„Ostateczne… posunięcie państwa”…

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego, w tym głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności oraz ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju społecznego”

Myśl przewodnia…

„Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego, ze względu na bezpieczeństwo państwa”, to jeden z trzech dokumentów, opracowanych przez zespoły sztabowe MSW oraz MON. Przedyskutowany wraz z innymi dokumentami podczas gry decyzyjnej 16 lutego 1981 r. Skorygowany po „bydgoskim wstrząsie”, m.in. o stwierdzenie, że stan wojenny obejmie cały kraj.(pisałem w „Na progu”). Wraz z dwoma pozostałymi tj.

-„Centralny plan działania organów politycznych, władzy i administracji państwowej”;
– „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych w przypadku wprowadzenia stanu wojennego”- zostały doręczone premierowi. Proszę zauważyć-pisałem w „Na progu”, iż notatkę informacyjną o ich treści, zabrał premier 22 lutego, gdy wraz z I Sekretarzem KC PZPR udawał się do Moskwy na obrady XXVI Zjazdu KPZR.

Ocena Polski w Moskwie

Już podczas otwarcia obrad, nasza delegacja usłyszała od Leonida Breżniewa m.in.- że „przeciwnicy socjalizmu przy poparciu sił z zewnątrz, wywołując anarchię, dążą do odwrócenia rozwoju wydarzeń i skierowania go w nurt kontrrewolucyjny…Towarzysze polscy pracują obecnie nad tym, aby przezwyciężyć kryzysową sytuację. Dążą do zwiększenia zdolności bojowej partii, umocnienia (jej) więzów z klasą robotniczą, ludźmi pracy, opracowują konkretny program uzdrowienia polskiej gospodarki”. Przypomniał spotkanie przywódców państw Układu Warszawskiego w Moskwie, w grudniu 1980 r. (o nim i niedoszłym „ćwiczeniu” napiszę niebawem). Spotkanie to wykazało jasno- „komuniści polscy, polska klasa robotnicza, ludzie pracy tego kraju mogą absolutnie polegać na swoich przyjaciołach i sojusznikach; socjalistycznej Polski, bratniej Polski, nie opuścimy w biedzie i nie damy jej skrzywdzić!”

Po otwarciu obrad, premier z I Sekretarzem poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego. Niektórzy z Państwa mogą się solennie obruszyć. Uznać za zbytnią nadgorliwość, „poddaństwo” władzy ZSRR. Może cierpkie słowa padną pod adresem Generała- żołnierza, za „taką pokorę”. Nie mam zamiaru ani rozstrzygać „kto ma rację”, ani tym bardziej usprawiedliwiać tamtego faktu. To już się stało. Mam zamiar i proszę Państwa o cenę ówczesnej sytuacji. Wiem, że będziecie ją Państwo powtórnie czynić z pozycji „dzisiejszego oglądu”, gdy znany jest „ciąg dalszy”, nie tylko po 22 lutego 1981 r., ale do kwietnia 2021 r. Znane jest mnóstwo komentarzy, ocen, głównie „narracji uczonych”, do tego tych „lepiej wiedzących”. Stąd tym bardziej proszę o wczucie się w ówczesną sytuację, atmosferę i dokonanie możliwie obiektywnej oceny także tego faktu. 7 lutego 1981 r. szef MSW składa wizytę w ZSRR. Wiadomo, że gen. Mirosława Milewskiego „darzą uczuciem”. Czy pytać co powiedział „przyjaciołom” o zamiarach władzy, swoich bądź co bądź przełożonych, dyskusjach, sporach i pierwszych, roboczych zapisach odnośnie wprowadzenia stanu wojennego? Jak duży popełnimy błąd gdy powiemy, że powiedział wszystko co usłyszał, ze swoim krytycznym komentarzem? Że wszelkie rady i sugestie „przyjaciół” przyjął z uznaniem, „do skrupulatnego wykonania”? Stąd mam do Państwa pytanie- czy Generał i I Sekretarz mogli jechać do Moskwy nie przygotowując się do dyskusji na temat stanu wojennego? Pewnie, że mogli, tylko jaką sobie wystawiliby ocenę, gdyby gospodarze postawili konkretne pytania? Opowiadaliby frazesy o „bezgranicznej miłości” do ZSRR i komunizmu, jak np. Dubczek 13 lat wcześniej? Chyba aż tak nisko nie oceniają Państwo inteligencji i wyobraźni Generała i I Sekretarza, mimo ciągłego pokazywania ich w „czarnych barwach”. Proszę wziąć pod uwagę poprzedni tekst, „Bydgoski wstrząs”, gdzie piszę o „Notatce” z rozmowy z gen. Janem Łazarczykiem. Nie tylko jeden płk Czetwiertnikow „miał na oku wnętrze” Polski i Wojska.

Nie chcę obrazić Państwa inteligencji!

Nie trudno się domyśleć, że „temat Polski” był w kuluarach Zjazdu wiodącym. Jedni rozpytywali co się stało, inni, np. Erich Honecker tłumaczył Fidelowi Castro – „na nas, bratnich krajach, można polegać. Powiedzieliśmy towarzyszowi Jaruzelskiemu, że byłoby najlepiej, gdyby uregulowali sytuację własnymi siłami. Towarzysz Kania oświadczył mi, że prowadzą przygotowania do stanu wyjątkowego. Opierają się na wojsku, organach bezpieczeństwa i milicji, a także na najlepszych siłach partii. Powiedzieliśmy mu, że teraz nie wolno już dalej się cofać, ponieważ wtedy utraciliby resztki zaufania… Jeśli polska partia nadal będzie tolerowała takie ekscesy, sojusznicy zainterweniują. Jesteśmy odpowiednio przygotowani”( zwracam uwagę na „gotowość do interwencji” NRD i innych). Nie muszę Państwu pisać, że Premier z I Sekretarzem KC PZPR wrócili po dwóch dniach w minorowych nastrojach i sięgnęli po te dokumenty, by raz jeszcze je przemyśleć.

Podpisy i zbieg okoliczności

27 marca zatwierdził je Premier. Ponadto, dwa pierwsze- parafował I Sekretarz KC PZPR. Patrząc na datę, nie trudno spostrzec, że opisany „wstrząs bydgoski”, przyspieszył ich redakcję. To jego „wiekopomna zasługa”, a głównie pana Jana Rulewskiego. Czy potrzebna?- oceńcie Państwo. Czytelnik zwrócił mi uwagę, że nie napisałem, iż Pan Jan w więziennym uniformie paradował w Senacie, nawet było mu „do twarzy”! Odczytał ten fakt jako strój, na który sam zapracował. I przyznał się! Szkoda, że po latach, ale to też „coś”! Nawet Senat spełnił rolę tak kształcącą! (wobec kogo- pomyślcie Państwo). Naganę przyjąłem z pokorą.
Zgodnie z zapowiedziami Solidarności, 27 marca kraj zamarł na cztery godziny. W strajku ostrzegawczym wzięli udział pracownicy większości zakładów. Też 27 marca, ok. południa, do I Sekretarza KC zadzwonił Leonid Breżniew. Rozmowa dotyczyła zakończonego protestu. Jego zdaniem sytuacja weszła w fazę krytyczną, bo „wrogowie rwą się do władzy i w związku z tym powstało śmiertelne zagrożenie dla socjalizmu”.

Przekonywał, że „trzeba wykazać męstwo, ponieważ jest to ostatni moment, aby podjąć decyzje związane z ogłoszeniem stanu wojennego”. Rozmowa była bardzo emocjonalna, Breżniew dosłownie krzyczał na mnie. Wściekał się, że władzę przejmuje kontrrewolucja i bez przerwy naciskał na wprowadzenie stanu wojennego – opowiada Stanisław Kania w książce „Powstrzymać konfrontację”.

Kilka godzin po rozmowie Kani z Breżniewem, 27 marca w Warszawie wylądował samolot specjalny, którym przyleciał dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego marsz. Wiktor Kulikow. Teraz przybywał w roli osobistego wysłannika sekretarza generalnego KC KPZR. To dawało mu większe prawa niż wszystkie posiadane przez niego stanowiska i tytuły razem wzięte. Z nim przybyło blisko 30 wysokich rangą przedstawicieli wojska i KGB, m.in. adm. Władimir Michajlin (zastępca Głównodowodzącego Zjednoczonych Sił Zbrojnych ds. Marynarki Wojennej), gen. Antolij Gribkow (Szef Sztabu ZSZPS UW), gen. Anatolij Mereżko (zastępca Szefa Sztabu ZSZPSUW), gen. Titow, gen. Katricz a także gen. Władimir Kriuczkow, I zastępca przewodniczącego KGB. W grupie był wiceprzewodniczący Państwowej Komisji Planowania ZSRR- Inoziemcow, który miał skontrolować stan polskiej gospodarki. „Przyjechali, m.in. ludzie, którzy pracowali nad przygotowaniem operacji wojskowych oraz politycznych na Węgrzech i w Czechosłowacji”- wspomina gen. Wojciech Jaruzelski.

„Presja na wprowadzenie stanu wojennego rosła. Radzieccy wojskowi niemal od razu po przylocie rozpoczęli kontrolę stanu prac nad przygotowaniami i dokumentami związanymi z tą opcją. Sztab Generalny wizytował m.in. gen. Nikołajew, mający z duże doświadczenie w akcjach specjalnych, związanych m.in. z inwazją na Czechosłowację w 1968 r. Przeczytał dokumenty, które przygotowywaliśmy, ale nie wyglądał na zachwyconego efektem naszych działań. Zaproponował on m.in. zawieszenie Konstytucji i przejęcie władzy w kraju przez Wojsko” – wspomina gen. Franciszek Puchała, członek zespołu opracowującego plany wprowadzenia stanu wojennego.

Radzieccy „konsultanci” nie byli zadowoleni z przedłożonych im dokumentów. Na tę okoliczność przywieźli swoje plany, opracowane w radzieckim Sztabie Generalnym. Odmówiono im „przyjemności”, nie przyjęto! Musieli przyjąć do wiadomości nasze racje i warianty działań.
Wizyta radzieckich generałów nie miała na to żadnego wpływu na treść i czas podpisu tych trzech dokumentów. Stanisław Kania wspomina, że „podpisanie nie powodowało powstania żadnej nowej sytuacji. Te dokumenty były formą prezentacji tego, co zrobił od października 1980 roku zespół pracujący nad stworzeniem rozwiązań prawnych umożliwiających wprowadzenie stanu wojennego. Chodziło o to, żeby te przepisy były zgodne z Konstytucją PRL. Wtedy naprawdę nie mieliśmy zamiaru wykorzystywać tej możliwości… Samo ogłoszenie stanu wojennego było uzależnione od zupełnie innych decyzji, niż te, które zapadły 27 marca”. Dalej pisze b. I Sekretarz – „Ta sprawa rozgrywała się nie w MON czy w MSW, ale w rozmowach na moim szczeblu. Bez mnie, czyli bez akceptacji pierwszego sekretarza, nikt nie mógł w tej kwestii niczego zdecydować. A ja wówczas nie miałem zamiaru, ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości, wprowadzać stanu wojennego, nawet mimo ogromnej presji ze strony Moskwy” – zapewnia, we wspomnianej książce.

Kolejne presje

Późnym popołudniem 3 kwietnia na Okęciu wylądował tajemniczy radziecki samolot. Na kadłubie i skrzydłach nie było ani czerwonej gwiazdy, symbolu radzieckich sił powietrznych, ani napisu „Aeroflot”, który znajdował się na maszynach cywilnych i tych, z których korzystali radzieccy przywódcy. Wsiedli do niego ok. godz.19-ej: I Sekretarz KC PZPR Stanisław Kania, premier Wojciech Jaruzelski i adiutant Generała, chor. Marian Stepnowski.

Stanisław Kania wspomina, że o tej misji powiedział Kazimierzowi Barcikowskiemu oraz Kazimierzowi Rokoszewskiemu i również żonie. Generał o miejscu i celu podróży powiedział gen. Michałowi Janiszewskiemu. Poprosił on do siebie chor. Mariana Stepnowskiego. Polecił mu „podnieść dwa palce i złożyć przysięgę, że to, co powie, zostanie tajemnicą”. Dziś „Generał i Stanisław Kania udają się do ZSRR. Nie można wykluczyć, że mogą zostać zatrzymani, a w kraju będzie wprowadzony tzw. porządek. Następnie objął mnie, ucałował i powiedział ->trudno, taki wybrałeś etat, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy<”- wspomina Chorąży. Może to po latach brzmi „tajemniczo śmiesznie”, ale wtedy było „wyczuwalne zagrożenie”- dla gości w ZSRR i dla części członków władzy w Polsce, gdyby ZSRR chciał złożyć „gościnną wizytę”. Samolot wylądował w Brześciu nad Bugiem. Były dwa zasadnicze tematy rozmowy- sytuacja gospodarcza i stan wojenny. Rozmówcy gości – Jurij Andropow i Dmitrij Ustinow m.in. zagrozili wstrzymaniem dostaw surowców, o ile sytuacja w Polsce będzie nadal się zaogniać. I przypomnieli, że całość polskiego importu ropy naftowej pochodzi z ZSRR, którą sprzedają Polakom za połowę wartości rynkowej. Podobnie jest z ceną bawełny, rud żelaza i wielu innych towarów. Radzili, by użyć tych argumentów w rozmowach z Solidarnością, akcentując jakie konsekwencje mogą mieć ich działania (napiszę o tym wkrótce). Seria zarzutów, wręcz oskarżeń spadła na gości za wykręcanie się, zwlekanie ze stanem wojennym. Jurij Andropow przypomniał – „z wyrazem wyrzutu” wobec Generała, że dokumenty są gotowe, radzieccy doradcy gotowi są służyć pomocą – „wystarczy podpis”. Stanisław Kania stwierdził, że nie jest to możliwe, gdyż zdecydować o tym może tylko Sejm. Mimo to- pamięta I Sekretarz- „namawiano nas do zdecydowanych siłowych działań. Ale my mogliśmy jasno powiedzieć o konsekwencjach potencjalnej wojskowej interwencji w Polsce. Nikt by nas nie zrozumiał. Bylibyśmy bezsilni wobec masowych strajków, by cokolwiek zrobić, nawet z pomocą sąsiadów. Podkreślaliśmy, że zaprowadzimy porządek własnymi siłami. To spotkanie oddaliło zagrożenie, może trochę innego rodzaju niż to z w grudnia 1980, ale również bardzo poważne”( o „grudniu” napiszę niebawem). Wreszcie, po długich dyskusjach i gorących sporach- Andropow podsumował rozmowę: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego”. Zaznaczył dobitnie- „Nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Rosjanie byli zdecydowanie mniej zadowoleni z przebiegu brzeskiej wizyty niż strona polska – ocenił Generał. Kilka dni później, 9 kwietnia, na posiedzeniu BP KPZR, relacjonując „brzeskie spotkanie”, marsz. Dmitrij Ustnow, mimo wielu krytycznych uwag m.in. ocenił – „trzeba nam tę dwójkę, Kanię i Jaruzelskiego utrzymać i umocnić więź między nimi”. Ogólny wniosek-„obecnie bardzo ważne jest utrzymanie prawidłowego tonu w stosunkach z naszymi przyjaciółmi. Z jednej strony nie trzeba ich przyhamowywać bez potrzeby, nie potęgować nerwowości, aby nie opadały im ręce. A z drugiej – wywierać ciągłą presję, taktownie zwracać uwagę na błędy i słabości ich polityki, w towarzyskim duchu doradzać, co należy zrobić”. Słowa podziękowania usłyszeli Andropow i Ustinow, że „odbyli bardzo pożyteczne spotkanie z Kanią i Jaruzelskim”. Proszę Państwa o obiektywną, racjonalną ocenę tej „wizyty”, o wnioski dla swoich dzieci i wnuków. Generał 21 maja poinformował BP KC PZPR, że kilka dni wcześniej odwiedzili go gen. Jurij Zarudin, dowódca stacjonującej w na terenie Polski Północnej Grupy Wojsk, oraz ambasador ZSRR Boris Aristow. Powiedział, że „rząd ZSRR zwraca uwagę kierownictwu PRL na przypadki prowokacyjnego zachowania się obywateli polskich w stosunku do radzieckich wojskowych oraz zjawiska antysowietyzmu występujące w całym kraju”. Ambasador skarżył się, że 19 marca w Legnicy napadnięto na sześciu żołnierzy Armii Radzieckiej. Oświadczył również, że 13 maja pijany członek Solidarności zaatakował radziecki patrol, a milicja, mimo wezwań, nie pojawiła się na miejscu. Opowiadał także o przykładach „antyradzieckiej propagandy w formie plakatów, ulotek, wystaw karykatur, napisów itd”. Stwierdził, że Solidarność przestała być związkiem zawodowym i zaczyna się przekształcać w siłę polityczną. Pretensje ambasadora dot. również obchodów 9 maja, rocznicy zakończenia II wojny światowej. Według niego świadczą „o niedostatecznej pracy polityczno-propagandowej i partyjnej na rzecz przyjaźni”. Jak z tego widać – radziecka presja rosła. Pretensje były właściwie o wszystko. Partia wobec „stanu” To oczywiście odrębny, złożony temat. Tu jedynie proszę Państwa o powtórne spojrzenie na cytat rozpoczynający tekst. Mając przed sobą zarysowany obraz radzieckiej presji – tylko w okresie 3 miesięcy pierwszego półrocza 1981 r. – proszę zwrócić uwagę na istotę „myśli”. Że „po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych”. Cóż to wtedy znaczyło? Że władza, szczególnie Partia i rząd rozmawiając i przekonując Solidarność do rozsądku, co czynił także Kościół- przypomnę Prymasa-„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”, zawsze mogła powiedzieć, że toczy żmudne spory, przyznaje się do błędów czy zaniedbań. Tak postąpił Stanisław Kania, gdy „przyciśnięty do muru” w Brześciu, stwierdził -„ostatnie wydarzenia, strajk ostrzegawczy z 27 marca i wydarzenia bydgoskie pokazały, że Solidarność jest silniejsza od władz” (o rozsądku Solidarności, niebawem). Co więcej-władza inaczej niż sąsiedzi, niż ZSRR postrzega stan wojenny. Nie jako walkę, użycie siły wobec Polaków, podkreślam, ale jako ostateczność, do której nie chce dopuścić przez swój brak ostrożności czy zniecierpliwienie odrzucaną wolą porozumienia. To także denerwujący ich – ale nasz argument, na który mogą krzyczeć, wyklinać, wreszcie muszą zacisnąć zęby i czekać… Jak długo? Kto z Państwa może wskazać granicę „cierpliwości sąsiedzkiej” w 1981 r. z dystansu 40 lat? A kto zechciałby wskazać taką granicę dla Solidarności, po przekroczeniu której, nastąpi użycie siły? Nie wstydźcie się Państwo, przecież wśród nas jest jeszcze kilka milionów Polaków, którzy 40 lat temu „dziarscy i zadziorni, pełni werwy” wygrażali władzy, szykowali się do obrony zakładów pracy. Przed kim, na jak długo, z jaką pewnością swoich, tylko swoich racji? Proszę też o zastanowienie się i krytyczną ocenę – czy partia, władza, wystawiając „swój grzbiet” pod „polityczne ciosy” i obelgi sąsiadów, nie broniła w ten sposób „grzbietu, skóry” Solidarności przez jej „wygarbowaniem” wciąż chętnymi rękoma sąsiadów (oczywiście, ta „chęć” falowała, ale ciągle była). Wrócę do tych kwestii w kolejnych tekstach. Po co ten „stan”? Przeczytaliście Państwo, że „jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego… głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy… niezbędnego zaopatrzenia ludności”. Znów cisną się pytania- kto „naruszał prawo konstytucyjne”? Czyżby ZSRR, który w Brześciu groził ograniczeniem dostaw surowców, „sprawiał” brak „normalnego rytmu pracy”? A kto odpowiadał za brak „niezbędnego zaopatrzenia ludności”? Tu niektórzy gotowi są krzyknąć- władza się wyżywi! Zapamiętaliśmy to. A czy członkowie Solidarności, a głównie jej bojowi działacze, inspiratorzy i autorzy „patriotycznych wezwań” nie potrzebowali „zaopatrzenia”, nie musieli jeść? Zapomnieli, gdy Lecha Wałęsa wołał- „wszyscy mamy jednakowe żołądki”. Cóż, zapomniał i więcej nie przypomniał, że „wszyscy”, bez wyjątku- mają dbać o ich napełnienie! Właśnie, co i jak poczynać, by przekonać poprzez rzeczowe argumenty i racje o potrzebie pracy dla siebie, nie dla „ruskich”, jak długo trzeba było czynić, by masy robotnicze „przejrzały na oczy” i zrozumiały, że stan wojenny będzie ostatecznym posunięciem państwa. Od strony tzw. politycznej, społecznej i gospodarczej jest mnóstwo opracowań, nie szczędzących krytycznych ocen władzy. Rzadko znajdziecie Państwo wśród nich oceny wyważone, zachęcam do sięgnięcia po książkę „Modzelewski-Werblan Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, Warszawa 2017. Sygnalizowane wyżej, zaledwie cząstkowe problemy i dylematy były w nieustannym zainteresowaniu sztabów pracujących nad kompleksowym przygotowaniem dokumentacji tego stanu. Szeroko, jak wspomniałem wcześniej – ciekawie, z przywołaniem wielu szczegółów, także różnych niuansów i zawiłości, jakie napotykali planiści w sztabach i wszystkich ministerstwach, opisuje gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego”. Wrócę do tej problematyki jesienią, gdy I Zjazd Solidarności i zorganizowane strajki postawiły Polskę na kolejnym progu do stanu wojennego, a którego w grudniu – niestety, ale nie udało się uniknąć.

