Berlińska opowieść

To uderzające, że słowo „Berlin”, nazwa wielkiego europejskiego miasta, stolicy Niemiec, nie budzi w pierwszym rzędzie skojarzenia z turystyką, choć są tu wspaniałe obiekty i miejsca do zwiedzania, jak wspaniała Wyspa Muzeów, gmach Reichstagu, melancholijna Unter den Linden uwieńczona emblematyczną Bramą Brandenburską, elegancka Kurfűrstendamm, imponująca aleja Wilhelmstrasse, park Tiergarten ze strzelistą Siegessaule czy ponura nieco, naznaczona dawnym klimatem proletariackim dzielnica Kőpenick. To także dzielnica Charlottenburg i położony na obrzeżach miasta kompleks wzniesiony przez pruskich Fryderyków z pałacem Sans Souci, legendarna siedziba Fryderyka II Wielkiego w Poczdamie (Potsdam). Z polskiego punktu widzenia osobliwe jest już samo wrażenie z podróży do Berlina z Warszawy. Jazda tam trwa – z grubsza biorąc – około sześciu godzin przez terytorium Polski, a po przekroczeniu granicy na Odrze, już w niecałą godzinę możemy znaleźć się w stolicy Niemiec, na Berlin Hauptbanhoff.

Tytuł „Berlin. Metropolia Fausta” jest dość zwodniczy, jako że postać Fausta nie tylko nie jest związana z Berlinem, ale w poemacie Goethego nazwa tego miasta nawet się nie pojawia. Być może autorka potraktowała postać Fausta jako ogólną figurę symboliczną kojarzącą się z kulturą niemiecką. „Berlin. Metropolia Fausta”, to naukowa, choć wolna od nadmiaru formalnego naukowego sztafażu, monografia miasta, której pierwszy tom obejmuje okres od powstania miasta do „szalonych lat dwudziestych” XX wieku, z ich legendą ekspresjonizmu, także w kinie niemieckim, z teatrem Bertolta Brechta, kompozycjami Kurta Weila, z klimatem oddanym w słynnej „Operze za 3 grosze”. To opatrzona bogatym aparatem przypisów fascynująca opowieść o mieście, które analogicznie jak Warszawa, choć oczywiście jednocześnie zupełnie inaczej, było i jest miastem granicznym, łączącym w sobie cechy miasta zachodniego i środkowoeuropejskiego, nie bez pewnych także akcentów miasta wschodnioeuropejskiego.
Berlin łączy z Warszawą także pewien stan odwiecznego stawania się, bycia w permanentnym „in statu nascendi” (co kontrastuje na przykład z Paryżem, od wielu dziesięcioleci, a w pewnej warstwie nawet od blisko stu pięćdziesięciu lat ustabilizowanym, jednolitym, niezmiennym), hybrydyczność, kapryśność, nieregularność kształtu urbanistycznego i swoisty cierpki, „nieoczywisty” wdzięk. Każdego środkowo- czy wschodnioeuropejczyka, który znajdzie się w Berlinie uderzy jego urbanistyczny klimat, bliski tej właśnie części Europy, a słabo kojarzący się z europejskością zachodnią. Być może jakaś część wyjaśnienia tego zjawiska kryje się w początku opowieści Ritchie, która zwraca uwagę, że legiony rzymskie dotarły do Kolonii, Regensburga, Akwizgranu czy Monachium i tam zakładały rzymskie osady, ale już nie w pobliże dzisiejszego Berlina. Stąd rzymskie piętno w architekturze, w urbanistyce tamtej, a nie tej części Niemiec. Do bagien rozciągających się wzdłuż Sprewy Rzymianie nie dotarli, sięgnęli tylko tzw. „Lasu Teutoburskiego”, gdzie ponieśli klęskę, przez co Berlin i otaczająca go kraina nie ma rodowodu rzymskiego. Zaznacza się w niej natomiast „ciężki”, także urbanistycznie, duch tych ziem, odległy od „rzymskości”, „łacińskości”, bliższy raczej zachodniej Słowiańszczyźnie (Łużyczanie), która tu dość głęboko sięgała. Dlatego korzenie geniusa loci Berlina sięgają zaledwie XIX wieku, a ich ważnym inspiratorem był Johann Gottlieb Fichte, praojciec, „praszczur” niemieckiego nacjonalizmu.
Z jego pomocą, wspartą germańskimi baśniami, duchem gotyckich katedr powstawała poezja niemieckiej tęsknoty, patriotyczne i romantyczne pieśni, rodził się późniejszy niemiecki nacjonalizm. Nie przypadkiem sławetny niemiecki hełm wojskowy, tzw. pickelhauba swoją formą nawiązuje do gotyku. W tej epoce narodził się też niemiecki „weltschmertz”, czyli ból istnienia. Ofiarą tego bólu istnienia padł m.in. wybitny dramaturg Heinrich von Kleist popełnił samobójstwo w 1811 roku w wodach podberlińskiego wtedy jeziora Wannsee. Jednak XIX-wieczny Berlin to także wykładana tu myśl Georga Friedricha Hegla. Atmosferę duchową Berlina tamtej epoki oddaje m.in. proza Teodora Fontane, twórcy m.in. powieści „Effie Briest”, z rzadka pojawia się ona w opowiadaniach E.T.A. Hoffmana. Choć jednak nazwa Berlina była wzmiankowana w XIII wieku, to pierwszą wielką epoką w jego dziejach, fundamentem jego tradycji okazały się lata 1740-1786, czyli czasy panowania Fryderyka II Wielkiego, sławnego „Wielkiego Fryca”, po którym pozostał wspaniały kompleks parkowo-pałacowy ze sławnym Sans Souci w Poczdamie i którego upamiętnia konny pomnik na prestiżowej Unter den Linden. Wcześniej Berlin pozostaje miastem przy wojskowym garnizonie. Dopiero