Violetta Villas i Strajk Kobiet

Wydana właśnie antologia dramatów Tomasza Kaczorowskiego prezentuje autora, który choć debiutował zaledwie sześć lat temu, osiągnął już rozpoznawalność w polskim teatrze jako reżyser i dramatopisarz.

Autorka wstępu do „Sześciu opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie”, Joanna Żygowska trafnie wskazuje, że bohaterowie dramatów Kaczorowskiego przeglądają się w lustrach mitów i popkultury. Sam tytuł antologii wydaje się prowokujący – brzmi wzniośle, niemal pompatycznie albo – jeśli ktoś chce – tkwi w nim przewrotna ironia. Autor wyraźnie zaznacza, że to „opowieści”, że przychodzi opowiadać. Tytuł kojarzy się ze słynnym dramatem Luigi Pirandella „Sześć postaci w poszukiwaniu autora”. Wprawdzie – na pozór – łączy tytuły zbioru Kaczorowskiego i dramatu Pirandella tylko liczba „sześć”, ale charakterystyczna jest tu paralelna zasada: Pirandello ukazywał teatr, który potrzebuje autora – a tę potrzebę wyrażały powołane przez niego do życia postaci sceniczne. Kaczorowski ukazuje teatr, który chce opowiadać i poszukuje bohatera – indywidualnego lub zbiorowego, zanurzonego w historii albo życiu społecznym, w wielkich mitach. Potrzebuje jednak bohatera. Przy czym zarówno Pirandello jak i Kaczorowski (choć przecież każdy inaczej i nie ma tu mowy o żadnych związkach bezpośrednich) stawia na teatralną grę, szuka nowych sposobów opowiadania, wyraźnie dyskutuje ze starym dramatem i starym teatrem. Kaczorowski proponuje nowe sposoby kreowania świata scenicznego, pozostając tego świata zawołanym piewcą. Dość przywołać pieśń Pinokiów (bo jest ich aż pięciu) z „Opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie…”:
„Tu i teraz
Ludzi poznać
Teraz zaraz
O teatrze porozmawiać
Teatr robić
Siebie tworzyć
Siebie poznać
Gniew wywołać
Gniew umorzyć
Tu i teraz”.

Brzmi to jak manifest, a pochodzi z dramatu należącego do najbardziej radykalnych w teatralnej grze w przedstawionej antologii. Wprawdzie w każdym z dramatów w mniejszym lub większym stopniu ma miejsce ta specyficzna gra między tradycyjną i nową formą, ale w „Opowieści” Kaczorowski próbuje wciągnąć czytelnika/widza/przyszłego reżysera sztuki do współpracy, do decydowania o wyborze drogi bohatera. Na każdym etapie akcji tego dramatu czytelnik może zmieniać los Pinokia, a opisuje to autor we wpisanych w utwór „zasadach gry”. Dochodzi tu do głosu temperament edukatora – autor jest silne związany z nurtem nowej dramaturgii adresowanej do młodego widza (wielokrotnie nagradzany w konkursach dramaturgicznych o tym właśnie adresie), mającej na widoku nie tylko wyraz artystyczny, ale także cele pedagogiczne. Ani na jotę nie moralizując, Kaczorowski, daje młodym widzom materiał do przemyślenia, do uruchomienia wrażliwości. Przy czym nie traktuje ich jak dzieci, ale partnerów takich samych jak dorośli. To wielki atut tych utworów o niejako podwójnym adresacie: dla młodych i pozostałych widzów w każdym wieku.
Teatr jest dla Kaczorowskiego strefą niemal absolutnej wolności, Przestrzeń wolności wyboru – tym razem dla aktorów – tworzy w scenariuszu „Antygona: jestem na nie”, nawiązującej do tragedii Sofoklesa, a inkrustowanej piosenkami Kory. W pewnym momencie aktorzy-postaci buntują się przeciw autorowi i nie chcą już grać Sofoklesem, nie chcą przelewu krwi i niepotrzebnych ofiar:
„nie zgadzam się
po prostu
nie zgadzam
się
jestem przeciw tragedii
przeciw kolejnym tragediom”
.
Przy czym aktorom pozostawia autor możliwość wyboru – Aktor alternatywnie powiada: „zgadzam się/nie zgadzam się na tę rolę”.
Antologię otwiera, jak zaznacza autor, antyfantazja „Las Villas” – to jak dotychczas jedyna sztuka Kaczorowskiego, którą widziałem na scenie w reżyserii Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, wystawiona równolegle w Teatrze Nowym w Słupsku. Sztuka wywołała sporo zamieszania, syn Violetty Villas protestował przeciw wizerunkowi matki, pozwał teatr w Słupsku do sądu, ale ostatecznie sprawę przegrał.
Najmądrzejsze w tym dramacie/ przedstawieniu są… koty. To one pod koniec komentują to, co się stało i co się stanie: „Zobaczysz, co się będzie działo. Będą wchodzić i wychodzić. Burzyć się będą. Brzydzić się będą. Dziwić się będą. Jakby nie wiedzieli”.
A przecież wiedzieli wszyscy, że dogorywa w swoim zapuszczonym domu i ogrodzie wśród dziesiątków niedożywionych kotów i psów pod opieką budzącą wiele wątpliwości, psychicznie rozbita, unicestwiona jako artystka za życia. Może nikt nie mógł jej pomóc, bywają takie sytuacje. Tak czy owak, z poczucia trudnej do nazwania winy, a może jeszcze bardziej z pamięci o porywającym głosie i dynamicznej osobowości jedynej w swojej rodzaju Violetty Villas powstał ten spektakl. Bo co by nie powiedzieć o jej dziwactwach, nadmiernym makijażu, upodobaniu do kiczu mylonym z wytwornością, na końcu pozostaje imponująca skala głosu i nie do podrobienia plastyczność wykonania. Toteż zadanie, jakiego podjęła się Hanna Piotrowska, wcielająca się w wielką gwiazdę estrady u kresu jej dni, było karkołomne. Zwłaszcza że integralną częścią spektaklu były sławne piosenki Villas, które zachwycały publiczność w wielu krajach, jak choćby porywające „Oczy czarne”. Wprawdzie Hanna Piotrowska została obdarzona przez naturę mocnym głosem, wspartym solidnym przygotowaniem wokalnym w Studio Baduszkowej, ale próba „podrabiania” Villas musiałaby się skończyć katastrofą. Na szczęście aktorka nie udawała śpiewu à la Villas, choć stylizowała się wyglądem, ruchem, gestem na swoją bohaterkę. Ale śpiewała po swojemu, dowodząc, że w tych piosenkach, jeśli są oryginalnie i z temperamentem wykonane tkwi nadal siła. Najważniejsze jednak, że opowieść Tomasza Kaczorowskiego nie osuwała się w stronę farsy. Łatwo byłoby na zwłokach upadłej divy odtańczyć parodię, ale autor i za nim reżyser uniknęli tego łatwego mizdrzenia się do publiki. Zamiast tego powstało poważne (co nie znaczy, że nudne i nadęte, czasem nawet bardzo śmieszne) przedstawienie, które zachęca do namysłu nad losem artystki, której kariera stała się za życia igraszką losu i zawistników.
W dużej mierze bliski temu dramatowi jest także tekst „Sztuki o naprawianiu parasoli”, nie tylko dlatego że i tym razem koty, którymi opiekuje się Parasolnik, mają wiele do powiedzenia. Kaczorowski nawiązuje do legendy miejskiej, do postaci Czesława Bulczyńskiego, zwanego w Sopocie, rodzinnym mieście autora, Parasolnikiem Sopockim, ekscentryka żyjącego w świecie poezji i dziwności – co oczywiście zawadza śmiertelnie ponurej władzy. I tym razem – tak jak w „Las Villas” snuje autor opowieść o kimś okrutnie skrzywdzonym, a tak przecież potrzebnym ludziom. Trudno nie wyrazić solidarności z autorem okazującym tak wiele empatii dla pokrzywdzonych i ośmieszanych.
Już nie tak jednoznacznie rzecz się ma z dramatem „Moonwalk”, który czerpie inspiracje z muzyki pop, a idola tego gatunku, Michaela Jacksona stawia w centrum uwagi i oceny. Postać niejednoznaczna, zostaje przez autora pokawałkowana (dosłownie), osobno wypowiadają się Słowo, Głos, Oczy, a nawet Struny Głosowe. Podobnej fragmentaryzacji ulega tekst, którego zapis przypomina grafikę poezji konkretnej – przetworzenie go na język sceniczny to prawdziwe wyzwanie, o czym zresztą autor uprzedza nazywając ten utwór „awangardowym musicalem”.
Zbiór zamyka „Achilleis”, dramat dołączony do antologii w ostatniej chwili, wyraźnie związany z protestami kobiet przeciw opresyjnym decyzjom władz, odmawiającym kobietom prawa do wyboru. Utwór, z jednej strony głęboko zakotwiczony w tradycji, sięgający do postaci mitycznych wojny trojańskiej, do dramatów „Achilleis” i „Akropolis” Stanisława Wyspiańskiego, z drugiej strony przylega do toczonej przez Strajk Kobiet walki o wolność. Rzecz zaczyna się „Manifestem do wygłaszania w przestrzeni publicznej”, wyrażającym wolę walki o swoje prawa w imieniu kobiet: „Są, kim są. Są sobą. Większość z nich to kobiety, bohaterki, heroiny, To my”. Utwór utrzymany na granicy diagnozy i proroctwa, z parafrazami Wyspiańskiego i parafrazami haseł Strajku Kobiet, z ich drapieżną retoryką, która tak doskwierała „ciotkom kulturalnym” z powodu tzw. brzydkich wyrazów, zamyka radykalna zmiana perspektywy. Autor niejako abdykuje, w obawie, że jego wypowiedź może być potraktowana jako ślad patriarchatu – w końcu to jego, czyli słowami mężczyzny przemawiają w tym dramacie kobiety. Toteż na samym końcu wymyka się zarzutom o potencjalną protekcjonalność, oddając głos kobiecie – Kassandra mówi słowami Aleksandry Zielińskiej, jak zaznacza autor „ZA JEJ ZGODĄ, PRZYZWOLENIEM, ZROZUMIENIEM I WSPARCIEM”. Ten gest – tak to rozumiem – jest próbą naprawy wypaczonych relacji, nie dających prawa kobietom do własnego zdania. Teraz kobiety muszą być wysłuchane, mówi tym gestem autor, oddając głos Kassandrze Zielińskiej: „a nie mówiłam że tak będzie i nikt mnie wtedy nie słuchał wręcz przeciwnie kazali mi się zamknąć i słuchać”.

