Nie można rozwijać się kosztem środowiska

Powinniśmy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. Tyle, że takich mierników jeszcze nie skonstruowano.

Czy dotychczasowy model rozwoju, oparty na dążeniu do nieustannego wzrostu produktu krajowego brutto powoli się wyczerpuje?.

  • PKB jest przede wszystkim miernikiem produkcji, co w ekonomii jest tożsame ze wzrostem, a ponieważ nie wypracowaliśmy do tej pory dobrego miernika rozwoju, to te pojęcia zaczęły być ze sobą utożsamiane – uważa Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen. Podkreśla on, że takie uproszczenie sprawdza się na gruncie teorii wzrostu gospodarczego, ale nie wytrzymuje już konfrontacji z obecną rzeczywistością, która jest dużo bardziej złożona.
  • Oparcie się wyłącznie na PKB ma swoje ograniczenia. Pamiętajmy, że ten wskaźnik zaczął być stosowany w czasach, gdy rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Wymyślono go w sytuacji, gdy na świecie żyło niewiele ponad 2 mld ludzi, a działalność gospodarcza odciskała na tyle małe piętno na przyrodzie, że ta sama się regulowała i szybko wracała do naturalnego stanu. Dziś na świecie żyje już 7,5 mld ludzi, a skala i wpływ działalności człowieka są tak duże, że natura już sobie z nim nie radzi – mówi ekspert.
    I dlatego właśnie musimy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. To wymaga zmiany modeli biznesowych, by nie koncentrować się wyłącznie na krótkoterminowym zysku.
  • Taka zmiana jest możliwa i nie musi oznaczać załamania się biznesu. Spójrzmy na Elona Muska, który tak zarządzał firmą, że Tesla przez długi czas nie wykazywała zysku, a jednocześnie miała dużo wyższą kapitalizację niż inne duże koncerny samochodowe – dodaje Adam Czyżewski.
    Pytaniem pozostaje, jak dokonać tych ewentualnych zmian, nie tracąc konkurencyjności? Zwłaszcza, że polskim firmom daleko do statusu technologicznego amerykańskiego potentata, a chwilowe załamanie się koniunktury lub dłuższy okres bez zysku może być gwoździem do biznesowej trumny. W takich warunkach trudno o odważne decyzje i wytyczanie nowych kierunków.
    Mimo to, jak przekonywali rozmówcy podczas debaty w ramach krajowego szczytu klimatycznego TOGETAIR, polskie firmy potrafią dokonać „zielonego zwrotu” nawet w trudnych czasach – choć na razie to głównie tylko teoretyczne wywody. Niewykluczone, że stanie się tak również i w praktyce, bo tak naprawdę ów „zielony zwrot” po prostu może się im zacząć opłacać.
    Przede wszystkim, na każdym etapie trzeba wspierać inicjatywy które ograniczają powstawanie odpadów – a także realnie oraz na skalę przemysłową wprowadzać proekologiczne rozwiązania.
    Ważna w tym może być rola Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – państwowej instytucji, której efekty działania są, w dość powszechnym rozumieniu, raczej znikome. Izabela Żmudka, zastępca dyrektora NCBiR podkreśla ważną rolę naukowców i badaczy w działaniach na rzecz klimatu i środowiska naturalnego.
  • Po to jest taka instytucja jak NCBiR, żeby dawać wsparcie edukacyjne i finansowe, aby zabezpieczać przedsiębiorców i naukowców przed ryzykiem, które zawsze wiąże się z badaniami i rozwojem. Po to, żeby oni na koniec odnosili sukces i zarabiali pieniądze. Nie boję się o tym mówić głośno, bo im więcej będą zarabiać tym gospodarka też będzie się lepiej rozwijać, a przy tym wszystkim to nie muszą być tylko duże projekty. Mamy np. projekty związane z tym jak magazynować wodór – twierdzi dyr. Izabela Żmudka. Oczywiście wszyscy by sobie życzyli, aby projekty, którymi zajmuje się NCBiR zaczęły przynosić pożądane efekty, a coraz wyższe zarobki naszych naukowców przekładały się na większą skuteczność ich badań.
    Dziś kryzys klimatyczny nie jest czymś odległym i niewidocznym. On trwa i już się z nim zmagamy, co widać po nasileniu niebezpiecznych dla człowieka zjawisk atmosferycznych – choć nie wiadomo, czy i na ile działalność człowieka się do nich przyczyniła. W każdym razie, trzeba zadbać, aby krysys klimatyczny nie przemienił się w całkowitą katastrofę klimatyczną. Na pewno człowiek może i powinien ograniczyć rozwijanie gospodarki kosztem środowiska.
    Wprawdzie Polska, za sprawą hamujących działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, spada coraz niżej w rankingu krajów dokonujących traansformacji energetycznej, a nasze uzależnienie od węgla dziś wydaje się trwałe – ale rynek energetyki odnawialnej, w dużym stopniu obsługiwany przez polskie lokalne podmioty, przeżywa dziś prawdziwą rewolucję.
    Potrzebne jest obecnie wspólne działanie dla dobra klimatu. Ponad podziałami politycznymi, gospodarczymi czy regionalnymi – choć to niełatwe w Polsce rządzonej przez PIS, ugrupowanie, które stawia właśnie na podsycanie podziałów i konfliktów między Polakami. Nadzieja w tym, że przecież wszystkim nam zależy na tym, abyśmy mogli oddychać czystym powietrzem, pić zdrową wodę i swobodnie korzystać z energii elektrycznej.

Uzależnieni od węgla

W wyniku rządów PIS zatrzymała się transformacja energetyczna w Polsce. Jesteśmy najgorsi w całej Unii Europejskiej i spadamy coraz niżej w rankingu państw wdrażających odnawialne źródła energii.

