Fałszywa historia, obłąkana polityka

Krzysztof Lubczyński
Fałszywa historia, obłąkana polityka

„Ideologia, jaką przyjęło postsolidarnościowe państwo, jego „polityka historyczna” naucza, że najchlubniejszymi kartami polskiej historii są przegrane powstania narodowe, a spośród nich przedmiotem najwyższego, niemal religijnego kultu jest powstanie warszawskie. Na wzorze klęski oparte jest wychowanie patriotyczne, a co jest jeszcze bardziej przerażające, to wpływ tego wzoru na politykę bezpieczeństwa narodowego polskich rządów” – tak brzmiący akapit z autorskiej przedmowy do zbioru felietonów profesora Bronisława Łagowskiego, „Fałszywa historia, błędna polityka”, wprowadza czytelnika in medias res, w centrum podjętej problematyki.

Zebrane w tomie szkice dotyczą szeroko pojętej tematyki politycznej, historycznej i kulturowej. Pierwszy w kolejności szkic, datowany na 1998 rok, dotyczy dylematów generała Wojciecha Jaruzelskiego w związku z wprowadzeniem stanu wojennego.
Jest pochwałą sprawności wojskowej strony tej operacji i krytyką polityki prowadzonej po 13 grudnia 1981 roku przez ekipę Generała. Krytyczna ocena dotyczy politycznych skutków dekady 1982-1989, ale także polityki ekonomicznej. „Wielkim jego błędem była inflacjonistyczna polityka gospodarcza (…) Dała ona jakieś karykaturalne, groteskowe zakończenie gospodarce centralnie planowanej, i właśnie kolosalna, dzika inflacja, a nie propaganda solidarnościowa zdelegitymizowała ostatecznie system władzy w oczach większości społeczeństwa”.
Czytałem dziesiątki publikacji poświęconych generałowi Jaruzelskiemu, „karnawałowi „Solidarności”, stanowi wojennemu i dekadzie lat osiemdziesiątym aż do Okrągłego Stołu i wyborów 4 czerwca 1989 roku, ale nigdy nie spotkałem się z tak przenikliwym i oryginalnym ujęciem faktów powszechnie niby znanych i rozumianych.
Ujęciem radykalnie sprzecznym z solidarnościowo-IPNowską wykładnią, a raczej mitologią, wedle której to solidarnościowa opozycja swoim gardłowaniem, swoimi podziemnymi gazetkami, swoją komiczną konspiracją doprowadziła do demontażu systemu PRL. Tymczasem Łagowski zdaje się niedwuznacznie sugerować, że gdyby po 1981 roku generał Jaruzelski i jego ekipa prowadzili sensowną politykę gospodarczą i gdyby nie zwieńczyli jej w samej końcówce absurdalnym finałem w postaci parodii wolnorynkowego, neoliberalnego, „wilczkowego” (od nazwiska Mieczysława Wilczka, ministra gospodarki w rządzie Mieczysław F. Rakowskiego) kapitalizmu na modłę południowo-amerykańską, na wzór Chicago czasów Al Capone – to wcale nie jest pewne, czy przeważająca część społeczeństwa nie wolałaby pozostać przy starym, sprawdzonym, byle ulepszonym ustroju, zamiast dać się wypchnąć na niepewne wody „szaleńcom” z „Solidarności”, którzy u schyłku dekady mieli już tylko nędzne resztki poparcia z roku 1980 i pozostali w tych swoich konspiracyjnych okopach jak Himilsbach z angielskim.
Zwłaszcza, że szybko okazało się, iż solidarnościowa mitologia, jej język i wizerunek, wcale nie były, wbrew pozorom, tak powszechnie kochane przez „cały naród”, jak wielu do dziś naiwnie wierzy.
Besserwiserstwo działaczy „S”, pycha, buta, moralizatorska maniera, w milionach Polaków budziła coraz więcej nieufności, niechęci i oporu, po krótkim okresie względnie „miodowym”, w krótkim okresie po Sierpniu 1980.
A skoro o moralności mowa – w drugim w kolejności szkicu zatytułowanym „Moralna maczuga” Bronisław Łagowski obnażył „solidarnościowe zubożenie sfery wartości i zredukowanie wszystkich kryteriów do kryteriów politycznych”, które „powoduje, że tym samym terror stalinowski i przypadkowe w końcu, bo sprzeczne z założeniami stanu wojennego zastrzelenie dziewięciu górników” są piętnowane na równi z terrorem stalinowskim.
Łagowski zarzuca formacji solidarnościowej sprymitywizowanie języka debaty publicznej, w którym takie same kwantyfikatory i epitety stosowane są do zjawisk o dalece nierównoważnej skali, w którym istnieją tylko dwa kolory służące ocenie – biały i czarny, dwie oceny – zły i dobry, w którym w ocenie przeciwnika stosuje się wyłącznie „moralizatorską maczugę”, nie bacząc na jakiekolwiek inne względy.
Przyznam, że i na takie naświetlenie na pozór powszechnie oczywistej problematyki się nie natknąłem w licznych lekturach. Sens trzeciego w kolejności tekstu Łagowskiego („O pamięci”) pochodzącego z 2001 roku, wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście tego, co stało się na przestrzeni minionych 20 lat.