SZEŚĆ OPOWIEŚCI O TYM, JAK GODNIE PRZEŻYĆ ŻYCIE Tomasz Kaczorowski, ADiT, Warszawa 2021, ISBN 978-83-606-99-50-8

Z francuskiego na filmowy

Zbiór ten zawiera siedemnaście szkiców o osiemnastu dziełach francuskiej klasyki literackiej, które zostały zaadaptowane na ekran telewizyjny przez więcej niż osiemnastu reżyserów, więcej bo niektóre utwory były ekranizowane więcej niż raz, a niektóre wielokrotnie.

Rekordzistą jest sławna osiemnastowieczna powieść Choderlos de Laclos „Niebezpieczne związki”, przez jednych uważana za obraz, przez innych za krytykę a przez innych jeszcze za manifest libertynizmu, którą adaptowano na ekran dwanaście razy, choć w kilku przypadkach jedynie na jej swobodnie potraktowanych motywach.
Kilka razy adaptowano „Czerwone i czarne” Stendhala, czy „Szkołę uczuć” Gustawa Flaubert, a z kręgu literatury popularnej „Piękną i bestię” osiemnastowiecznej pisarki Leprince de Beaumont, „Damę Kameliową” Aleksandra Dumasa-syna i Upiora Opery” Gastona Leroux. Dwukrotnie adaptowane były ( z konieczności – fragmenty) „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, a czterokrotnie „Teresa Raquin” Emila Zoli. To z literatury relatywnie dość dobrze znanej także z polskich przekładów i „sławnej”. Jednak niektórzy autorzy szkiców zdecydowali się na szkice o adaptacjach filmowych literatury mniej znane, n.p, „Cheri” Colette, autorki w Polsce tłumaczonej, ale nie cieszącej się tu jakąś szczególna popularnością, „Strasznych dzieci” Jeana Cocteau czy „Milczenia morza” Vercorsa (obie zekranizował Jean Pierre Melville), autorów znanych tu tylko specjalistom i amatorom.
Podobnie, choć niektóre ich powieści przetłumaczone zostały na język polski, raczej tylko wąskim kręgom znana jest proza kryminalna duetu Boileau-Narcejaca i prawdopodobnie więcej osób widziało słynny film „noir” „Widmo” George Clouzot z 1955 roku z Simone Signoret, Paulem Meurisse, Charlesem Vanel niż jego literacki pierwowzór „Diabolique”.
Na polskie ekrany nigdy nie dotarł film Philippe Agostini „Dialogi karmelitanek” według tekstu Georges Bernanos z 1960. Jego wymowa była zbyt ostentacyjnie religijna, by mógł trafić na państwowe ekrany w czasach Władysława Gomułki, a później jego data produkcji uległa „przeterminowaniu”.
Z kolei „Jules i Jim”, zarówno jako pierwowzór literacki w postaci powieści Henri-Pierre Roche, jak i jako adaptacja dokonana w 1962 roku przez Francois Truffaut był zbyt „wsobnie” „francuski” w swoim wyrafinowanym, koronkowym, spekulatywnym, literackim psychologizmie oderwanym od empirii życia, by zdobyć w Polsce więcej niż garstkę zainteresowanych krytyków i koneserów. Podobnie – „Zazie w metrze” Raymonda Queneau, pisarza zawsze „niszowego”, formalistę i eksperymentatora wyobraźni i języka którą przeniósł na ekran podobnie elitarny reżyser Louis Malle. Autorzy szkiców, literaturoznawcy i filmoznawcy analizują skrupulatnie relacje między pierwowzorami literackimi a ich adaptacjami pokazując jak zawiły jest proces przetwarzania powieści na scenariusz a następnie na filmowe kadry.
Towarzyszących temu zjawisk jest ogromna liczba, począwszy od tego, że choć „Upiór w Operze” Gastona Leroux był i jest bardzo, masowo wręcz popularną powieścią, która weszła do popkultury, to ani jednej z jej licznych adaptatorów na ekran nie uczynił tego w pełni zgodnie z pierwowzorem a z „Czerwonego i czarnego” powstała zarówno pełna ironii i umowności ekranizacja francuska Claude Autan-Lara (1947), bardzo „sieriozny” realistyczny film radziecki, jak i wręcz naturalistyczny serial.
Toteż najważniejsza chyba nauka z tej erudycyjnej książki jest taka, że ekranizacje literatury mogą być wszystkim i mogą nawet przewyższać pierwowzór atrakcyjnością, ale nigdy nie są jego zwykłym ekwiwalentem, lecz osobnym dziełem.
Upływu i metamorfoz czasu w ekranizacji „W poszukiwaniu…” Prousta nigdy nie płynie w czasie dwugodzinnej emisji tak, jak podczas wielomiesięcznej lektury siedmiu tomów dzieła.
„Od de Laclosa do Collarda. Adaptacje literatury francuskiej”, red. Alicja Helman, Patrycja Włodek, Fundacja Terytoria Książki, str. 271, ISBN 978-83-7908-038-0

Doktor Judym w spódnicy

Słynny lekarz Ludwik Rydygier mówił o niej z oburzeniem jako o „dziwadle kobiecie-lekarzu”. Anna Tomaszewicz była pierwszą Polką-lekarką, 15 kobietą na świecie, która uzyskała dyplom tej profesji. Urodziła się w Mławie,a dyplom lekarski „wystudiowała” w Zurichu, w tamtej epoce (lata siedemdziesiąte XIX wieku) było nie lada wyczynem. Jednak gdy wróciła do Polski, do Warszawy, nie została przyjęta z otwartymi ramionami.

