę tej szczęśliwej firmy, która uzyskała od obywateli(choć bez ich wiedzy) ten lukratywny kontrakt.


Emilewicz Jadwiga, wicepremierka rządu zjednoczonej prawicy, broń Boże nie członkini zakonu ojców paulinów, w niedzielę w klasztorze na Jasnej Górze w Częstochowie z ambony głosiła dobre nowiny. Więcej, jak wynika z późniejszych jej wypowiedzi nie zauważyła niestosowności swojego postępowania. Wielka szkoda, ale wicepremierka osoba jeszcze młoda acz wyjątkowo ambitna jest w stanie wiele uczynić, aby wicepremierką pozostać. Nie chce mi się już nawet rozwijać jakiejkolwiek retoryki w tej kwestii i ograniczę się do stwierdzenia, że art. 25 Konstytucji zobowiązujący władze publiczne do zachowania bezstronności w sprawach religii tkwi w tekście ustawy zasadniczej już tylko na urągowisko. I dopóki rządzić będzie PiS, nic się nie zmieni.


Długopis pojechał z długopisem do Trumpa. Pożytek z tego tylko taki, że przez dwa dni nie trzeba będzie słuchać wrzasków Długopisa.

Smutny polski rekord zakażeń

Władza poświęciła zdrowie i życie mieszkańców dla realizacji swych partyjnych interesów. Przed wyborami nie nastąpi przywrócenie obostrzeń, bo wpłynęłoby to fatalnie na wynik Andrzeja Dudy.
W niedzielę najwięcej nowych przypadków zakażenia koronawirusem spośród wszystkich państw Unii Europejskiej wykryto w Polsce – 576. W sobotę – tylko o jeden mniej. W sumie dało to weekend z największą liczbą zakażeń od czasu rozpoczęcia pandemii. Jeszcze gorszy był poniedziałek – aż 599 nowych zakażeń. Mamy więc w Polsce wyraźną falę wznoszącą.
Okazuje się, że w tej smutnej chorobowej statystyce zostawiliśmy inne kraje bardzo daleko za nami. Dość powiedzieć, że w drugiej pod względem liczby zachorowań Francji, było w tę feralną niedzielę tylko niespełna 350 nowych przypadków koronawirusa. A pamiętajmy, że faktyczna liczba zakażeń w Polsce jest z pewnością wyższa niż to oficjalnie podaje rząd, bo u nas w porównaniu z rozwiniętymi krajami Europy robi się mało testów. Źle to służy zdrowiu Polaków, ale dawało – do czasu – dobre wyniki w statystyce, bo rządowa propaganda sukcesu mogła się chwalić, że władza radzi sobie z pandemią więc mamy mało zakażeń.
Teraz jednak fala epidemii tak przybrała w Polsce na sile, że wykazuje ją nawet obecna, ograniczona liczba wykonywanych testów. W większości krajów Europy pandemia już ustępuje. U nas, za sprawą nieskutecznych działań, czy raczej świadomej bierności władz, wciąż się się nasila.
Rząd PiS i jego propagandowe media „publiczne” oczywiście bagatelizują ten problem, a rządowa TVP próbuje go przemilczać, tłumacząc co najwyżej, ze chodzi tu o zakażenia koronawirusem skoncentrowane niemalże w jednym miejscu (w tym przypadku są to kopalnie węgla kamiennego). To oczywiście lipa. Kopalnie są rozrzucone po całym Śląsku i trudno je uznać za jedno miejsce. Aż w jedenastu kopalniach węgla kamiennego wykryto masowe zakażenia (w każdej z nich zachorowało ponad 10 górników).
A poza tym, w Polsce ciągle pojawiają się kolejne, „pojedyncze miejsca” będące ogniskami koronawirusa – bo po prostu rząd nie przygotował kraju na nadejście epidemii – choć miał do tego i czas, i stosowną wiedzę, płynącą z doświadczeń innych krajów. Zamaist tego PiS-owscy prominenci zakłamywali rzeczywistość, a premier Morawiecki jeszcze parę dni temu opowiadał bajki, oświadczając na przykład (zupełnie serio), że „świetnie opanowaliśmy pandemię”.
Rząd dopiero teraz zamknął dwanaście najbardziej zagrożonych kopalń, choć eksperci mówili o takiej konieczności już w maju. Ale wtedy liderzy PiS upierali się przy wyborach prezydenckich w dniu 10 maja, więc zależało im na tworzeniu pozorów, że w Polsce wszystko dzieje się normalnie, można jak najbardziej przeprowadzić wybory i nie ma żadnego powodu do wprowadzania stanu nadzwyczajnego, który spowodowałby ich przesunięcie. Zamykanie kopalń bardzo zakłóciłoby ten fałszywy, potiomkinowski wizerunek, tworzony usilnie przez PiS-owską propagandę sukcesu.
W wyniku decyzji rządu kopalnie pracowały więc nadal, a ludzie się zarażali. Władza w Polsce zamiast walczyć z epidemią, przyczyniła się zatem do jej nasilenia. W związku z tym nie mogą dziwić decyzje innych państw, które, widząc jak rozwija się pandemia w Polsce, otwierają granice dla różnych krajów Europy – ale nie dla nas. Bo w tamtych państwach władza dba o życie i zdrowie swych mieszkańców, i chce ich uchronić przed niekontrolowanym napływem polskich przybyszów z niezbadaną liczbą zakażeń.
Dziś minister zdrowia Łukasz Szumowski zapowiada: „Do obostrzeń zawsze można wrócić i takie scenariusze rozważamy”. Wiadomo jednak, że do przywrócenia obostrzeń nie dojdzie przed wyborami prezydenckimi. Fatalnie wpłynęłoby to bowiem na wynik wyborczy Andrzeja Dudy, także głoszącego, jak to władza w Polsce świetnie radzi sobie z pandemią. Premier Morawiecki, którzy wraz z wszystkimi władzami partyjnymi i państwowymi uczestniczy w jego kampanii, dodaje zaś, że Polska tak doskonale pokonuje epidemię właśnie dzięki doskonałej współpracy prezydenta z rządem!
Niestety, sprawdziły się przewidywania „Trybuny”. Bardzo niedawno, bo 5 czerwca napisaliśmy, że po tym, jak sytuacja epidemiologiczna naszego kraju zaczęła się poprawiać, następuje właśnie druga fala zakażeń, rozwijająca się dokładnie od początku czerwca.
Wyjaśniliśmy, że że wzrost liczby ofiar to wynik nieodpowiedzialnych działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który pochopnie złagodził obostrzenia, ograniczające kontakty między ludźmi. Ale jeszcze bardziej szkodliwa była i jest rządowa propaganda sukcesu w mediach publicznych przejętych przez PiS, która usilnie próbowała (i próbuje nadal) wmawiać, że epidemia jest w odwrocie, wszystko idzie ku lepszemu, a rząd w pełni panuje nad sytuacją.
Wtedy, tak jak i dziś oraz przez cały czas od wybuchu pandemii, chodziło o stworzenie wrażenia, że – naturalnie dzięki sprawnym i mądrym poczynaniom rządu PiS – w Polsce w zasadzie wszystko jest już normalnie, a władza poradziła sobie z zagrożeniem. Dlatego, wedle przekazu propagandowego płynącego z rządowych mediów, warto tę władzę popierać, a zwłaszcza dać temu wyraz w wyborach prezydenckich.
Niestety, jakaś część społeczeństwa uwierzyła w rządowy przekaz, sugerujący, iż epidemia się cofa – i zaczęła ograniczać stosowanie środków ostrożności. Obawialiśmy się już wtedy, jak szkodliwe skutki może przynieść nieodpowiedzialność PiS-owskich władz partyjno-państwowych. Stało się.
Wówczas, 5 czerwca, napisaliśmy dokładnie tak: „Aż strach prorokować co się stanie, jeśli te tragiczne statystyki będą rosnąć w podobnym tempie”. Teraz niestety statystyki rosną – i strach przed przyszłością także.

