Klimat mało lewicowy? Korespondencja ze szczytu klimatycznego

Jesteśmy po Marszu dla Klimatu w Katowicach, podczas Szczytu Klimatycznego COP 24. Wiemy jedno. Zmiany klimatu, ochrona przyrody czy naszego zdrowia nie znajdują się nadal w kręgu zainteresowań polskiego mainstreamu.

 

Procesy te zdają się nie interesować ani czołowych polskich polityków, ani też lokalnych działaczy partyjnych. Obecna była jedynie silna reprezentacja Partii Zieloni z kraju i Europy oraz przedstawiciele Razem. Nie było nawet Biedronia, budującego obecnie swój prodemokratyczny ruch z elementami ekologizmu obywatelskiego.
Siłą najbardziej zainteresowaną naszym marszem było natomiast Prawo i Sprawiedliwość, które przy współpracy z Policją chciało doprowadzić do prowokacji. Tu kolejna klęska rządu – znów im nie wyszło. Byłem uczestnikiem wielu protestów i pikiet: w obronie Puszczy, przeciw lex Szyszko, w obronie wolnych mediów, demokracji, praw kobiet, sądów czy przeciw nieodpowiedzialnym decyzjom lokalnych polityków we Wrocławiu. Po tym marszu mogę powiedzieć jedno – to najbardziej budująca, pokojowa i pozytywna manifestacja na jakiej byłem. Jednocześnie poruszająca kwestie bardzo dotkliwe w sutkach i niebezpieczne dla życia na Ziemi.
Organizowaliśmy wspólny wyjazd autokarowy z Wrocławia. Już na początku na miejsce wyjazdu przyjechała Policja i spisała „organizatorów” (w cudzysłowie, bo przecież nie było to publiczne przedsięwzięcie, a prywatny przejazd grupowy). Później było już tylko ciekawiej. Policja monitorowała nas telefonicznie oraz radiowozami na całej trasie. Wiedziałem już od Marka Kossakowskiego (przewodniczącego Zielonych), że wszystkie autobusy z różnych miast są kontrolowane: – Ponad godzinę nas spisywali, nie wiem czy zdążymy. Wyciągnęliśmy transparenty i demonstrujemy w Częstochowie – mówił przez telefon.
Za chwilę i na nas czekała kontrola stanu technicznego autokarów i dokładne spisywanie uczestników i uczestniczek przejazdu. Pytamy policjantów skąd takie szczegółowe postępowanie. – Standardowe czynności, zawsze autobusy sprawdzamy bo w nich łatwiej jest coś znaleźć – odpowiada jeden z nich. Dobrze natomiast wiemy, że to nie jest ani „standardowe”, ani „normalne”.
Niecierpliwimy się, kontrola się wydłuża. Wiemy już, że i my nie zdążymy na czas. Zauważyłem, że wszyscy Zieloni działacze wpadają na podobne pomysły, bo Radosław Gawlik (b. wiceminister, poseł, założyciel Zielonych) też wyciąga nasze transparenty z luku bagażowego. Sam trzyma hasło „Dosyć trucia! Nieudolna władza musi odejść”. Taki sam transparent niósł w 1988 r. podczas czarnego marszu przeciwko hucie Siechnice koło Wrocławia. – Od tego czasu minęło 30 lat. Jestem pewny, że i teraz ta władza odejdzie – tłumaczył Gawlik, próbując dodać nam optymizmu.
Ruszyliśmy dalej. Katowice sparaliżowane, musieliśmy jechać na około. Wszędzie kordony Policji uzbrojonej w tarcze, kaski i butle z gazem. W gotowości stoją też armatki wodne. Na ulicach pusto, miasto jakby wymarło.
Marsz już idzie, w końcu udało nam się dołączyć. Widzimy radosny i kolorowy tłum. – Powitajmy Wrocław! – skanduje ze sceny Ewa Sufin-Jacquemart, organizatorka.
Niestety, nie wszystkim udało się dołączyć. Do Polski nie zostało wpuszczonych wielu aktywistów zza granicy m.in. z międzynarodowej organizacji „350” oraz Climat Action Network.
Wokół szybko zauważyłem wiele znajomych twarzy, z różnych organizacji. – Protestujemy przeciwko wydobyciu i spalaniu węgla brunatnego. To najbardziej brudne paliwo, które przyczynia się na całym świecie do zmian klimatycznych – mówił na scenie Tomasz Waśniewski z Koalicji Rozwój TAK – Odkrywki NIE.
Na twarzach uczestników i uczestniczek uśmiechy i nadzieja na lepsze. Wszędzie tłumy uzbrojonych po zęby policjantów, również wśród nas pełno tajniaków. Po co? Przecież nie przewidywano kontrmanifestacji. Było nas kilka tysięcy. Tyle co na demonstracjach w obronie demokracji na wrocławskim Rynku, na których w zasadzie nie pojawiała się Policja.
Na przedostatnim „przystanku” na trasie dowiedzieliśmy się, że Policja odcięła 150-200 osób z końca. Przepływ informacji pomiędzy organizatorami zaczyna być utrudniony. Dowiedzieliśmy się, że ostatecznie z tłumu wyciągnięto trzy osoby i zawieziono na komendę. – Zostajemy tutaj i czekamy, aż policjanci wypuszczą zatrzymane osoby – ogłosili organizatorzy.
W międzyczasie Polska Policja próbuje kilkukrotnie przekonać organizatorów, że osoby te już dołączyły do marszu. Szybko zweryfikowaliśmy, że to są nieprawdziwe informacje.
Polskie służby próbowały sprowokować zamieszki. Partia rządząca przy współpracy z Policją wiedziały, jak przeprowadzić taką akcję. Nie daliśmy się! Pokazaliśmy solidarność, cierpliwie czekając do końca zgromadzenia na zatrzymanych uczestników.
Po marszu część uczestników udało się na pikietę solidarnościową pod komendę przy ul. Lompy. Wiele osób z Wrocławia również tam było. Do nas też dzwoni Policja zaciekawiona gdzie jesteśmy. Mówili nam, że powinniśmy być już w drodze powrotnej w autokarach. Znów kontrolowali dokładnie przebieg powrotnej trasy naszej prywatnej wycieczki. Nie chcieli jednak podać na jakiej podstawie nas śledzą i telefonują do „organizatorów”. Późnym wieczorem zatrzymani aktywiści zostali wypuszczeni.
Polski rząd czerpie inspiracje z czasów komuny. Marsz, mimo tych trudności, które doskonale obrazują w jakim kraju żyjemy, przebył spokojnie i pokojowo. W atmosferze radosnej, pozytywnej, o którą ciężko na wielu pseudopatriotycznych wydarzeniach. Cieszę się, że aż tyle jeszcze w nas spokoju i wyrozumiałości – również dla policjantów, którzy pełnią swoją służbę.
Byliśmy tam gdzie trzeba. A nasz rząd, mimo tego, że staje na głowie by odwrócić uwagę od wyznań energetycznych, klimatycznych i ekologicznych, robi to wyjątkowo nieskutecznie. Pewnych procesów nie da się zatrzymać. Całe szczęście jest jeszcze ekonomia, która radykalnie zweryfikuje pomysły przywódców.

