Spektakularne, religijne poczucie sensu istnienia

„Wierzymy, że trzeba uczynić ten świat lepszym miejscem, wierzymy w wyższość dowodu naukowego nad wiarą, w rozsadek jako drogę do rozwiązywania problemów. Wierzymy w świadczenie pomocy innym, ponieważ świat staje się lepszy dla wszystkich.”
Phil Zuckerman

Niebawem, bo już w połowie lipca, na rynku księgarskim pojawi się książka Katherine Ozment skierowana przede wszystkim do tych wszystkich ludzi, którzy przeżywają rozczarowanie praktykowaną bądź biernie akceptowaną dotychczas religią także i do tych , którzy porzucili ją już dawno albo chcieliby zrozumieć dlaczego inni tracą wiarę religijną, zrywają więzi ze wspólnotami religijnymi i ich instytucjami.
Przedstawiony przez autorkę trudny i długotrwały proces odejścia apostatów od związków z wyznawaną wcześniej religią składa się z dwóch najważniejszych elementów. Po pierwsze wymaga zbudowania samoakceptacji oraz odnalezienia środowiska, społeczności dającej chociażby namiastkę poczucia utraconej wspólnoty wyznaniowej. Jest to trudne do zrozumienia dla tych, którzy nigdy nie uczestniczyli w jakiejkolwiek wspólnocie wyznaniowej, a w szczególności osobom niereligijnym żyjącym w warunkach dominacji lub nawet monopolizacji sfery religijnej przez jedno wyznanie, co odbierane jest przez nie jako opresja lub wrogość. Takich czytelników książki będzie zapewne wielu i to nie tylko z państw wyznaniowych cechujących monizm religijno-polityczny czyli brak instytucjonalnego oraz ideologicznego rozdziału pomiędzy religią i państwem, co obecnie jest charakterystyczne dla państw islamskich, ale i państw wyznaniowych o systemie dualistycznym pozornie utrzymującym rozdział instytucjonalno-organizacyjny religii od państwa jak Polska.
W obu wyżej wymienionych systemach państw osoby trwale pozostające poza wspólnotami wyznaniowymi jak też apostaci zarówno oficjalni jak i ukryci, ze względu na represje grożące z mocy obowiązującego w niektórych państwach prawa, zderzają się naturalnie z problemami o wiele większej skali trudności niż opisywane przez autorkę peregrynacje amerykańskich apostatów w poszukiwaniu sensu życia i wspólnoty. W niektórych krajach osoby takie są po prostu przestępcami, skazańcami lub ukrywającymi się zbiegami.
Nie mniej jednak zasadnicza wartość książki „Dusza bez Boga” oprócz oczywistych zalet poznawczych dotyczących sytuacji osób odchodzących od religii w Stanach Zjednoczonych Ameryki Płn. polega na prześledzeniu samego procesu rozstawania się z religią. Autorka pojmuje religię jako gotowy zestaw wierzeń, które nadają życiu sens i znaczenie posiadający swoją historię i rytuały, który łączy społeczność wierzących silnymi więzami przynależności do wspólnoty pełniąc funkcję niszy – jak pisze – porządku i bezpieczeństwa w świecie. Religie wiążą we wspólnoty i dostarczają struktury moralnej poprzez wspólne opowieści, a ich skupianie się na wzajemnych relacjach czyni religię projektem z natury etycznym.
Porzucając praktyki religijne tracimy religijna strukturę i system wierzeń obiektywnie pomagający ludziom pokonywać najtrudniejsze momenty. Religijna wizja świata nadająca mu sens i porządek zostaje zakwestionowana, a wewnętrzna potrzeba głębszego niż materialne uzasadnienia sensu istnienia domaga się alternatywy.
Jednocześnie ten sam aspekt, który wyróżnia i spaja wiernych jest zdaniem Zukermana tym, który odpycha ludzi od zorganizowanych religii. Tak wiec przesłania religijne różnych wyznań zbyt często propagują staroświeckie koncepcje na temat płci i orientacji seksualnej, zachowania plemienne, narzucają rygoryzm dogmatów i ceremonii. Zbyt często i natrętnie religia angażowana jest w politykę, bądź instytucje religijne są w nią zaangażowane, co według badań Putnama jest jednym z głównych powodów wzrostu liczby osób porzucających religię. Dodatkowo system funkcjonowania wspólnot religijnych eliminuje osoby nie wpisujące się w praktyki życia religijnego, co w praktyce oznacza że jeżeli nie jesteś członkiem plemienia podlegasz opresji na tle religijnym.
Autorka przedstawia całe spektrum różnych możliwości jakie dla sceptyków i apostatów w Stanach Zjednoczonych stwarza demokratyczny i wolnościowy system separacji kościołów i innych związków wyznaniowych od państwa. Poczynając od przedstawienia możliwości przystąpienia do różnych wspólnot o para –religijnym charakterze jak Kościół Radykalnej Akceptacji Glide w San Francisco będący ruchem duchowym zgoła odmiennym od tradycyjnych kościołów poprzez inne kościoły emergentne ( nowej jakości lub łączące różne elementy w tym nie tylko duchowe) , wspólnoty tematyczne np. w wychowaniu świeckim dzieci i towarzyskie mające tworzyć poczucie przynależności do grupy zastępujące religijne poczucie sensu istnienia czysto sekularnym.
Książka Katherine Ozment jest niezwykle ważną i potrzebna dzisiaj w Polsce lekturą dla ludzi myślących, bo takimi ludźmi są wszyscy sceptycy, racjonaliści i humaniści na początkowym etapie poszukiwania własnej relacji ze światem w tym jego religijna wizją dostarczaną przez różne wyznania i ich instytucjami. Autorka przedstawia uczciwie skalę problemów związanych z przymusem kulturowym, rodzinnym i towarzyskim jaki istnieje w środowiskach wierzących różnych wyznań i o różnym stopniu nasilenia praktyk religijnych. Warto więc osobiście dokonać konfrontacji treści książki z własnymi doświadczeniami z kraju panującej narodowo-katolickiej ideologii państwowej.
Katherine Ozment „Dusza bez Boga – w poszukiwaniu sensu, celu i wspólnoty w świeckim życiu.” Wydawnictwo Stapis, Katowice.

O płci w łóżku i konfesjonale – zabytkowo

Gdańskie wydawnictwo „słowo obraz terytoria” wydawało i wydaje literaturę – pod różnymi względami – ekskluzywną.