Podobnie było w Petersburgu. Zainteresował się nią dopiero przebywający na Newą sułtan turecki z Omanu, który potrzebował opieki medycznej dla swojego haremu. W konsekwencji, choć szczególnie interesowała się neurologią i zdobyła doświadczenie w dziedzinie raczkującej metody EEG czyli badania bodźców elektrycznych w mózgu, zmuszona był zająć się głównie chorobami kobiecymi, ginekologia i położnictwem i w tej dziedzinie zdobyła największe doświadczenie, dzięki zajmowaniu się żonami sułtana. Po trzech latach tej praktyki powróciła do Warszawy i przy ulicy Twardej założyła gabinet dla ubogich pacjentek. Kilka lat później założyła przy ulicy Prostej przytułek położniczy, w którym nie tylko prowadziła praktykę, ale także wykształciła ponad trzysta akuszerek, pielęgniarek ginekologicznych a nawet lekarzy o specjalności ginekologicznej. Albena Grabowska napisała opartą na faktach opowieść o pierwszej dyplomowanej lekarce praktykującej na ziemiach polskich. Pokazała ją jako osobę utalentowaną, pełną zapału, pragnącą pomagać ludziom, mającą na koncie doskonale przyjęte przez środowisko publikacje naukowe. Chociaż Towarzystwo Lekarskie, do którego zgłosiła się niedługo po zakończeniu studiów, widziało w niej przede wszystkim kobietę. Anna jednak cały czas uparcie dążyła do celu i po to, by nostryfikować dyplom i w końcu móc pracować w zawodzie, gotowa była udać się do samego cara. Tymczasem w stołecznych domach i szpitalach szerzą się choroby powodowane przez wszechobecny brud i nieprzestrzeganie zasad higieny. Zalecenia Josepha Listera, inicjatora antyseptyki, nawet jeśli znane, były ignorowane i wykpiwane przez większość lekarzy i personel medyczny. Po przytułkach i kamienicach jak dziki ogień rozprzestrzeniała się gruźlica, a na salach operacyjnych wielu pacjentów umierało mimo udanych zabiegów. Żniwo zbierało też gorączkę połogową, an której plagę doktor Anna zwracała szczególną uwagę. W tkankę powieści Grabowska wplotła także historie postaci, które miały przełomowy wpływ na dzieje medycyny: Elizabeth Blackwell, Louisa Pasteura, Wilhelma Röntgena czy Charlesa Darwina.
Warto też wspomnieć o Ałbenie Grabowskuej, polskiej lekarce bułgarskiego pochodzenia, neurolożce z drugim stopniem specjalizacji i doktoratem. O dekady jest także autorką powieści dla dorosłych i dzieci. Z upodobaniem sięga po różne gatunki literackie. Napisała już książkę non-fiction „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, sagę rodzinną „Stulecie Winnych” , powieść kryminalną „Ostatnia chowa klucz”, książki przygodowe dla dzieci – cykl „Julek i Maja”, bajkę terapeutyczną „O małpce, która spadła z drzewa”, powieści psychologiczne „Coraz mniej olśnień”, „Lady M.”, „Lot nisko nad ziemią”, cykl powieściowy obejmujący romans, powieść awanturniczą oraz thriller szpiegowski: „Alicja w krainie czasów”, dystopię dla młodzieży „Nowy świat”, powieści obyczajowe „Kości proroka”, „Matki i córki” , a także cykl powieści z elementami historii medycyny „Uczniowie Hipokratesa: Doktor Bogumił”.
Albena Grabowska – „Doktor Anna”, Marginesy, Warszawa 2021, str. 500, ISBN 978-83-66863-32-3

Złote myśli Witolda Modzelewskiego

„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”.

