Wspaniały, anachroniczny poeta

Kazimierz Przerwa-Tetmajer (1865-1940) wydaje się być nawet już od dziesięcioleci poetą zaprzeszłym, anachronicznym. Jeden z emblematycznych poetów Młodej Polski, poeta nawet w prozie, bo jego dylogia tatrzańska „Na Skalnym Podhalu” i „Legenda Tatr” czy epopeja „Koniec epopei” o polskim, krwawym, burzliwym i smutno zakończonym romansie z Napoleonem i jego armią, są właściwie młodopolskimi poematami prozą.

Jego „zaprzeszłość” wyrażała się nawet w ponurej końcówce jego życia, gdy niczym zapomniany upiór, zbiedniały, chory fizycznie i duchowo, krążył po okupowanej Warszawie przełomu 1939/1940. On, przecież pierwowzór Poety z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, poeta miłości, mężczyzna namiętny i „romansowy”. On, czczony niegdyś niemal oficjalnym kultem, fetowany na uroczystościach, odbierający hołdy publiczne niczym wieszcz narodowy.
Tadeusz Januszewski snuje o Tetmajerze opowieść biograficzną barwnie, tak jak barwna jest postać poety, jak burzliwe było życie uczuciowe czołowego poety polskiego modernizmu i jak intensywna była jego miłość do Tatr i Skalnego Podhala. Opowieść Januszewskiego nie odkrywa nam, nowomodnie, Tetmajera pokazanego przez filtr jakiejś nowinki psychologicznej czy filozoficznej, ale rzetelnie, z dodaniem garści nowoodkrytych szczegółów, przypomina nam tego wspaniałego poetę, twórcę setek pięknych wierszy, zwłaszcza liryków miłosnych, choćby preludium „Mów do mnie jeszcze”, pięknych poematów „Śmierć Janosika” i „Jak Janosik tańczył z cesarzową”, czy wiersza „Anioł Pański”.
Wspaniały, anachroniczny poeta. Warto raz jeszcze powspominać jego historię.
Tadeusz Januszewski – „Kazimierz Przerwa-Tetmajer”, wyd. Iskry, Warszawa 2017, str. 287, ISBN 978-83-244-0411-7

Wielki Marlon opowiada

Dzięki Axis Mundi od kilku lat poznajemy co myślą i robią gwiazdy, dawne i dzisiejsze, żyjące i umarłe. Tym razem dowiadujemy się tego z wywiadu rzeki Lawrence’a Grobela z Marlonem Brando.

Należę do ostatniej chyba generacji, której dane było w młodości oglądać nowe, głośne filmy z udziałem Brando, kapitana Fletschera w „Buncie na „Bounty” Milestone’a, starego mafiosa Corleone w „Ojcu chrzestnym” Coppoli, wyuzdanego partnera Marii Schneider w „Ostatnim tangu w Paryżu” Bertolucciego, czy diabolicznego Kurtza w „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Był obdarzony fenomenalną charyzmą aktorską, a kamera filmowa go kochała.
Nigdy nie przydarzyło mu się typologiczne zaszufladkowanie, które dotknęło wielu jego sławnych kolegów, jak choćby Johna Wyane czy Roberta Redforda. Tworzył kapitalne role także w westernach („Dwa oblicza zemsty”), w filmach społecznych, psychologicznych „Tramwaj zwany pożądaniem”), kostiumowych („Quemada”). Jego talent był pojemny, a osobowość potężna.
W rozmowie z Grobbelem objawia się Brando inaczej – jako uważny obserwator sceny publicznej, niepokorny i niestandardowy komentator, wrażliwy działacz społeczny, krytyk wad establishmentu, do którego należał. Bez wahania rekomenduję tę interesującą lekturę.
„Marlon Brando. Rozmawia Lawrence Grobbel”, przekł. Piotr Pieńkowski, wyd. Axis Mundi, Warszawa 2017, str. 219, ISBN 978-83-64980-42-8

Powrót hrabiego Monte Christo

Pamięć mojej pierwszej lektur „Hrabiego Monte Christo”, to pamięć dzieciństwa lat późnych sześćdziesiątych. To wielka klasyka powieści popularnej, a tytułowy bohater należy od grubo ponad stu lat do ikon popkultury, o czym świadczą liczne ekranizacje filmowe i telewizyjne tej powieści.

Gdy chodzi zatem o fabułę, wspomnę tylko, że to cudownie napisana, barwna opowieść o zemście Edmunda d’Antesa, szlachetnego, skrzywdzonego człowieka na swoich prześladowcach, a jednoczenie trochę historia „kopciuszka”, dzieje człowieka, który z ubogiego marynarza przeobraził się, w skutek łaski ( jednocześnie niełaski) losu w bajecznego bogacza o szumnym tytule.
Powieści młodości czyta się po latach inaczej niż wtedy. Moja ponowna lektura powieści Aleksandra Dumasa nie była jednak taką samą z innego jeszcze powodu. Otóż wtedy przeczytałem wydanie „Iskier” z 1954 roku, które nie było sygnowane nazwiskiem tłumacza.
A ponieważ mam je do dziś w swojej bibliotece, tym bardziej nietrudno mi było skonstatować, że objętość owego wydania jest o wiele mniejsza niż tego, które rekomenduję. Całość edycji z 1954, to nawet mniej niż połowa objętości części pierwszej wydanej właśnie przez Wydawnictwo MG. A jako że nigdy nie miałem w dłoni jakiegokolwiek wydania francuskiego „Hrabiego”, więc tylko podejrzewam, że był to jakiś skrót przygotowany z myślą o młodzieży.
I że nie było to tłumaczenie Klemensa Łukasiewicza, ponieważ oba przekłady są w oczywisty sposób odmienne, nie tylko w sformułowaniach zdań, ale także w niektórych drobnych detalach (n.p. datach).
Zapewne więc w przypadku obecnej edycji mamy do czynienia z tekstem pełnego przekładu, skądinąd w lekturze bardziej nowoczesnego i klarownego niż tamten. Nie wiem czy zasłużone we wspaniałym dziele przywracania klasyki na polskie półki księgarskie Wydawnictwo MG potwierdzi moje domysły, ale ważniejsze jest to, że sięgając po korpulentny tom „Hrabiego Monte Christo” możemy zanurzyć się w jedną z najbardziej malowniczych opowieści w dziejach literatury.
Tym którzy tę lekturę tak ja też już mają za sobą, gorąco rekomenduję soczysty smak powtórki, a tych, którzy tej powieści nigdy nie czytali nie mniej gorąco namawiam do zanurzenia się w jej fascynujący świat.
Aleksander Dumas – „Hrabia Monte Christo”, Wyd. MG, tłum. Klemens Łukasiewicz, str. 704, ISBN 978-83-7779-318-3

Sceny z życia Jakuba i Krystyny

O ile dobrze pamiętam, Janusz (Jakub) Morgenstern nie pozostawił po sobie żadnych wspomnień czy wywiadu-rzeki. Mimo wybitnej pozycji jako reżyser filmowy i telewizyjny, był człowiekiem nieśmiałym, jakby wycofanym, skromnym, wrażliwym Nigdy nie narzucał nikomu swojej osoby i mówił bardzo cicho.

To były dość nietypowe dyspozycje dla reżysera filmowego, który musi być czasem nawet katem i stupajką, ale Morgenstern radził sobie bez tego, tworząc wybitne filmy, choćby cudowne „Do widzenia do jutra” czy mistrzowską z profesjonalnego punktu widzenia (wraz z Andrzejem Konicem) „Stawkę większą niż życie”. Szczęśliwie jego żona, Krystyna Cierniak, aktorka, ma w sobie tę błogosławioną śmiałość, która uniemożliwia ukrycie pod korcem skarbów, których ukrywać nie należy, bo to oznacza stratę dla kultury i pamięci. I to ona napisała książkę o Jakubie Morgensternie, o jego losie, o jego osobowości, jego filmach, o środowisku filmowym tamtej epoki (tzw. „księstwo warszawskie”), a także o nich jako oddanej sobie parze.
Ukazała więc barwny, mieniący się rozmaitymi odcieniami ów świat, pełen legendarnych już wtedy i do dziś tym bardziej, nazwisk. Cały ten filmowy Parnas, z Andrzejem Wajdą, Romanem Polańskim, Jerzym Skolimowskim, Zbigniewem Cybulskim, Elżbietą Czyżewską, Agnieszką Osiecką, Gustawem Holoubkiem, Andrzejem Łapickim i wieloma innymi. Także ich podróże, prywatne i festiwalowe, dom na Żoliborzu czy letnisko w Chałupach.
Cudowna, lekka, barwna, a zarazem bardzo pouczająca lektura, którą gorąco rekomenduję.

Krystyna Cierniak-Morgenstern – „Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, str. 270, ISBN 978-83-08-06052-0

Piekło to inni i obcy

„Książkę tę zaczęłam pisać w Europie, która nie dość, że wydawała się spójna i nastawiona na dynamiczny rozwój, to jeszcze obiecywała dalsze otwarcie i kolejne zjednoczenia. Skończyłam ją pisać w Europie, która znajduje się w potężnym kryzysie (po Brexicie), w sytuacji bezradności i niechęci wobec zalewu uchodźców i migrantów, i w której w związku z tym kwitną nie tylko nacjonalistyczne nastroje, lecz także coraz bardziej prężne partie dążące do separacji narodów i odgrzewania plemiennych nienawiści” – napisała Magdalena Środa w zakończeniu swojego obszernego studium „Obcy, inny, wykluczony”. Ten akcent osadzający moment ukazania się studium w aktualizującym kontekście, nie jest przypadkowy, i właśnie o tym za chwilę.