Indeks Transformacji Energetyki 2020 (Energy Transition Index – ETI) pokazuje, jak wygląda przejście sektora energetycznego z surowców kopalnych, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla, na odnawialne źródła energii, takie jak wiatr, słońce, a także baterie litowo-jonowe. Chodzi więc o rosnący udział energii odnawialnej w dostawach energii ogółem..
Indeks ten opracowywany i publikowany jest od kilku lat i obejmuje obecnie swymi badaniami 115 krajów (90 proc. ludności świata, 93 proc. światowej produkcji energii i 98 proc. światowego produktu brutto). Prace nad nim organizuje wyspecjalizowany, składający się z przedstawicieli 23 organizacji oraz z 17 indywidualnych ekspertów zespół badawczy, pracujący pod auspicjami Światowego Forum Ekonomicznego lecz wyrażający własne opinie.
Prace nad indeksem wpisują się harmonijnie w Agendę ONZ 2030 (Cele Zrównoważonego Rozwoju). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.weforum.org.
W konstrukcji indeksu zespół posługuje się 40 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. W Indeksie Transformacji Energetyki 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19. Indeks ETI jest średnią ważoną tych 40 wskaźników.
Spośród wszystkich krajów objętych badaniem, 94 kraje poprawiły swoje wskaźniki: stanowią one 70 proc. ludności świata i 70 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Jednak tylko Argentyna, Bułgaria, Chiny, Czechy, Indie, Irlandia, Włochy, Słowacja i Ukraina wykazały istotne postęp, podczas gdy takie kraje jak Brazylia, Kanada, Iran i Stany Zjednoczone wykazują stagnację bądź regres.
W dalszym ciągu Szwecja jest w czołówce rankingu, wraz ze Szwajcaria, i Finlandią. Tylko Francja i Wielka Brytania spośród krajów grupy G-20 znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów rankingu ETI.
Na samym końcu rankingu plasują się: Wenezuela, Kamerun, Nigeria, Liban i Haiti (z indeksem 36 proc.) .
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 proc. (najlepszy). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów wspomnianego zespołu badawczego.
Polska zajęła w Indeksie Transformacji Energii 2020 dopiero 69. miejsce, z wartością indeksu 52,9 proc. W 2018 r. zajmowaliśmy 67. miejsce, co oznacza spadek o dwie pozycje.

Indeks Transformacji Energetycznej 2020

  1. Szwecja 74,2
  2. Szwajcaria 73,4
  3. Finlandia 72,4
  4. Dania 72,2
  5. Norwegia 72,2 67. Turcja 53,1 68. Boliwia 53,0 69. Polska 52,9 70. Indonezja 52,4 71.Dominikana 52,4

Czołówka rankingu to: Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania i Norwegia. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 74,2 proc. a dla Polski – 52,9 proc. Taki jest obecnie dystans do najbardziej zaawansowanego w transformacji energii kraju na świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie te kraje: np. Litwa zajmuje 15 miejsce, Łotwa 16 a ostatnie przed Polską zajmuje Bułgaria, która jest na 61 miejscu.
Niemcy zajmują w rankingu 20 miejsce, USA dopiero – 32., Chiny – 78 a Rosja 80. Spośród sąsiadów: Ukraina – 102 miejsce, a Białoruś nie jest notowana w tym indeksie.

Elektryczne podboje przestworzy

Kolejny samolot z napędem elektrycznym wykonał udany lot testowy. Czy to może wpłynąć na przełom w lotnictwie cywilnym?
Praktycznie wszystkie ważniejsze linie lotnicze lotnicze liżą rany spowodowane pandemią koronawirusa. Łączne straty przekraczają już 500 miliardów dolarów. Ale w tym czasie małe, niszowe linie lotnicze próbują działań mogących zmienić przyszłe latanie.
Niedawno zmodernizowany został mały samolot pasażerski Cessna 208B Grand Caravan. Przerobiono go z napędu spalinowego na elektryczny. Samolot wykonał pomyślnie 28-minutowy lot nad stanem Waszyngton. Był to pierwszy tak długi przelot samolotem napędzanym silnikiem elektrycznym zasilanym przez akumulatory. Konstruktorzy twierdzą, że ich moc wystarcza na pokonanie dystansu około 100 mil przy normalnej prędkości przelotowej (około 300 km/h).
W zeszłym roku ta sama linia lotnicza (Harbour Air) testowała mniejszy samolot. Loty trwały zaledwie kilka minut. Sprawdzana obecnie Cessna 208B była w powietrzu prawie trzy razy dłużej. Czy będzie to stanowić kolejny kamień milowy w rozwoju „e-samolotu”.
Pomysł samolotów elektrycznych nie jest nowy. Lotnicze silniczki elektryczne są już od dawna dość powszechnie stosowane w modelarstwie. Budowa „dorosłego” samolotu napędzanego prądem, to jednak dużo większe wyzwanie, bo ciężar baterii, potrzebnych do startu i lotu takiej maszyny, jest ciągle zbyt duży.
Wprawdzie linia Harbor Air zapowiada, że spróbuje zmodernizować wszystkie swoje samoloty za pomocą silników elektrycznych o mocy około 750 KM – i zapewnia, iż taki samolot, nadający się do obsługi krótkich tras. jest doskonałym rozwiązaniem dla linii lotniczych.- ale jest to jednak na razie głównie działanie promocyjno-reklamowe.
Wydaje się, że nieco większe, ale także trudne szanse powodzenia ma, realizowany już od prawie 20 lat, program budowy samolotu również elektrycznego – tyle, że napędzanego wyłącznie energią słoneczną. Takie samoloty, nazwane Solar, są projektem szwajcarskim.
3 grudnia 2009 roku samolot Solar wykonał swój pierwszy, jeszcze krótki, bo 400 metrowy przelot testowy na wysokości około 1 metra nad płytą lotniska. W kolejnych latach pułap maszyny był coraz wyższy, a czas lotu systematycznie się wydłużał. Już w 2010 roku Solar Impulse pokazał, że samolot napędzany tylko energią słoneczną może również latać w nocy. Lot trwał ponad dobę, bo 26 godzin. Samolot wzniósł się na wysokość aż 8720 metrów, leciał ze średnią prędkością wynoszącą ok. 38 km/h (jego prędkość maksymalna to 125 km/h). Rok później Solar Impulse wykonał lot międzynarodowy ze Szwajcarii do Belgii.
Kolejny taki samolot, Solar Impulse 2, to już projekt nie tylko szwajcarski. W jego stworzeniu uczestniczyła politechnika w Lozannie, Europejska Agencja Kosmiczna, firmy Dassault, ABB i inne. Jest to już duży samolot z czterema silnikami elektrycznymi i bardzo długimi skrzydłami o rozpiętości około 80 metrów. Napędza go prąd z ponad 17 tys. ogniw fotowoltaicznych umieszczonych w maszynie. Ma ciśnieniową kabinę umożliwiającą wykonywanie lotów na wysokości nawet 12000 metrów. Może pokonać ocean.
Solar Impulse 2 latał w coraz dłuższe trasy, aż wreszcie 9 marca 2015 r. wystartował w lot dookoła świata. Lot zakończył się powodzeniem – ale trwał aż 16 miesięcy. Po drodze samolot trzeba było naprawiać, zrobiono kilkanaście przystanków. Pokonano łącznie ok. 40 tys. kilometrów. Można byłoby z pewnością przebyć ten dystans w krótszym czasie, lecz przerwy w podróży, oprócz napraw i przeglądu samolotu, przeznaczone też były na kampanię na rzecz czystej energii.
Samolot Solar Impulse 2 przeleciał nad dwoma oceanami: Spokojnym i Atlantyckim. Był to ewidentny sukces, bo ustanowiono światowy rekord, jakim był nieprzerwany lot nad Pacyfikiem przez pięć dni i nocy (w sumie 118 godzin).
Na razie jednak na tym się skończyło. Droga od jedno czy dwuosobowego doświadczalnego samolotu elektrycznego rozwijającego średnią prędkość przelotową w granicach 60 – 70 km na godzinę, do normalnej, w miarę szybko latającej użytkowej maszyny o takim napędzie, będzie jeszcze bardzo długa. Podobnie jak droga, która pozwoliłaby samolotom przerabianym na prąd – na wzór wspomnianej Cessny – latać dłużej niż 25 – 30 minut.

