Krew, śmierć i poszukiwanie piękna według Yukio Mishimy

O Yukio Mishimie usłyszałem po raz pierwszy w roku 1970, gdy publicznie, na oczach kamer popełnił samobójstwo, poprzez seppuku, na dachu w Tokio. Zwróciłem na to uwagę także dlatego, że kultura japońska, w tym kino japońskie były wtedy na światowej fali.

Wielki mistrz Akira Kurosawa, którego filmy (m.in. „Siedmiu samurajów”, „Rashomon. Tron we krwi”, „Straż przyboczna”) były często emitowane w telewizji i na tematycznych retrospektywach, rozsławił w świecie figurę samuraja, japońskiego rycerza, często wędrownego, o krańcowym poczuciu honoru.
Dlatego właśnie sposób, w jaki rozstał się z życiem Yukio Mishima (1925-1970) wpisał go na zawsze w owa samurajską tradycję, poza tym, że także w tradycję faszyzującego japońskiego militaryzmu osadzonego w tradycji cesarskiej i nacjonalistycznej, nie pozbawionego filiacji z filozofią nietzscheanizmu.
Dopiero po latach poznałem to i owo z prozy Mishimy, w tym jego najsłynniejszą „Balladę o miłości” (wyd. polskie 1972) i kilka opowiadań opublikowanych w „Literaturze na świecie”. „Napisał też m.in. „Na uwięzi czy „Złotą pagodę”. Uderzający był (jest) w tej prozie klimat bujnej witalności, rozedrganego, frenetycznego seksualizmu, a także wrażliwości emocjonalnej i percepcyjnej tak intensywnej, że wydawała się aż trudna do wytrzymania.
I właśnie powieść „Wyznanie maski”, powstałe w 1949 roku i teraz doskonale literacko przyswojone polszczyźnie przez Beatę Kubiak Ho Chi (użyłem słowa „literacko”, bo do filologicznej strony przekładu z języka japońskiego w najmniejszym stopniu nie potrafię się odnieść), jest doskonałym wyrazem tych cech prozy Mishimy.
Tytułowe „wyznanie” jest wyznaniem młodego homoseksualisty, przeżywającego w sposób niezwykle intensywny, na granicy histerii swoje fascynacje młodymi mężczyznami, ale także kobietami, co wskazywałoby, że bohater ma dwojaką, choć nierównomierne podzieloną naturę seksualną – mężczyzn pożąda nade wszystko cieleśnie, kobiety – psychicznie, platonicznie.
Odbiera on świat tak, jakby oglądał go przez szkło powiększające, przez wzmacniający mechanizm rezonansowy. Jego opowieść intensywnie wyraża także fascynację siłami natury, przemocą, cierpieniem fizycznym i psychiczny krwią, brudem, a bezpośrednie nawiązanie do postaci markiza de Sade (Mishima napisał sztukę „Madame de Sade”) prowadzi na trop jego (Mishimy) skłonności sadomasochistycznych.
Nade wszystko jest bohater „Wyznania maski” zafascynowany śmiercią i unicestwieniem i wokół tego zogniskowane są jego wszystkie niemal cielesne i duchowe akty egzystencjalne.
A czym jest, co oznacza tytułowa „maska”? Nie zdradzę tego, bo warto do lektury „Wyznania” przystępować z nutą tajemnicy w tle. W każdym razie znaczenie „maski” ma charakter kulturowo-filozoficzny i ściśle koreluje z duchem tej opowieści.
A gdyby ktoś w czytelników miał trudności z rozszyfrowaniem sensu „maski” w tej powieści, powinien (zresztą nie tylko on) zapoznać się z zatytułowanym „Naga maska” posłowiem autorstwa tłumaczki, w którym rozszyfrowuje ona ten wątek, ale także bardzo interesująco opowiada o Mishimie i jego twórczości: „W tej na wskroś nowatorskiej powieści znajdziemy przy tym wszystkie cechy twórczości i stylu Mishimy.
Należy do nich logika, racjonalizm, skondensowana do maksimum myśl, wyrażona w wyrafinowanym słowie o niezrównanej elegancji, a także napięcie dramatyczne i patos godny tragedii greckiej. Powieść ta jest również zapowiedzią poszukiwania piękna, co stanowi być może najważniejszą cechę pisarstwa Mishimy, pełnego metafor, porównań, aforyzmów.
Inna ważna cecha jego twórczości, tak wyraźnie zaznaczająca się w „Wyznaniu maski”, to zatrzymywanie się na drobnych faktach, zdarzeniach, doświadczeniach i odkrywanie w nich ważnego znaczenia; namysł nad gestami, ruchami, spojrzeniami, które nieoczekiwanie przynoszą rozwiązanie”.
Yukio Mishima – „Wyznanie maski”, przekł. Beata Kubiak Ho – Chi, Państwowy Instytut, Warszawa 2019, str. 237, ISBN 978-83-06-03492-9

„Lolita” po japońsku

„Miłość głupca” przedstawia niezwykle osobliwe, momentami wręcz noszące znamiona parodii, ale intrygujące i wciągające czytelnika do ostatniej strony studium autodestrukcji i zatracenia masochisty Jojiego i triumfującej nad nim demonicznej i występnej rozpustnicy Naomi.

Głupiec Joji jest i śmieszny, i tragiczny zarazem, natomiast Naomi, która choć może budzić poirytowanie i zniesmaczenie, nie sposób odmówić uroku i wdzięku. Powieść jest nie tylko cennym zwierciadłem przemian obyczajowych Japonii lat dwudziestych XX wieku, ale także, ze względu na obecność wątków autobiograficznych, stanowi ważne źródło informacji na temat życia Tanizakiego, tego jednego z najwybitniejszych twórców japońskich, często określanego przez badaczy i krytyków skandalistą” – napisała o powieści Jun’ichiro Tanizaki (1886-1965) Marcelina de Zoete-Leśniczak. To trafne oddanie tematu problematu tej powieści, z tym zastrzeżeniem, że „skandaliczność” przekazu zmarłego przeszło pół wieku temu pisarza jest już dziś tylko, w kompletnie innej epoce, „archiwalna” i że nie „informacje o życiu Tanizakiego” są w tej powieści dla nas dziś istotne.
Wybitny japonista Mikołaj Melanowicz zwrócił uwagę, że tę powieść nazywano „japońską „Lolitą”. Skojarzenie jest zapewne uzasadnione z uwagi na fabułę oraz relację między Jojim a Naomi przypominającą relację z powieści Nabokova. Mimo tego pokrewieństwa to sensy obu powieści dalekie są od możliwości ich prostego utożsamienia, a akcenty zróżnicowane. Syndrom „lolity” w Stanach Zjednoczonych lat dwudziestych znaczył coś innego niż w Japonii. W pierwszym przypadku dominantą był nie obraz uderzenia w amerykańską kulturę obyczajowego purytanizmu, ale fenomen oddziaływania popowego, uformowanego przez kulturę masową (m.in. pin up girl) obrazu kobiety na świat mężczyzn.
W przypadku „Miłości głupca” młoda kobieta, ucieleśnienie młodego pokolenia „nowych kobiet” określanych jako „moga”, wyzwala się z tradycyjnej, patriarchalnej kultu, a ofiarą tego pada mężczyzna.
Zresztą intertekstowe skojarzenia „Miłości głupca” mogą prowadzić też w stronę literatury europejskiej, choćby do „Kobiety i pajaca” Pierre Louyisa. Tanizaki (autor m.in. głośnej, przetłumaczonej na język polski w 1972 roku powieści „Dziennik szalonego starca”), który był silnie związany z tradycyjną kulturą japońską sceptycznie przyjmował dokonujące się przemiany. Dlatego przedstawiając jednostkowe relacje, jednocześnie odmalował spore fragmenty tła obyczajowego i społecznego. I wydaje mi się, że ten walor i aspekt jego prozy jest być może nawet ciekawszy jako przedmiot lektury aniżeli stary motyw „walki płci”. Lektura naprawdę wyborna.
Jun’ichiro Tanizaki – „Miłość głupca”, przekł. Nikodem Karolak, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 270, ISBN 978-83-66272-55-2

Kościół kontra Wolność. Raport z frontu

Fenomen pojawiania się w krótkich odstępach kolejnych książek poświęconych – określając to eufemistycznie – roli Kościoła katolickiego w Polsce i jego konfrontacji ze społeczeństwem, jest efektem  zasadniczej zmiany, jaka dokonała się w ciągu ostatnich trzech lat.