Pozwolę sobie i ja, czytelnik, na jedną refleksję natury osobistej. Gdy w piękny, słoneczny dzień 1 maja 2004 roku uczestniczyłem, jako jeden z licznych zaproszonych gości, w uroczystym pikniku zorganizowanym w ogrodzie Zamku Królewskiego w Warszawie usytuowanym od strony Wisły, przeżywałem nie pozbawione dawki euforii uczucie, że oto po tylu historycznych dramatach i perypetiach Polska wchodzi wreszcie na trwałe do cywilizowanej wspólnoty europejskiej, wspólnoty dobrobytu i wolności. I że tylko kilkanaście najbliższych lat dzieli nasz kraj od upodobnienia się – mentalnie, kulturowo i materialnie – do krajów zachodniej Europy, które znałem z licznych już tam wtedy pobytów, zwłaszcza we Francji i we Włoszech, a już szczególnie w Paryżu i Rzymie, które to miasta uważam za swoje drugie – przepraszam za odrobinę patosu – duchowe ojczyzny. Szesnaście lat później czytałem obszerne, prawdziwie uczone, przepełnione erudycją studium Magdaleny Środy z uczuciem smutku, rozczarowania, niepokoju i niepewności. Mój kraj słabo przypomina dziś Polskę tamtego czasu, rządzoną, nie bez błędów rzecz jasna, przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, pod prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego.
Nie bez różnych błędów rządziła wtedy lewica, a też i na miarę ówczesnych możliwości ekonomicznych i na miarę ówczesnego dorobku kraju, ale rządziła z pełnym poszanowaniem praw i wolności obywatelskich, niezawisłości sądów, wolności mediów. Wtedy, myśl, że pod rządami SLD, choć nieustannie wypominano mu, że jest spadkobiercą PRL, mogłyby być naruszane prawa obywatelskie, jednostkowe, prawa mniejszości najrozmaitszego autoramentu, że pod jego rządami mogłaby być podważana wolność mediów, praworządność, a policja mogłaby brutalnie pacyfikować i represjonować pokojowych demonstrantów za wieszanie tęczowych flag na pomnikach – to nie tylko mnie nie przyszłoby wtedy na myśl. Mówiąc kolokwialnie – to by się wtedy nie mogło pomieścić w głowie. A jednak TO się stało – szesnaście lat później Polską rządzi (i to już od sześciu lat) reakcyjna, klerykalno-nacjonalistyczna prawicowa formacja polityczna, której język i praktyki przypominają najgorsze karty znane z dawnych podręczników do nauki historii tak, jakby zostały w nich nieomal wprost, bezpośrednio zaczerpnięte. Można by rzec, że na jawie spełniają się najgorsze koszmary i lęki senne ludzi o poglądach lewicowych i liberalnych, i to spełniają się w sposób integralny, bez pozostawienia wąskiej nawet szczeliny. W czasach mojej młodości szkolnej, w podręcznikach do nauki historii i publicystyce, natykałem się co rusz na określenie „reakcja” czy „czarna reakcja”. Niby wiedziałem z grubsza o co chodzi, ale tak naprawdę tylko teoretycznie, bo nie czułem istoty tego fenomenu, bo nie znałem go z autopsji. Dziś go czuję (nie ja jeden rzecz jasna) „organoleptycznie”, namacalnie, na własnej skórze. Z prostej przyczyny – czarna reakcja rządzi dziś moim krajem. Czyli – los nie oszczędził mi spotkania z fenomenem, który poznałem kiedyś i traktowałem tylko jako puste słowo z nieznanych mi czasów.
Powyższy wstęp nie oznacza, że treść studium Magdaleny Środy nadaje się do osadzenia go jedynie w takim jak powyżej wzmiankowany kontekście. Ponure zjawiska, o których traktuje jej praca są, niestety, odwieczne. Jeśli autorka przywołała kontekst ostatnich lat, to, jak się domyślam, tylko dlatego, by podkreślić, uwypuklić fakt, że inwazja konserwatywno-populistycznej regresji, jaka dokonała się w ostatnim dziesięcioleciu w Europie i na świecie, w tym w Polsce, prawdopodobnie na długo zniweczyła delikatną tkankę złudzeń i nadziei, których źródłem stał się postępujący proces jednoczenia się Europy. Autorka, jak sama wspomniała, zaczęła pisać studium w okresie nadziei, a ukończyła pracę nad nim w okresie ich załamania, kryzysu, i to nadaje dziś jej książce szczególnie dojmującej wymowy. Reasumując – jeśli poprzedziłem swoje uwagi o „Obcym” kontekstem aktualizującym, to tylko w nawiązaniu do aktualizujących uwag samej autorki.