Prawda najprawdziwsza

Ciągle jeszcze wolne media uwierają prezesa Kaczyńskiego niczym cierń w bucie. Gdyby nie one, media rządowe czyli dawniej publiczne radio i telewizja bez przeszkód krzewiłyby prawdę wg PiS, choć jest ona bardzo nieprawdziwa.
Media niezależne podają swoja wersję wydarzeń, też często subiektywną, ale i tak bardziej obiektywną niż magma informacyjna wydalana przez dziennikarzopropagandzistów w PiS-owskich mediach. Walka informacyjna zaostrza się i nie media rządowe są w niej górą. Widać to po wynikach oglądalności i słuchalności. Stacja radiowa RMF FM, będąca własnością zagranicznego kapitału me słuchalność wyższą niż wszystkie programy publicznego radia razem wzięte. Słuchalność radia publicznego leci na łeb na szyję, a to oznacza, że słuchacze mają dość rządowej propagandy. Podobnie spada oglądalność publicznej telewizji. I nawet nie wiem jak Kurski by się natężał to ciężaru kłamstwa nie udźwignie, taki to ciężar.
W punktach sprzedaży zalegają stosy Gazety Polskiej, a kupowany jest tabloid Fakt wydawany przez niemieckiego właściciela. Podobny jemu treścią, z krajowym kapitałem, tabloid Superekspres, puszczający oko do PiS, pozostaje daleko w tyle. PiS-owskie czasopisma żywią się reklamami spółek skarbu państwa, a ich propagandowy personel pławi się w luksusach. Ten przepływ czytelników, słuchaczy i oglądaczy w kierunku mediów niezależnych jest dla PiS groźny. Pokazuje on, że do obywateli dociera świadomość, że są, za pomocą rządowej propagandy, manipulowani i stymulowani. Ta świadomość narasta powoli, ale narasta.
Obywatel zadaje sobie pytanie. Skoro PiS mówi tylko prawdę, a reszta to kłamcy to dlaczego ta prawda jest coraz częściej kwestionowana i budzi coraz więcej pytań i do owych kłamców czyli mediów nie PiS-owskich obywatel zwraca się w poszukiwaniu prawdy.
Nie oznacza to, że media niezależne promieniują sama prawdą. Do tego im także daleko, ale bliżej niż PiS-owi i jego propagandowym służbom.

Salto Mortale

Prawdopodobnie mózgowcy PiS dostrzegli w postawieniu zarzutu 7 byłym pracownikom KNF, w tym jego przewodniczącemu i jego zastępcy zarzutów w sprawie SKOK okazję do „odspawania” PiS od afery SKOK. Oto właśnie wskazano winnych.

 

Afera SKOK wisi nad Polską od kilkunastu lat. Teraz zmierza do zakończenia, ale czy będzie to dobre zakończenie? Jej twarzą, symbolem stał się ostatnio I Zastępca Prokuratora Generalnego, Prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski. Pan minister, prawa ręka ministra Ziobry, referując wczoraj przed telewizyjnymi kamerami sprawę zatrzymania przez szczecińską prokuraturę byłego kierownictwa KNF pod zarzutem niedopełnienia obowiązków służbowych w latach 2013 – 2014 czym „doprowadzili do szkody na ponad 1,5 miliarda złotych oraz na szkodę interesu prywatnego w kwocie ponad 58 milionów złotych” jak mantrę powtarzał zaklęcie” „i to jest prawdziwa afera KFN”. Tezę tą musiał powtarzać dla wzmocnienia siły wypowiedzi i po to, aby głęboko zapadła w pamięć słuchaczy.
Tym samym I Z-ca Prokuratora Generalnego wyjawił, może bezwiednie, że owo spektakularne i bardzo kontrowersyjne zatrzymanie ma za cel podstawowy przykrycie afery korupcyjnej pisowskiego przewodniczącego KNF Marka Ch. Wydaje się jednak, że PiS zdecydowało się na próbę ustrzelenia przy tej okazji dubletu, że jest jeszcze drugi cel propagandowej ofensywy Nowogrodzkiej. Prawdopodobnie mózgowcy PiS dostrzegli w postawieniu zarzutu 7 byłym pracownikom KNF, w tym jego przewodniczącemu i jego zastępcy zarzutów w sprawie SKOK okazję do „odspawania” PiS od afery SKOK. Oto właśnie wskazano winnych, nawet tych, którzy swoją dociekliwość w kwestii nieprawidłowości SKOK nieomal przypłacili życiem.
To nie ich założyciel, dziś przewodniczący senackiej komisji finansów i przewodniczący Rady Krajowej SKOK Grzegorz Bierecki, to nie główny ekonomista SKOK wiceprzewodniczący sejmowej komisji finansów publicznych, nie ś.p. Lech Kaczyński, który jako prezydent kierował do sejmu projekty ustaw mających SKOK zapewnić szczególne warunki działania, nie mecenas Jedliński, autor tych projektów i przyjaciel Lecha Kaczyńskiego, nie wielu, wielu innych PiS-owskich polityków, którzy w Sejmie dzielnie bronili SKOK przed zewnętrznymi kontrolami, tylko właśnie aresztowani wczoraj pracownicy KNF winni są aferze . Tak to ma wyglądać w mediach, taką legendę ma kupować „suweren”. Legendę ma też wzmacniać fakt, że zatrzymania dokonały, na polecenie prokuratury, służby Centralnego Biura Antykorupcyjnego, chociaż formalnie zarzutów korupcyjnych ta prokuratura nie stawia. Zatrzymania dokonano również zaraz po tym, jak do opinii publicznej zaczęły przenikać zeznania oskarżonych w wołomińskiej aferze pracowników SKOK o tym, którym z imienia i nazwiska politykom PiS wręczali koperty z pieniędzmi.
Zasadności formułowanych zarzutów szkoda komentować, Może należy tylko przypomnieć, że bez względu na swoją absurdalność, dotyczą one kwoty 1,5 mld zł. Tymczasem za niegospodarność księstwa pana Biereckiego Bankowy Fundusz Gwarancyjny wypłacił jak dotąd ponad 4 mld zł. Ponieważ nie ma innych „beneficjentów” BFG uznać należy, że fundusz ten, tworzony przez wszystkie banki w Polsce, przekształcony został na Bankowy Fundusz Gwarancji dla SKOK.
Wołania o powołanie sejmowej komisji śledczej d.s. SKOK rozlegają się od dawna. Z niewiadomych powodów nie zdecydowała się na to PO, gdy była u władzy. Ale powstanie takiej komisji jest zasadne jak żadnej innej. To w aferze SKOK splatają się w olbrzymi węzeł interesy polityczne i prawdopodobnie finansowe polityków rządzącej Polską partii. Nie dziś, to z pewnością jutro komisja taka powstać musi.
Tymczasem PiS postawiło wszystko na jedną kartę: postanowiło użyć wszystkich swoich aktywów dla wyzwolenia się spod ciężaru odpowiedzialności za wielomiliardowe straty powołanego przez swoich luminarzy przedsięwzięcia. PiS uciekło się do działań mogących świadczyć o swojej skrajnej desperacji i o strachu.
To istne salto mortale, które Jarosław Kaczyński wraz ze swoją partią usiłuje wykonać ponad gigantyczną aferą SKOK nie może się udać. Jeśli stanie się inaczej mrok zapadnie pomiędzy Bugiem a Odrą na długie lata.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Rozdrobnienie nie służy Wywiad

„Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Według najnowszego sondażu dla Instytutu Badań Pollster opublikowanego w „Super Expressie” szeroko zjednoczona opozycja – PO, PSL, Nowoczesna, PSL, SLD Razem i Teraz – mają 50 proc. poparcia. Gdyby wspólnie wystartowały w wyborach, pokonałyby PiS. Jednak chyba za wcześnie, żeby opozycja otwierała szampana?

JACEK KUCHARCZYK: Tu wiele zależy od tego, jak wyglądało dokładnie samo pytanie, które zostało zadane, i jakie warianty odpowiedzi otrzymał pytany. Dlatego do tych liczb bardzo bym się nie przywiązywał. Niemniej na pewno można wysnuć z tych liczb jeden wniosek: większość Polaków wolałaby głosować na inną opcję polityczną niż ta, która teraz rządzi. Myślę, że została osiągnięta masa krytyczna, jeśli chodzi o poczucie, że potrzebna jest zmiana u steru państwa, aby u władzy był ktoś inny niż PiS. Teraz to opozycja musi dać wyborcom szansę i stworzyć taką realną alternatywę. Na otwieranie butelek z szampanem jest jeszcze za wcześnie, bo sondaż dotyczy opozycji wyobrażonej, nie tej istniejącej. O tak szerokim froncie anty-PiS jeszcze nie ma mowy, on faktycznie nie istnieje. To wciąż jest raczej cel różnych działań niż rzeczywistość. Ostrożnie traktowałbym te wyniki – raczej jako wskazówkę co do kierunku dalszych działań opozycji, niż jako obraz realnego układu sił politycznych w Polsce.

 

Ciągle mamy ponad połowę społeczeństwa, która nie chodzi na wybory. Jest więc spora grupa wyborców do zagospodarowania.

To jest ta wielka obietnica Biedronia, że on sięgnie po nowych wyborców, którzy zwykle nie głosują. Niestety, jest to obietnica, której szanse realizacji trudno zweryfikować. Czy Biedroń rzeczywiście zaktywizuje nowych wyborców, czy też odbierze głosy innym partiom opozycyjnym, pokażą dopiero wybory. Obawiam się, że pomimo różnych ukłonów Biedronia pod adresem wyborców PiS-u przejmie on raczej głosy dotychczasowych zwolenników opozycji. Oczywiście teoretycznie jest grupa biernych obywateli do zagospodarowania, ale ich aktywizacja cały czas pozostaje trochę fikcją polityczną. Szczególnie atrakcyjną dla tych, którzy do naszej i tak zatłoczonej sceny politycznej chcą dodać nową formację polityczną. Naturalne jest, że będą przekonywać, że nie przyczyniają się do rozdrobnienia opozycji, ponieważ chcą sięgnąć po obywatel biernych, tych którzy polityką się rozczarowali. O ile sam cel jest sensowny – na przykład widzimy, jak niski jest chociażby procent aktywnej wyborczo młodzieży – to w praktyce weryfikacja takich stwierdzeń dla socjologa czy politologa jest ogromnie trudna. Nie bardzo jest jak zbadać, czy wejście na scenę polityczną Biedronia faktycznie zwiększy deklaracje udziału w wyborach. Gdyby rzeczywiście tak było, że udałoby mu się zagospodarować tych wyborczo biernych obywateli, to moglibyśmy oczekiwać, że powstanie jego ugrupowania spowoduje, że zwiększy się frekwencja wyborcza, a opozycja się wzmocni. Moim zdaniem, dzisiaj głównym wyzwaniem dla opozycji jest podtrzymywanie zaufania tych, którzy chcą iść na wybory i są przeciwnikami partii rządzącej. Ten sondaż jest ważny dlatego, że wyraźnie pokazuje społeczne oczekiwanie na jednoczenie się opozycji, a nie na tworzenie nowej oferty na scenie politycznej.

 

Robert Biedroń zapowiada, że do koalicji nie przystąpi, a jeżeli nie zaktywizuje biernych wyborców, to zaczerpnie raczej z elektoratu opozycji?

Obawiam się, że wejście Biedronia będzie raczej przeszkodą, jeśli chodzi o tworzenie szerokiego frontu opozycyjnego wobec PiS-u. Poza tym, nawet jeśli patrzymy na ordynację wyborczą, to może okazać się niebezpieczne. Biorąc pod uwagę obecne sondaże, każdy dodatkowy głos na zjednoczoną opozycję będzie miał większe przełożenie na podział miejsc w parlamencie, niż głos na inicjatywę Biedronia.

 

Według cytowanego sondażu, gdyby partie poszły osobno, to zarówno Nowoczesna, jak i Razem i Teraz nie wchodzą. Jedynie PO, PSL, SLD znalazłyby się w parlamencie, co dałoby prawdopodobnie drugą kadencję PiS-owi.

Rozdrobnienie nie służy opozycji. Proszę zobaczyć, że w najlepszych okresach PiS-u nie popierało więcej niż 1/3 Polaków, natomiast ich siłą było zawsze to, że opozycja była rozdrobniona, że część tych, którzy nie popierali PiS-u, nie ufali też opozycji i że głosy przeciwników władzy się dzieliły. To jest to błędne koło polskiej polityki, które sprawia, że PiS mając poparcie de facto mniejszości społeczeństwa, rządzi w sposób niemalże absolutny.