Gospodarka 48 godzin

Oszczędzamy energię
W Polsce w latach 2008-2018 nastąpiła poprawa efektywności energetycznej. W tej dekadzie energochłonność obniżała się średnio o 2,0 proc. rocznie. Najszybsze tempo wzrostu energooszczędności odnotowano w przemyśle, dzięki inwestycjom podjętym za czasów rządów PO-PSL. Całkowite zużycie energii w Polsce wzrosło w latach 2008-2018 z 98,1 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego) do 105,7 Mtoe, czyli w tempie średnio 0,8 proc./rok). Zużycie osiągnęło najwyższą wartość w 2018 r. – podaje Główny Urząd Statystyczny. W stosunku do roku 2008 energochłonność naszego produktu krajowego brutto w 2018 r. obniżyła się o 18,4 proc. Tempo poprawy energochłonności w latach 2014–2018 było niższe niż w pierwszej połowie omawianego okresu, gdy rządziła koalicja PO-PSL. Jedynie w roku 2018 zaobserwowano znaczniejsze zmniejszenie energochłonności naszego PKB wynoszące 3,2 proc.
Udział gospodarstw domowych w finalnym zużyciu energii w 2018 r. wyniósł 28,1 proc. Najważniejsze było tu ogrzewanie pomieszczeń, którego udział wyniósł 65,1 proc. (z tych 28,1 proc.) Na ogrzewanie wody zużyto 16,6 proc. energii, na oświetlenie i wszelkie urządzenia elektryczne tylko 9,8 proc, a na gotowanie posiłków 8,5 proc. Zużycie energii w gospodarstwach domowych w przeliczeniu na metr kwadratowy wykazuje generalnie lekką tendencję spadkową. Wzrost zużycia został tam zaobserwowany w roku 2010, 2012 i 2016, w pozostałych latach odnotowano zmniejszenie. Zużycie na 1 m2 obniżało się średnio o 1,6 proc/rok. Natomiast w przemyśle, spośród lat 2008-2018 zużycie energii osiągnęło najniższą wartość w 2009 r. (13,0 Mtoe). W następnych latach obserwowano niewielkie wahania, a od roku 2016 nastąpił znaczący wzrost zużycia, do poziomu 16,8 Mtoe w 2018 r. Najwyższe tempo spadku energochłonności odnotowano w przemyśle maszynowym (o 5,2 proc./rok) i tekstylnym (o 4,8 proc./rok), a najniższe w przemyśle drzewnym oraz spożywczym (po 0,4 proc./rok). Dla całego przemysłu przetwórczego tempo poprawy energochłonnosci wynosiło srednio 1,5 proc. rocznie.
W latach 2008-2018 w naszym kraju najbardziej wzrosło zużycie energii elektrycznej (o 36,9 proc.), a potem ciepła (o 26,1 proc.) oraz gazu ziemnego (o 16,8 proc.). Największy spadek zużycia nastąpił natomiast w przypadku paliw ciekłych (aż o 41,5 proc.). Niestety, znacznie wolniej zmniejszało sie zużycie węgla (o 12,6 proc.). Jak policzył GUS, w tym dziesięcioleciu poprawa pogody (nieco więcej ciepłych dni) spowodowała zmniejszenie zużycia energii zaledwie o 0,1 Mtoe. Najwolniejsze tempo poprawy efektywności zużycia energii miało miejsce w sektorze gospodarstw domowych, gdzie spadek energochłonności w całej dekadzie 2008–2018 wyniósł tylko 1,2 proc. W przypadku gospodarstw domowych czynnikami wpływającymi na zwiększenie zapotrzebowania na energię były wzrost liczby mieszkań i nieco większe ich metraże.

