„Tajemnice” aktu oskarżenia

Lata 1980-1981 nie były okresem zmagań „aniołów z diabłami”, ale milionów dobrych i mniej dobrych, mądrych i mniej mądrych ludzi, uwikłanych w historyczny los, z dwóch stron ówczesnej barykady. Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: anielskie hufce „Solidarności” i diabelskie hordy władzy, „komuny”. Przeciwstawiam się też odwrotnej kwalifikacji.
Generał Wojciech Jaruzelski – SKOK, 22 listopada 1992

Prezentację książki Petera Rainy „Zdrada czy konieczność? Jaruzelski i inni przed sądem” („DT”, 30 sierpnia – 1 września 2019), kończyłem zapowiedzią zatrzymania Państwa uwagi na głównych wątkach aktu oskarżenia oraz procesu sądowego. Generalnie rzecz biorąc, sprowadza się do odpowiedzi na podstawowe pytanie – kogo i o co oskarżono, jak się bronił. Już w tym momencie Państwo wiecie, że głównym oskarżonym był gen. Wojciech Jaruzelski, a mowa obrończa przed Sądem składana przez kilka dni w 2008 r. została wydana książką „Być może to ostatnie słowo”. Wielu Rodaków podczas różnych spotkań z Generałem ma tę i inne książki z dedykacjami, niektórzy przychodzili do Szpitala Wojskowego na Szaserów w Warszawie. Mieli okazję poznać serdeczność troski personelu medycznego wobec Chorego. Do wszystkich kieruję słowa wdzięczności, przez prof. Cezarego Szczylika i płk dr W. Jandę.
O co był oskarżony Generał
Prokurator, aktem oskarżenia sygn. akt S 101/04/Zk, Katowice, z 16 kwietnia 2007 r. objął łącznie 9 osób: Generała, gen. Tadeusza Tuczapskiego, Stanisława Kanię, gen. Floriana Siwickiego, gen. Czesława Kiszczaka, Emila Kołodzieja, Krystynę Marszałek – Młyńczyk, Eugenię Kemparę i Tadeusza Skórę. Autor, Peter Raina, akt ten zamieścił w książce na s. 415-546. Doręczano każdemu, a oskarżeni byli wzywani przez prokuratora i indywidualnie zapoznawani ze stawianymi zarzutami. Tu ciekawostka. Prokurator przesłuchiwał Generała od godz. 9.30, 31 marca 2006 r., zakończył o godz. 10.15, ale 30 marca 2006 (taki drobiazg). Warto poznać oświadczenie Generała (s. 386-387 książki) – „Zrozumiałem treść postanowienia o postawieniu zarzutów. Nie przyznaję się do popełnienia tych czynów. Odmawiam składania wyjaśnień w tej sprawie w dniu dzisiejszym. Chcę po uzyskaniu uzasadnienia zarzutów przygotować się do składania wyjaśnień oraz rozważyć potrzebę pomocy adwokata. W związku z powyższym w dniu dzisiejszym nie mam nic więcej do dodania”.
Generał długo nie dał się przekonać do korzystania z pomocy adwokata. Nie była to kwestia kompetencji obrońcy, a honoru żołnierskiego munduru. Uważał, iż czytelne poczucie odpowiedzialności na wszystkich stanowiskach wojskowych i państwowych oraz wszędzie prezentowana godność osobista, także służbowa, jako reprezentanta Polski poza granicami kraju, do tego – jak często mawiał – zaszczytny tytuł żołnierza i stopień wojskowy, są rękojmią wystarczającą. Z kilku osobistych rozmów wiem, iż sam akt oskarżenia uważał za osobistą obrazę, najcięższą hańbę, (wspomniał nawet kilka dni przed śmiercią), ranę na wielowiekowej rodzinnej tradycji, za upokorzenie milionów Polaków z PRL, do czego „nowa władza” użyła Jego autorytetu, żołnierskiej godności. Zabraniał mówić o tym publicznie, kilka razy sam zwierzył się na kombatanckich spotkaniach- był wśród swoich. Zobowiązał mnie, by zadbać o napis „ŻOŁNIERZ” na grobie, powiedział o tym napisie w wywiadzie Teresy Torańskiej.
Jednakże z uwagi na różne uwarunkowania, powody procesowe i organizacyjne, które prezentowane były Generałowi przez osoby bliskie, np. Mieczysława Rakowskiego, obrońcę Kazimierz Łojewskiego i innych (nazwiska pominę), a także osoby prywatne, np. panią Zofię Gąszczołowską, przyjął panią mecenas Mariolę Teklińską-Kucińską. Pani Mecenas ze swej, jakże złożonej roli – zawodowym profesjonalizmem, osobistym taktem i stanowczością wobec różnych „podejść”, np. ze strony mediów i „potrzeb procesowych”, gdy Generał był ciężko chory, osobistą kulturą i wrażliwością niosła – mówię to z całą świadomością – „ulgę dla ducha” Generała, w tym najszlachetniejszym pojęciu.
Choć cierpienia zadanego w „majestacie prawa” nie mogła w żaden sposób złagodzić. Nie tylko ONA! Wdzięczność i szacunek Pani Mecenas.
Prokurator postawił Generałowi trzy zarzuty:
I. że, w okresie od 27 marca 1981 r. do 12 grudnia 1981 r. w Warszawie i całej Polsce, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego (to określenie stosuje obficie, gdzie się tylko da) – Prezes Rady Ministrów, MON oraz I Sekretarz KC PZPR (choć był nim dopiero od 18 października, nie przeszkadzało prokuratorowi pisać od 27 marca – „drobiazg”) „dopuścił się zbrodni komunistycznej(często stosowane) polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, w skład którego wchodzili Stanisław Kania, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski, Czesław Kiszczak i inni(dokładność nie stała na przeszkodzie by napisać w akcie oskarżenia „i inni”). Celem tego związku było „popełnianie przestępstw polegających na pozbawieniu wolności przez internowanie, wykonywanie kar za czyny wcześniej niekaralne oraz innych przestępstw przeciwko wolności…wobec osób z NSZZ Solidarność, nadzorowanie opracowywania aktów normatywnych oraz planów… dot. nielegalnego wprowadzenia stanu wojennego”. Proszę zwrócić uwagę – czy internowania już trwały od 27 marca? – też taki „drobiazg”;
II. że w dniu 12 grudnia, jako funkcjonariusz… „podżegał członków Rady Państwa do przekroczenia uprawnień”, przez uchwalenie znanych – tu wymienionych – dekretów Rady Państwa, „w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”;
III. że, od 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982 (data zawieszenia stanu wojennego), jako funkcjonariusz… tu dodatkowo „jako Sekretarz KOK (był nim od 12 lutego 1981 r., gdy został Prezesem Rady Ministrów), Główny Inspektor Obrony Terytorialnej i Wiceminister Obrony Narodowej (Generał nigdy nim nie był!) wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim (czyli z sobą samym, też drobiazg), Czesławem Kiszczakiem, Florianem Siwickim i innymi dopuścił się zbrodni komunistycznej… że działał w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym mającym na celu popełnianie przestępstw” – powtórzone z zarzutu I oraz dodane „wykonywanie nielegalnie wydanych dekretów z 12 grudnia 1981 roku”…
Zachęcam Państwa do przeczytania całego aktu oskarżenia, to trudna lektura, nie tyle na słownictwo, co pokrętność logiki wywodu, doboru faktów sensowności komentarza.
„Uśmierceni”
Kilka miesięcy temu przez media przebiegła sensacyjna wiadomość, że Generał ukrywał przed prokuratorem winnych, że ktoś „pomagał” w tym „zabiegu”. Nie trudno było odczytać intencję żądnych sensacji dziennikarzy, posługiwano się nazwiskiem gen. Michała Janiszewskiego. Odesłanie ciekawskich do książki Generała „Ostatnie słowo” wyciszyło tę sprawę. Faktem jest, akt oskarżenia na s. 145 „uśmierca” gen. Michała Janiszewskiego (zmarł 3 lutego 2016 r., czyli 9 lat po jego wydaniu, spoczywa w Poznaniu). Prokurator w zażaleniu na Postanowienie Sądu Okręgowego „uśmierca” gen. Zbigniewa Nowaka. Generał podczas obrony powiedział – „pragnę podzielić się z Panem Prokuratorem dobrą wiadomością. Jeden i drugi żyją – i oby jak najdłużej”.
„Mowa obrończa” Generała
Wspomniałem wyżej, iż „mowa obrończa” została wydana jako książka, liczy ponad 300 stron tekstu. Peter Raina zamieszcza ją w książce, wzbogacając o kilka protokołów sądowych, różnych pism i zażaleń ważnych dla oskarżonych. Ale czy dla Sądu – jak Państwo myślicie? Stąd skrótowe zaprezentowanie Państwu, z konieczności ograniczam do wątków ważących na zrozumieniu złożoności oskarżenia i ówczesnej sytuacji w Polsce – gospodarczej, politycznej, społecznej i wojskowej oraz w Europie. Szczególnie wewnętrznej Polski lat 1980-1981, jak trafnie i obrazowo ujął to Generał w ocenie („anioły i diabły”) przypomnianej na otwarcie tej publikacji. I tu pojawia się pierwszy, wręcz nie do pokonania problem, wprost stalowa bariera. To bark materiałów w aktach do oceny tych sytuacji, czego domagał się Generał. Stąd pytam dobitnie-dlaczego w akcie oskarżenia nazywany jest „zbrodniarzem”? Bo zginęli ludzie, a kto ich nakłaniał do „walki”, oporu, łamania prawa po wprowadzeniu tego stanu, czy nie ostrzegano o użyciu broni? – też wymaga przypomnienia (pisałem w tekście „Kopalnia”). Bo był „sługusem Moskwy”? Przypomnę Państwu – „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Czy Papież nie wiedział co i kiedy, w jakich okolicznościach politycznych, gospodarczych itp. mówi-wyciągnijcie Państwo wnioski z zestawienia: „zbrodniarz” – „patriota”. Jak te słowa należało rozumieć wtedy i dziś, po 36 latach, dlaczego Episkopat, wiadomi politycy je skrywają? Czyżby „ciemny lud” nie był zdolny pojąć sensu, ludzkiego i politycznego znaczenia? A teraz kilka kluczowych kwestii.
„Zorganizowany związek przestępczy o charakterze zbrojnym” – to nie tylko kilka osób wymienionych w akcie oskarżenia na czele z Generałem. Prokurator w „Uzasadnieniu” o nich napisał, że „w działalności przestępczej owa grupa używa broni lub zakłada jej użycie w przyszłości i w tym celu broń posiada i ją gromadzi”. Generał powiedział krótko przed Sądem – że posiadanym uzbrojeniem siedzących na ławie oskarżonych i to nie wszystkich, była broń osobista – pistolet. „Ja zaś z czasów frontowych zgromadziłem ponadto szablę”. Oceńcie Państwo sami jak „pasuje” do bandy przestępczej? Czy ten „związek” obejmował Wojskową Radę Ocalenia Narodowego(WRON) – co Państwo o tym myślicie? Otóż zdaniem prokuratora nie – ale to ciekawy temat na oddzielną publikację.
Z prokuratorskiego „Uzasadnienia” aktu oskarżenia jasno wynika, iż obejmował siły MSW oraz Wojsko Polskie. Generał zwrócił uwagę przed Sądem, że wówczas ponad 50 proc. żołnierzy służby zasadniczej przed wcieleniem do Wojska należało do Solidarności. Jej członkami były ich rodziny, osoby bliskie, przyjaciele… W szczególnie krzywdzącym, wręcz obraźliwym świetle akt oskarżenia stawia wszystkich, szeroko rozumianych funkcjonariuszy publicznych, w tym kadrę wojskową, żołnierzy zawodowych – od podoficera do generała.. Obiektywnie rzecz biorąc, sytuuje ich w ten sposób symbolicznie, moralnie na tej ławie”. Czy prokurator nie wiedział, że taką oceną bezpodstawnie krzywdzi kilka milionów Polaków. Ten właśnie „związek” w ocenie prokuratora miał za cel popełniać przestępstwa polegające m.in. na internowaniu działaczy Solidarności i karaniu za czyny dotychczas nie karalne i szerokim zaplanowaniu działań organów państwa, przeciwko Solidarności. Nasuwa się pytanie – po co?
Drugi zarzut – nakłanianie członków Rady Państwa do popełniania przestępstwa. Czy rozmowę Generała z Henrykiem Jabłońskim 8 grudnia można nazwać nakłanianiem? Oczywiście, ktoś powie, przecież każda rozmowa ma jakiś cel, zaprzeczycie Państwo. Nikt tu nie wchodzi w treść Czy warto zwracać uwagę na taki „drobiazg”, że prokurator tę rozmowę z Przewodniczącym „rozciąga” na całą Radę? Generał przypomniał-Przewodniczący i członkowie Rady Państwa składali zeznania przed SKOK (4 i 25 listopada 1992 i 13 stycznia 1993. Poza Ryszardem Reiffem nikt nie uważał, że był nakłaniany czy „podżegany”. Pan prof. Reiff 24 grudnia 1981 r. pisze w liście, że „ogarnia coraz lepiej ogrom zadań, które Pan Generał w imię najwyższego poczucia odpowiedzialności za los narodu i państwa wziął na swe barki… Sprawa ocalenia Polski – to brzemię nadludzkie. Trzeba jeszcze ogromnej siły i odporności, by doprowadzić do sytuacji, która przyniesie wytchnienie Pana sercu, a Ojczyźnie stabilizację i nowe perspektywy rozwojowe”. Po 12 latach zmienił zdanie – może!
Trzeci zarzut – że w stanie wojennym działał w związku przestępczym, dopuszczał się internowań, przestępstw przeciwko wolności obywateli i wykonywał dekrety Rady Państwa. Kwestia internowania działaczy Solidarności to temat zasługujący na odrębną analizę. Tu tylko pytanie- czy Premier Rządu, jako organ władzy wykonawczej miał nie wykonywać tych dekretów? O logikę zarzutu nie pytam.
„Tajemnica” aktu oskarżenia
Konstrukcja myślowa aktu oskarżenia kieruje uwagę Czytelnika, na swoistą „podłość” władzy, która tworzy „związek przestępczy”; przygotowuje główne organy państwa, tj. rząd, Wojsko, siły MSW; śledzi, internuje i karze więzieniem działaczy i członków Solidarności. Prokurator, często używając określenia „kontrrewolucja”, sprytnie tworzy wrażenie poniżania „związku” przez władze. Tu przypomnę Państwu, iż „kontrrewolucją” nasi sąsiedzi, głównie ZSRR wcześniej, bo w 1970 r. określali wydarzenia w Gdańsku. Generał podczas pracy nad „mową obrończą”, zwierzył się – „jeszcze teraz dźwięczą mi w uszach słowa Breżniewa u was kontra, nada wziat’ za mordu, my pamożem”(używali je i inni działacze KPZR, władz ZSRR, także NRD oraz CSRS w rozmowach z naszymi przedstawicielami).
Trudno oprzeć się pytaniu czym „związek” ten „zasłużył” sobie na takie nazywanie i traktowanie? Czym NSZZ był, że cała władza jest do niego negatywnie nastawiona? Generał przed Sądem m.in. mówił – „Linię przewodnią oskarżenia, str. 15, 22, 131 stanowi założenie, iż władze – od początku powstania Solidarności, z całą determinacją i premedytacją planowały jej likwidację. Na str. 142 nazywa to inaczej, bo „unieszkodliwieniem”. A na str. 27-28 jakościowo inna formuła, a mianowicie, że chodziło o „spacyfikowanie Solidarności” – co jak wiadomo – nie jest tożsame z „likwidacją”… Zwracam się do Wysokiego Sądu z wnioskiem, ażeby zechciał spowodować wyjaśnienie przez Prokuraturę, które z trzech wyżej wskazanych pojęć chce uznać – a przede wszystkim dlaczego – za swe ostateczne stanowisko”.
Szanowni Czytelnicy, proszę zastanowić się – tych trzech pojęć prokurator używa przez nieuwagę, roztargnienie, zamiennie, gdyż nie może się zdecydować czy świadomie? Sądzę, że świadomie, by odbiorca, tj. „zwykły obywatel” niezbyt wgłębiając się w treść, sens pojęcia, a słuchający i czytający prasę nabrał przekonania o różnych, oczywiście drańskich, łajdackich „chwytach” władzy. Po drodze, by sami oskarżeni też się w tym pogubili. By nie mogli „dojść prawdy” jaki ten „związek” w rzeczywistości był i jest. Wówczas, w latach 1980-1981, później w 1991 r. gdy zgłoszono wniosek powołania w Sejmie Komisji Odpowiedzialności i postawienie przed nią tzw. autorów stanu oraz w latach 2004- 2014 gdy trwało przygotowanie i sam proces sądowy, wiąż była nagłaśniana teza, że Solidarność walczy o dobro robotnika o wolność i niepodległość Polski, o zrzucenie „sowieckiego jarzma” przez odebranie PZPR, (pogardliwie nazywaną „komuną”) władzy, a nawet, że obaliła mur berliński itp. Że mogło to się stać o wiele szybciej, gdyby nie stan wojenny, „oszustwo i zdrada” przy Okrągłym Stole (te fałszerstwa i różne obelgi było słychać przy okazji 30 rocznicy). Czy zaprzeczycie, że teza ta nie tylko znalazła posłuch ale głośne i znaczące „oprzyrządowanie” naukowe oraz wsparcie Kościoła.
Proszę wczytać się w te tezy jeszcze raz, kto zaprzeczy, np. że 21 postulatów nie zmierzało do poprawy płacy i życia robotników, ograniczenia cenzury, itp. Tak, to prawda – problem tkwi w szczegółach – jakimi metodami i jakim kosztem, czy strajki były właściwym środkiem? Proszę sięgnąć pamięcią – dlaczego tak trudno było zdobyć artykuły spożywcze na kartki, nawet mleko dla dzieci. Bo „władza ukrywała” – jak głosili „wodzowie” Solidarności – czy strajki, powodowały braki na rynku i zakłócenia w dostawach? Tu jest sedno rzeczy. Nie wierzycie Państwo – dowód, jeden z wielu – prof. Jan Szczepański, Przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. Trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz, zastanówcie się chwilę i wyobraźcie to sobie dziś, w 2019 r.- żądania już lipcu (połowa roku) 2 razy przekraczają roczny dochód Polski. Za ile lat można będzie je spełnić – pomyślcie! Solidarność chce spełnienia teraz, już, a nie „kiedyś”! Profesor Andrzej Paczkowski: (Droga do mniejszego zła, Wyd. Literackie, Kraków 2002) pisze-powstał „oczywisty mechanizm …można go określić jako „spiralę radykalności”: im przeciwnik jest mniej chętny do ustępstw, tym dalej idące żądania wysuwa się pod jego adresem. Jeśli zaś ustępuje, uważa się go za słabego, co także wyzwala nowe pomysły żądań”. Czy znacie Czytelnicy dobitniejszą, jaśniejszą ocenę tamtej sytuacji? Z kolei prof. Bronisław Geremek mówi – „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu” (spotkanie w Redakcji „Robotnika”, sierpień 1981). I co z tego, że Lech Wałęsa jesienią 1981 r. jeździł po kraju i „gasił strajki”- jaki osiągnął efekt- sami oceńcie. Zaś 10 listopada 1980 r., podczas rejestracji NSZZ w Sądzie powiedział dziennikarzom: „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. I co, sięgnijcie pamięcią – jak Wałęsa i kierownictwo Solidarności odnosiło się do władzy, do PZPR. Tu taki przykład – „Solidarność miała wówczas (jesień 1981 r.) poczucie siły, potęgi. Padały nawet ze związkowego wysoka słowa „czapkami was nakryjemy”. Opozycja była w ofensywie. Władzę widziała jako słabą, rozkojarzoną, w istocie bezradną. Taki pogląd, taka ocena stosunku sił nie stanowi zachęty do kompromisu. Chcąc do niego doprowadzić, niejako go wymusić – my, władza, też musieliśmy prężyć muskuły, a więc i przygotowywać, zbyt zresztą tego nie kryjąc, siłowy wariant. W ten sposób dawaliśmy również sygnał: porozumienie, kompromis – tak, destabilizacja, degradacja państwa – nie. Do ostatniej chwili, do godziny 14 – tej 12 grudnia to był koszmar wahań, bolesnych rozterek, oporów. I wciąż nadziei. Nie przebieraliśmy nogami do tego skrajnego rozwiązania” – oceniał Generał. To zresztą osobny temat publikacji „Generał-Solidarność”.
Jak groźna dla samych Polaków była sytuacja wewnętrzna, świadczy taka ocena 181 Konferencji Episkopatu Polski (obradowała w dniach 25-26 listopada 1981 r.): „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Wówczas i dziś nikt chyba nie zakładał, że ta ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, nie daj Boże wprowadzić w błąd. Kilka dni później, podczas obrad w Radomiu padły słynne zawołania – „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”… „Porozumienia nie będzie… nie ma się z kim porozumieć, będzie targanie po szczękach”. Nikt z nich nie pomyślał, że może wisieć, dostać w „szczenę”? Wczytajcie się Państwo w sens i treść tych „złotych myśli”. Proszę nie podejrzewać mnie o „złe rady”, jeśli zachęcam, do wyobraźni tamtej sytuacji w 2019. Władysław Frasyniuk na posiedzeniu KKP obrazowo ocenia: „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. Bogdan Lis – w relacji z 1 stycznia 1984r (jest w książce pt. „Konspira”) m.in., mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981roku, widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Bogdan Borusewicz: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w Solidarności skrzydło porównywalne tylko z „Grunwaldem” czy „Rzeczywistością”. Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. „Prawdziwi Polacy” z Solidarności też reprezentowali ideologię totalitarną, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy „oddajcie władzę”, to władza znajdzie się w naszych rękach” („Konspira”, zapis z 11 października 1983 r.)
Z kolei„Posłanie do narodów Europy” tzw. jastrzębie we władzach ZSRR uznali za „wezwanie do interwencji” we wrześniu 1981 r. – że na szczęście dla nas do niej nie doszło, to jeszcze tajemnica archiwów ZSRR. Dlatego Generał wzywał – nie jeden raz – by „Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza „bijatyka” nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie”. Jedynie prof. Karol Modzelewski mówił: „I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… (mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”) Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego (w XX-lecie stanu wojennego).
To tylko kilka przykładów „patriotycznego” działania Solidarności. Ujawnienie przed Sądem i Polakami wielu dokumentów „otworzyłoby oczy”, że Polacy przez Solidarność stali się groźni sami dla siebie! Tak, sami sobie! Takich dowodów nie chciał ani prokurator, ani Sąd – dlaczego? tajemnica! – „Przerażenie wywołuje lektura orzeczenia Warszawskiego Sądu Okręgowego w sprawie oskarżenia osób odpowiedzialnych za stan wojenny w Polsce. Przerażenie wynika z ignorancji, niewiedzy, „naiwności” czy niesprawności Sądu w przedstawieniu orzeczenia wyroku. Fakty w oskarżeniu są zafałszowane”. Nie tylko do tego wniosku doszedł Peter Raina w swojej nowej książce. Warto po nią sięgnąć, zachęcam!