wiek XIX wprowadził Berlin do europejskiej wspólnotowej historii. W 1806 roku, 20 lat po śmierci „Wielkiego Fryca”, do Berlina wkracza ze swoją armią Napoleon, a powracając w 1813 roku po przegranej ostatecznie wojnie zabiera do Paryża sławną kwadrygę z Bramy Brandenburskiej, która powróci na nią dopiero w 1848 roku, w rezultacie Wiosny Ludów. Jednak stolicą zjednoczonych Niemiec stał się Berlin dopiero w 1871 roku, co zostało oficjalnie ogłoszone przez kanclerza Bismarcka. W 1918 roku Niemcy przegrały wywołaną przez siebie wojnę, a rok później powstała Republika Weimarska. Berlin to wtedy także jedno z centrów międzynarodowego ruchu robotniczego, miejsce pobytów m.in. Lenina i miejsce śmierci Róży Luksemburg.
I to właśnie ten okres, trwający do zdobycia władzy przez Hitlera w 1933 roku stworzył prawdziwy genius loci Berlina, jego nastrój i legendę. Dziś w tle klimatu duchowego Berlina jest między innymi proza takich pisarzy jak Alfred Dőblin, którego powieść „Berlin Alexanderplatz” jest swoistą panoramiczną syntezą (także topograficzną) obrazu miasta tej epoki (nazywaną berlińskim „Ulissesem”), dramaturgia Bertolta Brechta z jego „Operą za trzy grosze” i historią Mackie Majchra (choć formalnie jej akcja rozgrywa się w Londynie) oraz songami Kurta Weila. Berlin tej epoki to także sławna historia „kapitana z Kőpenick”, świetnie oddana przez Karla Zuckmayera z jego sztuce pod takim tytułem i będąca satyrą na niemiecki militaryzm (legendarna piwiarnia o nazwie „Hauptmann von Kőpenick”, związana z tą historią istnieje do dziś i znajduje się we wschodniej dzielnicy Kőpenick u zbiegu Mahlsdorferstrasse i Stellingdamm, ocalał też miejscowy ratusz, w którym rozgrywa się część akcji). Fragment tkanki Berlina tamtych czasów oddają też powieści dla młodzieży: Karla Mundstocka „Ali i jego banda”, 1955, której akcja rozgrywa się w robotniczym Kreuzbergu (Manteuffelstrasse, Kőpenickerstrasse, Lauseplatz, Prenzlauerstrasse, Waldemarstrasse, kościół św. Tomasza) czy Ericha Kästnera („Emil i detektywi”, 1928). Atmosferę Berlina w okresie Wielkiej Wojny (1914-1918) oddają też obszerne fragmenty polskiej powieści Andrzeja Struga „Żółty Krzyż” (1933), której główna bohaterka, międzynarodowa gwiazda filmowa Eva Evard związana jest z wytwórnią filmową „Mundusfilm”, usytuowaną przez pisarza przy Klosterstrasse, nieopodal Alexanderplatz, a jej mieszkanie w barokowym pałacu przy Keithstrasse 8, a także w hotelach: „Windsor” przy Behrenstrasse 64/65 i przy Kaiserwilhelmstrasse. Atmosferę miasta tej epoki współtworzy też kino, dzieła filmowego ekspresjonizmu oraz tzw. kammerspielu, takie jak „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wiene (1919), „Portier z hotelu Atlantic” Friedricha Wilhelma Murnau (1924), także twórcy „Nosferatu” (1922), jak również „Zmęczona śmierć” (1921), „Doktor Mabuse” (1922), „Metropolis” (1926), „M-morderca” (1931), „Testament doktora Mabuse” (1932) Fritza Langa, a także – pośrednio – jego „Zygfryd” i „Nibelungi” (1924), poetycka ekranizacja starogermańskich, średniowiecznych legend o Bogach Germanii (wcześniej spopularyzowanych w operach Richarda Wagnera). W „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga” (1930) jedną ze swoich najważniejszych ról zagrała (i zaśpiewała najsławniejszą piosenkę) Marlena Dietrich, wielka gwiazda światowego kina i jedna z ikon przedhitlerowskiego Berlina, pochowana w swoim mieście w 1992 roku na cmentarzu Stadtischer Friedhoff III przy Stubenrauchstrasse, po wielu dziesięcioleciach życia na emigracji, głównie w Paryżu.
Poza „Portierem z hotelu Atlantic” Berlin nie jest topograficznym miejscem filmowych akcji, ale to jego duch i nastrój się w nich odzwierciedla. Z klimatem kina tej epoki wiąże się też usytuowany przy Unter den Linden 77 hotel „Adlon” w którym nakręcono sceny filmu „Ludzie z hotelu” (1932) Edmunda Gouldinga z Gretą Garbo w roli głównej. W tamtej epoce Berlin był jednym z europejskich centrów świata przestępczego. W popularnej polskiej komedii filmowej „Hallo Szpicbródka” (1978), tytułowy bohater, grany przez Piotra Fronczewskiego, zwraca się do nadszefa kasiarzy warszawskich ostrzegawczymi słowami: „Moja dintojra znajduje się w Berlinie i nazywa się herrenferein”. Gorąco rekomenduję wspaniale napisaną, bogatą opowieść Aleksandry Richie o Berlinie. Czytajcie i jedźcie do Berlina. Niedaleko i fascynująco. Czekam na drugi tom tej opowieści, obejmujący czas po 1928 roku.
Aleksandra Richie – „Berlin. Metropolia Fausta”, tom. 1, przekł. Zofia Kunert, wyd. WAB, Warszawa 2016, str. 591, 978-83-280-2109-9

O miłości i innych sprawach

„Historia Zuzy, Natalii i Jagody to opowieść o tym, jak bardzo możemy się mylić w ocenie życia innych ludzi i swoich problemów.

A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich i swoich problemów. A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich szansach i kobiecej przyjaźni, która daje siłę, by uwierzyć, że szczęście może być wyborem, nie przypadkiem.
„Inni mają lepiej”, to idealna lektura dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów, znajomych, wszystkich bliskich i dalekich „innych” jest bardziej kolorowe dla tych, którzy potrzebują zachęty, by ruszyć z miejsca.
Warto przyjrzeć się historiom bohaterek, by na co dzień nie ulegać iluzjom, a walczyć o to, co jest dla nas naprawdę ważne” – tak powieść obyczajową Krystyny Mirek, autorki już ponad dwudziestu powieści z gatunku tzw. „prozy kobiecej”, cieszących się dużym zainteresowaniem czytelniczym i trafiających na listy bestsellerów rekomenduje wydawnictwo Edipresse Książki. Sugeruję, by lekturą zweryfikować rekomendację edytorską.
Krystyna Mirek – „Inni mają lepiej”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 318, ISBN 978-83-8177-446-8

Spróbujcie śniciny

„Moja nowa książka… Takie miejsce musi gdzieś być, można je znaleźć albo stworzyć, używając dużo śniciny i trochę pisma też, nie mogę o tym za wiele mówić, bo wyśliźnie się tajemnica, która zawsze jest odkrywana dopiero na końcu. Zapraszam do czytania o nowych ludziach snu, nowych śniących zwierzętach i przybyszach z gwiazdozbioru. Książka wydana bardzo pięknie, dziękuję za wszystko Osobom z Państwowego Instytutu Wydawniczego, które przyczyniły się do jej materializacji”- napisała na fejsbuku Marta Zelwan, autorka „Miejsca na rzeczywistość”.

Nie dziwię się autorce w jej podziwie dla plastycznej urody okładki – wygląda ona tak, jakby ta książka opowiadała o wszechświecie, o gwiazdozbiorze, o planetach. Marta Zelwan to pisarka znana wcześniej pod nazwiskiem Krystyny Sakowicz, uważanej za ważną przedstawicielkę prozy „onirycznej” czyli „sennej”.
Nie podejmuję się analizować „Miejsca na rzeczywistość” używając standardowych instrumentów oceny. Nie próbuję nawet objaśniać, co moim zdaniem „autorka miała na myśli”. W tę narrację ( słowo „narracja” jest tu wyjątkowo na miejscu, bo to ani powieść, ani opowieść, ale właśnie „narracja”, czyli werbalna relacja z „jakiejś” rzeczywistości, obiektywnej czy subiektywnej, to ma drugorzędne znaczenie) trzeba się indywidualnie wczytać, potraktować lekturę jako radykalnie zindywidualizowany akt świadomości, bo przecież „śnienie” też jest formą świadomości. Ale jeśli nawet lektura nie ułatwi nam wniknięcia w głębie cudzej jaźni i wyobraźni, jeśli trudno nam wyemancypować się z ugruntowanych w nas nawyków myślenia zdroworozsądkowego, racjonalistycznego, to warto się w nią wczytać. Warto – dla lawiny wrażeń, zaskoczeń, oczarowań, pasji i inspiracji, które może nam przynieść, pod warunkiem, że nie usposobimy się do tej lektury obronnie, sceptycznie, niechętnie, jak do literackiego, wydumanego „dziwadła”. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, jej czytanie będzie stratą czasu.
Jeśli jednak wzniesiemy ponad nasze skostniałe nawyki, ponad dyktat trywialności, która w każdym z nas siedzi mocno osadzona, jeśli na czas lektury, w końcu nie bardzo długi, odłożymy je na bok, to może nas czekać sporo fascynujących wrażeń i inspiracji. W końcu w akcie czytania głównie o to chodzi. Bo jaką wartość ma czytanie, które tylko i wyłącznie służy potwierdzeniu uleżałych w nas nawyków, schematów i poglądów? Szczerze rekomenduję wyjście na przeciw przygodzie ze śnieniem Marty Zelwan i próbę zbliżenia się do jej miejsca na rzeczywistość.
Marta Zelwan – „Miejsce na rzeczywistość”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 143, ISBN 978-83-8196-075-5.

Życie jest straszne…

„Sonia i Mati nie znają się. Spotykają przypadkowo na moście. Oboje w tym samym czasie postanowili odebrać sobie życie. Najpierw muszą jednak ustalić, które z nich skoczy pierwsze. Po całonocnej rozmowie nadal nie mogą się zdecydować, żadne z nich nie chce być tym drugim.

Jedynym wyjściem wydaje się odroczenie samobójczego planu. I tak Sonia i Mati dają sobie miesiąc na, by przekonać się, że może warto zaufać światu. A może i świat zaufa im?
W ten sposób dwójka desperatów rusza w podróż ku normalności, mierzonej coraz szerszym uśmiechem, spokojniejszym snem, dostrzeganiem małych, ale potrzebnych drobiazgów. I wreszcie – miłością. Czasem bowiem wystarczy na chwilę się zatrzymać i zachwycić życiem” – o tym jest powieść Nataszy Sochy, dziennikarki mieszkającej pod Akwizgranem, autorki m.in. „Troje na huśtawce”, „Pod słońcem Toskanii”, „Pokoju kołysanek”, „Drogi święty Mikołaju”, „(Nie)miłość, (Nie)piękność, (Nie)młodość”.
W nocie edytorskiej, podkreślającej dar bystrej obserwacji i „sarkastyczne poczucie humoru” autorki, jej pisarstwo określono jako „literaturę kobiecą najwyższej próby, która zniesie konkurencję takich autorek jak Fannie Flagg czy Jojo Moyes”.
Autorka opatrzyła „Zagubionych” mottem z Bohumila Hrabala: „Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne”.
Warto przeczytać „Zagubionych” , aby przekonać się czy Sonia i Mati znajdą w sobie siły, aby sprawdzić trafność tych słów.
Natasza Socha – „Zagubieni”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 301, ISBN 978-83-8177-445-1

Amulet

„Szept tego jedynego mężczyzny przyniesie Marcie w noc poślubną w Gdyni kilka słów, które wiele kobiet pewnie przyjęłoby wzruszeniem ramion, inne wręcz chciałyby takie usłyszeć. Ją natomiast krępuje balast… zasad.

Wkrótce przytrafi się kolejne nieszczęście, tym razem w Tatrach w pobliżu Siklawy. Jak przez mgłę usłyszy jednak cudownie miły głos i dostrzeże zarys przyjaznej twarzy ratownika. Poczuje też w dłoni jego amulet i dotrą do niej słowa, że góry nie są od porachunków, ale od prze-ży-wa-nia. Wkrótce stanie przed dylematem kolejnych wyborów… Zatoka Pucka, zwana przez Kaszubów Małym Morzem oraz Tatry są scenerią, w której przyjdzie Marcie te dylematy rozwiązywać. Zapatrzonej w bajkowe widoki i zasłuchanej w „Dwie tęsknoty” zespołu „Krywań”. I choć znowu los dotknie ją boleśnie, dokona słusznego wyboru. Prawdziwa miłość potrzebuje bowiem prawdy, żarliwości i … amuletu” – tak wydawnictwo zachęca do lektury „Amuletu” Romy J. Fiszer, autorki ośmiu powieści obyczajowych z gatunku tzw. „literatury kobiecej”. I faktycznie, plastycznie opisane w „Amulecie”, w pięknych okolicznościach przyrody miłość prawdziwa i spełnienie marzeń, na pewno znajdą czytelniczki i czytelników, zwłaszcza w te wakacje w czasach zarazy.
Roma J. Fiszer – „Amulet”, Edipresse, Warszawa 2020, str. 391, ISBN 978-83-8177-464-2

Podróże z Kapuścińskim po „Arkadiach we krwi”

Najmocniejsze wrażenie z tej ponownej po latach lektury „Podróży z Herodotem”, to wrażenie znakomitej klasy pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego. Kryształowy styl, jasność wywodu i przekazu, maksimum treści przy ascetycznej niemal oszczędności środków, ciekawa osnowa ideowa – wszystko to stwarza rzadką przyjemność lektury. Lektura tekstu pełnego mądrości, a nie męcząca, czyż to nie ideał lektury?

I do tego zawiązanie akcji przywodzące na myśl skojarzenie z konstrukcją powieści przygodowej, jakby nieco rodem z Juliusza Verne: młody dziennikarz z niewielkim krajowym doświadczeniem reporterskim, działający w siermiężnych okolicznościach, nagle, niczym „deus ex machina” otrzymuje niespodziewany dar od losu i ląduje (via Rzym) jako reporter w dalekich, egzotycznych Indiach. Już w tej pierwszej podróży towarzyszy mu egzemplarz „Dziejów” Herodota, nie dlatego jednak, że młody reporter był wtedy erudytą nie rozstającym się z tej rangi klasyką. Przeciwnie, przyznaje się już na wstępie do swojej elementarnej (w sensie najzupełniej dosłownym) niewiedzy, do swojego „wiem, że nic nie wiem”. Dla młodego dziennikarza egzemplarz „Dziejów” spełnił wtedy rolę swoistego elementarza, a jego lektura była inicjacyjna, tak jak inicjacyjna była jego pierwsza i kilka kolejnych podróży. Kapuściński opowiada nam o Indiach, później o Chinach przewodniczącego Mao, Egipcie Nasera, Czarnej Afryce (m.in. Kongo – kraina conradowskiego „Jądra ciemności”, czy Sudan), po latach także o Iranie ogarniętym rewolucją islamską. O niektórych z nich mówi jako o „Arkadiach spływających krwią”. Niezmiennym rysem opowieści Kapuścińskiego jest nieco stoicka konstatacja różnorodności kultur narodów i plemion świata, ich radykalnej odmienności, przy jednoczesnym ich wzajemnym, czasem jawnym, a czasem utajonym przenikaniu, przy – także – ich wewnętrznych dwoistościach, sprzecznościach. Pomiędzy tymi podróżami czyta i cytuje obfite passusy z Herodota, o wojnach greckich i nie tylko, o świecie śródziemnomorskim, o Persji. Te passusy z zamierzchłej przeszłości są zarówno kontrapunktem, jak i świadectwem, pokazującym, że choć „przemija postać świata”, to natura ludzka pozostaje właściwie niezmienna i zmiany technologiczne zasadniczo jej nie modyfikują. Niezmienna też była pokora wobec świata, która charakteryzowała Kapuścińskiego. Nawet jako 24-letni (rok 1956) reporter nie miał w sobie ani krzty młodzieńczej, czy jakiejkolwiek innej, pychy czy choćby tylko pozorowanej zarozumiałości. Już wtedy, w inicjacyjnej podróży do Indii, gdy zaobserwował chłopca śpiewającego z ojcem upaniszady, filozoficzne pieśni sprzed trzech tysięcy lat, skonstatował: „Kiedy to sobie uświadomiłem i pomyślałem o małym chłopcu witającym jutrzenkę strofami upaniszad, zwątpiłem, czy uda mi się pojąć kraj, w którym dzieci rozpoczynają dzień od śpiewania wersetów filozofii”. Ta postawa filozoficznego, otwartego wątpienia towarzyszyła Ryszardowi Kapuścińskiemu przez całe życie. Wyborna lektura.
Ryszard Kapuściński – „Podróże z Herodotem”, Czytelnik, Warszawa 2020, str. 280, ISBN 978-83-07-03468-3

O „Kocie” opowieść migawkowa

Konstanty Jeleński (1922-1987), obdarzony przydomkiem „Kot” był jedną z najbardziej emblematycznych postaci polskiej emigracji politycznej w Europie Zachodniej.