Pandemia zmniejsza inflację
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2020 r. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 2,9 proc. (przy wzroście cen usług aż o 7,1 proc. i towarów – o 1,4 proc. Natomiast w stosunku do poprzedniego miesiąca, ceny towarów i usług obniżyły się o 0,2 proc., co było efektem zamrożenia gospodarki oraz spadku popytu na usługi transportowe (ceny w transporcie spadły w porównaniu z kwietniem o 4,5 proc.).

Po co im to było?

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w czasie pandemii nie odbędzie się bez strat i kłopotów dla mieszkańców dumnego Albionu.

Nawet przed epidemią koronawirusa gospodarka Zjednoczonego Królestwa znajdowała się w nienajlepszej sytuacji, nie odnotowując wzrostu w IV kwartale 2019 r. Na początku roku wskaźniki wskazywały na spadek inswestycji i handlu poniżej normalnego poziomu, oczywiście w związku z brexitem, bo koronawirus okazał się zagrożeniem dopiero od marca. Obecnie, oszacowanie PKB w I kwartale br. pokazuje powszechne spadki w działalności gospodarczej. Sam PKB zmniejszył się o 1,6 proc.,w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku, konsumpcja brytyjskich gospodarstw spadła o 1,7 proc., a inwestycje o 1,0 proc. Nie są to poważne spadki, ale inne dane wskazują, że może być dużo gorzej. Brytyjski eksport spadł bowiem o 10,8 proc., a import o 5,3 proc. Tylko w samym marcu produkcja w Wlk. Brytanii obniżyła się o 5,8 proc., z czego największy spadek nastąpił w sektorze usług (minus 6,2 proc) i budowlanym (minus 5,8 proc.).
Eksperci (np. z Euler Hermes) spodziewają się, że brytyjski PKB w II kwartale obniży się o około 20 proc. ponieważ przywracanie normalnej działalności jest tam wolniejsze niż w innych krajach Europy. Dane dotyczące energii elektrycznej pokazują spadek średnio o 21 proc. ,zarówno w produkcji energii, jak i jej konsumpcji (w stosunku do minus 17 proc. we Francji i minus 11 proc. w Niemczech. Wskaźnik koniunktury dla budownictwa obniżył się w kwietniu do 8,2, z 39,3 w marcu (to znacznie poniżej poziomu strefy euro wynoszącej 13,6). Przedsiębiorcy brytyjscy przyjęli ostrożne podejście i zamknęli wiele placów budów, a firmy budowlane zachowują pesymizm.
Braki surowców będą ograniczać ożywienie gospodarcze w Zjednoczonym Królestwie. Sektor usług zapewne nie wróci do poziomu sprzed kryzysu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a produkcja i budownictwo w najlepszym wypadku powrócą do tego poziomu na koniec bieżącego roku. Wydatki konsumenckie obniżą się o około 15 proc. w całym 2020 r. Nastąpił już spadek sprzedaży nowych samochodów blisko o 20 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Stopa bezrobocia prawdopodobnie zwiększy się do ponad 10 proc. w III kwartale (z 3,8 proc.w 2019 r.).
Cały czas utrzymuje się podwyższona niepewność związana z brexitem, oraz prawdopodobieństwo ryzyka braku porozumienia handlowego na koniec 2020 r. Zapewne dłuższy okres przejściowy będzie konieczny – co najmniej do połowy 2021 r., Wielka Brytania nie zdoła opuścić Unii Europejskiej bez strat i kłopotów.

