Po co im to było?

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w czasie pandemii nie odbędzie się bez strat i kłopotów dla mieszkańców dumnego Albionu.

Nawet przed epidemią koronawirusa gospodarka Zjednoczonego Królestwa znajdowała się w nienajlepszej sytuacji, nie odnotowując wzrostu w IV kwartale 2019 r. Na początku roku wskaźniki wskazywały na spadek inswestycji i handlu poniżej normalnego poziomu, oczywiście w związku z brexitem, bo koronawirus okazał się zagrożeniem dopiero od marca. Obecnie, oszacowanie PKB w I kwartale br. pokazuje powszechne spadki w działalności gospodarczej. Sam PKB zmniejszył się o 1,6 proc.,w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku, konsumpcja brytyjskich gospodarstw spadła o 1,7 proc., a inwestycje o 1,0 proc. Nie są to poważne spadki, ale inne dane wskazują, że może być dużo gorzej. Brytyjski eksport spadł bowiem o 10,8 proc., a import o 5,3 proc. Tylko w samym marcu produkcja w Wlk. Brytanii obniżyła się o 5,8 proc., z czego największy spadek nastąpił w sektorze usług (minus 6,2 proc) i budowlanym (minus 5,8 proc.).
Eksperci (np. z Euler Hermes) spodziewają się, że brytyjski PKB w II kwartale obniży się o około 20 proc. ponieważ przywracanie normalnej działalności jest tam wolniejsze niż w innych krajach Europy. Dane dotyczące energii elektrycznej pokazują spadek średnio o 21 proc. ,zarówno w produkcji energii, jak i jej konsumpcji (w stosunku do minus 17 proc. we Francji i minus 11 proc. w Niemczech. Wskaźnik koniunktury dla budownictwa obniżył się w kwietniu do 8,2, z 39,3 w marcu (to znacznie poniżej poziomu strefy euro wynoszącej 13,6). Przedsiębiorcy brytyjscy przyjęli ostrożne podejście i zamknęli wiele placów budów, a firmy budowlane zachowują pesymizm.
Braki surowców będą ograniczać ożywienie gospodarcze w Zjednoczonym Królestwie. Sektor usług zapewne nie wróci do poziomu sprzed kryzysu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a produkcja i budownictwo w najlepszym wypadku powrócą do tego poziomu na koniec bieżącego roku. Wydatki konsumenckie obniżą się o około 15 proc. w całym 2020 r. Nastąpił już spadek sprzedaży nowych samochodów blisko o 20 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Stopa bezrobocia prawdopodobnie zwiększy się do ponad 10 proc. w III kwartale (z 3,8 proc.w 2019 r.).
Cały czas utrzymuje się podwyższona niepewność związana z brexitem, oraz prawdopodobieństwo ryzyka braku porozumienia handlowego na koniec 2020 r. Zapewne dłuższy okres przejściowy będzie konieczny – co najmniej do połowy 2021 r., Wielka Brytania nie zdoła opuścić Unii Europejskiej bez strat i kłopotów.

Ma być sucho, będzie sucho

I znowu, jak zawsze Polska się pali, stepowieje, stoi w obliczu niedoborów prądu, nie dba o retencję, marnuje wodę.
Mimo że zeszliśmy do najniższego w historii poziomu produkcji energii z węgla, stanowi on dalej 74 proc. naszego miksu energetycznego. Przeciągła susza sprawia, że ryzyko blackoutu, czyli rozległej awarii zasilania spowodowanej brakiem wody do chłodzenia generatorów elektrowni węglowych, jest coraz większe. Jak poradzimy sobie w czasie epidemii bez prądu?
Energetyka węglowa zużywa w Polsce 70 proc. wody trafiającej do naszej gospodarki. Jest ona wykorzystywana do chłodzenia generatorów. Dlatego też zwiększanie ilości odnawialnych źródeł energii i odchodzenie od węgla jest odpowiedzią nie tylko na kryzys klimatyczny, ale także na kryzys wodny. Do bilansowania systemu elektroenergetycznego nadaje się energetyka słoneczna, która gdy elektrownie węglowe muszą ograniczać swoją pracę ze względu na długie okresy nasłonecznienia i suszy – produkuje najwięcej prądu. Dlatego warto, żeby szpitale zaczęły stosować instalacje fotowoltaiczne, które w przypadku blackoutu mogą wesprzeć ich własne generatory prądu. Te własne generatory co najwyżej zagwarantują ciągłość systemów krytycznych – na zasilanie klimatyzacji sal chorych, zaplecza gastronomicznego czy pralni, najprawdopodobniej już nie wystarczą.
Na razie jeszcze susza się nie skończyła. Jeśli nie nawiedzą nas wielotygodniowe deszcze, może to być największa susza od 100 lat. Jak w takim razie przeciwdziałać kryzysowi wodnemu i sprawić, aby latem nie zabrakło prądu?
Według danych Straży Pożarnej niemal w całym kraju obowiązuje trzeci – najwyższy stopień zagrożenia pożarowego. W Biebrzańskim Parku Narodowym spłonęło ponad 5 tys. hektarów lasów i łąk. Jeśli radykalnie nie zmienimy swojego podejścia do gospodarki wodnej, ograniczonego do betonowania, odwadniania i wpuszczania wszystkiego w kanalizację w tym sezonie będzie płonęła nie Australia, ale Polska.
Kryzys klimatyczny wiąże się nierozerwalnie z kryzysem wodnym. Polska stepowieje – dotyczy to m.in. województwa łódzkiego (gdzie wprowadzono pierwszy stopień zagrożenia hydrologicznego) i pojezierza gnieźnieńskiego, które straciło ok. 30 proc. wody. Lustra jezior cofnęły się tam w ostatnich latach o kilka, kilkanaście metrów.
Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej 60 proc. wodowskazów pokazuje poziom poniżej strefy niskiej – w ubiegłym roku było to „tylko” 25 proc. Polska retencjonuje dzisiaj jedynie niewiele ponad 6 proc. swojej wody (dla porównania w Hiszpanii jest to 45 proc.).
Nie mamy pewności jakie będzie tegoroczne lato, wszystko zależy od warunków meteorologicznych w nadchodzących miesiącach. Długoterminowy trend jednak znamy – średnia temperatura w Polsce będzie rosła, opady będą coraz bardziej nieregularne, wysychać będzie też południowa i środkowa część Polski. W związku z tym, organizacje Młodzieżowy Strajk Klimatyczny oraz Miasto Jest Nasze sformułowały postulaty pod adresem zarządców gospodarką wodną, tak na poziomie samorządowym i jak centralnym.
Ich zdaniem, na pierwszym planie powinna być ochrona istniejących naturalnych cieków wodnych (kanałki, rzeczki itd.) oraz tworzenie nowych cieków i zbiorników wodnych, pozwoli na ograniczenie skutków deszczów nawalnych i retencjonowanie większej ilości wody. Priorytet dla zachowania powierzchni biologicznie czynnej przy wszystkich inwestycjach realizowanych w mieście można w praktyce osiągnąć poprzez m.in. wskazaniu w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego materiału pokrycia dachowego. Skoro możliwy jest zapis, że ma być to blacha albo dachówka w określonym kolorze, nie ma powodu, żeby opcją domyślną nie były dachy zielone umożliwiające zbieranie wody. Podobne rezultaty można osiągnąć poprzez zastosowanie odpowiednich wymagań przetargowych, co pokazała np. szkoła w Markach z bagiennym dachem.
Ważnym elementem układu gromadzenia wody są rzeki. Im bardziej są one naturalne, tym lepiej. Powolny nurt rzeki płynący zakolami, rozlewiska oraz odnogi rzeczne przytrzymują wodę. Tereny zalewowe, bagna są naturalnymi zbiornikami retencyjnymi. Bagna nie tylko retencjonują ogromne ilości wody, ale dużo skuteczniej pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery.
Wiele zielonych podwórek w latach dziewięćdziesiątych zamieniono w betonowe parkingi, a czasem po prostu dzikie z ubitą ziemią. Podobnie działo się z placami miejskimi. Chcemy, żeby miasto i spółdzielnie dążyły do przywrócenia podwórkom naturalnego wyglądu. Dbajmy o zieleń, która znakomicie utrzymuje wodę, a w upalne dni zapewnia cień i przeciwdziała zjawisku miejskiej wyspy ciepła. Objętość przepływu powierzchniowego na terenach biologicznie czynnych jest bowiem pięciokrotnie niższa niż na obszarach uszczelnionych.
Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie zadecydował o tymczasowym zawieszeniu koszenia terenów zielonych. Również Zarząd Zieleni w Warszawie już w zeszłych latach zaprzestał częściowo koszenia terenów zielonych (m.in. na Polu Mokotowskim). W przypadku suszy działanie te należy rozszerzyć na inne miejsca i jednostki organizacyjne miast. Wysoka łąka pełni funkcje ekosystemowe lepiej (bioróżnorodność, retencja wody, oczyszczanie powietrza) niż wygolony trawnik. To m.in. w takich działaniach warto szukać oszczędności niezbędnych w związku z ograniczonymi wpływami do budżetu wynikającymi z pandemii. W razie przeciągającej się suszy, spółdzielnie, wspólnoty i osoby prywatne powinny postępować podobnie ze swoimi terenami zielonymi. Konieczne jest także dofinansowywanie instalacji retencyjnych i nawadniających. .
Szacuje się, że w Polsce co najmniej 25 proc. przesyłanej wody „znika” w związku z nielegalnymi połączeniami, nieszczelnościami rur, nieprecyzyjnym mierzeniem przepływu wody czy starą infrastrukturą. Należy na bieżąco monitorować poziom tych strat i robić wszystko, żeby je ograniczyć do minimum. Zabezpieczenie rur przed wyciekami oraz stosowanie nowych technologii do monitoringu przepływu wody jest w stanie ograniczyć straty wody – jak pokazują przykłady z miast w Europie i na świecie – o nawet 10 proc.
Gospodarka wodna w planowaniu przestrzennym w Polsce jest uwzględniana rzadko i w małym stopniu. Powinna natomiast być ważnym elementem podstawowych dokumentów planistycznych, takich jak studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy oraz miejscowych planów zagospodarowania. Chodzi o to, by świadomie zarządzać zasobami wodnymi i lepiej wykorzystywać wszelkie środki ochrony przed powodzią.

