Dobry Polak, choć Ruski Recenzja

„Nigdy w Polsce nie zrozumiecie jak bardzo tęskniliśmy za Polską. Stawialiśmy ją na ołtarzu, idealizowaliśmy. Chroniliśmy naszą polskość niczym błonę dziewiczą. I codziennie marzyliśmy, abyśmy mogli do tej polskiej macierzy przyjechać.”

 

To początek opowieści polskiej dziennikarki z Wilna. Władającej polskim, litewskim, rosyjskim i angielskim językiem. Urodzonej na radzieckiej wtedy Litwie, ale w polskiej społeczności.
Jednak kiedy w 1991 roku po raz pierwszy przyjechała do Polski, to poczuła się tu obcą. Co z tego, ze mówiła przepiękną polszczyzną, skoro miała, i nadal ma, wileński akcent. I choć mówi jak kiedyś Adam Mickiewicz, to mieszkańcy Polski zaklasyfikowali ją jako „ruską”.
„Tutaj, w tej waszej Polsce”, mówiła potem z nutą goryczy, „kobieta uznana za „ruską” ma dwie propozycje pracy. Jeśli ocenią ja jako brzydka, to zaproponują sprzątanie. Jeśli uznają za ładną to zaproponują pracę w agencji towarzyskiej. Innych ofert nie usłyszysz”.
Pewnie dlatego, nie wyemigrowała do swej „wytęsknionej” Polski. Wolała być Polką na Litwie niż „ruską” w Polsce. A kiedy Litwa i Polska wstąpiły do Unii Europejskiej została także obywatelką wspólnej Europy. Kolejnej unii polsko – litewskiej.

 

Polacy bez Polski

W 1921 roku, po ukształtowaniu się granic II Rzeczpospolitej, za jej wschodnimi rubieżami pozostało około 2 milionów Polaków. Ilu było naprawdę nigdy się nie dowiemy. Zresztą wielu z nich miało by dzisiaj kłopoty, gdyby zechcieli zdać egzamin na Kartę Polaka. Urzędowo potwierdzić swa polskość.
I trudno się temu dziwić. Tamci Polacy, ich rodzice i dziadkowie, urodzili się i wychowali już w państwie rosyjskim. A tam od połowy XIX wieku byli intensywnie rusyfikowani. Także po powstaniu II Rzeczpospolitej kilkaset tysięcy Polaków mieszkało w niepodległych republikach bałtyckich. Estonii, Łotwie i Litwie. Najlepsze warunki mieli w Łotwie. Najgorzej na Litwie, bo do 1938 roku relacje między Litwą a II Rzeczpospolitą przypominały obecne Korei Północnej i Południowej.
Najwięcej Polaków, ponad milion, zamieszkiwało Związek Radziecki. Początkowo władze ZSRR realizowały leninowskie zasady praw każdego narodu do własnego języka i kultury. Powstały dwa autonomiczne, administracyjnych polskie regiony na Ukrainie i Białorusi. Patronami ich byli wybitni twórcy ZSRR polskiego pochodzenia. Julian Marchlewski i Feliks Dzierżyński.
Wraz z umacnianiem się władzy Józefa Stalina i unifikacją ZSRR autonomię takich okręgów stopniowo ograniczano. Miejsce radzieckiego „Multi kulti” zajmował zunifikowany naród radziecki. Wyrosły z tradycji wielkorosyjskiej, imperialnej kultury.
W 1936 roku polskie województwa zostały zlikwidowane. Pod hasłem „oczyszczenia” przygranicznych terenów ZSRR z „polsko-niemieckiego elementu nacjonalistycznego”. Większość zamieszkałej tam ludności, nie tylko Polaków, wysiedlono do Kazachstanu. Ilu Polaków wtedy tam wywieziono, ilu zmarło po drodze, znów trudno precyzyjnie oszacować.
Może było ich 70 tysięcy a może 120 tysięcy.
Mieszkający wtedy w ZSRR Polacy identyfikowali się z polskością dlatego, że ich przodkowie byli Polakami. Bo mieli polsko brzmiące imiona i nazwiska. Bo uważali się za katolików, choć zwykle nie mieli już możliwości kultywowania swej wiary. Bo kultywowali dawne, polskie tradycje, zachowania. Ubierali się jak na Polaka przystało. Czuli się Polakami, chociaż przestawali już mówić po polsku, nawet w domach rodzinnych. Byli obywatelami ZSRR. Zatem po zakończeniu II wojny światowej nie mogli skorzystać z prawa do repatriacji do nowej Polski Ludowej.
Według spisu powszechnego w 1989 roku w Kazachstanie zamieszkiwało 169 narodowości. Kazachów było 6.5 miliona. Rosjan niewielu mniej, bo 6,2 milionów. Rosjanie rządzili krajem, zajmowali zwykle kierownicze stanowiska. Polską narodowość zadeklarowało jedynie 60 tysięcy spisanych. Tych najodważniejszych, bo wtedy za polskość więcej mogło być kłopotów niż profitów.

