O polskim „Indianie Jonesie” opowieść

Skojarzenie z bohaterem filmowego cyklu Stevena Spielberga granym przez Harrisona Forda jest zapewne mocno przesadzone, a mimo to nie pozbawione uzasadnienia. Przygody Arkadego Fiedlera nie były aż tak nieprawdopodobne jak tamtego, ale na niektórych fotografiach, polski podróżnik, rosły, męski, w ubraniu i kapeluszu przypominającym przyodziewek amerykańskiego awanturnika, rzeczywiście do złudzenia go przypomina. Gdyby to było choć na jotę prawdopodobne, gotów byłbym przypuścić, że twórca kostiumu dla Indiany Jonesa oglądał fotografie z egzemplarza „Ryb śpiewających w Ukajali”.

Powieści Arkadego Fiedlera sytuowałem w swojej dziecięco-młodzieńczej wyobraźni w jednym, długim szeregu gatunku przygodowo-podróżniczego z powieściami Daniela Defoe, Juliusza Verne, Karola Maya, Roberta Louisa Stevensona, Jamesa Fenimore Coopera, Thomasa Mayne Reida, także z innymi Polakami, Henrykiem Sienkiewiczem („W pustyni i w puszczy”), Alfredem Szklarskim (seria „Tomków”) czy Władysławem Umińskim i wieloma innymi, lepszymi czy słabszymi pisarzami rozmaitych nacji, jak G.H. Kingstone czy również polska, powojenna Nora Szczepańska. Byli to pisarze rozmaitego autoramentu i talentu, ale łączył ich duch przygody i podróży. Nie przepadałem tylko za powieściami Aliny i Czesława Centkiewiczów czy Jamesa Curwooda, dobrych pisarzy, ale zajmujących się tematyką tchnącą… mrozem, śniegiem i lodem, choć akurat „Najdziksze serca” i „Szara wilczyca” tego ostatniego czy „Zew krwi” Jacka Londona bardzo mnie wzruszyły. Generalnie wybrałem jednak klimaty ciepłe, a nawet gorące, z bujną florą i fauną.
Namiętność do egzotycznej, w tym tropikalnej aury powieści Fiedlera sprawiła, że nie wydany w największej liczbie egzemplarzy i będący szkolną lekturą „Dywizjon 303”, lecz „Orinoko”, „Mały Bizon” i „Wyspa Robinsona” były moimi ulubionymi powieściami tego pisarza. Jako że jednak lektury dziecięce i wczesnomłodzieńcze praktykuje się sauté, „na surowo”, bez zabarwienia latami lektur i literacką świadomością, a przy tym na ogół bez zainteresowania postacią autora, więc opowieść biograficzną Piotra Bojarskiego „Fiedler. Głód świata” czytałem odkrywając nieznany mi dotąd ani na jotę krajobraz barwnego życia pisarza, wszystkich jego węzłowych wydarzeń, sprzeczności, blasków i cieni, tajemnic.
Od razu zaznaczę, że czyta się opowieść Bojarskiego znakomicie. Ta szybkość w ocenie naprawdę wynika z faktu, że czytało mi się ją z tzw. „wypiekami na policzkach”. Szczęśliwie nie zastosował autor żadnej nowomodnej metody portretowania postaci.
Metoda ta ma zazwyczaj tę wadę, że na siłę kierując postać ku percepcji współczesnego, zwłaszcza młodego „targetu” czytelniczego, zaciera związki bohatera z epoką, w której żył i tworzył. Bojarski ustrzegł się tej pułapki „uwspółcześniania” postaci i osadził ją zarówno w sytuacyjnym, faktograficznym, jak i w kulturowo-psychologicznym polu epoki. Pierwsza partia książki, poświęcona dzieciństwu i młodości Fiedlera, jest jednocześnie bardzo interesującym portretem jego rodzinnego Poznania z przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszych dziesięcioleci II Rzeczypospolitej. W 1914 roku 20-letni Arkady Fiedler został zmobilizowany do armii niemieckiej i znalazł się na froncie francuskim, ale w następnym roku został przeniesiony do Poznania do służby sanitarnej.
Ożywienie nadziei niepodległościowych w 1918 roku sprawiło, że Arkady zaangażował się w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej i znalazł się w jej kierownictwie zaboru pruskiego. Wziął też udział w Powstaniu Wielkopolskim i uczestniczył w opanowaniu gmachu Prezydium Policji w Poznaniu. Lata powojenne to czas zawarcia małżeństwa, prowadzenie rodzinnego zakładu chemigraficznego i życie romansowe, które zawsze było ważnym aspektem egzystencji Fiedlera.
W tym też czasie obudziło się w nim marzenie o dalekich, egzotycznych podróżach i wyprawach. Czyni pierwsze, wstępne starania o stworzenie sobie takiej możliwości. Marzy o zobaczeniu kanionu Colorado w USA, ale na razie musi mu wystarczyć podróż nad Dniepr, której owocem jest jego pierwsza publikacja, broszura „Przez wiry i porohy Dniestru” (1926).
Inspirowany reporterskimi książkami Chrostowskiego i Lepeckiego o brazylijskiej Paranie i „Panem Balcerem w Brazylii” Marii Konopnickiej, coraz bardziej obsesyjnie marzy o wyprawie. Udaje mu się to w 1928 roku i we francuskim porcie Hawr wstępuje na pokład statku, który popłynie do Rio de Janeiro. Wrażenia z pierwszego zetknięcia z brazylijskim portem zapisał tak: „Z pierwszego dnia utkwiły mi w pamięci dwa wrażenia: przejmująca woń wilgotnej, rozgrzanej zieleni, uderzająca w nozdrza jak kapryśne perfumy zwariowanej kokoty, oraz widok barwnej chmary kilkuset motyli na niewielkiej, podmokłej polanie wśród palm na przedmieściu stolicy. Miało to posmak surrealizmu”.
W tym fragmencie, jak w soczewce objawia się Fiedler w swoich trzech najważniejszych rolach: zafascynowanego podróżnika, kobieciarza i pisarz-artysty.
Kilka lat później ukazała się książka-owoc tej brazylijskiej wyprawy: „Zwierzęta lasu dziewiczego”. Fiedler wraca do Europy i Polski ogarniętej już kryzysem będącym efektem październikowego krachu na giełdzie nowojorskiej z 1929 roku.
I znów opisuje Bojarski poznańskie życie Arkadego, śmierć nieletniej córeczki, zaangażowanie się w życie kulturalne, w tym kabaretowe Poznania, no i oczywiście niesłabnące życie romansowe młodego mężczyzny. W 1933 roku udał się na wyprawę do Amazonii, a jego regularnie stamtąd wysyłane do prasy korespondencje ułożą się później w książkę „Ryby śpiewają w Ukajali”.
Rządowa „Gazeta Polska” początkowo nie była zainteresowana publikacją relacji z Amazonii. Jednak dzięki wsparciu redaktora naczelnego prorządowego „Dziennika Poznańskiego”, Józefa Winiewicza (przyszłego wiceministra spraw zagranicznych w PRL w rządzie Józefa Cyrankiewicza, w czasach Gomułki) na publikowanie korespondencji Fiedlera decyduje się naczelny „Gazety Polskiej” Ignacy Matuszewski. Popularność korespondencji „znad Amazonii i znad Ukajali” sprawia, że w przyszłości, kolejny redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Bogusław Miedziński zaproponuje Arkademu Fiedlerowi podróż na Madagaskar jako „rekonesans” związany z planami „kolonialnymi” i osiedleńczymi Polski na tej wyspie.
Były to megalomańskie rojenia, obejmujące także m.in. Kamerun, a ich głównym eksponentem była tzw. Liga Morska i Kolonialna, na czele które stał generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Poczytność i sława „egzotycznych” korespondencji Fiedlera sprawiła, że stał się on znanym dziennikarzem i „celebrytą”, a Polskę ogarnęła moda na „egzotykę”, „tropiki”, na ciemny kolor skóry.
Znajdowało to odzwierciedlenie m.in. w pojawieniu się mody na opaleniznę, na „egzotyczne” akcenty we wzornictwie odzieżowym i takie też akcesoria w wystroju mieszkań. Motywy „egzotyczne” pojawiały się w filmach (m.in. motywy afrykańskich tańców), a także w reklamie.
Było to pierwsze w polskiej kulturze popularnej tak szerokie otwarcie się na obcość i inność. Nie ominęła też popularności Fiedlera aura humoru. Krążyły zabawne wierszyki („Ile Fiedler miał Murzynek, ile posad miał Rusinek…”, Janusz Minkiewicz, czy „Z krokodylem szuka zwady (…) Któż to? Fiedler to Arkady”). Same zaś „Ryby śpiewają w Ukajali” zostały nominowane do prestiżowego konkursu „Wiadomości Literackich” na najlepszą książkę roku 1935 i rywalizowały z „Solą ziemi” Józefa Wittlina, „Cudzoziemką” Marii Kuncewiczowej i „Granicą” Zofii Nałkowskiej.
Chwilę później Fiedler wyprawia się do „Kanady pachnącej żywicą” i już jako pełnokrwisty „celebryta” bierze udział w dziewiczym rejsie transatlantyku „Batory”, na którym poznaje Monikę Żeromską, córkę twórcy „Popiołów”, młodą aktorkę Irenę Eichlerównę, Andrzeja Struga, Melchiora Wańkowicza i broni się przed intensywnymi amorami ze strony Beli Gelbard znanej też jako Izabela Czajka-Stachowicz, pierwowzór Heli Bertz z „622 upadków Bunga” Witkacego. Przed wybuchem wojny zdołał jeszcze Fiedler wyprawić się na Madagaskar (1937-1938) i na Tahiti (1939), gdzie zastaje go 1 września. Stamtąd przedostaje się do Francji i Anglii, a pobyt w tej ostatniej wiąże się z powierzoną mu przez generała Władysława Sikorskiego misją napisania opowieści na chwałę polskich lotników walczących w bitwie o Anglię w 1940 roku.
„Dywizjon 303” stał się jego najbardziej znaną powieścią i po 1956 roku znalazł się na liście lektur szkolnych w PRL, co było jednym z paradoksów, jako że dywizjon należał do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przynależnych do formacji ideologicznie wrogiej wobec Polski Ludowej. Z angielską przygodą Fiedlera wiąże się jego konflikt z innym znanym pisarzem zajmującym się czynami polskiego lotnictwa wojskowego, Januszem Meissnerem, autorem m.in. „Żądła Genowefy” i „L jak Lucy”.
By nie uszczknąć czytelnikom nawet odrobiny satysfakcji z tej fascynującej lektury, nie będę ze szczegółami relacjonował zawartości tej barwnie i wartko napisanej książki, której dalsza za część poświęcona jest życiu i perypetiom Arkadego Fiedlera w PRL. Już nie tak malowniczym, ale też bardzo interesującym.
Gorąco rekomenduję tę znakomitą lekturę.
Piotr Bojarski – „Fiedler. Głód świata”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020, str. 432, ISBN 978-83-66431-34-8