Miłość tak pięknie tłumaczy…

Noc Kupały, winna być ogłoszona świętem PiS. Nie jakieś obce nam Walentynki, ale praziomalskie święto miłości do partii rządzącej.

Dla wielu naukowców, miłość to przeżywanie własnych wyobrażeń na temat drugiej strony. Według tych teorii, kochanie to nieracjonalne uczucie bliskości – zbudowane na wtórnym przeżywaniu swoich własnych emocji – odczuwanych jako wyjątkowe, unikatowe.
Dowód miłości elektoratu, PiS dostało 25 października 2015 r., gdy uczucie wyborców osiągnęło poziom 37,58 procent głosów. I nie gasło. Gdy półtora miesiąca później Beata Kempa nie chciała drukować wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a przez ulice polskich miast przewalały się dziesiątki tysięcy osób protestujących przeciw łamaniu prawa. Zbiorowy kochanek obozu dobrej zmiany pałał doń uczuciem wyrażającym się 27,9 proc. sondażowego zaangażowania.
Im bliżej wiosny, tym płomień uczucia do PiS jął gorzeć mocniej. Zwłaszcza, że od 1 kwietnia miały ruszyć wypłaty 500 plus. Będące w oczach wyborcy PiS świadectwem szczerości uczuć partii dla jej miłośników. Miłość elektoratu uzyskała w marcu stan 38 proc. wg TNS. Ale nawet niemiły dla władzy IBRiS, z początkiem maja odnotował 33 proc. poziom uczucia.
A potem uczucie do PiS tylko rosło. Im bardziej media rozpisywały się o Misiewiczu, im więcej osób o jego kwalifikacjach wynajdywano na stołkach władz państwowych firm, im wyraźniej pokazywały telewizje jak doszło do złamania zasad demokracji sejmowej poprzez zamknięcie się PiS na głosowaniach w Sali Kolumnowej. A nawet gdy cała Polska stała jak wryta przy masowym wyrębie drzew spowodowanym przez prawo Szyszki, to elektorat kochał PiS coraz bardziej. I to tak, że w okolicach Walentynek 2 lata temu miłość ta osiągnęła, wedle IBRiS, 39 proc.
Chwilę potem doszło do czegoś, co miłującym bardziej Unię Europejską niż PiS pospólstwem powinno wstrząsnąć. Polska wystawiła przeciwko Tuskowi Sayusza-Wolskiego i przegrała głosowanie 27:1. Czyli uplasowała się na szybkiej ścieżce do polexitu. Zdawać by się mogło, że to wymarzona chwila dla pozostałych partii umizgujących się do pisolubnych wyborców. Ale stałość w uczuciu elektoratu Kaczyńskiego była wzorcowa i wyniosła zdaniem IBRiS 29 proc. Tylko po to, żeby w miesiąc później poszybować na 35 proc.
Gdy umiłowaną przez wyborców PiS Beatę Szydło zastąpił bankier. Gdy publika dowiedziała się, że wielodziesięciotysięczne bonusy ministrom „się należały”, gdy po ustawie o IPN Stany Zjednoczone przestawały nas lubić, a Komisja Europejska wytoczyła przeciwko łamaniu praworządności w Polsce artykuł 7, to miast spadać – zgodnie ze słowami szlagieru Ordonówny wybaczające wszystko – uczucie pisowskiego wyborcy rosło. Wyrażając się na początku 2018 roku wskaźnikiem ok. 40 proc.
Próba pogonieniae sędzi Gersdorf i jej podeszłych w wieku kolegów oraz wybranie do KRS krewnych i znajomych Ziobry, zajmowało latem uwagę mediów w równym stopniu jak pokazywanie demonstracji. Na nic się to zdało. Duda podpisał rozwalające Sąd Najwyższy ustawy. Miłośnicy PiS widać mieli wtedy tyleż wakacje, co wyjebane na sędziowskie dyrdymały. Sierpniowy wskaźnik miłości wyniósł więc w sierpniu 38 proc.
Potem była weryfikacja sondażowych deklaracji poprzedzona opowieściami o tym, że z Unii dostaliśmy szmal tylko na chodniki i enuncjacjami o wyimaginowanej wspólnocie. W efekcie zauroczenie wyborcy PiS okazało się być na poziomie niemal 35 proc. co udowodnił on w wyborach do sejmików wojewódzkich.
Ale test na stałość miłości elektoratu trwa już od miesięcy. 40 milionów łapówki od Czarneckiego, krociowe apanaże pań z zaplecza prezesa Glapińskiego, pisowska „mowa nienawiści” i brak nadzoru nad Stefanem W. jako przyczyny zabójstwa Adamowicza. No i jeszcze zapuszkowanie Bartłomieja M. I „taśmy Kaczyńskiego” pokazujące, że oprócz siedzenia i wymyślania strategii, ma też wiedzę i przymioty biznesmena, a oprócz tego ma banki, mogące na jego życzenie udzielać miliardowych pożyczek. Banaś i jego kamienice. Wybory znów zrweryfikowały uczucie suwerena dla PiS nader pozytywnie. Teraz elektor dostał na dokładkę rodzinę Szumowskich, łamanie konstytucji, nieudolność w walce z epidemią i wywalone w kosmos 70 mln Sasina. Ludziom małej wiary zdać by się mogło, że taki zestaw jest w stanie schłodzić najgłębsze nawet uczucie. Tymczasem miłość wyborców do PiS – mimo tego lub dzięki temu – kwitnie. Do Andrzeja Dudy, wbrew temu co stara się wmówić TVN również.
Psychologowie społeczni nic z tego nie rozumieją, bo ich zdaniem tzw. „efekt 500 plus” tego zjawiska też nie tłumaczy. I odsyłają pytających o te kwestie do nieistniejącej jeszcze grupy – psychiatrów społecznych.
Niesłusznie. Zachowania wyborców PiS tłumaczy tylko to, że szczerze kochają. Wszak miłość jest zbudowana na wyobrażeniach, wspomnieniach, przeżywaniu każdego kochającego. A każdy psychiatra powie, że przy głębokim uczuciu, prawda obiektywna jest mniej ważna niż wyobrażenia.
Dlatego pora przestać zadawać sobie pytanie co musi się wydarzyć, żeby sondaże zaczęły PiS spadać. W końcu psychiatria i psychologia uznają, że obiekt miłości jedynie może dawać powody, które pobudzają emocje – ale cały proces zakochania odbywa się w obrębie zakochanego. Tyle, że do pewnego momentu. Potem uczucie mija samo. Tak nagle, jak przyszło.