Ma być sucho, będzie sucho

I znowu, jak zawsze Polska się pali, stepowieje, stoi w obliczu niedoborów prądu, nie dba o retencję, marnuje wodę.
Mimo że zeszliśmy do najniższego w historii poziomu produkcji energii z węgla, stanowi on dalej 74 proc. naszego miksu energetycznego. Przeciągła susza sprawia, że ryzyko blackoutu, czyli rozległej awarii zasilania spowodowanej brakiem wody do chłodzenia generatorów elektrowni węglowych, jest coraz większe. Jak poradzimy sobie w czasie epidemii bez prądu?
Energetyka węglowa zużywa w Polsce 70 proc. wody trafiającej do naszej gospodarki. Jest ona wykorzystywana do chłodzenia generatorów. Dlatego też zwiększanie ilości odnawialnych źródeł energii i odchodzenie od węgla jest odpowiedzią nie tylko na kryzys klimatyczny, ale także na kryzys wodny. Do bilansowania systemu elektroenergetycznego nadaje się energetyka słoneczna, która gdy elektrownie węglowe muszą ograniczać swoją pracę ze względu na długie okresy nasłonecznienia i suszy – produkuje najwięcej prądu. Dlatego warto, żeby szpitale zaczęły stosować instalacje fotowoltaiczne, które w przypadku blackoutu mogą wesprzeć ich własne generatory prądu. Te własne generatory co najwyżej zagwarantują ciągłość systemów krytycznych – na zasilanie klimatyzacji sal chorych, zaplecza gastronomicznego czy pralni, najprawdopodobniej już nie wystarczą.
Na razie jeszcze susza się nie skończyła. Jeśli nie nawiedzą nas wielotygodniowe deszcze, może to być największa susza od 100 lat. Jak w takim razie przeciwdziałać kryzysowi wodnemu i sprawić, aby latem nie zabrakło prądu?
Według danych Straży Pożarnej niemal w całym kraju obowiązuje trzeci – najwyższy stopień zagrożenia pożarowego. W Biebrzańskim Parku Narodowym spłonęło ponad 5 tys. hektarów lasów i łąk. Jeśli radykalnie nie zmienimy swojego podejścia do gospodarki wodnej, ograniczonego do betonowania, odwadniania i wpuszczania wszystkiego w kanalizację w tym sezonie będzie płonęła nie Australia, ale Polska.
Kryzys klimatyczny wiąże się nierozerwalnie z kryzysem wodnym. Polska stepowieje – dotyczy to m.in. województwa łódzkiego (gdzie wprowadzono pierwszy stopień zagrożenia hydrologicznego) i pojezierza gnieźnieńskiego, które straciło ok. 30 proc. wody. Lustra jezior cofnęły się tam w ostatnich latach o kilka, kilkanaście metrów.
Według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej 60 proc. wodowskazów pokazuje poziom poniżej strefy niskiej – w ubiegłym roku było to „tylko” 25 proc. Polska retencjonuje dzisiaj jedynie niewiele ponad 6 proc. swojej wody (dla porównania w Hiszpanii jest to 45 proc.).
Nie mamy pewności jakie będzie tegoroczne lato, wszystko zależy od warunków meteorologicznych w nadchodzących miesiącach. Długoterminowy trend jednak znamy – średnia temperatura w Polsce będzie rosła, opady będą coraz bardziej nieregularne, wysychać będzie też południowa i środkowa część Polski. W związku z tym, organizacje Młodzieżowy Strajk Klimatyczny oraz Miasto Jest Nasze sformułowały postulaty pod adresem zarządców gospodarką wodną, tak na poziomie samorządowym i jak centralnym.
Ich zdaniem, na pierwszym planie powinna być ochrona istniejących naturalnych cieków wodnych (kanałki, rzeczki itd.) oraz tworzenie nowych cieków i zbiorników wodnych, pozwoli na ograniczenie skutków deszczów nawalnych i retencjonowanie większej ilości wody. Priorytet dla zachowania powierzchni biologicznie czynnej przy wszystkich inwestycjach realizowanych w mieście można w praktyce osiągnąć poprzez m.in. wskazaniu w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego materiału pokrycia dachowego. Skoro możliwy jest zapis, że ma być to blacha albo dachówka w określonym kolorze, nie ma powodu, żeby opcją domyślną nie były dachy zielone umożliwiające zbieranie wody. Podobne rezultaty można osiągnąć poprzez zastosowanie odpowiednich wymagań przetargowych, co pokazała np. szkoła w Markach z bagiennym dachem.
Ważnym elementem układu gromadzenia wody są rzeki. Im bardziej są one naturalne, tym lepiej. Powolny nurt rzeki płynący zakolami, rozlewiska oraz odnogi rzeczne przytrzymują wodę. Tereny zalewowe, bagna są naturalnymi zbiornikami retencyjnymi. Bagna nie tylko retencjonują ogromne ilości wody, ale dużo skuteczniej pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery.
Wiele zielonych podwórek w latach dziewięćdziesiątych zamieniono w betonowe parkingi, a czasem po prostu dzikie z ubitą ziemią. Podobnie działo się z placami miejskimi. Chcemy, żeby miasto i spółdzielnie dążyły do przywrócenia podwórkom naturalnego wyglądu. Dbajmy o zieleń, która znakomicie utrzymuje wodę, a w upalne dni zapewnia cień i przeciwdziała zjawisku miejskiej wyspy ciepła. Objętość przepływu powierzchniowego na terenach biologicznie czynnych jest bowiem pięciokrotnie niższa niż na obszarach uszczelnionych.
Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie zadecydował o tymczasowym zawieszeniu koszenia terenów zielonych. Również Zarząd Zieleni w Warszawie już w zeszłych latach zaprzestał częściowo koszenia terenów zielonych (m.in. na Polu Mokotowskim). W przypadku suszy działanie te należy rozszerzyć na inne miejsca i jednostki organizacyjne miast. Wysoka łąka pełni funkcje ekosystemowe lepiej (bioróżnorodność, retencja wody, oczyszczanie powietrza) niż wygolony trawnik. To m.in. w takich działaniach warto szukać oszczędności niezbędnych w związku z ograniczonymi wpływami do budżetu wynikającymi z pandemii. W razie przeciągającej się suszy, spółdzielnie, wspólnoty i osoby prywatne powinny postępować podobnie ze swoimi terenami zielonymi. Konieczne jest także dofinansowywanie instalacji retencyjnych i nawadniających. .
Szacuje się, że w Polsce co najmniej 25 proc. przesyłanej wody „znika” w związku z nielegalnymi połączeniami, nieszczelnościami rur, nieprecyzyjnym mierzeniem przepływu wody czy starą infrastrukturą. Należy na bieżąco monitorować poziom tych strat i robić wszystko, żeby je ograniczyć do minimum. Zabezpieczenie rur przed wyciekami oraz stosowanie nowych technologii do monitoringu przepływu wody jest w stanie ograniczyć straty wody – jak pokazują przykłady z miast w Europie i na świecie – o nawet 10 proc.
Gospodarka wodna w planowaniu przestrzennym w Polsce jest uwzględniana rzadko i w małym stopniu. Powinna natomiast być ważnym elementem podstawowych dokumentów planistycznych, takich jak studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy oraz miejscowych planów zagospodarowania. Chodzi o to, by świadomie zarządzać zasobami wodnymi i lepiej wykorzystywać wszelkie środki ochrony przed powodzią.

Jak ograniczać zużycie prądu?