100 lat pana T

Należę akurat do tych, którym figura Leopolda Tyrmanda (1920-1985, a zatem w tym roku upływa 100 rocznica jego urodzin), znana oczywiście tylko z licznych opisów, nie jest sympatyczna, bo nie lubię pozerów, snobów i modnisiów.

Jestem tu w szacownym gronie, bo choćby Józef Hen mówił, że „Tyrmand działał mu na nerwy”, a relacje większości osób, które się z nim zetknęły, nie były przychylne.
Wyłaniał się z nich człowiek raczej antypatyczny, chłodny, egotyczny, egoistyczny, pełen pychy, choć niewątpliwie odznaczający się silną osobowością i tzw. charakterem.
Mnie osobiście irytuje też jego tzw. „antykomunizm”, nie dlatego jednak, że kwestionuję czyjekolwiek prawo do poglądów ideologicznych, ale dlatego, że monomanii antykomunistycznej towarzyszy często monomania innej, antagonistycznej barwy.
Poza tym, po dziesięcioleciach doświadczeń po „komunizmie” (ujmuję to określenie w cudzysłów, bo uważam, że w większości krajów objętych tak określanym ustrojem, w tym w Polsce w szczególności, przybrał on postać dalece odbiegającą od jego teoretycznych modeli) widać już wyraźnie, że świat, który po nim nastąpił, nie stał się ani na jotę bardziej ludzki. Zmieniło się tyle tylko, że przemoc, opresja czy ucisk społeczno-ekonomicznego przybrały inne formy, o innych barwach ideologicznych.
Wiele społeczeństw uwolniono od negatywnych stron komunizmu, „uwalniając” je jednocześnie od jego stron pozytywnych (n.p. relatywne, minimalne bezpieczeństwo socjalne) i dodając nowe „plagi”. Stąd budzi we mnie odrobinę oporu także sympatia dla owego „antykomunizmu” twórcy „Życia towarzyskiego i uczuciowego”, wyraźnie sygnalizowana przez autora „Złego Tyrmanda”.
To zdecydowane nadwartościowanie, nawet fetyszyzowanie światopoglądu o wątpliwej wartości, bo z faktu, że ktoś jest „antykomunistą” niewiele wynika, jeśli nie przeciwstawia on nienawidzonej ideologii czegoś cenniejszego niż tylko skrajny egoizm i ekscentryczny elitaryzm i nic tu nie ma do rzeczy jego proza, wartość przynależąca do innej bajki.
Tyle co do tła percepcyjnego. Zastanawia mnie natomiast, wywołuje zastanowienie, niegasnące „publicity” wokół tej postaci, ciągłe nią zainteresowanie. Ostatnio powstał nawet film fabularny o Tyrmandzie, „Pan T” Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli autora „Złego”. Otóż właśnie. Gdyby niegasnąca popularność Tyrmanda wynikała ze sławy tej jego powieści (którą skądinąd, jak dotąd nieskutecznie, również planowano niedawno zekranizować), byłoby to zrozumiałe.
Nawet dziś, po przeszło sześćdziesięciu latach od wydania, zachowały się niektóre jej walory, jak szorstka malowniczość i drobiazgowość opisu powojennej Warszawy, soczyste i dowcipne sylwetki postaci, wartka akcja oraz swoiście tajemniczy, intrygujący nastrój, choć oczywiście upływ lat i radykalna zmiana realiów zredukowały szereg atrakcyjnych motywów tej powieści.
Jednak piszących o Tyrmandzie nadal fascynuje jego osławiony nonkonformizm w stalinowskiej Polsce, jego kolorowe skarpetki i galantne stroje (mawiano, że Tyrmand nie ubiera się, lecz przebiera i stroi jak kogut), romanse (koniecznie z „lolitkami”), przyjęcia, fascynacje jazzowe, wszystkie te namiastki i pozory „eleganckiego świata”.
„Zły Tyrmand” Mariusza Urbanka ukazał się po raz pierwszy w 1992 roku, w latach początku fali popeerelowskich wspominków i rozrachunków.
Niedawno ukazało się kolejne (nieco poszerzone) wydanie. Urbanek jest sprawnym narratorem i reporterem historycznym (tak chyba można określić gatunek, który uprawia: reportażem historycznym), więc z zainteresowaniem przeczytałem tę opowieść ponownie, po 28 latach.
Czyli jakby na nowo, bo jako trafny oceniam pogląd, że każda kolejna lektura tej samej książki, zwłaszcza po wielu latach przerwy, jest lekturą innej książki uprawianą przez innego czytelnika.
Narracja Urbanka skrzy się obfitością faktów, anegdot, personaliów, cytatów, relacji, ułożonych w zgrabny, spoisty kolaż, także w obraz epoki, acz obraz zawężony tylko do pewnych kręgów środowiskowych, związanych m.in. ze światem artystycznym, dziennikarskim, z tzw. towarzystwem, zawężony do świata drobnomieszczańskiego.
Rekomenduję lekturę tej opowieści, która jest dziś relacją z minionego świata i to podwójnie – tego odległego w latach, który jest tematem „Złego Tyrmanda” i pośrednio tego, który odchodzi na naszych oczach wraz z nadejściem epidemii (pandemii) koronawirusa.
Mariusz Urbanek – „Zły Tyrmand”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str.286, ISBN 978-83-244-1057-6

Opowieść o dwóch Polskach

Za ponad dwa lata upłynie setna rocznica zbrodni na pierwszym prezydencie RP Gabrielu Narutowiczu. 16 grudnia 1922 roku Eligiusz Niewiadomski zastrzelił go w warszawskiej „Zachęcie”, siedem dni po wyborze na fotel głowy państwa.

Temat należy do kanonu historii Polski, o czym świadczy bogata bibliografia dołączona do publikacji, o której będzie mowa.
Sam Narutowicz jest bohaterem kilku biografii, postacią osiową kilkunastu publikacji monograficznych i dziesiątków, jeśli nie setek tekstów rozmaicie ujmujących okoliczności jakie doprowadziły do tego dramatu i towarzyszyły mu.
Powstał też znakomity skądinąd film fabularny (ale ściśle oparty na dokumentach) Jerzego Kawalerowicza „Śmierć prezydenta” (1977).
Czy w tej sytuacji można napisać na ten temat jeszcze coś odkrywczego? Odkrywczego prawdopodobnie już nie, ale od czego jest inwencja autorska. Maciej J. Nowak wpadł na ciekawy pomysł zestawienia biografii i sylwetek psychologicznych dwóch głównych protagonistów dramatu: ofiary i mordercy, pokazania ich na tle epoki oraz zarysowania maksymalnie obszernego, syntetycznie ujętego kontekstu, jaki otaczał dramat z 16 grudnia 1922.
Napisał rzecz barwnie, potoczyście, zajmująco sięgając do bogatego zasobu źródłowego, dzięki czemu wiedza o wydarzeniach sprzed blisko 98 lat, dotąd podana fragmentarycznie i rozproszona po setkach publikacji, została ujęta w klarowną, panoramiczną całość.
Praca Nowaka jest także opowieścią o dwóch „równoległych” formułach, postaciach, wizjach polskości.
Narutowicz reprezentował ducha Polski jasnej, otwartej, tolerancyjnej, mądrej, szlachetnej. Niewiadomski – upiora Polski ciemnej, obskuranckiej zamkniętej w swoim narodowo-religijnym szowinizmie, ksenofobicznej, nienawistnej i mściwej.
Wydaje się, że do tej pory polska myśl, refleksja historyczna nie do końca przepracowała fakt, że u progu niepodległości Polski, po 123 latach zaborów, niewoli narodowej, pierwszy prezydent RP został zamordowany na tle nienawiści nacjonalistycznej, czyli w imię tych samych motywów, w imię których trzej zaborcy gnębili Polaków.
Wystawiło to nam bardzo złe świadectwo jako narodowi i w świetle tego mordu wszelka idealizacja historii narodowej, od stu lat uprawiana wokół faktu odzyskania niepodległości i wokół kształtu II Rzeczypospolitej, jest wyrazem haniebnej nieuczciwości, hipokryzji historycznej i moralnej, jest najzwyczajniej sprzeczna z rzeczywistością.
Opowieść o biografiach równoległych Narutowicz i Niewiadomskiego uświadamia też, że to wrogie zwarcie wewnątrznarodowe, które wyraziło się w mordzie Niewiadomskiego na Narutowiczu nie wygasło do dziś.
I choć przyjęło po latach nieco inne (choć wcale nie aż tak bardzo różne, jak by się mogło na pierwszy rzut oka uważać) formy, to nadal determinuje najnowszą historię Polski i – co gorsza – naszą codzienność współczesną.
Bardzo namawiam do tej lektury, dobrej zwłaszcza na czas sprzyjający, smutnemu niestety, namysłowi.
Maciej J. Nowak – „Narutowicz Niewiadomski. Biografie równoległe”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str. 214, ISBN 978-83-244-1034-7

Niesłabnąca moc prozy

Akurat tych opowiadań Marka Hłasko dotąd nie poznałem, obracając się do tej pory głównie w kręgu utworów „warszawskich”, z kręgów bliskich „bazie sokołowskiej”. Są w tym zbiorze opowiadania młodzieńcze i te najpóźniejsze, powstałe w Izraelu.