W ubiegłym, 2020 roku, ukazała się kolejna książka profesora Witolda Modzelewskiego z serii „Polska-Rosja” – z podtytułem: „Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę”. Jest to zbiór prawie pół setki felietonów dotyczących relacji polsko-rosyjskich w szerokim diapazonie czasowym – od wieku XIX po współczesność. Na ponad trzystu stronach książki Autor odnosi się do wielu aspektów relacji z naszym wschodnim sąsiadem. Politycznych, kulturowych i gospodarczych. Nowatorsko podchodzi do procesów historycznych wyjaśniając przyczyny konfliktów między naszymi narodami, upatrując je w grze interesów także narodów trzecich i obcych mocarstw – Anglii, Niemiec, Francji, USA, Turcji i innych. Analizuje przyczyny rusofobii w Polsce i wyjaśnia, jakie kraje stymulują ją po dziś dzień. Polska i Rosja nie mają wobec siebie żadnych roszczeń (terytorialnych ani finansowych), nasze gospodarki idealnie się uzupełniają, my moglibyśmy wysyłać tam ogromne ilości artykułów spożywczych i przemysłowych, jak to było w przeszłości – nabywając bezpośrednio i z bliskiej odległość rurociągami surowce, szczególnie te najbardziej strategiczne: gaz i ropę. Tylko czy wpisuje się to w niemiecki plan Mitteleuropy? Niemcy wolą sami nabywać rosyjskie surowce, odsprzedając je ze swoim zyskiem Polsce. A nasz kraj ma być rynkiem zbytu niemieckiego przemysłu maszynowego, źródłem taniej siły roboczej. Inne cele sponsorowania rusofobii w Polsce mają Stany Zjednoczone: im zależy na sprzedaży uzbrojenia do Polski, jak największych ilości samolotów, czołgów, rakiet itp. – bo na uzbrojeniu zarabia się najwięcej. A po to, by Polacy nabywali ogromne ilości broni w USA – muszą być zastraszani „rosyjskim agresorem”, który chce Polsce odebrać Hajnówkę i Supraśl.
Profesor Modzelewski wiele uwagi poświęca także krajom postradzieckim, które w przeszłości należały do Rzeczypospolitej. Analizuje w ciekawy sposób stosunek tych krajów, ich ludności i władz zarówno do Polski – jak i Rosji.
Książkę tę czytałem z ołówkiem w ręku. Jest ona bowiem pełna „złotych myśli”, bardzo celnych sformułowań, wniosków. Zebrałem je w całość, pogrupowałem – i zamiast opisywać – pozwolę sobie te cytaty zamieścić poniżej. Wybrałem je subiektywnie z różnych części książki, zupełnie nie kierując się kolejnością ich „wystąpienia”. I jestem przekonany, że po zapoznaniu się z tymi perełkami sięgniecie Państwo zarówno po tę pozycję, jak i poprzednie oraz kolejne z serii „Polska-Rosja” profesora Witolda Modzelewskiego.
Zapraszam zatem do lektury, a poniżej zebrane przeze mnie „złote myśli” Autora:
„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”. (…)
(Po I wojnie) prowadzili­śmy beznadziejny i ostatecznie przegrany spór o ziemie położone między etniczną Polską a historycz­ną Rosją, czyli – jak kto woli – o „Kresy Wschodnie” albo o Białoruś, Ukrainę i Litwę, co mogło uzasadniać wzajemną niechęć lub wrogość. Dziś ten problem jest tylko zamkniętą raz na zawsze przeszłością, obie strony tego sporu przegrały go na rzecz nowych państw, które z istoty są zarówno antypolskie, jak i antyrosyjskie, ale jednocześnie są zaspokojone w swoich ambicjach terytorialnych. Co je łączy? Tylko jedno: obawa przed rewizjonizmem politycznym, a nawet terytorialnym dwóch (a nie tylko jednego) są­siadów – ze wschodu i zachodu, czyli również na­szych, o czym nie chcemy mówić.
Po co więc zużywamy się w bezsensownej nar­racji antyrosyjskiej i pilnujemy, aby nikt nie skorzystał z prawa do zdania odrębnego? Odpowiedź jest tylko jedna: komuś jest to potrzebne i ma ogromny wpływ na naszą oficjalną ideologię oraz jej przekaz. Aby go zidentyfikować, trzeba zrozumieć polski interes ge­ostrategiczny ostatnich dwustu lat. Faktyczną niepod­ległość uzyskuje się wtedy, gdy jest się państwem bogatym, silnym ekonomicznie i niezależnym gospo­darczo. Raz w historii udało się nam wejść na wyżyny światowego rozwoju – były to czasy ostatniego pięć­dziesięciolecia Kongresówki (lata 1865–1914), gdy rozwijał się w nieznanej w ówczesnych (i później­szych) czasach skali prywatny przemysł, a rosyjski rynek zbytu uczynił nas jednym z najbogatszych re­gionów świata. To wtedy wybudowano na tzw. suro­wym korzeniu wielkie miasta, setki tysięcy nowych budynków, w tym wiele bogatych kamienic i tysiące fabryk, tworzących istniejącą do dziś tkankę miejską centralnej Polski. (…)
Rozwój przemysłu, bezprecedensowy wzrost bogactwa i urbanizacja szły w parze z eksplozją de­mograficzną, co wzbudziło strach u polityków berliń­skich. (…)
W ciągu ostatnich trzydziestu lat mógłby się powtórzyć fenomen rozwoju polskiego przemysłu, bo nie ma już Związku Radzieckiego, rynek rosyjski jest chłonny, a polski przemysł mógłby osiągnąć taki sukces jak przed ponad stu laty mimo zniszczeń spo­wodowanych przez tzw. reformy Balcerowicza. Bo­gactwo daje siłę i niezależność. Byłoby to jednak sprzeczne z wizją naszego miejsca w Mitteleuropie jako nieważnego zaplecza, podporządkowanego in­teresom niemieckiej gospodarki. Trzeba więc cały czas psuć relacje polityczne między Polską a Rosją, odstra­szać polskich eksporterów od tego rynku, bo stanowi on dużo korzystniejszą alternatywę wobec roli pod­wykonawcy niemieckich zleceń. Stąd brednie o „ro­syjskiej agresji”, stanie „wojny hybrydowej”, w któ­rym (jakoby) jesteśmy z Rosją. Biznes nie lubi poli­tycznych kłótni. Na czyjeś (czyje?) życzenie wyelimi­nowano nas z tego rynku (nawet owoców), a jednocześnie pozostaliśmy odbiorcą rosyjskich surow­ców (ropy naftowej, gazu ziemnego, a ostatnio rów­nież węgla).
Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię i jest to zapewne dla niego bardzo opłacalne. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest to, kto tu odgrywa rolę pożytecznego idioty, a kto jest świadomym wy­konawcą tego zadania.
(…) Zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie „insty­tucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne. Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku.
Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależ­ny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapita­liści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakoń­czyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Zacznijmy od języka („narracji”), którym posłu­guje się polska polityka wschodnia. Jest to wrogi, podniecony język, wypełniony bez przerwy ostrzeżeniami przed „rosyjską agresją” lub „zagroże­niem rosyjskim”. Nie ma w nim czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano tradycyjnie pojmowanej „polityki” w realiach międzynarodowych. Nie wia­domo również, do kogo adresowane są oświadczenia o „rosyjskim zagrożeniu”, „groźbie wojny hybrydo­wej”, „zielonych ludzikach” i „agresywnych zamia­rach Putina”. Mam wrażenie, że wszystkie te słowa służą tylko temu, aby je wypowiedzieć, i nie sięgajmy wyobraźnią dalej, a przede wszystkim nie wiemy, jaki mają wywołać skutek. Chyba jest on zupełnie nieważ­ny. Nie oczekujemy reakcji, akceptacji, a nawet pole­miki. Powiedzieliśmy swoje i już. Przyjęliśmy rolę osamotnionej Kasandry, której zupełnie nie obchodzi to, czy ktoś w ogóle słucha jej głosu.
Jeżeli dobrze rozumiem wizję nieszczęść, które czekają ten region świata, to namalowano ją w sposób następujący:
− Rosja po „agresji na Gruzję”, „aneksji Krymu” i „wschodniej Ukrainy” nie zatrzyma się w swoich apetytach, przez co zagraża (czym? Kolejną aneksją?) państwom bałtyckim, a nawet Polsce;
− my „nie oddamy ani guzika”, musimy budować swój arsenał, kupując od Stanów Zjednoczonych drogie uzbrojenie, a przede wszystkim umac­niać „wschodnią flankę NATO” (przeciw Rosji);
− sami nie umiemy się obronić (dlaczego?), ko­nieczne jest więc wprowadzenie na nasze tery­torium obcych wojsk, dlatego zabiegamy usilnie o stałą obecność wojsk państw NATO, najlepiej amerykańskich i brytyjskich, a nawet niemiec­kich, choć one już są obecne na naszych poligo­nach i trwale stacjonują na terytorium państw bałtyckich, co w świadomości (większości) Po­laków rodzi raczej złe skojarzenia;
− naszą rolą jest „mobilizowanie” światowej opi­nii publicznej przeciwko „rosyjskiemu zagroże­niu”, nieustawanie w wysiłkach (słownych) i epatowanie (bezskuteczne) o antyrosyjską soli­darność państw tego regionu.