 

„Dwa bratanki” – historia i geografia

Historii i geografii się nie wybiera. Historia nigdy nie wybacza błędów. Nie pozwala bezkarnie lekceważyć praw ekonomii. Ale obciąża winą także za „zły słuch”.

Generał Wojciech Jaruzelski

Nie zamierzałem pisać tego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania i wątpliwości, rady i sugestie, różne uwagi Państwa Czytelników. Dziękuję wszystkim i przepraszam za może niezbyt zrozumiale, bo skrótowo przywołuję fakty i opinie, z uwagi na publicystyczne wymogi. Państwa głosy – raz jeszcze dziękuję – generalnie skupiły na kwestii granic, z akcentem na Kresy Wschodnie. Odosobniony głos podnosił sprawę granicy południowej. Kilka osób interesował stosunek „polskiego Londynu” do PKWN, stanowisko Zachodu.
Kresy Wschodnie
Państwa wypowiedzi można zawrzeć w pytaniu – czy Lwów mógł być w granicach Polski? Odpowiem ostrożnie-chyba tak! Wynika to ze stosunku gen. Sikorskiego do Rosjan, ZSRR, a Stalina szczególnie. Krótko mówiąc był on rusofobem, gdzie negatywna historia, czyli ocena przeszłości polsko-rosyjskiej górowała. Rzadko, obok Historii – brał pod uwagę nasze położenie geograficzne, wiekowe sąsiedztwo z Rosją (ZSRR) w ocenie bieżącej sytuacji i swoim postępowaniu „na kierunku wschodnim”, a szczególnie w patrzeniu i myśleniu o przyszłości Polski. Wstyd mi pisać taką ocenę Generała. Dla mnie wynika ona z dostępnych publikacji, w tym np. Olgierda Terleckiego „Generał Sikorski”, Kraków 1981 czy Eugeniusza Guza „Rodowód PRL”, Wyd. Bellona Warszawa 2014. Przywoływałem te oraz podobne publikacje w tekście „Ku granicy na Odrze” (DT, 1-3 lutego 2019). Powtórzę tu raz jeszcze. Podczas wizyty gen. Sikorskiego w Moskwie (grudzień 1941) – rozmowy oficjalne i dodatkowo podczas bankietu, Stalin powtórzył pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Sikorski replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, ale tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko – radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o czut-czut”, niewielkie zmiany, jak pisze wspomniany Olgierd Terlecki. Powiedział do Premiera: „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz wspomnianego Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji (proszę spojrzeć na mapkę). Stalin świadomie podniósł kwestię Lwowa, wiedział, że Sikorski pełnił tu służbę wojskową, jest to miasto bliskie sercu Gościa. Mimo tego „zabiegu” nic nie zyskał. Sikorski pozostał przy swoim zdaniu. Osobisty łącznik Churchilla przy rządzie Sikorskiego, płk Cazalet, w notatce m.in. pisał: „Generał Sikorski powiedział mi potem, że jego rozmowy ze Stalinem były bardzo udane. Jak się wydaje, Stalin jest nastawiony bardzo propolsko. Rzekomo w młodości w Polsce potraktowano go przyjaźnie. Zrobił przyjemność Sikorskiemu mówiąc, że bardzo ceni jego książkę na temat wojny nowoczesnej(chodzi o „Przyszłą wojnę”, moje – GZ) … Stalin wręcz prosił Sikorskiego o powtórny przyjazd celem przedyskutowania wschodniej granicy Polski”(„Rodowód…” s.17. Autor pisze, iż „wspomnienia łącznika potwierdzają pragnienie Stalina położenia kresu wielowiekowym konfliktom polsko-radzieckim”). Zaś prof. Paweł Wieczorkiewicz w książce „Historia polityczna Polski 1935-1945” m.in. pisze: „Rozmowy na Kremlu zamknął symbolicznie toast Stalina, w którym wzywał do pojednania i współpracy pomiędzy obydwoma narodami, powołując się na przykłady historyczne (dwukrotnie ongi zdobywaliście Moskwę. Rosjanie kilkakrotnie byli w Warszawie). Biliśmy się ciągle ze sobą. Czas zakończyć zwadę Polaków z Rosjanami”. Rok później, w listopadzie 1942 r. Sikorski w telegramie do Dowódcy AK w Warszawie pisze: „W grudniu 1941 r., gdy Stalin żądał ode mnie niewielkich korekt granicznych i proponował przymierze ściślejsze, nie zgodziłem się na żadną dyskusję na temat granicy”. Jak odczytacie i ocenicie Państwo to zdanie – jako sukces czy osobistą krytyczną refleksję po roku czasu? Ponadto, zwróćcie uwagę na słowa – „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, do tego „przed konferencją pokojową”. Czytelnikom mającym skromną wiedzę o tym okresie warto otwarcie powiedzieć, że historycy wypowiadają się o niej oszczędnie. Bo gdyby Armia Andersa walczyła na froncie wschodnim, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, frontowe, co oczywiste – ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to jasne. Na zjeździe historyków w 1958 r. prof. Andrzej Krzyżanowski powiedział: „Nie mógł większej przysługi wyrządzić Stalinowi Sikorski, jak wyprowadzając Wojsko Polskie z ZSRR”. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy potrzebne byłoby Powstanie Warszawskie, a jeśli tak – to jaki byłby jego skutek dla mieszkańców i Stolicy
jako miasta?
Czy można było zaufać Stalinowi?
Nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Próby tłumaczenia postawy i zachowań gen. Sikorskiego można znaleźć u Sławomira Kopra i Stanisława Zabiełły. Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – może Historia by go oceniła mężem opatrznościowym, nawet stawianym wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia byłaby zbliżona do traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939 r., czy 1945 (Stalin wspomniał Odrę)? Czego oczekiwaliśmy – wiadomo! To wymagało w 1942-1943 roku prawnych gwarancji naszych sojuszników – USA i Anglików. I tu znów trudne pytanie – kto w „polskim Londynie” (bez złośliwych podtekstów) tak perspektywicznie myślał o przyszłości Polski? Kto wyobrażał sobie, że „na wschodzie” trzeba będzie „coś” oddać, by także zachować, zyskać też „coś cennego” dla Polski, np. właśnie Lwów i zagłębie borysławskie, Grodno czy Wilno? Opracowania naukowe dowodzą, iż dywagacje o różnych kształtach naszej wschodniej granicy trwały między Polakami i Anglikami w Londynie. Przecież Anglicy, np. Churchill, w USA Roosevelt wiele razy i dobitnie, wyraziście mówili „londyńczykom” o „ułożeniu się z Rosją”, pisałem kilkakrotnie. Tu znów kolejny przykład. Władysław Anders w książce pt. „Bez ostatniego rozdziału”, pisze o rozmowie którą 21 lutego 1945 roku odbył z Premierem Winstonem Churchillem, m.in.„Churchill (bardzo gwałtownie), Wy sami jesteście temu winni. Już dawno namawiałem Was do załatwienia sprawy granic z Rosją Sowiecką i oddanie jej ziem na wschód od linii Curzona. Gdybyście mnie posłuchali, dzisiaj cała sprawa wyglądałaby inaczej. Myśmy wschodnich granic nigdy nie gwarantowali”. Oczywiście, ta dosadna uwaga w 1945 r. była już spóźnioną, właśnie o 2-3 lata, przykrą przyganą, pozostała nauką dla potomnych. Kto i kiedy z niej skorzystał? – pomyślcie Państwo, może znajdziecie przykład w tym tekście.
Granica południowa – CSRS
Nasza wiedza historyczna głównie sprowadza się do czeskiej Dąbrówki, żony Mieszka I, czeskich królów z rodu Przemysławów i walk o Śląsk Cieszyński, Zaolzie, Morawy-najpierw w 1918, później 1938 roku. Mało kto wie o kształtowaniu polsko-czechosłowackiej granicy w latach 1945-1947. Wtedy poszło o Kotlinę Kłodzką, rejon Głubczyc, Głuchołaz, Raciborza, Rybnika, Żor o ok. 3500 km kw., zamieszkałych przez 550 tys. ludności, w tym o południowe odgałęzienie górnośląskich złóż węgla kamiennego, które Czesi uzasadniali koniecznością ekonomiczną (czy należy się dziwić?). Władze ZSRR kilkakrotnie podejmowały różne kroki mediacyjne, nakłaniały nas i Czechów do ugody. Miały orientację, iż poważne racje terytorialne i narodowościowe są po stronie Czechów. Ktoś po tym zdaniu może uznać mnie za przeciwnika polskich racji – zachęcam do literatury, np. Tomasz Wituch, „Terytoria sporne w Europie po roku 1815”, Wyd. AH Pułtusk 2001. Mediacje i rokowania nie przynosiły rozwiązania, Polacy granicę obsadzili wojskiem (np. por. Wojciech Jaruzelski był komendantem Głubczyc). Czesi prowadzili akcję propagandową, w tym zbierania podpisów miejscowej ludności za czeską przynależnością. Marsz. Rola-Żymierski wydał rozkaz wprowadzenia wojsk do Kotliny Kłodzkiej. Czesi w kwietniu 1946 r. wystąpili do ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji o mediacje i rewizję granicy czesko-niemieckiej. Myślcie Państwo co chcecie, ale musicie przyznać, iż radzieccy (czytaj Stalin) byli po naszej stronie. Kwestia czeskich mniejszości i sporu terytorialnego z pierwszego planu zeszła w 1948 r. Dopiero 13 czerwca 1958 r. (czasy Gomułki) w Warszawie podpisano umowę o ostatecznym wytyczeniu granicy.
Granica północna
Wprawdzie tej sprawy nikt nie podnosił, ale warto ją przypomnieć. Pisałem wcześniej o rozmowie Jana Karskiego z prezydentem USA Rooseveltem. Powtórzę _ „Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”.
Pomijam tu taki „drobiazg”, że Roosevelt „ratuje twarz Stalina” ziemiami, które nigdy w historii Rosji do niej nie należały! Wracam do głównego wątku. Literatura historyczna daje podstawy do stwierdzenia, iż ówczesne władze mogły nie być tak uległe i nieco skorygować kształt północnej granicy na naszą korzyść. Historycy i geografowie widzieli też szansę na zmianę decyzji Stalina w ten sposób, by Grodno było polskie (przesunął granicę o 23 km na wschód), ale chyba zabrakło determinacji i odwagi. Pozostał Obwód Kaliningradzki po dziś dzień. Tu znów takie odniesienie. Rok temu (20-22 lipca) „Trybuna” opublikowała tekst „Mąż stanu”, w którym zamieściłem taką refleksję. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego. Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Spotkała się ona z przychylnym przyjęciem Państwa Czytelników i pytaniem – czy nie niosło to zagrożenia dla Polski? Oczywiste, że miałem na uwadze właśnie i głównie wnioski z Historii i Geografii Polski! Także oczywiste, iż mogły, powinny być podjęte tylko i wyłącznie kroki dyplomatyczne z inicjatywy Polski, przy udziale Litwy w pierwszej kolejności. Głos USA, jako naszego sojusznika w latach wojny, a w 1990 r. przyjaciela w osobie nie tylko prezydenta USA, ale i naszej Polonii, rozsianej przecież po całym świecie mógł mieć istotne znaczenie. Także sytuacja polityczna i gospodarcza Federacji Rosyjskiej wskazywała na skłonność – może tylko do „zainteresowania się” tą sprawą. A tak, pozostało wrażenie jako zmarnowana szansa i pytanie bez odpowiedzi – czy nie warto było spróbować?
Z Londynu do Warszawy
Pojawienie się w 2014 r. na rynku księgarskim książki „Londyński rodowód PRL (od Mikołajczyka do Bieruta)”, wywołało wiele krytycznych komentarzy i dość cierpkich, by nie powiedzieć obraźliwych wypowiedzi i ocen jej Autora, Eugeniusza Guza. Poszło głównie o „londyński rodowód”, jako czytelną sugestię, iż postawa i działania rządu londyńskiego stały się samoistną barierą dla Stalina. Wolno zapytać, co rozsierdziło krytyków Autora. Czerpiąc z różnych źródeł i dokumentów wiedzę, Autor pokazuje jaskrawą rusofobię, wręcz obsesję wielu członków rządu londyńskiego. Byli oni – nie tylko wojskowi, wśród nich gen. Sikorski, Sosnkowski, Anders – ale i Arciszewski, Mikołajczyk, Raczkiewicz, Raczyński, Zaleski wręcz wrogo nastawieni do ZSRR. Wynieśli je z obserwacji i udziału w polityce Polski po 1918 r. Swoistą „lekcję antyrosyjskości” odebrali do Józefa Piłsudskiego – osobny temat na wnikliwą publikację. Ocena paktu Ribbentrop – Mołotow i jego następstwa 17 września 1939 r. też nie dawały podstaw do prób obiektywnej oceny wschodniego sąsiada. Wielu historyków nawet się temu nie dziwi, ze zrozumieniem oceniając taką ich postawę. Skąd więc całkowicie inne zdanie Autora „Londyńskiego rodowodu”? Z oceny całkowicie zmienionej rzeczywistości polityczno-wojennej po agresji Hitlera na ZSRR (22 czerwca 1941) – pisałem w poprzednich tekstach, ostatni to „Hołd Bohaterom”, a także wyżej o spotkaniu Sikorski – Stalin. Zachodni sojusznicy – raz jeszcze podkreślę – wręcz przymuszali nas do innej optyki patrzenia na ZSRR i Stalina szczególnie. Widzieli w nim krwawego satrapę własnego narodu, ale i wodza, który krwią i życiem rosyjskich żołnierzy i narodu powstrzyma i zwycięży Hitlera. Co więcej – oszczędzi krwi amerykańskich i angielskich żołnierzy szczególnie. Jeśli ktoś sceptycznie ocenia to zdanie, proszę niech dla „umysłowego relaksu” odpowie sobie choćby tylko na takie pytanie – dlaczego Amerykanie gonili za „lisem pustymi” po północnej Afryce, wyzwolili Włochy i dopiero lądowali w Normandii (czerwic 1944). A nie mogli lądować we Francji już w 1942-43 r.? Mieli przecież ważną, wystarczającą na tamten okres bazę w postaci Wielkiej Brytanii. Przecież z terytorium Anglii i Francji bliżej i łatwiej było im niszczyć potencjał przemysłowy Niemiec, choćby uderzeniami lotnictwa. Stalin kilkakrotnie domagał się od nich otwarcia tzw. drugiego frontu. Co to ma wspólnego z rządem londyńskim? Był stanowczy, nie chciał „wpisać się” w politykę i widzenie wojny oczyma aliantów. Zwyciężyła rusofobia. Po odkryciu Katynia stała się nieprzekraczalną zaporą. Na nic zdały się sugestie Stalina, by nowy rząd utworzyć także z udziałem londyńczyków, proszę się nie dziwić i przeczytać w tej książce. Evan McGilvray w książce „Rząd Polski na uchodźstwie” (wyd. Świat książki, Warszawa 2011) pisze, że „Bierut sugerował, aby Mikołajczyk po wojnie został premierem, ale domagał się 75 procent tek ministerialnych dla swoich ludzi. Churchill i Mikołajczyk uważali, że komuniści powinni stanowić połowę składu rządu. Takie stanowisko rozgniewało Stalina ale przekonano go, że w przeciwnym wypadku Zachód uzna rząd polski za marionetkowy”. Można postawić – dla wielu niedorzeczną, nawet karkołomną tezę – gdyby Mikołajczyk został premierem takiego mniejszościowego rządu, byłoby mu bardzo trudno! Mógł liczyć na polityczną pomoc Zachodu, nie tylko Churchilla (życzliwa była nam Francja, gen. de Gaulle’a) oraz znaczną część polskiego społeczeństwa, głównie chłopskich partii, także PPS. Wybory do Sejmu mogły korzystnie wpłynąć na pozycję jego rządu. Mógł, mając „doświadczenie rządowe” szukać zrozumienia, poparcia u innych organizacji, w tym PPR, a także samego Stalina. Tak – Stalina! Znów stawiam banalną dla wielu tezę – przecież każde państwo chce mieć dobre stosunki sąsiedzkie! Dlaczego próby tej nie podjął Mikołajczyk, trzeźwiej myślący o teraźniejszości i przyszłości Polski politycy z Londynu? Czy po 75 latach od tamtych wydarzeń, płynące z nich nauki, mające za podstawę Historię i Geografię Polski nie sugerują potrzeby posiadania dobrosąsiedzkich stosunków politycznych i gospodarczych ze wszystkimi sąsiadami? Kto, która partia Lewicy i kiedy to dostrzeże i wreszcie zrozumie?
Zachęcam Państwa do przeczytania wspomnianych książek. Skłoni do patrzenia na „polski Londyn” z kilku innych punktów widzenia. Pozwoli przyjąć tezę, iż walcząc o wolną i niepodległą Polskę, można było uczynić wiele więcej, do tego wiele mniejszym kosztem ludzkiej krwi i strat materialnych – patrz Powstanie Warszawskie i bratobójcza walka domowa lat 1944-1950 i później. Może np. nie byłoby procesu 16-stu czy wywózek żołnierzy AK na Sybir? Czy ta refleksja po 75 latach od Powstania oraz w przededniu 100-lecia Bitwy Warszawskiej okaże się przydatną naszym politykom po 2020 roku? Miejmy nadzieję.

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.