Cel: zwiększanie produkcji przemysłowej szybsze niż wzrost zużycia energii.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w okresie od IV kwartału 2016 r. do początku ubiegłego roku, działania nakierowane na zwiększanie efektywności energetycznej (głównie firm sprzedających energię elektryczną, ciepło czy gaz ziemny odbiorcom końcowym), doprowadziły w Polsce do zaoszczędzenia 564 tys. toe (toe – tona oleju ekwiwalentnego, jednostka paliwa umownego, która stanowi równoważnik tony ropy naftowej o wartości opałowej 10 000 kcal/kg).
Nie jest to wiele – tymczasem poprawa efektywności energetycznej to realne oszczędności, bowiem najtańsza (a przy okazji najczystsza) energia to taka, której nie zużywamy.
Inwestowanie w efektywność energetyczną to jak inwestowanie w nie wyczerpywalne źródło energii, dlatego bywa nazywana szóstym paliwem, obok ropy, gazu, węgla, atomu i odnawialnych źródeł energii.
Komisja ma wątpliwości
Usprawnianie procesów produkcyjnych, modernizacja urządzeń i budynków, wprowadzanie oszczędniejszych technologii – to są właśnie działania służące poprawie efektywności energetycznej gospodarki. Chodzi o to by dostarczać tyle samo produktów czy usług wykorzystując do tego mniej energii, a więc i mniej surowców służących do jej wytwarzania.
Efektem ma być ograniczanie emisji zanieczyszczeń i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego państwa (im mniej energii będziemy zużywać, tym mniej surowców do jej produkcji będziemy musieli sprowadzać z zagranicy).
W styczniu bieżącego roku Komisja Europejska zgłosiła wątpliwości pod adresem polskich władz. Dotyczyły one 14 zagadnień, m.in. metody obliczania oszczędności energii, dokonywania wyrywkowej weryfikacji audytów efektywności energetycznej, zgodności faktycznie uzyskanej oszczędności energii z oszczędnością deklarowaną.
Biały system
W Polsce podstawowym środkiem wspierającym efektywność energetyczną jest system, tak zwanych białych certyfikatów wydawanych przez Urząd Regulacji Energetyki.
Do ich uzyskiwania (do 1 października 2016 r. w drodze przetargów, teraz na podstawie wniosku) ustawowo, pod groźbą kary finansowej zobowiązane są przede wszystkim przedsiębiorstwa sprzedające energię elektryczną, ciepło lub gaz ziemny odbiorcom końcowym (kupującym energię na własny użytek).
Składając wniosek o przyznanie białego certyfikatu (świadectwa efektywności energetycznej), firma deklaruje o ile mniej energii będzie zużywać dzięki planowanej inwestycji czy modernizacji – np. izolacji instalacji przemysłowych, wymianie oświetlenia, przebudowie lub remoncie budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi, czy modernizacji lokalnych sieci ciepłowniczych. Tę deklarację musi jeszcze potwierdzić audyt.
Po złożeniu wniosku, URE przyznaje świadectwo, które właściciel może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. Białe certyfikaty mogą tam kupować tzw. przedsiębiorstwa zobowiązane, sprzedające energię odbiorcom końcowym. Zamiast tego mogą uiścić opłatę zastępczą, ale w 2018 r. mogła ona obejmować już tylko maksymalnie 10 proc. nałożonego obowiązku.
Jak mówią dane Urzędu Regulacji Energetyki, od 1 października 2016 r. do początku ubiegłego roku do URE wpłynęło niemal 2,5 tys. wniosków o przyznanie świadectw efektywności energetycznej. Prezes Urzędu wydał na ich podstawie prawie 600 białych certyfikatów i 38 postanowień o odmowie ich wydania (reszta wniosków była jeszcze rozpatrywana).
Najwięcej świadectw efektywności energetycznej wydano w związku z przebudową lub remontem budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi (204), modernizacją czy wymianą urządzeń i instalacji wykorzystywanych w procesach przemysłowych (113), ograniczeniem strat w sieciach ciepłowniczych (107). Średni planowany okres uzyskiwania oszczędności wynosi od 13 do 15 lat.
A jednak się kręci
Choć sam system świadectw efektywności energetycznej funkcjonuje prawidłowo, to jednak zdarzają się poważne opóźnienia w ich wydawaniu. Niemal 95 proc. świadectw zostało przekazanych po ustawowym terminie, wynoszącym 45 dni. Średni czas rozpatrzenia wniosku wyniósł 240 dni i był ponad pięć razy dłuższy niż przewidziany w przepisach. Rekord to 1158 dni.
Podobna sytuacja jest z postanowieniami o odmowie wydania świadectwa. Średnio wnioski były rozpatrywane w ciągu 449 dni od daty wpływu. Najdłuższy okres wynosił 624 dni, a najkrótszy – 210 dni.
Wsparcie finansowe państwa dla projektów zwiększających efektywność energetyczną nie opiera się wyłącznie na systemie białych certyfikatów. Takie przedsięwzięcia dofinansowuje w formie pożyczek i dotacji Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ten cel, w latach 2015-2018 wydał ze środków krajowych: w formie pożyczek – ponad 701 mln zł, a w ramach dotacji – prawie 923 mln zł. Ponadto, z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014-2020 wydano ok. 558 mln zł.
NIK ocenia, że funkcjonujące w Polsce mechanizmy wspierające poprawę efektywności energetycznej, mimo swoich mankamentów tworzą spójny system i że skutkiem przedsięwzięć realizowanych dzięki niemu, było zmniejszenie zużycia energii przez zobowiązane do tego firmy.

Polsce grozi brak prądu

Pod rządami PiS w naszym kraju, po raz pierwszy od wielu lat, zaczyna się pojawiać realne niebezpieczeństwo wystąpienia przerw w dostawach energii elektrycznej.