Próba krótkiego bilansu

Jak ekipa Prawa i Sprawiedliwości traktuje swoje obietnice składane obywatelom?
Trwa kampania wyborcza, więc pora na próbę krótkiego bilansu prawie pięcioletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości. A oto dwadzieścia kilka pytań, które pomogą w sporządzeniu takiego bilansu i pozwolą na przybliżenie rzeczywistych dokonań obecnej ekipy rządzącej:

  1. W których więzieniach siedzi osądzona mafia VAT-owska?
  2. O ile obniżono podatek VAT?
  3. Gdzie są setki tysięcy imigrantów z pasożytami i chorobami?
  4. O ile podniesiono kwotę wolną od podatku?
  5. Jaką pomoc otrzymali frankowicze?
  6. Kto mieszka w 100 tysiącach mieszkań plus?
  7. Kto jeździ milionem samochodów elektrycznych?
  8. Jak wysokie są reparacje wojenne z Niemiec otrzymywane przez Polskę?
  9. Jakie wojska latają helikopterami zakupionymi dla armii?
  10. W jakich miejscowościach można już oddychać czystym powietrzem?
  11. Dokąd pływają promy ze szczecińskiej stoczni?
  12. Jak pokonano ASF (afrykański pomór dzików)?
  13. O ile skróciły się kolejki do lekarzy?
  14. Ile łóżek szpitalnych przybyło w Polsce?
  15. O ile wzrosły renty z tytułu niezdolności do pracy?
  16. Jak bardzo zmalały kolejki w sądach i skróciły się czasy rozpraw?
  17. Ilu Polaków wróciło z emigracji zarobkowej?
  18. Ilu Polaków wyjechało na dobre z kraju?
  19. W jakich lasach posadzono pół miliarda drzew?
  20. Jak bardzo zmniejszył się nasz import węgla z Rosji?
  21. Gdzie jest wrak Tupolewa?
  22. Jak bardzo zmniejszyła się strefa ubóstwa w Polsce i wzrosła długość życia?
  23. Jakie ilości nowoczesnego uzbrojenia trafiły do polskiej armii?
  24. O ilu urzędników mniej pracuje w ministerstwach?
  25. Kto został oskarżony o zamordowanie działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej?
  26. Gdzie można przeczytać aneks do raportu WSI?
  27. Kto jeździ po 100 obwodnicach polskich miast?

Naprawić samorządność

„Oprócz życzeń dla samorządowców mam prognozę: albo z samorządów wyjdzie zwycięski marsz ku odbudowie polskiej demokracji, albo historia zatoczy koło. Wrócą rady narodowe (nie trzeba zmieniać nazw, wystarczy dalej ograniczać finansowanie i kompetencje samorządów). A jedyna słuszna partia zyska absolutny monopol na władzę: od wydawania sądowych wyroków po decydowanie o remontach chodników w miastach i miasteczkach” – pisze autor laurki ku czci polskich samorządów opublikowanej w „Gazecie Wyborczej”. Już ten jeden akapit wyraźnie wskazuje, że do tego zadania oddelegowano propagandzistę, który w ogóle nie ma pojęcia o samorządach, samorządności i ich najbardziej palących problemach dziś.

Samorządność to idea ważna i bliska lewicy, podejdźmy więc do niej poważnie. Uznajmy smutną prawdę: samorząd terytorialny w polskim wykonaniu to kompletna klapa. Jest zepsutym, korupcjogennym, biurokratycznym mechanizmem, który służy każdej kolejnej ekipie do rozdawania synekur. To w ogóle nie jest samorząd, gdyż ten polega na autonomii regionalnych i lokalnych wspólnot, które powinny dysponować instrumentami do zarządzania konkretnym obszarem i jego zasobami w sposób uznany przez siebie za najbardziej stosowny. W Polsce nic takiego się nie dzieje.

Samorządowe iluzje

Samorządy stworzono w Polsce z myślą o tym, aby władze centralne mogły wycofać się z różnych obszarów aktywności i ostatecznie zupełnie abdykować z jakichkolwiek innych funkcji poza represyjnymi. Oczywiście, wszystko okraszono dykteryjkami o tym, jak to I Sekretarz decydował o tym, jakich płytek chodnikowych potrzebują mieszkańcy Pcimia na rynku, a przecież ludzie sami wiedzą lepiej. Być może, ale z powodu biedy i dewastacji rynku pracy zastanawiają się głównie nad tym, jak przetrwać.
Polskie samorządy fałszywie upodmiotowiono, nadając im tytuł do zbierania podatków i obciążając je obowiązkiem prowadzenia szkół i placówek służby zdrowia. Nie mogą one jednak dysponować zgromadzonymi przez lokalnego fiskusa środkami na realizację swoich zadań, gdyż ten wysyła je do Warszawy. Wobec tego samorządowcy zgłaszają się do władz centralnych po pieniądze, które sami wcześniej zebrali i z tych pieniędzy uzyskują specjalne subwencje, co jest po prostu do cna groteskowe i naturalnie nieefektywne. To jest przerzucanie pieniędzy tam i z powrotem, z gruntu zła konstrukcja.

Zadania dla państwa

Samorządom nie można powierzać zadań, które są kluczowe dla funkcjonowania i rozwoju państwa. Jest bardziej niż oczywiste, że obszary takiej jak oświata, służba zdrowia, transport kolejowy i lotniczy, czy bezpieczeństwo muszą być zarządzane centralnie. Zabawa w udawanie, że odpowiadają za to samorządy, ale koordynują ministerstwa, a pomiędzy nimi odbywa się bezsensowny obrót pieniędzmi trudno ocenić inaczej niż jako marnotrawczy kretynizm. To, które zagadnienia pozostawić w ręku państwa, a które powinny być domeną samorządów trzeba uzgodnić w sensownie zorganizowanej debacie publicznej. Unikniemy wtedy na przyszłość także gier propagandowych, jakimi para się PiS, przekonując wyborców, że to, co dobre (transfery bezpośrednie), gwarantuje rząd, a to, co nieudane (słabe usługi publiczne) to efekt zaniedbań samorządów, jeśli oczywiście na danym terenie samorządowcy wywodzą się z innego stronnictwa.

Co robić?