Bez, co najmniej, wzmianki o nim nie obyła się żadna publikacja czy artykuł poświęcony emigracji we Francji, w szczególności kręgom związanym z ośrodkiem „Kultury” w Maisons Laffitte pod Paryżem. „Kot” choć pozostawił pewną spuścizną piśmienniczą w zakresie krytyki artystycznej, ale „piórem” zasadniczo nie był, podobnie zresztą jak redaktor „Kultury” Jerzy Giedroyć.
„Kot” był błyskotliwym intelektualistą o wielkiej erudycji, poliglotą, wychowanym we francuszczyźnie od dzieciństwa w ziemiańskim dworze, człowiekiem wyrafinowanej kultury, a jednocześnie duchowym demokratą, potomkiem demokratycznych i postępowych idei mickiewiczowskiego „Składu zasad” i „Trybuny Ludów”.
Łączył też w sobie rysy finezyjnego intelektualisty z rysami wojskowymi i walczył na froncie zachodnim II wojny światowej jako żołnierz-członek załogi czołgu. Autorka opowieści biograficznej opisała „Kota” przede wszystkim jako „homo faber”, człowieka czynnego, działacza emigracyjnego, jednak oddziaływującego bardziej jako intelektualny inspirator niż bezpośredni organizator. Szczególną zasługą „Kota” było wsparcie, jakiego udzielił Witoldowi Gombrowiczowi. Zafascynowany jego pisarstwem „wypromował” je skutecznie zarówno w kręgach polskich, jak i w intelektualnych kręgach zachodnich, wśród których cieszył się wielkim uznaniem. Podobną rolę odegrał w stosunku do Czesława Miłosza. Anna Arno pokazała też duchowy kosmopolityzm, acz połączony z miękkim patriotyzmem polskim. Opisała go w całym twórczym chaosie jego życia, także prywatnego, z uwzględnieniem jego biseksualnego erotyzmu i jego związku z ekscentryczną malarką Leonor Fini. Z uwagi na ogrom faktów, personaliów i dat lektura opowieści Anny Arno nie jest najłatwiejsza, dobrze jest ją czytać mając background w postaci poznanych lektur z tego zakresu tematycznego, ale na pewno jest to lektura godna uwagi. Bardzo ciekawie spuentował lekturę opowieści Adam Zagajewski: „Biografia Anny Arno świetnie uchwyciła tę proteuszową postać w stu migawkach, że stu punktów widzenia”.
Anna Arno – „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim”, Iskry, Warszawa 2020, str. 413, ISBN 978-83-244-1068-2

Ze świata mickiewiczomanii

„Chleb, który żywi i zachwyca, który się w krew narodu zmienia, poezja Mickiewicza” – brzmi fraza z jednego z wierszy poety nam współczesnego, Tadeusza Różewicza. Taki patos jest mi z gruntu obcy, ale w końcu świadczy on, że ta poezja ciągle jednak miewa rezonans wśród części odbiorców.

Mickiewiczologia (nazwa nieformalna rzecz jasna), jako krąg badań literackich ma długą tradycję, w tym tę sięgającą od Juliusza Kleinera do Aliny Witkowskiej, bardzo solenną nakierowaną na pokazywanie poezji twórcy „Dziadów” jako wielkiego reprezentanta tradycji literackiej.
Optyka patrzenia na niego zmieniła się, gdy Mickiewiczem zajęła się Maria Janion i krąg jej współpracowników, dokonując twórczej „transgresji” interpretacyjnej jego spuścizny i spoglądając na nią z perspektywy XX i XXI wieku. Niedługo po dokonaniach kręgu Janion pojawili się Jarosław Marek Rymkiewicz i młodszy od niego o pokolenie Krzysztof Rutkowski, dwaj namiętni fascynaci Mickiewicza i jego biografii, którzy z entuzjazmem, żarliwością, nawet do pewnego stopnia swoistym „bałwochwalstwem”, z dodatkiem badawczej przenikliwości połączyli z darem barwnego, błyskotliwego, dowcipnego pióra, wchodząc z poetą w intymne niemal relacje i rozbierając jego ducha na najdrobniejsze cząsteczki. Ostatnio do grona fascynatów Mickiewicza dołączył Piotr Wierzbicki, przed laty agresywny publicysta prawicowy i redaktor naczelny gazety „Życie”, z wykształcenia polonista, który dawno już porzucił politykę i zajął się koneserstwem sztuki.
Jego niewielkiej książeczce brak namiętności Rymkiewicza i Rutkowskiego, a też i fajerwerków ich stylu, jest w niej za to materia uporządkowana, rozpoczynająca się od pokazania Mickiewicza jako postaci, poprzez omówienie jego credo poetyckiego, styl. Jest też o Mickiewiczu jako uczonym, profesorze, mędrcu, pielgrzymie, o lawie i skorupie, Jacku Soplicy, „Panu Tadeuszu”, obłędzie, „arcydziełach i rozbłyskach” i „wielkim planie”. Do tego dochodzi dodatek w postaci autorskiego wyboru tekstów poety, a wszystko ilustrowane symbolicznymi rysunkami Maji Mendraszek-Goser.
Nie ma w tej książeczce ekstatycznych pasaży uprawianych przez Rutkowskiego, „jurodiwego” mickiewiczowskiego fetyszyzmu Rymkiewicza ani intelektualnej mocy egzegez Janion, ale każdemu, kto lubi od czasu do czasu wracać do poezji Mickiewicza, z przekonaniem ją polecam.
Piotr Wierzbicki – „Powrót do Mickiewicza”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 196, ISBN 978-83-8196-089-2

Śladami „Stawki”, śladami Hansa Klossa

Wielcy miłośnicy i amatorzy rozmaitych zjawisk, między innymi w kulturze, często są po trosze fetyszystami, to znaczy poza fascynacją samym zjawiskiem jako takim, w jego finalnym kształcie, mają często potrzebę dotknięcia, „pomacania” jego źródeł, oboczności, substancji materialnej itp.