Jak ograniczać zużycie prądu?

Cel: zwiększanie produkcji przemysłowej szybsze niż wzrost zużycia energii.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w okresie od IV kwartału 2016 r. do początku ubiegłego roku, działania nakierowane na zwiększanie efektywności energetycznej (głównie firm sprzedających energię elektryczną, ciepło czy gaz ziemny odbiorcom końcowym), doprowadziły w Polsce do zaoszczędzenia 564 tys. toe (toe – tona oleju ekwiwalentnego, jednostka paliwa umownego, która stanowi równoważnik tony ropy naftowej o wartości opałowej 10 000 kcal/kg).
Nie jest to wiele – tymczasem poprawa efektywności energetycznej to realne oszczędności, bowiem najtańsza (a przy okazji najczystsza) energia to taka, której nie zużywamy.
Inwestowanie w efektywność energetyczną to jak inwestowanie w nie wyczerpywalne źródło energii, dlatego bywa nazywana szóstym paliwem, obok ropy, gazu, węgla, atomu i odnawialnych źródeł energii.
Komisja ma wątpliwości
Usprawnianie procesów produkcyjnych, modernizacja urządzeń i budynków, wprowadzanie oszczędniejszych technologii – to są właśnie działania służące poprawie efektywności energetycznej gospodarki. Chodzi o to by dostarczać tyle samo produktów czy usług wykorzystując do tego mniej energii, a więc i mniej surowców służących do jej wytwarzania.
Efektem ma być ograniczanie emisji zanieczyszczeń i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego państwa (im mniej energii będziemy zużywać, tym mniej surowców do jej produkcji będziemy musieli sprowadzać z zagranicy).
W styczniu bieżącego roku Komisja Europejska zgłosiła wątpliwości pod adresem polskich władz. Dotyczyły one 14 zagadnień, m.in. metody obliczania oszczędności energii, dokonywania wyrywkowej weryfikacji audytów efektywności energetycznej, zgodności faktycznie uzyskanej oszczędności energii z oszczędnością deklarowaną.
Biały system
W Polsce podstawowym środkiem wspierającym efektywność energetyczną jest system, tak zwanych białych certyfikatów wydawanych przez Urząd Regulacji Energetyki.
Do ich uzyskiwania (do 1 października 2016 r. w drodze przetargów, teraz na podstawie wniosku) ustawowo, pod groźbą kary finansowej zobowiązane są przede wszystkim przedsiębiorstwa sprzedające energię elektryczną, ciepło lub gaz ziemny odbiorcom końcowym (kupującym energię na własny użytek).
Składając wniosek o przyznanie białego certyfikatu (świadectwa efektywności energetycznej), firma deklaruje o ile mniej energii będzie zużywać dzięki planowanej inwestycji czy modernizacji – np. izolacji instalacji przemysłowych, wymianie oświetlenia, przebudowie lub remoncie budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi, czy modernizacji lokalnych sieci ciepłowniczych. Tę deklarację musi jeszcze potwierdzić audyt.
Po złożeniu wniosku, URE przyznaje świadectwo, które właściciel może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. Białe certyfikaty mogą tam kupować tzw. przedsiębiorstwa zobowiązane, sprzedające energię odbiorcom końcowym. Zamiast tego mogą uiścić opłatę zastępczą, ale w 2018 r. mogła ona obejmować już tylko maksymalnie 10 proc. nałożonego obowiązku.
Jak mówią dane Urzędu Regulacji Energetyki, od 1 października 2016 r. do początku ubiegłego roku do URE wpłynęło niemal 2,5 tys. wniosków o przyznanie świadectw efektywności energetycznej. Prezes Urzędu wydał na ich podstawie prawie 600 białych certyfikatów i 38 postanowień o odmowie ich wydania (reszta wniosków była jeszcze rozpatrywana).
Najwięcej świadectw efektywności energetycznej wydano w związku z przebudową lub remontem budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi (204), modernizacją czy wymianą urządzeń i instalacji wykorzystywanych w procesach przemysłowych (113), ograniczeniem strat w sieciach ciepłowniczych (107). Średni planowany okres uzyskiwania oszczędności wynosi od 13 do 15 lat.
A jednak się kręci
Choć sam system świadectw efektywności energetycznej funkcjonuje prawidłowo, to jednak zdarzają się poważne opóźnienia w ich wydawaniu. Niemal 95 proc. świadectw zostało przekazanych po ustawowym terminie, wynoszącym 45 dni. Średni czas rozpatrzenia wniosku wyniósł 240 dni i był ponad pięć razy dłuższy niż przewidziany w przepisach. Rekord to 1158 dni.
Podobna sytuacja jest z postanowieniami o odmowie wydania świadectwa. Średnio wnioski były rozpatrywane w ciągu 449 dni od daty wpływu. Najdłuższy okres wynosił 624 dni, a najkrótszy – 210 dni.
Wsparcie finansowe państwa dla projektów zwiększających efektywność energetyczną nie opiera się wyłącznie na systemie białych certyfikatów. Takie przedsięwzięcia dofinansowuje w formie pożyczek i dotacji Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ten cel, w latach 2015-2018 wydał ze środków krajowych: w formie pożyczek – ponad 701 mln zł, a w ramach dotacji – prawie 923 mln zł. Ponadto, z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014-2020 wydano ok. 558 mln zł.
NIK ocenia, że funkcjonujące w Polsce mechanizmy wspierające poprawę efektywności energetycznej, mimo swoich mankamentów tworzą spójny system i że skutkiem przedsięwzięć realizowanych dzięki niemu, było zmniejszenie zużycia energii przez zobowiązane do tego firmy.

Polsce grozi brak prądu

Pod rządami PiS w naszym kraju, po raz pierwszy od wielu lat, zaczyna się pojawiać realne niebezpieczeństwo wystąpienia przerw w dostawach energii elektrycznej.

