Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.

Polsce grozi brak prądu

Pod rządami PiS w naszym kraju, po raz pierwszy od wielu lat, zaczyna się pojawiać realne niebezpieczeństwo wystąpienia przerw w dostawach energii elektrycznej.

W ostatnim dwudziestoleciu wielokrotnie pojawiały się alarmujące informacje o niedoborze energii, jak już, już miałby wystąpić w naszym kraju.
Na szczęście były to tylko fake-newsy, produkowane przez kłamliwe media. Tym razem jednak zapowiedź niedostatku mocy naszej energetyki jest realna i oparta niestety na solidnych podstawach.
Scenariusze wyłączeń
Z prognoz państwowej firmy Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA i raportu ministra energii z 2017 r. (a więc po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości) wynika, iż do 2030 r. wystąpi ryzyko poważnego niedoboru mocy, dostępnej w krajowych zakładach energetycznych.
Wedle przyjętych wariantów, brak możliwości pokrycia zapotrzebowania odbiorców przez krajowe elektrownie miałby nastąpić w 2030 r. (w scenariuszu przewidującym konsekwentną modernizację bloków energetycznych) albo już w 2021 r. według scenariusza uwzględniającego konieczne wyłączenia zużytych bloków energetycznych i zastąpienia ich całkowicie nowymi.
Za sprawą nieudolnej polityki energetycznej PiS, Polsce znacznie bliżej do drugiego scenariusza, przewidującego duże kłopoty już w przyszłym roku.
„Z prognoz wynika, że zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest od terminowej budowy nowych mocy wytwórczych niezależnie od scenariusza” – słusznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Badania PSE przeprowadzone w 2018 r. dowodzą, że przy scenariuszu „modernizacyjnym” całkowite zapotrzebowanie na nowe zdolności wytwórcze do 2035 r. wyniesie około 22 gigawaty. Natomiast w scenariuszu „wycofań” nawet około 28 GW.
Nierealne plany
Oznacza to, że w najbliższej perspektywie konieczne jest oddanie do użytkowania mocy około 5300 MW, przy utrzymaniu w eksploatacji możliwie największej części bloków obecnie funkcjonujących. Pod rządami PiS jest to jednak nierealne.
Nierealne – ponieważ na sytuację polskiej energetyki ma wpływ niesprzyjające otoczenie prawne i gospodarcze, za którego kształtowanie odpowiada właśnie rząd PiS. Według danych podanych przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki średnia cena sprzedaży 1 MWh energii elektrycznej spadła z 201,36 zł w 2012 r. do 194,30 zł .
W tym czasie średnia cena za emisję tony CO2 wynosiła od około 6 do 25 euro/t. 11 kwietnia 2019 r. cena uprawnień do emisji CO2 osiągnęła rekordowy od 11 lat poziom 27,41 euro/t.
Malejące przydziały darmowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla znacząco wpływały na wzrost kosztów, który potęgował także rosnący poziom cen dostępnych uprawnień. Wszystko to wpływało na coraz gorszą sytuację finansową producentów energii.
A są to producenci wciąż wykorzystujący węgiel, co jest coraz bardziej nieopłacalne (zwłaszcza, że to coraz częściej węgiel importowany z Rosji). Pod rządami PiS nie ma bowiem mowy o jakimkolwiek zwrocie w kierunku produkowania bardziej zielonej energii.
Banki, w tym i krajowe, widząc nieopłacalność rozbudowy energetyki węglowej, coraz częściej decydują o zaprzestaniu finansowania inwestycji i technologii opartych na węglu.
Nie wiadomo jednak, co miałoby ją zastąpić, gdyż w Polsce brakowało rządowej strategii budowy i modernizacji mocy wytwórczych, która określałaby docelowy tzw. miks energetyczny.
Totalna niepewność
