Kamienny reakcjonista Recenzja

– ale wielki pisarz

Satysfakcja z lektury François-René de Chateaubrianda (1768-1848), nawet w przekładzie, zawsze polega przede wszystkim na spotkaniu z najwyższym diapazonem języka, pełnym rozmachu formatem stylu i treści. Takimi pożytkami zaleca się przede wszystkim lektura jego fascynujących „Pamiętników zza grobu”, a także „Ducha chrześcijaństwa”. Kto chciałby na chwilę odetchnąć od trywialności języka współczesnych debat politycznych i skąpać się w języku górnym, monumentalnym, szlachetnym ten powinien sięgnąć po jego dzieło „O rewolucji, wolności i władzy”. Oto próbka stylu Chateaubrianda: „Istnieją dwa rodzaje rewolucjonistów. Jedni pragną rewolucji i wolności – jest ich niewielu. Drudzy pragną rewolucji i władzy – to oni stanowią olbrzymią większość. Żyjemy iluzją, w dobrej wierze wmawiając sobie, iż wolność jest naszym bożyszczem. Błąd. Równość i chwała to dwie żądze kierujące ojczyzną”. Brzmi to jednak jakoś znajomo i dość aktualnie, nieprawdaż?
Świadomie opuściłem dwa ostatnie zdania tego cytatu: „Nasz geniusz to geniusz militarny. Francja jest żołnierzem” – bo te akurat nie mają nic wspólnego z rzeczywistością dzisiejszej Francji. Tak, wiem, to rozrywka czysto estetyczna, bezinteresowne ćwiczenie umysłowe, ale ostatecznie wybitna literatura jest sztuką i szkoda traktować ją wyłącznie utylitarnie, jako dostarczycielkę świeżej karmy. „O rewolucji, wolności i władzy” pisał Chateaubriand w sposób taki, od jakiego nasza epoka oddalona jest o setki lat świetlnych, z uwzględnieniem wymiarów, które w naszych czasach są już tylko anachronizmem. Z samego tylko Chateaubrianda uczyć się historii trudno, bo jej wykładnia w jego wydaniu jest bardzo subiektywna, stronnicza, jednostronna ideowo, wybiórcza.
Niektórych może zniechęcić to, że Chateaubriand mniej jest historykiem niż moralistą i filozofem w przestrzeni historii. Jego pamflet „O Napoleonie i Burbonach”, stanowiący część omawianego dzieła, to jedno z najsurowszych i najcięższych oskarżeń pod adresem Korsykanina Buonaparte, który przez 16 lat (1799-1815) jako dyktator i cesarz Francuzów władał Francją. Chateaubriand rozbił w proch i w pył całą heroiczną legendę Napoleona (tak długo naiwnie żywą głównie w Polsce – to jest stary i powtarzalny los Polaków, naiwnie oddawać się w ręce, na łaskę i niełaskę bezdusznych szakali) i pokazał go jako niszczyciela, cynicznego, antypatycznego potwora, człowieka nikczemnego, a dowódcę bynajmniej nie wybitnego. Nie odmawia mu tylko jednego: żelaznej woli, ale ta wola, według Chateaubrianda, służyła wyłącznie złu. „Refleksje polityczne” poświęcił Chateaubriand kluczowym zagadnieniom swojej epoki, koncentrując się głównie na historii Francji, ale czyniąc też paralele do historii Anglii czasów Karola I Stuarta i jego pogromcy Cromwella. Część trzecia dzieła to już specjalistyczne, finezyjne, uczone studia z kręgu prawa państwowego, poświęcone systemowi monarchicznemu, w tym restauracji i monarchii elekcyjnej. Wszystko to niby już tylko zawartość historycznego lamusa, piramida anachronizmów, muzeum, strony pokryte grubą warstwą kurzu, a jednak warto czasem sięgnąć i po taką lekturę. Jest w niej bowiem coś rafinującego nasze dzisiejsze, bieżące myślenie, coś co daje chwilę odpoczynku od napierającej codzienności i naoczności, możliwość uświadomienia sobie, że wbrew temu co nam się coraz bardziej wydaje, nie żyjemy tylko w teraźniejszości, i że w końcu to świadomość oraz poczucie istnienia za naszymi plecami przeszłości, odróżnia człowieka od zwierzęcia. A może raczej powinno odróżniać, bo nietrudno zauważyć, że tym życiem wyłącznie tu i teraz człowiek coraz bardziej powraca do swej zwierzęcej genealogii, od której oddaliła go ewolucja i cywilizacja. Historia, ta prawdziwa historia, jako nauka o przeszłości, coraz bardziej się oddala i niech nas nie zmyli moda na grupy rekonstrukcyjne i rozmaite polityki historyczne.
To tylko gadżety i instrumenty politycznej propagandy. Przykład pierwszy z brzegu? To wypindrzone, plastikowe muzeum, które ma powstać na Westerplatte, będzie miało tyle wspólnego z rzeczywistością, treścią, duchem i nastrojem września 1939 roku, co jakaś komputerowa „gra o tron” z prawdziwym średniowieczem, tym zbadanym przez mediewistów. Prawdziwa przeszłość coraz bardziej się oddala. Zauważam to po stosunku młodych ludzi do starych książek, które zgodnie ze sympatyczną skądinąd modą, zalegają, w roli martwego „oldskulowego” rekwizytu, półki modnych kawiarń i barów. Dla mnie, gdy byłem w ich wieku, stare książki miały metrykę stuletnią z grubsza biorąc, no i zaglądałem do nich z zainteresowaniem. Dla dzisiejszych młodych ludzi zmacerowane, pokiereszowane, obdarte książki z lat siedemdziesiątych a nawet osiemdziesiątych ( o starszych nawet nie wspomnę) tworzą jakąś materię z zamierzchłej, kopalnej przeszłości, jakby ściany węgla. One właśnie tworzą tę oczekiwaną atmosferę „dawności”. Książki z lat osiemdziesiątych, które dla mnie były „przed chwilą”! Ale wróćmy do Chateaubrianda. Był ucieleśnieniem arystokratycznej reakcji, światłej, ale jednak reakcji, a jego poglądy były kwintesencją, esencją reakcjonizmu, ale jakim ten czarny reakcjonista był pisarzem!