Lewica powinna zabiegać o pilną reformę w tej dziedzinie. Niech chociaż zawnioskuje o odwrócenie reformy Buzka-Krzaklewskiego i powrót do systemu 49 województw. Wówczas pozbylibyśmy się przynajmniej istnej gangreny w postaci powiatów, oszczędzając gigantyczne sumy i porządkując kompetencje wojewody, który jest delegatem rządu i zasadniczo powinien stanowić pas transmisyjny z regionów do Warszawy, a nie odwrotnie, i samorządowców.

Docelowo zaś lewica powinna dążyć do wzmocnienia gmin i dzielnic w miastach i pozwalać im na możliwie swobodny rozwój i dysponowanie własnymi zasobami. Tylko to pozwoli realnie wzmocnić wspólnoty – muszą mieć czym zarządzać. Rząd centralny zaś powinien uzgadniać co roku wysokość składki, którą gminy mają odprowadzić na utrzymanie infrastruktury, która jest pod jego kontrolą i stosownych rezerw finansowych i sam generować nadwyżki z działalności spółek i konsorcjów, których jest właścicielem. To jednak znów wciąga na tapetę zagadnienie ustroju, bo przyznanie autonomii finansowej samorządom nie może obyć się bez stworzenia planu gospodarczego.

Równi poddani i równiejsi pisowcy

PiS robi wiele, aby ludzi dodatkowo wkurzyć. Irytująca jest sama sytuacja związana z pandemią, a rząd dokłada do tego jeszcze swoje działania, które są niespójne, spóźnione, nieudolne – mówi Marek Migalski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Ledwo Rafał Trzaskowski został kandydatem na prezydenta, a sondaże rosną z jednego na drugi. Czy to się utrzyma i czy PiS ma się czego bać?

MAREK MIGALSKI: Moim zdaniem ta tendencja się zatrzyma, bo ona wynika z tego, że elektoraty powróciły do swoich identyfikacji partyjnych – Duda zaczyna mieć tyle, co PiS, a Trzaskowski tyle, co KO. W tym duecie wszystko wróciło do normy. Mówiąc językiem Lampedusy z „Lamparta”, wiele musiało się stać, żeby nic się nie zmieniło. Wyborcy stanęli przy kandydatach swoich partii. Im bliżej wyborów, tym bardziej ta decyzja jest partyjna. Zresztą 5 lat temu było tak samo.

Na pół roku przed wyborami wszyscy lubili Bronisława Komorowskiego, bo był prezydentem. Potem z dnia na dzień deklaracje polityczne zmieniły się w partyjne. Tym też tłumaczyłbym ten zjazd Andrzeja Dudy do 40 proc. i podjazd Trzaskowskiego do ponad 20 proc.

Czyli to nie wina sztabu prezydenta, który wysyła go na bazar po truskawki, i kampanii, która wyraźnie zmarniała?

Oczywiście to ma swój wpływ. Gdybym miał wskazać najgorsze kompanie do tej pory, to byłaby to Małgorzata Kidawa-Błońska, Andrzej Duda i Robert Biedroń. Ten zjazd ma oczywiście związek z takimi niefortunnymi zachowaniami i wypowiedziami prezydenta, tylko że dla elektoratu PiS-u jego wizyta w Garwolinie jest fantastyczna, wyborca opozycyjny oczywiście dostrzeże tam złamanie wszelkich możliwych przepisów i prowadzenie kampanii wyborczej w sposób prawie nielegalny. Niewątpliwie to, że prezydent Duda nie zyskuje poza swój elektorat, jest winą sztabu, bo to on powinien dbać o to, aby prezydent nie bazował tylko na identyfikacji partyjnej PiS-u swojego elektoratu, tylko go poszerzał, bo tylko tak może wygrać w drugiej turze.

Idzie drogą Komorowskiego?

Wiele na to wskazuje i gdybyśmy porównali poparcie dla obu panów, to one są podobne. Z poziomu ogromnego zaufania i dużego poparcia do poziomu poparcia swojej macierzystej partii.

Jakby jakiś duch się zadomowił w Pałacu Prezydenckim, który przez 5 lat powtarza lokatorowi, że jest najpiękniejszy na świecie, a w dniu wyborów umyka i pozostawia go sam na sam ze swoim „memowym” wizerunkiem.

Traci też sam PiS jako partia. Czy to efekt pandemii, zamieszania z wyborami i drukowaniem kart wyborczych, a może wszystkiego po trochu?

Te spadki są, ale nie jakieś spektakularne. Natomiast prawdą jest, że narasta irytacja w ludziach, co odbija się na notowaniach PiS-u i Dudy. Przyznać trzeba, że PiS robi wiele, aby ludzi dodatkowo wkurzyć. Irytująca jest sama sytuacja związana z pandemią, a rząd dokłada do tego jeszcze swoje działania, które są niespójne, spóźnione, nieudolne. Oprócz tych, o których pani wspomniała, dodałbym jeszcze działania policji. Ludzie zaczynają postrzegać policję jako nie pomocną, a opresyjną. To też są wizerunkowe kwestie. Dodatkowo moim zdaniem PiS popełnił samobójstwo tymi uroczystościami na cmentarzu 10 kwietnia.

Zresztą napisałem to wtedy w mediach społecznościowych. Co ciekawe, to by się nie sprawdziło, gdyby nie afera z Kazikiem. Czyli nie dość, że popełnili błąd 10 kwietnia, to jeszcze nadgorliwcy w Trójce uwypuklili tę niezręczność i podali ją Polakom na talerzu, aby musieli się tym udławić po raz drugi.

To także to słynne zdjęcie Morawieckiego z Gliwic, gdzie siedzi m.in. z wojewodą śląskim. Dwóch panów, którzy powinni świecić przykładem, siedzi ze sobą, rechocze i łamie wszelkie możliwe przepisy, którym podlegają zwykli obywatele. Gdyby tak sobie usiadł Kowalski z Nowakiem i weszłaby policja, to nie dość, że restaurator dostałby karę kilkutysięczną, to jeszcze te osoby mogłyby zostać ukarane mandatami o wartości 10 tys. złotych. Potem jeszcze premier pokrętnie tłumaczy, że to są wskazania, a nie nakazy, i dopiero po następnych dwóch dniach ktoś w jego imieniu mówi, że przeprasza. To wszystko pokazuje, że są równi i równiejsi. Tymczasem właśnie media doniosły, że premier Holandii Rutte nie mógł pojechać do umierającej matki ze względu na przepisy i nie zdążył się z nią przed śmiercią pożegnać, w gazetach można było zobaczyć, jak premier Portugalii stoi w maseczce w kolejce po zakupy. Jakże to odmienne od tego, jak polscy politycy i rządzący traktują siebie i wyborców. Niczym niewolników czy poddanych, którzy muszą biernie spoglądać, jak oni łamią wszelkie przepisy, które nakładają na nas. To musi działać negatywnie.

Jak istotny w tym jest fakt, że rząd nie ma pieniędzy na kolejny program socjalny?