To wyrafinowana eseistyka (choćby Krzysztofa Rutkowskiego), intelektualne dzienniki (malarza Delacroix) czy głębinowe studia, choćby o Mickiewiczu (Stanisława Rośka). Do ekskluzywnej literatury wypada też zaliczyć dwie kieszonkowe edycje, „Nimfomanię” i „Tajemnice konfesjonału”. Ich ekskluzywność polega na tym, że stanowią dokumenty dawnych poglądów na cielesność płciową kobiety. Kierując się własną zasadą wygody i ockhamowską zasadą (brzytwa) niemnożenia bytów ponad potrzebę, posłużę się wydawniczą notką o tematyce pierwszego z wymienionych tytułów, tym bardziej że została zredagowana tak sugestywnie, że sam nie potrafiłbym lepiej: „Nimfomania, czyli szał maciczny, atakuje znienacka i dziewczęta przedwcześnie dojrzałe do miłości, i panny rozpustne, i kobiety zaniedbywane przez małżonków słabego temperamentu, i młode wdowy, przywykłe do zmysłowych delicji. Wszystkie, gdy dotknie je ta choroba, podsycają piekielny ogień trawiącej je lubieżności wyuzdanymi powieściami, rozmowami i rozmyślaniami. Wpierw zadumane, smutne i melancholijne, z czasem wpędzają się w nieokiełznane szaleństwo, budzące powszechne osłupienie. Lubią się niby niechcący obnażać, udając roztargnienie. Potem popadają w manię: krzyczą, gadają od rzeczy, gwiżdżą i klaszczą, aby pobudzać namiętności mężczyzn. W końcu zrzucają jarzmo wstydu i ordynarnie zachęcają pierwszych lepszych do zaspokajania swych nienasyconych pożądań, zanim nie dopadną ich głuptactwo i męki konania.
Książka doktora medycyny M.D.T. de Bienville’a mówi o przyczynach i różnorodności objawów tej strasznej choroby oraz podaje najpewniejsze metody jej leczenia, poparte historiami panien nimfomanek, które udało się wyrwać z objęcia śmierci”.
Czy to się jeszcze zdarza i czy w związku z tym naukowe ustalenia doktora de Bienville zachowały coś z aktualności czy też pachną już tylko molierowskim „Chorym z urojenia”, tym bardziej że epoki relatywnie bliskie? Dalibóg, nie wiem. Nie siedzę ani w psychiatrii seksuologicznej ani, tym bardziej, w konfesjonałach. Oczywiście żartuję. Choroby, w tym także choroby i zaburzenia psychiczne są do pewnego stopnia produktem swoich czasów i to co opisał de Bienville było produktem współczesnej mu epoki. Ale choroby i zaburzenia psychiczne mają też być może swoje zakola czasu, swoje “wyrostki robaczkowe”. Może więc jakieś ich poronne ślady pozostały w ciemnych korytarzach szpitali i klinik psychiatrycznych?
Druga z edycji, to – jak głosi odwydawnicza notka – „Tajny podręcznik z XVIII wieku, instruujący księży, jak spowiadać z grzechów przeciw szóstemu (Nie cudzołóż) i dziewiątemu (Nie pożądaj żony bliźniego swego) przykazaniu. Współczesnemu czytelnikowi wywody biskupa Jean-Baptiste Bouviera wydadzą się zapewne zdumiewające, a przecież snuł je zaledwie niespełna dwieście lat temu i uznawany był w tej kwestii za autorytet jeszcze na początku XX stulecia”.
Obie edycje, kunsztownie przełożone ze starej francuszczyzny przez Tomasza Stróżyńskiego są dziś zabytkiem, dokumentem pewnej kultury i zabytkiem języka, ale na tym może polegać urok tej lektury. Bo właśnie takie czytanie, bezinteresowne i wolne od utylitaryzmu może przynieść czytającemu prawdziwą estetyczną satysfakcję.
M.D.T. De Bienville – „Nimfomania, czyli o szale macicznym”, przekł. Tomasz Stróżyński, Wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2015, str. 199, ISBN 978-83-7453-306-5
„Tajemnice konfesjonału. Podręcznik dla spowiedników o szóstym przykazaniu napisany przez Jean Baptiste Bouviera, biskupa Le Mans”, przekł. Tomasz Stróżyński, Wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, str. 185, ISBN 978-83-7453-291-4

Pisane w kotle

Książka pt. ”Pisane w kotle” – wzbudziła duże zainteresowanie naszych Czytelników – wobec czego informujemy, że jest ona do kupienia w „Księgarni Dosłownej” mieszczącej się w Centrum Kultury , przy ul. Peowiaków 12 w Lublinie. Księgarnia ta ma wyłączność na sprzedaż tej pozycji. Ponadto można ją również nabyć, pisząc do jej autora Jacka Gallanta na adres mailowy: jacek@gallant.pl
Zainteresowanych tematyką „bałkańskiego kotła” – z perspektywy Kosowa i relacji politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturowych tego najmłodszego kraju w Europie – zachęcamy do skorzystania z tej oferty, albowiem jest to pierwsza w Polsce tego rodzaju pozycja wydawnicza.

Kryminał jako lustro czasu

To niewiarygodne, ale naprawdę były czasy, gdy tzw. kulturalni ludzie czytali powieści kryminalne po kryjomu, wstydząc się tego przed swoim środowiskiem. Czasy te dawno minęły, wraz ze snobizmem na literaturę i sztukę wysokiego lotu.