François-René de Chateaubriand – „O rewolucji, wolności i władzy. Wybór pism”, wybór i wstęp Jacek Kloczkowski, wyd. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2017, str.404, ISBN 978-83-64753-39-8.

Klerykalna krucjata… Recenzja

… i ruch oporu

„Krucjata polska” Agaty Diduszko-Zyglewskiej, to kolejna na przestrzeni kilkunastu lat, po „Milczeniu owieczek” Kazimiery Szczuki (2003), próba syntetycznego ujęcia najważniejszych kwestii związanych z dominacją politycznego katolicyzmu w życiu Polski i jego wpływem na życie publiczne, prywatne Polek i Polaków, Polek zwłaszcza, jako że kwestia prawa do aborcji, dostępność antykoncepcji czy in vitro oraz inne kwestie związane z prawami kobiet ich najbardziej dotykają i one stanowią tu zagadnienie kluczowe.
Dobrze, że takie książki co pewien czas się ukazują, ponieważ sytuacja w tej sferze ulega mimo wszystko pewnej ewolucji, choć do przełomu ciągle jest daleko. Jednak już sam tylko fakt, że Szczuka pisała swoją książkę na kilkanaście lat przed Czarnym Protestem z jesieni 2016 roku, przed premierą „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego i „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich, czyli przed zmianą klimatu społecznego wokół kleru katolickiego i całego tego splotu uwarunkowań i faktów, które dokonują się wokół niego, w pełni uzasadnia ponowne podjęcie tematu. Podsumowanie takie jak „Krucjata polska” Diduszko-Zyglewskiej ma zatem walor aktualizujący zapis stanu rzeczy. Jest fotografią stanu rzeczy w jakim jesteśmy hic et nunc. Pierwsza część „Krucjaty” reasumuje to, co od dziesięcioleci jest przedmiotem politycznych i publicystycznych debat: ciążenia politycznego i socjologicznego katolicyzmu w polskiej codzienności, łącznie z wszystkimi tego – fragmentami niemal „barejowymi” w swojej groteskowości i absurdalności – przejawami. Gdyby nie to, że przytaczane przez autorkę fakty są prawdziwe, zaczerpnięte z kroniki zdarzeń, czasem trudno byłoby w nie uwierzyć. Jednak tylko skompresowanie ich w jeden obraz może wywołać wrażenie nierealności i przesady w przekazie, są one bowiem jak najbardziej realną częścią polskiej rzeczywistości.
Druga część książki poświęcona jest temu, co można określić jako ujawnienie (częściowe, fragmentaryczne) praktyk pedofilskich w polskim kościele katolickim. Co prawda temat ten żył w mediach a co za tym idzie w świadomości części opinii publicznej, od lat, ale dopiero dokumentalny film Sekielskich przesunął sprawę klerykalnej pedofilii z medialnych marginesów ku centrum debaty i powszechnego zainteresowania. Trudno pisać takie książki jak „Krucjata nadwiślańska”. Trudno dlatego, że rzeczywistość jest niesłychanie dynamiczna, płynna, zmienna jak kalejdoskop.
Pewnie nie aż bardzo długo po tym, jak książkę Agaty Diduszko produkowano się w drukarni, doszło do nowego zjawiska – głośnych aktów „obrażania uczuć religijnych katolików” poprzez parodie katolickich obrzędów i rekwizytów (wagina jako sakrament na pseudo-procesji Bożego Ciała, Matka Boska Częstochowska ozdobiona tęczą, „msza święta” odprawiona przez Szymona Niemca). No cóż, wystarczyło kilka tygodni, by poza książką Diduszko-Zyglewskiej znalazły się wydarzenia, które jak najbardziej powinny do niej trafić, ale trafić nie mogły z powodów technicznych. A z drugiej strony – wiosenne wzmożenie w kwestii klerykalnej pedofilii (film Sekielskich, sprawa pomnika księdza Jankowskiego, konferencje i wypowiedzi indywidualne biskupów, wizyta u papieża Franciszka), które znalazło w książce odzwierciedlenie, już wkrótce po jej ukazaniu się, ku uldze (zwodniczej, bo kwestia powróci ze wzmożoną siłą) kleru, osłabło, przycichło, niestety nie bez wpływu ujawnienia ograniczonej wiarygodności jednej z najbardziej znanych ofiar pedofilii. No, ale to przecież nie autorka jest winna. Winny jest wartki, nie dający się nie tylko okiełznać, ale nawet łatwo zarejestrować, wartki nurt rzeczywistości. Tak czy inaczej, „Nadwiślańska krucjata” Agaty Diduszko-Zyglewskiej to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się życiem społeczno-politycznym w Polsce.

Agata Diduszko-Zyglewska – „Krucjata polska”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 297, ISBN 978-83-66232-25-9.

Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Szaleństwo kontrolowane – czyli (prawie) wszystko o Grażynie Barszczewskiej

„Amantka z pieprzem”, tak nazywa się ta książka, w której znakomita aktorka odpowiada na pytania Grzegorza Ćwiertniewicza.