Bo jej obszernego dzieła nie da się wpisać w żaden doraźny, bieżący kontekst. Jest ono historią okropności naszego świata na całej przestrzeni jego dziejów. Okropności – bo poczucie obcości wobec drugiego człowieka, wobec Innego nieustannie i nieprzerwanie rodzi zło i przemoc. Pierwszą figurą obcości, której analizę podejmuje autorka w studium wyjściowym, jest obcość człowieka i zwierzęcia, a rezultatem tej obcości jest stan relacji ludzko-zwierzęcych, który Charles Patterson określił mianem „wiecznej Treblinki”, stan totalnej degradacji i okrucieństwa z jakim człowiek odnosi się do zwierząt. Dziki, niewolnik, uchodźca, gej, kobieta, Żyd, nędzarz, ludzkie odpady, dziwacy – to kolejni bohaterowie poszczególnych rozdziałów. To Obcy, figury odzwierzęce oraz Inni, figury nieładu. Poprzez nie autorka ukazuje naturę ludzkiej egzystencji naznaczonej nieustającą przemocą, okrucieństwem, złem we wszelkich postaciach. Język studium Środy dalekie jest od komentatorstwa, a tym bardziej od moralizatorstwa. Jej narracja jest referencyjna, neutralna, erudycyjna. Inna bowiem być nie musi, by przekazać grozę naszego świata.
Nie potrzeba żadnych przymiotników i epitetów. Wystarczy dodawać fakt do faktu, fenomen do fenomenu, wystarczy na chłodno kłaść warstwę po warstwie, by oddać straszliwą grozę naszej egzystencji. Kojarzy mi się to nieco z fenomenem oddziaływania na czytelnika prozy obozowej Tadeusza Borowskiego, który najokrutniejszą prawdę o człowieku potrafił oddać przy użyciu suchych, pozbawionych cienia emocji sprawozdawczych zdań. Część druga studium dotyczy postaw. Dotyczy fenomenu barbarzyństwa. Wyraża się on w stereotypizacji, gdzie obcy jest symbolem, w biologizacji, gdzie jest tzw. obiektem, orientalizacji, gdzie jest obiektem, eksterminacji, gdzie redukuje się do poziomu ciała i w obojętności, w której staje się – nikim. W tej części autorka odnosi się też do kwestii humanizmu. Dla niejednego czytelnika zaskoczeniem może być diagnoza autorki odnosząca się do humanizmu. To określenie, obecne w języku kultury europejskiej od XVI wieku niemal każdemu kojarzy się z czymś najszlachetniejszym, najwspanialszym. Humanizm, dla większości osób, których pokolenia stykały się, głównie w szkole, z tym terminem, to szczyt rozwoju ludzkości, to włoski Renesans, to dla każdego, kto posiadł ogólne wykształcenie, wyzwolenie z mroków średniowiecza, to przywrócenie godności uciśnionym ludziom, to sławna definicja Terencjusza – „człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”. Magdalena Środa ukazuje nam to w innym świetle, radykalnie odmiennym. Oto bowiem w humanizmie, czyli ubóstwieniu człowieka, widzi praprzyczynę tego wszystkiego, co można złego powiedzieć o naturze ludzkiej. W humanizmie bowiem ma źródło pycha człowieka, która prowadzi go ku złu, nienawiści i pogardzie w stosunku do Obcego i Innego. To z humanizmu w końcu wywodzą swoje źródło faszyzm, nazizm czy stalinizm. Niestety, także następca humanizmu, posthumanizm, którego frapującą analizę daje nam autorka nie niesie z sobą nadziei. Co prawda posthumanizm rozrzedził, zmiękczył, zrelatywizował (jak jedna z jego odmian – postmodernizm) wiele sztywnych, niosących zło treści, ale przyniósł ze sobą nowe niebezpieczeństwa, mechanizmy nie chroniące przed starymi postaciami zła, a mogące przynieść zło nowego typu. Nie spodziewajmy się po dziele Magdaleny Środy żadnej pocieszającej konkluzji czy puenty, żadnego taniego pocieszenia. Lektura jej studium może przynieść nam jedynie utwierdzenie w starym pesymizmie i beznadziei. Przestrzegam, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Nie tylko dlatego, że nie przynosi nam konsolacji, a tylko potwierdza w smutnych konstatacjach. Także dlatego, że uczone studium Magdaleny Środy nie jest łatwe w lekturze, bo autorka podejmowanych przez siebie kwestii nie rozjaśnia, nie upraszcza, lecz je komplikuje i problematyzuje, nie daje łatwych konkluzji. Lektura tego studium przynosi podwójną trudność – psychiczną, bo oglądamy w lustrze swój własny, ludzki, potworny wizerunek i intelektualną, bo wymaga dużego wysiłku umysłowego. Jednak przez wzgląd na wagę dzieła warto przez nie przewędrować.
Magdalena Środa – „Obcy, inny, wykluczony”, Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2020, str. 2, ISBN 978-83-7453-669-1

