Fresk najbliższego wschodu

Już na pierwszy rzut oka na „Kalendarz wieczności”, obszerna opowieść Wasyla Machno, ukraińskiego pisarza, poety, eseisty i tłumacza pochodzącego z Tarnopola mieszkającego w Nowym Jorku uderza rozmachem narracyjnym rozległego epickiego fresku.

Na jej stronach pojawiają się dziesiątki nazwisk, setki nazw geograficznych, nazw To rozległy fresk Wschodu, nie tego zwanego Bliskim, często określanego jako Orient ani też zwanego Dalekim. To wschód, który nie ma – co jest skądinąd zastanawiające – swojej specjalnej nazwy, a który rozciąga się za wschodnimi i południowymi rubieżami Polski, dawna polska Galicja, Ukraina, Rosja, Turcja ze Stambułem. Z podobnym rozmachem zakrojona jest przestrzeń czasowa opowieści. Przestrzeń czasu tworzą trzy części opowieści: „1672. Salamandrowa ziemia”, „1916. Kuchnia polowa” i „1945. Pociąg”. Są to właściwie trzy różne opowieści, które łączy na pozór jedynie kilka nazwisk rodowych, Barewyczów i Felisztanów. Jednak spaja te opowieści lepiszcze istotniejsze od nazwisk postaci. To osobliwy duch tych ziem, tego obszaru kulturowego. „Ta ziemia przypomina salamandrę w ogniu” napisał w XVII wieku turecki podróżnik Ewlija Czelebi. I rzeczywiście, „płomienność” tej metafory wydaje się adekwatna do bujnej, krwawej i okrutność „płomienności” dziejów tych ziem, których losy przez szereg stuleci „skoligacone” były z historią Polski. A jako, że wschód zawsze był nasycony mitologią i swoistym mistycyzmem, więc i w powieści Machno, warstwy realistycznego opisu przeplatają się z warstwami uduchowienia. Jak to ujął tłumacz powieści, Bohdan Zadura, autor łączy w niej „trzy przestrzenie czasowe, tworząc nietypową powieść historyczną, w której historia ma postać nielinearną, gdyż – jak sam mówi – wszyscy jesteśmy zakotwiczeni w kalendarzu wieczności, nasze życie jest takim kalendarzem, niezależnie od epoki. Nieco na przekór nowoczesności w jej zglobalizowanej formie, książka Wasyla Machny może być odczytywana jako pochwała lokalności i pielęgnowania wyrastającej z niej duchowości”. Machno ukazał w swojej powieści losy przedstawicieli wielu rodzin, narodów, imperiów (od osmańskiego do radzieckiego, przyjmując perspektywę po części (z religijnego punktu widzenia) ekumeniczną, a po części uniwersalną (z punktu widzenia świeckiego). „Kalendarz nazwano” ukraińskimi „Buddenbrookami”, ale wydaje się, że analogia do słynnej powieści Tomasza Manna jest bardzo daleka, o ile w ogóle uzasadniona. Podczas lektury nasuwają się raczej skojarzenia z Trylogią Sienkiewicza, z „Cichym Donem” Michaiła Szołochowa, z powieściami Józefa Mackiewicza, czy choćby z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk. Wasyl Machno jest też autorem tomu opowiadań „Listy i powietrze”. Ich tematem są losy mieszkańców zachodniej Ukrainy, a także Ukraińców, Polaków, czy Żydów we współczesnej Ameryce. Ich losy wyrażają zjawiska osamotnienia, nieumiejętności ocalenia własnego systemu wartości wobec presji niestabilnego otoczenia społecznego i geopolitycznych powikłań najnowszej historii. Swoje dramaty przeżywają – intelektualista na obczyźnie, rosyjski oficer białogwardyjski, ukraińska studentka w Nowym Jorku, emigrant zarobkowy próbujący zalegalizować pobyt w USA przez fikcyjne małżeństwo, drobny żydowski kupiec i polski oficer w obliczu rozpoczynającej się drugiej wojny światowej czy prosta kobieta pragnąca ratować syna przed unicestwieniem przez wojnę domową.
Wasyl Machno – „Kalendarz wieczności”, przekł. Bohdan Zadura, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

To, co pomiędzy, zabłąkane, za burtą istnienia

„Znajduję małe historie na ulicach, przystankach autobusowych, w sklepach, na skwerach i przygarniam je jak zagubione stworzenia. „Przepadłość” należy do moich ulubionych, bo wręcz demonstracyjnie łączy to, co w pisarstwie mi bliskie: reportaż (fakty), tajemnicę ukrytą w tkance codzienności (to, co między faktami) i wyobraźnię, która pozwala „niekiedy sprowadzić na ziemię słowa na to, co niewypowiedzialne” – tak Elżbieta Isakiewicz pisze o inspiracjach, z których biorą się jej mikroopowiadania, jej krótkie formy prozatorskie. Ich forma jest tak skondensowana i tak poddana regule metafory, że niektóre przypominają wiersze. „Jej małe formy są zaskakującym melanżem lirycznej kondensacji, filozoficznej kondensacji i dziennikarskiej obserwacji” – napisał Józef Baran.

Dla mnie są one także literacką próbą wyrażenia niewyrażalnego, znalezienia dla niego werbalnego kształtu. Niewyrażalna sfera naszych myśli, uczuć i wrażeń jawi mi się „od zawsze” jako szczególnie ważna forma duchowej egzystencji, znacznie ważniejsza, ciekawsza i bardziej tajemnicza od niejednej oczywistości. Literatura jednak rzadko dotyka niewyrażalnego (jedną z jego odmian są „odczucia dziwne”), bo to dla niej zadanie szczególnie trudne, zważywszy, że nawet to, co – wydawałoby się – wyrażalne bywa do wyrażenia trudne.
Działa tu więc może zasada pisarskiej ekonomii; nie dotykać tego, co werbalizacji nie podlega, nie podejmować daremnie pisarskiej „mission impossible”. Jednak niewyrażalność wiąże się z podwójną barierą. Pierwszą próbuje przełamać pisarz znajdując formę literacką dla własnego doświadczenia niewyrażalności. Po drugiej stronie jest jednak czytelnik, postronny wobec doświadczenia wewnętrznego pisarza, nie mogący go przecież zgłębić, przeniknąć. I dlatego to właśnie czytelnik staje wobec – niejako – podwójnej bariery niewyrażalności, tej – pisarza i tej – własnej, niemożności wniknięcia w niewyrażalność cudzą. Jednak niewyrażalność, to nie jedyny motyw prozy.
Innym jest poczucie, że to, co w życiu frapujące, niezwykłe, dzieje się często pomiędzy banałem, zwykłością, oczywistością. To jednak banał i oczywistość są obiektem potocznej percepcji, a nie to, co ma esencjonalną wartość. Większość opisywanych sytuacji Isakiewicz czerpie z banalnej codzienności, część inspirowana jest bodźcami kulturowymi, lekturami, podróżami. Lektura delikatnej prozy Isakiewicz, rozszyfrowanie jej wsobności, jej tajemnic, nie jest procesem prostym.
Tu bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie dotykamy oczywistości, mimo że faktura tej prozy nie jest wydumana, „baśniowa”, lecz zaczerpnięta z prozy życia, tej najbardziej nawet przyziemnej, trywialnej. Isakiewicz nie buja w obłokach wyobraźni, lecz używa realności do zrozumienia tego co realne, a tajemnicze.
Te mikroopowiadania są jak psychologiczne szarady, których odczytanie nie jest możliwe bez wysiłku, niejednokrotmie intensywnego, bez gwarancji sukcesu. Tym co jest bezsporne w prozie Isakiewicz, to jej wrażliwość i subtelność odczuć, poruszanie się przez nią w psychicznych rejestrach nie dla każdego dostępnych. Na koniec, by dać wyobrażenie o tematyce opowiastek, przytoczę kilkanaście tytułów, z ich lakoniczną, esencjonalną jednowyrazowością: „Szelma”, „Zwykłego dnia”, „Swetry”, „Rola”, „Chłopak”, „Stukot”, „Punkt”, „Dziurka”, „Chwila”, „Konduktor”, „Czułość”, „Pacjent”, „Pacjent”, „Święta”, „Przepadłość”. Właśnie o „Przepadłości” jako o opowiadaniu reprezentatywnym dla jej prozy wspomniała sama autorka. Opowiada ono o ludziach i zdarzeniach „wyrzucanych za burtę istnienia, pominiętych, błąkających się w nieodwracalnym wymiarze”. To także jeden z tematów tego zbioru.
Elżbieta Isakiewicz – „Szelma i inne opowiadania przyziemne”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 138, ISBN 978-83-8196-234-6