 

Polska opozycja odrobiła węgierską lekcję?

Powiedziałbym, że zaczyna odrabiać, bo jeżeli popatrzeć na to, co się faktycznie dzieje na scenie politycznej, to są to dwa kroki w przód, jeden wstecz, albo nawet dwa kroki do przodu i dwa do tyłu. Za każdym razem, kiedy następuje ruch zjednoczeniowy, to jednocześnie pojawiają się też nowe inicjatywy czy podziały. Czasem mają tylko dać jej inicjatorom siłę przetargową. Powołanie nowej inicjatywy przez Ryszarda Petru być może ma być właśnie takim wstępem do negocjowania z Koalicją Obywatelską z założeniem: wiem, że nie wygram, ale gdy wystartuję samodzielnie, to zabiorę wam 2 proc. poparcia, więc proszę o poważną ofertę.

 

Czy PSL powinno również wejść do szerokiej koalicji? Samodzielnie wchodzi do Sejmu, a programowo, jako partia konserwatywna, raczej ma daleko do Nowoczesnej czy SLD. Pojawiają się informacje, że trwają rozmowy, ale do pełnego porozumienia jeszcze daleko.

Moim zdaniem PSL ideowo znakomicie odnalazłby się w takiej koalicji, szczególnie że pierwszym testem zdolności koalicyjnej będą wybory europejskie. Budowanie takiej obywatelskiej i jednocześnie proeuropejskiej koalicji nie powinno być szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kwestie polityki europejskiej. Między PSL a KO nie widzę poważnych kwestii konfliktowych. Ta koalicja wydaje mi się naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że PO jest w tej samej grupie w Parlamencie Europejskim co PSL. Zarówno racje ideowe (proeuropejskość), jak i praktyczne (ordynacja) sprzyjają temu, żeby PSL dołączył do Koalicji. Moim zdaniem jest to podstawowy warunek wyraźnego sukcesu Koalicji w wyborach, którego zresztą bardzo potrzebuje. Boję się tylko, że przeciwko takiej koalicji wystąpią siły w poszczególnych ugrupowaniach. Już teraz trwa walka o miejsca na listach wyborczych. Mandaty w PE są dla działaczy partyjnych bardzo cenne. Zarówno dla działaczy PSL, jak i działaczy KO koalicja oznacza na dzień dzisiejszy podzielenie się miejscami na listach. Premią oczywiście będzie to, że tych mandatów będzie więcej, tylko że to wymaga okiełznania indywidualnych ambicji polityków. Warto, aby zrozumieć, że indywidualny interes polityków niekoniecznie przekłada się na interes całej formacji, a w tym przypadku także i Polski. Bardzo się boję tych sił odśrodkowych, które przy obecnej ordynacji są bardzo istotne. Układanie list wyborczych jest silnym instrumentem zarówno dla władz partii, jak i polityków, którzy konkurują ze sobą bardzo ostro. Przy systemie list otwartych (głos na partię i na konkretną osobę z listy danej partii) to się niestety przekłada także na kampanie wyborcze. Sam słyszałem od osób, które startowały w wyborach do PE, że największym ich problemem byli koleżanki i koledzy z ich własnej listy wyborczej. Tak naprawdę to z nimi toczyła się walka wyborcza. To skutek ordynacji, jaką mamy.

 

Załóżmy, że powstanie taka wielka koalicja, która wygra wybory, i co dalej? Trzeba uformować rząd, podzielić resorty? Może się okazać, że to jednak PiS stworzy rząd, bo tak szeroka koalicja nie będzie w stanie?

Jeżeli PiS będzie w stanie przeciągnąć różnych posłów na swoją stronę, to może tak się stać. Oczywiście to jest ryzykowna sytuacja.
Rozpady koalicji czy nawet partii są zawsze możliwe.
Moim zdaniem generalnie powinna być wprowadzona zasada, że gdy ktoś startuje z list partii X, a potem wychodzi z klubu, to mandat przechodzi na następną osobę na liście. To byłaby logiczna konsekwencja systemu, jaki mamy, czyli otwartych list wyborczych, gdzie najpierw głosujemy na partię, a potem dopiero na osobę. Taki skutek utraty mandatu ograniczyłby korupcję polityczną na różnych szczeblach. Taka zasada byłaby wskazana, ale wprowadzić się jej teraz raczej nie da, bo zmiana nie jest w interesie partii rządzącej.

 

Trwają rozmowy między PO i Nowoczesną, aby stworzyć jeden klub w parlamencie. Na razie nieudane, bo Nowoczesna jest silnie podzielona w tej sprawie. To dobry pomysł?

Moim zdaniem dobry, bo to byłoby scementowanie koalicji na poziomie parlamentu. To pokazuje, że jednoczenie opozycji jest czymś głębszym, niż tylko stworzeniem jednej listy wyborczej. To powinno zachęcić inne partie do wchodzenia w koalicję. Nie sądzę, aby to się skończyło po połączeniu klubów.

 

A czy w ten sposób opozycja parlamentarna nie ograniczy sobie prawa do wystąpień? Już w tej chwili przez marszałka Kuchcińskiego jest ona mocno ograniczona, a jednak każdy klub zabiera głos osobno.

To, że marszałek Kuchciński ogranicza wypowiedzi posłów, nie znaczy wcale, że dwa kluby mają większy wpływ na możliwość kształtowania debaty, bo ona jest i tak sztucznie ograniczana. Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć.

 

W weekend mieliśmy dwa wydarzenia ważne dla partii rządzącej. Podsumowanie trzech lat rządów i urodziny Radia Maryja. Na obu występował premier Morawiecki, na żadnym nie było Jarosława Kaczyńskiego. PiS wraca na stare tory chowania niepopularnych polityków, aby puścić oko do centrowego elektoratu?

To powrót do strategii, która była skuteczna w 2015 roku. Opiera się ona o trzy elementy. Po pierwsze, stworzyć swój twardy elektorat, który będzie uodporniony na wszelkie błędy czy zawirowania ideowe partii. Następnie otworzyć się na centrowych wyborców. Trzeci element to dzielić i demonizować inne partie. Myślę, że PiS będzie do tej strategii wracać, mimo że ona niespecjalnie wypaliła w wyborach samorządowych w dużych miastach. W Warszawie próbowano powtórzyć kampanię prezydencką z 2015 roku i to się skończyło wielką klapą, ale Warszawa to nie cała Polska. Niemniej niewątpliwie PiS wysyła dziś sygnały w dwóch kierunkach. Te tańce w Radiu Maryja to jest ukłon do twardego elektoratu i Kościoła. To wszystko jest dość schizofreniczne, jeśli najpierw premier mówi, że wszyscy jesteśmy Polakami, a później w Radiu Maryja mówi, że jedni bardziej kochają Polskę niż drudzy. Takie wysyłanie różnych komunikatów do różnych grup jest pewną specjalnością PiS-u. Wszystko w nadziei, że obydwie grupy nie połapią się w sprzeczności tych komunikatów, że dla jednych PiS ma miękki wizerunek partii, która chce dobrze rządzić w interesie wszystkich, a dla drugich wizerunek partii mocno ideowej, która ma wyrazisty (i jednocześnie wykluczający wielu) ideał wspólnoty narodowej. Cała sztuka komunikacji politycznej polega na tym, żeby te dwie narracje w najmniejszym stopniu się nie skonfliktowały. Pytanie na dzisiaj jest takie, czy PiS będzie nadal w stanie budować poparcie w oparciu o te dwie sprzeczne narracje.

Koniec ofensywy PiS Wywiad

„Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności” – z prof. Rafałem Chwedorukiem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie. Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

 

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.

PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas – w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych. Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne. Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów. PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

 

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…

Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole. To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć. Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

 

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.

Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety, Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

 

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?

Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad. Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny. Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

Głos lewicy

Dość marnowania głosów!

 

Włodzimierz Czarzasty udzielił obszernego wywiadu „Gazecie Wyborczej”. Oto jego fragment:

 

W dziewięciu sejmikach SLD weszło w koalicję z KO i PSL. Jak się negocjuje ze Schetyną?

Nie czuję się w tych rozmowach Kopciuszkiem. Zresztą nikt tam też nie czuje się gigantem – w wielu województwach przewaga naszej koalicji to jeden głos i nie ma znaczenia, czy masz dwudziestu radnych, czy dwóch, skoro i tak potrzeba wszystkich. Najważniejsza jest lojalność, współpracujemy z tymi partiami, które słowa Europa i konstytucja odmieniają w ten sam sposób.

 

Gdy w powiecie koneckim SLD stworzyło koalicję z PiS, pan natychmiast to ukrócił. Teraz okazuje się, że Koalicja Obywatelska również wchodzi w koalicję z PiS – w powiecie lubartowskim, w Bytomiu…

Ja nie wyobrażam sobie współpracy z PiS na żadnym poziomie. W imię dobrosąsiedzkich stosunków nie chcę się odnosić do tego, co robi Platforma, Nowoczesna, czy PSL, bo układamy sobie trudną współpracę.

 

SLD cały czas wysyła sygnały, że szuka koalicjantów.

Bliskie jest mi myślenie Włodzimierza Cimoszewicza, który napisał w „Wyborczej”, że cała opozycja powinna wystawić wspólny blok pod hasłem „Europa”. W tych wyborach chodzi o zagwarantowanie, żeby nikt Polski nie chciał z Unii wyprowadzić, bo codziennie obserwujemy, jak wygląda brexit. Drugim elementem jest obrona konstytucji oraz zasad praworządności, i to też nie podlega dyskusji.
Ale ja bym wolał, by zamiast jednego bloku europejskiego powstały dwa: liberalny i lewicowy. I ten blok lewicowy chciałbym współtworzyć. W SLD Lewica Razem już połączyli się ludzie z 22 podmiotów, m.in. z Unii Pracy, PPS, SDPl, Inicjatywy Feministycznej. Teraz naszymi podstawowymi ogólnopolskimi partnerami muszą być Partia Razem, środowisko Zielonych i struktury, które tworzy pan Biedroń. Jeśli nie powstanie blok lewicowy, to dyskusja na temat praw kobiet, świeckiego państwa i sprawiedliwszego systemu podatkowego może na kilka lat zostać zawieszona.

 

 

Polityczna hipokryzja dotyczy wszystkich partii

 

Łukasz Moll wypowiedział się na Facebooku na temat radnych, oskarżanych o „sprzedanie się” w sejmikach:

Czy jeśli w wykrzykiwaniu „zdrajca” i „sprzedawczyk” pod adresem śląskiego radnego wojewódzkiego z Nowoczesnej, który odszedł do PiS, dając im większość potrzebną do rządzenia, chodziło o zasady, o demokrację, o przyzwoitość, to czy ci wszyscy postępujący w imię zasad przyzwoici demokraci rzucą się teraz na podlaskich radnych PiS, że zdradzili i sprzedali się PO? Konsekwencja by tego wymagała.
Ale dajmy spokój tej obłudzie. Obie te sytuacje – ze Śląska i z Podlasia – dowodzą jedynie tego, że nawet regionalne kadry PiS i PO nie wierzą w serwowaną nam przez swoich liderów i okraszoną wielkimi słowami („walka o demokrację”, „walka z układem”) opowieść. Dogadują się, zmieniają partnerów i barwy partyjne tak jak im w danym momencie pasuje. Całe to wyszukiwanie sprzedajnych kurew po obu stronach jest o tyle groteskowe, że odbywa się w jednym wielkim burdelu. A my za to wszystko płacimy.
Chociaż rozumiem, że emocje nakazują jeździć po tych politykach, którzy w warunkach skrajnej polaryzacji skaczą z kwiatka na kwiatek, to pretensje powinniśmy kierować przede wszystkim do zarządców tego przybytku: jak to świadczy o wiarygodności ich formacji, skoro polityczne „kurestwo” stało się modus operandi nawet w warunkach wojennych?
Pora przejrzeć na oczy, zerwać z tym PO-PiSowym szantażem, olać te przepychanki i rozmawiać o lepszej Polsce.

Makiawelizm powiatowy

Degrengolada i upadek moralności w polityce postępuje. W poprzednich kadencjach radni sejmikowi czy powiatowi zachowywali resztki przyzwoitości. Transfery, zdrady polityczne czy klubowe następowały zazwyczaj w trakcie kadencji. W Sejmie było podobnie. Po tych wyborach radni, coraz częściej, uważają że werdyktem wyborców mogą się podetrzeć w toalecie i dopuszczają się zdrad już na początku kadencji. Prym w podbieraniu radnych wiedzie PiS. Partia, która mieniła się być uczciwą i swoim przeciwnikom przypięła maskę zdradzieckich mord. Przypomnę, ze to ta partia lansowała hasło – wystarczy być uczciwym.
Okazuje się, że PiS otwarcie nawołuje do nieuczciwości. Podkupuje radnych z konkurencji i nie brzydzi się szyldami Nowoczesnej czy PO. Przekabacani nie mają skrupułów, bo kasa jest najważniejsza. Wola wyborców jest niczym. Nawoływania partyjnych central do wierności ideom, kiedy dochodzi do ważenia co bardziej cenne, partyjna lojalność czy stołki, coraz częściej więcej powabu mają stołki i godziwe pensje.
Skoro jednak zdrady polityczne mają miejsce także na górze, to czemu się dziwić, że w tzw. terenie ma był moralniej i uczciwej. Tak dzieje się i na prawicy i na lewicy. Na prawicy ostatnio częściej, bo oszustów z prawicy wyborcy teraz bardziej lubią. Tak więc wyborca głosuje na PO, bo nie znosi PiS, a okazuje się, że zagłosował na tych, których tak bardzo nie cierpiał. Zdrada z polityce staje się normą i już nie wzbudza emocji. Politycy bez honoru i bez zahamowań moralnych coraz dynamicznej wypierają tych uczciwych i z zasadami. Robią to przy pomocy wyborców, którzy często im w tym pomagają . Ale z drugiej strony jak odgadnąć co polityk ma w głowie? Czy jest tam śmierdzące szambo czy polityczna przyzwoitość.

Jak wrażliwego polskiego Polaka wrażliwi izraelscy Żydzi po rusku obsobaczyli

Dlaczego JE Ambasador Izraela w IV RP zachowuje się jak rosyjski w I Rzeczpospolitej?

 

Pan wicepremier i minister kultury Piotr Gliński poczuł się w Polsce Żydem, czyli Polakiem gorszego sorta. Bo taki wrażliwy jest. Zwłaszcza na wypowiadane słowa. Takie przewrażliwienie na słowa to taka nasza wspólna cecha polsko – żydowska. I żydowsko-polska też. Taki mamy tu klimat.

Listopad to niebezpieczna dla Polaków pora. Toteż nie zdziwiłem się, kiedy na dziennikarskie pytanie o trudności w budowaniu wspólnoty polsko – polskiej, przeczytałem w tygodniku „Wprost” gorzkie żale wrażliwego pana wicepremiera.

Rzekł on, że spór między wojującymi plemionami PO i PiS jest „szczególnie ostry, codziennie podsycany, w warstwie językowej i symbolicznej. Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej przyjeżdża dzień przed świętem ,jednym na sto lat, i mówi o neobolszewikach, to znaczy, że mamy sytuację ekstraordynaryjną, nie do zaakceptowania z punktu widzenia polskiej racji stanu i dowodzącą, że druga strona, nie mając dla Polaków propozycji programowych, będzie każdą, nawet najświętsza okazję, wykorzystywać do szerzenia nienawiści. Gdy brakuje programu. Walka przenosi się w sferę emocji”.

I potem wypowiedział słowa, które wywołały niespodziewaną reakcję wrażliwego izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych i Ambasador Izraela w IV RP, Jej Ekscelencji Anny Azari.
Ale zanim on, wyżalając się pod adresem elit Platformy Obywatelskiej: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzać do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci/…/”.

I pewnie po kilku dniach zmarłyby medialnie te gorzkie żale pana wicepremiera. Świadczące jedynie jak wielkie są napięcia w wojnie plemiennej PiS – PO. I pewnie jako jeden z niewielu skomentowałbym słowa wicepremiera przypominając niedawną PiSowską mowę nienawiści traktujących „postkomuchów” też jak Żydów. I w propagandzie nazistowskiej i propagandzie ONR w końcówce II Rzeczpospolitej. Gdyby nie wyjątkowo przewrażliwiona reakcja izraelskiego MSZ i ambasady tego państwa w Warszawie.

Dzień po publikacji wywiadu JE Ambasador Anna Azari przesłała Polskiej Agencji Prasowej następujący komunikat: „Z niedowierzaniem i zdziwieniem przyjęliśmy wypowiedź Wicepremiera, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pana prof. Piotra Glińskiego dla tygodnika Wprost: „Mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa”. Świadczy ona o głębokiej niewiedzy i ignorancji oraz braku wrażliwości. Zalecalibyśmy Panu Premierowi wizytę w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie i bliższe zapoznanie się tą problematyką”.

Następnie JE Ambasador Izraela Anna Azari wyjaśniała w polskim mediach, zwłaszcza w Radiu TOK FM, powody tak niewspółmiernie gromkiej reakcji na publicystyczne porównanie pana wicepremiera Glińskiego. I tam JE Ambasador Azari oświadczyła, że takie porównanie losu plemienia PiS w IV RP do Żydów w III Rzeszy uwłacza Żydom. I najlepiej byłoby gdyby w polskich dyskusjach nie używać porównań „z czasów II wojny światowej”. Czyli zagłady Żydów.

Można dyskutować o stosowności używania historycznych porównań i wrażliwości ich czytelników. Zwłaszcza wśród narodów tak wrażliwych na Słowo, jak Polacy i Żydzi.
Ale nie jest rolą Ambasadora akredytowanego w zaprzyjaźnionym państwie publicznie, butnie i niewrażliwie na lokalną wrażliwość oceniać publicystyczne wypowiedzi ministrów tegoż państwa. Zwłaszcza w państwie tak wrażliwym na punkcie swojej suwerenności jak obecne państwo polskie.

Jeśli wrażliwy izraelski MSZ i równie wrażliwa na słowa JE ambasador Anna Azari poczuli się urażeni porównaniem pana wicepremiera PiSowców do Żydów, to JE Ambasador Azari ma wystarczająco wiele sposobów aby swoje uczucia urażenia panu wicepremierowi Glińskiemu w sposób dyskretny i jednocześnie skuteczny przekazać.

A nie strofować go publicznie i jak złego ucznia, rechotliwie, przy całej klasie politycznej, wysyłać na korepetycje do instytutu Yad Vashem.

Czy na zasadzie wzajemności mogę zaproponować JE Ambasador Azari lekcje dobrego wychowania, dobrych zwyczajów obowiązujących w Polsce?

Pan wicepremier Piotr Gliński nie należy do mojej rodziny politycznej, ale jest wicepremierem państwa polskiego. Mojego państwa.
Dlatego jako wrażliwy państwowiec nie zgadzam się, aby JE Ambasador izraelskiego państwa publicznie komentowała wypowiedzi polskiego wicepremiera z iście neokolonialną butą.

Polska jest suwerennym państwem, nie jest protektoratem.

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że my Polscy nie mamy prawa do publicystycznych porównań „z czasów II wojny światowej”.