W dodatku opieszałość rządu PiS spowodowała, iż nastąpiła zwłoka w pracach nad nowym mechanizmem wsparcia produkcji energii elektrycznej i cieplnej (nazywanym kogeneracją).
„Powodowało to, że przedsiębiorstwa wycofywały się z planowanych inwestycji w nowe jednostki mocy lub je zawieszały, oczekując na sprzyjające warunki” – wskazuje NIK. A skoro nie ma inwestycji w energetykę, to nie będzie także prądu.
Kilkuletnie w sumie opóźnienie w przygotowaniu nowych rozwiązań legislacyjnych spowodowało, że wytwórcy energii elektrycznej nie mieli możliwości dokonania racjonalnej analizy ekonomicznej projektowanych inwestycji.
Wstrzymało to np. inwestycje w elektrowniach we Wrocławiu, Łagiszy, Skawinie.
Elementem pomocy publicznej w modernizacji mocy wytwórczych jest Krajowy Plan Inwestycyjny. Umożliwia on przydzielanie firmom energetycznym bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 pod warunkiem wskazania poniesionych nakładów na modernizację, stosowanie czystych technologii czy dywersyfikację źródeł dostaw surowców.
Jak stwierdziła NIK: „stan realizacji Krajowego Planu Inwestycyjnego wskazywał na wysokie ryzyko niewykonania większości ujętych tam zadań. Minister gospodarki, a następnie minister energii nie dokonywał regularnej i rzetelnej analizy stopnia realizacji planu pod kątem zaawansowania inwestycji w jednostki wytwórcze”.
A pod rządami PiS z tym zaawansowaniem inwestycji jest niestety wręcz fatalnie.
Wszystko przeszkadza
Jak stwierdziła NIK, w objętych kontrolą inwestycjach praktycznie na każdym etapie występowały opóźnienia i przesunięcia terminów.
Na przykład, w Kozienicach głównym powodem opóźnień był wpływ poziomów Wisły na warunki wodne podłoża i osiadanie turbozespołu.
We Włocławku i Płocku przyczyną było niespełnianie wymogów technicznych zainstalowanych urządzeń elektrowni i elementów konstrukcyjnych, co wymuszało ich wymianę. Dodatkowo niski poziom rzeki uniemożliwiał transport elementów elektrowni, a silny wiatr opóźnił montaż wysokich konstrukcji.
W elektrowniach Turów i Opole wpływ na opóźnienia miała zła pogoda, awaria dźwigu oraz konieczność wymiany rurociągów wody chłodzącej wykonanych z tworzywa sztucznego na stalowe. Dodatkowo w Turowie trzeba było zmienić podstawowe parametry bloku energetycznego, tak by spełniał odpowiednie wymogi.
Przesunięcie terminu budowy budowy bloku Elektrowni Jaworzno III było spowodowane zmianami zakresu kontraktu uzgodnionymi przez inwestora z wykonawcą. W przypadku EC Żerań opóźniła się dostawa turbiny (z dalekiej Japonii, bo u nas nie jesteśmy w stanie ich
produkować).
Opóźnienia odnotowano również przy rozbudowie Elektrowni Ostrołęka. Tam, po wyłonieniu wykonawcy do czasu wydania polecenia rozpoczęcia robót, nastąpiło czteromiesięczne opóźnienie w stosunku do harmonogramu inwestycji.
I taki jest właśnie obraz polskiej energetyki pod rządami „dobrej zmiany”.
PiS-owski projekt polityki energetycznej Polski przewiduje w dekadzie 2030 – 2040 spadek udziału węgla w produkcji energii. To jednak tylko projekt, a poza tym węgla nie ma czym zastąpić. O ile bowiem wcześniejsza polityka energetyczna do 2030 r., przyjęta przez PO-PSL przewidywała dostawy prądu z polskiej elektrowni jądrowej, to w PiS-owskim projekcie do 2040 elektrownia atomowa ma pojawić się najwcześniej w 2033 r. Wypada zasugerować więc, by mieszkańcy naszego kraju zaczęli kupować lampy naftowe. Tyle, że w wyniku działań (czy raczej zaniechań) Prawa i Sprawiedliwości to także będzie korzystne nie dla Polski lecz dla Rosji. Importujemy bowiem stamtąd i ropę naftową, i węgiel.

Chciał tylko pomóc

W sobotę papieski jałmużnik – kard. Konrad Krajewski podłączył prąd w zajmowanym nielegalnie budynku przy via Santa Croce. Mieszkało tam blisko 500 osób – w ponad 100 dzieci. Jedna trzecia z nich to Włosi. W budynku odcięto elektryczność i wodę 6 maja, gdyż od lat nie płacono za światło. Dług urósł do 300 tys. euro. A zgodnie z nową polityką ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego – lokale zajmowane nielegalnie przez rodziny i osoby bezdomne, powinny zostać wreszcie opróżnione. Eksmisje z nielegalnie zajmowanych budynków to jeden z ważnych punktów dekretu bezpieczeństwa, który wszedł w życie pod koniec ubiegłego roku.
Polski duchowny – który podobno w przeszłości był elektrykiem, więc znał się na rzeczy – pojawił się na ulicy Świętego Krzyża wraz z pomocnikami, złamał policyjne pieczęcie, wszedł do studzienki i podłączył prąd. Przez chwilę szukano winnego, gdyż minister Salvini się zdenerwował. Kardynał Krajewski przyznał się publicznie: „Zrobiłem to ja. Nie mogłem zostawić dłużej dzieci bez światła i wody. Próbowaliśmy dzwonić do elektrowni. W Rzymie w weekend nic nie działa z wyjątkiem barów i restauracji. Sytuacja była rozpaczliwa. Biorę na siebie całą odpowiedzialność i nie muszę się tłumaczyć, bo nie ma nic do powiedzenia.”.
Oprócz komentarza przytaczanego przez wszystkie zagraniczne media „Obrona nielegalnych działań nigdy nie jest dobrym znakiem. Zwykli ludzie płacą za prąd. Jako minister spraw wewnętrznych muszę gwarantować przestrzeganie prawa.”, Salvini powiedział również: „To niech kardynał teraz zapłaci rachunki”. „Od tego momentu ja będę płacił za światło w tym budynku. Zapłacę również za światło Salviniego.” – odpowiedział mu Krajewski.
Włochy pogrążone w przedwyborczej gorączce podzieliły się. Prawicowe media zaczęły bić w Krajewskiego. Tygodnik „Panorama” w artykule pt.: „Jeśli Kościół płaci ci rachunki” wymienił wszystkie przestępstwa papieskiego jałmużnika i skomentował: „Włochy są krajem, w którym wszyscy interpretują i szanują prawa zgodnie z własnymi potrzebami. W świetle prawa, jeśli ktoś nielegalnie zajmuje budynek, musi zostać eksmitowany dlatego, że dokonuje czynu zabronionego. Jeśli później nie płaci nawet za światło, wykroczenie jest podwójne. Pomaganie, uzasadnianie, usprawiedliwianie – jeśli z jednej strony „pomaga” tym ludziom – z drugiej strony obraża (nie wspominając o gorszym) tych, którzy ustanawiają prawo i szanują je każdego dnia. Teraz we Włoszech obowiązuje zasada: jeśli szanujesz prawo, jesteś głupcem. Jeśli robisz coś, żeby wszyscy je szanowali, jesteś faszystą”. Pod artykułem „Panoramy” włoski internet się „rozhejtał” przeciwko Krajewskiemu, Kościołowi i papieżowi. Aż strach przytoczyć te antyklerykalne wpisy, w obawie przed art. 196.
Zbyt dobry papież
Papież Franciszek jest pierwszym Ojcem Świętym, który musiał zmierzyć się z mediami społecznościowymi – i jak dowiedzieliśmy się z watykańskich źródeł – sprawa antypapieskiego hejtu to nie mały problem. „Niech papież przestanie wreszcie mówić o migrantach i zajmie się doktryną” to łagodne apele kierowane do Bergoglia. Antypapieski hejt przeraziłby chyba niejednego antyklerykała – zwłaszcza, że często ci, którzy go uprawiają deklarują się jako prawdziwi katolicy, dla których najważniejszy jest Bóg, Rodzina i Ojczyzna.
To, że papieża i włoskiego ministra spraw wewnętrznych nie łączy sympatia nie jest już tajemnicą. Bergoglio odmówił mu audiencji, dotąd aż będzie odpierał migrantów. Ministrowi nie wypada atakować papieża, ale Krajewskiego może.
Jak tłumaczy Watykan – papież zajmuje się Rzymem jako swoją diecezją – jest w końcu spadkobiercą kluczy Piotrowych i biskupem Romy.
Za pontyfikatu Bergoglia, Watykan przeznacza olbrzymie sumy na pomoc potrzebującym w rzymskiej diecezji. W zeszłym roku na ten cel poszło 3,5 mln euro. Kościół płaci rachunki za światło, wodę i wynajem – tym, którzy tego naprawdę potrzebują i robi to przez doskonale zorganizowane parafie, w których wie się wszystko o najbiedniejszych i potrzebujących. Papieski „Robi Hood” jeździ nocą w zwykłym ubraniu białym vanem po Rzymie i rozdaje bezdomnym koce i jedzenie. Dba też o „Ambulatoria solidarne”, gdzie najbiedniejsi mogą leczyć się bezpłatnie. Prawie połowa osób, którym pomaga Watykan to Włosi, którzy na skutek kryzysu gospodarczego znajdują się w trudnej sytuacji.
Kardynał Krajewski, który chciał tylko pomóc, nieopatrznie wpadł w młyn kampanii przedwyborczej, która wszystko mieli i wykorzystuje.
Są też inni dłużnicy
Sprawa papieskiego jałmużnika zajmuje we Włoszech zdominowała media i politykę przez kilka dni. Dziennik telewizyjny La7, w kontekście gestu Krajewskiego przypomniał, że od 15 lat również inny budynek w Rzymie jest zajmowany nielegalnie i nie płaci za światło mając dług 300 tys. euro. Chodzi o siedzibę włoskiego ruchu narodowo-rewolucyjnego i neofaszystowskiego zwanego CasaPound, znajdującą się obok Termini. Również im dostawca energii odciął światło jakiś czas temu, ale 27 rodzin nie żyje w ciemności. Skąd czerpią prąd nie wiadomo – bo do wewnątrz siedziby nikt nie może wejść. CasaPound, której sympatycy sami definiują się jako „neofaszyści trzeciego tysiącleci”, nie znajduje się jednak na liście budynków, które zostaną poddane eksmisji. To od dawna problem sporów pomiędzy prezydent Rzymu – Virginią Raggi z Ruchu Pięciu Gwiazd i ministrem Salvinim. Raggi żąda by Salvini umieścił budynek zajmowany przez CasaPound na liście – on odpowiada, że najpierw struktury niebezpieczne, później te które stanowią zagrożenie publiczne, a później przyjdzie kolej na innych.

Benzyna znowu nam zdrożeje

Z kłopotów branży naftowej w Wenezueli korzystają Stany Zjednoczone, które w porównaniu z ubiegłym rokiem bardzo zwiększyły wydobycie ropy. Wpływa to także na polski rynek paliw.

Przed nami kolejna fala podwyżek cen na stacjach paliwowych. Częściowo odpowiadają za to kłopoty Wenezueli, a częściowo powrót wyższych marż rafineryjnych spowodowanych sytuacją w USA. Na pocieszenie, tym razem podwyżki nie dotkną właścicieli diesli.
Na początku marca w Wenezueli przez kilka dni brakowało prądu. Bez energii elektrycznej wydobycie i eksport ropy naftowej z tego pogrążonego w kryzysie kraju było poważnie utrudnione. Gdy wydawało się, że największe problemy zostały zażegnane, Wenezuelę dotknęła druga fala ciemności. Czy jednak teraz wydarzenia w latynoamerykańskim państwie będą wpływać na ceny na polskich stacjach paliw?

Bez prądu i internetu

Kolejne przerwy w dostawie prądu nawiedziły Wenezuelę w poniedziałek. Władze w Caracas upierają się, że to działania zagranicznych przeciwników reżimu prezydenta Nicolasa Maduro.
Prawda jest jednak taka, że przez lata elektrownie wodne, które dostarczają większość prądu w Wenezueli, nie były odpowiednio konserwowane. Brakowało zagranicznej waluty w skorumpowanym do granic możliwości kraju, a władze nie płaciły zagranicznym firmom mającym modernizować infrastrukturę energetyczną.
Od ostatniego blackoutu, elektrowni i innych newralgicznych miejsc dla energetyki pilnowało nawet wojsko. To jednak nie zapobiegło kolejnej awarii, która praktycznie odcięła od dostaw prądu całe państwo. Nie działało metro w Caracas ani sygnalizacja świetlna. Cały handel detaliczny wtedy praktycznie zamiera, gdyż przy wysokich temperaturach i wobec braku prądu szybko psuje się żywność i utrudnione są płatności elektroniczne.
Cierpiał także transport drogowy ze względu na trudności w nabyciu paliw (brak i elektryczności, i samego surowca), a pasażerowie lotniska w stolicy kraju oczekiwali na samoloty w ciemnościach. Pracownicy części sektora publicznego i uczniowie mieli wolne.
Brak zasilania utrudniał ludziom także dostęp do internetu. NetBlocks, który monitoruje ruch w sieci, pokazał, że w Wenezueli w dniach blackoutu połączenia praktycznie zamarły. Dodatkowo władze, gdy zauważają niepokojącą ilość antyrządowych informacji, blokują dostęp do serwisów społecznościowych i wyszukiwarek.
Poza tymi niedogodnościami, dochodziło do naprawdę dramatycznych scen. Bez prądu nie było także wody w wielu miejscach kraju.
Szpitale, które chociaż mają awaryjne systemy zasilania, od lat były niedofinansowane. Część z nich musiała więc działać bez prądu. Przeprowadzane były operacje przy świetle z latarek smartfonów. Placówki służby zdrowia nie radzły sobie z podstawowymi czynnościami, a ludzie na oddziałach szpitalnych umierali ze względu na brak leków, środków czystości czy personelu. Znaczna część lekarzy pochodziła z Kuby i opuścili oni Wenezuelę.

Amerykańskie kłopoty a Europa

Kryzys Wenezueli dotyczy również globalnej podaży ropy naftowej. Wydobycie surowca w republice dramatyczne spadało praktycznie przez wszystkie miesiące ostatnich trzech lat.
Jeszcze w lutym 2016 r. wydobywano w tym kraju 2,3 mln baryłek ropy dziennie. Na początku tego roku było to 1,2 mln baryłek, a w lutym niespełna 1,1 mln. Agencja Bloomberg szacowała, że w kilka dni po pierwszym blackoucie, mimo przywrócenia dostaw prądu produkcja ropy w Wenezueli wyniosła tylko 600 tys. baryłek dziennie.
W rezultacie w marcu ropa podrożała już o ok. 5 proc., a od początku roku o ok. 30 proc. Według doniesień Bloomberga to może być najlepszy kwartał dla tego surowca od 17 lat. Wydaje się jednak, że ceny ropy w znacznym stopniu uwzględniły już większość problemów Wenezueli i prawdopodobnie już nie będą wyraźnie rosły – ocenia Cinkciarz.pl.
Udział południowoamerykańskiego państwa w globalnej podaży ropy naftowej sukcesywnie spada. Gdyby więc nawet produkcja w Wenezueli zupełnie ustała, nie powinno to w istotny sposób pchać cen w górę – zwłaszcza że w Stanach Zjednoczonych wydobycie ropy rośnie bardzo mocno w porównaniu z ubiegłym rokiem (około 1,7 mln baryłek dziennie) i zwiększyły się także jej zapasy.
Równie ważnym elementem jest fakt, że ostatnio bardzo wzrosła marża rafinerii amerykańskich wynikająca z przerobu ropy na paliwa (crack spread). Jeszcze na początku lutego w przypadku benzyny była ona na najniższym poziomie w USA od prawie 10 lat i wynosiła na baryłce ropy zaledwie 5 dolarów. To dzięki temu benzyna globalnie była stosunkowo tania w porównaniu do cen ropy naftowej i oleju napędowego. Odczuwaliśmy to także i w Polsce.
Teraz crack spread wzrósł do 20 dol. na baryłce i przekracza już o kilka dolarów wieloletnią średnią. Było to spowodowane z jednej strony pożarami zbiorników petrochemicznych w Houston, co zaburzało transport paliw i ich wytworzenie w tym ważnym regionie – a z drugiej, poważnymi powodziami na środkowym zachodzie USA (Missouri, Wisconsin, Nebraska), utrudniającymi pracę rafineriom i zakłócającymi dostawy etanolu (dodatku do benzyny).
Ze względu na mniejszą podaż benzyny bezołowiowej Amerykanie posiłkują się jej zwiększonym importem z Europy. Według obliczeń Bloomberga wzrósł on do najwyższych poziomów od ponad pół roku.

Nasze ceny idą w górę

Na Starym Kontynencie, a zatem także w Polsce, ceny benzyny drastycznie rosną w konsekwencji wszystkich tych wydarzeń. Według danych Komisji Europejskiej w drugiej połowie marca ceny popularnej „95” w Polsce zwiększyły się o ponad 2 proc. (tylko w czterech krajach Unii Europejskiej rosły szybciej) do 4,87 zł/itr. Patrząc jednak na średnie ceny benzyny bez podatków, Polska wypada bardzo blisko unijnej średniej, można więc powiedzieć, że dotychczas nie były one zawyżone.
Na rynku globalnym, a także w polskim handlu hurtowym, od połowy marca ceny benzyny silnie rosły (przez dwa tygodnie o ponad 20 groszy). I choć wygląda na to, że negatywny trend w hurcie wreszcie się zatrzymał, to prawdopodobnie bariera 5 zł za litr zacznie jednak „pękać” na stacjach benzynowych w kolejnych dniach.
Większych ruchów nie widać natomiast na rynku globalnym oleju napędowego. Wydaje się zatem, że nie ma powodów, aby obecna cena ok. 5,10 zł/litr miała zostać w najbliższych dniach wyraźniej przekroczona. Tym razem więc, w przeciwieństwie do minionych miesięcy, głębiej do kieszeni zaczną sięgać właściciele aut napędzanych benzyną, niż dieslem.

Dlaczego za prąd płacimy z góry?

Nie ma tu dobrego wytłumaczenia. Po prostu, tak jest lepiej
dla firm sprzedających i dostarczających energię.

Rachunki za prąd są nieczytelne, a firmy energetyczne nic nie robią, aby uczynić je choć odrobinę bardziej zrozumiałymi. Co do tego nie ma wątpliwości, ale dobrze byłoby jednak wiedzieć, za co płacimy i czy możemy mieć wpływ na wysokość opłat?.
Od razu należy odpowiedzieć, że raczej nie możemy – ale dla własnej samowiedzy warto poznać choćby niektóre tajniki otrzymywanych faktur energetycznych.

Prognozy i rzeczywistość

Taka faktura składa się z bardzo wielu elementów, a zazwyczaj poprzestajemy na sprawdzeniu dwóch informacji – jakiego okresu rozliczeniowego dotyczy faktura i ile mamy zapłacić.
Kwestia okresu rozliczeniowego jest warta sprawdzenia, bowiem jest on najczęściej związany z systemem prognozowanego zużycia energii.
Prognoza ustalana jest na podstawie dotychczasowego zużycia energii w podobnym okresie, np. zimą ubiegłego roku.
A przecież sytuacja mogła być zupełnie inna – zima była bardzo mroźna i dogrzewaliśmy wtedy mieszkanie elektrycznym piecykiem, teraz nie i dlatego dzisiejsza prognoza może być zawyżona. Będziemy płacić więcej, niż w rzeczywistości powinniśmy. Powstała nadpłata w stosunku do faktycznego zużycia może być nam zwrócona lub zaliczona na poczet przyszłych faktur, jeżeli nie zażądamy jej wypłacenia.
Dlatego Federacja Konsumentów sugeruje, że warto śledzić prognozowane zużycie energii oraz rzeczywiste, z odczytu – nie tylko biorąc pod uwagę rachunki z kilku okresów rozliczeniowych, ale również samemu co jakiś czas spisując stan licznika wraz z datą i porównując go z danymi z faktury.
W razie zbyt dużych różnic można alarmować firmę przysyłającą nam fakturę za prąd. Firma oczywiście nigdy nam nie odda ani grosza z tytułu zawyżonej prognozy, ale jest nadzieja, że w przyszłości, wiedząc, że jesteśmy czujni, może będzie nieco rzetelniej prognozować nasze zużycie. Rzeczywisty odczyt z licznika przez inkasenta może być dokonywany co 12 miesięcy, 6 lub dwa miesiące – wybór należy do nas, ale im krótszy okres, tym więcej zapłacimy opłaty abonamentowej za obsługę i wizyty inkasenta.

Żeby nas łatwiej oszukać

Nie wiadomo dlaczego za prąd musimy płacić z góry a nie z dołu, skoro inkasenci i tak sprawdzają stany liczników. Nikt nie jest w stanie tego pojąć, tak po prostu musi u nas być, żadnej organizacji konsumenckiej to nie przeszkadza i żaden urząd nie próbuje tego zmienić.
Jedyne racjonalne wytłumaczenie brzmi, że za prąd płacimy z góry dlatego, by sprzedawcy i dostarczyciele prądu mogli nas oszukiwać na prognozach zużycia.
Prognozowane zużycie energii składa się z dwóch elementów:
– ile zostanie nam sprzedanej energii i ile za nią zapłacimy?
– ile zapłacimy w tym okresie za jej dystrybucję do nas, czyli dostarczenie jej do domu siecią energetyczną?
Co jakiś czas dostajemy rozliczenie sprzedaży i dystrybucji energii elektrycznej. Jest to zestawienie poniesionych przez nas opłat wskazanych w prognozach, z należnością za faktyczne zużycie, wyliczoną na podstawie odczytu inkasenta. Nie jest to satysfakcjonujący system i na pewno utrudnia panowanie nad budżetem domowym i efektywnym zużyciem energii w gospodarstwie domowym.
Z faktury za prąd wynika, że mamy tak naprawdę dwa odrębne rachunki na jednej fakturze, płacone innym przedsiębiorcom – sprzedawcy energii oraz jej dystrybutorowi czyli dostarczycielowi.
Tak to jest z prądem: jeden go wytwarza, drugi nam sprzedaje, a trzeci dostarcza. Interesują nas dwaj ostatni.

Niespotykana mnogość opłat

Sprzedawcy płacimy opłatę za zużyty prąd. Tę kwotę znajdziemy w części faktury „sprzedaż energii elektrycznej” pod pozycją „energia czynna”. Sprzedawca prądu ponadto jeszcze nalicza „opłatę handlową” (choć nie wszyscy tak robią) za tzw. bieżącą obsługę konsumenta (która nie wiadomo na czym polega).
Dostarczycielowi energii płacimy natomiast za koszty dostarczenia prądu do gospodarstwa domowego. Tu sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana i więcej składowych jest na fakturze, a ich łączny koszt stanowi 50-60 proc. wartości naszego rachunku. Wymieńmy je:
Opłata przesyłowa (sieciowa) stała – to opłata za utrzymanie w dobrym stanie urządzeń energetycznych przez operatora. Ta opłata jest niezależna od ilości pobranej przez nas energii. W skład tych urządzeń wchodzi np. nasz licznik – jest on własnością operatora, który legalizuje lub wymienia go właśnie w ramach tej opłaty.
Opłata przesyłowa (sieciowa) zmienna, zależąca od ilości zużytej energii. Ta opłata pokrywa koszty przesyłu energii siecią.
Opłata abonamentowa, która pokrywa koszty odczytu liczników i ich kontroli, czyli wizyt inkasenta.
Opłata jakościowa – za utrzymanie standardów jakości prądu (żeby miał odpowiednie napięcie i nie było wahań). Ustala ją monopolistycznie państwowa firma Polskie Sieci Elektroenergetyczne, która zarządza liniami energetycznymi w naszym kraju.
Opłata OZE – na wspieranie producentów tzw. zielonej czyli odnawialnej energii. Wysokość opłaty OZE zależy od ilości skonsumowanej przez nas energii. Czyli, im więcej prądu zużyjemy, tym większej pomocy udzielimy producentom OZE.
Opłata przejściowa – która jest zupełnie niezwiązana z funkcjonowaniem systemu dystrybucji. Jest to swoisty haracz za przywilej korzystania z krajowego systemu elektroenergetycznego.

Porzućmy wszelką nadzieję

Na żaden ze składników faktury za prąd nie mamy wpływu i nie jesteśmy w stanie ich zmniejszyć.
Sprzedawca i dostarczyciel energii mogą je ustalać dowolnie jak chcą, Rynek energii w Polsce jest faktycznie zmonopolizowany, ceny są po cichu ustalane, nikt nic z tym nie robi.
Porzućmy więc wszelką nadzieję, że możemy zmniejszyć rachunek za prąd w jakikolwiek inny sposób, niż ograniczając jego zużycie. W dodatku, nawet jeżeli nie będziemy korzystać z prądu, bo np. wyjedziemy na dłużej, to za „gotowość” dostarczyciela energii do świadczenia nam usług i tak będziemy musieli zapłacić.
Teoretycznie mamy niby wpływ na opłaty za sam prąd – możemy zmienić sprzedawcę prądu, porównując oferty opłaty za energię czynną u różnych przedsiębiorców, aby wybrać najtańszą. Wtedy za dostarczenie (dystrybucję) będziemy płacić tyle samo, ale za zużyty prąd mniej.
Szczerze mówiąc, dla przeciętnego gospodarstwa domowego różnice są jednak praktycznie niezauważalne, a przede wszystkim trudno stwierdzić czy nowy sprzedawca prądu będzie rzeczywiście tańszy. W dodatku system płacenia za energię stanie się jeszcze bardziej niejasny, bo zmieniając sprzedawcę prądu, często podpisujemy tzw. umowę kompleksową, co oznacza, że nadal będziemy dostawać jedną fakturę od dwóch przedsiębiorców, zaś sprzedawca rozliczy się w naszym imieniu z dostarczycielem.
Możemy też wybrać taryfę, dzięki której w określonych godzinach (zwykle w nocy i wczesnym popołudniem) za prąd będziemy płacić mniej. Za to w pozostałych godzinach zapłacimy więcej, więc ewentualne korzyści będą minimalne – tym bardziej, że nie mamy przecież możliwości sprawdzenia, co będzie dla nas lepsze. Nawet jeśli bowiem przez jeden miesiąc będziemy korzystać z taryfy standardowej, a przez drugi z taryfy ze zróżnicowanymi cenami, to nie ma dwóch porównywalnych miesięcy. W każdym zużycie energii układa się nieco inaczej.
Tak więc, praktycznie jesteśmy w Polsce skazani na cenową samowolę i wszechwładzę firm sprzedających oraz dostarczających prąd – i nic nie możemy z tym zrobić.

Kiepskie wiatry dla energetyki odnawialnej

Fot. Zielona jest dużo lepsza niż brunatna. Z naszego krajobrazu przemysłowego nieprędko jednak znikną dymiące kominy licznych elektrowni węglowych.

 

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie stawia na rozwój gospodarki, wykorzystującej przede wszystkim energię z węgla.

 

Zagrożone może być osiągnięcie przez Polskę, wyznaczonego na 2020 r., unijnego celu 15 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w ogólnym jej zużyciu.
W naszym kraju w 2013 r. udział energii z OZE wynosił 11,4 proc. – i wydawało się, że do 2020 r. zwiększymy go do obowiązkowych 15 proc. Jednak w 2016 r. wskaźnik ten wynosił 11,3 proc. i był nie tylko niższy od roku poprzedniego (11,9 proc.), ale i najniższy od 2013 r. Rok później zmniejszył się jeszcze bardziej – jak podał Główny Urząd Statystyczny, udział energii odnawialnej w całkowitym jej zużyciu spadł do równo 11 proc. Można się było tego spodziewać, bo PiS konsekwentnie stawia na rozwój energetyki węglowej.

 

Gorsza od nas tylko Estonia

W rezultacie tych zaniedbań, Polska ma jedną z najwyższych w Europie emisji dwutlenku węgla, w stosunku do wyprodukowanej energii elektrycznej – z wszystkimi tego skutkami, także i takimi jak duża liczba zgonów spowodowanych zanieczyszczonym powietrzem.
Jak podaje Najwyższa Izba Kontroli, większy niż u nas udział dwutlenku węgla na jedną kilowatogodzinę wytworzonej energii jest tylko w Estonii, która widocznie jakoś nie idzie śladem innych państw skandynawskich, bardzo dbałych o ekologię.
Polityka Unii Europejskiej dotycząca klimatu i energii została zapisana w pakiecie klimatyczno-energetycznym z 23 kwietnia 2009 r . Częścią pakietu jest rozwój energetyki opartej na odnawialnych źródłach (niekopalnych) takich jak wiatr, promieniowanie słoneczne, geotermia, siła wody i pływów morskich, a także biomasa uzyskiwana z różnych roślin (choć jej spalanie trudno uznać za sposób na uzyskiwanie czystej energii).
W tym pakiecie celem dla państw członkowskich UE ma być zwiększenie udziału energii wytwarzanej ze źródeł odnawialnych do 20 proc. w 2020 r.
Dla Polski, jako kraju tradycyjnie uzależnionego od węgla, udział ten w 2020 r. ma wynosić 15 proc., (w tym w transporcie 10 proc.).
Pakiet klimatyczny zakłada też ograniczenie barier hamujących zwiększanie produkcji prądu z odnawialnych źródeł energii.