Niejednokrotnie sama iluzja ekranowa nie wystarcza.
Takiemu powiedzmy miłośnikowi kina sprawia ogromną przyjemność zetknięcie się z aktorem ulubionego filmu, dotknięcie scenografii, kostiumów czy znalezienie się w miejscu, gdzie film był kręcony. Sam podlegam temu prawu, więc przeżyłem wiele takich chwil i tęsknot.
Nie zapomnę dzikiej satysfakcji z oglądania choćby tych wnętrz Muzeum Kinematografii w Łodzi, w których kręcono sceny do „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy czy dotknięcia sławnej rzeźby Mateusza Birkuta z „Człowieka z marmuru”, z wędrówki po fragmencie Jury Krakowsko-Częstochowskiej, która „zagrała” Hiszpanię w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa, czy po miejscach, w których kręcono filmy z telewizyjnego cyklu „Opowieści niesamowite” albo przyjemności oglądania rekwizytów i fragmentów scenografii do monumentalnej „Kleopatry” Josepha L.Mankiewicza czy wnętrza łodzi podwodnej „Czerwony Październik” w byłej rzymskiej wytwórni filmowej Cinecitta. Powstało już kilka publikacji poświęconych owym filmowym miejscom, „lokacjom”, jak się je nazywa w języku produkcji filmowej, n.p. w serialach czy o warszawskich miejscach w polskim kinie (Warszawą jest chyba jedynym polskim miastem, które zawsze „gra” w filmach samo siebie).
Taki n.p. Lublin bardzo rzadko był w filmach „sobą”, za to „grał” już Warszawę, Wilno czy Paryż. Wiadomo też, że mało jest w Polsce i na świecie takich namiętnych „fetyszystów” jak miłośnicy serialu „Stawka większa niż życie”. Maciej Kronenberg ze swoim zespołem poszukiwaczy i fotografów, niewątpliwie maniaków „Stawki” podążył śladami poszczególnych odcinków serialu, jakie zostawił on na filmowej taśmie.
To miasta i miasteczka, które w „Stawce” posłużyły za scenerię poszczególnych odcinków. Są wśród nich m.in. Kraków, Pieskowa Skała, Gdańsk, Łódź, Wrocław, które były plenerami poszczególnych odcinków, choć nominalnie miejsca akcji nie jest tożsame z fizyczną scenerią, także Gdynia, której dworzec główny kolejowy oraz korty tenisowe „zagrały” Stambuł, przy czym okazuje się, że na pierwszym miejscu, gdy chodzi o zakres wykorzystania w roli scenerii odcinków „Stawki” jest najwyraźniej Olsztyn, miasto z bogatym zasobem poniemieckiej architektury, obfite w jeziora i zróżnicowaną rzeźbę terenu.
Dziś części budowli, który wykorzystano na ekranie już nie ma, a niektóre miejsca zmieniły się nie do poznania, ale są też miejsca mało od tego czasu odmienione. „Stawkowy przewodnik”, zapis pasjonackiej acz i bardzo absorbującej, drobiazgowej, niemal „zegarmistrzowskiej” pracy jest lekturą pasjonującą.
Bogato ilustrowany fotografiami, na których czarno-białe kadry z serialu skonfrontowane są ze współczesnymi, barwnymi fotografiami tych samych, ale często nie takich samych miejsc i obiektów. Latem warto wziąć go do plecaka i przy okazji wyprawy na Mazury pojechać do Olsztyna, by trochę sobie poprzypominać „stawkowe” przygody. Co także innym fanom „Stawki” polecam i rekomenduję.
„Stawkowy przewodnik filmowy”, Maciej Kronenberg z zespołem, wyd. Centrum Inicjatyw na rzecz Rozwoju Regionu, Łódź 2014, str. 317, ISBN 978-83-131044-2-0