W ostatnim dwudziestoleciu wielokrotnie pojawiały się alarmujące informacje o niedoborze energii, jak już, już miałby wystąpić w naszym kraju.
Na szczęście były to tylko fake-newsy, produkowane przez kłamliwe media. Tym razem jednak zapowiedź niedostatku mocy naszej energetyki jest realna i oparta niestety na solidnych podstawach.
Scenariusze wyłączeń
Z prognoz państwowej firmy Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA i raportu ministra energii z 2017 r. (a więc po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości) wynika, iż do 2030 r. wystąpi ryzyko poważnego niedoboru mocy, dostępnej w krajowych zakładach energetycznych.
Wedle przyjętych wariantów, brak możliwości pokrycia zapotrzebowania odbiorców przez krajowe elektrownie miałby nastąpić w 2030 r. (w scenariuszu przewidującym konsekwentną modernizację bloków energetycznych) albo już w 2021 r. według scenariusza uwzględniającego konieczne wyłączenia zużytych bloków energetycznych i zastąpienia ich całkowicie nowymi.
Za sprawą nieudolnej polityki energetycznej PiS, Polsce znacznie bliżej do drugiego scenariusza, przewidującego duże kłopoty już w przyszłym roku.
„Z prognoz wynika, że zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest od terminowej budowy nowych mocy wytwórczych niezależnie od scenariusza” – słusznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Badania PSE przeprowadzone w 2018 r. dowodzą, że przy scenariuszu „modernizacyjnym” całkowite zapotrzebowanie na nowe zdolności wytwórcze do 2035 r. wyniesie około 22 gigawaty. Natomiast w scenariuszu „wycofań” nawet około 28 GW.
Nierealne plany
Oznacza to, że w najbliższej perspektywie konieczne jest oddanie do użytkowania mocy około 5300 MW, przy utrzymaniu w eksploatacji możliwie największej części bloków obecnie funkcjonujących. Pod rządami PiS jest to jednak nierealne.
Nierealne – ponieważ na sytuację polskiej energetyki ma wpływ niesprzyjające otoczenie prawne i gospodarcze, za którego kształtowanie odpowiada właśnie rząd PiS. Według danych podanych przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki średnia cena sprzedaży 1 MWh energii elektrycznej spadła z 201,36 zł w 2012 r. do 194,30 zł .
W tym czasie średnia cena za emisję tony CO2 wynosiła od około 6 do 25 euro/t. 11 kwietnia 2019 r. cena uprawnień do emisji CO2 osiągnęła rekordowy od 11 lat poziom 27,41 euro/t.
Malejące przydziały darmowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla znacząco wpływały na wzrost kosztów, który potęgował także rosnący poziom cen dostępnych uprawnień. Wszystko to wpływało na coraz gorszą sytuację finansową producentów energii.
A są to producenci wciąż wykorzystujący węgiel, co jest coraz bardziej nieopłacalne (zwłaszcza, że to coraz częściej węgiel importowany z Rosji). Pod rządami PiS nie ma bowiem mowy o jakimkolwiek zwrocie w kierunku produkowania bardziej zielonej energii.
Banki, w tym i krajowe, widząc nieopłacalność rozbudowy energetyki węglowej, coraz częściej decydują o zaprzestaniu finansowania inwestycji i technologii opartych na węglu.
Nie wiadomo jednak, co miałoby ją zastąpić, gdyż w Polsce brakowało rządowej strategii budowy i modernizacji mocy wytwórczych, która określałaby docelowy tzw. miks energetyczny.
Totalna niepewność
W dodatku opieszałość rządu PiS spowodowała, iż nastąpiła zwłoka w pracach nad nowym mechanizmem wsparcia produkcji energii elektrycznej i cieplnej (nazywanym kogeneracją).
„Powodowało to, że przedsiębiorstwa wycofywały się z planowanych inwestycji w nowe jednostki mocy lub je zawieszały, oczekując na sprzyjające warunki” – wskazuje NIK. A skoro nie ma inwestycji w energetykę, to nie będzie także prądu.
Kilkuletnie w sumie opóźnienie w przygotowaniu nowych rozwiązań legislacyjnych spowodowało, że wytwórcy energii elektrycznej nie mieli możliwości dokonania racjonalnej analizy ekonomicznej projektowanych inwestycji.
Wstrzymało to np. inwestycje w elektrowniach we Wrocławiu, Łagiszy, Skawinie.
Elementem pomocy publicznej w modernizacji mocy wytwórczych jest Krajowy Plan Inwestycyjny. Umożliwia on przydzielanie firmom energetycznym bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 pod warunkiem wskazania poniesionych nakładów na modernizację, stosowanie czystych technologii czy dywersyfikację źródeł dostaw surowców.
Jak stwierdziła NIK: „stan realizacji Krajowego Planu Inwestycyjnego wskazywał na wysokie ryzyko niewykonania większości ujętych tam zadań. Minister gospodarki, a następnie minister energii nie dokonywał regularnej i rzetelnej analizy stopnia realizacji planu pod kątem zaawansowania inwestycji w jednostki wytwórcze”.
A pod rządami PiS z tym zaawansowaniem inwestycji jest niestety wręcz fatalnie.
Wszystko przeszkadza
Jak stwierdziła NIK, w objętych kontrolą inwestycjach praktycznie na każdym etapie występowały opóźnienia i przesunięcia terminów.
Na przykład, w Kozienicach głównym powodem opóźnień był wpływ poziomów Wisły na warunki wodne podłoża i osiadanie turbozespołu.
We Włocławku i Płocku przyczyną było niespełnianie wymogów technicznych zainstalowanych urządzeń elektrowni i elementów konstrukcyjnych, co wymuszało ich wymianę. Dodatkowo niski poziom rzeki uniemożliwiał transport elementów elektrowni, a silny wiatr opóźnił montaż wysokich konstrukcji.
W elektrowniach Turów i Opole wpływ na opóźnienia miała zła pogoda, awaria dźwigu oraz konieczność wymiany rurociągów wody chłodzącej wykonanych z tworzywa sztucznego na stalowe. Dodatkowo w Turowie trzeba było zmienić podstawowe parametry bloku energetycznego, tak by spełniał odpowiednie wymogi.
Przesunięcie terminu budowy budowy bloku Elektrowni Jaworzno III było spowodowane zmianami zakresu kontraktu uzgodnionymi przez inwestora z wykonawcą. W przypadku EC Żerań opóźniła się dostawa turbiny (z dalekiej Japonii, bo u nas nie jesteśmy w stanie ich
produkować).
Opóźnienia odnotowano również przy rozbudowie Elektrowni Ostrołęka. Tam, po wyłonieniu wykonawcy do czasu wydania polecenia rozpoczęcia robót, nastąpiło czteromiesięczne opóźnienie w stosunku do harmonogramu inwestycji.
I taki jest właśnie obraz polskiej energetyki pod rządami „dobrej zmiany”.
PiS-owski projekt polityki energetycznej Polski przewiduje w dekadzie 2030 – 2040 spadek udziału węgla w produkcji energii. To jednak tylko projekt, a poza tym węgla nie ma czym zastąpić. O ile bowiem wcześniejsza polityka energetyczna do 2030 r., przyjęta przez PO-PSL przewidywała dostawy prądu z polskiej elektrowni jądrowej, to w PiS-owskim projekcie do 2040 elektrownia atomowa ma pojawić się najwcześniej w 2033 r. Wypada zasugerować więc, by mieszkańcy naszego kraju zaczęli kupować lampy naftowe. Tyle, że w wyniku działań (czy raczej zaniechań) Prawa i Sprawiedliwości to także będzie korzystne nie dla Polski lecz dla Rosji. Importujemy bowiem stamtąd i ropę naftową, i węgiel.

Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Zdążyć przed katastrofą

Podobno mamy tylko 11 lat na zatrzymanie katastrofy klimatycznej. Można jednak dołożyć swoją cegiełkę, by temu zapobiec.

Co można zrobić? Greenpeace przygotowało listę 6 działań, które warto podjąć.
1. Protestuj dla klimatu.
Stan Ziemi jest zbyt poważny, żeby zmiany indywidualnych nawyków zatroskanej części społeczeństwa wystarczyły, by uratować naszą planetę.
Oczywiście warto te małe zmiany podejmować (sam tak robię!), ale potrzebujemy również głębszej, systemowej zmiany, by uratować świat. Dzisiaj największym źródłem gazów cieplarnianych w naszym kraju jest energetyka węglowa. Odpowiada za ok. 40 proc. emisji w Polsce. Odejście od węgla i przejście na czyste alternatywy mogą zapewnić politycy i polityczki. Dlatego tak ważne jest, aby brać udział w demonstracjach takich jak Protest Tysięcy Miast. Protesty społeczne ogniskują uwagę mediów i opinii publicznej, zmuszając decydentów do zainteresowania się tematem i do tłumaczenia się ze swojej bezczynności.
Badania naukowe pokazują, że wystarczy zaangażowanie w protesty zaledwie 3,5 procenta społeczeństwa (!), by zmiana społeczna i polityczna była nie do zatrzymania (o zasadzie „3,5 procenta” można przeczytać więcej w portalu BBC czy polskim SmogLabie).
2. Głosuj dla klimatu.
Możesz głosować w wyborach? Nie przegap tej szansy na zmianę rzeczywistości. Idź na wybory parlamentarne 13 października i zagłosuj na osoby, które planują działać na rzecz klimatu. Ważna jest ich przynależność partyjna, gdyż w wielu sprawach w parlamencie obowiązuje dyscyplina głosowania. Szereg partii politycznych już zapowiedziało, że zapewni odejście Polski od węgla. Rozmawiaj ze swoimi bliskimi, żeby także głosowali z myślą o naszej bezpiecznej przyszłości.
3. Dołącz do organizacji i ruchów działających dla klimatu.
W wielu miastach istnieją organizacje i ruchy oddolne, działające na rzecz klimatu – np. grupy lokalne Extinction Rebellion czy EarthStrike. Napisz do nich i dowiedz się, jak możesz się włączyć w ich działania. Aktywistki i aktywiści biorą udział w protestach, prowadzą kampanie w swoich miastach, edukują. Działając w wolontariacie możesz poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach, którzy tak jak ty chcą zmieniać świat.
4. Wspieraj organizacje i ruchy działające dla klimatu.
Jeśli masz taką możliwość – dołącz do grona darczyńców wspierających organizacje i ruchy oddolne działające dla klimatu. To dzięki darczynkom i darczyńcom można prowadzić kampanie bez oglądania się na to, co pomyślą rządzący czy wielkie korporacje.
5. Bądź ambasadorką/ambasadorem zmiany.
Staraj się „być eko” i wprowadzaj zmiany w swoim otoczeniu. Pamiętaj, że prawdziwa zmiana – trochę tak jak przygoda u Tolkiena – zaczyna się za progiem twojego domu. Oszczędzasz energię, ograniczasz konsumpcję, w tym spożycie mięsa i nabiału, a w podróż starasz się wybierać pociągiem? Świetnie! Spróbuj też namówić do zmiany swoje najbliższe otoczenie. W ten sposób zdecydowanie zwiększysz swój wpływ na rzeczywistość. Może namówisz do zainstalowania odnawialnych źródeł energii swojego pracodawcę?
6. Napisz list, w którym przypomnisz politykom i polityczkom, że ich zadaniem jest zadbać o Twoje bezpieczeństwo i Twoją przyszłość.
Napisz, dlaczego chcesz, aby podjęli ambitne działania związane z ochroną klimatu. Napisany list można wysłać na adres: Fundacja Greenpeace Polska, ul. Altowa 4, 02-386 z dopiskiem “List dla klimatu”, do 11 października. Ten list, razem z listami innych osób, zostanie przekazany bezpośrednio do nowych parlamentarzystów i parlamentarzystek podczas pierwszego posiedzenia nowego parlamentu.