Zazwyczaj, pewnie z przyzwyczajenia, określa się takie książki wywiadami-rzekami, ale ta mieniąca się wieloma barwami rozmowa różni się od ich typowego charakteru. To bardziej dorzecze niż rzeka, albo jeszcze lepiej: mozaika, migocąca kolorowymi okruchami jak w kalejdoskopie, która układa się w rozmaite wzory i konfiguracje.
Nie jest to więc rozmowa podzielona na duże bloki tematyczne w rodzaju: życie prywatne, kariera teatralna, obecność na ekranie, pasje i aktywność społeczna, okraszone garścią anegdot, a czasem manifestem artystycznym. Nie jest to rozmowa teatrologiczna czy filmoznawcza, opatrzona licznymi przypisami, tzw. aparatem naukowym i modnymi pojęciami z dziedziny performatyki, antropologii i myśli krytycznej Michela Foucault. Nie jest to wreszcie rozmowa o polityce i ideologii, czyli walce artysty o wolność. Nie jest tym wszystkim, choć zrazem dotyka tych wszystkich wątków, ale czyni to nienatrętnie, niejako mimochodem, bez presji i poczucia misji nauczania maluczkich i wprowadzania ich w świat prawdziwych wartości. Słowem jest to rozmowa, w której traktuje się czytelnika poważnie, ale jednocześnie w pewnej mierze uwodzi. Czy nie na tym polega zadanie aktora? Pozyskać dla siebie widza, wejść z nim sojusz, a nawet oczarować i porwać?
Oczywiście, pozyskać za pośrednictwem zawodowo skrojonych ról, a tych przecież było w życiu zawodowym aktorki bardzo wiele: w teatrze, na ekranie i w ukochanym radiu, z którym nie rozstaje się od wielu lat. Jak ogromny to dorobek przypomina Ćwiertniewicz w dołączonym do rozmowy „Kalendarium”, czyli zestawieniu wszystkich dokonań artystki w teatrze, radiu, filmie i telewizji. To zestawienie wieńczy rubryka przypominająca nagrody, odznaczenia i wyróżnienia. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o niedawnej Nagrodzie im. Ireny Solskiej, przyznanej Grażynie Barszczewskiej przez Polską Sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC) w uznaniu osiągnięć artystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem dokonań na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. To z okazji tej nagrody w liście gratulacyjnym pisał do Laureatki Olgierd Łukaszewicz, ówczesny prezes ZASP: „Twoje wzorcowe posługiwanie się słowem, nacechowane wartościami artystycznymi, pięknem zarówno słowa znaczącego jak słowa brzmiącego, tudzież nieustanne pielęgnowanie zasad dykcji i wyrazistości wymowy scenicznej, czyli pieczołowitości w zakresie tradycyjnego kunsztu aktorskiego, zaowocowało przyznaniem tytułu Mistrza Mowy Polskiej.
Z radością zatem przyłączam się do grona admiratorów, serdecznie gratulując wyróżnienia, jakim jest Nagroda im. Ireny Solskiej, aktorki znanej ze swej pracowitości, artyzmu najwyższej próby i oddania sztuce, cech tak spójnych z Twoim spojrzeniem na Teatr i pracę w nim. Gratuluję zaszczytu dołączenia do tak zacnego grona artystek, którego listę  otwiera niezwykła i niezapomniana Danuta Szaflarska”.
Ten ogromny spis zasług aktorskich wspiera znakomicie warstwa ilustracyjna tej książki, mnóstwo pięknych fotosów z planów filmowych i teatralnych, także nieco zdjęć prywatnych, a także skopiowanych okładek czasopism i niepoliczonych wywiadów, które udzieliła gwiazda „Kariery Nikodema Dyzmy”. Nie można tytułu tego filmu-serialu tutaj ominąć (w książce sporo szczegółów na ten temat) – przyniósł przecież aktorce niezwykłą popularność i uznanie.
Nie byłoby możliwe sporządzenie wspomnianego spisu ról, gdyby nie pracowitość i zdolność organizowania czasu. Powiedzieć jednak o Grażynie Barszczewskiej, że jest artystką doskonale zorganizowaną, to umieścić ją w rejestrze wszystkich „pozapinanych”, z którymi tak namiętnie walczył Mrożkowski Stomil z „Tanga”. Coś jednak jest na rzeczy, bo wewnętrzne biuro porządkowania zajęć musi być w stałym pogotowiu – aktorce nigdy nie brakowało zajęć, propozycji, zaproszeń. Jeśli więc chce się traktować poważnie innych, trzeba takie „wewnętrzne biuro” prowadzić. Czyni to od lat niezawodnie – nie ma mowy o spóźnieniach, przekładaniach terminów. Precyzyjne planowanie stoi na straży spokoju aktorki i wszystkich, którzy z nią współpracują. Może ktoś ma inne doświadczenia, ale ja nigdy się na tym nie zawiodłem – co dogadane, to i spełnione. Niby nic, a jednak ważna cecha, niekoniecznie powszechna.
To przecież nie znaczy, że obce jest jej szaleństwo. Gdyby było inaczej, nie wymyślałaby dla siebie nowych zadań, nie mierzyłaby się z poprzeczkami, które sama sobie ustawia, by pokonać więcej trudności, zobaczyć coś nowego, uciec od sztampy. Dotyczy to również poszukiwania szczelin w rolach, o których wydawałoby się, wiemy już wszystko, a tymczasem Grażyna Barszczewska potrafi w nich znaleźć coś wcześniej niedostrzeżonego, jak choćby u pani Dulskiej („Dulscy” w stołecznym Teatrze Polskim, 2007), która w jej wykonaniu wcale nie była uciążliwym babsztylem, ale prącą do sukcesu bizneswoman (po latach to odkrycie powtórzy Magdalena Cielecka w telewizyjnym spektaklu Marcina Wrony, 2013).
A czy nie jest szaleństwem niezwykle przecież urodziwej kobiety pobrzydzanie się albo występowanie „sauté” jak w monodramie w Teatrze Polonia („Pani z Birmy”, 2009). Choć niekiedy przyjmuje to obrót zgoła nieprzewidywalny – postarzona w „Niezatańczonym tangu” wedle prozy Wiesława Myśliwskiego, w miarę rozwoju spektaklu – młodnieje. Albo ukrywa się za charakteryzacją tak dalece, że nawet jej własny mąż nie rozpoznaje (kilka wcieleń
w „Królowej Śniegu”).
Imponująca jest otwartość Grażyny Barszczewskiej na wiele tonacji i barw, bez mała dziecięca ciekawość, szukanie nowych doświadczeń – od jaskrawego kabaretu („Pożar w burdelu) po tragizm odchodzenia (najnowszy przykład to rzecz o Marlenie Dietrich). Ta ciekawość to całkiem niezła tarcza przed rutyną, która na pewno jej nie grozi.
To wszystko widać jak na dłoni w tej rozmowie, podzielonej inteligentnie na krótkie fragmenty, które pozwalają przerwać i rozpocząć lekturę w dowolnym momencie i miejscu, choć zaręczam, że kto rozpocznie lekturę, to w nią już wsiąknie i przerwać ją będzie niezwykle trudno. Każdy z tych fragmentów rozmowy-opowieści broni się sam, jest pewną całością, niewielkim okruchem, jak już wspominałem, często bardzo smakowitym i dowcipnym. Świadczą o tym choćby tytuły tych segmentów opowieści, dla przykładu: „Za krucha na ladacznicę”, „Nałogi mi nie smakują”, „Reguła dietetyczna”, „Zostaną… rzęsy!”, „Na wieki wieków… amantka?” „Ludożerka”. Ale dopiero razem, w pewnym napięciu i dialogu, tworzą całość, zaskakująco spójną i czytelną. Prawdopodobnie wynika to z tego, że Barszczewska należy do rozmówczyń, które nie mówią wszystkiego, co wiedzą, ale wiedzą, co mówią. I prawdopodobnie dlatego, że Grzegorz Ćwiertniewicz należy do empatycznych rozmówców, który nie kryje swego zdania, mimo deklarowanej admiracji dla swej rozmówczyni i jej imponującego dorobku.
Ale z książki wyłania nie tylko portret zawodowy aktorki, ale i prywatny, choć Grażyna Barszczewska ze swoją prywatnością się nie obnosi. Nietrudno zauważyć jak bardzo jest rodzinna, zakochana w domu, współczująca, wrażliwa na cudze cierpienie, uczynna, pełna taktu i ciepła. Wyrozumiała, a zarazem wymagająca przede wszystkim wobec siebie, ale także innych. Życzliwa dla wstępujących do tego zawodu, ale zarazem krytyczna, bez taryfy ulgowej dla pracy wykonanej byle jak. Pełna pasji i wdzięczności dla partnerów scenicznych i filmowych i przede wszystkim „robotna”. Wspaniale odsłania charakter Grażyny Barszczewskiej jej syn Jarosław Szmidt, który autorowi książki ujawnił pierwszą tajemnicę artystki: „Sama mówi, że nie znosi pustych przebiegów, i objawia się to głównie w jej chęci jak najlepszego wykorzystania czasu każdego dnia, ale też jej obniżonej cierpliwości… Zazwyczaj wpada i od progu rzuca: „To co robimy?!”. Musi czuć się aktywnie potrzebna. Zwracam się zwykle wtedy do niej słowami: „Mamo, spokojnie…”.
Ale chyba to nie pomaga. Zresztą, być może niechęć do „pustych przebiegów” to fundament pełnej sukcesów drogi artystki.

