Białoruska paranoja

Jednym z najniebezpieczniejszych momentów chwili obecnej jest pewne zakłopotanie polityczne wiążące się z przejściem od wyborczego karnawału do powyborczego postu. Pewne zakłopotanie wiążące się z niejasnym odczuciem, że być może powiedzieliśmy za dużo, że być może żeśmy kogoś niepotrzebnie obrazili, że może trzeba spojrzeć realnie i zweryfikować dotychczasowe postawy okazuje się bardzo niebezpieczne i zwodnicze.

Oczywiście wątpliwości ma tylko jedna strona barykady, co powoduje to, że mnożą się polityczne błędy ze strony tak opozycji jako całości i jak i Lewicy jako Lewicy. Jedne, jak wpadka z pensjami dla prominentów, stają się widoczne już w chwilę po popełnieniu inne niestety sprawiają wrażenie zupełnie ignorowanych chociaż można sądzić, że właśnie one są szczególnie dalekosiężne i groźne.
Do takich jak sądzę należy obecny białoruski obłęd. Masowe protesty tamtejszej ludności przeciwko sfałszowaniu wyborów przez tamtejszego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę obudziły wszystkie tradycyjne demony polskiej mieszczańskiej polityki wschodniej.
Oczywiście mówienie o demonach to jedynie formuła retoryczna bo demon jest jeden i od przeszło stu lat ten sam. Jest to oczywiście tzw. prometeizm. Przekonanie że Polska (jak mityczny Prometeusz ludziom) podaruje Wschodowi Europy wyzwolicielski ogień, którego ofiarą padnie nie tylko to co więzi Białorusinów, Ukraińców, Gruzinów, Czeczeńców itd. itp. ale również samo „więzienie narodów” – Rosja.
Tyleż żałosne co tragiczne dzieje wymachiwania „prometejskim” ogniem na Wschodzie do czasu powstania PRL zostało dość dobrze opracowane przez historyków i mogło się wydawać że stanowi jak hiszpanka czy dżuma zamknięty rozdział polskiej historii. Niestety zarzewie prometejskiego ognia zostało przeniesione przez okres 1944-1989 i przekazane przez księcia Giedroycia Adamowi Michnikowi. Dzięki temu ostatniemu po roku 1989 powróciło do polskiej polityki jako „szlachetna” aczkolwiek mocno odjechana idea zbawienia Rosji wbrew samym Rosjanom.
Odkąd też okazało się, że Rosjanie nie są w stanie budować demokracji nie otrzymując żadnego wynagrodzenia za pracę i opowiedzieli się po stronie putinowskiego autorytaryzmu prometeizm przybrał charakter osobistej wojny Adama Michnika z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Ta „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” trwa już trzydzieści bitych lat i generalnie rozwija się bez przeszkód jako, że Polska należąc do Unii Europejskiej mogła i nadal może uprawiać tzw. „politykę wschodnią” całkowicie nieodpowiedzialnie nie licząc się z żadnymi konsekwencjami.
Kryzys białoruski jest kolejnym momentem szczerzenia zębów przez prometejskie elity polityczne Rzeczypospolitej w obronie demokracji i suwerenności Wschodu. Jest to co prawda konflikt o wymiarze globalnym, ale jak to mawiają: gdy konia kują polska żaba może bez ograniczeń nogę podstawiać. Osobiście należę do milczącej większości (chociaż ponieważ milczy trudno ustalić czy jest większością czy jedynie dużą grupą mniejszościową), która generalnie tak do prometeizmu jak i do demokratyzacji nastawiona jest mocno sceptycznie. Wydarzenia na Białorusi określone przez Adama Michnika jako „Rewolucja Godności” jawią się jako kolejna odsłona przerabianych do znudzenia „Karnawałów Solidarności”, „Jesieni Ludów”, „Arabskich Wiosen”, „Rewolucji Pomarańczowych”, „Brzoskwiniowych” i „Arbuzowych”, Majdanów takich i owakich oraz Anielskich i Czarnych Sotni. Te same schematy fabularne, te same złudzenia, te same oszustwa, te same rozczarowania i te same marzenia o sprawiedliwym Jarosławie dającym „pięćset plus” czynią cały ten emitowany już czterdzieści lat serial mocno niestrawnym. Będzie to bardzo niepoprawne politycznie i może niebezpiecznie ale moje odczucia względem Białorusi przypominają jakimś stopniu odczucia starego więźnia obozu koncentracyjnego, który słyszy muzykę Wagnera zapowiadającą przybycie na rampę transportu nowych więźniów. Jest w tym jakaś doza litości, jest też poczucie zażenowania i beznadziei, ale niestety żadnych złudzeń.
Zaznaczam, że są to moje odczucia i jako człowiek który sam w życiu wiele błędów popełnił jestem skłonny zrozumieć i wybaczyć polityczny infantylizm i naiwność lewicowym miłośnikom białoruskiej „Rewolucji Godności”. W Końcu każdy uczy się na błędach a wyrastanie w środowisku politycznym zdominowanym przez Adama Michnika czy Janusza Palikota to bardzo ciężkie polityczne dzieciństwo, które wiele tłumaczy. Należy też zauważyć, że wpływ lewicowych miłośników rewolucyjnej Białorusi na wydarzenia w tym pięknym kraju jest tak znikomy, że można wziąć to wszystko w nawias i uznać, że tak naprawdę nie ma sprawy.
Nieszczęście zaczyna się w momencie gdy obrońcy demokracji na Białorusi przestają sobie zdawać sprawę z własnej kondycji. Żyjąc, w kraju w którym wybory były w sposób oczywisty sfałszowane wskutek włączenia upolitycznionych mediów państwowych w kampanię na rzecz partii rządzącej oraz wykorzystania w tym samym celu środków budżetowych i przywilejów władzy, trzeba mieć duże poczucie humoru, albo też wielkie zasoby bezkrytycznego samouwielbienia żeby walczyć o demokrację na Białorusi jak by się żyło w jakimś kraju demokratycznym i wolnym.
To, że wybory w Polsce osiągnęły poziom rozgrywek brydżowych w Wąchocku (gdzie jak wiadomo: na kartę świnia z sołtysem wygrała) to tylko niewielki fragment większej całości. Fasadowy charakter demokracji w Polsce wynika nie tylko z uprzywilejowania władzy w procesie wyborczym. Dostosowywanie prawa do potrzeb partii rządzącej, złamanie wszelkich zasad praworządności i regulacji konstytucyjnych w procesie organizowania wyborów prezydenckich też nie wyczerpuje kwestii. W końcu chyba tylko w Polsce gdzie przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego została kucharka Jarosława Kaczyńskiego można się zastanawiać czy pierwsza prezes Sądu Najwyższego, jest dla niego pomywaczką czy sprzątaczką?
Funkcjonując w kraju będącym dyktaturą analogiczną do łukaszenkowskiej, tylko znacznie młodszą i będącą w fazie miesiąca miodowego opartego na „500plusie”, warto pamiętać, iż Łukaszenka rządzi już dwadzieścia sześć lat i mógł się już trochę zużyć.
Polska lewica funkcjonująca obecnie jako ideologiczny chłopiec do bicia – zmitologizowany wróg „cywilizacji chrześcijańskiej”, ludzie potępiani i prześladowani mogła by przestać się zajmować sprawami „Weltpolitik” i zająć się walką z własną dyktaturą. Zaangażowanie w sprawy Białorusi ludzi bezsilnych wobec autorytaryzmu we własnym kraju ma charakter nieco komiczny. Dwuznaczność tej sytuacji uchwycił doskonale dwieście trzydzieści lat temu wybitny poeta i rewolucjonista Jakub Jasiński w wierszu na żałobę obchodzoną przez dwór polski po ścięciu Ludwika XVI:
„A gdy wam wolność, honor, majątki odjęto – Wy płaczecie, że króla o mil trzysta ścięto!”
Jak to mawiali starożytni: Nic dodać nic ująć.
W przypadku Polskiej Lewicy mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym. Nie chodzi tylko o błazeństwa ale o działania w istocie samobójcze. Polska Lewica bowiem nie tylko walczy o demokrację na Białorusi ale robi to wspierając dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego angażującą się w obronę tamtejszej demokracji.
Paradoks polegający na tym, że marionetka dyktatora Kaczyńskiego niejaki pan Morawiecki pełniący w Polsce funkcję premiera rządu stroi się w piórka obrońcy ideałów europejskiej demokracji sprawia w pierwszej chwili humorystyczne wrażenie. Jak mawiają: koń by się uśmiał, ale opozycja w Polsce traktuje te pretensje poważnie. Co więcej niektórzy dziękują panu Morawieckiemu na klęczkach. Że robi to Platforma Obywatelska to jej sprawa ale dlaczego robi to Lewica???
Po latach opowiadania o dyktaturze kaczyzmu o łamaniu konstytucji i łamaniu praw człowieka okazuje się nagle niemal z dnia na dzień, że wszystko to był przysłoiowy pic na wodę, fotomontaż, że Polska jest państwem demokratycznym godnym przewodzić demokratycznej krucjacie przeciwko dyktatorowi Łukaszence.
Co ciekawsze media przypominają stary slogan o „ostatnim dyktatorze w Europie” jak by to niegdysiejsze powiedzonko posiadało dzisiaj jeszcze jakikolwiek sens. Od czasu gdy Łukaszenka objął władzę na Białorusi do grona dyktatorów krajów traktowanych jako europejskie dołączyli Władimir Putin i Recep Erdogan. Co więcej dyktatury w Polsce i na Węgrzech pojawiły się nie tylko w Europie ale samej Unii Europejskiej!
Niestety jakoś nikt tego nie zauważył. Euro-poseł Robert Biedroń co prawda twierdzi że Polska jest izolowana w Europie i nie odgrywa roli jaka jej by się należała ale dla Białorusi jest gotowy na najdalej idącą współpracę nie tylko z premierem Morawieckim ale i Andrzejem Dudą.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Lewica swoim białoruskim amokiem nie tylko legitymizuje działania dyktatury na forum międzynarodowym ale odcina sobie drogę walki z nią.
Prawda o pozycji Polski w Unii Europejskiej jest znacznie bardziej ponura niż wyobraża to sobie euro-poseł Biedroń i większość polskiej opozycji. W Europie mało kto wie jak wyglądają rzeczywiste stosunki w Polsce i na Węgrzech i co więcej, mało kogo to zdaje się obchodzić. Unia Europejska chociaż może się to wydawać niemożliwe przestała w praktyce funkcjonować jako związek państw demokratycznych i co więcej trwa to już od dłuższego czasu. Zmiana ta nie została zadekretowana na żadnym że szczytów ani nawet ogłoszona publicznie. Zaszła mimochodem. Wyniknęła stąd, ze kiedy Angela Merkel stanęła przed wyborem demokracja czy władza, wybrała władzę. Konkretnie problem polegał na tym, że Fidesz Wiktora Orbana, który zapoczątkował faszyzację Unii Europejskiej należał do Europejskiej Partii Ludowej mającej decydujący głos w Unii Europejskiej. Obalanie władzy Fideszu na Węgrzech i przywracanie tam demokracji chociaż niewątpliwie możliwe było groźne dla władzy Europejskiej Partii Ludowej w Unii. Angela Merkel jak można sądzić zadecydowała o zaniechaniu walk wewnętrznych w celu utrzymania władzy. Interesy niemieckie w Unii zostały zabezpieczone. Węgrzy stracili demokrację, która generalnie i tak średnio im pasowała. Wszyscy byli szczęśliwi. Orban okazał się całkowicie bezkarny. (Co prawda Fidesz w 2019 roku został zawieszony w członkostwie Europejskiej Partii Ludowej ale chyba nawet jego członkowie tego nie zauważyli). Jarosław Kaczyński tylko poszedł drogą wytyczoną przez Węgry.
Wykorzystując osiem lat rządów Platformy obywatelskiej pod kierownictwem Nic Nikomu Nie Dam Donalda Tuska Jarosław Kaczyński deklaracjami socjalnymi zapewnił sobie zwycięstwo wyborcze. Dalej poszło już według wzorca węgierskiego. Podobnie jak w tym przypadku o rozwoju wydarzeń zadecydowała inercja kręgów przywódczych Unii. Jałowe dyskusje o tym czy w Polsce łamane są takie czy inne zasady przysłoniły tzw. całokształt. W przypadku tak Polski jak i Węgier dyskutuje się o drzewach nie dostrzegając lasu.
Wystarczy obejrzeć sobie radosne fotki ze spotkań pani Ursuli von der Leyen z panem premierem Morawieckim i poczytać o bursztynach które polski premier sprezentował Angeli Merkel żeby wiedzieć, ze opowieści o zagrożeniu Polski sankcjami ze strony Unii Europejskiej można między bajki włożyć.
Pytanie czym fotki Urszuli von der Leyen i premiera Morawieckiego różnią się tak naprawdę od fotek ministra Ribbentropa ministrem Mokotowem samo się niestety nie zada. Nie zada go też żaden uwikłany po kokardę w unijne machloje Donald Tusk. A przecież ktoś to musi zrobić.
Jeżeli polska Lewica ma coś do roboty to właśnie dążenie do odbudowy demokratycznego charakteru Unii. W większości krajów europejskich istnieją silne i solidne tradycje demokratyczne. Szacunek dla instytucji demokratycznych jest głęboko zakorzeniony. To co dzieje się na Węgrzech i w Polsce jest dla większości Europejczyków po prostu niewyobrażalne. Jest więc do czego się odwoływać i o co walczyć. Trzeba tylko wyjść poza horyzont michnikopolityki z jej zawołaniem wojennym „Putinowi żyć nie dozwolisz”. Klucze do polskiej polityki nie znajdują się w Moskwie ani Mińsku. Znajdują się w Warszawie i Brukseli.
Nadciągająca katastrofa ekologiczna bardzo skraca horyzont czasowy tradycyjnej polityki. Być może obecnej dyktatury nie da się obalić przed katastrofą ale trzeba się starać, trzymać konkretów i realiów a nie odlatywać przy każdej możliwej okazji z radosnym „szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń”.