Dziś nikt nie przejawia takiej wstydliwości, a kto wie czy nie jest odwrotnie i czy niektórzy ludzie nie kryją się z lekturą rzeczy wysokiego sortu (cokolwiek by to oznaczało), aby nie wyjść w oczach innych na snobów i zadufków. Bycie „intelektualistą” zdecydowanie nie jest dziś w modzie. Niezależnie od tego, powieść kryminalna jest tym gatunkiem prozy, który poza walorami ludycznymi, jako porcja sensacyjnej rozrywki do czytania na plaży, szczególnie intensywnie chłonie i absorbuje okruchy rzeczywistości, elementy jej nastroju ogólnego, panujące niej obyczaje, emocje, mody, obsesje. Słowem, powieść kryminalna jest jak magnes zbierający zewsząd różnokolorowe opiłki. Jest w tym względzie przeciwieństwem innego gatunku prozy popularnej, czyli prozy o tematyce miłosnej, tzw. romansów, gdyż te oparte są raczej na budowie rzeczywistości fikcyjnej, wyidealizowanej i wypreparowanej z socjologicznego kontekstu. Poza tym powieść romansowa czy obyczajowa jest silnie uzależniona od przyjętych konwencji społecznych. Gdy od nich odchodzi, traci prawo przynależności do gatunku czytadeł. Powieść kryminalna, może dlatego że z definicji mówi o złu, miała od początku „większe uprawnienia” do mówienia o ciemnych stronach życia. Może także dlatego, że jej struktura jest wyjątkowo pojemna (mimo konwencji gatunkowych) by wchłaniać składniki z otaczającej i przemieniającej się rzeczywistości świata.
Tak rozumianej powieści kryminalnej poświęcił swoją monografię „Detektyw w krainie cudów” Tadeusz Cegielski, uczony historyk, między innymi historyk masonerii, ale i autor powieści kryminalnych (m.in. „Morderstwo w Alei Róż”, „Tajemnica pułkownika Kowadły”). Jego praca ma zakres szerszy niż tylko ten ujęty w tytule. Jest historią gatunku i jego zwierciadlanej funkcji od narodzin gatunku sensacyjnego czyli osiemnastowiecznych jeszcze „Przygód Caleba Williamsa” Williama Godwina oraz tzw. powieści gotyckiej XIX wieku (Horace Walpole, Anne Radcliffe, Emily i Charlotte Bronte, można by, tytułem dygresji) do niej dodać także naszego Zygmunta Krasińskiego), amerykańskiej sensacyjnej prozie romantycznej (Edgar Allan Poe, Nathaniel Hawthorne, niewymieniony Ambrose Bierce), aż po tytułowe lata czterdzieste XX wieku. Dużo miejsca poświęca autor sztuce takich pisarzy jak Arthur Conan Doyle i jego Sherlockowi Holmesowi czy Agacie Christie i jej Herculesowi Poirot. Praca jest wszakże zdecydowanie zdominowana przez literaturę kryminalną anglosaską – w tym jej znakomity nurt amerykański – i przez opracowania teoretyczne z tego obszaru. Nie ma w niej n.p. ani kryminału francuskiego (choćby Georgesa Simenona, który zaczął pisać jeszcze przed II wojną światową), ani dawnego kryminału polskiego (n.p. „Prokurator Alicja Horn” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza), nurtu popularnej literatury dość bogato przed laty opisanego w książce Janusza Dunina „Papierowy bandyta”. Nie zamierzam się jednak koncentrować na brakach szczegółowych tej publikacji, bo i tak zasługuje ona na wielkie uznanie za rozległe potraktowanie tematu. „Detektyw w krainie cudów” Tadeusza Cegielskiego to obowiązkowa lektura dla tych czytelników kryminałów, którzy mają potrzebę intelektualnego, teoretycznego podbudowania tej praktyki i dla takich, którzy nie należą do fanatyków gatunku, ale którzy docenią jego cenne walory socjologiczne i antropologiczne.
Tadeusz Cegielski – „Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna 1841-1941 a narodziny nowoczesności”, GWFoksal (WAB), Warszawa 2015.

Kubuś mimo woli

„Kubuś Fatalista i jego pan” Denisa Diderot (1713-1784), współtwórcy Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, to kolejny tytuł, do którego powróciłem po wielu latach.

Dzieło to znalazło się nie tylko w kręgu kanonu literackiego, ale także w kręgu najważniejszych mitów kultury powszechnej, także tych które w swoim pomnikowym dziele zebrał Władysław Kopaliński. Zwrócił on uwagę, że Kubuś, to „postać przypominająca trochę Figara Beaumarchais, trochę Sanczo Pansę z „Don Kichota” Miguela Cervantesa, trochę kaprala Trima z „Tristana Shandy” Laurence Sterne’a w niespójności i dygresyjności swego nieposkromionego gadulstwa, a trochę samego autora; to fatalista (tj. determinista, uważający, że życiem rządzą ślepe, przypadkowe siły, że człowiek łudzi się, iż nimi rządzi), który jednak działa niekonsekwentnie, wbrew swoim tezom, protestując przeciw złu, wierząc w sprawiedliwość, w dobro i zło.
Kubuś rozmawia z panem na wszystkie możliwe tematy, bez ładu i składu, o swych żałosnych przygodach z kobietami, o wolności, skaleczonym kolanie, determinizmie, przeplatając to mnóstwem anegdot”. Diderot nigdy za życia nie ujrzał wydania „Kubusia”, bo ukazało się ono dopiero w roku 1796, czyli już nawet po Wielkiej Rewolucji Francuskiej. W 1806 roku zostało natomiast pomieszczone w papieskim „indeksie ksiąg zakazanych”, w roku 1826 skonfiskowane przez francuską cenzurę. Powodem była rewolucyjność dzieła, w co z naszego współczesnego punktu widzenia trudno jest uwierzyć. W „Kubusiu Fataliście”, napisał we wstępie tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński (wyd. 1915), „mieszczą się elementy prawdziwej rewolucji, która niebawem miała we Francji zwalić stary porządek rzeczy.
Szeroki powiew demokratyczny tej książki, brak poszanowania dla wszelkiego autorytetu obok silnej dążności do wartości moralnych, nieraz przechodzącej w czułostkowość, wszystko to na tle wrodzonej prawości, pogody i dzielności charakteru Kubusia czyni zeń, może bez intencji autora, symbol rodzącej się Francji ludowej”. „Kubuś Fatalista i jego pan” skonstruowany został, wzorem epoki naśladującej klasyczną starożytność, w formie dialogu, co – nawiasem mówiąc – ułatwiło dokonanie adaptacji tekstu na scenę, w legendarnym przedstawieniu Witolda Zatorskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, w 1976 roku, ze Zbigniewem Zapasiewiczem w roli tytułowej.
Podobną formę dialogu przybrało drugie obok „Kubusia” kanoniczne dzieło Diderota, „Kuzynek mistrza Rameau”. To tyle w maksymalnym skrócie co do pozycji i znaczenia „Kubusia” w tradycji kultury europejskiej. Jak się natomiast czyta ten sławny tekst dziś? Zależy to zapewne od upodobań czytelniczych. Nie będzie to lektura atrakcyjna dla tych, którzy nie gustują we wszelkiego rodzaju „klasycznościach”.Język „Kubusia” w liczącym sobie już 106 lat przekładzie Boya może wielu odstręczać „starością”, „trącić myszką”, nie odpowiadać estetyce współczesnej. Może być on także trudny w lekturze dla tych, którzy nie są oswojeni ze specyfiką oświeceniowej literatury francuskiej. Kogo jednak to nie dotyczy, może znaleźć w dialogicznym tekście mnóstwo estetycznej i umysłowej satysfakcji, bo jest w nim mnóstwo dowcipu, charakterystycznego francuskiego esprit, obfitość paradoksów, bon motów.
Z tego powodu, „Kubuś fatalista” jest jednym z dzieł najbardziej reprezentatywnych dla klasycznej kultury francuskiej, której ducha bez tej lektury trudno jest pojąć.
Denis Diderot – „Kubuś Fatalista i jego pan”, przełożył i wstępem opatrzył Tadeusz Boy-Żeleński, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2018, str. 310, ISBN 978-83-244-1000-2

O Meksyku i polskich sprawach

Marian Stępień – emerytowany profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, historyk literatury polskiej i krytyk literacki, twórca i pierwszy redaktor naczelny prestiżowego „Zdania”.