Jednoczyć, a nie dzielić. Z perspektywy 30 lat

19 lipca 1989 roku, Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego na Prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po wyborach w Waszyngtonie powstało powiedzenie, że „Jaruzelski został wybrany, nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma – Papieża w Watykanie, Gorbaczowa w Moskwie, Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Właśnie mija 30 lat. Oto kilka refleksji Generała o swojej prezydenturze, które prezentował podczas różnych spotkań i wywiadów prasowych. Co Państwo o tym myślicie?
1. Poprzez proces prowadzący do Okrągłego Stołu, a następnie prezydenturę i pokojowe przekazanie władzy – najbardziej dobitne wykazaliśmy, iż tamtą ustrojową kartę oceniamy krytycznie, że powinna zostać zamknięta.
2. Pierwszy prezydent niepodległej Polski po sześciu dniach urzędowania został zastrzelony w Zachęcie. Drugi wypędzony z Belwederu przez Piłsudskiego, który tu później urzędował. Trzeci musiał z Polski uciekać przed Niemcami. Czwarty – ściągnięty z pomników – pozostaje w niesławie. Naczelnik państwa posądzony o to, że ukradł klejnoty koronne i miał tajną linię telefoniczną do Tuchaczewskiego. Ja więc – Drodzy Koledzy – powtarzam sobie i moim rozmówcom, że nie jestem jeszcze w najgorszej sytuacji. Ale poważnie mówiąc – rozumiem ten swój obowiązek w kontekście obecnej sytuacji międzynarodowej. Kiedy prezydentem Republiki Federalnej Niemiec jest kapitan Wehrmachtu, to może nie jest źle, że prezydentem Polski jest porucznik zwiadu, który w maju 1945 roku był w Berlinie. (są tutaj dziennikarze; proszę, żeby nie zrobiono z tego afery dyplomatycznej, bowiem prezydent Weizsäcker jest wybitnym, godnym szacunku i życzliwym dla Polski politykiem). Mówię o symbolice, o pewnej wymowie tego faktu dla naszego kraju i naszego narodu, który wniósł tak wielki wkład w zwycięstwo nad faszyzmem.
3. Były Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush, w swoich pamiętnikach pt. „Świat przekształcony”, m.in. pisze: „Po przybyciu do Belwederu, to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski (…) mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych. (…) Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swą decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd publiczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie jakie posiadał Jaruzelski stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”. Gorbaczow też mnie zachęcał,
telefonicznie.
4. Byłem jedynym kandydatem – i wybrano mnie jednym głosem przewagi. Ileż było z tego powodu kąśliwych uwag i kpin! Tym bardziej, iż nie było tajemnicą, że ten jeden głos zawdzięczałem wczorajszym przeciwnikom z Solidarności. Pocieszam się gorzko, że także wiele innych równie ważnych, jeśli nie ważniejszych historycznych decyzji podjęto większością jednego głosu. Skazanie na śmierć Ludwika XVI, utworzenie III Republiki we Francji, wybór Konrada Adenauera na kanclerza – żeby nie szukać już innych przykładów. Tak: to było upokorzenie. Nigdy go nie zapomnę. I nie mam zamiaru niczym tego głosowania upiększać, tłumaczyć, interpretować. Zapłaciłem za wszystko, za co odpowiadałem i za wszystko, w czym nie brałem udziału.
5. Z historii wszystkich krajów nauczyliśmy się, że lepiej jest nie w pełni wykorzystywać uprawnienia, aniżeli ich nadużywać. Wykorzystuję je w takim stopniu, jak to uważam za stosowne. Nie było sytuacji, w której dochodziłoby do konfliktu we współpracy pomiędzy mną – prezydentem, a rządem. Mamy wspólny mianownik, jakim jest dobro Polski, i z tego punktu widzenia, współpraca układa się bardzo dobrze. Jak powszechnie wiadomo, podeszliśmy do siebie z dwóch odmiennych kierunków, z różnych stron politycznej barykady. Były różne uprzedzenia, urazy, lecz muszę przyznać, że bardzo szanuję premiera Mazowieckiego, który potrafił wznieść się ponad te uczucia. Jest to bardzo mądry, prostolinijny człowiek. Cieszy się dużym zaufaniem społeczeństwa.
6. Jak wiadomo, rola arbitra polega na godzeniu, na aktywnym zbliżaniu zwaśnionych stron. Ja w obecnym, „wewnątrz solidarnościowym” sporze nie mogę oczywiście odgrywać takiej roli. Nie mogę i nie zamierzam. Wyrosłem bowiem z innego nurtu, a to że dziś jestem prezydentem stanowi efekt wspólnie ustalonego kompromisu. Zakładał on, że mogę i powinienem przyczynić się do tego, aby Polska przeszła przez okres głębokich zmian i przekształceń, bez poważniejszych zakłóceń. Myślę, iż jak dotąd roli tej nie uchybiłem
7. W kilka miesięcy po objęciu przeze mnie urzędu prezydenta, zwróciło się z prośbą o audiencję dwóch obywateli z Podlasia: senator Kraszewski – (zresztą z ramienia Solidarności) oraz pan Kaczyński (nie z „tych Kaczyńskich”). Zgodziłem się ich przyjąć, zastanawiając się, co ich sprowadza do Belwederu. Po wymianie uprzejmości, „dwaj panowie K” wyjawili mi dość zdumiewający powód swojej wizyty. Otóż obaj pochodzili z okolic Trzecin, dawnej posiadłości naszej rodziny. Zostali poproszeni przez mieszkańców tamtych stron, aby osobiście sprawdzili, czy lokator Belwederu jest rzeczywiście tym „małym Jaruzelskim”, którego wielu pamiętało jeszcze sprzed wojny. Po Podlasiu bowiem krążyły uporczywe pogłoski o tym, iż „prawdziwy Jaruzelski” zginął w Związku Radzieckim, zaś Rosjanie zastąpili go kimś innym. Chyba udało mi się Podlasian przekonać, że to jednak ja jestem tym prawdziwym Jaruzelskim.
8. Wysuwane wobec mego urzędu prezydenta obawy i podejrzenia sprawiły, że przyjąłem postawę powściągliwą. Dbałem o to, aby moje działania nie zostały zinterpretowane jako przerost aspiracji, a tym bardziej chęć opóźnienia czy zablokowania reformatorskich prądów. Dlatego też zaskakujące jest, że dzisiaj, a więc po kilku zaledwie miesiącach słyszę z kolei pretensje, że jestem niedostatecznie aktywny, że jestem bierny. Powtórzę raz jeszcze-nie wyjdę poza ramy konstytucyjne. Nie jestem również człowiekiem, który chce być na pierwszym planie, który szuka poklasku. Jestem aktywny, ale nie hałaśliwy. Środki masowej informacji też nie wydają się być zainteresowane, abym w sposób bardziej wyrazisty przedstawiać moją działalność.
9. Pragnę przypomnieć, że jesienią ubiegłego roku, organy prasowe otwarcie popierające, czy zbliżone do Lecha Wałęsy, wyrażały obawy, czy prezydent nie jest swego rodzaju super-rządem, władzą dysponującą dużymi prerogatywami, mogącą zagrozić dokonywanym zmianom. W swej działalności kieruję się uprawnieniami, jakie daje mi Konstytucja. Ani mniej, ani więcej, a na pewno nie więcej. Stoję na granicy ścisłego przestrzegania ustawy zasadniczej, jestem zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek jej naruszeniom. (1990)
10. Padają nieraz pod moim adresem zarzuty, że byłem prezydentem nie korzystającym w pełni z przysługującej mi władzy. Postępowałem tak rozmyślnie. Pierwsze miesiące mojej prezydentury przypadły na okres załamywania się „realnego socjalizmu” we wszystkich krajach Układu Warszawskiego. Waliły się filary obozu socjalistycznego, w końcu rozpadł się symbol nad symbole – mur berliński. W tym okresie sam sobie wyznaczyłem rolę. Pragnąłem zagwarantować Ojczyźnie pokojowe, cywilizowane, godne jej historycznych tradycji przemiany ustrojowe. Chciałem, by na naszej pokojowej ewolucji mogły się wzorować inne kraje byłej wspólnoty. I nie ulega wątpliwości, że zarówno Pradze, jak Budapesztowi czy Sofii daliśmy przykład i dowód, że można zmieniać ustrój bez przelewu krwi. Jeśli we wszystkich tych krajach, prócz Rumunii, milicja i wojsko nie podejmowały prób przeciwstawienia się siłą zachodzącym zmianom, to zapewne także dlatego, że „polski wzorzec” był bardziej atrakcyjny. Wskazywał, że przemiany mogą się dokonywać bez stosowania przemocy.
11. Kiedy wyczułem, że Lech Wałęsa się niecierpliwi, a jego otoczenie pobudza odpowiednie nastroje, wyraziłem chęć odejścia. Rozmawiałem na ten temat jeszcze wiosną 1990 roku z Tadeuszem Mazowieckim, z niektórymi działaczami Solidarności, a także z bliskimi mi politycznie osobami. Odradzano mi, zachęcano do pozostania. 16 sierpnia spotkałem się w Częstochowie na Jasnej Górze z Prymasem Polski. Również postawiłem ten problem. 19 września, w siedzibie Prymasa, w obecności Lecha Wałęsy oraz grona czołowych ówcześnie polityków, poinformowałem o gotowości skrócenia kadencji.
12. Kierując się nadrzędną racją narodu i państwa, zdecydowałem się przeciąć tę osobliwą dyskusję o prezydencki fotel, proponując skrócenie mojej kadencji. Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa, aby zdjąć niepotrzebne emocje. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
13. Z własnej inicjatywy odszedłem ze stanowiska prezydenta. Oceniłem, że Polska przeszła ewolucyjnie, pokojowo okres głębokich, kluczowych zmian. Dalszy proces transformacji może odbywać się już pod innym przywództwem. Lech Wałęsa niecierpliwie oczekiwał na ten moment. Nie chciałem takiej rywalizacji. Swoją rolę spełniłem.
14. Złożyłem wniosek o skrócenie kadencji prezydenckiej, kierując się nadrzędną racją narodu i państwa. Ta inicjatywa nie została wymuszona jakąś awaryjną sytuacją. Uważam, iż obecny układ polityczny funkcjonuje normalnie, a współpraca prezydenta z parlamentem i rządem jest dobra. Ale czas płynie. Moim głównym zadaniem było gwarantowanie bezpieczeństwa, ewolucyjnego charakteru przemian – swego rodzaju „miękkie lądowanie”. Kierunek reform stał się już nieodwracalny. W tej sytuacji można dokonać kolejnego kroku w procesie demokratyzacji państwa. Tym krokiem powinny być powszechne wybory prezydenckie, a następnie parlamentarne. Liczę, że takie właśnie, racjonalne i kulturalne rozwiązanie będzie w efekcie korzystne dla przyszłego, wybranego w powszechnych wyborach prezydenta.
Moja decyzja wypływa z oczywistej potrzeby jednoczenia, a nie dzielenia narodu. Wyszedłem więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych członków parlamentu oraz części społeczeństwa również dlatego, aby zdjąć niepotrzebne emocje w czasie, gdy państwu, narodowi potrzebny jest zbiorowy wysiłek, racjonalne reformy, efektywne działanie władzy.
Tu moja – GZ – uwaga, jako ostatni akcent tego tematu. 13 grudnia ukazał się w mass-mediach następujący komunikat: „12 bm. Ksiądz Kardynał Józef Glemp, Prymas Polski spotkał się z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. W rozmowie nacechowanej troską o dobro Ojczyzny, mówiono o problemach, wobec których staje na co dzień Naród Polski i państwo w skomplikowanej sytuacji międzynarodowej. Wyrażono nadzieję, że zjednoczenie wszystkich sił pozwoli przezwyciężyć przeciwności i spotęguje rozwój ku pomyślnej przyszłości naszego kraju. W związku ze zbliżającym się zakończeniem kadencji prezydenckiej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, uznano wspólnie za pożyteczne doświadczenia i dorobek wielu dotychczasowych spotkań, służących sprawie Narodu i Ojczyzny”. Zwrócę Państwa Czytelników uwagę – spotkanie to odbyło się dokładnie w 9 rocznicę podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.
15. Jeśli spojrzeć na półtora roku mojej prezydentury, to – jak sądzę – można uznać, że nie spowodowała ona zakłóceń, a wręcz przeciwnie. Starałem się pomagać, sprzyjać premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, którego bardzo szanuję i z którym współpraca układała mi się bardzo dobrze. Zarówno w sprawach wewnętrznych jak i zagranicznych.
Na zakończenie
O stałych, roboczych i oficjalnych kontaktach Generała świadczy w sumie 26 spotkań z Premierem Tadeuszem Mazowieckim, w tym 14 w Belwederze. Czas tej, zaledwie 1,5 rocznej prezydentury dostarczył faktów i wydarzeń, które w oczach Europy czyniły Polskę nadal zachęcającym przykładem, zaś rozwaga i skuteczność działań Generała świadczyły o postawie Męża Stanu. Że był i pozostanie w pamięci milionów Polaków Generałem „Sapere Aude”, „tym, który odważył się być mądrym”.
Onet.Wiadomości w 2012 r., zapytały respondentów, którego prezydenta darzą największym szacunkiem i dlaczego? Ogółem oddano 10 790 głosów. Z tego:
Wojciech Jaruzelski: 4409 głosów – 41 procent;
Aleksander Kwaśniewski: 2372 głosów – 22 procent;
Generał jest jedynym Prezydentem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, wybranym pod rządami Konstytucji 22 lipca 1952 r. przez Zgromadzenie Narodowe. Funkcję pełnił do 30 grudnia 1989 roku, czyli przez 165 dni PRL, gdy zmieniono nazwę Państwa na Rzeczypospolita Polska. Jedynym – po zmianach ustrojowych – i zarazem pierwszym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, sprawującym ten Urząd z wyboru Zgromadzenia Narodowego, przez 357 dni, czyli do 22 grudnia 1990 r. Łącznie przez 522 dni.
Żegnając się 11 grudnia 1990 r. z Rodakami, Generał przypomniał, że „Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nie raz iść pod prąd, podejmować decyzje, nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy”. Prosił ich „o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie”. Dziś, w 30 rocznicę wyboru – można powiedzieć, że zaznał ich ponad ludzką miarę.

Przemówienie Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego
w Zgromadzeniu Narodowym
20 lipca 1989

Dziękuję za wybór. To dla mnie zaszczyt, lecz zarazem niezwykle trudny obowiązek. Uczynię, co w mojej mocy, aby mu sprostać.
Obejmując urząd prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zwracam się do narodu polskiego – do wszystkich obywateli, którzy swą myślą i pracą tworzą nasz wspólny, społeczny i państwowy byt. Zwracam się do was, obywatele posłowie i senatorowie, którzy stanowić będziecie prawa naszej Ojczyzny. Żyjemy w czasie przełomowym. Stanęły przed Polską wielkie wyzwania.
Musimy przebudować gospodarkę, ukształtować nowy, demokratyczny ład. To zadanie niezmiernie trudne. Wymaga „zestrzelenia w jedno ognisko” wszystkich zasobów energii społecznej, współdziałania wszystkich, reprezentowanych tu sił, w duchu najszerszego porozumienia.
Deklaruję gotowość rzetelnej współpracy z Sejmem i Senatem, z klubami parlamentarnymi, wolę uważnego wysłuchiwania opinii społecznej, zamiar wspierania każdej, służącej interesom kraju obywatelskiej inicjatywy.
Przed nami – ocean spraw. Na czoło wysuwają się materialne warunki życia narodu. One dyktować muszą priorytety naszych działań. Są ważniejsze i pilniejsze niż cokolwiek innego. Musimy wybić się na zdecydowanie wyższą efektywność gospodarczą, a zarazem nie uronić niczego z zasad sprawiedliwości społecznej, z godności człowieka pracy.
Trzeba jak najszybciej wyłonić nowy rząd. Opowiadam się za rządem porozumienia narodowego, zdolnym do sprostania tym wyzwaniom. Dołożę wszelkich starań, aby demokracja stała się siłą, dźwignią rozwoju Polski.
Czeka nas podjęcie prac nad nową Konstytucją. Powinna ona uwzględnić konstruktywny dorobek sił społecznych i politycznych, reprezentowanych w parlamencie. Powinna nakreślić horyzont przemian.
Nie może być bowiem silnego, stabilnego państwa bez głębokich reform. Ale i nie może być skutecznych reform, bez sprawnego, stabilnego państwa. Jego powagi, autorytetu musimy wspólnie strzec.
Pragnę być prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc pozyskać również zaufanie tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe. Podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej, życiowej drogi też nikt nie słał różami. Tym serdeczniej dziękuję za tak liczne, kierowane do mnie słowa otuchy i poparcia. Są one jednocześnie wielkim zobowiązaniem.
Kolejny raz uwaga świata skupia się na Polsce. Dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku. Trzeba nam dążyć ze wszystkich sił, aby przebudowa socjalistycznej formacji, przemiany w sytuacji europejskiej owocowały również z pożytkiem dla naszego kraju, dla jego suwerenności i bezpieczeństwa, nienaruszalności granic i pozycji międzynarodowej.
Pomyślność Rzeczypospolitej – to prawo najwyższe. Z najlepszą wolą, zgodnie ze złożonym ślubowaniem będę służył narodowi, służył Ojczyźnie. Tej, która nie zginęła. Tej, która jest – i która będzie!

Proszę Państwa Czytelników o spojrzenie na powyższy tekst przemówienia Generała z perspektywy 30 lat. Zechciejcie zatrzymać swoją uwagę na zamierzeniach, które udało się zrealizować, zastanowić się co sprawiło, że nastąpiły wypaczenia w rozumieniu naszej jakże złożonej przeszłości. Że „dojrzałość, odpowiedzialność naszego narodu stać się mogą cennym wkładem w historię końca XX wieku” – teraz już jego trzeciej dekady. Dlaczego tak trwonimy, niszczymy tę pozycję? Może uda się zahamować ten trend, zmienić kierunek. Proszę – pomyślmy o SLD, PPS, Koalicji Europejskiej na jesienne wybory parlamentarne. To nasza Polaków szansa i okazja na rozumne zmiany, nie zmarnujmy tego!

Gabriel Zmarzliński

 

Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Zwycięstwo rozumu i rozsądku

Bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu ani nie dokonałyby się głębokie przeobrażenia, które zmieniły i Solidarność, i sposób myślenia władzy…
Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: „anielskie hufce Solidarności” i „diabelskie hordy władzy, komuny”. Przeciwstawiam się i odwrotnej klasyfikacji.