Większość jednak dotyczy tematyki polskiej, po części osadzone w scenerii przedwojennej, po części okupacyjnej, po części powojennej. Otwierające zbiór młodzieńcze opowiadanie „Pamiętasz, Wanda”, to liryczne wyznanie młodzieńcze, stylem nie zapowiadające jeszcze nieco późniejszego, brutalnego Hłaski. W „Trudnej wiośnie” w liryzm narracji z miłością w tle wdziera się już jednak realistyczne tło, szarość trudnego życia, pojawiają się też akcenty socrealistyczne, pojawia się tło polityczne – słowa „partia”, „rola partii”, „kolektyw” („Nie zdałeś egzaminu jako członek partii. Tu nie ma miejsca na wstyd ani na milczenie. To jest zagadnienie kolektywu”). Zakrojone na większy, blisko stustronicowy portret życia miasteczka w międzywojniu opowiadanie „Umarli są wśród nas”, z osiową postacią lekarza, to jest już ten właściwy Hłasko, niezwykle celny, sugestywny, plastyczny, naoczny w opisywaniu miazgi życia, codzienności, z charakterystycznymi dygresjami egzystencjalnymi, momentami nawet ekscentrycznymi, pełnymi dezynwoltury, z akcentami subtelnej ironii, n.p. o ludziach starych czy o naturze kobiet (bardzo pesymistyczne). I jak w przypadku większości wczesnych opowiadań Hłaski, to opowiadanie bez puenty, a więc realistyczne, bo w prawdziwym życiu nie ma zgrabnych puent, a jeśli, to rzadko.
W opowiadaniu „Brat na końcu drogi” (czas „odwilży”, wypuszczania skazanych z więzień po okresie największego stalinowskiego terroru) czy w „Miesiącu Matki Boskiej” (okres okupacji) pojawia się charakterystyczny dla Hłaski brutalny naturalizm i wyzbywanie się złudzeń, pojawia się obraz natury ludzkiej w jej najbardziej ekstremalnie okrutnej, podłej postaci. „Miesiąc Matki Boskiej” jest opowiadaniem szczególnym z jednego jeszcze powodu. To wyjątkowo brutalny, demitologizujący, odzierający ze szlachetnej legendy obraz żołnierzy AK, pokazanych nie w bohaterskiej akcji bojowej przeciw Niemcom, ale wykonujących na młodej kobiecie współżyjącej z Niemcem („kolaboracja”) karę w postaci wepchnięcia jej do pochwy, a następnie rozbicia butelki. Ta scena, jak zresztą wszystkie tego rodzaju brutalizmy u Hłaski, pokazana jest w chłodnym, pozbawionym emocji, przezroczystym tonie. „Stacja”, to krótki obrazek ze stacji kolejowej, czyli miejsca spotkań ludzi przemieszczających się w różnych celach i w różnych kierunkach, a więc dobrego punktu wyjścia do pokazania różnych postaw. „Krzyż” to miniportret społeczny, obrazek, ilustrujący, na przykładzie pary wieśniaków odwiedzających syna w więzieniu, konkretny przejaw psychiki ludzi prymitywnie religijnych, obsesyjnie pogrążonych w ludowej dewocji. Obrazkiem z życia świata przestępczego, który Hłasko portretował ze szczególnym talentem jest „Zbieg”. „Amor nie przyszedł dziś wieczorem” (służba wojskowa) i „Namiętności” (szpital), to znów podjęcie przez Hłaskę bardzo charakterystycznego dla niego motywu kontrastu, konfrontacji miłości, namiętności z bolesną trywialnością ponurej rzeczywistości. Miłosny akt między lekarzem a pielęgniarką dokonuje się (zaledwie zasygnalizowany) w bezpośredniej styczności z rzeczywistością choroby, między uwagami o pacjencie mającym problemy z oddaniem moczu a „otwarciem pęcherza”. Pielęgniarka źle znosi takie strywializowanie warunków obcowania miłosnego, lekarz wybija ją ze złudzeń chłodną rzeczowością. „Powiedz im, kim byłem” to obrazek z przebiegu pogrzebu, przerażająco pesymistyczny, rozpaczliwy, odzierający z wszelkich złudzeń, a „Szukanie gwiazd” i „Opowiedz nam o Esther”, to obrazki i refleksy pamięci z Holocaustu. Żadnego z opowiadań „warszawskich” w zbiorze nie ma. Co prawda „Gawęda staromiejska” ma ramę warszawską (pojawia się widok Pragi, Leszno, Ogrodowa), ale wbudowane są w nią wspomnienia dziadków narratora z walk robotniczych, rewolucyjnych roku 1905. To dość rzadki przykład oddania przez Hłaskę swoistego hołdu fenomenowi pamięci, wspomnienia, sentymentu – jako takim, nie jako reakcja na dokuczliwe ciążenie przeszłości. W tym sensie to także poniekąd opowiadanie autotematyczne, opowieść o opowieści.
Jednak gdy czytam opowiadania Marka Hłasko, to nie ich szczegółowa, „anegdotyczna”, dokumentalna warstwa najbardziej mnie zajmuje, bo w końcu jest bardzo zaprzeszła, a poza tym wiele razy zetknąłem się jako czytelnik z podobnymi motywami i w jego prozie i u innych autorów. Zawsze mnie zastanawia, skąd bierze się to, że ilekroć wracam do jego prozy, która przecież od niepamiętnych czasów nie dostarcza mi już jakości stricte poznawczych, ani też nie szokuje mnie jej naturalizm, że tak bardzo mnie ona wciąga, że z taką przyjemnością delektuję się jej tworzywem, jej stylem, jej nastrojem. Być może słowo „delektuję” się nie jest tu najwłaściwsze z uwagi na problematykę tej prozy, pokazującej najciemniejsze strony życia, a przy tym świat krańcowo siermiężny, biedny materialnie, chaotyczny, poddany brutalnej presji życia, pełen rozpaczy. W końcu jednak mamy do czynienia z literaturą. Tylko literaturą i aż literaturą. Bo ciągle jednak, mimo upływu pół wieku od śmierci Marka Hłasko i mimo zdezaktualizowania większości realiów, bardzo wciągającą, z esencją nie tracącą mocy, wybitną.
Marek Hłasko – „Szukając gwiazd” i inne opowiadania”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, str. 292, ISBN 978-83-244-1045-3

Kwarantanna z Tokarczuk: „Anna In w grobowcach świata”

Ta niezwykła opowieść, rozpięta między mitologią i fantastyką, bywa stawiana najwyżej wśród dzieł Olgi Tokarczuk. Ceniona nawet wyżej niż monumentalne „Księgi Jakubowe”. Opowieść o udręce i pokusie nieśmiertelności.