To również znany publicysta i polityk – w latach 1989-1990 sekretarz KC PZPR do spraw kultury. W czasach PRL był autorem i propagatorem odważnej tezy o jedności literatury polskiej, bez względu na to czy powstawała ona w kraju, czy też na emigracji. Jest znakomitym znawcą literatury emigracyjnej.
Prof. Stępień wykładał na uniwersytetach amerykańskich oraz meksykańskim Universidad Nacional Autonoma de Mexico. W tej ostatniej uczelni pracował w trudnym i burzliwym roku 1981. Stąd też w jego erudycyjnym „Notatniku meksykańskim” (wyd. Studio EMKA, Warszawa 2021) liczne, pełne troski refleksje dotyczące spraw polskich.
Czytelnicy Notatnika poznają autora również jako rysownika.
Należy podkreślić, że poznawanie Meksyku w czasie licznych podróży, które odbywały się w trudnych, uciążliwych a czasami i niebezpiecznych warunkach wymagało znacznej odporności fizycznej i psychicznej.
Marian Stępień jest obserwatorem życzliwym, wnikliwym i prawdomównym. Odnotowuje fakty i zjawiska czasami trudne, nieprzyjemne i żenujące wskazując na ich źródła i uwarunkowania.
Zdobyta w czasie uprzednich podróży wiedza o Ameryce skłania do refleksji i porównań. Naród meksykański stawia czoło „potędze północnego sąsiada-znienawidzonego, ale też tego, do którego się zmierza w poszukiwaniu lepszego życia.” Często te poszukiwania są gorzkie i bolesne. Czasami kończą się tragicznie, jak wtedy gdy amerykański farmer, aby uniknąć wypłacenia wynagrodzeń za wykonaną pracę wymordował meksykańskich robotników sezonowych.
Dwa społeczeństwa
„Gdy się obserwuje dwa tak blisko siebie umieszczone społeczeństwa, amerykańskie i meksykańskie oddzielone rzeką Rio Grande, jak ją nazywają Amerykanie, albo Rio Bravo, jak ją nazwali Meksykanie-które miałem sposobność z bliska oglądać, trudno się oprzeć refleksji, że musi istnieć duża zależność między głębokim katolicyzmem niektórych społeczeństw a ich biedą, niedolą, osłabioną pracowitością, niedoskonałą organizacją. I z drugiej strony-między sprawnym działaniem, dyscypliną społeczną, wysokim poziomem życia, etosem pracy a tradycją zwycięskiej reformacji.” (s.39)Istotne, tak jest. Wyznawcy protestantyzmu nie mogą być analfabetami. Są zobligowani do codziennego studiowania Biblii. Czytanie i interpretowanie tekstów biblijnych wymaga pewnej wiedzy z zakresu historii. Konieczne jest więc stałe samokształcenie i nawyk czytania. Aktywność umysłowa wyznawcy protestantyzmu sprzyja podwyższaniu jego sprawności w pracy bez względu na jej rodzaj. Inaczej sprawy wyglądają w społeczeństwach katolickich, gdzie od dawna słuchanie jest ważniejsze od czytania. Jak śpiewano w kabaretach” cudzoziemskich książek ty lepiej nie czytaj, a jak czegoś nie wiesz to księdza zapytaj”. Biblia – jak wiadomo – to też książka cudzoziemska… Katolicy słuchają w kościele wybranych fragmentów Pisma. Są zwolnieni od rozplątywania zagadkowych wersetów nad którymi ślęczą protestanci. Z drugiej strony pozycja interpretatorów Pisma i zadufanych „pasterzy wspólnot” daje duchownym katolickim demoralizujące poczucie wyższości i bezkarności. Obniża też samodzielność wyznawców w myśleniu i działaniu.
Marian Stępień przypomina ważny fakt odróżniający Meksyk od innych krajów katolickich. „Notabene w Meksyku kościół nie może być właścicielem nieruchomości. A księża nie mogą na ulicy pokazywać się w sutannach”. W Polsce – jak wiadomo – kościół od niepamiętnych czasów był właścicielem nieruchomości a po roku 1989 ogromnie zwiększył się jego stan posiadania. Otrzymane od państwa mienie stało się potężnym narzędziem umacniania wpływów kościoła. Kupowali to mienie przymilni wobec kościoła politycy i przedsiębiorcy-zazwyczaj na ulgowych warunkach-a następnie z ogromnym zyskiem sprzedawali deweloperom.
Marian Stępień cytuje interesujące porównania zawarte w Labiryncie samotności Octavia Paza
„Amerykanie nie tyle pragną znać rzeczywistość, co raczej korzystać z niej […] Meksykanie są nieufni, oni-otwarci. My jesteśmy smutni i sarkastyczni; oni weseli i żartobliwi. Północni Amerykanie chcą zrozumieć, my chcemy podglądać. Są aktywni;my jesteśmy kwietystyczni: rozkoszujemy się naszymi ranami tak jak oni swymi wynalazkami.
Wierzą w higienę, zdrowie, pracę, szczęście , ale chyba nie znają prawdziwej radości, która jest jakimś upojeniem i wirem. W nocnym wrzasku fiesty nasz głos wybucha światłami, mieszają się tam życie i śmierć, ich witalność kamienieje w uśmiech, neguje starość i śmierć, ale paraliżuje życie.[…]Religijność naszego ludu jest bardzo głęboka -tak jak ogromna jest jego nędza i opuszczenie-ale jego żarliwość nie przynosi niczego, oprócz kręcenia zmęczonego od wieków kieratu.” Przekład – Jan Zych (s.45-46)