Na zakończenie. Korzystam z sugestii wielu serdecznych, oddanych i życzliwych dzieciom, wśród Państwa i uprzejmie proszę o pozytywne odniesienie się do inicjatyw wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Wojsko Polskie w Grudniu 1970

„Nasze Wojsko nie było żądnym krwi żołdactwem. Akt oskarżenia unikając ustaleń sprawstwa bezpośredniego oraz przypadków obrony koniecznej, w istocie rzeczy znieważa żołnierzy, czyni z nich anonimowych, bezwolnych siepaczy… Gdyby nie Wojsko, o ile więcej krwi by się przelało?… Stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Gdy Państwo Czytelnicy otrzymacie ten tekst, będziecie po obejrzeniu dokumentalnych filmów w TVP, prezentujących sytuację niejako w dwóch ujęciach: „na miejscu”- w miastach Wybrzeża. W „centrali”, czyli fragmenty rozmów, podejmowanych decyzji w MSW i informacji o decyzjach Władysława Gomułki w Warszawie. Zważywszy na tytuł publikacji- nie negując ani pomijając roli MO, ZOMO, MSW, zatrzymam Państwa uwagę na „obrazach z miast” i organów decyzyjnych, gdzie wiele razy przewijały się pojazdy wojskowe- transportery TOPAS i SKOT, czołgi i samochody oraz żołnierze, zarówno w budynkach, np. KW PZPR i na ulicach, wśród nich dowódcę 7 Dywizji Desantowej- wtedy płk Tadeusza Urbańczyka z grupą oficerów. Na zdjęciach widać żołnierzy używających broni palnej- strzelających z powietrze z okien budynku KW PZPR w Gdańsku, pod bramami stoczni i na ulicach- także strzelających z powietrze.

Treść publikacji oparłem na dokumentach i materiałach procesu sądowego, jaki został wytoczony za „Wydarzenia na Wybrzeżu”. Eksponuję oskarżenie gen. Wojciecha Jaruzelskiego z grupą oficerów. Być może, że do tego procesu będzie trzeba wrócić w późniejszym czasie- na życzenie Państwa, pokazując jego „całokształt”. Nie muszę mówić, że ta materia, zarówno z uwagi na specyfikę „języka sądowego”, szczegółowość opisu zdarzeń, ale także zdumiewających Czytelnika pominięć i przeinaczeń Prokuratury w akcie oskarżenia-niezwykle jest zawiła, trudna do przedstawienia „zrozumiałym językiem”. Namiastkę tego spotkają Państwo w dalszej treści publikacji. Zachęcam do przeczytania w pierwszej kolejności publikacji prof. Jerzego Wiatra, który – jak zawsze, na łamach Trybuny- prezentuje oceny faktów i zdarzeń, skłaniając Czytelnika do- potocznie mówiąc-„wyrabiania zdania”. Nie tyle dla siebie, co na użytek naszych dzieci i wnuków, by uczyć ich „historycznej wyobraźni”, poznawania „politycznego rodowodu i tła” tych wydarzeń oraz poczucia odpowiedzialności za Ojczyznę. Profesor czyni to zachęcająco, także do sięgnięcia po ten tekst -ale w drugiej kolejności. Też do innych publikacji prasowych oraz uważnemu przyjrzeniu się widowisku „Anioły Grudnia”- ciekawe „jakie i czyje”.

„Kto kazał strzelać?”

Obok politycznego, a dziś po 50 latach, chcąc „przypodobać się”(?) różnym krytykantom – powiedzielibyśmy „partyjnego” (wiadomo jakiej partii) tła i rodowodu wydarzeń na Wybrzeżu, czołową pozycję zajmuje pytanie- kto kazał strzelać i kto zdecydował o wyprowadzeniu Wojska na ulice. Nie trzeba wyjaśniać, że pierwsza część obejmuje MO, która miała wprawdzie prawo użycia broni, wobec ewidentnych zbrodniarzy, nie zaś wobec ulicznych wystąpień zbiorowych. Stąd MO, ZOMO i Wojsko-właśnie przy zbiorowych wystąpieniach ulicznych. Nie trzeba daleko szukać odpowiedzi- jest w powszechnie dostępnych materiałach. Podczas narady o godz. 9.00, 15 grudnia 1970 r., Władysław Gomułka zdecydował – w „obliczu brutalnego pogwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać w nogi”- (akt oskarżenia). Uczynił to po informacji z MSW o zajściach w Gdańsku 14 grudnia (środa), w tym podpaleniu budynku KW PZPR i zagrożeniu w nim ludzi, niszczeniu mienia, np. samochodów strażackich, sklepów i rabunkach; 2 zabitych i wielu rannych milicjantów, ataku na Komendę Miejską MO, wtargnięcie tłumu do budynku i groźbie zabrania broni. Atak na komendę MO, opisał Lech Wałęsa w książce „Droga nadziei”, Wyd. Rytm, 1988. Oto fragment-„Ludzie podzielili się na dwie grupy. Jedna grupa poszła na Świerczewskiego, na komendę MO, druga zaś w stronę dzisiejszego budynku LOT. Widzę, że milicjanci mają ochotę z nami zacząć, ale chyba się wahają i dlatego cofają się. Wyprzedziłem ludzi i mówię do tych milicjantów: panowie, przed chwilą był akcja pod stocznią. Tam milicjanci dostali po łbach., dostaniecie i wy. Wycofajcie się, jak nas nie przepuścicie, potłuczemy i was. Posłuchali i powoli się wycofali… w tym czasie tłum dotarł już przed budynek komendy. Rzuca kamieniami, lecą szyby. Milicjanci stojący w oknach są zaskoczeni. Są wśród nich ranni. Leje się krew”. Pojawia się pytanie – czy, nawet po 50 latach mielibyście, obawy przed wydaniem takiej decyzji w Warszawie? Proszę zauważyć- po „telefonicznym opisie” zajść ulicznych w Gdańsku. Na ile wiarygodnym, precyzyjnym, a na ile emocjonalnym? Ktoś powie- może nie tyle do samej decyzji, co jej wykonania. Racja- co innego, patrzeć z boku, z dystansu czasu, przy odpowiednim nastawieniu do „tamtej władzy i milicji”, co innego samemu wykonywać taką decyzję, będąc obrzucany kamieniami, gdy obok ranni są koledzy. Ale takie dywagacje można toczyć bez końca. Raz jeszcze odwołam się do filmu dokumentalnego. Odniosłem wrażenie, że „dość oszczędnie” pokazuje zachowanie tłumu wobec MO i Wojska, poza budynkiem KW PZPR i komendy MO nie widać zniszczeń – może redaktorzy nie mogli „wszystkiego dojrzeć” i sfilmować, może…

Zeznając przed Sądem Generał stwierdził- „Na wciąż medialnie eksponowane pytanie: „Kto kazał strzelać?” wyraźną odpowiedź dał sam Władysław Gomułka w liście do Biura Politycznego KC PZPR z 27 marca 1971 roku, znajdującym się w aktach sprawy i przywołanym przeze mnie przed Sądem 12-13 marca 2002 r. Potwierdził to premier-przewodniczący Komitetu Obrony Kraju Józef Cyrankiewicz- w znajdujących się również w aktach sprawy oświadczeniach – m.in. stwierdzając, że decyzję Władysława Gomułki przekazał osobiście wyznaczonemu na Szefa Sztabu Lokalnego w Gdańsku, gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu (Główny Inspektor Obrony Terytorialnej- Sekretarz Komitetu Obrony Kraju). Przypomnę, że w znajdującym się w aktach sprawy oświadczeniu z 2 czerwca 1971 r., gen. Korczyński pisze: „O godzinie 9.50 (15 stycznia 1970 roku) tow. Cyrankiewicz poinformował mnie telefonicznie, że decyzją Biura Politycznego zezwolono na użycie broni, przyznając jednocześnie dowódcom jednostek pododdziałów prawo, zależnego od sytuacji rozstrzygania o jej zastosowaniu. Decyzję tę przekazałem dowódcom jednostek, rygorystycznie zastrzegając jednocześnie, aby przy konieczności użycia broni przestrzegać określonych bezpieczników”. W protokole z przeprowadzonej z nim przez Komisję rozmowy w dniu 17 czerwca 1971 roku znajduje się następujący zapis: „Tow .Korczyński – decyzję tę otrzymałem w dniu 15 grudnia 1970 roku o godz. 9,00 z minutami od Premiera Cyrankiewicza. Powiadomił mnie, że jest zezwolenie na wprowadzenie wojska i użycie broni w uzasadnionych przypadkach. Chcę przy tym zaznaczyć, iż jeszcze przed godziną 9 rano dzwoniłem do tow. Cyrankiewicza informując go o ciężkiej sytuacji … Wojsko będące w akcji nie używało broni, nie strzelało. Strzelało dopiero wtedy, kiedy dostałem takie polecenie od Cyrankiewicza””.

Postawa Generała

Był wezwany na tę odprawę. Wysłuchał informacji i decyzji I Sekretarza. Premier, Józef Cyrankiewicz uzupełnił ją wnioskiem o ogłoszenie stanu wyjątkowego i wprowadzenie godziny milicyjnej. O godz. 9.50 zadzwonił do gen. Grzegorza Korczyńskiego (był w Gdańsku), zapytał o sytuację i przekazał decyzję- zgodę na użycie broni przez MO i Wojsko, dopiero od godz. 12.00. Najpierw ostrzegać o użyciu, strzelać w powietrze, potem w ziemię i nogi. Poza Premierem- nikt z obecnych nie zabrał głosu. Byli m.in. marsz. Marian Spychalski, przewodniczący Rady Państwa i Mieczysław Moczar, Sekretarz KC, nadzorujący MON i MSW.

W tej sprawie Generał zabrał głos na VIII Plenum KC (luty 1971), gdy odczytano list Władysława Gomułki i wywiązała się dyskusja o użyciu Wojska i broni na Wybrzeżu. Stwierdził wtedy m.in., że sytuacja wskazywała na taką konieczność i jednocześnie ostrożność stosowania siły. Nie mógł być przeciwny, mimo świadomości, że podawane, napływające informacje były emocjonalne i nie dokładne. Swoją postawę o godz. 9.00 przed Sądem wyjaśniał tak-„Wojsko znalazło się na ulicach nie wtedy, kiedy rozpoczęły się tam protesty, demonstracje, ale dopiero wówczas, kiedy już zaistniały niszczycielskie fakty oraz doszło do sytuacji zagrażających życiu i zdrowiu ludzi. Do tego dochodziła świadomość, iż palone, dewastowane, rabowane jest – w ostatecznym rachunku – społeczne, wspólne dobro, że powstają ogromne straty materialne. I dla nas, starych i dla dziedziczących tradycje bojowe młodych żołnierzy, dramat 1970 roku był więc niejako podwójny. Ale też- jak sądzę – daje to nam moralne prawo do uczciwej, społecznie sprawiedliwej oceny”. Odniósł się też do oceny postawy Władysława Gomułki, mówiąc-„obok wad i błędów miał też niewątpliwe zasługi. Należały do nich m.in. usilne działania na rzecz ostatecznego uznania nienaruszalności naszej granicy zachodniej. Kilka dni przed tragicznymi wydarzeniami-7 grudnia 1970 roku, dokonał się ten historycznej wagi akt. Był wielkim sukcesem Polski i osobiście Gomułki. To, zresztą – jak sądzę, rzutowało również na nerwowość jego reakcji w czasie wydarzeń na Wybrzeżu. Odczuwał je jako poważne dezawuowanie wysiłków związanych z odbudową i zagospodarowaniem Ziem Zachodnich i Północnych, w co włożył osobiście tak wiele starań i serca. To, oczywiście nie usprawiedliwienie, ale pewne wyjaśnienie psychologicznych mechanizmów owych decyzji”.

Przygotowanie procesu Sądowego

Kto z Państwa pamięta deklarację- „przeszłość oddzielamy grubą kreską”, kto i kiedy ją wypowiedział? (premier Tadeusz Mazowiecki w ekspose, wrzesień 1989). Swoistą zapowiedzią jej podważenia i chęci „rozliczeń z przeszłością”, stała się interpelacja poselska Kazimierza Ujazdowskiego. Szef MON, gen. Florian Siwicki odpowiedział w maju 1990 r., m.in. pisząc- „Dyspozycja o użyciu broni została wydana przez ówczesnego I Sekretarza KC PZPR, na posiedzeniu nieformalnego zespołu kierowniczego, z udziałem przewodniczącego Rady Państwa i premiera. Następnie premier przekazał ją bezpośrednio do Gdańska wiceministrowi obrony narodowej gen. Grzegorzowi Korczyńskiemu z pominięciem ministra obrony narodowej i szefa Sztabu Generalnego WP”.

Od wiosny zaczynają krążyć pogłoski, iż o funkcji Głowy Państwa „marzy” Lech Wałęsa. Jesienią było już wiadomo, że Generał rozmawiając z Prymasem Józefem Glempem i kilkoma osobami, wyraził wolę odejścia, ale pod warunkiem, że odbędą się powszechne wybory prezydenckie. Stosowne pismo do Marszałka Sejmu, skierował we wrześniu. Prokuratora Marynarki Wojennej w Gdyni, 8 października 1990 r. wszczęła śledztwo w sprawie wydarzeń grudniowych 1970 r., w toku których, „w wyniku użycia broni palnej przez żołnierzy, śmierć poniosły osoby cywilne”. Nikt-oczywiście nie mówi kogo ma na myśli. Proszę zauważyć-Generał jest jeszcze Prezydentem RP. Po latach uchylił mi przysłowiowego rąbka tajemnicy, co myślał słysząc o tych poczynaniach. Nie śmiem napisać, kto już wtedy nabierał „odwagi”. Tak właśnie rozpoczęło się postępowanie przygotowawcze. Ruszyło „pełną parą” od stycznia 1991 r. Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Marynarki Wojennej, następnie Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku. Przesłuchano 3516 świadków. Zebrano ponad 100 tomów materiałów procesowych. Oskarżyciel wskazał 1091 świadków, do przesłuchania przez Sąd.

Początkowo sprawę miał prowadzić Sąd Wojewódzki w Gdańsku, który „postanowieniem z 7 listopada 1995 roku przekazał sprawę według właściwości, tj. profesjonalnej kompetencji, Sądowi Marynarki Wojennej w Gdyni. Sąd Apelacyjny to postanowienie uchylił. W rezultacie akt oskarżenia cechuje ignorancja w materii wojskowej…Odebranie sprawy prokuraturze wojskowej i przekazanie jej do prokuratury powszechnej, nie tylko poważnie wydłużyło jej przygotowawczy bieg, ale również spłyciło precyzję oskarżenia, które powinno uwzględnić w większym stopniu profesjonalno-regulaminowe uwarunkowania działalności Sił Zbrojnych”- ocenił Generał. Wreszcie skierowano do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sprawa trafiła na wokandę w październiku 2001 r. W dniach 18 października i 8 listopada 2001 r., Generał złożył wyjaśnienia. Choroba Przewodniczącego Sądu sprawiła, że proces rozpoczęto od początku.