 

Nacjonalizm wasz i nasz

Po powstaniu niepodległego Kazachstanu w 1991 roku rozpoczęła się „kazachizacja”. Wymiana elit. Odgórną rozłożono na lata, oddolna przebiegała żywiołowo. Rosjanie tracili dobrą pracę. Często dostawali od Kazachów propozycje kupna ich domów. Nierzadko ultymatywne. Decyzje wyjazdów Rosjan przyśpieszały pożary ich samochodów, podpalanych przez „nieznanych sprawców”.
Ofiarami takiej „kazachizacji” padali także Ukraińcy, Polacy, Finowie. Bo byli rosyjsko podobni. Wielu z nich nie miało gdzie wyjechać. Często ich przodkowie mieszkali w Kazachstanie już w czasach rosyjskiego imperium. Nie mieli rodzin zagranicą, nawet w Rosji i na Ukrainie. Najłatwiej było Niemcom. Od 1993 roku władze Republiki Federalnej Niemiec rozpoczęły systematyczną repatriację wszystkich poczuwających się do niemieckości.
Niemieckość łatwo można było dowieść, bo język niemiecki był w radzieckim Kazachstanie powszechnie uczony w szkołach, a społeczność niemiecka dobrze zorganizowana. W efekcie takiej akcji niemieckiego rządu wyjechało z Kazachstanu ponad 900 tysięcy obywateli. Głodny siły roboczej, rosnący gospodarczo RFN przyjmował bez oporów także małżonków niemieckich repatriantów niezależnie od ich pochodzenia narodowego. Niemiecki obywatelstwo przyznawano osobom, które potrafiły odpowiedzieć po niemiecku na kilka podstawowych pytań. Decydowała przydatność na rynku pracy.
Rządząca III i IV Rzeczpospolitej polska prawica zawsze miała pełne gęby patriotycznych frazesów. O biednych, uciśnionych Polakach mieszkających na Wschodzie. O samotnych babciach z Kazachstanu, które ocaliły polskość pomimo „sowieckiego terroru”. O konieczności naprawy dziejowych krzywd im wyrządzonych narodowi polskiemu.
W praktyce przez ponad dwadzieścia lat repatriacji Polakom z Kazachstanu nie ułatwiono. Blokował po cichu repatriację polski kościół katolicki. Kardynał Glemp uważał ją za szkodliwą dla interesów kościoła katolickiego na Wschodzie. Bo pozbawiała kościoła tamtejszych wiernych. Groziła wymieraniem parafii katolickich.
Nie było też ekonomicznego parcia polskiej gospodarki na pozyskiwanie emigrantów. To z III Rzeczpospolitej wyjeżdżali emigranci w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia. Przyjęta za rządów prawicowego AWS w 2000 roku ustawa o repatriacji Polaków zamieszkujących państwa byłego ZSRR zrzucała odpowiedzialność za jej realizację na władze gminne. W Polsce jest około 2,5 tysiąca gmin. Przyjęto zatem założenie, że gdyby każda z nich zaprosiła przynajmniej 3 – 5 polskich rodzin to problem mógłby zostać rozwiązywany.

 

Patriotyczna bieda

Ale w Polsce gminy nie dysponują mieszkaniami, które mogłyby przekazać repatriantom, poza kolejką oczekujących na nie mieszkańców tychże gmin. Jeśli gdzieś takie wolne mieszkania były, to zwykle w miejscach gdzie nie było pracy. W Niemczech od początku lat sześćdziesiątych trwa ściąganie zagranicznych emigrantów do pracy. Istnieje tam sprawdzony w praktyce system adoptowania ich. Integrowania zawodowego i społecznego.
Jak było i jest repatriantom z Kazachstanu w niepodległej Polsce, możecie przeczytać w niedawno wydanej, znakomitej książce Jerzego Danilewicza. Zbiorze relacji Polaków, którzy pomimo przeszkód zdecydowali się na repatriację z Kazachstanu do naszego kraju.
Pod tytułem „Witajcie w Polsce. Powroty rodaków z Kazachstanu”.
I z gorzką dedykacją „Obcym wśród swoich”.
Bo poczucie obcości nadal jest najczęściej obecne wśród rozmówców Jerzego Danilewicza. Polacy mieszkający w Kazachstanie żyli tam zwykle dostatnio, ale czuli się tam obco. Nie czuli się jak u siebie, bo zawsze czuli się Polakami.
W Polsce często klepią biedę, bo wychowani w radzieckiej gospodarce nie potrafią znaleźć swego miejsca w tej polskiej. Egoistycznej, liberalnej. W wyścigu szczurów, w powszechnym wyzysku, zwłaszcza ludzi uznanych za obcych.
Cóż z tego, że repatrianci z Kazachstanu czują się Polakami, skoro przez tutejszych Polaków zwykle uważani są za „ruskich” . Czyli ludzi gorszych. Bo mówią ze wschodnim akcentem, bo kultywują nieznane już tutaj zwyczaje. Bo mają, jakże pogardzaną w obecnej Polsce, mentalność radziecką. Są dla wielu miejscowych żywymi reliktami „homo sovieticusów”.
Ale decyzji przyjazdu do Polski repatrianci publicznie nie żałują. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali tu z dziećmi. Bo dzieci zwykle już wyemigrowały do Niemiec i tam nareszcie czuja się już swojo. Zwłaszcza wśród dzieci niemieckich emigrantów z Kazachstanu.
Jest też szczęśliwa grupa Polaków z Kazachstanu, która osiedliła się w Oziersku. W miasteczku leżącym w enklawie kaliningradzkiej. Mają tam rosyjskie obywatelstwa, rosyjskie emerytury i dobre warunki do życia w poniemieckich gospodarstwach.
Jeszcze trzy lata temu łatwo mogli jeździć do ukochanej Polski, bo była umowa o małym ruchu granicznym. Ale rządzący PiS zawiesił jej obowiązywanie i tak ograniczył Polakom wjazd do Ojczyzny.
Tacy to z PiS patrioci.