„Grażyna Barszczewska – Amantka z pieprzem w rozmowie z Grzegorzem Ćwiertniewiczem”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019, str. 222, ISBN 978-83-816-9074-4.

Gdzie są „Dzwony”?

Recenzowana u nas książka Sławomira J. Tabkowskiego „A dzwony dzwonią, dzwonią” wzbudziła wielkie zainteresowanie naszych Czytelników. A także pytania gdzie ją można nabyć, bo trudno ją kupić w wielkich sieciach księgarskich. Cóż komercyjne sieci nie są zainteresowane „białymi krukami czerwonej publicystyki”.

Dlatego w odpowiedzi na liczne telefony informujemy, że budzący publikacja Sławomira J. Tabkowksiego dostępna jest w Wydawnictwie Naukowym Śląsk, Katowice ulica Ligonia 7 – zamówienia internetowe oraz w Głównych Księgarniach Naukowych:
Warszawa im. Bolesława Prusa ul Krakowskie Przedmieście 7, oraz Kraków ul. Podwale 6.
W razie trudności w nabyciu książki prosimy o kontakt listowny z redakcją „Trybuny”. Proszę podać numer telefonu kontaktowego.

Dzwonnik z „Trybuny”

Są książki na które wystarczy spojrzeć. Na ich autora, brzmienie tytułu, zasób spisu treści, indeksu też. Dlatego pochylając się nad zbiorem felietonów „A dzwony, dzwonią” zapewne usłyszycie bliskie wam melodie.
O zakłamywanej przez prawicowe media naszej najnowszej historii. O opluwanej Polsce Ludowej i lukrowanej II Rzeczpospolitej. O dorobku polskiej lewicy rugowanym ze zbiorowej pamięci. Wykoślawianym w szkolnych programach.
O nowej poprawności polityczno-historycznej ustanawianej przez największe krajowe media.
Poprawności, jak wszystkie inne, prowadzącej do wyjaławiania polskich debat. Nie tylko tych historycznych.
Trudno dziś przecież rzetelnie dyskutować o odmrożeniu relacji z Rosją, kiedy już sam postulat wznowienia rozmów z sąsiadami, grozi klątwą zjednoczonego frontu propagandowego. Oskarżeniem o kremlowską agenturalność. Podobnie niełatwo rzetelnie rozmawiać o relacjach polsko-ukraińskich, polsko-żydowskich. A o polsko-polskich najbardziej. Trudno wznieść się ponad wszechobecny front plemiennej wojny dwóch, skłóconych ze sobą polskich prawic. Dowodzić, że poza ich sporami istnieje jeszcze inne życie umysłowe. A lewicowa myśl jeszcze nie zginęła.
Polecam brzmienie tych dzwonów. Nie tylko dlatego, że autor to publicysta naszej „Trybuny”, co już gwarantuje jakości publikacji. Zresztą niektóre z tonów tych dzwonów zabrzmiały już na naszych łamach. Polecam lekturę „A dzwony, dzwonią”, bo znakomicie przewentyluje mózgi ich czytelników. Wzbudzi ruch myśli.
I usunie przy okazji wiele bezmyślnie nabytych, zalegających w głowach szumów. Niepotrzebnych.

Przerwana sztafeta pokoleń

Relacje dzieci komunistów.

Publicystka „Gazety Wyborczej” Krystyna Naszkowska opublikowała niezwykłą książkę „My, dzieci komunistów”, na którą składa się siedem długich wywiadów z dziećmi przedwojennych działaczy komunistycznych. W czasie promocji książki (12 bm.) autorka ujawniła to, że spotkała się z odmową wielu osób, do których zwracała się z prośbą o wywiad. Nie podała ich nazwisk, więc możemy jedynie domyślać się, kogo w tej książce nie ma. Z jednym wyjątkiem (profesor Aleksandry Jasińskiej – córki Bolesława Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej) nie ma dzieci ludzi, którzy zajmowali najwyższe stanowiska w PPR i PZPR, w tym między innymi dzieci trzech byłych pierwszych sekretarz PZPR: Edwarda Gierka, Władysława Gomułki i Edwarda Ochaba. Wszyscy rozmówcy (znów z tym samym wyjątkiem) pochodzą z rodzin żydowskich. Wreszcie nikt z rozmówców nie kontynuował działalności politycznej w szeroko rozumianej „lewicy pokomunistycznej”. Oznacza to, że nie stanowią oni w pełni reprezentatywnej reprezentacji swego pokolenia. Są pokoleniem w takim rozumieniu tego terminu, jakie przyjęło się w socjologii. Łączy ich wspólnota podstawowego doświadczenia politycznego, jakim w ich wypadku było wchodzenie w dorosłe życie w warunkach, gdy partia ich rodziców sprawowała już władzę. Są jednak między nimi znaczące różnice wieku: tylko dwie osoby urodziły się przed wojną (w 1932 i 1935 roku) a najmłodszy rozmówca urodził się w roku 1950. Ta różnica wieku powoduje, że takie traumatyczne wydarzenia , jakim dla wszystkich były antysemickie represje z marca 1968 roku i interwencja państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, jedni przeżywali jako ludzie dojrzali, gdy dla najmłodszego (Włodzimierza Grudzińskiego) było to pierwsze znaczące doświadczenie polityczne.
Pochodzenie większości rozmówców z rodzin o korzeniach żydowskich pozwala spojrzeć na często poruszany – i jeszcze częściej mistyfikowany – problem roli Żydów w polskim ruchu komunistycznym i w polityce polskiej w latach 1944-1968. Z jednym tylko wyjątkiem (Grzegorza Smolara) rodzice rozmówców nie poczuwali się do jakiejś szczególnej więzi ze społecznością żydowską. Nie byli wyznawcami judaizmu i nie poczuwali się do narodowej więzi żydowskiej, a nawet zdecydowanie przeciwstawiali się syjonizmowi jako ideologii nacjonalistycznej. Ich dzieci nie były wychowywane w klimacie więzi środowiskowej ze społecznością żydowską, nie znały jidysz. Niekiedy o swym „żydowskim pochodzeniu” dowiadywały się dopiero w 1968 roku. Można więc powiedzieć, że w tym pokoleniu dopiero antysemityzm rodził poczucie żydowskiej wspólnoty losu. Siedmioosobowe grono rozmówców to w większości ludzie sukcesów zawodowych: wybitna socjolog (Aleksandra Jasińska), dwoje znanych reżyserów (Agnieszka Holland i Andrzej Titkow), znani publicyści (Ernest Skalski i Aleksander Smolar), prezes banku (Włodzimierz Grudziński). Jest też w tym gronie jedyny emigrant – Piotr Fejgin. Wszyscy oni we wczesnej młodości mniej lub bardziej aktywnie uczestniczyli w działalności politycznej w szeregach PZPR i organizacji młodzieżowych, ale tylko Aleksandra Jasińska dotrwała w PZPR do rozwiązania tej partii, należąc do jej reformatorskiego skrzydła. Większość z rozmówców zaangażowała się następnie w działania opozycji demokratycznej, niekiedy na bardzo znaczących stanowiskach (Aleksander Smolar był na emigracji wydawcą kwartalnika „Aneks”, potem doradcą premierów Mazowieckiego i Suchockiej, a obecnie kieruje Fundacją Batorego). Wywiady przeprowadzone z tą siódemką stanowią cenne źródło dla tak zwanej „żywej historii”, na którą składają się relacje uczestników lub obserwatorów wydarzeń. Jest to źródło bezcenne, przy czym takie, które z oczywistych powodów wysycha wraz z upływem czasu. Dziś już nie możemy „żywej historii” wzbogacać relacjami przedwojennych komunistów, ale wciąż mamy do dyspozycji relacje ich dzieci. Te relacje są cenne z uwagi na opowiadane przez nie fakty, ale jeszcze bardziej dlatego, że pozwalają zrozumieć relacje międzypokoleniowe. Są one czymś wyjątkowym, nie mającym odpowiednika w innych okresach historycznych i w innych formacjach politycznych. Najczęściej mamy bowiem do czynienia ze swego rodzaju sztafetą pokoleń: synowie i córki przejmują pałeczkę od rodziców i kontynuują ich dzieło. Tak jest w systemach demokratycznych (przykładem mogą być „dynastie” polityczne Kennedych i Bushów w USA), ale także w stabilnych systemach dyktatorskich (jak w Chińskiej Republice Ludowej, gdzie w kierownictwie rządzącej partii zasiada obecnie kilku synów weteranów z pokolenia, które doszło do władzy w 1949 roku). W Polsce zerwanie sztafety pokoleń jest konsekwencją kryzysu systemu. Z bardzo nielicznymi wyjątkami (Adam Gierek – wieloletni członek Parlamentu Europejskiego z ramienia koalicji SLD-Unia Pracy) synowie i córki dawnych działaczy komunistycznych albo odsunęli się od polityki, albo aktywnie działali w szeregach dawnej opozycji demokratycznej). Inną sprawą jest to, że w tym nowym wcieleniu zachowali oni pewne podstawowe wartości ideowe radykalnej lewicy, czego szczególnie wyrazistym świadectwem są publikacje Karola Modzelewskiego.
„Dzieci komunistów” bardzo krytycznie oceniają system, którego współtwórcami byli ich rodzice. Jest to najczęściej krytyka podobna do tej, którą przed laty wyjaśnił Jacek Kuroń w autobiograficznej książce „Wina i wiara”. Istotą tej krytyki jest rozejście się szlachetnej ideologii i złej praktyki. Czy obciążają za to rozejście swoich rodziców? Aleksandra Jasińska w bardzo mądry i ciekawy sposób zadaje sobie pytanie, jak to było możliwe, że jej ojciec „był dobrym człowiekiem, chociaż robił też złe rzeczy” (s.58). Zarazem z uzasadnioną dumą przypomina ostatnie słowa, jakie usłyszała od matki – zamordowanej przez Niemców w 1944 roku członkini kierownictwa podziemnej PPR Małgorzaty Fornalskiej: „pamiętaj, że jeśli zginę, to za Polskę” (s. 61). Pozostali rozmówcy mniej lub bardziej wyraźnie opowiadają o rosnących różnicach między ich postrzeganiem rzeczywistości PRL a stanowiskiem ich rodziców. Tylko Piotr Fejgin bardzo zdecydowanie broni pamięci ojca – pułkownika Anatola Fejgina skazanego w 1957 roku na wieloletnie więzienie za łamanie prawa w czasie, gdy stał na czele powołanego dla walki z „wrogiem wewnętrznym” X Departamentu MPB, przygotowującego procesy Gomułki i innych działaczy komunistycznych. Na rodzicach pozostałych rozmówców nie ciążą tak poważne zarzuty – poza oczywiście tym, że aktywnie i na stosunkowo wysokich szczeblach realizowali ówczesną politykę PZPR. Kluczem do wyjaśnienia ich postawy jest, sygnalizowana w większości wywiadów fanatyczna wiara w idee komunizmu. Pozwalała ona oddzielać świetlaną ideę od ponurej praktyki. Nie jest to zjawisko unikatowe, choć w państwach rządzonych przez partie komunistyczne zjawisko to miało wyjątkowo silne natężenie. W partiach komunistycznych ten rozdźwięk między ideą i praktyką prowadził często do buntu pokolenia dzieci odrzucających wiarę rodziców przy zachowaniu podstawowych wartości. Umieszczone w tym tomie wywiady stanowią bardzo cenne świadectwo tego zjawiska.
Autorka tej wartościowej książki nie ustrzegła się pewnych pomyłek faktycznych. W historycznym słowniczku mylnie podaje datę rozwiązania PZPR (1989, zamiast właściwego 1990), a w tekście jednego z wywiadów imię profesora Jana – a nie Józefa – Szczepańskiego (s. 381). Książkę tę czytałem z wielkim zainteresowaniem i z uznaniem dla autorki oraz jej rozmówców. Dali nam świetny materiał do przemyśleń nad trudną historią pokolenia, które już odeszło, ale którego śladu nie da się wymazać z historii Polski.