Generał Wojciech Jaruzelski

Obserwując i analizując publicystykę wokół 30 rocznicy Okrągłego Stołu, w pewnym momencie uznałem, iż dalsze kontynuowanie tematu niewiele wniosłoby nowego. Jednakże szybko zmieniłem zdanie, po wysłuchaniu komentarzy i obejrzeniu uroczystych obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca oraz przeczytaniu kilku publikacji dziś „słusznego” nurtu (na więcej nie pozwala zdrowie).
Podzielam w pełni treść wzywającą do sięgnięcia po rozum w ocenie faktów, po rozsądek w potępianiu dorobku „pokolenia PRL” i gratuluję zdrowia oraz wytrzymałości psychicznej jaką ujawnił Pan Minister Krzysztof Janik w publikacji „Dwa mity i konstatacja” („DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). Podobny kierunek oceny i myślenia o tej rocznicy, jej komentatorach i różnej klasy mentorach zaprezentował prof. Andrzej Friszke, pisząc: „Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć” (DT”, 5-6 czerwca, 2019 r.). Z obu tych publikacji nasuwa się ponura konstatacja – czyżby dziennikarze i publicyści wypisujący różne głupstwa, nie mieli nawet uczniowskiego wstydu przed nauczycielem, któremu na pytanie nie potrafią udzielić logicznej odpowiedzi? Czyżby ci dorośli ludzie, firmujący codzienną, medialną pracę swoim nazwiskiem nie mieli poczucia własnej godności, honoru, nawet przed najbliższą rodziną?
Stan wojenny a Okrągły Stół
Ktoś z Państwa Czytelników może zapytać: co „Stan” ma wspólnego z tym „Stołem”, dzieli ich przecież 8 lat?. Tu, nawiasem mówiąc, taka historyczna ciekawostka, porównanie – 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej (1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne. 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji. Nasuwa to odpowiedź – stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności. W pierwszej kolejności dla jej kierownictwa centralnego, w drugiej – dla terenowego, w trzeciej – dla tysięcy członków, głównie robotników, którzy im uwierzyli. Uchronił, szczególnie władze związku przed Sybirem. Jeśli ktoś ma inne zdanie, więc zapytam dobitnie – po kogo by przyszli „z bratnią pomocą”, inspirowani z Pragi i Berlina towarzysze radzieccy? Przecież nie po gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ani premiera Rakowskiego i ministra Cioska. Te osoby nie głosiły żadnych absurdalnych na tamte czasy tez i pomysłów, podburzających ludzi, robotników w tych państwach i nie tylko. Co najwyżej byłyby dziś winne odpowiedzialności za brak reakcji na ciągłe akcje strajkowe, protestacyjne, różne wywózki na taczkach, tak negatywnie oddziałujące na sąsiednie kraje.
Sądzę, że jeszcze miliony Polaków mają świadomość takiego rozwoju sytuacji skrajnej, z jaką należało się liczyć. To byłaby głównie polska krew i łzy, rozpacz tysięcy, może kilku milionów ludzi, którzy w latach 50. budowali Nową Hutę (patrz Przegląd nr 17-18), 60-80, inne zakłady przemysłowe, za bezcen sprzedane i rozdane po 1989 r. Wspomina tamten dorobek ludzi pracy okresu PRL, Pan prof. Jerzy Wiatr („Między lipcem a czerwcem”, „DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). To skrótowe uzasadnienie wielu może nie przypaść do gustu – szerzej odpowiem tekstem pt. „Kto uratował Solidarność”. Już teraz zachęcam do przejrzenia choćby protokołów z posiedzeń KK w Gdańsku, wspomnień Lecha Wałęsy, np. „Droga nadziei”, wyd. 1988 r. Proszę też sięgnąć po relacje z rozmów Generała z Janem Pawłem II, w których wątek Solidarności wciąż był obecny, przewijało się tam oczekiwanie aż w Solidarności „gorące głowy ochłoną”. Kolejny już raz cytuję słowa Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” , czego dopominały się osoby oddające Generałowi hołd w 5 rocznicę odejścia. Byłoby obrazą Świętego Polaka i rozumu pytanie – czy Papież nie wiedział co mówi, co zawiera w słowie „patriota”. Wielu publicystów i historyków nie może tego pojąć, zrozumieć nawet po 35 latach od II pielgrzymki.
Na wnikliwą analizę i uwagę zasługuje taka ocena prof. Karola Modzelewskiego: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić. W tym sensie, żeby niezależny ruch masowy, ruch robotniczy, bo to trudno nazwać tylko ruchem związkowym, mógł współistnieć z istniejącym systemem, przynajmniej z jego częściami, które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim… Rządzi państwem partia, która ma zaufanie Moskwy, partia nie wtrąca się do spraw związkowych, a związek rządzi się sam. Trzeba tak przebudować państwo, żeby istnienie dwóch takich podmiotów go nie rozwaliło. Świadomość tego, że to wymaga przebudowy państwa, wynikała z przebiegu wydarzeń, więc we mnie się rodziła z czasem” („Modzelewski – Werblan.Polska Ludowa”, Warszawa 2017, s. 429). Zwracam uwagę – „śmiertelne ryzyko”. Tu Profesor nie wyjaśnia jego istoty. Wiedząc, iż był doradcą Solidarności, więc zagrożenie tej formacji miał na myśli. Osobiście miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać z Profesorem, akcentowałem różnice ocen, także odnośnie sensu i celu stanu wojennego, roli doradców oraz ekspertów, którzy – jak się okazywało – mieli niezbyt wiążący wpływ na decyzje KK, pewien szerszy ogląd sytuacji uzyskiwali po latach. Raz wręcz złośliwie stwierdziłem: „Od Generała oczekiwaliście mądrej po waszej myśli decyzji, nie liczącej się z zewnętrznym otoczeniem. Do tego chętnie mówicie o tzw. betonie partyjnym, nie zastanawiając się kto zza granicy dość chętnie go słuchał i wspierał, co Generał miał z tym fantem zrobić”. Pytałem wręcz w tonie przygany – „Czy nie poczuwacie się do odpowiedzialności za atmosferę, stan nastrojów wśród członków Solidarności, przecież ją kształtowaliście! Kto miał i jak naprawiać wasze pomyłki”. A myśl o „zamrożeniu sytuacji” – dziś oceniam jako pewien skutek tamtych rozmów. Pytałem: „Kto i jakimi metodami, środkami i kiedy miałby to uczynić? Czy stan wojenny nie był dla Panów formą ulgi wobec poczynań wewnętrznych Solidarności, w których widzieliście „samobójcze zagrożenie”, czemu już nie mogliście niczym zaradzić?”
Odczuwam ogromny żal do Losu, że Profesor odszedł aż tak szybko, za szybko. Każda rozmowa była lekcją historii, mądrego myślenia o Polsce. Profesor w książce pt. „Dokąd od komunizmu?” (Warszawa 1993) potrafił dostrzec i ocenić obiektywnie, co stało się po przejęciu władzy w 1989 r.: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”.
Państwa Czytelników pytam i proszę o ocenę – czy Solidarność chciała „zmieścić się w Układzie Warszawskim”, w ówczesnych realiach ustrojowych i gospodarczych. Kładę akcent na realia gospodarcze i pytam – co Solidarność uczyniła w odpowiedzi na apel Generała o 90 spokojnych dni, będący swoistym wstępem do reformy gospodarczej podjętej w 1982 r. A jak Solidarność odniosła się do referendum gospodarczego, dlaczego namawiała członków do odrzucenia proponowanych założeń, do bojkotu tego „samosprawdzianu” Polaków?
A realia ustrojowe? Kto pamięta istotę Spotkania Trzech, zgłoszoną wtedy przez Generała propozycję powołania Rady Porozumienia Narodowego, która miałaby inicjatywę ustawodawczą? Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Dlaczego Lech Wałęsa był przeciw, co w tym względzie uczynili doradcy i eksperci, by szybko naprawić błąd przewodniczącego? Czy w 1989 r. były zagrożenia dla przebiegu obrad i wdrożenia ustaleń Okrągłego Stołu? Jeśli ktoś zaprzeczy, przyjmę to ze zrozumieniem.
Miliony Polaków obserwujący wizytę Michaiła Gorbaczowa u nas w 1988 r., znaną piosenkę Andrzeja Rosiewicza „Michaił, Michaił, ty postroisz mir…” miały podstawy, by nie żywić obaw. A Generał był innego zdania, o czym wspomina Andrzej Gdula w „Przeglądzie” nr 23. Pragnę skierować słowa uznania do Redakcji „Przeglądu”, w tym szczególnie do Pana Roberta Walenciaka, za klika cennych, refleksyjnych publikacji na łamach, odnoszących się do Okrągłego Stołu. Zachęcam Państwa serdecznie do lektury mądrej i kształcącej umysł.
We wspomnianym 23 numerze można przeczytać taką obawę Generała: „Żeby się Kreml w to nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa”. Widać z tego, iż ten kierunek zmian omówił Generał z Gorbaczowem, wyjaśnił sens i istotę. Co więcej – ta nasza wizja wzbogacała przyjętą pierestrojkę i głasnost’ w ZSRR jako też swoisty „eksperyment”. Czy nie szło o radziecką aprobatę? – może ktoś zapytać. Ze strony Gorbaczowa zapewne nie, wiele razy na tematy gospodarcze rozmawiał z Generałem, wzajemnie znane były poglądy, a szczególnie obawy i wątpliwości. Szło o co innego – reakcję krytycznie, by nie powiedzieć wrogo nastawionej do Gorbaczowa części kierownictwa KPZR. Można ich nazwać – porównując do Polski – partyjnym betonem. U nas nie wyrządził większych szkód, poza fermentem hamującym reformy gospodarcze, społeczne, a szczególnie polityczne. Tam, w ZSRR, wystąpił aktywnie, w postaci przewrotu Janajewa w 1991 r. O ich knowaniach też wiedział Generał, od Gorbaczowa i nie tylko. Przypomnę obawę Jana Pawła II, wyrażoną w rozmowie z Generałem, styczeń 1987 r.: „Dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy” – wspominał Generał.
Anielskie hufce, diabelskie hordy… rozum i rozsądek
Optyka patrzenia na 30 rocznicę Okrągłego Stołu przez pryzmat „anielskich hufców”, że w Solidarności, to oczywiste – górowała w mediach. Zwyciężali, tylko nie wiadomo nad kim, o czym Pan Krzysztof Janik pisze ze zgorszeniem, bo wręcz śladowo pojawiały się „diabelskie hordy”. Ale i te „hordy” nie były chyba aż tak „diabelskie”, jeśli dziś publicyści „słusznego chowu” III RP tego nie eksponują. Chwała im, za milczącą aprobatę starań władzy o porozumienie z solidarnościową opozycją, z jej betonem. Dobitnie to dostrzegła i oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji” – przypomina Robert Walenciak („Przegląd” nr 23). To także zagraniczna ocena starań władzy, reformatorskiego skrzydła PZPR na czele z Generałem. Najbardziej skrótowo można powiedzieć, iż premier rządu Wielkiej Brytanii obok Papieża-Polaka, Prezydenta Busha, Mitterranda i oczywiście Gorbaczowa ma wyraźny udział w polskim zwycięstwie rozumu i rozsądku. Po stronie władzy było go dostatecznie wiele, także cierpliwości w pokonywaniu podejrzeń i obłędnej wizji solidarnościowego wyjścia z kryzysu, w którym ma swój udowodniony udział. Generał oceniał to tak: „W Solidarności była warstwa, grupa przywódcza, która postawiła sobie za cel: socjalizm – nie. I szła do tego celu właśnie poprzez rebelię, poprzez działania destrukcyjne, anarchistyczne, mające na celu obalenie istniejącego porządku ustrojowego w Polsce. Jej błąd właśnie polegał i polega – zresztą po dzień dzisiejszy – na tym, że była przepełniona pychą, zarozumialstwem, przekonaniem o swej nieomylności, przekonaniem o słabości władzy. Była przepojona nienawiścią. A nienawiść, jak wiadomo, nie tylko oślepia, ale i ogłupia”.
Gdyby tak Opatrzność, może za radą Świętego Papieża-Polaka, zechciała użyć swej nadprzyrodzonej mocy i jasno pokazać nam, Polakom, jak Generał z zaświatów patrzy na obchody tej 30. rocznicy. Jestem pewien zafrasowanego, skupionego, zamyślonego Oblicza. Ale wierzę też niezłomnie, że pojawiłby się uśmiech, gdyby wspomnieć, że rozum i rozsądek zwyciężył jako Koalicja Europejska, za co należy się najwyższa chwała Włodzimierzowi Czarzastemu z gronem Kierownictwa SLD, Grzegorzowi Schetynie z Kierownictwem PO oraz jeszcze współpracującym PSL-em. W pewnym sensie byłoby to spełnienie tego życzenia Generała – „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej Lewicy. Z ciężarem jej win, ale i poczuciem jej dokonań. Pełniłem ten urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy Okrągłym Stole droga kompromisu, porozumienia, pojednania, jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.
Pozostaję z nadzieją spełnienia tego życzenia w jesiennych wyborach do naszego parlamentu. Kieruję więc do Państwa Czytelników prośbę o potrojenie wysiłków we wsparciu kierownictw SLD, PPS, PO, PSL – tu mając nadzieję, że sięgną po „chłopski rozum” i pójdą razem z Koalicją, nie zapominając o błędach i potknięciach, w pierwszej kolejności – swoich. Że do wyrażanej chętnie i głośno nadziei, dołączy intelektualny wysiłek – rozum i rozsądek.

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.

Wojciech Jaruzelski – CZŁOWIEK

Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakoś się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju… Mam spokojne sumienie, bo moje życie – choć ktoś może uznać je za złe czy nawet zbrodnicze – nie może mi jednego zarzucić, że dbałem o swoje osobiste, materialne usytuowanie.

gen. Wojciech Jaruzelski

 

Urodzony pod zodiakalnym znakiem Raka. Osoby takie – jeśli wierzyć horoskopom, charakteryzują się ogromną wrażliwości ą, łatwo ulegają wzruszeniom. Urażony rak, zamyka się w sobie. A jaki był Generał? Dość często spotykam się z pytaniem Czytelników – jakim był człowiekiem, na co dzień, w bezpośrednich kontaktach. Przytłaczająca większość Polaków jeszcze pamięta Generała z różnych wystąpień, emitowanych przez TVP i radio. Jawi się jako Osoba stanowcza wręcz nie przystępna, zamknięta w sobie, wypowiadająca krótkie, „wojskowe zdania”. Takim jest kreowany (ostatnio pokazał Marek Kalita w sztuce „Generał” – czy to Państwu się spodobało, jakie wywołało refleksje?) Ogląd medialny od rzeczywistości jest daleki, w tej sztuce wręcz wypaczony, by nie użyć mocniejszych słów! Generał lubił żarty, różne anegdoty, w czytanej literaturze pięknej – także zachodnich pisarzy, na swój sposób „łowił” odniesienia do współczesnej Polski i Polaków. Często, dla przykładu cytował Honoriusza Balzaka, który w połowie XIX wieku (1846 rok) w książce „Kuzynka Bietka” pisze: „pokaż Polakowi przepaść, a natychmiast w nią się rzuci. Myśli, że można wziąć z miejsca każdą przeszkodę i wyjść zwycięsko”.Był „wewnętrznie zorganizowany”, precyzyjny w słowie i myśleniu, do bólu odpowiedzialny. Takiego zapamiętałem z osobistych spotkań i wielowątkowych rozmów, przez okres prawie 20 lat.

 

Nadużycie wiarygodności… lizusostwo

Tu szczegół obrazujący te przymioty. W książce pt. „Wydrzeć prawdę”, Wyd. AH Pułtusk 2010, jest słowo wstępne Generała napisane do wydania I, z 1993 r. oraz tekst wprowadzający, w którym napisałem, że Gorbaczow „wyraził głębokie ubolewanie i przeprosił Polaków”. Generał „rzucił okiem” i podpisał go na szpitalnym łóżku 5 lutego 2010 r. Gdy po kilku tygodniach otrzymał książkę, przeczytał jeszcze raz tekst. Po czym odbył rozmowę – dla mnie „do bólu dojmującą”, pamiętam do dziś niemal każde słowo. Poszło o słowo „przeprosił”. Gorbaczow tego słowa nie użył 13 kwietnia 1990 r. na Kremlu. Fakt, nie słyszałem go od Generała. „Włożyłem” w usta Gorbaczowa, czym nadużyłem wiarygodności Generała. Tłumaczyłem jak mogłem, sięgnąłem po słownik języka polskiego w mieszkaniu Generała (do późnego wieczora trwała ta rozmowa). Mówiłem – Gorbaczow jest serdecznym przyjacielem Generała i Polaków (pokazała to wizyta w 1988 r.), a to słowo nie jest dla niego obraźliwe, nie szarga jego powagi. Że Polacy oczekiwali przeproszenia – tego słowa od ZSRR, od Rosjan. Że złagodzi nasz, polski, surowy, często skrajny – stosunek do Rosjan, za doznawane nie tylko w Katyniu, ale od wieków – krzywdy i upokorzenia. Że to słowo jest wyrazem zadośćuczynienia, także za półtora wieku zesłań na Sybir, doświadczył tego Generał z Rodziną, (Gorbaczow polecił postawić w Bijsku dwa pomniki: Polakom-zesłańcom na Sybir i Ojcu Generała). Że książka będzie dobrze przyjęta przez Czytelników (zachęcam do przeczytania). Zdawało mi się, że „jakoś” – historycznie, politycznie, rodzinnie oraz logicznie wytłumaczyłem, momentami widziałem to na twarzy Generała. Było odwrotnie! Poirytowany Generał powiedział, że dopuściłem się lizusostwa. Nie wobec Niego, bo mnie zna, rozumie moje intencje, ale wobec Polaków. Napisałem co chcą usłyszeć, co wcale nie jest prawdą. Polacy wciąż oczekują, że sąsiedzi, obcy mają przepraszać nawet za nasze, własne błędy, głupstwa, idiotyzmy. Tak nie wychowamy młodego pokolenia na ludzi odpowiedzialnych za siebie, za swoje czyny, za Polskę, którą „przejmą” po nas, którą będą rządzić. Taka „prawda nas nie wyzwoli”, a pogrąża w małości. Byłem ministrantem, pan też, co to znaczyło wtedy – kilka razy rozmawialiśmy obaj – przypomniał Generał. Na takim fałszu, chciejstwie, niewiele mającym wspólnego z prawdą, szczerością, uczciwością, na „chwilowym zapotrzebowaniu politycznym” często nas wychowywano. Czasami nawet bezwiednie sami temu ulegaliśmy, mamy więc we krwi. Zaprzeczycie Państwo tej tezie? Mało znacie „ubóstwianych” nazwisk, czynów, których dopuściły się osoby-mówiąc oględnie – o wątpliwej reputacji moralnej, choć często zajmujące eksponowane stanowiska publiczne. Przypomnijcie je sobie, przecież ich lista jest długa. Kończący się rok kalendarzowy (2018) z natury służy „obrachunkom z przeszłością”. Będzie on nam potrzebny na czas wyborów parlamentarnych.

Jak inaczej taką maksymę życiową Generała oceniać? Jako małostkowość, dbałość o mało istotne szczególiki, przesadną drobiazgowość? (o Katyniu napiszę później). A może uczciwość, rzetelność, odpowiedzialność – za słowo, każde! Nie tylko za czyn, jakim był stan wojenny! Tu sędziów z wiedzą na „poziomie piaskownicy” wciąż przybywa, oni „wiedzą najlepiej jak było”. A jak być mogło, co groziło – nie! Tu potrzebna jest wiedza i wyobraźnia o faktach, o procesach decyzyjnych, przewidywanie ich skutków, następstw – niekiedy nawet na przyszłe pokolenia. O tym za chwilę.
Żołnierz, oficer, a ja szczególnie  – mówił Generał – powinien być dokładny w słowie i uczciwy w postępowaniu (z tej rozmowy, notatek, mógłbym napisać kilka stron tekstu).

 

Odpowiedzialność za stan wojenny

„Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakość się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju” – wywiad z Katarzyną Szeloch. Na okładce książki „Stan wojenny. Dlaczego” (Wyd. BGW, Warszawa 1992), przeczytają Państwo takie wyznanie-„Jest sobota, 12 grudnia, minęła kolejna ciężka noc. Trudno ją nazwać nocą snu i odpoczynku. cały ten okres – zwłaszcza ostatnie tygodnie i dni – były udręką, koszmarem. Może jako żołnierz, nie powinienem ujawniać stanu swego ducha, ludzkiej słabości, która prowadziła do desperackich myśli. Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu. Ale to wspomnienie osobiste”.

Minęła kolejna rocznica stanu wojennego. Zwróćcie Państwo uwagę, jak media przypomną tę rocznicę, co wyeksponują z osobowości Generała, czy pokażą jakim wówczas był Człowiekiem. Czym ta decyzja była w wymiarze państwowym, narodowym, osobistym. Co z tej „lekcji historii” powinniśmy przekazać młodemu pokoleniu, jakie stąd wnioski płyną dla naszych następców, w sensie politycznego myślenia i odpowiedzialności.

Za sprawą wytoczonego z inicjatywy i zapobiegliwości IPN – procesu sądowego, jest szeroko znane poczucie odpowiedzialności Generała – tu zachęcam do przeczytania książki „Być może to ostatnie słowo”. Niezliczoną ilość razy Generał wypowiadał się publicznie i na piśmie, wyjaśniał okoliczności i uwarunkowania tej decyzji. Publicznie oraz w bezpośrednich rozmowach, przepraszał osoby skrzywdzone. Zwracam Państwu uwagę – przepraszał nie za stan wojenny, ale – powtarzam – osoby skrzywdzone! Stąd tylko skrótowo takie fakty.

Tragedia w Kopalni Wujek, gdzie zginęło 9 górników jest, i pozostanie swoistym znakiem, krwawym symbolem stanu wojennego. Pierwszą wizytę w kopalni Wujek Generał złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie z niezwykłą dozą wrogości odnieśli się do gościa. Pojawiły się transparenty z uwłaczającymi hasłami. Generał z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących oskarżeń i zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. W takiej rozentuzjazmowanej scenerii, trudno było o rzeczową rozmowę. Ale najważniejsza była obecność Generała. Miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią – powtórzę – pokora wobec cierpienia konkretnych ludzi! Na taką postawę mógł sobie pozwolić tylko człowiek formatu Generała. Delegacja górników z Jerzym Wartakiem została zaproszona na spotkanie do Belwederu. Rozmowa była długa, pełna szczegółowych opisów ówczesnych zdarzeń i refleksji natury ogólniejszej, w kategoriach racji środowiskowych, narodowych i państwowych.

