Wojciech Jaruzelski – CZŁOWIEK

Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakoś się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju… Mam spokojne sumienie, bo moje życie – choć ktoś może uznać je za złe czy nawet zbrodnicze – nie może mi jednego zarzucić, że dbałem o swoje osobiste, materialne usytuowanie.

gen. Wojciech Jaruzelski

 

Urodzony pod zodiakalnym znakiem Raka. Osoby takie – jeśli wierzyć horoskopom, charakteryzują się ogromną wrażliwości ą, łatwo ulegają wzruszeniom. Urażony rak, zamyka się w sobie. A jaki był Generał? Dość często spotykam się z pytaniem Czytelników – jakim był człowiekiem, na co dzień, w bezpośrednich kontaktach. Przytłaczająca większość Polaków jeszcze pamięta Generała z różnych wystąpień, emitowanych przez TVP i radio. Jawi się jako Osoba stanowcza wręcz nie przystępna, zamknięta w sobie, wypowiadająca krótkie, „wojskowe zdania”. Takim jest kreowany (ostatnio pokazał Marek Kalita w sztuce „Generał” – czy to Państwu się spodobało, jakie wywołało refleksje?) Ogląd medialny od rzeczywistości jest daleki, w tej sztuce wręcz wypaczony, by nie użyć mocniejszych słów! Generał lubił żarty, różne anegdoty, w czytanej literaturze pięknej – także zachodnich pisarzy, na swój sposób „łowił” odniesienia do współczesnej Polski i Polaków. Często, dla przykładu cytował Honoriusza Balzaka, który w połowie XIX wieku (1846 rok) w książce „Kuzynka Bietka” pisze: „pokaż Polakowi przepaść, a natychmiast w nią się rzuci. Myśli, że można wziąć z miejsca każdą przeszkodę i wyjść zwycięsko”.Był „wewnętrznie zorganizowany”, precyzyjny w słowie i myśleniu, do bólu odpowiedzialny. Takiego zapamiętałem z osobistych spotkań i wielowątkowych rozmów, przez okres prawie 20 lat.

 

Nadużycie wiarygodności… lizusostwo

Tu szczegół obrazujący te przymioty. W książce pt. „Wydrzeć prawdę”, Wyd. AH Pułtusk 2010, jest słowo wstępne Generała napisane do wydania I, z 1993 r. oraz tekst wprowadzający, w którym napisałem, że Gorbaczow „wyraził głębokie ubolewanie i przeprosił Polaków”. Generał „rzucił okiem” i podpisał go na szpitalnym łóżku 5 lutego 2010 r. Gdy po kilku tygodniach otrzymał książkę, przeczytał jeszcze raz tekst. Po czym odbył rozmowę – dla mnie „do bólu dojmującą”, pamiętam do dziś niemal każde słowo. Poszło o słowo „przeprosił”. Gorbaczow tego słowa nie użył 13 kwietnia 1990 r. na Kremlu. Fakt, nie słyszałem go od Generała. „Włożyłem” w usta Gorbaczowa, czym nadużyłem wiarygodności Generała. Tłumaczyłem jak mogłem, sięgnąłem po słownik języka polskiego w mieszkaniu Generała (do późnego wieczora trwała ta rozmowa). Mówiłem – Gorbaczow jest serdecznym przyjacielem Generała i Polaków (pokazała to wizyta w 1988 r.), a to słowo nie jest dla niego obraźliwe, nie szarga jego powagi. Że Polacy oczekiwali przeproszenia – tego słowa od ZSRR, od Rosjan. Że złagodzi nasz, polski, surowy, często skrajny – stosunek do Rosjan, za doznawane nie tylko w Katyniu, ale od wieków – krzywdy i upokorzenia. Że to słowo jest wyrazem zadośćuczynienia, także za półtora wieku zesłań na Sybir, doświadczył tego Generał z Rodziną, (Gorbaczow polecił postawić w Bijsku dwa pomniki: Polakom-zesłańcom na Sybir i Ojcu Generała). Że książka będzie dobrze przyjęta przez Czytelników (zachęcam do przeczytania). Zdawało mi się, że „jakoś” – historycznie, politycznie, rodzinnie oraz logicznie wytłumaczyłem, momentami widziałem to na twarzy Generała. Było odwrotnie! Poirytowany Generał powiedział, że dopuściłem się lizusostwa. Nie wobec Niego, bo mnie zna, rozumie moje intencje, ale wobec Polaków. Napisałem co chcą usłyszeć, co wcale nie jest prawdą. Polacy wciąż oczekują, że sąsiedzi, obcy mają przepraszać nawet za nasze, własne błędy, głupstwa, idiotyzmy. Tak nie wychowamy młodego pokolenia na ludzi odpowiedzialnych za siebie, za swoje czyny, za Polskę, którą „przejmą” po nas, którą będą rządzić. Taka „prawda nas nie wyzwoli”, a pogrąża w małości. Byłem ministrantem, pan też, co to znaczyło wtedy – kilka razy rozmawialiśmy obaj – przypomniał Generał. Na takim fałszu, chciejstwie, niewiele mającym wspólnego z prawdą, szczerością, uczciwością, na „chwilowym zapotrzebowaniu politycznym” często nas wychowywano. Czasami nawet bezwiednie sami temu ulegaliśmy, mamy więc we krwi. Zaprzeczycie Państwo tej tezie? Mało znacie „ubóstwianych” nazwisk, czynów, których dopuściły się osoby-mówiąc oględnie – o wątpliwej reputacji moralnej, choć często zajmujące eksponowane stanowiska publiczne. Przypomnijcie je sobie, przecież ich lista jest długa. Kończący się rok kalendarzowy (2018) z natury służy „obrachunkom z przeszłością”. Będzie on nam potrzebny na czas wyborów parlamentarnych.

Jak inaczej taką maksymę życiową Generała oceniać? Jako małostkowość, dbałość o mało istotne szczególiki, przesadną drobiazgowość? (o Katyniu napiszę później). A może uczciwość, rzetelność, odpowiedzialność – za słowo, każde! Nie tylko za czyn, jakim był stan wojenny! Tu sędziów z wiedzą na „poziomie piaskownicy” wciąż przybywa, oni „wiedzą najlepiej jak było”. A jak być mogło, co groziło – nie! Tu potrzebna jest wiedza i wyobraźnia o faktach, o procesach decyzyjnych, przewidywanie ich skutków, następstw – niekiedy nawet na przyszłe pokolenia. O tym za chwilę.
Żołnierz, oficer, a ja szczególnie  – mówił Generał – powinien być dokładny w słowie i uczciwy w postępowaniu (z tej rozmowy, notatek, mógłbym napisać kilka stron tekstu).

 

Odpowiedzialność za stan wojenny

„Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakość się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju” – wywiad z Katarzyną Szeloch. Na okładce książki „Stan wojenny. Dlaczego” (Wyd. BGW, Warszawa 1992), przeczytają Państwo takie wyznanie-„Jest sobota, 12 grudnia, minęła kolejna ciężka noc. Trudno ją nazwać nocą snu i odpoczynku. cały ten okres – zwłaszcza ostatnie tygodnie i dni – były udręką, koszmarem. Może jako żołnierz, nie powinienem ujawniać stanu swego ducha, ludzkiej słabości, która prowadziła do desperackich myśli. Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu. Ale to wspomnienie osobiste”.

Minęła kolejna rocznica stanu wojennego. Zwróćcie Państwo uwagę, jak media przypomną tę rocznicę, co wyeksponują z osobowości Generała, czy pokażą jakim wówczas był Człowiekiem. Czym ta decyzja była w wymiarze państwowym, narodowym, osobistym. Co z tej „lekcji historii” powinniśmy przekazać młodemu pokoleniu, jakie stąd wnioski płyną dla naszych następców, w sensie politycznego myślenia i odpowiedzialności.

Za sprawą wytoczonego z inicjatywy i zapobiegliwości IPN – procesu sądowego, jest szeroko znane poczucie odpowiedzialności Generała – tu zachęcam do przeczytania książki „Być może to ostatnie słowo”. Niezliczoną ilość razy Generał wypowiadał się publicznie i na piśmie, wyjaśniał okoliczności i uwarunkowania tej decyzji. Publicznie oraz w bezpośrednich rozmowach, przepraszał osoby skrzywdzone. Zwracam Państwu uwagę – przepraszał nie za stan wojenny, ale – powtarzam – osoby skrzywdzone! Stąd tylko skrótowo takie fakty.

Tragedia w Kopalni Wujek, gdzie zginęło 9 górników jest, i pozostanie swoistym znakiem, krwawym symbolem stanu wojennego. Pierwszą wizytę w kopalni Wujek Generał złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie z niezwykłą dozą wrogości odnieśli się do gościa. Pojawiły się transparenty z uwłaczającymi hasłami. Generał z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących oskarżeń i zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. W takiej rozentuzjazmowanej scenerii, trudno było o rzeczową rozmowę. Ale najważniejsza była obecność Generała. Miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią – powtórzę – pokora wobec cierpienia konkretnych ludzi! Na taką postawę mógł sobie pozwolić tylko człowiek formatu Generała. Delegacja górników z Jerzym Wartakiem została zaproszona na spotkanie do Belwederu. Rozmowa była długa, pełna szczegółowych opisów ówczesnych zdarzeń i refleksji natury ogólniejszej, w kategoriach racji środowiskowych, narodowych i państwowych.

Także bardzo osobiście wyznał to Papieżowi Janowi Pawłowi II, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego – „mówiłem bardzo szczerze o ciężarze, jaki wziąłem na swe barki 13 grudnia w pełni świadom tego, że ciężar ten będę już dźwigał do końca życia i że wielu ludzi zwróci się przeciwko mnie…, że w dniu 13 grudnia postąpiłem jak chirurg, który musiał amputować choremu nogę, aby ratować mu życie”, i że „całą odpowiedzialność biorę na siebie i z nikim nie zamierzam się nią dzielić”. Dziś, po 37 latach od tego stanu, zastanówcie się Państwo – czy Generał mylił się, popełnił błąd mówiąc o postępowaniu chirurga? Przypomnę – pisałem kilka razy – iż Papież rozpoczął tę rozmowę od słów: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Zechciejcie Państwo zastanowić się, co u Papieża mogło znaczyć słowo „patriota” w sensie człowieczeństwa, poczucia odpowiedzialności. Bo ta rozmowa odbyła się podczas stanu wojennego, a Papież znał jego dolegliwości. A jak Państwo rozumiecie słowo „patriota”, w tamtym kontekście i z historycznej perspektywy? Zapewne też Państwo wiedzą i pamiętają, iż Generał zeznawał w 2006 r., przed Trybunałem Rogatoryjnym, jako świadek świętości Papieża-Polaka. Zaś Tad Szulc w „Biografii Jana Pawła II” pisze, że pomiędzy Papieżem a Generałem „niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie, pod koniec lat 80.tych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”. Proszę, zechciejcie Państwo zastanowić się nad tymi słowami, pomyślcie – jakie oceny i opinie o stanie wojennym i Generale przekażecie swoim dzieciom i wnukom, naszej młodzieży. Jakie wartości należy cenić w chwilach trudnych, przełomowych.

Generał był CZŁOWIEKIEM wielu „ludzkich wymiarów”, świadomie piszę dużymi literami. Nie tylko przepraszał osoby dotknięte, wprost skrzywdzone, głównie moralnie przez stan wojenny.

W mowie obrończej przed Sądem mówił: „Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią. Każda nosi znamię konkretnych okoliczności, podlega stosownej do tego ocenie i osądowi. Każda zostawia w rodzinnej, a także społecznej pamięci, ból i bliznę… Różne przestępstwa, niegodziwości, nadużycia władzy, o jakich dowiaduję się po latach, nie dają mi prawa, nie pozwalają negować, wykluczać ich sprawstwa przez ludzi aparatu państwa. Mam świadomość własnego, moralnego ciężaru tej konstatacji”. Po napisaniu obszernego fragmentu pierwszej wersji tych myśli, w dyskusji nad innym ujęciem, Generał wspomniał mi jak dojmujący ból, jakiego dotąd nie znał poczuł w domu państwa Włosików. Postanowił z gen. Czesławem Kiszczakiem złożyć wyrazy żalu i ubolewania po śmierci ich syna Bogdana, nieumyślnie zastrzelonego przez funkcjonariusza SB. Wtedy pamięć przywołała obraz, gdy Matka mocno Go tuląc na Syberii, żegnała odchodzącego do wojska. Westchnął – jakiż ból musiała przeżyć ta Matka, „trzymając w ramionach martwe ciało Syna” (odniesienie do Biblii nasuwa się samo). Jednakże tego uczucia nie chciał wyznać przed Sądem, choć było do bólu szczere, zalecił zachowanie na inny czas, niestety, odszedł licząc, że prawda zwycięży.

Jacek Kuroń był internowany w Białołęce. Służba więzienna pozwoliła mu dzień przed śmiercią żony (Grażyna, „Gaja” Borucka-Kuroń, działaczka opozycji, zmarła w szpitalu 23 listopada 1982 r.), przebywać z nią. Na noc musiał wrócić do więzienia. Rano zmarła. Ten właśnie fakt – nie okazania człowieczeństwa „do końca” zabolał Generała (mówił o tym kilka razy podczas spotkań, także w bezpośrednich rozmowach ze mną). Panu Jackowi ubolewanie wyraził przy pierwszym spotkaniu. Później, kontakty Generała z rodziną Kuroniów były bliskie. Generał był na pogrzebie Pana Jacka w 2004 r. Kto nie wierzy, proszę sprawdzić w wypowiedziach p. Jacka po 1988 r., nigdzie nie mówi źle o Generale! A nawiasem zapytam Państwa – z jakich faktów, działań zapamiętany został Jacek Kuroń, jako Minister Pracy… w rządzie Tadeusza Mazowieckiego?

Izabella Cywińska (Minister Kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego): „Kiedy dużo później usłyszałem, jak ją zakuwano w kajdanki – wprost nie wiedziałem, co z sobą zrobić”, napisał Generał w książce „Stan wojenny” Ocenę tego faktu pozostawiam Państwu, gdyż pisanie o przeproszeniu, wręczaniu kwiatów, itp. byłoby po prostu nie na miejscu. Zaś o internowaniu napiszę szerzej w późniejszym czasie.

Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu.

Wiele razy mówił i pisał Generał: „Wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. Polacy stali się groźni sami dla siebie! W sensie historycznym – „przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, nie paląc za sobą mostów do przyszłych, pozytywnych rozwiązań”.
Stan wojenny był swego rodzaju klęską idei, myśli i nadziei Generała, że jako wojskowy i szef rządu, doprowadzi do porozumienia rozdarte waśniami społeczeństwo. To się nie powiodło. To była klęska. Każda klęska w rozumieniu wojskowym, w odczuciu żołnierza, dowódcy jest upokorzeniem. Dla Generała – dowódcy – była upokorzeniem szczególnym Ale stan wojenny to „zwycięska klęska”. Skąd ten neologizm, niewiarygodny paradoks, brzmiący nawet kłamliwie-nie trudno zapytać. Powtórzę – ta„chwilowa klęska” okazała się zwycięstwem rozumu i rozsądku nad emocjami, więcej, nad nienawiścią i wrogością. Kogo – zapyta ktoś. Milionów Polaków, członków partii – PZPR, stronnictw politycznych (ZSL, SD), wierzących i niewierzących, bezpartyjnych, także – podkreślam – członków Solidarności. To nie żadna grzeczność z mojej strony, to fakt, potwierdzany od lat sondażami opinii publicznej, w których jeszcze ponad połowa badanych Polaków o stanie wojennym wyraża się ze zrozumieniem, jako o konieczności Generał ma odwagę przyznać się do klęski jako zmarnowanej szansy porozumienia. Ma też tę subtelność charakteru, że o zwycięstwie nie mówi we własnej osobie, ale wszystkich – tych z prawej i lewej strony ówczesnej barykady, kładąc akcent na umiarkowanych działaczy Solidarności.

 

Przykłady z odleglejszej przeszłości…

Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia 1945 zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do ojca, m.in. napisał: „Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda /…/ łączyła nas szczera przyjaźń… Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych /…/ Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim”. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ, stacjonujący w Hrubieszowie.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5. K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana).
Podczas jednej z rozmów w gronie kombatantów, Generał wyznał: „Nie tyle dokuczają mi moje grzechy, choć popełniłem ich wiele, w różnym wymiarze, co brak stanowczości w ich naprawie. Krytyką powojennej przeszłości choć wielu oczekiwało – nie chciałem dać asumptu do rozdrapywania już zabliźnionych ran. Tu takie przykłady:

Generał August Fieldorf, „Nil”. Żona zwróciła się w 1972 r. do MON z prośbą o wskazanie miejsca pochówku męża (zginął 24 lutego 1953 r. w więzieniu, skazany na karę śmierci), gdyż zbliżała się 20 rocznica śmierci. Po rozmowie, Generał – wówczas Minister Obrony Narodowej, podjął starania, by ustalić stan faktyczny. Bez skutku. Wobec tego z polecenia Generała wykonano na koszt Wojska, na Cmentarzu Powązkowskim, przy głównej alei symboliczny grób. Spoczywa tam od kilku lat żona i córka. Kilka lat temu fakt ten opisał gen. Zbigniew Czerwiński, Szef Gabinetu MON, na łamach „Głosu Weterana i Rezerwisty”.

Pułkownik Michał Sadykiewicz. Był – jak Generał – żołnierzem frontowym, walczył na froncie wschodnim. Po wojnie służył na różnych stanowiskach, byli przyjaciółmi. Znane wydarzenia na fali „odżydzania wojska” wielu oficerom wyrządziły krzywdę. Pan Michał z rodziną musiał opuścić Polskę. Generał, wówczas Szef SG WP – nie podjął możliwych kroków, by ratować przyjaciela. Po latach wrócił do Polski, choć Generał nie tylko nad tym przypadkiem wyrażał szczerze ubolewanie-pozostali przyjaciółmi, także rodzinnie. Po śmierci Generała, od Michała i jego Żony poznałem wiele faktów, które pozwalają mi napisać, że ta przyjaźń, serdeczność i życzliwość była obustronna i dozgonna.

 

AK i PSZ na Zachodzie

Osobną kartę w życiorysie Generała można by zapisać stosunkiem do żołnierzy AK i PSZ na Zachodzie. Zechciejcie Państwo zauważyć, że ci żołnierze byli członkami Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), wielu spośród nich zostało odznaczonych, awansowanych, w dekadzie lat 60-80. tych. Może znajdzie się historyk i ujawni ilu spotkały te wyróżnienia, warto przypomnieć liczby i nazwiska, by mówić prawdę o AK, o władzach PRL, które jednak na różne – wtedy możliwe sposoby – naprawiały wyrządzone im krzywdy. Kto pamięta, że Przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawskich (zwracam uwagę na nazwę!) był gen. Radosław Mazurkiewicz (awansowany na ten stopień przez Generała), któremu za tę funkcję „koledzy” z AK czynili różne wstręty, włącznie z uznawaniem jako potwarz dla zgrupowania AK „Radosław”, którym dowodził w czasie Powstania.

A gen. Stanisław Skalski? Wrócił do Polski w stopniu majora. fakt, był szykanowany, więziony, skazany. Tu taka ciekawostka. Przed wyjazdem na 3-miesięczny urlop na wyspy Bahama, co „życzliwi” potraktowali jak ucieczkę, płk Skalski napisał prośbę o zwolnienie z wojska. Generał żegnał odchodzącego na emeryturę. Przy tej okazji zdementował plotkę o ucieczce, mówiąc: „Pan mi zaufał, dając 3 miesiące urlopu, to jak mógłbym takie świństwo zrobić”. Innym razem: „do Bonn Skalski jechał z Frankfurtu n/ Menem, dokąd przyleciał samolotem dzięki uprzejmości generała Jaruzelskiego, którzy przysłał do mnie adiutanta z biletem”. Zapewne to drobiazg, powiecie Państwo. A czy życie nie składa się także z „takich drobiazgów”, nie świadczą o człowieku, o nas samych. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po książkę „Stanisław Skalski”, Katarzyny Ochabskiej, skąd pochodzi powyższy cytat. Będzie to intelektualna „wycieczka w czasie”, a ręczę iż słowa wdzięczności dla Autorki będą Państwu nasuwać się same! Osoby zainteresowane, wprost dociekliwe zachęcam, by „poszperały” i ustaliły ilu żołnierzy PSZ na Zachodzie zostało awansowanych – nie tylko gen. Skalski – i odznaczonych w okresie PRL i osobiście przez gen. Jaruzelskiego.

Jeszcze jeden fakt. Uchwałą Rady Ministrów z dnia 26 września 1946 r. został o pozbawiony obywatelstwa polskiego gen. Władysław Anders. Drugą, z tego samego dnia też pozbawiono obywatelstwa polskiego generałów i oficerów wstępujących do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (łącznie 76 osób). Uchwały powyższe zostały odwołane: uchwałą Rady Ministrów nr 256/1 z 23 listopada 1971 r. (uchwała dot. Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia) oraz uchwałą Rady Ministrów z dnia 15marca 1989 r. Zainteresowani otrzymali pisemne zawiadomienia o tym fakcie i słowa przeprosin za te hańbiące decyzje. W 2006 r. obie uchwały rząd uznał za nie byłe. Nikt wtedy nawet się nie zająknął, że władze PRL, uczyniły to wcześniej, nie tylko urzędowo. Jest chyba nad czym pomyśleć, patrząc na dzisiejsze opluwanie tamtego czasu i ludzi tamtego okresu.

 

Kilka myśli… pod rozwagę

Michaił Gorbaczow w jednym z wywiadów wspomniał: „Jan Paweł II powiedział mi, że Generał to bardzo poważny i solidny człowiek. Na ostrym zakręcie, na którym znalazła się Polska, bardzo wiele dla Polski zrobił”. Na obchodach 60. rocznicy powstania Izraela rozmawiał z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu powiedział – „Czy rzeczywiście nie możecie rozwiązać problemu, już niemłodego, chorego człowieka – Generała, który wiele zrobił dla Polski. Poprosiłem o otoczenie chorego Jaruzelskiego opieką. Komu to wszystko jest potrzebne?”

Biskup Polowy WP, podczas mszy żałobnej, nauczał: „pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Minęło już ponad 4 lata od śmierci Generała. Odpowiedzcie sobie Państwo na te pytania? Spróbujcie wskazać w czym tkwi istota, sens naszego, polskiego „człowieczeństwa i chrześcijaństwa”, nie tylko wtedy, podczas pogrzebu, ale ta na co dzień, pomyślcie, zachęcam! Osobiście widziałem tych „człowieków” i chrześcijan, pod Katedrą Polową, których jakże nabożne wrzaski było słychać w Kościele. Wielu spośród nich w stanie wojennym zaledwie mogło tylko być dziećmi. Pokaz szacunku wobec majestatu śmierci, nie tylko Zmarłego dali na Cmentarzu Powązkowskim. O nich Prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski, mówił-„nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach”.

Czas grudniowy, czas świąteczny i noworoczny sprzyja różnym podsumowaniom i ocenom. Żywię nadzieję, iż lektura tej publikacji nie będzie czasem straconym, a Państwu pozwoli na podzielenie się swoimi myślami w gronie najbliższych – z młodzieżą szczególnie.

Jan Paweł II wobec spraw polskich

Nasuwające się z tytułu pytanie – co św. Jan Paweł II uczynił dla „spraw polskich”? – wielu Czytelników może uznać za nie na miejscu. Przecież przed kanonizacją 27 kwietnia 2014 r. dziennikarze, publicyści i przytłaczająca większość polityków we wszystkich mediach i na wszelkie możliwe sposoby wymieniali nie kwestionowane zasługi.

 

Wydana wówczas, tj. w 2014 r. uchwała SLD wskazywała, iż Jan Paweł II „troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

Jubileusz 40. rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, pozwala zatrzymać uwagę Państwa Czytelników na kilku kwestiach państwowo-politycznych w powojennym okresie polskiej historii.

 

Papież o granicy i polskości Ziem Zachodnich

Dość wspomnieć, że o kształcie terytorialnym i narodowościowym Polski po zakończeniu II wojny światowej zdecydowali trzej zwycięscy alianci. Nie słuchając zdania rządu londyńskiego (było przeciwne), postanowili o przyznaniu Polsce ziem po Odrę (początkowo traktowanych jako oddane nam tylko „w administrowanie”) i tu oparciu jej zachodniej granicy, co także było rozumiane jako tymczasowe. Jeszcze trwała konferencja w Poczdamie, gdy 28 czerwca 1945 r. ci alianci uznali za polityczno-prawny fakt powołanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i jednocześnie cofnęli rządowi londyńskiemu taką rekomendację reprezentowania Polski. Tej decyzji nie uznało kilka państw europejskich, wśród nich Watykan. Skutkiem tego – od przedwojnia – Watykan uznawał jurysdykcję biskupów niemieckich na tych ziemiach. Oczywiście, miała ona charakter tytularny, formalny, bo z wiadomych względów innego mieć nie mogła. Władzę faktyczną sprawowali biskupi polscy. O zmianę tej sytuacji, a faktycznie uznanie „istniejącej rzeczywistości”, przez kilka lat zabiegał w Rzymie kard. Andrzej Maria Deskur, przyjaciel Jana Pawła II, z którym 13 stycznia 1987 r. spotkał się gen. Wojciech Jaruzelski i podziękował za włożony wysiłek i pomyślny finał. A była nim decyzja Papieża Jana XXIII nadająca polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” podczas jego kanonizacji w 2014 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo – Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, o czym świadczą późniejsze fakty.

Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” (kilka razy pisałem o tym wcześniej).

Podczas wizyty w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał omówili kwestię zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”.

Witając Papieża na Zamku Królewskim (czerwiec 1987) Generał mówił: Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego. Po uroczystości powitalnej, Gość i Gospodarz rozmawiali 70 minut w cztery oczy. Papież wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem.

Biskup diecezji szczecińsko-kamieńskiej Kazimierz Majdański, były więzień Dachau, który wiele lat poświęcił umacnianiu polskości na Pomorzu Zachodnim w maju 1990 r. był gospodarzem wielkiej uroczystości patriotyczno-religijnej w Siekierkach nad Odrą z udziałem Generała. W homilii wygłosił taką refleksję: Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego. Warto wspomnieć, iż słowa te padły na kilka miesięcy przed ostatecznym uregulowaniem sprawy granicy zachodniej (Moskwa, wrzesień 1990 r.). Dla polityków, opinii publicznej jeszcze „widocznie były potrzebne”.

 

Porozumienie narodowe życiową potrzebą

Nie rozmijając się zbytnio z rzeczywistością, porozumienie narodowe można uznać za kamień węgielny polityki wewnętrznej dekady lat 80. Wynika to choćby z exsposé Premiera, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który 12 lutego w Sejmie, mówił o potrzebie „normalizacji życia, jako najpilniejszym zadaniu. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Liczył, że „działania rządu spotkają się ze zrozumieniem i poparciem ze strony Kościoła i chrześcijańskiego ruchu społecznego. Episkopat Polski daje dowody takiego podejścia”. Przemówienie Premiera było uważnie czytane, niektórzy mówią, że wręcz studiowane-właśnie przez Episkopat. Stąd można wnioskować, iż jego treść i komentarze były znane w Watykanie. Jerzy Kuberski (Kierownik Urzędu do spraw Wyznań) wspominając tamten czas, mówił o zainteresowaniu osobą Premiera-Generała.

Szukano odpowiedzi na pytanie – kim jest nowy Premier, na co może go być stać, do czego zmierza. Pamiętam – mówił Jerzy Kuberski – jak biskup Kazimierz Majdański (…) podkreślał, że kiedy Generał był dowódcą dywizji w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry. Nawiasem mówiąc, Jan Paweł II z okazji 800. lecia, w 1983 r. nadał jej godność bazyliki mniejszej. Episkopat z uznaniem odnotował, iż Generał jesienią 1980 r. zniósł służbę wojskową alumnów, która od 20 lat była kością niezgody między rządem a Kościołem. Rząd także zniósł ograniczenia w sferze budownictwa sakralnego. W wystąpieniach Generała nie znaleziono przykładu krytycznej wypowiedzi o Kościele. Obok wiedzy o nauce w gimnazjum Księży Marianów na Bielanach i drodze frontowej, tworzyło to dla Kościoła, osobiście i Papieża, zachęcający zaczyn przyszłej współpracy Rządu i Episkopatu na rzecz narodowego porozumienia. Nie należy zapominać, iż w okresie PRL – jak pisał Generał – Kościół był dla władzy i przeciwnikiem i sojusznikiem. (…) Przeciwnikiem – na oczywistym gruncie sprzeczności ustrojowo – doktrynalnych i różnych tego społeczno – politycznych reperkusji. Stąd też różne formy walki, niegodziwości, czego jaskrawym przykładem zbrodnia-zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. (…) Kościół był sojusznikiem na gruncie nadrzędnych, narodowych interesów, przeciwdziałania niebezpiecznej destabilizacji, łagodzeniu różnych sprzeczności, torowaniu drogi ku porozumieniu.

Jest wiele dowodów, iż Jan Paweł II w Watykanie uważnie śledził toczące się w Polsce wydarzenia na linii rząd-Solidarność. Prawdopodobnie ich analiza pozwoliła w encyklice „Laborem exercens” zawrzeć takie refleksje: Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy…muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. (…) Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki (…) Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać (…) zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa. Sięgnijcie Państwo pamięcią do tamtego czasu i pomyślcie – czy Papież mylił się, czy napominał Solidarność, wręcz wzywał do umiaru i rozsądku. Czy nie warto o tym mówić naszej młodzieży?

Choć podobnie jak Episkopat wspierał Solidarność, to krytycznie patrzył na jej poczynania, czemu dał wyraz na spotkaniu z jej delegacją w lutym 1981r. w Watykanie mówiąc: Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za to wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna. Przez pryzmat „dobra Ojczyzny” oceniał także działania Rządu i Premiera – Generała. 14 października 1981r. przyjął w Castel Gandolfo Józefa Czyrka, Ministra Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, ale o jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, widząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” Józefa Glempa i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981 roku. Nazajutrz, Prymas udał się do Rzymu, gdzie Papież poparł takie formy współpracy Kościoła z władzą i opozycyjnym związkiem zawodowym. Oceniam, że po tej rozmowie Józefa Czyrka, inicjatywie Rady i Spotkaniu – choć nie przyniosło pilnie potrzebnych efektów, za co istotną odpowiedzialność ponosi Kierownictwo Solidarności – Generał i jego rząd zyskali pozytywną opinię w oczach Papieża. Znamienne są słowa z Komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu: Kraj nasz znajduje się w obliczu wielkich niebezpieczeństw. Przesuwają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką. Czy w tej ocenie Episkopat mylił się, wprowadzał w błąd Papieża i społeczeństwo? Czy zagrożenie widział tylko ze strony władzy czy także z szeregów Solidarności? Czy to nie była dobitna przestroga? Jak się okazało – wypowiedziana na dwa tygodnie przed stanem wojennym, ale o tym za chwilę.

Papież kilka razy w rozmowach z Generałem wracał do Solidarności, do warunków życia, losu zwykłych ludzi. Akcent ten dość mocno zabrzmiał 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w powitalnych słowach Generała: Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć? (…) Nie lękamy się osądu potomnych, będzie sprawiedliwy. Na pewno bardziej wyważony niż wiele współczesnych ocen. (… ) Kiedy państwo słabnie lub pogrąża się w bezrządzie – cenę płaci naród. My w Polsce tę historyczną prawdę znamy aż nadto dobrze. Przyświecała ona i przyświeca naszym działaniom. Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy osądzamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła. Nie ona zepchnęła kraj na krawędź katastrofy. Podczas rozmowy w Sali Pompejańskiej Belwederu, która rozpoczęła się od słów Papieża Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą, Generał poinformował Gościa, iż obecna konfiguracja geopolityczna, wielkie uzależnienie gospodarcze – szczególnie w dostawach ropy, gazu i innych surowców od ZSRR – nie daje żadnych szans na samodzielność. Kraj wiele miesięcy żył strajkami, „z czego chleba nie przybywało”, a niszczyły gospodarkę. Sankcje Zachodu „pchały nas jeszcze bardziej w objęcia RWPG”. Nasi sąsiedzi – CSRS i NRD – też mieli swoje kalkulacje, by do Polski wkroczyć. Pamięta wrażenie Papieża, „szczerze zmartwionego, zatroskanego. Chyba nie w pełni znał dramatyzm grudnia 1981 roku”. Na wywody Generała wyrażał ojcowską troskę o tych, którzy ucierpieli najbardziej, (…) mówił o podmiotowości społeczeństwa, aby wszelkie konflikty społeczne łagodzić i rozwiązywać stopniowo, (…) by chronić Ojczyznę przed niepotrzebnymi wstrząsami. Do tych myśli Papież nawiązał we Wrocławiu, mówiąc w homilii: Cały naród polski musi żyć we wzajemnym zaufaniu, a to zaufanie opiera się na prawdzie. Cały naród polski musi odzyskać to zaufanie, w najszerszym kręgu swej społecznej egzystencji. Przejrzystość słów zarówno dla rządzących jak i rządzonych jest oczywista, a mnie nie wypada pytać – o jaką prawdę chodzi dziś politykom, skoro podnoszona w tej publikacji sfera wiedzy jest oględnie mówiąc pomijana lub opacznie komentowana.

Gdy Papież pielgrzymował po kraju, Generał w jednym z wywiadów mówił: My, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację. (…) Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady (…) czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków (…) nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację. Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Nawiasem mówiąc, kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo” pisze, że Papież „złagodził odrobinę tekst Apelu”. Dowodzi to Wielkości Jego Świątobliwości, zrozumienia intencji władz. Do tej rozmowy – spotkania Papieża i Generała – doszło na Wawelu, 22 czerwca wieczorem. Generał mówił: Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego. (…) Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym, (…) że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji. (…) Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, o Solidarności”. Rozwinął i pogłębił opinie wygłaszane podczas pielgrzymki, w kontekście historycznym sięgał „po czasy przedrozbiorowe”. Dyskutując o politycznych trendach, roli związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej, Papież opisał biedę w Meksyku i skonstatował: Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą. Generał ocenia, iż Papież akceptował ustrój w „krystalicznej formie”, wytykał jego „wykoślawienia”. Tu zachęcam Państwa Czytelników – wielokrotnie przypominajcie te słowa Papieża znanym opluwaczom PRL. Wyjaśniajcie, tłumaczcie ich historyczny sens młodemu pokoleniu.

Podczas rozmowy z Generałem w Watykanie (1987 r.) Papież stwierdził: Dla mnie delegalizacja Solidarności jest boleśniejsza, niż wprowadzenie stanu wojennego. Bowiem nie ma prawdziwej demokracji, bez wolnych i silnych związków zawodowych (to myśl z encykliki „Laborem exercens”, 1981 r.). Generał przyznał rację, przypomniał też ówczesną sytuację i zapytał: „Co stałoby się w kraju, gdyby rozhuśtała się ulica?” Analizy radzieckie na długo przed 13 grudnia wskazywały, że w ulicznych starciach oraz porachunkach może zginąć ok. pół miliona Polaków. Powtórzył, że odpowiedzialność za stan wojenny będzie dźwigał do końca życia, że wielu ludzi stanie przeciwko, ale w sytuacji Polski w 1981 roku, nigdy nie postąpiłby inaczej. Dla normalizacji sytuacji uczyni wszystko, ale wymaga to czasu „aż zbyt gorące głowy ochłoną”.

Na zakończenie III pielgrzymki, Papież i Generał rozmawiali przez 55 minut w salonie recepcyjnym na Okęciu. Była to kontynuacja spotkań, które stały się tradycją, świadczyły o dobrze układających się stosunkach Państwo – Kościół. Papież podzielił się obserwacjami, mówiąc, że ludzie sprawiają korzystne wrażenie, widać, że im się nie przelewa. (…) Nie ma biedy, nie ma bezdomnych, (…) Miejmy nadzieję, że będzie im się żyło lepiej i godniej. Generał podzielił tę nadzieję, a poprawa bytu, lepszego jutra Polaków nieustannie leży mu na sercu. (…) Władza pracuje nad porozumieniem z Solidarnością, które od pewnego czasu staje się „rodzajem warunku” w rozszerzeniu kontaktów z Zachodem. Zbliżeniu różnych środowisk, także opozycyjnych i władzy, służy powołanie Rady Konsultacyjnej, której członkami są osoby blisko związane z Kościołem. Generał mógł liczyć, że Papież, Kościół w Polsce wesprze te starania. Że nie były to nadzieje płonne, czas dobitnie pokazał.

Kolejne, ósme spotkanie odbyło się w 2001 r. Papież – choć schorowany (z trudem chodził i mówił) – przyjął Generała w przededniu 20. rocznicy stanu wojennego. Papież z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami byłych działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych. Papież kręcił głową z niedowierzaniem. Rozmowa – podobnie jak poprzednie – upłynęła w serdeczniej atmosferze. Okazała się być ostatnią.

 

Dramat stanu wojennego

Na wstępie ciekawostka. Gdy na początku listopada 1981 r. uciekł do USA zdrajca Ryszard Kukliński, szef CIA wysłał do Papieża przedstawiciela z informacją, że Polsce grozi stan wojenny i „stosownymi sugestiami”. Jak wynika z udostępnionych wspomnień agentów, Papież uważnie go wysłuchał, podziękował za wiadomości, ale nie zajął stanowiska. Można tylko domyślać się powodów tego wymownego milczenia zważywszy, że na bieżąco znał sytuację w kraju z relacji Episkopatu i mediów. Wiedział, że poczynania Solidarności nie ułatwiają rozwiązywania nabrzmiewających problemów. Że wbrew własnej wizji roli i działalności związku zawodowego, zapisanych we wspomnianej encyklice, strajki zaczynają „paraliżować całe życie społeczno-ekonomiczne”, doprowadzą do „konieczności pomocy odpowiednich środków prawnych”. Jak wiemy, 30 października 1981 r. Generał przedstawił Sejmowi „środek prawny” – projekt ustawy o nadzwyczajnych pełnomocnictwach m.in. zawieszający prawo do strajku na okres do 30 marca 1982 r.

Nie został on rozpatrzony, o czym przesądził bezprecedensowy krok Prymasa. Wobec groźby strajku generalnego Solidarności, wystosował list doręczony posłom. Czy Papież mając m.in. wiedzę od CIA, liczył się z użyciem siły – trudno dociec. Pamiętajmy, że rok wcześniej, gdy groziła zbrojna interwencja, telefonicznie rozmawiał z Leonidem Breżniewem. Teraz sytuacja wewnętrzna była inna – to Polacy stawali się groźni sami dla siebie! Ze strony opozycji – ultimatum strajkowe oraz żądanie oddania władzy politycznej i państwowej. Ze strony władzy – wyczerpanie inicjatyw porozumień. I co dalej? Nie znam dokumentów wskazujących o czym Papież myślał, gdy pomysł z Radą Porozumienia po Spotkaniu Trzech upadł. Prawdopodobnie przyjął założenie, iż Generał – którego jeszcze osobiście nie znał – nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Inaczej mówiąc, zaufał odpowiedzialności Generała. To absolutnie nie oznacza, że „z góry” aprobował stan wojenny, a szczególnie użycie siły. Może jedynie świadczyć, że w tamtej sytuacji – poza dialogiem, porozumieniem, które stawały się fikcją – nie widział logicznego wyjścia. Ale to tylko domysł, a odpowiedź zna tylko Papież. Zaś cytowane słowa „Generał-patriota” zdają się ów domysł potwierdzać. Dziś wiemy, że nigdy i nigdzie nie potępił Generała, a wyrażał się ze zrozumieniem o koniecznościach władzy, wciąż apelując, by ludziom oszczędzać cierpienia.

Nie ulega wątpliwości – jak mówi Generał – że 13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako „człowiek stanu wojennego” odczułem to bardzo osobiście. O tym co dzieje się w Polsce, różne „rewelacje” wypisywała zachodnia prasa. Biskup Bronisław Dąbrowski, 22 grudnia 1981 r. rozmawiał z Papieżem, a relację zawarł w książce „Rozmowy watykańskie” – (Instytut Wydawniczy PAX, 2001), gdzie pisze: Po podpisaniu umów w Szczecinie i Gdańsku inne ośrodki robotnicze nie chciały być gorsze, dlatego naciskały na władze i nowe umowy podpisywano. Wałęsa był przeciwny, ale go nie słuchano. (…) Solidarność wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.) (…) zebranie Mazowsza w Politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 roku. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach Solidarności nie dały wyniku (szczególnie w dniu 9 grudnia spotkanie u ks. Prymasa) (…) Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji. Opinia niektórych doradców o przebiegu obrad była podobna. I dalej: Ojciec Święty pytał o różne wydarzenia, o jakich mówi radio i TV włoska oraz piszą gazety. Stwierdziliśmy, że dużo w tym przesady, a nawet sfałszowania faktów. Tym lepiej, powiedział Ojciec Święty i dodał – widzicie, jak konieczny był wasz przyjazd, szkoda, że nie wcześniej. Męczę się tym, że nie znam prawdziwego stanu rzeczy. Tego dnia Biskup spotkał się też z kard. Casaroli. Pytał on – cytuję – Czy to prawda: że w Radzie Wojennej są Rosjanie (Kulikow), że gen. Jaruzelski bliski rozpaczy, że zabitych jest bardzo wielu, że internowanych przetrzymuje się w namiotach, że wywożą aresztowanych do Rosji, że biskupi nie mogą poruszać się po Polsce, że p. Mazowiecki nie żyje, że Wałęsa jest chory psychicznie. Wyjaśniłem wszystko zgodnie z rzeczywistością. Jako swoisty „fakt” mający potwierdzić rzekomą apokalipsę w Polsce podano, że zamordowany został Tadeusz Mazowiecki, za duszę którego 14 grudnia odprawił mszę żałobną w Katedrze Notre Dame w Paryżu kard. Jean Marie Lustiger. Udział wzięły nawet wybitne osobistości francuskie. Fakt ten publicznie dementował sam „uśmiercony”, choć w książce „Rok 1989 i lata następne”, nie wspomina, czy rozmawiał o tym z Papieżem.

Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk w książce „Świadectwo i służba”, m.in. pisze: Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski. Nie przeprowadziłem nigdy rozmowy z Jaruzelskim na temat stanu wojennego. Ale musimy sobie z jednego zdać sprawę, że gdyby zarówno Jaruzelski, jak i cała ówczesna ekipa rządząca nie podjęli pewnych kroków i trudnych decyzji, wówczas bieg wydarzeń byłby trudny do przewidzenia. Każdy z nich poniósłby konsekwencje.

W 1993 r. Generał był w Rzymie na sesji Forum Światowej Polityki. Przy tej okazji gospodarze zorganizowali promocję książki pt. „Stan Wojenny. Dlaczego”. Papież przyjął Generała na prywatnej audiencji. Podczas rozmowy kolejny raz wrócił temat stanu wojennego. Widać, że leżał Papieżowi na sercu. Wtedy Generał podzielił się taką oceną: Do 13 grudnia mogło nie dojść, gdyby żył prymas Wyszyński, a Papież był w pełni sił (po zamachu wracał do zdrowia). Tylko ci dwaj wielcy Polacy, byli w stanie zdyscyplinować grupę najbardziej radykalnych działaczy, aby usiedli z nami przy stole i rozmawiali, zamiast podgrzewać nastroje. Rozwój wypadków uczynił go ostatecznością.

Generał nie jeden raz mówił, iż wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. W sensie historycznym – przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, „nie paląc za sobą mostów” do przyszłych, pozytywnych rozwiązań. Było to zwycięstwo rozumu, rozsądku nad emocjami. Polacy pod przewodem Generała okazali się „mądrzejsi przed szkodą”. W tej „mądrości” są niepodważalne zasługi: Papieża, Kościoła, Rządu, liberalnego skrzydła partii (PZPR) i stronnictw politycznych, członków Solidarności.

Wiadomo z wiarygodnych źródeł, że Papież nie pomijał żadnej okazji, by zachodnim politykom i dyplomatom przypominać o dolegliwościach sankcji gospodarczych. Widział, że polską gospodarkę wpisano w polityczną walkę ze Wschodem. Nawiasem mówiąc, do czasu zniesienia stanu wojennego (22 lipca 1983 r.), szkody spowodowane różnymi formami sankcji osiągnęły sumę 13 mld dolarów. I znów ciekawostka – Ronald Reagan 7 czerwca 1982 r. złożył Papieżowi wizytę (upamiętnia ją forma pomnika w Gdańsku). Zaoferował pomoc żywnościową drogą charytatywną. Papież podziękował i nie omieszkał przypomnieć o konieczności ulżenia doli wszystkich Polaków. Natomiast odrzucił możliwość dotacji dla podziemnej Solidarności kanałami watykańskimi, informując gościa, że ma stały kontakt z rodakami.

 

Na zakończenie

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem – pisał Generał.

Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił: Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, którzy w tamtych trudnych dniach byli zjednoczeni tą samą troską o prawa człowieka, tą samą świadomością, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim. (…) Dzisiaj zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja. (…) Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu.

Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku” – napisał Generał. Zapamiętał Papieża jak pięknie słuchał, z jaką cierpliwością, uwagą. Nigdy nie przerywał. Ujmował rozmówców wrażliwością na ludzkie krzywdy i ludzką niedolę. Podróżując po świecie, zobaczył tej biedy niemało. Ta wrażliwość była zgodna ze społeczną nauką Kościoła. Ideały socjalizmu, te nie wypaczone, niewiele od tej nauki odbiegają.

Warto jeszcze przytoczyć niezwykle refleksyjną myśl prof. Stefana Wilkanowicza: „Serca Polaków są blisko Papieża, ale głowy od niego daleko”.

A co Państwo o tym myślicie? Jakie myśli, refleksje i nauki stąd płynące w 40. rocznicę pontyfikatu i 100-lecie odzyskania Niepodległości przekażecie swoim dzieciom i wnukom?

 

***

Jubileusz 40.lecia wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża media upamiętniły transmisją okolicznościowych koncertów. Pojawiły się różne ciekawostki i wspomnienia o duchowych nawróceniach i uzdrowieniach oraz myśli, iż metropolita krakowski zostanie „kiedyś” następcą św. Piotra. Redakcja uważa, iż szczególnie godne i ważne zapamiętania są odniesienia do nas i o nas – Polakach i Polsce. Mają one swą wymowę i znaczenie dziś, gdy dopiero co decydowaliśmy o przyszłości samorządnej Polski – naszych „małych Ojczyzn”. Stąd publikujemy wypowiedź gen. Wojciecha Jaruzelskiego, która obrazuje myślenie Papieża i Generała w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

 

***

 

Moje spotkania i rozmowy z Janem Pawłem II

 

…Co pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski… Miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje…

 

Wracam często myślą do naszych spotkań i rozmów, zachowując w pamięci moralne przesłanie i patriotyczną troskę głowy Kościoła o pomyślność Polski, o demokratyczny humanistyczny kierunek przeobrażeń.

W Ojczyźnie, w Europie, w wielu krajach, na wszystkich kontynentach, Wielki Syn naszego narodu zaskarbił sobie szacunek, uznanie i szczerą sympatię milionów ludzi. Szczególnie cenny jest intelektualny i moralny wkład Waszej Świątobliwości we współczesną filozofię pokoju, w idee sprawiedliwości społecznej i braterstwa, tak bardzo dziś potrzebne światu”.

Rozpocząłem swoją wypowiedź właściwie od końca, od zacytowania fragmentu listu, który skierowałem 15 maja 1990 r. do Jana Pawła II, w siedemdziesiątą rocznicę Jego urodzin.

A co było przedtem?

Nazwisko Karola Wojtyły zaczęło pojawiać się coraz częściej w pierwszych latach siedemdziesiątych. W moim środowisku politycznym mówiono wówczas, że jest to wyjątkowo utalentowany – ale jednocześnie trudny jako partner władz – hierarcha Kościoła.

Wynik konklawe był wielkim zaskoczeniem. Wiadomość o wyborze Papieża-Polaka dotarła do mnie w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR. Jego uczestnicy przyjęli tę informację z całą powagą. Z jednej strony było poczucie satysfakcji, rzekłbym nawet dumy, z drugiej zaś – zatroskanie, jak wybór ten wpłynie na skomplikowane przecież w owym czasie stosunki między państwem i Kościołem w naszym kraju. W sumie jednak byliśmy zgodni, że mamy do czynienia z wydarzeniem o wielkiej doniosłości, czemu należy dać stosowny, godny wyraz. I tak też się stało.

Później z rosnącą uwagą obserwowałem działalność Jana Pawła II. Przebieg pierwszej papieskiej wizyty w Polsce w 1979 roku śledziłem – tak jak miliony Polaków – w środkach masowego przekazu. Podczas drugiej wizyty byłem już w innej sytuacji. Był to czas trudny – trwał jeszcze stan wojenny, co prawda już zawieszony, ale formalnie nie zakończony. Wiem, jak głęboko Jan Paweł II przeżywał nasze polskie dramaty. Wymieniliśmy na ten temat kilka listów.

Pierwsze nasze spotkanie odbyło się 17 czerwca 1983 roku w Belwederze. Byłem silnie przejęty wyjątkowością tej chwili. Po powitalnych przemówieniach odbyła się dłuższa rozmowa. Papieżowi towarzyszył prymas Polski arcybiskup Józef Glemp. Ze strony władz uczestniczył przewodniczący Rady Państwa prof. Henryk Jabłoński i ja. Przedstawiłem naszą ocenę sytuacji, płynące z niej wnioski i zamierzenia. Papież słuchał z uwagą. Przekonałem się w czasie naszych wszystkich spotkań, że umie słuchać, że chce dobrze zrozumieć, wniknąć w głąb intencji swego rozmówcy. To bardzo ujmujące. Czy też, że – wypowiadając się jasno, zajmując konsekwentne stanowisko – nie czyni tego w sposób apodyktyczny, lecz spokojnie, perswazyjnie, gotów życzliwie wysłuchać racji rozmówcy, a niekiedy nawet wprowadzić szczyptę subtelnego humoru.

Może zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu „panie generale”. Jako żołnierz, wielce to sobie ceniłem i cenię.