Stary, dobry Chesterton

Oprawiony w zielone płótno, wydany w 1969 roku przez PAX tom opowiadań Gilberta Keitha Chestertona „Przygody księdza Browna” w przekładzie Tadeusza Dehnela zaliczam do najukochańszych książek mego późnego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Mądry jak Ulisses, choć bardzo niepozorny, bohater tych nowel, katolicki ksiądz detektyw żył w mojej wyobraźni w jednym szeregu z Sherlockiem Holmesem, Philippem Marlowe i im podobnymi romantycznymi poniekąd stróżami prawa.
Dlatego lektura ponownej edycji opowiadań o księdzu Brownie to dla mnie jakby ciepłe deja vu, tym razem w nowym przekładzie Magdy Sobolewskiej. W nowym tomie opowiadań jest mniej niż w tamtym, kilka się pokrywa (choć autorka, chyba niepotrzebnie, zmieniła n.p. tytuł „Złamana szabla” na „Pod znakiem złamanej szabli”, a lepszy frazeologicznie tytuł „Młot Boży” na „Młot Boga”), a kilku, jak „Grzechy księdza Saradine’a” czy „Honor Izraela Gow” w tamtym tomie nie było.
Frapujące, intelektualne, filozoficzne, a przy tym bardzo wciągające są te opowiastki kryminalne, w których pulchny jak pan Pickwick, poczciwy ksiądz katolicki, często z Francuzem Flambeau u boku, z angielską przy tym flegmą godną porucznika Colombo, demaskuje straszliwych demonów zbrodni, przed którymi drży świat cały.
Natomiast drugi wydany przez „Frondę” tom „Drzewa pychy” zawiera opowiadania nieopublikowane dotąd w języku polskim. To jest ten Chesterton, który zawsze kojarzył mi się co nieco z dickensowskim spojrzeniem na świat, odrobinę sentymentalnym poetyckim, ciepłym, nastrojowym, ironicznym, z upodobaniem wprowadzającym wątki tajemnicze i kryminalne oraz na swój sposób romantycznym, a przy tym piszącym niejednorodnie, lecz stylistycznie wielogatunkowo.
Lekturę tego rdzennego „Angola” urodzonego pod szarym, deszczowym, surowym niebem Anglii, który w katolicyzmie znalazł „baśń, tajemniczość i urodę życia” (jak on to zobaczył?) i który w końcu się na katolicyzm przekonwertował i który swoim bohaterem detektywem uczynił nie anglikańskiego pastora, lecz katolickiego księżula – z czystym sumieniem polecam nawet zakamieniałym ateistom.
Gilbert Keith Chesterton – „Niewinność księdza Browna”, wyd. Fronda, Warszawa 2017, ISBN 978-83-141-1

Herr Rudniki i jego cholerny świat

Pisarstwo Janusza Rudnickiego wielbię. To się czyta z rozkoszą. Pisarz o kolosalnym języku, o niebywałej pojemności frazeologicznej, czytanie jego prozy to przygoda z językiem, jego morfologią, duchem.

W stylu Rudnickiego jest wszystko od solipsyzmu po epikę, od ironii po patos, jest dystans, groteska, sarkazm, prowokacja, nawet momentami wulgarność.
Jego proza, na którą składają się przede wszystkim małe formy, od zwykłych obserwacji po opowiadania, porusza się po wszystkich chyba rejestrach polszczyzny, która jest zbyt bogata by zamykać się nudnych opłotkach banalnej narracji. Rudnicki (jak z niemiecka mawia o sobie: herr Rudniki) śmieszy, tumani, przestrasza w swoim brawurowym stylu, prowokuje, bawi się w kotka i myszkę, lawiruje, odstawia kiwki jak Pele, bryluje, robi sobie jaja, ale i też pokazuje egzystencję jako „mękę kartoflaną”. I potrafi zajmująco mówić o wszystkim W prozie herr Rudnikiego granicą między językiem prozy literackiej a językiem felietonu jest cienka niewidzialna linia. Ponadto, tym razem mniej herr Rudniki pisze o sobie, a więcej o innych, m.in. o Czesławie Miłoszu, Hansie Franku, Zofii Stryjeńskiej i okazuje się także wybornym portrecistą tych postaci z innych światów. Czytając prozę herr Rudnikiego nie sposób się nudzić. Ona jest zaprzeczeniem nudy.
Janusz Rudnicki – „Życiorysta 2”, wyd. GWFoksal (WAB), Warszawa 2017, str. 300, ISBN 978-83-280-3696-3

Sienkiewicz – epistolograf

Wybór korespondencji Henryka Sienkiewicza potwierdza przekonanie, że wielki pisarz nie był epistolografem na miarę Zygmunta Krasińskiego, który lokował w korespondencji znaczną, jeśli nie przeważającą część swojego potencjału twórczego, intelektualnego i duchowego.