 

Jerzy Danilewicz. „Witajcie w Polsce. Powroty Rodaków z Kazachstanu”. Muza SA. 2018, str. 368, ISBN: 978-83-287-0783-2.

Presja ma sens!

Autobiografia „kapłana nienawiści” nie będzie sprzedawana w salonach sieci Empik. To efekt wielomiesięcznych starań środowisk aktywistycznych, które zwracały uwagę, że książka promuje postawy niezgodne z zasadami współżycia społecznego.
Dla Jacka Międlara jest to z pewnością bolesny cios. Były duchowny a obecnie działacz organizacji ekstremistycznej prawicy, pokpiwał sobie z protestów, które urządzali mieszkańcy m.in. Wrocławia czy Łodzi. Międlar „dziękował” im za promocje książki. Dziś okazało się jednak, że to on będzie musiał przełknąć gorycz porażki. Wycofanie z Empiku oznacza bowiem znacznie ograniczenie możliwości dotarcia do masowego odbiorcy. Sieć dysponuje ponad 250 salonami z produktami kultury i rozrywki, co czyni z niej lidera branży, a jednocześnie jest trzecim największym sklepem internetowym i liderem e-commerce w naszym kraju.
W sobotę 17 listopada Empik poinformował o wycofaniu pozycji ze sprzedaży. – Wobec licznych zgłoszeń naszych klientów, co do faktu, że książka ta szerzy mowę nienawiści, a tym samym łamie polskie prawo, zdecydowaliśmy się na zablokowanie jej dostępności do czasu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji – powiedziała dla money.pl rzeczniczka prasowa sieci Monika Marianowicz, która wyjaśniła również dlaczego pozycja o skandalicznym tytule „Moja walka” została w ogóle dopuszczona do obrotu w salonach sieci. – Książka Jacka Międlara pojawiła się w ofercie empik.com oraz innych sklepów internetowych na identycznych zasadach, jak wszystkie pozycje zapowiadane przez polskich wydawców. Nie identyfikujemy się i nie utożsamiamy z prezentowanymi w tytułach opiniami, poglądami, punktami widzenia. Przedstawiają one zdanie autorów, a nie Empiku – powiedziała rzeczniczka.
Co możemy znaleźć w książce byłego duchownego? Z pewnością wyłania się z niej obraz niebezpiecznego narcyza ze skłonnościami megalomańskimi. Międlar, wyrzucony ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy dwa lata temu za antysemickie i nienawistne wypowiedzi, porównuje swoje „męczeństwo” do historii Jerzego Popiełuszki. Epatuje również nienawiścią do wyznawców religii mojżeszowej, pogrom w Jedwabnem nazywa „perfidnym żydowskim kłamstwem”.

Kim pan jest, panie Macierewicz? Recenzja

W latach sześćdziesiątych krążył po polskich ekranach radziecki film „Kim pan jest doktorze Sorge?”, opowiadający o legendarnym agencie radzieckiego wywiadu w okresie II wojny światowej i przed jej wybuchem, Richardzie Sorge. Przypomniało mi się to przy lekturze najnowszej książki Tomasza Piątka, „Macierewicz. Jak to się stało”.

 

