„Dwa bratanki” – historia i geografia

Historii i geografii się nie wybiera. Historia nigdy nie wybacza błędów. Nie pozwala bezkarnie lekceważyć praw ekonomii. Ale obciąża winą także za „zły słuch”.

Generał Wojciech Jaruzelski

Nie zamierzałem pisać tego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania i wątpliwości, rady i sugestie, różne uwagi Państwa Czytelników. Dziękuję wszystkim i przepraszam za może niezbyt zrozumiale, bo skrótowo przywołuję fakty i opinie, z uwagi na publicystyczne wymogi. Państwa głosy – raz jeszcze dziękuję – generalnie skupiły na kwestii granic, z akcentem na Kresy Wschodnie. Odosobniony głos podnosił sprawę granicy południowej. Kilka osób interesował stosunek „polskiego Londynu” do PKWN, stanowisko Zachodu.
Kresy Wschodnie
Państwa wypowiedzi można zawrzeć w pytaniu – czy Lwów mógł być w granicach Polski? Odpowiem ostrożnie-chyba tak! Wynika to ze stosunku gen. Sikorskiego do Rosjan, ZSRR, a Stalina szczególnie. Krótko mówiąc był on rusofobem, gdzie negatywna historia, czyli ocena przeszłości polsko-rosyjskiej górowała. Rzadko, obok Historii – brał pod uwagę nasze położenie geograficzne, wiekowe sąsiedztwo z Rosją (ZSRR) w ocenie bieżącej sytuacji i swoim postępowaniu „na kierunku wschodnim”, a szczególnie w patrzeniu i myśleniu o przyszłości Polski. Wstyd mi pisać taką ocenę Generała. Dla mnie wynika ona z dostępnych publikacji, w tym np. Olgierda Terleckiego „Generał Sikorski”, Kraków 1981 czy Eugeniusza Guza „Rodowód PRL”, Wyd. Bellona Warszawa 2014. Przywoływałem te oraz podobne publikacje w tekście „Ku granicy na Odrze” (DT, 1-3 lutego 2019). Powtórzę tu raz jeszcze. Podczas wizyty gen. Sikorskiego w Moskwie (grudzień 1941) – rozmowy oficjalne i dodatkowo podczas bankietu, Stalin powtórzył pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Sikorski replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko – radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut-czut”, niewielkie zmiany, jak pisze wspomniany Olgierd Terlecki. Powiedział do Premiera: „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz wspomnianego Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji (proszę spojrzeć na mapkę). Stalin świadomie podniósł kwestię Lwowa, wiedział, że Sikorski pełnił tu służbę wojskową, jest to miasto bliskie sercu Gościa. Mimo tego „zabiegu” nic nie zyskał. Sikorski pozostał przy swoim zdaniu. Osobisty łącznik Churchilla przy rządzie Sikorskiego, płk Cazalet, w notatce m.in. pisał: „Generał Sikorski powiedział mi potem, że jego rozmowy ze Stalinem były bardzo udane. Jak się wydaje, Stalin jest nastawiony bardzo propolsko. Rzekomo w młodości w Polsce potraktowano go przyjaźnie. Zrobił przyjemność Sikorskiemu mówiąc, że bardzo ceni jego książkę na temat wojny nowoczesnej(chodzi o „Przyszłą wojnę”, moje – GZ) … Stalin wręcz prosił Sikorskiego o powtórny przyjazd celem przedyskutowania wschodniej granicy Polski”(„Rodowód…” s.17. Autor pisze, iż „wspomnienia łącznika potwierdzają pragnienie Stalina położenia kresu wielowiekowym konfliktom polsko-radzieckim”). Zaś prof. Paweł Wieczorkiewicz w książce „Historia polityczna Polski 1935-1945” m.in. pisze: „Rozmowy na Kremlu zamknął symbolicznie toast Stalina, w którym wzywał do pojednania i współpracy pomiędzy obydwoma narodami, powołując się na przykłady historyczne (dwukrotnie ongi zdobywaliście Moskwę. Rosjanie kilkakrotnie byli w Warszawie). Biliśmy się ciągle ze sobą. Czas zakończyć zwadę Polaków z Rosjanami”. Rok później, w listopadzie 1942 r. Sikorski w telegramie do Dowódcy AK w Warszawie pisze: „W grudniu 1941 r., gdy Stalin żądał ode mnie niewielkich korekt granicznych i proponował przymierze ściślejsze, nie zgodziłem się na żadną dyskusję na temat granicy”. Jak odczytacie i ocenicie Państwo to zdanie – jako sukces czy osobistą krytyczną refleksję po roku czasu? Ponadto, zwróćcie uwagę na słowa – „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom mającym skromną wiedzę o tym okresie warto otwarcie powiedzieć, że historycy wypowiadają się o niej oszczędnie. Bo gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, frontowe, co oczywiste – ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to jasne. Na zjeździe historyków w 1958 r. prof. Andrzej Krzyżanowski powiedział: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy potrzebne byłoby Powstanie Warszawskie, a jeśli tak – to jaki byłby jego skutek dla mieszkańców i Stolicy
jako miasta?