Bigos tygodniowy

Jeszcze a propos uroczystości 1 września na zawłaszczonym przez pisiorstwo Westerplatte – jakby nigdy nic odbyły się pod pomnikiem wzniesionym w 1966 roku za czasów znienawidzonej PRL, czyli za Władysława Gomułki. Wzniesionym w końcu, jak by nie było, ku pamięci sanacyjnego wojska dowodzonego przez sanacyjnych w końcu, jak by nie było, oficerów. I śmie mówić prawolstwo wszelakiej maści – chciałoby się rzec – że PRL tak strasznie nienawidziła i zwalczała tradycje II RP. Owszem, inaczej je interpretowała, ale na pewno nie zamazywała. Ludzie rządzący PRL po 1956 to byli na ogół tradycyjni patrioci z lekkim wychyleniem w lewo i robienie z nich bolszewików z nożami w zębach to wywołujące u mnie ból zębów fałszerstwo dokonywane na historii. A swoją drogą jestem pewien, że znaczna większość uczestników uroczystości zapytana o metrykę wspomnianego pomnika nie potrafiłaby jej podać…


Powstaje Instytut Ochrony Praw Obywatelskich, który ma być konkurencją z lewej strony dla Ordo Iuris. Wśród inicjatorów jest Marta Lempart, jedna z liderek Strajku Kobiet. Wolnościowe środowiska w Polsce powinny przyłączyć się do wspierania tej inicjatywy, która jest w fazie zalążkowej. Nie ulega wątpliwości, że Instytut będzie ważnym elementem budowania społeczeństwa obywatelskiego.


Swoją pozycję w gronie paranoidalnych ideologów potwierdził (o nic innego go nie podejrzewałem) Rzecznik Praw Dziecka Pawlak Mikołaj. Nawet mi się nie chce powtarzać bredni tego wychowanka Ordo Iuris i byłego współpracownika Zbigniewa Ziobro. I niestety nawet nie liczę, że zechce zrezygnować z piastowania tej zaszczytnej i odpowiedzialnej funkcji. Smutne…


Szef pisowskiej młodzieżówki miał powiedzieć, że takimi szarżami ideologicznymi jak te uprawiane ostatnio przez ziobrystów, Zjednoczona Prawica nigdy nie zbuduje „konserwatyzmu z ludzką twarzą”. To kolejny sygnał mogący świadczyć o tym, że w PiS zachodzą, na razie z wolna, po cichu i w kącie, różne fermentacje, które kto wie jaki niespodziewany rezultat mogą przynieść. Kilka tygodni temu socjolog i wybitny analityk procesów politycznych, profesor Jacek Raciborski powiedział, że coraz wielu młodych, także w PiS zaczyna mieć poczucie, że swoją polityką „PiS kradnie im przyszłość”.


Ucichł Banaś Marian z NIK. Wygląda to na efekt taktycznego ułożenia się z Kaczorem, ale jak to mówią – przezorny zawsze ubezpieczony. Nie wierzę więc, że doświadczony i zapobiegliwy Marian zarzucił kolekcjonowanie rozmaitych ciekawych kwitów, które może kiedyś zostaną użyte. Nie wiem dlaczego, ale podejrzewałem, że Maniek będzie bardziej aktywny na polu ścigania nieprawidłowości wszelkich. Na razie rozczarowanie…


W mediach zwłaszcza prawicowych grzeją temat awarii oczyszczalni „Czajka”, dla informacji PT Czytelników, tej do której są pompowane pod dnem rzeki Wisły z lewej strony rzeki na prawą miliony sześcienne litrów ścieków dziennie. Nie znam się na ściekach ani na budowie takich obiektów jak oczyszczalnie, ale nie mogę się uwolnić od pytania, kto wiele lat temu wpadł na taki pomysł, żeby ścieki pompować na drugą stronę rzeki i kto taki pomysł zatwierdził? Nawet laik zauważy, że takie techniczne rozwiązanie rodzi niebezpieczeństwo awarii większe niż gdyby powstały dwie oczyszczalnie, oddzielne dla prawej i lewej strony rosnącego miasta. I słusznie Rafał Trzaskowski twierdzi, wbrew opiniom oponentów, że nie jest winien tej sytuacji, a tak naprawdę sprząta po poprzednikach, w tym po Lechu Kaczyńskim, za którego czasów sprawa się zaczęła.