(…) Zapominamy również, że w świadomości poli­tycznej nowych państw powstałych na wschód i północ od naszej wschodniej granicy, jesteśmy by­łym… agresorem (podobnie jak Rosja i Związek Ra­dziecki), którego poparcie dla ich niepodległościo­wych ambicji brzmi zupełnie niewiarygodnie. Ciągle jesteśmy skrycie podejrzewani o chęć powrotu na „ich” terytorium oraz zgłoszenia roszczeń terytorial­nych i majątkowych („walka o Kresy Wschodnie”). Z perspektywy Wilna czy Kijowa nasze bezwarunko­we wsparcie dla niepodległości tych państw jest czymś wręcz podejrzanym, dlatego że są to państwa ze swej istoty antypolskie, bo przecież nikt o zdrowych zmy­słach nie może w Polsce popierać ich niepodległościo­wych aspiracji. Największe obawy budzi powtórka pokoju ryskiego, czyli dogadanie się Polski z bolsze­wikami (tzw. czerwoną Rosją) i podział stref wpły­wów w tym regionie świata między dwóch najwięk­szych graczy. Państwa te nie chcą mieć z Polską nic do czynienia i obawiają się, że nad ich głowami Warszawa ugada się z Moskwą. Inaczej mówiąc, jak słusznie zauważyli polscy politycy przed stu laty, tylko bolszewicy mogą najwięcej dać na wschodzie, bo wszystkie nowo niepodległe państwa między Pol­ską a Rosją są obiektywnie równie antypolskie, co antyrosyjskie.
Chyba nie istnieje także jakaś koncepcja polity­ki gospodarczej naszego kraju w stosunku do państw tego regionu. Wiemy tylko, że:
− mamy uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji (ale już nie od dostaw ropy naftowej);
− ma powstać Via Carpatia, która połączy bałtyc­kie porty Litwy i Łotwy z południowo-wschod­nią Europą, czyli kosztem naszych bałtyckich interesów (jakiś nonsens);
− konsekwentnie likwidujemy obecność naszych towarów i firm na rynku rosyjskim poprzez nakładanie na naszych eksporterów sankcji wywozowych;
− poparcie polityczne dla pomajdanowej Ukrainy idzie w parze z utratą ukraińskich rynków;
− tolerujemy, a nawet wspieramy import rosyj­skiego węgla.
− należy uzasadnić złe relacje z danym państwem (czyli z Rosją) jakąś „racjonalną koniecznością”, każde zaś odstępstwo, a nawet wątpliwość co do prawdziwości tej tezy muszą być utożsamia­ne ze „ZDRADĄ” lub podejrzeniem roli „AGENTA WPŁYWU”;
− obywatele naszego kraju mają być przekonani, że narzucany obraz relacji z danymi państwami jest zgodny z ich interesami, i nawet gdy pono­szą z tego tytułu realne, widoczne gołym okiem szkody (np. utrata rynków zbytu dla producen­tów jabłek), to mają się z tym potulnie godzić, bo przecież „NIEPODLEGŁOŚĆ MA CENĘ, KTÓRĄ WARTO ZAPŁACIĆ”;
− beneficjanci tych działań profitują sobie ich koszt w postaci legalnej lub kryptolegalnej grabieży naszego majątku lub odebrania nam dochodów, np. w wyniku sprzedaży (za ciężkie pieniądze) uzbrojenia, które ma nas chronić przed „ROSYJ­SKĄ AGRESJĄ”.
Oczywiście domyślamy się, że większość anty­rosyjskiego jazgotu w naszych (?) mediach służy temu celowi, bo od ponad dwustu lat najpierw Prusy, a potem „Wielkie” Niemcy ogłupiały w tym duchu Polaków, gdyż konflikt polsko-rosyjski był, jest i bę­dzie celem strategicznym polityki naszego zachod­niego sąsiada.
Nie bardzo rozumiem, skąd się bierze publicz­nie wyrażany strach przed rzekomą agresją. Najczę­ściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie (i pytają), po co mamy dać zarobić kilku wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, np. kupując za grube miliardy złotych samoloty wojskowe. Prze­cież nas na to obiektywnie nie stać. Warto przeliczyć, o ile wzrosłyby świadczenia społeczne, o ile bylibyśmy bogatsi, gdyby te pieniądze zostały w kraju. Trzeba więc nas straszyć wyimaginowaną agresją rosyjską, aby pozwolić politykom kupić kilkanaście nowych zabawek.
Jest także inne, zapewne równie prawdziwe wytłumaczenie tego fenomenu. Od ponad dwustu lat w geopolitycznym interesie wielu państw jest stały konflikt polsko-rosyjski, a w latach 1944–1989 – pol­sko-sowiecki, przy czym właśnie my mamy być sta­łym inicjatorem złych relacji między naszymi pań­stwami. Przykładów jest tak dużo, że nie muszę ich przypominać. Wskażę tylko, w czyim interesie był wybuch Powstania Listopadowego (Francji), istnienie „rządów socjalistycznych” w Kongresówce (Niemiec) oraz działanie tzw. opozycji antykomunistycznej w latach Polski Ludowej (Niemiec i Stanów Zjednoczo­nych). Istotą tej koncepcji jest antyrosyjska lub anty­sowiecka dywersja, której sprawcą i ofiarą mają być właśnie Polacy. Rosja, a później Związek Sowiecki miały mieć stałe kłopoty właśnie na głównej osi stra­tegicznej wschód-zachód, miały się uwikłać w bez­sensowny konflikt, miała popłynąć „rzeka krwi” (oczywiście głównie polskiej), co wywołać miało nierozwiązywalny problem tych dwóch państw i narodów. Taki „kocioł bałkański”, tylko bardziej na północ. Dla autorów tej koncepcji przynosi ona same korzyści:
– osłabia pozycję międzynarodową Rosji (przej­ściowo Związku Sowieckiego), a osłabienie mocarstwa jest już sukcesem;
– można by było zaoferować pomoc w rozwiąza­niu „problemu polskiego”, a za to coś utargować od Rosji (Związku Sowieckiego);
– konflikt ten uniemożliwia najgroźniejszy dla wszystkich ważnych potęg europejskich sojusz polsko-rosyjski, którego obiektywnie boją się nie tylko Niemcy, ale i wszystkie państwa Eu­ropy;
– zimna i gorąca wojna polsko-rosyjska unicestwia wszystkie idee panslawistyczne, jednoczące tę część świata. (…)
Wniosek jest tylko jeden: nie bądźmy „poetami w polityce” (określenie Ottona von Bismarcka) i nie dajmy sobie narzucić roli antyrosyjskiego dywersan­ta nie swoich interesów.
Czy ktoś, kto przyjmuje rolę eksperta do spraw stosunków polsko-rosyjskich, nie wie, że nasz histo­ryczny spór z Rosją o ziemie trzech zaborów rosyjskich z lat 1773–1796 ostatecznie i definitywnie przegrali­śmy właśnie dlatego, że chcieliśmy zniszczyć prze­ciwnika, a niewiele brakowało, że to on zniszczyłby nas? Koszt naszej polityki wschodniej w ostatnim stuleciu, którą prowadziły tzw. siły niepodległościowe (czyli antyrosyjskie), był wręcz niewyobrażalny. Prze­graliśmy wszystko, co można było przegrać, wyho­dowaliśmy nowych, mniejszych wrogów, którzy przejęli od Związku Radzieckiego resztki naszego dziedzictwa, a my „przy okazji” byliśmy grabieni przez tych, którzy zawsze umacniali nas w antyrosyj­skich fobiach.
W interesie Polski i wszystkich (bez wyjątku) obywateli polskich oraz cudzoziemców mieszkających tutaj jest pokój, demokracja, rozwój ekonomiczny oraz stabilizacja polityczna i społeczna naszego kraju, któ­ry jest i długo będzie „na dorobku”, bo musi wyjść z biedy i degradacji zafundowanej nam nie tylko na początku tej epoki (ukłony dla twórcy „radykalnej transformacji”). Aby to osiągnąć, nie powinniśmy z nikim toczyć ani gorącej, ani nawet zimnej wojny, nie możemy prowadzić wrogiej polityki wobec kogokol­wiek, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zgłaszają ja­kichkolwiek roszczeń do majątku naszego państwa czy jego obywateli. Rosja nie ma wobec nas roszczeń ekonomicznych i majątkowych, nie posiada w Polsce mniejszości narodowej, nie istnieje nawet partia poli­tyczna, którą można by nazwać prorosyjską – wszyst­kie są proniemieckie lub proamerykańskie, lub nie mają żadnego znaczenia. Nie mamy również sprzecz­nych interesów ekonomicznych i nic nam nie wiado­mo, aby istniał w Moskwie jakiś wrogi plan wobec Polski. Dlaczego więc szkodzimy sobie, hodując ko­lejnego wroga?
Doktryna (o manichejskim podziale między złą Rosją a dobrą Polską) jest nie tylko ahistoryczna, nie­zgodna z faktami i głupia – lecz przede wszystkim szkodliwa gospodarczo i politycz­nie. Co szczególnie istotne – powoduje ona izolację polityczną i osłabienie nas w relacjach z każdym państwem, które może ponad naszymi głowami się dogadać, oczywiście również naszym kosztem, wła­śnie z Rosją”.
Mam nadzieję, że powyższe wybrane fragmenty zachęciły Państwa do lektury książki Witolda Modzelewskiego pt. „Polska – Rosja. Cud nad Wisłą”, celnie i dokładnie analizującej źródła nakręcanej w Polsce rusofobii oraz stan relacji polsko-rosyjskich. Zachęcam także do zapoznania się z poprzednimi i kolejnymi książkami Autora serii „Polska-Rosja”.