Czy można było zaufać Stalinowi?
Nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Próby tłumaczenia postawy i zachowań gen. Sikorskiego można znaleźć u Sławomira Kopra i Stanisława Zabiełły. Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – może Historia by go oceniła mężem opatrznościowym, nawet stawianym wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia byłaby zbliżona do traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939 r., czy 1945 (Stalin wspomniał Odrę)? Czego oczekiwaliśmy – wiadomo! To wymagało w 1942-1943 roku prawnych gwarancji naszych sojuszników – USA i Anglików. I tu znów trudne pytanie – kto w „polskim Londynie” (bez złośliwych podtekstów) tak perspektywicznie myślał o przyszłości Polski? Kto wyobrażał sobie, że „na wschodzie” trzeba będzie „coś” oddać, by także zachować, zyskać też „coś cennego” dla Polski, np. właśnie Lwów i zagłębie borysławskie, Grodno czy Wilno? Opracowania naukowe dowodzą, iż dywagacje o różnych kształtach naszej wschodniej granicy trwały między Polakami i Anglikami w Londynie. Przecież Anglicy, np. Churchill, w USA Roosevelt wiele razy i dobitnie, wyraziście mówili „londyńczykom” o „ułożeniu się z Rosją”, pisałem kilkakrotnie. Tu znów kolejny przykład. Władysław Anders w książce pt. „Bez ostatniego rozdziału”, pisze o rozmowie którą 21 lutego 1945 roku odbył z Premierem Winstonem Churchillem, m.in.„Churchill (bardzo gwałtownie), Wy sami jesteście temu winni. Już dawno namawiałem Was do załatwienia sprawy granic z Rosją Sowiecką i oddanie jej ziem na wschód od linii Curzona. Gdybyście mnie posłuchali, dzisiaj cała sprawa wyglądałaby inaczej. Myśmy wschodnich granic nigdy nie gwarantowali”. Oczywiście, ta dosadna uwaga w 1945 r. była już spóźnioną, właśnie o 2-3 lata, przykrą przyganą, pozostała nauką dla potomnych. Kto i kiedy z niej skorzystał? – pomyślcie Państwo, może znajdziecie przykład w tym tekście.
Granica południowa – CSRS
Nasza wiedza historyczna głównie sprowadza się do czeskiej Dąbrówki, żony Mieszka I, czeskich królów z rodu Przemysławów i walk o Śląsk Cieszyński, Zaolzie, Morawy-najpierw w 1918, później 1938 roku. Mało kto wie o kształtowaniu polsko-czechosłowackiej granicy w latach 1945-1947. Wtedy poszło o Kotlinę Kłodzką, rejon Głubczyc, Głuchołaz, Raciborza, Rybnika, Żor o ok. 3500 km kw., zamieszkałych przez 550 tys. ludności, w tym o południowe odgałęzienie górnośląskich złóż węgla kamiennego, które Czesi uzasadniali koniecznością ekonomiczną (czy należy się dziwić?). Władze ZSRR kilkakrotnie podejmowały różne kroki mediacyjne, nakłaniały nas i Czechów do ugody. Miały orientację, iż poważne racje terytorialne i narodowościowe są po stronie Czechów. Ktoś po tym zdaniu może uznać mnie za przeciwnika polskich racji – zachęcam do literatury, np. Tomasz Wituch, „Terytoria sporne w Europie po roku 1815”, Wyd. AH Pułtusk 2001. Mediacje i rokowania nie przynosiły rozwiązania, Polacy granicę obsadzili wojskiem (np. por. Wojciech Jaruzelski był komendantem Głubczyc). Czesi prowadzili akcję propagandową, w tym zbierania podpisów miejscowej ludności za czeską przynależnością. Marsz. Rola-Żymierski wydał rozkaz wprowadzenia wojsk do Kotliny Kłodzkiej. Czesi w kwietniu 1946 r. wystąpili do ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji o mediacje i rewizję granicy czesko-niemieckiej. Myślcie Państwo co chcecie, ale musicie przyznać, iż radzieccy (czytaj Stalin) byli po naszej stronie. Kwestia czeskich mniejszości i sporu terytorialnego z pierwszego planu zeszła w 1948 r. Dopiero 13 czerwca 1958 r. (czasy Gomułki) w Warszawie podpisano umowę o ostatecznym wytyczeniu granicy.