Polityka transakcyjna, którą prowadził PiS przez 5 lat, była prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, ale szalenie skuteczna: my wam dajemy pieniądze, ale wy nam poparcie, i to działało. Tylko to jest jak z narkomanem. Dopóki diler dostarcza narkotyki, jest dobry, ale gdy żąda zwiększenia pieniędzy albo przestaje odbierać telefon, to przestaje być dobrym dilerem. Wówczas uzależniony zaczyna szukać innego dilera. Być może ta metafora jest dość brutalna, ale dobrze pokazuje, jak to działa. Trzeba uznać, że część wyborców PiS-u jest związana z tą partią ideowo i cokolwiek PiS zrobi, to przy niej zostaną, bo ta partia przywróciła im „godność” i zapewniła „potęgę w świecie”, ale jest część wyborców, która przez ostatnie lata dawała tej partii większość, która ma do tej partii stosunek pragmatyczny. Dopóki dają transfery społeczne, to dajemy im poparcie. Kiedy ta kroplówka się urwała, to i lojalność osłabła.

A jakie znaczenie ma afera z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim?

Był taki moment, kiedy był najpopularniejszym politykiem w Polsce i obdarzony był największym zaufaniem. Nie widziałem ostatnich badań, ale jego problemy i jego brata zaczynają być dla części opinii publicznej raczej obciążeniem tego rządu. Pokazują, że nawet w sytuacji zagrożenia życia albo sobie nie radzi, albo pozwala, żeby ktoś „kręcił lody”, jak kiedyś mówiono. Mimo to wydaje mi się, że jednak Szumowski przynosi głosy do PiS-u. Może już nie jest na pierwszym miejscu, ale dalej jest popularny.

W ostatnich sondażach chyba najwięcej stracili Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń. Dlaczego?

Zacznijmy od Roberta Biedronia, bo to jest bardziej spektakularne. Ostatnio śmiałem się, że ta kandydatura może skończyć jak Magdalena Ogórek, czyli z 2,4 proc. Na razie wiele na to wskazuje. Przyczyną jest fakt, że epidemia zdekodowała niepowagę niektórych kandydatów, dokładniej tych, którzy nie wyczuli, że sytuacja się zmieniła i potrzeba innego języka. Tego nie rozumie Andrzej Duda i tego nie zrozumiał Robert Biedroń. On był dobrym kandydatem na czasy postpolityczne, kiedy trzeba ładnie się uśmiechać, być miłym, czasem rzucić żart. Taki okres mieliśmy rok temu, kiedy w wyborach do PE jego partia zrobiła 6 punktów. Teraz przyszła twarda polityka i Robert Biedroń się chyba do tego nie nadaje. Znam osobiście ludzi, którzy mając poglądy liberalno-lewicowe i którzy w normalnych warunkach zagłosowaliby na Lewicę, nie zrobią tego, dlatego że to właśnie Robert Biedroń.

Uważam, że Lewica robi błąd nie wymieniając Roberta Biedronia na Zandberga albo Czarzastego.

Jeśli miałbym doradzać Lewicy, to po wejściu Trzaskowskiego do gry, który jest bardzo bliski wizerunkowo i ideologicznie czy politycznie do Biedronia, zaczyna wysysać ten elektorat, poszedłbym w stronę czysto lewicowego ekonomicznego przekazu. To zapewniłby właśnie albo Zandberg, albo Czarzasty, albo ktoś ze starego zakonu SLD, kto wziąłby swoje 5-7 proc. i przynajmniej uniknął kompromitacji. Pamiętajmy, że w ostatnich wyborach Lewica weszła jako trzecia siła do parlamentu.

A Kosiniak-Kamysz?

On może liczyć na poparcie PSL, oczywiście więcej niż pokazują sondaże – sądzę, że w okolicach 5-10 proc., może 15. Kosiniak-Kamysz stracił na tym powrocie wyborców do „partyjności”. Pamiętajmy też, że kandydaci PSL zawsze dostawali słabe wyniki, poniżej wyników partyjnych.

Wyborcy PSL najchętniej chodzą do wyborów samorządowych, a najsłabiej właśnie do prezydenckich. Kosiniak-Kamysz też za to płaci, bo jego kampanię oceniam jako bardzo dobrą, a on sam wnosi powagę do debaty publicznej.

A Szymon Hołownia?

Ten kandydat o wejściu Trzaskowskiego powiedział, że to jak przyłączenie się nowego biegacza na 30 kilometrze maratonu.

Błyskotliwa metafora i trafna i w jakimś sensie zdradza zmęczenie Hołowni. Hołownia obok Dudy jest najbardziej stratny na tym, że 10 maja wybory się nie odbyły. Około 10 maja miał ogromne szanse wejść do II tury i był o krok od prezydentury. Powrót wyborców PO do partyjnej identyfikacji musi skutkować tym, że jemu zabraknie trochę tlenu. Stąd jest coraz bardziej brutalny w kampanii i atakuje głównie innych kandydatów opozycji. To się może nie podobać, ale dla niego jest to najlepsza strategia.

Wybory będą prawdopodobnie 28 czerwca. Starczy Trzaskowskiemu czasu, aby wejść do II tury? Ma szansę wygrać z Andrzejem Dudą?

Wszystko wskazuje na to, że w II turze znajdą się reprezentanci dwóch najsilniejszych partii, chyba że PiS odpali jakąś totalną bombę na Trzaskowskiego, ale wątpię. Trzaskowski jest ciągle w polityce i gdyby coś było, to wyszłoby przy kampanii samorządowej i innych okazjach. W II turze już będzie ciekawiej, bo wszystkie badania pokazują, że Trzaskowski ma z Dudą mniejsze szanse, niż Hołownia i Kosiniak-Kamysz. To dobra wiadomość dla Andrzeja Dudy. Tylko że po to mamy kampanie wyborcze, żeby dzisiejsze nastroje społeczne zmieniać. W moim przekonaniu będą się zmieniać na niekorzyść PiS-u.

Nie mamy pojęcia, jakie nastoje będą w połowie lipca, gdy będzie pewnie II tura, ale to 2 miesiące, w których wiele może się zmienić. Pytanie też, co wymyślą sztaby.

Na razie wygląda na to, że sztab Dudy śpi uśpiony tymi samymi środkami, co sztab Komorowskiego. Trzaskowski jest ewidentnie w natarciu, widać, że ma energię i ludzie wokół niego też ją mają. A pomysł z opublikowaniem oświadczenia majątkowego swojego i żony jest świetny. Nic go to nie kosztowało, prędzej czy później i tak by do tego doszło, ale na razie to on pokazuje, że nie ma nic do ukrycia, a reszta ma. Widać, że są tam dobre pomysły. To suma nastrojów społecznych, które są trochę niezależne od kandydatów, i praca sztabów będą rozstrzygać o ostatecznym wyniku.