Bałtycka rura pokoju?

W barszczu kampanii wyborczej, rosole walk z kościelnymi pedofilami, polskiej opinii publicznej umknęło wiele ważnych, dziejących się fundamentalnych wydarzeń.

Nie wszyscy odnotowali, że państwo polskie właśnie zakończyło spór z państwem duńskim o bałtyckie terytoria. O tak zwaną „szarą strefę” leżąca między polskim bałtyckim wybrzeżem a duńską wyspą Bornholm. Teraz strefa ta została podzielona na duńską i polską strefę ekonomiczną. Duńczycy dostali znacznie więcej ze spornego od 40 lat terytorium. Polka za zgodę na mniejsze terytoria dostała duńską akceptację na budowy polskich morskich farm wiatrowych i wsparcie dla budowy gazociągu Baltic Pipe.
Czas pokaże, czy taki podział morza był strategicznie dla Polski korzystny.
Baltic Pipe ma połączyć polski system przesyłowy gazu ziemnego z systemem duńskim. I dzięki temu także z europejskim systemem transportującym gaz ziemny ze złóż norweskich.
Porozumienie o jego budowie podpisały w 2007 Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, duńska firma Energinet oraz operator gazociągów przesyłowych Gaz-System. W listopadzie 2018 podpisano umowę pomiędzy Polska a Danią o budowie gazociągu. Jego ukończenie spółka PGNiG planuje do 2022 roku.
W 2017 na podstawie sporządzonego studium opłacalności przedsięwzięcia uznano, że gazociąg będzie zyskowny przy rocznych dostawach do Polski 10 mld metrów sześciennych gazu. Dzięki temu, po wygaśnięciu obowiązującego do 2022 roku kontraktu na dostawy gazu z Gazpromem, nowy gazociąg pozwoli na zmianę głównego, czyli rosyjskiego, kierunku dostaw gazu do Polski. A może nawet umożliwi jego reeksport.
Gaz polityczny
Polsko-duński podmorski gazociąg ma być odpowiedzią na zagrożenia wynikające z budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream II. Poprowadzonego z rosyjskiego Wyborgu do niemieckiego Greifswaldu.
O długości ponad 1200 kilometrów. Ukończenie tej inwestycji zaplanowano na 2020 rok.
Zdaniem obecnego polskiego rządu projekt ten stanowi zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego dla Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Zwłaszcza dla Ukrainy, która może dodatkowo utracić też wpływy z tranzytu rosyjskiego gazu do Europy.
Nord Stream II wzmocni także pozycję rosyjskiego Gazpromu, który już korzysta ze swej monopolistycznej pozycji w Europie Środkowo – Wschodniej. Gdyby przyszłości Gazprom skupił swą aktywność przesyłową tylko na podmorskich gazociągach, to straty na tranzycie rosyjskiego gazu mogą ponieść także państwa bałtyckie i Polska.
Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską jako „Projekt o znaczeniu wspólnotowym” i otrzymał dofinansowanie z funduszu „Łącząc Europę”.
Być może taka przychylność Komisji spowodowana jest ciągłymi, nieskutecznymi, ale głośnymi propagandowo próbami zablokowanie przez polski rząd niemiecko- rosyjskiego gazociągu Nord Steream II. Wygląda na to, że Komisja proponuje polubowne rozwiązanie. Niech Polacy skupią się na budowie z Duńczykami swojej pomorskiej rury, a Niemcy i Rosjanie dokończą budowy swojej.
W niedalekiej przyszłości gazociąg Baltic Pipe ma stanowić wraz z otwartym w 2015 roku gazoportem w Świnoujściu tak zwaną „Bramę Północną”, czyli system infrastruktury pozwalający na import gazu od konkurencyjnych firm wobec rosyjskiego Gazpromu. Podstawę „strategii niezależności gazowej Polski”.
Powinna ona zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, dać możliwość sprowadzania drogą morską i podmorską gazu ziemnego pochodzącego z każdego zakątku świata. Dzięki temu Polska z dużego konsumenta gazu ziemnego może także stać się w przyszłości dużym ośrodkiem jego dystrybucji.

Rok 2022

Polska importuje z Rosji ropę naftową w ilości ponad połowy krajowego zapotrzebowania. W ostatnich latach lawinowo rośnie import węgla kamiennego z Rosji. W obu przypadkach rząd polski i jego eksperci, nie mówią o „zgorzeniu bezpieczeństwa energetycznego” ze strony Rosji. Ani o „strategii niezależności energetycznej”.
Nawet kiedy dostarczana nam rosyjska ropa naftowa zostaje zanieczyszczona, jak to stało się niedawno, to polscy odbiorcy zachowują wielką powściągliwość i zrozumienie dla problemów rosyjskich dostawców.
W przypadku gazu ziemnego jest inaczej. Zapewne nie tylko dlatego, że import rosyjskiego gazu ziemnego zaspakaja ok.60 procent polskiego zapotrzebowania na ten surowiec.
Gaz ziemny został upolityczniony w Europie Środkowo- Wschodniej przez sprzedające go koncerny i wpierające je rządy.
Budując pierwszy Nord Sream władze Rosji chciały nie tylko zyskać efektywne ekonomicznie połączenie z Niemcami i odbiorcami z Europy zachodniej, ale też ukarać buntującą się wobec polityki Kremla Ukrainę. Pozbawić ją wpływów z opłat tranzytowych. Władze polskie wsparły Ukrainę, bez większej ekonomicznych korzyści dla siebie zresztą.
Wtedy też rosyjski monopol na dostawy gazu w Środkowej Europie próbowali po raz pierwszy złamać dostawcy norwescy. Ale wówczas nie było jeszcze infrastruktury przesyłowej, ani europejskich funduszy wspierających budowę nowych gazociągów.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat na polskim i środkowo- europejskim rynku pojawili się nowi, bardzo mocni i ekspansywni gracze.
Importerzy skroplonego gazu z Kataru wabiący niskimi jego cenami na wejściu.
Rynkiem gazu potrząsnął prezydent USA Donald Trump nie wstydzący się roli komiwojażera amerykańskich koncernów energetycznych. Jego oferta polityczno-biznesowa jest prosta. Po pierwsze – sprzedamy wam bezpieczeństwo, jeśli kupicie nasz gaz i nasze uzbrojenie. Po drugie – nie targujcie się o cenę gazu i uzbrojenia, bo bezpieczeństwo narodowe jest bezcenne.
To wszystko spowodowało, że Gazprom przestał mieć monopol na sprzedaż gazu w tym regionie. Choć nadal działa jakby to jeszcze nie dotarło do kierownictwa tego koncernu.
W 2022 roku kończy się wcześniejszy, wieloletni polski kontrakt z rosyjskim Gazpromem na dostawy gazu. Kontrakt wielokrotnie krytykowany przez ekspertów związanych z PiS.
Już dzisiaj wielu z polityków PiS zapowiada, że po 2022 roku Polska nie będzie już kupować gazu od Gazpromu. Bo ukończona do roku 2022 infrastruktura „Bramy Północnej” pozwoli na dostawy tego surowca od innych, nierosyjskich eksporterów.
Na razie mamy jeszcze rok 2019. Gazoport w Świnoujściu już działa, ma być rozbudowywany. Ale budowę Baltic Pipe zaplanowano dopiero na lata 2020 – 2022.
Chociaż umowa z Gazpromem kończy się za trzy lata, to już teraz polski rząd demonstruje swą niechęć do negocjowania przedłużenia tego kontraktu. Stawia wszystko na Baltic Pipe.
Być może jest to tylko taka pokerowa zagrywka negocjacyjna. Żeby wycisnąć z Gazpromu najlepszą cenę. Ale co będzie jeśli budowa polsko-duńskiej „bałtyckiej rury” opóźni się? I wtedy z wybrednego klienta staniemy się przypartymi do nieczynnej rury petentem?
Stawka jest wysoka jak na polityczne, rusofobiczne gry.

Nie zabierajcie nam przyszłości

Wyszli na ulice ze świadomością, że mówią o problemie, który sam się nie rozwiąże – a jeśli może być rozwiązany, to właśnie teraz. Potem będzie za późno. Młodzieżowy Strajk Klimatyczny odbył się 15 marca w ponad stu krajach świata. W Polsce – w ponad dwudziestu miastach.

– Greta Thunberg poruszyła młodzież na całym świecie. To należy ocenić jako na wskroś pozytywne zjawisko. Większość dorosłych polityków gra ze społecznością międzynarodową w grę, która markuje rozwiązania w dziedzinie ratowania sytuacji biologicznej i klimatycznej Ziemi. Bez tych masowych strajków młodzieży ta gra mogłaby trwać w nieskończoność, a na pewno do momentu, aż globalne ocieplenie uderzyłoby z taką siłą, że nie byłoby o czym dyskutować – mówi nam Andrzej Gąsiorowski, współzałożyciel fundacji Fota 4Climate. – Być może mamy jeszcze czas na to, aby, jak trafnie określa to raport IPCC, mitygować trochę skutki zmiany klimatu, bo o powrocie do stabilnej sytuacji klimatycznej nie ma już co marzyć.
Gąsiorowski stoi na stanowisku, że można już tylko ograniczać skutki katastrofy. Wspiera młodzieżowe inicjatywy, ale boi się, aby przysłowiowa para nie poszła w gwizdek:
– Ten ruch na pewno jest dziś najczytelniejszym masowym protestem, skuteczniejszym nawet niż Extinction Rebellion. Dzieci wychodzą na ulice na całym świecie, nie da się przecenić wagi tego protestu. Wiadomo, nie ma co oczekiwać, że my coś zrobimy i zaraz będzie widać skutek – to nie jest możliwe ani w przypadku Grety, ani żadnej organizacji ekologicznej. Natomiast musimy przyjąć jakąś etyczną postawę wobec tego, co się dzieje. Ten ruch jest właśnie zajęciem właściwych pozycji. Natomiast mam taką refleksję, że samo wezwanie do działania absolutnie nie wystarczy.