To już druga książka Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu. Poprzednia, „Macierewicz i jego tajemnice”, wydana w roku 2017 stała się powodem doniesienia do Prokuratury Wojskowej, jakie jej bohater, szef MON złożył na autora. Po odejściu Macierewicza z funkcji Ministra Obrony Narodowej w styczniu 2018 roku, prokuratura umorzyła postępowanie. Piątek tak wprowadza czytelników w zawartość swojej nowej książki: „Zawarte w niniejszej książce informacje i dokumenty mogą wstrząsnąć wieloma czytelnikami. Zaskoczą nawet tych, którzy przeczytali książkę „Macierewicz i jego tajemnice”. Na dalszych stronach przedstawiam bowiem nieznaną prawdę o Antonim Macierewiczu, ukrytą dotąd w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Znajdują się tam akta komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (SB), które dotyczą Macierewicza. Wynika z nich, że liczne koincydencje, które łączą byłego Ministra Obrony z ludźmi Kremla, nie powstały ot tak. Nie są wynikiem przelotnego uwikłania. Nie chodzi też o doraźny, taktyczny sojusz z przeciwnikami. Nieuniknione jest przypuszczenie, że rosyjskie i PRL-owskie koneksje Antoniego Macierewicza mają znamiona głębokiej zależności, która trwa niemal od pół wieku”.
Jak wywodzi w swoim wstępie autor, zbadane przez niego dokumenty „niedwuznacznie dają do zrozumienia, że komuniści roztoczyli nad Macierewiczem specjalny parasol ochronny. I to komuniści wysokiej rangi – członkowie Biura Studiów, czyli elitarnej jednostki SB. Był to zespół wybitnych, choć fanatycznych policjantów politycznych. Pracowali oni nad rozbiciem opozycyjnego związku zawodowego „Solidarność”, gdy ten działał w podziemiu. Mieli też bliskie związki ze służbami kremlowskimi. Jeden z opiekunów Macierewicza dostał medal od KGB (sowieckie służby specjalne, przekształcone później w FSB i SWR). O tym jest ta książka”. I dalej Piątek pyta: „Jak to się stało, że jesteśmy bezbronni? Dlaczego polska armia nie ma śmigłowców, flota – okrętów podwodnych, a sztab – planów obronnych? Dlaczego setki doświadczonych generałów i wyższych oficerów odeszły do cywila? Dlaczego zastąpili ich młodzieńcy bez autorytetu, za jednym zamachem awansowani o kilka stopni? A z drugiej strony – dlaczego Ministerstwo Obrony Narodowej wydawało i wciąż wydaje gigantyczne pieniądze na tzw. Wojska Obrony Terytorialnej (WOT)? (…) Dlaczego przepuszczamy te miliardy na amatorską formację, która przed niczym nas nie obroni? Dlaczego do WOT werbowano jawnych zwolenników Władimira Putina z prokremlowskiej partii Zmiana? Dlaczego tworzenie WOT powierzono pułkownikowi Krzysztofowi Gajowi – jawnemu zwolennikowi Putina, ekspertowi prywatnej organizacji Narodowe Centrum Sudiów Strategicznych (NCSS), której prezes, Jacek Kotas jest powiązany ze współpracownikowi rosyjskiej mafii?”. Tomasz Piątek zwraca też uwagę, że „Macierewicz nadal jest „wiceprzewodniczącym partii Prawo i Sprawiedliwość. Jego główny medialny sojusznik, oligarcha Tadeusz Rydzyk, popiera go jeszcze usilniej niż przedtem. Całkiem jasno daje do zrozumienia, że w razie odejścia Macierewicza z PiS nie zagłosuje na tę partię”. Odwołując się do sprawy katastrofy smoleńskiej Piątek pisze: „Po katastrofie smoleńskiej zaczął się jeden z najbardziej niezwykłych i dwuznacznych okresów działalności Antoniego Macierewicza. Człowiek otoczony ludźmi związanymi i powiązanymi z Kremlem zarzucił Rosji spowodowanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiemu w Smoleńsku. (…) Tymczasem żadne badania katastrofy przeprowadzone zgodnie z naukową metodologią nie dostarczyły dowodów na zamach czy spisek. Co zrobić, żeby zbrodniarz zaczął wyglądać na ofiarę? Zarzucić mu zbrodnię, której nie popełnił. Co więcej, Macierewicz i jego „specjaliści” oskarżali Rosję o zamach w sposób, który byłby dla niej pomocny, nawet gdyby faktycznie go dokonała. Posiedzenia tzw. ekspertów smoleńskich budziły śmiech, gdy wybuch w samolocie objaśniano za pomocą pękających parówek…”. Konkludując wątek smoleński Piątek zauważa: „ Głównym jednak efektem spiskowej teorii smoleńskiej było rozbicie narodu polskiego na dwa nieprzyjazne plemiona. (…)
Oto kolejny szczebel w karierze niszczyciela. Ten, który rozbijał KOR i „Solidarność”, zaczął rozbijać jeszcze większą społeczność”. Już sam autorski wstęp do książki jest frapujący i pada w nim więcej nazwisk, wątków i pytań niż zacytowane powyżej. Lektura samej książki jest podobnie frapująca, ale po jej lekturze czuję ogromny niedosyt się właściwie bezradny. Przeszło pięćset stron wypełnił Tomasz Piątek nieprzebranym, kolosalnym materiałem, z setkami faktów, dat, nazwisk, z dziesiątkami i wątków. Nikt jednak, kto nie jest specjalistą w materii, której książka dotyczy (ja też do tej kategorii nie należę), nie będzie w stanie należycie ocenić jej treści, nie będzie w stanie z pełnym zrozumieniem poruszać się po ukazywanym przez autora labiryncie.