Bigos tygodniowy

Gaude Mater Polonia! Policja Kamińskiego zatrzymała pielgrzymkę z Łowicza do Częstochowy i ukarała grzywną m.in. proboszcza-organizatora. Pod osłoną nocy pielgrzymi spróbowali wyruszyć ponownie, ale znów zostali zawróceni do zagrody. W jednej chwili utwierdziłem swoją wiarę w Postęp i uwierzyłem, że Cuda się zdarzają.


Stępkowski Olek z syndykatu katolickich fanatyków Ordo Iuris powitał nową I Prezes Sądu Najwyższego publiczną, obleśną obłapką w hallu wejściowym. To po pierwsze niekulturalne, po drugie seksistowskie, po trzecie, w języku mowy ciała, takie obłapianie, to sygnał, że ona jest NASZA. Do tego mętnie odpowiadając na pytania dziennikarzy dopytujących go o chachmęcenie w sprawie usunięcia ze strony internetowej SN listu 50 sędziów do Dudy, Stępkowski potarł nos, co w języku mowy ciała oznacza, że się kłamie. To wszystko razem z pilnymi kwiatami od „Godzilli”- Święczkowskiego Bohdana, które otrzymała nowa I Prezes, niedobrze wróży tej instytucji. Tym bardziej, że Stępkowski Olek, czyli – nie bójmy się tych słów – Ordo Iuris, został rzecznikiem SN. Stępkowski już na wstępie nowej roli zaczął od błaznowania, bo publicznie stwierdził, że wybór na I Prezesa SN „przebiegł pomyślnie dzięki modlitwie”.


Funk tego samego Ordo Iuris miał czelność uczestniczyć w przesłuchaniu przez policję studentów Uniwersytetu Śląskiego, którzy publicznie zdemaskowali panią – pożal się Boże – socjolog, która na wykładach, zamiast wiedzy naukowej, wygłaszała jakieś fanatyczne katolickie brednie o tym, że dzieci matek które używały spiral antykoncepcyjnych, rodzą się „z antenką w głowie”. Pożal się Boże socjolożka czeka na komisję dyscyplinarną, choć sama odeszła już z tej uczelni. No i bardzo dobrze, bo tym samym radykalnie podniosła poziom naukowy UŚ.


Niejaki Ardanowski, pisowski minister rolnictwa, wydał wojnę organizacjom, które wydzierają zwierzęta z rąk zdegenerowanych wieśniaków. „Poczekaj draniu, my cię dostaniem…” („Ballada o Janku Wiśniewskim”).W ostatnim czasie to nie jedyne jego osiągnięcie, bo jak się zdaje wydał też wojnę nauczycielom, uznając że lepiej niż w szkole sprawdzą się na truskawkowych polach oraz dziennikarzom, którzy w jego ocenie wykonując swoją pracę są „nieprzyjemni”, co może zrodzić „nieprzyjemność” z jego strony. Bigos tygodniowy będzie bacznie obserwował poczynania tego funkcjonariusza PiS, których – mając na uwadze jego dotychczasowe dokonania – nie zabraknie.


Wiewiórka Zuzanna, która zakapowała dziewczynę zamierzającą dokonać aborcji farmakologicznej dostała medal o fanatycznego ziobrysty z Ministerstwa Sprawiedliwości Romanowskiego Marcina (kierownictwo MS jest przepełnione podobnymi indywiduami). Teraz konsekwentnie powinna zostać nagrodzona za wzywanie do zabijania lekarzy dokonujących aborcji. Wiewiórka podobno „boi się o swoje życie” z powodu hejtu, jaki na nią spada.


Naocznie miałem okazję przekonać się o Bizancjum, jakie uprawia władza PiS. W zeszłą sobotę Duda Andrzej odwiedził na krótko Iławę i wygłosił krótki spicz nad jeziorem Jeziorak. Później kawalkada aut wioząca jego Ważną Osobę przemknęła nader szybko przez miasto. Naliczyłem 11 (słownie: jedenaście) aut w tym 2 karetki medyczne, o radiowozach nie wspomnę. Zawsze mnie zastanawia, czego Duda Andrzej może się bać w kraju, pełnym miłujących go rodaków?
A’ propos Dudy. „W opisach jego dzieciństwa można znaleźć dzisiejszego prezydenta z jego dewocją, egzaltacją i kabotyństwo” – napisał Witold Bereś w recenzji książki Marcina Celińskiego i Tomasza Piątka „Duda i jego tajemnice”.


Dziwa, dziwa ogłaszają! I dziwa się dzieją takie, że szczypałem się w ramię, by sprawdzić, czy nie śnię. Oto reporter TVN24 wszedł z kamerą do siedziby – bądź co bądź – rządowej dziś radiowej Trójki, a nowy dyrektor stacji, Kuba Strzyczkowski mówił mu do kamery takie rzeczy, jakie były nie do wyobrażenia w tym gmachu od objęcia stacji przez PiS dnia 1 stycznia 2016 roku. Strzyczkowski ostrzegał, żeby do niego nie wysyłano esemesów z poleceniami politycznymi, ani nie dzwoniono z naciskami, bo „ma w telefonie program nagrywający”. Mówił, że Trójka to dziś nawet nie ruiny, lecz „lej po bombie”. Mówił też, że właśnie jemu powierzono dyrekcję, bo „może notowania są gorsze?”. Wszystko to samo w sobie nie byłoby sensacją w normalnej sytuacji, ale że działo się to wszystko „w paszczy lwa” czyli w siedzibie stacji rządowego Polskiego Radia – więc może zrobić wrażenie. Nie widzę innego wytłumaczenia przyczyn takiego zaskakującego myku ( czyli ustąpienia pola, może tylko na krótko), jak to, że afera z Trójką wywołała w kręgach władzy panikę, lęk o utratę kolejnych punktów tak potrzebnych Adrianowi w wyborach.


Do dziś nie jest do końca jasne, czy 16 maja policja spałowała demonstrantów na placu Zamkowym. Wiadomo tylko, że „Mario” Kamiński wydał policji polecenie „działania stanowczego”.


Sasin Jacek (po francusku: Żak Sasę), który jak się zdaje bez trybu wydał z naszej wspólnej kasy lekką ręką blisko siedemdziesiąt milionów na pakiety wyborcze ( nadają się już tylko na makulaturę) został obroniony przez kaczystów przed wotum nieufności. Szumowski jest broniony mimo, że już prawie nie ma dnia bez nowej odsłony afery z nim związanej. Doktryna Kaczelnika, że każda nieuczciwość w PiS będzie „wypalana gorącym żelazem” bierze w łeb, bo chyba uznano, że w tej fazie, przed wyborami prezydenckimi, mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku.