Także bardzo osobiście wyznał to Papieżowi Janowi Pawłowi II, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego – „mówiłem bardzo szczerze o ciężarze, jaki wziąłem na swe barki 13 grudnia w pełni świadom tego, że ciężar ten będę już dźwigał do końca życia i że wielu ludzi zwróci się przeciwko mnie…, że w dniu 13 grudnia postąpiłem jak chirurg, który musiał amputować choremu nogę, aby ratować mu życie”, i że „całą odpowiedzialność biorę na siebie i z nikim nie zamierzam się nią dzielić”. Dziś, po 37 latach od tego stanu, zastanówcie się Państwo – czy Generał mylił się, popełnił błąd mówiąc o postępowaniu chirurga? Przypomnę – pisałem kilka razy – iż Papież rozpoczął tę rozmowę od słów: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Zechciejcie Państwo zastanowić się, co u Papieża mogło znaczyć słowo „patriota” w sensie człowieczeństwa, poczucia odpowiedzialności. Bo ta rozmowa odbyła się podczas stanu wojennego, a Papież znał jego dolegliwości. A jak Państwo rozumiecie słowo „patriota”, w tamtym kontekście i z historycznej perspektywy? Zapewne też Państwo wiedzą i pamiętają, iż Generał zeznawał w 2006 r., przed Trybunałem Rogatoryjnym, jako świadek świętości Papieża-Polaka. Zaś Tad Szulc w „Biografii Jana Pawła II” pisze, że pomiędzy Papieżem a Generałem „niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie, pod koniec lat 80.tych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”. Proszę, zechciejcie Państwo zastanowić się nad tymi słowami, pomyślcie – jakie oceny i opinie o stanie wojennym i Generale przekażecie swoim dzieciom i wnukom, naszej młodzieży. Jakie wartości należy cenić w chwilach trudnych, przełomowych.

Generał był CZŁOWIEKIEM wielu „ludzkich wymiarów”, świadomie piszę dużymi literami. Nie tylko przepraszał osoby dotknięte, wprost skrzywdzone, głównie moralnie przez stan wojenny.

W mowie obrończej przed Sądem mówił: „Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią. Każda nosi znamię konkretnych okoliczności, podlega stosownej do tego ocenie i osądowi. Każda zostawia w rodzinnej, a także społecznej pamięci, ból i bliznę… Różne przestępstwa, niegodziwości, nadużycia władzy, o jakich dowiaduję się po latach, nie dają mi prawa, nie pozwalają negować, wykluczać ich sprawstwa przez ludzi aparatu państwa. Mam świadomość własnego, moralnego ciężaru tej konstatacji”. Po napisaniu obszernego fragmentu pierwszej wersji tych myśli, w dyskusji nad innym ujęciem, Generał wspomniał mi jak dojmujący ból, jakiego dotąd nie znał poczuł w domu państwa Włosików. Postanowił z gen. Czesławem Kiszczakiem złożyć wyrazy żalu i ubolewania po śmierci ich syna Bogdana, nieumyślnie zastrzelonego przez funkcjonariusza SB. Wtedy pamięć przywołała obraz, gdy Matka mocno Go tuląc na Syberii, żegnała odchodzącego do wojska. Westchnął – jakiż ból musiała przeżyć ta Matka, „trzymając w ramionach martwe ciało Syna” (odniesienie do Biblii nasuwa się samo). Jednakże tego uczucia nie chciał wyznać przed Sądem, choć było do bólu szczere, zalecił zachowanie na inny czas, niestety, odszedł licząc, że prawda zwycięży.

Jacek Kuroń był internowany w Białołęce. Służba więzienna pozwoliła mu dzień przed śmiercią żony (Grażyna, „Gaja” Borucka-Kuroń, działaczka opozycji, zmarła w szpitalu 23 listopada 1982 r.), przebywać z nią. Na noc musiał wrócić do więzienia. Rano zmarła. Ten właśnie fakt – nie okazania człowieczeństwa „do końca” zabolał Generała (mówił o tym kilka razy podczas spotkań, także w bezpośrednich rozmowach ze mną). Panu Jackowi ubolewanie wyraził przy pierwszym spotkaniu. Później, kontakty Generała z rodziną Kuroniów były bliskie. Generał był na pogrzebie Pana Jacka w 2004 r. Kto nie wierzy, proszę sprawdzić w wypowiedziach p. Jacka po 1988 r., nigdzie nie mówi źle o Generale! A nawiasem zapytam Państwa – z jakich faktów, działań zapamiętany został Jacek Kuroń, jako Minister Pracy… w rządzie Tadeusza Mazowieckiego?

Izabella Cywińska (Minister Kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego): „Kiedy dużo później usłyszałem, jak ją zakuwano w kajdanki – wprost nie wiedziałem, co z sobą zrobić”, napisał Generał w książce „Stan wojenny” Ocenę tego faktu pozostawiam Państwu, gdyż pisanie o przeproszeniu, wręczaniu kwiatów, itp. byłoby po prostu nie na miejscu. Zaś o internowaniu napiszę szerzej w późniejszym czasie.

Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu.

Wiele razy mówił i pisał Generał: „Wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. Polacy stali się groźni sami dla siebie! W sensie historycznym – „przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, nie paląc za sobą mostów do przyszłych, pozytywnych rozwiązań”.
Stan wojenny był swego rodzaju klęską idei, myśli i nadziei Generała, że jako wojskowy i szef rządu, doprowadzi do porozumienia rozdarte waśniami społeczeństwo. To się nie powiodło. To była klęska. Każda klęska w rozumieniu wojskowym, w odczuciu żołnierza, dowódcy jest upokorzeniem. Dla Generała – dowódcy – była upokorzeniem szczególnym Ale stan wojenny to „zwycięska klęska”. Skąd ten neologizm, niewiarygodny paradoks, brzmiący nawet kłamliwie-nie trudno zapytać. Powtórzę – ta„chwilowa klęska” okazała się zwycięstwem rozumu i rozsądku nad emocjami, więcej, nad nienawiścią i wrogością. Kogo – zapyta ktoś. Milionów Polaków, członków partii – PZPR, stronnictw politycznych (ZSL, SD), wierzących i niewierzących, bezpartyjnych, także – podkreślam – członków Solidarności. To nie żadna grzeczność z mojej strony, to fakt, potwierdzany od lat sondażami opinii publicznej, w których jeszcze ponad połowa badanych Polaków o stanie wojennym wyraża się ze zrozumieniem, jako o konieczności Generał ma odwagę przyznać się do klęski jako zmarnowanej szansy porozumienia. Ma też tę subtelność charakteru, że o zwycięstwie nie mówi we własnej osobie, ale wszystkich – tych z prawej i lewej strony ówczesnej barykady, kładąc akcent na umiarkowanych działaczy Solidarności.

 

Przykłady z odleglejszej przeszłości…

Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia 1945 zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do ojca, m.in. napisał: „Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda /…/ łączyła nas szczera przyjaźń… Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych /…/ Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim”. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ, stacjonujący w Hrubieszowie.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5. K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana).
Podczas jednej z rozmów w gronie kombatantów, Generał wyznał: „Nie tyle dokuczają mi moje grzechy, choć popełniłem ich wiele, w różnym wymiarze, co brak stanowczości w ich naprawie. Krytyką powojennej przeszłości choć wielu oczekiwało – nie chciałem dać asumptu do rozdrapywania już zabliźnionych ran. Tu takie przykłady:

Generał August Fieldorf, „Nil”. Żona zwróciła się w 1972 r. do MON z prośbą o wskazanie miejsca pochówku męża (zginął 24 lutego 1953 r. w więzieniu, skazany na karę śmierci), gdyż zbliżała się 20 rocznica śmierci. Po rozmowie, Generał – wówczas Minister Obrony Narodowej, podjął starania, by ustalić stan faktyczny. Bez skutku. Wobec tego z polecenia Generała wykonano na koszt Wojska, na Cmentarzu Powązkowskim, przy głównej alei symboliczny grób. Spoczywa tam od kilku lat żona i córka. Kilka lat temu fakt ten opisał gen. Zbigniew Czerwiński, Szef Gabinetu MON, na łamach „Głosu Weterana i Rezerwisty”.

Pułkownik Michał Sadykiewicz. Był – jak Generał – żołnierzem frontowym, walczył na froncie wschodnim. Po wojnie służył na różnych stanowiskach, byli przyjaciółmi. Znane wydarzenia na fali „odżydzania wojska” wielu oficerom wyrządziły krzywdę. Pan Michał z rodziną musiał opuścić Polskę. Generał, wówczas Szef SG WP – nie podjął możliwych kroków, by ratować przyjaciela. Po latach wrócił do Polski, choć Generał nie tylko nad tym przypadkiem wyrażał szczerze ubolewanie-pozostali przyjaciółmi, także rodzinnie. Po śmierci Generała, od Michała i jego Żony poznałem wiele faktów, które pozwalają mi napisać, że ta przyjaźń, serdeczność i życzliwość była obustronna i dozgonna.

 

AK i PSZ na Zachodzie

Osobną kartę w życiorysie Generała można by zapisać stosunkiem do żołnierzy AK i PSZ na Zachodzie. Zechciejcie Państwo zauważyć, że ci żołnierze byli członkami Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), wielu spośród nich zostało odznaczonych, awansowanych, w dekadzie lat 60-80. tych. Może znajdzie się historyk i ujawni ilu spotkały te wyróżnienia, warto przypomnieć liczby i nazwiska, by mówić prawdę o AK, o władzach PRL, które jednak na różne – wtedy możliwe sposoby – naprawiały wyrządzone im krzywdy. Kto pamięta, że Przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawskich (zwracam uwagę na nazwę!) był gen. Radosław Mazurkiewicz (awansowany na ten stopień przez Generała), któremu za tę funkcję „koledzy” z AK czynili różne wstręty, włącznie z uznawaniem jako potwarz dla zgrupowania AK „Radosław”, którym dowodził w czasie Powstania.

A gen. Stanisław Skalski? Wrócił do Polski w stopniu majora. fakt, był szykanowany, więziony, skazany. Tu taka ciekawostka. Przed wyjazdem na 3-miesięczny urlop na wyspy Bahama, co „życzliwi” potraktowali jak ucieczkę, płk Skalski napisał prośbę o zwolnienie z wojska. Generał żegnał odchodzącego na emeryturę. Przy tej okazji zdementował plotkę o ucieczce, mówiąc: „Pan mi zaufał, dając 3 miesiące urlopu, to jak mógłbym takie świństwo zrobić”. Innym razem: „do Bonn Skalski jechał z Frankfurtu n/ Menem, dokąd przyleciał samolotem dzięki uprzejmości generała Jaruzelskiego, którzy przysłał do mnie adiutanta z biletem”. Zapewne to drobiazg, powiecie Państwo. A czy życie nie składa się także z „takich drobiazgów”, nie świadczą o człowieku, o nas samych. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po książkę „Stanisław Skalski”, Katarzyny Ochabskiej, skąd pochodzi powyższy cytat. Będzie to intelektualna „wycieczka w czasie”, a ręczę iż słowa wdzięczności dla Autorki będą Państwu nasuwać się same! Osoby zainteresowane, wprost dociekliwe zachęcam, by „poszperały” i ustaliły ilu żołnierzy PSZ na Zachodzie zostało awansowanych – nie tylko gen. Skalski – i odznaczonych w okresie PRL i osobiście przez gen. Jaruzelskiego.

Jeszcze jeden fakt. Uchwałą Rady Ministrów z dnia 26 września 1946 r. został o pozbawiony obywatelstwa polskiego gen. Władysław Anders. Drugą, z tego samego dnia też pozbawiono obywatelstwa polskiego generałów i oficerów wstępujących do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (łącznie 76 osób). Uchwały powyższe zostały odwołane: uchwałą Rady Ministrów nr 256/1 z 23 listopada 1971 r. (uchwała dot. Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia) oraz uchwałą Rady Ministrów z dnia 15marca 1989 r. Zainteresowani otrzymali pisemne zawiadomienia o tym fakcie i słowa przeprosin za te hańbiące decyzje. W 2006 r. obie uchwały rząd uznał za nie byłe. Nikt wtedy nawet się nie zająknął, że władze PRL, uczyniły to wcześniej, nie tylko urzędowo. Jest chyba nad czym pomyśleć, patrząc na dzisiejsze opluwanie tamtego czasu i ludzi tamtego okresu.

 

Kilka myśli… pod rozwagę

Michaił Gorbaczow w jednym z wywiadów wspomniał: „Jan Paweł II powiedział mi, że Generał to bardzo poważny i solidny człowiek. Na ostrym zakręcie, na którym znalazła się Polska, bardzo wiele dla Polski zrobił”. Na obchodach 60. rocznicy powstania Izraela rozmawiał z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu powiedział – „Czy rzeczywiście nie możecie rozwiązać problemu, już niemłodego, chorego człowieka – Generała, który wiele zrobił dla Polski. Poprosiłem o otoczenie chorego Jaruzelskiego opieką. Komu to wszystko jest potrzebne?”

Biskup Polowy WP, podczas mszy żałobnej, nauczał: „pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Minęło już ponad 4 lata od śmierci Generała. Odpowiedzcie sobie Państwo na te pytania? Spróbujcie wskazać w czym tkwi istota, sens naszego, polskiego „człowieczeństwa i chrześcijaństwa”, nie tylko wtedy, podczas pogrzebu, ale ta na co dzień, pomyślcie, zachęcam! Osobiście widziałem tych „człowieków” i chrześcijan, pod Katedrą Polową, których jakże nabożne wrzaski było słychać w Kościele. Wielu spośród nich w stanie wojennym zaledwie mogło tylko być dziećmi. Pokaz szacunku wobec majestatu śmierci, nie tylko Zmarłego dali na Cmentarzu Powązkowskim. O nich Prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski, mówił-„nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach”.

Czas grudniowy, czas świąteczny i noworoczny sprzyja różnym podsumowaniom i ocenom. Żywię nadzieję, iż lektura tej publikacji nie będzie czasem straconym, a Państwu pozwoli na podzielenie się swoimi myślami w gronie najbliższych – z młodzieżą szczególnie.

Jan Paweł II wobec spraw polskich

Nasuwające się z tytułu pytanie – co św. Jan Paweł II uczynił dla „spraw polskich”? – wielu Czytelników może uznać za nie na miejscu. Przecież przed kanonizacją 27 kwietnia 2014 r. dziennikarze, publicyści i przytłaczająca większość polityków we wszystkich mediach i na wszelkie możliwe sposoby wymieniali nie kwestionowane zasługi.

 

Wydana wówczas, tj. w 2014 r. uchwała SLD wskazywała, iż Jan Paweł II „troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

Jubileusz 40. rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, pozwala zatrzymać uwagę Państwa Czytelników na kilku kwestiach państwowo-politycznych w powojennym okresie polskiej historii.

 

Papież o granicy i polskości Ziem Zachodnich

Dość wspomnieć, że o kształcie terytorialnym i narodowościowym Polski po zakończeniu II wojny światowej zdecydowali trzej zwycięscy alianci. Nie słuchając zdania rządu londyńskiego (było przeciwne), postanowili o przyznaniu Polsce ziem po Odrę (początkowo traktowanych jako oddane nam tylko „w administrowanie”) i tu oparciu jej zachodniej granicy, co także było rozumiane jako tymczasowe. Jeszcze trwała konferencja w Poczdamie, gdy 28 czerwca 1945 r. ci alianci uznali za polityczno-prawny fakt powołanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i jednocześnie cofnęli rządowi londyńskiemu taką rekomendację reprezentowania Polski. Tej decyzji nie uznało kilka państw europejskich, wśród nich Watykan. Skutkiem tego – od przedwojnia – Watykan uznawał jurysdykcję biskupów niemieckich na tych ziemiach. Oczywiście, miała ona charakter tytularny, formalny, bo z wiadomych względów innego mieć nie mogła. Władzę faktyczną sprawowali biskupi polscy. O zmianę tej sytuacji, a faktycznie uznanie „istniejącej rzeczywistości”, przez kilka lat zabiegał w Rzymie kard. Andrzej Maria Deskur, przyjaciel Jana Pawła II, z którym 13 stycznia 1987 r. spotkał się gen. Wojciech Jaruzelski i podziękował za włożony wysiłek i pomyślny finał. A była nim decyzja Papieża Jana XXIII nadająca polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” podczas jego kanonizacji w 2014 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo – Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, o czym świadczą późniejsze fakty.

Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” (kilka razy pisałem o tym wcześniej).

Podczas wizyty w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał omówili kwestię zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”.

Witając Papieża na Zamku Królewskim (czerwiec 1987) Generał mówił: Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego. Po uroczystości powitalnej, Gość i Gospodarz rozmawiali 70 minut w cztery oczy. Papież wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem.

Biskup diecezji szczecińsko-kamieńskiej Kazimierz Majdański, były więzień Dachau, który wiele lat poświęcił umacnianiu polskości na Pomorzu Zachodnim w maju 1990 r. był gospodarzem wielkiej uroczystości patriotyczno-religijnej w Siekierkach nad Odrą z udziałem Generała. W homilii wygłosił taką refleksję: Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego. Warto wspomnieć, iż słowa te padły na kilka miesięcy przed ostatecznym uregulowaniem sprawy granicy zachodniej (Moskwa, wrzesień 1990 r.). Dla polityków, opinii publicznej jeszcze „widocznie były potrzebne”.

 

Porozumienie narodowe życiową potrzebą

Nie rozmijając się zbytnio z rzeczywistością, porozumienie narodowe można uznać za kamień węgielny polityki wewnętrznej dekady lat 80. Wynika to choćby z exsposé Premiera, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który 12 lutego w Sejmie, mówił o potrzebie „normalizacji życia, jako najpilniejszym zadaniu. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Liczył, że „działania rządu spotkają się ze zrozumieniem i poparciem ze strony Kościoła i chrześcijańskiego ruchu społecznego. Episkopat Polski daje dowody takiego podejścia”. Przemówienie Premiera było uważnie czytane, niektórzy mówią, że wręcz studiowane-właśnie przez Episkopat. Stąd można wnioskować, iż jego treść i komentarze były znane w Watykanie. Jerzy Kuberski (Kierownik Urzędu do spraw Wyznań) wspominając tamten czas, mówił o zainteresowaniu osobą Premiera-Generała.

Szukano odpowiedzi na pytanie – kim jest nowy Premier, na co może go być stać, do czego zmierza. Pamiętam – mówił Jerzy Kuberski – jak biskup Kazimierz Majdański (…) podkreślał, że kiedy Generał był dowódcą dywizji w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry. Nawiasem mówiąc, Jan Paweł II z okazji 800. lecia, w 1983 r. nadał jej godność bazyliki mniejszej. Episkopat z uznaniem odnotował, iż Generał jesienią 1980 r. zniósł służbę wojskową alumnów, która od 20 lat była kością niezgody między rządem a Kościołem. Rząd także zniósł ograniczenia w sferze budownictwa sakralnego. W wystąpieniach Generała nie znaleziono przykładu krytycznej wypowiedzi o Kościele. Obok wiedzy o nauce w gimnazjum Księży Marianów na Bielanach i drodze frontowej, tworzyło to dla Kościoła, osobiście i Papieża, zachęcający zaczyn przyszłej współpracy Rządu i Episkopatu na rzecz narodowego porozumienia. Nie należy zapominać, iż w okresie PRL – jak pisał Generał – Kościół był dla władzy i przeciwnikiem i sojusznikiem. (…) Przeciwnikiem – na oczywistym gruncie sprzeczności ustrojowo – doktrynalnych i różnych tego społeczno – politycznych reperkusji. Stąd też różne formy walki, niegodziwości, czego jaskrawym przykładem zbrodnia-zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. (…) Kościół był sojusznikiem na gruncie nadrzędnych, narodowych interesów, przeciwdziałania niebezpiecznej destabilizacji, łagodzeniu różnych sprzeczności, torowaniu drogi ku porozumieniu.

Jest wiele dowodów, iż Jan Paweł II w Watykanie uważnie śledził toczące się w Polsce wydarzenia na linii rząd-Solidarność. Prawdopodobnie ich analiza pozwoliła w encyklice „Laborem exercens” zawrzeć takie refleksje: Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy…muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. (…) Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki (…) Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać (…) zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa. Sięgnijcie Państwo pamięcią do tamtego czasu i pomyślcie – czy Papież mylił się, czy napominał Solidarność, wręcz wzywał do umiaru i rozsądku. Czy nie warto o tym mówić naszej młodzieży?

Choć podobnie jak Episkopat wspierał Solidarność, to krytycznie patrzył na jej poczynania, czemu dał wyraz na spotkaniu z jej delegacją w lutym 1981r. w Watykanie mówiąc: Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za to wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna. Przez pryzmat „dobra Ojczyzny” oceniał także działania Rządu i Premiera – Generała. 14 października 1981r. przyjął w Castel Gandolfo Józefa Czyrka, Ministra Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, ale o jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, widząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” Józefa Glempa i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981 roku. Nazajutrz, Prymas udał się do Rzymu, gdzie Papież poparł takie formy współpracy Kościoła z władzą i opozycyjnym związkiem zawodowym. Oceniam, że po tej rozmowie Józefa Czyrka, inicjatywie Rady i Spotkaniu – choć nie przyniosło pilnie potrzebnych efektów, za co istotną odpowiedzialność ponosi Kierownictwo Solidarności – Generał i jego rząd zyskali pozytywną opinię w oczach Papieża. Znamienne są słowa z Komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu: Kraj nasz znajduje się w obliczu wielkich niebezpieczeństw. Przesuwają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką. Czy w tej ocenie Episkopat mylił się, wprowadzał w błąd Papieża i społeczeństwo? Czy zagrożenie widział tylko ze strony władzy czy także z szeregów Solidarności? Czy to nie była dobitna przestroga? Jak się okazało – wypowiedziana na dwa tygodnie przed stanem wojennym, ale o tym za chwilę.

Papież kilka razy w rozmowach z Generałem wracał do Solidarności, do warunków życia, losu zwykłych ludzi. Akcent ten dość mocno zabrzmiał 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w powitalnych słowach Generała: Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć? (…) Nie lękamy się osądu potomnych, będzie sprawiedliwy. Na pewno bardziej wyważony niż wiele współczesnych ocen. (… ) Kiedy państwo słabnie lub pogrąża się w bezrządzie – cenę płaci naród. My w Polsce tę historyczną prawdę znamy aż nadto dobrze. Przyświecała ona i przyświeca naszym działaniom. Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy osądzamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła. Nie ona zepchnęła kraj na krawędź katastrofy. Podczas rozmowy w Sali Pompejańskiej Belwederu, która rozpoczęła się od słów Papieża Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą, Generał poinformował Gościa, iż obecna konfiguracja geopolityczna, wielkie uzależnienie gospodarcze – szczególnie w dostawach ropy, gazu i innych surowców od ZSRR – nie daje żadnych szans na samodzielność. Kraj wiele miesięcy żył strajkami, „z czego chleba nie przybywało”, a niszczyły gospodarkę. Sankcje Zachodu „pchały nas jeszcze bardziej w objęcia RWPG”. Nasi sąsiedzi – CSRS i NRD – też mieli swoje kalkulacje, by do Polski wkroczyć. Pamięta wrażenie Papieża, „szczerze zmartwionego, zatroskanego. Chyba nie w pełni znał dramatyzm grudnia 1981 roku”. Na wywody Generała wyrażał ojcowską troskę o tych, którzy ucierpieli najbardziej, (…) mówił o podmiotowości społeczeństwa, aby wszelkie konflikty społeczne łagodzić i rozwiązywać stopniowo, (…) by chronić Ojczyznę przed niepotrzebnymi wstrząsami. Do tych myśli Papież nawiązał we Wrocławiu, mówiąc w homilii: Cały naród polski musi żyć we wzajemnym zaufaniu, a to zaufanie opiera się na prawdzie. Cały naród polski musi odzyskać to zaufanie, w najszerszym kręgu swej społecznej egzystencji. Przejrzystość słów zarówno dla rządzących jak i rządzonych jest oczywista, a mnie nie wypada pytać – o jaką prawdę chodzi dziś politykom, skoro podnoszona w tej publikacji sfera wiedzy jest oględnie mówiąc pomijana lub opacznie komentowana.

Gdy Papież pielgrzymował po kraju, Generał w jednym z wywiadów mówił: My, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację. (…) Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady (…) czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków (…) nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację. Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Nawiasem mówiąc, kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo” pisze, że Papież „złagodził odrobinę tekst Apelu”. Dowodzi to Wielkości Jego Świątobliwości, zrozumienia intencji władz. Do tej rozmowy – spotkania Papieża i Generała – doszło na Wawelu, 22 czerwca wieczorem. Generał mówił: Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego. (…) Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym, (…) że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji. (…) Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, o Solidarności”. Rozwinął i pogłębił opinie wygłaszane podczas pielgrzymki, w kontekście historycznym sięgał „po czasy przedrozbiorowe”. Dyskutując o politycznych trendach, roli związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej, Papież opisał biedę w Meksyku i skonstatował: Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą. Generał ocenia, iż Papież akceptował ustrój w „krystalicznej formie”, wytykał jego „wykoślawienia”. Tu zachęcam Państwa Czytelników – wielokrotnie przypominajcie te słowa Papieża znanym opluwaczom PRL. Wyjaśniajcie, tłumaczcie ich historyczny sens młodemu pokoleniu.

Podczas rozmowy z Generałem w Watykanie (1987 r.) Papież stwierdził: Dla mnie delegalizacja Solidarności jest boleśniejsza, niż wprowadzenie stanu wojennego. Bowiem nie ma prawdziwej demokracji, bez wolnych i silnych związków zawodowych (to myśl z encykliki „Laborem exercens”, 1981 r.). Generał przyznał rację, przypomniał też ówczesną sytuację i zapytał: „Co stałoby się w kraju, gdyby rozhuśtała się ulica?” Analizy radzieckie na długo przed 13 grudnia wskazywały, że w ulicznych starciach oraz porachunkach może zginąć ok. pół miliona Polaków. Powtórzył, że odpowiedzialność za stan wojenny będzie dźwigał do końca życia, że wielu ludzi stanie przeciwko, ale w sytuacji Polski w 1981 roku, nigdy nie postąpiłby inaczej. Dla normalizacji sytuacji uczyni wszystko, ale wymaga to czasu „aż zbyt gorące głowy ochłoną”.

Na zakończenie III pielgrzymki, Papież i Generał rozmawiali przez 55 minut w salonie recepcyjnym na Okęciu. Była to kontynuacja spotkań, które stały się tradycją, świadczyły o dobrze układających się stosunkach Państwo – Kościół. Papież podzielił się obserwacjami, mówiąc, że ludzie sprawiają korzystne wrażenie, widać, że im się nie przelewa. (…) Nie ma biedy, nie ma bezdomnych, (…) Miejmy nadzieję, że będzie im się żyło lepiej i godniej. Generał podzielił tę nadzieję, a poprawa bytu, lepszego jutra Polaków nieustannie leży mu na sercu. (…) Władza pracuje nad porozumieniem z Solidarnością, które od pewnego czasu staje się „rodzajem warunku” w rozszerzeniu kontaktów z Zachodem. Zbliżeniu różnych środowisk, także opozycyjnych i władzy, służy powołanie Rady Konsultacyjnej, której członkami są osoby blisko związane z Kościołem. Generał mógł liczyć, że Papież, Kościół w Polsce wesprze te starania. Że nie były to nadzieje płonne, czas dobitnie pokazał.

Kolejne, ósme spotkanie odbyło się w 2001 r. Papież – choć schorowany (z trudem chodził i mówił) – przyjął Generała w przededniu 20. rocznicy stanu wojennego. Papież z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami byłych działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych. Papież kręcił głową z niedowierzaniem. Rozmowa – podobnie jak poprzednie – upłynęła w serdeczniej atmosferze. Okazała się być ostatnią.

 

Dramat stanu wojennego

Na wstępie ciekawostka. Gdy na początku listopada 1981 r. uciekł do USA zdrajca Ryszard Kukliński, szef CIA wysłał do Papieża przedstawiciela z informacją, że Polsce grozi stan wojenny i „stosownymi sugestiami”. Jak wynika z udostępnionych wspomnień agentów, Papież uważnie go wysłuchał, podziękował za wiadomości, ale nie zajął stanowiska. Można tylko domyślać się powodów tego wymownego milczenia zważywszy, że na bieżąco znał sytuację w kraju z relacji Episkopatu i mediów. Wiedział, że poczynania Solidarności nie ułatwiają rozwiązywania nabrzmiewających problemów. Że wbrew własnej wizji roli i działalności związku zawodowego, zapisanych we wspomnianej encyklice, strajki zaczynają „paraliżować całe życie społeczno-ekonomiczne”, doprowadzą do „konieczności pomocy odpowiednich środków prawnych”. Jak wiemy, 30 października 1981 r. Generał przedstawił Sejmowi „środek prawny” – projekt ustawy o nadzwyczajnych pełnomocnictwach m.in. zawieszający prawo do strajku na okres do 30 marca 1982 r.

Nie został on rozpatrzony, o czym przesądził bezprecedensowy krok Prymasa. Wobec groźby strajku generalnego Solidarności, wystosował list doręczony posłom. Czy Papież mając m.in. wiedzę od CIA, liczył się z użyciem siły – trudno dociec. Pamiętajmy, że rok wcześniej, gdy groziła zbrojna interwencja, telefonicznie rozmawiał z Leonidem Breżniewem. Teraz sytuacja wewnętrzna była inna – to Polacy stawali się groźni sami dla siebie! Ze strony opozycji – ultimatum strajkowe oraz żądanie oddania władzy politycznej i państwowej. Ze strony władzy – wyczerpanie inicjatyw porozumień. I co dalej? Nie znam dokumentów wskazujących o czym Papież myślał, gdy pomysł z Radą Porozumienia po Spotkaniu Trzech upadł. Prawdopodobnie przyjął założenie, iż Generał – którego jeszcze osobiście nie znał – nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Inaczej mówiąc, zaufał odpowiedzialności Generała. To absolutnie nie oznacza, że „z góry” aprobował stan wojenny, a szczególnie użycie siły. Może jedynie świadczyć, że w tamtej sytuacji – poza dialogiem, porozumieniem, które stawały się fikcją – nie widział logicznego wyjścia. Ale to tylko domysł, a odpowiedź zna tylko Papież. Zaś cytowane słowa „Generał-patriota” zdają się ów domysł potwierdzać. Dziś wiemy, że nigdy i nigdzie nie potępił Generała, a wyrażał się ze zrozumieniem o koniecznościach władzy, wciąż apelując, by ludziom oszczędzać cierpienia.

Nie ulega wątpliwości – jak mówi Generał – że 13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako „człowiek stanu wojennego” odczułem to bardzo osobiście. O tym co dzieje się w Polsce, różne „rewelacje” wypisywała zachodnia prasa. Biskup Bronisław Dąbrowski, 22 grudnia 1981 r. rozmawiał z Papieżem, a relację zawarł w książce „Rozmowy watykańskie” – (Instytut Wydawniczy PAX, 2001), gdzie pisze: Po podpisaniu umów w Szczecinie i Gdańsku inne ośrodki robotnicze nie chciały być gorsze, dlatego naciskały na władze i nowe umowy podpisywano. Wałęsa był przeciwny, ale go nie słuchano. (…) Solidarność wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.) (…) zebranie Mazowsza w Politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 roku. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach Solidarności nie dały wyniku (szczególnie w dniu 9 grudnia spotkanie u ks. Prymasa) (…) Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji. Opinia niektórych doradców o przebiegu obrad była podobna. I dalej: Ojciec Święty pytał o różne wydarzenia, o jakich mówi radio i TV włoska oraz piszą gazety. Stwierdziliśmy, że dużo w tym przesady, a nawet sfałszowania faktów. Tym lepiej, powiedział Ojciec Święty i dodał – widzicie, jak konieczny był wasz przyjazd, szkoda, że nie wcześniej. Męczę się tym, że nie znam prawdziwego stanu rzeczy. Tego dnia Biskup spotkał się też z kard. Casaroli. Pytał on – cytuję – Czy to prawda: że w Radzie Wojennej są Rosjanie (Kulikow), że gen. Jaruzelski bliski rozpaczy, że zabitych jest bardzo wielu, że internowanych przetrzymuje się w namiotach, że wywożą aresztowanych do Rosji, że biskupi nie mogą poruszać się po Polsce, że p. Mazowiecki nie żyje, że Wałęsa jest chory psychicznie. Wyjaśniłem wszystko zgodnie z rzeczywistością. Jako swoisty „fakt” mający potwierdzić rzekomą apokalipsę w Polsce podano, że zamordowany został Tadeusz Mazowiecki, za duszę którego 14 grudnia odprawił mszę żałobną w Katedrze Notre Dame w Paryżu kard. Jean Marie Lustiger. Udział wzięły nawet wybitne osobistości francuskie. Fakt ten publicznie dementował sam „uśmiercony”, choć w książce „Rok 1989 i lata następne”, nie wspomina, czy rozmawiał o tym z Papieżem.

Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk w książce „Świadectwo i służba”, m.in. pisze: Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski. Nie przeprowadziłem nigdy rozmowy z Jaruzelskim na temat stanu wojennego. Ale musimy sobie z jednego zdać sprawę, że gdyby zarówno Jaruzelski, jak i cała ówczesna ekipa rządząca nie podjęli pewnych kroków i trudnych decyzji, wówczas bieg wydarzeń byłby trudny do przewidzenia. Każdy z nich poniósłby konsekwencje.

W 1993 r. Generał był w Rzymie na sesji Forum Światowej Polityki. Przy tej okazji gospodarze zorganizowali promocję książki pt. „Stan Wojenny. Dlaczego”. Papież przyjął Generała na prywatnej audiencji. Podczas rozmowy kolejny raz wrócił temat stanu wojennego. Widać, że leżał Papieżowi na sercu. Wtedy Generał podzielił się taką oceną: Do 13 grudnia mogło nie dojść, gdyby żył prymas Wyszyński, a Papież był w pełni sił (po zamachu wracał do zdrowia). Tylko ci dwaj wielcy Polacy, byli w stanie zdyscyplinować grupę najbardziej radykalnych działaczy, aby usiedli z nami przy stole i rozmawiali, zamiast podgrzewać nastroje. Rozwój wypadków uczynił go ostatecznością.

Generał nie jeden raz mówił, iż wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. W sensie historycznym – przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, „nie paląc za sobą mostów” do przyszłych, pozytywnych rozwiązań. Było to zwycięstwo rozumu, rozsądku nad emocjami. Polacy pod przewodem Generała okazali się „mądrzejsi przed szkodą”. W tej „mądrości” są niepodważalne zasługi: Papieża, Kościoła, Rządu, liberalnego skrzydła partii (PZPR) i stronnictw politycznych, członków Solidarności.

Wiadomo z wiarygodnych źródeł, że Papież nie pomijał żadnej okazji, by zachodnim politykom i dyplomatom przypominać o dolegliwościach sankcji gospodarczych. Widział, że polską gospodarkę wpisano w polityczną walkę ze Wschodem. Nawiasem mówiąc, do czasu zniesienia stanu wojennego (22 lipca 1983 r.), szkody spowodowane różnymi formami sankcji osiągnęły sumę 13 mld dolarów. I znów ciekawostka – Ronald Reagan 7 czerwca 1982 r. złożył Papieżowi wizytę (upamiętnia ją forma pomnika w Gdańsku). Zaoferował pomoc żywnościową drogą charytatywną. Papież podziękował i nie omieszkał przypomnieć o konieczności ulżenia doli wszystkich Polaków. Natomiast odrzucił możliwość dotacji dla podziemnej Solidarności kanałami watykańskimi, informując gościa, że ma stały kontakt z rodakami.

 

Na zakończenie

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem – pisał Generał.

Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił: Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, którzy w tamtych trudnych dniach byli zjednoczeni tą samą troską o prawa człowieka, tą samą świadomością, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim. (…) Dzisiaj zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja. (…) Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu.

Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku” – napisał Generał. Zapamiętał Papieża jak pięknie słuchał, z jaką cierpliwością, uwagą. Nigdy nie przerywał. Ujmował rozmówców wrażliwością na ludzkie krzywdy i ludzką niedolę. Podróżując po świecie, zobaczył tej biedy niemało. Ta wrażliwość była zgodna ze społeczną nauką Kościoła. Ideały socjalizmu, te nie wypaczone, niewiele od tej nauki odbiegają.

Warto jeszcze przytoczyć niezwykle refleksyjną myśl prof. Stefana Wilkanowicza: „Serca Polaków są blisko Papieża, ale głowy od niego daleko”.

A co Państwo o tym myślicie? Jakie myśli, refleksje i nauki stąd płynące w 40. rocznicę pontyfikatu i 100-lecie odzyskania Niepodległości przekażecie swoim dzieciom i wnukom?

 

***

Jubileusz 40.lecia wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża media upamiętniły transmisją okolicznościowych koncertów. Pojawiły się różne ciekawostki i wspomnienia o duchowych nawróceniach i uzdrowieniach oraz myśli, iż metropolita krakowski zostanie „kiedyś” następcą św. Piotra. Redakcja uważa, iż szczególnie godne i ważne zapamiętania są odniesienia do nas i o nas – Polakach i Polsce. Mają one swą wymowę i znaczenie dziś, gdy dopiero co decydowaliśmy o przyszłości samorządnej Polski – naszych „małych Ojczyzn”. Stąd publikujemy wypowiedź gen. Wojciecha Jaruzelskiego, która obrazuje myślenie Papieża i Generała w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

 

***

 

Moje spotkania i rozmowy z Janem Pawłem II

 

…Co pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski… Miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje…

 

Wracam często myślą do naszych spotkań i rozmów, zachowując w pamięci moralne przesłanie i patriotyczną troskę głowy Kościoła o pomyślność Polski, o demokratyczny humanistyczny kierunek przeobrażeń.

W Ojczyźnie, w Europie, w wielu krajach, na wszystkich kontynentach, Wielki Syn naszego narodu zaskarbił sobie szacunek, uznanie i szczerą sympatię milionów ludzi. Szczególnie cenny jest intelektualny i moralny wkład Waszej Świątobliwości we współczesną filozofię pokoju, w idee sprawiedliwości społecznej i braterstwa, tak bardzo dziś potrzebne światu”.

Rozpocząłem swoją wypowiedź właściwie od końca, od zacytowania fragmentu listu, który skierowałem 15 maja 1990 r. do Jana Pawła II, w siedemdziesiątą rocznicę Jego urodzin.

A co było przedtem?

Nazwisko Karola Wojtyły zaczęło pojawiać się coraz częściej w pierwszych latach siedemdziesiątych. W moim środowisku politycznym mówiono wówczas, że jest to wyjątkowo utalentowany – ale jednocześnie trudny jako partner władz – hierarcha Kościoła.

Wynik konklawe był wielkim zaskoczeniem. Wiadomość o wyborze Papieża-Polaka dotarła do mnie w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR. Jego uczestnicy przyjęli tę informację z całą powagą. Z jednej strony było poczucie satysfakcji, rzekłbym nawet dumy, z drugiej zaś – zatroskanie, jak wybór ten wpłynie na skomplikowane przecież w owym czasie stosunki między państwem i Kościołem w naszym kraju. W sumie jednak byliśmy zgodni, że mamy do czynienia z wydarzeniem o wielkiej doniosłości, czemu należy dać stosowny, godny wyraz. I tak też się stało.

Później z rosnącą uwagą obserwowałem działalność Jana Pawła II. Przebieg pierwszej papieskiej wizyty w Polsce w 1979 roku śledziłem – tak jak miliony Polaków – w środkach masowego przekazu. Podczas drugiej wizyty byłem już w innej sytuacji. Był to czas trudny – trwał jeszcze stan wojenny, co prawda już zawieszony, ale formalnie nie zakończony. Wiem, jak głęboko Jan Paweł II przeżywał nasze polskie dramaty. Wymieniliśmy na ten temat kilka listów.

Pierwsze nasze spotkanie odbyło się 17 czerwca 1983 roku w Belwederze. Byłem silnie przejęty wyjątkowością tej chwili. Po powitalnych przemówieniach odbyła się dłuższa rozmowa. Papieżowi towarzyszył prymas Polski arcybiskup Józef Glemp. Ze strony władz uczestniczył przewodniczący Rady Państwa prof. Henryk Jabłoński i ja. Przedstawiłem naszą ocenę sytuacji, płynące z niej wnioski i zamierzenia. Papież słuchał z uwagą. Przekonałem się w czasie naszych wszystkich spotkań, że umie słuchać, że chce dobrze zrozumieć, wniknąć w głąb intencji swego rozmówcy. To bardzo ujmujące. Czy też, że – wypowiadając się jasno, zajmując konsekwentne stanowisko – nie czyni tego w sposób apodyktyczny, lecz spokojnie, perswazyjnie, gotów życzliwie wysłuchać racji rozmówcy, a niekiedy nawet wprowadzić szczyptę subtelnego humoru.

Może zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu „panie generale”. Jako żołnierz, wielce to sobie ceniłem i cenię.

Jak Jan Paweł II potrafił przemawiać, wiedzą dziś już nie miliony, ale chyba miliardy ludzi. Jak potrafi rozmawiać, wiedzą znacznie mniej liczni. Cieszę się, że dane mi jest do tych należeć. Odbyliśmy pięć dłuższych rozmów: wspomniana wyżej w Belwederze i następna na Wawelu pod koniec wizyty; kolejna w styczniu 1987 roku w Watykanie; wreszcie w czasie trzeciej papieskiej pielgrzymki w Polsce na Zamku Królewskim w Warszawie oraz kilka dni później przed odlotem, w pawilonie na lotnisku Okęcie.

Trudno w tej krótkiej wypowiedzi-co więcej, nie mając upoważnienia Papieża – przedstawić szeroko przebieg i treść tych rozmów. Jednak ich klimat, istota i przesłanie zostały mi głęboko w pamięci.

Gdy wracam myślą do rozmów z Janem Pawłem II, nieodmiennie mam poczucie ich wielkiej wagi. Każda była jakby krokiem naprzód, kolejnym etapem wzajemnego poznania i zrozumienia. Oczywiście były różnice, a zwłaszcza inaczej rozkładane akcenty. Trudno się temu dziwić – inny był punkt wyjścia, na wiele spraw spoglądaliśmy z odmiennej perspektywy. Dziś przyznaję, że

Papież umiał patrzeć dalej, głębiej.

Co jednak pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

Karol Wojtyła jest niezwykle mocno związany z Ojczyzną. Wrażliwy na wszystko, co się w kraju dzieje, żywo reagujący na bieg polskich spraw, głęboko odczuwający całą ich złożoność, historyczne i współczesne powikłania. W naszych rozmowach Jan Paweł II niejednokrotnie wracał z bólem do epoki rozbiorów, do czasów okupacji. Odwołując się do minionych doświadczeń, wskazywał zło, na błędy, które przyczyniły się do nieszczęść Polski. Jednocześnie odwoływał się żarliwie do tych wielkich kart naszej historii, z których powinniśmy czerpać naukę, aby we współczesnym, skomplikowanym świecie stanąć jako naród i jako władza na wysokości zadania.

Pierwsze lata osiemdziesiąte były i w międzynarodowym, i w polskim wymiarze trudne. Rozkręcała się spirala zbrojeń, zaostrzały się stosunki między Wschodem i Zachodem. Odbijało się to wielce niekorzystnie na naszej polskiej sytuacji. Mówiliśmy o tym z troską. Ale właśnie na tym tle widziałem coraz pełniej szczególne, osobiste zaangażowanie Papieża w sprawę pokoju i zbliżenia między narodami.

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania jej godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem.
Z uwagą wsłuchiwałem się w te opinie, bowiem w swej intencji i istocie były mi bliskie. Chodziło przecież o porozumienie narodowe, o współpracę wszystkich Polaków – „niezależnie od tego, skąd kto pochodzi”. Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku.

Pragnę w tym kontekście przytoczyć fragment listu, który Jan Paweł II skierował do mnie 22 listopada 1989 r.: „Panie Prezydencie, Niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

Mam głęboką nadzieję, że w słowach tych można odnaleźć echo tego, co dla mnie stanowiło o szczególnej wartości naszych spotkań i rozmów.

Papież niejednokrotnie dawał dowody, że rozumie dylematy władzy, jej obiektywne ograniczenia. Potrafił dostrzec i docenić każdy przejaw dobrej woli, krok ku lepszym rozwiązaniom. Stanowiło to cenne wsparcie dla pomyślnego rozwoju stosunków państwo – Kościół oraz państwo polskie – Stolica Apostolska.

We wszystkich rozmowach z Janem Pawłem II wyczuwałem Jego głębokie identyfikowanie się z losami Polski. Ujmowało mnie to, że stojąc na cele Kościoła Powszechnego, spełniając swoją uniwersalną misję, znajdował zawsze właściwe miejsce, czas i formę, aby zamanifestować swoją polskość. Dziś widać, jakże wyraziście, iż pontyfikat Papieża-Polaka przybliżył Polskę światu, niesie jej dobre imię, na wszystkie kontynenty.

Mówił: „Myślą i sercem nie przestałem być z narodem, z którego wyszedłem i do którego należę”. I zawsze o tym zaświadczał, jak choćby wówczas, gdy – świadom dotkliwych skutków, jakie naszemu społeczeństwu przynoszą restrykcje ekonomiczne – zapewniał mnie, że daje temu stosowny wyraz w kontaktach z mężami stanu państw zachodnich. Wykazywał nieustanną troskę o to, aby Polska zajmowała godne miejsce wśród narodów Europy i świata. Ze szczególną uwagą śledził to, co działo się w bezpośrednim otoczeniu naszego kraju. Żywo i życzliwie interesował się przebiegiem „pierestrojki”, jej szansami i zagrożeniami, nawiązywał do wspólnej słowiańskiej genealogii narodów tej części Europy. Świadomość geopolitycznych uwarunkowań naszego kraju wyrażała się również w zainteresowaniu problematyką niemiecką. Watykański punkt widzenia był ze zrozumiałych względów bardziej uniwersalny, ale Papież okazywał daleko idące zrozumienie dla ocen, które dyktuje polska racja stanu.

Jan Paweł II zna współczesny świat. Nie tylko ten bogaty, ale i biedny. Potrafi wznieść się ponad poziom tych, którzy na rzeczywistość polityczną czy gospodarczą patrzą w sposób biegunowy, posługując się do jej opisu tylko białym lub czarnym kolorem. Dostrzega wady i zalety różnych systemów społeczno-politycznych i ekonomicznych. Jest niechętny wszelkim postaciom monocentryzmu politycznego i kolektywizmu materialistycznego. Ale jest także wysoce krytyczny wobec organizacji społeczeństwa opartego na zasadach skrajnego indywidualizmu i konsumpcjonizmu, w którym gubi się sens ludzkiej wspólnoty. Z dużą też wrażliwością reaguje na plagi społeczne, na niesprawiedliwość, bezrobocie, nędzę i niedostatek. To niezwykle ważne składniki papieskiej refleksji nad współczesnym światem.

Dla Jana Pawła II oceną, miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje. To bardzo bliska mi myśl. Powinna być ona dla wszystkich Polaków cenną inspiracją do działań rzeczywiście służących przyszłości.

Wojciech Jaruzelski

 

Powyższy tekst ukazał się w książce gen. Wojciecha Jaruzelskiego „Przemówienia 1990”, opublikowanej przez wydawnictwo MADO, Toruń, 2002.

 

 

Zwycięstwo w Moskwie

„Granica Polski na Odrze i Nysie jest dziś uznawana przez cały świat, łącznie z Niemcami, jako ostateczna zachodnia granica Polski. Wielką, a przemilczaną przez prawicę polską rolę, odegrał w tym Generał Wojciech Jaruzelski” – Zygmunt Broniarek.

 

Krzysztof Wasilewski napisał – »„Fakt, że po 73 latach od zmiany granic nikt poważnie nie zastanawia się nad ich rewindykacją, to przede wszystkim zasługa tamtych ludzi i tamtego państwa”(„Przegląd”, nr 21, 21-27maja 2018r.). Ta celna ocena i zarazem refleksja w publikacji, „Ziemie Odzyskane – historia sukcesu”, skłania do namysłu właśnie nad tego „sukcesu historią”. Do próby odpowiedzi na pytanie – dlaczego w III RP prawicowi historycy, politycy i publicyści przemilczają „zasługi tamtych ludzi”, w tym Generała i „tamtego państwa”. Uczynią to Państwo, po zapoznaniu się z tekstem. Zatrzymam w nim uwagę na dekadzie lat 80. Zaś do sprawy zachodniej granicy Polski w latach 1941 – 1970, odniosę się w tekście prezentującym „drogę Polski” do Traktatu z 7 grudnia 1970 r.

 

Szantaż czy realna groźba

Generał wiele razy nawiązywał do początku lat 80. – czasu przed stanem wojennym, przypominając pytanie radzieckich notabli – „kto wam zagwarantuje granicę zachodnią?” Faktycznie, trzeba przyznać, wbrew „chciejstwom” polityków po 1989 r. – ZSRR od 1945 r. był jej stanowczym „promotorem”, co potwierdza np. Winston Churchill w pamiętnikach t. VI. .Napisał wielce wymowną konstatację: „W 1981 r… mieliśmy powody do obaw, że sytuacja w Polsce budziła w moskiewskich kołach politycznych nie tylko zniecierpliwienie. Pojawiły się tam głosy, aby pójść dalej w stosunkach z Niemcami, z pominięciem Polski. Raz były to gesty do NRD, innym razem do RFN”. („Stan Wojenny. Dlaczego”). Jednakże szczegółów swoich obaw nigdzie nie wyjawił. Byłem zdania, iż mógłby przedstawić tę sprawę w mowie obrończej przed Sądem w 2008 r., jako dostrzegalny przez tę władzę rodzaj zewnętrznego zagrożenia, szantażu. Jako rodzaj argumentu ZSRR „przed światem i Europą”, gdyby podjął decyzję, do jakiej polskie władze nie chciały dopuścić, z jaką realnie się liczyły (pisałem w poprzednich tekstach). Argumentowałem, iż to dowód, że ZSRR wobec naszego rozchwiania „nie żartował”, traktując zachodnią część naszego kraju jako „zakładnika”, swoistą „daninę” wobec zachodniej krytyki „sojuszniczej pomocy”. Dziś powiemy – znając część archiwów – że to jeden z wielu ewidentnych dowodów realizmu obaw polskich władz. Po kilku dniach rozważań „za i przeciw” oraz dyskusji, Generał doszedł do wniosku, by w przygotowywanej „mowie” tę kwestię zapisać sygnalnie. Natomiast podnieść, rozwinąć i uzupełnić o dostępne źródła w ew. odpowiedziach na pytania Sądu (na pytania prokuratora nie miał zamiaru odpowiadać, o czym poinformował Sąd). Widział w takim podejściu dwa główne aspekty.
Pierwszy – polityczny. Był szczególnie ważny w rozmowach z radzieckimi. Stawiali pytanie, a sens ich gwarancji miał „dotyczyć jedynie sojuszniczej, stabilnej Polski”(jak było w CSRS z „Ententą”, niech Państwo sobie przypomną). Zapewne liczyli na inteligencję Polaków. Raz tylko zdarzyło się podczas ćwiczenia „Sojusz-81”. (pisałem w jednym z poprzednich tekstów), gdy gen. Heinz Hoffman (minister obrony NRD) w rozmowie z Generałem sondował kwestię zmiany granic państwowych, sytuując to na tle historycznym. Generał z kolei chciał poznać istotę myślenia władz NRD, głównie Ericha Honeckera. Nie był pewien, czy Hoffman zbyt ostrożny nie chciał powiedzieć „słowo za dużo”. Czy takim podejściem nie sondował opinii Generała o ew. „korekcie” granicy (oczywiście na rzecz NRD). Tego Generał nie chciał ujawnić, milczeniem dawał do zrozumienia – „nie ma tematu”. Zaprezentował znane stanowisko – sprawy wewnętrzne rozwiążemy własnymi siłami, liczymy na zrozumienie, pomoc gospodarczą, jesteśmy w jednym sojuszu polityczno-gospodarczo-obronnym. Wtedy, czyli w 1981 r., „odżyły” dawne „dokładności kontroli” korzystania z toru wodnego w Zatoce Pomorskiej. Były składane na karb nadgorliwości i różnych niuansów urzędników NRD, którzy dawali tym wyraz swojego stanowiska wobec „solidarnościowej nowoczesności” i widocznej ostrożności władzy. Generał uznał, iż temu nie należy nadawać rangi politycznej, państwowej, między Polską a NRD. Wniknięcie naszych władz morskich w tę kwestię w latach 70. ujawniło, niedopatrzenie polskich urzędników podczas wytyczania podziału szelfu w Zatoce Pomorskiej po wojnie. Dawało podstawę prawną NRD do jej interpretacji na swoją korzyść. Podjęte pertraktacje jeszcze nie skutkowały, świadczą źródła archiwalne. Do 1980 r. nie było z tym poważniejszych problemów, zaczęły się już po stanie wojennym. Czym to tłumaczyć? Po latach, mówił Generał, że wpływ miała nasza osłabiona pozycja w bloku i coraz silniejsze „impulsy” zjednoczeniowe. Erich Honecker, można się tylko domyślać, chciał mieć swój „terytorialny” wkład. Ale na Kremlu zaszły istotne zmiany personalne. Ekipa z początku lat 80. nie zawsze nam przychylna, choć nie „wroga”, co dziś należy szczególnie podkreślić by dobrze zrozumieć, w ówczesnym uwarunkowaniu Wschód-Zachód, zmieniła się. Michaił Gorbaczow prywatnie i na forum międzynarodowym okazywał zrozumienie dla Polski, dla Generała, zainteresowanie zmianami jakie u nas następują, co wielu nie chce dostrzec. Trzeba pamiętać, iż w 1987 r. oświadczył Prezydentowi RFN, że dwa państwa niemieckie są realnością, co według ZSRR stanowi warunek stabilności i pokoju w Europie. Nie było więc jeszcze(!) dla „zjednoczeniowych” sygnałów aprobaty.
Na tle korzystania z toru wodnego dochodziło coraz częściej do ostrych spięć, nawet do angażowania marynarek wojennych Polski i NRD. W tej kwestii wiele interesujących faktów znają i posiadają oceny wysocy oficerowie Marynarki Wojennej z dekady lat 80. Generał rozmawiał z Honeckerem we Wrocławiu 26 czerwca 1988 r. „Postawiłem sporny problem w sposób zasadniczy, nawet dramatyczny” – napisał we wspomnieniach. 22 maja 1989 r., podczas wizyty w Berlinie podpisał umowę o wytyczeniu tej granicy. „To był ostatni moment. Po wyborach w Polsce 4 czerwca 1989 r., NRD by nie ustąpiła” – wspomina.
Ważny był też inny szczegół. Wiedza o sposobie myślenia sąsiadów pochodziła w części, co oczywiste – z naszych źródeł wywiadowczych w NRD, CSRS, ZSRR i zachodnich, głównie francuskich i niemieckich. Była zbyt cenna, by opacznie ją narażać na ujawnienie. Z kolei podejmowanie sprawy granicy z radzieckimi – okazji było wiele – dałoby do myślenia, że ich swoisty szantaż granicą odnosi skutek. A przecież wobec Kremla obowiązywała zasada – panujemy nad sytuacją i nie możemy dać poznać po sobie, że jest inaczej; musimy mieć wiąż aktualną ocenę sytuacji w kraju i racjonalne argumenty, wychodzące także naprzeciw obawom sojuszników. Tu żelazna zasada. Ich obawy muszą być traktowane nad wyraz poważnie i spotykać się z realnymi, mądrymi argumentami, bez krętactwa, kłamstwa czy innych „wybiegów słownych”. Po latach, wielu „podwórkowych znawców” nazywa takie postępowanie„służalczością”. Tu logikę myślenia zastępuje się wytrychem, „komunistyczna propaganda”. Wielu, zdawałoby się poważnych historyków poznało dostępne źródła archiwalne, ale nie chcą zrozumieć, iż przedstawiciele władzy, na czele z Generałem, byli i do końca pozostali Polakami, zdolnymi także prowadzić „inteligentną grę myślową”. Na moment odejdę od głównego wątku, podając taką ciekawostkę. Jest radziecki dokument polityczny – dwie wersje protokołu z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 21 listopada 1981 r., które znacznie się od siebie różnią. „W jednej wersji tekstu znajduje się informacja, że omówiono z Wojciechem Jaruzelskim kwestie pomocy wojskowej, a w innej – że Jaruzelski upierał się, iż Polska własnymi siłami poradzi sobie z opanowaniem sytuacji” – pisze Iniessa Jażborowskaja (patrz książka „Białe plamy czarne plamy, sprawy trudne w relacjach polsko – rosyjskich 1918-2008, Wyd. PISM 2010). Zdaniem historyków znających „technologię” tworzenia dokumentów w ZSRR mogło być tak, że tworzono dwie wersje, aby zależnie od potrzeb wykorzystać jedną z nich do przedstawienia opinii publicznej w konkretnej sytuacji. Tak postąpiono w 1979 r., podczas wprowadzania wojsk radzieckich do Afganistanu. Czy daje to „coś” do myślenia „lepiej wiedzącym” – jakie jest Państwa zdanie?
Drugi – sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie, czy te przemyślenia znali najbliżsi współpracownicy. Otóż, nie. To nie brak zaufania! Gorąca atmosfera, szczególnie w sferze słownej, nie pomijając pozostałych – politycznej, gospodarczej, społecznej na linii „Solidarność” – władza – zagraniczni sojusznicy – mogłaby doprowadzić do wręcz nieprzewidywalnych następstw (kilka razy pisałem, iż można toczyć spór, kto bardziej – Praga czy Berlin zachęcały Moskwę do udzielenia nam „bratniej pomocy”). Nie zapominajmy, że służby specjalne, nie tylko sąsiadów – miały u nas „pełne ręce roboty”! Splot różnych bieżących zdarzeń i do tego na swój sposób interpretowana sprawa zachodniej granicy także przez Polaków, choćby tych, mieszkających w zachodniej części kraju (pisał wspomniany K. Wasilewski) mogła stać się zapalną iskrą do bratobójczych wystąpień wewnętrznych. Co więcej – zwracam uwagę na to „gorąco słowne”, wręcz podejrzliwość, „chciejstwo mojej racji”. W odbiorze zagranicznym być może wywołałaby takie skojarzenie. „A jednak, Polacy nie są pewni zachodniej granicy”, stąd decyzja Poczdamu (Ziemie Zachodnie w „czasowe administrowanie”) jest do „dyskusji”, do podważenia, mimo traktatu z 7 grudnia 1970 r. Czyli jest sprawą otwartą, powiedzmy dziś wprost-„kartą zapłaty”. Ktoś może zapytać – komu i za co? Oczywiście NRD – za „wierność” Moskwie. Czy całe Ziemie Zachodnie? To zależałoby od sytuacji. Decyzje mogły być różne, np. oddanie tylko rejonu Bogatyni CSRS, a może też spornej części Śląska Cieszyńskiego? NRD – tylko Świnoujścia, może jeszcze Szczecina. Przypomnijcie sobie Państwo dyskusję sprzed kilku miesięcy o reparacjach. Pojawił się Szczecin w kontekście oddania, kto tak myślał? To „właściwa lekcja”, na kogo nie oddawać wyborczego głosu. Ktoś rozumnie zapyta o skalę realności takich obaw. Czy dosłownym, wieloprzymiotnikowym szczęściem Polaków i Polski nie jest spokojna dywagacja w sensie polityczno-państwowym (złożoności myślenia i odpowiedzialności Generała), narodowym, ludzkim o takich i podobnego formatu sprawach? Czy to zbyt mała satysfakcja z wartości zwycięstwa rozumu, jakie pozostawił Generał i władze PRL? A czy Historia nie dostarcza przykładów „dowodów wdzięczności”, np. Obwód Kaliningradzki (proszę sięgnąć do tekstu „Mąż Stanu”, wypowiedź Jana Karskiego). Pomyślcie Państwo! Generał wielokrotnie, podczas różnych spotkań podkreślał, iż jako zwiadowca walczył o te ziemie, był tu ranny, a przede wszystkim przekonany o słuszności postępowania naszych władz w latach 1945-1990.
Pomyślcie Państwo, czy nie warto zastanawiać się przed wydaniem – zdawałoby się „pewnej” oceny potępiającej dany fakt czy zdarzenie z okresu bezpardonowo opluwanego PRL, także przedstawicieli „tamtych władz”. Czy nie warto wciąż uczyć nasze dzieci i wnuki „historycznego myślenia”, szacunku dorobku swoich dziadków i rodziców, „tamtych władz”?