Historia w maszynce myśli

Akcja „Krwi na rękach moich” Wacława Holewińskiego usytuowana jest w późnej fazie Powstania Styczniowego, a ostatni rozdział sięga 17 lutego 1865 roku, czyli czasu uważanego zazwyczaj (choć nie zawsze) za czas już popowstaniowy. Choć bowiem ten dzień jest dniem śmierci na szubienicy powstańczego naczelnika Warszawy Aleksandra Waszkowskiego oraz głównego bohatera powieści, Emanuela Szafarczyka, to częściej za kres powstania uważa się śmierć na szubienicy, 5 sierpnia 1864 roku, Romualda Traugutta i jego towarzyszy z powstańczego, konspiracyjnego Rządu Narodowego.

Główny bohater powieści to naczelnik powstańczej Straży Zbrojnej, przywódca tzw. sztyletników, którzy skrytobójczo wykonywali wyroki śmierci na wrogach powstania, zarówno urzędnikach carskich, tajnych agentach jak i na Polakach uznanych za zdrajców. Drugą istotną postacią tej powieści jest prowadzący śledztwo przeciwko Szafarczykowi i przesłuchujący go pułkownik carskiej policji Andrzej Różycki, rosyjski oficer pochodzenia polskiego. Ich poniekąd intelektualny pojedynek w czasie śledztwa należy do najważniejszych wątków tej powieści. Powieściowemu duetowi Szafarczyk-Różycki (pierwszy z nich jest postacią historyczną, drugi fikcyjną) towarzyszy szereg postaci, których losy na różne sposoby zazębiają się fabularnie z losami dwóch głównych, tworząc intrygujący, bogaty w detale, oszczędny stylistycznie, ale jednocześnie bardzo plastyczny, naoczny obraz Warszawy „epoki styczniowej”. Bo powieść Holewińskiego to także portret miasta, stolicy „Kraju Prywiślańskiego”, z jego tajemnicami, skazami, mrokami, labiryntami, miasta epicentrum powstańczej konspiracji.
Choć czas akcji powieści „Krew na rękach moich” jest chronologicznie o czterdzieści lat wcześniejszy niż czas akcji jego trzyczęściowego cyklu „Pogromów”, obejmującego lata rewolucji 1905-1907, to w wymiarze artystycznym, w wymiarze formy tej prozy można te tytuły usytuować w jednym cyklu. Cechą tego nurtu prozy Wacława Holewińskiego jest przenikliwe spojrzenie na historię i konstrukcja narracji, która jest o tej historii myśleniem. Faktura narracji jest chłodna, rzeczowa, oszczędna, ale jednocześnie plastyczna, naoczna. Trzecioosobowa narracja odznacza się pewnym podobieństwem do monologu wewnętrznego, choć z formalnego punktu widzenia nim nie jest. Jest przestrzenią myślenia o toku zdarzeń tworzących akcję. Swoją prozą Holewiński wpisuje się w ten nurt prozy o tematyce historycznej, który nie poprzestaje na warstwie opisowej i behawioralnej, lecz podąża tropami myśli. Owo myślenie przejawia się nie w postaci podejmowanych wprost, intencjonalnych spekulacji, lecz niejako mimochodem, jako warstwa równoległa do przebiegu zdarzeń. Akcja „Krwi na rękach moich” zbudowana jest na zdystansowaniu do typowej powieściowej akcji „barwnej”, na dystansie do modelu akcji o kolorycie do pewnego stopnia sensacyjnym, do konwencjonalnej akcji opartej na intensywnym zmyśleniu. Jest rozmyślnie uboga, ascetyczna, mimetyczna, nawiązująca do szarości, nieefektownosci charakterystycznej dla realnego życia. Nadaje to powieści rysy stylu fragmentami niemal dokumentalnego.
Nie tylko tematyka „styczniowa”, ale także swoisty modus pisania o historii może wywołać podczas lektury asocjacje z prozą Władysława Lecha Terleckiego (1933-1999). Jego powieści „Spisek”, „Dwie głowy ptaka” czy „Lament” również dotyczą Powstania Styczniowego i w nich również postacie historyczne współistnieją z fikcyjnymi. Kilkakrotnie wzmiankowany w powieści Holewińskiego Aleksander Waszkowski jest bohaterem „Dwóch głów ptaka” Terleckiego, a pojawiający we „Krwi” oberpolicmajster Trepow jest ważną postacią „Lamentu”. Obu autorów łączy spojrzenie na historię przez pryzmat myśli, łączy też pewne podobieństwo techniki narracyjnej. Różni ich – ton prozy. U Holewińskiego jest jaśniejszy, podszyty idealistycznym patriotyzmem i moralizmem, choć nieostentacyjnym. U Terleckiego jest mroczny, naznaczony cynizmem postaci, atmosferą braku złudzeń, optyką „rozpadu wartości”. Gdybym miał prozę obu pisarzy stawiać na szalach wagi, większy ciężar gatunkowy przypisałbym Terleckiemu, którego powieści są bardziej esencjonalne, bardziej polifoniczne, sięgające głębiej w jaźń bohaterów. Nie znaczy to oczywiście, że odmawiam wybitnych walorów prozie Holewińskiego, bardzo klarownej, mniej nasyconej „toksynami” Terleckiego. W moim odczuciu Holewiński jest ciekawym, twórczym, kontynuatorem (nieintencjonalnym, jak przypuszczam) nurtu prozy uprawianej przez Terleckiego, zarówno w warstwie tematycznej, jak i formalnej. To ciekawy i rzadki przypadek twórczej kontynuacji, przy zachowaniu artystycznej odrębności, autonomii. Gdy dwie dekady temu zmarł (raczej przedwcześnie) Terlecki, odczułem to jako osobistą stratę czytelniczą, bo należał do najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych pisarzy. Pojawienie się młodszego o pokolenie (rocznik 1956) Holewińskiego z jego prozą o pogromach lat 1905-1907 i Powstaniu Styczniowym do pewnego stopnia wynagradza mi tę stratę.
O „niezgodzie na upodlenie”
A teraz kilka uwag na marginesie, uwag które grubą kreską wyodrębniam od merytorycznej oceny znakomitej powieści Holewińskiego. Pisarz ten sympatyzuje z rządzącym w Polsce obozem politycznym. Ma na swoim koncie także kilka publikacji poświęconych tzw. „żołnierzom wyklętym”. To temat, który wywołuje we mnie niechęć i obrzydzenie, więc te jego publikacje zaledwie pobieżnie przewertowałem. Z tego powodu bez zdziwienia przyjąłem pomieszczoną na tylnej stronie okładki rekomendację autorstwa prawicowego historyka, Andrzeja Nowaka, który o „Krwi na rękach moich” napisał tak: „Polska jest przywilejem młodości” – słowa, które padają w tej książce, brzmią jak wyzwanie dla naszej wyobraźni. Autor rzuca je śmiało, ożywiając swoim wyjątkowym talentem narracyjnym epokę powstania styczniowego, postaci dwudziestoletnich „sztyletników”, wykonujących wyroki podziemnej Polski na zdrajcach i urzędnikach okupacyjnych władz. Możemy poczuć gorączkę polskości, jaka trawiła powstańczą młodzież i nie dawała spokoju imperialnej Rosji. Możemy zobaczyć w centralnej sylwetce Emanuela Szafarczyka, naczelnika „sztyletników”, metaforę polskiego losu. Nie tylko tego z XIX wieku, ale także z pokolenia AK, „żołnierzy wyklętych”, a może z każdych czasów, w których znajdują się ludzie gotowi do niezgody na upodlenie”.
Mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem partii,
No właśnie. Wysoki to diapazon moralny. „Niezgoda na upodlenie”. Obaj autorzy, pisarz Wacław Holewiński i profesor historii Andrzej Nowak są wyznawcami sentymentalnego patriotyzmu polskiego, który jest mi z gruntu obcy. Czy ich postawa uniemożliwia im krytyczne odniesienie się do niektórych przynajmniej praktyk władzy, z którą sympatyzują? W PRL sygnatariuszami listów krytycznych w stosunku do pewnych praktyk ówczesnej władzy, bywali intelektualiści i twórcy, w tym pisarze, także partyjni. Potrafili oni, mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem własnej partii, w imię uczciwości. Andrzej Nowak napisał o „Polsce jako przywileju młodości”. Czy uważa, że rządzona przez PiS Polska, w której policja biła, poniżała i upodlała młodych demonstrantów na ulicach polskich miast, także „jest przywilejem młodości”? I czy na akceptację zasługuje władza, która z brutalnym uporem UPADLA starszą kobietę, która pokojowo protestuje przeciw niej na ulicy? Czy uważa tak samo Wacław Holewiński, którego powieść, wyżej omówiona, jest apologią ofiarnego patriotyzmu polskiego? Mają oni prawo sympatyzować z obecną władzą i popierać ją, ale nie słyszałem z ich strony ani jednej krytycznej uwagi o jej antydemokratycznych, niszczycielskich działaniach. O bezczelnym łamaniu praworządności oraz praw i wolności obywatelskich. O jej coraz bardziej policyjnym, opresyjnym charakterze. Czy taka Polska, jakiej dziś doświadczamy, jest Polską ich marzeń? Czy w tej sytuacji uczciwie jest się na te tradycje powoływać? Czyżby uważali, że to, co obserwujemy i czego doświadczamy to jest to oczekiwane dziedzictwo wysiłków polskich patriotów w XIX wieku? Ich właściwe uwieńczenie? Bo jeśli tak, to w moim przekonaniu wysiłek i ofiary dawnych patriotów można uznać za zmarnowane. Można pisać piękne, esencjonalne powieści wyrażające pochwałę patriotyzmu i polskości. Jednak odwracanie się równocześnie od współczesnego kontekstu, od faktu, że patriotyzm stał się instrumentem opresji autorytarnej władzy, pałką do bicia jej przeciwników, bardzo osłabia wymowę i sens prozy pisanej na tak wysokim diapazonie moralnym i patriotycznym. A być może w ogóle czyni takie pisanie pustym gestem?
Wacław Holewiński – „Krew na moich rękach”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