Niedawno na tych łamach omawiałem „Krucjatę polską” Agaty Diduszko-Zyglewskiej. Wcześniej ukazały się także książki o kościelnej pedofilii, o korupcji finansowej i zbrodniach seksualnych w Watykanie. Ukazało się też kilka książek Agnieszki Graff (m.in. „Świat bez kobiet”), poświęconych relacjom między płcią, kobiecością, prokreacją, narodem a kościołem, a dużo wcześniej „Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji” Kazimiery Szczuki. Regularnie publikacje dotykające tych kwestii prezentuje Wydawnictwo Krytyki Politycznej.
„Żyjemy w kraju, gdzie państwem rządzi Kościół, a Kościół od dawna toczy gangrena. Podobno żyjemy w świeckim kraju, w którym panuje rozdział religii i państwa. Joanna Podgórska w swojej książce miażdżąco demaskuje to stwierdzenie i udowadnia, że Polska jest świecka tylko w teorii. W polskich szkołach jest siedem razy więcej lekcji religii niż historii czy chemii. Można sądownie zmusić dziecko do przyjęcia komunii. Z pieniędzy podatników, które miały być przeznaczone np. na walkę ze smogiem, sfinansowano budowę obiektów sakralnych. O aferach pedofilskich i ingerencji w politykę nawet już nie trzeba wspominać. Krzyż, który miał być symbolem miłosierdzia, już dawno spróchniał i nie ma nic wspólnego z istotą chrześcijaństwa. Stał się raczej złym widmem ucisku” – czytamy w nocie informacyjnej wydawnictwa.
Szybko, coraz szybciej
Joanna Podgórska – jak sama napisała we wstępie – „od 20 lat jako publicystka tygodnika „Polityka” śledzi zderzenie idei świeckiego państwa z Kościołem, który coraz bardziej desperacko walczy o swoje wpływy. Ta książka, to relacja z frontów tej walki”. Podgórska zwraca jednak uwagę, że podczas pisania książki, uzmysłowiła sobie dwa fakty. Po pierwsze, jak bardzo te fronty walki związane są ze sferą życia seksualnego. Po drugie, jak wielkie jest dziś tempo zmian („Coraz szybciej musiałam gonić za rzeczywistością”).
Rzeczywiście, co do pierwszej uwagi, to uderza, że Kościół prawie w ogóle lub w minimalnym stopniu nie zabiera głosu w odniesieniu do takich ważnych kwestiach społecznych jak alkoholizm, narkomania, korupcja, degradacja i prymitywizacja obyczajów oraz aspiracji społecznych, narastająca agresja itd., lecz rzeczywiście interesuje się głównie różnymi aspektami związany z płcią i prokreacją (aborcja, tzw. etyka seksualna, gender), a szczególnie drastyczna strefa nadużyć ze strony jego funkcjonariuszy zawiera się w słowie „pedofilia”. Co do zjawiska drugiego, czyli tempa zdarzeń wokół Kościoła kat, to istotnie, mniej więcej od roku 2016 (choć bardzo ważny był także rok 2010) uległo ono dynamicznemu przyspieszeniu. Od tego czasu do dziś, w ciągu tych niespełna czterech lat zdarzyło się więcej niż od 1989 roku, kiedy to dynamika zdarzeń była „żółwia”. I to mimo rozległego zjawiska, które wyrażało się w popularności takich pism jak „Nie” czy „Fakty i mity” oraz ich niewątpliwie formacyjnej roli.
„Myślę – napisała autorka we wstępie – że spokojnie można zaryzykować tezę, że Kościół katolicki, jaki w Polsce znamy, zaczyna zanikać. Nadal wydaje się potężny i wpływowy, ale pewnych procesów nie da się zatrzymać. Z jednej strony, jak pokazują kolejne badania opinii, polskie społeczeństwo coraz szybciej się sekularyzuje. Z drugiej, afery pedofilskie i reakcje na nie, rujnują autorytet Kościoła i odbierają mu prawo do moralnych pouczeń”.
Dodałbym do tego jeszcze jeden, trzeci aspekt, bunt młodego pokolenia kobiet i wsparcie go przez znaczącą część kobiet pokolenia średniego. „Czarny protest” z jesieni 2016 roku przybrał dynamikę, której niewiele było równych historii III RP. Dynamikę, której władza PiS, ale także prawicowi ultrasi się przestraszyli. Autorka zwróciła też uwagę na kontrast między pokoleniem młodych kobiet i młodych mężczyzn, których spora, zwłaszcza najgorzej wykształcona część zajęła na tym froncie walki miejsce agresywnych frustratów, wspierających najbardziej czarnosecinne, agresywne i wsteczne hasła, zasilając szeregi „narodowców” i kiboli.
„Część duchownych jest tego świadoma – kontynuuje Podgórska – rozumie nieuchronność zmian i próbuje się do nich przygotować. Część – niestety ta bardziej widoczna i głośniejsza – reaguje histerycznie. Brnie w zaprzeczenia, bije się cudze piersi, broni przez atak. Niepomna doświadczeń innych kościołów narodowych – z irlandzkim na czele – wierzy, że tą drogą da się coś osiągnąć. Wierzy, że Polska może pozostać odporna na wpływy świata. Wyspą, obmodloną, opasaną różańcem i zasiekami z biskupich pastorałów. Ten Kościół od pewnego czasu cierpi na syndrom oblężonej twierdzy”. Pokazując w kilku „obrazkach” obecny stan rzeczy w relacjach Kościół-Państwo, Podgórska zwraca uwagę, że do swojej obecnej pozycji Kościół doszedł stosując taktykę „salami”. „Odkrawał plasterek, odczekiwał aż opadnie wrzawa (protestów – przyp. KL) i upominał się o kolejny, kolejny i kolejny. I nigdy nie wycofywał się z raz zdobytych pozycji. Wydaje się, że ta technika właśnie przestaje działać”. A to z powodu coraz mocniejszego „wierzgania” społeczeństwa oraz dlatego, że Kościół „ma coraz większy problem sam ze sobą i z kontaktem z rzeczywistością”. Zakreśliwszy kontury mapy pola walki Podgórska przystąpiła do ukazania poszczególnych jego segmentów.
Katecheza czyli pyrrusowe zwycięstwo
W rozdziale „Neutralne, bo katolickie” przytacza szereg przypadków opresji, bezpośredniej, ale też pośredniej Kościoła, n.p. przez sądy, kiedy to dziecko rodziców mających przeciwstawne światopoglądy zostało zmuszone, wbrew swej woli do chodzenia na katechezę. W rozdziale „Katecheza” właśnie autorka opisała „klasyczny”, dość reprezentatywny przykład miejscowości Czernikowo pod Toruniem, gdzie miała (ma?) miejsce otwarta dyktatura księdza-proboszcza nad miejscową społecznością, dyktatura wyrażająca się w formach tak groteskowych, że godnych filmów Stanisława Barei, a jednak możliwa (także jako efekt lęku i konformizmu mieszkańców) w drugim dziesięcioleciu XXI wieku.
„Warszawa i Czernikowo to dwie skrajności. A jaka jest polska średnia?” – pyta autorka. Z obserwacji Podgórskiej wynika, że obrazowi średniej znacznie bliżej do Czernikowa niż do Warszawy. Przybliża nam autorka frazeologię katolicką, która dominuje w podręcznikach do religii, w programach szkolnych, frazeologię, od której cierpnie skóra, bo tak pełna jest nienawiści. Jednak nie tylko wyniki badań Pew Research Center, ale także Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wskazują, że polskie młode pokolenie ulega rekordowej w skali światowej laicyzacji. Za „bardzo ważną” uznało religię zaledwie 16 procent młodych ludzi. „Państwo spełniło niemal wszystkie oczekiwania Kościoła co do katechezy. Za chwilę może się jednak okazać, że w wojnie o religię w szkole odniósł on pyrrusowe zwycięstwo”.
„Naród cały…”?
W rozdziale „Narodowcy” ukazuje autorka alians części Kościoła kat. ze środowiskami „narodowymi”, kibolskimi, ich pełne agresji werbalnej i fizycznej zloty, nabożeństwa i pielgrzymki (m.in. na Jasną Górę) pod kierownictwem „duchowym” kapelana kiboli, księdza Romana nomen omen Kneblewskiego. Niechybnie jednak ci młodzi kibole należą do owych przywołanych wyżej 16 procent. „Pokolenie JP2, z którym wiązano tyle nadziei, okazało się bańką mydlaną. Gdy setki tysięcy młodych ludzi ze zniczami w rękach opłakiwało śmierć polskiego papieża w kwietniu 2005 roku, zaczęto mówić o duchowym odrodzeniu młodego pokolenia. Szybko okazało się jednak, że był to raczej flash mob, a nie religijny przełom”.
Pokolenie JP2 okazało się złudzeniem. Zaledwie pięć lat później młode pokolenie objawiło inną twarz. (…) młodzi pokazali twarz, której Kościół chyba się nie spodziewał. Po katastrofie prezydenckiego samolotu harcerze ustawili przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż. (…) Pod Pałacem (…) trwały dziwaczne, narodowo-katolickie jasełka. Było duszno od absurdu, martyrologii i fanatyzmu. Państwo, a także Kościół bezradnie się temu przyglądały. Wtedy młodzi skrzyknęli się przez media społecznościowe i zorganizowali „Akcję krzyż”. Jej inicjatorem był Dominik Taras, pracujący jako kucharz w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych”. Dodajmy, że nie tylko sama „Akcja krzyż” jako taka wzbudziła oburzenie fanatycznych środowisk katolickich. Stało się bowiem coś znacznie bardziej brzemiennego w skutkach i przełomowego. Wtedy po raz chyba pierwszy objawił się otwarcie obrazoburczy charakter kontrdemonstracji w stosunku do obrzędów religijnych i „świętości” narodowych. Ułożono krzyż z puszek po piwie, a jedno z haseł akcji brzmiało szyderczo: „Jest krzyż, jest impreza”, a obok haseł stricte antyklerykalnych pojawiły się szydercze hasła uderzające w sam rdzeń religijnego polskiego kodu.
Aborcja, seks, gender i pedofilia
Cztery ostatnie rozdziały pod tymi tytułami podejmują tematy, które, jak zauważyła autorka we wstępie, najsilniej „podniecają” Kościół katolicki i jego fanatycznych akolitów. Autorka obficie ilustruje je przykładami konkretnych doświadczeń, włącznie z głośnymi ofiarami klerykalnego terroru psychicznego, jak kobiety które zostały zmuszone do urodzenia chorych dzieci czy drastycznie schorzałych płodów (m.in. słynna ofiara ginekologa Chazana). Także w sferze modusu praktykowania życia seksualnego oraz anty-koncepcji. Kościół kat. pozostaje właściwie (tu nastąpiło tylko bardzo nieznaczne poluzowanie rygorów) na starych pozycjach świętego Alfonsa Liguori, założyciela zakonu redemptorystów w 1732 roku, który ustalał „najwłaściwszą pozycję przy wytrysku męskiego nasienia i jego przyjęcie przez srom niewieści”. Gender i pedofilia to dwa zagadnienia, które dołączyły stosunkowo niedawno do „klasycznych” tematów zakazu antykoncepcji i aborcji. Przy czym o ile zjawisko gender sprowokowało ofensywę ideologiczną Kościoła, o tyle pedofilia niespodziewanie dla niego samego stała się polem, na którym już poniósł i nadal ponosi ciężkie i trudne do powetowania straty, z powodów o których powszechnie wiadomo. Swoją książkę konkluduje Podgórska tak: „Po 1989 roku lekcję o świeckim państwie mamy nieodrobioną. Polski Kościół zastygł jak owad w bursztynie – przedsoborowy, anachroniczny, oderwany od rzeczywistości. Może z letargu wytrąci go potężny kryzys, jaki właśnie przeżywa”.
Ostatnimi czasy ukazuje się sporo publicystycznych książek, które dyskontują zdarzenia, o których media donosiły nawet kilka tygodni wcześniej. Jako zawodowy czytelnik prasy i obserwator mediów nie jestem fanem takich książek, bo w końcu co za dużo to niezdrowo. Dlatego po lekturze zwykle bez żalu puszczam je w dalszy obieg, „uwalniam”. „Spróchniały krzyż” Joanny Podgórskiej zaliczam do wyjątków i zachowam ją w swojej bibliotece domowej. Ta cenna książka jest bowiem niezwykle interesująco i kompetentnie oddanym zapisem dynamicznego procesu, jego swoistą, publicystyczną historią, syntezą. Będę do niej co pewien czas wracał, by skonfrontować zapis autorki z dalszym przebiegiem zdarzeń i jego dynamiką.