Wnikliwej analizie Paza towarzyszy – jak podkreśla Stępień – swoisty ton wyższości Meksykanina w stosunku do Amerykanów. „Wyższości, jaką w podobnych konfrontacjach odczuwa strona słabsza, o czym już Paz nie wspomina. Tym tonem wyższości łączy się on z najprostszym Meksykaninem, który już nie wdaje się w wyrafinowane wywody, pogardliwym słowem „gringos” bierze odwet za upokorzenia, które musiał znosić w przeszłości wobec amerykańskiej przewagi militarnej, a obecnie-wobec dominacji ekonomicznej.” (s.47)
Diego Rivera i Nelson Rockefeller
Z wielkim zainteresowaniem zapoznał się Marian Stępień z muzeum wielkiego malarza meksykańskiego Diego Rivery.
„Muzeum, zbudowane z ciemnobrunatnych brył wulkanicznych, przypomina przedkolumbijską piramidę. Nie Azteków, gdyż te były pełne w środku, lecz Majów, gdzie wewnątrz piramidy są grobowce, tajemnicze przejścia, miejsca religijnych ceremonii.
Diego Rivera projektował ten gmach, kierował jego budową, łożył na to własne pieniądze.[…] Na półkach, w gablotach wkomponowanych w ściany i wydobytych sztucznym oświetleniem znajduje się niezwykle bogata kolekcja zgromadzona w ciągu całego życia przez Diego Riverę, zafascynowanego dumną przeszłością swego kraju i zamyślonego nad nią.[…] Na jednym z wyższych poziomów jest przestronna sala poświęcona twórcy tego muzeum. Dużo w niej światła. Jedna ze ścian jest cała ze szkła. Wysokie sklepienie. Krzesło. Wieszak. Na nim wisi miękka zużyta marynarka. Pędzle. Dwa portrety. Autoportret. Duże powiększenie fotografii Diego Rivery. Na ścianach wielkie szkice-projekty murali. W lewym górnym rogu jednego z nich – głowy Stalina i Mao Tse – Tunga”.(s.94-96)
Przed wielu laty wizerunek Lenina spowodował konflikt pomiędzy meksykańskim artystą a Davidem Rockefellerem.
Kiedy w roku 1921 rozpoczęto w Nowym Jorku budowę Rockefeller Center Nelson Rockefeller do jego ozdobienia i uświetnienia zaangażował współczesnych mu najsławniejszych malarzy i rzeźbiarzy, a wśród nich Diego Riverę. Jak pisał Alfred Liebfeld „Rivierze powierzono wykonanie malowideł ściennych i sufitu w hallu centralnego budynku Ośrodka. Nelson Rockefeller wiedział, że Rivera jest z przekonań marksistą i członkiem partii komunistycznej, nie sądził jednak, że może to się odbić na malowidłach ściennych.” Tymczasem w jednym z fresków Rivera umieścił wizerunek Lenina. Rockefeller proponował zastąpienie Lenina kimś innym, „mniej kontrowersyjnym”. Rivera odmówił. Rockefellerowie zerwali z nim umowę i wypłacili mu należne 21 500 dolarów. Malowidło Rivery zostało usunięte z Rockefeller Center. Wywołało to głośne protesty. W trakcie masowych demonstracji robotnicy nieśli hasła „nie niszczyć twórczości Rivery” i „ręce precz od artysty proletariackiego”. W liście otwartym do Nelsona Rockefellera członkowie klubu im. Johna Reeda pisali: „Jest to otwarty atak na twórcę i wolność jego pracy. Można to porównać jedynie z barbarzyńskim traktowaniem kultury przez faszyzm niemiecki, który palił na stosach książki autorów światowej sławy.”
„Nelson ogłosił więc, że freski Rivery nie ulegną zniszczeniu, lecz znajdą się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zapowiedzi tej nigdy zresztą nie dotrzymał. Natomiast Riverze udało się dokonać zdjęć swego dzieła, które odtworzył na ścianach Pałacu Sztuk Pięknych w stolicy Meksyku.” (A.Liebfeld Rockfellerowie łupieżcy czy filantropi ? Wyd.”Śląsk” Katowice 1977 s.430-433)
Groźba „przyjaznej pomocy”
Na XXVI Zjeździe KPZR Leonid Breżniew mówił o „ przyjaznej pomocy” dla bratniej Polski, której sojusznicy nie opuszczą „w biedzie’
W 1981 roku oddalenie od kraju sprzyjało wyraźnemu dostrzeganiu niebezpieczeństw nie docenianych przez uczestników ryzykownych wydarzeń. Posępnemu nastrojowi profesora Stępnia odpowiadał początek artykułu zamieszczonego w amerykańskim tygodniku „Time” (23.III.1981):
„Przywódca „Solidarności” Lech Wałęsa był w najlepszym nastroju w ostatnim tygodniu, gdy zdążał po kamiennych stopniach do gmachu Rady Ministrów w Warszawie. Pykając fajkę, żartował swobodnie i wesoło z otaczającymi go zwolennikami. Ale wąsaty (jak mors) elektryk nie miał już niefrasobliwego humoru, kiedy dołączył do nich po czterogodzinnej rozmowie z polskim premierem, generałem Wojciechem Jaruzelskim. Wyglądając na zmęczonego i przygnębionego, powiedział tylko: „My coś zrobiliśmy – i czegoś nie zrobiliśmy.” (s.76)
Nieco później pojawił się „na łamach „Newsweeka” długi raport zatytułowany The Showdown In Poland,ilustrowany fotografiami, które pewno miały pokazać, na czym ten „showdown” (odsłonięcie kart) polega. Na jednej z nich Wojciech Jaruzelski między generałami, radzieckim i wschodnioniemieckim podczas manewrów wojsk Układu Warszawskiego w Polsce. Na drugiej – kolumna najeżdżających na kamerę czołgów. I podpis „Rozwinięta kolumna czołgów w Polsce jako część przedłużonych ćwiczeń Układu Warszawskiego: margines manewru się zwęża”.(s.90)
„Notatnik meksykański” podobnie jak inne książki profesora Stępnia pozwala lepiej rozumieć świat i docenić to, że w 1981 roku mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu.

