Tropizmy

Elżbietę Isakiewicz pamiętam sprzed mniej więcej dwóch dekad jako bojową prawicową publicystkę. Już dawno jednak się z tego wymiksowała i została pisarką, mistrzynią małych form. „Niewyśnione historie”, to zbiór kilkudziesięciu króciutkich, najwyżej dwustronicowych opowiadań.

Każde z nich to jakaś jakby w kadrze zatrzymana sytuacja, obserwacja, impresja wzrokowa, słuchowa. Isakiewicz bierze pod swój mikroskop najdrobniejsze składniki życia, odruchy, gesty, okruchy, strzępy, okrawki. To nie są mini opowieści. Nie ma tu początku, rozwinięcia i końca. Nie ma konceptów, mini fabuł z puentą. Jest tu całkowity, poddany regule Przypadku żywioł egzystencji. Na ogół to najbardziej szara codzienność (np. sytuacja przy kasie sklepowej w najkrótszym z opowiadań (?), choć od czasu do czasu pojawia się jakiś przywołany okruch literatury (Czechow, Proust) czy historii (Powstanie Warszawskie). Egzystencja w tych błyskach magnezji utrwalana przez Isakiewicz pozbawiona jest jakiejkolwiek tendencji, kierunku, to czysty żywioł biegu życia. Trochę jak w „Kosmosie” Gombrowicza, w pierwszej sekwencji marszu z Krupówek do pensjonatu żony Leona Wojtasa. Piasek, patyk, gałąź, sznurek, wróbel, kamyk, pot na twarzy… Trochę jak u Mirona Białoszewskiego, ale bez jego frazo – i słowotwórczej
pomysłowości i brawury.
Trochę jak u pisarzy francuskiej „nouveau roman” („nowej powieści”), gdzie tworzywem narracji były okruchy egzystencji zwane tropizmami, przypominającymi plamy nanoszone na płótno przez impresjonistów. Warto te prozę posmakować, dla odmiany i estetycznej higieny.
Elżbieta Isakiewicz – „Niewyśnione historie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 158, ISBN 978-83—365-459-06-0