Polsce grozi brak prądu

Pod rządami PiS w naszym kraju, po raz pierwszy od wielu lat, zaczyna się pojawiać realne niebezpieczeństwo wystąpienia przerw w dostawach energii elektrycznej.

W ostatnim dwudziestoleciu wielokrotnie pojawiały się alarmujące informacje o niedoborze energii, jak już, już miałby wystąpić w naszym kraju.
Na szczęście były to tylko fake-newsy, produkowane przez kłamliwe media. Tym razem jednak zapowiedź niedostatku mocy naszej energetyki jest realna i oparta niestety na solidnych podstawach.
Scenariusze wyłączeń
Z prognoz państwowej firmy Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA i raportu ministra energii z 2017 r. (a więc po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości) wynika, iż do 2030 r. wystąpi ryzyko poważnego niedoboru mocy, dostępnej w krajowych zakładach energetycznych.
Wedle przyjętych wariantów, brak możliwości pokrycia zapotrzebowania odbiorców przez krajowe elektrownie miałby nastąpić w 2030 r. (w scenariuszu przewidującym konsekwentną modernizację bloków energetycznych) albo już w 2021 r. według scenariusza uwzględniającego konieczne wyłączenia zużytych bloków energetycznych i zastąpienia ich całkowicie nowymi.
Za sprawą nieudolnej polityki energetycznej PiS, Polsce znacznie bliżej do drugiego scenariusza, przewidującego duże kłopoty już w przyszłym roku.
„Z prognoz wynika, że zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest od terminowej budowy nowych mocy wytwórczych niezależnie od scenariusza” – słusznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Badania PSE przeprowadzone w 2018 r. dowodzą, że przy scenariuszu „modernizacyjnym” całkowite zapotrzebowanie na nowe zdolności wytwórcze do 2035 r. wyniesie około 22 gigawaty. Natomiast w scenariuszu „wycofań” nawet około 28 GW.
Nierealne plany
Oznacza to, że w najbliższej perspektywie konieczne jest oddanie do użytkowania mocy około 5300 MW, przy utrzymaniu w eksploatacji możliwie największej części bloków obecnie funkcjonujących. Pod rządami PiS jest to jednak nierealne.
Nierealne – ponieważ na sytuację polskiej energetyki ma wpływ niesprzyjające otoczenie prawne i gospodarcze, za którego kształtowanie odpowiada właśnie rząd PiS. Według danych podanych przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki średnia cena sprzedaży 1 MWh energii elektrycznej spadła z 201,36 zł w 2012 r. do 194,30 zł .
W tym czasie średnia cena za emisję tony CO2 wynosiła od około 6 do 25 euro/t. 11 kwietnia 2019 r. cena uprawnień do emisji CO2 osiągnęła rekordowy od 11 lat poziom 27,41 euro/t.
Malejące przydziały darmowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla znacząco wpływały na wzrost kosztów, który potęgował także rosnący poziom cen dostępnych uprawnień. Wszystko to wpływało na coraz gorszą sytuację finansową producentów energii.
A są to producenci wciąż wykorzystujący węgiel, co jest coraz bardziej nieopłacalne (zwłaszcza, że to coraz częściej węgiel importowany z Rosji). Pod rządami PiS nie ma bowiem mowy o jakimkolwiek zwrocie w kierunku produkowania bardziej zielonej energii.
Banki, w tym i krajowe, widząc nieopłacalność rozbudowy energetyki węglowej, coraz częściej decydują o zaprzestaniu finansowania inwestycji i technologii opartych na węglu.
Nie wiadomo jednak, co miałoby ją zastąpić, gdyż w Polsce brakowało rządowej strategii budowy i modernizacji mocy wytwórczych, która określałaby docelowy tzw. miks energetyczny.
Totalna niepewność
W dodatku opieszałość rządu PiS spowodowała, iż nastąpiła zwłoka w pracach nad nowym mechanizmem wsparcia produkcji energii elektrycznej i cieplnej (nazywanym kogeneracją).
„Powodowało to, że przedsiębiorstwa wycofywały się z planowanych inwestycji w nowe jednostki mocy lub je zawieszały, oczekując na sprzyjające warunki” – wskazuje NIK. A skoro nie ma inwestycji w energetykę, to nie będzie także prądu.
Kilkuletnie w sumie opóźnienie w przygotowaniu nowych rozwiązań legislacyjnych spowodowało, że wytwórcy energii elektrycznej nie mieli możliwości dokonania racjonalnej analizy ekonomicznej projektowanych inwestycji.
Wstrzymało to np. inwestycje w elektrowniach we Wrocławiu, Łagiszy, Skawinie.
Elementem pomocy publicznej w modernizacji mocy wytwórczych jest Krajowy Plan Inwestycyjny. Umożliwia on przydzielanie firmom energetycznym bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 pod warunkiem wskazania poniesionych nakładów na modernizację, stosowanie czystych technologii czy dywersyfikację źródeł dostaw surowców.
Jak stwierdziła NIK: „stan realizacji Krajowego Planu Inwestycyjnego wskazywał na wysokie ryzyko niewykonania większości ujętych tam zadań. Minister gospodarki, a następnie minister energii nie dokonywał regularnej i rzetelnej analizy stopnia realizacji planu pod kątem zaawansowania inwestycji w jednostki wytwórcze”.
A pod rządami PiS z tym zaawansowaniem inwestycji jest niestety wręcz fatalnie.
Wszystko przeszkadza
Jak stwierdziła NIK, w objętych kontrolą inwestycjach praktycznie na każdym etapie występowały opóźnienia i przesunięcia terminów.
Na przykład, w Kozienicach głównym powodem opóźnień był wpływ poziomów Wisły na warunki wodne podłoża i osiadanie turbozespołu.
We Włocławku i Płocku przyczyną było niespełnianie wymogów technicznych zainstalowanych urządzeń elektrowni i elementów konstrukcyjnych, co wymuszało ich wymianę. Dodatkowo niski poziom rzeki uniemożliwiał transport elementów elektrowni, a silny wiatr opóźnił montaż wysokich konstrukcji.
W elektrowniach Turów i Opole wpływ na opóźnienia miała zła pogoda, awaria dźwigu oraz konieczność wymiany rurociągów wody chłodzącej wykonanych z tworzywa sztucznego na stalowe. Dodatkowo w Turowie trzeba było zmienić podstawowe parametry bloku energetycznego, tak by spełniał odpowiednie wymogi.
Przesunięcie terminu budowy budowy bloku Elektrowni Jaworzno III było spowodowane zmianami zakresu kontraktu uzgodnionymi przez inwestora z wykonawcą. W przypadku EC Żerań opóźniła się dostawa turbiny (z dalekiej Japonii, bo u nas nie jesteśmy w stanie ich
produkować).
Opóźnienia odnotowano również przy rozbudowie Elektrowni Ostrołęka. Tam, po wyłonieniu wykonawcy do czasu wydania polecenia rozpoczęcia robót, nastąpiło czteromiesięczne opóźnienie w stosunku do harmonogramu inwestycji.
I taki jest właśnie obraz polskiej energetyki pod rządami „dobrej zmiany”.
PiS-owski projekt polityki energetycznej Polski przewiduje w dekadzie 2030 – 2040 spadek udziału węgla w produkcji energii. To jednak tylko projekt, a poza tym węgla nie ma czym zastąpić. O ile bowiem wcześniejsza polityka energetyczna do 2030 r., przyjęta przez PO-PSL przewidywała dostawy prądu z polskiej elektrowni jądrowej, to w PiS-owskim projekcie do 2040 elektrownia atomowa ma pojawić się najwcześniej w 2033 r. Wypada zasugerować więc, by mieszkańcy naszego kraju zaczęli kupować lampy naftowe. Tyle, że w wyniku działań (czy raczej zaniechań) Prawa i Sprawiedliwości to także będzie korzystne nie dla Polski lecz dla Rosji. Importujemy bowiem stamtąd i ropę naftową, i węgiel.