Krystyna Naszkowska – „My, dzieci komunistów”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, str. 430, ISBN: 9788366219076.

Niemiecki „Prometeusz” w Belwederze Recenzja

Trzyletnia (1915-1918), poprzedzająca odzyskanie niepodległości przez Polskę okupacja ziem uwolnionego od panowania Rosjan tzw. Królestwa Polskiego jest – jak się wydaje – tematem gruntownie i do znudzenia oraz do wyczerpania opisanym w licznych publikacjach historycznych, szczegółowych i syntetycznych, dotyczących tego okresu.

 

Dlatego do lektury studium amerykańskiego historyka Jesse Kauffmana „Iluzoryczne przymierze” przystępowałem bez szczególnych oczekiwań, raczej jako do skorzystania z okazji rocznicowego odświeżenia wiedzy. A jednak, ku mojemu – satysfakcjonującemu skądinąd – zaskoczeniu, Kauffman, być może dzięki geograficznemu także oddaleniu, a na pewno dzięki dystansowi natury poznawczej, dokonał nader oryginalnego naświetlenia tego krótkiego okresu w historii Polski.
Na owe trzy lata zwykliśmy bowiem patrzeć przez pryzmat tego, co nastąpiło później – klęski Niemiec w Wielkiej Wojnie oraz odzyskania przez Polskę niepodległości. Gdy jednak Niemcy wchodzili do Warszawy w sierpniu 1915 roku, po uprzednim opuszczeniu jej przez Rosjan, taka perspektywa nie istniała i nawet trudna była do wyobrażania. Z tej przyczyny ten trzyletni czas traktowany jest jako – w istocie rzeczy – relatywnie mało istotne preludium na drodze do nieuchronności. Zamiast przyjąć to jako oczywistość, Kauffman zadał kilka istotnych i chyba nigdy przez historyków polskich ( przynajmniej ja się na takowe nie natknąłem) nie stawianych pytań: „Co Niemcy robili, sprawując władzę nad tym krnąbrnym i niespokojnym terytorium w środku Europy? Czy przedstawiciele Generalnego Gubernatorstwa snuli jakieś dalekosiężne plany związane z ziemiami polskimi, które znalazły się pod ich rządami? Czy plany te zyskały określony instytucjonalny wyraz? Do jakiego stopnia polityka Generalnego Gubernatorstwa była powiązana z polityką krajową w Prusach, gdzie kipiał zajadły konflikt polsko-niemiecki? Jak miejscowe napięcia i konflikty wpływały na przebieg okupacji? Co działania rządu okupacyjnego mówią nam o Niemczech w czasie pierwszej wojny światowej i o samej wojnie? Co postępowanie Generalnego Gubernatorstwa mówi nam o ciągłości historii Niemiec?”. Ten pakiet pytań Kauffman dopełnia taką oto, trafną konstatacją: „Zagadnieniom tym historycy poświęcili zadziwiająco mało uwagi”. Generalny wniosek amerykańskiego historyka jest taki, że wkraczając w sierpniu 1915 do Królestwa Niemcy nie mieli skonkretyzowanego planu, co – ujmując rzecz kolokwialnie – z tym Królestwem Polskim zrobić, tym bardziej, że nie mogli, zwłaszcza wtedy, znać przyszłych losów wojny. Nie mieli skonkretyzowanych planów co do tego terytorium także pomimo tego, że mogli i musieli przecież wtedy zakładać, że wygrają tę wojnę, skoro ją w końcu, rok wcześniej wywołali. I być może nie mieliby planu przez kolejne lata, gdyby nie wysoki profil umysłowy, charakter, mentalność i ambicje mianowanego generał-gubernatorem warszawskim Hansa Hartwiga von Beselera.
Był to człowiek wykształcony i światły, a choć inżynier, to obejmujący swoim zainteresowaniami zagadnienia wykraczający poza jego ściśle zawodowe, wojskowe i inżynieryjne kompetencje. Dość wspomnieć, że nie było typowym dla niemieckiego wojskowego czasów wilhelmińskich to, że objąwszy swoją siedzibę w Belwederze, Beseler zainteresował się historią tego obiektu, zwłaszcza w okresie Powstania Listopadowego i czasie je poprzedzającym, w tym postacią swojego historycznego – poniekąd – poprzednika, Wielkiego Księcia Konstantego, a owocem tego zainteresowania było napisane przez niego studium na ten temat. Beseler, choć znany jest z fotografii jako przyodziany w mundur niemiecki (a z rzadka i pikielhaubę) wyższy oficer niemiecki o marsowym wyglądzie, nie miał w swoim charakterze nic z butnego i ograniczonego Prusaka, wypełniającego swoją mentalnością, postawą i zachowaniem ów rozpowszechniony i nie pozbawiony trafności stereotyp. Po pewnym czasie formalnego urzędowania w Warszawie Beseler doszedł do wniosku, że w interesie Niemiec jest odbudowanie państwa polskiego, jako monarchii konstytucyjnej, jako satelickiego tworu pod protektoratem niemieckim. Uznał jednocześnie, że jeśli ten plan ma być zrealizowany w sposób racjonalny i zgodny z dalekosiężną racją stanu Niemiec, trzeba uzyskać co najmniej minimum akceptacji ze strony społeczeństwa Królestwa, a w pierwszym rzędzie jego elit. W konsekwencji uznał więc, że tryb sprawowania przez Niemców kontroli nad tym terytorium nie może być brutalną, wojskowo-policyjną, represyjną okupacją, lecz musi przyjąć możliwie najłagodniejszą, najmniej kolizyjną formę współegzystencji społeczeństwa polskiego z niemieckimi czynnikami politycznymi. Nie było to zadanie łatwe. W społeczeństwie Królestwa Polskiego nastroje w stosunku do Niemców, do „Prusaków” jak ich ogólnie i kolokwialnie określano, były na ogół wrogie. O ile w sierpniu 1914 roku wymaszerowujące z Królestwa, w