Joanna Lichocka, kiedyś dziennikarka, obecnie posłanka partii rządzącej zasłynęła w lutym tego roku, przy okazji przekazywania 2 miliardów złotych na rzecz TVPPiS zamiast na rzecz osób cierpiących na nowotwory tzw. palicem Lichockiej, skierowanym do posłów opozycji, a pośrednio do wyborców. Ukarana przez Komisję Etyki Poselskiej naganą odwołała się do Prezydium Sejmu i głosami Elżbiety Witek, Małgorzaty Gosiewskiej i Ryszarda Terleckiego uzyskała uwolnienie od kary. Teraz domaga się m.in. przeprosin od Fundacji Otwarty Dialog oraz wpłaty pieniędzy na cel charytatywny, za bilbordy z jej wizerunkiem, gdy pokazuje środkowy palec. Stosowne wezwanie przesądowe zostało już skierowane do Fundacji. Bigos tygodniowy z zainteresowaniem będzie czekał na rozwój sprawy, a zwłaszcza rozstrzygnięcie niezawisłego sądu, o którego treści niezwłocznie poinformuje.


Walczymy z pandemią korona wirusa, właściwie to rząd walczy, przedstawiając strategię tej walki na jesień. Na razie dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę ciężar walki przejmują lekarze podstawowej opieki zdrowotnej. I już się burzą, zwracając uwagę na zagrożenie jakie będzie niosła obecność chorych/zakażonych COVID-19 nie tyle dla nich osobiście, ale także dla pacjentów cierpiących na inne schorzenia w czasie pobytu w przychodniach. Konia z rzędem temu, kto opracuje i wdroży przed sezonem jesienno – grypowym precyzyjną procedurę pozwalającą na rozdzielenie tych grup pacjentów i zapewnienie im wzajemnej, elementarnej ochrony. Wśród informacji jakie docierają do opinii publicznej są też takie, które na wejściu mrożą krew w żyłach. Choćby taka, że Polska zamówiła zaledwie 2 miliony dawek szczepionki na grypę, gdy tak naprawdę potrzeba takich dawek kilka, kilkanaście milionów, aby zrealizować ambitny plan wyszczepienia choćby osób z grupy podwyższonego ryzyka. Inaczej, szczepionki nie starczy dla wszystkich, a zachęty ze strony Ministra Zdrowia czy Głównego Inspektora Sanitarnego, aby się gremialnie szczepić to pobożne życzenia nijak się mające do możliwości systemu opieki zdrowotnej. Najważniejsze, że w miniony piątek Duda, odgrywający rolę prezydenta kraju(to ten co powiedział swoim wyborcom w czasie kampanii, że on się nie szczepi bo nie), zwołał Radę Gabinetową i uznał, że ogólnie jest fajnie, dajemy radę. Pożyjemy, zobaczymy…


Los redaktora Strzyczkowskiego, którego pisiory, aby zażegnać niekorzystny dla nich przedwyborczo majowy kryzys w radiowej Trójce zrobiły dyrektorem, a kiedy niebezpieczeństwo minęło, wykopały z funkcji, powinien być przestrogą dla każdego, kto w dobrej wierze próbuje z nimi kolaborować. Pisiory wywodzą się bowiem z najgorszych czeluści natury ludzkiej, tych samych z których wywodzą się ludzie, którzy bez mrugnięcia oka oszukają, okłamią. Gdy stoisz obok pisiora i masz coś w kieszeni, trzymaj się za nią, bo los tego czegoś niepewny.

Komu marzy się rozbiór Białorusi?

Tomasz Sommer, naczelny tygodnika polskiej skrajnej prawicy, błysnął parę dni temu wpisem na swoi Twitterze: „”Jest też zupełnie oczywiste, że Grodno powinno, w przypadku rozpadu Białorusi, trafić do Polski. PiS to wie, ale boi się powiedzieć”. Natychmiast zaprzeczyło ministerstwo spraw zagranicznych, ale na nic to się nie zdało. W podobnym duchu i na podobnym intelektualnym poziomie wygłosił swojej kocopoły popularny w niektórych kręgach publicysta i podróżnik. Komentarzom do wypowiedzi Sommera nie było końca i niewiele tu można dodać: tak, trzeba być odklejonym od rzeczywistości i pozbawionym elementarnej odpowiedzialności za skutki swoich słów cynglem, żeby wygłaszać takie teksty w takim miejscu i w takim czasie.

Ale nie chodzi o to, by dworować sobie z ograniczoności człowieka lub doskonale rozwiniętego charakteru prowokatora. To nie wybryk i nie pojedynczy wyskok.
Nie chodzi bowiem to, co ten człowiek z siebie wydalił, tylko kim jest. A jest redaktorem naczelnym dwutygodnika związany z Koalicją Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja, która pod wodzą Janusza Korwina-Mikke wchodzi w skład partii Konfederacja Wolność i Niepodległość. To ta sama partia, której członkowie reklamowali podrzynanie gardeł lewicowym działaczom, a jej lider z maczetą w ręku zachęcał do wieszania socjalistów. Ta sama, która ma czwarte miejsce w polskim parlamencie, a we współpracy z którą prominentni politycy PO obiecywali sprawować władzę w Polsce. Naczelny „Najwyższego Czasu” zapewne, wzorem wielu swoich kolegów z nacjonalistycznego nurtu, jest zdania, że oto przejawia iście makiaweliczną przenikliwość i zdolność nie poddawania się emocjom.
To dość znany nurt w polskiej polityce zagranicznej – przypisywanie sobie umiejętności przewidywania na kilkanaście ruchów naprzód, podczas gdy w istocie przewidywać może co najwyżej czas zamknięcia najbliższego sklepu spożywczego, gdy go żona po cukier wyśle. A w istocie są tym, kim są – nacjonalistami w swej najgorszej, bo głupiej i agresywnej odmianie, wyznającej zasadę, że wszelkie umowy, pakty i prawo regulujące zasady funkcjonowania społeczności międzynarodowej są ważne tylko do momentu, kiedy można je bezkarnie złamać. Rządzą się prawem silniejszego tylko wtedy, kiedy tym silniejszym są oni. I w tej formie nacjonaliści powinni być jak najszybciej i dla zdrowia całego świata zmarginalizowani do najniższego dostrzegalnego poziomu.
Zadziwiające, że są w Rosji kręgi, które Janusza Korwina-Mikke i jego kumpli w rodzaju Tomasza Sommera traktują serio, ponieważ zdarzyło im się wypowiedzieć coś na przekór odmóżdżonej polskiej rusofobii, która jest stałą składową obecnej polskiej polityki wschodniej. Są wpuszczani w związku z tym na niektóre salony, udzielają wywiadów i nie skąpią artykułów.
Rosjanie traktują ich z rewerencją, uważając, że prezentują jakiś przewidywalny odłam polskiej sceny politycznej. Mylą się głęboko, bo wystarczy trochę poskrobać i wyłazi z nich takie właśnie indywiduum, które wzorem sępa ścierwnika chętnie podłącza się do uczty najsłabszych sztuk, nie bacząc tak naprawdę, czy aby to jest na pewno najsłabsza sztuka i, co ważniejsze, czy silniejsi dopuszczą go do stołu.

Organizatorzy zbrodni

Pamiętajmy, że to na PiS ciąży wina za haniebne usiłowanie podwyższenia płac posłów w czasie kryzysu.

Żeby było jasne: to prominenci Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie tego ugrupowania ponoszą pełną odpowiedzialność za haniebną próbę przeforsowania podwyżek uposażeń poselskich. I to na ich głowy spada całe odium związane z tym projektem: pogarda dla milionów Polaków coraz mocniej dostających po kieszeni w kryzysie; hipokryzja kłamliwych tłumaczeń, że chodziło jedynie o przyjęcie racjonalnych zasad wynagradzania „najważniejszych osób w państwie”; bezwstyd wprowadzania tych podwyżek prawie potajemnie, w wakacje, żeby wyborcy się nie dowiedzieli; bezczelność zagarniania dla siebie coraz większej kasy z pieniędzy publicznych; cyniczne szczucie opozycji propagandystami z partyjno-rządowej TVP (ochoczo uczestniczącymi w tej hucpie), którzy wmawiali widzom, że wszystko to było robione niemal w ścisłej współpracy z posłami opozycyjnymi i stanowi w zasadzie wspólny projekt obu ugrupowań.
Owszem, ci posłowie opozycji, którzy głosowali „za” nie są bez winy – tak jak nie są bez winy współuczestnicy zbrodni, namówieni przez głównych organizatorów, żeby się przyłączyli. Ale to nie posłowie opozycji wymyślili zbrodnię, nie oni opracowali jej scenariusz i dokładny sposób dokonania. Najważniejsze zaś, że posłowie opozycji szybko doszli do wniosku, że nie powinni brać w niej udziału – w przeciwieństwie do jej organizatorów z PiS.
Niech więc przy kolejnych wyborach parlamentarnych każdy głosujący pamięta: to posłowie Prawa i Sprawiedliwości, grabiąc w swoją stronę, chcieli wprowadzenia podwyżek poselskich. To oni, mimo głośnego deklarowania, jak bardzo troszczą się o los Polaków dotkniętych kryzysem, bez skrupułów uznali, że właśnie nadszedł najlepszy moment, by w majestacie prawa dokonać skoku na jeszcze większy kawałek polskiego publicznego tortu. Najważniejszy z nich, Jarosław Kaczyński, jak zwykle w podobnych sytuacjach jest wielkim nieobecnym.
Zapewne duża część Polaków myśli w dosyć standardowy sposób o naszych, pożal się Boże reprezentantach: że bardzo wielu z nich kradnie, ale ci z PiS-u przynajmniej się dzielą. Otóż, oni tylko opowiadają, że się dzielą – a w rzeczywistości chcą się nachapać jak mogą kosztem innych.