Oskarżeni ponownie złożyli wyjaśnienia. Biorąc pod uwagę wcześniejsze pytania Sądu i uwagi obrońców, Generał złożył rozszerzone wyjaśnienie w dniach 12-13 marca 2020 r. Ponadto, 27 czerwca, po złożeniu wyjaśnień przez wszystkich oskarżonych – złożył wniosek „o usunięcie istotnych braków postępowania przygotowawczego w celu uzupełnienia ewidentnych luk oraz wyeliminowania sprzeczności, niejasności, a nawet mijania się z prawdą”. Proszę zwrócić uwagę na tytuł wniosku. By Państwu skrótowo i przystępnie go opisać, konieczny jest odrębny tekst. Podam dwa takie przykłady. Pierwszy- „Prokuratura nie skorzystała ze wskazówki, którą tak plastycznie ujął pełnomocnik Solidarności, pan Piotr Łukasz Andrzejewski mówiąc, że „była to gigantyczna prowokacja: Milicja i Służby Bezpieczeństwa podpalały, a Wojsko gasiło” (wydarzenia w Gdyni 17 grudnia, moje, GZ). Trudno posądzić byłego senatora Rzeczypospolitej Polskiej, że w obliczu Wysokiego Sądu nie wiedział, co mówi, że użył bez pokrycia tak ważkich słów. Ma niewątpliwie jakąś wiedzę na powyższy temat. Obecnie powstaje okazja, aby prokuratura uzupełniając materiał dowodowy, poszła wskazanym przez niego śladem i eliminując pogłoski, czy plotki, a ustalając fakty, dotarła do winnych ewentualnej prowokacji. Niestety, nic w tym kierunku nie uczyniono”. Drugi- wniosek, por. Wiesława Gopa o zwrot aktu oskarżenia, który bezpodstawnie zarzuca, że 16 grudnia w rejonie nr 2 Stoczni Gdańskiej w „wyniku moich działań śmierć poniosły 2 osoby, a 11 było rannych. 3 pluton, którym dowodziłem, znajdował się w drugiej linii, w drugim rzucie. Gdyby miał strzelać do demonstrantów, musiałby najpierw strzelać do czołgów oraz w plecy innych, znajdujących się przed moim plutonem żołnierzy. Jak można mi przypisać odpowiedzialność za śmierć Stefana Mosiewicza, który został postrzelony z broni kalibru 9 mm, kiedy mój pluton uzbrojony był wyłącznie w pistolety maszynowe kalibru 7, 62 mm”. Jeszcze jeden, podobny wniosek. „Na str. 56 aktu oskarżenia znajduje się stwierdzenie: „mjr Wiesław Wiekiera podał komendę „ładuj broń”, a następnie „w górę, krótką serią ognia”. Natomiast na str. 57 jest zapis: „W wyniku użycia broni palnej przed bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej śmierć ponieśli Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz”. Jak pogodzić moją komendę do strzelania w górę z przypisaniem mi przez prokuraturę odpowiedzialności za śmierć powyższych dwóch i ranienie 11 osób”- pyta, zwracając akt oskarżenia mjr Wiesław Wiekiera.

Generał oskarżony o …

Składając dwukrotnie wyjaśnienia, oświadczał- „Oskarżenie jest bezpodstawne. Są w nim zasadnicze luki, ewidentne błędy i manipulacje, a nawet mijanie się z prawdą. Oświadczam, iż w czasie tragicznych wydarzeń w Grudniu 1970 roku na Wybrzeżu: nie postąpiłem wbrew Konstytucji; nie wydałem rozkazu użycia broni; nie popełniłem przestępstwa. Wręcz przeciwnie – w ramach swych realnych, zawężonych wówczas możliwości, przyczyniłem się do ograniczenia bolesnych skutków wydarzeń, a następnie do takich zmian polityczno-państwowych, które pozwoliły przerwać groźną spiralę rozszerzenia konfliktu oraz jego siłowego rozstrzygania, zapobiec katastrofie, realnie grożącej w ogólnokrajowej skali…Raz jeszcze stanowczo oświadczam, iż rozkazu o użyciu broni nie wydawałem. Materiały śledztwa moje słowa potwierdzają. Trzeba wyjątkowej tendencyjności, ażeby zinterpretować je inaczej. Owa tendencyjność przejawia się m.in. także w tym, iż prokurator odrzucił gruntownie umotywowane wnioski dowodowe obrony, w tym również dotyczące uzupełniającego przesłuchania wielce istotnych dla sprawy świadków. Jak widać intencja jest inna- „wystrzelić” akt oskarżenia, a później niech się martwi Sąd, „wyłuskując” wśród 3516 przesłuchiwanych w nieskończoność świadków to, co jeszcze przed rozprawą mogło być oczywiste… Trudno nie zauważyć intencji „grubymi nićmi szytej” – przede wszystkim „polowania” na Jaruzelskiego”.

Uzasadniając bezpodstawność oskarżenia, mówił-„Gdyby to była tylko moja sprawa, nie dręczyłbym siebie, nie obciążałbym innych osób różnymi wyjaśnieniami i oświadczeniami. Jestem jednak starym żołnierzem, przez wiele lat byłem naczelnym dowódcą Wojska Polskiego. We wszystkich jego wcieleniach jest mi ono bliskie i drogie. Boleję, gdy podważane jest jego dobre imię. Taki bowiem jest wydźwięk tego procesu, łącznie z przypisywaniem Wojsku wszystkich ofiar, także tam, gdzie- jak to ewidentnie wynika nawet z aktu oskarżenia – „strzelały w tłum” inne informacje. W tej sytuacji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełniąca polityczny obstalunek Prokuratura, po to, aby „uderzyć” we mnie, nie waha się zastosować takiej, krzywdzącej dla całego Wojska manipulacji”. W podsumowaniu tego wątku mówił -„Niech mi wolno będzie, jako byłemu przełożonemu wszystkich oskarżonych tu osób wojskowych- z całym poszanowaniem dla ostatecznego werdyktu Wysokiego Sądu- oświadczyć, iż nie widzę ich winy. Działali w ramach istniejących okoliczności oraz postawionych im zadań, i jak wynika ze znanych mi materiałów i faktów, oskarżenie tych osób jest niesprawiedliwe i krzywdzące. Jeśli zaś jakaś wina miałaby im być przypisana – to ja biorę ją na siebie”.

Refleksja…

Od 40 lat ofiary Wydarzeń Grudniowych upamiętnia pomnik w Gdańsku. Odsłonięty 16 grudnia 1980 r., jako jeden z postulatów powstałej Solidarności, przy ogromnym udziale jej członków. Kto z Państwa pamięta tę uroczystość? Proszę sobie przypomnieć, jakie wtedy i dziś wywołuje skojarzenia i refleksje. Generał wspominał tak-„Dla mnie jednak, przy całym szacunku dla poległych w 1970 roku robotników, było to nie tylko gorzkie „requiem”, lecz i „larum”. Nigdy nie wzniesiono pomnika 400 Polaków, poległych podczas zamachu majowego. Nie uczczono nawet obeliskiem małopolskich chłopów zastrzelonych przez policję, ani ofiar zajść krakowskich, lwowskich i wielu innych. Zaczynało wyglądać na to, że tylko Polska Ludowa dopuszczała się przemocy wobec robotników i chłopów. Nie mogłem się z tym wewnętrznie pogodzić. To było następne kłamstwo historyczne, a przecież miało ich już nie być”.

Mam świadomość skrajnego niedosytu tego tekstu, pewnego rodzaju ułomności. Wywoła on szereg pytań i wątpliwości. Skala złożoności „problemu” oraz ograniczone ramy publikacji na krótki, hasłowy opis nie pozwalają, gdyż zubożyłyby istotę sprawy. Do tego nie mogę dopuścić. Będę starał się odpowiedzieć na Państwa pytania, sugestie i wnioski w następnym tekście.

Na zakończenie

Słowa podziękowania i uznania kieruję do Pana Ministra Rafała Skąpskiego, za krótkie ale dobitne zwrócenie uwagi- powiem oględnie- na frywolność porównań sytuacji wewnętrznej obecnie i „medialnych polityków” do sytuacji z okresu stanu wojennego i Generała.

Zwrócił moją uwagę tekst „Każdy sukces ma swoją cenę” Pana Dawida Kopy. Nie tyle treścią, co argumentami Autora. Artykuł prof. Zbigniewa Wiktora w 102 rocznicę Rewolucji Październikowej faktycznie jest osobliwy, trudny w ocenie z dzisiejszej perspektywy. Pana ocena polemiki prof. Jerzego Wiatra z tym tekstem, zdumiała mnie. Przecież Profesor przystępnie i krótko zwraca uwagę na istotę wydarzenia sprzed 102 lat i jego następstwa. Pan ma pełne prawo z tą polemiką- jej argumentami, ocenami i wnioskami, nie zgadzać się! Ale, czy one świadczą o „obronie życiorysu”, oczywiście swojego przez prof. Wiatra? Zachęcam Pana – i to poważnie, by wnikliwie poznał życiorys Profesora i skrupulatnie wynotował gdzie, na jakich zagranicznych uczelniach na Zachodzie Profesor prowadził wykłady, do jakich naukowych stowarzyszeń oraz organizacji należał, nie tylko w Polsce. To pierwszy etap. Drugi- dla Pana trudniejszy. Proszę się zastanowić, czy tam właśnie na Zachodzie nikt nie wiedział, że Profesor był członkiem PZPR, zajmował ważne stanowiska w „centrali”, nie tylko dyrektora „wrażego” Instytutu. Czy z powodu „takiego członkostwa” spotkały Profesora na Zachodzie afronty, gesty dezaprobaty? I trzeci- też chyba dla Pana trudny. 26 marca 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski w Natolinie spotkał się z Prymasem Tysiąclecia. Generał pisze- „Na pewno to zdziwi czytelników, ale mówiąc o Rewolucji Październikowej w listopadzie 1917 roku, prymas stwierdził, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne, egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy””… Zachęcam do poznania drugiej wypowiedzi. Generał pisze- „Kiedy mówiliśmy o newralgicznym politycznie i strategicznie położeniu kraju- prymas użył bardzo plastycznej metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską””. Po przeanalizowaniu obu wywodów Prymasa, uprzejmie Pana proszę o ich interpretację, wykładnię dla obecnych Czytelników Trybuny. Będę prosił Panów-Redaktora Naczelnego i Zastępcę o publikację Pana tekstu. Z ciekawością i uwagą zapoznam się nie tylko ja. By ułatwić Panu pracę, proponuję przeczytać tekst Generała z tej jedynej rozmowy obu Mężów Stanu, pt. „Spotkanie z wielkością”. Jest w książce Generała „Stan wojenny. Dlaczego” (str. 81-92), Wyd. BGW 1992. I proszę nie zapomnieć- konicznie zamieścić „wyciąg” z życiorysu prof. Jerzego Wiatra i jego „wpływie” na „zachodnie wojaże” naukowe. Powiem Panu całkiem prywatnie – tym życiorysem i uznaniem dorobku Profesora na Zachodzie, można obdzielić nie jednego 38- letniego uczonego, który na pierwszym miejscu powinien mieć szacunek dla nauki. I prywatnie – proszę podać na jakiej Uczelni nauczono Pana „zaglądania” do cudzego życiorysu, by czynić z tego podstawę oceny treści publikacji. Czy nie wstydzi się Pan? Proszę się zastanowić, czy za 30-40 lat młodzi uczeni właśnie od życiorysu nie będą rozpoczynać oceny Pańskiego dorobku naukowego- już życzę dobrego samopoczucia. Pana teza o „doborze faktów” jest błędna, nie do przyjęcia. Czy na podstawie „dobranych faktów” jest możliwa ocena obiektywna wydarzenia, okresu historycznego, itp. Od kogo, jeśli nie od uczonego, naukowca oczekiwać prawdy, obiektywizmu?

Bezpieczeństwo Polski, a strefa bezatomowa

Historia jest cenna nie tyle przez swe pamiątki, co przez doświadczenia i nauki.

gen. Wojciech Jaruzelski

Mija 63 lata od ogłoszenia idei strefy bezatomowej. Minister Spraw Zagranicznych Adam Rapacki zawarł ją w słowach- „W interesie bezpieczeństwa Polski i odprężenia w Europie, po uzgodnieniu swej inicjatywy z innymi członkami Układu Warszawskiego, Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oświadcza, że w razie wyrażenia zgody przez oba państwa niemieckie na wprowadzenie w życie zakazu produkcji i magazynowania broni jądrowej na ich terytorium, Polska Rzeczpospolita Ludowa gotowa jest wprowadzić również taki sam zakaz na swoim terytorium”. Wygłosił je 2 października 1957 r., podczas 12 Sesji ONZ. Strefa miała obejmować cztery kraje: wspomniane dwa państwa niemieckie, Polskę i CSRS. Na tej Sesji, poza Polską- zgodę wyraziła CSRS. Kilka dni później NRD. Natomiast niemal natychmiastowy sprzeciw zgłosiła NRF, USA i Wielka Brytania, nie podejmując nawet merytorycznej dyskusji. Sekretarz generalny NATO Henry Spaak określił Plan jako „pełen hipokryzji”, którego „przyjęcie byłoby szaleństwem”, gdyż pozbawiałoby Zachód obrony. Czyżby rzeczywiście wierzył, że ZSRR zaryzykuje użycie tej broni? Wątpiąc, ocieram się o brak taktu. Choć idea zyskała obywatelstwo na świecie, o czym przypomniał 28 lat później, gen. Wojciech Jaruzelski na 40 Sesji ONZ, 27 września 1985 r. (tekst z 25-27 września 2020 i wcześniejszy z 1-2 czerwca 2020); po dzień dzisiejszy na tym obszarze nie uzyskała mocy prawnej. Czy jest taka szansa w III dekadzie XXI wieku? Pytanie to stawiałem w kilku poprzednich tekstach.

Istota bezpieczeństwa

Naukowcy opracowali kilkadziesiąt definicji bezpieczeństwa, analizując je w różnych aspektach. Najkrócej mówiąc-to stan, który daje poczucie pewności i gwarancje jego zachowania oraz szansę na doskonalenie. To jedna z podstawowych potrzeb człowieka. To brak ryzyka utraty czegoś, co człowiek szczególnie ceni. Zastanówmy się chwilę nad tymi skrótowymi określeniami Cóż – w sensie państwowym narodowym, daje człowiekowi „poczucie pewności”, jeśli nie utrata jego państwa, a w znaczeniu ludzkim życia. Przez co, czym człowiek może te wartości stracić? Nie kwestionowaną od 75 lat-pierwszą pozycję, jako „narzędzia” utraty poczucia bezpieczeństwa zajmuje broń jądrowa. Skutki jej użycia dla człowieka i środowiska naturalnego pokazała całemu światu Hiroszima oraz Nagasaki. Płynąca stąd „nauka” nie straciła znaczenia po dziś dzień. Broń jądrowa, jej wyrzutnie, składy i środki produkcji były i dziś także będą celem uderzeń jądrowych i rakietowo-lotniczych. Dlatego strefa bezatomowa, jako obszar na którym nie ma broni jądrowej pod żadną postacią, co głównie zależne jest od władz państwowych. Jako obszar gwarantowany umowami wojskowymi, międzynarodowymi, że tu broń ta nie będzie miała zastosowania. By tak się stało, by tak było nadal, należy postawić pytanie- czy Polska należycie czuwa, troszczy się o bezpieczeństwo uzyskujące wymiar zewnętrzny międzynarodowy, właśnie poprzez umowy, traktaty, sojusze polityczno-militarne? W rocznicę ogłoszenia Planu Rapackiego, pytanie staje na porządku dnia, staje się niezbywalne! Są dwa niejako ponadczasowe powody. Pierwszy-„Nikt nie ma wyłączności na pragnienie pokoju. Są jednak narody, którym dramatyczna historia daje szczególne moralne prawo oraz nakłada niezbywalny obowiązek, aby przypominać, ostrzegać, wzywać do opamiętania. Naród nasz jest jednym z nich… Kraj nasz był zawsze w pierwszym szeregu >ochotników pokoju<”- mówił w ONZ Generał (pisałem w poprzednim tekście). Od kilku lat pojawiają się „pogłoski” o możliwości zainstalowania broni jądrowej w Polsce- oto powód drugi. Nie dopuścić do rozprzestrzeniania, do proliferacji czy nawet zmiany dyslokacji broni jądrowej, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej, a w Polsce nade wszystko. Broń jądrowa w Europie Od kiedy w Europie jest broń jądrowa? Precyzyjnej odpowiedzi brak, jest w tajnych archiwach USA. Wiadomo, od 1954 r. USA zaczęły składować broń jądrową na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy jądrowe były wspólne), przygotowania trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. 1 kwietnia 1957 r. Kanclerz NRF Konrad Adenauer oficjalnie wypowiedział się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową. Kolejny raz przypomniał roszczenia terytorialne i zastrzeżenia graniczne wobec Polski. Także wiadomo od wielu lat, że w 1949 r., gdy powstawało NATO, Amerykanie mieli 3067 ładunków jądrowych. W tym czasie- tylko USA dysponowały taką bronią, Francja i Wielka Brytania pod koniec lat 50.tych Ile spośród nich było w Europie? Można się domyślać, w b. NRF, Francji, Wielkiej Brytanii, później w Belgii, Holandii i innych krajach. USA w latach 70. wydzieliła ze swoich zasobów do dyspozycji NATO 15818 ładunków jądrowych, z tego 2500 pocisków artyleryjskich dla Bundeswehry. Gdyby wówczas, w latach 70 czy 80. doszło do lokalnego konfliktu zbrojnego w Europie- jak teoretycznie zakładano – z ograniczonym użyciem broni jądrowej – kto z Państwa dziś wykluczy, że ta broń ominęłaby naszą Ojczyznę? Przecież fakt posiadania broni jądrowej przez USA w Europie był podstawą, ideą strefy bezatomowej w Europie, jaką zgłosił Adam Rapacki. Broń jądrowa w Polsce Od wielu lat wiemy, że w marcu 1954 r., do jednostki Północnej Grupy Armii Radzieckiej (PGAR) w Strachowie k. Świętoszowa przybywają pierwsze pociski z głowicami atomowymi. W lipcu 1965 r.,(3 lata po kryzysie kubańskim) ZSRR bez powiadamiania polskich władz wprowadza do PGAR kołowe wyrzutnie rakiet z głowicami atomowymi. W 1967 r. władze wyraziły zgodę na rozmieszczenie dwóch magazynów. Wiemy też, że Władysław Gomułka nie ufał ZSRR i miał ku temu podstawy – wówczas były to różne sygnały i przypuszczenia, a po latach są fakty. Wspomniany Plan Rapackiego, był praktycznym wyrazem naszej suwerenności na arenie międzynarodowej, ale także formą poddania terytorium Polski międzynarodowej kontroli. Dlaczego- gdyby powstała w Europie strefa bezatomowa, wówczas – zgodnie z polskim „Memorandum” byłaby oczywista potrzeba kontroli przestrzegania jej zasad, właśnie pod względem składowania ładunków jądrowych, środków ich przenoszenia, także u nas. My, jako kraj takiej broni nie posiadaliśmy, ale nasz „wielki brat”? Rzut oka na historię Tu taka dygresja. W tekście „Armia Radziecka” …(21-22 września 2020), napisałem, że 1 lipca 1991 r. Układ Warszawski (UW) został rozwiązany w Pradze. Celowo- pozostawiając Państwu domysł- nie napisałem dlaczego został rozwiązany? Najkrótsza odpowiedź brzmi- bo nie chcieli go dalej członkowie, tak jego członkowie! wśród nich Polska, a głównie sam ZSRR. Co na takiej decyzji Kremla zaważyło? Kilka czynników-głównie sytuacja gospodarcza, jej wydolność w pokryciu coraz bardziej rosnących potrzeb- niektórzy powiedzą że ubożenia społeczeństwa, też będą mieli wiele racji. Ciężary ZSRR, ponoszone na pokrycie finansowego wspierania budowy demokracji i socjalizmu w kilku krajach Trzeciego Świata, na utrzymanie zagranicznych kontyngentów armii i potencjału uzbrojenia (w ramach UW), wysoce przerastały możliwości gospodarki. Tu proszę dostrzec wpływ wyścigu zbrojeń z USA i jego koncepcji wojen gwiezdnych, które wymuszały nakłady na zbrojenia, a którym ZSRR nie mógł finansowo sprostać. Tu proszę dostrzec światowy czasowo zbieg doboru mądrości polityków- tak, właśnie mądrości! Proszę zauważyć- na Kremlu urzęduje Michaił Gorbaczow; prezydentem USA George Bush; prezydentem Francji Francois Mitterand; premierem Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher; kanclerzem RFN Helmut Kohl; Papieżem-Polak, który Generałowi, 13 stycznia 1987 r. mówi – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby mu tylko głowy nie ukręcili” (oczywiście, pucz Janajewa w 1991r.- „ukręcił”, na szczęście już po podjęciu strategicznych, światowych decyzji). Wielu z Państwa w tym miejscu zapyta- na czym te decyzje strategiczne polegały? Po pierwsze- USA. Prezydent George Bush widzi (meldunki wywiadu) proces słabnięcia potencjału gospodarczego ZSRR. Choć wyścig zbrojeń „przykłada rękę” do tego słabnięcia, USA nadal kontynuuje proces redukcji broni jądrowej. Taka postawa USA pozwala ZSRR, a potem Federacji przenieść broń jądrową z Białorusi i Ukrainy na swoje terytorium. „Spirala zimnej wojny idzie w dół”- obrazowo oceniał Generał. Także „idzie w dół”, albo inaczej-nabiera mocy redukcja sił zbrojnych. Tu zaś Pan Jaruzelskiego (1987) zyskuje aplauz na Zachodzie. Poprawne- jeśli napiszę, że przyjazne momentami stosunki Busha z Gorbaczowem- nie popełnię rażącego błędu. Taką postawą wspiera nie tyle reformy z ZSRR, ile budzi zaufanie do USA. Właśnie- to zaufanie pozwala Kremlowi (Gorbaczowowi ze współpracownikami) podejmować decyzje: Gorbaczow, „odpowiada” na tę postawę rozpoczęciem wycofywania wojsk radzieckich z NRD w 1989 r.; przychylnością na zjednoczenie Niemiec (na tę myśl Kohla jeszcze w 1987 r. w Bonn, mówił- „niet”)-zaczyna „chwiać się” mur berliński; Po drugie- mądrość Polski (Generała, reformatorów) To zaufanie sprawia, że prezydent USA od 1987 r. wspiera proces Okrągłego Stołu (czyni to różnymi kanałami Papież), także Gorbaczow. George Bush wspiera wybór Generała na urząd Prezydenta Polski. „Proces wyboru” dyplomatycznie wspiera Papież, Zachód (Thatcher, Kohl Mitterand) i oczywiście Gorbaczow. Co więcej-prezydenci USA i Francji, premier Anglii zgodzą się na zjednoczenie Niemiec- pod warunkiem zachowania nienaruszalności zachodniej granicy Polski, do czego w Paryżu przekonywał Generał z Tadeuszem Mazowieckim i szefem MSZ. Dyplomatyczne wsparcie USA i Gorbaczowa sprawi, że granica uzyska traktatowe gwarancje w Moskwie 12 września 1990 r., przed podpisaniem aktu o zjednoczeniu Niemiec. Pytam, kto o tym fakcie pamiętał w Polsce – teraz minęła 30 rocznica? Wnioski Wyciągnięcie mądrych wniosków w USA i na Zachodzie Europy pod koniec lat 80.ubr. z lat zimnej wojny, z teorii i praktyki „równowagi strachu”- pozwoliły przejść do mądrej, opartej na mądrym zaufaniu wzajemnej współpracy-zrozumieć Wschód, Gorbaczowa.

To Zachód, który generalnie „górował” nad Wschodem- dał pierwszeństwo rozwadze. Zechciał zrozumieć różne historyczne i kulturowe uwarunkowania swojego przeciwnika, okresowo nawet wroga! Wschód – ZSRR, Europa Środkowo-Wschodnia na czele z Polską-PRL! mądrze te „gesty i okazje” przyjęła i mądrze, pokojowo wykorzystała. Zachód tym sposobem odniósł zwycięstwo nad ustrojem, systemem, (teorią i praktyką), którą zwalczał 45 lat. Doprowadził do jego upadku, niejako pod „własnym ciężarem”, na pokojowej drodze i dla dalszego pokoju, nie płacąc za to zwycięstwo krwią mieszkańców całej Europy, zapewne USA i ZSRR, bez jakichkolwiek gwarancji na dalsze istnienie życia na Ziemi- gdyby doszło do „jądrowej wymiany ciosów”. Stąd wynika kolejne- na miarę przyszłości pokoleń – pytanie. Co czynić, by świat nadal pokojowo się rozwijał? Co Polska może i powinna czynić by broń jądrowa zniknęła z Europy. Pogłoski i fakty. ALARM! Dziennik Trybuna poinformował, że 3 września 2017 r. w „debacie kanclerskiej” Martin Schulz. zgłosił propozycję – jeśli zostanie kanclerzem, podejmie kroki by terytorium Niemiec ogłosić strefą bezatomową. Oznaczałoby to usunięcie jądrowych instalacji USA. Niektórzy z nas, znający historię mogli westchnąć- może ziści się nadzieja na strefę bezatomową! Choć wielu z uwagą słuchało tej dyskusji, przegrana Martina Schulza niejako „zamknęła sprawę”-nie na długo. „Polski Minister Spraw Zagranicznych chce rozmieszczenia amerykańskiej broni jądrowej w Europie”, napisał Der Spiegel, 1 lutego 2019 r. Tę przerażającą informację, zawarł red. Andrzej Ziemski w publikacji – „NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich” (Trybuna, 4-5 lutego 2019). Skąd i czyj taki pomysł, by ładunki jądrowe miały być w Polsce? Czytelnicy także zwrócili uwagę na wiadomość, że „w naszym europejskim interesie jest, aby amerykańskie wojska i rakiety nuklearne stacjonowały na kontynencie”- powiedział Jacek Czaputowicz „Nie wykluczył, że będzie to w Polsce, choć jak podkreślił, >wcale sobie tego nie życzymy<”, napisał Andrzej Ziemski- któremu najuprzejmiej dziękuję za zwrócenie uwagi na ten najżywotniejszy dla Polaków problem. Przeczytajcie Państwo raz jeszcze tę myśl „pierwszego polskiego dyplomaty”. Może zapytacie- jakiż to jest ten „nasz i europejski interes”, skoro mają go chronić amerykańskie rakiety, a jednocześnie „nie bardzo chcemy”, aby były w Polsce? Jaką tu Minister kryje tajemnicę? Na zdrowy rozum biorąc- wiemy, że naszym najżywotniejszym interesem jest nasze, osobiste, rodzinne i narodowe życie. Czy inne narody, kraje mają rozbieżne z nami interesy w tym względzie? Czy „nasz i europejski interes” nie wymaga ogłoszenia alarmu? Przecież jest „interesem” istnienie, życie Polski jako Narodu i Państwa! Po co w Polsce broń jądrowa? Przecież w 2020 r. można wystrzelić rakietę z głowicą jądrową z atomowego okrętu podwodnego na dalekim Atlantyku czy Pacyfiku i trafić – dla przykładu- w Pałac Kultury! Że wojska amerykańskie są w Europie od zakończenia II wojny światowej w 1945 r. a dokładnie rzecz biorąc- od 6 czerwca 1944 r. (lądowanie w Normandii), wie średnio zdolny uczeń szkoły średniej. Dlaczego polski minister na początku 2019 r. chce „amerykańskich wojsk i rakiet nuklearnych na kontynencie” – kto z Państwa zna odpowiedź? W maju br. J.E. pani Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, zamieściła taki twitt: „Jeśli Niemcy chcą zmniejszyć potencjał nuklearny i osłabić NATO, to być może Polska – która rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, rozumie ryzyka i leży na wschodniej flance NATO-mogłaby przyjąć ten potencjał u siebie”. Ta myśl i „pochwała” wywołała komentarze w polskiej prasie (ostrożne z dozą „soli”) i europejskiej. Nawiązywano do dyskusji w Niemczech, m.in. o zakupie w USA samolotów- nosicieli broni jądrowej oraz realizacji programu NATO- nuclear sharing. Za wycofaniem amerykańskiej broni jądrowej z Niemiec opowiedział się szef frakcji SPD w Bundestagu. Stanowisko poparli przywódcy SPD, socjaldemokratyczni politycy w rządzie i Bundestagu byli przeciw. Do problemu odniósł się także ambasador USA w Niemczech, który skrytykował stanowisko SPD. Jego zdaniem Niemcy powinni się zdecydować, czy chcą kontynuować sojusz nuklearny z USA. Do trwającej od pewnego czasu dyskusji w USA włączył się były dyplomata USA m.in. w Polsce, były dyrektor ds. Rosji i Ukrainy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA. Uważa on, że przerzucenie sił nuklearnych USA z Niemiec do Polski jest za drogie, niebezpieczne i zbyt prowokacyjne wobec Rosji. Jest zdania, że dyskusja amerykańskich dyplomatów daje dodatkowy argument zwolennikom wyprowadzenia broni nuklearnej z Niemiec- „Teraz mogą po prostu powiedzieć, że można tę broń zabrać do Polski”. Zbigniew Brzeziński, którego wypowiedzi cytowane są u nas- jak mówił Generał- „na klęczkach”- otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” -odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”. Kto z Państwa wskaże przykłady, że obecne władze pamiętają o płynących z tej myśli praktycznych wnioskach. Przypomnę, że rok temu w naszej prasie, za doniesieniami z USA pojawiły się spekulacje o przenoszeniu amerykańskich ładunków jądrowych z Turcji do Polski. Miało to być efektem retorsji NATO wobec Turcji za zakup rosyjskich systemów S-400. Rosja, bacznie przysłuchująca się dyskusji o szeroko rozumianym bezpieczeństwie, a o broni jądrowej szczególnie, także zabrała głos. Szef dyplomacji Siergiej Ławrow, zwrócił uwagę, że przesunięcie amerykańskiej broni atomowej z Niemiec do Polski stanowiłoby bezpośrednie naruszenie porozumień Rosja-NATO. Rzecznika MSZ, rozszerzając wypowiedź szefa uznała takie działanie za pogorszenie już napiętych stosunków między Rosją a NATO. Wskazała, że Stany Zjednoczone mogłyby wnieść rzeczywisty wkład we wzmocnienie bezpieczeństwa europejskiego, przenosząc amerykańskie głowice jądrowe na terytorium Stanów Zjednoczonych. Rosja zrobiła to już dawno temu, przenosząc całą swoją broń jądrową z Europy Środkowej i Wschodniej w latach 90. na swoje terytorium. Czy USA w tym przypadku nie powinny sięgnąć po przykład George Busha- kwestia zaufania- oraz Gorbaczowa i Jelcyna w sprawie „zabrania” do siebie tej broni? Powyższe fakty opisał Andrzej Ziemski w DT 25-26 maja 2020, dziękuję. Strategia Bezpieczeństwa.

Zatwierdzona 12 maja 2020 r. przez Prezydenta RP Strategia Bezpieczeństwa, uznaje, że „podstawowym czynnikiem kształtującym bezpieczeństwo Polski jest jej silne osadzenie w strukturach transatlantyckich i europejskich, a także rozwój współpracy dwustronnej i regionalnej z najważniejszymi partnerami”. Bez dozy złośliwości, należy tu postawić pytanie- dlaczego dotąd nie uzyskaliśmy czytelnych, jasnych gwarancji, że art. 5 Traktatu NATO, dot. uznania agresji na Polskę jako atak na cały Sojusz i konieczność każdego państwa- członka podjęcia stosownych do swoich możliwości kroków? Czyżby zapomniano o wnioskach z Września 1939 r.? A jeśli mowa o „osadzeniu w strukturach… europejskich”- nie mamy sobie nic do zarzucenia? Czyżby decyzje TSUE (Trybunał Sprawiedliwości) można było lekceważyć? Czytam, że „Polska przywiązuje również dużą wagę do rozwoju współpracy regionalnej, min. w ramach Dziewiątki Bukareszteńskiej, Grupy Wyszehradzkiej, Trójkąta Weimarskiego, Inicjatywy Trójmorza oraz współpracy z państwami regionu Morza Bałtyckiego”. Chciałbym głośno krzyknąć, wprost pokłonić się Autorom tego zapisu, mając nadzieję, że może tym razem Polska wyciągnie wnioski z niezbyt odległej przeszłości. W 1996 r. pojawiła się myśl utworzenia strefy bezatomowej od Bałtyku do Morza Czarnego, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i Polskę. Jednakże z powodów politycznych nie doszła do skutku. Wstydziłbym się przypominać, że „rozwój współpracy regionalnej” – też w sferze gospodarczej i polityczno- wojskowej powinien obejmować obu naszych sąsiadów na wschodzie. A czy wspomniane wyżej organizacje nie są wręcz gotową tkanką współczesnej strefy bezatomowej w Europie Środkowo -Wschodniej? Czy my, Polska tak boleśnie doświadczeni przez Historię, inicjatywą utworzenia takiej strefy możemy stać się kolejny raz „ochotnikiem pokoju<”? Przecież w tym względzie wśród Polaków nie będzie i nie może być różnic, sprzeczności! Wszyscy, bez względu na polityczne przekonania i wyznawane wartości religijne chcemy żyć w pokoju. Z woli Boga czy natury odejść z tego świata z poczuciem dozy pewności, że nasze dzieci i wnuki biorąc z nas przykład będą żyć szczęśliwie. Jest jeszcze jeden, jakże wymowny przykład. 8 września 2006 r. w Semipałatyńsku podpisano Układ o Strefie Wolnej od Broni Jądrowej w Azji Centralnej – obejmuje Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan. Mało kto o tym wie, gdyż nasze media wyrozumiale nie informowały. Kto z Państwa wie dlaczego? A może właśnie Polska, jako „Członek Europy” powinna przypomnieć wezwanie, apel gen. Charles’a de Gaulle’a- „Europa od Atlantyku po Ural” (rozmawiał o tym z Józefem Cyrankiewiczem i Władysławem Gomułką w 1967 r. w Warszawie, napiszę odrębny tekst) i podjąć starania o upowszechnienie i wdrożenie. Czy nasza Historia- „cenna przez doświadczenia”, nie żąda od Polaków „nauki”- bycia wprost budowniczymi pokoju „Od Atlantyku po Ural” w III dekadzie XXI wieku. Pomyślmy, działajmy! Rektorzy, Dziekani… Obraziłbym Wasze Magnificencje, profesorów, uczonych, pracowników nauki – apelem u progu roku akademickiego 2020-2021 o podjęcie problematyki bezpieczeństwo narodowego na kierunkach je prowadzących.

Podjęcie i wręcz nagłośnienie tej tematyki wśród studentów, na uczelnianych konferencjach i w publikatorach, na łamach prasy ma uzasadnienie w różnych sondażach, badaniach opinii społecznej, w środowiskowych dyskusjach. Sentencja-„Umysły są jak spadochrony. Działają, kiedy są otwarte” (Tomasz Dewark) właśnie dziś – w Polsce wymaga praktycznego zastosowania. Naukowo mówiąc- jako kształtowania umiejętności obiektywnego „patrzenia”, rozumienia uwarunkowań przeszłości (historii) oraz rzeczywistości, „dzisiejszego dnia” i odpowiedzialności za przyszłość Ojczyzny. Zastanawia, czy nasi politycy rozumieją skalę współczesnego zagrożenia dla kraju i swojej odpowiedzialności za bezpieczeństwo Polski. Może czas najwyższy ogłosić alarm dla Polaków, jeszcze nie jest za późno. Proszę, apeluję do Państwa- zastanówmy się, nie bądźmy obojętni. Nawet dla sędziwych Polaków musi być ważna myśl, wyobrażenie-czy i jak będą żyły nasze dzieci i wnuki. Czy na naszych mogiłach leżał będzie zwyczajny kurz, czy radioaktywny pył, choć nie będziemy tego odczuwać! Redaktor Naczelny Trybuny, Pan Piotr Gadzinowski w „Ostatniej szansie”, 25-27 września 2020 zachęca do dyskusji m.in. „o bezpieczeństwie narodowym”. Jednocześnie pyta-„Czy jego gwarancją ma być tylko kontyngent wojsk USA”. Proszę bacznie zwrócić uwagę na słowa Pana Redaktora- zachęca do dyskusji, do myślenia i działania. Kogo-wszystkich, zgodnie ze swoimi kwalifikacjami i zawodowymi możliwościami. Podkreślam- nie neguje obecności wojsk USA w Polsce, ale wyraźnie pyta- co konkretnego uczyni nasza władza. Profesor Grzegorz Kołodko (DT, 27-29 marca 2020). „Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi- prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zamrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturę amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć. Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym, minimalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią”.