Granica północna
Wprawdzie tej sprawy nikt nie podnosił, ale warto ją przypomnieć. Pisałem wcześniej o rozmowie Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem. Powtórzę _ „Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”.
Pomijam tu taki „drobiazg”, że Roosevelt „ratuje twarz Stalina” ziemiami, które nigdy w historii Rosji do niej nie należały! Wracam do głównego wątku. Literatura historyczna daje podstawy do stwierdzenia, iż ówczesne władze mogły nie być tak uległe i nieco skorygować kształt północnej granicy na naszą korzyść. Historycy i geografowie widzieli też szansę na zmianę decyzji Stalina w ten sposób, by Grodno było polskie (przesunął granicę o 23 km na wschód), ale chyba zabrakło determinacji i odwagi. Pozostał Obwód Kaliningradzki po dziś dzień. Tu znów takie odniesienie. Rok temu (20-22 lipca) „Trybuna” opublikowała tekst „Mąż stanu”, w którym zamieściłem taką refleksję. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego. Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Spotkała się ona z przychylnym przyjęciem Państwa Czytelników i pytaniem – czy nie niosło to zagrożenia dla Polski? Oczywiste, że miałem na uwadze właśnie i głównie wnioski z Historii i Geografii Polski! Także oczywiste, iż mogły, powinny być podjęte tylko i wyłącznie kroki dyplomatyczne z inicjatywy Polski, przy udziale Litwy w pierwszej kolejności. Głos USA, jako naszego sojusznika w latach wojny, a w 1990 r. przyjaciela w osobie nie tylko prezydenta USA, ale i naszej Polonii, rozsianej przecież po całym świecie mógł mieć istotne znaczenie. Także sytuacja polityczna i gospodarcza Federacji Rosyjskiej wskazywała na skłonność – może tylko do „zainteresowania się” tą sprawą. A tak, pozostało wrażenie jako zmarnowana szansa i pytanie bez odpowiedzi – czy nie warto było spróbować?
Z Londynu do Warszawy
Pojawienie się w 2014 r. na rynku księgarskim książki „Londyński rodowód PRL (od Mikołajczyka do Bieruta)”, wywołało wiele krytycznych komentarzy i dość cierpkich, by nie powiedzieć obraźliwych wypowiedzi i ocen jej Autora, Eugeniusza Guza. Poszło głównie o „londyński rodowód”, jako czytelną sugestię, iż postawa i działania rządu londyńskiego stały się samoistną barierą dla Stalina. Wolno zapytać, co rozsierdziło krytyków Autora. Czerpiąc z różnych źródeł i dokumentów wiedzę, Autor pokazuje jaskrawą rusofobię, wręcz obsesję wielu członków rządu londyńskiego. Byli oni – nie tylko wojskowi, wśród nich gen. Sikorski, Sosnkowski, Anders – ale i Arciszewski, Mikołajczyk, Raczkiewicz, Raczyński, Zaleski wręcz wrogo nastawieni do ZSRR. Wynieśli je z obserwacji i udziału w polityce Polski po 1918 r. Swoistą „lekcję antyrosyjskości” odebrali do Józefa Piłsudskiego – osobny temat na wnikliwą publikację. Ocena paktu Ribbentrop – Mołotow i jego następstwa 17 września 1939 r. też nie dawały podstaw do prób obiektywnej oceny wschodniego sąsiada. Wielu historyków nawet się temu nie dziwi, ze zrozumieniem oceniając taką ich postawę. Skąd więc całkowicie inne zdanie Autora „Londyńskiego rodowodu”? Z oceny całkowicie zmienionej rzeczywistości polityczno-wojennej po agresji Hitlera na ZSRR (22 czerwca 1941) – pisałem w poprzednich tekstach, ostatni to „Hołd Bohaterom”, a także wyżej o spotkaniu Sikorski – Stalin. Zachodni