 

Ku zjednoczeniu, a nasza granica…

Polityka odprężeniowa Michaiła Gorbaczowa zdjęła „gorset uścisku” z suwerenności państw bloku wschodniego. W RFN ożywiła impulsy zjednoczeniowe, które – podkreślam – po podpisaniu traktatów z Polską i ZSRR w 1970 r. nie wygasły. Można zaryzykować tezę, że stały się swoistym bodźcem ku pamięci, że Niemcy żyją w dwóch państwach i czekają na zjednoczenie. Sprzyjał im w RFN Kanclerz Helmut Kohl, który publicznie uznawał się tego rzecznikiem. Z kolei w NRD także nie brakowało coraz śmielszych głosów ku zjednoczeniu. Były one uważnie obserwowane i słuchane na Zachodzie. Tu taki fakt. Podczas rozmowy, 11 czerwca 1989 r. w Chequers, w swoim domu – Pani Thatcher – według Wiesława Górnickiego, do Generała apelowała, „żeby pod żadnym pozorem, Polska nie godziła się na zjednoczenie Niemiec”. Pani Thatcher twierdziła, że głos Polski w tej sprawie jest bardzo ważny”. Podobno w torebce nosiła mapkę obrazującą różne kształty terytorium Niemiec w przeszłości. Pokazała ją w grudniu 1989 r. prezydentowi Francji François Mitterrandowi w Strasburgu, komentując, że „Nie za bardzo dobrze wróży to na przyszłość”. Jej sprzeciw i prezydenta Francji wobec zjednoczenia Niemiec spotkały się ze zrozumieniem prezydenta USA (od 20 stycznia 1989 r., George Bush).
U nas zjednoczenie było odczytywane jako znak zapytania wobec granicy i Ziem Odzyskanych. Dobitny przykład podaje Generał: Pamiętam dwie podróże, jakie wówczas jako prezydent odbyłem wzdłuż dolnej Odry – od Kostrzynia do Szczecina. Setki, tysiące spotykanych ludzi wyrażały głębokie zaniepokojenie o przyszłość swoją i kraju, o polskie Ziemie Zachodnie. „Panie Generale – pytano – co z nami będzie”. Wciąż stoi mi przed oczyma wielka uroczystość patriotyczno-religijna w maju 1990 r. w Siekierkach nad Odrą. Biskup Kazimierz Majdański wygłosił piękną homilię. Powiedział wówczas: „Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego? Myśleliśmy identycznie („Stan wojenny. Dlaczego”).Obawy takie wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, biskupa wrocławskiego Bolesława Kominka, czy jego następcę kardynała Henryka Gulbinowicza, o których Generał wyrażał się z szacunkiem i uznaniem.
Polska obawiała się o swój kształt terytorialny, militarne bezpieczeństwo – Zachód o wzrost potęgi gospodarczej zjednoczonych Niemiec. Politycy, szczególnie francuscy i brytyjscy oficjalnie popierali tendencje zjednoczeniowe, poufnie byli im przeciwni. Liczyli na Polskę, która miała historyczne powody, by stanowczo wypowiadać sprzeciw. Dla nas była okazją, ostatecznie uregulować to, co pomyślnie rozpoczął Władysław Gomułka. Tym bardziej, że Kanclerz Kohl nieustannie naciskał, przyspieszał” – szeroko pisze Generał w tekście „Historyczny wiraż” (Rozmowy dyplomatyczne Wojciecha Jaruzelskiego. Wyd. MAG, Warszawa 2006)

 

Rozmowa Prezydenta z Kanclerzem

12 listopada 1989 r. odbyła się w Warszawie wielce znacząca rozmowa Prezydenta PRL, gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Kanclerzem Helmutem Kohlem. Temat od pewnego czasu był i „gorący”, i wiadomy: stosunki polsko-niemieckie. Spojrzenie w przeszłość, ale głównie teraźniejszość i przyszłość. Obaj rozmówcy – doświadczeni politycy – doskonale wiedzieli, że okres pierestrojki Gorbaczowa wzbudził „impulsy zjednoczeniowe” w NRD. Odpowiednio wzmocniły je wydarzenia w Polsce 1989 r. Kanclerz skwapliwie je podchwycił. Prezydentowi dawał do zrozumienia, że sprawę zachodniej granicy należałoby odłożyć na później – do uregulowania w „traktacie pokojowym” zjednoczonych Niemiec z Polską. Na takie rozwiązanie nie było zgody ani Prezydenta, ani Premiera, co Kanclerz usłyszał wyraźnie i dobitnie. Prezydent mówił, że Polska zastanawia się nad konsekwencjami zjednoczenia dla własnej gospodarki, nad ewentualnymi tego kosztami. Choć Kanclerz Kohl w rozmowie czynił wiele uspokajających gestów, nie przekonał realistycznie patrzącego na bieg zdarzeń Prezydenta. Obecny przy tej rozmowie Premier Tadeusz Mazowiecki, powiedział później Generałowi – „czy Pan Prezydent nie sformułował niektórych ocen zbyt ostro?”
25 lutego 1990 r. podczas konferencji prasowej dla dziennikarzy w Camp David, Kanclerz Kohl (wizytę składał prezydentowi USA) w słowie wstępnym, m.in. powiedział: „Granica polsko-niemiecka może być ostatecznie zatwierdzona tylko przez parlament ogólnoniemiecki. Ale nie powinno to być okazją do przesuwania granic w Europie”. Zygmunt Broniarek zapytał: „Czy więc ta druga część pańskiego stwierdzenia oznacza, że uznaje pan tę granicę za ostateczną”? Dalej relacjonuje: „Kohl, powtarza, co powiedział wcześniej, ale nie odpowiada na moje pytanie. Prezydent Bush odpowiadając na inne pytanie, niejako uzupełnia wypowiedź Kohla słowami – «Jeżeli zaś chodzi o granicę polsko-niemiecką, to Stany Zjednoczone, zgodnie z Aktem Helsińskim, uznają ją za ostateczną»”. Tu wyjaśniam – Akt Helsiński, to Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) przyjęty przez 35 państw (z wyjątkiem Albanii), w tym USA i Kanadę 1 sierpnia 1975 r. Wśród 10 zasad bezpieczeństwa (tzw. I koszyk) zawarto nienaruszalność granic i integrację terytorialną.

 

Prezydent Bush podzielił obawy Generała

Szybko pojawiły się znaki zapytania nad szczerością Kanclerza. Kilkanaście dni po rozmowie z Prezydentem, głosił „10 punktów”, swoisty plan zjednoczenia Niemiec, gdzie mówi o wymogach gospodarczych wobec NRD, ale o granicach ani słowa. O takim „obrocie sprawy” Generał rozmawiał z Gorbaczowem – jak wspomina, „był zbulwersowany” postawą Kohla, który zapewniał, że nie będzie sztucznie przyspieszał sytuacji, co może grozić destabilizacją w tej części kontynentu. Gorbaczow zapewnił Prezydenta Polski, że dobrze rozumie te racje i podniesie je podczas rozmowy z prezydentem USA na Malcie, 2 grudnia 1989 r. Słowa dotrzymał. Prezydent Bush nie tylko podzielił obawy Generała, ale i wyraził pełne poparcie dla jego trójczłonowej koncepcji, obejmującej:
– ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski;
– zjednoczenie Niemiec;
– zakończenie II wojny światowej w Europie.
Michaił Gorbaczow 4 grudnia 1989 r. w Moskwie, podczas posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego Układu Warszawskiego, poinformował Generała o pozytywnym dla Polski wyniku rozmowy z Prezydentem USA. Podzielił się też z Generałem wrażeniami, ze spotkania z Janem Pawłem II, który zapewnił go, że „Stolica Apostolska nie będzie popierać działań destabilizacyjnych w krajach Europy Wschodniej”. Przypomniało to Generałowi rozmowy z Papieżem w latach 1983 i 1987, podczas których problem niemiecki, zwłaszcza granicy na Odrze i Nysie, był stale obecny.

 

Wizyta delegacji polskiej we Francji

Generał wspomina, iż „9 marca udałem się wraz z Tadeuszem Mazowieckim i Krzysztofem Skubiszewskim do Paryża. W Paryżu miała odbyć się konferencja «2+4» (dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa – moje GZ). Z opinią Prezydenta Mitteranda liczył się Kanclerz Kohl. Była to udana podróż. Mitterrand w pełni podzielił nasze stanowisko w sprawie ostatecznego uregulowania tematu – zachodnia granica Polski. Dał temu publiczny wyraz na wspólnej konferencji prasowej. Dowiedzieliśmy się, że strona zachodnioniemiecka, że Kanclerz Kohl był tym mocno zdegustowany. Jednakże na drodze zagwarantowania naszych żywotnych interesów głos Francji stanowił ważny fakt”. Właśnie – „głos Francji”, skłania do przypomnienia. Prezydent Francois Mitterrand 4 grudnia 1985 r. prywatnie przyjął w Pałacu Elizejskim Generała. Po wizycie, Generał uzyskał zrozumienie naszych spraw (było to 2,5 roku po stanie wojennym), a na Zachodzie opinię poważnego polityka.

 

Moskiewskie traktaty

Zgodnie z „politycznym kalendarzem” na 1990 rok, 17 lipca w Paryżu, w ramach konferencji 2+4, na szczeblu MSZ (Polskę reprezentował Krzysztof Skubiszewski) RFN (Kanclerz Kohl) podpisał protokół, w którym zrezygnował z warunku traktatu pokojowego zjednoczonych Niemiec z Polską.
Ta rezygnacja z traktatowego uregulowania sprawy tej granicy na „linii” Polska-Niemcy, jednocześnie otworzyła drogę by ostatecznie uregulować tę sprawę po myśli układu poczdamskiego z 1945 r. Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat o ostatecznej regulacji polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Dopiero w styczniu 1991 r. „nowe Niemcy” podpisały traktat z Polską, tym samym otwierając nową kartę w nowoczesnej historii obu państw.
Ten „moskiewski traktat” – ma moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach zmaterializowała się. Traktat ten jednocześnie symbolicznie zakończył II wojnę światową w Europie. Jest „Pieczęcią Historii” na okresie dziejów, które zdały „pokojowy egzamin”. Mimo to, jak odnotował Generał: „Pojawiają się głosy, że problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej był przez «komunę» wyostrzany sztucznie, w imię własnych politycznych interesów. Przytaczam więc słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego opublikowane w „Rzeczpospolitej” z 22 sierpnia 1996 roku. W czasie listopadowej (1989) wizyty w Polsce – pisał Nowak-Jeziorański – Kanclerz Kohl odmówił zajęcia stanowiska w tej żywotnej dla Polaków sprawie…W rokowaniach z czterema mocarstwami zaś powrócił do tezy, że istniejące umowy między Polską a NRD i RFN (uznające granicę na Odrze i Nysie) stracą ważność z chwilą zjednoczenia Niemiec. Tylko parlament zjednoczonego państwa – twierdził Kanclerz – będzie miał prawo podjąć decyzję w sprawach terytorialnych. Wynikało z tego, że Niemcy chcą rozpocząć rokowania od zera i prowadzić je z pozycji siły, tylko z Polską, bez udziału i wpływu wielkich mocarstw»”. Prezydent, Tadeusz Mazowiecki i polscy dyplomaci z Krzysztofem Skubiszewskim na czele, skutecznie zapobiegli takiemu pomysłowi Kanclerza – chwała im za to! „Mam poczucie wielkiej satysfakcji – pisał Generał-, w tym przełomowym momencie zdała egzamin współpraca – jak mówią Francuzi «cohabitation» Prezydenta i Premiera. Mówię to z wielkim szacunkiem dla Tadeusza Mazowieckiego, jego odwagi i rozwagi. Słowa te adresuję do tych wszystkich osób, polityków z Solidarności, którzy potrafili wznieść się ponad osobiste urazy w imię nadrzędnych, narodowych celów”. O tym milczą polscy historycy. Czyżby postać Generała, Premiera Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego (spoczywa w Panteonie Narodowym Świątyni Opatrzności Bożej), osób, polityków, dyplomatów Solidarności rozumiejących tamten czas – źle im się kojarzyła, teraz nie „pasowała” do politycznych potrzeb? Co Państwo myślicie – zbliżamy się do centralnych uroczystości 100. lecia Niepodległości.

 

Polityczne refleksje, oceny, wnioski…

Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków, sił w kraju, za granicą oraz swoim autorytetem ten frontowy żołnierz tak „uwieńczył dzieło” – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej, właśnie takim traktatem pokojowym. Wielu z Państwa może zdziwić stwierdzenie – symboliczne zakończenie II wojny światowej. Ktoś może zapytać – czy od 12 września 1990 r., powinniśmy mówić, że tego dnia zakończyła się II wojna światowa? Militarnie zakończyła się w Europie 8 maja (wg wschodniego czasu, 9 maja) 1945 r. Na Dalekim Wschodzie, 2 września 1945 r. To są fakty niepodważalne.

Polityczne decyzje o nowej mapie granic i rozmieszczenia ludności (przesiedlenia z Kresów Wschodnich, wschodniej Polski i na wschód od Odry) zapadły w Poczdamie, gdzie usankcjonowano ustalenia z Teheranu i Jałty. Moskwa w 1990 r. traktatowo, politycznie o randze międzynarodowej, a nie między państwami – zamknęła sprawy odłożone „na później”. Była to nasza zachodnia granica, inaczej mówiąc – „polityczne oddanie” nam „historycznej własności”, czyli Ziem Zachodnich. Tu może ktoś zapytać o „historyczną własność” czyli Kresy Wschodnie, odłóżmy ten wątek do grudnia. „Zdjęła” też z Niemiec „terytorialną karę” za wywołanie II wojny światowej, dopuszczając do ich zjednoczenia. Wcześniej, bo po porozumieniu z Francją zagłębie Saary w 1957 r. wróciło do NRF. Zjednoczenie to sprawiło, iż wojska ZSRR stacjonujące w NRD i Polsce od 1945 r. oraz w CSRS od 1968 r. zostały wycofane do kraju, gdyż ich obecność straciła polityczno-militarny sens, to odrębny temat.
Trzeba tu przypomnieć, iż Poczdam dał jednocześnie polityczną podstawę podziału-głównie Europy, ale i świata na dwa przeciwstawne polityczno-militarno – gospodarcze bloki. Rywalizacja między nimi na wielu płaszczyznach, powszechnie znana jako zimna wojna, w której Polska – z konieczności była uczestnikiem, odcisnęła swe piętno, o zróżnicowanej skali, przez minione 45 lat. Faktycznie, ale i politycznie – w Moskwie 12 września 1990 r. – choć nie podpisano żadnego traktatu – zakończyła się zimna wojna. Stosunki Zachodu z Federacją Rosyjską po 1990 r. często noszące wyraźne znamiona zimnej wojny, mają już inny wymiar. Dość wspomnieć stosunki Polska – Rosja po 1990 r. Znacie je Państwo z autopsji. Jestem tu serdecznie wdzięczny Panu Andrzejowi Ziemskiemu za recenzję czterech książek prof. Witolda Modzelewskiego o tych stosunkach („DT” z 7-9 września br.), zachęcam Państwa do powtórnego jej przeczytania. Jednocześnie, przepraszam Pana prof. Bronisław Łagowskiego, iż nie cytuję bogactwa myśli, refleksji historycznych, porównań i odniesień zawartych w trzech książkach: „Polska chora na Rosję”, „Fałszywa historia, błędna polityka”, „Państwo z nikąd”. Skłaniam się ku przeglądowi naszej polityki wschodniej po 1990 r., gdzie te pozycje zostaną wyeksponowane. By Państwa tymi pozycjami zainteresować, taki cytat: „Trzeba rozróżnić politykę antyrosyjską i rusofobię. Ta pierwsza może zawierać element racjonalnej kalkulacji, trafnej lub błędnej, zależnie od poziomu umysłowego rządzących. Fobia natomiast, jako irracjonalne uprzedzenie, pełne lęków i ślepej wrogości, utrudnia dostosowanie polityki do zmiennych warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Wrogość do Rosji nasila się od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, że może przyjść umiarkowanie”. Bardzo zachęcam Państwa do pozyskania tych pozycji poprzez Redakcję „Przeglądu”. Nie będzie to czas stracony, a wysokiej jakości uczta intelektualna.

 

ZWYCIĘSTWO!

Droga do tego Zwycięstwa – świadomie piszę wielką literą – nie była autostradą, tak po 1945 roku (napiszę o tym w grudniu br.), jak i w dekadzie lat 80. Nie brak na niej pomyłek, potknięć i wątpliwej trafności prognoz. Finał, w języku sportowym „meta”, nastąpił powtórzę – 12 września 1990 r. w Moskwie. To swoista lekcja nauki perspektywicznego myślenia władz PRL – dla zajadłej grupy prawicowych historyków, polityków i prawników, dla przyszłych pokoleń Polaków. To wiekopomna zasługa dla Polski, a laurowy wieniec wdzięczności należy się setkom przedstawicieli PPR (PZPR), PPS (także w PZPR), PSL (ZSL) sprawujących – wraz z PZPR władzę przez 45 lat PRL. Personalnie uosabiał ich w 1945 r., Bolesław Bierut (Poczdam); Władysław Gomułka, lata 1945-1948 (Poczdam i Minister Ziem Odzyskanych), w 1956 r. (Październik), 1968 (CSRS, „Operacja Dunaj”) i 1970 r. (Traktat z 7 grudnia); w dekadzie lat 80. gen. Wojciech Jaruzelski.
Dla niewielu – na szczęście! – członków Lewicy, wynoszących doświadczenia z lat PRL oraz znaczącej grupy „historycznie bojowej” młodzieży, opierającej swe przekonania na bałamutnej, zakłamanej „narracji” po 1989 roku – są one poważną przeszkodą, jeśli nie barierą w rzetelnej ocenie dorobku Polski Ludowej. Tym samym są przeszkodą w zrozumieniu obecnej rzeczywistości. Czasami odnoszę wrażenie, jakby po 1989 r. kierownictwa PPS i PSL z nadmierną ostrożnością, czasami wręcz milczeniem odnosiły się do dorobku swoich przedstawicieli wspólnie z PZPR. Czyżby obawa przed współodpowiedzialnością za błędy tej, kierowniczej formacji? Fakt, dojmującym ciężarem, wręcz dosłownym bólem, odcisnął się stalinizm i bratobójcza walka pierwszych lat po wojnie, szczególnie dotkliwa na wsi i małych miastach. Przez dziesiątki lat milczenie o Katyniu i zwycięskiej bitwie warszawskiej 1920 r. w imię „poprawności”, raczej wartości racji i celów wyższych w stosunkach Polska-ZSRR, obarczonych ograniczoną suwerennością, z czasem znacząco „poluzowaną”, właśnie dzięki ich mądrości sprawowania funkcji państwowych. „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi” – przy stosownych okazjach mówił Generał. W dekadzie lat 80. przeszły one w etap partnerskiej współpracy. W ten sposób – niejako spełniła się wizja Prymasa Tysiąclecia. 26 marca 1980 r. podczas spotkania w Natolinie z Generałem, użył metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. Mądre oparcie się o „ścianę słowiańską”, po 45 latach zaowocowało w Moskwie zwycięstwem rozumu i rozsądku. Pięć wieków wcześniej był tam hetman wielki koronny, Stanisław Żółkiewski. Rozważne „ustawianie mebli” na ścianie germańskiej: 1945 – polscy żołnierze i flaga biało-czerwona w Berlinie, wraz z żołnierzami „ściany słowiańskiej”; 1970 – traktat w Warszawie; w dekadzie lat 80. – ok. 300 tys. młodzieży rocznie w NRD spędzało wakacje. Wreszcie nienaruszalna granica na Odrze i Nysie Łużyckiej i zjednoczenie Niemiec. Czy nie ma komu i za co dziękować, zachować we wdzięcznej pamięci? Powtórzę – choćby na 100-lecie Niepodległości!
W latach 1989-1990 do Generała dołączyli trzeźwo – ponad urazami myślący o Polsce przedstawiciele Solidarności, wymienieni wyżej z nazwiska i setki innych, pracujących w zespołach ekspercko-doradczych Rządu, a szczególnie MSZ. Przypomnijcie sobie Państwo fakt, zdarzenie sprzed kilku dni – dlaczego jeden z nich, prof. Bronisław Geremek musi mieć poprawioną inskrypcję na poświęconej mu tablicy? Czy ten szczegół nie nasuwa wniosku, by członkowie Solidarności, którzy z rozwagą przyjęli stan wojenny, trzeźwo i rozsądnie myśląc teraz o Polsce, nie zechcieli wesprzeć Lewicy Razem w wyborach? A członkowie PSL, aż tak bardzo „pobrudziliby” sobie życiorysy i dorobek z PRL, podejmując „na chłopski rozum” współpracę z SLD, z Lewicą Razem – nie tylko w najbliższych wyborach?