Jak Jan Paweł II potrafił przemawiać, wiedzą dziś już nie miliony, ale chyba miliardy ludzi. Jak potrafi rozmawiać, wiedzą znacznie mniej liczni. Cieszę się, że dane mi jest do tych należeć. Odbyliśmy pięć dłuższych rozmów: wspomniana wyżej w Belwederze i następna na Wawelu pod koniec wizyty; kolejna w styczniu 1987 roku w Watykanie; wreszcie w czasie trzeciej papieskiej pielgrzymki w Polsce na Zamku Królewskim w Warszawie oraz kilka dni później przed odlotem, w pawilonie na lotnisku Okęcie.

Trudno w tej krótkiej wypowiedzi-co więcej, nie mając upoważnienia Papieża – przedstawić szeroko przebieg i treść tych rozmów. Jednak ich klimat, istota i przesłanie zostały mi głęboko w pamięci.

Gdy wracam myślą do rozmów z Janem Pawłem II, nieodmiennie mam poczucie ich wielkiej wagi. Każda była jakby krokiem naprzód, kolejnym etapem wzajemnego poznania i zrozumienia. Oczywiście były różnice, a zwłaszcza inaczej rozkładane akcenty. Trudno się temu dziwić – inny był punkt wyjścia, na wiele spraw spoglądaliśmy z odmiennej perspektywy. Dziś przyznaję, że

Papież umiał patrzeć dalej, głębiej.

Co jednak pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

Karol Wojtyła jest niezwykle mocno związany z Ojczyzną. Wrażliwy na wszystko, co się w kraju dzieje, żywo reagujący na bieg polskich spraw, głęboko odczuwający całą ich złożoność, historyczne i współczesne powikłania. W naszych rozmowach Jan Paweł II niejednokrotnie wracał z bólem do epoki rozbiorów, do czasów okupacji. Odwołując się do minionych doświadczeń, wskazywał zło, na błędy, które przyczyniły się do nieszczęść Polski. Jednocześnie odwoływał się żarliwie do tych wielkich kart naszej historii, z których powinniśmy czerpać naukę, aby we współczesnym, skomplikowanym świecie stanąć jako naród i jako władza na wysokości zadania.

Pierwsze lata osiemdziesiąte były i w międzynarodowym, i w polskim wymiarze trudne. Rozkręcała się spirala zbrojeń, zaostrzały się stosunki między Wschodem i Zachodem. Odbijało się to wielce niekorzystnie na naszej polskiej sytuacji. Mówiliśmy o tym z troską. Ale właśnie na tym tle widziałem coraz pełniej szczególne, osobiste zaangażowanie Papieża w sprawę pokoju i zbliżenia między narodami.

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania jej godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem.
Z uwagą wsłuchiwałem się w te opinie, bowiem w swej intencji i istocie były mi bliskie. Chodziło przecież o porozumienie narodowe, o współpracę wszystkich Polaków – „niezależnie od tego, skąd kto pochodzi”. Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku.

Pragnę w tym kontekście przytoczyć fragment listu, który Jan Paweł II skierował do mnie 22 listopada 1989 r.: „Panie Prezydencie, Niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

Mam głęboką nadzieję, że w słowach tych można odnaleźć echo tego, co dla mnie stanowiło o szczególnej wartości naszych spotkań i rozmów.

Papież niejednokrotnie dawał dowody, że rozumie dylematy władzy, jej obiektywne ograniczenia. Potrafił dostrzec i docenić każdy przejaw dobrej woli, krok ku lepszym rozwiązaniom. Stanowiło to cenne wsparcie dla pomyślnego rozwoju stosunków państwo – Kościół oraz państwo polskie – Stolica Apostolska.

We wszystkich rozmowach z Janem Pawłem II wyczuwałem Jego głębokie identyfikowanie się z losami Polski. Ujmowało mnie to, że stojąc na cele Kościoła Powszechnego, spełniając swoją uniwersalną misję, znajdował zawsze właściwe miejsce, czas i formę, aby zamanifestować swoją polskość. Dziś widać, jakże wyraziście, iż pontyfikat Papieża-Polaka przybliżył Polskę światu, niesie jej dobre imię, na wszystkie kontynenty.

Mówił: „Myślą i sercem nie przestałem być z narodem, z którego wyszedłem i do którego należę”. I zawsze o tym zaświadczał, jak choćby wówczas, gdy – świadom dotkliwych skutków, jakie naszemu społeczeństwu przynoszą restrykcje ekonomiczne – zapewniał mnie, że daje temu stosowny wyraz w kontaktach z mężami stanu państw zachodnich. Wykazywał nieustanną troskę o to, aby Polska zajmowała godne miejsce wśród narodów Europy i świata. Ze szczególną uwagą śledził to, co działo się w bezpośrednim otoczeniu naszego kraju. Żywo i życzliwie interesował się przebiegiem „pierestrojki”, jej szansami i zagrożeniami, nawiązywał do wspólnej słowiańskiej genealogii narodów tej części Europy. Świadomość geopolitycznych uwarunkowań naszego kraju wyrażała się również w zainteresowaniu problematyką niemiecką. Watykański punkt widzenia był ze zrozumiałych względów bardziej uniwersalny, ale Papież okazywał daleko idące zrozumienie dla ocen, które dyktuje polska racja stanu.

Jan Paweł II zna współczesny świat. Nie tylko ten bogaty, ale i biedny. Potrafi wznieść się ponad poziom tych, którzy na rzeczywistość polityczną czy gospodarczą patrzą w sposób biegunowy, posługując się do jej opisu tylko białym lub czarnym kolorem. Dostrzega wady i zalety różnych systemów społeczno-politycznych i ekonomicznych. Jest niechętny wszelkim postaciom monocentryzmu politycznego i kolektywizmu materialistycznego. Ale jest także wysoce krytyczny wobec organizacji społeczeństwa opartego na zasadach skrajnego indywidualizmu i konsumpcjonizmu, w którym gubi się sens ludzkiej wspólnoty. Z dużą też wrażliwością reaguje na plagi społeczne, na niesprawiedliwość, bezrobocie, nędzę i niedostatek. To niezwykle ważne składniki papieskiej refleksji nad współczesnym światem.

Dla Jana Pawła II oceną, miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje. To bardzo bliska mi myśl. Powinna być ona dla wszystkich Polaków cenną inspiracją do działań rzeczywiście służących przyszłości.

Wojciech Jaruzelski

 

Powyższy tekst ukazał się w książce gen. Wojciecha Jaruzelskiego „Przemówienia 1990”, opublikowanej przez wydawnictwo MADO, Toruń, 2002.

 

 

Zwycięstwo w Moskwie

„Granica Polski na Odrze i Nysie jest dziś uznawana przez cały świat, łącznie z Niemcami, jako ostateczna zachodnia granica Polski. Wielką, a przemilczaną przez prawicę polską rolę, odegrał w tym Generał Wojciech Jaruzelski” – Zygmunt Broniarek.

 

Krzysztof Wasilewski napisał – »„Fakt, że po 73 latach od zmiany granic nikt poważnie nie zastanawia się nad ich rewindykacją, to przede wszystkim zasługa tamtych ludzi i tamtego państwa”(„Przegląd”, nr 21, 21-27maja 2018r.). Ta celna ocena i zarazem refleksja w publikacji, „Ziemie Odzyskane – historia sukcesu”, skłania do namysłu właśnie nad tego „sukcesu historią”. Do próby odpowiedzi na pytanie – dlaczego w III RP prawicowi historycy, politycy i publicyści przemilczają „zasługi tamtych ludzi”, w tym Generała i „tamtego państwa”. Uczynią to Państwo, po zapoznaniu się z tekstem. Zatrzymam w nim uwagę na dekadzie lat 80. Zaś do sprawy zachodniej granicy Polski w latach 1941 – 1970, odniosę się w tekście prezentującym „drogę Polski” do Traktatu z 7 grudnia 1970 r.

 

Szantaż czy realna groźba

Generał wiele razy nawiązywał do początku lat 80. – czasu przed stanem wojennym, przypominając pytanie radzieckich notabli – „kto wam zagwarantuje granicę zachodnią?” Faktycznie, trzeba przyznać, wbrew „chciejstwom” polityków po 1989 r. – ZSRR od 1945 r. był jej stanowczym „promotorem”, co potwierdza np. Winston Churchill w pamiętnikach t. VI. .Napisał wielce wymowną konstatację: „W 1981 r… mieliśmy powody do obaw, że sytuacja w Polsce budziła w moskiewskich kołach politycznych nie tylko zniecierpliwienie. Pojawiły się tam głosy, aby pójść dalej w stosunkach z Niemcami, z pominięciem Polski. Raz były to gesty do NRD, innym razem do RFN”. („Stan Wojenny. Dlaczego”). Jednakże szczegółów swoich obaw nigdzie nie wyjawił. Byłem zdania, iż mógłby przedstawić tę sprawę w mowie obrończej przed Sądem w 2008 r., jako dostrzegalny przez tę władzę rodzaj zewnętrznego zagrożenia, szantażu. Jako rodzaj argumentu ZSRR „przed światem i Europą”, gdyby podjął decyzję, do jakiej polskie władze nie chciały dopuścić, z jaką realnie się liczyły (pisałem w poprzednich tekstach). Argumentowałem, iż to dowód, że ZSRR wobec naszego rozchwiania „nie żartował”, traktując zachodnią część naszego kraju jako „zakładnika”, swoistą „daninę” wobec zachodniej krytyki „sojuszniczej pomocy”. Dziś powiemy – znając część archiwów – że to jeden z wielu ewidentnych dowodów realizmu obaw polskich władz. Po kilku dniach rozważań „za i przeciw” oraz dyskusji, Generał doszedł do wniosku, by w przygotowywanej „mowie” tę kwestię zapisać sygnalnie. Natomiast podnieść, rozwinąć i uzupełnić o dostępne źródła w ew. odpowiedziach na pytania Sądu (na pytania prokuratora nie miał zamiaru odpowiadać, o czym poinformował Sąd). Widział w takim podejściu dwa główne aspekty.
Pierwszy – polityczny. Był szczególnie ważny w rozmowach z radzieckimi. Stawiali pytanie, a sens ich gwarancji miał „dotyczyć jedynie sojuszniczej, stabilnej Polski”(jak było w CSRS z „Ententą”, niech Państwo sobie przypomną). Zapewne liczyli na inteligencję Polaków. Raz tylko zdarzyło się podczas ćwiczenia „Sojusz-81”. (pisałem w jednym z poprzednich tekstów), gdy gen. Heinz Hoffman (minister obrony NRD) w rozmowie z Generałem sondował kwestię zmiany granic państwowych, sytuując to na tle historycznym. Generał z kolei chciał poznać istotę myślenia władz NRD, głównie Ericha Honeckera. Nie był pewien, czy Hoffman zbyt ostrożny nie chciał powiedzieć „słowo za dużo”. Czy takim podejściem nie sondował opinii Generała o ew. „korekcie” granicy (oczywiście na rzecz NRD). Tego Generał nie chciał ujawnić, milczeniem dawał do zrozumienia – „nie ma tematu”. Zaprezentował znane stanowisko – sprawy wewnętrzne rozwiążemy własnymi siłami, liczymy na zrozumienie, pomoc gospodarczą, jesteśmy w jednym sojuszu polityczno-gospodarczo-obronnym. Wtedy, czyli w 1981 r., „odżyły” dawne „dokładności kontroli” korzystania z toru wodnego w Zatoce Pomorskiej. Były składane na karb nadgorliwości i różnych niuansów urzędników NRD, którzy dawali tym wyraz swojego stanowiska wobec „solidarnościowej nowoczesności” i widocznej ostrożności władzy. Generał uznał, iż temu nie należy nadawać rangi politycznej, państwowej, między Polską a NRD. Wniknięcie naszych władz morskich w tę kwestię w latach 70. ujawniło, niedopatrzenie polskich urzędników podczas wytyczania podziału szelfu w Zatoce Pomorskiej po wojnie. Dawało podstawę prawną NRD do jej interpretacji na swoją korzyść. Podjęte pertraktacje jeszcze nie skutkowały, świadczą źródła archiwalne. Do 1980 r. nie było z tym poważniejszych problemów, zaczęły się już po stanie wojennym. Czym to tłumaczyć? Po latach, mówił Generał, że wpływ miała nasza osłabiona pozycja w bloku i coraz silniejsze „impulsy” zjednoczeniowe. Erich Honecker, można się tylko domyślać, chciał mieć swój „terytorialny” wkład. Ale na Kremlu zaszły istotne zmiany personalne. Ekipa z początku lat 80. nie zawsze nam przychylna, choć nie „wroga”, co dziś należy szczególnie podkreślić by dobrze zrozumieć, w ówczesnym uwarunkowaniu Wschód-Zachód, zmieniła się. Michaił Gorbaczow prywatnie i na forum międzynarodowym okazywał zrozumienie dla Polski, dla Generała, zainteresowanie zmianami jakie u nas następują, co wielu nie chce dostrzec. Trzeba pamiętać, iż w 1987 r. oświadczył Prezydentowi RFN, że dwa państwa niemieckie są realnością, co według ZSRR stanowi warunek stabilności i pokoju w Europie. Nie było więc jeszcze(!) dla „zjednoczeniowych” sygnałów aprobaty.
Na tle korzystania z toru wodnego dochodziło coraz częściej do ostrych spięć, nawet do angażowania marynarek wojennych Polski i NRD. W tej kwestii wiele interesujących faktów znają i posiadają oceny wysocy oficerowie Marynarki Wojennej z dekady lat 80. Generał rozmawiał z Honeckerem we Wrocławiu 26 czerwca 1988 r. „Postawiłem sporny problem w sposób zasadniczy, nawet dramatyczny” – napisał we wspomnieniach. 22 maja 1989 r., podczas wizyty w Berlinie podpisał umowę o wytyczeniu tej granicy. „To był ostatni moment. Po wyborach w Polsce 4 czerwca 1989 r., NRD by nie ustąpiła” – wspomina.
Ważny był też inny szczegół. Wiedza o sposobie myślenia sąsiadów pochodziła w części, co oczywiste – z naszych źródeł wywiadowczych w NRD, CSRS, ZSRR i zachodnich, głównie francuskich i niemieckich. Była zbyt cenna, by opacznie ją narażać na ujawnienie. Z kolei podejmowanie sprawy granicy z radzieckimi – okazji było wiele – dałoby do myślenia, że ich swoisty szantaż granicą odnosi skutek. A przecież wobec Kremla obowiązywała zasada – panujemy nad sytuacją i nie możemy dać poznać po sobie, że jest inaczej; musimy mieć wiąż aktualną ocenę sytuacji w kraju i racjonalne argumenty, wychodzące także naprzeciw obawom sojuszników. Tu żelazna zasada. Ich obawy muszą być traktowane nad wyraz poważnie i spotykać się z realnymi, mądrymi argumentami, bez krętactwa, kłamstwa czy innych „wybiegów słownych”. Po latach, wielu „podwórkowych znawców” nazywa takie postępowanie„służalczością”. Tu logikę myślenia zastępuje się wytrychem, „komunistyczna propaganda”. Wielu, zdawałoby się poważnych historyków poznało dostępne źródła archiwalne, ale nie chcą zrozumieć, iż przedstawiciele władzy, na czele z Generałem, byli i do końca pozostali Polakami, zdolnymi także prowadzić „inteligentną grę myślową”. Na moment odejdę od głównego wątku, podając taką ciekawostkę. Jest radziecki dokument polityczny – dwie wersje protokołu z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR z 21 listopada 1981 r., które znacznie się od siebie różnią. „W jednej wersji tekstu znajduje się informacja, że omówiono z Wojciechem Jaruzelskim kwestie pomocy wojskowej, a w innej – że Jaruzelski upierał się, iż Polska własnymi siłami poradzi sobie z opanowaniem sytuacji” – pisze Iniessa Jażborowskaja (patrz książka „Białe plamy czarne plamy, sprawy trudne w relacjach polsko – rosyjskich 1918-2008, Wyd. PISM 2010). Zdaniem historyków znających „technologię” tworzenia dokumentów w ZSRR mogło być tak, że tworzono dwie wersje, aby zależnie od potrzeb wykorzystać jedną z nich do przedstawienia opinii publicznej w konkretnej sytuacji. Tak postąpiono w 1979 r., podczas wprowadzania wojsk radzieckich do Afganistanu. Czy daje to „coś” do myślenia „lepiej wiedzącym” – jakie jest Państwa zdanie?
Drugi – sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie, czy te przemyślenia znali najbliżsi współpracownicy. Otóż, nie. To nie brak zaufania! Gorąca atmosfera, szczególnie w sferze słownej, nie pomijając pozostałych – politycznej, gospodarczej, społecznej na linii „Solidarność” – władza – zagraniczni sojusznicy – mogłaby doprowadzić do wręcz nieprzewidywalnych następstw (kilka razy pisałem, iż można toczyć spór, kto bardziej – Praga czy Berlin zachęcały Moskwę do udzielenia nam „bratniej pomocy”). Nie zapominajmy, że służby specjalne, nie tylko sąsiadów – miały u nas „pełne ręce roboty”! Splot różnych bieżących zdarzeń i do tego na swój sposób interpretowana sprawa zachodniej granicy także przez Polaków, choćby tych, mieszkających w zachodniej części kraju (pisał wspomniany K. Wasilewski) mogła stać się zapalną iskrą do bratobójczych wystąpień wewnętrznych. Co więcej – zwracam uwagę na to „gorąco słowne”, wręcz podejrzliwość, „chciejstwo mojej racji”. W odbiorze zagranicznym być może wywołałaby takie skojarzenie. „A jednak, Polacy nie są pewni zachodniej granicy”, stąd decyzja Poczdamu (Ziemie Zachodnie w „czasowe administrowanie”) jest do „dyskusji”, do podważenia, mimo traktatu z 7 grudnia 1970 r. Czyli jest sprawą otwartą, powiedzmy dziś wprost-„kartą zapłaty”. Ktoś może zapytać – komu i za co? Oczywiście NRD – za „wierność” Moskwie. Czy całe Ziemie Zachodnie? To zależałoby od sytuacji. Decyzje mogły być różne, np. oddanie tylko rejonu Bogatyni CSRS, a może też spornej części Śląska Cieszyńskiego? NRD – tylko Świnoujścia, może jeszcze Szczecina. Przypomnijcie sobie Państwo dyskusję sprzed kilku miesięcy o reparacjach. Pojawił się Szczecin w kontekście oddania, kto tak myślał? To „właściwa lekcja”, na kogo nie oddawać wyborczego głosu. Ktoś rozumnie zapyta o skalę realności takich obaw. Czy dosłownym, wieloprzymiotnikowym szczęściem Polaków i Polski nie jest spokojna dywagacja w sensie polityczno-państwowym (złożoności myślenia i odpowiedzialności Generała), narodowym, ludzkim o takich i podobnego formatu sprawach? Czy to zbyt mała satysfakcja z wartości zwycięstwa rozumu, jakie pozostawił Generał i władze PRL? A czy Historia nie dostarcza przykładów „dowodów wdzięczności”, np. Obwód Kaliningradzki (proszę sięgnąć do tekstu „Mąż Stanu”, wypowiedź Jana Karskiego). Pomyślcie Państwo! Generał wielokrotnie, podczas różnych spotkań podkreślał, iż jako zwiadowca walczył o te ziemie, był tu ranny, a przede wszystkim przekonany o słuszności postępowania naszych władz w latach 1945-1990.
Pomyślcie Państwo, czy nie warto zastanawiać się przed wydaniem – zdawałoby się „pewnej” oceny potępiającej dany fakt czy zdarzenie z okresu bezpardonowo opluwanego PRL, także przedstawicieli „tamtych władz”. Czy nie warto wciąż uczyć nasze dzieci i wnuki „historycznego myślenia”, szacunku dorobku swoich dziadków i rodziców, „tamtych władz”?

 

Ku zjednoczeniu, a nasza granica…

Polityka odprężeniowa Michaiła Gorbaczowa zdjęła „gorset uścisku” z suwerenności państw bloku wschodniego. W RFN ożywiła impulsy zjednoczeniowe, które – podkreślam – po podpisaniu traktatów z Polską i ZSRR w 1970 r. nie wygasły. Można zaryzykować tezę, że stały się swoistym bodźcem ku pamięci, że Niemcy żyją w dwóch państwach i czekają na zjednoczenie. Sprzyjał im w RFN Kanclerz Helmut Kohl, który publicznie uznawał się tego rzecznikiem. Z kolei w NRD także nie brakowało coraz śmielszych głosów ku zjednoczeniu. Były one uważnie obserwowane i słuchane na Zachodzie. Tu taki fakt. Podczas rozmowy, 11 czerwca 1989 r. w Chequers, w swoim domu – Pani Thatcher – według Wiesława Górnickiego, do Generała apelowała, „żeby pod żadnym pozorem, Polska nie godziła się na zjednoczenie Niemiec”. Pani Thatcher twierdziła, że głos Polski w tej sprawie jest bardzo ważny”. Podobno w torebce nosiła mapkę obrazującą różne kształty terytorium Niemiec w przeszłości. Pokazała ją w grudniu 1989 r. prezydentowi Francji François Mitterrandowi w Strasburgu, komentując, że „Nie za bardzo dobrze wróży to na przyszłość”. Jej sprzeciw i prezydenta Francji wobec zjednoczenia Niemiec spotkały się ze zrozumieniem prezydenta USA (od 20 stycznia 1989 r., George Bush).
U nas zjednoczenie było odczytywane jako znak zapytania wobec granicy i Ziem Odzyskanych. Dobitny przykład podaje Generał: Pamiętam dwie podróże, jakie wówczas jako prezydent odbyłem wzdłuż dolnej Odry – od Kostrzynia do Szczecina. Setki, tysiące spotykanych ludzi wyrażały głębokie zaniepokojenie o przyszłość swoją i kraju, o polskie Ziemie Zachodnie. „Panie Generale – pytano – co z nami będzie”. Wciąż stoi mi przed oczyma wielka uroczystość patriotyczno-religijna w maju 1990 r. w Siekierkach nad Odrą. Biskup Kazimierz Majdański wygłosił piękną homilię. Powiedział wówczas: „Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego? Myśleliśmy identycznie („Stan wojenny. Dlaczego”).Obawy takie wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, biskupa wrocławskiego Bolesława Kominka, czy jego następcę kardynała Henryka Gulbinowicza, o których Generał wyrażał się z szacunkiem i uznaniem.
Polska obawiała się o swój kształt terytorialny, militarne bezpieczeństwo – Zachód o wzrost potęgi gospodarczej zjednoczonych Niemiec. Politycy, szczególnie francuscy i brytyjscy oficjalnie popierali tendencje zjednoczeniowe, poufnie byli im przeciwni. Liczyli na Polskę, która miała historyczne powody, by stanowczo wypowiadać sprzeciw. Dla nas była okazją, ostatecznie uregulować to, co pomyślnie rozpoczął Władysław Gomułka. Tym bardziej, że Kanclerz Kohl nieustannie naciskał, przyspieszał” – szeroko pisze Generał w tekście „Historyczny wiraż” (Rozmowy dyplomatyczne Wojciecha Jaruzelskiego. Wyd. MAG, Warszawa 2006)

 

Rozmowa Prezydenta z Kanclerzem

12 listopada 1989 r. odbyła się w Warszawie wielce znacząca rozmowa Prezydenta PRL, gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Kanclerzem Helmutem Kohlem. Temat od pewnego czasu był i „gorący”, i wiadomy: stosunki polsko-niemieckie. Spojrzenie w przeszłość, ale głównie teraźniejszość i przyszłość. Obaj rozmówcy – doświadczeni politycy – doskonale wiedzieli, że okres pierestrojki Gorbaczowa wzbudził „impulsy zjednoczeniowe” w NRD. Odpowiednio wzmocniły je wydarzenia w Polsce 1989 r. Kanclerz skwapliwie je podchwycił. Prezydentowi dawał do zrozumienia, że sprawę zachodniej granicy należałoby odłożyć na później – do uregulowania w „traktacie pokojowym” zjednoczonych Niemiec z Polską. Na takie rozwiązanie nie było zgody ani Prezydenta, ani Premiera, co Kanclerz usłyszał wyraźnie i dobitnie. Prezydent mówił, że Polska zastanawia się nad konsekwencjami zjednoczenia dla własnej gospodarki, nad ewentualnymi tego kosztami. Choć Kanclerz Kohl w rozmowie czynił wiele uspokajających gestów, nie przekonał realistycznie patrzącego na bieg zdarzeń Prezydenta. Obecny przy tej rozmowie Premier Tadeusz Mazowiecki, powiedział później Generałowi – „czy Pan Prezydent nie sformułował niektórych ocen zbyt ostro?”
25 lutego 1990 r. podczas konferencji prasowej dla dziennikarzy w Camp David, Kanclerz Kohl (wizytę składał prezydentowi USA) w słowie wstępnym, m.in. powiedział: „Granica polsko-niemiecka może być ostatecznie zatwierdzona tylko przez parlament ogólnoniemiecki. Ale nie powinno to być okazją do przesuwania granic w Europie”. Zygmunt Broniarek zapytał: „Czy więc ta druga część pańskiego stwierdzenia oznacza, że uznaje pan tę granicę za ostateczną”? Dalej relacjonuje: „Kohl, powtarza, co powiedział wcześniej, ale nie odpowiada na moje pytanie. Prezydent Bush odpowiadając na inne pytanie, niejako uzupełnia wypowiedź Kohla słowami – «Jeżeli zaś chodzi o granicę polsko-niemiecką, to Stany Zjednoczone, zgodnie z Aktem Helsińskim, uznają ją za ostateczną»”. Tu wyjaśniam – Akt Helsiński, to Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE) przyjęty przez 35 państw (z wyjątkiem Albanii), w tym USA i Kanadę 1 sierpnia 1975 r. Wśród 10 zasad bezpieczeństwa (tzw. I koszyk) zawarto nienaruszalność granic i integrację terytorialną.