Kedywianki

Namolna propaganda PiS wokół tzw. „wyklętych”, rozpętana kilka lat temu sprawiła, że sztuczna chwała wykreowana wokół tych dziwnych, często szemranych, a w niejednym przypadku zbrodniczych formacji, mocno przyćmiła tradycję Armii Krajowej. Jej konspiracyjna walka, szczególnie intensywna w latach 1942-1944, udokumentowana w setkach tysięcy stron źródeł i opisana w tysiącach książek, choć przez dziesięciolecia była dla prawicowej części opozycji, a także dla „Solidarności” ważnym historycznym punktem odniesienia, została niemal całkowicie – z jednym wyjątkiem: Powstania Warszawskiego – zdetronizowana na rzecz „wyklętych”.

Wydaje się, że ta chłodna rezerwa PiS w stosunku do AK wynika z dwóch głównych przyczyn. Po pierwsze, jej tradycja została uformowana przez środowiska, których znaczna część jest nie po drodze z obecną władzą. Przypadek Wandy Traczyk-Stawskiej, która oficjalnie poparła opozycyjnego kandydata na prezydenta RP w drugiej turze zeszłorocznych wyborów jest jednym z szeregu sygnałów takiego stanu rzeczy. Po drugie, tradycja AK była skomplikowana, a wśród jej nurtów politycznych, obok jednoznacznie prawicowo-nacjonalistycznych, były także lewicowe i demokratyczne, niektóre bliskie tradycjom PPS. Ludziom dziś rządzącym bardziej odpowiada jednolita, jednoznacznie nacjonalistyczna, reakcyjna, „ryngrafowa” linia „wyklętych, wśród których dominowały racze nastroje rodem z NSZ niż z AK.
„Opowieść o kedywiankach, żołnierkach podejmujących się najtrudniejszych zadań, ryzykantkach niecofających się największymi niebezpieczeństwami, niezłomnych saperkach, sabotażystkach i dywersantkach w służbie ojczyzny. W Kedywie obok mężczyzn działały kobiety – na równi z nimi dzieliły niebezpieczeństwa i trudy. Szybko okazało się, że mogą być nie tylko świetnymi wywiadowczyniami czy agentkami, ale także saperkami, które bez trudu poradzą sobie z wysadzeniem w powietrze niemieckiego pociągu lub nawet koszar. Odwaga, determinacja i niezłomność, których wymagano od ochotniczek, sprawiały, że agentki i łączniczki często osiągały lepsze wyniki niż mężczyźni” – tak wydawnictwo „Bellona” przedstawia książkę Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol, „Gdzie diabeł nie mógł… kedywianki w akcji”. Przypomnijmy dla porządku, że słowo „kedywianka” pochodzi od skrotu Kedyw. Jego pełna nazwa, to  Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej – dział organizacyjny Armii Krajowej zajmujący się przeprowadzaniem i organizacją akcji bojowych, zamachów, sabotaży oraz dywersji wymierzonej w rząd Generalnego Gubernatorstwa, niemiecką, nazistowską organizację okupacyjną, policję oraz wojsko stacjonujące na terytorium GG, ziem włączonych do Rzeszy oraz państwa niemieckiego”. Książkę tworzy sześć zajmująco napisanych portretów kedywianek: „Leny” – Wandy Gertz, „Tosi” – Antoniny Mijal-Bartoszewskiej, „Dewajtis” – Elżbiety Dziębowskiej, „Niuśki” – Danuty Pleban-Krauze, „Kory” – Haliny Kępińskiej-Bazylewicz oraz „Doroty”- Haliny Martin. We wstępie autorka zarysowała obraz kobiecego wymiaru działalności AK, jego charakter, struktury, specyficzne cechy, relacje z dowództwem i tak dalej. Zacytowała także fragment „Notatek szefa warszawskiego Kedywu” J. Rybickiego, który napisał: „Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że kobiety górowały nad mężczyznami w konspiracji swoją ofiarnością, poświeceniem, pracą, ideowością i wyczynami. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, jak wyglądałaby konspiracja bez udziału, bez pomocy kobiet. Nie było odcinka pracy konspiracyjnej, w którym by one nie brały czynnego udziału”.
Agnieszka Lewandowska-Kąkol – „Gdzie diabeł nie mógł … kedywianki w akcji”, „Bellona”, Warszawa 2021, str. 285, ISBN 978-83-11-16176-4

Niesamowitość po polsku

To już piąta z kolei antologia, wybór opowiadań z gatunku prozy niesamowitości, po francuskiej, rosyjskiej, niemieckiej i angielskiej, która ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. I właśnie odmienności cech tego gatunku w wydaniu polskim na tle innych, poświęca autor wyboru i wstępu pierwsze strony swoich uwag. Chodzi rzecz jasna o odmienność historycznego i kulturowego kontekstu.