Chińskie przysłowie mówi: „Unikaj towarzystwa tygrysa”. Mimo to sporo tygrysów napotkałem na mej drodze życia. Pierwszym był młody, niesforny tygrysek z dalekowschodniej bajki, który „urwał się” tygrysim rodzicom i wybrał „na gigant”, narażając się na liczne niebezpieczeństwa, z czego miał wynikać ostrzegawczy morał dla młodocianych czytelników. Później była seria „Z tygrysem”, popularna edycja książeczek w mikroformacie, poświęcona różnym spektakularnym wydarzeniom z historii II wojny światowej. Nabywało się je w kioskach „Ruchu” i powstała moda na ich kolekcjonowanie. Z I wojną światową wiązał się przydomek „tygrys”, jakim określano premiera Francji Georgesa Clemenceau. Po kinach chodziła też w tamtych czasach francuska komedia kryminalno-szpiegowska Claude Chabrola „Tygrys lubi świeże mięso”. Jakiś czas później pojawiły się „tygrysy tamilskie”. Jest też rosyjskie określenie: „Tigra jebat eto i smieszno i straszno”. W maju 2020 pojawił się w Polsce „tygrys rozgrzany”. I ten jest chyba najlepszy.

Ich zysk jest większy niż twój

O tym, że zaraza koronowirusa przeorała nasze życie, każdy już wspomina. Co rusz słyszę o związanych z nią traumach. Nawet o nastaniu nowej ery w dziejach ludzkości. Czasów przed i po narodzeniu się koronawirusa.
Warto jednak przypomnieć bom mott człowieka minionej epoki. O tym, że są „plusy dodatnie i plusy ujemne”. I dziś, ku pokrzepieniu skołatanych serc, poszukać też tych dodatnich.
Zauważcie, że w czasie zarazy zniknęła propagowana przez elity PiS „polityka historyczna”. Ten rodzaj polskiej pedofilii politycznej polegającej na tym, że elity PiS traktują obywateli naszego kraju, potencjalnych wyborców, jak umysłowe dzieci. I podstępnie wykorzystują je wciskając im propagandowy kit. Dzięki wysiłkom bardzo dobrze opłacanych propagandzistów podszywającym się w narodowo- katolickich mediach pod maski ekspertów, publicystów, dziennikarzy nawet.
Jeszcze niedawno, w czasach przed zarazą bezustannie słyszałem o grożących mi śmiertelnych niebezpieczeństwach. Czyhać miał na mnie podstępny gender, w gminach czaiła się zabójcza „ideologia LGBT”, a za granicą hulała inwazja globalnego „antypolonizmu”.
Ten ostatni wysuwał się na pierwszą flankę antypolskiej agresji. Bo, jak głosili bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im, cała zagranica, z wyjątkiem orbanowskich Węgier, wielce zawistnie zazdrościła Polsce jej aktualnych, epokowych sukcesów. Osiąganych rzecz jasna dzięki rządom jaśnie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I wiernych mu Jego współpracowników.
Dlatego bracia Karnowscy, redaktor „Sakwa” i podobni im codziennie ogłaszali, że „bronią Polski” . Za co codziennie wystawiali stosowne faktury spółkom skarbu państwa oraz innym instytucjom żyjącym z naszych podatków.
W dawnej Europie dla odpędzenia zagrażających ludzkości bezbożnych wampirów ówcześni Karnowscy polecali katolickie krzyże i przedmioty im podobne, srebrne kule oraz kołki osinowe. W narodowo- katolickiej IV Rzeczpospolitej na wysysający polską krew „antypolonizm” bracia Karnowscy, redaktor Sakwa i podobni im zalecali przedmioty pomalowane w biało- czerwone barwy. Mogły to być samoloty PLL LOT, naklejki na świninę tuszujące zarażenie afrykańskim pomorem, pseudo patriotyczne fundacje i reduty „broniące dobrego imienia” i jachty pełnomorskie. Te ostatnie, pomalowane w narodowe barwy, miały pływać po morzach i oceanach sławiąc imię IV RP. Dowodzić, że kaczyńska Polska z kolan wstała, pedagogikę wstydu porzuciła i „lewackiej” Unii Europejskiej dumny gest Lichockiej pokazała.
Przyszła jednak zaraza i obnażyła nędzę IV Rzeczpospolitej. Słabiutkie struktury naszego państwa. Okazało się, że rządzące nim elit PiS nie potrafiły zgromadzić niezbędnych zapasów medykamentów potrzebnych w czasach zarazy. Chociaż informacje o jej nadejściu otrzymały z wystarczającym wyprzedzeniem. Za to świetnie poradziła sobie rodzina pana ministra Szumowskiego i podobne im, znakomicie zarabiające na strachu Polaków przed zarazą.
Ich zysk jest większy,
niż nasz, mogą ponucić sobie teraz obywatele naszego kraju.
Okazało się, że pomimo szumnych zapowiedzi pięcioletnie rządy PiS niczego w Polsce nie zreformowały. Nie ulepszyły nawet.
Przeciwnie jeszcze bardziej zdezorganizowały i zubożyły wymagający reform system oświaty, który okazał się w czasie zarazy niezdolny do nowoczesnego, elektronicznego nauczania.
Zubożyły zasoby finansowe samorządów, a teraz obarczyły je kosztami odmrożenia życia społecznego. Zdewastowały służbę zdrowia, co wystarczająco obnażyła zaraza.
Okazało się, że jedynym ratunkiem dla zahamowania zarazy było samo uwięzienie się polskiego społeczeństwa, zamrożenie polskiej gospodarki i życia społecznego. Przeczekanie zarazy w domowych schronach.
Okazało się też, że wielu naszych sąsiadów, tak wcześniej pogardliwie traktowanych przez dumną propagandę PiS, radzi sobie lepiej niż mocarstwowa, kaczyńska Polska. Lekceważone Czechy i Słowacja skuteczniej wychodzą z zarazy niż mieniąca się liderem „Trójmorza” IV Rzeczpospolita.
Rząd firmowany przez pana premiera Morawieckiego ogłosił już czwartą „tarczę antykryzysową” dla osłony polskiej gospodarki. Produkcja takich „tarcz” staje się specjalnością tego rządu. Za miesiąc nasza gospodarka będzie miała pewnie już tuzin kolejnych, triumfalnie ogłaszanych, tarczy. Gdyby pan premier Morawiecki przypiął je wszystkie do swych dumnie wypinanych podczas konferencji prasowych piersi, to wyglądałby dostojniej niż niejeden radziecki generał.
Za to nasz, też pogardzany przez narodowo- katolicką propagandę PiS, niemiecki sąsiad wyprodukował tylko jedną antykryzysową tarczę. Pomimo takiego ich ubóstwa niemiecka gospodarka odmraża się skuteczniej.
Kasa z Unii nie śmierdzi
Jeszcze niedawno słyszałem z ust pana prezydenta Dudy, że Unia Europejska to jakaś „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika./…/ Wspólnota jest potrzebna tutaj, w Polsce, dla nas – własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi; kiedy nasze sprawy zostaną rozwiązane, będziemy się zajmować sprawami europejskimi. A na razie, niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”, tak przekonywał.
Jeszcze niedawno pan premier Morawiecki ogłaszał, że Z Unii Europejskiej nie dostaniemy „ani centa na walkę z wirusem”. Bo to zła Bruksela jest.
Ale szybko okazało się, że ta wraża Unia nie chciała „zostawić nas w spokoju”, choć postulował to pan prezydent Duda.
Dlatego słyszę teraz w narodowo- katolickich mediach, że tylko dzięki wysłanemu listowi pana prezydenta Dudy i aktywności tam pana premiera Morawieckiego teraz Polska będzie największym beneficjentem pomocy finansowej Unii Europejskiej dla państw członkowskich poszkodowanych przez zarazę.
To oznaczą też, że jeśli władza się nie zmieni, to będzie jeszcze więcej pieniędzy dla rodzin szumowsko podobnych. Dla braci Karnowskich, redaktora „Sakwy” i podobnych im. Na odmrożoną przez PiS pedofilię polityczną. Na propagandę anty unijną w telewizji pana Kurskiego. Fundację świrsko podonych. Znajdzie się pewnie też jakiś „euro cent”| na nowy lakier dla paznokcia pani posłanki Lichockiej.
Ech, żyć nie umierać, panie prezesie.