Przy lekturze niektórych fragmentów ogarniają mnie jednak wątpliwości natury ogólnej. I nie chodzi mi n.p. o paralelę, jaką czyni Piątek, zestawiając postacie Anglika Kima Philby’ego, słynnego agenta Kremla z Antonim Macierewiczem. Co innego mam na myśli. Oto jeden tylko z przykładów. Piątek przedstawił w swojej książce obszernie przez niego potraktowany (znany zresztą z innych, renomowanych publikacji naukowych, m.in. Petera Rainy) wątek porwania i zabójstwa w roku 1957 Bohdana Piaseckiego, syna szefa Stowarzyszenia „PAX”, przed wojną jednego z przywódców Ruchu Narodowo-Radykalnego, potocznie ale nieprecyzyjnie określanego jako ONR – Bolesława Piaseckiego, po latach członka Rady Państwa PRL. Uczynił tak m.in. dlatego, że – jak pisze – „ubek i esbek Stefan Mikołajski, który zajmował się Bolesławem Piaseckim i jego zamordowanym synem Bohdanem, w latach 80 opiekował się Macierewiczem”. Trudno nie mieć wątpliwości (podkreślam, to wątpliwości, nie polemika z autorem), czy ma sens wiązanie ze sobą w jedną konstrukcję myślową wydarzeń odległych od siebie o lat kilkadziesiąt. Można odnieść wrażenie, że przez połączenie w jedną triadę nazwisk Piasecki-Mikołajski-Macierewicz chce wzmocnić swoją argumentację natury historycznej dotyczącą pokrewieństw ról obu polityków w kontekście relacji polsko-rosyjskich, ale przynajmniej w moich czytelniczych oczach to jej wystarczająco nie uzasadnia. Zbyt szerokie kwantyfikatory podatne są na większą zawodność. Podobne wrażenie odniosłem czytając rozbudowane partie poświęcone wątkowi zabójstwa Jerzego Popiełuszki. Jednak nie moje czytelnicze wątpliwości, które, jak wyżej wspomniałem, w znacznym stopniu wynikają najzwyczajniej z braku wystarczających kompetencji niezbędnych do lektury tej pracy, są tu najważniejsze. I nie jest też istotne moje poczucie dokuczliwego dyskomfortu poznawczego, wynikające z faktu, że najzwyczajniej miałem trudności z należytym ogarnięciem materii tej książki.
Najbardziej dramatyczne pytanie z jej lektury wynikające można sformułować następująco: dlaczego dzieje się tak, że dwie obszerne, oparte na dokumentach, w tym dokumentach IPN i do tego bardzo głośne publikacje książkowe, dotyczące bądź co bądź jednej z najbardziej prominentnych postaci obozu PiS, wiceprzewodniczącego partii rządzącej, do niedawna Ministra Obrony Narodowej w rządzie Zjednoczonej Prawicy, a przy tym człowieka o bogatej, historyczne biografii, nie stały się powodem do powołania sejmowej komisji śledczej czy też złożonego ze znawców problematyki jakiegoś ciała społecznego, które zbadałoby zasadność zarzutów, jakie Tomasz Piątek stawia bohaterowi tych publikacji, nawet jeśli część zarzutów opatrzył znakami zapytania?
Dlaczego Prokuratura Wojskowa, do której wystąpił Macierewicz, umorzyła postępowanie mimo ciężaru gatunkowego zarzutów sformułowanych pod adresem szefa MON przez autora książki? Dlaczego obóz PiS i podlegające mu kierownictwo IPN, które z taką pewnością i zaciekłością dążyło i dąży do zniszczenia Lecha Wałęsy, zarzucając mu agenturalność w okresie PRL, nad sprawą Macierewicza przechodzi do porządku dziennego bez jednego słowa wyjaśnienia? Dlaczego także kierownictwo NATO nie podjęło żadnych, przynajmniej jawnych (a tylko takie w tym przypadku miałyby znaczenie) działań odnośnie – bądź co bądź – Ministra Obrony jednego z państw należących do jego struktur? Dlaczego nikt nawet nie próbuje odnieść się do zawartości książki Piątka? Dlaczego w końcu milczy sam Macierewicz? Nie jestem w tych wątpliwościach odosobniony.
Podobne odczucia towarzyszą autorowi książki, gdy w ostatnich jej akapitach pisze z goryczą: „Przypominałem, że rozmawiamy o człowieku, który rozbroił Polskę i zrobił wyłom we wschodniej flance NATO. Nieraz miałem wrażenie, że słowa te wpadają w głuchą studnię. Rzecz jasna, nie tylko dawni przyjaciele Macierewicza wybierają przyjemne bielmo na oczach. Pół Polski, pół Europy, połowa Zachodu choruje na kremlowską odmianę ślepoty. Jakich lekarstw potrzeba? Faktów, świadectw, dokumentów. Dopóki chory nie będzie wiedział tego, co powinniśmy wiedzieć, dopóki będzie wierzył w to, w co chce wierzyć – dopóty będzie chorował”.
Jeśli ktoś z czytających powyższy tekst odniósł wrażenie, że krytykuję książkę Tomasza Piątka, to nietrafnie odczytał moje intencje. Chapeau-bas przed autorem, który wykonał benedyktyńską pracę badawczą w archiwach i poza nimi, i który swoje odkrycia ułożył we frapujące studium. Nie jest bowiem winą Tomasza Piątka, że nad owocami jego imponującej pracy niezmiennie rozciąga się szklany sufit. A najważniejsze, najogólniejsze pytanie, jakie budzi lektura jego książek może brzmieć następująco: kto ten „szklany sufit” zawiesił i kto pilnuje, aby nie został przebity?