Żeby para nie poszła w gwizdek

Jak działać? Są dwie koncepcje, które się ścierają: pierwsza to 100 procent OZE, które samo w sobie jest przekłamaniem (bo „rozwój odnawialnych źródeł energii” to nic innego jak wykorzystywanie paliw kopalnych, kiedy brakuje słońca i wiatru) połączona z nierealną wiarą w moc masowej społecznej przemiany całej uprzemysłowionej części świata (ludzie sami z siebie się nie ograniczają, to jest niewyobrażalne). Młodzi mają to do siebie, że mierzą siły na zamiary i dziś większość z nich wierzy w tę społeczną przemianę. Druga koncepcja to atom plus OZE.
– My jako organizacja stoimy na stanowisku, że jest ona skuteczniejsza – tłumaczy Gąsiorowski. – Jeśli młodzież usiądzie i przemyśli to pod okiem najlepszych naukowców z Polski i świata, to jest szansa na znalezienie adekwatnych rozwiązań. Taki protest, że wychodzimy i mówimy „chrońmy Ziemię!” nie wystarczy. Masowe dostawianie mocy OZE bez działającej w podstawie energii jądrowej i bez masowej restytucji przyrody i zaprzestania wylesiania i osuszania bagien nie spowoduje dekarbonizacji i poprawy sytuacji. Jeśli nie przemyślimy tych protestów, to para pójdzie w gwizdek. Niemniej wspieramy je całym sercem.
We Wrocławiu młodzież wznosiła głównie hasła nawiązujące do dekarbonizacji: „Albo działamy, albo wymieramy”, „Kto nie skacze, ten za węglem”, „Nie ma planety B”. Licealistów wspierali dolnośląscy działacze Zielonych: „Musimy wspierać odnawialną energię, ale też transport publiczny i rowerowy. Warto zadbać o zieleń, bo ta chroni nas od upałów – mówiła Julia Rokicka. Mieszkańcy aglomeracji górnośląskiej w Katowicach założyli maseczki antysmogowe i przypominali, że „palenie szkodzi”, a powietrze nad ich miastem „pachnie ostatnimi dniami życia na Ziemi”. W Krakowie, gdy kilkaset osób przyszło pod budynek magistratu, przy okazji utrudniono odjazd limuzynie prezydenta miasta. Blokowały ją auta innych radnych, zaparkowane pod ratuszem w mieście, które słynie z wyjątkowo złej jakości powietrza.
W Warszawie, na największym proteście, kilka tysięcy demonstrantek i demonstrantów skandowało „Najpierw natura, potem matura”. Hasła zapisane na transparentach wzywały do ograniczenia wykorzystania ropy naftowej, do rezygnacji z plastiku, by śmieci z tego surowca nie zatruwały planety. A młodzi mówcy alarmowali: wywołane przez człowieka zmiany klimatu sprawią, że w ciągu najbliższych 31 lat 140 mln ludzi będzie musiało opuścić zamieszkiwane obecnie tereny, bo staną się one po prostu niezdatne do życia.

Nieświadomość

– Polska ma duża tradycję strajków. W 1956 r. wyszli robotnicy, w 1968 r. studenci, w 1980 r. zastrajkowała stocznia, a teraz uczniowie strajkują przeciwko reżimowi paliw kopalnych, przeciw wielkim korporacjom – dodał Arkadiusz Wierzba z Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, cytowany przez „GW”. – Cieszę się, że ruch klimatyczny rośnie w siłę, i daje dużo dobrej, odnawialnej energii.
Organizatorzy nie mają jednak złudzeń: do masowości strajkowi zabrakło wiele. Wiedza o zagrożeniach dla środowiska nadal nie jest rzeczą powszechną. W programach nauczania w szkołach wspomina się o niej skrajnie mało, część mediów bagatelizuje problem lub wprost mu zaprzecza. Inne, zajęte relacjonowaniem codziennych przepychanek polityków, na poważnie biorą się za temat dopiero wtedy, gdy można go wpisać w tenże bieżący kontekst (na przykład gdy Robert Biedroń chce zamykać kopalnie, a Andrzej Duda – dokładnie odwrotnie).
– Edukacja o środowisku w szkołach praktycznie nie istnieje, uczniowie często nie wiedzą, jak poważny jest problem, z którym będą musieli zmierzyć się w przyszłości. Szkoły nie dają nam dobrego przykładu, takiego jak segregacja śmieci czy nieużywanie plastiku – zwracali uwagę organizatorzy wydarzenia na jego stronie na Facebooku.
Nasze społeczeństwo nie jest świadome zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nasz dom się pali, a my mamy coraz mniej czasu, by uratować naszą planetę – mówili „Głosowi Wielkopolskiemu” uczestnicy protestu w Poznaniu. Podobnie jak we Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku, Krakowie – tam też demonstrantek i demonstrantów było kilkuset. Jednak niewiele, jak na wydarzenie, które dotyczy wszystkich, było nieźle rozreklamowane w mediach i z założenia apolityczne – bez partyjnych emblematów.
O tym, że Polska nie należy do bastionów walki ze skutkami antropocenu, wie bardzo dobrze również doktor Robert Maślak z Instytutu Biologii Środowiskowej Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Bez zmiany mentalności klasy politycznej nie uratujemy planety, jaką znamy. Strajk klimatyczny jest wołaniem o tę zmianę. Wiemy, że im wcześniej sobie uświadomimy konieczność zapobieżenia globalnemu ociepleniu, tym większa szansa na przynajmniej częściowe zahamowanie negatywnych skutków – stwierdza. – Decydenci zdają się tego nie zauważać.
– Strajk klimatyczny to akt ogromnej determinacji, ale i rozpaczy, bo pokolenie młodych ludzi, którzy jeszcze nie mogą mieć bezpośredniego udziału w tworzeniu prawa, wychodzi na ulice i mówi swoim rodzicom i dziadkom: zawaliliście sprawę, wasza opieszałość i krótkowzroczność prowadzi nas do katastrofy! To jest na wskroś poruszające, bo ci ludzie mają rację – komentuje z kolei Karolina Kuszlewicz, Rzeczniczka Praw Zwierząt – czyli tych bytów, które mają jeszcze mniej narzędzi niż my, by radzić sobie ze skutkami globalnego ocieplenia.
Młodzi mają rację – taki głos płynie również ze środowiska naukowego. Inicjatywę młodzieży poparło własnym listem otwartym 228 ekspertów, wykładowców Uniwersytetów Warszawskiego, Jagiellońskiego, Gdańskiego, Łódzkiego, Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wrocławskiego, Polskiej Akademii Nauk… – Niniejszym zdecydowanie potwierdzamy, że w środowisku naukowym panuje konsensus, wskazywany przez młodzież jako podstawa ich oburzenia i protestu: klimat się ociepla, a przyczyną tego jest działalność człowieka. Szybkie i bardzo znaczące ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery jest podstawowym warunkiem uniknięcia przez ludzkość klimatycznej katastrofy – piszą. To jednak ciągle za mało, by zgromadzić na ulicach prawdziwe tłumy.
Susza, huragany, choroby
Wszyscy mówią: „skutki globalnego ocieplenia”, ale jeśli spytamy przeciętnego Kowalskiego, co to właściwie znaczy, rozłoży bezradnie ręce. Dlatego zapytałyśmy wrocławskiego biologa, co globalne ocieplenie oznacza dla zwykłego zjadacza chleba.
– Zmiany klimatyczne przyspieszają, obecne modele wzrostu temperatury na świecie pokazują, że silne, negatywne skutki tych zmian nastąpią szybciej niż się wydawało. Zmiany w przyrodzie na terenie Europy, o których mówiłem publicznie jeszcze rok temu, że nastąpią pod koniec wieku, mogą mieć miejsce za 30 lat – mówi Robert Maślak. – Przedtem będziemy świadkami coraz większej liczby gwałtownych zjawisk pogodowych: huraganów, powodzi i długich okresów upałów i suszy. Pojawią się pasożyty i choroby, które znamy tylko z cieplejszych regionów – nicień Dirofilaria repens, zagnieżdżający się pod skórą, ale też w płucach czy w oku, jest obecny w Polsce od 2007 roku, w Czechach odnotowano już zachorowania na wirusową Gorączkę Zachodniego Nilu, która może powodować ciężkie zaburzenia neurologiczne. Wyższa temperatura to także lepsze warunki do życia dla kleszczy, rozprzestrzeniania się boreliozy i odkleszczowego zapalenia mózgu. Wraz z dalszym wzrostem temperatury możemy spodziewać się w Europie także malarii. Zmiany w środowisku spowodują zanik niektórych gatunków i rozprzestrzenienie się innych, a zaburzenia równowagi mogą mieć dalsze konsekwencje także dla ludzi.
Co robić choćby w pierwszym rzucie, choćby w dziedzinie energetyki? Recepta dra Maślaka to OZE plus atom plus oszczędność energii, chyba że technologia w przyszłości pozwoli na stabilność produkcji prądu produkowanego w OZE. I działać należy już teraz. W przeciwnym razie…
– Najbardziej dotknięci zostaną ci, którzy ponoszą za zmiany klimatu najmniejszą odpowiedzialność – padło ze sceny podczas protestu w Warszawie. Część wygłoszonych podczas protestu przemówień bardzo jasno budowało zależność między kapitalistyczną zachłannością a sytuacją, w jakiej znalazła się planeta.