 

Inwestorzy rezygnują

Polska nie za bardzo sobie z tym wszystkim radzi. Już w czerwcu 2015 r. Komisja Europejska w raporcie z postępów we wdrożeniu odnawialnych źródeł energii ostrzegła dwa kraje: Polskę i Węgry, że mogą nie zrealizować celów dotyczących udziału OZE na 2020 r. Teraz okazuje się, że najgorsze w Unii są Polska oraz Estonia.
W dodatku u nas energia ze źródeł odnawialnych pochodzi przede wszystkim z biomasy (jej spalanie stanowi w Polsce 71 proc. OZE, podczas gdy w całej Unii Europejskiej tylko 45 proc.). Trujemy też odpowiednio więcej niż reszta UE.
Polski rząd niespecjalnie dba o zmianę kierunku naszej polityki energetycznej.
Pomimo obowiązku przedkładania każdego roku przez Ministra Energii (a poprzednio Ministra Gospodarki) informacji o realizacji polityki energetycznej Polski do roku 2030, ostatni raz Rada Ministrów przyjęła taką informację za 2012 r. Polskie przepisy nie służą zaś wzrostowi inwestycji w sektorze OZE.
W rezultacie zmniejsza się liczba wniosków o udzielenie koncesji na wytwarzanie energii odnawialnej. Chodzi tu o elektrownie wiatrowe, biogazownie, systemy fotowoltaiczne, baterie słoneczne, piece na biomasę, pompy do gorących źródeł.
W 2016 r. złożono o ponad 60 proc. mniej wniosków o wydanie koncesji niż w roku 2015. W związku z tym spada też moc instalacji OZE. Na koniec I półrocza 2017 r. była ona mniejsza o 1539 megawatów od mocy na koniec 2015 r.
Następuje również rezygnacja inwestorów z przyłączenia do sieci nowych źródeł wytwarzania prądu, pomimo wydanych już warunków przyłączenia. Ponad 75 proc. instalacji OZE planowanych do przyłączenia w okresie: 2015 r. – pierwsze półrocze 2017 r., nie zostało zrealizowanych.

 

Czysta będzie kosztować

Rezygnowano u nas zwłaszcza z budowy farm wiatrowych. Główną przyczyną wstrzymania rozwoju energetyki wiatrowej były ograniczenia dotyczące wysokości masztów z wirnikami i ich odległości od siedzib ludzkich – co zmniejszyło liczbę możliwych lokalizacji tych farm.
Ograniczenia te nałożono ustawą z 20 maja 2016 r. o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych. Mało opłacalne stały się modernizacje lub remonty tych elektrowni ponieważ zwiększono obciążenie podatkiem od nieruchomości, liczonym od wartości wszystkich części turbin wiatrowych.
Zahamowany został także rozwój energetyki wodnej, z powodu likwidacji zwolnień z opłat za korzystanie z wody dla elektrowni wodnych.
Odnawialnym źródłom energii nie służy również promowany w Polsce system aukcyjny, który nie daje pewności realizacji inwestycji, gdyż dopiero wygrana aukcja zapewnia gwarancję ceny i założonej rentowności inwestycji – natomiast przygotowanie do udziału w aukcji wymaga znacznych nakładów finansowych.
System aukcyjny polega na tym, że producenci prądu z odnawialnych źródeł przygotowują ofertę zawierającą cenę za jednostkę wyprodukowanej energii oraz jej ilość energii, jaką zobowiązują się dostarczyć w okresie 15 lat.
Zaproponowana cena nie może być wyższa niż tzw. cena referencyjna określona dla danego źródła energii w rozporządzeniu ministra gospodarki. Wybrane do dofinansowania zostaną oferty gwarantujące najniższą cenę za jednostkę energii.
Aukcje nie cieszą się też zainteresowaniem nabywców prądu. W trakcie wszystkich aukcji sprzedano jedynie 58 proc. oferowanej energii.
Wszystko wskazuje na to, że Polska nie zdoła zwiększyć udziału energii odnawialnej do 15 proc. już w 2020 r. Możemy stanąć wtedy przed koniecznością zakupu tej energii z krajów unijnych, które mają jej nadwyżkę – żeby zmieścić się w ustalonym limicie. To będzie zaś kosztować parę miliardów złotych rocznie.