Zachwycony Przemysław Czapliński pisał o niej tak: „Olga Tokarczuk na tę jedną książkę wymyśliła gatunek, język i zupełnie nowy sposób mówienia. I osiągnęła niebywały rezultat. W języku polskim zadźwięczała nuta tak czysta, że dech w piersiach zapiera. Tak brzmi wielka literatura”.
Sumerskie źródła
„Anna In w grobowcach świata” (2006) powstała jako powieść „na obstalunek”. Międzynarodową serię „Mity” zaprojektował brytyjski wydawca Canongate, zapraszając do udziału w przedsięwzięciu pisarzy ze wszystkich stron świata. Chodziło o stworzenie nowych opowieści o dawnych mitach. Olga Tokarczuk wybrała mit o wędrówce sumerskiej bogini Inanny do krainy zmarłych. Zamówienie, jak mówiła pisarka, zbiegło się z jej zainteresowaniem najodleglejszymi w historii mitami, a w szczególności pierwszą znaną z imienia poetką, autorką kilku pieśni o Inannie, akadyjską kapłanką i księżniczką, Enhudanną, która pod imieniem Anny Enhudu pojawi się w powieści.
Choć zadanie polegało na „przepisaniu” dawnej historii, nadaniu jej współczesnej formy, to w rezultacie powstała oryginalna opowieść, nowy mit, idący w głąb sensów zawartych w ocalałych śladach mitu Inanny, zbuntowanej bogini-kobiety. To ona miała odmienić oblicze świata, scalić jego podzielone części i obdarzyć ludzkość wieloma umiejętnościami (w mitologii sumerskiej me). Prometeusz wygląda przy niej jak skromny, szeregowy wyrobnik.
Sumerskie źródła przejawiają się w powieści Tokarczuk na wiele sposobów. Po pierwsze, pisarka nawiązuje do straceńczej wędrówki bogini Innany do Krainy Umarłych, gdzie zmierza na spotkanie z siostrą władającą podziemiami. Dociekliwi interpretatorzy sugerowali, że Inanna chciała pokonać swoją siostrę i zawładnąć całym światem, tym na ziemi i tym pod ziemią. Siostra jednak odkryła jej zamiary. U Tokarczuk to bardziej skomplikowane i psychologicznie powikłane. Siostry do siebie lgną i się odpychają. Dochodzą tu do głosu pasje psychoanalityczne autorki, jej fascynacja Jungiem. Bogini Miłości i Pani Podziemia są do siebie bliźniaczo podobne, a zarazem pozostają kontrastowo inne, są jak „orzeł i reszka”, dwie strony osobowości, jasna i ciemna. Kiedy Pani Drugiej Strony uśmierci siostrę, sama cierpi fizyczne katusze. Siostry nie mogą bez siebie żyć ani umrzeć.
Po drugie, sumerskie źródła oferują całą galerię mitycznych postaci, przejętych przez pisarkę, ale doposażonych w wiele indywidualnych fascynujących cech. Przede wszystkim zwraca uwagę drepcząca u boku boskiej Inanny, zwanej w powieści Anną In, jej przyjaciółka, powiernica i przyboczna Nina Szubur (w sumerskim micie to służka Szuburanna). To główna narratorka w powieści, oddana Annie In bez reszty. Ale są też Ojcowie założyciele, pierwsi bogowie, a wśród nich wszechmogący Enki. Bogowie narysowani kreską karykaturzystki, dostrzegającej ich gasnącą energię i obojętność okazywaną stworzonemu światu.
Jest bogini podziemia i jej mroczne otoczenie, sędziowie i demony. I jej ospały sługa, strażnik siedmiu bram krainy umarłych, Neti. Wygląda jak dobroduszny, wymęczony nieśmiertelnością ochroniarz w znoszonym swetrze, który wiecznie mu się pruje, Strudzony Neti musi wciąż łatać ten sweter, by samemu się nie rozsypać. To jemu powierzy pisarka rolę rzecznika praw podziemia i wyroczni konserwatyzmu:
„Wielka jest nasza odpowiedzialność, pilnujemy świata, który został stworzony na samym początku. Być tam na gorze, ścigać się i walczyć, zakładać rodziny i rodzić, obsiewać pola, budować miasta, kopać kanały – to nie dla nas, tak bym jej powiedział, tej In Annie, Annie In. Każdy, kto ma trochę rozumu będzie pytał: Po co? Po co to, skoro i tak wszystko się straci. My mamy Nic od razu, od świętego początku, a więc Nic nie tracimy”.
Po trzecie, do źródeł sumeryjskich prowadzi uformowanie języka, liczne powtórzenia, refreny, rytmizacje, chiazmy, tak charakterystyczne dla tych pieśni. Dość przytoczyć taki fragment opowieści Szuberanny o wędrówce Inanny spisanej z glinianych tabliczek:
„Moja pani opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
Inana opuściła niebiosa, opuściła ziemię, zeszła do kur,
zostawiła władanie, zostawiła panowanie, zeszła do kur”.
Ten sam rytm słychać w czułej narracji Niny Szuber z powieści Olgi Tokarczuk:
„Piękną jest kobietą Anna In, In Anna. Znam ją od zawsze. Pamiętam jej wszystkie szaleństwa, wszystkie podróże i awantury. Gdy ma randki, usuwam się w cień, siadam gdzieś przy barze i spokojnie czekam. Mieszkam w jej domu, piję z jej kieliszków. Ja, Nina Szuber, ja, która opowiadam, ja każda”.
Daje to specyficzny efekt rytmu odwiecznej pieśni, odczytywanej i wciąż dopisywanej do biblioteki glinianych tabliczek.
Między pradziejami a przyszłością
Świat powieści Tokarczuk ma wielu narratorów, to nie jest opowieść snuta z jednego punktu widzenia. Ten sposób narracji pisarka zapowiada na samym początku ustami Niny Szuber: „świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich”.
Dzięki wielości spojrzeń, wewnętrznemu systemowi opowieści-luster wciąż dochodzi do łączenia przeciwieństw – przestrzeni otwartej i zamkniętej, klaustrofobii i bezkresu. Wielkie połacie sąsiadują tu z maleńkimi prześwitami, świetlikami, przez które widać niebo, a właściwie skrawek nieba. Ogrody tworzone na każdym wolnym skrawku, i przerażające metalowe konstrukcje, wciąż sunące ze zgrzytliwym piskiem windy (także poziome, ukośne, a jakże) przedzierające się wśród plątaniny miast i światów. Tak jakby miasta niczym grzybnia huby rosły na sobie, żerowały, jakby to były nieorganiczne słoje, zapadliska odeszłych cywilizacji, a jednocześnie, każde miasto-piętro im wyżej usytuowane, tym jego świat stawał się bliższy Ojcom założycielom, swobodzie bezkresów natury, gdzie królują bogowie.
Dziwni to Ojcowie, dwuwymiarowi, zrośnięci ze swymi funkcjami jak stwory, które tworzą, a właściwie tylko projektują, bo utracili już zdolność kreowania materii ożywionej. Przypominają przeżartych rutyną urzędników. To buchalterzy, technicy komputerowi, znużeni prawodawcy zmęczeni władzą. Zapominają nawet o swojej mocy zmieniania losów świata… Przestrzegają praw, które zaprowadzili, choć w każdej chwili mogą je uchylić. Stracili „napęd”. Ale Anna In nie utraciła woli zmiany. Dlatego mierzy się ze swoją siostrą, ale i swymi Ojcami i nie ustępuje pola. Kiedy jej martwe ciało zawiśnie na haku w podziemiach, walkę w jej imieniu – aż do skutku – toczy Anna Szuber. To jej hartowi ducha Anna In zawdzięcza ocalenie. Ideał oddanej przyjaciółki.
Nieśmiertelni i ich zabawki
Ojcowie okazują obojętność, zniecierpliwienie, niechęć do interwencji. Anna In wiedziała, czym grozi wtargnięcie do świata umarłych, tłumaczą natrętnej Szuber. Tak naprawdę interesują się tylko sobą. Dopiero szantaż zmusi ich do działania, kiedy bogini Ninma, Matka Anny In zagrozi zatrzymaniem życia na ziemi i wyposaży Annę Szuber w kosz, kryjący wszystkie plagi świata.
Wtedy Enki z brudu pod paznokciami i śmieci (dosłownie!) uformuje rój sztucznych much (mini-robotów?), ani żywych, ani martwych, które ruszą na pomoc uwięzionej bogini In. Ale to spisek kobiet doprowadza do zwycięstwa nad śmiercią, choć powrót Anny In na ziemię nie będzie wcale triumfalny. Nie dlatego, że towarzyszą jej demony, a ciało nosi ślady rozkładu. Dlatego, że wróci do świata, który okaże się inny, niż jej się wcześniej wydawał. Dowie się, że nikt (prawie) nie zauważył jej nieobecności.
To ważna nauka pokory; skoro nawet potężna bogini może zniknąć i natychmiast zostać zapomniana, jaki los czeka szeregowych zjadaczy chleba? Ale dowie się też, że w potrzebie może liczyć na pomoc przyjaciółki, na współczucie matki. Na mężczyzn lepiej nie liczyć. Nawet jeśli to ojcowie. Chociaż kto wie, jak jest: „świat składa się z punktów widzenia”.

ANNA IN W GROBOWCACH ŚWIATA Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2019.

Narodziny i śmierć wielkiej mistyfikacji

Zdarzają się lektury, których literalna problematyka nie jest nam obca, z którą jesteśmy nieźle, czasem dobrze, a bywa że i bardzo dobrze obeznani, a mimo to nie mamy poczucia zwykłego, mechanicznego repetytorium, przypominającego przedegzaminacyjną powtórkę materiału, znaną wszystkim byłym uczniom i studentom. Przeciwnie, takie lektury przynoszą coś w rodzaju „iluminacji”, oświetlenia zagadnień znanych nam, w taki sposób, że nasza czasem nie do końca uporządkowana, niekompletna wiedza, natłoczone zagadnienia przypominające miazgę pojęciową, niewyklarowane myśli, niejasności, pytania, luki, rozjaśniają się nagle, nabierają klarowności i przybierają szyk uporządkowany intelektualnie.