Spodziewam się, że listopadowa konwencja Lewicy, nie tylko SLD – zachęci Państwa Czytelników do dyskusji na łamach Trybuny, do wcześniejszego składania wniosków i propozycji. Że politykom, przedstawicielom władzy wszystkich szczebli, dostarczy w tym względzie kilku interesujących myśli i koncepcji ich wdrożenia.

„Tajemnice” aktu oskarżenia

Lata 1980-1981 nie były okresem zmagań „aniołów z diabłami”, ale milionów dobrych i mniej dobrych, mądrych i mniej mądrych ludzi, uwikłanych w historyczny los, z dwóch stron ówczesnej barykady. Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: anielskie hufce „Solidarności” i diabelskie hordy władzy, „komuny”. Przeciwstawiam się też odwrotnej kwalifikacji.
Generał Wojciech Jaruzelski – SKOK, 22 listopada 1992

Prezentację książki Petera Rainy „Zdrada czy konieczność? Jaruzelski i inni przed sądem” („DT”, 30 sierpnia – 1 września 2019), kończyłem zapowiedzią zatrzymania Państwa uwagi na głównych wątkach aktu oskarżenia oraz procesu sądowego. Generalnie rzecz biorąc, sprowadza się do odpowiedzi na podstawowe pytanie – kogo i o co oskarżono, jak się bronił. Już w tym momencie Państwo wiecie, że głównym oskarżonym był gen. Wojciech Jaruzelski, a mowa obrończa przed Sądem składana przez kilka dni w 2008 r. została wydana książką „Być może to ostatnie słowo”. Wielu Rodaków podczas różnych spotkań z Generałem ma tę i inne książki z dedykacjami, niektórzy przychodzili do Szpitala Wojskowego na Szaserów w Warszawie. Mieli okazję poznać serdeczność troski personelu medycznego wobec Chorego. Do wszystkich kieruję słowa wdzięczności, przez prof. Cezarego Szczylika i płk dr W. Jandę.
O co był oskarżony Generał
Prokurator, aktem oskarżenia sygn. akt S 101/04/Zk, Katowice, z 16 kwietnia 2007 r. objął łącznie 9 osób: Generała, gen. Tadeusza Tuczapskiego, Stanisława Kanię, gen. Floriana Siwickiego, gen. Czesława Kiszczaka, Emila Kołodzieja, Krystynę Marszałek – Młyńczyk, Eugenię Kemparę i Tadeusza Skórę. Autor, Peter Raina, akt ten zamieścił w książce na s. 415-546. Doręczano każdemu, a oskarżeni byli wzywani przez prokuratora i indywidualnie zapoznawani ze stawianymi zarzutami. Tu ciekawostka. Prokurator przesłuchiwał Generała od godz. 9.30, 31 marca 2006 r., zakończył o godz. 10.15, ale 30 marca 2006 (taki drobiazg). Warto poznać oświadczenie Generała (s. 386-387 książki) – „Zrozumiałem treść postanowienia o postawieniu zarzutów. Nie przyznaję się do popełnienia tych czynów. Odmawiam składania wyjaśnień w tej sprawie w dniu dzisiejszym. Chcę po uzyskaniu uzasadnienia zarzutów przygotować się do składania wyjaśnień oraz rozważyć potrzebę pomocy adwokata. W związku z powyższym w dniu dzisiejszym nie mam nic więcej do dodania”.
Generał długo nie dał się przekonać do korzystania z pomocy adwokata. Nie była to kwestia kompetencji obrońcy, a honoru żołnierskiego munduru. Uważał, iż czytelne poczucie odpowiedzialności na wszystkich stanowiskach wojskowych i państwowych oraz wszędzie prezentowana godność osobista, także służbowa, jako reprezentanta Polski poza granicami kraju, do tego – jak często mawiał – zaszczytny tytuł żołnierza i stopień wojskowy, są rękojmią wystarczającą. Z kilku osobistych rozmów wiem, iż sam akt oskarżenia uważał za osobistą obrazę, najcięższą hańbę, (wspomniał nawet kilka dni przed śmiercią), ranę na wielowiekowej rodzinnej tradycji, za upokorzenie milionów Polaków z PRL, do czego „nowa władza” użyła Jego autorytetu, żołnierskiej godności. Zabraniał mówić o tym publicznie, kilka razy sam zwierzył się na kombatanckich spotkaniach- był wśród swoich. Zobowiązał mnie, by zadbać o napis „ŻOŁNIERZ” na grobie, powiedział o tym napisie w wywiadzie Teresy Torańskiej.
Jednakże z uwagi na różne uwarunkowania, powody procesowe i organizacyjne, które prezentowane były Generałowi przez osoby bliskie, np. Mieczysława Rakowskiego, obrońcę Kazimierz Łojewskiego i innych (nazwiska pominę), a także osoby prywatne, np. panią Zofię Gąszczołowską, przyjął panią mecenas Mariolę Teklińską-Kucińską. Pani Mecenas ze swej, jakże złożonej roli – zawodowym profesjonalizmem, osobistym taktem i stanowczością wobec różnych „podejść”, np. ze strony mediów i „potrzeb procesowych”, gdy Generał był ciężko chory, osobistą kulturą i wrażliwością niosła – mówię to z całą świadomością – „ulgę dla ducha” Generała, w tym najszlachetniejszym pojęciu.
Choć cierpienia zadanego w „majestacie prawa” nie mogła w żaden sposób złagodzić. Nie tylko ONA! Wdzięczność i szacunek Pani Mecenas.
Prokurator postawił Generałowi trzy zarzuty:
I. że, w okresie od 27 marca 1981 r. do 12 grudnia 1981 r. w Warszawie i całej Polsce, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego (to określenie stosuje obficie, gdzie się tylko da) – Prezes Rady Ministrów, MON oraz I Sekretarz KC PZPR (choć był nim dopiero od 18 października, nie przeszkadzało prokuratorowi pisać od 27 marca – „drobiazg”) „dopuścił się zbrodni komunistycznej(często stosowane) polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, w skład którego wchodzili Stanisław Kania, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski, Czesław Kiszczak i inni(dokładność nie stała na przeszkodzie by napisać w akcie oskarżenia „i inni”). Celem tego związku było „popełnianie przestępstw polegających na pozbawieniu wolności przez internowanie, wykonywanie kar za czyny wcześniej niekaralne oraz innych przestępstw przeciwko wolności…wobec osób z NSZZ Solidarność, nadzorowanie opracowywania aktów normatywnych oraz planów… dot. nielegalnego wprowadzenia stanu wojennego”. Proszę zwrócić uwagę – czy internowania już trwały od 27 marca? – też taki „drobiazg”;
II. że w dniu 12 grudnia, jako funkcjonariusz… „podżegał członków Rady Państwa do przekroczenia uprawnień”, przez uchwalenie znanych – tu wymienionych – dekretów Rady Państwa, „w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”;
III. że, od 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982 (data zawieszenia stanu wojennego), jako funkcjonariusz… tu dodatkowo „jako Sekretarz KOK (był nim od 12 lutego 1981 r., gdy został Prezesem Rady Ministrów), Główny Inspektor Obrony Terytorialnej i Wiceminister Obrony Narodowej (Generał nigdy nim nie był!) wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim (czyli z sobą samym, też drobiazg), Czesławem Kiszczakiem, Florianem Siwickim i innymi dopuścił się zbrodni komunistycznej… że działał w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym mającym na celu popełnianie przestępstw” – powtórzone z zarzutu I oraz dodane „wykonywanie nielegalnie wydanych dekretów z 12 grudnia 1981 roku”…
Zachęcam Państwa do przeczytania całego aktu oskarżenia, to trudna lektura, nie tyle na słownictwo, co pokrętność logiki wywodu, doboru faktów sensowności komentarza.
„Uśmierceni”
Kilka miesięcy temu przez media przebiegła sensacyjna wiadomość, że Generał ukrywał przed prokuratorem winnych, że ktoś „pomagał” w tym „zabiegu”. Nie trudno było odczytać intencję żądnych sensacji dziennikarzy, posługiwano się nazwiskiem gen. Michała Janiszewskiego. Odesłanie ciekawskich do książki Generała „Ostatnie słowo” wyciszyło tę sprawę. Faktem jest, akt oskarżenia na s. 145 „uśmierca” gen. Michała Janiszewskiego (zmarł 3 lutego 2016 r., czyli 9 lat po jego wydaniu, spoczywa w Poznaniu). Prokurator w zażaleniu na Postanowienie Sądu Okręgowego „uśmierca” gen. Zbigniewa Nowaka. Generał podczas obrony powiedział – „pragnę podzielić się z Panem Prokuratorem dobrą wiadomością. Jeden i drugi żyją – i oby jak najdłużej”.
„Mowa obrończa” Generała
Wspomniałem wyżej, iż „mowa obrończa” została wydana jako książka, liczy ponad 300 stron tekstu. Peter Raina zamieszcza ją w książce, wzbogacając o kilka protokołów sądowych, różnych pism i zażaleń ważnych dla oskarżonych. Ale czy dla Sądu – jak Państwo myślicie? Stąd skrótowe zaprezentowanie Państwu, z konieczności ograniczam do wątków ważących na zrozumieniu złożoności oskarżenia i ówczesnej sytuacji w Polsce – gospodarczej, politycznej, społecznej i wojskowej oraz w Europie. Szczególnie wewnętrznej Polski lat 1980-1981, jak trafnie i obrazowo ujął to Generał w ocenie („anioły i diabły”) przypomnianej na otwarcie tej publikacji. I tu pojawia się pierwszy, wręcz nie do pokonania problem, wprost stalowa bariera. To bark materiałów w aktach do oceny tych sytuacji, czego domagał się Generał. Stąd pytam dobitnie-dlaczego w akcie oskarżenia nazywany jest „zbrodniarzem”? Bo zginęli ludzie, a kto ich nakłaniał do „walki”, oporu, łamania prawa po wprowadzeniu tego stanu, czy nie ostrzegano o użyciu broni? – też wymaga przypomnienia (pisałem w tekście „Kopalnia”). Bo był „sługusem Moskwy”? Przypomnę Państwu – „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Czy Papież nie wiedział co i kiedy, w jakich okolicznościach politycznych, gospodarczych itp. mówi-wyciągnijcie Państwo wnioski z zestawienia: „zbrodniarz” – „patriota”. Jak te słowa należało rozumieć wtedy i dziś, po 36 latach, dlaczego Episkopat, wiadomi politycy je skrywają? Czyżby „ciemny lud” nie był zdolny pojąć sensu, ludzkiego i politycznego znaczenia? A teraz kilka kluczowych kwestii.
„Zorganizowany związek przestępczy o charakterze zbrojnym” – to nie tylko kilka osób wymienionych w akcie oskarżenia na czele z Generałem. Prokurator w „Uzasadnieniu” o nich napisał, że „w działalności przestępczej owa grupa używa broni lub zakłada jej użycie w przyszłości i w tym celu broń posiada i ją gromadzi”. Generał powiedział krótko przed Sądem – że posiadanym uzbrojeniem siedzących na ławie oskarżonych i to nie wszystkich, była broń osobista – pistolet. „Ja zaś z czasów frontowych zgromadziłem ponadto szablę”. Oceńcie Państwo sami jak „pasuje” do bandy przestępczej? Czy ten „związek” obejmował Wojskową Radę Ocalenia Narodowego(WRON) – co Państwo o tym myślicie? Otóż zdaniem prokuratora nie – ale to ciekawy temat na oddzielną publikację.
Z prokuratorskiego „Uzasadnienia” aktu oskarżenia jasno wynika, iż obejmował siły MSW oraz Wojsko Polskie. Generał zwrócił uwagę przed Sądem, że wówczas ponad 50 proc. żołnierzy służby zasadniczej przed wcieleniem do Wojska należało do Solidarności. Jej członkami były ich rodziny, osoby bliskie, przyjaciele… W szczególnie krzywdzącym, wręcz obraźliwym świetle akt oskarżenia stawia wszystkich, szeroko rozumianych funkcjonariuszy publicznych, w tym kadrę wojskową, żołnierzy zawodowych – od podoficera do generała.. Obiektywnie rzecz biorąc, sytuuje ich w ten sposób symbolicznie, moralnie na tej ławie”. Czy prokurator nie wiedział, że taką oceną bezpodstawnie krzywdzi kilka milionów Polaków. Ten właśnie „związek” w ocenie prokuratora miał za cel popełniać przestępstwa polegające m.in. na internowaniu działaczy Solidarności i karaniu za czyny dotychczas nie karalne i szerokim zaplanowaniu działań organów państwa, przeciwko Solidarności. Nasuwa się pytanie – po co?
Drugi zarzut – nakłanianie członków Rady Państwa do popełniania przestępstwa. Czy rozmowę Generała z Henrykiem Jabłońskim 8 grudnia można nazwać nakłanianiem? Oczywiście, ktoś powie, przecież każda rozmowa ma jakiś cel, zaprzeczycie Państwo. Nikt tu nie wchodzi w treść Czy warto zwracać uwagę na taki „drobiazg”, że prokurator tę rozmowę z Przewodniczącym „rozciąga” na całą Radę? Generał przypomniał-Przewodniczący i członkowie Rady Państwa składali zeznania przed SKOK (4 i 25 listopada 1992 i 13 stycznia 1993. Poza Ryszardem Reiffem nikt nie uważał, że był nakłaniany czy „podżegany”. Pan prof. Reiff 24 grudnia 1981 r. pisze w liście, że „ogarnia coraz lepiej ogrom zadań, które Pan Generał w imię najwyższego poczucia odpowiedzialności za los narodu i państwa wziął na swe barki… Sprawa ocalenia Polski – to brzemię nadludzkie. Trzeba jeszcze ogromnej siły i odporności, by doprowadzić do sytuacji, która przyniesie wytchnienie Pana sercu, a Ojczyźnie stabilizację i nowe perspektywy rozwojowe”. Po 12 latach zmienił zdanie – może!
Trzeci zarzut – że w stanie wojennym działał w związku przestępczym, dopuszczał się internowań, przestępstw przeciwko wolności obywateli i wykonywał dekrety Rady Państwa. Kwestia internowania działaczy Solidarności to temat zasługujący na odrębną analizę. Tu tylko pytanie- czy Premier Rządu, jako organ władzy wykonawczej miał nie wykonywać tych dekretów? O logikę zarzutu nie pytam.
„Tajemnica” aktu oskarżenia
Konstrukcja myślowa aktu oskarżenia kieruje uwagę Czytelnika, na swoistą „podłość” władzy, która tworzy „związek przestępczy”; przygotowuje główne organy państwa, tj. rząd, Wojsko, siły MSW; śledzi, internuje i karze więzieniem działaczy i członków Solidarności. Prokurator, często używając określenia „kontrrewolucja”, sprytnie tworzy wrażenie poniżania „związku” przez władze. Tu przypomnę Państwu, iż „kontrrewolucją” nasi sąsiedzi, głównie ZSRR wcześniej, bo w 1970 r. określali wydarzenia w Gdańsku. Generał podczas pracy nad „mową obrończą”, zwierzył się – „jeszcze teraz dźwięczą mi w uszach słowa Breżniewa u was kontra, nada wziat’ za mordu, my pamożem”(używali je i inni działacze KPZR, władz ZSRR, także NRD oraz CSRS w rozmowach z naszymi przedstawicielami).
Trudno oprzeć się pytaniu czym „związek” ten „zasłużył” sobie na takie nazywanie i traktowanie? Czym NSZZ był, że cała władza jest do niego negatywnie nastawiona? Generał przed Sądem m.in. mówił – „Linię przewodnią oskarżenia, str. 15, 22, 131 stanowi założenie, iż władze – od początku powstania Solidarności, z całą determinacją i premedytacją planowały jej likwidację. Na str. 142 nazywa to inaczej, bo „unieszkodliwieniem”. A na str. 27-28 jakościowo inna formuła, a mianowicie, że chodziło o „spacyfikowanie Solidarności” – co jak wiadomo – nie jest tożsame z „likwidacją”… Zwracam się do Wysokiego Sądu z wnioskiem, ażeby zechciał spowodować wyjaśnienie przez Prokuraturę, które z trzech wyżej wskazanych pojęć chce uznać – a przede wszystkim dlaczego – za swe ostateczne stanowisko”.
Szanowni Czytelnicy, proszę zastanowić się – tych trzech pojęć prokurator używa przez nieuwagę, roztargnienie, zamiennie, gdyż nie może się zdecydować czy świadomie? Sądzę, że świadomie, by odbiorca, tj. „zwykły obywatel” niezbyt wgłębiając się w treść, sens pojęcia, a słuchający i czytający prasę nabrał przekonania o różnych, oczywiście drańskich, łajdackich „chwytach” władzy. Po drodze, by sami oskarżeni też się w tym pogubili. By nie mogli „dojść prawdy” jaki ten „związek” w rzeczywistości był i jest. Wówczas, w latach 1980-1981, później w 1991 r. gdy zgłoszono wniosek powołania w Sejmie Komisji Odpowiedzialności i postawienie przed nią tzw. autorów stanu oraz w latach 2004- 2014 gdy trwało przygotowanie i sam proces sądowy, wiąż była nagłaśniana teza, że Solidarność walczy o dobro robotnika o wolność i niepodległość Polski, o zrzucenie „sowieckiego jarzma” przez odebranie PZPR, (pogardliwie nazywaną „komuną”) władzy, a nawet, że obaliła mur berliński itp. Że mogło to się stać o wiele szybciej, gdyby nie stan wojenny, „oszustwo i zdrada” przy Okrągłym Stole (te fałszerstwa i różne obelgi było słychać przy okazji 30 rocznicy). Czy zaprzeczycie, że teza ta nie tylko znalazła posłuch ale głośne i znaczące „oprzyrządowanie” naukowe oraz wsparcie Kościoła.
Proszę wczytać się w te tezy jeszcze raz, kto zaprzeczy, np. że 21 postulatów nie zmierzało do poprawy płacy i życia robotników, ograniczenia cenzury, itp. Tak, to prawda – problem tkwi w szczegółach – jakimi metodami i jakim kosztem, czy strajki były właściwym środkiem? Proszę sięgnąć pamięcią – dlaczego tak trudno było zdobyć artykuły spożywcze na kartki, nawet mleko dla dzieci. Bo „władza ukrywała” – jak głosili „wodzowie” Solidarności – czy strajki, powodowały braki na rynku i zakłócenia w dostawach? Tu jest sedno rzeczy. Nie wierzycie Państwo – dowód, jeden z wielu – prof. Jan Szczepański, Przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. Trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz, zastanówcie się chwilę i wyobraźcie to sobie dziś, w 2019 r.- żądania już lipcu (połowa roku) 2 razy przekraczają roczny dochód Polski. Za ile lat można będzie je spełnić – pomyślcie! Solidarność chce spełnienia teraz, już, a nie „kiedyś”! Profesor Andrzej Paczkowski: (Droga do mniejszego zła, Wyd. Literackie, Kraków 2002) pisze-powstał „oczywisty mechanizm …można go określić jako „spiralę radykalności”: im przeciwnik jest mniej chętny do ustępstw, tym dalej idące żądania wysuwa się pod jego adresem. Jeśli zaś ustępuje, uważa się go za słabego, co także wyzwala nowe pomysły żądań”. Czy znacie Czytelnicy dobitniejszą, jaśniejszą ocenę tamtej sytuacji? Z kolei prof. Bronisław Geremek mówi – „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu” (spotkanie w Redakcji „Robotnika”, sierpień 1981). I co z tego, że Lech Wałęsa jesienią 1981 r. jeździł po kraju i „gasił strajki”- jaki osiągnął efekt- sami oceńcie. Zaś 10 listopada 1980 r., podczas rejestracji NSZZ w Sądzie powiedział dziennikarzom: „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. I co, sięgnijcie pamięcią – jak Wałęsa i kierownictwo Solidarności odnosiło się do władzy, do PZPR. Tu taki przykład – „Solidarność miała wówczas (jesień 1981 r.) poczucie siły, potęgi. Padały nawet ze związkowego wysoka słowa „czapkami was nakryjemy”. Opozycja była w ofensywie. Władzę widziała jako słabą, rozkojarzoną, w istocie bezradną. Taki pogląd, taka ocena stosunku sił nie stanowi zachęty do kompromisu. Chcąc do niego doprowadzić, niejako go wymusić – my, władza, też musieliśmy prężyć muskuły, a więc i przygotowywać, zbyt zresztą tego nie kryjąc, siłowy wariant. W ten sposób dawaliśmy również sygnał: porozumienie, kompromis – tak, destabilizacja, degradacja państwa – nie. Do ostatniej chwili, do godziny 14 – tej 12 grudnia to był koszmar wahań, bolesnych rozterek, oporów. I wciąż nadziei. Nie przebieraliśmy nogami do tego skrajnego rozwiązania” – oceniał Generał. To zresztą osobny temat publikacji „Generał-Solidarność”.
Jak groźna dla samych Polaków była sytuacja wewnętrzna, świadczy taka ocena 181 Konferencji Episkopatu Polski (obradowała w dniach 25-26 listopada 1981 r.): „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Wówczas i dziś nikt chyba nie zakładał, że ta ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, nie daj Boże wprowadzić w błąd. Kilka dni później, podczas obrad w Radomiu padły słynne zawołania – „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”… „Porozumienia nie będzie… nie ma się z kim porozumieć, będzie targanie po szczękach”. Nikt z nich nie pomyślał, że może wisieć, dostać w „szczenę”? Wczytajcie się Państwo w sens i treść tych „złotych myśli”. Proszę nie podejrzewać mnie o „złe rady”, jeśli zachęcam, do wyobraźni tamtej sytuacji w 2019. Władysław Frasyniuk na posiedzeniu KKP obrazowo ocenia: „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. Bogdan Lis – w relacji z 1 stycznia 1984r (jest w książce pt. „Konspira”) m.in., mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981roku, widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Bogdan Borusewicz: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w Solidarności skrzydło porównywalne tylko z „Grunwaldem” czy „Rzeczywistością”. Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. „Prawdziwi Polacy” z Solidarności też reprezentowali ideologię totalitarną, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy „oddajcie władzę”, to władza znajdzie się w naszych rękach” („Konspira”, zapis z 11 października 1983 r.)
Z kolei„Posłanie do narodów Europy” tzw. jastrzębie we władzach ZSRR uznali za „wezwanie do interwencji” we wrześniu 1981 r. – że na szczęście dla nas do niej nie doszło, to jeszcze tajemnica archiwów ZSRR. Dlatego Generał wzywał – nie jeden raz – by „Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza „bijatyka” nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie”. Jedynie prof. Karol Modzelewski mówił: „I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… (mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”) Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego (w XX-lecie stanu wojennego).
To tylko kilka przykładów „patriotycznego” działania Solidarności. Ujawnienie przed Sądem i Polakami wielu dokumentów „otworzyłoby oczy”, że Polacy przez Solidarność stali się groźni sami dla siebie! Tak, sami sobie! Takich dowodów nie chciał ani prokurator, ani Sąd – dlaczego? tajemnica! – „Przerażenie wywołuje lektura orzeczenia Warszawskiego Sądu Okręgowego w sprawie oskarżenia osób odpowiedzialnych za stan wojenny w Polsce. Przerażenie wynika z ignorancji, niewiedzy, „naiwności” czy niesprawności Sądu w przedstawieniu orzeczenia wyroku. Fakty w oskarżeniu są zafałszowane”. Nie tylko do tego wniosku doszedł Peter Raina w swojej nowej książce. Warto po nią sięgnąć, zachęcam!