 

Prezydent Bush podzielił obawy Generała

Szybko pojawiły się znaki zapytania nad szczerością Kanclerza. Kilkanaście dni po rozmowie z Prezydentem, głosił „10 punktów”, swoisty plan zjednoczenia Niemiec, gdzie mówi o wymogach gospodarczych wobec NRD, ale o granicach ani słowa. O takim „obrocie sprawy” Generał rozmawiał z Gorbaczowem – jak wspomina, „był zbulwersowany” postawą Kohla, który zapewniał, że nie będzie sztucznie przyspieszał sytuacji, co może grozić destabilizacją w tej części kontynentu. Gorbaczow zapewnił Prezydenta Polski, że dobrze rozumie te racje i podniesie je podczas rozmowy z prezydentem USA na Malcie, 2 grudnia 1989 r. Słowa dotrzymał. Prezydent Bush nie tylko podzielił obawy Generała, ale i wyraził pełne poparcie dla jego trójczłonowej koncepcji, obejmującej:
– ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski;
– zjednoczenie Niemiec;
– zakończenie II wojny światowej w Europie.
Michaił Gorbaczow 4 grudnia 1989 r. w Moskwie, podczas posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego Układu Warszawskiego, poinformował Generała o pozytywnym dla Polski wyniku rozmowy z Prezydentem USA. Podzielił się też z Generałem wrażeniami, ze spotkania z Janem Pawłem II, który zapewnił go, że „Stolica Apostolska nie będzie popierać działań destabilizacyjnych w krajach Europy Wschodniej”. Przypomniało to Generałowi rozmowy z Papieżem w latach 1983 i 1987, podczas których problem niemiecki, zwłaszcza granicy na Odrze i Nysie, był stale obecny.

 

Wizyta delegacji polskiej we Francji

Generał wspomina, iż „9 marca udałem się wraz z Tadeuszem Mazowieckim i Krzysztofem Skubiszewskim do Paryża. W Paryżu miała odbyć się konferencja «2+4» (dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa – moje GZ). Z opinią Prezydenta Mitteranda liczył się Kanclerz Kohl. Była to udana podróż. Mitterrand w pełni podzielił nasze stanowisko w sprawie ostatecznego uregulowania tematu – zachodnia granica Polski. Dał temu publiczny wyraz na wspólnej konferencji prasowej. Dowiedzieliśmy się, że strona zachodnioniemiecka, że Kanclerz Kohl był tym mocno zdegustowany. Jednakże na drodze zagwarantowania naszych żywotnych interesów głos Francji stanowił ważny fakt”. Właśnie – „głos Francji”, skłania do przypomnienia. Prezydent Francois Mitterrand 4 grudnia 1985 r. prywatnie przyjął w Pałacu Elizejskim Generała. Po wizycie, Generał uzyskał zrozumienie naszych spraw (było to 2,5 roku po stanie wojennym), a na Zachodzie opinię poważnego polityka.

 

Moskiewskie traktaty

Zgodnie z „politycznym kalendarzem” na 1990 rok, 17 lipca w Paryżu, w ramach konferencji 2+4, na szczeblu MSZ (Polskę reprezentował Krzysztof Skubiszewski) RFN (Kanclerz Kohl) podpisał protokół, w którym zrezygnował z warunku traktatu pokojowego zjednoczonych Niemiec z Polską.
Ta rezygnacja z traktatowego uregulowania sprawy tej granicy na „linii” Polska-Niemcy, jednocześnie otworzyła drogę by ostatecznie uregulować tę sprawę po myśli układu poczdamskiego z 1945 r. Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat o ostatecznej regulacji polskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Dopiero w styczniu 1991 r. „nowe Niemcy” podpisały traktat z Polską, tym samym otwierając nową kartę w nowoczesnej historii obu państw.
Ten „moskiewski traktat” – ma moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach zmaterializowała się. Traktat ten jednocześnie symbolicznie zakończył II wojnę światową w Europie. Jest „Pieczęcią Historii” na okresie dziejów, które zdały „pokojowy egzamin”. Mimo to, jak odnotował Generał: „Pojawiają się głosy, że problem granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej był przez «komunę» wyostrzany sztucznie, w imię własnych politycznych interesów. Przytaczam więc słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego opublikowane w „Rzeczpospolitej” z 22 sierpnia 1996 roku. W czasie listopadowej (1989) wizyty w Polsce – pisał Nowak-Jeziorański – Kanclerz Kohl odmówił zajęcia stanowiska w tej żywotnej dla Polaków sprawie…W rokowaniach z czterema mocarstwami zaś powrócił do tezy, że istniejące umowy między Polską a NRD i RFN (uznające granicę na Odrze i Nysie) stracą ważność z chwilą zjednoczenia Niemiec. Tylko parlament zjednoczonego państwa – twierdził Kanclerz – będzie miał prawo podjąć decyzję w sprawach terytorialnych. Wynikało z tego, że Niemcy chcą rozpocząć rokowania od zera i prowadzić je z pozycji siły, tylko z Polską, bez udziału i wpływu wielkich mocarstw»”. Prezydent, Tadeusz Mazowiecki i polscy dyplomaci z Krzysztofem Skubiszewskim na czele, skutecznie zapobiegli takiemu pomysłowi Kanclerza – chwała im za to! „Mam poczucie wielkiej satysfakcji – pisał Generał-, w tym przełomowym momencie zdała egzamin współpraca – jak mówią Francuzi «cohabitation» Prezydenta i Premiera. Mówię to z wielkim szacunkiem dla Tadeusza Mazowieckiego, jego odwagi i rozwagi. Słowa te adresuję do tych wszystkich osób, polityków z Solidarności, którzy potrafili wznieść się ponad osobiste urazy w imię nadrzędnych, narodowych celów”. O tym milczą polscy historycy. Czyżby postać Generała, Premiera Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego (spoczywa w Panteonie Narodowym Świątyni Opatrzności Bożej), osób, polityków, dyplomatów Solidarności rozumiejących tamten czas – źle im się kojarzyła, teraz nie „pasowała” do politycznych potrzeb? Co Państwo myślicie – zbliżamy się do centralnych uroczystości 100. lecia Niepodległości.

 

Polityczne refleksje, oceny, wnioski…

Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków, sił w kraju, za granicą oraz swoim autorytetem ten frontowy żołnierz tak „uwieńczył dzieło” – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej, właśnie takim traktatem pokojowym. Wielu z Państwa może zdziwić stwierdzenie – symboliczne zakończenie II wojny światowej. Ktoś może zapytać – czy od 12 września 1990 r., powinniśmy mówić, że tego dnia zakończyła się II wojna światowa? Militarnie zakończyła się w Europie 8 maja (wg wschodniego czasu, 9 maja) 1945 r. Na Dalekim Wschodzie, 2 września 1945 r. To są fakty niepodważalne.

Polityczne decyzje o nowej mapie granic i rozmieszczenia ludności (przesiedlenia z Kresów Wschodnich, wschodniej Polski i na wschód od Odry) zapadły w Poczdamie, gdzie usankcjonowano ustalenia z Teheranu i Jałty. Moskwa w 1990 r. traktatowo, politycznie o randze międzynarodowej, a nie między państwami – zamknęła sprawy odłożone „na później”. Była to nasza zachodnia granica, inaczej mówiąc – „polityczne oddanie” nam „historycznej własności”, czyli Ziem Zachodnich. Tu może ktoś zapytać o „historyczną własność” czyli Kresy Wschodnie, odłóżmy ten wątek do grudnia. „Zdjęła” też z Niemiec „terytorialną karę” za wywołanie II wojny światowej, dopuszczając do ich zjednoczenia. Wcześniej, bo po porozumieniu z Francją zagłębie Saary w 1957 r. wróciło do NRF. Zjednoczenie to sprawiło, iż wojska ZSRR stacjonujące w NRD i Polsce od 1945 r. oraz w CSRS od 1968 r. zostały wycofane do kraju, gdyż ich obecność straciła polityczno-militarny sens, to odrębny temat.
Trzeba tu przypomnieć, iż Poczdam dał jednocześnie polityczną podstawę podziału-głównie Europy, ale i świata na dwa przeciwstawne polityczno-militarno – gospodarcze bloki. Rywalizacja między nimi na wielu płaszczyznach, powszechnie znana jako zimna wojna, w której Polska – z konieczności była uczestnikiem, odcisnęła swe piętno, o zróżnicowanej skali, przez minione 45 lat. Faktycznie, ale i politycznie – w Moskwie 12 września 1990 r. – choć nie podpisano żadnego traktatu – zakończyła się zimna wojna. Stosunki Zachodu z Federacją Rosyjską po 1990 r. często noszące wyraźne znamiona zimnej wojny, mają już inny wymiar. Dość wspomnieć stosunki Polska – Rosja po 1990 r. Znacie je Państwo z autopsji. Jestem tu serdecznie wdzięczny Panu Andrzejowi Ziemskiemu za recenzję czterech książek prof. Witolda Modzelewskiego o tych stosunkach („DT” z 7-9 września br.), zachęcam Państwa do powtórnego jej przeczytania. Jednocześnie, przepraszam Pana prof. Bronisław Łagowskiego, iż nie cytuję bogactwa myśli, refleksji historycznych, porównań i odniesień zawartych w trzech książkach: „Polska chora na Rosję”, „Fałszywa historia, błędna polityka”, „Państwo z nikąd”. Skłaniam się ku przeglądowi naszej polityki wschodniej po 1990 r., gdzie te pozycje zostaną wyeksponowane. By Państwa tymi pozycjami zainteresować, taki cytat: „Trzeba rozróżnić politykę antyrosyjską i rusofobię. Ta pierwsza może zawierać element racjonalnej kalkulacji, trafnej lub błędnej, zależnie od poziomu umysłowego rządzących. Fobia natomiast, jako irracjonalne uprzedzenie, pełne lęków i ślepej wrogości, utrudnia dostosowanie polityki do zmiennych warunków zewnętrznych i wewnętrznych. Wrogość do Rosji nasila się od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, że może przyjść umiarkowanie”. Bardzo zachęcam Państwa do pozyskania tych pozycji poprzez Redakcję „Przeglądu”. Nie będzie to czas stracony, a wysokiej jakości uczta intelektualna.

 

ZWYCIĘSTWO!

Droga do tego Zwycięstwa – świadomie piszę wielką literą – nie była autostradą, tak po 1945 roku (napiszę o tym w grudniu br.), jak i w dekadzie lat 80. Nie brak na niej pomyłek, potknięć i wątpliwej trafności prognoz. Finał, w języku sportowym „meta”, nastąpił powtórzę – 12 września 1990 r. w Moskwie. To swoista lekcja nauki perspektywicznego myślenia władz PRL – dla zajadłej grupy prawicowych historyków, polityków i prawników, dla przyszłych pokoleń Polaków. To wiekopomna zasługa dla Polski, a laurowy wieniec wdzięczności należy się setkom przedstawicieli PPR (PZPR), PPS (także w PZPR), PSL (ZSL) sprawujących – wraz z PZPR władzę przez 45 lat PRL. Personalnie uosabiał ich w 1945 r., Bolesław Bierut (Poczdam); Władysław Gomułka, lata 1945-1948 (Poczdam i Minister Ziem Odzyskanych), w 1956 r. (Październik), 1968 (CSRS, „Operacja Dunaj”) i 1970 r. (Traktat z 7 grudnia); w dekadzie lat 80. gen. Wojciech Jaruzelski.
Dla niewielu – na szczęście! – członków Lewicy, wynoszących doświadczenia z lat PRL oraz znaczącej grupy „historycznie bojowej” młodzieży, opierającej swe przekonania na bałamutnej, zakłamanej „narracji” po 1989 roku – są one poważną przeszkodą, jeśli nie barierą w rzetelnej ocenie dorobku Polski Ludowej. Tym samym są przeszkodą w zrozumieniu obecnej rzeczywistości. Czasami odnoszę wrażenie, jakby po 1989 r. kierownictwa PPS i PSL z nadmierną ostrożnością, czasami wręcz milczeniem odnosiły się do dorobku swoich przedstawicieli wspólnie z PZPR. Czyżby obawa przed współodpowiedzialnością za błędy tej, kierowniczej formacji? Fakt, dojmującym ciężarem, wręcz dosłownym bólem, odcisnął się stalinizm i bratobójcza walka pierwszych lat po wojnie, szczególnie dotkliwa na wsi i małych miastach. Przez dziesiątki lat milczenie o Katyniu i zwycięskiej bitwie warszawskiej 1920 r. w imię „poprawności”, raczej wartości racji i celów wyższych w stosunkach Polska-ZSRR, obarczonych ograniczoną suwerennością, z czasem znacząco „poluzowaną”, właśnie dzięki ich mądrości sprawowania funkcji państwowych. „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi” – przy stosownych okazjach mówił Generał. W dekadzie lat 80. przeszły one w etap partnerskiej współpracy. W ten sposób – niejako spełniła się wizja Prymasa Tysiąclecia. 26 marca 1980 r. podczas spotkania w Natolinie z Generałem, użył metafory: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. Mądre oparcie się o „ścianę słowiańską”, po 45 latach zaowocowało w Moskwie zwycięstwem rozumu i rozsądku. Pięć wieków wcześniej był tam hetman wielki koronny, Stanisław Żółkiewski. Rozważne „ustawianie mebli” na ścianie germańskiej: 1945 – polscy żołnierze i flaga biało-czerwona w Berlinie, wraz z żołnierzami „ściany słowiańskiej”; 1970 – traktat w Warszawie; w dekadzie lat 80. – ok. 300 tys. młodzieży rocznie w NRD spędzało wakacje. Wreszcie nienaruszalna granica na Odrze i Nysie Łużyckiej i zjednoczenie Niemiec. Czy nie ma komu i za co dziękować, zachować we wdzięcznej pamięci? Powtórzę – choćby na 100-lecie Niepodległości!
W latach 1989-1990 do Generała dołączyli trzeźwo – ponad urazami myślący o Polsce przedstawiciele Solidarności, wymienieni wyżej z nazwiska i setki innych, pracujących w zespołach ekspercko-doradczych Rządu, a szczególnie MSZ. Przypomnijcie sobie Państwo fakt, zdarzenie sprzed kilku dni – dlaczego jeden z nich, prof. Bronisław Geremek musi mieć poprawioną inskrypcję na poświęconej mu tablicy? Czy ten szczegół nie nasuwa wniosku, by członkowie Solidarności, którzy z rozwagą przyjęli stan wojenny, trzeźwo i rozsądnie myśląc teraz o Polsce, nie zechcieli wesprzeć Lewicy Razem w wyborach? A członkowie PSL, aż tak bardzo „pobrudziliby” sobie życiorysy i dorobek z PRL, podejmując „na chłopski rozum” współpracę z SLD, z Lewicą Razem – nie tylko w najbliższych wyborach?

Sierpniowe porozumienia – lekcja dla myślących

Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej… uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie… (z Protokołu Porozumienia… 31 sierpnia 1980 r.)

Liczyłem, że można będzie się porozumieć z „Solidarnością”, zwłaszcza – jak wówczas mówiliśmy – z jej robotniczym nurtem. Skala, masowość strajków sierpniowo-wrześniowych, a w ich rezultacie pojawienie się potężnego, niezależnego związku było dla nas, dla władzy, ogromnym szokiem. Mówię o tym otwarcie. Robiliśmy dobrą minę – słuszny protest klasy robotniczej. Pocieszaliśmy się hasłem: „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Odrzucając myśl o użyciu siły, liczyliśmy jednocześnie, że to się jakoś ułoży. (gen. Wojciech Jaruzelski)

 

Można śmiało powiedzieć, iż od chwili podpisania porozumień sierpniowych (31 sierpnia 1980 r.) do dnia dzisiejszego, jest to „temat gorący”. Z wielu powodów: społecznych, politycznych, międzynarodowych i oczywiście związkowych. Jest wielopoziomową lekcją dla całej Europy, co z niej nauczyli się Polacy przez 38 lat – zostawiam Czytelnikom do wnikliwego namysłu. Istotę, sedno porozumień wyraża 21 postulatów. Załączam licząc, iż będą Państwu przydatne, staną się inspiracją na czas wyborów – termin samorządowych to 21 października. W dyskusjach z przyszłymi samorządowcami i parlamentarzystami.

Swoistą preambułą do nich, było czytelne potwierdzenie przestrzegania Konstytucji. Jak było realizowane w dekadzie lat 80. oraz po 1989 r. przez partie polityczne sprawujące władzę, wywodzące się przecież ze zdrowego „pnia” „Solidarności” (poza SLD i PSL), warto się zastanowić i ocenić. Miliony Polaków pamiętają tamten czas, a dziś – w roku 2018 – legitymują się dojrzałym wiekiem, co najmniej 60+, bogatym doświadczeniem z lat osiemdziesiątych, „urozmaiconym” społeczno-gospodarczymi „ćwiczeniami na sobie” po 1989 r. „Jak to było”, a „jak teraz jest” z tą naszą Konstytucją i oczywiście kierowniczą rolą partii – o czym wspomniałem w tekście pt. „Operacja Dunaj”. Zachęcam do namysłu i udzielenia sobie szczerej odpowiedzi.

 

Realizacja 21 postulatów…

Sugeruję Państwu, osobistą, prywatną analizę 21 postulatów, głównie takich:

Punkt 2: prawo do strajków – jest gwarantowane, a jednocześnie wykorzystywane i nadużywane. Macie Państwo inną ocenę? W połowie 1981 r. wartość wystrajkowanych ok. 700 umów dwukrotnie przekroczyła dochód narodowy. Stała się rzecz paradoksalna, lecz przewidywalna. Ilość zawartych umów, podważyła ich realność. Fala strajków poczyniła wielkie spustoszenia moralne, obniżyła dyscyplinę społeczną. Kraj poniósł niepowetowane straty gospodarcze” – ocenił prof. Jan Szczepański, przewodniczący Sejmowej Komisji ds. realizacji porozumień sierpniowych. Ekonomiści ocenili spadek produkcji na ok. 18 proc. w 1981 roku. Proszę, wskażcie Państwo kraj, który zdołałby udźwignąć i spełnić takie żądania! Jak bardzo nasze strajkowe przykłady okazały się pouczające, np. u naszych sąsiadów? Po Okrągłym Stole w Pradze, strajk komunikacji miejskiej planowany na 2 godziny – na apel Vaclava Havla (lidera opozycji) odwołano i zamieniono na akcję plakatową. „Aksamitnej rewolucji” towarzyszył bojkot telewizji, ogłoszony tylko przez orkiestrę symfoniczną. Akcje protestacyjne w NRD organizowano po pracy. Nie wierzycie Państwo, że dla innych byliśmy aż tak przekonujący! Generał oceniał, że „Znajdowaliśmy się w „okrążeniu” zagniewanych rządów, również i społeczeństw, krytycznych wobec „polskiego bałaganu”. Konsolidowało to tamte władze i uodporniało społeczeństwa na naśladownictwo „polskiej drogi”;

Punkt 9: automatyczny wzrost płac – podwyższono najniższą płacę (łącznie podwyżki i skrócenie czasu pracy wyniosą rocznie 255-260 mld zł). „Mimo starań rządu, realizacja rozmija się z intencjami sygnatariuszy”. Jak postępuje „Solidarność”? Strajki „o byle co”. Czemu nie – przecież rząd, zgodnie z pkt. 7, ciągle wypłaca wynagrodzenia za strajk. W listopadzie 1981 r. Lech Wałęsa jeździ po kraju i „gasi strajki”. Jak sam mówi – „ja jeden strajk gaszę, a dziesięć innych ekip jeździ i nowe rozpala”. Sądzę, że tę „anarchię strajkową” Państwo pamiętacie. Niektórzy, zadowoleni z tego działacze Związku, ten czas – 16 miesięcy – nazwali „karnawałem Solidarności”. Rzeczywiście była to „wyborna zabawa”. Kto z Państwa, szczególnie ówczesnych i po 1989 r. autentycznych robotników ma żal do Pani prof. Danuty Waniek za cytowaną w poprzednim tekście opinię, którą tu ponownie przywołuję. W tekście „Polska na zakręcie” („DT”z 10-12 sierpnia 2018 r.) m.in. napisała: Nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność”! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego. Czy klasa robotnicza „zapracowała” sobie na tę ocenę? Proszę, jeśli macie Państwo argumenty – zanegujcie.

Punkt 10: zaopatrzenie ludności – rynek żywnościowy całkowicie się załamał. Dochodzi do tego nagminne zjawisko spekulacji. Minister Rolnictwa na posiedzeniu rządu (początek grudnia 1981 r.) mówi, że mąki wystarczy do lutego przyszłego roku. Zapytam, kto w tej sytuacji chciałby być premierem, albo tym ministrem? Są chętni? A czy za ten stan odpowiada tylko rząd?;

Punkt 11: wprowadzić bony żywnościowe – objęto inne asortymenty. „Rzecz nie tylko w tym, jak dzielić to co mamy, ale co zrobić, by żywności do podziału było więcej” – mówił w Sejmie Generał. Władza z powodów oczywistych je spełniła, wprowadzając ten system od 1 kwietnia 1981 r. Wówczas ono było słuszne, sytuacyjnie konieczne i społecznie pożądane. Z dystansu 25 lat Czesław Rychlewski w artykule pt. „Producenci i cwaniacy” („Trybuna” z 3 listopada 2006 r.) m.in. pisze: Aż wierzyć się nie chce, ale fakt jest faktem. W PRL, gdy istniał nieustająco problem zaopatrzenia w mięso i jego przetwory, przeciętny Polak spożywał ich więcej niż obecnie. W roku 2005 na głowę mieszkańca Polski przypadało 71,8 kg rocznie, a w 1980 – 74 kg. Nawet w czasie, gdy doszło do załamania gospodarki i gdy produkty te można było kupić wyłącznie na kartki, Polacy jedli mięsa więcej niż w roku 1995. Warto tu przy okazji zauważyć, czy tylko zmiana „filozofii żywienia” ma tu decydujący wpływ?

Punkt 13: wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej – obraziłbym Państwa, próbując cokolwiek w tej materii wyjaśniać. Proponuję np. przejrzeć Przeglądy z tego roku;

Punkt 14: obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek – wówczas rząd wyjaśniał, iż postulat ten nie jest możliwy do spełnienia w aktualnej sytuacji gospodarczej i demograficznej kraju; podjęto sukcesywne obniżanie wieku emerytalnego górników. A jak sprawa wygląda w 2018 r.? Czym jest tłumaczona? Czy działaczy „pierwszej Solidarności” i ich wychowanków nie stać, by przynajmniej kobietom zagwarantować wiek 50 lat jako podstawę emerytury. Przecież pracują „od zawsze” na co najmniej dwóch etatach! Ostatnio słyszałem taką opowiastkę: Dwóch emerytów przechodzi obok gmachu Sejmu i słyszą sto lat, sto lat. Jeden z nich mówi – chyba któryś poseł świętuje urodziny. Na co drugi – raczej uchwalają nową granicę wieku emerytalnego. Rządzący dziś Polską mają przecież właściwe, bo „solidarnościowe korzenie”. Za koronny argument służą kalkulacje kosztów emerytur. Czy 38 lat temu te same koszty nie miały żadnego znaczenia dla autorów 21 postulatów, światłych doradców i samego Kierownictwa „Solidarności”?