tym Warszawy, wojska rosyjskie żegnane były jak „swoje” (społeczeństwo było już w znaczącym mocno, także pod wpływem propagandy endecji, emocjonalnie „zruszczone”), o tyle wkraczających do Królestwa Niemców witano w najlepszym razie chłodno, z licznymi akcentami wrogości. Żywa była pamięć forsownej germanizacji w zaborze pruskim (ciekawe, że rusyfikację spora część Polaków, głównie plebejska, chłopska, traktowała z taryfą ulgową), brutalnych „rugów pruskich”, działalność Hakaty w bismarckowskiej II Rzeszy, a także wiedza o najświeższym, bolesnym, okrutnym doświadczeniu pacyfikacji, zbombardowaniu i spaleniu Kalisza dokonanego przez Niemców na progu wojny (wątek ten znalazł się w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej). Mimo tych psychologicznych barier Beseler przystąpił do dzieła i szybko stworzył organizm administracyjny, w którym przy zachowaniu szczelnej niemieckiej kontroli administracyjnej i wojskowej wprowadzone zostały dla Polaków szerokie swobody polityczne i kulturalne.
Po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci otwarte zostały możliwości krzewienia pamięci o polskich tradycjach narodowych, upowszechniania polskiej kultury i sztuki, w tym w ich aspekcie niepodległościowym. Zanim doszło do aktu 5 listopada, czyli proklamowania zamiaru budowy państwa polskiego, w maju 1916 roku odbyły się wielkie, legalne obchody 125 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, a wszelkie przeszkody w wystawianiu w teatrach n.p. dzieł romantyków polskich zostały zniesione. Reaktywowany też został Uniwersytet Warszawski, a za tym poszedł rozległy proces budowania instytucji polskiego samorządu, szkolnictwa, struktur administracyjnych i gospodarczych. Zdaniem Kauffmana nie wytrzymuje krytyki powszechnie uznawana teza, że jedynym motywem takich działań niemieckich, było pozyskanie polskiego „rekruta” do armii niemieckiej. Jednym z najbardziej spektakularnych aktów tamtego czasu było radykalne (prawie o połowę ) powiększenie terytorium Warszawy, przez włączenie w jej obręb otaczających ją obszarów i miejscowości. Cały ten proces, dynamiczny, ale nie wolny od tarć, konfliktów i represji (Beseler miał przeciwników nie tylko w społeczeństwie polskim, ale także w części jego rodzimej administracji niemieckiej, w szczególności w jej kręgach junkierskich i nacjonalistycznych).
Wysiłki Beselera przekreśliła jednak finalnie klęska wojenna Niemiec i odbudowanie niepodległej Polski. Nie jest rolą historyka snucie hipotetycznych wyobrażeń co do możliwego biegu zdarzeń, ani tym bardziej snucie tzw. historii alternatywnej. Toteż Kauffman tego nie czyni, ściśle trzymając się bezstronnej, naukowej narracji ściśle opartej o źródła. Postronnemu czytelnikowi, jak piszący te słowa, wolno to jednak czynić. Nie sposób zlekceważyć faktu, że w ciągu niespełna trzech lat, Warszawa, z prowincjonalnego, zaniedbanego miasta – de facto – rosyjskiego w Kraju Przywiślańskim, wykonała, w znaczącym stopniu dzięki administracji Beselera, radykalny skok, doznała postępu administracyjnego, instytucjonalnego, cywilizacyjnego i terytorialnego. Na wystawie o „niemieckiej” Warszawie lat 1914-1918 w Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta można nawet przeczytać sformułowanie, że to Beseler i jego administracja pozwoliły Warszawie stać się miastem na miarę przyszłej stolicy Polski, miastem zmierzającym ku modelowi europejskiemu. Nie mogę się uwolnić od natrętnej myśli, czy gdyby projekt „niemieckiego Prometeusza” (darzącego Polaków niejaką sympatią, ale podkreślającego ich kulturową i polityczną niedojrzałość) w Warszawie nie został przerwany po trzech latach i miał kontynuację przez kolejne dziesięciolecia, Polska nie podniosłaby się cywilizacyjnie w większym stopniu niż pod rodzimą administracją w II Rzeczypospolitej?
I może takie państwo polskie nie padłoby ofiarą hitlerowskiej teutońskiej furii? I czy nie byłoby to korzystniejsze dla przyszłych pokoleń polskich? Zwłaszcza, że nie można w dalszej perspektywie wykluczyć możliwości postępującej emancypacji tej formy polskiej państwowości.
I czy gdyby wizja przyszłego państwa polskiego stworzona w Generalnym Gubernatorstwie lat 1915-1918 została zrealizowana, może nie doszłoby do tego, co stało się dwie dekady później, pod okrutną, barbarzyńską, nazistowską okupacją w ramach administracyjnego tworu o tej samej nazwie? Tak, to jedynie „gdybanie” i wyobrażanie sobie historii, której nie było, ale materia studium Kauffmana do takich spekulacji inspiruje. Amerykański historyk zwraca zresztą uwagę na tę analogię, nie znajdując wszakże pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny nazistowskiej, krwawej furii hitlerowskiej w okupowanej Polsce. Praca Jesse Kauffmana, to kapitalne, fascynujące, dające bardzo wiele do myślenia, i to do przemyślenia po nowemu, studium oświetlające pozornie oczywisty epizod z historii Polski XX wieku nowym i spod innego kąta rzuconym światłem. I bardzo dobra, bo nie „uroczysta” i rytualna lektura na finał obchodów stulecia polskiej niepodległości.