 

„Dwa bratanki” – historia i geografia

Historii i geografii się nie wybiera. Historia nigdy nie wybacza błędów. Nie pozwala bezkarnie lekceważyć praw ekonomii. Ale obciąża winą także za „zły słuch”.

Generał Wojciech Jaruzelski

Nie zamierzałem pisać tego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania i wątpliwości, rady i sugestie, różne uwagi Państwa Czytelników. Dziękuję wszystkim i przepraszam za może niezbyt zrozumiale, bo skrótowo przywołuję fakty i opinie, z uwagi na publicystyczne wymogi. Państwa głosy – raz jeszcze dziękuję – generalnie skupiły na kwestii granic, z akcentem na Kresy Wschodnie. Odosobniony głos podnosił sprawę granicy południowej. Kilka osób interesował stosunek „polskiego Londynu” do PKWN, stanowisko Zachodu.
Kresy Wschodnie
Państwa wypowiedzi można zawrzeć w pytaniu – czy Lwów mógł być w granicach Polski? Odpowiem ostrożnie-chyba tak! Wynika to ze stosunku gen. Sikorskiego do Rosjan, ZSRR, a Stalina szczególnie. Krótko mówiąc był on rusofobem, gdzie negatywna historia, czyli ocena przeszłości polsko-rosyjskiej górowała. Rzadko, obok Historii – brał pod uwagę nasze położenie geograficzne, wiekowe sąsiedztwo z Rosją (ZSRR) w ocenie bieżącej sytuacji i swoim postępowaniu „na kierunku wschodnim”, a szczególnie w patrzeniu i myśleniu o przyszłości Polski. Wstyd mi pisać taką ocenę Generała. Dla mnie wynika ona z dostępnych publikacji, w tym np. Olgierda Terleckiego „Generał Sikorski”, Kraków 1981 czy Eugeniusza Guza „Rodowód PRL”, Wyd. Bellona Warszawa 2014. Przywoływałem te oraz podobne publikacje w tekście „Ku granicy na Odrze” (DT, 1-3 lutego 2019). Powtórzę tu raz jeszcze. Podczas wizyty gen. Sikorskiego w Moskwie (grudzień 1941) – rozmowy oficjalne i dodatkowo podczas bankietu, Stalin powtórzył pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Sikorski replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko – radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut-czut”, niewielkie zmiany, jak pisze wspomniany Olgierd Terlecki. Powiedział do Premiera: „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz wspomnianego Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji (proszę spojrzeć na mapkę). Stalin świadomie podniósł kwestię Lwowa, wiedział, że Sikorski pełnił tu służbę wojskową, jest to miasto bliskie sercu Gościa. Mimo tego „zabiegu” nic nie zyskał. Sikorski pozostał przy swoim zdaniu. Osobisty łącznik Churchilla przy rządzie Sikorskiego, płk Cazalet, w notatce m.in. pisał: „Generał Sikorski powiedział mi potem, że jego rozmowy ze Stalinem były bardzo udane. Jak się wydaje, Stalin jest nastawiony bardzo propolsko. Rzekomo w młodości w Polsce potraktowano go przyjaźnie. Zrobił przyjemność Sikorskiemu mówiąc, że bardzo ceni jego książkę na temat wojny nowoczesnej(chodzi o „Przyszłą wojnę”, moje – GZ) … Stalin wręcz prosił Sikorskiego o powtórny przyjazd celem przedyskutowania wschodniej granicy Polski”(„Rodowód…” s.17. Autor pisze, iż „wspomnienia łącznika potwierdzają pragnienie Stalina położenia kresu wielowiekowym konfliktom polsko-radzieckim”). Zaś prof. Paweł Wieczorkiewicz w książce „Historia polityczna Polski 1935-1945” m.in. pisze: „Rozmowy na Kremlu zamknął symbolicznie toast Stalina, w którym wzywał do pojednania i współpracy pomiędzy obydwoma narodami, powołując się na przykłady historyczne (dwukrotnie ongi zdobywaliście Moskwę. Rosjanie kilkakrotnie byli w Warszawie). Biliśmy się ciągle ze sobą. Czas zakończyć zwadę Polaków z Rosjanami”. Rok później, w listopadzie 1942 r. Sikorski w telegramie do Dowódcy AK w Warszawie pisze: „W grudniu 1941 r., gdy Stalin żądał ode mnie niewielkich korekt granicznych i proponował przymierze ściślejsze, nie zgodziłem się na żadną dyskusję na temat granicy”. Jak odczytacie i ocenicie Państwo to zdanie – jako sukces czy osobistą krytyczną refleksję po roku czasu? Ponadto, zwróćcie uwagę na słowa – „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom mającym skromną wiedzę o tym okresie warto otwarcie powiedzieć, że historycy wypowiadają się o niej oszczędnie. Bo gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, frontowe, co oczywiste – ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to jasne. Na zjeździe historyków w 1958 r. prof. Andrzej Krzyżanowski powiedział: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy potrzebne byłoby Powstanie Warszawskie, a jeśli tak – to jaki byłby jego skutek dla mieszkańców i Stolicy
jako miasta?
Czy można było zaufać Stalinowi?
Nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Próby tłumaczenia postawy i zachowań gen. Sikorskiego można znaleźć u Sławomira Kopra i Stanisława Zabiełły. Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – może Historia by go oceniła mężem opatrznościowym, nawet stawianym wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia byłaby zbliżona do traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939 r., czy 1945 (Stalin wspomniał Odrę)? Czego oczekiwaliśmy – wiadomo! To wymagało w 1942-1943 roku prawnych gwarancji naszych sojuszników – USA i Anglików. I tu znów trudne pytanie – kto w „polskim Londynie” (bez złośliwych podtekstów) tak perspektywicznie myślał o przyszłości Polski? Kto wyobrażał sobie, że „na wschodzie” trzeba będzie „coś” oddać, by także zachować, zyskać też „coś cennego” dla Polski, np. właśnie Lwów i zagłębie borysławskie, Grodno czy Wilno? Opracowania naukowe dowodzą, iż dywagacje o różnych kształtach naszej wschodniej granicy trwały między Polakami i Anglikami w Londynie. Przecież Anglicy, np. Churchill, w USA Roosevelt wiele razy i dobitnie, wyraziście mówili „londyńczykom” o „ułożeniu się z Rosją”, pisałem kilkakrotnie. Tu znów kolejny przykład. Władysław Anders w książce pt. „Bez ostatniego rozdziału”, pisze o rozmowie którą 21 lutego 1945 roku odbył z Premierem Winstonem Churchillem, m.in.„Churchill (bardzo gwałtownie), Wy sami jesteście temu winni. Już dawno namawiałem Was do załatwienia sprawy granic z Rosją Sowiecką i oddanie jej ziem na wschód od linii Curzona. Gdybyście mnie posłuchali, dzisiaj cała sprawa wyglądałaby inaczej. Myśmy wschodnich granic nigdy nie gwarantowali”. Oczywiście, ta dosadna uwaga w 1945 r. była już spóźnioną, właśnie o 2-3 lata, przykrą przyganą, pozostała nauką dla potomnych. Kto i kiedy z niej skorzystał? – pomyślcie Państwo, może znajdziecie przykład w tym tekście.
Granica południowa – CSRS
Nasza wiedza historyczna głównie sprowadza się do czeskiej Dąbrówki, żony Mieszka I, czeskich królów z rodu Przemysławów i walk o Śląsk Cieszyński, Zaolzie, Morawy-najpierw w 1918, później 1938 roku. Mało kto wie o kształtowaniu polsko-czechosłowackiej granicy w latach 1945-1947. Wtedy poszło o Kotlinę Kłodzką, rejon Głubczyc, Głuchołaz, Raciborza, Rybnika, Żor o ok. 3500 km kw., zamieszkałych przez 550 tys. ludności, w tym o południowe odgałęzienie górnośląskich złóż węgla kamiennego, które Czesi uzasadniali koniecznością ekonomiczną (czy należy się dziwić?). Władze ZSRR kilkakrotnie podejmowały różne kroki mediacyjne, nakłaniały nas i Czechów do ugody. Miały orientację, iż poważne racje terytorialne i narodowościowe są po stronie Czechów. Ktoś po tym zdaniu może uznać mnie za przeciwnika polskich racji – zachęcam do literatury, np. Tomasz Wituch, „Terytoria sporne w Europie po roku 1815”, Wyd. AH Pułtusk 2001. Mediacje i rokowania nie przynosiły rozwiązania, Polacy granicę obsadzili wojskiem (np. por. Wojciech Jaruzelski był komendantem Głubczyc). Czesi prowadzili akcję propagandową, w tym zbierania podpisów miejscowej ludności za czeską przynależnością. Marsz. Rola-Żymierski wydał rozkaz wprowadzenia wojsk do Kotliny Kłodzkiej. Czesi w kwietniu 1946 r. wystąpili do ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji o mediacje i rewizję granicy czesko-niemieckiej. Myślcie Państwo co chcecie, ale musicie przyznać, iż radzieccy (czytaj Stalin) byli po naszej stronie. Kwestia czeskich mniejszości i sporu terytorialnego z pierwszego planu zeszła w 1948 r. Dopiero 13 czerwca 1958 r. (czasy Gomułki) w Warszawie podpisano umowę o ostatecznym wytyczeniu granicy.
Granica północna
Wprawdzie tej sprawy nikt nie podnosił, ale warto ją przypomnieć. Pisałem wcześniej o rozmowie Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem. Powtórzę _ „Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”.
Pomijam tu taki „drobiazg”, że Roosevelt „ratuje twarz Stalina” ziemiami, które nigdy w historii Rosji do niej nie należały! Wracam do głównego wątku. Literatura historyczna daje podstawy do stwierdzenia, iż ówczesne władze mogły nie być tak uległe i nieco skorygować kształt północnej granicy na naszą korzyść. Historycy i geografowie widzieli też szansę na zmianę decyzji Stalina w ten sposób, by Grodno było polskie (przesunął granicę o 23 km na wschód), ale chyba zabrakło determinacji i odwagi. Pozostał Obwód Kaliningradzki po dziś dzień. Tu znów takie odniesienie. Rok temu (20-22 lipca) „Trybuna” opublikowała tekst „Mąż stanu”, w którym zamieściłem taką refleksję. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego. Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Spotkała się ona z przychylnym przyjęciem Państwa Czytelników i pytaniem – czy nie niosło to zagrożenia dla Polski? Oczywiste, że miałem na uwadze właśnie i głównie wnioski z Historii i Geografii Polski! Także oczywiste, iż mogły, powinny być podjęte tylko i wyłącznie kroki dyplomatyczne z inicjatywy Polski, przy udziale Litwy w pierwszej kolejności. Głos USA, jako naszego sojusznika w latach wojny, a w 1990 r. przyjaciela w osobie nie tylko prezydenta USA, ale i naszej Polonii, rozsianej przecież po całym świecie mógł mieć istotne znaczenie. Także sytuacja polityczna i gospodarcza Federacji Rosyjskiej wskazywała na skłonność – może tylko do „zainteresowania się” tą sprawą. A tak, pozostało wrażenie jako zmarnowana szansa i pytanie bez odpowiedzi – czy nie warto było spróbować?
Z Londynu do Warszawy
Pojawienie się w 2014 r. na rynku księgarskim książki „Londyński rodowód PRL (od Mikołajczyka do Bieruta)”, wywołało wiele krytycznych komentarzy i dość cierpkich, by nie powiedzieć obraźliwych wypowiedzi i ocen jej Autora, Eugeniusza Guza. Poszło głównie o „londyński rodowód”, jako czytelną sugestię, iż postawa i działania rządu londyńskiego stały się samoistną barierą dla Stalina. Wolno zapytać, co rozsierdziło krytyków Autora. Czerpiąc z różnych źródeł i dokumentów wiedzę, Autor pokazuje jaskrawą rusofobię, wręcz obsesję wielu członków rządu londyńskiego. Byli oni – nie tylko wojskowi, wśród nich gen. Sikorski, Sosnkowski, Anders – ale i Arciszewski, Mikołajczyk, Raczkiewicz, Raczyński, Zaleski wręcz wrogo nastawieni do ZSRR. Wynieśli je z obserwacji i udziału w polityce Polski po 1918 r. Swoistą „lekcję antyrosyjskości” odebrali do Józefa Piłsudskiego – osobny temat na wnikliwą publikację. Ocena paktu Ribbentrop – Mołotow i jego następstwa 17 września 1939 r. też nie dawały podstaw do prób obiektywnej oceny wschodniego sąsiada. Wielu historyków nawet się temu nie dziwi, ze zrozumieniem oceniając taką ich postawę. Skąd więc całkowicie inne zdanie Autora „Londyńskiego rodowodu”? Z oceny całkowicie zmienionej rzeczywistości polityczno-wojennej po agresji Hitlera na ZSRR (22 czerwca 1941) – pisałem w poprzednich tekstach, ostatni to „Hołd Bohaterom”, a także wyżej o spotkaniu Sikorski – Stalin. Zachodni sojusznicy – raz jeszcze podkreślę – wręcz przymuszali nas do innej optyki patrzenia na ZSRR i Stalina szczególnie. Widzieli w nim krwawego satrapę własnego narodu, ale i wodza, który krwią i życiem rosyjskich żołnierzy i narodu powstrzyma i zwycięży Hitlera. Co więcej – oszczędzi krwi amerykańskich i angielskich żołnierzy szczególnie. Jeśli ktoś sceptycznie ocenia to zdanie, proszę niech dla „umysłowego relaksu” odpowie sobie choćby tylko na takie pytanie – dlaczego Amerykanie gonili za „lisem pustymi” po północnej Afryce, wyzwolili Włochy i dopiero lądowali w Normandii (czerwic 1944). A nie mogli lądować we Francji już w 1942-43 r.? Mieli przecież ważną, wystarczającą na tamten okres bazę w postaci Wielkiej Brytanii. Przecież z terytorium Anglii i Francji bliżej i łatwiej było im niszczyć potencjał przemysłowy Niemiec, choćby uderzeniami lotnictwa. Stalin kilkakrotnie domagał się od nich otwarcia tzw. drugiego frontu. Co to ma wspólnego z rządem londyńskim? Był stanowczy, nie chciał „wpisać się” w politykę i widzenie wojny oczyma aliantów. Zwyciężyła rusofobia. Po odkryciu Katynia stała się nieprzekraczalną zaporą. Na nic zdały się sugestie Stalina, by nowy rząd utworzyć także z udziałem londyńczyków, proszę się nie dziwić i przeczytać w tej książce. Evan McGilvray w książce „Rząd Polski na uchodźstwie” (wyd. Świat książki, Warszawa 2011) pisze, że „Bierut sugerował, aby Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 procent tek ministerialnych dla swoich ludzi. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”. Można postawić – dla wielu niedorzeczną, nawet karkołomną tezę – gdyby Mikołajczyk został premierem takiego mniejszościowego rządu, byłoby mu bardzo trudno! Mógł liczyć na polityczną pomoc Zachodu, nie tylko Churchilla (życzliwa była nam Francja, gen. de Gaulle’a) oraz znaczną część polskiego społeczeństwa, głównie chłopskich partii, także PPS. Wybory do Sejmu mogły korzystnie wpłynąć na pozycję jego rządu. Mógł, mając „doświadczenie rządowe” szukać zrozumienia, poparcia u innych organizacji, w tym PPR, a także samego Stalina. Tak – Stalina! Znów stawiam banalną dla wielu tezę – przecież każde państwo chce mieć dobre stosunki sąsiedzkie! Dlaczego próby tej nie podjął Mikołajczyk, trzeźwiej myślący o teraźniejszości i przyszłości Polski politycy z Londynu? Czy po 75 latach od tamtych wydarzeń, płynące z nich nauki, mające za podstawę Historię i Geografię Polski nie sugerują potrzeby posiadania dobrosąsiedzkich stosunków politycznych i gospodarczych ze wszystkimi sąsiadami? Kto, która partia Lewicy i kiedy to dostrzeże i wreszcie zrozumie?
Zachęcam Państwa do przeczytania wspomnianych książek. Skłoni do patrzenia na „polski Londyn” z kilku innych punktów widzenia. Pozwoli przyjąć tezę, iż walcząc o wolną i niepodległą Polskę, można było uczynić wiele więcej, do tego wiele mniejszym kosztem ludzkiej krwi i strat materialnych – patrz Powstanie Warszawskie i bratobójcza walka domowa lat 1944-1950 i później. Może np. nie byłoby procesu 16-stu czy wywózek żołnierzy AK na Sybir? Czy ta refleksja po 75 latach od Powstania oraz w przededniu 100-lecia Bitwy Warszawskiej okaże się przydatną naszym politykom po 2020 roku? Miejmy nadzieję.

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.

Jednoczyć, a nie dzielić. Z perspektywy 30 lat

19 lipca 1989 roku, Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego na Prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po wyborach w Waszyngtonie powstało powiedzenie, że „Jaruzelski został wybrany, nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma – Papieża w Watykanie, Gorbaczowa w Moskwie, Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Właśnie mija 30 lat. Oto kilka refleksji Generała o swojej prezydenturze, które prezentował podczas różnych spotkań i wywiadów prasowych. Co Państwo o tym myślicie?
1. Poprzez proces prowadzący do Okrągłego Stołu, a następnie prezydenturę i pokojowe przekazanie władzy – najbardziej dobitne wykazaliśmy, iż tamtą ustrojową kartę oceniamy krytycznie, że powinna zostać zamknięta.
2. Pierwszy prezydent niepodległej Polski po sześciu dniach urzędowania został zastrzelony w Zachęcie. Drugi wypędzony z Belwederu przez Piłsudskiego, który tu później urzędował. Trzeci musiał z Polski uciekać przed Niemcami. Czwarty – ściągnięty z pomników – pozostaje w niesławie. Naczelnik państwa posądzony o to, że ukradł klejnoty koronne i miał tajną linię telefoniczną do Tuchaczewskiego. Ja więc – Drodzy Koledzy – powtarzam sobie i moim rozmówcom, że nie jestem jeszcze w najgorszej sytuacji. Ale poważnie mówiąc – rozumiem ten swój obowiązek w kontekście obecnej sytuacji międzynarodowej. Kiedy prezydentem Republiki Federalnej Niemiec jest kapitan Wehrmachtu, to może nie jest źle, że prezydentem Polski jest porucznik zwiadu, który w maju 1945 roku był w Berlinie. (są tutaj dziennikarze; proszę, żeby nie zrobiono z tego afery dyplomatycznej, bowiem prezydent Weizsäcker jest wybitnym, godnym szacunku i życzliwym dla Polski politykiem). Mówię o symbolice, o pewnej wymowie tego faktu dla naszego kraju i naszego narodu, który wniósł tak wielki wkład w zwycięstwo nad faszyzmem.
3. Były Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush, w swoich pamiętnikach pt. „Świat przekształcony”, m.in. pisze: „Po przybyciu do Belwederu, to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski (…) mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych. (…) Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swą decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd publiczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie jakie posiadał Jaruzelski stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”. Gorbaczow też mnie zachęcał,
telefonicznie.
4. Byłem jedynym kandydatem – i wybrano mnie jednym głosem przewagi. Ileż było z tego powodu kąśliwych uwag i kpin! Tym bardziej, iż nie było tajemnicą, że ten jeden głos zawdzięczałem wczorajszym przeciwnikom z Solidarności. Pocieszam się gorzko, że także wiele innych równie ważnych, jeśli nie ważniejszych historycznych decyzji podjęto większością jednego głosu. Skazanie na śmierć Ludwika XVI, utworzenie III Republiki we Francji, wybór Konrada Adenauera na kanclerza – żeby nie szukać już innych przykładów. Tak: to było upokorzenie. Nigdy go nie zapomnę. I nie mam zamiaru niczym tego głosowania upiększać, tłumaczyć, interpretować. Zapłaciłem za wszystko, za co odpowiadałem i za wszystko, w czym nie brałem udziału.
5. Z historii wszystkich krajów nauczyliśmy się, że lepiej jest nie w pełni wykorzystywać uprawnienia, aniżeli ich nadużywać. Wykorzystuję je w takim stopniu, jak to uważam za stosowne. Nie było sytuacji, w której dochodziłoby do konfliktu we współpracy pomiędzy mną – prezydentem, a rządem. Mamy wspólny mianownik, jakim jest dobro Polski, i z tego punktu widzenia, współpraca układa się bardzo dobrze. Jak powszechnie wiadomo, podeszliśmy do siebie z dwóch odmiennych kierunków, z różnych stron politycznej barykady. Były różne uprzedzenia, urazy, lecz muszę przyznać, że bardzo szanuję premiera Mazowieckiego, który potrafił wznieść się ponad te uczucia. Jest to bardzo mądry, prostolinijny człowiek. Cieszy się dużym zaufaniem społeczeństwa.
6. Jak wiadomo, rola arbitra polega na godzeniu, na aktywnym zbliżaniu zwaśnionych stron. Ja w obecnym, „wewnątrz solidarnościowym” sporze nie mogę oczywiście odgrywać takiej roli. Nie mogę i nie zamierzam. Wyrosłem bowiem z innego nurtu, a to że dziś jestem prezydentem stanowi efekt wspólnie ustalonego kompromisu. Zakładał on, że mogę i powinienem przyczynić się do tego, aby Polska przeszła przez okres głębokich zmian i przekształceń, bez poważniejszych zakłóceń. Myślę, iż jak dotąd roli tej nie uchybiłem
7. W kilka miesięcy po objęciu przeze mnie urzędu prezydenta, zwróciło się z prośbą o audiencję dwóch obywateli z Podlasia: senator Kraszewski – (zresztą z ramienia Solidarności) oraz pan Kaczyński (nie z „tych Kaczyńskich”). Zgodziłem się ich przyjąć, zastanawiając się, co ich sprowadza do Belwederu. Po wymianie uprzejmości, „dwaj panowie K” wyjawili mi dość zdumiewający powód swojej wizyty. Otóż obaj pochodzili z okolic Trzecin, dawnej posiadłości naszej rodziny. Zostali poproszeni przez mieszkańców tamtych stron, aby osobiście sprawdzili, czy lokator Belwederu jest rzeczywiście tym „małym Jaruzelskim”, którego wielu pamiętało jeszcze sprzed wojny. Po Podlasiu bowiem krążyły uporczywe pogłoski o tym, iż „prawdziwy Jaruzelski” zginął w Związku Radzieckim, zaś Rosjanie zastąpili go kimś innym. Chyba udało mi się Podlasian przekonać, że to jednak ja jestem tym prawdziwym Jaruzelskim.
8. Wysuwane wobec mego urzędu prezydenta obawy i podejrzenia sprawiły, że przyjąłem postawę powściągliwą. Dbałem o to, aby moje działania nie zostały zinterpretowane jako przerost aspiracji, a tym bardziej chęć opóźnienia czy zablokowania reformatorskich prądów. Dlatego też zaskakujące jest, że dzisiaj, a więc po kilku zaledwie miesiącach słyszę z kolei pretensje, że jestem niedostatecznie aktywny, że jestem bierny. Powtórzę raz jeszcze-nie wyjdę poza ramy konstytucyjne. Nie jestem również człowiekiem, który chce być na pierwszym planie, który szuka poklasku. Jestem aktywny, ale nie hałaśliwy. Środki masowej informacji też nie wydają się być zainteresowane, abym w sposób bardziej wyrazisty przedstawiać moją działalność.
9. Pragnę przypomnieć, że jesienią ubiegłego roku, organy prasowe otwarcie popierające, czy zbliżone do Lecha Wałęsy, wyrażały obawy, czy prezydent nie jest swego rodzaju super-rządem, władzą dysponującą dużymi prerogatywami, mogącą zagrozić dokonywanym zmianom. W swej działalności kieruję się uprawnieniami, jakie daje mi Konstytucja. Ani mniej, ani więcej, a na pewno nie więcej. Stoję na granicy ścisłego przestrzegania ustawy zasadniczej, jestem zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek jej naruszeniom. (1990)
10. Padają nieraz pod moim adresem zarzuty, że byłem prezydentem nie korzystającym w pełni z przysługującej mi władzy. Postępowałem tak rozmyślnie. Pierwsze miesiące mojej prezydentury przypadły na okres załamywania się „realnego socjalizmu” we wszystkich krajach Układu Warszawskiego. Waliły się filary obozu socjalistycznego, w końcu rozpadł się symbol nad symbole – mur berliński. W tym okresie sam sobie wyznaczyłem rolę. Pragnąłem zagwarantować Ojczyźnie pokojowe, cywilizowane, godne jej historycznych tradycji przemiany ustrojowe. Chciałem, by na naszej pokojowej ewolucji mogły się wzorować inne kraje byłej wspólnoty. I nie ulega wątpliwości, że zarówno Pradze, jak Budapesztowi czy Sofii daliśmy przykład i dowód, że można zmieniać ustrój bez przelewu krwi. Jeśli we wszystkich tych krajach, prócz Rumunii, milicja i wojsko nie podejmowały prób przeciwstawienia się siłą zachodzącym zmianom, to zapewne także dlatego, że „polski wzorzec” był bardziej atrakcyjny. Wskazywał, że przemiany mogą się dokonywać bez stosowania przemocy.
11. Kiedy wyczułem, że Lech Wałęsa się niecierpliwi, a jego otoczenie pobudza odpowiednie nastroje, wyraziłem chęć odejścia. Rozmawiałem na ten temat jeszcze wiosną 1990 roku z Tadeuszem Mazowieckim, z niektórymi działaczami Solidarności, a także z bliskimi mi politycznie osobami. Odradzano mi, zachęcano do pozostania. 16 sierpnia spotkałem się w Częstochowie na Jasnej Górze z Prymasem Polski. Również postawiłem ten problem. 19 września, w siedzibie Prymasa, w obecności Lecha Wałęsy oraz grona czołowych ówcześnie polityków, poinformowałem o gotowości skrócenia kadencji.
12. Kierując się nadrzędną racją narodu i państwa, zdecydowałem się przeciąć tę osobliwą dyskusję o prezydencki fotel, proponując skrócenie mojej kadencji. Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa, aby zdjąć niepotrzebne emocje. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
13. Z własnej inicjatywy odszedłem ze stanowiska prezydenta. Oceniłem, że Polska przeszła ewolucyjnie, pokojowo okres głębokich, kluczowych zmian. Dalszy proces transformacji może odbywać się już pod innym przywództwem. Lech Wałęsa niecierpliwie oczekiwał na ten moment. Nie chciałem takiej rywalizacji. Swoją rolę spełniłem.
14. Złożyłem wniosek o skrócenie kadencji prezydenckiej, kierując się nadrzędną racją narodu i państwa. Ta inicjatywa nie została wymuszona jakąś awaryjną sytuacją. Uważam, iż obecny układ polityczny funkcjonuje normalnie, a współpraca prezydenta z parlamentem i rządem jest dobra. Ale czas płynie. Moim głównym zadaniem było gwarantowanie bezpieczeństwa, ewolucyjnego charakteru przemian – swego rodzaju „miękkie lądowanie”. Kierunek reform stał się już nieodwracalny. W tej sytuacji można dokonać kolejnego kroku w procesie demokratyzacji państwa. Tym krokiem powinny być powszechne wybory prezydenckie, a następnie parlamentarne. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa również dlatego, aby zdjąć niepotrzebne emocje w czasie, gdy państwu, narodowi potrzebny jest zbiorowy wysiłek, racjonalne reformy, efektywne działanie władzy.
Tu moja – GZ – uwaga, jako ostatni akcent tego tematu. 13 grudnia ukazał się w mass-mediach następujący komunikat: „12 bm. Ksiądz Kardynał Józef Glemp, Prymas Polski spotkał się z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. W rozmowie nacechowanej troską o dobro Ojczyzny, mówiono o problemach, wobec których staje na co dzień Naród Polski i państwo w skomplikowanej sytuacji międzynarodowej. Wyrażono nadzieję, że zjednoczenie wszystkich sił pozwoli przezwyciężyć przeciwności i spotęguje rozwój ku pomyślnej przyszłości naszego kraju. W związku ze zbliżającym się zakończeniem kadencji prezydenckiej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, uznano wspólnie za pożyteczne doświadczenia i dorobek wielu dotychczasowych spotkań, służących sprawie Narodu i Ojczyzny”. Zwrócę Państwa Czytelników uwagę – spotkanie to odbyło się dokładnie w 9 rocznicę podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.
15. Jeśli spojrzeć na półtora roku mojej prezydentury, to – jak sądzę – można uznać, że nie spowodowała ona zakłóceń, a wręcz przeciwnie. Starałem się pomagać, sprzyjać premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, którego bardzo szanuję i z którym współpraca układała mi się bardzo dobrze. Zarówno w sprawach wewnętrznych jak i zagranicznych.
Na zakończenie
O stałych, roboczych i oficjalnych kontaktach Generała świadczy w sumie 26 spotkań z Premierem Tadeuszem Mazowieckim, w tym 14 w Belwederze. Czas tej, zaledwie 1,5 rocznej prezydentury dostarczył faktów i wydarzeń, które w oczach Europy czyniły Polskę nadal zachęcającym przykładem, zaś rozwaga i skuteczność działań Generała świadczyły o postawie Męża Stanu. Że był i pozostanie w pamięci milionów Polaków Generałem „Sapere Aude”, „tym, który odważył się być mądrym”.
Onet.Wiadomości w 2012 r., zapytały respondentów, którego prezydenta darzą największym szacunkiem i dlaczego? Ogółem oddano 10 790 głosów. Z tego:
Wojciech Jaruzelski: 4409 głosów – 41 procent;
Aleksander Kwaśniewski: 2372 głosów – 22 procent;
Generał jest jedynym Prezydentem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, wybranym pod rządami Konstytucji 22 lipca 1952 r. przez Zgromadzenie Narodowe. Funkcję pełnił do 30 grudnia 1989 roku, czyli przez 165 dni PRL, gdy zmieniono nazwę Państwa na Rzeczypospolita Polska. Jedynym – po zmianach ustrojowych – i zarazem pierwszym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, sprawującym ten Urząd z wyboru Zgromadzenia Narodowego, przez 357 dni, czyli do 22 grudnia 1990 r. Łącznie przez 522 dni.
Żegnając się 11 grudnia 1990 r. z Rodakami, Generał przypomniał, że „Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nie raz iść pod prąd, podejmować decyzje, nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy”. Prosił ich „o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie”. Dziś, w 30 rocznicę wyboru – można powiedzieć, że zaznał ich ponad ludzką miarę.