Od 50 lat ku katastrofie

Żadna z największych polskich partii nie ustosunkowała się do strajku klimatycznego. Działania młodzieży szeroko nagłośniły liberalne media, ale dla dominującej prawicy ciągle są sprawy ważniejsze; zmiany klimatu to albo mit, albo temat, podejmowanie którego nie pomoże w walce z PiS. Inaczej postąpili jedynie wspomniani już Zieloni, partia Razem oraz Wiosna. Pierwsza deklaruje: jesteśmy całym sercem ze strajkiem klimatycznym, a nasz program zawiera postulaty utrzymane w podobnym duchu. Również przedstawiciele drugiej pojawili się na demonstracjach.
– Dziś, prócz rezygnacji ze słomki, potrzebne są twarde akty polityczne – mówi Karolina Kuszlewicz. – Czasy luksusu, polegającego na tym, że przez segregowanie śmieci i mądre wybory konsumenckie możemy powstrzymać degradację planety, bezpowrotnie minęły. Tymczasem w Polsce nadal nie ma jednoznacznego planu odejścia od węgla, a jednym z najważniejszych czynników, mającym wpływ na politykę międzynarodową są interesy związane z eksploatacją złóż, szczególnie ropy – podkreśla. A potem przypomina, że już 50 lat temu w raporcie Sekretarza Generalnego ONZ U Thanta „Człowiek i środowisko” zostało jednoznacznie ustalone, że zmierzamy do katastrofy klimatycznej. Już w 1968 r. pisano o tym, że zasoby biosfery, chociaż ogromne, mają jednak swoje ograniczenia. Jeśli zostaną wyczerpane, życie zniknie z powierzchni Ziemi. Sami się unicestwimy.
– Koniunkturalizm przez lata wygrywał jednak z ratowaniem naszego miejsca do życia – gorzko podsumowuje Rzeczniczka Praw Zwierząt.

Marks zamknąłby Mordor

Robert Biedroń poszedł tropem Margaret Thatcher i zabrał się za zamykanie polskich kopalni. Stawia przy tym tezy bez większego pokrycia i głosi z ambony, że rozwój odnawialnej energetyki automatycznie przyniesie nam nowe, doskonale płatne miejsca pracy, które zamortyzowałyby to gospodarcze trzęsienie ziemi, jakim byłaby rezygnacja z polskiego węgla.

Polskie górnictwo jest jednak oceniane niesprawiedliwie i mylnie przypisuje się mu główną odpowiedzialność za polski smog i skażenie środowiska.

Polski górnik nie jest głównym odpowiedzialnym za to, że powietrze staje się coraz bardziej trujące i szkodliwe dla zdrowia.

Skąd więc bierze się skażenie środowiska, skąd polski smog i powietrze, którym coraz trudniej oddychać? Odpowiedź jest prosta: głównym źródłem jest polska bieda.
Ogrzewanie mieszkania (nie mówiąc o domku) to koszt kilkuset złotych miesięcznie lub więcej. Pieniądze te przekraczają możliwości budżetowe milionów mieszkańców Polski. Poszukuje się więc możliwie najtańszego opału i spala się dosłownie wszystko, co tylko znajduje się pod ręką. Potwierdzają to twarde dane. Z raportów NIK wynika, że za 82-93 proc. zanieczyszczeń powietrza odpowiada tzw. niska emisja, czyli są to po prostu piece w mieszkaniach oraz domkach plus kominki. Dla porównania: cieszący się najgorszą sławą cały przemysł, który znalazł się na celowniku Roberta Biedronia, to zaledwie od 1,8 do 9 proc. całkowitego skażenia, kiedy zanieczyszczenie powietrza generowane przez środki transportu to kolejne 7 proc.
Kwestia jakości polskiego powietrza jest bardzo pilna i potrzebne są prawdziwe rozwiązania. Polska już jest europejskim rekordzistą, jeśli chodzi o zanieczyszczenie pyłami, w tym w emisji benzopirenu. Poziom tej jednej z najsilniej działających rakotwórczych substancji osiąga w Polsce 40-krotność normy dopuszczalnej przez Światową Organizację Zdrowia. Benzopiren emitowany jest przede wszystkim przez domowe piece, kotły i samochody. To środki, którymi najintensywniej bynajmniej nie operuje wielki przemysł i wróg liberałów – górnik, ale narzędzia kapitalistycznej codzienności dla przeciętnego pracownika. I nawet w programie Wiosny Biedronia znajdziemy postulat dotyczący wymiany domowych pieców węglowych, lecz dziwnym trafem główny atak skupił się właśnie na polskich górnikach, których ostatnia godzina bynajmniej jeszcze nie wybiła.
Pomimo tego faktu także na lewicy podniosły się głosy wzywające do rychłej likwidacji polskich kopalni i polskiego węgla. Za przyjaciela takiego rozwiązania uznano nawet Karola Marksa. Autor tej pracy przytoczył przy tej okazji praktycznie wszystkie szkodliwe mity powtarzane przez pseudoekologiczny liberalizm. Podsumujmy: zgodnie z taką liberalną wizją świata era przemysłu dobiegła już końca, wszystkich pracowników lada chwila zastąpią maszyny (proletariat to już w ogóle nie istnieje, bo za niego uznaje się wyłącznie pracowników rzekomo martwego przemysłu), a praca w przemyśle i węgiel to XIX-wieczne wynalazki, do natychmiastowej likwidacji i zastąpienia przez całkowicie oderwane od przemysłu biura.
Te życzeniowe, antyrobotnicze i pseudoekologiczne poglądy liberałów szerzone są w całkowitej sprzeczności z rzeczywistością empiryczną. Po pierwsze: ogólne zatrudnienie na świecie rośnie – tak samo jak stale spada bezrobocie. Po drugie: w przemyśle pracuje stale (od 1995 roku) około 23% światowej populacji pracowników (wahania w tym okresie nie przekraczają 1 procenta). Po trzecie: jeśli chodzi o przemysł i górnictwo to w krajach najbardziej rozwiniętych (najbogatszych) górników i zatrudnionych w przemyśle ostatnimi laty wręcz przybywa. Tak jest np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ostatnich latach przybywa górników i gdzie prognozy wskazują na długoterminowy przyrost zatrudnienia w górnictwie.
Przemysł, proletariat, robotnicy, wydobycie węgla, czy praca w fabrykach nie są wcale domeną przeszłości. W rzeczywistości na świecie istnieje dziś historycznie największa armia pracowników, a liczba ludzi zatrudnionych w przemyśle jest wielokrotnie większa niż w czasach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, kiedy młodziutki kapitalizm był domeną ledwie kilku enklaw w państwach najbardziej rozwiniętych. Polemika, którą prowadzą liberałowie i inni wierzący w erę postpracy to domena mikrozachodniego światka i pokłosie wielu nieodrobionych lekcji z historii społeczno-gospodarczej i współczesnej ekonomii późnego kapitalizmu. Gospodarka oparta na węglu ma oczywiście swój termin ważności – ale szatańskim wynalazkiem nie są wcale kopalnie tylko siły poruszające całą produkcją. Dochodzimy tu do kolejnego zjawiska: fetyszyzacji produkcji przemysłowej i myślenia oderwanego od całości systemu ekonomicznego.
Globalnym problemem nie są złe maszyny, które trzeba zniszczyć, ani węgiel, który miałby odpowiadać za całe zło. Rzeczywistym, praktycznie jedynym problemem zagrażającym środowisku jest sposób i metoda produkcji przyjęta przez współczesny kapitalizm. Karol Marks zamknąłby warszawski Mordor!
Bo komu bliżej dziś do „barbarzyńskiego egotyzmu„, „upokarzającego, skostniałego, wegetacyjnego trybu życia” i „biernego bytu” niż sprowadzonym do roli korposzczurów pracownikom, których dzień wypełnia wspieranie najbardziej niszczycielskich procesów w historii całej ludzkości? Czy bardziej archaiczne i godne potępienia są polskie kopalnie węgla, czy kapitalistyczne biurowce, gdzie zarządza się świętym kapitałem i w jego imieniu truje całe oceany, wycina lasy deszczowe, czy zmusza dzieci do pracy przy wydobyciu metali ziem rzadkich w Afryce? Czy lepsze jest prowadzenie ograniczonego, lokalnego wydobycia węgla, czy może sztuczne pobudzanie popytu i postarzanie wszystkich produktów tylko po to, by 2-letnie telewizory trafiały już na złom, i aby przymuszani do kupowania zachodni konsumenci mogli potem dodać kilka kolejnych promili do zysków wielkich koncernów, których największym współczesnym dziełem jest wielka, pływająca po oceanie wyspa śmieci?
Karol Marks w pierwszej kolejności zamknąłby wszystkie kapMordory. To one są dziś najbardziej szkodliwą wylęgarnią korporacyjnego wyścigu szczurów i one odpowiadają za trucie Ziemi. To tam kapitał stymuluje kapitalistyczny wzrost, którego rezultatem jest wyzysk ludzi i przyrody. To tam pracujący dzień i noc ludzie wspierają najbardziej niszczycielskie dla środowiska światowe korporacje, które wprost i osobiście odpowiadają za wycinkę lasów, emisję gazów cieplarnianych i za praktycznie nieuniknioną już ekokatastrofę całej planety.
Nie ma odpowiedzialnej polityki ekologicznej bez krytyki i bez programu zniesienia wpływu prywatnej własności na środowisko, bo to ona steruje procesami ekologicznej zagłady.