 

Tomasz Piątek„Macierewicz. Jak to się stało”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2018, str. 509, ISBN 978-83-66095-02-1.

Z Dna

W sobotę, 20 października o godz. 17.00
w Café Kryzys przy ul. Wilczej 20 w Warszawie
odbędzie się spotkanie z Piotrem Jastrzębskim
– autorem autobiograficznej książki „Z Dna”
w której opisuje, jak znalazł się na dnie i jak z niego się wydobył.

 

Piotr Jastrzębski jest stałym współpracownikiem „Dziennika Trybuna”,
autorem m.in. cykli „Angielski sen” i „Świat od spodu”.

 

Zapraszamy

Czy znów unikniemy Apokalipsy? Psim swędem Recenzja

Dwa eseje Jacquesa Derridy (1930-2004) o Apokalipsie („O apokaliptycznym tonie przyjętym niedawno w filozofii” oraz „Nie apokalipso, nie teraz”) powstały w latach 1982 i 1984, w okresie nasilonego konfliktu między USA a ZSRR, po objęciu władzy przez Ronalda Reagana, w epoce „gwiezdnych wojen”. Gdy po raz kolejny, a pierwszy od czasu sławnego konfliktu wokół „Zatoki Świń” i kryzysu kubańskiego 1960 roku ludzkość zdawała się stać przed widmem zagłady atomowej. Derrida pocieszenie w obliczu możliwości – prawdziwej czy urojonej – znajduje w filozofii i dziejach Apokalipsy na jej kartach, w jej stałej, groźnej obecności, nieustannej, a jednak nigdy nie spełnionej. „Apokaliptyczny „dyskurs nuklearny” Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam – w wielokrotnie opisywanej figurze archiwum i nieskończonych możliwościach bibliotecznych form – filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym” – napisali we wstępie tłumacze esejów. Autorzy posłowia z kolei zwracają uwagę, że wcześniejsze apokalipsy (chyba więc także te średniowieczne z Czterema Jeżdźcami) od nuklearnej różni jej niebywała, właśnie „nuklearna szybkość”. Derrida wykorzystał więc filozofię do uspokojenia siebie i nas, a jednocześnie, swoją refleksją humanistyczną nad zagadnieniem Apokalipsy wzbogacił dyskurs filozoficzny wokół zagadnienia krańcowości ludzkich doświadczeń. Jacques Derrida nie żyje od 14 lat. Apokalipsa nuklearna, wokół której osnuł swoje eseje pisane dekadę wcześniej, nie nadeszła. Za to zmarł w roku, w którym Polska weszła do Unii Europejskiej i gdy wydawało się, że choć Francis Fukuyama mylił się w swojej diagnozie o „końcu historii”, to jednak przed Europą długo nie rozciągnie się jakaś nowa perspektywa apokaliptyczna. Tego pojedynczego człowieka, jakim był Derrida, Apokalipsa, której się w końcu lękał, ominęła, tak jak i nas, póki co. Umknął jednak w ramiona Śmierci i od tej Apokalipsy, której się lękał i od tej, której chyba nie przewidywał, a przed którą stoimy my, żyjący dziś w tym świecie. Może i nam się upiecze. I znów, psim swędem, nie doświadczymy jej, bo wcześniej umrzemy lub nie dotknie ona naszych potomnych. W końcu nie święci garnki lepią. Udało się Derridzie, może udać się i nam. Poza tym podobno najbliższa Apokalipsa dotyczyć będzie „postczłowieka”. A więc może jeszcze nie nas? No, chyba, że już „postczłowiekiem” jesteśmy lub on jest już ante portas? Diabli wiedzą.

 

Jacques Derrida„O Apokalipsie”, tłum. Iwona Boruszkowska, Krzysztof Wojtasik, posłowie Iwona Boruszkowska, Michał Koza, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2018, str. 186, ISBN 978-83-946471-0-0.