Jednak wzór Krasińskiego pozostaje niedościgły dla wszystkich innych pisarzy i należy go pozostawić na boku jako ekskluzywny. Nie mniej, listy Henryka Sienkiewicza stanowią jednak cenny dokument czasu, a także fragmentów jego własnego życia i są warte lektury.
Przed laty Państwowy Instytut Wydawniczy wydał w tzw. serii „celofanowej” pełną kilkutomową edycję jego korespondencji. Kto nie miał możliwości, czasu czy cierpliwości by się z nią zapoznać, ten może teraz przeczytać wybór z tamtego zasobu dokonany. Można się przy okazji tej lektury między innymi dowiedzieć, że bujny i pełen rozmachu w stylu swoich wielkich powieści, w korespondencji jest Sienkiewicz bardziej skromny stylistycznie i rzetelnie kronikarski.
To druga, mniej znana strona twórczej osobowości twórcy „Trylogii”. Bogaty obraz epoki, liczne do niej komentarze, bogactwo personaliów, znakomite opisy licznych podróży pisarza, a do tego świetne jak zwykle w edycjach PIW przypisy. Wyborna lektura.
H. Sienkiewicz – „Widziałem wszystko, com chciał i potrzebował widzieć”. W stulecie śmierci pisarza wybór listów oraz pokłosie epistolarne”. Do druku podała Maria Bokszczanin, Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016, str. 347, ISBN 978-83-64822-66-7

Niezły pasztet w barokowym labiryncie

Momentu dotarcia do polskiego czytelnika swojej najwybitniejszej powieści, „Quer pasticciaccio brutto de via Merulana” (1957) Carlo Emilio Gadda (1893-1973) nie doczekał, bo i właściwie nie mógł doczekać, jako że ten moment nastąpił pół wieku (dokładnie 61 lat) po ukazaniu się jej w oryginale włoskim. I właśnie w aspekcie językowym tkwi przyczyna tego opóźnienia.

