Bigos tygodniowy

Minęła 99 rocznica „Cudu nad Wisłą”. Z tej okazji czołgi rozjeżdżały tym razem jezdnie w Katowicach. Ja tam uważam, że czołgi powinny wyruszać wyłącznie do boju lub na ćwiczenia na poligonie. Nie wierzę natomiast, że ksiądz Ignacy Skorupka, gdy biegł z małym krzyżykiem pod kule czerwonoarmiejców, nie mógł być trzeźwy. Jak wiadomo w wojsku wydawano żołnierzom nadziały okowity, dla kurażu. Na pewno wydawano je w Armii Czerwonej, a podejrzewam że i w polskiej też. Nie mogę po prostu uwierzyć, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach i o suchym pysku ruszył na nieprzyjaciela z krzyżykiem w dłoni. To jest sprzeczne z naturą człowieka. Niechybnie musiał wcześniej coś wprowadzić do organizmu. Bohater polskiej wolności.
Paweł Kukiz przystąpił oficjalnie do „zorganizowanej grupy przestępczej”, jak nazwał kiedyś PSL. Ludzie się zmieniają, a człowiek nie krowa i może zmienić poglądy, ale dobrze będzie, gdy artysta ten na przyszłość bardziej będzie uważał na pokusy czyhające na człowieka w „piątki, piąteczki, piątunie”.

Jeden z przybocznych Ziobry, wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak kierował, wykonywaną przez niejaką „Emilię”, internetową akcją zniesławiania sędziów sprzeciwiających się łamaniu niezawisłego sądownictwa. Ci, którzy oburzali się na stosowane przez niektórych w stosunku do rządów PiS określenia „zorganizowana grupa przestępcza”, powinni zastanowić się czy ich oburzenie i wołanie o „przesadzie” naprawdę było uzasadnione. W przyszłości (bo na dziś liczyć nie można) konieczne będzie zbadanie, czy Ziobro to akceptował, milcząco względnie czynnie, czy też Piebiak robił to na własną rękę.

Pisowski Narodowy Instytut Wolności (brzmi to jak orwellowskie Ministerstwo Miłości w odniesieniu do policji politycznej) bez żenady obdarzył dotacjami wyłącznie skrajnie prawicowe organizacje. Pieniądze otrzymał Maciej – nomen omen – Świrski, szemrany jegomość z Fundacji Reduty Obrony Dobrego Imienia Polski, kiedyś doradca Glińskiego Piotra, ministra – pożal się boże kultury. Zasilony też został Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej, którego prezes organizował blokadę Marszu Równości w Białymstoku. Sporo kasy otrzymało kilka organizacji dewocyjnych, jak Stowarzyszenie Rodzin Katolickich czy Diakonia Ruchu Światło-Życie, a także Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, ekspozytura opanowanego przez prawolstwo Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Prosto z rządu do rządu poszły pieniądze na Projekt Polska. Założył je bowiem z siostrą (sic!) obecny wiceminister spraw zagranicznych, niejaki Szynkowski vel Sęk. Żadna organizacja, która nie podoba się PiS nie może liczyć nawet na 50 groszy. Panie Gliński, co którzy prowadzą organizacje, stowarzyszenia, etc. nie lubiane przez PiS także są podatnikami. Podobnie jak ludzie LGBT!!! À propos – Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zamierza zaskarżyć osławione uchwały samorządów skierowane przeciw LGBT, jako jaskrawy wyraz zakazanej przez Konstytucję dyskryminacji.

Po sprawie ( i dymisji) Kuchcika pojawiły się zarzuty o nadużycia „publicznego grosza” w stosunku do szefa drugiej izby parlamentarnej, Senatu, Karczewskiego Stanisława. Tego samego, który zalecał lekarzom „pracę dla idei”.

A tymczasem ceny żywności, w tym warzyw i owoców na bazarach szybują w górę jak szalone, co oznacza oczywiście znaczący wzrost inflacji. Za analogiczny koszyk towarów płacę dziś około 50 procent więcej niż przed rokiem. Zjawiska cenowe o tym tempie i skali pamiętam z okresu nie późniejszego niż początek lat 90-tych. A w pisowskich mediach PiS nieustanna, rozbuchana do groteski propaganda sukcesu. „Gonimy Niemcy” – głosi Kaczor.

Na niektórych straganach cebula kosztuje nawet pięć złotych. Cebula – warzywo, które podobnie jak burak zawsze było emblematem „taniości”. Drożyzna i inflacja zaczyna coraz bardziej rozsadzać domowe budżety i roztapiać oszczędności bankowe. 500 plus okazuje się być pożyczką, którą trzeba będzie spłacić. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości, nie wiedziałem tylko, że okres prolongaty spłaty długu potrwa tak krótko.

Mieczyk Chrobrego wykryty na mundurze policjanta, który legitymował uczestników jednej z tęczowych manifestacji, to ostrzeżenie, że w szeregi policji mogą wnikać ludzie o skrajnie prawicowych poglądach. Daleki jestem od uogólnień, ale policja z natury jest instytucją autorytarną i jednak nastawioną na przemoc. Nic więc dziwnego, że może szczególnie przyciągać osoby o takich skłonnościach. To bardzo niebezpieczne.

56-letnia kobieta (jak określiła ją rzeczniczka krakowskiej policji) Beata S. spowodowała w Krakowie wypadek samochodowy, wymuszając pierwszeństwo w ruchu z drogi podporządkowanej, czyli mówiąc po ludzku, zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Kobieta powinna sobie chyba odpuścić automobilizm. Nie umie jeździć ani jako pasażerka, ani jako szoferka. W ogólne niewiele „umi” ta Matka Boska Dobrej Zmiany.

Niejaki Czarnek, dość szemrana figura przynosząca Lubelszczyźnie wstyd w roli wojewody lubelskiego kandyduje z list PiS do Sejmu. Niewiarygodne, że to doktor prawa z KUL, bo ma fizjonomię i wysłowienie stadionowego, nacjonalistycznego „karka”. Wylansował się do tego kandydowania kleronacjonalistycznym ujadaniem w programie TVPiS „Studio Polska” prowadzonym przez funków PiS: Ogórkową i Łęskiego Jacka.