sojusznicy – raz jeszcze podkreślę – wręcz przymuszali nas do innej optyki patrzenia na ZSRR i Stalina szczególnie. Widzieli w nim krwawego satrapę własnego narodu, ale i wodza, który krwią i życiem rosyjskich żołnierzy i narodu powstrzyma i zwycięży Hitlera. Co więcej – oszczędzi krwi amerykańskich i angielskich żołnierzy szczególnie. Jeśli ktoś sceptycznie ocenia to zdanie, proszę niech dla „umysłowego relaksu” odpowie sobie choćby tylko na takie pytanie – dlaczego Amerykanie gonili za „lisem pustymi” po północnej Afryce, wyzwolili Włochy i dopiero lądowali w Normandii (czerwic 1944). A nie mogli lądować we Francji już w 1942-43 r.? Mieli przecież ważną, wystarczającą na tamten okres bazę w postaci Wielkiej Brytanii. Przecież z terytorium Anglii i Francji bliżej i łatwiej było im niszczyć potencjał przemysłowy Niemiec, choćby uderzeniami lotnictwa. Stalin kilkakrotnie domagał się od nich otwarcia tzw. drugiego frontu. Co to ma wspólnego z rządem londyńskim? Był stanowczy, nie chciał „wpisać się” w politykę i widzenie wojny oczyma aliantów. Zwyciężyła rusofobia. Po odkryciu Katynia stała się nieprzekraczalną zaporą. Na nic zdały się sugestie Stalina, by nowy rząd utworzyć także z udziałem londyńczyków, proszę się nie dziwić i przeczytać w tej książce. Evan McGilvray w książce „Rząd Polski na uchodźstwie” (wyd. Świat książki, Warszawa 2011) pisze, że „Bierut sugerował, aby Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 procent tek ministerialnych dla swoich ludzi. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”. Można postawić – dla wielu niedorzeczną, nawet karkołomną tezę – gdyby Mikołajczyk został premierem takiego mniejszościowego rządu, byłoby mu bardzo trudno! Mógł liczyć na polityczną pomoc Zachodu, nie tylko Churchilla (życzliwa była nam Francja, gen. de Gaulle’a) oraz znaczną część polskiego społeczeństwa, głównie chłopskich partii, także PPS. Wybory do Sejmu mogły korzystnie wpłynąć na pozycję jego rządu. Mógł, mając „doświadczenie rządowe” szukać zrozumienia, poparcia u innych organizacji, w tym PPR, a także samego Stalina. Tak – Stalina! Znów stawiam banalną dla wielu tezę – przecież każde państwo chce mieć dobre stosunki sąsiedzkie! Dlaczego próby tej nie podjął Mikołajczyk, trzeźwiej myślący o teraźniejszości i przyszłości Polski politycy z Londynu? Czy po 75 latach od tamtych wydarzeń, płynące z nich nauki, mające za podstawę Historię i Geografię Polski nie sugerują potrzeby posiadania dobrosąsiedzkich stosunków politycznych i gospodarczych ze wszystkimi sąsiadami? Kto, która partia Lewicy i kiedy to dostrzeże i wreszcie zrozumie?
Zachęcam Państwa do przeczytania wspomnianych książek. Skłoni do patrzenia na „polski Londyn” z kilku innych punktów widzenia. Pozwoli przyjąć tezę, iż walcząc o wolną i niepodległą Polskę, można było uczynić wiele więcej, do tego wiele mniejszym kosztem ludzkiej krwi i strat materialnych – patrz Powstanie Warszawskie i bratobójcza walka domowa lat 1944-1950 i później. Może np. nie byłoby procesu 16-stu czy wywózek żołnierzy AK na Sybir? Czy ta refleksja po 75 latach od Powstania oraz w przededniu 100-lecia Bitwy Warszawskiej okaże się przydatną naszym politykom po 2020 roku? Miejmy nadzieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *