Pierwsza setka marszałka

W siedzibie Akademii Vistula odbyła się promocja kolejnej książki byłego marszałka Senatu RP, profesora Longina Pastusiaka zatytułowanej „Świat i Polska”. Setnej książki napisanej przez niego.

Zebrani w auli liczni i zacni czytelnicy przypominali zasługi profesora, czasem też i swoje, żarliwie też dyskutowali o relacjach Polski z USA, USA-Chiny, a także mozolnych trudach autorów książek. Całość sprawnie moderował Wojciech Kostecki, też profesor.

Patrząc z podziwem na wspaniały dorobek marszałka, profesora Longina Pastusiaka apelujemy do obecnych naukowców i polityków. Mniej sporów,mniej brylowania w mediach, do piór!
Niedokończone książki czekają.

 

Losy myśliciela w płynnej nowoczesności

„Polski Żyd, komunista, jeden z najbardziej znanych myślicieli przełomu XX i XXI wieku. Marksista, który przeżył drogę od ideologicznego fanatyzmu do przenikliwej krytyki współczesności. Przetrwał Holocaust dzięki Związkowi Radzieckiemu. Żołnierz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (…). Wygnany z Polski w 1968 roku. Do Rosji uciekał przed faszyzmem, do Izraela przed polskimi komunistami, do Anglii przed izraelskimi nacjonalistami.

Znany na całym świecie wybitny socjolog. Oskarżany o relatywizm, ale cytowany przez Benedykta XVI i doceniony przez papieża Franciszka. Autor pojęcia „płynna nowoczesność”, które zrobiło zawrotną karierę w naukach humanistycznych, a także idei Holocaustu jako ubocznego produktu Oświecenia”.
Tak przedstawia książkę biograficzną Dariusza Rosiaka poświęconą Zygmuntowi Baumanowi jej edytor, krakowskie wydawnictwo Mando. A co może o niej powiedzieć piszący te słowa, jej czytelnik, po lekturze?
Nie jest to biografia intelektualna Zygmunta Baumana (1925-2017), nie jest to analiza jego myśli socjologicznej. To opowieść dziennikarska, publicystyczna, po części reporterska (autor poleciał choćby do Tel Avivu by spotkać się z wnukiem Baumana). Owszem, poświęcone myśli socjologicznej Baumana passusy rozproszone są w całej materii książki, zwłaszcza w rozdziałach poświęconych jego pracy naukowej w Izraelu i Wielkiej Brytanii. Owszem, w rozdziale „Płynność” autor opowiada z kolei o tym aspekcie myśli socjologiczno-antropologicznej Baumana, który przyniosła mu światową sławę analityka, więcej – intelektualnego proroka współczesności, guru współczesnej socjologii światowej, twórcy pojęcia „płynnej nowoczesności”. Jednak „Bauman” Dariusza Rosiaka to przede wszystkim opowieść o życiu wielkiego myśliciela, od jego poznańskiego dzieciństwa i wczesnej młodości, poprzez losy wojenne w ZSRR, włączenie się po 1944 roku w budowanie i utrwalanie nowego ustroju, działalność woskowo-polityczna w jednostkach KBW, uważana za najbardziej kontrowersyjny aspekt jego biografii, intensywne, a nawet fanatyczne zaangażowanie w stalinizm, a następnie głębokie rozczarowanie, jakie przyniosły mu tzw. wydarzenia marcowe 1968, odejście z PZPR a następnie emigracja do Izraela (akurat w przypadku rodziny Baumana nie pociągiem z Dworca Gdańskiego w Warszawie, ale własnym volkswagenem przez granicę czechosłowacką i dalej), aż po lata na uniwersytecie w angielskim Leeds i niebezkolizyjne (głośne demonstracje przeciwników na wykładach uczonego) powroty do Polski. Rosiak do swojej pracy wykorzystał wiele źródeł, w tym fragmenty osobistej korespondencji Baumana oraz wypowiedzi przyjaciół, znajomych, współpracowników (n.p. Krzysztof Pomian) i członków rodziny (córka, wnuk), a także współczesnych intelektualistów różnego autoramentu (n.p. ksiądz prof. Alfred Wierzbicki czy Agata Bielik-Robson) komentujących niektóre aspekty sylwetki Baumana. Te które się w książce znalazły, są interesujące, jednak uderza w niej zasadniczy brak bezpośrednich (w niektórych przypadkach przywołane są cytaty z ich wypowiedzi z różnych okazji i źródeł) wypowiedzi szerszego kręgu ważnych protagonistów tamtych czasów, czyli choćby (poza nielicznymi wyjątkami) jego towarzyszy z okresu przynależności do PZPR. Pojawiają się co prawda dość obszerne wypowiedzi Andrzeja Werblana, ale jako cytaty z innych publikacji. Brak także wypowiedzi żyjących osób ze środowiska „komandosów” z Adamem Michnikiem i innymi na czele. Brak także szerszego „pakietu” wypowiedzi kolegów po fachu Baumana (wypowiedzi socjolog Niny Kraśko dotyczą raczej sfery osobistego losu uczonego), które wzbogaciłyby jego intelektualny wizerunek. Do wyjątków należą bardzo interesujące uwagi bliskiego współpracownika Baumana, dziś profesora Jerzego J. Wiatra, wybitnego socjologa, a także analityka sceny politycznej. W jednym szczególe, bardzo drobnym, marginalnym mam wątpliwość natury faktograficznej. Czy Grzegorz Roman, w 1968 roku młodociana, właściwie dziecięca, tytułowa gwiazda telewizyjnego serialu „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” mógł pomagać życiowo, w okresie niedostatku, jednemu z członków rodziny Baumana w uzyskaniu płatnego zajęcia?
Nie zamierzam jednak koncentrować się na jakichkolwiek mankamentach tej książki, tym bardziej, że nie znam przyczyn braku na jej stronach wspomnianego kręgu osób. Jak znam dziennikarskie życie, mógł mieć autor trudności w uzyskaniu zgody na wypowiedź ze strony wielu ważnych osób. Znam ten syndrom niechęci do powrotu do przeszłości, który występuje u sporej liczby dawnych protagonistów zdarzeń, nie tylko politycznych. Nie wszyscy z nich zostali naznaczeni duchem pamiętnikarstwa i kronikarstwa. Imperatyw, potrzeba wspominania bynajmniej nie u wszystkich występuje. Stosowany czasem przeze mnie w stosunku do nich argument „świadectwa dla potomności” kwitują czasem nawet z lekką drwiną i machnięciem ręki, które przyjmuję z pokorą, ale bez satysfakcji. Dlatego na koniec podkreślę walory tej książki: trafne ujęcie sylwetki Zygmunta Baumana, sięgnięcie – mimo powyższych uwag – po szeroki zakres źródłowy i klarowną potoczystość narracji, która czyni tę lekturę przyjemną. Przez tę książkę się nie brnie, przez nią się „płynie”, jak przez nowoczesność. Do tego autor pomieścił bogatą bibliografię i obszerny indeks nazwisk, więc każdy czytelnik zainteresowany życiem i myślą Zygmunta Baumana może sięgnąć po zawarte w niej źródła.

Dariusz Rosiak – „Bauman”, wyd. Mando, Kraków 2019, str. 253, ISBN 978-83-277-1734-4

Trzeba walczyć o świeckie państwo

Kościół katolicki desperacko walczy o utrzymanie władzy nad społeczeństwem. Niewierzących i ludzi innych
wyznań chce nie tyle nawrócić Dobrą Nowiną, ale zmusić do przestrzegania rzekomo istniejącego
prawa naturalnego. Takie tezy stawia i rozwija Joanna Podgórska
w swej najnowszej książce „Spróchniały krzyż”.

W Polsce to, co katolickie traktowane jest jakby było neutralne, a księża są obecni dosłownie wszędzie w instytucjach publicznych – od Krajowej Administracji Skarbowej, po szpitale, gdzie nagabują chorych w salach, mimo, że ci mogą w każdej chwili udać się do szpitalnej kaplicy.
Symptomem szkodliwej hegemonii kulturowej Kościoła jest sprawa 10-letniej Wiki „zabezpieczonej katechetycznie” wyrokiem Sądu Rejonowego w Grodzisku Mazowieckim. Rodzice Wiktorii są rozwiedzeni, ojciec jest zdeklarowanym ateistą i to jemu przyznano prawo do opieki nad dzieckiem. Tymczasem matka domagała się sądowo, by córka była katechizowana i przystąpiła do komunii. 5 kwietnia 2019 r. sąd grodziski wydał ostateczne orzeczenie – to matka ma zdecydować. Artykuł 53 Konstytucji głosi „Nikt nie może być zmuszony do uczestniczenia, ani nieuczestniczenia w praktykach religijnych”. W przypadku małych dzieci o tych kwestiach decydują rodzice, a gdy ich wola jest sprzeczna, powinno się brać pod uwagę zdanie dziecka. Wiktoria opowiedziała się przeciwko uczestniczeniu w lekcjach religii i praktykach religijnych. Mimo to sąd uznał, że „powiela ona zdanie ojca”. Jak pisze Podgórska „Oczekiwanie, że dziesięciolatka przedstawi abstrakcyjny wywód uzasadniający ateistyczne przekonania, to absurd. Orzeczenie grodziskiego sądu, to w gruncie rzeczy przekaz: w Polsce „katolickie” znaczy neutralne”.
Trzeba podkreślić, że kiedy w 1990 roku katecheza była wprowadzana do szkół, rozwiązanie to popierało jedynie 35 proc. Polaków, 60 proc. było przeciwko. Sam premier Mazowiecki wspominał w „Tygodniku Powszechnym”, że jako katolik miał wątpliwości, czy religii wprowadzenie do szkół wyjdzie na dobre. Jednak: „uległ, bo nie chciał doprowadzić do kontrowersyjnej debaty, gdy rząd pracował nad trudnymi reformami. Zastosowano metodę faktów dokonanych – katechezę wprowadzono do szkół ministerialną instrukcją, bez sejmowej dyskusji i głosowania”.
Alternatywą dla religii jest etyka. Cóż z tego, skoro w wielu szkołach nie odbywa się ona w ogóle, a w innych często o kuriozalnych godzinach? Na szczęście w tej kwestii odnotowujemy pewien postęp. Odkąd ocena z religii lub etyki liczy się do średniej wzrósł nacisk rodziców na zorganizowanie tej ostatniej. W praktyce wiele osób niewierzących lub obojętnych religijnie z konformizmu, dla świętego spokoju, zapisuje dziecko na lekcje religii. Jak słusznie podkreśla autorka, postawa taka jest z gruntu schizofreniczna. Tym bardziej, że katecheci często nastawiają dzieci przeciwko ich niewierzącym rodzicom.
Autorka dość szczegółowej analizie poddaje podręczniki do katechezy. Udowadnia, że podręczniki te utrwalają stereotypowy podział płci, a miłość homoseksualna, czyli w kościelnej nomenklaturze „grzech sodomski” traktowana jest na równi z zabójstwem. Podręczniki do katechezy przedstawiają prawo Boże jako mające pierwszeństwo przed prawem stanowionym, nakłaniają uczniów do przeciwstawienia się „liberalnej kulturze”, Unii Europejskiej czy poprawności politycznej. Jednak ten zalew treściami religijnymi i pseudo-religijnymi nie przekłada się w żaden sposób na jakąkolwiek wiedzę, nawet o religii katolickiej. Prawie połowa gimnazjalistów nie jest w stanie wymienić w poprawnej kolejności dziesięciu przykazań. Uczniowie do Trójcy Świętej nierzadko zaliczają Maryję, Józefa, czy nawet Jana Pawła II. Modlić też się nie potrafią.
„Kościół nie chce ani złotówki z budżetu państwa za nauczanie religii w szkołach publicznych. My do szkół nie idziemy po pieniądze, my tam idziemy z misją” – tak deklarował prymas Glemp w momencie wprowadzenia katechezy do szkół. W ówczesnych warunkach bowiem żądanie pensji dla katechetów rozwścieczyłoby opinię publiczną. Jednak wystarczyło trochę odczekać i w 1997 roku ewangelizacja finansowana z budżetu państwa stała się faktem.
Oddzielny rozdział poświęca autorka więziom między polskim Kościołem a środowiskami nacjonalistycznymi. Podaje dwa powody tego aliansu. Pierwszym jest generalny odpływ młodych ludzi od Kościoła. Przerażony tym odpływem kler stara się nikogo do siebie nie zniechęcać. Drugim powodem, dla którego Kościół „przygarnia” radykalne środowiska kibicowskie i nacjonalistyczne jest wspólna obawa przed zmianą i emancypacją kobiet. Jak zauważa Podgórska, poglądy polityczne młodych Polek i Polaków coraz bardziej się rozbiegają. Poglądy skrajnie prawicowe deklaruje 30 proc. młodych mężczyzn i 13 proc. młodych kobiet. Kobiety są znacznie bardziej przywiązane do demokracji, częściej się dokształcają i czytają książki. Jak pisze Podgórska „Dziewczyny dostały nowe wzorce, przyswoiły równościowy dyskurs, dorastają w poczuciu własnej wartości, akceptują własną płeć i są przekonane, że nie ustępują w niczym mężczyznom. Chłopcy dramatycznie się miotają”. Młodzi mężczyźni nie są uczeni partnerstwa, podziału obowiązków, stracili jednak już „premię za męskość”, ich rówieśniczki „nie chcą wokół nich skakać”.
Tymczasem Kościół poprzez swoich przedstawicieli takich jak ksiądz Oko, czy ksiądz Rydzyk stara się wzbudzić moralną panikę wizją ideologów gender, którzy będą zmuszali dzieci przedszkolne do masturbacji, a chłopców zmieniali w dziewczynki. Na gruncie walki z gender posłowie prawicy przeciwstawiali się konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Szczególny niepokój hierarchów wzbudziły zapisy konwencji o promowaniu w edukacji niestereotypowych ról płciowych co zinterpretowali jako promocję homoseksualizmu i transseksualizmu. Tymczasem o tym, że konwencja antyprzemocowa jest potrzebna świadczy fakt, że co roku przemocy fizycznej i seksualnej doświadcza od 700 tysięcy do miliona Polek.
Najbardziej dramatycznym rozdziałem książki jest jednak ten zatytułowany po prostu „Pedofilia”. Oto Piotr w wieku 12 lat zgubił się na cmentarzu. Został podwieziony przez księdza Zbigniewa do domu. Jednak przedtem wstąpili na plebanię. Tam ksiądz onanizował się jego ręką. Potem przyjeżdżał do niego pod szkołę i zabierał na plebanię. Nastolatek zmuszany był do seksu oralnego. Po latach Piotr postanowił skierować pozew do prokuratury rejonowej w Kołobrzegu. Zgłosiło się jeszcze czterech chłopców molestowanych przez księdza Zbigniewa, przy czym tylko jeden złożył oficjalne zeznania. Sąd skazał księdza na dwa lata więzienia. Mając wyrok w ręku Piotr pozwał kurię koszalińsko-kołobrzeską o 200 tysięcy złotych odszkodowania. Po dwóch latach kuria poszła na ugodę, deklarując wpłatę 150 tysięcy złotych, ale nie w ramach odszkodowania, a tytułem rekompensaty leczenia psychologicznego.
Jeszcze bardziej wyrazistą sprawą jest historia trzynastoletniej Kasi, którą przez kilka miesięcy gwałcił Roman B., zakonnik Towarzystwa Chrystusowego. Został skazany na cztery lata więzienia, usunięto go też ze stanu duchownego. „W kwestii zadośćuczynienia finansowego dla ofiary Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał precedensowy wyrok – milion złotych odszkodowania i 800 złotych comiesięcznej renty, przy czym kosztami nie został obciążony konkretny duchowny czyli sprawca, ale zakon. Sąd apelacyjny podtrzymał ten wyrok” – relacjonuje Podgórska. Jednak zakon złożył kasację do Sądu Najwyższego twierdząc, że przełożeni zakonnika nie wiedzieli o dokonywanych przez niego przestępstwach.
Nie znamy dokładnej skali pedofili w Kościele. Dane ujawnione w marcu 2019 r. przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, jakoby od 1990 r. zgłoszenia o seksualnym wykorzystywaniu nieletnich przez Kościół dotyczyły 382 duchownych, których ofiarą padło 625 dzieci to z najwyższym prawdopodobieństwem wierzchołek góry lodowej.
Książka Joanny Podgórskiej jest pozycją mocną, chwilami przerażającą. Czy jest jednak jakaś iskierka nadziei na zmiany? Przede wszystkim nadzieję budzi nadzieję sekularyzacyjny trend wśród młodych Polaków. Musimy jednak rozpocząć dopiero debatę o roli świeckości w życiu publicznym, debatę, która na Zachodzie była prowadzona od II Soboru Watykańskiego. By przywołać słowa z okładki książki „Mafijny, anachroniczny, zaglądający nam do łóżka” – tak coraz więcej rozsądnych Polaków postrzega obecnie Kościół katolicki. Lewica powinna wykorzystać tę szansę i zawalczyć o świeckie, czyli normalne państwo.

Joanna Podgórska, „Spróchniały krzyż”, Warszawa, Wielka Litera, 2019.

Człowiek wielu przeznaczeń

Z Andrzejem Strugiem (Tadeuszem Gałeckim – 1871-1937) łączy mnie więź szczególna, acz przypadkowa. Przez 14 lat (1980-1994) mieszkałem w drewnianym dworku, który na tzw. Konstantynowie zwanym też Poczekajką, od dziesięcioleci dzielnicą Lublina, wtedy podlubelską wilegiaturą, wybudował w 1880 roku ojciec przyszłego pisarza.

W gmachu przy ulicy Namiestnikowskiej (dziś Narutowicza) młody Gałecki uczył się w gimnazjum, a po dziesięcioleciach mnie tam przyszło studiować na pierwszym roku psychologii. Trochę więc deptałem cieniom Struga po piętach. Po latach sprzedał on dworek aby zasilić kasę PPS i wydawanie „Robotnika”. Budynek w pewnym momencie przeszedł na własność Łubieńskich, klanu „pobożnych spekulatorów”, by trafić w końcu w ręce Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Dziś pozostała po nim tylko murowana atrapa, niby-rekonstrukcja, luźno jedynie, a co gorsza – topornie nawiązująca do dawnego obiektu. Zniknęła też tablica upamiętniająca Struga Biografia Struga autorstwa Anny Kargol, to właściwie pierwsza pełna biografia pisarza, po popularnej, krótkiej opowieści autorstwa Marka Ruszczyca i po monografii literackiej, koncentrującej się na pisarstwie, napisanej przez Henryka Michalskiego, a dodać do tego należy zbiór studiów o Strugu pod red. Krzysztofa Stępnika.
Anna Kargol opowiedziała o całym życiu pisarza, koncentrując się – zgodnie z podtytułem – w przeciwieństwie do Michalskiego, na jego biografii socjalistycznego działacza politycznego, masona wysokiej rangi, ułana legionów Piłsudskiego, zesłańca syberyjskiego, paryskiego emigranta, działacza demokratycznego, człowieka o nieposzlakowanej i powszechnie szanowanej szlachetności. To dobrze, że przypomniano postać i losy tego już mocno zapomnianego pisarza ( m.in. „Ludzie podziemni”, „Odznaka za wierną służbę”, Zakopanoptikon”, „Portret”, „Pieniądz”, „Miliardy”, „Pokolenie Marka Świdy”) jednej z najpiękniejszych postaci polskiej lewicy. Pisarza dziś już na ogół nie najwdzięczniejszego w lekturze z uwagi na mocno młodopolski styl mocno przypominający styl Żeromskiego, choć akurat trzytomowy „Żółty Krzyż” oraz „Dzieje jednego pocisku” uważam za bardzo dobrą i ciągle wartą lektury prozę. Gorąco polecam lekturę tej biografii i poznanie fascynującej, mocno dziś zapomnianej postaci Andrzeja Struga.

Anna Kargol – „Strug. Miarą wszystkiego jest człowiek. Biografia polityczna”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Oficyna Wydawnicza AFM, Kraków-Warszawa 2016, str. 351, ISBN 978-83-7399-652-6

Epikryza przedwojennej gorączki

Obszerna praca Piotra Majewskiego „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, jak informuje dopełniające tytuł zdanie, jest studium przedwojennej gorączki w Europie, zapisem atmosfery nadciągającej katastrofy.

Majewski – zasadniczo – bazuje na wiedzy historycznej powszechnie dostępnej, znanej historykom, zwłaszcza specjalistom od tego okresu historii, znanej także wielu amatorom wiedzy historycznej. Jednak użył tej on wiedzy w sposób twórczy, oryginalny, a przy tym i dodał fakty przez siebie samego odnalezione, wydobyte z rozmaitych źródeł, w tym n.p. z nieznanych powszechnie dokumentów czechosłowackich, aby stworzyć unikalne studium historyczne, ale też psychologiczno-polityczno-społeczne, które zupełnie inaczej niż klasyczne syntezy czy podręczniki dotyczące tego okresu pokazuje te dramatyczne dwadzieścia miesięcy dzielące Stary Kontynent od wybuchu II wojny światowej. Jakby odrobinę na przekór tytułowi Majewski rozpoczyna od 31 grudnia 1937 roku, od horoskopu dla Europy, jaki ukazał się w sylwestrowym wydaniu największego wtedy czechosłowackiego dziennika „Lidowe Noviny”. Nie zdradzę jaka była treść tego horoskopu, by nie odbierać przyjemności lektury czytelnikom, ale powiem tylko, że od horoskopu „LN” prowadzi nas Majewski przez najrozmaitsze miejsca i zakamarki, w których zaznaczały się, jakby na termometrze, kreski gorączki zwiastującej zbliżającą się wojnę, choć wielu wtedy taką ewentualność odrzucało, czasem szczerze czasem życzeniowo, na słynnej zasadzie „wishfull thinking”. Prowadzi więc nas Majewski od dworca kolejowego im. Wilsona w Pradze 1 stycznia 1938, od Thermia Palace w czeskich Pieszczanach, przez mieszkanie Konrada Henleina, przywódcy Niemców Sudeckich, zamek Praski, salę kinową Pasażu Lucerna w Pradze, Kancelarię Rzeszy w Berlinie, Zamek Królewski w Warszawie, Downing Street w Londynie, przejście graniczne polsko-czechosłowackie w Zebrzydowicach, rzymski Palazzo Chigi, siedzibę włoskiego MSZ i przez wiele, wiele innych miejsc różnego autoramentu, rangi i funkcji, poprzez kluczowe fragmenty artykułów z prasy europejskiej aż do, nieco paradoksalnie i może odrobinę zaskakująco, do willi byłego prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza w Sezimowym Uście, po datą daleko przekraczającą rok 1938, bo sięgającą 3 września 1948 roku. I tu też niczego nie zdradzę, by nie krzywdzić przyszłych czytelników. To, co działo się w tych wszystkich licznych miejscach stało się dla Majewskiego tworzywem do stworzenia fascynującego portretu niezwykle dramatycznego okresu w dziejach Czechosłowacji, Polski i całej Europy. Zamiast kolejnej szablonowej syntezy podręcznikowego typu otrzymaliśmy fascynującą, dynamicznie zbudowaną opowieść historyczną, rodzaj historycznego suspensu opartego na twardych faktach. Niełatwo poddaję się emocjom przy lekturze, ale studium Piotra Majewskiego czytałem jak doskonały thriller, z tzw. wypiekami na policzkach. Bo zdarzenia sprzed ośmiu dekad, choć odległe od nas w czasie, dziś mogą także – zwłaszcza w kontekście tego co dzieje się w Europie i świecie – mrozić krew w żyłach a co najmniej budzić w nas niepokój. Gorąco rekomenduje tę wyborną książkę.

Piotr Majewski – „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 572, 978-83-66232-41-9

Świat się śmieje

Dlaczego podczas inauguracyjnej sesji sejmu IX kadencji, poseł Adrian Zandberg tak szeroko śmieje się, pokazując do kamery TVN 24 okładkę książki Jakuba Kopcia pt. „Komuniści i złodzieje”?

Bo wie, że wyrok TSUE kompletnie pomiesza szyki Dobrej Zmiany, która i bez tego zmierza już do katastrofy politycznej.
W sytuacji, gdy nowy marszałek Senatu zamierza powołać senacką komisję do zbadania afery „hotelu na godzinki”, działającego pod szyldem nieustępliwego Prezesa NIK Mariana Banasia, poseł Zandberg dzierży w ręku twardy argument. Szeregowy poseł Jarosław Kaczyński nie będzie mógł wymówić się od stawiennictwa przed dociekliwymi senatorami, powołując się na swój „kryształowy charakter”. Książka Kopcia przeprowadza bowiem niepodważalny dowód, że podczas procesu w sprawie pieniędzy FOZZ dla „partii braci Kaczyńskich”, prezes PiS w pełni świadomie przyprowadził do sądu fałszywego świadka w osobie skarbnika PC , niejakiego Stanisława Rojka. Kto dzieckiem w kolebce był sądowym oszustem, ten w dorosłości zdusi Centaury i naruszy art. 6 Europejskiej Konwencji o Prawach Człowieka, która dziesiątkom tysięcy poszkodowanych przez „deformę sądownictwa” obywatelom RP gwarantuje „prawo do sądu sprawiedliwego”.
Książka „Komuniści i złodzieje” zdradza najpilniej strzeżoną tajemnicę „państwa PiS”. Wyrokiem TSUE z maja 2018 roku Dariuszowi Przywieczerskiemu, rzekomemu „mózgowi afery FOZZ”, przyznano odszkodowanie za to, że w Polsce sądzony był z naruszeniem art. 6 Konwencji. Polski podatnik Przywieczerskiemu już zapłacił.

Jakub Kopeć „Komuniści i złodzieje”, Wyd. JJK, sierpień 2019. 372 strony, okładka miękka, oprawa klejona. Cena 29 zł wraz z opłatą pocztową.

Zbuntowany Śląsk

Po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie prawie dwustu śląskich robotników wyjechało do Hiszpanii bronić Republiki, praw robotniczych i swoich marzeń.

Historia jest polem walki. Wymazuje jedne losy, ozłaca drugie. Dzieje międzynarodowych ochotników podczas wojny w Hiszpanii są tego dowodem. W okresie PRL często mówiono o nich, wspominając „postępowe tradycje oręża polskiego”. Dziś, gdy wahadło polityczne wychyliło się w przeciwną stronę, odsądzani są od czci jako „żołnierze Stalina”. Ta książka przywraca pamięć o nich jako o ludziach z krwi i kości, a nie z propagandowych pomników – stawianych czy obalanych. To historia widziana oczyma Ślązaków, których los rzucił za Pireneje, a potem rozsiał po całym świecie. A w tle ludowe dzieje Górnego Śląska, tak często zniekształcane.
Zapraszamy na wrocławską premierę książki pt. „Śląsk zbuntowany” (Wydawnictwo Czarne, 2019)
i spotkanie z jej autorem Dariuszem Zalegą, które poprowadzi Michał Syska, dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a.
22 listopada (piątek), godz. 18, klub PROZA, Przejście Garncarskie 2 we Wrocławiu.
Podczas spotkania będzie można zakupić książkę oraz otrzymać autograf autora.

ŚWIADECTWO INTELEKTUALISTY

Marian Stępień – czego zresztą chyba nie trzeba tu przypominać – od dziesięcioleci należy do czołówki badaczy polskiej literatury.

Związany z Uniwersytetem Jagiellońskim, w 1976 roku uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego, zaś osiem lat później – profesora zwyczajnego. Zająwszy się początkowo naszym piśmiennictwem dziewiętnastowiecznym (doktorat i poczytna książka o Narcyzie Żmichowskiej), ostatecznie poświęcił się przede wszystkim badaniom nad dwudziestowieczną polską lewicą literacką oraz polską literaturą emigracyjną. Na obu tych polach nierzadko doświadczał takich czy innych kłopotów czy trudności – w związku ze swoimi zainteresowaniami myślą lewicową musiał mierzyć się z niechęcią uniwersyteckiej konserwy, zaś zajmowanie się losami i twórczością pisarzy emigracyjnych narażało go na liczne potyczki z PRL-owską cenzurą. Z pracą naukową i dydaktyczną przez lata łączył żywą aktywność polityczną w szeregach PZPR, której ukoronowaniem stała się, już u schyłku lat osiemdziesiątych, kilkunastomiesięczna działalność jako ostatniego w dziejach partii sekretarza Komitetu Centralnego do spraw kultury. Owo otwarte zaangażowanie polityczne także mu kariery uniwersyteckiej nie ułatwiało – zwierzał mi się kiedyś, że w kręgach, w których się obracał, aspirujący do kolejnych stopni i tytułów naukowych członkowie partii zazwyczaj musieli legitymować się dorobkiem istotnie większym aniżeli ich bezpartyjni koledzy. Wielce też Marian Stępień się zasłużył jako działacz krakowskiej „Kuźnicy” (która nie omieszkała wyróżnić go swym „Kowadłem”) oraz jako redaktor i autor krakowskiego „Zdania” (przy okazji zasygnalizujmy tu pomieszczone w ostatnich numerach periodyku jego bardzo obszerne, znakomite eseje o Iwaszkiewiczu i Ważyku).
O tych wszystkich polach, na jakich był czynny i pracach, jakie na nich podejmował, Marian Stępień szeroko pisze w wydanej właśnie swej dwudziestej ósmej książce – „Kartkach z dziennika”, opublikowanych nakładem Wydawnictwa Studio Emka; pierwsze składające się na tę książkę dziennikowe zapiski pochodzą z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, ostatnie – z drugiej połowy bieżącej dekady. Mamy tu więc barwny pejzaż krakowskiej polonistyki (i w ogóle humanistyki), opis spraw, którymi żyła i o które się spierała, celne portrety niektórych jej prominentów, jak Henryka Markiewicza czy Jana Błońskiego. Mamy tu rozległą panoramę życia politycznego miasta i kraju, odniesienia do bardzo wielu najważniejszych wydarzeń tych lat, w których autor albo sam żywo uczestniczył, albo je bacznie obserwował. Oceny, jakie Stępień tu formułuje i refleksje, jakimi się dzieli, są odważne i bezkompromisowe, niezależnie od tego, czy dotyczą czasów Polski Ludowej, czy też okresu potransformacyjnego. Duchowe dziecko Października 1956 roku, w PZPR utożsamiający się z nurtem reformatorskim, nie szczędzi Stępień krytycznych uwag o tych przejawach dogmatyzmu, niekompetencji i niesprawności władzy, z jakimi spotyka się w latach realnego socjalizmu; zarazem (notka z 20 października 1989 roku) nie godzi się z „powszechną postawą ekspiacji tzw. naszej strony, jakby w przekonaniu, że nikt inny, żadna siła polityczna żadnych błędów nigdy nie popełniała”. Z głęboką goryczą pisze o swych dotkliwych rozczarowaniach w czasach „festiwalu Solidarności” – czy to np. dotyczących zachowań Jana Pawła II (17 października 1980 roku: „w polskich kościołach portret papieża jest eksponowany na takich samych zasadach jak obraz Matki Boskiej… przecież on powinien zakazać takich praktyk lub wezwać do znacznych ich ograniczeń”) czy też np. związanych z postępowaniem elit solidarnościowych (13 grudnia 1981 roku: „Ogromna pretensja do ludzi kultury, nauki, do publicznych autorytetów, działaczy, wszystkich opowiadających się po stronie „Solidarności”, bo oni mogliby być wysłuchani. Udzielili sobie prawa do milczenia nawet wówczas, gdy popierany przez nich ruch zaczął prowadzić do narodowej tragedii. Czym się kierowali?”). I jeszcze – też tylko tytułem przykładu – zapis z pierwszych lat po transformacji, ściślej z 19 czerwca 1994 roku, dnia wyborów samorządowych: „Wczoraj wieczorem w głównym wydaniu telewizyjnych „Wiadomości” na samym początku pojawiła się grupa biskupów. W słowach kłamliwych, bo zawierających – oprócz ziarna prawdy – insynuacje i nieprawdę poszczuli Polaków przeciw lewicy. Glemp, Życiński, Gocłowski, Muszyński, ktoś jeszcze. Jak bardzo muszą się bać o stan swego posiadania, że zdecydowali się na taki zbiorowy popis”. Ale jest też w tych zapiskach na przykład kapitalna opowieść o przypadkowym spotkaniu w listopadzie 1997 roku w pociągu do Krakowa z Janem Nowakiem-Jeziorańskim i księdzem Zdzisławem Peszkowskim i krótkiej, lecz jakże poruszającej z nimi „Polaków rozmowie”. Niechaj te kilka przykładów da przedsmak tego, na co czytelnik może liczyć… Dodać trzeba, że materię naukową i polityczną raz po raz inkrustuje Stępień opisami swych podróży – bo żył i żyje w nim nie tylko wyrafinowany homo doctus i pełen pasji homo politicus, lecz także wciąż ciekawy świata homo viator. Towarzyszymy mu zarówno w długich eskapadach zamorskich, które odbywał jako wykładowca i podczas których przemierzał USA czy Meksyk, jak i w krótszych, lecz częstszych pobytach w Rosji czy Niemczech; wszędzie rozgląda się wokół z niesłychaną werwą i zewsząd przywozi spostrzeżenia celne i niebanalne, urozmaicające i ożywiające narrację i bez tego świetnie komponowanego raptularza.
Wraz z podejmującymi zbliżone wątki i tematy wcześniejszymi publikacjami autora – „Świadectwami obecności” (2014) i „W kręgu polityki” (2016) – tworzą te „Kartki z dziennika” wiarygodny opis i przemyślany komentarz do naszych współczesnych polskich spraw, szczery i nieuładzony, bezlitosny wobec wszelkich przejawów głupoty, fałszu i obłudy, ale też akcentujący potrzebę narodowej rozmowy i współpracy. Nad przytłaczającą większością ukazujących się dziś dość obficie podobnych książek ta autorstwa Mariana Stępnia zdecydowanie góruje.

Realne życie miejsc wyobrażonych

Już samo tylko poprzedzenie wstępu do tego potężnego (1001 stron jak Tysiąc i Jedna Noc Szeherezady) leksykonu cytatem ze „Świata zaginionego” Arthura Conan Doyle’a, jednej z najukochańszych lektur mojej młodości, nastawiło mnie pasjonacko do lektury „Słownika miejsc wyobrażonych”.

Wstęp autorstwa Alberto Manguela jest co prawda nieco zawiły, ale dość zawiła jest też metodologia dzieła. Chodzi o to, że znalazły się w nim tylko wyobrażone, wymyślone, całkowicie fikcyjne miejsca stworzone w dziełach literackich mocą wyobraźni autorów.
Te natomiast, w których fantastyka, jak n.p. w opowieści o Frankensteinie, osadzona jest w realnej scenerii geograficznej i topograficznej, zostały „poza burtą” jak to ujął autor wstępu i współautor słownika.
Aczkolwiek autorzy uczynili kilka wyjątków tam, gdzie realne miejsca zostały całkowicie zmitologizowane i odrealnione, jak n.p. Wyspa Robinsona od Daniela Defoe. W liczącym kilkaset haseł pasjonującym słowniku znalazły się takie miejsca wyobrażone jak np. Blefusku, kraju Liliputów z „Podróży Gulliwera”, jak Hyrkania z witkacowskiej „Mątwy”, jak wszelakie Wyspy, Doliny, Krainy, Królestwa i Państwa, takie jak Wyspa Lincolna z „Tajemniczej wyspy” J. Verne’a, czy Wyspa Słońca T. Campanelli, jak Utopia, jak Kraina Czarów, ta od przygód Alicji, jak Dolina Muminków czy Królestwo Trolli.
Jest oczywiście Narnia, jest Eastwick od Czarownic. Jest też Baskerville Hall z „Psa Baskerville’ów” Conan Doyle’a, są motywy polskie, jak Wyspa Nipu z „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków” biskupa Krasickiego, Akademia Pana Kleksa i Wyspy Bergamuty Jana Brzechwy, jest Costaricana z „Kongresu futurologicznego” Stanisława Lema, ale nie ma n.p. Sezamu z bajki o Ali-Babie i 40 rozbójnikach, miejsca jak najbardziej wyobrażonego i sławnego, co nasuwa podejrzenie, że część czytelników wykryje nieco podobnych, ważnych dla siebie braków hasłowych.
Jak nietrudno zauważyć, akurat wymienione wyżej hasła należą do dobrze na ogół znanych, ale przyznam, że podczas lektury „Słownika” uświadamiałem sobie boleśnie swoje nieuctwo i nieoczytanie, bo znakomitej większości haseł nie tyle nie pamiętałem, ile po prostu nigdy się z nimi nawet nie zetknąłem, ale bynajmniej nie mam na swoje usprawiedliwienie faktu, że nigdy nie byłem szczególnym fanem literackich fantazji, oczywiście z całym szeregiem uczynionych wyjątków, choćby dla wspomnianego Verne’a czy Conan Doyle’a. Całość opatrzona jest ciekawą ikonografią czerpaną z różnych źródeł oraz drobiazgowymi objaśnieniami jak ze „Słownika” korzystać, jako że nie zawsze to, co nasuwa się w pierwszym skojarzeniu znajduje odzwierciedlenie w alfabetycznym usytuowaniu hasła, a także bibliograficznymi przypisami do dzieł, z których dane hasła pochodzą. Dlatego w poszukiwaniu haseł trzeba korelować alfabetycznie ułożone hasła z indeksem dzieł i autorów. Punktem wyjściowym każdego hasła jest bowiem literacka nazwa miejsca, a nie tytuł utworu czy nazwisko autora. Nie szukajcie więc (wśród haseł) Ernsta Teodora Hoffmana, ani jego „Dziadka do orzechów”, ale Wyspy Lalek. Nie szukajcie ani Herodota, ani jego „Dziejów”, ale Kraju Arimaspian. Nie szukajcie Drakuli, ale Zamku Drakuli. Nie szukajcie Królowej Śniegu, ale Zamku Królowej Śniegu.
Chyba, że tytuł pokrywa się hasłem, jak w przypadku „Wyspy Skarbów” Roberta Louisa Stevensona. Pasjonująca to lektura i bardzo pożyteczna, jako że pozwala w pewnym stopniu nadrobić, na skróty co prawda i okrężną drogą braki lekturowe z całego życia w sferze gatunku fantastycznego. A przy tym pouczająca lekcja z historii literatury w ogólności. Polecam gorąco wnikliwą, uważną lekturę tego wspaniałego słownika, sobie też ja zalecam, bo nie ukrywam, że było to moje pierwsze z nim zapoznanie się i musi upłynąć nieco czasu, gdy się w jego bogactwie, geografii, topografia i meandrach w pełni rozpoznam.

Alberto Manguel, Gianni Guadalupi – „Słownik miejsc wyobrażonych”, przekład zbiorczy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 1001, ISBN 978-83-06-03398-4

Przygody miasta Lublina

Jako lublinianin z urodzenia, który spędził w tym mieście, od urodzenia, 45 lat życia, czytałem „Sekrety Lublina” Krzysztofa Załuskiego z ogromnym zainteresowaniem.