Czytanie czyni człowieka

-W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością -z prof. Marcinem Królem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Głosi Pan pochwałę lektury, wpływu jaki czytanie wartościowych książek wywiera na człowieka. Z Pana eseju „Czytanie czyni człowieka” wynika, że czytanie czytaniu nierówne…
Oczywiście. Pomijam na przykład czytanie publikacji związanych z wykonywaniem niektórych zawodów. To w ogóle nie jest czytanie, to pomijam. To obowiązek, który człowiek musi wypełniać, czasem przyjemny, czasem nieprzyjemny.
Dużo Pan czyta? Jaką literaturę?
Bardzo dużo. W młodości oczywiście przede wszystkim powieści, a później rzeczy z dziedziny sztuki, a w ostatnich latach – zgodnie z tendencją naszych czasów – tzw. dokumenty osobiste, listy, dzienniki, pamiętniki. Nadal bardzo lubię czytać powieści. Bardzo chętnie czytam w oryginale, po angielsku – powieść angielską właśnie, bo Anglia, z powodu ciągłości tradycji społecznej jest jedynym krajem, w którym przetrwała klasyczna powieść, choć w stanie oczywiście zmienionym, nie taka jak za Conrada, Dickensa czy Grahama Greena. Mam na myśli n.p. takich autorów współczesnych jak n.p. Julien Barnes.
Dlaczego lubi Pan powieść?
Bo znajduję w niej świat fikcji, w której czuję się jak w świecie rzeczywistym. Wolę fikcję czyli rzeczywistość powieści jest dla mnie piękniejsza niż smutek rzeczywistości. Co nie oznacza, że powieść musi być radosna. Wielki Dostojewski radosny nie jest. Nie interesuje mnie w powieści gra słowami, zabawianie się wiedzą historyczną i przewracanie jej do góry nogami, jak to robi Umberto Eco czy jak robi¸ to Teodor Parnicki. Lubię natomiast powieści sensacyjne, detektywistyczne, ale ostatnio takich brakuje.
Co daje czytelnikowi fikcja?
Pomaga nam odnaleźć się we własnym życiu. Nie daje nam tej możliwości otaczająca nas rzeczywistość, bo jest zbyt rozproszkowana. Poza tym czytanie daje coś, o co trudno w dzisiejszym świecie, o zajęcia mieszczące się w jakimś horyzoncie czasowym, żyjemy w świecie straszliwie pokawałkowanym, fragmentarycznym, w warunkach doraźności. Nienawidzę seriali telewizyjnych nie tylko dlatego, że są na ogół głupie, ale właśnie dlatego, że są pokawałkowane na odcinki, więc nie wiem, czy będę mógł obejrzeć czy nie. Czytanie powieści daje miłe poczucie pewnej stałości.
To co powie Pan na pomysły, by młodzież czytała lektury szkolne we fragmentach?
To jest nonsens. I to nie tylko dlatego, że to jest sprzeczne z intencją autora, który zamyślił i napisał utwór jako całość. Nie da się n.p. zrozumieć „Ferdydurke” Gombrowicza czytając je we fragmentach, bo to jest utwór skonstruowany w oparciu o spoistą koncepcję intelektualną i artystyczną. Nie tylko o to jednak chodzi. Ważne jest, by młodzież uczyła się oddechu, który daje czytanie powieści, a nie trenowała się w dojutrkowości i fragmentaryczności. Już samo czytanie przez długi czas o zdarzeniach rozgrywających się jeszcze w dłuższym czasie daje wyczucie tej kategorii, jaką jest czas i jego upływ. Pamiętam jak w dzieciństwie i młodości czytałem przez wiele godzin, ku mojemu niezadowoleniu wywoływany przez rodziców, a to do obiadu, a to do czegoś jeszcze.
Woli Pan poruszać się po świecie literatury jak po nieplewionym, zagraconym ogrodzie, wynajdując rzeczy ciekawe według własnego wyboru czy też posługując się eleganckim, odświętnym kanonem rzeczy wybranych?
Nie lekceważąc sensu kanonu, osobiście wolę owoce swojego wyboru niż to, co narzuca świat zewnętrzny, media etc. Co do kanonu, to starałem się go poznać, ale mimo najlepszej woli „Fausta” nigdy do końca nie przeczytałem. Nie dałem rady, ale nie bardzo się tego wstydzę.
A czy ceni Pan powracanie do dawnych lektur?
Bardzo. Trawestując znane powiedzenie z „Rejsu” powiem, że czasem najciekawsze są te książki, które już przeczytaliśmy. To jest jak z podróżą, z której mamy trzy przyjemności: poznania nowego i nieznanego, czyli zaskoczenia, poznania naocznie czegoś o czym się dużo wie oraz powrotu do tego, co dobrze znamy. Podobnie jest z książkami. Bywa, że kochamy książki, które nie są arcydziełami, ale są bliskie nam psychicznie, emocjonalnie, z różnych powodów. Mam takie wspomnienie z 1968 roku kiedy 48 godzin spędziłem w Pałacu Mostowskich. Okoliczność nieprzyjemna, a na dodatek musiałem leżeć z głową przy klozecie, wśród panów pijaków. I wtedy pożyczyłem z więziennej biblioteki „Zorany ugór” Michaiła Szołochowa zatapiając się w tej lekturze na całe prawie dwie doby. To było fantastyczne doświadczenie: siedzę przyskrzyniony, z głową przy klozecie i w świętym spokoju czytam powieść tego bądź co bądź wielkiego pisarza.
Kto w Panu zaszczepił miłość do książek?
Mój ojciec chrzestny, Józef Rybicki, szef Kedywu AK i wybitna postać, który był więźniem UB, a po latach członkiem KOR. Ocalała z wojny jego biblioteka i po jego śmierci ofiarowała mi część młodzieżową tej biblioteki wdowa po nim. Znalazłem w niej m.in. powieści Ossendowskiego o rewolucji bolszewickiej, o 1920 roku. Lektura tych książek w 1952 roku utrudniła mi polubienie władzy marksistowsko-leninowskiej. Mnie świat książek urządził życie wewnętrzne i społeczne. Nauczenie dziecka przyjemności czytania, to jeden z najistotniejszych obowiązków wychowawczych rodziców, bo na inne sprawy mamy niewielki wpływ. Z takim nawykiem będzie się odpornym nawet na działania szkoły zniechęcającej do czytania.
Czy z takim wychowaniem wyniesionym z domu potrafił Pan polubić socjalistyczne, majowe dni Oświaty Książki i Prasy w Polsce Ludowej?
Trudno mi zrekonstruować dziś co myślałem wtedy, ale dziś myślę, że to było bardzo cenne. Już wtedy czułem wielką wdzięczność do PIW i do Czytelnika, że tłumaczył i wydawał wspaniałe książki. Panie tam pracujące, często żony wysoko postawionych osób, odznaczały się szlachetnym snobizmem na wyższą kulturę. To wtedy wydano całego Balzaca oraz mnóstwo książek, które wcale nie były proustrojowe. Oczywiście nie wydawano książek antykomunistycznych, ale tych i tak było relatywnie niewiele, takich jak choćby „W oczach Zachodu” Conrada czy proza Józefa Mackiewicza. Dzięki temu n.p. w inteligenckich, chłopskich domach było sporo książek i były czytane. dziś to jest raczej nie do pomyślenia. To wtedy należało do powinności człowieka, nawet niekoniecznie bardzo dobrze wykształconego. Pod tym względem dobrze było do 1968 roku. Potem się pogorszyło, choć rozluźniły się cenzuralne ograniczenia nałożone na kwestie historyczne. Nigdy już potem jednak, do dziś włącznie, nie wznowiono tego wspaniałego kanonu wydanego w latach 1945 – 1968. Na Zachodzie, n.p. w Anglii kanon klasyczny jest stale w księgarniach. W dziedzinie kultury jestem konserwatystą, czyli jestem przekonany, że nasze myślenie nie jest wyłącznie racjonalnym, ale także estetycznym. Ono jest oparte też na intuicji, tradycji, odruchu. Jednocześnie nasze doświadczenie jest ograniczone naszą jednostkowością. Książki poszerzają nasze duchowe doświadczenia, których nie przeżyjemy w tzw. życiu realnym i w tym sensie ja nie widzę różnicy między rzeczywistością fikcji literackiej, rzeczywistością rzeczywistą. Na przykład dzięki „Czerwonemu i czarnemu” Stendhala i losowi Juliana Sorela lepiej zrozumiałem los pewnego mojego znajomego. Dzięki „Biesom” zrozumiałem, na czym polega psychika nihilisty. Poza tym intensywna i obfita lektura wyposaża nas w pewien system skojarzeń, którego nie da się zracjonalizować, ale na im większym polu operujemy, tym jesteśmy bogatsi i w konsekwencji sprawniejsi w pewnych dziedzinach życia. Do tego żyjemy w kulturze zamkniętej, w której mężczyźni w zasadzie nic nie mówią o sprawach osobistych, intymnych, inaczej niż na Południu. To też, sprawiając, że mamy mniejsze doświadczenie życiowe, zwiększa rolę książek.
Woli Pan książki klarowne czy też zmagania z materią pisarstwa?
Na pewno nie lubię kawy na ławie, bo to jest nudne, ale też nie przepadam za autorami, którzy sami gubią się w tym, co piszą, jak n.p. Karol Irzykowski w „Pałubie”.
Jaki jest Pan ulubiony współczesny powieściopisarz?
Vladimir Nabokov. To autor, który pisał powieści fragmentami, nie po kolei. On chaos i zawikłanie swoich powieści budował w sposób przemyślany, jakby przy użyciu puzzli. Nie czytam już książek o książkach.
Zdarzało się Panu pewnie przeprowadzać do nowego mieszkania. Przy takich okazjach często dokonuje się selekcji księgozbioru. Co Pan wtedy czuł?
To jest zawsze przykrość. Mam to szczęście, że mam duży strych. Mimo to wyrzucam książki, a ściślej mówiąc oddaję je do bibliotek. Oddałem wszystkie publikacje poświęcone transformacji ustrojowej, bo już się dokonała. Podobnie postąpiłem z książkami politologicznymi, bo mnie śmiertelnie nudzą i są na ogół dość słabe. Często mam problem z tzw. średnią literaturą. Wyrzucić czy zachować? Trzeba z tym jednak uważać, bo czasem wydaje nam się, że do jakiejś książki nigdy nie wrócimy, a po latach to się zmienia.
Czytanie to czynność intelektualna, ale czy ceni Pan też zmysłowe przyjemności w rodzaju odczuwania zapachu książek i słuchania szelestu papieru?
Oczywiście, że tak i do tego połączone z zapachem dobrej kawy. Dlatego cenię te księgarnio-kawiarnie, które pojawiły się ostatnimi czasy. Lubię krążyć po księgarni nie pytany czego poszukuję. Bo nie wiem czego poszukuję. To co lubię w czytaniu, to jest to, że to najbardziej indywidualna i swobodna forma kontaktu z kulturą. każda inna, kino, teatr, koncert, jest trochę wspólnotowa. Szczególnie nie lubiłem interakcyjnych form teatru, polegających na wciąganiu widza w akcję. Otóż książka mnie w nic nie wplątuje.
Czy czytanie eklektyczne, czyli różnorodne jest najwartościowsze?
Tak, choć cenię eklektyzm kontrolowany, bo nie sposób czytać wszystko, co wpadnie nam w ręce.
Czyta Pan sytuacyjnie? N.p. „Trzech muszkieterów” w paryskim Palais Royal czy „Eneidę” lub „Juliusza Cezara” w Rzymie?
Nie, niespecjalnie w tym gustuję. Zwykle wyręczają mnie w tym znajomi towarzysze podróży.
Czy nie sądzi Pan, że upadek czytelnictwa, zwłaszcza na wsi, powoduje ogromną zapaść cywilizacyjną?
Tak, i nie pojmuję, dlaczego lewica nie zajmuje się tym. Czy uważa, że wyręczą ją w tym liberałowie? Także ta młoda lewica „Krytyki Politycznej” za bardzo zajmuje się pretensjonalnym, lewicowym intelektualizmem Żiżka, Becka, Deriddy. Nie ma to żadnego przełożenia na prawdziwą lewicowość. Ja osobiście, choć jestem konserwatystą w sferze kultury, to w sferze społecznej mam wrażliwość lewicową, socjalistyczną, a dramatyczny poziom nierówności społecznych w Polsce oburza mnie. Szczególnie oburza mnie brak dostępu, do wyższych studiów dla młodych ludzi ze wsi. Z powodu braku pieniędzy. Jest ich kilka procent na Uniwersytecie Warszawskim. To większa nierówność niż przed wojną. Powstają w związku z tym swoiste getta kulturowego zaniedbania, a biedni reprodukują biednych. To jest skandal. Tak żaden kraj nie może być rządzony. To są rzeczy wołające o pomstę do nieba i nie trzeba być lewicowcem w poglądach politycznych, by to dostrzec i nad tym boleć. Niech o to przede wszystkim walczą, a dopiero w drugiej kolejności o cele światopoglądowe. Kościół, owszem, jest siłą antymodernizacyjną, ale nie jest bezpośrednim sprawcą tych nieszczęść i nierówności, więc nie na nim trzeba się koncentrować. Dlatego skoro Sławomir Sierakowski wydał kiedyś „Płomienie” Brzozowskiego, to powinien wiedzieć, że nie u Żiżka, ale tam właśnie, na tej strasznej prowincji, są prawdziwe „płomienie”. Socjaldemokracja w takim kraju jak Polska ma ogromnie wiele do zrobienia w sferze socjalnej. Tylko trzeba je podjąć, sięgając po gotowe wzorce zagraniczne. Owszem, religia na maturze to głupota, ale Polska łaknie przede wszystkim wielkich reform społecznych i to lewica powinna je przeprowadzić.
O bieżącej polityce wypowiada się Pan rzadko, ale za to dobitnie. W tym roku wysłuchałem w jednej z telewizji wywiadów, których Pan udzielił. Jest Pan bardzo krytyczny w stosunku do obecnej władzy PiS i personalnej władzy Jarosława Kaczyńskiego. Nazwał ich Pan między innymi „złodziejami ducha”…
Przecież nie ja jeden jestem tak surowy, a człowiekowi rozsądnemu i przyzwoitemu nie sposób nie być krytycznym wobec tej władzy. To środowisko sprawuje ją w sposób daleki od elementarnej przyzwoitości, a rządzą Polską ludzie straszni. Tyle powiem i nie będę kontynuował tego tematu, żeby nie zniweczyć pięknego tematu lektury, o który mnie pan rozpytywał.
Dziękuję za rozmowę.

Marcin Król – ur. 19 maja 1944 r. w Warszawie, filozof polityki i historyk idei, publicysta. W 1978r. założył i pełnił rolę redaktora naczelnego opozycyjnego, liberalnego pisma „Res Publica”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. „Style politycznego myślenia: wokół „Buntu młodych” i „Polityki”, (1979), „Józef Piłsudski: ewolucja myśli politycznej” (1981), „Stańczycy: antologia myśli społecznej i politycznej konserwatystów krakowskich” (1985), „Ład utajony. Zbiór publicystyki” (1983), „Słownik demokracji” (1983), „Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985), „Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998), „Historia myśli politycznej: od Machiavellego po czasy współczesne” (1998), „Patriotyzm przyszłości” (2004), „Bezradność liberałów: myśl liberalna wobec konfliktu i wojny” (2005), „Byliśmy głupi” (2015), „Do nielicznego grona szczęśliwych” (2018), „Krótka historia myśli politycznej” ( 2019).