Punkt 16: poprawić warunki pracy służby zdrowia – wspomniany prof. Jan Szczepański ocenił, że realizacja przebiega terminowo. Dla 30 postulatów szczególnych, przekazano 177 obiektów administracyjnych (czerwiec 1981);

Punkt 17: zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących – w tekście „Popychadło” („DT” z 16-19 sierpnia 2018 r.) przeczytałem taką informację: „Nie ma też bezpłatnych przedszkoli i pewnie do końca tej kadencji nie będzie”. Sprawdzicie Państwo w kampanii samorządowej, czy to prawda;

Punkt 19: skrócić czas oczekiwania na mieszkanie – program na lata 1981-85 przewidywał budowę 1,2 – 1,3 mln. mieszkań, w tym 650-700 tys. spółdzielczych, koszt ok. 900 mld. zł. Na koniec 1985 r. deficyt mieszkań nie zmniejszy się i wyniesie ok. 1,7 mln. Tak wynikało z analizy rządu przedłożonej związkowi do końca 1980 r. Sprawę mieszkań, obok spraw wyżywienia, uznać należy za podstawową – ocenił wspomniany Profesor. A jak sprawa wygląda dziś, po prawie 40 latach? Tu poddaję Państwu pod uwagę taką informację. W 1980 r. żyło 36 mln. obywateli. Było to 35 lat po wojnie, kończono usuwanie gruzów ze zniszczeń wojennych i budowano domy. W 2018 r. jest nas 38, 5 mln., przybyło więc 2,5 mln;

Lech Wałęsa na wiecu kończącym strajk w Stoczni Gdańskiej, gdzie widniało hasło „Socjalizm tak, wypaczenia nie” (początkowo akceptowano ustrój!) – wezwał wszystkich „do roboty”. Mówiono o „drugiej Japonii”, że „bułkę z szynką jeść będziecie”, że „wszyscy mają jednakowe żołądki” (później strajkując zapomniano, że także wszyscy powinni dbać o ich napełnienie). To właśnie strajki mają główny udział w spadku produkcji o 18 proc. i wzroście płac o 25 proc. w 1981 r. To przecież przedstawiciele „Solidarności” w komisji reformy odmówili końcowych uzgodnień treści ustaw, skutkiem czego reformę od początku 1982 r. wdrażano na podstawie prowizorium. Proponuję, zapytajcie działaczy „Solidarności”, jak oni wyobrażali sobie w 1980-81 r. porozumienie się z partią i rządem, czyli personalnie ze Stanisławem Kanią i Wojciechem Jaruzelskim. Cóż, trzeba będzie włożyć pewien wysiłek intelektualny, by nie dać sobie wmówić banałów, bałamutnych tez i „konstrukcji myślowych”, zrozumieć sens wywodów, wpływu sąsiadów. Zachęcam wszystkich do przeczytania książki „Niszczący dualizm”. Lech Mażewski dokonał w niej wnikliwej oceny działalności „Solidarności” w okresie 16 miesięcy „karnawału” przed stanem wojennym.

Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską („My”, wyd. Przedświt, 1994) m.in. mówi: Nieporęczna w istocie od początku była „Solidarność”. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej (…) Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” z 1989 r. miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało. I dalej: Powiedziałem – słuchajcie, my nie możemy ciągle żyć w świecie pewnego mitu, który może był piękny, ale nigdy nie był prawdziwy. „Solidarność” zawsze była wewnętrznie skłócona, rozgrywały się w niej różne walki, podchody, trochę rzeczy ginęło, np. pieniądze i dokumenty.

Dysponujecie Państwo Czytelnicy wiedzą o Polsce z 1980 r., więc zechciejcie z namysłem raz jeszcze przeczytać te myśli, zastanowić się, wyciągnąć wnioski, jaka byłaby Polska w 1989 r. i później! Zwróćcie uwagę – „trochę rzeczy ginęło, np. pieniądze”. Na I Zjeździe „Solidarności” działacze terenowi mówili, że chodzą „słuchy” o ginięciu pieniędzy, jakie Związek otrzymuje z Zachodu, wręcz zażądano rozliczenia się. Głos zabrał ks. Henryk Jankowski, który oświadczył, że żadnego problemu nie ma, wszystko jest rozliczone. Prosił, by tej sprawy nie podnosić w dyskusjach i prasie związkowej. Jest to temat o posmaku sensacyjnym na inną okazję, zważywszy, że CIA próbowała „wmontować” Jana Pawła II w kanał pomocy dla Związku, drogą przez Watykan.

Profesor Karol Modzelewski w książce „Dokąd od komunizmu”, napisał: Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej. Czy to nie chichot historii na oczach milionów Polaków tamte czasy pamiętających, nie kompromitacja „elyty”? Czy to nie nauka „historycznego myślenia” dla młodych Polaków? Czy nie ma nad czym zastanowiać się w roku wyborczym?

 

Jakie były początki?

Generał w książce „Stan wojenny. Dlaczego…”, pisząc o protestach na Wybrzeżu w 1980 r., zawarł taką ocenę: Detonatorem strajku w Gdańsku było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz. Teraz doszliśmy do tego, że wyżala się ona na łamach opozycyjnego pisma „NIE”, a jej ówcześni obrońcy milczą jak głazy. Ot, ironia losu. Wyjaśniam Panu Piotrowi Walentynowiczowi, wnukowi, iż tę książkę wydał w 1992 r.(wyd. BGW). Jest wśród pism wybranych, wydanych przez Adama Marszałka w 2013 r., z okazji 90. urodzin Generała. Zachęcam do jej przeczytania, mając nadzieję, że zrozumiał Pan zwrot „Ot, ironia losu” w kontekście tamtej i obecnej sytuacji. Powiem Panu, że 20 kwietnia 2010 r. Generał na dziedzińcu MON pokłonił się w zadumie Pańskiej Babci, przechodząc przed zdjęciami wszystkich tragicznie zmarłych osób w katastrofie smoleńskiej (byłem świadkiem, są zdjęcia). Nie przewidział, że jej wnuczek w 2018 r., krytykując Prezydenta RP za weto na ustawę degradacyjną Generała i innych osób, uznał, że Duda stanął po stronie osób, które nie koniecznie naciskając na spust, ale wydając rozkazy, były odpowiedzialne za największe tragedie, męczeństwa i zbrodnie powojennej Polski. („GW” z 3 kwietnia 2018 r.). Wsparł go taką „światłą” myślą pewien poseł (z litości pominę nazwisko): „Polski suweren ma prawo do ustawowego wymierzania, zwłaszcza symbolicznej, historycznej sprawiedliwości – odpłaty w formie degradacji”. Czyżby, dla Pana Piotra wiąż trudnym było zrozumienie, że rozkazy jakie wydał Generał 13 grudnia 1981 r. uratowały życie jego Babci? Może ta konstatacja skłoni do rozwagi – prof. Ryszard Reiff w nocy 12-13 grudnia był przeciw decyzji o stanie wojennym. Z biegiem czasu zmieniał – nie tylko on – optykę widzenia stanu wojennego. Na posiedzeniu Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, 22 września 1992 r., m.in. zeznał: Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak jak z małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych. Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu, zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać. Domyślam się, że Pan Piotr ma na tyle wyobraźni, iż wśród wywiezionych mogła być jego Babcia. Czy przeżyłaby i kiedy wróciła? I w jakim stanie zdrowia? A może „po latach” miałby pragnienie odnaleźć jej grób gdzieś na Syberii?

Jeśli mowa o grobach. Zbigniew Domino, przez lata dzielił ból dziecka, syna, który zostawił Matkę na Syberii. Jako dorosły mężczyzna po latach, z pomocą Rosjan odnalazł jej grób w Kaluczem, co opisał w książce „Zaklęty krąg”. Niech ta przejmująca faktami i wymową lektura skłoni Pana Piotra – opluwacza Generała – ale i jemu podobnych do refleksji. A może ich rodzice i oni sami dzięki właśnie „takim rozkazom” uniknęli podobnego losu. Nie muszą szukać, ani wyobrażać sobie grobu „gdzieś tam”. Kiedy chcą, mogą pójść na groby swoich najbliższych – niech ta świadomość …

 

Co na to sąsiedzi?

Że sytuacja wewnętrzna w Polsce była ciągle obserwowana przez naszych sąsiadów, a po wybuchu protestów i strajków latem 1980 r. szczególnie i wnikliwie – dla nikogo trzeźwo myślącego nie jest żadną tajemnicą. Jak głęboka, rozległa i „twórcza” była ta czujność, niech posłuży ten dowód. Podczas międzynarodowej konferencji w Jachrance (8-10 listopada 1997) zajmującej się wewnętrznymi i zewnętrznymi uwarunkowaniami kryzysu lat 1980-1982 w Polsce, ujawniono wiele różnych dokumentów, m.in. wywiadu USA oraz z archiwów ZSRR, w tym ściśle tajny dokument. O jego szczególnej tajemnicy świadczą wykropkowane miejsca, gdzie odręcznie wpisane były daty, liczby, nazwy, itp. Cóż więc tam było? Dla przykładu – po słowach „w przypadku wystąpienia”, odręcznie wpisano „po stronie sił kontrrewolucyjnych, zasadniczych sił Wojska Polskiego” – dalej maszynopis – „zwiększenie zgrupowania naszych wojsk jeszcze o” – znów odręcznie – „pięć – siedem” – dalej maszynopis – „dywizji”. Świadczy to, że:

– dokument był przygotowany, z uwagi na bieg wydarzeń w Polsce, potrzebne dane były wpisywane ręcznie przed podjęciem decyzji. By poza jego autorami i decydentami nikt nie znał treści. Czego się obawiano? Może zbędnej dyskusji w ścisłym gronie BP KC KPZR, a może „przecieku”? Nie zapominajmy, że wśród nich były osoby sympatyzujące z Polakami, np. Bajbakow (nazwisko po babce Bajbakowska), a wywiady zachodnie, np. USA. Zbigniew Brzeziński kilka razy mówił, że „w Sztabie Generalnym mieliśmy swojego człowieka” ;

– „siły kontrrewolucyjne”. Pamiętacie Państwo jak oceniano wystąpienia w CSRS? Co to oznaczało dla inicjatorów „Praskiej Wiosny” i czym się skończyło. Jak mogło być u nas?
– liczono się, iż Wojsko Polskie wystąpi „po stronie” (czytaj – w obronie) strajkujących. To też uwaga dla wszystkich „degradatorów” Generała i oficerów b. LWP, którzy służbę w tym Wojsku pogardliwie oceniają jako „służalczą” Moskwie, pozbawioną patriotyzmu;

Dokument został napisany już 28 sierpnia 1980 r., Tak, to nie błąd., czyli na 2-3 dni przed podpisaniem porozumień sierpniowych w Szczecinie – 30, w Gdańsku – 31 sierpnia. Tak byli czujni. Czy to nie „nauka” dla Kremla z „Praskiej wiosny”? Co więcej – gotowość użycia wojsk inwazyjnych z Nadbałtyckiego i Białoruskiego okręgów wojskowych wyznaczono na godz. 18.00, 29 sierpnia.

Autorami tego dokumentu dla KC KPZR, wraz z projektem decyzji, było pięciu czołowych działaczy: Michaił Susłow, Andriej Gromyko, Jurij Andropow, Dimitrij Ustinow i Konstantin Czernienko. Dwaj spośród nich – Andropow i Ustinow  w dniach 3-4 kwietnia, w Brześciu, przeprowadzili ze Stanisławem Kanią i Generałem długą, rzeczową i poważną rozmowę. Pisze o niej Generał w książce „Stan Wojenny”(rozdział „Lot i lądowanie”), gdzie m.in. zwarł taką refleksję: Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić. Jakie jest Państwa zdanie, czy Generał myli się w tej ocenie? Proszę zwrócić uwagę, iż ta rozmowa poprzedzona była grudniową naradą szefów partii w Moskwie, podczas której Stanisław Kania rozmawiał z Breżniewem (pisałem w tekście „Operacja Dunaj”), sprzeciwiając się z Generałem otwarciu granic – czego zażądał Kulikow na początku grudnia 1980 r. – dla wejścia wojsk, celem odbycia „ćwiczeń”. Ponadto, była ona w trakcie ćwiczenia „Sojusz-81”. Rozpoczęły się one 16 marca, a 19 marca wybuchł incydent bydgoski. Gdy kilka tygodni temu w transmisji z obrad Senatu, zobaczyłem przemawiającego senatora Jana Rulewskiego ubranego w uniform więzienny, przypomniałem sobie co „robił” podczas tego incydentu. Zachęcam Państwa – zapytajcie Pana senatora, czy miał świadomość, iż jego i kolegów postępowanie mogło być iskrą do odbycia „praktycznych ćwiczeń” na jego i kolegów plecach? Czy dziś ma poczucie, przynajmniej moralnej odpowiedzialności za groźbę ofiar w ludziach, członkach „Solidarności”, którą sam na nich sprowadziłby? Odpowiedzialności za ten incydent oczekiwał Pan dzisiejszy senator kilka lat temu od Generała, pisząc stosowny list (znam jego treść). Stan zdrowia i czas konieczny do przygotowania obrony w Sądzie, a tu brak miejsca nie pozwala go podjąć.

Ćwiczenia kolejne – „Zapad-81″. Co charakterystyczne. Przeprowadzone na Białorusi, a zadania ćwiczących wojsk sięgały po Trójmiasto, Warszawę, Radom, Kielce. Jedyne takie w Układzie. Obserwowali je: Generał, gen. Eugeniusz Molczyk i ówczesny płk (dziś gen. dyw.) Franciszek Puchała, którego książka „Kulisy stanu wojennego” ze znajomością strategii m.in. opisuje przygotowania sojuszników do interwencji. Taki szczegół z tego ćwiczenia: o godz. 9.20 w dniu 10 września 1981 r. siły główne 7. DPD w ciągu 48 minut były zrzucone w 3 rejonach położonych na wschód od Mińska Białoruskiego. Było to 6100 spadochroniarzy i około 300 jednostek sprzętu bojowego, w tym BWP. W 11 lub 12 dniu operacji 7. DPD miała być desantowana w rejonie położonym na wschód od Warszawy, na kierunku działań Operacyjnej Grupy Manewrowej,utworzonej na bazie Armii Pancernej. Co Państwo myślicie?

Leonid Breżniew 11 listopada 1981 r. na posiedzeniu BP KC KPZR, powiedział: Wczoraj zapoznałem się z Posłaniem do narodów Europy Wschodniej, uchwalonym na zjeździe polskiej „Solidarności”. To niebezpieczny i prowokacyjny dokument. Słów w nim niewiele, lecz wszystkie biją w jeden punkt. Jego autorzy chcieliby posiać zamęt w krajach socjalistycznych, zdopingować grupki różnego rodzaju odszczepieńców. „Prawda”, nazwała Zjazd „antysocjalistyczną i antyradziecką orgią”. Można się nie zgadzać z tą oceną, ale należy przyjąć do wiadomości, że tam – w Moskwie była „siła” i leżała decyzja jej użycia przeciwko Polsce, Polakom, „pannie S”. Można toczyć spór o skuteczność inspiracji Berlina i Pragi, gdzie narastało przekonanie, iż „Polacy nie pracują, wciąż strajkują, awanturują się, a my musimy jeszcze im pomagać”. Niech mitologizujący rzeczywistość „uczeni” to zauważą.
Skutek „Posłania”, Generał oceniał tak: Dla przywódców ZSRR i innych krajów bloku była to przysłowiowa kropla, która przepełniła kielich. Przeczuwałem to już wówczas. Dotąd „Solidarność” zagrażała socjalizmowi tylko w Polsce. Teraz rzucono wyzwanie całemu obozowi socjalistycznemu. Zajadli nasi przeciwnicy, ortodoksyjni i nieprzejednani obrońcy marksistowsko – leninowskich dogmatów, mieli już wystarczające podstawy, by domagać się usunięcia kierownictwa PZPR. Ich zdaniem okazaliśmy się niezdolni do pohamowania nawet takich działań, które mogły zagrozić całej wspólnocie realnego socjalizmu.
Profesor Jerzy Holzer, w książce „Solidarność 1980-1981. geneza i historia”.(wyd. Instytut Literacki, Paryż 1984 r.) pisze: Jeśli zastanowić się z jakim dorobkiem rozjeżdżali się na ponad dwa tygodnie delegaci zjazdowi, dojrzeć można zjawiska niepokojące. Za takie uznać trzeba nie tyle radykalne wystąpienia i uchwały (…) Ważniejsze było, iż ów radykalizm wynikał z błędnej oceny sytuacji, tak jak z błędnej oceny sytuacji wynikały ostre starcia wewnątrz „Solidarności”. Poczucie siły, optymizm, nieraz wręcz demagogiczna tromtadracja, nie stanowiły dobrego przygotowania społeczeństwa na trudną przyszłość. Może Pan senator Rulewski rzeczowo udowodni „poczucie odpowiedzialności delegatów”. Poda argumenty obalające oceny Profesora, szczególnie zarzut „demagogicznej tromtadracji” i tego skutków.

 

Co mówił Generał w 1981 r.

1. Zwracam się z tej wysokiej trybuny (sejmowej – przyp. GZ) do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych. Zwracam się o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni. Czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu „pozytywów” i „negatywów”, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji programu stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej.

2. W obliczu gigantycznego nawisu inflacyjnego i spustoszenia na rynku, w obliczu malejącej produkcji – znów mnożą się postulaty, żądania podwyżek płac, dodatkowych urlopów, premii, itd. Po kilku tygodniach względnego spokoju, powstają coraz to nowe ogniska zapalne. Niestety, IX Zjazd ma pod tym względem przykry akompaniament. Na tym tle nie sposób postawić pytania: Komu to służy? Dokąd zmierzają Polacy?

3. Pogłębia się dezorganizacja procesów produkcyjnych. Straty spowodowane strajkami, napięciem, obniżeniem dyscypliny – nieustannie rosną. Dotyczą one w podstawowej mierze towarów o podstawowym znaczeniu dla zaopatrzenia ludności, rolnictwa, eksportu. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć wielokrotnie już powtarzanej prawdy, że koszty strajków obciążają całe społeczeństwo, że ich ceną jest dalsze pogarszanie warunków życia.

4. Skromne środki materialne, jakimi dziś dysponuje państwo, nie mogą być marnotrawione. Jest to szczególnie ważne w obliczu nadchodzącej zimy. Nigdy dotąd nie wchodziliśmy w ten okres w warunkach spadku produkcji, zrywających się więzi kooperacyjnych, niepewności zaopatrzenia. Toteż warunkami, które zadecydują o tym jak przeżyjemy zimę, będą dobra organizacja i dyscyplina, umiejętność pobudzania i wykorzystywania inicjatyw produkcyjnych, konstruktywne współdziałanie wszystkich społecznych sił.

5. Liczyłem, że można będzie się porozumieć z „Solidarnością”, zwłaszcza – jak wówczas mówiliśmy – z jej robotniczym nurtem. Skala, masowość strajków sierpniowo-wrześniowych, a w ich rezultacie pojawienie się potężnego, niezależnego związku było dla nas, dla władzy, ogromnym szokiem. Mówię o tym otwarcie. Robiliśmy dobrą minę. Przyjęliśmy formułę – słuszny protest klasy robotniczej. Pocieszaliśmy się hasłem: „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Odrzucając myśl o użyciu siły, liczyliśmy jednocześnie, że to się jakoś ułoży. Emocje miną, a związek – chociaż kłopotliwy, chociaż pozostający „na bakier” w stosunku do modelu tradycyjnego, będzie mimo wszystko funkcjonować w naszej, socjalistycznej rzeczywistości. Nawet ukułem takie powiedzenie: „Lepiej mieć dziesięć małych konfliktów dziennie, niż jeden wielki konflikt raz na dziesięć lat”. Tak też tłumaczyliśmy to sojusznikom.

Zapytam – kto ma dowody kwestionujące rzetelność ocen Generała, niech przedstawi do publicznego wglądu i osądu. Cytowane wypowiedzi (dalece nie wszystkie), pozwalają „spojrzeć” na rolę „Solidarności”, upiększanej od lat hasłami walki o wolność i niepodległość, szczególnie w Roku 100. lecia odzyskania Niepodległości.

 

Co o tym myśleć?

„Owocem poczęcia” 21 postulatów jest „Solidarność”. Powstała na fali społecznego niezadowolenia z istniejących wówczas warunków socjalnych oraz bytowych ludzi pracy. Żyło im się ciężko, choć zachodnie kredyty przynosiły odczuwalne skutki. Stąd szeroka sympatia i członkostwo robotników oraz poparcie dla 21 postulatów. Władza, je podpisała – oczywiste, że przyjęła do realizacji. Kierownictwo „Solidarności” uznało, że obowiązuje tylko stronę rządową. Swoją rolę w tej sferze sprowadziło do funkcji nadzorczo-kontrolnych, spełnianych poprzez wyjątkowej skali i dolegliwości „narzędzia” – strajki, akcje strajkowe, protesty, pogotowia, okupacje budynków, nie kończące się żądania

Na 21 postulatów warto spojrzeć z refleksem, od innej strony. Widoczny populizm ich treści podobał się robotnikom, miał w nich mocne oparcie. Ale uderzył w gospodarkę, przekraczał jej realizacyjne możliwości. Ona miała „znaleźć” środki na pokrycie zapisanych oczekiwań i roszczeń, kolejnych żywiołowo zgłaszanych żądań. Jeśli nie była w stanie im podołać – zmartwienie władzy.
Władza podpisując 21 postulatów miała świadomość skrajnie krótkiego czasu na realizację niektórych zapisów, kosztów finansowych jakie należy z tego tytułu ponieść i również tego, że niektóre będą wymagać renegocjacji, gdyż terminowe spełnienie nie jest możliwe. Można tu postawić banalne pytanie – to dlaczego wicepremier Mieczysław Jagielski nie negocjował, podpisał? Zakończenie trwających 1,5 miesiąca strajków było koniecznością. To nie sprawa „dobrego samopoczucia” władzy, oceny skuteczności w oczach Polaków i zagranicy. Głównym problemem były straty produkcyjne i finansowe w gospodarce, rwanie się więzi kooperacyjnych między zakładami pracy, nie dotrzymywanie umów eksportowych, a stąd straty, głównie dewiz. Rozszerzające się strajki, problem wyostrzały także w aspekcie psychicznym, etyczno-moralnym. Mądrze sygnalizował to Prymas Polski w homilii, mówiąc: W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa.

Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina (Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r.) Kontynuował tę myśl i uczulał biskupów, we wrześniu 1980 r. na posiedzeniu Rady Głównej Episkopatu Polski, mówiąc: Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do obcej interwencji. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich – jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski. Proszę pomyśleć – wrzesień 1980 r., a roztropny, przewidujący Kardynał ma aż takie obawy. Wskażcie Państwo biskupa, który dziś – wzorem Kardynała – potrafi mądrze oceniać przeszłość.

 

Na zakończenie…

Może, z inspiracji Państwa Redakcja zapyta o refleksje osoby znające tamten czas, np. prof. Hieronima Kubiaka, Bronisława Łagowskiego, Karola Modzelewskiego, Andrzeja Werblana, Jana Widackiego, Jerzego Wiatra, Stanisława Kanię, Stanisława Cioska, Andrzeja Celińskiego, Józefa Piniora, Janusza Onyszkiewicza.

Zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnienia i refleksje Polaków, uczestników tamtych faktów i wydarzeń na środowiskowe spotkania, właśnie teraz, gdy znany jest termin wyborów samorządowych. Zapytajcie Państwo znanych działaczy „Solidarności”, co zrobili konkretnie, by postulaty sierpniowe zrealizować? Popatrzcie, co po takim „karnawale” trzeba naprawić, po 38 latach i teraz właśnie nadchodzi po temu okazja! A co budować na realnych podstawach z myślą, iż „ludzie starsi powinni być darzeni szczególnym szacunkiem. To dzięki ich pracy i dokonaniom żyjemy w takim państwie… jest pakiet rozwiązań dla nich” – mówił Andrzej Rozenek w wywiadzie („DT” z 13-15. sierpnia 2018 r.). Zaś 22 sierpnia „Dziennik Trybuna” tekstem Zygmunta Tasjera szkicuje program wyborczy – spójny i obejmujący różnorodne aspekty rozwoju miejskiej infrastruktury, troskę o sądeczan, o tych, którym bez pomocy samorządu ciężko jest żyć – Rafała Skąpskiego, osoby odpowiedzialnej i doświadczonej dla Nowego Sącza.

Pomyślcie Państwo Czytelnicy, udzielcie mądrej rady, jak „lekcję Sierpnia” uczynić mocą sprawczą Lewicy, przy wyborze Andrzeja Rozenka Prezydentem Warszawy, a Pana Rafała Skąpskiego – Prezydentem Nowego Sącza. Zechciejcie poświęcić czas na spotkania z kandydatami Lewicy. Uczyńcie to dla dobra własnego, swoich rodzin, nie dla „jakiś nich”

 

21 POSTULATÓW GDAŃSKIEGO MKS

1. Akceptacja niezależnych od Partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanych przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4. Przywrócić do poprzednich praw:
a) ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 roku – studentów wydalonych z uczelni za przekonania;
b) zwolnić (wszystkich) więźniów politycznych: (w tym) Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego i Marka Kozłowskiego;
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz opublikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno – gospodarczej;
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform.
7. Wypłacić wszystkim strajkującym wynagrodzenie za okres strajku – jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł. na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i jego przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez:
– zrównanie zasiłków rodzinnych;
– zlikwidowanie specjalnej sprzedaży, itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy Służby Zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres 3 lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i w systemie 4 – brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej.

Operacja „Dunaj” – doświadczenia i wnioski dla Polski (część I)

Dla nas główną rzeczą jest to, aby… nie dopuścić do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego, nie dopuścić do osłabienia Układu Warszawskiego, do zmiany układu sił w Europie, gdyż to wszystko godzi w nasze żywotne interesy. I my musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych. (Władysław Gomułka)

Sierpniowy dramat sześćdziesiątego ósmego roku stanowi „zadrę moralną” – bez względu na nasze ówczesne poglądy i pełnione funkcje. Wciąż wraca więc pytanie o istotę tamtych wydarzeń. Ówczesne uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne, atmosfera podejrzliwości i wrogości między Wschodem i Zachodem, jej doktrynalna, nierzadko wsparta dezinformacją wykładnia zrobiły swoje. (gen. Wojciech Jaruzelski)

 

Kryptonim „Dunaj” radziecki Sztab Generalny nadał procesowi planowania użycia wojsk operacyjnych pięciu państw Układu Warszawskiego (ZSRR, Bułgarii, Polski, Węgier i NRD), które weszły na terytorium Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (CSRS) 20 sierpnia 1968 r. Właśnie mija 50 lat. Wydarzenia i fakty, które poprzedziły wprowadzenie sojuszniczych wojsk oraz mające miejsce w Polsce po 1968 r., skłaniają do refleksji, wręcz do wyciągnięcia wniosków w aspekcie „naszych (polskich) żywotnych interesów”, jak określił to Władysław Gomułka – wówczas i z dystansu półwiecza. Pamiętacie Państwo określenie „Praska wiosna” i zawołanie „Polska czeka na swojego Dubčeka”? Zastanówcie się, przeczytajcie raz jeszcze z namysłem tytuł publikacji i te charakterystyczne wypowiedzi. Zachęcam Państwa do „przeniesienia się” myślą i wyobraźnią do 1968 r. w CSRS i Polsce.