W ostatnim dwudziestoleciu wielokrotnie pojawiały się alarmujące informacje o niedoborze energii, jak już, już miałby wystąpić w naszym kraju.
Na szczęście były to tylko fake-newsy, produkowane przez kłamliwe media. Tym razem jednak zapowiedź niedostatku mocy naszej energetyki jest realna i oparta niestety na solidnych podstawach.
Scenariusze wyłączeń
Z prognoz państwowej firmy Polskie Sieci Elektroenergetyczne SA i raportu ministra energii z 2017 r. (a więc po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości) wynika, iż do 2030 r. wystąpi ryzyko poważnego niedoboru mocy, dostępnej w krajowych zakładach energetycznych.
Wedle przyjętych wariantów, brak możliwości pokrycia zapotrzebowania odbiorców przez krajowe elektrownie miałby nastąpić w 2030 r. (w scenariuszu przewidującym konsekwentną modernizację bloków energetycznych) albo już w 2021 r. według scenariusza uwzględniającego konieczne wyłączenia zużytych bloków energetycznych i zastąpienia ich całkowicie nowymi.
Za sprawą nieudolnej polityki energetycznej PiS, Polsce znacznie bliżej do drugiego scenariusza, przewidującego duże kłopoty już w przyszłym roku.
„Z prognoz wynika, że zapewnienie bezpieczeństwa dostaw uzależnione jest od terminowej budowy nowych mocy wytwórczych niezależnie od scenariusza” – słusznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Badania PSE przeprowadzone w 2018 r. dowodzą, że przy scenariuszu „modernizacyjnym” całkowite zapotrzebowanie na nowe zdolności wytwórcze do 2035 r. wyniesie około 22 gigawaty. Natomiast w scenariuszu „wycofań” nawet około 28 GW.
Nierealne plany
Oznacza to, że w najbliższej perspektywie konieczne jest oddanie do użytkowania mocy około 5300 MW, przy utrzymaniu w eksploatacji możliwie największej części bloków obecnie funkcjonujących. Pod rządami PiS jest to jednak nierealne.
Nierealne – ponieważ na sytuację polskiej energetyki ma wpływ niesprzyjające otoczenie prawne i gospodarcze, za którego kształtowanie odpowiada właśnie rząd PiS. Według danych podanych przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki średnia cena sprzedaży 1 MWh energii elektrycznej spadła z 201,36 zł w 2012 r. do 194,30 zł .
W tym czasie średnia cena za emisję tony CO2 wynosiła od około 6 do 25 euro/t. 11 kwietnia 2019 r. cena uprawnień do emisji CO2 osiągnęła rekordowy od 11 lat poziom 27,41 euro/t.
Malejące przydziały darmowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla znacząco wpływały na wzrost kosztów, który potęgował także rosnący poziom cen dostępnych uprawnień. Wszystko to wpływało na coraz gorszą sytuację finansową producentów energii.
A są to producenci wciąż wykorzystujący węgiel, co jest coraz bardziej nieopłacalne (zwłaszcza, że to coraz częściej węgiel importowany z Rosji). Pod rządami PiS nie ma bowiem mowy o jakimkolwiek zwrocie w kierunku produkowania bardziej zielonej energii.
Banki, w tym i krajowe, widząc nieopłacalność rozbudowy energetyki węglowej, coraz częściej decydują o zaprzestaniu finansowania inwestycji i technologii opartych na węglu.
Nie wiadomo jednak, co miałoby ją zastąpić, gdyż w Polsce brakowało rządowej strategii budowy i modernizacji mocy wytwórczych, która określałaby docelowy tzw. miks energetyczny.
Totalna niepewność
W dodatku opieszałość rządu PiS spowodowała, iż nastąpiła zwłoka w pracach nad nowym mechanizmem wsparcia produkcji energii elektrycznej i cieplnej (nazywanym kogeneracją).
„Powodowało to, że przedsiębiorstwa wycofywały się z planowanych inwestycji w nowe jednostki mocy lub je zawieszały, oczekując na sprzyjające warunki” – wskazuje NIK. A skoro nie ma inwestycji w energetykę, to nie będzie także prądu.
Kilkuletnie w sumie opóźnienie w przygotowaniu nowych rozwiązań legislacyjnych spowodowało, że wytwórcy energii elektrycznej nie mieli możliwości dokonania racjonalnej analizy ekonomicznej projektowanych inwestycji.
Wstrzymało to np. inwestycje w elektrowniach we Wrocławiu, Łagiszy, Skawinie.
Elementem pomocy publicznej w modernizacji mocy wytwórczych jest Krajowy Plan Inwestycyjny. Umożliwia on przydzielanie firmom energetycznym bezpłatnych uprawnień do emisji CO2 pod warunkiem wskazania poniesionych nakładów na modernizację, stosowanie czystych technologii czy dywersyfikację źródeł dostaw surowców.
Jak stwierdziła NIK: „stan realizacji Krajowego Planu Inwestycyjnego wskazywał na wysokie ryzyko niewykonania większości ujętych tam zadań. Minister gospodarki, a następnie minister energii nie dokonywał regularnej i rzetelnej analizy stopnia realizacji planu pod kątem zaawansowania inwestycji w jednostki wytwórcze”.
A pod rządami PiS z tym zaawansowaniem inwestycji jest niestety wręcz fatalnie.
Wszystko przeszkadza
Jak stwierdziła NIK, w objętych kontrolą inwestycjach praktycznie na każdym etapie występowały opóźnienia i przesunięcia terminów.
Na przykład, w Kozienicach głównym powodem opóźnień był wpływ poziomów Wisły na warunki wodne podłoża i osiadanie turbozespołu.
We Włocławku i Płocku przyczyną było niespełnianie wymogów technicznych zainstalowanych urządzeń elektrowni i elementów konstrukcyjnych, co wymuszało ich wymianę. Dodatkowo niski poziom rzeki uniemożliwiał transport elementów elektrowni, a silny wiatr opóźnił montaż wysokich konstrukcji.
W elektrowniach Turów i Opole wpływ na opóźnienia miała zła pogoda, awaria dźwigu oraz konieczność wymiany rurociągów wody chłodzącej wykonanych z tworzywa sztucznego na stalowe. Dodatkowo w Turowie trzeba było zmienić podstawowe parametry bloku energetycznego, tak by spełniał odpowiednie wymogi.
Przesunięcie terminu budowy budowy bloku Elektrowni Jaworzno III było spowodowane zmianami zakresu kontraktu uzgodnionymi przez inwestora z wykonawcą. W przypadku EC Żerań opóźniła się dostawa turbiny (z dalekiej Japonii, bo u nas nie jesteśmy w stanie ich
produkować).
Opóźnienia odnotowano również przy rozbudowie Elektrowni Ostrołęka. Tam, po wyłonieniu wykonawcy do czasu wydania polecenia rozpoczęcia robót, nastąpiło czteromiesięczne opóźnienie w stosunku do harmonogramu inwestycji.
I taki jest właśnie obraz polskiej energetyki pod rządami „dobrej zmiany”.
PiS-owski projekt polityki energetycznej Polski przewiduje w dekadzie 2030 – 2040 spadek udziału węgla w produkcji energii. To jednak tylko projekt, a poza tym węgla nie ma czym zastąpić. O ile bowiem wcześniejsza polityka energetyczna do 2030 r., przyjęta przez PO-PSL przewidywała dostawy prądu z polskiej elektrowni jądrowej, to w PiS-owskim projekcie do 2040 elektrownia atomowa ma pojawić się najwcześniej w 2033 r. Wypada zasugerować więc, by mieszkańcy naszego kraju zaczęli kupować lampy naftowe. Tyle, że w wyniku działań (czy raczej zaniechań) Prawa i Sprawiedliwości to także będzie korzystne nie dla Polski lecz dla Rosji. Importujemy bowiem stamtąd i ropę naftową, i węgiel.

Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Zdążyć przed katastrofą

Podobno mamy tylko 11 lat na zatrzymanie katastrofy klimatycznej. Można jednak dołożyć swoją cegiełkę, by temu zapobiec.

Co można zrobić? Greenpeace przygotowało listę 6 działań, które warto podjąć.
1. Protestuj dla klimatu.
Stan Ziemi jest zbyt poważny, żeby zmiany indywidualnych nawyków zatroskanej części społeczeństwa wystarczyły, by uratować naszą planetę.
Oczywiście warto te małe zmiany podejmować (sam tak robię!), ale potrzebujemy również głębszej, systemowej zmiany, by uratować świat. Dzisiaj największym źródłem gazów cieplarnianych w naszym kraju jest energetyka węglowa. Odpowiada za ok. 40 proc. emisji w Polsce. Odejście od węgla i przejście na czyste alternatywy mogą zapewnić politycy i polityczki. Dlatego tak ważne jest, aby brać udział w demonstracjach takich jak Protest Tysięcy Miast. Protesty społeczne ogniskują uwagę mediów i opinii publicznej, zmuszając decydentów do zainteresowania się tematem i do tłumaczenia się ze swojej bezczynności.
Badania naukowe pokazują, że wystarczy zaangażowanie w protesty zaledwie 3,5 procenta społeczeństwa (!), by zmiana społeczna i polityczna była nie do zatrzymania (o zasadzie „3,5 procenta” można przeczytać więcej w portalu BBC czy polskim SmogLabie).
2. Głosuj dla klimatu.
Możesz głosować w wyborach? Nie przegap tej szansy na zmianę rzeczywistości. Idź na wybory parlamentarne 13 października i zagłosuj na osoby, które planują działać na rzecz klimatu. Ważna jest ich przynależność partyjna, gdyż w wielu sprawach w parlamencie obowiązuje dyscyplina głosowania. Szereg partii politycznych już zapowiedziało, że zapewni odejście Polski od węgla. Rozmawiaj ze swoimi bliskimi, żeby także głosowali z myślą o naszej bezpiecznej przyszłości.
3. Dołącz do organizacji i ruchów działających dla klimatu.
W wielu miastach istnieją organizacje i ruchy oddolne, działające na rzecz klimatu – np. grupy lokalne Extinction Rebellion czy EarthStrike. Napisz do nich i dowiedz się, jak możesz się włączyć w ich działania. Aktywistki i aktywiści biorą udział w protestach, prowadzą kampanie w swoich miastach, edukują. Działając w wolontariacie możesz poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach, którzy tak jak ty chcą zmieniać świat.
4. Wspieraj organizacje i ruchy działające dla klimatu.
Jeśli masz taką możliwość – dołącz do grona darczyńców wspierających organizacje i ruchy oddolne działające dla klimatu. To dzięki darczynkom i darczyńcom można prowadzić kampanie bez oglądania się na to, co pomyślą rządzący czy wielkie korporacje.
5. Bądź ambasadorką/ambasadorem zmiany.
Staraj się „być eko” i wprowadzaj zmiany w swoim otoczeniu. Pamiętaj, że prawdziwa zmiana – trochę tak jak przygoda u Tolkiena – zaczyna się za progiem twojego domu. Oszczędzasz energię, ograniczasz konsumpcję, w tym spożycie mięsa i nabiału, a w podróż starasz się wybierać pociągiem? Świetnie! Spróbuj też namówić do zmiany swoje najbliższe otoczenie. W ten sposób zdecydowanie zwiększysz swój wpływ na rzeczywistość. Może namówisz do zainstalowania odnawialnych źródeł energii swojego pracodawcę?
6. Napisz list, w którym przypomnisz politykom i polityczkom, że ich zadaniem jest zadbać o Twoje bezpieczeństwo i Twoją przyszłość.
Napisz, dlaczego chcesz, aby podjęli ambitne działania związane z ochroną klimatu. Napisany list można wysłać na adres: Fundacja Greenpeace Polska, ul. Altowa 4, 02-386 z dopiskiem “List dla klimatu”, do 11 października. Ten list, razem z listami innych osób, zostanie przekazany bezpośrednio do nowych parlamentarzystów i parlamentarzystek podczas pierwszego posiedzenia nowego parlamentu.