A podżegacza wojennego, siewcę nienawiści, patrona ludojadów Jędraszewskiego poparli już Kaczor, abepe Gądecki. Ciekawe jest milczenie prymasa Polaka i metropolity warszawskiego Nycza. Choć, prawdę mówiąc, nie wiązałbym z tym niczego szczególnego. Purpuraci to ludzie o radykalnie wybujałych ambicjach i skoncentrowani są na własnych akcjach, a nie na byciu cieniem czy podpieraniu kolegi.

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Ola w worze

Aleksandra Jakubowska, zwana kiedyś „Lwicą lewicy”, niegdyś moja koleżanka z klubu parlamentarnego SLD, moja przewodnicząca SLD, moja minister kultury, rzeczniczka moich rządów i towarzyszka z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przeszła do obozu „Dobrej Zmiany”. Została gwiazdą telewizji braci Karnowskich i publicystką najbardziej prorządowego, wręcz lizusowskiego tygodnika „Sieci”.

Cóż, nie jedyna to medialna działaczka SLD, która postanowiła realizować się w PiS. Czasy nielekkie, ceny pietruszki rosną, a media lewicowe nieliczne są i bidne jak przysłowiowa mysz kościelna. Nie płacą tak tłusto jak prokaczystowskie.
Niestety praca dla kaczystowskich mediów wymaga nie tylko stałego podlizywania się władzy. Ona zmusza do regularnego ogłupienia. Nietrudno to zauważyć. Wystarczy posłuchać co ma do powiedzenia w TVP pani doktor Magdalena Ogórek. Niedawno można było przeczytać w „Sieci” pryncypialny atak pani magister Aleksandry Jakubowskiej na dorobek umysłowy nieżyjącego już Karla Rajmunda Poppera. Dowodzący, że pani redaktor Jakubowska nie przeczytała żadnej z książek Poppera. Nawet ich omówienia ze zrozumieniem. Ale zamówienie polityczne zapewne brzmiące: „Skopać Sorosa i Poppera” zostało wykonane. Czym zawinił kaczystom Soros można się domyśleć – to znajomy Adama Michnika. Ale znajomość dorobku umysłowego Poppera jest w Polsce jeszcze mniejsza niż „ideologii LGBT”.
Ale nawet ten atak na nieboszczka Poppera nie umywa się do opublikowanego w 32 numerze „Sieci” wywiadu pani redaktor Jakubowskiej z aktorem i reżyserem Redbadem Klynstrą- Komarnickim. Zatytułowanym „Robienie ze mnie homofoba jest śmieszne.”
Cel wywiadu jest jasny. Trzeba zrobić z głoszącego pro PiS- owskie poglądy aktora aktualnego męczennika. Zaszczuwanego przez „lewackie” środowisko producencko-aktorskie. Ot, kolejny fragment mozaiki kaczystowskiego frontu propagandowego. Kolejny wywiad z serii „Męczeństwo Polaków Lepszego Sorta”.
Ale kiedy Klynstra-Komarnicki mówi: „Moim zdaniem z tego, że cały system kultury nie został nawet tknięty najmniejszą reformą i nadal jest peerelowski, osoby o poglądach lewicowych świetnie się tam czują. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej jest jedyną instytucją kultur działającą w nowoczesny sposób, instytucją dzięki której kinematografia po pierwsze, się rozwija, a po drugie, daje możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie. Według tego modelu powinny funkcjonować także inne dziedziny sztuki.”
To pani redaktor Jakubowska milczy.
Wymownie.
Pan Redbad Klynstra-Komarnicki nie musi wiedzieć, że Polski Instytut Sztuki Filmowej, nie Państwowy jak jest w wywiadzie, to efekt pracy lewicowych posłów, także mojej, oraz ministrów kultury lewicowego rządu. Choć warto by wiedział, że to właśnie lewica stworzyła taką instytucję, która w założeniu miała doprowadzić do rozwoju polskiej kinematografii i dać „możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie”.
Takich możliwości obecnie w przejętych przez kaczystów mediach publicznych polscy twórcy nie mają.
Pan Redbad Klynstara-Komarnicki nie musi wiedzieć, że w czasie rządów lewicy przeróżne instytucje kultury zostały zreformowane. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ani, że jego rozmówczyni była w latach 2001-2003 sekretarzem stanu, czyli ministrem i konserwatorem generalnym zabytków w ministerstwie kultury i sztuki. Że jego rozmówczyni była przez osiem lat prominentnym członkiem sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu.
Ale pani redaktor Aleksandra Jakubowska powinna jednak to wiedzieć, bo to część jej życia. Jej działalności. Powinna nie tylko napisać poprawną nazwę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale też dać świadectwo prawdzie. Powinna przypomnieć swemu rozmówcy i Czytelnikom, ile dobrego lewica zrobiła dla polskiej kultury.
Bo inaczej wyglądałoby na to, że pani minister kultury Jakubowska brała publiczne pieniędzy za nicnierobienie.
W naszym kraju można przejść z lewicy na prawicę. Być lewicowy, a potem prawicowym dziennikarzem.
Ale, jak widać na przykładzie pani redaktor Jakubowskiej, po przejściu na prawicę, nie może napisać prawdy. Prawdy niezgodnej jest z aktualnymi wytycznymi pisowskiego frontu propagandowego.
Przechodząc do obozu kaczystowskiego Aleksandra Jakubowska, jak widać, musiała wdziać wór pokutny. Tylko czemu założyli go jej na głowę?

Kto broni Jędraszewskiego?

Wicemarszałek Sejmu, szef klubu PiS Ryszard Terlecki i wicemarszałek Senatu Marek Pęk byli obecni na wiecu poparcia dla arcybiskupa Jędraszewskiego, by solidaryzować się z nim i jego słowami skierowanymi przeciw środowiskom LGBT.

Na wiecu w Krakowie było obecnych około 3 tysięcy ludzi. Modlono się ponad godzinę. Poparcie dotyczyło słów Jędraszewskiego, który podczas homilii, wygłoszonej w krakowskim Kościele Mariackim w 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego powiedział: „Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. (…) Nie czerwona, ale tęczowa”. Słowa te wzbudziły sprzeciw wielu środowisk, choć, co ciekawe, nikogo nie uraziło nazwanie lewicowych środowisk „czerwoną zarazą” , natomiast fala oburzenia dotyczyła określenia tym samym obelżywym słowem środowisk LGBT. W każdym razie krytyka ta wywołała reakcję, której symbolem był krakowski wiec. Jak napisano na profilu „Naszego dziennika” w Twitterze, był to „wyraz wsparcia i wdzięczności dla ks. abp Marka Jędraszewskiego za odważne głoszenie Ewangelii”, choć nigdzie w Ewangelii nie ma zachęcania do nienawiści wobec osób LGBT.
Nie mogło zabraknąć redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza i szefa klubów tego periodyku Ryszarda
Kapuścińskiego.
Odczytano „Odezwę polskich katolików do władz duchownych i świeckich”, w której opisano rzekome ataki środowisk antyklerykalnych wymierzone w katolików, a szczególnie w kapłanów. Padły sformułowania o „agresywnych atakach” i „ohydnych bluźnierstwach i profanacjach”. Poparcie dla nienawistnych wezwań Jędraszewskiego nazwano w dokumencie „zobowiązaniem wobec dziedzictwa Jana Pawła II’, przez wielu obserwatorów oskarżanego o ukrywanie pedofilskich przestępstw w Kościele katolickim.
Dobrze się stało, że na krakowskim wiecu byli obecni prominentni politycy partii rządzącej. To przynajmniej jasno określa ich hierarchię wartości i stosunek do mniejszości.

Flaczki tygodnia

Roma locuta, causa finta.
Pan prezes Kaczyński orzekł, że pan marszałek Kuchciński litery prawa i zasad moralności nie złamał. Ale skoro Polacy uważają, że pan marszałek to złodziej, a wybory tuż, tuż, no to pan prezes kazał panu marszałkowi ustąpić. I pan marszałek ustąpił, choć ponoć prawa, ani niczego innego nie złamał.
Poza swym kręgosłupem moralnym.
Prezes locutus, causa finta?

Pan marszałek Kuchciński nie tylko okradał budżet naszego państwa, i tak już deficytowy. Dodatkowo on wielokrotnie kłamał próbując zatuszować swoje złodziejstwo.
Kłamali też pracownicy jego Kancelarii Sejmu.
Nie mówili prawdy jego polityczni przyjaciele, jak pan choćby poseł Stanisław Piotrowicz też przyłapany na lotach rządowym samolotem wraz ze swą małżonką.
Nie mówił prawdy też pan marszałek Senatu RP Karczewski, też przyłapany na bezprawnych lotach rządowymi samolotami.
Prawdą jedynie jest, że państwo PiS na kłamstwach zbudowano.

Nie polata sobie rządowymi środkami komunikacji pani poseł Elżbieta Witek. Ta, która zasłynęła wyznaniem, że prawdę o zbrodni w Katyniu i pakcie Ribbentrop-Mołotow poznała z „przedwojennych gazet i książek historycznych”.
Właśnie pan prezes Kaczyński wybrał ją na marszałka Sejmu RP. Wybrał na krótko, bo na dwa miesiące przed parlamentarnymi wyborami, czyli na dwa-trzy posiedzenia Sejmu RP. Zatem wiele sobie pani marszałek nie pomarszałkuje.
Ale dzięki woli pana prezesa zyskała prawo do używania rządowych samolotów i bezpłatnego, państwowego pogrzebu w wojskowej asyście.

Odwołanie pana marszałka Kuchcińskiego przez pana prezesa Kaczyńskiego nie kończy obciążeń naszego, deficytowego budżetu państwowego.
Ponieważ pan marszałek odszedł w glorii i chwale, to należy mu się stosowna, suta odprawa finansowa. Pozostanie też w apartamencie wynajętym mu na koszt podatnika, choć będzie już tylko szeregowym posłem. „Ci, to se żyją”, niejeden obywatel westchnie sobie.

Pani Marszałek Witek uczyła się nie tylko z „przedwojennych gazet”. Kiedy dwa miesiące temu została powołana przez pana prezesa na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji, to obiecała wszem i wobec, że będzie się „tego resortu uczyć”.
No i masz babo placek! Ledwo przystąpiła do nauki, to pan prezes przerzucił ją na nowe stanowisko. Na osłodę pozostanie jej stosowna odprawa jaką otrzyma po opuszczeniu ministerialnej posady. Rzeczpospolita, czyli podatnicy, znowu zapłaci.

Na zwolnione przez panią marszałek Witek stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji pan prezes Kaczyński powołał pana koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Pan Mariusz zwany jest „Biczem Prezesa” w bogobojnych kręgach PiS. Uchodzi za najwierniejszego sługę pana prezesa. Taki Maluta Skuratow i Mikołaj Jeżow w jedynym. Nowy pan minister nadal będzie koordynował pracę służb specjalnych.

Taki wybór pana prezesa świadczy, że nie będzie w czasie kampanii wyborczej ani odrobiny litości dla opozycji, zwłaszcza tej z PO i PSL. Wiewiórki z TVP donoszą, że telewizja Kurskiego i wszystkie inne media należące do imperium medialnego PiS dostały już wytyczne na kampanię wyborczą. Teraz PiS-media będą bezlitośnie demaskowały, obnażały i potępiały wszelkie przejawy złodziejstwa za czasów rządów PO-PSL. Przekaz będzie prosty, taki dla „ciemnego ludu”. Ma zabrzmieć tak:
1/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli? Przypomnijmy sobie rządy PO-PSL! Tamci to byli prawdziwi, wielcy złodzieje!!!”.
2/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli, ale za to każdemu jakieś 500+ dali. Bo nawet kiedy nasi kradną, to pamiętają o zwykłych ludziach. Dzielą się z nimi. Zawsze coś ludziom ze stołu pańskiego spadnie. A złodzieje z PO-PSL wszystko grabili do siebie. Nawet pół ośmiorniczki ludziom nie dali.”
Ilustracje, czyli przeróżne kwity obciążające poprzednio rządzących mają PiS mediom dostarczyć służby dbające o moralność w państwie. Służby panów ministrów Kamińskiego i Ziobry.

Propagandziści PiS chętnie zastosowaliby taki sam zabieg wobec rządów SLD. Ale mają problem. SLD przestało rządzić w końcu 2004 roku, czyli piętnaście lat temu.
Jedyna minister z rządów SLD, którą po wieloletnim procesie skazano prawomocnie w 2016 roku za łapownictwo na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na trzy lata, to obecnie nowa gwiazda PiS mediów. Bardziej teraz Kaczyńska jest od pana prezesa Jarosława. Pamiętacie może jej nazwisko?