Chory człowiek Europy

Druga fala pandemii na naszym kontynencie jakoś ogranicza się przede wszystkim do Polski. To smutny wynik działań PiS-owskiej ekipy.

Na zapisane niechlubnie w historii określenie „chorego człowieka Europy” zasługuje dziś niestety objęta pandemią Polska – a zwłaszcza jej PiS-owskie władze,. Najpierw nie umiały one przygotować kraju do nadejścia pandemii koronawirusa, choć miały ku temu czas i stosowne środki (o czym samochwalczo przekonywały), a teraz nie potrafią zapobiec rosnącej fali zakażeń. Fali zakażeń, której wzrost same spowodowały, prowadząc – dla swych niskich, partyjnych celów – działania nie liczące się z życiem i zdrowiem Polaków.
Od samego początku pandemii władze ociągały się ze zwiększaniem ilości testów. Czy powodem tej opieszałości nie było przyjęcie założenia, że jeśli będzie mało testów, to wykażą też one mało stwierdzonych zakażeń, a więc PiS-owska ekipa będzie mogła się chwalić w rządowych mediach swą (rzekomą) skutecznością w zwalczaniu koronawirusa?
Szczególnie drastycznym przykładem poświęcania przez władzę zdrowia i życia Polaków dla celów partyjnych, stało się zorganizowanie w trakcie pandemii wyborów prezydenckich. PiS-owscy prominenci pragnęli bowiem, by wybory prezydenckie odbyły się jak najwcześniej, zanim jeszcze większość Polaków zacznie negatywnie oceniać rządzących za ich nieumiejętność zwalczania epidemii.
PiS-owska władza nie chciała więc ogłosić stanu klęski żywiołowej (przewidzianego między innymi właśnie na wypadek epidemii), nie godząc się na odkładanie wyborów – a nakazują to przepisy o stanie klęski żywiołowej. Cel osiągnięto, nie bacząc na zdrowie i życie mieszkańców kraju, oraz na Konstytucję, którą Prawo i Sprawiedliwość złamało przeprowadzając te wybory.
Do historii pogardy rządzących wobec dobra rządzonych na zawsze wejdzie słynna wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego, który apelował do osób starszych, najbardziej zagrożonych koronawirusem: „Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii i to jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już nie trzeba się go bać, trzeba pójść na wybory, tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się. Idźmy na wybory”.
Tymi słowami premier chciał zmobilizować do udziału w wyborach ludzi starszych, stanowiących w dużej mierze elektorat Andrzeja Dudy, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich z obawy przed koronawirusem, nie głosowali zbyt tłumnie. Zachęcenie ich do liczniejszego udziału w drugiej turze – bez liczenia się z ich życiem i zdrowiem – miało stanowić jeden ze sposobów zapewnienia zwycięstwa Andrzejowi Dudzie.
„Obywatele usłyszeli, że nie ma zagrożenia, żeby się nie obawiać. Ale nie jest to, niestety, prawda” – powiedział prof. Bolesław Samoliński z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dziś Polacy zbierają owoce tej wymierzonej przeciw ich zdrowiu, dzialalności rządzących. Dane z bilansu sobotniej doby informują, że w naszym kraju na koronawirusa zmarło 13 osób. To, przykładowo, tyle samo co we Włoszech (13) i więcej niż w Niemczech (12) – choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nieprawdopodobne, że nasz kraj osiągnie takie nasilenie pandemii, jak wspomniane kraje, znacznie ludniejsze od Polski. A pamiętajmy, że we Włoszech czy w Niemczech przeprowadza się przecież znacznie więcej testów, niż u nas. Jak „rzetelnie” analizuje się u nas testy pokazuje przykład niedbalstwa z Kielc, które spowodowało konieczność unieważnienia wyników badania aż 230 tys. próbek.
I nie ma co opowiadać kłamliwych bajek o drugiej fali koronawirusa opanowującej również nasz kontynent. Jakoś w Europie ta fala ogranicza się niestety głównie do Polski. Nie możemy się równać choćby z najbliższymi unijnymi sąsiadami, Czechami czy Słowacją, gdzie już nie umiera się na koronawirusa. U Słowaków dotychczas zmarło na pandemię w ogóle tylko 31 osób. W Polsce – już 1800. W potężnie zaludnionej Japonii – dotychczas 1042, a sobotniej doby jedynie 6 (podczas gdy u nas trzy razy więcej).
PiS-owska władza, która zasiała wiatr, unika jak może zbierania burzy – i oczywiście nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za wzrost zakażeń i zgonów. Przy pomocy propagandy w rządowych mediach chce całą winą obarczyć obywateli, zarzucając im nieprzestrzeganie ograniczeń – choć sama zapewniała, iż koronawirusa nie trzeba się bać. PiS-owska ekipa jest pierwsza w przechwalaniu się, a do błędów nie zamierza się przyznawać nigdy.

Księga Wyjścia (58)

Ballada o pewnej perfidnej małpie zwanej polityką.