W notce do wydanego w 1973 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy tomu opowiadań Gaddy „Pożar na ulicy Kepplera”, „Quer pasticciaccio brutto…” wzmiankowana jest jako pastisz powieści kryminalnej, antykryminał filozoficzny napisany w rzymskim, plebejskim dialekcie miejskim zwanym romanesco. Dziś dialektu romanesco raczej się w Rzymie nie uświadczy, podobnie jak świata, który Gadda opisał, ale nieprzeciętne trudności przekładowe pozostały i to one sprawiały, że przez lata nikt z polskich tłumaczy literatury włoskiej nie podjął się tego katorżniczego wysiłku.
W poszukiwaniu językowego klucza
Zdecydowała się na to w końcu tłumaczka literatury francuskiej i włoskiej Anna Wasilewska, która temu zadaniu poświęciła kilka lat. Największa trudność translatorska polegała na znalezieniu polskiego literackiego ekwiwalentu dla nieklasycznej, plebejskiej włoszczyzny romancesco. Nawet znalezienie odpowiedniego polskiego ekwiwalentu tytułu było trudne. Tłumaczka zdecydowała się na frazę „Niezły pasztet na via Merulana”, choć równie dobrze i może bardziej w stylu romanesco pobrzmiewałoby polskie „pasztecisko”. Jednak, jak zauważa w posłowiu sama tłumaczka, nie znalazłszy w polszczyźnie żadnego ekwiwalentu stylistycznego i leksykalnego zdecydowała się na deformacje brzemieniowe, fonetyczne, w warstwie wymowy, typowe dla dialektów plebejskich, a także elementy takowego słownictwa. Zastosowanie którejś z gwar polskich, n.p. warszawskiej, krakowskiej czy śląskiej, w trybie podobnym, w jakim Boy zastosował język Reja, Kochanowskiego oraz polskiego baroku jako klucza do przekładu „Żywotów pań swawolnych” Brantome’a, a Gombrowicz staropolszczyznę i mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” jako język „Transatlantyku”, w tym przypadku byłoby zabiegiem sztucznym i fałszywie brzmiącym.
Makaroniczny „kosmos” Gaddy
Proza Gaddy, w tym w szczególności „Quer pasticciaccio…”, wprowadziła włoską prozę, ciągle żyjącą w cieniu Manzoniego na nowe szlaki, także eksperymentalne, awangardowe. Dokonana przez niego emancypacja języka prozy czyni go pisarzem pokrewnym Joyce’owi czy Celine’owi. „Pisarstwo Gaddy stara się ogarnąć rzeczywistość w całej jej złożoności, rzeczywistość postrzeganą jako magmę, kakofonię, labirynt, który wymyka się próbom metodycznego poznania, wymyka się wszelkim myślowym kodom, systemom i ideologiom – pisze A. Wasilewska – Gadda opisuje świat małostkowych uczuć, śmiesznych ambicji, komicznych obyczajów, okrutnych upodobań, świat zarazem groteskowy i patetyczny, rozpięty na współrzędnych głupoty i cierpienia, głównych elementach ludzkiej egzystencji, z których jedno nie umniejsza drugiego. To świat, w którym archetypiczny system wartości całkowicie rozmija się z pragmatyką życia. Owa rzeczywistość, fragmentaryczna i zatomizowana, pozbawiona hierarchii i spajającej więzi, domaga się nowych form literackich. Niesmak, czy wręcz obrzydzenie Gaddy do „powszechnego imbecylizmu świata” przemienia się w jego pisarstwie w kategorię estetyczną, nie kategorię moralną. Ponieważ opis tego świata konwencje te rozsadza; posługuje się wszystkimi rejestrami języka, z łatwością przechodzi od tonacji wysokiej do niskiej, wprowadza dialekt i żargon, neologizmy i onomatopeje, miesza gatunki literackie, przedrzeźnia style językowe, osiągając przy tym zamierzony efekt parodystycznej hiperboli, groteskowej deformacji. Stał się twórcą osobnego języka, który do literatury przeszedł po nazwą „barrocco” czy „maccheronismo gaddiano”. Tak sformułowany przez tłumaczkę światopogląd artystyczno-epistemologiczny Gaddy wyznaje także główny bohater powieści, komisarz Ingravallo, policjant-intelektualista, który wypadki tego świata postrzega jako „wir, krytyczny, cykloniczny punkt w świadomości świata, miejsce, w którym zbiegło się wiele przyczyn”. Dla komisarza „nie ma jednej przyczyny zjawisk, ponieważ na rzeczywistość składa się wiele elementów, które tworzą struktury bardziej złożone”. Wnikliwemu czytelnikowi tego antykryminału nie trzeba chyba tłumaczyć, jakie musi to mieć konsekwencje dla sposobu prowadzenia śledztwa przez Ingravallo. „Powieść kryminalna Gaddy, która powinna jak najszybciej zmierzać do wyjaśnienia zagadki, rozpada się na wiele luźnych epizodów. Świat wyzbyty jest centrum, każdy z wplecionych wątków pobocznych, które opóźniają narrację, zyskuje więc walor swoistego centrum” – zauważa tłumaczka. A po prawdzie cała ta intryga kryminalna zaczynająca się od trupa młodej kobiety w jednej z kamienic przy rzymskiej via Merulana, ulicy łączącej bazyliki San Giovanni in Laterano i Santa Maria Maggiore to – by nie oddalić się zbytnio od poetyki powieści – „pic na wodę, fotomontaż”. To znaczy trup jest niby prawdziwy, nie oniryczny, ale stanowi tylko punkt wyjścia, osnowę. Trup jest tylko pretekstem do merulańskiej odysei miejskiej, która jest jednocześnie odyseją ludzką. Istotą tej powieści jest też polifonia. „Pasztet”, to utwór wielogłosowy i ta wielogłosowość ma zobrazować wielorakość form życia i ich wzajemnych interferencji”, „przypomina tort: każdy jego kęs, złożony z wielu warstw, ma dać wyobrażenie o całości. Ale jest to tort przepuszczony przez maszynkę, zatracający podział na warstwy poziome”. Jednocześnie jednak Wasilewska zwraca uwagę, że cały ten chaos, to językowe rozpasanie, „zapętlona i meandryczna składnia podlegają żelaznej dyscyplinie” i nie wymykają się Gaddzie spod pióra.
A chciał być porządnym realistą…
Co ciekawe, o czym zaświadczył Italo Calvino, Gadda zamyślał, by napisać klasyczną, konwencjonalną powieść realistyczną w duchu XIX wieku. „Jednakże pojmowanie rzeczywistości jako struktury barokowej nieustannie rozsadzało pod jego piórem ciągłość narracji na rzecz wtrąceń i dygresji – pisze w posłowiu A. Wasilewska – Miało to swoje konsekwencje także w doborze środków wyrazu. Gadda sięga do wszelkich zasobów języka i tradycji literackich, żeby opisać to, czego właściwie opisać się nie da. Buduje swoje powieściowe „groviglio” zarówno na poziomie sytuacji fabularnych, jak w warstwie intertekstualnej, bo skoro wszystkie rzeczy połączone są ze sobą siecią niewidocznych nitek, to splątana jest nie tylko materia świata, splątana jest także materia literacka. Stąd częste odwołania do słów innych pisarzy”.
Intertekstualność
Intertekstualność ani nie była odkryciem Gaddy, ani nie umarła wraz z nim. Pierwszym wielkim intertekstualnym dziełem literatury była „Boska komedia” Dantego, do której też Gadda nawiązuje. Intertekstualna bywała poezja Juliusza Słowackiego („Beniowski”). Arcydziełem intertekstualności jest „Ulisses” Jamesa Joyce’a. Intertekstualność można napotkać w „Życiu i myślach Tristrama Shandy” Laurence Sterne’a, w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego, w „Doktorze Faustusie” Thomasa Manna, ale i w literaturze naszych czasów, u Thomasa Pynchona, u Teodora Parnickiego czy w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk. A ponieważ, jak zauważa Wasilewska, w intertekstualności Gaddy centrum stanowi kultura i literatura włoska, więc tak jak przy całej swojej kontrze do polskości Gombrowicz jest pisarzem „arcypolskim”, tak Gadda jest pisarzem „arcywłoskim”.
Via Merulana 218
Ponieważ jednak „Pasztet” jest nie tylko antykryminałem filozoficznym, ale przez gatunkowe osadzenie ociera się o prozę popularną, warto też spojrzeć na tę powieść jako rzecz o Rzymie. Jednak przewodnikiem po Wielkim Mieście, takim jak „Anioły i demony” Dana Browna być nie może. I nie dlatego, że Rzymu Gaddy i – jak powiada tłumaczka – jego „zaropiałych kamienic” i tamtego rzymskiego ludu już nie ma. Także dlatego, że topograficzny „kosmos” „Pasztetu” zamyka się właściwie w przestrzeni via jednej ulicy. Zawsze jednak można pójść na via Merulana 218, pod kamienicę, gdzie Gadda usytuował trupa, a nawet wejść do środka i być może natknąć się na jej mieszkańca, który z przyjazno-pobłażliwym uśmieszkiem rzuci pod nosem: O, miłośnicy Gaddy”.

Carlo Emilio Gadda – „Niezły pasztet na via Merulana”, przekł. Anna Wasilewska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 386, ISBN 978-83-06-03462-2

Faszyzm codzienny

Przypadek Hansa Fallady, pisarza, który wszedł w konflikt z faszystowskim reżimem Hitlera i który pozostawił jedne z najciekawszych literackich świadectw tamtego czasu wymyka się jednoznacznym, heroicznym schematom.

W przypadku autora „Każdy umiera w samotności” nie mamy bowiem do czynienia ze spiżową postacią w rodzaju zgładzonego przez hitlerowców bohaterskiego pastora Bonhoeffera ani kimś posobnym do młodych, idealistycznych straceńców z kręgu „Białej Róży”, lecz z człowiekiem – by użyć terminologii religijnej – głęboko grzesznym i niedoskonałym. Fallada był człowiekiem niedostatecznie zrównoważonym umysłowo, alkoholikiem, nie stroniącym też od narkotyków, mającym za sobą próby samobójcze we wczesnej młodości, defraudantem, a jego życie osobiste było dalekie od godnego polecenia wzoru. Gdy hitlerowska administracja zamykała go w 1944 roku w szpitalu psychiatrycznym po desperackiej próbie postrzelenia żony, decyzja ta – jakkolwiek by to w tym kontekście zabrzmiało – nie była pozbawiona podstaw. Fallada nie był też – jak sławny antyhitlerowski emigrant Tomasz Mann – pisarzem wielkim, ani być może nawet wybitnym. Sporą część swój pracy literackiej poświęcił pisaniu zarobkowemu książek zaliczanych do nurtu literatury popularnej. Ba, miał na swoim koncie okresy dobrej, harmonijnej współpracy z hitlerowcami, jak ten z roku 1937, gdy po okresie konfliktów z nimi, nawiązał współpracę z samym Goebbelsem i przymierzył się pod wpływem jego inspiracji do napisania, w duchu prohitlerowskim, „historii niemieckiej rodziny od 1914 do 1933 roku”. Apologetyczna wymowa przedsięwzięcia była jednak ponad siły psychiczne Fallady i jego hitlerowscy protektorzy są zmuszeni do zmiany zakończenia historii. Pisarz okazuje się organicznie niezdolny do wzorcowego konformizmu.
„Dziennik więzienny 1944. W moim obcym kraju” powstał w celi zakładu zamkniętego, przeznaczonego dla psychicznie chorych przestępców kryminalnych. Opanowany gorączkową wolą pisania, Fallada, narażając się na represje a być może nawet na śmierć, pisze w tych warunkach oskarżycielskie wspomnienia z życia Niemiec hitlerowskich. Tytuł „Dziennik” jest tu o tyle zwodniczy, że zapiski te nie były dziennikiem pobytu Fallady w zakładzie, lecz zapisem retrospektywnym z pamięci, obrazem życia minionego spoza celi w Neustrelitz-Strelitz. Fallada ukazuje, z autopsji, życie Niemiec hitlerowskich z zupełnie innej perspektywy niż ta, do której jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni, jednostronnej, postrzeganej przez pryzmat administracyjno-policyjno-wojskowej machiny hitleryzmu. Fallada pokazuje codzienność hitleryzmu nie przez pryzmat marszów mundurowych formacji, nie przez czerń mundurów SS i brunatny kolor koszul, nie przez nieludzką precyzję hitlerowskiej machiny terroru, lecz przez pryzmat najtrywialniejszej codzienności. Niemiecki faszyzm jest tu pokazany w zachowaniu „szarego człowieka”, dozorcy domu, sklepikarza, drobnego urzędnika, wydawcy, poprzez zachowanie osoby bliskiej, poprzez nastrój ulicy, klimat życia w jego na pozór najbardziej nawet odległych od polityki przejawach. Jest to faszyzm nie epicki, a nawet nie faszyzm groteskowo-groźny, jak z „Jaja węża” Bergmana czy „Kabaretu” Fose’a. To faszyzm małego realizmu, faszyzm ulokowany w banalnych drobinach codziennego życia. Fallada nie udawał bezstronności, pisał z pasją, żółcią, krwią i szyderstwem. Wszystko to czyni te zapiski, rozpoczynające się od brawurowego opisu pożaru Reichstagu, dziełem pasjonującym i unikalnym.

Hans Fallada – „W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944”, przekład Bogdan Baran, Czytelnik, Warszawa 2011, ISBN 978-8307032580