Szalony tramwaj czasów Nikodema Dyzmy

Autor „Kariery Nikodema Dyzmy” i szeregu innych powieści, które tworzyły (dziś historyczną) panoramę życia II Rzeczypospolitej – Tadeusz Dołęga Mostowicz – był także bardzo czynnym i jak się wtedy mawiało – „wziętym” dziennikarzem i publicystą.

W licznych tytułach prasowych pochodzących z lat 1925-1939 rozproszone są niezliczone teksty, zazwyczaj mające charakter opowiastek, opowiadań, humoresek, felietonów i felietoników, minireportażyków, a także recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych sygnowane zresztą różnymi pseudonimami, literami, inicjałami etc. Zebrał je w zgrabny i spójny tom Jarosław Górski.
Te twory dziennikarskie niewielkiej zazwyczaj objętości należą dziś oczywiście w wymiarze treści i literalnie pojmowanej problematyki, do historii dziennikarstwa i historii w ogóle. Dają jednak wyobrażenie o stylu dziennikarstwa tamtych czasów, stylu który skądinąd, do pewnego stopnia zachował się jeszcze, siłą nawyku, w powojennej żurnalistyce, wówczas głównie prasowej, jeśli nie liczyć dopiero rozwijającego się radia. Dają też wyobrażenie o tym, co interesowało ówczesnych czytelników, jako że prasa tych czasów, choć nieznane były jeszcze wtedy dzisiejsze, specjalistyczne metody badania opinii publicznej, w tym preferencji czytelniczych, poznawała je metodami z dzisiejszego punktu widzenia „chałupniczymi”, a mimo to nader skutecznymi. Tom zebranych tekstów przepełniony jest tekstami głównie obyczajowymi, odzwierciedlającym życie warstwy głównie mieszczańskiej, drobnomieszczańskiej, świata artystycznego („Proroctwa teatralne”), dziennikarskiego i politycznego, z rzadka co prawda, ale także sięgając też w warstwy rozmaicie pojmowanej klasy proletariackiej czy opisując zabawne obrazki z ówczesnego życia wakacyjnego. Ukazują one obyczaje, nawyki, interesy, wady, śmieszności rozległej galerii postaci, a wiele z tych tekstów to także celne, kalejdoskopowo barwne i bogate portrety psychologiczne niezliczonych tzw. „typów”, kobiecych i męskich najrozmaitszego autoramentu – od dygnitarzy i ziemian trawiących czas przy grze w brydża („Czwarty król”), poprzez handlarzy, kamieniczników („Dublowana etyka”), urzędników, spekulantów finansowych, świata wojskowego („Na patrolu”), kolejowego („Ruch służbowy”), nawet kolekcjonerskiego („Sam wpadłem w manię”), po młode dziewczyny z prowincji próbujące znaleźć sobie z trudem najskromniejsze miejsce na bruku Warszawy.
Od politycznych salonów, poprzez nocne życie restauracyjne („Muzyka gra. Obrazki z nocnej Warszawy”) po skromne mieszkania szarych ludzi. Wybijającym się i najcenniejszym walorem dziennikarskiego pisania Dołęgi-Mostowicza jest żywość języka. Gdyby te same treści przekazywane były w zwykłym, banalnym stylu sprawozdawczym, byłyby dziś trudne w czytaniu i przydatne, względnie nawet interesujące, jedynie dla archiwistów, historyków czy badaczy historii prasy. Tym co stanowić może o ich atrakcyjności także dla części współczesnych czytelników zdecydował talent literacki, szczególny słuch językowy i dar obserwacji. Doskonale podchwytywał nawyki i style językowe rozmaitych warstw społecznych, zwroty i słowa o charakterze gwarowym, przejawy tzw. „języka przedmieścia” czy języków środowiskowych. Czasem nawet wykorzystywał je w recenzjach teatralnych, które w jego wydaniu dalece odbiegały od standardu typowego dla tej formy prasowego pisania.
Oto próbka jednej z recenzji:„Trzeci dzwonek, Oglądam widownię. Na 600 miejsce około 200 pustych (…) Mężczyźni w czapkach. Wszyscy w paltach, bo zimno jak w lodowni. (…) W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna” (…) Kiedy Wiera zabija kochanka, naraz z kilku miejsc odzywają się głosy aprobaty: Tak i trzeba, takiemu synowi! (…) To ci morowa baba! W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna”, jak mówią aktorzy. Największe zainteresowanie wzbudziła … kolacja na scenie. – Te Antek, czy oni naprawdę ją? – No nie widzisz – bipsztyk. W drugim rzędzie tuż za mną przyciszony głos dziewczęcy: – Ale chlają gorzałę, jak świnie! – Eee, i panna Felcia tyżby się napiła, co? – Chyba wiszniaku…”. Prawdziwie reprezentatywnym, mistrzowskim créme de créme stylu Dołęgi-Mostowicza jest kapitalna humoreska „Szalony tramwaj”, gdzie posługując się dynamicznie poetyką oddającą tłok, ścisk, gwar, dynamiczną dialogową wielomówność pasażerów tramwaju przepełnionego reprezentantami różnych warstw społecznych, dał autor, za pomocą detalu i celnie budowanego nastroju kapitalną syntezę ówczesnej Warszawy. Już tylko zabytkiem satyry jest wieńcząca tom szopka polityczna, „Rzeczywistość urojona i rozbrojona”, zabawna jednak przez językowe kalambury, kontaminacje i tym podobne zabiegi i sztuczki stylistyczne, w których wtedy lubowało się wielu autorów, nie tylko Mostowicz, ale także liczni autorzy tekstów dla stołecznych kabaretów typu „Qui pro quo” czy „Morskie Oko”. Można też jednak w tomie tekstów twórcy Nikodema Dyzmy znaleźć pretekst do podszytej gorzką ironią refleksji historycznej. W tekście „Zmartwiczka” opisał Dołęga-Mostowicz spotkanie ze znajomym, który był powszechnie znanym ucieleśnieniem skrajnego życiowego pesymizmu, permanentnego smutku, czarnowidztwa, malkontenctwa odnoszącego się zarówno do spraw prywatnych, jak i publicznych, państwowych.
Pisarz, choć był przeciwnikiem obozu sanacyjnego próbował przeciwstawić pesymizmowi rozmówcy coś w rodzaju urzędowego optymizmu. Pragnąc unaocznić mu dokonania Polski w dwudziestoleciu po odzyskaniu niepodległości, wyliczał je swojemu rozmówcy z zabawną „państwowotwórczą” chełpliwością: „Minęło dwadzieścia lat i z ulic zniknęły nie tylko ogonki ludności żebrzącej o żywność, lecz także kocie łby ustępujące miejsca asfaltom. Mamy kolejnictwo jedno z najlepszych w Europie. Mamy własny wspaniały port. Mamy wciąż wyrastające nowe ośrodki przemysłowe. Mamy potężną armię. Mamy zwiększone terytorium i ważki głos w sprawach polityki międzynarodowej. Trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. W dwadzieścia lat dokonaliśmy olbrzymiego dzieła. A dzieło to wciąż się rozrasta. (…) Zmartwiczka uśmiechnął się boleśnie i powiedział: – To wszystko prawda. Ale zobaczysz czym się to skończy. Teraz Japończycy zagarną Chiny, za dwa lata zawojują Rosję, a najdalej za pięć będziemy tu mieli japońskiego generała-gubernatora w Warszawie. Popamiętasz moje słowa! – Dlaczego japońskiego, nie na przykład brazylijskiego? Zmarszczył brwi i zastanowił się: – Brazylijskiego powiadasz? Kto wie? Wszystko jest możliwe…”. W tym fragmencie komiczny jest nie tylko zwrot o „potężnej armii”, o „ważkim głosie w polityce międzynarodowej” czy dywagacje o możliwości japońskiej okupacji w Warszawie. Jest też niezamierzony komizm podszyty tragedią. „Oby się wreszcie sprawdziły w stosunku do mego Zmartwiczki i do tych paru tysięcy podobnych Zmartwiczek, które jeszcze pokutują wśród nas w Polsce” – z irytacją podsumował swoją rozmowę Dołęga-Mostowicz. Gorzki, wyrastający z dzisiejszej świadomości następstwa zdarzeń komizm jaki wyziera z tego fragmentu bierze się z daty publikacji tego tekstu. Bierze się z naszej dzisiejszej świadomości szyderstwa historii. Ukazał się on w „Kinie. Tygodniku ilustrowanym”, jesienią 1938 roku. II Rzeczpospolitej i Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi został wtedy jeszcze tylko niecały rok życia. Nałogowy pesymista miał rację, a pech dotknął nie tylko literata i dziennikarza. Przybrał bowiem postać totalnego, epokowego kataklizmu. Okazało się, że wesoły, „szalony tramwaj” II RP jechał ku przepaści.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – „Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski”, wybór, opracowanie i wstęp Jarosław Górski, Wydawnictwo „Iskry”, str. 269, ISBN 978-83-244-1088-4

Miguel de Unamuno – czytelniczy rollercoaster

Wbrew brzmieniu tytułu nie jest to poradnik praktyczny, jakich wiele ( z dodatkiem hochsztaplerskich często szkół pisania w tle) rozmnożyło się w naszych czasach, w których wszystko jest na sprzedaż, nawet ułuda pisarskiego talentu.