Przemówienie Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego
w Zgromadzeniu Narodowym
20 lipca 1989

Dziękuję za wybór. To dla mnie zaszczyt, lecz zarazem niezwykle trudny obowiązek. Uczynię, co w mojej mocy, aby mu sprostać.
Obejmując urząd prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zwracam się do narodu polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt. Zwracam się do was, obywatele posłowie i senatorowie, którzy stanowić będziecie prawa naszej Ojczyzny. Żyjemy w czasie przełomowym. Stanęły przed Polską wielkie wyzwania.
Musimy przebudować gospodarkę, ukształtować nowy, demokratyczny ład. To zadanie niezmiernie trudne. Wymaga „zestrzelenia w jedno ognisko” wszystkich zasobów energii społecznej, współdziałania wszystkich, reprezentowanych tu sił, w duchu najszerszego porozumienia.
Deklaruję gotowość rzetelnej współpracy z Sejmem i Senatem, z klubami parlamentarnymi, wolę uważnego wysłuchiwania opinii społecznej, zamiar wspierania każdej, służącej interesom kraju obywatelskiej inicjatywy.
Przed nami – ocean spraw. Na czoło wysuwają się materialne warunki życia narodu. One dyktować muszą priorytety naszych działań. Są ważniejsze i pilniejsze niż cokolwiek innego. Musimy wybić się na zdecydowanie wyższą efektywność gospodarczą, a zarazem nie uronić niczego z zasad sprawiedliwości społecznej, z godności człowieka pracy.
Trzeba jak najszybciej wyłonić nowy rząd. Opowiadam się za rządem porozumienia narodowego, zdolnym do sprostania tym wyzwaniom. Dołożę wszelkich starań, aby demokracja stała się siłą, dźwignią rozwoju Polski.
Czeka nas podjęcie prac nad nową Konstytucją. Powinna ona uwzględnić konstruktywny dorobek sił społecznych i politycznych, reprezentowanych w parlamencie. Powinna nakreślić horyzont przemian.
Nie może być bowiem silnego, stabilnego państwa bez głębokich reform. Ale i nie może być skutecznych reform, bez sprawnego, stabilnego państwa. Jego powagi, autorytetu musimy wspólnie strzec.
Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc pozyskać również zaufanie tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe. Podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej, życiowej drogi też nikt nie słał różami. Tym serdeczniej dziękuję za tak liczne, kierowane do mnie słowa otuchy i poparcia. Są one jednocześnie wielkim zobowiązaniem.
Kolejny raz uwaga świata skupia się na Polsce. Dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku. Trzeba nam dążyć ze wszystkich sił, aby przebudowa socjalistycznej formacji, przemiany w sytuacji europejskiej owocowały również z pożytkiem dla naszego kraju, dla jego suwerenności i bezpieczeństwa, nienaruszalności granic i pozycji międzynarodowej.
Pomyślność Rzeczypospolitej – to prawo najwyższe. Z najlepszą wolą, zgodnie ze złożonym ślubowaniem będę służył narodowi, służył Ojczyźnie. Tej, która nie zginęła. Tej, która jest – i która będzie!

Proszę Państwa Czytelników o spojrzenie na powyższy tekst przemówienia Generała z perspektywy 30 lat. Zechciejcie zatrzymać swoją uwagę na zamierzeniach, które udało się zrealizować, zastanowić się co sprawiło, że nastąpiły wypaczenia w rozumieniu naszej jakże złożonej przeszłości. Że „dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku” – teraz już jego trzeciej dekady. Dlaczego tak trwonimy, niszczymy tę pozycję? Może uda się zahamować ten trend, zmienić kierunek. Proszę – pomyślmy o SLD, PPS, Koalicji Europejskiej na jesienne wybory parlamentarne. To nasza Polaków szansa i okazja na rozumne zmiany, nie zmarnujmy tego!

Gabriel Zmarzliński

 

Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Zwycięstwo rozumu i rozsądku

Bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu ani nie dokonałyby się głębokie przeobrażenia, które zmieniły i Solidarność, i sposób myślenia władzy…
Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: „anielskie hufce Solidarności” i „diabelskie hordy władzy, komuny”. Przeciwstawiam się i odwrotnej klasyfikacji.

Generał Wojciech Jaruzelski

Obserwując i analizując publicystykę wokół 30 rocznicy Okrągłego Stołu, w pewnym momencie uznałem, iż dalsze kontynuowanie tematu niewiele wniosłoby nowego. Jednakże szybko zmieniłem zdanie, po wysłuchaniu komentarzy i obejrzeniu uroczystych obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca oraz przeczytaniu kilku publikacji dziś „słusznego” nurtu (na więcej nie pozwala zdrowie).
Podzielam w pełni treść wzywającą do sięgnięcia po rozum w ocenie faktów, po rozsądek w potępianiu dorobku „pokolenia PRL” i gratuluję zdrowia oraz wytrzymałości psychicznej jaką ujawnił Pan Minister Krzysztof Janik w publikacji „Dwa mity i konstatacja” („DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). Podobny kierunek oceny i myślenia o tej rocznicy, jej komentatorach i różnej klasy mentorach zaprezentował prof. Andrzej Friszke, pisząc: „Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć” (DT”, 5-6 czerwca, 2019 r.). Z obu tych publikacji nasuwa się ponura konstatacja – czyżby dziennikarze i publicyści wypisujący różne głupstwa, nie mieli nawet uczniowskiego wstydu przed nauczycielem, któremu na pytanie nie potrafią udzielić logicznej odpowiedzi? Czyżby ci dorośli ludzie, firmujący codzienną, medialną pracę swoim nazwiskiem nie mieli poczucia własnej godności, honoru, nawet przed najbliższą rodziną?
Stan wojenny a Okrągły Stół
Ktoś z Państwa Czytelników może zapytać: co „Stan” ma wspólnego z tym „Stołem”, dzieli ich przecież 8 lat?. Tu, nawiasem mówiąc, taka historyczna ciekawostka, porównanie – 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej (1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne. 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji. Nasuwa to odpowiedź – stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności. W pierwszej kolejności dla jej kierownictwa centralnego, w drugiej – dla terenowego, w trzeciej – dla tysięcy członków, głównie robotników, którzy im uwierzyli. Uchronił, szczególnie władze związku przed Sybirem. Jeśli ktoś ma inne zdanie, więc zapytam dobitnie – po kogo by przyszli „z bratnią pomocą”, inspirowani z Pragi i Berlina towarzysze radzieccy? Przecież nie po gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ani premiera Rakowskiego i ministra Cioska. Te osoby nie głosiły żadnych absurdalnych na tamte czasy tez i pomysłów, podburzających ludzi, robotników w tych państwach i nie tylko. Co najwyżej byłyby dziś winne odpowiedzialności za brak reakcji na ciągłe akcje strajkowe, protestacyjne, różne wywózki na taczkach, tak negatywnie oddziałujące na sąsiednie kraje.
Sądzę, że jeszcze miliony Polaków mają świadomość takiego rozwoju sytuacji skrajnej, z jaką należało się liczyć. To byłaby głównie polska krew i łzy, rozpacz tysięcy, może kilku milionów ludzi, którzy w latach 50. budowali Nową Hutę (patrz Przegląd nr 17-18), 60-80, inne zakłady przemysłowe, za bezcen sprzedane i rozdane po 1989 r. Wspomina tamten dorobek ludzi pracy okresu PRL, Pan prof. Jerzy Wiatr („Między lipcem a czerwcem”, „DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). To skrótowe uzasadnienie wielu może nie przypaść do gustu – szerzej odpowiem tekstem pt. „Kto uratował Solidarność”. Już teraz zachęcam do przejrzenia choćby protokołów z posiedzeń KK w Gdańsku, wspomnień Lecha Wałęsy, np. „Droga nadziei”, wyd. 1988 r. Proszę też sięgnąć po relacje z rozmów Generała z Janem Pawłem II, w których wątek Solidarności wciąż był obecny, przewijało się tam oczekiwanie aż w Solidarności „gorące głowy ochłoną”. Kolejny już raz cytuję słowa Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” , czego dopominały się osoby oddające Generałowi hołd w 5 rocznicę odejścia. Byłoby obrazą Świętego Polaka i rozumu pytanie – czy Papież nie wiedział co mówi, co zawiera w słowie „patriota”. Wielu publicystów i historyków nie może tego pojąć, zrozumieć nawet po 35 latach od II pielgrzymki.
Na wnikliwą analizę i uwagę zasługuje taka ocena prof. Karola Modzelewskiego: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić. W tym sensie, żeby niezależny ruch masowy, ruch robotniczy, bo to trudno nazwać tylko ruchem związkowym, mógł współistnieć z istniejącym systemem, przynajmniej z jego częściami, które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim… Rządzi państwem partia, która ma zaufanie Moskwy, partia nie wtrąca się do spraw związkowych, a związek rządzi się sam. Trzeba tak przebudować państwo, żeby istnienie dwóch takich podmiotów go nie rozwaliło. Świadomość tego, że to wymaga przebudowy państwa, wynikała z przebiegu wydarzeń, więc we mnie się rodziła z czasem” („Modzelewski – Werblan.Polska Ludowa”, Warszawa 2017, s. 429). Zwracam uwagę – „śmiertelne ryzyko”. Tu Profesor nie wyjaśnia jego istoty. Wiedząc, iż był doradcą Solidarności, więc zagrożenie tej formacji miał na myśli. Osobiście miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać z Profesorem, akcentowałem różnice ocen, także odnośnie sensu i celu stanu wojennego, roli doradców oraz ekspertów, którzy – jak się okazywało – mieli niezbyt wiążący wpływ na decyzje KK, pewien szerszy ogląd sytuacji uzyskiwali po latach. Raz wręcz złośliwie stwierdziłem: „Od Generała oczekiwaliście mądrej po waszej myśli decyzji, nie liczącej się z zewnętrznym otoczeniem. Do tego chętnie mówicie o tzw. betonie partyjnym, nie zastanawiając się kto zza granicy dość chętnie go słuchał i wspierał, co Generał miał z tym fantem zrobić”. Pytałem wręcz w tonie przygany – „Czy nie poczuwacie się do odpowiedzialności za atmosferę, stan nastrojów wśród członków Solidarności, przecież ją kształtowaliście! Kto miał i jak naprawiać wasze pomyłki”. A myśl o „zamrożeniu sytuacji” – dziś oceniam jako pewien skutek tamtych rozmów. Pytałem: „Kto i jakimi metodami, środkami i kiedy miałby to uczynić? Czy stan wojenny nie był dla Panów formą ulgi wobec poczynań wewnętrznych Solidarności, w których widzieliście „samobójcze zagrożenie”, czemu już nie mogliście niczym zaradzić?”
Odczuwam ogromny żal do Losu, że Profesor odszedł aż tak szybko, za szybko. Każda rozmowa była lekcją historii, mądrego myślenia o Polsce. Profesor w książce pt. „Dokąd od komunizmu?” (Warszawa 1993) potrafił dostrzec i ocenić obiektywnie, co stało się po przejęciu władzy w 1989 r.: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”.
Państwa Czytelników pytam i proszę o ocenę – czy Solidarność chciała „zmieścić się w Układzie Warszawskim”, w ówczesnych realiach ustrojowych i gospodarczych. Kładę akcent na realia gospodarcze i pytam – co Solidarność uczyniła w odpowiedzi na apel Generała o 90 spokojnych dni, będący swoistym wstępem do reformy gospodarczej podjętej w 1982 r. A jak Solidarność odniosła się do referendum gospodarczego, dlaczego namawiała członków do odrzucenia proponowanych założeń, do bojkotu tego „samosprawdzianu” Polaków?
A realia ustrojowe? Kto pamięta istotę Spotkania Trzech, zgłoszoną wtedy przez Generała propozycję powołania Rady Porozumienia Narodowego, która miałaby inicjatywę ustawodawczą? Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Dlaczego Lech Wałęsa był przeciw, co w tym względzie uczynili doradcy i eksperci, by szybko naprawić błąd przewodniczącego? Czy w 1989 r. były zagrożenia dla przebiegu obrad i wdrożenia ustaleń Okrągłego Stołu? Jeśli ktoś zaprzeczy, przyjmę to ze zrozumieniem.
Miliony Polaków obserwujący wizytę Michaiła Gorbaczowa u nas w 1988 r., znaną piosenkę Andrzeja Rosiewicza „Michaił, Michaił, ty postroisz mir…” miały podstawy, by nie żywić obaw. A Generał był innego zdania, o czym wspomina Andrzej Gdula w „Przeglądzie” nr 23. Pragnę skierować słowa uznania do Redakcji „Przeglądu”, w tym szczególnie do Pana Roberta Walenciaka, za klika cennych, refleksyjnych publikacji na łamach, odnoszących się do Okrągłego Stołu. Zachęcam Państwa serdecznie do lektury mądrej i kształcącej umysł.
We wspomnianym 23 numerze można przeczytać taką obawę Generała: „Żeby się Kreml w to nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa”. Widać z tego, iż ten kierunek zmian omówił Generał z Gorbaczowem, wyjaśnił sens i istotę. Co więcej – ta nasza wizja wzbogacała przyjętą pierestrojkę i głasnost’ w ZSRR jako też swoisty „eksperyment”. Czy nie szło o radziecką aprobatę? – może ktoś zapytać. Ze strony Gorbaczowa zapewne nie, wiele razy na tematy gospodarcze rozmawiał z Generałem, wzajemnie znane były poglądy, a szczególnie obawy i wątpliwości. Szło o co innego – reakcję krytycznie, by nie powiedzieć wrogo nastawionej do Gorbaczowa części kierownictwa KPZR. Można ich nazwać – porównując do Polski – partyjnym betonem. U nas nie wyrządził większych szkód, poza fermentem hamującym reformy gospodarcze, społeczne, a szczególnie polityczne. Tam, w ZSRR, wystąpił aktywnie, w postaci przewrotu Janajewa w 1991 r. O ich knowaniach też wiedział Generał, od Gorbaczowa i nie tylko. Przypomnę obawę Jana Pawła II, wyrażoną w rozmowie z Generałem, styczeń 1987 r.: „Dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy” – wspominał Generał.
Anielskie hufce, diabelskie hordy… rozum i rozsądek
Optyka patrzenia na 30 rocznicę Okrągłego Stołu przez pryzmat „anielskich hufców”, że w Solidarności, to oczywiste – górowała w mediach. Zwyciężali, tylko nie wiadomo nad kim, o czym Pan Krzysztof Janik pisze ze zgorszeniem, bo wręcz śladowo pojawiały się „diabelskie hordy”. Ale i te „hordy” nie były chyba aż tak „diabelskie”, jeśli dziś publicyści „słusznego chowu” III RP tego nie eksponują. Chwała im, za milczącą aprobatę starań władzy o porozumienie z solidarnościową opozycją, z jej betonem. Dobitnie to dostrzegła i oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji” – przypomina Robert Walenciak („Przegląd” nr 23). To także zagraniczna ocena starań władzy, reformatorskiego skrzydła PZPR na czele z Generałem. Najbardziej skrótowo można powiedzieć, iż premier rządu Wielkiej Brytanii obok Papieża-Polaka, Prezydenta Busha, Mitterranda i oczywiście Gorbaczowa ma wyraźny udział w polskim zwycięstwie rozumu i rozsądku. Po stronie władzy było go dostatecznie wiele, także cierpliwości w pokonywaniu podejrzeń i obłędnej wizji solidarnościowego wyjścia z kryzysu, w którym ma swój udowodniony udział. Generał oceniał to tak: „W Solidarności była warstwa, grupa przywódcza, która postawiła sobie za cel: socjalizm – nie. I szła do tego celu właśnie poprzez rebelię, poprzez działania destrukcyjne, anarchistyczne, mające na celu obalenie istniejącego porządku ustrojowego w Polsce. Jej błąd właśnie polegał i polega – zresztą po dzień dzisiejszy – na tym, że była przepełniona pychą, zarozumialstwem, przekonaniem o swej nieomylności, przekonaniem o słabości władzy. Była przepojona nienawiścią. A nienawiść, jak wiadomo, nie tylko oślepia, ale i ogłupia”.
Gdyby tak Opatrzność, może za radą Świętego Papieża-Polaka, zechciała użyć swej nadprzyrodzonej mocy i jasno pokazać nam, Polakom, jak Generał z zaświatów patrzy na obchody tej 30. rocznicy. Jestem pewien zafrasowanego, skupionego, zamyślonego Oblicza. Ale wierzę też niezłomnie, że pojawiłby się uśmiech, gdyby wspomnieć, że rozum i rozsądek zwyciężył jako Koalicja Europejska, za co należy się najwyższa chwała Włodzimierzowi Czarzastemu z gronem Kierownictwa SLD, Grzegorzowi Schetynie z Kierownictwem PO oraz jeszcze współpracującym PSL-em. W pewnym sensie byłoby to spełnienie tego życzenia Generała – „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej Lewicy. Z ciężarem jej win, ale i poczuciem jej dokonań. Pełniłem ten urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy Okrągłym Stole droga kompromisu, porozumienia, pojednania, jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.
Pozostaję z nadzieją spełnienia tego życzenia w jesiennych wyborach do naszego parlamentu. Kieruję więc do Państwa Czytelników prośbę o potrojenie wysiłków we wsparciu kierownictw SLD, PPS, PO, PSL – tu mając nadzieję, że sięgną po „chłopski rozum” i pójdą razem z Koalicją, nie zapominając o błędach i potknięciach, w pierwszej kolejności – swoich. Że do wyrażanej chętnie i głośno nadziei, dołączy intelektualny wysiłek – rozum i rozsądek.

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.