Autor napisał książkę „Jak budowaliśmy Rosję” – do nabycia w księgarniach i Internecie.

Baśń o Polsce jednobarwnej

„Wiele wspaniałych postaci z naszej historii, dawniejszej i najnowszej, przewija się na kartach tej księgi – typowej dla Bohdana Urbankowskiego kolejnej kapitalnej syntezy naszych dziejów – czytamy w nocie edytorskiej wydawnictwa „Biały Kruk” – Są wśród nich: najpopularniejszy w Europie poeta polskiego baroku (kto dziś o nim wie?) cny Sarmata Maciej Kazimierz Sarbiewski, artyści, myśliciele, działacze i wielcy wodzowie jak Chodkiewicz, Żółkiewski, Kościuszko, aż po Piłsudskiego.

Iluż tu wspaniałych bohaterów, którzy wykazują się na wielu polach – walki, sztuki i intelektu. Byłby to obraz nad wyraz budujący, gdyby pomiędzy bohaterami chyłkiem nie przemykali zdrajcy.
Ci ostatni są dla nas ostrzeżeniem, tym bardziej że nie brakuje ich również w III RP. Dziś nawet jakby więcej ich było niż dawniej – czego Autor nie omieszkał wyakcentować.
Bohdan Urbankowski znany jest z patriotyzmu, ogromnej erudycji, błyskotliwych myśli i ciętych sformułowań. Wiedzę historyczną wiąże z refleksją filozofa, pisząc barwnym, wyrazistym językiem. Nie lubi lukrowanek, jasno nazywa rzeczy po imieniu. Bezbłędnie potrafi oddzielić bohaterów od zdrajców, nie myląc przy tym, broń Boże, opartych na Dekalogu pojęć i wartości.
Nie inaczej jest i w tej książce, będącej kontynuacją „Gniazda polskiego”, które jako pierwsze ukazało się w ramach serii „Wspólna pamięć narodu”.
Autor rozprawia się z kłamliwymi narracjami kształtującymi dzisiejszą wiedzę (tudzież niewiedzę) historyczną współczesnych ludzi żyjących w nowoczesnej wieży Babel.
Takie mamy czasy, że nawet w szkołach dokonuje się przekłamań, zamieniając dowolnie role bohaterów i zdrajców. Ta książka prostuje wiele spraw, w tym pomaga zrozumieć, na czym polega bohaterstwo i jak perfidna potrafi być zdrada. Bohdan Urbankowski wydobywa na światło dzienne dorobek polskiej myśli społecznej, politycznej i filozoficznej oraz jej wkład w wielkie europejskie dziedzictwo.
Ustala przyczyny kłopotów niektórych nowoczesnych Polaków z chrześcijańską tożsamością swego narodu. „Bohaterowie i zdrajcy” to bardzo pomocna lektura w zrozumieniu dzisiejszych kłamliwych medialnych narracji. Polska jawi się nam na kartach tej książki jako obiekt troski (przykłady zdrad), ale przede wszystkim jako powód do dumy (dowody bohaterstwa). Kapitalna wprost szata graficzna potęguje siłę przekazu”.
Pracę Bohdana Urbankowskiego rzeczywiście czyta się z zainteresowaniem, bo napisana jest dobrą polszczyzną, potoczyście. Z tej lektury będą jednak zadowoleni przede wszystkim zwolennicy pewnej jednostronnej koncepcji historii Polski.
Nie jest to bowiem zobiektywizowana synteza dziejów kraju, lecz jej obraz wybiórczy, skomponowany z apologetycznych pozycji nacjonalistyczno-katolickich, a przy tym raczej publicystyczny, pamfletowy niż naukowy.
To wyidealizowana wizja Polski tyrtejskiej, rycerstwa, szlachty, czynów zbrojnych, zwycięstw i „pięknych” klęsk. To co złe w polskich dziejach, to jedynie garstka zdrajców „sprzedających ojczyznę za judaszowe srebrniki”. Poza tym sama wspaniałość i szlachetność narodu.
Brak nawet odniesienia do wielowiekowego ucisku i brutalnej kolonizacji chłopów przez szlachtę, brak nurtu socjalistycznego i lewicowego (który potrafił jednak docenić pobratymca ideowy Urbankowskiego, Bohdan Cywiński w swoich „Rodowodach niepokornych”), którego ocena sprowadzona jest do inwektyw ideologicznych.
Dużo za to nienawiści nie tylko do PRL, ale do socjalizmu, lewicowości i postępowości. Ulubiony bohater Urbankowskiego pokazany jako iemal święty, bez csłego skomplikowania tej postaci.
Do tego sporo nawiązań („wycieczek”) pod adresem nielubianych przez Urbankowskiego współczesnych sił lewicowo-liberalnych.
Reasumując, lektura jako taka rzeczywiście atrakcyjna, ale raczej jako lekcja poglądowa, w jaki sposób prawica polska zaprzęga historię do służby ideologicznej. PRL mogłaby się od niej uczyć.
Bohdan Urbankowski – „Bohaterowie i zdrajcy”, Biały Kruk, Kraków 2021, str. 599, ISBN 978-83-7553-315-6

Intelektualista światowy, inteligent polski

W definiowaniu zasadniczych rysów myślenia intelektualisty czy artysty, poręczne bywa zestawienie go z innym „kolegą po fachu”, zwłaszcza podobnie wybitnym.

Profesor Paweł Kozłowski, socjolog i ekonomista, kolega profesora Andrzeja Walickiego (1930-2020) zestawia go z jego przyjacielem i intelektualnym interlokutorem, Leszkiem Kołakowskim. „Andrzej Walicki jest myślicielem integralnym i koherentnym. Jego poglądy polityczne są równorzędne filozoficznym, jedne i drugie są ze sobą związane, wzajemnie się uzasadniają i ze wspólnej im pracy umysłu wyrastają. Leszek Kołakowski potrafi być głębokim, ze świetnymi rezultatami, oryginalnym badaczem idei filozoficznych, natomiast staje się absolutystą i ociera o manicheizm w polityce. (…) U Andrzeja Walickiego tego rodzaju dysonansu nie ma, przeciwnie – oba przedmioty myślenia łączy jedna metoda i wspólny cel. Kołakowski „sparzył się” – jak to sam nazywa – swoim otwartym rewizjonizmem, do końca rozczarował się systemem. Walicki nie rozczarował się, bo nigdy wcześniej nie był oczarowany ani nim, ani jego czystym ideowym źródłem. (…) Kołakowski przeszedł od partyjnej i wewnątrzsystemowej walki o władzę polityczną do pełnej, zewnątrzsystemowej i pozapartyjnej opozycji. Walicki kładł nacisk na wolność jednostki, niezależność myśli i autonomię kultury, a nie na władzę polityczną, był konsekwentnym i ciągłym wyrazicielem stanowiska oponentów wewnątrzsystemowych i zewnątrzpartyjnych. Gdy Kołakowski z niesmakiem odnotowywał odchodzenie ludzi władzy od ideowości i kierowanie się przez nich w coraz większym stopniu interesownością i kalkulacją. Walicki traktował to jako zmianę w pożądanym, mniej opresywnym kierunku i odchodzenie od postaw nieprzejednanych. (…) Przyjaciół dzieli już – bardziej niż Polska – świat, Kołakowski walczy ciągle, niczym leśny kombatant, z marksizmem i komunizmem, Walicki z odradzaniem się paleokapitalizmu i z ożywieniem socjaldarwinizmu, który wypełnia głowy inteligencji i kształtuje społeczeństwo”. (…) „Nie, Leszku (pisze Walicki), „wirus marksizmu” to dziś moje ostatnie zmartwienie! Klerykalizm, nacjonalizm, rusofobia i bezpardonowa żądza władzy, to nie wirus ale epidemia”. I dodaje Kozłowski w innym miejscu: „Andrzej Walicki bronił nasze głowy przed urazem komunistycznym, teraz broni przed neoliberalizmem”.
Znamienne, że o ile Kołakowski był przez pewien czas „gwiazdą intelektualną”, „intelektualnym celebrytą”, o tyle Walicki nawet się do tej popularności nie zbliżył. Osobny, samotny, często pomijany, przemilczany, mimo wagi jego naukowego myślenia i wagi jego książek. Pewnie miał na to wpływ nieułatwiony sposób pisania i poglądy słabo absorbowane przez szerszą publiczność. „Książki Walickiego nie są po prostu lekturami do czytania, to są teksty do studiowania. Wymagają ciągłego skupienia i towarzyszenia w pracy umysłu autora”. Poza tym dużo pisał o Rosji, był od Rosji niejako naukowym specjalistą. A pisał o Rosji w sposób radykalnie odmienny od tej narracji, do której przygotowany i przyzwyczajony jest odbiorca polski. Walicki Rosji nie zbywał stereotypami. On Rosję głęboko przemyślał i wydaje się że Rosję bardzo dobrze zrozumiał, w tym oczywiście przede wszystkim rosyjską myśl filozoficzną i polityczną. Pierwsza część książki to myśl Walickiego widziana przez Kozłowskiego, druga – to głos samego Walickiego, w tekstach i udzielonych wywiadach. Głos bogaty w treści i znaczenia, głos uczonego, który pozostawił po sobie ogromny dorobek (m.in. „Polska, Rosja, marksizm. Studia z dziejów marksizmu i jego recepcji”, „Marksizm i skok do królestwa wolności”, „Polskie zmagania z wolnością. Widziane z boku”, czy „Filozofia polskiego romantyzmu”), a zakres jego naukowych zainteresowań i przedmiotów badań był bardzo rozległy. Kozłowski nazwał go „intelektualistą światowym, inteligentem polskim, człowiekiem integralnym”. Trafnie.