Z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że choć nie mieszkam w moim rodzinnym mieście już od 17 lat, to na zawsze pozostanie ono dla mnie krajobrazem mojego dzieciństwa i młodości, krainą w której tworzyła się moja wyobraźnia, w której rodziły się moje pierwsze fascynacje, zainteresowania, uczucia, lęki i marzenia.
To miasto, którego krajobrazy są pierwszymi krajobrazami mojego życia, ze stromizną ulicy Granicznej, tajemnicami ulicy Narutowicza, ostrą, chłodną wonią piwa z browaru przy ulicy Dąbrowskiego (dziś Bernardyńska), odorami rynsztoków Miłej, Wesołej,
Rusałki, zapachami kadzideł i majowego bzu z lubelskich kościołów, wonią straganów warzywnych na Podzamczu, drożdży na Kunickiego, zapachami cebularzy i innego pieczywa na Lubartowskiej i okolicach, z zapachami roślin i traw (także tych butwiejących) w Parku Ludowym, z elegancją (jak na owe czasy) Ogrodu Saskiego i Krakowskiego Przedmieścia – mógłbym te wspomnienia i asocjacje długo ciągnąć.
Drugi powód dla którego czytałem tę książkę z pasją jest taki, że ogromnie wiele się z niej dowiedziałem o, bądź co bądź, moim rodzinnym mieście. Wprawdzie pamiętam pojawiające się na każdym kroku dostawcze samochody marki „Żuk”, produkowane w lubelskiej FSC, ale jako że w szemranej dzielnicy Dziesiąta bywałem rzadko i krótko, nie wiedziałem, że miejscowi nazywali tamtejszą rzeczkę Czerniejówkę – „Sekwaną”. Mieszkałem też przy ulicy Sierocej, przy której mieszkał kiedyś Bolesław Bierut (nawiasem mówiąc ktoś nadgorliwy zupełnie niedawno usunął ze ściany tego domku ślad tego faktu w postaci metalowej tablicy – można Bieruta oceniać negatywnie, nawet bardzo, ale był on jednak postacią historyczną, a śladów historii zacierać nie należy i nie ma to związku z oceną moralno-polityczną postaci, bo w przeciwnym razie nie mógłby mieć pomników także Napoleon), ale o jego lubelskich perypetiach nie miałem żadnej wiedzy, choć pamiętam jego monumentalny pomnik wystawiony mu w 1979 roku przez Edwarda Gierka przy obecnym placu Singera.
Restaurację i hotel „Europa” pamiętam dobrze (do dziś tam funkcjonuje), ale z zewnątrz, bo był to niedostępny mi przybytek ówczesnego luksusu i high life’u w warunkach socjalizmu. Z drugiej strony nie zaglądałem też do popularnych „mordowni” typu „Zamkowa” czy „Basztowa”, bo strach było tam wejść O słynnym okuliście Mieczysławie Krwawiczu słyszałem dużo, w tym o jego majątku dalece przekraczającym standardy realnego socjalizmu, ale zabawne anegdoty opowiadano o innym wybitnym lubelskim lekarzu, chirurgu Mieczysławie Zakrysiu, o którym akurat autor „Sekretów” nie wspomina.
O cudzie lubelskim, czyli „łzach Matki Boskiej” w Katedrze słyszałem tylko z opowieści matki, ale trolejbusami, wehikułem komunikacji miejskiej z podłączonymi do linii elektrycznej pałąkami, znanymi w Polsce poza Lublinem tylko – chyba – jeszcze w Gdyni, jeździłem na co dzień. Za mały byłem, by w 1960 roku przypatrywać się kręceniu przez Antoniego Bohdziewicza na lubelskich ulicach filmu „Rzeczywistość”, według powieści politycznej Jerzego Putramenta, ale jako licealista dobrze pamiętam z lata 1973 dekoracje do serialu „Czarne chmury”, uzupełniające realną, zabytkową scenerię XVII-wiecznego Starego Miasta w Lublinie. Jana Machulskiego, jako aktora Teatru im. Juliusza Osterwy nie pamiętam, ale jego kolegę z lubelskiego zespołu, Stanisława Mikulskiego, jeszcze sprzed roli Hansa Klossa, już tak, także dlatego że mój ojciec znał go z lubelskiego Automobilklubu. Cebularze oczywiście nie tylko pamiętam, ale zajadałem się nimi, pachnącymi, chrupiącymi i posmarowanymi masłem (dziś niestety już nie są chrupiące, bardzo żałuję).
Ani pobytów marszałka Piłsudskiego w Lublinie, rzecz jasna, nie pamiętam, ani powodzi jesienią 1964, za to doskonale pamiętam powieść kryminalną „Ostatni śmieje się morderca” Roberta Lande (pseudonim autora, lubelskiego dziennikarza Zygmunta Pikulskiego), drukowaną w odcinkach na przełomie 1964 i 1965 roku w „Kurierze Lubelskim”, jednej z dwóch codziennych lubelskich gazet, obok „Sztandaru Ludu”, organu KW PZPR.
I mógłbym tak pisać, pisać i pisać, splatając treści „Sekretów Lublina” Krzysztofa Załuskiego z własnymi wspomnieniami, także, a może nade wszystko szkolnymi, z trzech liceów, ze Staszica, Zamoja i Piątki przy Lipowej, a także z podstawówki imienia Broniewskiego przy Sierocej, i muzeum na Zamku Lubelskim, które zaszczepiło we mnie zainteresowania historią. Ale mnożył nie będę, bo musiałbym pójść w ślady autora, byłego kolegi redakcyjnego i napisać o „moim” Lublinie, o tym także o czym on nie napisał, ale to przecież jego autorski wybór. Czy „Sekrety Lublina”, to książka tylko dla lublinian? Zapewnie głównie dla nich, ale także dla tych, którzy Lublina nie znają i którym gorąco polecam poznanie tego naprawdę fascynującego, „starożytnego” jak pisano o nim w jednym z XIX-wiecznych przewodników, miasta.

Krzysztof Załuski – „Sekrety Lublina”, Księży Młyn Dom Wydawniczy Michał Koliński, str. 148, ISBN 978-83-7729-390-4