Bigos tygodniowy

Wydarzenia ostatnich dni, cenzura w radiowej Trójce, brutalna interwencja policji w stosunku do – jednak – pokojowej demonstracji na placu Zamkowym w Warszawie, a także uporczywe szykanowanie wysokimi mandatami innych demonstrantów pokazały, że na porządku dnia staje w Polsce paląca potrzeba obrony podstawowych praw i wolności. Wiele wskazuje na to, że władza PiS, w warunkach luzowania obostrzeń sanitarnych, będzie starać się jak najdłużej, co najmniej do wyborów prezydenckich, utrzymać zakaz publicznej ekspresji poglądów politycznych. Obawia się bowiem, że mogłyby być one bardzo liczne i bardzo ostre w stosunku do władzy. Zatrzymanie Pawła Tanajno zdaje się to potwierdzać.


Czy Szumowski Łukasz, minister zdrowia w rządzie PiS, który przez kilka tygodni otoczony był nimbem niemal kogoś w rodzaju ofiarnego lekarza Tomasza Judyma z „Ludzi bezdomnych” Stefana Żeromskiego, ocierał się o świat kombinatorski i przestępczy? To się dopiero okaże. Natomiast fakt, że profesor medycyny, kardiolog, po przepisaniu majątku na żonę wpisał do zeznania majątkowego, że ma nieco ponad tysiąc złotych oszczędności jest naigrawaniem się ze zdrowego rozsądku obywateli RP. To już doprawdy lepiej u uczciwiej byłoby, gdyby wpisał tam cyfrę „zero”.


Morawiecki miał niedawno rozważać zawieszenie do końca roku zakazu handlu w niedziele. Byłaby to decyzja racjonalna z dwóch powodów: po pierwsze, pozwoliłaby nadrobić część strat wywołanych zamknięciem sieci i galerii handlowych, po drugie, dodatkowo miałaby wpływ na fizyczne rozgęszczenie liczby klientów. Morawiecki jednak się z zamiaru wycofał wobec oporu dwóch najbardziej szkodliwych w historii Polski: „Solidarności” i Kościoła kat.


W przyszłości są do prześledzenia przyczyny (te odnotowane w formalnych dokumentach) dość nagłego wzrostu brutalności i zajadłości policji nie tylko w stosunku do spokojnych i relatywnie nielicznych demonstracji, ale także w stosunku do pojedynczych osób. Znane są i zarejestrowane kamerą przypadki bezsensownego zatrzymania pojedynczej osoby, młodej kobiety, która stała przed siedzibą radiowej Trójki z niewielkim transparentem przymocowanym do roweru. To, nawet gdy się patrzy gołym, nieprawniczym okiem, wypełnia znamiona bezprawnego zatrzymania, które kwalifikuje się do skierowania do sądu z szansą na uzyskanie odszkodowania. Jeśli za tymi represjami stoi (a wiele na to wskazuje), szef MSW Kamiński „Mario”, to znaczy, że ten człowiek o psychicznym profilu zajadłego fanatyka, powinien za to ponieść w przyszłości surową odpowiedzialność. Miejmy nadzieję, że gdy do tego dojdzie, nie będzie już prezydenta, gotowego ułaskawić go przed zapadnięciem prawomocnego wyroku sądu.


Duduś znów został wystrychnięty na dudka. Nielubiany przez niego Kurski Jacek wrócił do zarządu TVPiS niedługo po tym, jak klepnął dwa miliardy na funkcjonowanie szczujni propagandowej, jakiej jeszcze Polska nie widziała. Ale teraz Duduś nie ma już ruchu, nie może podskoczyć ani Kaczorowi ani Kurze, bo ich wsparcie jest mu niezbędne, by zachował szansę na reelekcję.


Według badania pracowni Estymator – PiS, z notowaniem wyborczym na poziomie blisko 42 procent może stracić 9 mandatów, czyli samodzielną większość w Sejmie. Badanie wskazuje poparcie na poziomie 26 procent dla KO i po blisko 12 procent dla Lewicy i Koalicji Polskiej.


Niejaki Jastrzębowski Sławomir określił dziennikarzy, którzy odeszli z radiowej Trójki po aferze z ocenzurowaniem piosenki Kazika, jako „staruchów, ubeków i zboczeńców”. Jak w takim razie należałoby określić tego żula? Do nagonki na dziennikarzy Trójki dołączyli się niejaki Płużański Tadeusz, funkcjonariusz TVPiS i ŻULNALISTA Ziemkiewicz. Istna parada ŻULNALISTÓW. Swoją drogą zelżeni mają w tym przypadku pełny tytuł do podania Jastrzębowskiego do sądu o znieważenie.


W TVPiS kolejna seria dudusiowych opowieści w plenerze. Staje na środku placu jakiegoś miasteczka (n.p. Maciejowic), albo w jakimś szczerym polu i plecie co mu ślina na język przyniesie, o niczym, a jest w takiej mowie-trawie, jak kiedyś mawiano, wprawny. Gdy było sucho, brał do ręki garść ziemi, rozrzucał ją i pokazywał jak jest sucho. Gdy przyszły deszcze, patrzy na rozkwitający sad i mówi, że ma nadzieję, że rozkwitnie jeszcze bardziej, i tak dalej, takie dialogi na cztery nogi. Nie mniej uciechy można mieć z oglądania TVPiS, gdy się widzi minorowe, oklapłe nastroje najgorliwszych propagandzistów władzy w programach publicystycznych, całej tej bliźniaczej karnowszyzny. Jeszcze pół roku temu unosili się euforią jak po amfie i rozsnuwali wizje „większości konstytucyjnej” oraz bezdyskusyjnej reelekcji Dudusia. Teraz dobre nastroje padły. Jako osobnik nie pozbawiony (delikatnych) rysów sadystycznych, bawię się tym jak prosię.