Tak jak niedawno protestowałem po uchwaleniu przez Sejm RP nowelizacji ustawy o IPN wprowadzającej cenzurę w debatach o relacjach polsko – żydowskich, tak teraz protestuję przeciwko wprowadzaniu przez Ambasadę Izraela cenzury dotyczącej publicystycznych porównań dotyczących najnowszej historii Żydów. Nawet z historii zagłady Żydów.

Bo to jest też nasza wspólna historia. Mieszkających tu Polaków, Żydów, Polaków z żydowskimi korzeniami i Żydów z polskimi. Nikt nam tej historii nie odbierze. Nikt nie zakaże czerpania z niej jakichkolwiek porównań.

Bo taką tu, w tej naszej części Europy, mamy wrażliwość na słowa.

Hara szel ha haim, jak mawiały moje żydowskie, przyszywane ciotki.

Przywrócić ulicę Stanisława Tołwińskiego!

„Wymazać tę szuję z pamięci” – krzyczał podczas swojego wystąpienia radny dzielnicy Żoliborz Ryszard Mazurkiewicz (PiS). Sytuacja miała miejsce w marcu 2018 roku. Dyskusja dotyczyła dekomunizacji lokalnych ulic. „Szują’, która według funkcjonariusza partii Kaczyńskiego nie zasługuje na szacunek i patronat, był Stanisław Tołwiński, prezydent Warszawy w latach 1945-50.

 

W 1996 roku do do Instytutu Yad Vashem zgłosił się Aleksander Dyszko-Wolski, inżynier budownictwa lądowego. 83-letni staruszek chciał przed śmiercią podzielić się historią, która sprawiła, że jego życie nie zakończyło się w latach czterdziestych. Historycy z Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu wspominali, że opowiadał ją z łzami w oczach. Był rok 1943, a Dyszko-Wolski został rozpoznany jako Żyd przez szmalcowników na żoliborskiej ulicy Potockiej. Zginąłby niechybnie, gdyby nie mężczyzna, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze i wykupił przerażonego 30-latka z rąk szmalcowników. Za własne pieniądze. Tym mężczyzną był Stanisław Tołwiński. Podobnych świadectw spłynęło do Yad Vashem jeszcze kilkanaście. W większości były to wspomnienia zbiegów z getta, którym ówczesny dyrektor Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego załatwiał pracę na budowach, co pozwoliło im przetrwać okres okupacji hitlerowskiej. Tołwiński był jednym z tych, którzy narażali własne życie, ratując tych, którzy zostali już skazani na zagładę. Aleksander Dyszko-Wolski zmarł w roku 1998. Rok przed śmiercią uczestniczył w uroczystości pośmiertnego nadania Stanisławowi Tołwińskiemu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
Kiedy na początku lutego tego roku zobaczyłem, jak robotnicy z ZDM demontują tabliczki z nazwiskiem Tołwińskiego, pomyślałem sobie, że tym krajem rządzą wyjątkowej obrzydliwości moralne karły. Oburzenia nie kryli również mieszkańcy Żoliborza, w większości stateczni mieszczanie o poglądach konserwatywnych. „Swoje stanowisko prezydenta stolicy wykorzystał do odbudowy zniszczonego pożogą wojenną miasta, które kochał, dla którego pracował i żył” – wspominali swojego prezydenta w biuletynie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, tej samej, którą Stanisław Tołwiński wraz z innymi członkami PPS zakładał w roku 1921. Kiedy żoliborska delegacja wręczała ostrą notę protestacyjną pisowskiemu wojewodzie Zdzisławowi Sipierze, ten kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził, że jest tylko urzędnikiem wykonującym swoje obowiązki oraz polecenia IPN-u. W takich właśnie okolicznościach Stanisław Tołwiński, budowniczy Żoliborza, człowiek, który zarządzał podnoszeniem z wojennych gruzów stolicy naszej ojczyzny, oddany społecznik i człowiek wielkiej odwagi, został pozbawiony patronatu na osiedlu, które by nigdy nie powstało, gdyby nie jego zapał i pomysłowość.
Dlaczego, do cholery, komuś przeszkadza Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata? Komu zależy, by Polacy zapomnieli o wybitnym spółdzielcy? A może wyjaśnieniem nie jest wcale przynależność Tołwińskiego do PZPR czy jego udział w Rewolucji Październikowej? Dekomunizacja to zbrodnia popełniania na pamięci tych, którzy, jak Tołwiński, walczyli o Polskę równą i sprawiedliwą, ale również jaskrawo czytelna deklaracja ideologiczna obecnej władzy. Morawiecki bije pokłony przed mogiłami członków Brygady Świętokrzyskiej, która kolaborowała z III Rzeszą. Na białostockim osiedlu pojawiła się (całe szczęście na wiosnę ma zniknąć) ulica rzeźnika Litwinów i prawosławnych, niejakiego Łupaszki. W dziesiątkach polskich miast swoje miejsca kultu mają już inni bandyci przeklęci. Jestem skłonny postawić tezę, że opętani antykomunistyczną obsesją ludzie pokroju Jarosława Szarka czy wspomnianego Ryszarda Mazurkiewicza, nienawidzą Tołwińskiego właśnie dlatego, że dokonał rzeczy wielkich – dla Polski i Polaków. Zaślepione ideologicznym jadem szuje nie są w stanie przełknąć faktu, że „czerwony” nadal jest postacią cenioną i szanowaną.
Decyzja wojewody została zaskarżona do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten uchylił aż 47 wskazań inspektorów z IPN. Ostateczna decyzja będzie należeć do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ma rozpatrzyć sprawę w ciągu najbliższych tygodni. Decyzje tego organu w związku z wnioskami o przewrócenie starych patronów w innych miastach pozwalają mieć nadzieję na korzystne rozstrzygnięcie. W Poznaniu właśnie wróciła ulica 23 lutego, symbolizująca wyzwolenie miasta z rąk hitlerowskich okupantów. W Krakowie NSA nie wyraził zgody na dekomunizację ulic Józefa Marcika i Wincentego Danka. Szansa na wielki powrót Stanisława Tołwińskiego na Żoliborz jest więc całkiem realna. Mam nadzieję, że nie później jak wiosną przyszłego roku będzie miał przyjemność uczestniczyć jako ochotnik w wymianie tablic na stołecznych ulicach.
W czasach, gdy w marszu organizowanym przez faszystów maszeruje ogłupiona prawicową propagandą młodzież, postać Stanisława Tołwińskiego – antyfaszysty ratującego Żydów powinna być noszona na sztandarach i stawiana za wzór przez wszystkie organizacje postępowe.

Flaczki tygodnia

Czy pan prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński powinien podać się do dymisji?
Bo, zdaniem opozycji, mógł patronować zorganizowanej grupie przestępczej działającej w najważniejszych finansowych instytucjach państwowych.