Joanna Podgórska – „Spróchniały krzyż”, Wielka Litera, Warszawa 2019, str. 286, ISBN 978-83-8032-370-4

Najbardziej naoczna ze sztuk

Tak jak kino jest, zgodnie ze słynną formuła Włodzimierza Iljicza Lenina, „najważniejszą ze sztuk”, tak architekturę wypadałoby uznać za najbardziej naoczną ze sztuk. To jedyna dziedzina sztuki, z którą możemy obcować bez konieczności nabycia biletu, a nawet bez konieczności posiadania w domu choćby jednego obrazu czy rzeźby.

Historyczka sztuki Małgorzata Omilanowska (nawiasem mówiąc była ministerka kultury) specjalizuje się jako profesorka uniwersytetów Warszawskiego i Gdańskiego w problemach architektury XX i XXI wieku.
Właśnie – w problemach, nie tylko w jej historii, Omilanowska pokazuje bowiem architekturę nie w toku chłodnego, czysto opisowego, chronologicznego wykładu, lecz w jej powiązaniu z życiem społecznym, prądami kulturowymi i myślowymi, okolicznościami historycznymi i tak dalej. Zbiór jej szkiców rozpoczyna się od podjęcia zagadnienia rzadko dziś, w dobie unifikacji architektonicznej, jej zglajszachtowania i estetycznej bylejakości – zagadnienia architektury narodowej i państwowej, które było żywe nie tylko w II Rzeczypospolitej, ale jeszcze także w okresie zaborów, a częściowo także w PRL.
Omilanowska pokazuje spory o styl narodowy i jego tworzenie na tle kształtowania się stylów narodowych w niektórych krajach Europy, pokazuje konkretne formy stylu narodowego w polskiej architekturze m.in. na przykładzie inspiracji zewnętrznych, n.p. w postaci stylu neorenesansowego (n.p. Most Poniatowskiego w Warszawie) czy neogotyckiego (m.in. liczne kościoły katolickie i zbory protestanckie) z przełomu XIX i XX wieku, a także oddziaływania wpływów regionalnych (styl zakopiański kreowany przez Stanisława Witkiewicza).
Jako przykład podstawowej emanacji stylu polskiego w architekturze przywołuje autorka z jednej strony główną inspirację jaką był tak zwany styl dworkowy, styl dworku szlacheckiego, naznaczony silnymi wpływami klasycystycznymi, który przejawiał się w licznych, dalece przetworzonych formy w rozmaitych postaciach architektury, nawet w architekturze monumentalnej, „urzędowej”, publicznej.
Jako przykłady specyficznego stylu polskiego przywołuje autorka m.in. gmach Sejmu w Warszawie, Sejmu Śląskiego w Katowicach czy choćby gmach gimnazjum (dziś liceum) imienia Stefana Batorego przy ulicy Myśliwieckiej w Warszawie czy kreacyjną kwintesencję „narodowego stylu polskiego” w postaci kryształowej wieży w Paryżu, polskiego pawilonu na wystawie przemysłu i sztuki w 1925 roku. Po bloku tekstów poświęconych rozmaitym problemom „polskiego styku narodowego”, można przeczytać tekst dotykający architektury po 1945 roku, „Kłopotliwy dar Stalina.
Pałac Kultury i Nauki oraz plac Defilad w Warszawie z perspektywy posttotalitarnej i postkolonialnej”, interesująca próba naukowego odniesienia się do powracającej od lat dyskusji wokół tego obiektu (dyskusji w której pojawiły się nawet obłąkańcze pomysły jego zburzenia). Omilanowska przypomina, że określany najbardziej radykalnymi, negatywnymi epitetami Pałac był silnie inspirowany neorenesansowym stylem polskim i akcentami zaczerpniętymi z polskiej architektury ludowej.
Poza bardziej „technicznymi” kwestiami, jak stosowanie żelaza i żelbetu w architekturze (n.p. w przywoływanym już przypadku Mostu Poniatowskiego (1909-1913) autorka podjęła też frapujący temat „kwiatów PRL” czyli „ekspresyjnego nurtu awangardy socmodernizmu w polskiej architekturze początku lat lat sześćdziesiątych XX wieku”.
Do jej najznakomitszych przykładów zalicza się n.p. n.p. budynek dworca Warszawa Ochota czy bezmyślnie zburzone – budynek SAM-u przy ulicy Puławskiej i pawilon „Chemii” przy ulicy Brackiej w Warszawie. W tekście na temat rekonstrukcji, odbudowy zabytków mowa jest m.in. o odbudowie do totalnie spalonego i zbombardowanego przez Niemców w 1914 roku Kalisza.
Często zapominamy, że znaczna część zabudowy historycznej tego najstarszego z polskich miast, jest efektem rekonstrukcji dokonanej w XX wieku.
W aspekcie chronologicznym, tekst najbliższy tematycznie naszej współczesności poświęcony został najciekawszym przykładom infrastruktury kultury w pierwszym piętnastoleciu XXI wieku.
Jednak wisienką na torcie jakim jest ten interesujący zbiór jest tekst tyleż poświęcony odległej epoce architektonicznej, co jest współczesnemu aspektowi. To tekst „Jak na obrazach Canaletta. Rola wedut Bernarda Bellotta w odbudowie warszawskich zabytków”.
Omilanowska uzmysławia odbiorcom architektury stanisławowskiej, turystom i mieszkańcom Warszawy pewien fascynujący fakt, którego najczęściej nie są świadomi. Streszcza się on w taki oto passusie: „Na rekonstruowaniu zabytków zgodnie z utrwalonymi przez Bellotta kształtami nie poprzestano.
Przecież Canaletto nie uwiecznił wszystkich ulic i budowli warszawskich, a odbudować postanowiono i te, których wyglądy z czasów stanisławowskich nie znano. Architekci projektujący odbudowę mieli już jednak nieźle opracowany warsztat twórcy architektury późnobarokowej i uwiedzeniu pięknem wizji włoskiego weducisty, bez problemu projektowali kolejne pałace warszawskie „w duchu Canaletta”. (…) W rezultacie Warszawa po odbudowie ze zniszczeń wojennych nie tylko uzyskała kształt bliższy wizjom Bellotta niż miała przed wojną, ale stała się bardziej canalletowska niż kiedykolwiek była, nawet za życia włoskiego weducisty”.
Co więcej, dzisiejsza canalettowska zabudowa Warszawy jest kreacją także w tym aspekcie, że Canaletto bynajmniej nie zawsze „fotograficznie” odzwierciedlał widok miast za jego czasów, lecz dodawał elementy (n.p. wystroju gmachów) w rzeczywistości nieistniejące, zaczerpnięte z jego wyobraźni.
Z tego względu dzisiejszy wygląd historycznej Warszawy stanisławowskiej (głównie Stare Miasto i okolice) jest w znacznym stopniu nie rekonstrukcją, lecz czystą kreacją. „Odbudowa Warszawy budzi skrajne emocje, od zachwytów do potępienia.
Bywa podziwiana (…) ale i krytykowana o tworzenie makiet, pozorowanie historii, uważana za iluzję, oszustwo itp. W istocie była wielką kreacją najwybitniejszych żyjących wówczas polskich architektów, którzy tak naprawdę wznieśli nowe centrum miasta w dawnych formach – wyidealizowane w ich marzeniach i pragnieniach, pełne „klasycystycznych” i „barokowych” pałaców i kamienic (…) Centrum Warszawy – Stare i Nowe Miasto, to jednak nie „makieta” (…) To (…) przykład kreowania nowej architektury miejskiej w historyzujących formach.
Należy jedynie zrezygnować ze stosowania w odniesieniu do niej fałszywego w tym kontekście kryterium zabytku. Jest sumą mniej lub bardziej wiernych rekonstrukcji niegdyś stojących w tym mieście budowli oraz nowych budynków „oddających atmosferę” miejsc i ulic, tak jak rozumieli, pamiętali czy chcieli pamiętać architekci”.
Lektura to bardzo pouczająca, poszerzająca zakres spojrzenia porządkująca chaotyczne wiadomości, wrażenia i intuicje.

Małgorzata Omilanowska – „Kreacja, konstrukcja, rekonstrukcja. Studia z architektury XIX-XXI wieku”, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2016, str.474, ISBN 978-83-65630-30-8

O sprawie Dreyfusa nieco inaczej

Najnowszy film Romana Polańskiego („J’accuse”, 2019), to dobra okazja by znów, lub po raz pierwszy, poczytać o sprawie kapitana Alfreda Dreyfusa, która jak się okazuje po przeszło stuleciu, wytworzyła pewien model konfliktu społeczno-politycznego, w dużym stopniu aktualny do dziś.