Do takich zaliczam lekturę tomu „Dekadecja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, autorstwa francuskiego filozofa, antropologa i religioznawcy Michela Onfray, jednego z mandarynów współczesnego, światowego, radykalnego ateizmu naukowego. Nawiasem mówiąc, nie miałem takiego uczucia n.p. podczas lektury wielotomowych cykli autorstwa niemieckich religioznawców Karlheinza Deschnera czy Uty Ranke-Heineman. Są przepełnione do ostatnich granic obezwładniającą czytelnika, formalnie tylko uporządkowaną lawiną faktów, nazwisk, dat i pojęć, więc lektura tego natłoku przypomina żmudne, męczące i mało owocne brnięcie przez bardzo trudny trakt.
Tymczasem „Dekadencję” Onfraya czyta się wspaniale przede wszystkim dlatego, że jest znakomicie, potoczyście napisana i wybornie przetłumaczona przez Elżbietę i Adama Aduszkiewiczów. Czyta się ją jak barwną, choć często dramatyczną opowieść. Walorem tej lektury jest także jej ton. Po tak radykalnym ateiście jak Onfray można by spodziewać się stylu pamfletowego, nasączonego agresją i szyderstwem w stosunku do religii. Tymczasem spotyka nas niespodzianka, bo Onfray nie napisał tej książki z ideologiczną tezą, zachował pokaźną dozę obiektywizm w opisie i do minimum ograniczył diatryby antyreligijne, antychrześcijańskie, antykatolickie, antyklerykalne. Trzeba przy tym dla porządku zauważyć, że „Dekadencja” nie dotyczy wyłącznie religii, lecz, na co skądinąd wskazuje podtytuł, cywilizacji judeochrześcijańskiej w ogólności, także jej segmentu, by tak rzec, niereligijnego, lecz politycznego, kulturowego, etc. Jest w niej bowiem mowa n.p. także o USA, kraju, który podobnie jak Polska i Francja przynależy do kręgu judeochrześcijaństwa.
Onfray skonstruował opis dziejów narodzin, rozwoju, apogeum potęgi, zmierzchu i upadku tej cywilizacji tak, jakby opisywał historię poczęcia, narodzin, młodości, dorosłości, starości i śmierci człowieka. Kolejne rozdziały noszą wymowne z tego punktu widzenia tytuły: „Narodziny”, „Wzrastanie”, „Potęga”, „Zwyrodnienie”, „Starzenie się”, „Degeneracja”. Onfray ukazuje narodziny chrześcijaństwa z korzenia judaistycznego i na glebie upadłej cywilizacji antycznej (grecko-rzymskiej). Pierwszy rozdział, o „przygodzie antyciała Chrystusa” rozpoczynają zdania aż nadto dobitne: „Cywilizacja judeochrześcijańska jest zbudowana na fikcji. Fikcji Jezusa, który nigdy nie miał innego istnienia niż alegoryczne, metaforyczne, symboliczne i mitologiczne. O istnieniu tej postaci nie świadczy żaden namacalny dowód powstały w jej czasach”. (…) Cała nasza cywilizacja zdaje się zasadzać na próbie nadania ciała bytowi, który nie miał innego istnienia, jak tylko konceptualne. Jezus z Nazaretu, który historycznie nie istniał, staje się więc Chrystusem Pantokratorem, na którego imieniu opiera się prawie dwa tysiące lat nasyconej nim historii Zachodu. Tam, gdzie współczesna mu historia milczy na jego temat, historia późniejsza jest bardziej niż gadatliwa, bo wiedziona pragnieniem nadania Jezusowi formy obejmującej cały świat. Prawie osiągnięto stawkę; nie cały świat został stworzony na jego obraz, ale to, co zostało oszczędzone, nie istniało bez określenia się w stosunku do niego”.
Onfray pokazuje to analizując stosowne fragmenty Biblii, Starego i Nowego Testamentu. Kolejne rozdziały poświęcone zostały takim zjawiskom, jak szybkie nadanie jezusowej religii miłości, przez św. Pawła, wojowniczego charakteru, narodziny chrześcijańskiego antysemityzmu, m.in. św. Jan Chryzostom), wpływu jaki fakt uczynienia emblematem chrześcijaństwa ciała ukrzyżowanego Jezusa, czyli ciała okaleczonego i zabitego, wywarł na psychologicznym kształcie tej religii (autor widzi w tym jej ciężką wadę genetyczną, podobnie jak w dogmacie o „niepokalanym poczęciu”, który zaciążył na judeochrześcijańskim stosunku do seksualności), o pierwotnej „teologicznej” wielopostaciowości chrześcijaństwa, które przez kilka pierwszych wieków, zanim papieże i synody dokonali aktów pewnego uporządkowania, przypominało istną „wieżę Babel”.
Onfray wskazuje też moment, w którym chrześcijańska sekta stała się religią, a następnie, za cesarza Konstantyna (którego krańcowo negatywny obraz jako człowieka został bogato zarysowywany) stał się w cesarstwie rzymskim religią panującą. Od czasów Konstantyna rozwija się obraz chrześcijaństwa jako terrorystycznego totalitaryzmu religijnego („Torturować ciało, torturować dusze”) od mordu na Hypatii począwszy (V w.n.e) poprzez średniowieczne Państwo Boże świętego Augustyna, krwawą walkę z heretykami, wyprawy krzyżowe na głos świętego Bernarda de Clairvaux, po powstanie Inkwizycji, czyli historię przemocy. Jako na kolejny, obok konwersji Konstantyna, przełomowy akt dziejach rozwoju chrześcijaństwa wskazuje Onfray na pojawienie się sztuki chrześcijańskiej – narzędzia chrześcijańskiego prozelityzmu, chrześcijańskiej propagandy. Przez dwa pierwsze wieki chrześcijaństwa sztuka taka nie istniała, co ograniczało tempo i siłę jego rozprzestrzeniania się. Przed Konstantynem „nie było krzyża, ani ukrzyżowania, nie było apostołów ani historii z życia Jezusa”. Była niejasna symbolika, między innymi w postaci znaku ryby. Zmianę przyniosło panowanie Konstantyna, czas narodzin sztuki chrześcijańskiej. On i jego matka postawili imponującą liczbę bazylik, z zatem: architektura, rzeźba, mozaika, przedmioty liturgiczne, freski i wyroby ze złota”. „Dzięki sztuce – stwierdza Onfray – fikcja stała się rzeczywistością, a rzeczywistość fikcją”. Rozdział „Ciało Chrystusa w żołądku szczura” traktuje o sporach teologicznych, scholastycznych, a w walce papieży, antypapieży i kontrpapieży w XIV-XV wieku upatruje Onfray objawów pierwszego wielkiego kryzysu chrześcijaństwa („Chrześcijańska ryba psuje się od głowy”). Ten jednak kryzys był jeszcze endogenny, wewnętrzny i póki trwała zasadnicza spoistość teologiczna i polityczna wokół Stolicy Apostolskiej w Rzymie, dawał się opanowywać. W końcu walka papiestwa z antypapiestwem, Rzymu z Avignonem, była „kłótnią w rodzinie”. Pierwsze czynniki, które zagroziły chrześcijaństwu z zewnątrz, po dokonaniu frondy intelektualnej i organizacyjnej, miały swoje źródło w Renesansie. Pierwszy wiązał się z nawiązaniem do cywilizacji starożytnej i jej materialnych oraz duchowych bogactw, w tym z odkopaniem nauki Epikura. „Po tysiącu lat cywilizacji, która miała się za jedyną, największą, najsilniejszą, najpiękniejszą, ludzie odkrywają, że istniała inna cywilizacja i ona również miała swoją wielkość, wielkie postaci, myślicieli, wielkich dramatopisarzy, architektów, agronomów, historyków itd.”. Drugim czynnikiem była reformacja, narodziny protestantyzmu (w tym ruchu hugonockiego) w jego różnych postaciach, który doprowadził do desakralizacji władców, który „wysadził w powietrze cezaropapizm i doprowadził do laicyzacji władzy”.
Ten proces przebiegał powoli, w modułach trwających wiele dziesięcioleci, a nawet przez wieki. Wydarzeniem, które według Onfraya miało przynieść głębokie, rozległe i dalekosiężne konsekwencje było trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku („Lizbońska sejsmologia Boga”). Rozbiło ono kanoniczne przekonanie o wszechobecności i wszechmocy Boga, przekonanie o tym, że wszystko wynika z „woli Bożej”. Skoro bowiem doszło do tak straszliwej hekatomby w katolickim, pobożnym kraju, to albo Bóg nie potrafił do niej nie dopuścić, a więc wszechmocy nie był, albo na nią przyzwolił, ale w takim razie pojawiło się pytanie, w imię czego tak zachował się „nieskończenie dobry Stwórca”? „Czego może chcieć Bóg decydując się na coś podobnego?”. „Filozofia Oświecenia – napisał Onfray – zawłaszczyła to wydarzenie, żeby usunąć judeochrześcijański teizm i zrehabilitować deizm, który stanowił krok w stronę ateizmu”. Ten istniał już w starożytności (Lukrecjusz), ale czym innym był ateizm pogański, a czym innym narodzony w samym rdzeniu chrześcijaństwa, a nawet w łonie kapłaństwa katolickiego. Zanim u schyłku XIX wieku śmierć Boga ogłosił Friedrich Nietzsche, w pierwszej połowie XVIII wieku tajnie napisał o jego nieistnieniu katolicki ksiądz proboszcz Jean Meslier w swoim „Testamencie”. O polskim szlachcicu Kazimierzu Łyszczyńskim i jego dziele „De non existentia dei”, za które został w 1689 roku ścięty na rynku miasta Warszawy, Onfray nie wspomina, bo być może nawet o nim nie słyszał. Poza tym Rzeczpospolita Polska był to kraj z punktu widzenia laicyzacyjnych procesów europejskich marginalny, a ponadto jego wystąpienie nastąpiło już po spaleniu Vaniniego, Serveta czy Bruno, czyli było z tego punktu widzenia epigońskie. Nie zmienia to faktu, że osobiście jestem z postaci Łyszczyńskiego dumny i ubolewam, że mimo działalności od wielu lat całego szeregu organizacji laickich, nie powstał jego pomnik ani nawet tablica ku jego czci. Sama tylko bliskość dat pokazuje, że od roku 1755 procesy, o których mowa, poszły „już górki”. Intelektualna kontestacja przerodziła się w czynną dechrystianizację. Jej pierwszym wielkim aktem była późniejsza o 34 lata Wielka Rewolucja Francuska, o której, nawiasem mówiąc, co jest cokolwiek zaskakujące, Francuz i lewicowiec Onfray wypowiada się bez jakiegoś nabożnego entuzjazmu, prezentując całą galerię antypatycznie pokazanych koronnych postaci rewolucji (m.in. Héberta, Saint Justa, Mirabeau) czego nie powstydziłaby się nawet antyjakobińska propaganda rojalistyczna ani nasz, polski Teodor Jeske-Choiński, autor krańcowo nienawistnej i pogardliwej „Psychologii Rewolucji Francuskiej”. Onfray idzie zresztą za ciosem i masakruje (co nie nowe) filozofię Jean-Jacques Rousseau, dostrzegając w jego idei „zmuszania do wolności” prawdziwe „korzenie totalitaryzmu”, a także źródła choroby francuskiego intelektualizmu, do dziś poniekąd aktualnej, polegającej na radykalnej rozbieżności między ideą a rzeczywistością („Zasada eksterminacji. Wynalazek totalitaryzmu”). Onfray w technice działania ekspedycji karnych I Republiki przeciw rewolcie ludowej w Wandei pierwszego eksperymentów, których konsekwencją była masowa eksterminacja spod znaku Gułagu, Auschwitz i Holocaustu, włącznie z prekursorstwem w zakresie wynalazku komór gazowych (sic!).
Wydaje się, że to wolnościowa postawa Onfraya sprawiła, iż, choć człowiek, lewicy, postawił się moralnie mimo wszystko po stronie „wandejskiej reakcji”, a nie ludzi pokroju Carriera, pacyfikatora Nantes czy Fouché’go, kata Lyonu. Z tych samym wolnościowych i humanistycznych powodów Onfray krytycznie odniósł do „Marksistowsko-leninowskiej paruzji” i jej zbrodniczych praktyk głównie w ZSRR. Totalna dechrystianizacja Rosji po 1917 roku dokonana krańcowo brutalnymi metodami nie spotkała się akceptacją autora „Dekadencji”, inaczej niż ze strony wielu lewicowych intelektualistów Zachodu.
Obraz „Kontrrewolucyjnej rewolucji. Faszyzmu jako reakcji chrześcijańskiej” dotyczący frankistowskiej Hiszpanii, Italii Mussoliniego i Niemiec Hitlera służy Onfrayowi do wyciągnięcia zasadniczego wniosku, że próba reaktywacji nowoczesnej odmiany „cezaropapizmu”, osłonięcia religii pancerzem totalitarnego państwa, sojusz „tronu i ołtarza” (najbardziej ścisły i ostentacyjny w Hiszpanii Franco) przyniosła rezultaty odwrotne od zamierzonych i radykalnie skompromitowała w Europie Kościół katolicki i Watykan. Reforma soborowa Vaticanum II Jana XXIII i sytuacyjnie podkręcany triumfalizm „nowej wiosny Kościoła” za Jana Pawła II okazały się jedynie relatywnie krótkotrwałym „łabędzim śpiewem”, po którym nastąpiło silne tąpniecie, swoją gwałtownością odwrotnie proporcjonalne do sztucznego „wzlotu” czasu pontyfikatów Roncallego i Wojtyły. Trudno orzec, czy ta zbieżność czasowa była przypadkowa czy też nie, ale faktem jest że lata sześćdziesiąte, które przyniosły kolejne procesy dekompozycyjne w judeochrześcijańskiej kulturze, obyczajach i moralności, w postaci pojawienia się nowej postaci libertynizmu (prawo do aborcji czy antykoncepcja) czy radykalnej, obrazoburczej awangardy artystycznej, były jednocześnie latami Soboru Watykańskiego II (aggiornamento – uwspółcześnienia Kościoła, łącznie z liturgią mszy i jego nauczaniem) i sławnego Maja 1968 roku we Francji. Ta „dekonserwatyzacja” i dechrystianizacja kultury była jednym z ostatnich już gwoździ wbitych w trumnę judeochrześcijaństwa. Także sobór nie przyniósł oczekiwanych skutków.
„Wydaje się wręcz – napisał – że sobór, chcąc być remedium, wzmógł chorobę, robiąc z Boga kolegę, do którego mówi się na ty. Z księdza – towarzysza, którego można zaprosić na wspólne wakacje, z symboliki – przestarzałe pomysły do wyrzucenia, z tajemnicy transcendencji – płaską immanencję, z mszy – scenografię, naśladującą schemat audycji telewizyjnych, (…) z przesłania Chrystusa – prostą związkowa ulotkę, z sutanny – teatralne przebranie (…) Kościół przyśpieszył ruch zapowiadający jego upadek”.
Zbliżamy się do finału opowieści Onfraya. Opowiada on o „Historii po końcu historii”, czyli o „trzecim intermedium muzułmańskim”. Pierwsze intermedium miało miejsce w VII wieku i wiązało się z objawieniem się Mahometa, zakończone zostało pogromem Arabów pod Poitiers, (732 r.). Drugie – podczas kolejnej inwazji islamskiej w późnym średniowieczu, zakończone wyrwaniem Hiszpanii spod panowania Arabów (Granada 1492), rozbiciem ich floty pod Lepanto w 1571 i obroną Wiednia w 1683 roku. Obecnie jesteśmy – zdaniem Onfraya – świadkami „trzeciego intermedium muzułmańskiego”. Jego pierwszym aktem miał być atak na USA 11 września 2001 roku, a kolejnym, 7 stycznia 2015 w Paryżu, gdy dwaj islamiści „pomścili proroka Mahometa” mordując redakcję pisma „Charlie Hebdo”.
Onfray zdaje się być przekonany, że czwartego intermedium islamskiego już nie będzie, ale tylko dlatego, że nastąpi ostateczna śmierć judeochrześcijaństwa i triumf islamizmu. Wyjaśnia to tak: „My mamy nihilizm, oni mają żarliwość, my żyjemy złapani w pułapkę chwili obecnej, niezdolni do niczego oprócz powolnego zużywania się, oni są na ty z wiecznością (…) my mamy dla siebie przeszłość, oni mają przyszłość, ponieważ dla nich wszystko się zaczyna, dla nas wszystko się kończy. Każda rzecz ma swój czas. Judeochrześcijaństwo panowało przez prawie dwa tysiąclecia. Zacna długość życia, jak na cywilizację, Cywilizacja, która je zastąpi, również zostanie zastąpiona. Kwestia czasu. Statek tonie; pozostaje nam utonąć elegancko”. Michel Houellebecq już to nawet sugestywnie opisał w powieści „Uległość”. Drugiego tomu „Dekadencji” Michel Onfray nie napisze, bo nie tylko się ona już dopełniła, ale teraz trwa już agonia. To, historycznie rzecz biorąc, ostatnie chwile cywilizacji judeochrześcijańskiej. Drugi tom musiałby nosić tytuł: „Nowa era, nowe panowanie”. Ale to już temat na inną opowieść.
Michel Onfray – „Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, przekł. Elżbieta i Adam Aduszkiewiczowie, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019, str. 671, ISBN 978-83-8015-802-3

Pan Kabatc, Profesor i Przyjaciel

Styczniowa, 90 rocznica urodzin Eugeniusza Kabatca była dobrą okazją do wznowienia, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudni … wieczorów”, zbioru przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Autor nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem.

Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że Platona czy Woltera tylko wspomnę. Eugeniusz Kabatc, choć nie ma uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również jest, tak jak wspomniani wyżej filozofowie i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali.
Kabatc jest pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym tego słowa znaczeniu. Filozofuje bowiem niejako naturalnie, odruchowo, filozofia jest w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Kabatc tak filozofuje, jak oddycha. Nie jest przy tym filozofem z gildii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów.
Powoduje nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawaniu struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji, ale pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca to nie Średniowiecze, ani też, z drugiej strony, oschłe Oświecenie, lecz łaciński Renesans, w szczególności te jego strefy, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszy Kabatcowi zawsze, choć smakuje je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność także we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc jest nie tylko, a może nie przede wszystkim filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze.
Od tego w końcu jest pisarzem, by nie znużyć filozofią. Dlatego teksty zbioru napisane są z lekkością motylą, przepełnione subtelnym i słonecznym humorem, mogącym przywieść na myśl skojarzenie choćby z „tutkizmem” Jerzego Szaniawskiego.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka.
Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. Nie mógł też nie znaleźć się zbiorze filozof dla Kabatca najważniejszy, towarzyszący mu od dziesięcioleci, choć nie renesansowy, tym razem na okoliczność odsłonięcia we Florencji upamiętniającej go tablicy – Stanisław Brzozowski. Zaryzykowałbym nawet tezę, że, jeśliby się temu zbiorowi dokładnie przyjrzeć i zastanowić nad jego treścią, to zakres tematów składających się nań obejmuje właściwie cały kosmos egzystencji, a przynajmniej jej najbardziej fundamentalnych aspektów, oczywiście z konieczności w telegraficznym skrócie. Oczywiście, jak na polskiego Italiańczyka przystało, jak przystało na człowieka i twórcę bardzo silnie związanego z kulturą Italii, także przez urzędową funkcję pełnioną przed wielu laty w ambasadzie polskiej w Rzymie, Eugeniusz Kabatc nie pominął wątku stricte włoskiego, a raczej literackiej figury włoskiej, choć przez swoje cechy jednocześnie, i nieprzypadkowo, wzorcowo uniwersalnej, do tego stopnia, że czytelnicy często zapominają o jej rdzennej „włoskości”.
Mam na myśli Pinokia, postaci powołanej do życia przez Carla Collodi, której poświęconych jest osiem ostatnich powiastek. Kabatc traktuje Pinokia z respektem dalece przekraczającym znaczenie jego drewnianej naturę i tytułuje go „panem Pinokio”. Zajmuje się przy tym jego „wszechobecnością”, jego „oślimi uszami” i „złamanym nosem” , a także jego związkami ze „starymi draniami” i „wyspą wolności”.
Już same te hasła wywoławcze wskazują, jak bardzo uniwersalna i nieśmiertelna okazała się opowieść skromnego literata włoskiego, pana Collodi.
Żałuję, że nie mogę nawiązać do każdej z powiastek składających się na tom „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem zażywać lektury, że użyję staromodnego określenia.
Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa.
Eugeniusz Kabatc – „Popołudnia…wieczory”, wyd. Redakcja „Res Humana” TKŚ, Warszawa 2020, str. 236, ISBN 978-83-941094-0-0

Komplikacje życia „Trzeciego Wieszcza”

Kolejny tom z serii poświęconej życiu i twórczości Zygmunta Krasińskiego przygotowane nakładem toruńskiego uniwersytetu, skoncentrowany na zagadnieniach z życia poety, które było bujne, problemowe i skomplikowane.

Nie oznacza to, że jego egzystencję można jak noże odciąć od problematyki twórczości, a świadczy o tym już tekst otwierający zbiór, „Wielkość i błąd”, dotykający sprzeczności w świadomości poety, w której ścierały się rzeczy wielkie i szlachetne, ale także małe, jak ponure przesądy. Szkic o „Człowieku wewnętrznym we mnie” dotyka romantycznego indywidualizmu, solipsyzmu, egotyzmu, introspekcji, autoanalizy jako podstawowego źródła jego twórczości.
Jest w nim też konstatacja, że „człowiek wewnętrzny w rozważaniach antropologicznych poety nie jest zatem szczelnie zamkniętą, statyczną monadą, bytem transgresyjnym, wciąż przekraczającym siebie, dynamicznym, ekspresywnym, twórczym, bytującym w sobie i poza są jednocześnie”.
Ów „człowiek wewnętrzny” ogarnięty jest „śmiertelną nudą”, depresją i melancholią, które należy rozumieć szeroko, nie jako „zwykłe”, pospolite znudzenie, lecz jako wyraz generalnego poczucia bezsensu egzystencji. W kolejnym szkicu, poświęconym „tragicznej biografii, tragicznej twórczości” mowa jest o tym, że ich głównymi przyczynami było „rozdarcie między powinnością wobec ojca a miłością do ojczyzny, uwikłanie w skomplikowane relacje z kobietami, odrzucenie przez współczesnych i chęć przynależenia do nich, narodziny nowego porządku i niemożność stania się jego udziałem”.
Odrębne, „inne spojrzenie na Krasińskiego” w postaci tez dokonuje się przez nawiązanie autorki m.in. do psychoanalizy Freuda. Akurat ten, najkrótszy z pomieszczonych w zbiorze, tekst autorstwa Danuty Danek zawiera wyjątkowo ciekawe, oryginalne propozycje interpretacyjne, warte szerszego rozwinięcia.
W szkicach „Krasińskiego utwory „utajone” Arkadiusz Bagłajewski napisał o tych wątkach poezji Zygmunta, które z powodu ich „niepoprawności” i „intymności”, n.p. problematyka jego erotyzmu, skryte są pod głównym nurtem zagadnień.
Kolejne szkice dotykają „epistolarnej świadomości Krasińskiego” w świetle jego korespondencji do wybranych adresatów, a także „Zygmunta Krasińskiego jako dumy i utrapienia potomków i rodziny”, w którym szczególnie ważny jest trudny aspekt jego relacji z niekochaną żoną, Elizą z Branickich, „preliminaryjnym (czyli dotyczącym pielgrzymek) motywom w jego korespondencji, a także „osobowości wzniosłej” w świetle przebiegu jego podróży do Szwajcarii.
Dwóm interesującym, elegijnym (obumieranie starego świata) wizjom „Nieboskiej komedii” stworzonym przez Jerzego Grzegorzewskiego w jego dwóch, odległych w miejscu i czasie (Wrocław 1979 i Warszawa 2002) inscenizacjach teatralnych oraz bogactwu interpretacyjnemu i komentatorskiemu wokół twórczości Zygmunta Krasińskiego poświęcone są dwa ostatnie szkice zbioru.
„Zygmunt Krasiński. Dylematy egzystencji – problemy biografii”, pod. Redakcją Magdaleny Bizior-Dombrowskiej, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2014, str. 278, ISBN 978-83-231-3275-2

O hard-erotyzmie

Od kiedy choć trochę się ogarnąłem jako człowiek, doszedłem do wniosku, że Eros, erotyka, erotyzm, to nie tylko (wbrew utartym gadkom) przyjemność czy rozkosz, ale także, a może przede wszystkim brzemię. George Brassens o tym śpiewał nawet w naszych lekkoerotycznych (nie mylić z lekkoatletycznymi) czasach. Tym, którzy na takie dictum popatrzyliby na mnie jak na zielonego kota i popukali się w czoło, ja z kolei zaśmiałbym się kpiarsko, bo uważam ich za mitomanów i ludzi lekkomyślnych.

Lektura sławnego eseju „Erotyzm” Georgesa Bataille (1897-1962) może tylko potwierdzić moją ocenę. Bataille, jeden protoplastów postmodernizmu podjął problematykę w sposób najbardziej głęboki jak to tylko było możliwe. Jego „Erotyzm” ani na jotę nie przypomina popularnej kiedyś popularno-naukowej książki seksuologa Kazimierza Imielińskiego pod tym samym tytułem.
„Duch ludzki podlega najdziwniejszym nakazom. Bezustannie sam się siebie boi. Przerażają go własne odruchy erotyczne. Święta ze zgrozą odwraca się od rozpustnika: nie zdaje sobie sprawy, że jego grzeszne żądze i jej własna żarliwość to jedno” – tak brzmi jedno ze zdań Bataille’a.
Dziś ten cytat może brzmieć nieco anachronicznie, ale pamiętajmy, że „Erotyzm” ukazał się we Francji w 1957 roku czyli 63 lata temu, kiedy – mimo że po Freudzie – daleko było jeszcze do przełamania tabu pieczętującego tę problematykę w polu publicznym.
Wyjściowa teza Bataille’a co do erotyzmu sprowadza się do stwierdzenia, że nie można go rozpatrywać w oderwaniu od człowieka, od całości ludzkich zachowań, że nie jest on jakąś wyodrębnioną z całości kapsułką. Konsekwentnie więc analizuje Bataille „w sposób systematyczny, w ich wzajemnym powiązaniu i spójności, rozmaite aspekty ludzkiego życia, rozpatrywanego pod kątem erotyzmu”. Choć był ateistą, uznał, że najbardziej adekwatne będzie pokazanie opisywanych fenomenów w konfrontacji z doświadczeniem religijnym.
Erotyzm Bataille wiąże oczywiście z prokreacją, ale eros jest także poza prokreacją, bo jest czymś więcej niż zwykła aktywność seksualna i prokreacyjna. Jednak konotacje erotyzmu w interpretacji Bataille’a są ponure. „Sfera erotyzmu jest w zasadniczy sposób dziedzina przemocy, dziedziną gwałtu” – powiada myśliciel. Dlaczego?
Spróbuję możliwie klarownie przybliżyć ideę, a może doktrynę, czy założenie teoretyczne, które znajduje się u podstaw jego „Erotyzmu”, choć nie będzie to łatwe, bo poziom abstrakcji poddawanych spekulacjom jest tu bardzo wysoki, przede wszystkim na poziomie języka. A przecież, jak zwrócił nam uwagę Ludwik Wittgenstein, „granice naszego języka, są granicami naszego naszego świata”, w sensie: naszych możliwości poznawczych.
Wykłada to Bataille we wstępie. Jego pierwsze zdanie brzmi: „O erotyzmie można powiedzieć, że jest pochwałą życia nawet w śmierci. Nie jest to właściwie żadna definicja, myślę jednak, że ta formuła najlepiej oddaje sens erotyzmu”, a tym co go „różni od zwykłej aktywności seksualnej, jest psychologiczne poszukiwanie niezależne od naturalnego celu prokreacji”.
Następny krok w wyjaśnianiu, czym jest esencja erotyzmu czyni Bataille przywołując zdanie markiza de Sade, które sygnalizuje jako „zdumiewające”: „Najlepszym sposobem na oswojenie się z myślą o śmierci jest skojarzenie jej z rozpustą”.
Jednak nie chodzi tylko o znane skojarzenie między śmiercią a podnieceniem seksualnym. Bataille wykłada fenomen nieporównywalnie bardziej skomplikowany. Otóż wychodzi z teoretycznego założenia, że są dwie formy ludzkiej egzystencji: ciągła i nieciągła.
Nieciągła, to nasza, jednostkowa, ta w której żyjemy w codzienności, przez całe życie. Dlaczego Bataille określa ją jako nieciągłą? Bo jesteśmy wyodrębnionymi, wyizolowanymi od siebie wzajemnie jednostkami, samotnie umierającymi, których istnienie tak naprawdę, w istocie rzeczy interesuje tylko je same, bo taka jest ich (nasza) biologicznie egoistyczna natura. Miłość czy przywiązanie do innych to odczucia nabyte z pola kultury. W człowieku istnieje jednak podskórna, można by rzec: nieuświadomiona tęsknota za ciągłością jego bytu, za uczestnictwem w ciągłości.
Tę tak naprawdę tworzy tylko śmierć, która wprowadza nas łańcuch ciągłości pokoleń od początku świata. Zdaniem Bataille’a właśnie erotyzm jest tożsamy z fascynacją ciągłością bytu i śmiercią.
„Chodzi o przejście od ciągłego do nieciągłego i od nieciągłego do ciągłego. Jesteśmy istotami nieciągłymi, osobnikami umierającymi samotnie u kresu niepojętej przygody, ale tęsknimy za utraconą ciągłością.
Nie możemy znieść sytuacji, która przykuwa nas do naszej przypadkowej, przemijającej indywidualności. Obok dręczącego pragnienia, by ta przemijalność trwała, czujemy obsesyjną potrzebę pierwotnej ciągłości, łączącej nas z bytem. (…) Ta tęsknota rządzi u wszystkich ludzi trzema formami erotyzmu”.
Są to według Bataille’a: erotyzm ciała, serca i sacrum. Nad tymi dwoma pierwszymi, jako łatwo zrozumiałymi dla większości z nas, przechodzi filozof do porządku dziennego.
Temu trzeciemu poświęca swoje studium. Istota rzeczy, tak jak ją wykłada Bataille, polega na tym, że w zapamiętaniu, w transie erotycznym człowiek zatraca jakby poczucie jednostkowości (nieciągłości).
Udręka jaka wiąże się z fascynacją erotyczną (nawet tą szczęśliwą i wzajemną), towarzyszące jej zapamiętanie i nieład, przypominają jakby zmierzanie do śmierci, bo ona stwarza perspektywę ciągłości.
Istotą erotycznego szczęścia jest to, że „zastępuje uporczywą nieciągłość cudowną ciągłością między dwojgiem ludzi, ale ta ciągłość daje się wyczuć przede wszystkim w udręce, bo jest nieosiągalna, bo jest poszukiwaniem w niemocy i drżeniu”, (…) w „kontemplacji intymnej ciągłości, która ich łączy”.
„Namiętność miłosna skazuje nas na cierpienie – kontynuuje Bataille – gdyż jest poszukiwaniem niemożliwego (…) poszukiwaniem przymierza, które zależy od czynności przypadkowych. (…) Cierpimy z powodu naszego odosobnienia w nieciągłej indywidualności. Namiętność powtarza nam bezustannie: gdybyś posiadł ukochaną istotę, to twoje zdławione samotnością serce tworzyłoby jedno z jej sercem. Złudna to obietnica (…) ale w miłości obraz takiej jedni nabiera ciała z szaloną intensywnością, choć nie zawsze jest taki sam dla obojga”.
Przekonują was te konstrukcje? Erotyzm ciała i serca – czujemy i rozumiemy bez trudności, bo to podpowiada nam potoczne doświadczenie, ale te piramidy dziwnych, abstrakcynych konstatacji, który zdają się nijak nie przylegać do tego, co znamy i co czujemy?
Czy to co napisał Bataille ma jakieś związki z rzeczywistością, czy też jest tylko tworem twórczego, ale ekstrawaganckiego, wysublimowanego umysłu, który tworzy sztuczne byty ponad potrzebę?
Bataille był przecież jednym z prekursorów postmodernizmu, a w tym jak wiadomo „wszystko jest możliwe”, a więc także tworzenie bytów pozornych i dowolnych między nimi połączeń. Dlatego nie będę się nawet silił na egzegezę treści i sensów kolejnych rozdziałów „Erotyzmu”, o zakazie i transgresji (przekroczenie zakazów i granic), o zakazach związanych ze śmiercią i prokreacją, o mordzie i ofierze, o erotyzmie ofiary religijnej, o pletorze seksualnej, o chrześcijaństwie wobec erotyzmu sacrum, o prostytucji, o raporcie Kinseya, o zagadce kazirodztwa, o relacji między mistyką a zmysłowością.
Jeśli chcecie, radźcie sobie sami, ale raz jeszcze na koniec ostrzegam: spotkanie z harderotyzmem Bataille’a to nie to samo, co rendez sous z poczciwym erotyzmem ciała i serca spod znaku Imielińskiego.

Georges Bataille – „Erotyzm”, przekł. Maryna Ochab, „Słowo-Obraz-Terytoria”, Gdańsk 2019, str. 282, ISBN 978-83-7453-580-9

Wędrówka myśli po historii

Andrzej Żor bynajmniej obłąkany nie jest. Tytuł jego szkiców, rozważań („Zapiski obłąkanego”) przyjmuję jako rodzaj lekko makabrycznego żartu, który sygnalizuje postawę autora, polegającą na odcinanie się przez niego od wielu „oczywistych” poglądów na istotne kwestie społeczno-polityczne, zagadnienia historyczne, itd. Metafora „żółtych papierów” w jaką przyobleka się Żor ułatwia mu jednak formułowanie ocen niekonwencjonalnych, nieszablonowych, nieoczywistych.

Odwołanie się do casusu Piotra Czaadajewa, rosyjskiego myśliciela, który za wyrażenie poglądów sprzecznych z zasadami państwa cara Mikołaja I został formalnie uznany za obłąkanego jest może analogią zbyt mocną, ale niewątpliwie trafną co do kierunku i źródła inspiracji. Ideowe – by tak rzec – stanowisko formułuje autor we wstępnym tekście o „Tyranii motłochu”. To pozycjonuje jego poglądy w perspektywie bardzo aktualnej, jako że jeśli by wskazywać w historii (nie tylko Polski) okresy „tyranii motłochu” ( w żadnym razie nie należy utożsamiać tego pojęcia z „ludem” i innymi zbiorowościami nieelitarnymi), to wiele wskazuje na to, że z taką sytuacją mamy aktualnie do czynienia w Polsce, Europie i świecie. Jednak Żor, autor m.in. bardzo interesującej biografii Aleksandra Wielopolskiego („Ropucha, studium odrzucenia”, 2007), jest przede wszystkim doktorem historii, więc obszerny tom jego szkiców to w przeważającej mierze wędrówka po drogach i bezdrożach polskich przede wszystkim dziejów, wędrówka zakrojona na szeroką skalę, bo wędrowiec sięga z jednej strony XV wieku (czasy króla/królowej Jadwigi), z drugiej do historii najnowszej, właściwie jeszcze naszej bieżącej współczesności, która dopiero przeobraża się w historię, a pośrodku prowadzi przez wieki od XVI do XX. Na każdym z tych pól autor czuje się swobodnie, acz wiek XIX jest jego szczególną specjalnością i obiektem zainteresowania. Zakres problematyki podjętej przez Żora, różnorodność, szczegółowość i rozmiary materii faktograficznej i tematycznej sprawiają co prawda, że nie da się jej tu nawet lakoniecznie streścić, ale niektóre aspekty tej lektury możliwe są do odnotowania ad hoc. Żor przyjął dialogową, dubitatywną, czyli opartą na zasadzie wątpienia, formułę analizowania historii i opowiadania o niej. Wyraża się to nie tylko w sposobie ujmowania tematów w samych szkicach, ale także w zastosowaniu „aktualizujących”, datowanych datami z ostatnich lat (2017, 2018) dopiskach. Sygnalizują one traktowanie przez niego historii jako materii żywej, jako tworzywa, które nieustannie podlega rzeźbieniu, formowaniu na nowo, a co najmniej korygowaniu. Może się to niebezpiecznie kojarzyć z tzw. „polityką historyczną” uprawianą przez lata przez polską prawicę i kontynuowaną przez obecnie rządzącą formację. Takie skojarzenie byłoby jednak całkowicie nietrafne, opaczne. Wspomniana „polityka historyczna” nie polega bowiem na twórczym, opartym na zasadzie wątpienia myśleniu o historii, lecz na zatrzymaniu jej w wynikającym z bezkrytycyzmu pomnikowym, upozowanym bezruchu, w postaci wyidealizowanego fantoma. Na ukazaniu historii Polski upiększonej, upozowanej, ulukrowanej, uszminkowanej, wypreparowanej za pomocą eliminacji tych jej treści, które sprzeczne są z kłamliwą moralnie i fałszywą w aspekcie prawdy materialnej wizją narodowo-katolicką. Do koronnych przykładów takiej metody dziejopisarstwa można zaliczyć „pomnikowe” dzieło profesora Andrzeja Nowaka, autora ukazujących się aktualnie kolejnych tomów nowej syntezy historii Polski. Jego „rewizjonizm” polega na tym, że postanowił on de facto podjąć próbę „unieważnienia” dokonań dwóch ostatnich stuleci polskiej historiografii. Bogatą, zróżnicowaną wizję, formułowaną z bardzo różnych ideowo, ale zawsze naukowych pozycji, zastąpił odmianą „oleodruku”, „wsi potiomkinowskiej”, „pomnikiem chwały”, wyidealizowaną wizją polskich dziejów w duchu katolicko-narodowej poprawności, w której nie ma miejsca na pokazywanie innej niż „anielska” wizji narodu i w której nawet to, co było schorzeniem i patologią, jest aprobatywnie oswajane, o ile nie pomijane.
Andrzej Żor postępuje przeciwnie, dialoguje ze zdarzeniami i procesami historycznymi, rozważa za i przeciw, dostrzega blaski, ale widzi cienie, daleki jest od wszelkich uprzedzeń ideologicznych, nawet jeśli daje się zauważyć akcenty światopoglądu lewicowego. Nie przeszkadzają mu one jednak zachować bezstronności historyka. Autor „zapisków obłąkanego” dialoguje przy przyjęciu jednego tylko wyjściowego założenia: że kieruje się racjonalizmem. Tak jest gdy pisze o Jadwidze, o czasach Stefana Batorego, o wieku XVII, o czasach saskich i Konstytucji 3 Maja, czasach odzyskiwania niepodległości, II Rzeczypospolitej, czy o historii po 1944 roku, a to tylko kilka spośród wielu dziesiątków podejmowanych wątków. Wystarczy zajrzeć do pomieszczonego na końcu książki indeksu nazwisk, by przekonać się z jak dużym rozmachem zakrojona jest ta „wycieczka” w przeszłość. Bardzo zachęcam do tej myślowej wędrówki po szlakach polskich dziejów w towarzystwie Andrzeja Żora.
Andrzej Żor – „Zapiski obłąkanego”, wyd. Redakcja „Res Humana”TKŚ, Warszawa 2019, str. 328, 978-83-941094-8-6