Wprawdzie Dziennik Trybuna jest gazetą informacyjną, ale jednak ukierunkowaną politycznie. Powinienem więc – przynajmniej co jakiś czas – napisać jakiś polityczny felieton. Ponieważ jednak nie chce mi się już babrać w tym błocie, mam odruch wymiotny, postaram się pisać na wszelkie inne możliwe tematy. Ten będzie ostatnim z tej serii, a potem przejdziemy do bardziej pasjonujących historii.
Zanim cię jednak zostawię, ty podła i podstępna małpo-polityko. Nazwałem cię teraz delikatnie – małpą, żeby na wstępie nie razić czytelników. Celowy eufemizm (np. samicy psa, albo wulgarnego określenia człowieka świadczącego usługi seksualne za pieniądze). Doskonale wiem małpo czym jesteś i czym się zajmujesz, zarówno ty, jak i całe grono małpiątek z twojego stada. W polskiej polityce jest jakiś algorytm, pewna stała. Zwróćcie uwagę, że praktycznie (z niewielką przerwą) od trzydziestu lat rządzi jedna ekipa. Ekipa wywodząca się z tego postsolidarnościowego układu zawartego pomiędzy kierowcą autobusu Frasyniukiem, niebieskim ptakiem Michnikiem i kilkoma innymi cwaniakami czy udających życzliwość społeczników typu Kuroń. Znakomita większość obecnego układu zrodziła się na rakowieckim spacerniaku. Tam przynajmniej powstały podwaliny pod majątki obecnych polskich oligarchów.
Teraz żrą się między sobą, eskalacja napięcia pomiędzy frakcjami następowała powoli, niezauważalnie, w przeciągu trzydziestu lat, ta sama ekipa, z tym samym programem skacze sobie do gardeł. Algorytm, o którym wspomniałem polega na tym, że są w Polsce dwie główne siły. Plus trochę stałego planktonu dla urozmaicenia (PSL) i zawsze niemy wentyl bezpieczeństwa – czyli buntownicy pod kontrolą. Oni są niemi, ponieważ nic nie mogą zrobić i klaszczą w końcu wraz z innymi. A rozładowują społeczne napięcia.
Główna walka zawsze idzie o to, kto stworzy rząd i walka ta zawsze rozgrywa się pomiędzy dwoma ugrupowaniami, które wypromowały sondaże. Bo już kilka miesięcy przed wyborami podają prawdopodobne wyniki, robią to tak nachalnie, że wżerają się w mózg. Dlatego nawet mając swojego kandydata, głosujemy na jedno z dwóch najsilniejszych – powtarzając jak mantrę – mniejsze zło, mniejsze zło, mniejsze zło. Wydaje się nam, że jesteśmy odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa, bo znamy się na polityce, a jeśli nie ma mniejszego zła, to jest bezpieczny, swojski i rubaszny PSL. Jeśli nawet tego za mało, to sprytny kapitalizm stworzył ofertę również dla niezadowolonych, a posłuszne sondaże, dają im wynik gwarantujący kilka punktów powyżej progu. Ta by weszli. Weszli, ale nie szkodzili. Kiedyś była mało poważna Polska Partia Przyjaciół Piwa, potem Samoobrona, Ruch Palikota, a teraz Bosak i jego Konfederacja.
Prawie wszystkie te partie, prędzej czy później zrywają ze swoim antysystemowym przesłaniem i przyłączają się do jednego z dwóch największych ugrupowań. Grawitacja to silna, bo i kasa naprawdę niemała.
Tak było ze wszystkimi ugrupowaniami (kilku członków PPP zasiliło KLD, czyli Unię Wolności, czyli PO, czyli KO. Większość z ruchu Palikota znalazła tam ciepłe posady, a i Kukiz zapewne chciałby do PiS-u, ale nie jest tam mile widziany. Wciąż Rydzyk nie może zapomnieć mu piosenki „ZchN zbliża się”. Dlatego przyłączył się do planktonu czyli PSL – partii, która prawie w każdym rządzie wchodziła w koalicję z każdym. Dopiero niedawno oderwano ich od głównego koryta.
Jedyną partią, która wyrwała się z tego układu, była Samoobrona, choćby za to należy się ogromny szacunek Andrzejowi Lepperowi jej twórcy i przewodniczącemu. Gdyby nadal w tym trwał, wciąż byłby między nami. Okazał się jednak zbyt niebezpieczny. Był niesterowalny. Niesterowalny i nieprzewidywalny dla żadnej ekipy. Nikt nie był w stanie go ujarzmić. Dlatego właśnie media zrobiły z niego nieokrzesanego idiotę, takiego czarnego piaru nie miał nawet Stan Tymiński.
Media bez skrupułów rzuciły się Lepperowi go gardła, szydziły, wyśmiewały, wyrywały z kontekstu fragmenty wypowiedzi – jak Hannibal Lecter swoim ofiarom trzewia, a już gdy z mównicy sejmowej zapytał o samoloty CIA… Cała Polska miała ubaw po pachy z „błazna”, opowiadającego „mity o Talibach w Klewkach”. Teraz powinni w ramach przeprosin zanosić mu każdego dnia świeże kwiaty na grób. Okazało się przecież, że jedynie forma tej wypowiedzi była niefortunna, bo cała reszta się zgadzała. Zawsze wiedział co mówi. I tym razem powiedział prawdę. Ścisłą, amerykańsko – polską, tajemnicę.
Mimo, że sam jeździłem z Samoobroną blokować drogi, to dopóki nie poznałem go osobiście, miałem w głowie niezbyt korzystny obraz szefa Samoobrony. Gdy go natomiast poznałem, to okazało się, że trudno o cieplejszego i bardziej empatycznego człowieka niż on.
Jeśli nie dał się wmanewrować w ten polityczno biznesowy układ. Nie dał złamać szantażem – taśmy Beger. Owszem, przez moment był wicepremierem rządu Kaczyńskiego, ale później zerwał się ze smyczy, z nową porcją informacji. Najwyraźniej nie interesowały go frukta i apanaże władzy – jak powiedział „Wersal się skończył”. Prawdziwy i uczciwy polityk, człowiek to w naszych czasach cudak jakiś. Uczciwy przynajmniej wobec siebie i swoich wyborców, bo innych polityków ogrywał – dlatego nigdy nie uwierzę w samobójstwo. Miał być przecież tylko wentylem bezpieczeństwa. Wypadek przy pracy? Pomyłka? Zły profil psychologiczny? Któż to wie.
To co w Europie Zachodniej jest skrajnym kapitalizmem, w Polsce jest centrum. Największe pieniądze trwonią nieznający się na administracji państwem politycy. Karmiony obficie kościół i cała seria chybionych decyzji, za które nikt nigdy nie odpowiedział. Dwadzieścia kilka lat temu rząd Jerzego Buzka z fetą i hukiem rozpoczął cztery ogromne – nikomu niepotrzebne – reformy. Kosztowne jak cholera, trudno nawet wyobrazić sobie ich skalę. Tak sobie myślę, że gdyby te pieniądze dać bezpośrednio ludziom o najniższych dochodach, to wreszcie przestaliby mieć debety, a nawet zostałoby co nieco.
Przypomnę – reforma oświatowa, czyli wprowadzenie gimnazjów. Reforma emerytalna – czyli słynne trzy filary i słynne OFE. Reforma administracji, która poza tym, że stworzyła miejsca pobierania stałych, wysokich uposażeń całej rzeszy – ludzi, których można liczyć w setkach tysięcy. Od powiatowych radnych, po sejmiki samorządowe, instytucje powiatowe, które w dużej mierze dublują kompetencje istniejących od dawna instytucji miejskich – choćby OPS i CPR. No i reforma służby zdrowia, czyli wprowadzenie przedwojennego systemu kasy chorych, polegający na tym, że służba zdrowia nadal będzie utrzymywana z budżetu państwa, ale za pośrednictwem wspomnianych kas, funkcjonujących na każdym poziomie administracji państwowej, od centralnej, przez wojewódzkie do lekarza rodzinnego włącznie czyli kolejne kilka tysięcy stanowisk. Nie wiem, na czym polegała różnica z tymi lekarzami, bo w przychodni do której chodzę poza nazwą nie zmieniło się nic. Pomysł – tych czterech reform – musiał powstać w chorym umyśle. Państwo, w którym kwitło bezrobocie, ludzie ledwo wiązali koniec z końcem, gdzie przymierające głodem rodziny mieszkające wybudowanych w szczerym polu pegeerowskich samotnych blokach przymierali głodem. Zostali zapomniani i wyrzuceni przez resztę społeczeństwa na śmietnik. Buzek powinien odpowiedzieć przed Trybunałem stanu i resztę życia spędzić w więzieniu, dostać ciężką pracę, a wynagrodzenie powinno przechodzić na rzecz skarbu państwa. Wiem, elity miały ubaw, gdy powstał film dokumentalny pod tytułem „Arizona” – ubaw jak cholera – prawda. Lepsze niż Kiepscy. Przecież to jest tragedia. A wciąż spotykam się z pogardą ludzi, którzy kupują sobie rancza w okolicach takich ośrodków. To był jeden z najsmutniejszych filmów dokumentalnych jakie w życiu oglądałem. I zamiast realnych reform, które zapewniłyby miejsca pracy, dojazdy do nowych zakładów, jakieś dotacje dla młodych na zagospodarowanie się w innym mieście – przecież oni nawet nie mogli tych pegeerowskich mieszkań sprzedać – były to bloki pracownicze i nawet jeśli w geście dobrego wujka dostali je na własność, to nawet podczas szczytu obrotu nieruchomościami, nie było chętnych, by kupić mieszkanie w samotnym bloku stojącym w środku pola. Bo to kiepska inwestycja.
Teraz rząd postanowił kraj odbuzkować, czyli powrócić do stanu sprzed reform. Co jest znowu o tyle idiotyczne, że nikomu nie jest potrzebne, a pochłonie ogromną część budżetu.
Polityka nierozerwalnie idzie z przekazem medialnym. W Polsce to również sprawa rodzinna i w zasadzie jest to doskonały przykład jak funkcjonuje kraj. Ta medialno polityczna familiada jest właśnie Polską w pigułce. Jeden z braci Kurskich – Jacek, rządzi telewizją publiczną, która przekazuje informacje szkalujące wszystkich przeciwników politycznych. Robi to po chamsku, bez ogródek, żadnych białych rękawiczek, prosto bezczelnie i personalnie, drugi zajmuje się tym samym, tylko w drugą stronę. Miał kiedyś rękawiczki, ale już zdjął i jest taki sam, tylko w lustrze. Sporów programowych raczej nie ma, głównie personalne błoto. A jeśli już trafi się jakaś perełka programowo polityczna, to wyjdzie, że PO protestuje przeciwko uchwaleniu przez PiS ustawy, którą sami kilka lat wcześniej próbowali przepchnąć. I odwrotnie. Rządzący zapowiadają przełom, wprowadzając w życie coś, czego nie zdążyła Platforma.
Dlatego każdej opcji potrzebny jest wentyl bezpieczeństwa. Bosak, poza Ordo Iuris, jakby odcina się od dawnych, łysych kolegów, z „rzymskim” pozdrowieniem, jakoś nie widać obok niego Jacka Międlara czy Mariana Kowalskiego, jakoś ucichł z żydoarabokomuną, zmienił retorykę na tą zgodną z grawitacją ku temu gwarantującemu pokaźne zyski „centrum”.
Już wiecie dlaczego zawsze, każdej ekipie potrzebny jest ten wentyl bezpieczeństwa? Żeby tam skupić całą niechęć, żeby ludzie nie wyszli na ulicę. Gdyby ci, którzy głosowali na konfederację, wyszli robić rewolucję, przyłączyłyby się inne grupy, jeśli w porę nie przechwyciliby Andrzeja Leppera – to bunt chłopski był już za pasem, ale ponieważ Lepper widząc to szambo, wiedząc, że nie ma na nic wpływu wycofał się z lukratywnego układu – musiał zginąć. Podobnie jak Daniel Purzycki – wokół którego zaczynała rosnąć nowa siła polityczna. Lewicowa z krwi i kości. Naprawdę macie złudzenia, że możecie coś zmienić głosując? Że kartką do głosowania zmienicie te układy. Ludzie, którym kiedyś wszyscy wierzyliśmy, stali się polskimi oligarchami – jak Michnik, Frasyniuk, potomkowie Kuronia, czy Bartoszewskiego – profesora po maturze.
Gdyby nie te wentyle bezpieczeństwa, byłby albo bunt, albo secesja poszczególnych regionów. Ziemie Odzyskane, Mazury czy Śląsk przeprowadziłyby plebiscyt. Political fiction? Jak z Lema? Spróbujcie jednak, tak na chłodno, przypomnieć sobie te trzydzieści lat III RP. Zapytacie, a gdzie w tym wszystkim lewica, gdzie SLD? To dobre pytanie.