Paweł Kozłowski – „Spotkania z Andrzejem Walickim”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2021, str. 326, ISBN 978-83-66615-86-1

Nie ma „Rio Bravo” bez Suzina

Jana Suzina (1929-2012) na srebrnym najpierw, a później barwnym ekranie telewizyjnym oglądało jako spikera (słowo „prezenter” pojawiło się dużo później), przez pewien czas także lektora „Dziennika Telewizyjnego”, kilka generacji telewidzów. Dla mnie był jednak przede wszystkim głosem o wspaniałej barwie, przede wszystkim lektorem westernów, n.p. „Rio Bravo” czy serialu „Bonanza”. Doszło do tego, że nie lubię oglądać powtórek ani „Bonanzy”, ani „Rio Bravo”, ani innych westernów bez towarzyszącego w tle głosu Suzina, charakterystycznego, unikalnego, niepowtarzalnego, niskiego, matowego, aksamitnego, lekko nosowego, bardzo dźwięcznego głosu.

Dla mnie było w barwie jego głosu coś absolutnie fascynującego, magnetyzującego, coś czego nie potrafię nazwać, także jakaś elegancja była w tym głosie. Było wielu świetnych lektorskich głosów, ale Suzin był absolutnym, topowym fenomenem. Od tamtego czasu, gdy obejrzałem po raz pierwszy czytane przez niego „Rio Bravo”, John Wayne, Dean Martin, Ricky Nelson, Walter Brennan, a nawet Angie Dickinson mówią do mnie głosem Jana Suzina. A że mam kopię „Rio Bravo” z suzinową ścieżką lektorską, więc od czasu do czasu czasu serwuję sobie taką powtórkową, sentymentalną ucztę. „Nieźle się zapowiadało” to lekkie, pełne humoru wspomnienia Jana Suzina o początkach Telewizji Polskiej, ludziach, którzy ją tworzyli, i czasach, w jakich się rozwijała. Autor tych wspomnień, jeden z najsłynniejszych i najbardziej lubianych polskich prezenterów telewizyjnych i lektorów filmowych, pracę w Telewizji Polskiej rozpoczął w połowie lat 50. XX wieku. Wziął udział w konkursie na spikera telewizyjnego. Przeszedł ostrą selekcję, m.in. udzielając Adamowi Hanuszkiewiczowi błyskotliwej odpowiedzi, gdy ten podczas egzaminu zapytał znienacka o wypełnienie dziury w programie. – Mam dla państwa dobrą wiadomość – zagaił wówczas ze spokojem Jan Suzin – że telewizja właśnie sprowadziła z Paryża całą serię filmów dla dorosłych, które już od jutra nadawane będą w późnych godzinach nocnych. Pasją Jana Suzina było rysowanie i – jak się okazało – także pisanie. Alicja Pawlicka wiele lat po śmierci męża odnalazła w domowym archiwum maszynopis z ciekawym, nikomu nieznanym tekstem. I zwróciła się do Wydawnictwa ARKADY z propozycją jego wydania” – czytamy w nocie wydawniczej. Coś o tym wiem, bo pani Alicja Pawlicka, wdowa po Janie Suzinie, przy okazji udzielania mi wywiadu w „Promie kultury” na Saskiej Kępie, udostępniła mi do lektury wspomnienia napisane przez jej męża. Zapoznałem się z nimi dość pobieżnie, ale już z tamtej lektury wywnioskowałem, że to bardzo interesujący tekst, choć brakuje mi w nim wrażeń autora z owych przygód z lektorowaniem westernom. Jest za to mnóstwo kapitalnych epizodów i anegdot z życia Telewizji Polskiej, dziesiątki barwnych portrecików ludzi telewizji, i tych z wizji, jak m.in. Eugeniusz Pach, Edyta Wojtczak, Czesław Nowicki „Wicherek”, i tych z „kuchni”, z technicznego i redaktorskiego zaplecza. Bardzo smakowita lektura, lekka i pełna subtelnego humoru, bogato ilustrowana fotografiami. A dlaczego wspomnienia te wydały „Arkady”, oficyna zajmująca się sztuką? Bo Jan Suzin był nie tylko synem wybitnego architekta, ale także sam był z wykształcenia architektem. Jednak zanim zaczął na dobre wykonywać swój zawód, uwiodła go telewizja. Ku pożytkowi nas, telewidzów.

Jan Suzin – „Nieźle się zapowiadało”, Arkady, Warszawa 2021, str. 183, ISBN 978-83-213-5116-2

Błok – to brzmi jak „obłok”

Generalnie nie jestem zbyt mocny w roli czytelnika poezji. Wbrew pozorom bliskiego pokrewieństwa między poezją i prozą jako przynależących do wspólnego pola piśmiennictwa, literatury, poezja to sztuka bardzo osobna, być może nawet bliższa muzyce niż prozie powieściowej. Dlatego bardzo uważnie wczytałem się zarówno w notę wydawniczą, jak i we wstęp autorstwa Adama Pomorskiego.

„W stulecie śmierci Aleksandra Błoka, jednego z najwybitniejszych rosyjskich poetów Srebrnego wieku, okresu w dziejach literatury rosyjskiej niezwykle bogatego w literackie talenty, ukazuje się tom wierszy, artykułów i dramatów lirycznych Błoka w przekładzie i z przedmową Adama Pomorskiego. Jest to autorski wybór tłumacza, poprzedzony erudycyjnym wstępem i opatrzony szczegółowymi przypisami – komentarzami. Ten znawca literatury rosyjskiej, tłumacz między innymi Achmatowej, Mandelsztama, Chlebnikowa, Jesienina czy Dostojewskiego, pokazuje nam Błoka jako artystę słowa nie tylko poetyckiego, choć poezja oczywiście przeważa w dorobku autora Śnieżnej maski czy słynnego i kontrowersyjnego poematu „Dwunastu”. Adam Pomorski przedstawia Błoka także jako dramaturga, autora choćby „Szopki” czy „Budy jarmarcznej”. Pomorski pisze w przedmowie: „niniejsze wydanie obejmuje obszerny wybór utworów z II i III tomu autorskiej edycji wierszy zebranych wraz z garścią współczesnych im liryków niewłączonych ostatecznie przez poetę do kanonicznego zbioru. Z wyjątkiem jednego utworu nie przedstawiamy tu juweniliów z I tomu Błoka, w tym cyklu „Wierszy o Pięknej Damie”. Zamiast autorskiej cyklizacji wierszy w obrębie tomów, respektowanej na ogół w wydaniach zbiorowych Błoka w Rosji, a z natury rzeczy ułomnej w wyborze przekładów, przyjmujemy układ chronologiczny, nie wprowadzając podziałów gatunkowych. Nie oddzielamy więc poezji od prozy szkiców krytycznych i esejów, a dwa łączące poezję z prozą utwory dramatyczne umieszczamy wśród współczesnych im tekstów.” Pomorski w tym jubileuszowym wydaniu dedykuje swoją książkę „pamięci tych, którzy dla sprawy Błoka w Polsce położyli największe zasługi jako tłumacze, edytorzy i badacze: Leonarda Okołów-Podhorskiego i Seweryna Pollaka. Ich dzieło kontynuuje w Polsce każdy, kto podejmuje dziś czy podejmie w przyszłości trud przekładu lub opisu prac i dni Aleksandra Błoka. Ma tę świadomość piszący te słowa, dodając kolejną kartę do stuletniej tradycji.” „Nad otchłanią chybocąc się w locie” to książka dla wszystkich miłośników prawdziwej poezji” – czytamy w nocie edytorskiej. Tak – odłożywszy na bok kuchnię poetyckiej formy i krytyki poezji – i oddawszy się nieskrępowanej wiedzą lekturze wierszy Błoka, nie sposób nie ulec ich urokowi. Gdy czyta się wiersze, prozę i próby dramatyczne tego wielkiego nadwrażliwca poezji rosyjskiej, jakim był Aleksander Błok, czuje się lotność jej substancji. Wspaniała poezja, ale nie podejmuję się zdefiniować tego podziwu. A może nie jest to konieczne? Może wystarczy odbiór spontaniczny, nieskrępowany żadnymi prefiguracjami wyrastającymi ze świadomości?