To wyrafinowany esej, barokowy (w końcu Hiszpania to tak naprawdę ojczyzna baroku) w swojej migotliwości i błyskotliwości, dalece zresztą przekraczający problematykę alchemii powstawania dzieła literackiego, wykraczający poza opowieść o pisaniu powieści, poza literacki autotematyzm. To rzecz wielowarstwowa, pełna zagadek, napisana stylem gęstym, metaforycznym, bardzo swoistym i osobistym. Esej „Jak się tworzy powieść” (1924-27) jest trudny do czytelniczego okiełznania w lekturze (a cóż dopiero w opisie), odznacza się arytmiczną, nerwową, emocjonalną fakturą, linie wywodu rozgałęziają się w trudnych do policzenia kierunkach, formują się w kształt zawiłego, pełnego niespodzianek labiryntu, są skomplikowanym, jak skomplikowana była duchowość Unamuno, wywodem intelektualnym, nasyconym przy tym intensywnością emocjonalną, pod którą czuje się ognisty iberyjski temperament i ekscentryzm.
Miguel de Unamuno (1864-1936) był jednym z najwybitniejszych hiszpańskich myślicieli, eseistów, dramaturgów, poetów i prozaików, reprezentantów powieści o nowatorskiej strukturze. Mimo, że istnieje już biografia intelektualna Unamuno (Krzysztof Polit – „Natura. Społeczeństwo. Historia. Socjalizm i poglądy filozoficzne-społeczne młodego Miguela de Unamuno”, 2013), jest to pisarz w Polsce słabo znany, nawet wśród najbardziej esencjonalnej części publiczności czytelniczej, słabo znany zarówno jako myśliciel, jak i jako twórca literatury artystycznej, w tym jako dramaturg i powieściopisarz (choć „Miłość i pedagogika”, 1902, „Mgła”, 1914, czy „Święty Manuel Dobry, męczennik”, 1933 ukazały się w polskich przekładach). W polskim przekładzie ukazały się też eseje filozoficzne Unamuno, „O poczuciu tragiczności życia wśród ludzi i wśród narodów” ( 1913), „Agonia chrystianizmu” (1925), mistyczny poemat „Chrystus Velasqueza” (1920). Ukazało się też w polskim przekładzie jedno z kluczowych dzieł Unamuno, „Żywot don Kichota i Sancza”, kluczowe – biorąc pod uwagę hiszpańskość (państwową) i baskijskość (tożsamościową) Unamuno. W Hiszpanii zaś, dzieło Miguela Cervantesa jest czymś więcej niż tylko wielką powieścią z kanonu klasyki. Jest zasobnikiem esencji hiszpańskości i hiszpańskiej duchowości. „Unamuno właściwie napisał powieść, w której zwierza się ze swoich chęci napisania powieści o tworzeniu powieści. Można zadać pytanie – czy jest to dzieło ukończone? Nie, ale za to można odpowiedzieć, że jest… wciąż kontynuowane. (…) Zaniepokojonym spojrzeniem przeszywa na wskroś i pyta: czytelniku, żyjesz?
Póki bowiem żyje choć jeden czytelnik, wraz z nim nad nicością triumfuje autor” – znaleźć można taką nieco może zbyt afektowaną uwagę w jednym z tekstów o Unamuno. „Jak tworzy się powieść” nazwano „owocem geniuszu i frustracji”. Tę frustracja bije w oczy czytelnika już w prologu, którym Unamuno poprzedził swój narowisty esej: „To co się w literaturze nazywa tworzeniem, jest kwestią konsumpcji albo ściślej: destrukcji. Ktoś, kto wkłada w dzieło swoje myśli, marzenia, przeżycia – powkłada w dzieło swoje myśli, marzenia, przeżycia – pochłania je i zabija.
Kiedy tylko nasza myśl zostaje utrwalona na piśmie, wyrażona, skrystalizowana – umiera, już więcej do nas nie należy. Tak samo, jak – pewnego dnia – przestanie do nas należeć zagrzebany w ziemi szkielet. Prawdziwie żywa historia jest wieczną, mijającą chwilą, która staje się przeszła, a która odchodząc, pozostaje. Literatura zatem nie różni się niczym od śmierci – śmierci, z której inni mogą czerpać życie. Gdyż ten, kto czyta powieść, może nią żyć, przeżyć ją – kto czyta powieść, czyta historię (…) A wśród czytających – sam autor. Czy nie jest tak, że ilekroć autor powraca do czytania swego starego dzieła, robi to, żeby odnaleźć ową minioną chwilę, która dzięki niemu staje się wieczną teraźniejszością”.
Unamuno zwraca się jednak nie tylko do czytelnika wyrafinowanego, o bogatej erudycji i wyobraźni Nie stroni też od odwołania się do bardzo powszechnego i prawie każdemu człowiekowi znanego doświadczenia: „Czyż nie zdarzyło ci się nigdy, czytelniku, popaść w zadumę, spoglądając na swój własny portret, gdy miałeś dwadzieścia lub trzydzieści lat? Wieczna teraźniejszość jest tragiczną tajemnicą, jest tajemniczą tragedią naszego naszego historycznego czy też duchowego życia. Na tym właśnie polega tragiczna tortura, że chce się powtórzyć to, co się uczyniło, a co teraz już nie istnieje”. Od prologu autorstwa Unamuno przechodzimy do „Portretu Unamuna” Jeana Cassou, który rozpoczyna się od wysokiego „C”: Jest w nim coś ze świętego Augustyna, z Jean Jacques’a Rousseau, oraz z każdego, kto pochłonięty kontemplacją cudu własnego istnienia nie jest w stanie zdzierżyć jego skończoności”.
Kończąc swój portret, Cassou tak oto przedstawia swojego bohatera: „Oto agonia Don Miguela de Unamuno, człowieka walki, walki z samym sobą, wraz ze swoim ludem i przeciwko niemu, człowieka rozbratu, człowieka wojny domowej, trybuna bez popleczników, człowieka osamotnionego, dzikusa, wygnańca, pustynnego kaznodziei, prowokatora, człowieka dumnego, zwodniczego, pełnego paradoksów, spolegliwego i nieprzejednanego, przeciwnika nicości, którego nicość pociąga i pochłania, rozdartego między życiem a śmiercią, martwego i wskrzeszonego jednocześnie, niepokonanego i wiecznie zwyciężanego”. W komentarzu odnoszącym się do tekstu Cassou, Unamuno zwraca uwagę na jego zwrot o „najeżeniu nieładem” jego dzieła, o jego „nieokreśloności i potworności”.
Warto też jednak zwrócić uwagę szczególną na wątek, który pojawia się w przestrzeni całego tekstu jak bolesny refren – to sytuacja polityczna i ideologiczna Hiszpanii: „Ta sama zawiść, której osad przywróciła teraźniejsza tyrania hiszpańska, będąca owocem tej kainowej zawiści, charakterystycznej dla klasztorów i koszar, dla mnichów i żołnierzy. Identyczna zawiść, która rodzi się wśród stada posłusznego poleceniom, ta inkwizycyjna zawiść doprowadziła do do historycznej tragedii naszej Hiszpanii”. Bo Unamuno, poza tym, że rozważa pytanie o to, jak tworzyć powieść, daje wyraz swojemu dominującemu uczuciu, nienawiści do dyktatur, które trapiły Hiszpanię jeszcze w okresie sprzed wojny domowej 1936-1939, sprzed triumfu frankizmu. Pisze Unamuno o „szaleńcach cierpiących na manię prześladowczą, przekształcającą się w manię prześladującą”, o „strażakach” wywołujących pożary, aby żyć z ich ugaszania”. Pisze o naturze „policyjnego reżimu”.
Dzieło Unamuno jest przepełnione, przepojone twórczą niespójnością (spójność uważa on za przejaw martwoty). Nie podejmuję się nawet spróbować ująć w jakiś prosty sylogizm nieokiełznanego żywiołu jego eseju. To tworzywo nie do okiełznana. Nie liczmy na spójne wnioski z tej lektury. Anarchistyczny po iberyjsku pisarz i myśliciel meandruje od Paryża do Madrytu, od Don Kichota do Lenina, cytuje swoje sonety o Hiszpanii, przywołuje Jana z Asturii, Jean Jacques Rousseau, Mirabeau, Dantona, świętego Pawła, Mojżesza, Victora Hugo, Flauberta, Amiela, Puszkina, cytuje Mazziniego, Carducciego, biblijną Księgę Rodzaju, odwołuje się do Dantego, do Balzaca („Jaszczur”), do kultury i filozofii Indii, pomstuje ciężko na Primo de Riverę, przywołuje nazwiska bohaterów swoich powieści wędruje przez duchowe drogi i bezdroża swojej ojczyzny, którą smaga i czuje się przez nią smagany, bombarduje nas antytezami. Nie liczcie na to, ewentualni czytelnicy tego eseju, że zamykając po lekturze jego ostatnią stronę, zamkniecie ją z uczuciem uporządkowania w głowie (bardzo interesującego) nieładu, który towarzyszy owej lekturze. Unamuno wielokrotnie przywołuje Jugo de la Raza, bohatera swojej powieści, która „opowiada o tym, jak on czyta powieść”. A czytanie to jest dla niego nieustannym wyzwaniem, daremną próbą uchwycenia nici Ariadny. Nad tą lekturą nie sposób zapanować, trzeba się pogodzić z tym, że to ona panuje nad nami. Nie liczmy na to, że kończąc ją doznamy uczucia dobrze wykonanego zadania, jak po rozszyfrowaniu skomplikowanego rebusu.
To czytelniczy rollercoaster z którego wychodzimy oszołomieni. Ale to oszołomienie jest skutkiem rozkoszy łamania głowy. Lektura nie jako konsumpcja, lecz jako czerpanie z źródła, które nigdy nie pozwoli nasycić pragnienia.