PiS kłamstwa w Polsce uchodzą. Za granicą już nie. Przekonała się o tym euro deputowana PiS pani Beata Mazurek. Zaćwierkała tak na Twitterze: „Zamachy, wzrost przestępczości, gwałty, strach i strefy szariatu. Takie są konsekwencje multikulturalizmu i otwartych drzwi dla imigrantów. Szwedzi uciekają ze swojego kraju, aby w Polsce znaleźć spokój i normalność. A jeszcze nie tak dawno PO chciała ich przyjąć każdą ilość – zgroza”.
Dołączyła do tego link do tekstu z prorządowego serwisu wPolityce.pl braci Karnowskich pod tytułem „Szwedzi chcą azylu w Polsce: Trudno żyć w miastach, w których nie można bezpiecznie wyjść z domu po zmroku”. Tekst był jedynie omówieniem artykułu z „Naszego Dziennika”, w którym przytaczane są dane Urzędu do spraw Cudzoziemców o 2,5 tysiąca obywateli Szwecji, którzy zarejestrowali w Polsce swój pobyt. Bo Szwedzi ”nasz kraj uważają za jedno z ostatnich bezpiecznych państw w Europie”. Okazało się, że katolicki „Nasz Dziennik” kłamał jak PiS parlamentarzyści. Kłamstwa powtarzali panowie bracia Karnowscy i pani eurodeputowana Mazurek.

Szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson zdementował te kłamstwa: „Prąd migracyjny idzie w przeciwnym kierunku. W latach 2017-18 do Szwecji wyemigrowało ponad 8 tysięcy Polaków. To ponad trzy razy więcej niż całkowita liczba Szwedów, którzy mieszkają w Polsce. Pani poseł powinna raczej zapytać, dlaczego tak wielu Polaków ucieka z Polski?”
Czy mają już dość zakłamanego państwa Kaczyńskiego?

SMS prezesa

Przez ostatni czas bardzo wiele działo się po stronie opozycji. Tak się bowiem szczęśliwie jeszcze dzieje, że politykom oddalonym nieco od prawej strony przysługuje w Polsce demokratyczne prawo do swojego zdania. Można debatować czy wstąpienie w szeregi innej partii tuż przed ogłoszeniem komitetów wyborczych jest uczciwe czy wynika z dostrzeganych interesów, jednak tak długo jak możemy zmieniać swoje zdanie, tak długo będziemy mieć pewność, że żyjemy w demokratycznym państwie.
Prawa strona niestety nie posiada komfortu prawa do zmiany. W ich przypadku pozostawanie w PIS równe jest staniu w obronie życia i kościoła. Zmiana w decyzji uczyniłaby z nich w świetle skrupulatnie tworzonej ideologii Judaszy, którzy zdradzają państwo polskie. Oni nie mają wyboru i nie mogą myśleć inaczej niż nakazuje im wysłany sms od prezesa, który jasno i przejrzyście mówi im co mają mówić i jakich argumentów używać kiedy przyjdzie im tłumaczyć kolejne afery. Nie może być więc inaczej, że jak jeden maż wszyscy posłowie PiS loty Jędraszewskiego przyrównują do lotów Tuska. Co w obliczu skali tych dwóch jest zawracaniem kijem Wisły. Co więcej, jakby ten ich nieodparty argument nie przeszedł, w odpowiedzi na wykryte warte miliony nadużycia marszałka, w mediach publicznych „wypłynęła” kolejna afera z oświadczeniami majątkowymi jednego z doświadczonych polityków PO. Skala porównania tych dwóch spraw do siebie jest niewspółmierna, jednak tylko taka może trafić do zależnych od państwa wyborców, dla których „luksusowe” świąteczne zakupy posła przyprawiają o zawrót głowy, a nad niezrozumianymi kosztami lotów, ich skomplikowaną procedurą nie warto już się pochylać. Z resztą jeżeli sam marszałek ich nie znał to dlaczego ma je zrozumieć wierny wyborca?
Afery jakie obecnie mamy na tapecie w swym końcowym efekcie, przy przyjętym wciąż skutecznym systemie ich obrony wydają się nie przeszkadzać prawicy. W oczach swoich wyborców są na zmianę raz męczennikami i ofiarami cenzury w internecie a raz rycerzami wyruszającymi na kolejną krucjatę po jak to określił Kaczyński „prawdziwą demokrację, „prawdziwą samorządność”, „prawdziwą równość” i… nową konstytucję.
Tak długo jak rząd będzie miał własne media publiczne, w których przedstawia swoje wersje zdarzeń, tak długo będzie mógł bez większego wysiłku zapewniać swoich wyborców o tym, że dzieje się dobrze. Celem jest uczynienie państwa dla większości, nie państwa dla każdego. To właśnie większość pozbawiona jest bowiem swoich własnych celów i ambicji. Daje się prowadzić niczym owieczki na pastwisko. Choć statystycznie jest ich coraz mniej w polskim kościele to są wśród nich jednak i tacy którzy nigdy w kościele nie byli, a którzy to w wyniku nienawiści do świata i siebie będą trwać po stronie, która do niej zachęca. Skrajność przekazów i emocjonalny charakter jest bowiem tam tak mocny, że przyciąga jak magnes tych, którzy nie potrafią zdobyć się na swoje własne zdanie o sobie i świecie. To właśnie tacy ludzie potrzebni są do rządzenia.
Polak który głosuje na PIS rzeczywiście będzie wiedział w jakim państwie będzie żył po wyborach i jaki będzie wyglądał stan jego kieszeni. To jest zdaniem prawicy ich karta przetargowa. Jeżeli jednak któryś z nich kiedyś przejrzy na oczy, nie będzie już miał prawa do jakiegokolwiek głosu.

Miało być skromne państwo, jest jaśniepaństwo

„To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy” – mówi prof. Marek Migalski, politolog w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.
MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

Te przeprosiny pokazują, że marszałek nic nie zrozumiał i nie chce przyjąć do wiadomości, że jego zachowanie jest bulwersujące.
Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.
Zwłaszcza dla ekipy, która głosiła sanację obyczajów publicznych, która oskarżała o jedzenie ośmiorniczek i nadużywanie władzy.
To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że ta sprawa może być istotniejsza, niż wszyscy myślą.
Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.
To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.
Tymczasem może okazać się, że właśnie taka „pierdoła” może przełożyć się na emocje wyborców.
I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.
Dla wyborców miliardy wydane na budowę centralnego portu lotniczego nie działają tak dobrze, jak loty marszałka.
Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że połowa plażowiczów powiedziałaby coś niecenzuralnego na ten temat o panu marszałku.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że jeśli PiS wygra jesienią to będzie on na równie eksponowanym stanowisku.
Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi. Jeżeli podjęli decyzję, że „idą na twardo”, to żadne nowe rewelacje tego nie zmienią, chyba że wyjdą jakieś nowe sprawy poza kwestiami lotów.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Bigos tygodniowy

Sprawa lotów Kuchcińskiego (tego samego, którego błędnie brałem za nielota) jest poważniejsza niżby to wynikało z pojawiających się wokół niej ocen. Może się bowiem okazać, że osobnik pełniący rolę Marszałka Sejmu i Drugiej Osoby w Państwie, jest przestępcą kryminalnym, konkretnie złodziejem tzw. grosza publicznego. Niektóre dane opiewają nawet na nadużycie rzędu około miliona złotych. Do tego dochodzi sprawa zniszczenia części dokumentów dotyczących lotów. Póki co, Kaczor nie zdecydował się, mimo pojawiających się spekulacji, odwołać Kuchcika, swojego biernego i miernego narzędzia (najsłabszy intelekt w PiS, ujmując rzecz najdelikatniej jak można) i nakazał mu jedynie blade przeprosiny, które są próbą taniego wymigania się z afery. Opozycja jednak będzie trzymać i nie popuszczać, więc ciąg dalszy nastąpi.
Jednak czyny Kuchcika to jedno, a druga bulwersująca sprawa, to kłamstwa jakie w jego sprawie serwowały z miedzianym czołem opinii publicznej oficjalne organy z Kancelarią Sejmu, z udziałem osławionej Grzegrzółki.
Po swojej osławionej wypowiedzi o „tęczowej zarazie” abepe Jędraszewski zyskał nowe przydomki: „cymbał” i „diabeł wcielony”. „Cymbał” wydaje mi się bardziej trafny. Sprawa nie wydaje mi się jednak aż tak prosta, ale za to jest bardziej prozaiczna. Otóż takim zwykłym, dosłownym cymbałem on być nie może, bo to doktor filozofii po rzymskim Angelicum (Papieski Instytut Teologiczny). Skoro zatem to wykluczymy, to, jak mi podpowiada stara wiedza dyplomowanego psychologa klinicznego od dziesięcioleci pozostającego w stanie spoczynku, w grę mogą wchodzić: a/zmiany demencyjne na tle zwężenia naczyń krwionośnych dostarczających krew do mózgu. b/ objawy urojeniowe na tle n.p. schizofrenii paranoidalnej. A może rozmiękczenie mózgu?
Obchodzono 75 rocznicę obłędnej i zbrodniczej (także według generałów Andersa i Sosnkowskiego z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie) w skutkach decyzji dowództwa AK o wznieceniu powstania, które zakończyło się klęską, zagładą Warszawy i śmiercią nieomal ćwierci miliona osób, głównie ludności cywilnej. W tym straszną śmiercią setek (a może i więcej) ludzi żywcem zasypanych w „rozwalonych domach”. Surową opinię decyzji o powstaniu wyraził wybitny oficer AK Stanisław Aronson, który stwierdził w wywiadach, że to był nonsens pod każdym względem. Jednak ton obchodom próbowali nadać aktywiści pisowscy zamieniając „Polskę Walczącą” na „Polskę WARCZĄCĄ”.
Wbrew oburzeniu pisiorów na radosną formułę obchodów rocznicy września 1939 roku zaproponowaną przez władze Gdańska, osobiście uważam, że to wcale nie jest bezsensowne. Jeśli bowiem Niemcy już na nas nie napadają, a przeciwnie, są naszymi, choćby nawet nie do końca szczerymi i gorącymi, sojusznikami, to jest powód by skakać z radości i pląsać w euforii.
A co do Gdańska, to po piramidalnie ohydnych obelgach byłego opozycjonisty solidarnościowego Wyszkowskiego pod adresem prezydentki Aleksandry Dulkiewicz, a w konsekwencji pod adresem jej córki, powinna ona bez pardonu podać go do sądu i puścić łobuza w skarpetkach. Chwycić i nie popuszczać.
Po kilkunastu latach spadku liczby pijanych kierowców zatrzymanych na drogach, w tym roku nastąpił wzrost tej statystyki. Według wielu opinii, to jeden z rezultatów 500 plus. Pewien przypadkowo spotkany przeze mnie tzw. prosty, a pełen zdrowego rozsądku człowiek powiedział mi: „Panie, jeśli pan wierzy, że te wszystkie pieniądze z 500 plus poszły na dzieci, to się pan myli. Jak dziesięć procent poszło naprawdę na dzieci, to góra. Reszta poszła na rzęchy z Niemiec, wódę i papierochy”. Zaprzeczyłem jakobym wierzył, bo jestem niewierzący, ale podziękowałem mu za potwierdzenie moich przeczuć.
„Nie mogę się doczekać. Lubię ten naród” – powiedział Trump odnosząc się do planowanej na 1 września wizyty w Polsce. Ja mu się nie dziwię. Gdziekolwiek się pojawi, wszędzie go wygwizdują, wyśmiewają, eksponują jego karykatury i kukły, okazują mu żywiołową niechęć, organizują przeciw niemu uliczne, gwałtowne demonstracje. W Polsce styka się z władzą podejmującą go czołobitnie i służalczo jak Imperatora oraz z publicznością, która w zachwycie, z otwartą gębą, jak gęś kluski łyka jego tandetne komplementy.
Ex-towarzyszce Jakubowskiej Aleksandrze działającej na portalu Karnowskich już nie wystarczy wydzielanie nienawiści do ex-towarzyszy z SLD, ale stała się już nawet ideolożką anty-LGBT. Że też toto nie ma nawet grama wstydu. Zrównała się tym samym z czołowym ŻULNALISTĄ prawolstwa, Ziemkiewiczem.
„Wybory za pasem, wygrana PiSu w kieszeni, a Grzegorz Schetyna, bez głowy, bez programu, bez cienia myśli, bez charyzmy i bez jakiejkolwiek wizji przyszłości, zajmuje się wyjmowaniem kandydatów na posłów z drugiej koalicji opozycyjnej (…) I właśnie dlatego Schetyna, bezbarwny macher, który w swojej karierze nie sformułował nawet okrawka oryginalnej myśli politycznej, musi swojej konkurencji podsrywać – żeby urwać kilka głosów i zabezpieczyć się po tym, jak jesienią Kaczyński spuści mu łomot. (…) Jest polityczną mezogleją bez właściwości, przegotowanym, wstrętnym krupnikiem, kotletem pożarskim odgrzanym w śmierdzącej mikrofalówce. Jest tak powabny jak zimne frytki nasiąknięte starym olejem silnikowym z zepsutej motorówki. Wyobraźcie sobie naprawdę syfną knajpę, w której podają przypalone, stare dania, tłustego schabowego z zimnymi talarkami i surówką ze skisłej kapusty pekińskiej z kukurydzą z puszki, do tego ciepłe piwo tyskie – a zaraz okaże się, że Grzegorz Schetyna jest tam kelnerem”. To nie ja. Ja nic nie mówiłem. To napisał w Internecie Piotr Paziński, eseista i dziennikarz tygodnika „Midrasz”.

Dzień sądu nadchodzi

Stwierdzenie, że Polska jako państwo demokratyczne nie istnieje staje się truizmem.

Nie może być za takowe uznane z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że parlament, instytucja, która w demokratycznym państwie jest zazwyczaj ostoją praworządności, rodzajem wzorca metra w Sevres stanowienia i przestrzegania prawa dla wszystkich innych instytucji państwowych, prywatnych przedsiębiorstw i obywateli zamieniona została przez partię o cynicznej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” w kabaretową fasadę władzy jednego człowieka. Przykładów jest aż nadto, ale ostatni gwałt na Konstytucji RP dokonany przez Grupę Trzymającą Władzę, polegający na bezczelnej odmowie Kancelarii Sejmu wykonania prawomocnego wyroku sądowego NSA w sprawie ujawnienia nazwisk osób rekomendujących kandydatów do KRS to już nie Himalaje, to już stratosfera arogancji tej Grupy.
Formalnie za ten stan rzeczy odpowiada Szefowa Kancelarii Sejmu, ale to tylko pozory. Podlega ona przecież Marszałkowi Sejmu. Tymczasem wypowiedzi publiczne PiS-owskich wicemarszałków (Marszałek do dzisiaj nie może zejść na ziemię) świadczą dobitnie o tym, że co najmniej akceptują tą sytuację. Akceptują, czy też są jej bezpośrednimi sprawcami? Ale są przecież inni, niepisowscy wicemarszałkowie. Dlaczego ich opinie na temat tej niebywałej afery sejmowej nie przebijają się do opinii publicznej? Zabrakło odwagi? Zabrakło poczucia współodpowiedzialności za polski parlamentaryzm? Przecież nie reagując adekwatnie do sytuacji wicemarszałkowie ci stają się współudziałowcami, żeby nie powiedzieć współsprawcami kolejnego zamachu na konstytucyjne zasady państwa prawa.
Czy Agnieszka Kaczmarska, Szefowa Kancelarii otrzymała polecenie od Marszałka Kuchcińskiego niewykonania wyroku NSA wie to tylko ona i Marszałek. Ale czy w tej sprawie zasięgane były opinie Biura Prawnego Kancelarii? Jeżeli tak, to powinny one być niezwłocznie upublicznione, jeżeli nie, to… no właśnie. Zasięgnięcie takiej opinii przez Szefową Kancelarii Sejmu należało do jej obowiązków. Znalazła się bowiem w takiej oto sytuacji, że z jednej strony miała prawomocny wyrok sądu, a w drugiej administracyjną decyzję Prezesa UODO o wszczęciu postępowania w tej sprawie, nakazującą de facto niewykonanie tego wyroku. Szefowa „uległa” Prezesowi wprowadzając tym samym faktyczną kontrolę wyroków sądowych przez administrację. Kolejne mega-kuriozum: formalną podstawą zajęcia się sprawą przez Prezesa UODO była skarga… sędziego Krajowej Ray Sądowniczej! To ten sędzia, tej a nie innej instytucji wystąpił o administracyjną kontrolę orzeczeń NSA!
Sprawa jest ponad wszelką wątpliwość precedensowa i o trudnym do przeceniania znaczeniu politycznym. Tymczasem Prezes UODO wyniośle milczy, jakby to była jedna z tysięcy drobnych spraw, którymi się na co dzień zajmuje, jakby wstrzymywanie wyroków sądowych było dla niego chlebem powszednim. Jeżeli wszczęcie formalnego postępowania przeciw Kancelarii Sejmu było jego własną, autonomiczną decyzją podjętą z takiego a nie innego rozumienia swojej misji, to Prezes powinien publicznie swoją decyzję uzasadnić. Chyba, że nie była to jego decyzja autonomiczna, chyba, że na jawie oświecony został niespodziewanie laserowym promieniem prawa i sprawiedliwości z ul. Nowogrodzkiej
Co skłoniło Grupę Trzymającą Władzę do sięgnięcia po tak drastyczne środki zapobiegające ujawnieniu nazwisk osób popierających kandydatów do KRS? Z pewnością nie chodzi tu o kwestie etyczne – one nigdy dla PiS nie stanowiły problemu. Powód może być tylko jeden: ujawnienie tych list może stworzyć realne podstawy do zakwestionowania legalności nowej Krajowej Rady Sądownictwa powołanej przez PiS. A to już niesie ze sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Na dzień dzisiejszy KRS powołała już 543 nowych sędziów. Zakwestionowanie legalności KRS równoznaczne jest z zakwestionowaniem prawomocności orzeczeń tych sędziów. Oczywiście sędziowie ci są, przynajmniej w większości, Bogu ducha winni. Po prostu wplątani zostali przez PiS w tryby maszyny niszczącej państwo prawa. Można im tylko współczuć. Ale współczuć należy przede wszystkim nam – szarym obywatelom. Podczas, gdy niektórzy młodzi adepci prawa za naturalną drogę swojej kariery uznają karierę sędziowską, ci starsi, którzy wiedzą i czują co to znaczy społeczna odpowiedzialność sędziego, masowo przechodzą na emeryturę, Już ponad 300 sędziów zapowiedziało taki krok do końca tego roku. KRS powoła oczywiście 300 nowych, których orzeczenia będą wątpliwe itd., itd. Połączenie tych dwóch praktyk: możliwość administracyjnej kontroli wyroków sądowych z potencjalną nielegalnością nowej KRS, jej wszystkich działań i potencjalnym brakiem prawomocności wyroków sędziów powoływanych przez tą KRS to już nie jest bałagan, to już nie jest chaos. To jest już totalna ruina systemu prawnego państwa.
Dlatego PiS kładzie wszystko na jedną kartę. Za wszelką cenę przeciągnąć chce sprawę KRS do wyborów parlamentarnych, które, za wszelką cenę, musi wygrać. Za wszelką cenę uzyskać musi na tyle olbrzymią władzę, że będzie mógł, niczym wielki spychacz przejechać się po tej aferze, starannie wyrównać teren i być może posadzić nawet jakieś symboliczne drzewko. Na przykład Dąb Prawa i Sprawiedliwości. A potem będzie już tylko „lepiej”. PiS lub jego następcy brnąć będą musieli, a właściwie nie brnąć a maszerować równym krokiem, ku dalszej eskalacji autorytaryzmu na drodze kłamstwa, oszustwa, argumentów siły we wszystkich odmianach.