Praca Michała Horoszewicza jest pierwszym polskim syntetycznym ujęciem tej sprawy, jako że dotychczas mogliśmy sięgać jedynie po rozdziały czy nawet akapity w syntezach historii Francji czy historii powszechnej lub po popularne i na ogół raczej pobieżne artykuły prasowe. Horoszewicz dokonał syntezy popularno-naukowej, lecz w swym bogatym oparciu o źródła i francuską literaturę przedmiotu zbliżającej się do poziomu pracy naukowej. Opis sprawy Dreyfusa poprzedził naszkicowaniem rozległego tła na którym się ona rozegrała, a więc Francji po klęsce 1871 roku wojnie z Prusami i Komunie Paryskiej, upokorzonej narodowo, z drążącym ją fenomenem intensywnego i powszechnego antysemityzmu oraz potężną rolą Kościoła katolickiego. Ten ostatni bowiem, poza antysemityzmem, wskazuje autor jako na główne źródło inspiracji sprawy Dreyfusa. Przy czym Horoszewicz zachowuje w tej sprawie obiektywizm pokazując, że Kościół – wbrew mocno upowszechnionemu przekonaniu – nie był w tej kwestii jednolity i nie wszystkie jego segmenty jednoznacznie stanęły w szeregach antydreyfusardów.
Podobnie było, zdaniem autora, z korpusem oficerskim, który również, wbrew przyjętemu przekonaniu nie był jednolity w antydreyfuzardyzmie i radykalnym militaryzmie. Wystarczy przywołać szczególnie paradoksalny casus generała-markiza de Gallifet, uważanego za skrajnego reakcjonistę „kata Komuny Paryskiej”, jej krwawego pacyfikatora (negatywny bohater poematu Władysława Broniewskiego „Komuna Paryska” – „generale Gallifet krew masz na butach, generale Fallifet, cuchniesz mordem”), który ku ogólnemu zaskoczeniu stanął w obronie Dreyfusa. Podobne odrębne od powszechnie utrwalonego jest stanowisko autora w kwestii skali konfliktu. „Rozpowszechniony pogląd o Francji podzielonej na dwoje przez Sprawę, jest mylny. Zajmowały się nią i pasjonowały mniejszości, „elity”, przede wszystkim Paryż mieszczański. Dreyfusizm miał względnie skromne grono zwolenników, nigdy nie stał się powszechny. Nie wiadomo – przyznawał w 1961 roku historyk Jean-Pierre Peter – w jakim stopniu pozaparyska reszta kraju brała udział w sporze.
Wieś mogła pozostać w dominującej mierze nietknięta tym wydarzeniem społecznym. (…) Sprawa przewalała się nad nimi. Wolno więc sądzić, że jedynie kilkanaście – najwyżej dwadzieścia – procent ogółu społeczeństwa włączało się, na różny zresztą sposób, w Sprawę”. Po tym poddaniu w wątpliwość trafności trzech utrwalonych poglądów autor drobiazgowo, ale w sposób nienużący, barwny, nawet lekki, opisał sprawę Dreyfusa w rozmaitych segmentach życia francuskiego, w prasie, w lożach masońskich (także one były w tej kwestii nie w pełni jednolite), z perspektywy podzielonego na trzy frakcje Kościoła i papiestwa, uwzględniając rozmaite i liczne zwroty akcji, stosowaną symbolikę, paroksyzm nacjonalistyczny i antysemicki. Horoszewicz uwzględnił też perspektywę polską, prezentując zróżnicowane stanowiska prasy w Królestwie Polskim, od wrogiej obozowi dreyfusardów klerykalno-anysemisko-konserwatywnej „Roli”, po przyjazny mu, pozytywistyczny „Przegląd Tygodniowy”.
„Sprawa Dreyfusa” Michała Horoszewicza, co stanowi jej dodatkowy walor, jest bogato ilustrowana rysunkami satyrycznymi zaczerpniętymi z prasy, głównie francuskiej tamtych czasów.
Michał Horoszewicz – „Sprawa Dreufusa”, wyd. Bellona, Warszawa 2019, str. 229, ISBN 978-83-11-15813-9

Wszystko co najgorsze

Ani jednego słowa, ani jednego zdania z tej niewielkiej książeczki nie sposób uznać ani za nowe, ani za nieznane, ani za nieoczywiste. Jest to dokładnie wszystko to, co na co dzień wchłaniamy z przestrzeni życia publicznego w Polsce, z mediów wszelakich.

Wszystkie pola walki, wszystkie punkty sporu, wszystkie nienawiści, brednie, lęki, rozczarowania, całe Zło tego czasu. A jednak, paradoksalnie, jest to rzecz wybitna.
Ten tekst prowokuje silne wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze, to co rozproszone autorzy skoncentrowali niczym w soczewce, podali w postaci esencji zwartej i gorzkiej, jak to tylko jest możliwe. Po drugie, rangę pytaniom i kwestiom jakie postawili nadał w ogromnym stopniu ich adresat, Marek Edelman (1923-2009), lekarz, działacz, jeden z przywódców Powstania w Getcie Warszawskim. A że nie żyje on od przeszło dekady, więc jest to list do … ducha. To też rzecz niezupełnie nowa, jako że istnieje w pomroku przeszłości taka tradycja literacko-filozoficzna jak listy do umarłych, można przywołać osiemnastowieczne „Listy do umarłych” Fontenelle’a. (…) czy da Pan wiarę, że Polska po trzydziestu latach wolności znowu zaczyna ją tracić? I to tym razem z woli samych rodaków?” Ta uwertura w postaci dramatycznego pytania poprzedza obszerny katalog tego, co jest dziś naszym udziałem. Słowem – gdyby ktoś wrócił do Polski po roku, dwóch, po takiej też przerwie w czytaniu gazet i śledzeniu mediów wszelakich, od prasy przez stacje telewizyjne po internet, to aby szybko ogarnąć, bez konieczności żmudnej, prasochłonnej i czasochłonnej czynności przeglądania wiadomości wstecz, dzień po dniu – powinien sięgnąć po tę książeczkę. Bez konieczności zagłębiania się w nadmiar detali znajdzie w niej klimat naszych dni. Autorzy nie przebierają w słowach. Nie w tym oczywiście sensie, by używali tzw. słów „grubych”, ale w sensie dosadności ich treści i znaczenia, nie bez solidnej szczypty wyrazistych metafor publicystycznych. Kilka kwestii co mocniejszych: „Zmiany Polski na taki raj chce Wielki Inżynier przeżuwający swe kompleksy i porażki w mrocznym zaciszu żoliborskiego domu wzniesionego z PRL-owskich cegieł”. „Nie znosimy kibolsko-oenerowskiej ekipy, która włada dziś Polską. Jesteśmy przekonani, że kiedyś w państwie rządzonym przez prawo, poszczególni przedstawiciele dzisiejszej władzy muszą stanąć przed niezależnymi sądami, by tłumaczyć się z propagowania nacjonalizmu i nienawiści”. Takich, i o wiele mocniejszych kwestii, w tym demaskatorskiego cytowania języka Kaczyńskiego i PiS, z uwypukleniem n.p. jego konotacji z językiem propagandy hitlerowskiej w stosunku do Żydów. Jest ta książeczka nie tylko katalogiem tego CO JEST, ale też tego, CO MOŻE BYĆ. Jako rezultat. W jednym z listów porównują autorzy sytuację polską do Francji podzielonej przez sprawę Dreyfusa: „Dreyfusa w Polsce jeszcze nie ma, ale dewastacja państwa trwa. Polska z każdym dniem jest słabsza jako organizm polityczny. Prawo przestaje znaczyć prawo, a staje się narzędziem służącym władzy. Ideologia PiS-landu, koktajl narodowego socjalizmu i religijnego fundamentalizmu, zastępuje rozmaitość poglądów i wolność ich głoszenia. Spory ideowe i polityczne coraz mocniej dzielą obywateli. Lada chwila zacznie się gospodarczy zmierzch. Na koniec zostaniemy sami w Europie naprzeciwko Rosji”. Nic dodać, nic ująć. Zdarzają się mądre książki-przestrogi, utkane z tworzywa, które dobrze znamy, książki-syntezy, jak przywołany przez Adama Michnika w cytacie na okładce książki list Woltera do Pana Boga po zagładzie Lizbony. Ten „gorzki esej” Beresia i Burnetki, jak go określiła Krystyna Janda, jest taką książką.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko – „List do Marka Edelmana. Za wolność wczoraj i dziś”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 101, ISBN 978-83-66095-18-2

Ważny głos w dyskusji o szkole

Prof. dr hab. Wojciech Pomykało to znany i poważany autor prac i badań nad ideałem wychowywania i kształcenia oraz kierunkami rozwoju edukacji ogólnej, zawodowej i akademickiej. Takim osiągnięciem jest również praca „Człowiek przyszłości-kształtowanie człowieka w nowożytnej historii-zarys metodologii”.

Profesor jest również autorem oryginalnej koncepcji wyższej szkoły akademickiej, z siecią placówek regionalnych i telewizyjną edukacja dydaktyczną (WSSE plus „Edusat”). Ma nie tylko swoje poglądy, ale także osiągnięcia redakcyjne i wydawnicze („Encyklopedia Pedagogiczna”’ „Encyklopedia Psychologii” i inne prace). Współpracował naukowo z takimi specjalistami, jak profesorowie B .Suchodolski, W. Szewczyk, A. Janowski, A. Jaczewski, ale także zderzył się z betonem naukowym i politycznym, który deprecjonował i niszczył jego propozycje, poglądy i osiągnięcia.
Prof. Wojciech Pomykało, jak znany bohater Hemingwaya, nie dal się zniszczyć i pokonać. Trwałe są jego publikacje i pamięć o uczelni, wydawnictwie i „Edusacie”. Nadal kontynuuje dyskusję o potrzebie nowego ideału wychowawczego i kultury, zwłaszcza w dobie transformacji politycznej i rozwijania nowej siły ustrojowej, jaka jest niewątpliwie Chińska Republika Ludowa, z nowa reforma państwa i gospodarki od dalszego rozwoju jej kultury i edukacji.

Profesor oczekuje szybszego i szerszego rozwoju edukacji oraz przełomu w pedagogice. Zwraca uwag na wyrazisty zastój w poglądach o wychowaniu, odchodzenie od wskazań B. Suchodolskiego i fałszowanie prawd i poglądów, lekceważenia dorobku tych którzy przełamywali zastój polskiej myśli pedagogicznej, ale i krytycznego odniesienia się do tych , którzy zwalczali nowe propozycje i nie dopuszczali do rozwoju nowoczesnej pedagogiki.

W tekście wyraźnie wykazuje rolę wielkiego kapitału, jego wpływ na rozwój edukacji oraz brak skonkretyzowanego, odnowionego i rozwiniętego ideału wychowania i kształcenia który jest dziś niezbędny dla dalszego skutecznego rozwoju edukacji. Wyraźnie piętnuje, zachowawcze rozumienie pedagogiki i ograniczenie jej do nauki o szkolnym kształceniu oraz realizowaniu ewentualnych wskazań, tradycyjnego ideału i metod kształcenia.

Polemika profesora z tradycjonalistami jest dynamiczna i konkretna. Dobrze wskazuje konkretne szkodliwe działania swych oponentów, którzy także dawali się poznać innym autorom i organizatorom prac, na rzecz reformy edukacji.

Taki tekst, z argumentacją zbudowaną pod potrzeby dla wywierania, czy nawet otwierania dyskusji nad polska edukacja a także pedagogiką, wydaje się całkowicie słuszny i bardzo współcześnie potrzebny. Mogę dodać do tych oddziaływań, swoje starania o upodmiotowienie i rozwiniecie kształcenia wielostronnego, które budowałem w sporze z tendencjami w tym zakresie jakie wskazał w swych opracowaniach dotychczasowych prof. Wincenty Okoń. Taka możliwość dynamicznego rozwoju nowoczesnej dydaktyki, także została zaniedbana a opublikowane często współczesne propozycje z zakresu teorii kształcenia, opierają się w wielu wypadkach na starych podstawach teoretycznych i metodologicznych. Podobnie brak w dydaktyce i pedagogice, powrotu do podstaw aksjologicznych, które są zastępowane, przez uwzględnianie bieżących podstaw kształcenia i wąsko pragmatycznie rozumianych zadań szkół i nauczycieli . Nie zostały natomiast rozwinięte w system edukacji polskiej, a także innych krajów, podstawy kształcenia ustawicz nego, które od 1975 roku, propaguje w swych postulatach i raportach UNESCO. Te zagadnienia, wraz z rozwinięciem edukacji cało kształceniowej, wzbogaconej komputeryzacją – to ważne zadanie i kierunki modernizacji edukacyjnej, w której odnotowany jest współcześnie nie tylko zastój, ale wyraźny regres, jak chociażby, w postaci likwidacji w naszym kraju gimnazjów. Nie chodzi o nazwę, tylko o specyficzny zakres i właściwości oddziaływań wychowawczych na młodzież, w wieku gimnazjalnym.

To ważne, że trzy etapy funkcjonowania szkoły zachowano w Chinach i aktualnie rozwija się je, wzbogacając oraz modernizując ich funkcjonowanie zwłaszcza na poziomie gimnazjalnym. Przykład Chin, a także rozwój tego systemu w Stanach Zjednoczonych oraz Francji, musi budzić potrzebę refleksji w środowiskach uczelnianych reformatorów i poszukiwaczy racjonalnej reformy edukacji w naszej ojczyźnie.
Propozycje prof. Pomykało, w pełni zasługują na przedyskutowanie i rozwinięcie. Edukacja i pedagogika, znalazły się współcześnie bowiem, w zapomnieniu i regresie, a nawet w wewnętrznym chaosie i na razie nie widać, nie tylko prób wyjścia z tej sytuacji, ale nawet konstruowania wartościowych zamierzeń i tendencji w dziedzinie modernizacji współczesnej edukacji. W takiej sytuacji, podjęcie prób konstruowania wartościowych zamierzeń i tendencji modernizacji, wymaga każdorazowo wywołania na ten temat rzeczowej dyskusji. Kuriozalna jest też niechęć, a nawet ataki ad persona, o czym wyraźnie pisze w swym opracowaniu prof. Wojciech Pomykało dawniej i obecnie na osoby inicjujące takie dyskusje.
Pole dyskusji i poszukiwań naprawienia sytuacji edukacyjnych, jest duże i wielostronne. Na kształt edukacji, nie tylko oddziałuje wielki kapitał, ale także tradycja kultury i rozwoju konkretnych społeczeństw. Takie potrzeby różnych środowisk, zwłaszcza terenów wiejskich środowisk, biedy materialnej i duchowej rodzin zaniedbanych, które rzadko staja się przedmiotem takiego zainteresowania wielkiego kapitału, który nie daje im szansy wyjścia z osobowego i osobowościowego kryzysu też we współczesnych czasach.

Autor taki jak prof. W. Pomykało, dobrze wywołuje i opisuje problemy i tereny, konieczne dziś, do szerszej analizy pedagogicznej. Jego tekst jest potrzebny dla inicjowania analiz i wskazywania kierunku potrzeb zmian, konicznych dla realizacji rozwoju procesu wychowania i kształcenia oraz teorii pedagogicznych. Takie opracowanie, w pełni zasługuje na opublikowanie, upowszechnienie w dyskusjach oraz analizach problemów, które podejmuje wspomniany autor w omawianym dziele.

Wyjątkowa praca

Rozprawa naukowa napisana przez Profesora Wojciecha Pomykało zajmuje wyjątkowe miejsce wśród wydawanych współcześnie publikacji z zakresu pedagogiki.

Autor wnikliwie i wszechstronnie przeprowadził analizę warunków społecznych, gospodarczych, politycznych, kulturowych w których żyje człowiek XXI wieku. Po drugie, wykazał niedostatki funkcjonującej literatury naukowej z zakresu pedagogiki. Wskazuje na znaczenie aktualne poglądów Bogdana Suchodolskiego.

W ocenie Autora m.in. pomijana bywa rola pedagogów w kształtowaniu światopoglądu oraz niedoceniany jest wpływ światopoglądu na istnienie człowieka. Profesor Pomykało podkreśla nieodzowność ujmowania przez pedagogów człowieka w nowych, szczególnych warunkach istnienia ukształtowanych przez neokapitalizm. Słusznie wykazuje narastanie znaczenia pedagogiki w naszym stuleciu, w związku z oddziaływaniem wadliwych wartości w społeczeństwie.

Rozprawę naukową o której tu mowa, należy traktować jako fundamentalny wstęp dla kolejnej monografii Wojciecha Pomykało ukonkretniającej oddziaływanie pedagogów na kształtowanie człowieka przyszłości.

Romans wznowiony

W 2005 bodaj roku, po tekście pierwszego wydaniu „Polski, wiecznego romansu” Dariusza Gawina jedynie się prześlizgnąłem. Bardziej więc z pochlebnych, a nawet entuzjastycznych opinii prasowych, niż z przemyśleń lektury własnej wywiodłem opinię o wadze tej książki, uznanej za jeden z najciekawszych głosów z kręgu środowisk konserwatywnych. Myślę, że już samo to uzasadnia zainteresowanie się nią ze strony lewicowego publicysty.

Dlatego gdy w 2019 roku ukazało się trzecie już jej wydanie, w innych zgoła niż 15 prawie lat temu „okolicznościach przyrody”, sięgnąłem po nie wręcz skwapliwie, z uczuciem zaintrygowania, z pragnieniem skonfrontowania tego głośnego i poniekąd „kultowego” – w kręgach prawicowo-konserwatywnej, opiniotwórczej publicystyki – zbioru esejów. W innych, jak wspomniałem, „okolicznościach przyrody”, bo bez mała 10 lat po katastrofie smoleńskiej i w okolicznościach dramatycznego i głębokiego podziału narodowego na dwa ostro, brutalnie zwalczające się obozy polityczne. Podziału, który w 2006 roku, w kształcie i skali obecnej, posmoleńskiej, był nawet trudny do wyobrażenia. Logika i przebieg zdarzeń politycznych od kwietnia 2010 roku przesunęły myślenie Gawina, konfrontujące się z tamtymi, z 2006 roku, sprawami polskimi. Przesunęły w przestrzeń i okoliczności nieporównywalnie bardziej dramatyczne, dramatyzmem, którego skalę i intensywność trudno było sobie wtedy nawet wyobrazić czy przeczuć. Do tego trzeba uwzględnić i to, że teksty składające się na „Polskę, wieczny romans” powstały znacznie wcześniej, między rokiem 1999 a 2003, co jeszcze bardziej zmienia proporcje między czasami owych dwóch konfrontacji.
Sam autor tę zmianę uwzględnia w swojej przedmowie do wydania z 2019 roku. We wstępie do wydania pierwszego pisał: „Teksty, które zostały zebrane w niniejszym tomie – choć pozornie historyczne – zrodziły się w istocie z silnej potrzeby zrozumienia Polski współczesnej. Na pierwszy rzut oka myśl tego rodzaju wydaje się karkołomna: w jaki sposób Prus, Żeromski, Sienkiewicz czy Brzozowski mogą objaśnić rzeczywistość III Rzeczypospolitej? Wydaje się, iż są to autorzy uwięzieni już na zawsze w czasie, który już przeminął. Przecież inteligencja ponoć już na zawsze odeszła do lamusa historii, skończył się – jak to na początku wolności obwieściła profesor Maria Janion – paradygmat romantyczny, a wyobraźnią zbiorową niepodzielnie zawładnęła kultura masowa”. Skoro jednak, tak jak trzydzieści lat wcześniej, w „epoce świata nieprzedstawionego” Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera, nie powstały dzieła przedstawiające całościowy obraz PRL, tak w III Rzeczypospolitej nie pojawiła się proza, która w odniesieniu do niej spełniałaby to kryterium, to …. jako diagności naszej współczesności zostali nam starzy klasycy – konstatował Gawin.
Swój zamysł tak oto zakreślał i jednocześnie interesująco, a przy tym błyskotliwie puentował we wstępie przedmowie do pierwszego wydania „Polski, wiecznego romansu”: „Większość z tych tekstów porusza się wokół kwestii związanych z ideową historią polskiej inteligencji liberalno-lewicowej i szerzej – lewicy jako formacji intelektualnej. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy piszę o adwersarzach lewicy, takich jak Sienkiewicz czy Reymont. Wynika to z faktu, iż właśnie ta formacja zdobyła stopniowo, nie tylko w polskiej kulturze, lecz także w polskiej polityce pozycję dominującą w trakcie całej burzliwej historii XX wieku. Prawda, stało się to z walną pomocą Stalina i PRL. Nie należy jednak przeceniać – jakkolwiek słusznego – argumentu o znaczeniu inżynierii społecznej dla kształtowania polskiej rzeczywistości. Gdyby nawet, jak to po wojnie mówiono, Anders wrócił do Warszawy na „białym koniu”, i tak w jego taborach przyjechałby Grydzewski, a wznowione „Wiadomości” – jako pismo liberalno-lewicowe – dalej zajmowałoby centralną pozycję w polskim życiu intelektualnym z Antonim Słonimskim na czele (ciekawe swoją drogą, gdzie wtedy lokowaliby się Tadeusz Kroński i Czesław Miłosz). Prawda, starcie między młodym Leszkiem Kołakowskim a Władysławem Tatarkiewiczem rozegrałoby się w bardziej – nazwijmy to w ten sposób – sportowej atmosferze. Jednak jego wynik – naturalnie nie tylko w sensie wpływu na opinię publiczną – nie odbiegałby chyba od wyniku znanego z lat 50. Jeśli bowiem powrót do Paryża generała de Gaulle w niczym nie umniejszył pozycji Sartre’a pomimo wszystkich jego godnych pożałowania stalinowskich ekscesów, to tym bardziej trudno sobie wyobrażać, iżby akurat w Warszawie sprawy miały przybrać inny obrót niż na Zachodzie. Duch dziejów, dla przyczyn znanych niestety tylko jemu samemu, „tchnie kędy chce”, a chciał wtedy „tchnąć” właśnie w lewą stronę. Dlatego właśnie cofnięcie się w głąb tradycji liberalno-lewicowej inteligencji ważne jest dla zrozumienia współczesnej Polski”.
Bo to w lewica wspierała PRL i to lewica doprowadziła do jej demontażu – konstatuje Gawin. Zanim jednak dojdę do próby zdefiniowania skutków konfrontacji myślowej „Polski, wiecznego romansu” z rzeczywistością kończącej się dekady i bieżącą teraźniejszością – nieco o problematyce samych esejów na ów tom się składających. Jak wskazuje już sam tytuł pierwszego szkicu, „Lalka” – powieść o transformacji”, powieść Bolesława Prusa dobrze się wpisała zwłaszcza w pierwszą dekadę III RP (1989-1999). Sam zresztą esej powstał w 1999 roku właśnie, czyli w finałowej fazie pierwszego etapu przeobrażania się społeczno-ekonomicznego Polski po przełomie 1989 czyli po demontażu realnego socjalizmu. Akurat w tym eseju Gawin w swojej interpretacji sensów „Lalki” nie odbiega tak bardzo (o paradoksie!) od interpretacji Jana Kotta z przedmowy do wydania „Lalki” w pierwszej połowie lat 50-tych. W przedmowie tej, zatytułowanej „Powieść z wielkich pytań naszej epoki”, Kott, czołowy wtedy krytyk z gildii stalinowskiej, odczytywał „Lalkę” również jako powieść o transformacji, o przełomie epok, o przełamywaniu murów feudalizmu przez młody, a właściwie rodzący się wtedy na ziemiach polskich kapitalizm. Gawin widzi w swoim eseju transformację szerzej niż tylko jako przemiany w Królestwie Polskim w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku rejestrowane przez Prusa. Widzi transformację „obejmującą model nowoczesności, którą wypełnił cały XX wiek”, to „najkrótsze stulecie”, jak go nazwano. Ta transformacja to nie tylko przemiana tradycyjnej, „analogowej” wersji XIX wiecznego kapitalizmu w kapitalizm „drapieżny” XX wieku (ten z kolei na naszych oczach na przełomie XX i XXI wieku przetworzył się w „turbokapitalizm”), ale także przemiana w polityce. I dziś także doświadczamy tego, co opisywał Prus, a więc „wielowątkowego wyradzania się procesu modernizacji, który oprócz oczywistego postępu cywilizacyjnego rodzi także zatrute owoce w postaci egoistycznego, spekulacyjnego kapitalizmu, klasowych antagonizmów oraz masowej, zideologizowanej polityki”. I już choćby tylko fakt, że to zdanie można odnieść także do aktualnie zachodzących procesów sprawia, że można uznać „Lalkę” nie tylko za powieść o konkretnej transformacji, ale o odwiecznym, uniwersalnym mechanizmie transformacji. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy pisząc tekst o „Lalce” przeczytał Gawin wydaną w tym mnie więcej okresie (2001) „Lalkę i perłę”, studium o powieści Prusa autorstwa Olgi Tokarczuk. Z jego tekstu to nie wynika, bo jego, konserwatysty, wizja tej powieści, jest w podejściu do problematyki „Lalki”, paradoksalnie bliższa, w modelu podejścia, ujęciu ówczesnego komunisty Kotta niż indywidualistyczno-psychologicznemu ujęciu Tokarczuk. Obaj widzieli w powieści Prusa nade wszystko powieść modelową jako obraz przemian ekonomicznych, społecznych, politycznych i cywilizacyjnych. Tylko ona dostrzegła w „Lalce” głębinową powieść psychologiczno-kulturową, zawierającą pokłady głęboko osadzonych i subtelnych znaczeń, „poruszeń” ducha ludzkiego, które nawet nie śniły się kilku pokoleniom tradycjonalnych analityków i interpretatorów tej powieści.
W szkicu „Dmowski – polityka jako gra w nowoczesność” autor chciał pokazać, że polityk ten, tradycyjnie kojarzony jako ideolog obskurantyzmu, wstecznictwa, parafiańszczyzny, kręgów wrogich w stosunku do nowoczesności i modernizacji był w istocie rzeczy zwolennikiem transformacji, modernizacji, podjęcia przez naród polski drogi ku nowoczesności. W modernizacji autor „Myśli nowoczesnego Polaka” widział realizację interesu narodowego.
Dwa kolejne szkice poświęcił Gawin Henrykowi Sienkiewiczowi. „Sienkiewicz – nasz współczesny” jest w znacznym stopniu rekapitulacją wielkiego, historycznego „sporu o Sienkiewicza” wywołanego przez Stanisława Brzozowskiego i jego osąd twórcy „Trylogii” jako „reprezentancie”, „ideologu” „Polski zdziecinniałej” i „apologecie szlachetczyzny”, wyrazu „polskiej zaściankowości i prowincjonalizmu”. Gdy jednak, czytając, zmierzamy do poznania konkluzji wywodu Gawina, w której skrystalizowałby się sens tytułowej frazy o „Sienkiewiczu – naszym współczesnym”, spotyka nas niespodzianka. Osobiście byłem zaintrygowany, jakim sposobem autor eseju przedestyluje „pisarza-reakcjonistę” Sienkiewicza na eksponenta nowoczesności. Gawin okazał się bardziej umiarkowany w swojej energii interpretacyjnej niż się tego spodziewałem. Oto bowiem „nowoczesność” Sienkiewicza wywiódł eseista z dwóch jego powieści uważanych za najbardziej „wsteczne” : z „Wirów” i „Rodziny Połanieckich”. W tej pierwszej odnalazł fragment, z którego miałoby wynikać, że nowoczesność Sienkiewicza ma polegać na tym, że wbrew dominującym w okresie pisania „Wirów” „resentymentom społecznym” (radykalny socjalizm), „polski patriotyzm” osiągnął nad nimi zwycięstwo, a „kraj zdołał się obronić przed rewolucyjnym najazdem”. W apologii cnót kapitalistycznych głównego bohatera „Rodziny Połanieckich” dostrzegł Gawin przeczucie przyszłego, bezapelacyjnego zwycięstwa kapitalizmu i wolnego rynku. No, to ja dziękuję za taką „nowoczesność”. To już ciekawszych, a przede wszystkim znacznie dalej idących odkryć interpretacyjnych dokonała profesor Joanna Sztachelska, badaczka twórczości Sienkiewicza. W swoich pracach w sposób istotny (choć zapewne nie do końca) podważyła ona fundamentalne tezy o bezapelacyjnym i konsekwentnym konserwatyzmie, wstecznictwie i apologii szlachetczyzny autora „Trylogii”. Analizy jego prozy, poparte także analizami jego biografii i epistolografii, doprowadziły ją do wniosku, że wszystko to było tak naprawdę „teatrem” pisarskim, grą w literaturę. A nade wszystko bardziej podyktowaną względami merkantylnymi formą dostosowania się do zapotrzebowań uczuciowych i estetycznych szerokich kręgów czytelniczych niż wyrazem jego własnych poglądów. Zdaniem Sztachelskiej, personalnym „porte parole” Sienkiewicza w jego prozie nie był ani Skrzetuski, ani Kmicic, ani Wołodyjowski, ani Stach Połaniecki i inni pobożni i „konserwatywni” bohaterowie jego powieści, lecz Leon Płoszowski, religijny sceptyk i moralny nihilista, bohater „Bez dogmatu”.
Drugi szkic „sienkiewiczowski” („Neron – artysta awangardowy”) poświęcił Gawin najbardziej prestiżowej, najsławniejszej w świecie, noblowskiej powieści „Quo vadis”. W tej hiperchrześcijańskiej i arcykatolickiej w wymowie powieści dostrzegł co prawda Gawin zaniepokojenie Sienkiewicza, metaforę dekadencji cywilizacji europejskiej, narodziny zblazowanej cywilizacji sceptycyzmu schyłku XIX wieku. Jednak jego kluczowa konkluzja odnosi się do innego aspektu, do literackiej formy „Quo vadis”. Gawin zwrócił uwagę, że „konserwatywny” Sienkiewicz nadał „Quo vadis” kształt nowoczesny tak dalece, że tworzący prefigurację „rytmu powstawania kultury masowej”. W „typie jego wyobraźni i obrazowania” dostrzegł „idealny materiał dla kultury masowej”. Jednym z licznych tego potwierdzeń było przywołane przez Gawina francuskie wydanie ilustracji do „Quo vadis” (1912), których kształt i nastrój był wpisany w najpopularniejsze schematy percepcyjne rodzącej się wtedy pop-kultury. Gawin zwraca uwagę, że to co przeczuwał Sienkiewicz w „Quo vadis”, w sposób nieporównywalnie bogatszy i głębszy wyrazili choćby Dostojewski w „Biesach” czy Conrad w „Jądrze ciemności”. Tyle że oni pozostali – jednak – pisarzami dla relatywnie wąskiej publiczności, a Sienkiewicz stał się pisarzem masowej wyobraźni.
Szkic „Reymont i rewolucja”, poświęcony jest głównie jego alegorycznej powieści „Bunt”. Jednak konstatacja, że Reymont był endekiem, wrogiem rewolucji, bolszewizmu i komunizmu byłaby niewystarczająca jako uzasadnienie motywacji zajęcia się tematem „Buntu”. Gawin podjął jednak próbę odpowiedzią na pytanie w jaki sposób Reymont był antyrewolucyjny, a jednocześnie naświetlił tę jego ideową postawę na tle obrazu Królestwa Polskiego i Warszawy w przededniu i w ogniu rewolucji 1905 roku. W reportażowych notatkach Reymonta, Gawina zaszokowało jedno z haseł radykalnego nurtu rewolucji 1905: „Precz z Polską”. Zwraca jednak uwagę na dwa, nieuchronne skądinąd, błędy w diagnozie skutków rewolucji. Twórca „Buntu” widział w rewolucji przede wszystkim anarchię i chaos oraz zerwanie tradycji cywilizacyjnej. I jedno i drugie się nie spełniło. Początkowy chaos rewolucji został ujęty w karby totalitarnej inżynierii społecznej, a pasma tradycji rewolucja jednak w ostatecznym rezultacie nie zdołała zerwać. W sumie jednak Gawin uznał „Bunt” za „element historii intelektualnych zmagań z radykalnym złem XX wieku”. W tomie Gawina pomieszczony jest też szkic „Słonimski – rogaty liberał”, tyleż portret poety i publicysty Antoniego Słonimskiego, co, pars pro toto, wizerunek polskiego liberalizmu w XX wieku.
W całym zbiorze „Polska, wieczny romans” najistotniejsze i najbardziej brzemienne w potencjał aktualizacyjny wydają się być dwa najobszerniejsze szkice: „Polska, wieczny romans Żeromskiego” oraz „Miłosz i Polacy”. Oba podejmują problem polskości i oporu wobec jej kształtu i charakteru. Pierwszy z nich brzmieniem tytułu nawiązuje do tytułu całego zbioru i skoncentrowany jest na „Przedwiośniu” jako obrazie Polski u progu niepodległości. Zagadnień porusza spory szereg. Wśród nich zajmuje się figurą „polskiego domu”, którą jest szlachecki „biały dworek”, jako „kostium” najbardziej przylegający do Polaka i Polaków wszystkich klas i stanów. „We wszystkich innych historycznych kostiumach Polacy czują się nieco skrępowani, wszystkie one trochę ich uwierają lub też onieśmielają. Ten jeden przylega gładko do ciała” – konstatuje Gawin. I w tym właśnie dworku, w Nawłoci, w tej części powieści widzi najważniejszą ekspozycję sensu „Przedwiośnia”. „Dlaczego w tej – jak głosi legenda – arcypolitycznej powieści nie ma wcale polityki polskiej pierwszych lat niepodległości? Dlaczego w tej arcylewicowej powieści ideowymi antagonistami Baryki nie są ani endecy, ani klerykałowie? Dlaczego Żeromski nie pisze w niej ani o zabójstwie Narutowicza, ani o robotniczej rewolcie krakowskiej z 1923 roku?” – pyta Gawin i odpowiada: „Polska w „Przedwiośniu” nie przeciwstawia rewolucji żadnej idei, jeśli przez ideę rozumieć wyrozumowany i wysoce abstrakcyjny zespół przekonań politycznych. Przeciwstawia jej polskość”, jako nade wszystko „urodę życia”. „Pełne uroku życie Nawrockiego dworu ma swoją cenę – nic tutaj nie może być do końca poważne i pełne rozmachu. Ten świat jest w stanie obłaskawić nawet rewolucyjne idee”. „Nawłoć potrafi obłaskawić także heroizm dziejowego dramatu”. Życie w Nawłoci, czyli życie polskie, jest ułatwione, samodurcze, bezrefleksyjne, demonstracyjnie antyintelektualne. To wręcz hipostazy polskości jako takiej, jej esencja. I nie zmienia tego fakt, że niemal tuż za progami polskich „Nawłoci” rozpościera się ocean nędzy, brudu, błota, lenistwa, ciemnoty, nieuctwa, barbarzyństwa – jak konstatuje Szymon Gajowiec. Jednak sarkazm, szyderstwo i ironia, drwina z „panoszącej się połaniecczyzny w obrazie Nawłoci w „Przedwiośniu”, to ze strony Żeromskiego co najwyżej „krytycyzm miłujący” w stosunku do takiego kształtu polskości. Dostrzegł to przywołany przez Gawina Julian Brun-Bronowicz, autor pamfletu „Stefana Żeromskiego tragedia omyłek”. Już jednak w dramacie „Róża” Żeromski postawił sprawę ostrzej. Bo o ile jeden z jego bohaterów, szlachecki rewolucjonista i inteligent Czarowic nienawidzi w Polsce tego, co w niej złe, o tyle jego radykalny polemista Zagozda nienawidzi i pogardza Polską jako taką, nienawidzi całej „wspólnoty narodowej”. I znów, w konkluzji szkicu o Żeromskim Gawin konstatuje, nie bez nieco skrytej satysfakcji, że znów „połaniecczyzna”, najbardziej dobitna hipostaza polskości, formy polskiej osiągnęła historyczne zwycięstwo w naszej teraźniejszości. Oto bowiem „na warszawskich Bielanach jedno z nowo powstałych osiedli na patrona swej głównej ulicy wybrało … Rodzinę Połanieckich”. „Trzymając się logiki sienkiewiczowskiej powieści – kontynuuje Gawin – można przypuścić, że dzisiejszy Pan Stach wraz z dzisiejszą Marynią traktuje swoje nowe, duże mieszkanie tylko jako czasowy przystanek po drodze do ostatecznego celu, jakim niechybnie musi być jakiś Krzemień (…) który można będzie przekształcić w wiejską idyllę. Taką samą, jak ta, którą niedawno Pan Stach i Marynia wracając do domu, mijali na wielkich bilbordach poustawianych przy trasach wlotowych do Warszawy, gdy na ekrany wchodził „Pan Tadeusz”. Soplicowo, Krzemień, Nawłoć – zawsze gdy Polska zaczyna siebie samą w warunkach wolności, zawsze gdy marzy w niewoli, powraca ten sam obraz. W uporczywości, z jaką się pojawia, tkwi coś więcej niż tylko powód do zniecierpliwienia – owa uporczywość daje do myślenia. Czyżby naprawdę była to jedyna w tym kraju utopia zawsze zdolna uwieść wyobraźnię Polaków? I czyżby spory pomiędzy różnymi projektami narodowej kultury sprowadzały się w istocie do tego, w jaki sposób opowiedzieć Polakom po raz kolejny dobrze znaną bajkę o ich szczęśliwym, idealnym i wyśnionym domu?” – tym pytaniem kończy Gawin swój pierwszy z dwóch esejów odnoszących się do współczesnej polskości.
Drugi, „Miłosz i Polacy”, miał pierwotnie, w publikacji prasowej tytuł ostrzejszy: „Apostazja – rzecz o stosunku Czesława Miłosza do Polaków”. Być może zmieniając jego tytuł publikacji książkowej chciał Gawin nieco złagodzić jego wymowę, ale rozpoczyna go raczej ostro, z nutą bez mała zgorszenia, gdy pisze, że „Miłosz jednak nie był dobrodusznym seniorem polskiej kultury, jak często pokazywały go nasze media, od czasu do czasu przekomarzającym się ze swoją publicznością. Zawsze był kimś innym – napastliwym, zawziętym i drapieżnym krytykiem Polaków. Czasem wręcz strasznym w swoim zapamiętaniu i głęboko niesprawiedliwym w swym zacietrzewieniu”.
I tu przywołuje Gawin, na wielu stronach, całkiem spory pakiet antypolskich diatryb Miłosza, zaczerpniętych m.in. z „Roku myśliwego”, wśród których pojawia się i jego „alergia na polskość, i katalog wszystkich „polskich grzechów głównych”, i pogardliwy obraz polskości w „Płomieniach” Brzozowskiego, i Polaków w prozie Dostojewskiego, i w filozofii Tadeusza Krońskiego („My sowieckimi kolbami…”), i wszystko to, co napisał w „Człowieku wśród skorpionów”, filozoficznej opowieści o twórcy „Legendy Młodej Polski”.
Tekst Gawina o Miłoszu to syntetyczny obraz jego „filozoficznej nienawiści” do Polski, Polaków i polskości. W ostatnim rozdziale tego obszernego eseju zatytułowanym „Oikos polskiej literatury” Gawin podsumowuje ojkofobię Miłosza. Choć jednak kończy esej i cały zbiór frazą w stosunku do Miłosza cokolwiek pojednawczą („Dzisiaj już wszyscy, nawet ci, którzy tego z całego serca nie chcą, znajdują się na „wyższym poziomie” gnostycznej wiedzy, która kiedyś była udziałem maleńkiej sekty heretyków, przyjacielskiego kręgu rozczarowanych komunistów z roku 1950. I ten właśnie fakt stanowi właściwą miarę talentu i despotyzmu Miłosza – wielkiego wychowawcy Polaków”), to odnoszę wrażenie, że jest to pojednawczość nieco kwaśna, wygłoszona z nieco wymuszonym uśmiechem.
W wstępie do „Polski, wiecznego romansu”, zarówno w tym pierwszym, jak i tym z najnowszego wydania, Dariusz Gawin zaakcentował ponadczasową aktualność dzieł Prusa, Sienkiewicza, Reymonta czy Żeromskiego, aktualność tak silną, że mogą w zastępstwie, z braku dzieł współczesnych) opisać III Rzeczpospolitą. Czy podtrzymuje to zdanie dziś, prawie piętnaście lat po pierwszej edycji tomu? I w dekadę po katastrofie smoleńskiej, której polityczne konsekwencje doprowadziły do najgłębszego, najbrutalniejszego, najbardziej wrogiego w dziejach i być może najbardziej trwałego podziału Polaków na dwa zaciekle, śmiertelnie nienawidzące się obozy? Czy i dla tej sytuacji znalazłby adekwatny opis w literaturze polskiej sprzed stulecia? I czy naczelna, idylliczna wizja polskości uformowana na kształt „białego polskiego dworku” przetrwa potężną kanonadę nienawiści wewnątrzpolskiej, którą prowadził i prowadzi obóz polityczny tych, którym, zdawałoby się, do tej wizji jest ideologicznie najbliżej? I czy nieporównywalna z niczym „kaskada polskości”, jej werbalno-obrazkowa lawina w narodowo-katolickiej wersji, wylewająca się obficie, do obrzydzenia, z rządowych ośrodków propagandowych i świątyń katolickich nie wywoła, w kontrakcji, takiej fali ojkofobii, która ostatecznie już, niczym wsteczna fala, anihiluje nawet to, co w polskości cenne i co warto z niej w Europie zachować? Nie zamierzam wyręczać Dariusza Gawina w dziele odpowiedzi na te pytania. On swoją wybitną, fascynującą książką, zaczął swój dojrzały, prywatny romans z Polską, niech więc i on go uwieńczy, jeśli nawet nie uda mu się go „uwiecznić”.

Dariusz Gawin – „Polska, wieczny romans. O związkach literatury i polityki w XX wieku”, wyd. Teologia Polityczna, Warszawa 2019, str. 230, ISBN 978-83-62884-38-4

Barokowy tort wiedeński

Podczas lektur „Maskarady geniuszy” Fritza von Herzmanovsky’ego-Orlando towarzyszyły mi dwa wrażenia. Pierwsze wiązało się z pierwszymi godzinami lektury i można je określić jako podziw dla stylu, bogactwa, rozmachu i estetyki dzieła.

Drugie odczucie wynikało z nadmiaru, z przesytu, z nadobfitości, z grandilokwencji, mogącej w pewnym momencie lektury wzbudzić (we mnie wzbudziło) stan niejakiego znużenia, zgodnie z zasadą, że „co za dużo to niezdrowo”. Najwspanialsze nawet słodycze, czekolada, chałwa, rachatłukum, owoce kandyzowane czy najsmakowitszy tort, itd., jeśli spożyjemy ich za dużo, mogą wywołać uczucie mdłości.
Jednak ja akurat przeczytałem „Maskaradę geniuszy” jednym tchem, jednodniowym ciągiem od rana do nocy. Można więc, jak sądzę, zapobiec przesytowi, jeśli będzie się czytało tę powieść z wolna, przez wiele dni, może tygodni, czytając kolejne stronice i rozdziały tak, jak od czasu do czasu sięga się po pralinkę z bombonierki. Dlatego nie będę się koncentrował na ujemnym aspekcie tej lektury, lecz na jej walorach i na podziwie, jaki budzą.
Ten podziw wynikał ze smakowania cudownego barokowego przepychu „Maskarady”, z jej polifonii, z feerii werbalnej i sensualnej, z jej kształtów, zapachów, barw, smaków, dźwięków, z jej przebogatej onomastyki nazw geograficznych, prawdziwych czy zmyślonych, z jej rzadkiej w literaturze eksplozji nieokiełznanej fantazji.
Walory to czysto czytelnicze, na poziomie „czystej formy”, przywołujące na myśl dwóch arcymistrzów „czystej formy”, polskiego – Witkacego i francuskiego – Raymonda Roussel. Sprawiają, że ani trochę nie przeszkadzało mi to, iż gigantyczna literacka psychomachia Herzmanovsky’ego jest przecież literackim „czynem bezzasadnym” („Lochy Watykanu” André Gide), jest w gruncie rzeczy pozbawiona większego sensu i racjonalności w klasycznym znaczeniu tych pojęć.
Bo jedynie ramą czysto formalną jest uznanie, że „Maskarada geniuszy” to wielka alegoria rozkładu monarchii austrowęgierskiej. Wzięcie tej kwalifikacji na serio oznaczałoby, że trzeba by uznać „Maskaradę” za powieść polityczną czy metapolityczną, a przecież tak nie jest, bo nie o politykę i społeczeństwo Herzmanovsky’emu przy tworzeniu jego dzieła chodziło.
I nie o zwykły, klasyczny sens jego opowieści. Nie zmienia tego fakt, że w tle przygód pikarejskiego w typie (skojarzenia z Łazikiem z Tormesu, Pablosem z powieści Francisco Quevedo, Idzim Blasem, czy baronem Műnchhausenem) bohatera, Cyriaka von Pizzicolli są czterej królowie mitycznej Tarokanii pochodzący z talii taroka i jej dyktator Skiz (odpowiednik dżokera z talii karcianej).
Nie była też celem autora „Maskarady” logiczna, linearna narracja, jako że powieść ta jest afabularna, amorficzna, mozaikowa, fragmentami „szkatułkowa”, niejednorodna, przepełniona tworami rozszalałej wyobraźni, iluzji, manieryzmu, karnawałowego „rozhulania”, także językowego, co czyni z niej eksplozję niepohamowanej onomastyki i wszelakiego słowotwórstwa, pełnego gier słownych, kalamburów,
onomatopei.
„Maskarada” jest utworem grandilokwentnym, pełnym fabularnej i stylistycznej przesady. Sfera onomastyczna (nazwy i nazwiska) i słowotwórcza „Maskarady” jest niej tak ważna, że objaśnia ją w tekście dołączonym do edycji, fragmentami bardzo drobiazgowo, tłumacz Ryszard Wojnakowski. Z kolei krytyk Piotr Paziński nakreślił w posłowiu źródła kulturowe i biograficzne leżące u podstaw zamysłu Herzmanovsky’ego, jego tło i konotacje intelektualne.
Wśród nich wspomina Paziński m.in. o artystycznym kręgu „Kosmiter”, którego przywódcą był gnostycki mistyk, wizjoner, okultysta, pangermański piewca pogańskiej witalności, Alfred Schuler. I rzeczywiście w tworzywie „Maskarady” ślady tych motywów dają się zauważyć. Tych wpływów i konotacji literackich, kulturowych, filozoficznych jest zresztą w ogromnym objętościowo dziele bardzo wiele, co zresztą konstytuuje tę powieść także jako rodzaj powieści kulturowej,
erudycyjnej.
Jej kulturowość nie ogranicza się wszakże do filiacji literackich, artystycznych i filozoficznych, ale przyjmuje także w jednej z warstw postać wielokulturowości, wynikającej zarówno z ducha i praktyki wielonarodowej CK monarchii habsburskiej, jak i z fascynacji samego Herzmanovsky’ego obcymi kulturami i narodami, egzotyką, w tym w szczególności fascynacja czarami Orientu, ale także kulturą antyczną, klasyczną, hellenistyczną, bizantyjską itd. Oddajmy na koniec głos wydawcy, który tak napisał o „Maskaradzie geniuszy”: „Powieść fanaberia, powieść burleska, powieść eksperyment – oto czym jest „Maskarada geniuszy”. W Tarokanii, operetkowym królestwie przywodzącym na myśl monarchię austro-węgierską, panują wybierani z talii taroka czterej królowie, a dyktatorskie rządy sprawuje potężny skiz. W tym świecie tajni radcy plamią jak kleksy tło Arkadii, przywiędłych biurokratów kuszą dziewczęta z obrazów Boticellego, a groteskowe perypetie układają się w fabułę inicjacyjną. „Maskarada geniuszy” to z polotem napisana, barokowo rozbuchana wariacja na temat upadku monarchii austro-węgierskiej.
Mity i wyobrażenia wrzucone zostały w świat jakby wzięty z drugiej strony lustra, zaludniony przez postacie o nazwiskach przedrzeźniających do kwadratu najzabawniejsze nazwiska austro-węgierskich baronów. Bułhakow spotyka tu Alicję, Szekspir idzie pod rękę z Witkacym”. Krytycy nie uznali „Maskarady geniuszy” za arcydzieło, lecz za dzieło pęknięte, niedopełnione, w naje;lepszym razie za arcydzieło skażone. Nie uważam w tego rodzaju kwalifikacji za zbyt ważne. W końcu to tylko spór o słowa, więc rekomenduję lekturę tego wielowarstwowego tortu, jakim jest powieść austriackiego pisarza. Czytajcie, czyli jedzcie, ale bez pośpiechu, kawałek po kawałku. Wtedy najlepiej można poczuć jego wyszukane smaki.

Fritz von Herzmanowsky – „Maskarada geniuszy”, przekład i komentarz Ryszard Wojnakowski, posłowie Piotr Paziński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 535, ISBN 978-83-8196-008-3