Ataki na górnictwo mają zaś swą bardzo długą i bardzo neoliberalną historię.

Kierowanie gniewu społecznego przeciwko górnikom nie jest praktyką przypadkową. To przejaw agresji elit państwa kapitalistycznego przeciwko „uprzywilejowanym” i najbardziej wpływowym pracownikom. To sterowanie gniewu biedniejszej części świata pracy przeciwko tym sektorom świata pracy, którym udało się wywalczyć choć trochę lepsze warunki zatrudnienia i życia. Z perspektywy burżuazji jest to cynicznie stosowana praktyka, która odwrócić ma uwagę od grzechów kapitalistów i napuścić na siebie pracowników. Ich wzajemna niechęć umożliwi nie tylko obniżenie im wszystkim płac, ale też równanie w dół praw pracowniczych i socjalnych – co pozostaje marzeniem przedsiębiorców, którzy wiedzą, że lepsze standardy pracy są zagrożeniem dla uzyskiwanej przez nich wartości dodatkowej.
Walka o niskie podatki dla firm, koncernów, od majątków i kapitałów to obecnie najgorszy mord na przyrodzie. To walka o podtrzymanie gospodarki opartej na kapitalistycznym wzroście, bez względu na koszty i skutki jej działania.
Kapitał boi się górniczych organizacji i potrzebuje społecznego poparcia by się ich pozbyć. W zamian za pochopną likwidację kopalni i górniczych organizacji powstaną dużo bardziej uśmieciowione i rozproszone miejsca pracy. Pogłębi się pracownicza dezintegracja, dojdzie do ekonomicznej zapaści całych regionów i pogorszy się pozycja przetargowa pracownika. Z perspektywy liberałów bijatyka o kopalnie to bezpieczna i zbieżna z linią neoliberalizmu polityka – z daleka od kwestii fundamentalnej, którą w rzeczywistości pozostaje kwestia natychmiastowego, państwowego upowszechnienia ekologicznego i niedrogiego ogrzewania.
Produkowanie z myślą o zysku nielicznych i w trosce o fortuny właścicieli to zresztą cała wielka „tajemnica” globalnego ocieplenia. Zła redystrybucja dóbr i dochodów i tanie, neoliberalne państwo, które umywa ręce od odpowiedzialności są natomiast winne temu, że ludzi nie stać dziś na ekologiczne formy ogrzania się podczas zimy. Polskim problemem nie jest zacofany śląski robol (belka w oku polskiego kapitału), którego trzeba się pozbyć, by zrobić miejsce dla czyściutkich warszawskich menadżerów karmiących się sushi. A globalnym problemem nie są przemysł i wydobycie tylko cele, które realizuje kapitalistyczna własność i jej metody.
Globalnym problemem jest system kapitalistycznej produkcji tworzący biedę, nierówności, prywatyzujący kwestie ekologiczne i pozostawiający biednych z ekologicznymi broszurkami zamiast uruchomić instrumenty państwa oraz uspołecznionej gospodarki by w sposób szybki, skuteczny i uniwersalny wystąpić w imieniu dobrostanu ludzi i przyrody. Tych problemów nie naprawi żaden kapitalistyczny rynek, ponieważ nie posiada on i nie widzi w tym interesu.
Kwestie dotyczące środowiska nie są też sprawami lokalnymi. By zatrzymać smog i globalne ocieplenie nie wystarczy pozbyć się polskich kopalni. Offshoring i wypchnięcie wydobycia surowcowego do krajów Globalnego Południa utrwali tylko podział na skażone rejony biedy i bogate enklawy „świętej” ekoczystości. Podkreślmy znowu, że enklawy te żyć będą (i już żyją) w kompletnej hipokryzji, ponieważ to ich elity zarządzają wędrówkami globalnego kapitału.
Kapitał finansowy – wbrew logice późnokapitalistycznych liberałów – nie występuje pod postacią czystej idei i niegroźnie przeskakujących cyferek. To on uruchamia produkcję i czerpie z niej zyski. Walka o czyste Wall Street to klasistowska „ekologia” uprzywilejowanych przeciwko globalnemu proletariatowi. Taki ekologizm to nic innego jak walka o czyste nowojorskie biuro prezesa Shella i udawanie, że jego praca nie ma nic wspólnego z emisją CO2 na świecie. Idea podziału świata na czyste Szwajcarie i rakotwórcze Bangladesze nie mieści się zresztą ani w lewicowej, ani liberalnej wrażliwości i stąd potrzeba zrównoważonej gospodarki, która rozwiąże obecny kryzys w sposób solidarny i trwały.
Kopalnie nie należą tylko do przeszłości. A kiedy rzeczywiście nadejdzie ich koniec to naszym wspólnym obowiązkiem jest zachowanie wszystkich wywalczonych przez górników praw na rzecz całego świata pracy. Upadek wszelkiego przemysłu był już w Polsce przerabiany. Bycie skazanym na kaprysy rynków finansowych stoi w sprzeczności z odpowiedzialną i zrównoważoną strategią gospodarczą. Polsce nie potrzeba też kolejnych stref postindustrialnej katastrofy i powrotu do dwucyfrowego bezrobocia. Terapia szokowa nie stanowi rzeczywistego rozwiązania, a bycie państwem żyjącym z samych usług to szkodliwe złudzenie sprzedawane przez bogatych biedniejszym, by skuteczniej prywatyzować ich fabryki i majątki.
I dlatego przejście do energetyki odnawialnej musi być realizowane w porozumieniu z klasą robotniczą, której rzeczywisty interes stoi w sprzeczności z interesami trucicielskich megakorporacji i kapitału, którego godzina właśnie wybiła. I to właśnie toksyczny kapMordor musi zostać zniesiony jako pierwszy – inaczej naprawdę wykończy nas wszystkich. A czy zrobi to rękami polskimi, czy banglijskimi nie będzie już miało żadnego znaczenia…
Jeśli nie chcemy chodzić w maskach i sponsorować raka naszym dzieciom to lepiej weźmy się za biedę, nierówności, wyzysk i za napędzaną przez kapitalistyczną chciwość globalną nadprodukcję. Prawdziwym wrogiem ludzkości jest tyrania wzrostu i kapitału.
Niech tropem Karola Marksa i komunistycznej teorii potrzeb nasze fabryki i zakłady pracy zaczną więc wpierw produkować dobra, które są rzeczywistym zapotrzebowaniem ludzi – a nie towary zrodzone z potrzeby zysku ich szefów i akcjonariuszy. Dobrze zorganizowani górnicy mogą w tym nawet pomóc…

Ponieważ, tak jak pisał Karol Marks:

„[…] w swej bezgranicznej ślepej żądzy, w swym wilczym głodzie pracy dodatkowej kapitał przekracza maksymalne, nie tylko moralne, ale czysto fizyczne granice dnia roboczego. Przywłaszcza on sobie czas niezbędny do wzrostu, rozwoju ciała i utrzymania go przy zdrowiu. Rabuje czas potrzebny do wchłaniania czystego powietrza i światła słonecznego. Skraca czas posiłku i wciela go, gdy tylko może, do procesu produkcji. Daje więc pokarm robotnikowi jako zwykłemu środkowi produkcji, jak daje węgiel kotłowi parowemu, a smar lub oliwę maszynie.”

Energetyka daleka od nowoczesności

Rząd PiS systematycznie zmniejsza wydobycie węgla kamiennego w Polsce. To słuszna polityka – ale szkoda, że zamiast stopniowego odchodzenia od tego surowca, polski węgiel jest zastępowany węglem importowanym z Rosji. W ten sposób rząd pogłębia nasze uzależnienie energetyczne.

 

Jednym z pomysłów na zmianę kierunku polskiej polityki energetycznej jest energetyka obywatelska. W Katowicach podczas szczytu klimatycznego zebrała się grupa samorządowców stawiająca na jej rozwój. Swoje działania na rzecz energetyki obywatelskiej zaczęli oczywiście od wezwania państwa do zwiększenia nakładów na ten cel.
Do samorządowców przyłaczył się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar – choć wybór strategii energetycznych dość luźno wiąże się z zakresem działań RPO. Rzecznik uznał jednak, że w ramach chronienia praw obywatelskich, powinien on wspierać oddolne ruchy społeczne, takie jak właśnie ruch na rzecz upowszechniania energetyki obywatelskiej.
Rzecznik wskazał też na bliskie nam Węgry, gdzie utworzono stanowisko rzecznika do spraw przyszłych pokoleń, który ma być odpowiedzialny za przestrzeganie i rozwój zasady solidaryzmu społecznego (czyli naturalnej wspólnoty interesów różnych grup i warstw społecznych w państwie) – która to zasada powinna, zdaniem rzecznika, wyrażać się m.in. właśnie w rozwijaniu energetyki obywatelskiej.