W niemieckiej prozie niesamowitej „germańska Północ, średniowieczne rycerstwo i zamek; tu kraina bliższa duchem Południu, drobna szlachta i przytulna zagroda ojców. Do tego dodać wypada krótszą historię, która w Polsce (…) w zasadzie nie obejmuje pogańskich (nieklasycznych) pradziejów, tak ważnych dla wyobraźni niemieckiej czy anglosaskiej. Jednym słowem, niewiele się w Polsce ostało miejsca dla duchów, upiorów i trwożliwej imaginacji”. Brakowało też w prozie polskiej kontekstu typowego dla literatury francuskiej, z jej tradycją wielkiej arystokracji i bogatego mieszczaństwa, z tradycją konfrontacji racjonalizmu ojczyzny Oświecenia z romantyzmem. Brakowało też mroków charakterystycznych dla „duszy rosyjskiej”, które też tworzyły glebę szczególnie żyzną dla tego gatunku piśmiennictwa w Rosji. Gleba polska była z tego punktu widzenia relatywnie uboga pomimo wspaniałego polskiego romantyzmu z jego zapisanymi przez Mickiewicza obrzędami „dziadów”. Mimo to jednak także w literaturze polskiej uformowała się interesująca ścieżka niesamowitości. Tę polską ścieżkę rozpoczyna Anna Mostowska z jej „Strachem w Zameczku” (1806) czy Józef Maksymilian Ossoliński z jego nieboszczykami, czarownicą, marą czy upiorem napisanymi językiem sarmackiej polszczyzny w typie Jana Paska. Jest Jan Barszczewski z jego nurtem fantastyki osadzonej na ziemi białoruskiej, Roman Zmorski, który glebę niesamowitości znalazł na rodzimych piaskach Mazowsza, Józef Korzeniowski, który jako pierwszy wprowadził do polskiej prozy niesamowitości świat miejski Warszawy w noweli „Narożna kamienica”, Sygurd Wiśniowski („Niewidzialny”) czy Antoni Lange („Rebus”), obaj należący do prekursorów fantastyki naukowej, Konstanty Górski (1862-1909) z pozytywistycznym i lekko tylko nawiązującym do gatunku „Bibliomanem”, Franciszek Mirandola (1871-1930) z „Ulicą Dziwną”, nawiązującą do jego zainteresowań mistyką Orientu, psychoanalizą, parapsychologią. A także, stanowiący osobne zjawisko w ramach gatunku, całkowicie mu oddany Stefan Grabiński z jego nurtem „kolejowym” („Czad”, „Błędny pociąg”). Pojawiają się też przedstawiciele wielkiej klasyki: Zygmunt Krasiński z dwiema opowieściami gotyckimi, „Mściwy karzeł i Masław”, „Zamek Wilczki”), Władysław St. Reymont (nie ze zbyt długim jak na antologię „Wampirem”, lecz z „Dziwną opowieścią”), Bolesław Leśmian („Błędny ognik”), Bruno Schulz („Sanatorium pod Klepsydrą”) czy Stanisław Lem. No właśnie – Lem jest w tym zbiorze autorem najpóźniejszym, zmarłym przed 15 laty. Otóż omawiany tom jest na przestrzeni kilkudziesięciu lat trzecią już edycją wyboru polskiej prozy niesamowitej. Pierwsza z tych edycji to przygotowana przez Juliana Tuwima, „Polska nowela fantastyczna” (1949), wznowiona w 1953, a po raz kolejny w 1976 roku, w każdym przypadku przez Państwowy Instytut Wydawniczy. W latach osiemdziesiątych nakładem wydawnictwa „Alfa” ukazało się pięć tomów nowel tego gatunku. Tom wydany w tym roku radykalnie różni się od dwóch poprzednich edycji. Z pierwszej, klasycznej edycji, z rysunkami Jana Marcina Szancera, znalazły się w nim tylko „Włosy krzyczące na głowie” Barszczewskiego, „Niewidzialny” Wiśniowskiego i „Narożna kamienica” Korzeniowskiego. Nie ma kilkunastu innych, m.in. „Ja gorę” Henryka Rzewuskiego czy „Szach i mat” Ludwika Niemojewskiego, nie ma „Gry w szachy” Karola Libelta. „Paliwody” Ludwika Sztyrmera, „Lekarza magnetycznego” Józefa Dzierzkowskiego, „Białej róży Pinettiego” Aleksandra Grozy, „Grobowca bez napisu” Teodora Tripplina, brak „Dziwnej historii” i „Snu” Bolesława Prusa, czy Jana Potockiego i jego „Historii komandora Torelwy” zaczerpniętej z „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Innymi opowiadaniami niż w starych edycjach reprezentowani są Grabiński (brak jego „Ślepego toru”) czy Antoni Lange (brak „Władcy czasu”). Nie ma Józefa Bohdana Dziekońskiego z „Duchem jaskini”, Włodzimierza Zagórskiego z „Przygodą na dworze JO Wojewody Wileńskiego ks. Radziwiłła Panie Kochanku” czy Władysława Łozińskiego z „Zapatanem”. Po raz pierwszy w antologii gatunku pojawiło się kilkanaście opowiadań „nowych” autorów. Jednak tom niniejszy odróżnia się od poprzednich tym, że nie ma w nim dominacji autorów XIX-wiecznych. Znaleźli się w nim także autorzy legitymujący się znacznie „młodszą” metryką. Jest Wacław Filochowski (1889-1944) i jego opowiadanie „Amulet Ozyrysa”, „romans szpiegowski z wyższych sfer II Rzeczypospolitej, a po trosze opowieść grozy w egipskich dekoracjach”. Jest „Koniec rodziny Jasnych” Stanisława Balińskiego, w którym motyw grozy „kresowej” unowocześniony został motywem konfrontacji anachronicznego, kończącego się świata „białego polskiego dworu” z nowoczesną cywilizacją. Po raz pierwszy, dopiero w niniejszym zbiorze, jako tworzywo dla niesamowitości i fantastyki pojawia się nowoczesna technika. Tak jest w przypadku „Lotu w zaświaty” Jerzego Sosnkowskiego (1984-1945), gdzie przestrzenią grozy, doświadczanej przez pilota, jest powietrzna przestrzeń lotu. Groza „samolotowa”, czy „lotnicza” jest także tematem opowiadań „Dziwny pasażer” i „Hangar numer 7” Janusza Meissnera, autora „Żądła Genowefy” czy „L jak Lucy”, nie kojarzonego zazwyczaj z tematyką zbioru. Samoloty, dotąd narzędzia bohaterskiej walki pilotów myśliwskich, stały się tu atrybutem grozy jako lotnicza trupiarnia, wraki, które straszą, tak jak straszą kościotrupy czy trupy ludzkie. Z kolei Mieczysław Smolarski (1888-1967) scenerią niesamowitości uczynił nowoczesny statek pasażerski („Ostatni taniec na statku „Makaber”). U Józefa Relidzyńskiego (1886-1964) przestrzeń niesamowitości w jego „Przygodzie Huberta Pogody” stanowi przedwojenna Warszawa Małej „Ziemiańskiej”, kawiarń, restauracji, redakcji, widm przeszłości i współczesnych namiętności. Józef Tyszkiewicz (1880-1944) w opowiadaniu „Seans” z 1929 roku wykpił panującą wtedy modę na okultyzm i spirytyzm. Tom wieńczą dwa opowiadania Stanisława Lema, którego żadną miarą przedstawiać nie trzeba – „Terminus” i „Ze wspomnień Ijona Tichego III”. Jeśliby więc potencjalny czytelnik, znający poprzednie edycje antologii gatunku prozy niesamowitej, skłonny był pominąć tę edycję w przekonaniu, że ma do czynienia z powieleniem zawartości wydań poprzednich, tego wyprowadzam z błędu. Tegoroczna edycja wyboru „opowieści niesamowitych z języka polskiego” stanowi, poza trzema wspomnianymi wyjątkami, kompletnie nowy, autorski wybór Piotra Pazińskiego. Wzbogacony on jest, czego brakowało w wydaniach poprzednich, o wstęp nie tylko omawiający zawartość tomu, ale także o interesujący wykład o odmianach, o cechach gatunku jaki stanowi proza niesamowita. Jest to bowiem gatunek wewnętrznie bogato zróżnicowany, wielostylowy, pokazujący, że niesamowitość „niejedno ma imię”. Tę różnorodność tworzy zapoczątkowujący gatunek „gotycyzm”, ale także m.in. poetyka snu, mieszanie realności z fantazją, poetyka widziadeł, duchów i upiorów „realnych”, jak i „nierealnych”, będących tworem wyobraźni, niesamowitość pojawiająca się w scenerii niezwykłej, fantazyjnej (n.p. u Leśmiana), jak i pospolitej (co charakterystyczne n.p. dla prozy Grabińskiego), motywy czarodziejskich przedmiotów (n.p. egipski amulet), upiorność realnych przedmiotów, aura grozy śmierci („Narożna kamienica”). Wspólnym mianownikiem jest natomiast aura niejednoznaczności, sprawiająca, że poza niesamowitą atmosferą, lektura „opowieści niesamowitych” bywa także rebusem do rozwiązania. A poza wszystkim – proza tego gatunku pozwala, choćby na krótko, oderwać się od ponurej, wyzbytej poczucia ironii i wieloznaczności, prostackiej atmosfery dosłowności, która jest jednym z mentalnych schorzeń naszych czasów.

„Opowieści niesamowite (5) z języka polskiego”, wybór, wstęp i noty o autorach Piotr Paziński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 631, ISBN 978-83-8196-246-9

Orzeszkowa na nowo oświetlona

Na wstępie – wielkie uznanie dla Grażyny Borkowskiej i Iwony Wiśniewskiej z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Dokonały benedyktyńskiego dzieła, przyswajając polskiemu piśmiennictwu teksty Elizy Orzeszkowej nie jako powszechnie znanej pisarki, twórczyni „Nad Niemnem” czy „Meira Ezofowicza”, lecz jako publicystki, która przez czterdzieści lat towarzyszyła swoją działalnością na tej niwie polskiemu życiu pod zaborami.