Miguel de Unamuno – „Jak się tworzy powieść”, przekł. Karol Szpyrka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 156, ISBN 978-83-8196-206-3

Poeta hybrydalny

Biografia Bolesława Leśmiana (1877-1937) ukazuje się z pewnym poślizgiem czasowym w stosunku do okresu nowego, intensywnego zainteresowania tym poetą, którego to zainteresowania apogeum przypadło mniej więcej na lata ostatniej ćwierci XX wieku, choć jego początki sytuują się w latach 60-tych.

Można było wtedy odczuć nawet pewien przesyt nadmiarem tekstów o Leśmianie i jego poezji, jakie ukazywały się nie tylko w istniejącej jeszcze wtedy w resztkowej postaci prasie literackiej. To jednak dobrze, bo dzięki temu autor, jak sam napisał we wstępie, mógł wykorzystać najnowszy stan wiedzy o poecie. Praca Piotra Łopuszańskiego, zasłużonego w polskim piśmiennictwie ostatnich lat biografisty imponuje w pierwszym rzędzie jako efekt benedyktyńskiej, drobiazgowej pracy i zaczyna się od zacytowania aktu urodzenia, sporządzonego przez urzędnika kancelarii Wyznań Niechrześcijańskich Cyrkułu X w Warszawie, odnotowującego narodziny „niemowlęcia płci męskiej”.
Ta ostentacyjnie wręcz drobiazgowa tradycjonalność samego już początku biografii idzie na przekór ostatnim modom na biografie autorskie, patchworkowe, zbudowane jakby z pomieszanych klocków czy cząsteczek puzzli, biografie, które w większym stopniu są ekspresją wyobrażeń biografisty niż próbami maksymalnie, na ile to możliwe, wiernego oddania portretu bohatera.
Łopuszański pokazuje życie i twórczość poety, którego najbardziej fascynowały miłość, natura, dziwność, a nawet niesamowitość istnienia i śmierć. W młodości napisał wspaniałe erotyki, pod koniec życia stał się poetą przemijania, śmierci, znikania zmarłych z pamięci żywych. Zaczął wtedy intensywnie odczuwać „metafizyczną trwogę, lęk przed odejściem i niebytem”. Używał sformułowań „niebyt” i „bezświat”. W młodości inspirował się poezją Słowackiego, a także rosyjskimi i francuskimi symbolistami, wielbił Baudelaire’a, dopiero później stworzył swój własny poetycki świat, nawiązujący do fenomenów natury, folkloru i mitologii słowiańskiej, ale także do arabskiego Orientu („Klechdy sezamowe”). Był jednym z najbardziej pomysłowych w poezji polskiej słowotwórców. Jako człowiek, jako osobowość był syntezą, hybrydą sprzeczności: żyjącego z głową w chmurach fantasty i prawnika-notariusza, wykonującego zawód wymagający szczególnej trzeźwości i staranności.
Zagłębiając się drobiazgowo, a jednocześnie z rozmachem w świat Bolesława Leśmiana, jego poezję, życie osobiste, kontakty, podróże, zakreślił jednocześnie autor biografii panoramiczny obraz epoki, w której przyszło Leśmianowi żyć i pisać. Zaczynał jako poeta w epoce Młodej Polski, a kończył w czasach mody na scjentyzm, racjonalizm, kult nowoczesności (Młodziakowie z wydanej w roku śmierci Leśmiana „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza). Mało kto zapewne pamięta, że leśmianowa fascynacja niesamowitością sprawiła, że był jednym z pierwszych tłumaczy, którzy przyswoili polszczyźnie szereg opowiadań Edgara Allana Poe, pisarza bardzo bliskiego jego wyobraźni.

Piotr Łopuszański – „Bolesław Leśmian. Biografia”, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2021, str. 400, ISBN 978-83-244-1087-3

Kroniki Kosowskie

Co robi prawdziwy dziennikarz , kiedy niespodziewanie trafia do rozgrzanego kotła?
 Pisze, pisze, pisze.

Jacek Gallant trafił do Kosowa przez przypadek. Nie był to już bałkański kocioł piekielny, choć echa niedawnej wojny były tam wszechobecne. Trafił na czasy wychodzenia z wojennej traumy. Kruchego pokojowego czyśćca. I zaczął je opisywać.
Tak powstała oryginalna kronika Kosowa. Kiedy już przestało być zbuntowaną serbską prowincją, ale jeszcze nie zostało faktycznym, niepodległym państwem. Kronika powstawała latami. Od pierwszych wrażeń przybysza. Opisów miejscowej rzeczywistości , zwłaszcza zaskakującego, czasem niezrozumiałego dla „zachodniego Europejczyka” bałkańskiego chaosu. Kończy się eksperckimi wyjaśnienia i analizami rozjaśniającymi tym „zachodnim Europejczykom” ów chaos. Ten bałkańskich porządek.
A w międzyczasie mamy też dokładny, żmudny opis zmieniającej się w tym regionie polityki. Czasem zaskakująco, niczym jazda kolejką górską.
Dlatego książka Jacka Gallanta jest niezbędnikiem dla każdego miłośnika Bałkanów. Magazynem wiedzy o tym, niezwykłym regionie.
Zwłaszcza, że autor traktuje swoje już Kosowo jako bazę do licznych bałkańskich podróży. Serbii, Macedonii Północnej, Chorwacji i Czarnogóry. I stamtąd też patrzy na kosowski kocioł.
O wojnie i szorstkim pokoju w Kosowie napisano w „zachodniej Europie” wiele dziennikarskich relacji. Kilka książek. Zwykle z albańskiego lub serbskiego punktu widzenia. Przez okulary Belgradu lub Tirany. Waszyngtonu lub Moskwy.
Jacek Gallant po raz pierwszy u nas pisze z perspektywy Kosowa. Prisztiny i Mitrowicy. Rejestruje ambicje Kosowian. Zwłaszcza tych, którzy nie chcą być częścią postulowanych  w regionie „wielkich” Albanii, Serbii, Macedonii.  
Chcą być Kosowem i szukają swego pomysłu jak w takiej formie przeżyć w tym bałkańskim kotle. Regionie, gdzie czasy brutalnych, rujnujących wojen i cywilizacyjnych sukcesów czasów pokoju stale przeplatają się.  
Czy dla Kosowo i jego sąsiadów nadchodzi teraz ten dobry czas odbudowy?
Czy możliwe jest pojednanie serbsko- kosowskie ?
Bez lektury kronik Jacka Gallanta nie rozstrzygniemy tych dylematów.

Autor – redaktor naczelny „Trybuny „a także poseł na Sejm RP i jego reprezentant w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Członek sejmowej parlamentarnej grupy polsko – jugosłowiańskiej, grupy macedońskiej i chorwackiej. Obserwator wyborów w Serbii, Kosowie i Macedonii w delegacjach ZG Rady Europy.