Aleksander Błok – „Nad otchłanią chybocąc się w locie”, przekład, wybór, przypisy, wstęp Adam Pomorski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 531, ISBN 978-83-8196-216-2

Austriackie porachunki

Sztuki „Na szczytach panuje cisza”, „Komediant” i „Plac Bohaterów” tworzą drugi tom dramatów Thomasa Bernharda (1931–1989), wybitnego austriackiego pisarza i dramaturga.

W sztukach z lat osiemdziesiątych XX wieku autor podejmuje wiodące motywy swojej twórczości: życia jako teatru, losów przegranych artystów megalomanów i opętanych artystycznymi wizjami samozwańczych geniuszy czy przemocy psychicznej w rodzinie. Wprowadza też ważny temat zafałszowanego obrazu historii i braku rozliczenia się austriackiego narodu z epoką nazizmu, przedstawiając go brawurowo w „Placu Bohaterów”, którego wiedeńska premiera została oprotestowana w mediach i na ulicy. Thomasowi Bernhardowi zarzucano, „kalał własne gniazdo”, ponieważ domagał się prawdy o przeszłości w trosce o Austrię i jej społeczeństwo, a jednocześnie przerażał go stan umysłów i ducha współczesnych mu rodaków. Bernhard działalność literacką rozpoczął w latach 50. XX wieku, publikował wtedy krótkie teksty dziennikarskie (m.in. sprawozdania sądowe) i recenzje teatralne na łamach prasy Salzburga, Monachium i Wiednia, wydał też trzy tomiki wierszy. Studiował dramaturgię i reżyserię w Akademii Mozarteum w Salzburgu. Wymieniany od końca lat 50. wśród liczących się postaci literatury austriackiej, pierwszy sukces odniósł powieścią „Mróz” z 1963 roku. Przez następne ćwierć wieku publikował praktycznie corocznie kolejne utwory prozą – powieści i opowiadania (do najważniejszych należą: „Kalkwerk”, „Korekta”, „Beton”, „Wycinka”, „Wymazywanie” oraz pięcioczęściowy cykl autobiograficzny). Od roku 1970 pisał także utwory dramaturgiczne. Podejmował w nich tematykę egzystencjalną – cierpienia, samotności i śmierci, zaciekle krytykował różne aspekty austriackiego życia społecznego i kulturalnego oraz demaskował historyczną amnezję Austriaków, skrywającą nazistowski okres w dziejach ich narodu. Uznawany był za jednego z najwybitniejszych i najoryginalniejszych pisarzy nie tylko Austrii, ale całego  niemieckiego obszaru językowego w XX wieku, był wielokrotnie nagradzany i w Austrii, i w Niemczech, a jednocześnie bezpardonowo potępiany, także w mediach, jako twórca „kalający własne gniazdo”. Jego ostatnie dzieło, to dramat „Plac Bohaterów”, przypominające rodakom autora, z jakim entuzjazmem w marcu 1938 roku przyjęli Anschluss – włączenie Austrii do Trzeciej Rzeszy – i jak w centrum Wiednia witali Hitlera, miało premierę w stołecznym Burgtheater 4 listopada 1988 roku, pomimo głosów protestu ze strony części prasy i czołowych polityków kraju oraz burzliwych demonstracji przed gmachem teatru. Trzy miesiące później Bernhard zmarł; w testamencie zakazał wystawiania swych sztuk w Austrii przez 70 lat; już jednak po 10 latach spadkobiercy ten zakaz uchylili.
W Polsce opublikowano większość dzieł Thomasa Bernharda, głównie w tłumaczeniu Sławomira Błauta, Marka Kędzierskiego, Sławy Lisieckiej i Moniki Muskały. W wydawnictwie „Czytelnik” ukazały się książki: „Oddech” i „Suterena” (obie1983), „Chłód” (1987), „Przegrany” (2002), „Dawni mistrzowie” (2005), „Zaburzenie” (2009), „Moje nagrody” (2010), „Wycinka” (2011), „Korekta” (2013). „Wyjadacze (2015), „Bratanek Wittgensteina” (2019), „Mróz” (2020) oraz „Dramaty” t. 1 (2020). Niektóre utwory Bernharda adaptował i wystawiał na scenach teatralnych Krystian Lupa.

Thomas Bernhard – „Dramaty”, tom. 2, „Czytelnik”, przekł. Jacek St. Buras, str. 440, ISBN 978-83-07-03511-6

Ostatni westman o stalowym spojrzeniu

Według tej biografii Clint Eastwood jest okropnym człowiekiem: brutalnym, nielojalnym, egotycznym, patologicznie skąpym, agresywnym, z obsesją długowieczności, do tego prawolem republikańskim, który popierał Nixona i Reagana. „Tego człowieka rozpoznaje się po jednej sylabie – bo jest tylko jeden Clint, prawdziwy amerykański samotny wilk.

To jeden z największych sukcesów Hollywood. Pierwotnie znany z grania w westernach – od tego czasu pokazał jednak szeroki repertuar aktorski i udowodnił, że jest nie tylko utalentowanym odtwórcą ról, ale również wybitnym reżyserem. Poza pracą Clint słynie z silnej osobowości, nigdy nie kryje się ze swoimi poglądami.
Kiedy ukazała się ta biografia, krytycy chwalili ją za rzetelność zebranych materiałów, a jej bohater wpadł we wściekłość do tego stopnia, że pozwał autora o 10 milionów dolarów; skutkiem pozwu był zakaz rozpowszechniania książki w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie sprawa zakończyła się bez kary.
Książka „Clint. Życie i legenda powstała na podstawie wyczerpujących rozmów z osobami bliskimi Eastwoodowi, dokumentów i materiałów o produkcji zarówno jego najsłynniejszych filmów, jak i mniej znanych dzieł. To pozycja obowiązkowa dla szerokiego grona jego fanów oraz dla wszystkich interesujących się historią Hollywood” – czytamy w nocie wydawniczej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że szczególna pozycja Eastwooda wynika także z tego, że jest on jedynym i ostatnim chyba amerykańskim aktorem, który podtrzymuje (a może raczej: podtrzymywał) tradycje klasycznego westernu i jest jego, na ogół w dobrym tego słowa znaczeniu – epigonem.
Apogeum gatunku dokonało się w latach 50-tych i 60-tych z udziałem pokolenia aktorów urodzonych w latach 1900-1920, takich jak Gary Cooper, John Wayne, Gregory Peck, Kirk Douglas, Yul Brynner. Clint Eastwood jest od nich (wszyscy już nie żyją) młodszy o pokolenie (urodził się 31 maja 1930 roku – tylko Steve McQuinn był jego rówieśnikiem, ale żył tylko 50 lat) lub o generację i przejął po nich pałeczkę w charakterze singla.
To druga już biografia Eastwooda. Pierwsza, autoryzowana przez niego jest hagiografią, dopiero Patrick Mc Gilligan postanowił nie „gryźć się w język” i napisał o Clincie „prawdę”. Czy to prawda? A czy to takie ważne? W końcu, jakie dla widza, a zwłaszcza „wychowanego” na westernach, ma znaczenie prywatna moralność (lub niemoralność) aktora? Choćby Clint był koszmarnym prawolem i brutalem (to typowe dla amerykańskiej prawicy), to zawsze z przyjemnością oglądam jego cynizm, brutalność, zimną krew, ale i odruchy dobra na ekranie.
W spaghetti westernach sprzed lat („Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej”, „Dobry, zły i brzydki”), w filmach wojennych („Tylko dla orłów”), jako łowca nagród Tommy Novak w „Różowym cadillacu”, ale przede wszystkim w pięciu edycjach „Brudnego Harry”, w „Niesamowitym jeźdźcu”, „Bez przebaczenia”, „Mścicielu”, gdy bez zmrużenia oka, trochę jakby leniwie i od niechcenia (tak samo jak się porusza) rozwala całą bandę gorszych od niego brutali i zimno spogląda na swoje dzieło szarostalowymi oczami.
W końcu na tym polega magia kina.
Patrick McGilligan – „Clint. Życie i legenda”, przekł. Ewa Penksyk-Kluczkowska, wyd. „Znak Horyzont”, Kraków 2021, str. 480, ISBN 978-83240-7961-2