Otóż w obecnym okresie „polityki historycznej”, gdy przybrała ona postać histerycznego paroksyzmu nacjonalistycznego, przypisujemy ją obecnej władzy.
Tymczasem okazuje się, że w 2001 roku, czyli na początku drugich rządów SLD, gdy jeszcze nikomu chyba w najgorszych koszmarach nie śniło się to, czego obecnie doświadczamy, środowiska postsolidarnościowe już zmierzały do tego czego doświadczany dziś.
Tyle tylko, że wtedy chodziło o środowiska ówczesnej, niby to liberalnej, Unii Wolności. Wołały one mianowicie (w tym konkretnym przypadku cytowany jest, pars pro toto, Jan Lityński) o więcej „solidarnościowej pamięci” i podnosiły żałosne larum że „przegrały bitwę o pamięć” z „postkomunistami”. To obłudne wołanie miało miejsce w czasie, gdy tzw. pamięć postsolidarnościowa, wizja historii, której hołdował ten obóz, niepodzielnie już dominowała w polskiej przestrzeni publicznej, od mównicy sejmowej, poprzez media publiczne i prywatne, historiografię, po przekaz szkolny.
Przed wizją tą skapitulowała nawet krytyczna wobec nowej władzy część społeczeństwa, która nie podjęła próby przeciwstawienia jej własnej, innej niż religiancko-nacjonalistyczna, wizji historii.
Także politycy SLD, nawet w okresie swoich dwukrotnych rządów, oddali przeciwnikom tę sferę walkowerem, dokonali aktu bezwarunkowej kapitulacji, uznając bezapelacyjne i nieodwracalne zwycięstwo prawicowej narracji, czyli oddali im bez walki przestrzeń społecznej świadomości.
W niejednym też przypadku, w dużym stopniu przyjmowali tę narrację za swoją, w swoistym akcie „ekspiacji” za „zbrodnie komunistyczne” i „całe zło PRL”. By się o tym przekonać, wystarczy przywołać sławny gest Józefa Oleksego, który ukląkł przed sławnym obrazem „Pani Jasnogórskiej” w Częstochowie, przemówienie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w IPN (co prawda nie mającym jeszcze wtedy tak jednostronnie skrajnie prawicowej postaci jak dziś) czy zaloty niejednego polityka SLD do „solidarnościowych” bożków i totemów.
Nie sposób nawet w skrócie omówić tu całej problematyki zawartej w 80 (osiemdziesięciu) szkicach składających się na tom „Fałszywa historia, błędna polityka”.
Obejmują one swym zakresem najszerzej rozumiany „kompleks polski” właściwie na przestrzeni całego XX wieku i pierwszych kilkunastu lat wieku XXI. Najszerzej rozumiany, jako że obok tekstów wprost związanych z polityką w PRL i III RP, znalazły się takie tematy jak „Pamiętniki Ronikiera”, „Świadectwo Stefana Morawskiego”, „Inspirujący Talleyrand”, „Amerykańskie ukąszenie heglowskie” czy „Półprywatny list do Józefa Hena”.
Wszystkie opublikowane zostały w latach 1998-2016 na łamach lewicowego tygodnika „Przegląd”.
Biorąc pod uwagę dynamikę zmian w polskiej polityce i życiu społecznym można by się obawiać, że czytane po latach 23 czy nawet po latach pięciu, okażą się nie tyle nawet nieaktualne, lecz wręcz radykalnie zdezaktualizowane, o wartości wyłącznie archiwalnej.
Ten jednak, kto zapozna się z wszystkimi tekstami, łacno się przekona, że nie ma wśród nich ani jednego, którego sens uległby anihilacji.
Podejrzewam, że nawet profesor Bronisław Łagowski nie jest Duchem Świętym i nie wszystkie jego diagnozy i prognozy są trafione w dziesiątkę, choć bez wyjątku są oryginalne, nieszablonowe, niebanalne w aspekcie interpretacyjnym.
Czasem trafiał w swych szkicach w „dziesiątkę”, czasem w „siódemkę”, nigdy natomiast nie „spadł” poniżej „piątki”, nie mówiąc już o całkowitym spudłowaniu.
W żadnym jednak szkicu nie popełnił pomyłki co do istoty rzeczy i istoty problemów. Biorąc pod uwagę jak niesłychanie rozedrgana, migotliwa, nieprzewidywalna, dzika jest polityka polska, przed profesorem Bronisławem Łagowskim, przed jego przenikliwością analityczną i prognostyczną wypada uczynić gest określany jako chapeau bas.
I przed stylem – błyskotliwym, a wolnym od efekciarstwa, a przy tym kryształowo klarownym.

Bronisław Łagowski – „Fałszywa historia, błędna polityka”, Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2017, str. 321, ISBN 978-83-64407-16-1

Poprzedni

TVN zjednoczył opozycję. Na jak długo?

Następny

Przemówienie przewodniczącego Chin Xi Jinpinga z okazji Nowego Roku 2022