Szopska i burek na przystawkę, czyli zamiast wstępu

Gdy w styczniu 2013 roku dowiedziałem się, że za kilka tygodni razem z żoną wyjadę do Kosowa, nie spodziewałem się, że podróż ta przerodzi się w prawie sześcioletni pobyt na Bałkanach.

Stał się on kanwą do napisania wielu tekstów o tym, co działo się w tym najmłodszym państwie Europy, mierzącym się z wieloma trudnościami, spowodowanymi trudną historią i wciąż nierozwiązanymi problemami wynikającymi z zakończonego przed kilku laty konfliktu. Trafiliśmy do „bałkańskiego kotła”, który wciąż buzował, podnosząc temperaturę różnych wydarzeń politycznych, gospodarczych i społecznych nie tylko w tej części Europy.
Do Prisztiny dotarliśmy samochodem w przeddzień 5 – tej rocznicy ogłoszenia niepodległości przez Kosowo, która przypada na 17 lutego. Był to kraj wówczas dla nas nieznany i trudny do zrozumienia. Na ulicy spotkaliśmy tłumy ludzi, którzy nie zważając na zimowy chłód, świętowali niepodległość, manifestując radość z życia w wolnym kraju. I tylko znajdujące się wzdłuż dróg tablice po angielsku, albańsku i serbsku informowały, że wciąż stacjonują tu międzynarodowe siły pokojowe, w skład których wchodzą wojskowi, policjanci, gdzie działa misja Unii Europejskiej z udziałem sędziów, prokuratorów, celników i ekspertów różnych specjalizacji niezbędnych do przywrócenia normalnego funkcjonowania w tym kraju. To wszystko ciekawiło i zobowiązywało do dokumentowania faktów.
Materiał dziennikarski zdobywałem w codziennych rozmowach z Kosowianami, zarówno albańskimi i serbskimi mieszkańcami Kosowa, jak też z pracownikami organizacji międzynarodowych zaangażowanymi w pracę na rzecz Kosowa. Wielu z nich, jak hiszpański celnik, uświadomili mi, jak dużym wyzwaniem jest walka z przestępczością zorganizowaną, handlem ludźmi, z wszechogarniającą korupcją, narkotykami. O tym, jak niebezpiecznie wówczas było na granicach Kosowa, niech świadczy fakt, że jeden z celników litewskich zginął na posterunku, gdy grupa przestępców rozgrywała swoje interesy. Sędziowie i prokuratorzy bez przerwy poddawani byli presji, gdy rozstrzygali sprawy o przestępstwa, o które oskarżano najbardziej wpływowych kosowskich polityków. Były to sprawy o zbrodnie wojenne, do których doszło podczas zakończonego niedawno konfliktu, handel ludzkimi organami, wielomilionową korupcję czy gigantyczne oszustwa. Praca w Kosowie była bardzo interesująca i pochłaniająca o wiele bardziej niż praca akredytowanego przed kilkunasty laty w Finlandii korespondenta „Sztandaru Młodych”. Teksty z Bałkanów publikowałem najpierw w „Kurierze Lubelskim”, a potem w „Trybunie”
„Bałkański kocioł” to określenie, które na trwałe przylgnęło do tej części Europy, która obejmuje Słowenię, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Kosowo, Macedonię Północną, Albanię, Grecję, Turcję i Bułgarię. Kiedy coś wydarzy się w jednym miejscu, zabulgocze i często znajdzie swoje odbicie w innym. Wielowiekowe konflikty, nabrzmiałe problemy i antagonizmy są na Bałkanach wciąż żywe. I w zależności od tego, gdzie się znajdujemy, zawsze – nawet dziś – usłyszymy o nierozwiązanej sprawie, problemie, który dotyczy jednego lub kilku z tych krajów. Spory pomiędzy krajami powstałymi po rozpadzie Jugosławii to niemal chleb powszedni życia politycznego na Bałkanach. Oczywiście najbardziej znany jest nierozwiązany do dziś spór Serbii z Kosowem. Pomimo zaangażowania w jego rozwikłanie społeczności niemal z całego świata (ONZ, NATO, UE, OBWE i inne organizacje) trudno jest przewidzieć, kiedy nastąpi jego finał, oby szczęśliwy. Nie pomaga temu fakt, że pięć krajów Unii Europejskiej (Cypr, Grecja, Hiszpania, Rumunia i Słowacja), jak też niemal połowa państw członkowskich ONZ nie uznają do dziś niepodległości Kosowa i traktują je nadal jako autonomiczną część Serbii.
I mimo tego wciąż gotującego się kotła całej tej historii sympatycznej pikanterii dodaje fakt, że Bałkany to kraje w dużej części zamieszkałe przez Słowian Południowych. Niemal każdy Europejczyk, a Polacy zwłaszcza, czują się tutaj dobrze. Dla nas bliskość języków słowiańskich powoduje, że można się tu bez trudu porozumieć, stąd wiele osób wybiera Bałkany jako cel swoich letnich wojaży. I jest to dobry wybór, bo bałkański kocioł jest życzliwy dla wszystkich turystów. Uroki Adriatyku, Morza Czarnego, Jońskiego i Egejskiego czy też macedońsko-albańskiego jeziora Ochrydzkiego to bezdyskusyjnie turystyczny magnes. Inne walory Bałkanów jak Góry Dynarskie, parki narodowe i kuchnia dopełniają tę listę. Zwłaszcza dwie potrawy dominują na Bałkanach: sałatka szopska i burek. Szopska to świeże pomidory, papryka, ogórek i cebula obsypane słonym owczym serem z dodatkiem oliwy. Burek z kolei to – rodzaj placka z ciasta filo wypełnionego nadzieniem z mięsa mielonego, białego sera lub szpinakiem, a jego nazwa pochodzi od tureckiego czasownika bur-, który znaczy zawijać, zakręcać. A do tego wino. Mam nadzieję, że każdy z miłośników kotła próbował tych smaków, a teksty zawarte w tej książce oraz ilustrujące je zdjęcia będą tylko ich rozwinięciem.
Verba volant, scripta manent – słowa ulatują, pismo pozostaje, jak mówi łacińska paremia. Stąd postanowiłem zebrać co ciekawsze teksty i wydać je w formie książkowej, zwłaszcza, że byt gazet w dzisiejszych czasach uzależniony jest od tak wielu czynników, że trudno z czasem odnaleźć informacje o minionych zdarzeniach. W dodatku aparat fotograficzny był moim nieodłącznym kompanem, stąd niektóre teksty są ilustrowane wybranymi fotografiami, stanowiącymi zapis czasu minionego. A czy są warte pamięci – to pozostawiam ocenie czytającym.

Barwne dzieje polskiego futbolu

To lektura w sam raz na moment sławy i chwały Roberta Lewandowskiego, który pobił mający półwiekową metrykę rekord strzelecki w piłkarskiej lidze niemieckiej ustanowiony w 1972 roku przez Gerda Müllera. Tomik „Polska gola” jest interesującym przypomnieniem sporych fragmentów historii polskiej piłki nożnej.