 

„Praska wiosna”

Wydarzenia, określone przez polityków i dziennikarzy mianem „Praskiej wiosny”, poprzedziły wystąpienia studentów(grudzień 1967 r.), częściowo poparte przez intelektualistów. Były one swoistym echem podobnych wystąpień we Francji i NRF oraz w Polsce (u nas były chwilowo zdominowane tzw. problemem żydowskim), domagających się na Zachodzie większych swobód obywatelskich, reform gospodarczych i społecznych. Rozmowa Leonida Breżniewa z Antonínem Novotným (szef KPCz) niewiele miała wspólnego z rozważną oceną sytuacji, ani nie wskazała racjonalnych kierunków zmian.

Pewnego rodzaju odpowiedzią na te oczekiwania stały się uchwały Plenum KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji (KPCz). Kto pamięta oficjalne nazwy partii sprawujących władzę w Bułgarii, Rumunii, ZSRR oraz na Węgrzech i w Polsce, u nas pogardliwie nazywanych „komunistami” – mówi to Państwu coś? Plenum, obradując w dniach 3-5 stycznia 1968 r. podjęło uchwałę o rozdzieleniu stanowisk prezydenta państwa i I Sekretarza KC, zwolniło z nich Antonína Novotnego oraz wybrało I Sekretarzem KC KPCz Alexandra Dubčeka. Zapowiedział rezygnację z kierowniczej roli partii oraz dyktatury proletariatu; utworzenie państwa federacyjnego (Czechy i Słowacja); reformę gospodarki, demokratyzację życia wewnętrznego, w tym przywrócenie wolności i praw obywatelskich, mniejszości narodowych, rehabilitację osób represjonowanych, ograniczenie cenzury. Zmiany te nazwano „socjalizmem z ludzką twarzą”(określenia tego użył Papież w rozmowie z Generałem na Wawelu, później również do niego nawiązywano). Z dzisiejszej perspektywy patrząc, można powiedzieć – słuszne decyzje. Przecież rozliczenia z przeszłością, po Październiku ‘56 przeprowadził Władysław Gomułka, Czesi po prawie 12 latach wzięli z nas przykład. „Poluzowanie” cenzury u nas było odczuwalne początkowo, później miało społecznie odwrotny skutek, „pomogły” tu ataki środowiska kultury. Podobnie z reformą zarządzania gospodarką (za chwilę), ze stosunkami państwo – Kościół, obciążonymi postawą duchowieństwa wobec zbrojnego podziemia (temat na inną okazję); skomplikowaną spuścizną stalinizmu. Ta została ponownie oceniona krytycznie, podczas różnych konferencji naukowych w 60. rocznicę Października.
Jednakże, sprawa kierowniczej roli partii i dyktatury proletariatu, dla całego obozu socjalistycznego stała się fundamentalną.

Dlaczego? Na tym oparta była cała struktura władzy i życia wewnętrznego państwa. Dziś można to zbyć uśmiechem, wzruszeniem ramion – ale nie do końca. Transformacja ustrojowa, w tym głównie gospodarki w Polsce, pozostałych krajach bloku po 1989 r., wykreśliła z pamięci i struktury społeczeństwa dyktaturę proletariatu czyli klasy robotniczej, jako pojęcie i „grupę zawodową”, zastępując np. klasą średnią, najemną, bezrobotną. Zwrócę uwagę na taką refleksję Danuty Waniek. W tekście „Polska na zakręcie” („DT” z 10-12.08.2018) m.in. pisze: Nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ Solidarność! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego. Czy klasa robotnicza nie „zapracowała” sobie na tę tezę Pani Profesor podczas porozumień sierpniowych (zaraz 37. rocznica) i w dekadzie lat 80? Oceńcie Państwo sami.

A kierownicza rola partii? Fakt, demokratyzacja życia politycznego wprowadziła zasadnicze i wiadome zmiany. Proszę pokazać kraj (poza Watykanem oraz Grenlandią, gdzie rządzi lód), czy partia która wygra wybory i obejmie władzę nie spełnia roli kierowniczej, swoistej „dyktatury”, jakby oględnie nie nazwać, np. w Polsce. Czy nie chce jej sprawować dłużej niż kadencję? Warto się zastanowić. Przed nami wybory, pomyślmy „historycznie” na jaką partię oddamy głos, by na własne życzenie nie być zawiedzionymi „nową dyktaturą”.

 

Właśnie gospodarka

Czesi zakładali reformę zarządzania gospodarką, opartą na kryteriach rynkowych oraz znacznej samodzielności zarządzania i aktywności przedsiębiorstw (ograniczenie centralnego planowania). Ponadto, reorientację handlu zagranicznego i współpracy gospodarczej z krajów RWPG, w tym głównie ZSRR, na kraje zachodnie.

Zachęcam Państwa Czytelników do takiej historycznej refleksji. Przecież wzorem tej gospodarczej części „Wiosny” poszedł Edward Gierek. Już 2 lata później, od 1971 r., kierując naszą „uwagę gospodarczą” właśnie na Zachód. I co? Za znanym aktorem chciałoby się powiedzieć: „byczo było!” Breżniew nie szczędził Gierkowi pocałunków, a niektóre rządy zachodnie wykładały przed nim czerwone dywany. Dostaliśmy kredyty. Przez 10 lat Polska została zadłużona na 23 mld dolarów USA. Były oprocentowane, zależnie które, na 18-20 proc. (tak mocno Zachód nas „pokochał”).
Prawie 30 lat żyjemy w kapitalistycznej Polsce, więc nie trzeba tłumaczyć, co to jest kredyt, oprocentowanie, pożyczka. Zachęcam do przeczytania tekstu pt. „Nie przepraszamy za PRL” („DT” z 1-2.08.2018), gdzie prof. Paweł Bożyk, promując swoją książkę „Apokalipsa według Pawła – jak zniszczono nasz kraj” (warto poznać jej treść), m.in. mówi, że na 1650 zakładów zbudowanych w okresie Gierka, w „dobrej Polsce” zniszczono 650. Wiodącą rolę w tym „dziele” spełnili uczeni, czego klasycznym przykładem zdaniem Bożyka są: prof. Leszek Balcerowicz, Janusz Lewandowski i Wiesław Kaczmarek – uczący siebie jak „dobrze” prywatyzować (czytaj niszczyć) gospodarkę. Natomiast Eugeniusz Jakubowski mówił na konferencji zorganizowanej dla uczczenia 74 rocznicy „22 Lipca” o stratach w majątku przemysłowym i rolnym b. woj. koszalińskiego.

Nie mniej interesujący jest wywiad Andrzeja Ziemskiego z Pawłem Bożykiem („DT”, z 23-24.07.2017). Zachęcam, namawiam wręcz Państwa do przestudiowania książki „Transformacja”, prof. Grzegorza Kołodki, przedstawiającej ten proces na tle gospodarek innych państw. Wprost wierzyć się nie chce, jak doszło do tak piramidalnych błędów! A tak dla własnej ciekawości – porównajcie sobie Państwo jak dziś, w 2018 r. prezentuje się kondycja gospodarki i rolnictwa Czech – też po transformacji, a jak nasza. Nie będziecie żałować.

 

Sprawa granicy na Odrze i Nysie

Władysław Gomułka, zaniepokojony oficjalnymi doniesieniami z Pragi oraz różnymi komentarzami zachodnich rozgłośni radiowych, 7 lutego 1968 r. spotkał się w Ostrawie z Alexandrem Dubčekiem. Liczył na rzeczowe wyjaśnienie istoty zapowiadanych zmian oraz ostrzegał przed rewizjonizmem. Usłyszał znane formuły z teorii marksizmu, bagatelizowanie kwestii bezpieczeństwa Polski widzianej przez pryzmat najazdu hitlerowskiego z południa w 1939 r. oraz kwestii granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Dziś można zapytać – skąd takie obawy? Otóż, wspomniane rozgłośnie już zaczynały sugerować wyjście CSRS z bloku, w tym z Układu Warszawskiego.

Wprawdzie Dubček i współpracownicy mówili Gomułce znane zwroty – dziś powiedzielibyśmy slogany – o trwałej przyjaźni i jedności, także „blokowej”, zaprzeczali domysłom zachodnich radiostacji, ale nie przekonali. Wręcz przeciwnie, Gomułka utwierdził się w obawach.

Ktoś, z młodszego pokolenia Polaków może zapytać – o co szło, na czym polegało to w praktyce? Skrótowo odpowiem. O nienaruszalność granicy na Odrze i Nysie, o nasze Ziemie Odzyskane. Mocą traktatu w Poczdamie z 1945 r. były nam „dane w administrowanie”, a ziomkostwa niemieckie wciąż przypominały o ich „niemieckości”. Kraje Zachodu nie miały zamiaru ostatecznie tego uregulować po myśli Polski. (fragmentarycznie ją podnosiłem w poprzednich publikacjach). Gwarancja nienaruszalności przez ZSRR (nie tylko Gomułka miał wątpliwości do jej wiarygodności) czyniła z nas „zakładnika” Kremla. Granica stała się „kartą przetargową” od 1949 r., gdy NRF zaczęła już podnosić kwestię zjednoczenia Niemiec. Kanclerz Konrad Adenauer eksponował ją podczas wizyty Nikity Siergiejewicza Chruszczowa w NRF, który po temu czynił różne obiecujące gesty, co Gomułka uważnie śledził i analizował. Pamiętał zdjęcie Adenauera w krzyżackim płaszczu(marzec 1958 r.), jego konsekwentnie wrogi stosunek do Polski, czym wywołał u nas „alarm”. (Radio Wolna Europa uznało to za „wymysł komunistycznej propagandy”). W sprawie zjednoczenia i kwestii granicy, Gomułka jasno wypowiedział się 12 września 1967 r. w Sejmie, odpowiadając na koncepcję „Europy od Atlantyku po Ural”, którą sondował gen. de Gaulle, składając wizytę w Polsce. Wtedy to przeprosił Polaków, że Francuzi „nie chcieli umierać za Gdańsk”. W Zabrzu wygłosił pamiętne słowa: „Niech żyje Zabrze najbardziej polskie z polskich miast, najbardziej śląskie ze śląskich miast”. Słowa te, nasza władza odczytała jako jednoznaczne opowiedzenie się Francji za polską zachodnią granicą na Odrze.

Władysław Gomułka wiele razy na różnych wiecach i spotkaniach mówił „nie ma problemu granicy zachodniej, jest tylko problem pokoju”. „Nie ma problemu wojny, jest problem pokoju” – starsze pokolenie Polaków powinno to pamiętać, choćby z lat szkolnych. Pamiętacie Państwo Polski Komitet Obrońców Pokoju?

Czy „coś takiego” istnieje obecnie w demokratycznej Polsce, a może nie jest już potrzebne, pomyślcie. Traktat podpisany przez Willego Brandta i Józefa Cyrankiewicza w Warszawie 7 grudnia 1970 r. regulował tę sprawę tylko między NRF i Polską. W 15-lecie tego Traktatu Willy Brandt składał wizytę w Polsce. Podczas jednej z rozmów, pytając Generała o tę kwestię, wspomniał, iż interwencja w CSRS była dla Brandta jednym z istotnych sygnałów za słusznością „Realpolitik” i rozwiązaniem jej na gruncie Poczdamu – to pod rozwagę różnym krytykom. Zaś wybrzydzających na cytowaną wyżej wypowiedź jako „obronę Gomułki i komunizmu” – zachęcam. Niech wysilą mózg i wyobrażą sobie kształt terytorialny Polski bez Ziem Odzyskanych, tj. ok.100 tys. km. kw. mniej. Niech pomyślą – łatwo krytykować decyzje polityczne, mając mizerne pojęcie o odpowiedzialności za państwo – opartej także na przewidywaniu przyszłości jako następstwie podjętej lub zaniechanej decyzji.

 

Partyjne rozmowy, listy…

Wydarzenia w Czechosłowacji od momentu upadku Antonína Novotnego (styczeń 1968 r.), Plenum KPCz i wystąpienia Dubčeka, były uważnie śledzone i oceniane przez partie obozu socjalistycznego. Zdecydowanie krytyczne analizy i oceny – z jednej strony nie trafiały do przekonania Czechom, z drugiej, niezbyt sensownie były przez nich wyjaśniane. Dla przykładu – podczas spotkania w Dreźnie (23 marca), szefowie partii z ZSRR, Polski i NRD ocenili sytuację u południowego sąsiada jako „kontrrewolucję”. Obecni Czesi nie przedstawili racjonalnych argumentów ani uzasadnienia wprowadzanych zmian w życiu partii (KPCz) oraz państwa. Zapewnienia o lojalności przyjmowano jako puste słowa. Podobnie było w Moskwie (8 maja). János Kádár po wysłuchaniu i ocenie racji CSRS, był przeciw stosowaniu określenia „kontrrewolucja”. Ostra dyskusja niewiele zmieniła. Wyjaśnienia Czechów były rozbieżne z ocenami ich czynów. Cóż, że nieustannie powtarzali „dogmatyczne zaklęcia” marksizmu, zapewniali o jedności i przyjaźni. Ale procesy rozłamowe w partii, wspierane przez ośrodki zachodnie oraz pogłębiający się chaos i dezorientacja ideowa, polityczna społeczeństwa, wciąż narastała.

Robotnicy, choć byli za reformami, nie tworzyli odrębnych związków zawodowych, a pojawiające się grupy protestu, mimo poparcia Zachodu nie uzyskiwały szerszych wpływów. A co robili nasi robotnicy w 1970 r., w latach 1980-81, w dekadzie lat 80.? Pamiętacie Państwo? Natomiast coraz wyraźniej uwidaczniało się rozchwianie i dezorientacja w samej KPCz.

Kolejne spotkanie – w Warszawie (14-15lipca). Sojusznicy informowali szefów partii, że oficerowie Bundeswehry jako turyści po cywilnemu penetrują obszary CSRS, że znaleziono ukryte, tajemnicze magazyny broni. Stąd surowe oceny, szczególnie Breżniewa, Ulbrichta, Żiwkowa, Gomułki, nieco stonowane – Kádára i Ceaușescu. Wyjaśnienia Czechów – podobne do poprzednich, byli zagubieni, mieli poczucie „oblężonej twierdzy”. Aprobowali niektóre pomysły „uzdrowienia partii”, bronili „racje” podsuwane przez zachodnie rozgłośnie. Przywódcy partii, widząc niewielki skutek rozmowy, skierowali list, utrzymany w tonie ultymatywnym, nazywając m.in. KC KPCz „wrogami socjalizmu”.

Spotkanie 29 lipca w Czernej nad Cisą (Breżniew-Dubček), potwierdzało pogubienie się Dubčeka, choć nie szczędził partyjnych sloganów. Odpowiedzią na list było zaproszenie przywódców na dwustronne rozmowy. Zaś znaną mu zapowiedź wejścia wojsk sojuszniczych nie potrafił rozsądnie odeprzeć.

Za 5 dni (3 sierpnia) – kolejna narada w Bratysławie, z udziałem pozostałych partii. Ceaușescu jest przeciw skrajnie surowej ocenie sytuacji w CSRS. „Czułe” uściski Breżniewa z Dubčekiem nie zapowiadają najgorszego. Komunikat prasowy z narady głosił, że uczestniczące partie „nie pozwolą nigdy i nikomu wbić klina między socjalistyczne państwa, podważyć podstaw socjalistycznego rozwoju społecznego”. Wypowiedź prezydenta Jugosławii, Josipa Broz Tito dla arabskiej gazety z 20 lipca jest dość znamienna: Nie wierzę, by w Związku Radzieckim byli tak krótkowzroczni ludzie, którzy zdecydowaliby się na politykę siły dla rozwiązania wewnętrznych problemów Czechosłowacji. Trudno też ustalić, czy szef KPCz wiedział, że zachodnie radiostacje na początku sierpnia –mówiąc oględnie – „imputują” CSRS, że chce wyjść z Układu, wspólnie z Jugosławią i Rumunią utworzyć Małą Ententę, a poparcie już zgłosiła NRF. A może była to faktyczna a nie „podrzucona” prawda, zaś obaj rozmówcy woleli o tym milczeć. To zmieniałoby obraz sytuacji w bloku wschodnim.

Jest tu właściwy moment, by powiedzieć o „zabójczej” dla Czechów „robocie” Radia Svoboda i Wolna Europa, w mniejszym stopniu Głosu Ameryki. Nie zapominajmy, że trwała – jak określił Generał – „atmosfera podejrzliwości i wrogości między Wschodem i Zachodem”. Do tego – trzeba wyraźnie powtórzyć – wrogość i podejrzliwość wobec Zachodu w naszym obozie była doktrynalną regułą. Zapytajmy „szczerze do bólu” – czy Zachód nie dawał po temu żadnych powodów?

„Wykładnia” tej doktryny – jak mówi Generał – „nierzadko wsparta dezinformacją zrobiły swoje.” Półwiecze od tych wydarzeń, jest właściwym czasem, by przypomnieć treści i rady sączone nie tylko do CSRS, ale także Polski i innych krajów. To byłaby niezwykle pouczająca lektura, nie tylko dla „prostolinijnych polityków”, głównie dla racjonalnie myślących milionów Polaków.
Kolejne spotkanie przywódców ZSRR, Polski, NRD, Węgier i Bułgarii – 18 sierpnia w Moskwie. Informacja Breżniewa o sytuacji w CSRS jest druzgocąca. Omówił też dokument 9 komunistów czechosłowackich, proszących o interwencję. Podpisze go więcej osób i zostanie „opublikowany rano 21 sierpnia, kiedy nasze wojska rozpoczną akcję”, oznajmił.
Znacie Państwo podobny pomysł u nas?

 

Część II w następnym wydaniu.

Mąż stanu

Mój i wielu ludzi szacunek oraz podziw budzi postawa Generała w czasie rozlicznych rozpraw sądowych, będących tak naprawdę próbą wymuszenia oceny wydarzeń historycznych przez wyrok sądowy. Nieugiętość w obronie prawdy oraz słowa żalu i przeprosin wobec ofiar, ludzi poszkodowanych w wyniku stanu wojennego, są świadectwem godnej postawy Męża Stanu i uczciwego, wrażliwego Człowieka – Aleksander Kwaśniewski.

Wojciech Jaruzelski swoją powinność wobec Polski i Europy spłacił w całości: od bohaterskiego udziału w walkach o wyzwolenie Ojczyzny z rąk niemieckich nazistów, uratowania kraju od popadnięcia w chaos, aż do cywilizowanego przekazania władzy na drodze uczciwych, rzeczywiście alternatywnych wyborów – Michaił Gorbaczow.

 

Uprzejmie proszę Państwa Czytelników o przeczytanie raz jeszcze tytułu publikacji i wypowiedzi dwóch b. prezydentów – Polski, Aleksandra Kwaśniewskiego i ZSRR, Michaiła Gorbaczowa, o chwilę zastanowienia się, o postawienie sobie pytania – co znaczy, kto to jest „mąż stanu”. Jak rozumiem ten tytuł, to określenie. Znacie Państwo różne tytuły, określenia, np. bohater, patriota, wybitny polityk, dyplomata, osobowość, człowiek prawy, zasłużony dla…np. sportu, Kościoła, laureat nagrody np. Nobla, Pulitzera. Czym osoby zasłużyły się, że zostały nimi obdarzone. Jak postrzegać i gdzie wśród nich sytuować „męża stanu”. Czym, jakimi cechami charakteru, dokonaniami w nadrzędnym interesie państwa, dobra wspólnego czy zdobyczami powinien wyróżniać się w plejadzie tak zacnych osób. Zechciejcie Państwo spośród znanych Polaków, choćby przy okazji 100. lecia Odzyskania Niepodległości wskazać z imienia osoby, które obdarzylibyście tak zacnym tytułem. Pomyślcie… przystępując do czytania tekstu, będącego pewną kontynuacją poprzedniego – „Z żołnierskiego życiorysu”. Nie znajdziecie prostej odpowiedzi na intrygujące pytania. Tekst ten zawiera kilka faktów i ich ocen z życia i działalności gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zechciejcie Państwo, uzupełniając wiedzę innymi, sobie znanymi faktami, dokonać obiektywnej, sprawiedliwej oceny – może dyskutując w gronie rodzinnym, przyjaciół, środowiska zawodowego – uzyskacie uczciwy, rzetelny pogląd, czy Generał zasługuje na tytuł szczególnej chwały – Męża Stanu.

 

I. Stan wojenny

Można powiedzieć, że stan wojenny jest swoistym „sztandarowym” wydarzeniem XX wieku w Polsce, który jeszcze znacznej części członków Solidarności i nowoczesnej prawicy służy do pomijania lub negowania niezbyt wygodnych im faktów, do współodpowiedzialności za to wydarzenie, do opluwania Generała, do siania nienawiści i „promowania” zemsty, co wyraźnie widać w ostatnich latach. Dla nich nie mają żadnego znaczenia, nie przemawiają do rozsądku, choćby wyniki sondaży społecznych, gdzie ponad 50 proc. badanych odnosi się ze zrozumieniem do ówczesnych uwarunkowań i decyzji Generała. Dobrze to świadczy o starszym pokoleniu Polaków, które nie pozwala sobie narzucać fałszywej oceny tego polskiego dramatu. O młodszych, że „nową historię” należy przyjmować z namysłem. Czas słusznego upamiętniania 100-lecia odzyskania Niepodległości, pozwala na takie historyczne porównania:
– 5 lat po zamachu majowym, odbył się proces brzeski (1931) Wincentego Witosa i wielu innych, wybitnych polityków opozycyjnych;
– 5 lat po wprowadzeniu stanu wojennego (1986) generalna amnestia definitywnie objęła wszystkich więźniów politycznych;
– 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej(1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne;
– 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji.

Generał wiele razy, przy różnych okazjach w mediach i na spotkaniach z rodakami mówił i pisał: Ja szczerze ubolewam nad tym, że doszło do wprowadzenia stanu wojennego, ale jednocześnie uznaję, że spełnił on swoją rolę. Był lekcją i dla Jaruzelskiego, i dla Wałęsy, i dla wielu innych z obu stron. To prawda, że ta lekcja wiele nas kosztowała, ale na szczęście nie wykopała przepaści nie do przebycia i obiektywnie stworzyła warunki do przyszłego zbliżenia…Próby kwalifikowania stanu wojennego jako przestępstwa, zbrodni, chcąc nie chcąc, godzą także w miliony ludzi, którzy go oczekiwali, którzy z jego koniecznością się liczyli, którzy go poparli, którzy w jego realizacji uczestniczyli, którzy wreszcie w tym okresie zwyczajnie żyli i spokojnie pracowali.

Jeszcze miliony Polaków potrafią uczciwie ocenić, iż stan wojenny był swego rodzaju klęską myśli i nadziei Generała. Liczył, że jako Osoba wojskowa i szef rządu, doprowadzi do porozumienia rozdarte waśniami społeczeństwo. To się nie powiodło. To była klęska. Każda klęska w rozumieniu wojskowym, w odczuciu żołnierza jest szczególnym upokorzeniem. Ale stan wojenny to „zwycięska klęska”. Skąd ten neologizm, niewiarygodny paradoks, brzmiący nawet kłamliwie-nie trudno zapytać. Powtórzę – ta„chwilowa klęska” okazała się zwycięstwem rozumu i rozsądku nad emocjami, więcej, nad nienawiścią i wrogością. Generał ma odwagę przyznać się do klęski jako zmarnowanej szansy porozumienia. Ma tę subtelność charakteru, że o zwycięstwie nie mówi we własnej osobie, ale wszystkich – tych z prawej i lewej strony ówczesnej barykady, kładąc akcent na umiarkowanych działaczy Solidarności.

 

„Nie mówić w mojej obecności niczego złego…”

Godzi się przypomnieć (pisałem w poprzednich tekstach), że Papież Jan Paweł II, podczas II pielgrzymki w okresie zwieszonego stanu wojennego, rozmowę z Generałem w Belwederze rozpoczął słowami: Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą. Przecież dobrze wiedział o tragedii w Kopalni Wujek i kilku innych zdarzeniach, dających niezbyt dobre świadectwo władzy. Pamiętał, że media podziemne i zagraniczne często rozmijały się z faktami nagłaśniając wydarzenia w Polsce, choćby „śmierć” Tadeusza Mazowieckiego. Potrafił więc docenić i ocenić skalę, ogrom świadomej odpowiedzialności Generała – świadomie nazywając Go Patriotą! Pomyślcie Państwo – jaką wartość, znaczenie mogło wtedy w ustach Papieża mieć słowo „Patriota”, jaką dziś ma wymowę. Nic dziwnego, że na uchybienia jakie zdarzały się polskim biskupom reagował czytelnie. Amerykanin polskiego pochodzenia Tad Szulc, w książce pt. „Papież Jan Paweł II. Biografia” pisze, że pomiędzy Papieżem a Generałem niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: „Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”. Chciałoby się zapytać – czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej? Kto tę ocenę Papieża pamięta, przywołuje, wyciąga wnioski… może Czytelnicy dziś wiedzą?

 

„Tylko dwie, a nie trzy możliwości…”

Kanclerz Helmut Schmidt, na pytanie dziennikarza o stan wojenny w Polsce, postawione 13 grudnia 1981 roku odpowiedział: Ubolewam, że stało się to konieczne. Tę ocenę potwierdził w rozmowie z Generałem w Hamburgu, w 1995 roku. Przypomniał też, że za ową wypowiedź był wówczas przez wielu dziennikarzy krytykowany. Uznaje ją nadal niezmiennie za słuszną. Przypomnę kolejny raz, że Generał też z głębokim przekonaniem ubolewał, że stało się to konieczne. Natomiast udzielając wywiadu Adamowi Krzemińskiemu („Polityka”,29.09.1995), Kanclerz mówi: Uważałem Jaruzelskiego za postać tragiczną. Po długim zastanowieniu starał się on odwrócić interwencję radziecką w polską politykę wewnętrzną. Dla nas zagrożenie Polski było wówczas widoczne, dla was być może nie. Wywiad donosił nam o koncentracji wojsk radzieckich wokół polskich granic.

Prezydent Francji, François Mitterrand w rozmowie z kanclerzem Helmutem Schmidtem, który powołał się na nią w swoich „Wspomnieniach” („Die Zeit”, nr 20-23 z 1987 r.), napisał: Widziałem zawsze tylko dwie, a nie trzy możliwości: albo rząd polski przywróci porządek w kraju, albo uczyni to Związek Radziecki. Trzecią hipotezę, zakładającą, że mogłoby dojść do zwycięstwa „Solidarności”, uważałem zawsze za czystą fikcję. Kanclerz zgadzał się z tą opinią, co wielokrotnie podkreślał w rozmowach z polskimi dziennikarzami.

Profesor Karol Modzelewski, czołowa postać opozycji demokratycznej w PRL, współtwórca „Solidarności” – na konferencji naukowej w XX-lecie stanu wojennego m.in. powiedział: I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego – moje GZ). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… A dalej – mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”: Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego.

Maciej Giertych, członek Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa: Po 13 grudnia narodowi demokraci rozpoznawali się poprzez stosunek do stanu wojennego. Kto go popierał, dawał dowód umiejętności myślenia geopolitycznego, umiejętności wyniesienia się ponad opozycyjność wobec socjalizmu. Ta postawa nas łączyła.

Generał w 1981 r. miał dar historycznej wyobraźni. Pozwalała nie tylko szybko zrozumieć ku czemu zmierza rozwój wewnętrznej sytuacji i Ojczyzny, ale też widzieć na jakie sam naraża się niebezpieczeństwo. Wyobraźnia nie tłumiła odwagi, jak to często się zdarza w sytuacjach ekstremalnych. Odwaga okazała się niezbędna, bo odpowiedzialność była naczelną cechą jego charakteru i współczynnikiem jego talentu. Trzeba nam umieć przypatrywać się uważnie Generałowi, ludziom w sytuacjach skrajnych, na samej granicy człowieczeństwa. Dziś „z wdzięczności” niektórzy „zwycięzcy politycy” domagają się pozbawienia stopnia. Jakież to „piękne, humanitarne i chrześcijańskie”.

Czy ocena tego wydarzenia – stanu wojennego, jego następstw dla Polski jako Państwa, dla Polaków jako Narodu – nie skłania, by zapisać je na „pozytywne konto” męża stanu?, pomyślcie Państwo.

 

II. Wybór Prezydenta Polski

Prezydent USA, George Bush w pamiętniku pt. Świat utracony” m.in. pisze: Po przybyciu do Belwederu (wizyta, 9-11 lipca 1989 r.) to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski… mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych… powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swoją decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego o Polsce.

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Prezydent USA mówi o „doświadczeniu” Generała! Czyżby obejmowało także stan wojenny? Czyżby „zapomniał” jak USA zachowały się po stanie wojennym, kiedy zniosły sankcje – kto z Państwa wie? (luty 1987). Warto też zapytać, czy „nadzieja” o której mówił Bush dziś nie jest godna pamiętania i głębokiego namysłu? Czy nie ustrzegła nas od kolejnego „etapu nienawiści” ze strony wewnętrznej opozycji? Czy jej (tej „nadziei”) spełnienie się nie było lekcją demokracji, ważnej także dla państw Zachodu i Wschodu? Inna to sprawa jak „demokrację” rozumiemy i praktykujemy prawie 30 lat po Okrągłym Stole i wyborze Generała na Urząd Prezydenta Polski. Powiem, iż Okrągły Stół i rola Generała w doprowadzeniu go tego „mebla” oraz realizacji jego ustaleń, zasługuje na odrębną, wnikliwie wyważoną publikację.

Bush przemawiając w Sejmie 10 lipca 1989 r., 5 razy wymienia nazwisko Generała i kończy słowami: Ameryka życzy wam dobrze, dziś, kiedy stoicie wobec ciężkich problemów. Oddaję cześć generałowi Jaruzelskiemu za jego przywództwo oraz za jego nadzwyczajną gościnność wobec mojej osoby. Proszę o uwagę – amerykańska „cześć za przywództwo!

Wybór na Urząd Prezydenta został dokonany jednym głosem. Zygmunt Broniarek komentując ten fakt mówi: Można założyć, że każdy, nawet najmniejszy plus na jego (Generała – moje G.Z) korzyść liczył się. Takim plusem i to wcale nie małym było poparcie Busha… Opinie dziennikarzy dotyczyły nie tylko Busha i Wałęsy. Dotyczyły one także dwóch innych mężów stanu – Jana Pawła II i Michaiła Gorbaczowa, bowiem i oni zainteresowani byli utrzymaniem znacznego stopnia stabilizacji w kraju. W związku z tym w Waszyngtonie powstało powiedzenie: „Jaruzelski został wybrany prezydentem nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma: – papieża w Watykanie; Gorbaczowa w Moskwie; Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Profesor Karol Modzelewski w interesującej książce „Zajeździmy kobyłę historii” pisze, iż do wyboru Generała przyczynili się też posłowie opozycji demokratycznej, którzy albo nie wzięli udziału w wyborze, albo oddali głosy nie ważne. Wykazali się „umiejętnością myślenia geopolitycznego”. W wywiadzie Roberta Walenciaka pt. „Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017, Profesor wyjaśnia, iż Generał został wybrany przewagą dwóch, a nie jednego głosu. Niejaki „wybitny polityk” ale kiepski matematyk, Jan Maria Rokita powiedział, że skoro większość względna wynosi 50 proc. plus 1, to wykuglował, że Jaruzelski wybrany został jednym głosem. A tak naprawdę-dwoma.

Co do Michaiła Gorbaczowa – w dyskusji, zarówno z Prezydentem Wałęsą, jak i Mazowieckim, Balcerowiczem, Michnikiem, innymi polskimi działaczami niezmiennie podkreślałem mój głęboki szacunek do Wojciecha Jaruzelskiego jako polityka i człowieka. I dziś uważam, że Polska wiele mu zawdzięcza. Przede wszystkim to, że udało się stosunkowo płynnie, na drodze pokojowej, bez przelewu krwi dokonać zmiany modelu rozwoju społecznego, a to przedsięwzięcie charakteryzuje się nadzwyczajną złożonością i grozi wybuchem. Mogę powiedzieć, że jestem dumny z przyjaźni z nim. Wojciech Jaruzelski należy do tych, o których można powiedzieć – pozostaje człowiekiem na wszystkie czasy.

 

III. Prezydent Polski

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego Prezydentem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (mija 29 lat). Stanął On przed koniecznością podjęcia i rozwiązania wielu spraw i problemów. Spośród nich kluczowymi były: osiągnięcie porozumienia narodowego, ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski, nasze bezpieczeństwo w zmieniającej się Europie, wyjaśnienie tzw. białych plam (Katyń)

 

„Opowiadam się za Rządem porozumienia narodowego…”

Porozumienie narodowe w latach 80. miało bieżący i nadrzędny cel. Wielu pamięta – z wyjątkiem wielu, którzy powinni bo wiele zawdzięczają – że „milowymi kamieniami” były działania komitetów rządowych, zawierających tzw. porozumienia branżowe, Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, Spotkanie Trzech z jego propozycją powołania Rady Porozumienia Narodowego oraz Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa, wreszcie Okrągły Stół. Bezpośrednio po wyborze, Generał, m.in. mówił: Opowiadam się za Rządem porozumienia narodowego, zdolnym do sprostania tym zadaniom. Dołożę wszelkich starań, by demokracja stała się siłą, dźwignią rozwoju Polski … Pragnę być Prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc również pozyskać zaufanie i tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe, podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej życiowej drogi, też nikt nie ścielił różami”. Teraz niezbywalnym wymogiem było zbudowanie „porozumienia, na mocy którego … teka premiera i misja sformowania rządu powierzona kandydatowi Solidarności. Zważywszy, że „sejmowa arytmetyka” absolutnie nie wskazywała powodzenia – w drodze konsultacji głównych sił politycznych, wyłoniony kandydat – Tadeusz Mazowiecki, uzyskał aprobatę Generała, a wniosek Prezydent skierował do laski marszałkowskiej.

 

Zachodnia granica

Problem zachodniej granicy, za sprawą naszych przywódców i polityków przewijał się w europejskiej polityce bezpieczeństwa przez cały powojenny okres. Był podstawowym elementem polskiej doktryny polityczno-obronnej. Z polityczno-militarnego punktu widzenia, pozostawiając sprawę granicy bez ostatecznego rozstrzygnięcia – traktat poczdamski czynił z niej „kartę jątrzenia” między narodami polskim i niemieckim, co liczne ziomkostwa wykorzystywały w oddziaływaniu na świadomość młodych Niemców. Wyraźnie widać to w ich podręcznikach historii. Władze PRL (Władysław Gomułka), znając ambicjonalną stronę Nikity Chruszczowa, postanowiły o nadaniu mu honorowego obywatelstwa Szczecina w 1959 r.(Generał był wtedy dowódcą 12 DZ). Wtedy, w 1959 r. w sprawie tej granicy tyle mogliśmy tylko zrobić, szukając gwarancji dla niej w ten sposób (bo przecież radzieccy nie oddadzą Szczecina z takim „honorowym obywatelem”). Godzi się wspomnieć nazwiska – spośród wielu zasłużonych dla Szczecina – Piotra Zarembę, pierwszego prezydenta miasta i prof. Rajmunda Rybińskiego.

W 1988 r. Generał zaprosił Gorbaczowa do Szczecina, jako potwierdzenie personalne, że to miasto jest polskie. Gdy podczas jednej z rozmów zapytałem Generała o ten fakt, odpowiedział, iż Gorbaczow to człowiek, osobowość wielkiego formatu mógłby poczuć się nieswojo takim gestem, ale o wizycie Chruszczowa opowiedziałem (mam zdjęcie). Wtedy gość zapytał, czy naprawdę wierzyłem, że Breżniew może oddać Szczecin NRD. Opowiedziałem mu o swoich obawach, podczas Ćwiczenia Sojusz-81 (rozmowa z Heinzem Hoffmanem). Dla Polski była to sprawa „życia i śmierci”, tego określenia używali i Papież i Generał, oceniając stosunki polsko – niemieckie podczas II i III-ej pielgrzymki. Papież wyraźnie mówił, że Kościół, że Stolica Apostolska jednoznacznie opowiada się za polskością tych ziem.

Zachodni politycy nie dostrzegali „otwartości” tej sprawy, lekceważyli jej wagę dla Polski, wciąż zwlekali z ostatecznym uregulowaniem. Nie trudno zauważyć różne polityczne kalkulacje. Trójczłonowa koncepcja Generała obejmowała: ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski; zjednoczenie Niemiec; zakończenie II wojny światowej w Europie.
Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat, a zaraz po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Jego mocą „linia graniczna” Odra-Nysa stała się ostatecznie i niepodważalnie zachodnią granicą Polski. Dopiero po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Inaczej mówiąc – ma on moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach się zmaterializowała. Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków w kraju i za granicą, swoim autorytetem tak „uwieńczył dzieło – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej. Kto dziś chce o tym pamiętać? Przecież rok 1990 nie zapowiadał rozpadu ZSRR. Inna rzecz, że wielu „spóźnionych polityków” o tym marzyło. Jeśli tak, warto sobie „historycznie pomarzyć”. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego.

Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby Zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Tu zacytuję Państwu wspomnienie Jana Karskiego, z rozmowy z prezydentem USA: Panie Prezydencie, to, że Pan Prezydent zechciał ze mną rozmawiać, będzie znane w Polsce. Każdy przywódca będzie mnie pytał: co ci Prezydent powiedział? Panie Prezydencie – co mam odpowiedzieć? Jego odpowiedź pamiętam słowo w słowo – Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – „Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie”. A Roosevelt – „Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie”. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów „Prusy Wschodnie”, tylko „na północy”. („Emisariusz własnymi słowami”, Głos Ameryki, 1995-1997, Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Pozostawiam Państwa Czytelników ze swoimi wnioskami.

 

Sprawa Katynia

„Temat katyński” w Polsce po 1945 r. był wciąż podnoszony we wszystkich kręgach i środowiskach. Generał tak tę sprawę wspomina. Przedstawiciele ówczesnej opozycji politycznej w naszym kraju, w tym niektórzy intelektualiści uczestniczący od 1986 roku w Radzie Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, wysuwali wobec mnie sugestie, że w tych sprawach, które wydają się oczywiste, należałoby przedstawić nasze stanowisko publicznie, nie oglądając się na stronę radziecką. Rozumiałem powodujące nimi motywy. Zdawałem sobie przy tym sprawę z tego, że wewnątrz kraju taki krok uzyskałby gorącą aprobatę, umacniając tym samym pozycję władzy w społeczeństwie. Tak jednak postąpić nie mogłem. Opozycji, jej działaczom wolno było – i to do pewnego stopnia – nie liczyć się z zewnętrznymi realiami i w „drugim obiegu” publikować takie stanowisko. Tę działalność chce odnotować z uznaniem. Proszę zwrócić uwagę na: ujawnić czyli powiedzieć wprost kto tę zbrodnię popełnił; głosy uczonych; oczekiwania społeczne, jednocześnie umacniające pozycję władzy – proszę to odnieść do obecnych czasów, wskazać polityka, posła, który „tanim kosztem”, nie umacniałby swej pozycji, nie puszył się publicznie, co on to wymyślił i „dobrego dla narodu narobił”. Jeśli Generał nie chciał tak postąpić, to może działał na „szkodę” władzy – czyżby? Z taką oceną zapewne wielu się zgodzi, bo idzie o tamtą, „czerwoną władzę”, więc czym się martwić. Kto w tym momencie zastanowi się, dopatrzy poczucia odpowiedzialności za Polskę w słowach – Opozycji, jej działaczom wolno było – i to do pewnego stopnia – nie liczyć się z zewnętrznymi realiami? Kto zechce słowo „odpowiedzialność’” odnieść do postępowania Solidarności z lat 1980-1983 i późniejszych? Zapytam – czy choćby w tych słowach Generała, nie zechcecie Państwo znaleźć znamion cech Męża Stanu? Dalej Generał pisze: Ale my, ponoszący odpowiedzialność za kraj, za jego pozycję międzynarodową, takiej swobody nie mieliśmy. Nie mogliśmy – byłem i jestem co do tego całkowicie przekonany – wytwarzać w imię historycznych sądów napięcia w aktualnych stosunkach z ZSRR. A nasze jednostronne enuncjacje takie napięcie niewątpliwie by wywołały. Mogłyby tym samym negatywnie zaważyć na innych dziedzinach naszej współpracy. Co więcej, nie mogliśmy wówczas liczyć nawet na zrozumienie ze strony rządów zachodnich. Gorbaczow cieszył się w świecie jak najlepszą opinią i to zasłużenie. Pierestrojka zapowiadała bowiem wielką przemianę w stosunkach wewnętrznych i międzynarodowych. Publiczne ponaglanie go, a więc krytykowanie i tym samym osłabianie, nie zostałoby również Na Zachodzie powitane przychylnie. Proszę, przeczytajcie Państwo jeszcze raz powyższą ocenę. Spójrzcie, jak Generał rozumie kwestię odpowiedzialności w wymiarze krajowym i międzynarodowym. Jak waży skutki, następstwa – czy racje historyczne, które przecież bezdyskusyjnie były po naszej stronie, czy korzyści ze „współpracy w innych dziedzinach”, także z krajami Zachodu. Zastanówcie się Państwo, czy ma to coś ze znamion Męża Stanu. Sięgnijcie do tekstu „Gorbaczow na Zamku” (Trybuna 6-8 lipca br.). Autor, Rafał Skąpski mądrze i refleksyjnie wspomina spotkanie grupy uczonych z Gorbaczowem 14 lipca 1988 r., w tym „wątek katyński”. Nawiązuję do tego, podkreślając powagę Katynia w pamięci Polaków i uznanie za przywołanie tego świadectwa prawdy przez Panów: Rafała Skąpskiego i Sławomira Tabkowskiego.

Cytuję dalej: Realistycznie oceniając sytuację i wykluczając działania jednostronne, nie chciałem jednak w żadnej mierze zrezygnować z ujawnienia prawdy. Uważałem to za absolutnie konieczne. Powiedziałem Gorbaczowowi w czasie jednej z rozmów, że ujawniona prawda, obciąży jedynie przeszłość, trwanie zaś w kłamstwie obciążą przyszłość. Zapytam wprost – czy to nie dowód mądrego rozumienia sytuacji i mądrego dochodzenia do celu jakim było ujawnienie właśnie przez ZSRR w pierwszej kolejności, a nie przez Polskę (myśmy to wiedzieli) prawdy o politycznych decydentach i NKWD-owskich wykonawcach tej zbrodni. Powyższe cytaty pochodzą ze wstępu napisanego przez Generała w 1993 r. do książki „Wydrzeć prawdę”, której Autor, prof. Jarema Maciszewski był przewodniczącym polskiej części Komisji Historyków polskich i radzieckich. wyjaśniających tzw. białe plamy, w tym sprawę Katynia. Miałem zaszczyt być świadkiem kilku rozmów na tematy historyczno – polityczne Generała z prof. Adamem Koseskim, Rektorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Jednym z jej licznych efektów, znaczących dla wychowania młodego pokolenia Polaków w tej Uczelni, było wydanie – staraniem Profesora-wspomnianej książki. Serdecznie dziękuję i zachęcam do nabycia w księgarni Akademii.

Szczególnym hołdem treści i symboliki była wizyta Generała w Katyniu, 14 kwietnia 1990 r. Z udziałem Kompanii Reprezentacyjnej WP i grupy Rodzin pomordowanych, złożył wieniec na symbolicznej mogile, a Dziekan Generalny WP, ks. płk Florian Klewiado odprawił nabożeństwo żałobne. Dzień wcześniej, podczas uroczystego powitania przez Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow publicznie przyznał, iż z woli władz ZSRR zbrodnia ta została popełniona oraz wyraził ubolewanie. Generał m.in. mówił, że oświadczenie strony radzieckiej otwarło drogę do poznania prawdy o tragicznym losie polskich oficerów, internowanych po 1939 roku…, że jako jeden z setek tysięcy polskich zesłańców na Syberii doświadczył na własnym i rodziny losie – bezprawia stalinizmu…, że żaden rozumny Polak nie obciąży narodów radzieckich, które stały się pierwszą ofiarą masowych represji stalinowskich – odpowiedzialnością za Katyń i Kuropaty, za Łubiankę i Kołymę …, że dramatyczny był dla Polaków 17 września, lecz po 6 latach – 9 maja, byliśmy razem w Berlinie. Może Czytelnicy wiedzą, które media, politycy, historycy itp. w ostatnich 20-tu latach przypominają ten fakt z udziałem Generała? A może znają powody jego przemilczania, co w tym względzie „złego” uczynił Generał – chętnie poznam, nie tylko ja.

 

Spotkania i rozmowy

Generał, jako Prezydent PRL, a następnie RP przyjmował różne osoby i osobistości oraz składał zagraniczne wizyty. Oto kilka przykładów, ku „Polaków refleksji”.
6 grudnia 1989 r. nowy nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Józef Kowalczyk składał Generałowi listy uwierzytelniające. Napisane w j. łacińskim, są zaadresowane tak:„Illustri et Honorabili Viro, Wojciech Jaruzelski, Republice Popularis Polonica Praesidii, Johannes Paulus PP II. Rozpoczynają się: „Illustris et Honorabilis Vis Salutem et prosperitatem – Wybitnemu i Czcigodnemu Mężowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, Prezydentowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Jan Paweł II PP (Papież i Pasterz). Wybitny i Czcigodny Mężu – zdrowia i pomyślności”. Papież wcale nie musiał ani tak określać Generała, ani używać tak znienawidzonej przez obecną władzę nazwy państwa – Polska Rzeczypospolita Ludowa. Wiedział, że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 1990 r. nastąpi zmiana na „Rzeczypospolita Polska”. Mógł poczekać do początku 1990 r. z aktem wręczenia listów przez nuncjusza. A jednak tego nie uczynił. Tak, jakby chciał pełną nazwę PRL uwiecznić w swym dokumencie. Co do określenia Generała łacińskimi, pięknymi słowami, i to dwa razy – Wybitny i Czcigodny Mężu – kogo skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji i zadumy, do…

We wrześniu 1990 r. Prezydent RP przyjął w Belwederze Ronalda Reagana. Składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, gość powiedział wprost: Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby. Na zakończenie wizyty, Reagan na stopniach Belwederu, uniósł w górę ramię stojącego obok Generała i rozłożył swe palce na kształt litery V. Dziennik telewizyjny w relacji z tego spotkania usunął tę scenę – mogłaby chyba dać coś ważnego do przemyślenia, nasunąć refleksje i skojarzenia wobec tak niedawnych stosunków polsko – amerykańskich. Ale mam nadzieję, że te zdjęcia (taśma filmowa) zachowała się w archiwum „Dziennika TV”, że nadejdzie czas i odważny badacz, który ujawni je następnym pokoleniom”, napisał we wspomnieniach Wiesław Górnicki. Ze swej strony mam nadzieję, iż inni dziennikarze będący świadkami tego zdarzenia, np. red. Tadeusz Zakrzewski, zechcą – dla pożytku młodego pokolenia ujawnić tę tajemnicę. Próba odnalezienia tych zdjęć przy okazji 90. urodzin Generała spełzła na niczym.

Podczas wizyty w Hiszpanii Generał podkreślał, że Przykład rozwiązywania sprzeczności politycznych poprzez dialog, wytrwałe poszukiwanie szerokiego consensusu, odwoływanie się do humanistycznych wartości, stanowi wkład historyczny Hiszpanów do filozofii nie tylko narodowego, lecz i europejskiego pojednania. I dalej, nawiązując do naszych doświadczeń – Naród Wasz zaznał tragedii bratobójczej walki. Polsce w minionych latach – za cenę ciężkich decyzji – udało się tego uniknąć. Zrozumiałe jest więc, że bieg wydarzeń w naszych krajach budzi obopólne zainteresowanie…

Jeszcze jeden, ciekawy, jakże skłaniający do namysłu fakt. W środę 2 listopada 1988 r. na własne życzenie Margaret Thatcher przyleciała do Warszawy i „chłodno” rozmawiała z Generałem. Zaś 4 w piątek, z sympatią i zrozumieniem dla sytuacji, zaprosiła do złożenia w „ możliwie szybkim dla Pana terminie”, wizyty w Londynie. 10 czerwca gościła Generała w swoim domu w Chequers. Wtedy powiedziała – Panie Generale (podnosząc kieliszek). Jesteśmy tu z Denisem, w naszym tymczasowym domu… Chcę powiedzieć kilka słów od siebie, zupełnie prywatnie Witam Pana, Generale i towarzyszące osoby. Chcę wyrazić głęboki szacunek i uznanie dla tego, co Pan zrobił dla swego kraju, dla Europy, a może i świata. Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi. Dziś jednak odchodzą w niepamięć dawne podziały. Pan, Generale, wniósł wielki, historyczny wkład do ich stopniowego zanikania. Chcę osobiście, we własnym domu, przy rodzinnym stole, wznieść toast za Pańskie zdrowie, Generale. Za zdrowie Pańskiej małżonki i córki, za tych wszystkich Pańskich współpracowników, którzy przyczynili się do obecnego biegu spraw w Polsce – w kraju, który nam Brytyjczykom, był zawsze i pozostanie bliski. Generał odpowiedział wspomnieniem, co czuł w górach Ałtaju, gdy dotarły pierwsze niejasne wieści o klęsce brytyjskiej pod Dunkierką, a następnie pod Tobrukiem i El Alamein. Przypomniał waleczność polskich pilotów podczas bitwy o Anglię. Pod koniec Gospodyni miała prawie łzy w oczach, o ile Żelazna Dama w ogóle ma prawo do takich reakcji (z notatek Wiesława Górnickiego).