 

Niech państwo da

Jak mówi ideologiczna i w związku z tym niejasna, definicja, energetyka obywatelska w odróżnieniu od dominującej na razie w Polsce energetyki oligarchicznej i scentralizowanej, opartej na systemie kilkunastu wielkich elektrowni, zakłada rozwój energetyki rozproszonej, efektywnej, opartej w coraz większym stopniu o odnawialne źródła ciepła i elektryczności, do których dostęp ułatwia się wszystkim obywatelom.
Definicja nie wyjaśnia oczywiście niczego, co jest najważniejsze: na czym ma polegać rozproszenie energetyki? co to znaczy, że będzie ona efektywna (w domyśle – w odróżnieniu od zapewne nieefektywnej energetyki oligarchicznej)? jak dostęp do niej ułatwi się wszystkim obywatelom?
Można wiec się tylko domyślać, że chodzi o wytwarzanie ciepła i prądu przez małe elektrociepłownie obejmujące niewielką liczbę odbiorców. To poniekąd powrót do koncepcji sprzed stu lat, polegającej na budowie osiedlowych kotłowni opalanych węglem – z której zrezygnowano bo te lokalne kotłownie za bardzo zatruwały powietrze a ich funkcjonowanie było w sumie droższe od systemu scentralizowanej energetyki dostarczającej prąd i ciepło. Dzisiejsze małe elektrociepłownie miałyby być opalane biogazem, który oczywiście też zatruwa powietrze. Możliwe też że składałyby się one z ogniw fotowoltaicznych – co z kolei jest drogie i wymaga dotacji dla użytkowników, zaś w pochmurne dni, zwłaszcza jesienią i zimą, ogniwa te nie zapewniają odpowiedniej temperatury ogrzewania.
Najważniejszym elementem umożliwiającym rozwój energetyki obywateslkiej jest oczywiście wsparcie finansowe państwa. Dlatego też nowo wybrani samorządowcy, którzy w ostatnich wyborach zapowiedzieli, że postawią na rozwój energetyki obywatelskiej, chcąc dotrzymać swych obietnic, spotkali się w Katowicach – i wspólnie przygotowali apel do rządu i Komisji Europejskiej o zwiększenie nakładów na rozwój energetyki obywatelskiej. Apel oczywiście nie będzie mieć żadnego znaczenia, ale samorządowcy, którzy przed wyborami samorządowymi podpisali deklarację „Popieram energetykę obywatelską” chcą sprawić wrażenie, że coś się jednak robi.

 

Polski zastępujemy rosyjskim

Polska, jak i wszystkie pozostałe kraje UE, jest zobowiązana przedstawić tzw. NECP – Krajowy Plan dla Energii i Klimatu, mający wytyczyć cele i zapewnić zgodność polityki krajowej z celami energetycznymi wspólnoty europejskiej. Samorządowcy twierdzą nawet, że Polska musi przedstawić ów plan jeszcze przed końcem tego roku, co jednak nie jest prawdą.
Jaki ten plan będzie, jeszcze dokładnie nie wiadomo, bo wciąż trwają konsultacje „Polityki Energetycznej Państwa do roku 2040”. Trudno jednak, by NECP znacząco różnił się od tej „Polityki…”, która przewiduje, że węgiel będzie odpowiadał za wytwarzanie większości energii w Polsce (tradycyjnie mówi się też o budowie elektrowni atomowej, która oczywiście nie powstanie). Potrwa to najprawdopodobniej do czasu wyczerpania jego zapasów w naszym kraju, a nawet dłużej, bo Polska importuje coraz wiecej węgla – w ubiegłym roku sprowadzono do nas 13,5 mln ton, zaś w tym roku kupimy go dużo więcej, prawdopodobnie ok. 18 mln ton, głównie z Rosji.
Obecni szefowie resortu opowiadają głupstwa, że import węgla do Polski jest „czymś naturalnym”, zaś z drugiej strony prezydent Andrzej Duda snuje bajki o obronie polskiego sektora węglowego.
Import węgla do Polski jest oczywiście czymś kompletnie nienaturalnym. Skoro chcemy spalać węgiel krajowy, którego ponoć mamy dużo, to sięgajmy po rodzime zasoby. Jesli zaś własnego węgla jest jednak za mało to wykorzystajmy tę sytuację do rozwoju energetyki odnawialnej – a nie do zwiększania importu węgla, co tylko utrwala szkodliwą strukturę naszej energetyki.
Owszem, skoro mamy węgiel, głupotą jest z niego rezygnować – ale jeszcze większą głupotą jest spalanie węgla z importu. Jeśli importowanie węgla jest bardziej opłacalne od wydobycia własnego, to znaczy, że planowanie rozwoju polskiej energetyki w oparciu o węgiel (jak zakłada „Polityka Energetyczna Państwa do roku 2040”) jest kompletnie bez sensu. W takiej sytuacji należałoby albo obniżyć koszt wydobycia węgla w Polsce, by jego import stał się nieopłacalny – albo rozwinąć mniej trującą produkcję energii ze źródeł odnawialnych.
Obie te możliwości są jednak niewykonalne dla obecnej ekipy, która nie jest w stanie zwiększyć innowacyjności polskiej gospodarki. Resort gospodarki mówi, że wybiera trzecią drogę – i chce rozwijać potencjał wydobywczy krajowych kopalni węgla.
Będzie to kosztować miliardy, bo nakłady na ten cel muszą być ogromne i spowoduje, ze Polska stanie się unijnym pariasem energetycznym, który buduje najbardziej szkodliwy i przestarzały model wytwarzania energii. Rozwój takiego tradycyjnego modelu nie wymaga za to pomyślunku i innowacyjności, czyli tego, czego szczególnie brakuje w polskiej gospodarce.

 

Rządowe bajania

Pamiętajmy jednak, że są tylko rządowe zapowiedzi, które miewają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Faktycznie, żadne rozwijanie potencjału wydobywczego sektora węglowego nie następuje, bo obecna ekipa i tego nie jest w stanie zrobić. Pod rządami PiS wydobycie węgla kamiennego systematycznie spada. W 2015, ostatnim roku rządów Platformy Obywatelskiej, polskie kopalnie wydobyły 72,7 mln ton. Rok póżniej – tylko 70,7 mln ton, zaś w ubiegłym wydobycie spadło do 65,8 mln ton. I oczywiście spada nadal: w pierwszym półroczu 2018 r wydobycie było o milion ton mniejsze niż w pierwszym półroczu ubiegłego. „Rozwijanie naszego sektora węglowego” polega zaś w rzeczywistości na jego likwidowaniu – w tym roku zamykana jest kopalnia Wieczorek, w której za czasów rządów PO rozpoczęto eksperymentalną, innowacyjną produkcję metanu metodą podziemnego zgazowania węgla.
Akurat za ograniczanie wydobycia węgla (choć prowadzone w mało sensowny sposób) trudno mieć pretensje do rządzących z PiS, bo to jest generalnie polityka słuszna – choć może szkoda, że ich czyny są tak dalece sprzeczne z ich obietnicami. Trzeba jednak mieć do nich pretensję o indolencję, marazm, brak inicjatywy i innowacyjności. Te cechy ekipy rządzącej polską gospodarka sprawiają, że w rzeczywistości nie może zostać wybrana żadna z przedstawionych tu trzech dróg. Nie ma więc ani obniżenia kosztu wydobycia polskiego węgla, ani rozwoju energetyki odnawialnej, ani wzrostu potencjału wydobywczego naszych kopalni. Polska energetyka podąża czwartą drogą, nabardziej szkodliwą i najmniej innowacyjną – po prostu zwiększa import węgla kamiennego, głównie z Rosji. To bardzo ciekawy sposób budowania naszej „niezależności energetycznej” przez PiS.
W pierwszej połowie roku 2019, jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w Brukseli mogą zapaść ustalenia co do ewentualnego podwyższenia tzw. celu klimatycznego (udziału wydatków na ochronę klimatu w budżecie unijnym) z 25 na 40 proc., oraz stworzenia mechanizmu wykluczającego unijne finansowanie inwestycji działających na szkodę klimatu.
Grupka samorządowców, która pojawiła się na szczycie klimatycznym w Katowicach, uznała że należy zwiększać nakłady na czystą, bezemisyjną energetykę (choć oczywiście nie ma w pełni nieszkodliwej energetyki). Ich zdaniem powinny być też traktowane priorytetowo takie projekty, jak spółdzielnie energetyczne i rozwój odnawialnych źródeł energii – bo dla uniknięcia nadciągającej jakoby katastrofy klimatycznej, pilnie potrzebujemy budowy niskoemisyjnej gospodarki. Polska powinna zaś w nowym rozdaniu środków unijnych postawić zwłaszcza na inwestycje w efektywność energetyczną.
Niedawno minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz publicznie zapowiedziała bardziej zdecydowane wspieranie rozwoju energetyki obywatelskiej, co jej zdaniem ma stanowić remedium na rosnące ceny prądu. Te obietnice mają jednak tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co zapowiadane przez rząd rozwijanie potencjału naszego sektora węglowego.