Kto nie przyjdzie?

Czyli, czym się różni PiS od hamletyzującej opozycji.
Komorowski nie przyjdzie, bo się boi koronawirusa, a jest w podeszłym wieku. Dużo starszy Wałęsa nie przyjdzie dla zasady. Kwaśniewski Aleksander, na którego dwa razy głosowałam, w 1995 i 2000 roku, przyjdzie, bo lubi być zapraszany na uroczystości państwowe; pamięta też, że pisowskie służby od lat drążą sprawę willi w Kazimierzu, a jak się uprą, postawią zarzuty, choćby i dęte.
Róża Thun nie przyjdzie, bo dostała zaproszenie z bykiem: „Ruża”. Sikorski nie przyjdzie, bo „Andrzej Duda wygrał metodami postsowieckimi, przy użyciu aparatu i funduszy państwa, kłamstwem i antysemityzmem w sprostytuowanej TVP oraz oszustw wyborczych, np. w domach opieki społecznej”.
Czarzasty przyjdzie wraz z całym klubem Lewicy – „bo nie będzie polemizował z 10 milionami wyborców Pana Dudy”. Mimo tego gestu wyborcy Pana Dudy i tak go nie docenią, a 10 mln przeciwników Dudy poczuje się, jakby Czarzasty Włodzimierz ich olał.  
Przyjdzie klub Koalicji Polskiej, czyli Kosiniak Tygrysek Kamysz ze starymi peeselowcami plus resztka kukizowców. Chłopcy prowadzą tajne rozmowy z PiS, nie mogą nie przyjść. Przyjdzie też w komplecie Konfederacja, już planująca koalicję z PiS w roku 2023.
Gdyby Duda przegrał – Kaczyński nigdy, przenigdy nie uznałby wyniku wyborów. Cały aparat pisowskiego państwa za pośrednictwem swojej machiny propagandowej huczałby, że wybory zostały sfałszowane. Mielibyśmy tysiące pisowskich protestów wyborczych, które rozpatrzyłaby pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.
Gdyby zaś jakimś cudem obsadzona przez Ziobrę i Dudę Izba uznała ważność wyboru Trzaskowskiego, na jego zaprzysiężeniu nie byłoby ani jednego pisowca.
Na tym polega różnica między PiS-em a opozycją. Sławomir Sierakowski nazwał to starciem Armii Czerwonej z armią Hamletów. My hamletyzujemy – oni prą do przodu. My nie potrafimy nawet solidarnie zbojkotować koronacji krzywoprzysiężcy.

Księga Wyjścia (57)

Ballada postpolityczna.

XIX wiek, należał do monarchii i państw narodowych, dwudziesty – imperialnych, zawsze jednak to polityka kreowała system, a politykę kapitał. Nawet tę radziecką. Pytanie co nam przyniesie kolejny, dwudziesty pierwszy wiek. Może już czas na świat regionów? Polityka w obecnym wydaniu, to już przeżytek.
Zacznijmy od tego czym ona naprawdę jest. Według Arystotelesa to sztuka rządzenia państwem, według Lenina może to robić też kucharka – przynajmniej będzie się trzymać przepisu i nikt nie będzie głodny.
Polityków zazwyczaj nienawidzimy, ale jeśli jakiegoś poznamy osobiście, to rozpiera nas duma. Wrzucamy zdjęcia na fejsa, wtrącamy jego nazwisko w każdej rozmowie ze znajomymi czy obcymi, obnosimy się z tym jakbyśmy kumplowali się z samym Elvisem.
Dlaczego jest tak, że ludzie ci – politycy – w swej masie budzą niechęć, a jeżeli jakiegoś poznamy, to go wielbimy. Może dlatego, że poczuliśmy jego „władzę”, otarliśmy się o nią? To oczywiście imaginacja, bo władzy w jednym pośle wiele nie uświadczymy. Ale społeczeństwo myśli inaczej – zależy jeszcze jaki poseł, ale to na inną autodyskusję.
Jeśli jednak znajdzie się jakiś, którego nie znamy, a szczerze cenimy, to zwykle jest to człowiek, na którego nie głosowaliśmy. A bo z innej partii, z innego okręgu i jeszcze jest milion dodatkowych powodów. Zresztą potem wywinie jakiś numer i też zostaje sprowadzony do wspólnego zbioru – (Nowacka, Biedroń).
Politycy w swej masie są najbardziej znienawidzoną grupą zawodową, pojedynczo odwrotnie. Tak naprawdę Sejm i Senat składają się z bandy cwaniaków, których jedyną kompetencją jest sprawowanie funkcji „ważnego”.
Demokracja w Polsce, to tylko iluzja, igrzyska dla ludzi, którzy są w stanie w jej imieniu zrywać znajomości, więzy rodzinne. Muniek Staszczyk śpiewał „Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. No właśnie – słowo klucz – rozumiem. Nawiąże na moment do wyborów, które niedawno przerabialiśmy. Podobno rozumiemy wolność, ale niestety tylko swoją.
Od kiedy ludzkość dostała w swoje ręce potężną broń, jaką jest Internet, świat oszalał. Dawne teorie spiskowe są niczym, przy tych powstających każdego dnia. Usiłujemy werbalną przemocą skłonić innych, by przyjęli nasz punkt widzenia zasłyszany od innego użytkownika, a że ładnie to napisał, to przyjęliśmy to za prawdę. Badania francuskich naukowców wykazały, że aż dziewięćdziesiąt procent treść publikowanych w sieci to fałszywe informacje – fake newsy.
Siłę tego narzędzia pokazały ostatnie wybory prezydenckie. Ponieważ tak naprawdę było mi wszystko jedno kto je wygra, tu nie ma „mniejszego zła”, zło nie ma przymiotników, mogłem pozwolić sobie na różnego rodzaju prowokacje. Nawet nie macie pojęcia jak wolny się czułem mając świadomość, że mnie to nie dotyczy. Nie dajcie sobie wmówić, że to obowiązek. Nie. Niegłosowanie, czy bojkot wyborów, też są wyborem. Moja prowokacja polegała na tym, że nie zachwycałem się Trzaskowskim. Początkowo wzbudziło to ogromne zdziwienie części moich znajomych, od obcych dostałem garść wyzwisk, PISowski troll – to najdelikatniejsze, mimo że o Dodzie nie wspomniałem a od PiSu się odcinam. Wielu znajomych również straciłem, dochodziło nawet do szantaży. A ja miałem ubaw z tej pasji i z agresji jaką jest w stanie wygenerować w sobie ta część społeczeństwa, która nienawidzi obecnych i zapałała miłością do tych, których wcześniej odrzuciła. Zdziwiło mnie natomiast, że zamiast agitować, przekonywać, to wyzywali i obrażali.
Zrobiłem kiedyś pewien eksperyment, po ostrej wymianie zdań, zawahałem się i napisałem coś w rodzaju, że macie sporo racji i że jeszcze to przemyślę. W tym momencie jeden z interlokutorów napisał w bardzo protekcjonalny sposób coś takiego: „No widzisz (głupiutki) chłopcze, i po co było tyle się spierać”. W odpowiedzi natychmiast dostał bombę, że za takie traktowanie „głupiego Jasia”, pójdę oddać głos na Dudę.
Dziwicie się? Nacisk rodzi opór. Zamiast tego najpierw posłuchajmy argumentów strony przeciwnej lub obojętnej, potem rozmawiajmy odnosząc się jedynie do argumentów. A jeśli chcemy przyjaciela na śmierć i życie, to sparafrazujmy to co napisał.
Podczas tych licznych sporów i kłótni, przypomniała mi się Wojna Trojańska. Gdy Achilles miał gdzieś całą tą awanturę. Chciał już odpuścić Troję i odpłynąć, szykował okręty, żeby rano wyruszyć. Lecz upojeni pierwszym sukcesem Trojanie, postanowili zaatakować nocą pokonanych w pierwszym oblężeniu Greków, to wpłynęło na zmianę decyzji Achillesa. Postanowił zostać. Gdyby Posłuchali Hektora i nie zaatakowali, półbóg, o słabej pięcie odpłynąłby sobie i żaden koń nie wjechałby za bramę Troi. Przegrani Grecy wróciliby do domów, Helena została z Parysem, Hektor umarłby śmiercią naturalną i jak to w bajkach, długo i szczęśliwie.
Wracając do naszej bajki, gdzie owszem długo, ale próżno szukać szczęścia.
Scenariusz jest taki, gdyby wygrał Trzaskowski, to PIS ponownie wygrałoby wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo mamy przekorne społeczeństwo. Poprzednich wyborów wcale nie wygrał Duda, poprzednie wybory przegrał Komorowski – rozumiecie tę subtelną różnicę?
Teraz jest rozłam, PIS pęka coraz bardziej. Wbrew pozorom wygrana Dudy tego nie scali. Ten facet nie jest żadnym autorytetem. Nawet dla swoich. Jego reelekcja, to gwóźdź do trumny monowładzy Kaczyńskiego.
Jeśli ktoś napisze, że przekupne, to po pierwsze oznacza, że ma jakiś gen chamstwa i że sam jest zaślepiony własną korupcją, bo przecież on również głosuje licząc na jakieś frukta czy obietnice. Więc pogarda i opluwanie ludzi, którym „pięćset plus” ułatwia życie, gubiła, gubi i gubić będzie opozycję firmowaną przez polityków PO.
Demokrację też mamy jakąś taką upośledzoną. Polska jest krajem, w którym najłatwiej zostać anarchistą. Z prostego powodu – demokracja nie działa. Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. W Polsce głosy liczy d’hont, sondaże wybierają zwycięskie partie, a partie wybierają, kto ma zdobyć mandat. Tak to wygląda w skrócie. Tylko od wpływów regionalnych baronów politycznych, tych największych ugrupowań, zależy skład polskiego parlamentu. Smutne co? Owszem, bywają niespodzianki, ale one jedynie potwierdzają tę regułę. Dlatego ławy sejmowe zapełniają lizusi, faworyci swoich mecenasów i cała banda niewykwalifikowanych ludzi od naciskania trzech guzików – za, przeciw, wstrzymuję się. Z kilkoma wyjątkami. Problem jednak polega na tym, że ludzie wybitni nie mają siły przebicia, bo zajmują się jedynie swoją dziedziną i zwykle ich głos trafia w próżnię.
Witold Modzelewski w jednym z wywiadów opowiadał jak prawo bankowe pisali sobie sami bankowcy, ponieważ nikt z posłów o tym pojęcia nie miał. Niestety, ten fragment media wtedy wyrzuciły. Mnie udało się to usłyszeć, ale w świat już nie poszło. Podobnie jest z każdą ustawą. Ludzie ci nie mają o tym pojęcia.
To jest tak oczywiste, ale żeby dostrzec, trzeba obserwować scenę polityczną na chłodno, bez zaślepienia, zaangażowania i pamiętając, że tak naprawdę obecna władza nie robi nic innego niż jej poprzednicy. Powiem więcej, w niektórym zakresie jest nawet mniej szkodliwa, może poza tym, że TVP zamiast kultury, promuje kicz. Wszystkie zaczynały swoją kadencję od przejęcia mediów, układania odpowiednich stosunków z kościołem katolickim i ambasadą USA, temat aborcji, związków partnerskich znikał jak gorący kartofel, a na pytania elektoratu odpowiedź była jedna – jeszcze nie pora, przyjdzie na to czas, społeczeństwo nie jest gotowe.
Rząd Buzka, zrujnował finansowo budżet na niepotrzebne nikomu reformy. Platforma postawiła na konsumpcjonizm, faworyzując najbogatszych kosztem biednych. W myśl biblijnej przypowieści, że: „Bogatemu będzie dodane, a biednemu zabrane”.
Pierwsza wygrana PIS, to efekt działań kliki cwaniaków na usługach obecnej władzy. Jak w szachach skopiowali ruchy Andrzeja Leppera, czyli posłuchali ludzi na prowincji. Różnica polega jednak na tym, że Lepper robił to autentycznie, nie musiał kopiować, ani słuchać. Mówił co jedynie co go boli i wkurza. Ludzi bolało to samo i to samo wkurzało.
Wzbudziło to przerażenie mediów, chyba żadnego polityka nie bały się tak, jak jego. Wiecie czemu, bo on się nie bał mediów. Jego przekaz szedł sobie alternatywną drogą z ust do ust, z miasteczka do wioski i zanim jakieś Fakty czy Wiadomości wybrały kilka ujęć, które miały go ośmieszyć, ludzie w całym kraju znali prawdę. Tak czarnego piaru nie miał nawet Tymiński. Telewizje śniadaniowe miałyby kłopot z kreowaniem fajnego życia na błotnistym podwórku rolnika.
Kaczyński to zrozumiał, różnica jest jednak taka, że Lepper nie musiał nic rozumieć. On to miał. Kaczyński zaś naśladuje. Stąd pięćset plus i gloryfikacja biedy. A to już błąd, bo bieda wcale nie chce gloryfikacji, nędzarze, biedacy i wszyscy „od pierwszego, do pierwszego” marzą o spokoju finansowym, pewności materialnej.
Niestety, nie ma już Leppera i Kaczyński nie wie co dalej, do tego momentu miał odrobione lekcje, ale teraz stanął pod ścianą. Nie wie, że człowiek, który uwierzył, że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” chciałby wreszcie zebrać owoce tej swojej pracy. Ani minimalna krajowa, ani bon turystyczny, ani te pięćset złotych tego nie załatwią. Załatają dziurę w domu, który wymaga nowego dachu.
Wyborca raz na jakiś czas pójdzie, odda swój głos przekonany, że wykonał swój obowiązek. Poobraża wcześniej kilku obcych i trochę znajomych o przeciwnych poglądach i jest przekonany, że to jego głos się liczy. Nie, liczy się głos „biomasy” ukierunkowanej przez sondaże. Pora skończyć z polityką, demokracja się nie sprawdza, dlatego właśnie w kraju nad Wisłą tak łatwo zostać anarchistą.