Problem Polski jest jednak dużo poważniejszy niż nieodpowiedzialne, pozaprawne kampanie Grupy Trzymającej Władzę. Prawdziwą katastrofą dla Polski jest to, że tak po prawdzie to niebywała skądinąd afera nowej KRS, za wyjątkiem marginalnej grupy „wykształciuchów”, „łże-elit”, kilkudziesięciu dziennikarzy czy jajogłowych profesorów prawa nikogo nie obchodzi. „Suweren” ma głęboko w nosie jakąś KRS, jakąś administracyjną kontrolę nad sądami. Ważne, że dają. Oni dają. I jest dobrze i tak ma być. To właśnie takie postawy znacznej części polskiego społeczeństwa są olbrzymim źródłem ciemnej mocy PiS. To taki rodzaj społecznej świadomości zepchnie Polskę jako państwo demokratyczne w przepaść. Póki co dzień sądu – oby nie ostatecznego – wyznaczony został na 13 (nomen omen) października tego roku.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Takie rzeczy to tylko w Dygowie

PiS ma krótką pamięć.

Pan Kaczyński dał szoł. Tym razem w Dygowie w woj. zachodniopomorskim, na tle miejscowych włościan przebranych w stroje ludowe. Trudno dosyć je opisać, bo ziemie to odzyskane po wojnie. Ludność polska pojawiała się tu w wyniku ich repolonizacji, co było wspólnym dziełem niejakiego Władysława Gomółki – wicepremiera i ministra Ziem Odzyskanych i Augusta Hlonda – Prymasa Polski, który poprzez nakazanie polskim księżom przejmowanie tutejszych probostw ewangelickich, także walnie przyczynił się do tego zbożnego dzieła. O kultywowaniu tradycji polskiej pieśni ludowej z tych okolic trudno mówić, albowiem z przyczyn historycznych korzenie tutejszej ludności są mocno poplątane i w zasadzie z importu. Siłą rzeczy stroje włościan dygowskich stanowiące tło występu pana Kaczyńskiego, sprawiały wrażenie etnograficznego pomieszania z poplątaniem.
Ale przecież nie chodzi o to, żeby było jak było, tylko, żeby było, jak ma być. A ma być dobrze! Pan Kaczyński obiecuje każdemu wedle potrzeb i pragnień. Dygowianom obiecał na przykład nową konstytucję – sprawiedliwą, która nie będzie łamana i w zasadzie dla Polaków, bo „przecież wszyscy jesteśmy Polakami”…
Włościanki i włościanie dygowscy buzie mieli dumne i uśmiechnięte od ucha do ucha. Nie często przecież trafia się taki gość. Pan prezes też był uśmiechnięty, bo i on nieczęsto widzi prawdziwych włościan. Właściwie, bardzo rzadko ich widzi, a przez większość swojego życia nie widział w ogóle, gdyż z Żoliborza na najbliższą wieś jest tak daleko, że żaden tramwaj nie dojeżdża ani autobus. Chłopa więc pan Kaczyński oglądał co najwyżej na obrazku. Nie przeszkadza mu to jednak orientować się w chłopskim losie – niełatwym, pełnym udręki i niesprawiedliwości, a to przez Balcerowicza, który to skurczybyk całe wsie – PGR-owskie zwłaszcza – skazał na poniewierkę, głód i ciemnotę przechodzącą z pokolenia na pokolenie, co także w Dygowie zauważyć się dało.
Pan prezes współczuł i gromił. Nic jednak nie mówił o sobie i o swojej autorskiej formacji politycznej. A przecież nie żyła ona bynajmniej na księżycu, gdy prywatyzowano w Polsce co się dało, czego spółka „Srebrna” jest kwitnącym do dziś przykładem. Włościanie zauroczeni samą jego obecnością o świecie bożym zapomnieli i łykali wszystko jak młody pelikan.
„Tak proszę państwa, ja na tych ziemiach często słyszałem, że państwo o nas zapomniało”… Brawooo…
„Jeśli spojrzeć wstecz na ostatnie 30 lat, to rzeczywiście najpierw był plan Balcerowicza, w ramach którego z jednej strony robiono rzeczy, które były nie do uniknięcia (…) ale z drugiej strony ten plan zupełnie nie brał pod uwagę interesów milionów ludzi, a szczególnie właśnie z tych ziem. To było ogromnie bolesne. To była rzeczywiście sytuacja, w której bardzo wielu mieszkańców tej ziemi znalazło się w sytuacji bez pracy, bez nadziei, często bez szans także dla dzieci, bez dostępu do kultury, ze słabym dostępem do oświaty”… Brawooo…
Szanowne Panie i Szanowni Panowie z Dygowa, Gościna, Karlina, Wrzosowa, Łobza i setek innych popegeerowskich wiosek Pomorza Zachodniego. Czy naprawdę można Wam wcisnąć każdą ciemnotę? Czy łykniecie każde kłamstwo? Czy rzeczywiście prawda jest dla was za trudna? Nic już nie pamiętacie? Wysilcie się, zmarszczcie czoła – musicie pamiętać! To wasze życie przecież…
Państwowe Gospodarstwa Rolne likwidował Leszek Balcerowicz i rząd Tadeusza Mazowieckiego. To tamten rząd zapoczątkował pegeerowskie nieszczęście. Owszem były gospodarstwa, których nie było sensu utrzymywać, ale PGR-y, to były także gospodarstwa kwitnące, nowoczesne, prowadzone przez wykształconą na polskich i zagranicznych uczelniach rolnych kadrę. Tymczasem likwidowano jak leci. Była to likwidacja ideologiczna, a nie ekonomiczna.