Walor dzieła obu Redaktorek polega m.in. na tym, że dzięki nim powstała nowoczesna, a przy tym pierwsza edycja jej publicystyki. Do tej pory można ją było poznać wertując stare roczniki pism z okresu życia pisarki, ale to zajęcie tak pracochłonne i wymagające specjalistycznych kwalifikacji, że dostępne tylko dla nielicznych.
Jednak mniej więcej jedna czwarta tekstów pomieszczonych w edycji nigdy się nie ukazała, zalegała archiwa w postaci rękopisów, ineditów. Biorąc pod uwagę, że od śmierci Orzeszkowej upłynęło 111 lat, edycja jej „publicystyki” jest z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika w ogromnym stopniu nowością. Do tej pory można było poznawać ten wymiar działalności pisarki jedynie w postaci cytatów z tekstów rozproszonych po archiwalnych dziś, licznych tytułach wydawanych we współczesnej pisarce epoce. Przestrzeń zainteresowań Orzeszkowej jako publicystki była bardzo rozległa. Zajmowała ją kwestia żydowska, prowadziła głębokie studia nad historią i kulturą Żydów. Prowadziła dialog z przedstawicielami rosyjskich środowisk literackich dotykając relacji między oboma narodami. Pisała recenzje i omówienia książek i artykułów.
W liście do Polskiej Partii Socjalistycznej odniosła się do kwestii socjalizmu. Zajmowała się organizacją pomocy dla pogorzelców. Potrafiła jednak skoncentrować swoją uwagę także na naukowych zagadnieniach astronomicznych („Wielość światów zamieszkanych. Studium o warunkach zamieszkiwania ziem niebieskich ze stanowiska astronomii, fizjologii i filozofii naturalnej”). Nurtowała ją kwestia „emigracji zdolności”. W tekście tak zatytułowanym, ostro, a nawet brutalnie zaatakowała Josepha Conrada zarzucając mu egoizm. W zakresie zagadnień społecznych punktem wyjścia był dla niej „Wstęp do socjologii” Herberta Spencera. Jej zainteresowania jako publicystki profilowały się inaczej niż u dwóch współczesnych jej, wybitnych publicystów epoki. Bolesław Prus koncentrował się na budowaniu reguł dobrego, racjonalnego życia zbiorowego i indywidualnego. Aleksander Świętochowski krzewił idee liberalizmu.
Orzeszkową najbardziej interesowało społeczeństwo obywatelskie i posługiwała się pojęciem „obywatelskich cnót”. Jej stanowisko często miało charakter moralistyczny. Była niewątpliwie zwolenniczką emancypacji kobiet, jedna z prekursorek feminizmu, ale nawet jak na jej czasy zajmowała w tej kwestii stanowisko umiarkowane, dalekie od ekstremizmów.
Lekturę publicystyki Orzeszkowej utrudnia dziś w pewnym stopniu język, którym się posługiwała: długie zawiłe kadencje zdaniowe, przeładowanie cytatami, zmetaforyzowany, figuratywny styl, fragmentami hieratyczny, retoryczny, często nawiązujący do stylistyki romantyczno-biblijnej.
Teksty Orzeszkowej uzupełniają znakomite przypisy, które wzbogacają obraz epoki, jaki wyłania się z jej publicystyki. Lektura ponad dwu i pół tysiąca stron tworzących trzy tomy publicystki Elizy Orzeszkowej to niełatwe zadanie czytelnicze, ale naprawdę warto zanurzyć się w te rozległe rejestry.
Dzięki niej możemy poznać epokę polskiego pozytywizmu ze znacznie ciekawszej perspektyw niż ta, której dostarczał uproszczony i skonwencjonalizowany przekaz szkolnych podręczników.

Eliza Orzeszkowa – „Publicystyka”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, wybór i wprowadzenie Grażyna Borkowska, opracowanie edytorskie Iwona Wiśniewska, tom 1 – „Myślenie obywatelskie, Żydzi, Kwestia kobieca” , tom 2 – „Rozprawy, studia, artykuły”, tom 3 – „Cykle felietonów, listy otwarte, recenzje, omówienia, sprawozdania, korespondencje, varia”.

Fresk najbliższego wschodu

Już na pierwszy rzut oka na „Kalendarz wieczności”, obszerna opowieść Wasyla Machno, ukraińskiego pisarza, poety, eseisty i tłumacza pochodzącego z Tarnopola mieszkającego w Nowym Jorku uderza rozmachem narracyjnym rozległego epickiego fresku.

Na jej stronach pojawiają się dziesiątki nazwisk, setki nazw geograficznych, nazw To rozległy fresk Wschodu, nie tego zwanego Bliskim, często określanego jako Orient ani też zwanego Dalekim. To wschód, który nie ma – co jest skądinąd zastanawiające – swojej specjalnej nazwy, a który rozciąga się za wschodnimi i południowymi rubieżami Polski, dawna polska Galicja, Ukraina, Rosja, Turcja ze Stambułem. Z podobnym rozmachem zakrojona jest przestrzeń czasowa opowieści. Przestrzeń czasu tworzą trzy części opowieści: „1672. Salamandrowa ziemia”, „1916. Kuchnia polowa” i „1945. Pociąg”. Są to właściwie trzy różne opowieści, które łączy na pozór jedynie kilka nazwisk rodowych, Barewyczów i Felisztanów. Jednak spaja te opowieści lepiszcze istotniejsze od nazwisk postaci. To osobliwy duch tych ziem, tego obszaru kulturowego. „Ta ziemia przypomina salamandrę w ogniu” napisał w XVII wieku turecki podróżnik Ewlija Czelebi. I rzeczywiście, „płomienność” tej metafory wydaje się adekwatna do bujnej, krwawej i okrutność „płomienności” dziejów tych ziem, których losy przez szereg stuleci „skoligacone” były z historią Polski. A jako, że wschód zawsze był nasycony mitologią i swoistym mistycyzmem, więc i w powieści Machno, warstwy realistycznego opisu przeplatają się z warstwami uduchowienia. Jak to ujął tłumacz powieści, Bohdan Zadura, autor łączy w niej „trzy przestrzenie czasowe, tworząc nietypową powieść historyczną, w której historia ma postać nielinearną, gdyż – jak sam mówi – wszyscy jesteśmy zakotwiczeni w kalendarzu wieczności, nasze życie jest takim kalendarzem, niezależnie od epoki. Nieco na przekór nowoczesności w jej zglobalizowanej formie, książka Wasyla Machny może być odczytywana jako pochwała lokalności i pielęgnowania wyrastającej z niej duchowości”. Machno ukazał w swojej powieści losy przedstawicieli wielu rodzin, narodów, imperiów (od osmańskiego do radzieckiego, przyjmując perspektywę po części (z religijnego punktu widzenia) ekumeniczną, a po części uniwersalną (z punktu widzenia świeckiego). „Kalendarz nazwano” ukraińskimi „Buddenbrookami”, ale wydaje się, że analogia do słynnej powieści Tomasza Manna jest bardzo daleka, o ile w ogóle uzasadniona. Podczas lektury nasuwają się raczej skojarzenia z Trylogią Sienkiewicza, z „Cichym Donem” Michaiła Szołochowa, z powieściami Józefa Mackiewicza, czy choćby z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk. Wasyl Machno jest też autorem tomu opowiadań „Listy i powietrze”. Ich tematem są losy mieszkańców zachodniej Ukrainy, a także Ukraińców, Polaków, czy Żydów we współczesnej Ameryce. Ich losy wyrażają zjawiska osamotnienia, nieumiejętności ocalenia własnego systemu wartości wobec presji niestabilnego otoczenia społecznego i geopolitycznych powikłań najnowszej historii. Swoje dramaty przeżywają – intelektualista na obczyźnie, rosyjski oficer białogwardyjski, ukraińska studentka w Nowym Jorku, emigrant zarobkowy próbujący zalegalizować pobyt w USA przez fikcyjne małżeństwo, drobny żydowski kupiec i polski oficer w obliczu rozpoczynającej się drugiej wojny światowej czy prosta kobieta pragnąca ratować syna przed unicestwieniem przez wojnę domową.
Wasyl Machno – „Kalendarz wieczności”, przekł. Bohdan Zadura, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.