***

Uwaga Czytelnicy! Nasza rozmowa nie jest przez „Flaczki” podstępnie nagrywana. Nie musicie zatem uruchamiać przeróżnych „szumideł”, czyli zagłuszarek wszelkiej maści. Nie musicie też uruchamiać najpowszechniejszego w Polsce „szumidła”, czyli autocenzury.

***

Z zaprezentowanych już przez mecenasa Giertycha i z zapowiadanych przez niego kolejnych informacji wynika, że w polskich, państwowych instytucjach finansowych istniała grupa przestępcza, która zajmowała się wymuszaniem pieniędzy od prywatnych przedsiębiorców. I to tych z najwyższej finansowej półki.

***

W zamian za przychylność najwyższych władz partyjno – państwowych krajowi biznesmeni opłacali się przedstawicielom grupy trzymającej finansową władzę. Zatrudniali jako doradców, konsultantów, prawników, członków rad nadzorczych i zarządów zaproponowane im osoby. Wyznaczając im wysokie wynagrodzenie. Zatrudnieni mogli być wysoko opłacanymi „słupami”. Piszemy mogli, bo nie zostało im jeszcze udowodnione, że większą część swych wysokich wynagrodzeń przekazywali szefom grupy przestępczej.

***

Z nagranych podstępnie rozmów oraz zeznań biznesmana Leszka Czarneckiego wynika, że otrzymał on od pana przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego propozycję zatrudnienia związanego z KNF prawnika za jeden procent wartości aktywów banku. W zamian biznesmen Czarnecki uzyskałby przychylność władz państwowego nadzoru finansowego, co pomogłoby mu wyprowadzić posiadane przez niego banki z finansowych tarapatów.
Gdyby jednak biznesmen Czarnecki nie zechciał skorzystać z propozycji pana przewodniczącego Chrzanowskiego, to najwyższe władze finansowe przystąpiłyby do realizacji „planu Zdzisława”.
Planu doprowadzającego do upadki finansowego banki biznesmena Czarneckiego i przejęcia je przez państwo polskie za przysłowiową złotówkę.

***

Pomimo tak kuszącej propozycji biznesmen Czarnecki oferty Komisji Nadzoru Finansowego nie przyjął. Tylko dokumentował ją na podstępnie dokonywanych nagraniach.
A kiedy Sejm RP w trybie pilnym zechciał przyjąć rozwiązania prawne pozwalające na szybkie przejęcie tych banków, to biznesmen Czarnecki rozpoczął obronę przez atak. Wykorzystując płatne usługi mecenasa Romana Giertycha, byłego wicepremiera w rządzie pana premiera Jarosława Kaczyńskiego, upubliczniać zaczął korupcyjne propozycje pana przewodniczącego Chrzanowskiego.

***

Jeśli fakty ujawniane przez Czarneckiego i Giertycha są prawdziwe, to mamy do czynienia z powstaniem w Polsce systemu oligarchii podobnego do istniejącego już na Ukrainie. W panującym tam systemie oligarchii politycznej i finansowej bardzo często, zwłaszcza za prezydentury Wiktora Janukowicza, dochodziło do podobnych przejęć prywatnych przedsiębiorstw przez grupy finansowe związane z panującą władzą.
Mechanizm okradania był podobny. Najpierw właściciel firmy dostawał propozycję zatrudnienia wskazanych mu osób. Te systematycznie przejmowały firmę wyrzucając w końcu jej dotychczasowego właściciela lub pozostawiając go na pozbawionym wpływów stanowisku. Jeśli opierał się takiemu „reketowi”, to władze państwowe od razu przejmowały niepokorną firmę wykorzystując istniejące prawo lub tworząc je na potrzeby takiego przejęcia.

***

Jeśli wierzyć mecenasowi Giertychowi plan przejęcia banków biznesmana Czarneckiego przez państwo polskie reprezentowane przez grupę przestępczą reprezentowaną przez pana przewodniczącego Chrzanowskiego, zwany „Planem Zdzisława”, powstał w głowie pana Zdzisława Sokala. Polskiego ekonomisty. Członka zarządu Narodowego Banku Polskiego za pierwszych rządów pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Od 2015 roku doradcy finansowego pana prezydenta Andrzeja Dudy. Od 2016 roku prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Obecnego przedstawiciela pana prezydenta Dudy w Komisji Nadzoru Finansowego. Znającego się z panem prezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Glapińskim.

***

Co ciekawe, pan Zdzisław Sokal był powołany w 2007 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na stanowisko członka zarządu Narodowego Banku Polskiego. Wchodził też w skład rady Międzynarodowego Banku Współpracy w Moskwie a w latach 2006-2007 przewodniczył radzie nadzorczej Kredobank S.A Ukraina. Jest zatem znawcą nie tylko zachodnio europejskich bankowych standardów, ale też rosyjskich i ukraińskich rozwiązań w sferze bankowości.

***

Aby zdyskredytować biznesmana Leszka Czarneckiego związane z PiS narodowo – katolickie media przypomniały, że Leszek Czarnecki był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej.
Taka informacja ma doprowadzić do automatycznego włączenia „szumideł” wśród wyborców PiS. Aby nie słuchali oni o ujawnianych aferach finansowych na szczytach władzy Prawa i Sprawiedliwości. Aby nie dotarła do nich informacja, że tworzy się u nas oligarchiczny, podobny ukraińskiemu, system sprawowania władzy.

***

Leszek Czarnecki rzeczywiście podpisał zgodę na współpracę z SB w 1980 roku. Miał wtedy 18 lat, był licealistą. SB miała obiecać mu wyjazd na zagraniczne studia. Z zachowanych materiałów i relacji jego kolegów ze studiów wynika, że aktywnym współpracownikiem jednak nie był.

***

Nie wiemy jeszcze czy ten „reket”, te plany rujnowania prywatnych polskich firm i przejmowania ich za złotówkę przez państwo PiS były częścią wielkiego planu budowy narodowo-katolickiej IV RP przez elity „Dobrej Zmiany”. Czy były pod patronatem pana prezesa NBP? Czy były akceptowane przez samego pana prezesa – sułtana Jarosława Kaczyńskiego?
Ale intuicja podpowiada „Flaczkom”, że okradanie byłego współpracownika SB, mogło być uważane przez środowiska PiS, za wielce patriotyczny czyn. Za słuszną i zbawienną walkę z „komuną”.
A w tej walce, taki szlachetny, patriotyczny wręcz, czyn, uświęca wszelkie podjęte środki.