 

Jesse Kauffman – „Iluzoryczne przymierze. Niemiecka okupacja na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej”, przekł. Jan Kabat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 256, ISBN 978-83-06-03535-3

Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu Recenzja

Decyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka.
Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy. W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są – na ogół – inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

 

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0.

Bajkopisarz

W ostatnim numerze „Plus Minus”, tygodniowego dodatku Rzeczypospolitej, Eliza Olczyk rozmawia z Bartłomiejem Sienkiewiczem. Generalnie jest dobrze, Platforma Obywatelska świetna, idziemy do przodu. W tej sprawie nie będę się spierał. Ale mówiąc o chwale Platformy Pan Minister wspominając rok 2001 mówi: Siła tego środowiska było to, ż wszyscy wtedy wierzyliśmy, iż można zmienić reguły gry. Że to nie jest tak, iż SLD-owski beton, który w 2001 roku zalał Polskę jest nie do podgryzienia. Rodząca się PO potrafiła przeforsować w Sejmie ustawę o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, choć przeciwko temu pomysłowi byli PiS, SLD i w ogóle wszyscy”.
Otóż Pan Sienkiewicz mija się z prawdą. Ten postulat był w programie Konwencji SdRP (uprzejmie informuję Pana Ministra, że to poprzedniczka SLD) z 1994 roku. Znalazł się także w programie prezydenckim Aleksandra Kwaśniewskiego. Projekt ustawy zgłosił Klub Parlamentarny SLD w dniu 22 listopada 2001 roku (druk nr 154), swój projekt Platforma złożyła 17 grudnia. Marszałek Borowski zarządził wspólne czytanie, a za odrzuceniem projektu w I czytaniu głosowały Kluby PiS i LPR. W trzecim czytaniu tylko LPR głosował przeciw przyjęciu ustawy, która w ten sposób stała się faktem. Dodam, że w Senacie SLD miał wtedy bezwzględną większość i jednoznacznie ustawę poparł. A Prezydent Aleksander Kwaśniewski (tez z SLD) ją podpisał.
Nie zajmowałbym się tą kwestią, gdyby nie to, że Pan Sienkiewicz reprezentuje szeroki front wymazywaczy lewicy z historii III Rzeczypospolitej. Jak powszechnie wiadomo do NATO wprowadził nas Minister Geremek (sam, bez ówczesnego Prezydenta z SLD i Ambasadora Polski w USA, też związanego z lewicą). Do Unii Europejskiej wprowadził nas Mateusz Morawiecki (Miller z Kwaśniewskim się tylko przyglądali). Panie Ministrze, litości! Chwalmy się własnymi zasługami.