Jednak Leszek Balcerowicz nie mógłby dokonać swojego dzieła sam. Musiał mieć silne wsparcie rządowe, a rząd musiał mieć szczelny parasol polityczny, chroniący go przed gniewem społecznym – choćby ze strony pracowników PGR z dnia na dzień pozbawianych pracy i środków do życia.
Połowa członków rządu Mazowieckiego (łącznie z nim samym) reprezentowała Komitety Obywatelskie „Solidarność”, wśród nich najważniejsi konstruktorzy transformacji ustrojowej.
„Plan Balcerowicza” mógł być przeprowadzony nie tylko dlatego, że społeczeństwo oczekiwało na radykalną zmianę, ale też dlatego, że NSZZ „Solidarność”, który był wówczas potężną siłą polityczną, zasłonił ten rząd swoim puklerzem, autoryzował i bronił najtrudniejszych dla pracowników decyzji.
Początki nieszczęścia takich miejscowości jak te z waszych okolic paradoksalnie tkwią więc w sukcesie rządu Mazowieckiego i „Solidarności”. Nie przerwał go żaden następny rząd, żaden nie przeciwstawił się systemowemu wpychaniu pracowników PGR-ów i ich rodzin w sferę strukturalnej nędzy.
Cały czas, w gronie najbardziej czynnych polityków tamtego okresu byli obaj panowie Kaczyńscy. Kłócili się z całym światem o Wałęsę, albo z Wałęsą, doprowadzili do rozłamu w „Solidarności”, wojowali „teczkami”, ale nigdy nie wojowali z likwidacją PGR-ów!
Mieli po temu możliwości, pełnili niezwykle ważne stanowiska, które upoważniały ich do zabierania głosu we wszystkich sprawach. Gdy żyli w zgodzie z prezydentem Wałęsą, Jarosław Kaczyński był szefem Kancelarii Prezydenta, a Lech szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Potem Jarosław umacniał swoją partię – Porozumienie Centrum, przekształcił ją w PiS i nieustannie był w czołówce najważniejszych politycznych graczy w kraju.
Gdy powstał rząd AWS, obie jego partie miały w nim swoich reprezentantów. Najpierw istniejące wtedy jeszcze PC – Jana Szyszkę, jako Ministra Środowiska, a potem nowopowstałe PiS – Lecha Kaczyńskiego, jako Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego. Lech Kaczyński wcześniej był też szefem NIK. Nigdy jednak Kaczyńscy nie sprzeciwili się temu, co działo się z PGR-ami i nigdy nie interesowali się losem ich pracowników. Prawo i Sprawiedliwość miało w tym nieszczęściu znaczący udział, przyłożyło rękę do wiejskiej nędzy – jak nie bezpośrednio, poprzez udział w rządzeniu, to poprzez wspieranie prawicowych rządów.
Nie jest więc prawdą – mówiąc najdelikatniej – że to PIS jako pierwsze i jak dotąd jedyne wyrywa zapomniane, opuszczone, popegeerowskie tereny z wykluczenia społecznego. Ono je tam wespół z innymi siłami politycznymi prawicy wepchnęło i wcale nie jest pierwsze, które dostrzega problem.
Rząd SLD-PSL-UP odziedziczył po rządzie AWS 90 mln. dziurę budżetową, zerowy wzrost gospodarczy i niemiłosiernie zamulone negocjacje akcesyjne z UE.
Działania rządu SLD w sferze socjalnej, społecznej, polegały nie tylko na obietnicach, ale głównie na umiejętności takiego prowadzenia spraw, żeby na nie zarobić. To, w borykającym się z ogromnymi trudnościami gospodarczymi kraju, było wówczas najważniejsze. Do rangi symbolu wyrósł gorący posiłek w szkole dla każdego dziecka – to rząd Millera wprowadził tę zasadę jako pierwszy.
Do rangi autorytetu w sferze gospodarki i finansów publicznych wyrósł profesor Grzegorz Kołodko, autor „Strategia dla Polski” z roku 1994, jedynego planu dla Polski ratującego z pogorzeliska transformacji ustrojowej, co było do uratowania i dającego podstawy wzrostu gospodarczego. „Strategia dla Polski” zaowocowała wzrostem PKB na mieszkańca w latach 1994–1997 realnie o 28 proc., spadkiem bezrobocia o jedną trzecią i inflacji o dwie trzecie. To wtedy Polska została przyjęta do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD. Także obecne miliardy, które złotym deszczem spływają z Brukseli na polską wieś, to efekt tego, że rząd SLD potrafił wprowadzić Polskę do Unii Europejskiej – tej samej, z której teraz pan Kaczyński, krok po kroku nas wypycha.
Wmówili wam, że wszystkiemu winna „komuna” i tak powtarzacie to bez sensu, bezmyślnie. Gdyby nie „komuna”, nigdy by was w tych okolicach nie było. A czy to, że Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Dygowie (dawniej im. Przyjaźnie Polsko-Czechosłowackiej) – ekonomiczny rdzeń waszego życia – jest od 2017 roku w likwidacji (w szczycie PiS-owskiego powodzenie i gospodarczej koniunktury), to też wina „komuny”? Puknijcie się wreszcie w głowę!
Prawo i Sprawiedliwość w żadnym razie nie ma czystego sumienia, jeśli chodzi o biedę i społeczne upośledzenie obywateli z małych miejscowości, ze wsi, szczególnie z terenów, popegeerowskich. Do zła, które się i tam i gdzie indziej działo przyłożyli rękę. Nie bądźcie naiwni – oni tylko modlą się pod figurą, ale diabła mają za skórą…