O realizmie na temat Rosji RECENZJA

Witold Modzelewski, znany ze swej działalności naukowej i doradczej w dziedzinie prawa podatkowego napisał i wydał w ostatnich latach cztery książki na temat relacji Polska-Rosja. W roku 2014: Polska-Rosja. Szkice. W roku 2015: Polska-Rosja. Co dalej? W roku 2016: Polska-Rosja. Wojny nie będzie. I ostatnią, w roku 2017: Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Przedmiotem tej recenzji jest książka ostatnia, refleksyjny zbiór esejów historyczno-politologicznych ukazujących historyczny kontekst Rewolucji Październikowej, jej kreatorów i realizatorów, układ interesów w ówczesnym świecie, który doprowadził do tego wydarzenia i długofalowe konsekwencje sprawowania władzy w Rosji przez bolszewików.
Jeżeli przyjąć za pewnik wszystkie przedstawione w książce fakty historyczne dotyczące projektu „Rewolucja Październikowa”, to należy od nowa napisać historię Rosji, Europy i świata, wskazując na innych bohaterów i zupełnie inny układ wydarzeń, które przeorały naszą cywilizację i zmieniły świat. Celem publikacji jest bowiem naświetlenie od nowa układu interesów w przedrewolucyjnej Rosji, jak też relacji w układzie ówczesnych graczy globalnych: Rosji, Niemiec, Austrii, W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Główną siłą napędową wydarzeń był wówczas wg autora plan marginalizacji rozwijającej się dynamicznie na przełomie XIX i XX wieku Rosji i sprowadzenie jej w perspektywie do roli kraju zależnego, głównie od Niemiec. Istotą planu było wywołanie chaosu w Rosji, jej ewentualny podział i sprowadzenie do roli dostarczyciela surowców, a nie kraju rozwiniętego przemysłowo i kulturalnie. Rolę siły dezintegrującej wzięli na siebie bolszewicy, których działalność od początku miała charakter destrukcyjny, antyrosyjski.
Jednym z głównych wątków książki jest sprawa relacji: bolszewizm a narodowy interes Rosji. Autor jednoznacznie argumentuje, że istnieje głęboki rozdział i faktyczna sprzeczność pomiędzy celami i dążeniami bolszewików a narodem rosyjskim. Bolszewicy, ich ideologia i program, to było narzędzie mające na celu zniszczenie Rosji.
W książce ukazującej się na rok przed 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę obecny jest pogłębiony wątek polski, zarysowany pod kątem rozpoznania i zewidencjonowania wszystkich faktów i argumentów i historycznych a także współczesnych, za i przeciw zbliżeniu stosunków Polski z Rosją. Autor w swej analizie procesów historycznych sięga do nieznanych kulis układów europejskich i globalnych w końcowych latach XIX wieku, ukazując grę pomiędzy ówczesnymi mocarstwami. Zwraca szczególnie uwagę na interesy polskie w konfrontacji z wielkomocarstwową polityką Niemiec, Rosji, W. Brytanii i Francji. Szczegółowo analizuje długofalowe aspekty polityki niemieckiej, wskazując na jej ciągłość w całym okresie istnienia państwa niemieckiego od momentu jego ukształtowania w XIX wieku.
Na uwagę zasługuje wątek książki dotyczący praktycznego wymiaru aktualnych relacji Polska-Rosja w obszarze kreowanych w Polsce opinii. Autor powołuje się na wydane już książki na temat Rosji i wyciąga z nich jedno ważne zdanie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Witold Modzelewski twierdzi, że osób nie rozumiejących w Polsce rosyjskiej rzeczywistości jest wiele. Można podzielić polskie społeczeństwo na kilka charakterystycznych grup, w oparciu o przypisane im, kreowane aktualnie opinie dotyczące Rosji. Wymieniając po kolei za autorem książki są to: rusofobi zadeklarowani, którzy twierdzą, że Rosja to „azjatycka dzicz” zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”. Druga grupa to antykomuniści, którzy wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego. Dla nich całe zło bolszewizmu ma wyłącznie rosyjskie korzenie, a Władzimir Putin jest kryptokomunistą, który dąży do odtworzenia ZSRR. Trzecią grupę stanowią post Polacy, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest zjednoczona Europa. Reszta ich nie obchodzi. Wreszcie czwarta grupa to niedouczona część pokolenia III RP – Lemingi, którym myli się Powstanie Styczniowe z Powstaniem Warszawskim. Generalnie wg autora „mają wszystko w dupie”.
Ciekawe rozważania snuje autor wobec problemu strachu przed Rosją. W swoim wariancie realistycznym uważa, że „…strach jest wyłącznie tworem medialnym tych nielicznych, którzy się boją, a chcą zmobilizować większość, by bała się razem z nimi… Z tego co wiem, nikt na przysłowiowej ulicy nie boi się Putina. Wręcz odwrotnie – zwykli ludzie, widząc wszechobecny, „liberalny” bajzel i niemoc twierdzą, że ktoś na tę miarę przydałby się w Polsce. Nie wyjaśnia to jednak przyczyn strachu „elyt”; może to jest strach irracjonalny”. Twierdzi on dalej, że „…poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich…”.
Sięgając do historii przemian w Europie po I wojnie światowej i powstania m.in. niepodległego państwa polskiego autor zadaje kilka dość zasadniczych pytań inspirujących do przeszukiwania archiwów berlińskich i wiedeńskich, tak się bowiem złożyło, że Niemcy kajzerowskie i cesarska Austria współdziałając tworzyły podwaliny nowej Europy na początku XX wieku. Pytania dotyczą m.in. Józefa Piłsudskiego i jego roli po uwolnieniu w 1918 roku z magdeburskiego więzienia a także skali współpracy polskich i bolszewickich socjalistów, kontakty trwały bowiem aż do śmierci Piłsudskiego. Inne zasadnicze pytanie autora dotyczy przewrotu bolszewickiego w listopadzie 1918 roku, który zmienił historię świata. Czy został on wykonany na rozkaz z Berlina obalenia tymczasowego rządu Republiki Rosyjskiej, z którym chciał zawrzeć pokój główny sojusznik – austriacki Wiedeń.
Poza wątkami historycznymi i wielu pytaniami, książka Witolda Modzelewskiego zawiera obszerny wątek współczesny, który można określić jako ważny problem współczesności: „kiedy i dokąd od bolszewizmu i zimnej wojny?”.
– Od ćwierć wieku – czytamy w książce Witolda Modzelewskiego – nie ma radzieckich armii pancernych nad Łabą, nie ma radzieckiego komunizmu, nie ma nawet tamtego państwa. Zostało jednak zredukowane militarnie NATO, którego sensem istnienia jest wykreowanie Rosji jako wroga… Dziś nikt, ani państwa naszego europejskiego zadupia, ani tym bardziej Ameryka, nie chce się uwikłać w żaden nowy, długotrwały konflikt militarny, zwłaszcza z kimś, kto był, jest i będzie groźny. Aby tak się stało, trzeba odsunąć w cień tych, dla których straszenie wojną jest treścią istnienia… Nowy prezydent USA prędzej, czy później zakończy polityczną izolację Rosji, wpychając ją tylko w ramiona Chin, i rozpocznie coś, co ma już nazwę – proces pokojowy…”.
W swej dogłębnej diagnozie autor stawia dość zasadniczy problem dotyczący roli Polski w nowym układzie postjałtańskim, w którym mamy stabilne granice, a na wschodzie i zachodzie dwa konkurencyjne mocarstwa, które nie wyzbyły się swych przyzwyczajeń i doświadczeń historycznych. Uważa on, że my Polacy nie powinniśmy popełnić błędu w generalnej diagnozie status quo, gdy oceniamy współcześnie Rosję i jej politykę. Zasadnicze pytanie dotyczy prawidłowości poglądu, że dzisiejsza Rosja jest czwartą wersją państwa bolszewickiego lub alternatywnie jest państwem, które chce pozbyć się bolszewickiego piętna, stać się przedrewolucyjną Rosją i kontynuować jej tradycję i wartości.
W przypadku pierwszym Polska znajduje się pomiędzy dwoma współpracującymi ze sobą mocarstwami, dla których wojna 1941-45 była epizodem, a Rosja pozostanie państwem realizującym niemieckie teorie socjalistyczne, wrogie samej Rosji, jej tradycji, słowiańszczyźnie i chrześcijaństwu. Patrząc z tej pozycji berlińscy politycy uważają Moskwę za swego najważniejszego partnera i z tego wypływa ich stosunek do Polski, jako największego kraju środkowej Europy. W tym przypadku twierdzi autor, osią polskiej polityki powinno być antagonizowanie stosunków niemiecko-rosyjskich, na ile to będzie możliwe.
W drugiej diagnozie inaczej rysuje się pozycja Polski, bowiem Niemcy i Rosja jako konkurenci na forum europejskim i globalnym będą walczyli o swoją pozycję gospodarczą i polityczną. Polem konfrontacji będzie też Europa środkowa i wpływy w Polsce. Polska może wówczas stać się znacznie ważniejszym graczem, który może wykorzystać swoje położenie jako atut, a nie przekleństwo. Możemy wówczas być symetrystami, zwiększyć swą niezależność, stać się pełnoprawnym uczestnikiem i beneficjentem polityki regionalnej, również licytować, kto da więcej. Nie przeczyłoby to też naszej obecności i pozycji w Unii Europejskiej i NATO.
W konkluzji autor stwierdza: „A jaka diagnoza dominuje w oficjalnej, polskiej narracji? Zdecydowanie pierwsza. I to nas pcha, czy chcemy czy nie chcemy, w objęcia Berlina…”
Przyznam, że z dużym zainteresowaniem i uwagą czytałem tę książkę. Zawiera ona bowiem niezwykle bogaty materiał faktograficzny dotyczący tematu Polska-Rosja-Niemcy zarówno w sensie historycznym, jak i merytorycznym. Chodzi o niezwykle ciekawe interpretacje historyczne i politologiczne, wielowątkowość rozważań i poszukiwanie mądrych alternatyw, jeśli chodzi o sferę rozważań perspektywicznych.
Książka ta nie spodoba się wszystkim, bowiem jest do bólu prawdziwa i szczera. Autor nie zagłaskuje rzeczywistości, nie pomija niewygodnych faktów historycznych.
Obiektywizm tej książki bierze się z faktu, że autor nie wkracza na zdradliwe pole konfrontacji ideologicznej. Warto ją przeczytać; polskim elitom rusofobicznym potrzebny jest zimny prysznic i odrobina refleksji.