Sprzeczność celu i ambicji

Zaryzykuję takie, niemal samobójcze stwierdzenie. Nie należę do żadnej partii, ale zawsze obdarzałem sympatią lewą stronę sceny politycznej. Nie oznacza to jednak, że pełnię szczęścia widziałem i widzę tylko w sytuacji rządów lewicy. Przywiązuję zdecydowanie mniejszą wagę do tego. kto aktualnie rządzi, bardziej interesuje mnie jak rządzi.

Od pięciu lat uważam, że PIS i tzw. Zjednoczona prawica rządzą źle. Jak wykazały ostatnie wybory prezydenckie podobny pogląd ma ok. 50 proc. polskiego społeczeństwa, a 50 proc. uważa, że jest wręcz przeciwnie. Niektórzy politycy mówią o tym jak o narodowej tragedii twierdząc, że zostaliśmy podzieleni na dwa zwalczające sie obozy i jeśli się nie zjednoczymy, to nasze losy będą tragiczne. To jasne, że trzeba próbować zasypywać lub łagodzić ten podział. Ale nie tragizujmy – osobiście nie widzę tak ostro tego zagrożenia. Amerykanie od wielu lat są podzieleni na Demokratów i Republikanów, co nie przeszkadza im utrwalać w światowej opinii poglądu, że są jednym z krajów najbardziej demokratycznych i najlepiej zarządzanych.

Dlaczego nie cenię PISu?

Ale wróćmy do „naszych baranów”. Moja krytyczna ocena rządów PISu może być inna, niż wielu innych, którzy też są przeciw i uważają się za opozycję. Nie każdego denerwuje to samo. Mnie najbardziej „wkurzają”:
– nieustanne kłamstwa dotyczące własnych „sukcesów” na tle poprzednich lat – od końca wojny, ale zwłaszcza ostatnich rządów „platformerskich”. Wmawianie mniej wykształconej części Narodu, że tylko my jesteśmy mądrzy – cała reszta to głupole i komuniści;
– zalew werbalnego hurrapatriotyzmu, chwalenie wszystkiego, co w naszej historii było po prawej stronie i oczernianie wszystkiego, co było w neutralnym centrum lub – o zgrozo – przechylało się na lewo;
– chwalenie się doskonałą sytuacją gospodarczą przy wzrastającym zadłużeniu kraju, wzroście cen i zagrażającym wzroście bezrobocia;
– przedwyborczym rozdawnictwem naszych pieniędzy i stwarzaniem wrażenia, że to pieniądze z tajnych zasobów litościwej władzy;
– stopniowe, bezsensowne niszczenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości i autokratyczne zapędy ograniczenia niezależności niektórych mediów;
– podlizywanie się Kościołowi i tworzenie państwa kościelnego, uszczęśliwionego prawdziwą (rzadziej) lub udawaną (częściej) ostentacyjną pobożnością władzy;
– zdobywanie sympatii USA przez zobowiązania zakupów zbyt drogiego sprzętu;
– uzupełnianie zasobów kadrowych „ambicjonerami” o ograniczonych kompetencjach, i coraz częściej rzucającym się w oczy, zbyt niskim współczynniku inteligencji.

Demobilizacja

Usłyszałem i zobaczyłem ostatnio w telewizorze dwie czy trzy rozmowy, w których przebijała obawa, że nie mamy instrumentów walki z władzą PISu, że może on jeszcze rządzić długo i wprowadzać kraj na ścieżkę autokratyzmu, albo jeszcze gorzej. Taki pesymistyczny scenariusz jest oczywiście możliwy, ale tylko wtedy, kiedy te niezadowolone 50% nie będzie miało wspólnej koncepcji sprzeciwu i nie wykaże się dostateczną determinacją.

Przed wyborami prezydenckimi nie zdaliśmy w pełni tego egzaminu. Rozumiem – tworzenie wspólnego frontu wymaga przełamania oporów i zgody na pewne różnice poglądów zarówno w sferze ekonomicznej jak i – używając najszerszego określenia – ideologicznej. Wymaga też rezygnacji wielu osób z osobistych ambicji, uznania, że kto inny ma większe szanse zjednywania poparcia, czasem więcej energii i umiejętności negocjacyjnych.

To wszystko jest trudne, ale możliwe i konieczne. Do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata. To pozornie dużo czasu. Ale samo opracowanie i uzgodnienie strategii może zająć więcej niż rok. Przy istnieniu wspomnianych różnic nie sądzę, aby był możliwy jakiś rodzaj połączenia w formie „zjednoczonego centrum”. Trzeba też „stworzyć” wspólny i prosty program, nie rezygnując z bardziej szczegółowych programów poszczególnych ugrupowań. Trzeba uznać, że wspólnym i podstawowym celem politycznym jest odsunięcie PISu od władzy. Ambicja partyjne i osobiste muszę być uznane z drugoplanowe, a ich sprzeczność z głównym celem maksymalnie wytłumiona.

A Trzaskowski?

Czy Rafał Trzaskowski, powinien brać w tym udział? Zadeklarował właśnie, że stanie na czele „Ruchu Obywatelskiego”. Taki ruch może pomóc w zjednoczeniu lub chociażby synchronizacji sił opozycji, o czym wyżej pisałem Jego aktywność w tworzeniu tego Ruchu może więc być pożądana, ale – moim zdaniem – tylko jako aktywnie uczestniczącego w życiu politycznym prezydenta Warszawy. Za 5 lat będą znowu wybory prezydenckie i to właśnie on powinien w nich uczestniczyć, jako kandydat tak czy inaczej współpracującej opozycji. Będzie miał dopiero 53 lata, idealny wiek dla prezydenta państwa, nie za dużo i nie za mało. Jestem przekonany, że prawica nie będzie miała nowego kandydata o takich walorach osobistych, tak wszechstronnie wykształconego i tak szeroko znanego we wszystkich przedziałach wiekowych i zawodowych społeczeństwa. Jestem zresztą przekonany, że gdyby ostatnie wybory były w pełni demokratyczne, to on by je wygrał. PISOwi nie uda się powtórzyć scenariusza wspomagania kandydata nie tylko przez państwową propagandę, ale także przez państwowe struktury organizacyjne. Pan Premier i niektórzy ministrowie usiłowali stworzyć coś w rodzaju politycznego kabaretu. Było to zarazem smutne i śmieszne, ale mimo wszystko nie nadążało za naszymi kabaretowymi profesjonalistami.

Flaczki tygodnia

Cały Naród żyje zadaniami jakie jaśniepan prezes Kaczyński postawił przed Partia, Państwem i wspomnianym Narodem do rychłego wykonania. Repolonizacja mediów, czyli podporządkowanie ich sobie. Oraz PiSizacji samorządów. Też podporządkowanie ich.

Na wieść o tym krajowe media skupiły się na pierwszym zadaniu. Bo dziennikarze lepiej znają się na mediach niż samorządach. Bo już sam dźwięk słowa „repolonizacja” budzi strach wśród nich. Bo „repolonizować” znaczy, że będą wyrzucać z pracy.

A teraz pochylmy czoła przed wielkim językotwórcą, czyli jaśniepanem prezesem. Dzięki niemu słowo „repolonizacja” zyskało nowe znaczenie. Repolonizacja oznacza też bezrobocie polskich dziennikarzy.
Jaśnie pan prezes Kaczyński chce repolonizacji mediów aby było w IV PR jak w Republice Czeskiej. Żeby zagraniczni właściciele mediów wycofali się z Polski i sprzedali swe udziały krajowym oligarchom. Na przykład szwajcarscy właściciele „Faktu” opylili swe udziały rodzinie Szumowskich albo Morawieckich. Będzie to kolejny krok w dziele budowy polskiej, narodowo- katolickiej oligarchii. Kolejny krok wyprowadzający Polskę ze wspólnoty unio europejskiej w stronę systemu ukraińsko lub turecko podobnego.

Młodszym Czytelnikom trzeba przypomnieć czemu krajowe media trzeba „repolonizować”. Skąd ten niemiecki kapitał, porównywalny w mediach PiS do podstępnych Krzyżaków, znalazł się u nas. Kto sprowadził ich do Polski.
Dawno temu, jeszcze w 1989 roku polskie media, czyli prasa była w koncernie RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Koncern był własnością Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie niemieckiej, amerykańskiej, rosyjskiej, czy chińskiej. Niestety na przełomie 1989/90 roku kierownictwo PZPR zlekceważyło rolę mediów i ich los pozostawiło nowemu rządowi Tadeusza Mazowieckiego. A kiedy PZPR rozwiązała się, nową „Solidarnościową” władza potraktowała mienie poPZPRowskie jak mienie pożydowskie w czasie okupacji niemieckiej.
Powołano Komisję Likwidacyjną RSW, która niczym dawni treuhanderzy zarządzali polską prasą. Ci „likwidatorzy” sprzedawali tytuły prasowe wraz z dziennikarzami, jak kiedyś sprzedawano wsie z chłopami pańszczyźnianymi. Rozdawali atrakcyjne tytuły nowym, prawicowym partiom politycznym, a pozostałe likwidowali. Dzielili to RSW arbitralnie, niczym państwa kolonialne terytorium Afryki podczas konferencji berlińskiej w latach 1884-85.

Własność większości gazet likwidatorzy dzielili wtedy na trzy cząstki. Jedną trzecią dostawał związek Zawodowy NSZZ ”Solidarność”. Aby nie protestował przeciwko anty pracowniczym skutkom transformacji gospodarczej dokonywanej przez ekipę Balcerowicza. Drugą jedną trzecią sprzedawano inwestorom zagranicznym, zwykle pochodzenia francuskiego. Wtedy polska prawica jeszcze kochała Francję. A trzeci jedną trzecią przekazywano zespołowi redakcyjnego jako akcje pracownicze. Aby osłodzić dziennikarzom udział w tym złodziejskim procederze.

Ponieważ dziennikarze byli najsłabsi ekonomicznie w tej ustawce, to zagraniczni właściciele proponowali im wykup ich akcji pracowniczych. I tak kapitał zagraniczny stawał się większościowym właścicielem, bo miał już dwie trzecie udziałów.
W 1997 roku elit związku zawodowego zwanego NSZZ Solidarność” potrzebowały pieniędzy na kampanię wyborczą do parlamentu. Najłatwiej było pozyskać je sprzedając udziały w polskich mediach. I tak solidarnościowi związkowcy sprzedali polskie media zagranicznym wydawcom.

Finałem tej depolonizacji, dokonywanej przez elit polskiej prawicy i związku używającego nazwy NSZZ „Solidarność”, była sprzedaż polskiej prasy niemieckim kapitalistom przez kapitał francuski. Następnie zagraniczni wydawcy „optymalizowali” posiadaną prasę, czyli stopniowo likwidowali ją. Ku zdumieniu polskich dziennikarzy, którzy z grupy uprzywilejowanej w Polsce Ludowej, zamienili się w pariasów ekonomicznych III RP. W biedny placek z wisienką na szczycie. Grupką gwiazdorów – celebrytów.

Pomimo groźnych pomruków jaśniepana prezesa, Flaczki mogą zapewnić, że wielkiej repolonizacji, czyli likwidacji opozycyjnych mediów nie będzie. Ofiarą gróźb i akcji zastraszania padną jedynie niektóre prywatne tytuły i pisma wydawane przez samorządy. Pozostałe przetrwają kiedy tylko zaprzestaną krytyki elit PiS.

Zapowiadana repolonizacja TVN i bulwarówki „Fakt” nie nastąpi. Należą one do obywateli USA. I kiedy tylko któryś z polityków PiS zamachnie się na TVN lub „Fakt”, to Jej Ekscelencja Ambasador USA Mosbacher publicznie wytarga go za uszy. Przypomni, że każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść ręką przeciwko kapitałowi USA, niech będzie pewny, że mu tę rękę kapitał USA odrąbie.

Jeśli wierzyć dziennikarzom związanym z Konfederacją to służby specjalne IV RP rozpoczęły operację „Sputnik”. Śledzenia, zakładania podsłuchów wszystkim obywatelom RP publikującym lub wypowiadającym się na łamach „Sputnika”. Rosyjskiego portalu internetowego i powiązanych z nim mediów. Konfederaci uważają, że akcja służb wymierzona jest przeciwko nim. By wykreować ich na „agenturę Putnina”. Skompromitować rosnącej poparciem Konfederacji. W tym przypadku „repolonizacja” rosyjskiego „Sputnika” może zakończyć się aresztami wydobywczymi dla działaczy i sympatyków tej partii.

Repolonizacja mediów zakończy się jak obiecane już miliardowe reparacje wojenne od Niemiec. Bardziej skutecznie rozprawi się PiS z opozycyjnymi samorządowcami. Użyje to tego pana premiera Morawieckiego. Najbardziej obiecującego premiera w czasie kampanii prezydenckiej. Po zaprzysiężeniu pana prezydenta Dudy, rząd PiS obetnie samorządom wpływy z podatków i narzuci im nowe, kosztowne zadania do wykonania. Swoich wesprze. Nieswoich weźmie głodem.