Dwa pierwsze teksty otwierające zbiór poświęcone są najwcześniejszemu powojennemu okresowi historii polskiego sportu piłkarskiego. Pierwszy – powojennej działalności i przekształceniom dokonywanym w starych klubach piłkarskich. Drugi – Gerardowi Cieślikowi, drugiej w kolejności, po „przedwojennym” Erneście Wilimowskim, sławie polskiego footballu.
Tekst „Polonia Bytom podbija Amerykę” dotyczy wydarzenia o blisko dekadę poprzedzającego wielkie sukcesy międzynarodowe polskich piłkarzy. W 1965 roku drużyna Polonii Bytom wzięła udział w rozgrywkach międzynarodowego Pucharu Ameryki i niespodziewanie ten puchar zdobyła, niespodziewanie, jako że w turnieju wzięło udział szereg drużyn bardziej renomowanych niż drużyna ze Śląska. Tekst „Czerwony mustang” poświęcony jest powikłanej życiowo historii niezwykle utalentowanego piłkarza, jakim był Jan Banaś, syn Niemca, byłego żołnierza Wehrmachtu i Polki, który mówił o sobie z żalem, że „urodził się o czterdzieści lat za wcześnie”. Jego biografia jest na tyle bogata i barwna, że stał się jedynym piłkarzem polskim, któremu został poświęcony fabularny film biograficzny. Banaś otarł się o wielkie wydarzenia z dziejów polskiej piłki, grał m.in. w drużynie Górnika Zabrze w jego maratonie z AS Roma w 1970 roku, strzelił – dyskusyjną – bramkę w zwycięskim chorzowskim meczu z Anglią (2:0) w 1973 roku w ramach eliminacji do mistrzostw świata. Tekst „Przegrali puchar na zakupach” odsłania kulisy finałowego meczu Pucharu Zdobywców Pucharów między Górnikiem Zabrze a Manchesterem City w Wiedniu. Głównym bohaterem „Rozrywkowych legionistów” jest z innego niż Banaś powodu barwna postać polskiej piłki, jaką był Janusz Żmijewski, mistrz „kiwki” i bohater afery przemytniczej. Tytuł „Cud na Wembley” mówi sam za siebie, natomiast tytułem „Real dawał za mnie milion dolarów” opatrzony jest wywiad z Włodzimierzem Lubańskim, który ciekawie opowiedział o najważniejszych i najtrudniejszych fragmentach swojej kariery. W innych wywiadach wiele o kulisach polskiej piłki opowiedzieli także Kazimierz Górski („Gdyby nie ta woda we Frankfurcie…”), Jacek Gmoch („Ja chyba rządziłem tym krajem”), Antoni Piechniczek („Kłopoty bogactwa”), w tym bardzo często detalicznie o mundialach lat 1974-1986. Tom przepełniony jest dziesiątkami, jeśli nie setkami interesujących, a momentami pasjonujących detali, obrazujących tło polityczne, uwarunkowania społeczne, finansowe, psychologiczne, obyczajowe polskiego piłkarstwa, opowiadającymi o prywatnych konfliktach, perypetiach związanych z międzynarodowym życiem piłkarskim. Wiedeńskie zakupy piłkarzy Górnika Zabrze z żonami, na kilka godzin przed finałowym meczem, które być może negatywnie zaciążyły na wyniku, puszki po piwie rzucane przez angielskich kibiców w polskich piłkarzy, gdy schodzili do szatni po „zwycięskim remisie” na Wembley 17 października 1973 roku, opisy najciekawszych fragmentów sławnych meczów i „anatomia” najsłynniejszy bramek, charakterologiczne portrety sław polskiego piłkarstwa, obyczajowo-finansowo-przemytnicze afery z udziałem piłkarzy, kulisy karier trenerskich. Ta niewielka książeczka jest niezwykle bogata i atrakcyjna w lekturze.
„Polska gola!”, seria „Wszystkie Barwy PRL”, „Kolekcja prenumeratorów „wyborczej”, Warszawa 2021, str. 157, nr 978-83-268-3450-9

O Prouście inaczej niż zwykle

Studium Jean-François Revela (1924-2006) zdecydowanie wyróżnia się na tle piśmiennictwa poświęconego Marcelowi Proustowi. Napisane w połowie lat pięćdziesiątych (wydane w roku 1960) pokazuje Prousta nie jako pisarza w pewnym sensie „metafizycznego”, pisarza nowatorskiej, wyszukanej formy, lecz jako pisarza, realistycznego w najbardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Dominująca w sferze analiz i interpretacji jego prozy paleta kierunków i metod została przez Revela odsunięta na bok, a Proust potraktowany jako klasyczny pisarz-realista, niemal XIX-wiecznej proweniencji, nie zaś inicjator rewolucji formalnej, czy solipsystycznej w literaturze.

Tu wskazane jest zwrócenie uwagi czytelnikom mniej obeznanym z dziełem Prousta, że jego wielotomowe dzieło, które choć na pierwszy już rzut oka wygląda na wypełnione realistyczną fakturą i realistycznym detalem, na ogół nie było jako takie traktowane. Jego realizm traktowany był jako pozorny, jako zasłona dla zamiarów twórczych polegających na stworzeniu autonomicznej, autorskiej, wewnętrznej wizji świata i egzystencji ludzkiej. „Jedną z myśli, które wyrażam w tej książce jest to – pisał Revel – że Proust zawsze wychodzi od czegoś, co przeżył lub odczuł, i nigdy nie wymyśla fikcyjnych sytuacji. Tę moją intuicję, naiwnie sformułowaną, potwierdziła opublikowana już po mojej książce o Prouście, czyli po 1960 roku, znakomita biografia pióra Georges’a Paintera” – pisał w kolejnym wydaniu z 1976 roku. Revel, porównując ową drobiazgową biografię z zawartością cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu” doszedł do wniosku, że jest ono de facto autobiografią Prousta, którą nazywa „twórczą autobiografią”. „Wyobraźnia Prousta – pisał Revel – nie oddala go od rzeczywistości, lecz służy mu do jej dojrzenia. W przypadku Prousta nie ma sprzeczności między „krytyką autobiograficzną” a interpretacją świata przez pryzmat „świata wewnętrznego” artysty, gdyż świat wewnętrzny jest tylko okrężną drogą pozwalającą dostrzec prawdę nierozerwalnie związaną z pięknem”. Revel postanowił oczyścić percepcję dzieła Prousta od – jak to określił – „dusznej atmosfery konfesjonał”, od nadmiaru mrocznej problematyki psychologii pisarskiej i pokazać sławny cykl jako „jedno z najbardziej przejrzystych, otwartych i najżywszych dzieł XX wieku”. U podstaw perspektywy, jaką przyjął, było jego przekonanie, że krytyka literacka nie sprzyja rzetelnemu poznawaniu literatury, lecz jest przyczyną jego glajszachtowania, upodabniającego do siebie całkowicie odmienne zjawiska literackie. Revel postanowił podjąć próbę wyrwania dzieła Prousta z tego zaklętego, jego zdaniem niwelującego kręgu. Pokazał go jako pisarza, który m.in. realistycznie odmalował życie swojej klasy społecznej, trawiący ją snobizm, tło polityczne epoki, sposób pojmowania i praktykowania miłości, a także naturę relacji towarzyskich. Za wymowną puentę studium Revela niech posłuży taki oto jego końcowy fragment: „Zachodzi niepokojący paradoks: pomimo tylu uczonych opracowań, całych bibliotek wypełnionych doktoratami, za każdym razem, kiedy próbujemy dowiedzieć się czegoś o jakimś autorze, trudno nam znaleźć książkę, która mówi o jego dziele. Większość istniejących opracowań zdaje się skupiać na wszystkich, najbardziej szczegółowych aspektach pisarza, tylko nie na tych, które sprawiają, że mamy ochotę go czytać”.

Jean-François Revel – „O Marcelu Prouście”, przekł. Grażyna Majcher, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 278, ISBN 978-83-8196-224-7