 

Witold Modzelewski, Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Instytut Studiów Podatkowych. Warszawa 2017, stron 255.

O książce „Kalejdoskop wspomnień” RECENZJA

Książka Wacława Kruszewskiego Kalejdoskop wspomnień to lektura ze wszech miar ciekawa i godna polecenia. Na tę opinię składa się kilka czynników. Autor tomu, ogłoszony swego czasu (1986) przez „Rzeczpospolitą” Polakiem Roku, przez całe swe dorosłe życie pracował „w kulturze”. Był dyrektorem Centrum Kultury i Sztuki Województwa Siedleckiego, któremu podlegały kina (stałe i ruchome) Siedlecki Teatr Kameralny, Biuro Wystaw Artystycznych, Pracownia Usług Plastycznych Biuro Informacji Kulturalnej z własnym zakładem poligraficznym oraz Zakład Remontowo-Budowlany Obiektów Kultury. Kruszewski tę instytucję tworzył od podstaw (poświęcił jej także swoja pracę magisterską obronioną na UW). Z czasem rozrosła się ona nie tylko do organizacji życia kulturalnego w szeroko pojętym regionie, ale i przedsiębiorstwa znakomicie prosperującego i samofinansującego się. To dzięki zaradności i zmysłowi organizacyjnemu Autora udało się zorganizować w Sokołowie Podlaskim (1974) koncert zespołu Omego – jednej z największych gwiazd ówczesnej sceny muzycznej. Wszystko to ma swe odzwierciedlenie w treści przedkładanej książki. Nie jest to pamiętnik. Kruszewski od lat pisuje felietony prasowe oparte na swoich doświadczeniach, ale i wychodzących poza nie. Własne doświadczenie jest kluczowe oczywiście, choć ma ono walor bodźca inspirującego Autora do opisów, które przybierają walor generaliów Jest to więc barwna wędrówka po „słusznie minionych” czasach. Pokazuje jednak, iż nie były to lata beztroskiego bezhołowia. Z równą swadą kreślone są zawiłości organizacyjne towarzyszące funkcjonowaniu ośrodków kultury, organizowaniu rozmaitych przedsięwzięć kulturalnych, spotkaniom z żołnierzami Armii Krajowej, jak i odbudowy zabytków. Barwna, żywiołowa narracja podana literacką polszczyzną okraszona jest mnóstwem zabawnych anegdot. Całość zatem, mimo, iż dotyczy głównie regionu, wychodzi swą wymową poza jego ramy. Łatwo bowiem zauważyć, że oddając się opowieściom Kruszewskiego przekraczamy ów przełom Mazowsza i Podlasia, wszak opowieść przybiera polor generaliów – ogólnej opowieści o kulturze lat powojennych.