 

 

Żołnierzowi i Mężowi Stanu

Z okazji 90 urodzin Generała (2013), grono przyjaciół, na czele z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, zorganizowało jubileuszowe spotkanie. Komitet Redakcyjny, pod przewodnictwem prof. Jerzego Wiatra zebrał ponad 20 publikacji różnych autorów i przygotował księgę jubileuszową – „Żołnierzowi i Mężowi Stanu”. Zachęcam do nabycia – tel. (22) 628 – 08 – 38). Z niej przytaczam kilka poniższych wypowiedzi:

Aleksander Kwaśniewski Dwie najważniejsze decyzje w historii Polski drugiej połowy XX wieku – grudzień 1981 i Wielka Zmiana 1989 – opisują najlepiej Twoje polityczne przywództwo. One zaważyły na losach Polaków i losie Polski. I trzeba je czytać wspólnie. To były dwie, bardzo trudne operacje, wymagające wielkiej odwagi, wyobraźni, umiejętności logistycznych. Ciesząc się dziś z wolnej, bezpiecznej i rozwijającej się Polski pamiętajmy także o tym, że wszystko mogło potoczyć się inaczej – gorzej!

Michaił GorbaczowWedług mnie generał Jaruzelski reprezentuje najlepsze, narodowe obywatelskie i ludzkie cechy Polaków, przyjaciół Rosji. Wiem i doceniam od lat.

Władysław MarkiewiczZwyczajnym kłamstwem, na co zwracali uwagę, m.in. Bronisław Łagowski, Andrzej Romanowski, Andrzej Walicki i inni niezależni intelektualiści, jest też twierdzenie prawicy, że Solidarność obaliła komunizm w Polsce. Nie było żadnego „obalania”, lecz pokojowa zmiana ustroju, do której walnie przyczyniła się reformatorska większość w PZPR, z Wojciechem Jaruzelskim na czele.

Jerzy WiatrWprowadzenie stanu wojennego. Ta decyzja – od ponad 30 lat dzieląca Polaków – ocaliła Polskę przed interwencją, w wyniku której nasz kraj nie tylko poniósłby trudne do oszacowania straty ludzkie, lecz także sprowadzony zostałby do statusu radzieckiego protektoratu… W tym sensie Wojciech Jaruzelski stał się, obok Władysława Gomułki, tym polskim Mężem Stanu, któremu Polska w szczególnie wielkim stopniu zawdzięcza zachowanie statusu państwa o znacznym stopniu wewnętrznej suwerenności.

Kazimierz ŁastawskiRacja stanu ściśle łączy się z polityką realizmu politycznego (Realpolitik). W sytuacjach ekstremalnych odpowiedzialny polityk powinien przede wszystkim „myśleć o ocaleniu narodu przed nieszczęściem”. Temu głównie służyło wprowadzenie stanu wojennego przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego w grudniu 1981 r., gdyż nawet najpiękniejsze ideały nie usprawiedliwiają narażania na szwank dobra całego narodu.

Hieronim KubiakLata 80. XX wieku – dramatyczna dekada generała Wojciecha Jaruzelskiego. Aktualizacja maksymy wyniesionej z Marianum – Nil desperandum! Nie należy rozpaczać! Szukać rozwiązań nowych, nawet jeśli niektórzy powiedzą o nich, że są zbyt późne, czy nawet mylne jako rachuba. Okrągły Stół”.

Marceli KosmanPrzez długie lata dojrzewał jako polityk, by w decydującym momencie stać się autentycznym Mężem Stanu, przywódcą państwowym w chwili przełomu. Doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw, które wiążą się z walką zbrojną. Były Mu znane – zakończone klęskami zrywy powstańcze.

Jan WawrzyniakPrezydent Wojciech Jaruzelski zdawał sobie sprawę, że historia wydała wyrok skazujący na socjalizm, przynajmniej w takiej postaci, jaka była realizowana w ZSRR i państwach sojuszniczych. Nie podejmował więc prób wykorzystywania swoich szerokich kompetencji i lojalnie akceptował zachodzące przemiany polityczne… do których się przyczynił.

Andrzej Gąszczołowski Przewaga racji stojących po stronie generała Wojciecha Jaruzelskiego, sprawi niewątpliwie, iż zasiadający na ławie oskarżonych „winny” wyjdzie z Sądu jako niewinny. Jako bohater, Mąż Stanu, który zdążył zapobiec wielowymiarowej katastrofie. Mimo poniesionych szkód i dolegliwości, przyniósł ocalenie Polski i Polaków. Wyprowadził kraj z bezprzykładnie dramatycznego wirażu, uniknął faktów i zdarzeń, które położyłyby się ciężkim brzemieniem na losie kolejnego pokolenia. Tym aktem odwagi i odpowiedzialności „dobrze zasłużył się Ojczyźnie”.

Obok tej księgi, Adam Marszałek z Torunia, wydał „Pisma wybrane”…zasługują na odrębną prezentację, w stosownym, ale niezbyt odległym czasie. Podobnie jak „Spotkania z Generałem”, organizowane kilka razy przez gen. Zdzisława Rozbickiego z Wrocławia. Stąd pochodzi taka wypowiedź Joanny Rawik – Miałam szczęście poznać w życiu trochę sławnych osobistości. Pośród nich, gen. Wojciech Jaruzelski wyróżnia się wyjątkową siłą charakteru oraz formatem inteligencji, które razem z wytworną delikatnością, tworzą jakość rzadko spotykaną. To hojny dar losu, że miałam możność obcować z tej miary Człowiekiem, prawdziwym Mężem Stanu.

Na zakończenie – w roku 100-lecia odzyskania Niepodległości, nasuwa się pytanie o grono wybitnych Polaków, którzy na przestrzeni tego wieku „dobrze zasłużyli się Polsce”, walcząc o granice na niwie wojskowej, politycznej i społeczno-gospodarczej. Którzy powinni być społeczeństwu, Polakom prezentowani i utrwalani, ku pamięci przyszłych pokoleń. Czy wśród nich z wyraźniej woli Państwa, milionów Polaków, będzie Generał jako Mąż Stanu – czas pokaże.

Suplement do katyńskiego wątku

Rafał Skąpski w opublikowanym w „Trybunie” dokumentacyjnym tekście o spotkaniu Michaiła Gorbaczowa na Zamku Królewskim w Warszawie pisze także o oczekiwaniu na jasne i jednoznaczne oświadczenie gościa na temat sprawców zbrodni katyńskiej.

 

Taką nadzieję przejawiała zapewne licząca część polskiego społeczeństwa, a niewątpliwie kierownictwo Partii. W Wydziale Propagandy KC PZPR, którym w tym okresie kierowałem, sądziliśmy, że wizyta Gorbaczowa – twórcy radzieckiej pierestrojki i autora „nowego myślenia dla naszego kraju i całego świata” – będzie najlepszą i najbardziej stosowną okazją do zakończenia, trwającego prawie pięćdziesiąt lat, kłamstwa katyńskiego. Okazało się, że strona radziecka takich oczekiwań i terminu ich przedstawienia nie rozeznała, zlekceważyła je, bądź – jak się później okazało – nie była przygotowana wtedy pod żadnym względem do publicznego ujawnienia sprawców tej zbrodni.

Od pewnego czasu miał miejsce niesformalizowany zwyczaj telefonicznych wywiadów, które udzielałem Sekcji Polskiej BBC, nadawanych później na antenie tej stacji. Kolejny raz zadzwonił jej szef Eugeniusz Smolar z prośbą o komentarz w sprawie katyńskiej. Odpowiedziałem m. in., że uważam, tak jak wszyscy Polacy, kto był jej sprawcą. A więc kto – dopytywał mój rozmówca. NKWD – odpowiedziałem. Na następny dzień można było przeczytać to w specjalnym Biuletynie nasłuchów obcych radiostacji. Fakt, że dosłownie nikt z moich ówczesnych przełożonych nie zareagował negatywnie na tę wypowiedź, także na podobną wygłoszoną przez ówczesnego Rzecznika Rządu Jerzego Urbana, świadczy dowodnie o zdecydowaniu strony polskiej w kwestii katyńskiej.

Należało więc, pomimo milczenia Gorbaczowa, z determinacją uświadamiać stronie radzieckiej, że tego nie odpuścimy. Jednym z takich poczynań był mój oficjalny i demonstracyjny wyjazd 4 sierpnia 1988 roku do Katynia. Liczyłem z moim ówczesnym szefem, sekretarzem KC Mieczysławem Rakowskim, że będzie to dla strony radzieckiej kolejny sygnał polskiego dążenia do ostatecznego wskazaniu sprawców tej zbrodni. W Katyniu byłem pod wieczór, zapaliliśmy przywiezione ze sobą znicze i położyliśmy wiązanki kwiatów. Towarzyszyli nam partyjni dostojnicy ze Smoleńska. Byłem tam, poza delegacjami ambasady polskiej w Moskwie, które od pewnego czasu składały tu wieńce, pierwszym tej rangi funkcjonariuszem PZPR. Uklęknąłem przed pomnikiem pomordowanych oficerów, którzy polegli tu z innej ręki, i w innym czasie niż głoszący wtedy napis, że sprawcami zbrodni byli Niemcy. Składałem ten hołd pamięci również spoczywającemu tu mojemu krewnemu porucznikowi Waleremu Szwabowiczowi.

Wątek katyński powrócił 10 listopada 1988 roku kiedy to, z upoważnienia Wojciecha Jaruzelskiego, w rozmowie z attache prasowym ambasady ZSRR w Warszawie Koriepanowem, ostro zaprotestowałem przeciw oświadczeniu rzecznika Ministerstwa Kultury ZSRR, w myśl którego datę zbrodni katyńskiej określono na rok 1943, a jej autorami mieli być niemieccy faszyści. Charakterystyczne, że to ja, a nie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w imieniu W. Jaruzelskiego wygłaszałem ten protest.

Uznanie sprawczej roli ZSRR w zbrodni katyńskiej szło nadzwyczaj, z wielu zresztą powodów, opornie, bowiem nawet w grudniu 1988 roku opracowane przez sektor polski Wydziału Zagranicznego KC KPZR memorandum ujawniające zbrodniarzy z Katynia, po podpisaniu przez czołowych ówczesnych radzieckich reformatorów, ale przy votum separatum przewodniczącego KGB, utknęło w szufladach…do czasu wizyty prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie w kwietniu 1990 roku.

Ale jeszcze wcześniej, bo 1 lutego 1989 roku, po mojej kolejnej wypowiedzi dla BBC, stwierdzono w komentarzu: „Ze słów Sławomira Tabkowskiego, kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR wynikałoby zatem, że władze jednak poczekają na oficjalne stanowisko radzieckie, i co więcej, przewidują najwyraźniej, że władze radzieckie bliskie są przyznania się do odpowiedzialności za Katyń”.

Ponownie odnalazłem się w katyńskim wątku już w III R P, pracując w prywatnej firmie wydawniczej i drukując na jej koszt, bo inni nie mieli bądź nie chcieli dać na to środków, wkładkę z dokumentacją do raportu z badań przeprowadzonych w Katyniu.

À propos tekstu R. Skąpskiego, nikt dziś nie chce pamiętać ani przypominać z jakim powszechnym zainteresowaniem, życzliwością, a nawet serdecznością witano Gorbaczowa, wszędzie gdzie się wtedy pojawił, pomimo tego, że nie zdobył się na oczekiwane oświadczenie. Towarzyszyłem jego pobytowi w Polsce przez cały czas: widziałem w Szczecińskiem plażowiczów pozdrawiających kolumnę wiozącą delegację, w Poroninie niekłamany entuzjazm górali, tłumy na Rynku Głównym w Krakowie. Właśnie tam pewna pani podała mi książkę Gorbaczowa z prośbą o autograf autora. To udało się bez większych kłopotów, ale później był poważny problem z odnalezieniem właścicielki książki. Ciekawy jestem czy ma ją do dziś?

Gorbaczow na Zamku

W trzydziestolecie wydarzenia.

 

W końcu stycznia, lub już w lutym 1988 roku dostałem sygnał, że przygotowywana jest wizyta sekretarza generalnego KC KPZR, a w jej programie zaplanowane jest spotkanie gościa z polskimi intelektualistami. Jeden z rozpatrywanych wariantów zakładał, że spotkanie to mogłoby odbyć się w Zamku Królewskim, w ramach organizowanych przez Narodową Radę Kultury „Spotkań Zamkowych”. Kilka razy w roku, organizowaliśmy spotkania z wybitnymi twórcami i naukowcami ze świata. Gospodarzem spotkań był prof. Bogdan Suchodolski, przewodniczący NRK. Gościem pierwszego spotkania był jugosłowiański pisarz Miodrag Bulatović, ostatniego – polski pisarz tworzący w USA Jerzy Kosiński.

 

Gdzie dwóch…

Szybko okazało się, że jest więcej chętnych nie tylko by zorganizować to spotkanie, ale też je poprowadzić. Zapamiętałem dwa nazwiska, być może było ich więcej. Pierwszy to prof. Aleksander Gieysztor, który argumentował swe oczekiwania faktem, iż jest dyrektorem miejsca, w którym spotkanie miało by się odbyć. Drugi to prof. Jan Kostrzewski, ówczesny prezes Polskiej Akademii Nauk, uzasadniał swe kompetencje faktem instytucjonalnego szefowania polskim naukowcom. O ile dobrze pamiętam my specjalnie nie zabiegaliśmy o to wyróżnienie, zadziałała najprawdopodobniej stara zasada „gdzie dwóch się bije”. Zamek był siedzibą Narodowej Rady Kultury i poza osobistą pozycją profesora Suchodolskiego miało to też swoje znaczenie. W ówczesnej kadencji Sejmu profesor był Marszałkiem Seniorem, miało to jednak mniejsze znaczenie gdyż funkcja ta faktycznie i praktycznie sprowadzała się jedynie do otwarcia pierwszego posiedzenia Parlamentu. W kolejnych dniach i miesiącach prac Sejmu, osoby które miały w danej kadencji zaszczyt uroczystego rozpoczynania obrad Sejmu stawały się szeregowymi posłami. Tak zresztą dzieje się i dziś.

Tak czy siak, od pewnego czasu było już przesądzone, że jednym z punktów pobytu Gorbaczowa w Polsce będzie spotkanie na Zamku z intelektualistami, prowadzone przez profesora Suchodolskiego, przewodniczącego NRK, a organizowane przeze mnie jako jej sekretarza.

Nie miałem oczywiście pełnej samodzielności, a nawet, powiedzmy szczerze, miałem ją w dużym stopniu ograniczoną. Gorbaczowa do Polski zapraszał przewodniczący Rady Państwa, I sekretarz KC PZPR, generał Wojciech Jaruzelski. Programem wizyty zarządzał więc aparat KC, co najmniej cztery jego wydziały (propagandy, zagraniczny, nauki i kultury), oczywiście MSZ, a szczególnie protokół dyplomatyczny. Ja byłem adresatem ich decyzji, informacji, pytań, czasem konsultacji. Możliwość inicjatywy z mojej strony i zgłaszania uwag czy pomysłów istniała, ale byłem świadomy swej roli wykonawczej i odległej pozycji w długim łańcuszku osób mających wpływ na szczegóły wizyty.

 

Pół roku przygotowań

Sławomir Tabkowski we „Wspomnieniach redaktora” (Śląsk, Katowice) datuje początek przygotowań do wizyty Gorbaczowa, w kierowanym przez siebie wydziale propagandy KC, na 11 stycznia 1988. W roku tym, wiosną, PIW opublikował książkę Gorbaczowa „Przebudowa i nowe myślenie dla naszego kraju i dla całego świata”. Była ona sensacją, może nie na miarę Ulissesa Joyce’a, ale wciąż mam w oczach kolejkę po nią, ciągnącą się od Nowego Światu przez Foksal, aż do księgarenki PIW; nakład się rozszedł i szybko zadecydowano o dodruku. Autentyczne zainteresowanie książką radzieckiego przywódcy, zmiany wprowadzane przez Gorbaczowa w ZSRR, pobudzały nadzieję na przyswojenie „pieriestrojki” w Polsce, tworzyły, obok wielu zdarzeń politycznych w kraju, dobrą atmosferę dla przyjęcie gościa. W czerwcu roku poprzedniego profesor Bogdan Suchodolski złożył na ręce prymasa Józefa Glempa propozycję rozszerzenia składu Narodowej Rady Kultury o wskazanych „katolików świeckich”. W listopadzie 1987 rozpoczął działalność urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. W styczniu 1988 roku zakończyło się wieloletnie zagłuszanie Radia Wolna Europa, 10 lutego ogłoszony został II etap reformy gospodarczej zakładającej miedzy innymi równe warunki ekonomiczne dla wszystkich sektorów własności, wsparcie małych firm prywatnych i otwarcie dla kapitału zagranicznego. W marcu zniesiono kartki na wyroby czekoladowe, w maju utworzono Papieski Wydział Teologiczny w Warszawie. W lipcu rozpoczyna się sprzedaż benzyny „bezkartkowej”. Minister kultury Aleksander Krawczuk wygłosił w Sejmie zdanie o wielu wartościowych wydawnictwach „podziemnych”. W całym kraju trwały przygotowania do jubileuszu 70. lecia odzyskania Niepodległości. Ich intensywność opisał Andrzej Łapicki w niedawno opublikowanych dziennikach „Jutro będzie Zemsta” (Agora, Warszawa) notując pod datą 12 listopada: „Na Piłsudskiego już patrzeć nie można tak go wyeksploatowali.”

Ale był to jednocześnie rok najsilniejszej, po grudniu 1981, fali strajków. Pierwsze wybuchają 25 kwietnia w Bydgoszczy i Inowrocławiu, trwają do 10 maja, rozlewając się na kolejne miasta, zakłady pracy i uczelnie. 26 kwietnia w Hucie im. Lenina rozpoczyna się strajk okupacyjny, siłowo zakończony w nocy 4/5 maja. 2 maja wybucha strajk w Stoczni Gdańskiej.

 

Czas i miejsce

Wszystkie dotychczasowe Spotkania Zamkowe odbywały się w Sali Koncertowej lub Rycerskiej Zamku. W większej z nich miejsc siedzących było około 200. W tym wypadku uczestników miało być dwa razy więcej. Służyć temu miała Sala Wielka zwana też Balową. Szkopuł w tym, że wciąż jeszcze trwała jej rekonstrukcja. Zamek w swej zasadniczej części oddany był do użytku już w roku 1984 (pierwsze wnętrza zaczęły funkcjonować nawet w 1977), ale ostatnie prace trwały nadal i związane właśnie były z Salą Wielką. Kiedy po raz pierwszy do Polski przyjechała ekipa radzieckich służb (odpowiednik naszego Biura Ochrony Rządu) funkcjonariusze oglądali Zamek tylko z zewnątrz. Wiele notowali, robili zdjęcia. Uczestniczyłem w tym fragmencie ich roboczej wizyty, a oni zapewne przebyli całą planowaną trasę kilkudniowej podróży Gorbaczowa. Kiedy po niedługim czasie znów przylecieli, byli już wyposażeni w wideokamery. Było kila takich wizyt, za każdym razem ekipa była liczniejsza, wyposażona w coraz więcej różnego rodzaju aparatury, a ich inspekcja coraz dokładniejsza. Przechodziliśmy całą trasę w Zamku, od podjazdu gdzie goście wysiądą z limuzyn, korytarzami i schodami aż do sali Balowej. Kręcąc film dodawali swe komentarze, zwracali uwagę na mijane okna, drzwi, korytarze, wnęki i załomki ścian. Gdy kończyliśmy wizję lokalną w Sali Wielkiej za każdym razem z niepokojem upewniali się, czy zdążymy zakończyć wystrój sali. W Sali bowiem, nie było jeszcze posadzki, stały rusztowania, na których wysoko ponad nami, pracował z uniesionymi rękami, zmarły w ubiegłym roku, Jan Karczewski odtwarzając malunki na plafonie. Przedstawiciele Zamku zapewniali że zdążymy. Rzeczywiście zdążyli, lecz dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze o północy, na kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania kończono woskować parkiet, potem wnoszono i ustawiano fotele. Dopiero w tym momencie stało się wiadomym ile foteli Sala pomieści, ile osób będzie mogło na nich usiąść. Był plan, na który wcześniej naniesiono obrysy zamówionych foteli, istniało więc przypuszczenie, ale przypuszczenie nie jest pewnością, a tę posiedliśmy dopiero rankiem w dniu „zero”. Pamiętam, że potrzebowaliśmy blisko 400 miejsc i tyle z wielkim trudem, a trzeba było pozostawić konieczne przejścia pomiędzy fotelami, udało się w Sali zmieścić. Inna sprawa to całkowita niewiedza jaką akustykę będzie miała ta Sala.

 

Uczestnicy

Lista osób zaproszonych do udziału w spotkaniu z Gorbaczowem powstawała poza mną, choć minimalny wpływ na nią miałem. Otrzymywałem nazwiska, dzwoniliśmy początkiem czerwca do tych osób zapowiadając spotkanie na Zamku w połowie lipca, nie podając dokładnej daty, a uzyskaną odpowiedź notowaliśmy. Znakomita większość osób przyjmowała zaproszenie. Zapowiadaliśmy kolejny telefon za dwa tygodnie. Wówczas już data była w rozmowie podawana. 14 lipca. Gdy po raz drugi obecność zostawała potwierdzona, ostemplowane przez BOR zaproszenie było wypisywane i wysyłane pocztą. Dotyczyło to uczestników z grupy „ludzie nauki i kultury”. Mniej liczna grupa gości oficjalnych i delegacja radziecka otrzymywała zaproszenia z innego źródła. Dość długo na tej liście nie było, odsuniętego na boczny tor, wicemarszałka Sejmu Mieczysława F. Rakowskiego. Dopiero gdy w połowie czerwca został sekretarzem KC na liście pojawiło się jego nazwisko ze wskazaniem miejsca w pierwszym rzędzie. Pamiętam rozmowę telefoniczną ze Stefanem Kisielewskim, odmówił udziału tłumacząc, corocznym w tym czasie, wyjazdem nad morze do Sopotu. „Jest rocznica śmierci mego syna i też na nią do Warszawy nie przyjadę” – zakończył rozmowę. Rzeczywiście 12 lipca mijało dwa lata od tragicznej śmierci Wacława Kisielewskiego. Wiele lat później Jerzyk Kisielewski, gdy mu tę historię opowiedziałem, potwierdził, że ojciec nie przerywał swoich lipcowych urlopów w Sopocie. Gustaw Holoubek w pierwszej rozmowie zaproszenie przyjął, ale potem odmówił. Ponoć opowiadał szeroko: „jednak mnie zaprosili, ale im odmówiłem….”. Tadeusz Łomnicki prosił by wycofać zaproszenie i nie stawiać go w sytuacji konieczności rozważania przyjąć je, czy nie. Maryla Rodowicz zaproszenie przyjęła (wystosowane w ostatniej niemal chwili, zawoziłem je do niej do domu), ale w Zamku nie pojawiła się. Godzinę, lub dwie po słynnym koncercie dla Gorbaczowa na Wawelu, gdzie Andrzej Rosiewicz zaśpiewał piosenkę „Wieje wiosna od wschodu”, późnym wieczorem odebrałem telefon z dyspozycją bym dopisał Rosiewicza do listy, jak najpilniej skontaktował się z artystą i dostarczył mu zaproszenie. Zadzwoniłem do Rosiewicza do domu, telefon odebrała jego mama, mówiąc że syn nie wrócił jeszcze z Krakowa i nie ma z nim kontaktu. Nie bardzo mi pasował ten piosenkarz do zacnego zamkowego grona, więc nie zadzwoniłem powtórnie. Ale gdy zaproszenia zaczęły już dochodzić do adresatów przydarzył się także telefon od zmarłego niedawno aktora z pytaniem dlaczego on do tej pory zaproszenia nie dostał. „Emilka mi mówiła, że ma już zaproszenie, a ja nie mam….” Odpowiedziałem wymijająco, przerzucając winę na opieszałą pocztę. Zaraz jednak zadzwoniłem do osoby, która podawała mi nazwiska twórców i przekazałem oczekiwanie aktora; po niedługim czasie otrzymałem zgodę na wysłanie mu zaproszenia.

Tuż przed spotkaniem dzwoniłem jeszcze do kilku wskazanych mi osób prosząc je o zabranie głosu. Znany reżyser odmówił tłumacząc, że już sam jego udział w tym spotkaniu jest zachowaniem, z którego władza powinna być wystarczająco zadowolona, więc przemawiać nie będzie, niech to robią inni. Ale gdy Sala zaczęła się wypełniać zobaczyłem, że daje mi on z oddali jakieś znaki. Ruchem ręki zaprosiłem go do siebie. „Zobaczyłem kto jest na sali, zmieniam zdanie, chcę zabrać głos, proszę mnie dopisać do listy” – usłyszałem. Za kilkanaście minut sala była już zapełniona do ostatniego fotela, przybyli goście, a słowa powitania zaczął wygłaszać profesor Suchodolski.

 

Bez notatek, ustawki

Z wystąpieniem profesora miałem pewien problem, a w zasadzie nie tyle z wystąpieniem ile z oczekiwaniem politycznych zwierzchników bym tekst powitalnego przemówienia Profesora dostarczył ze sporym wyprzedzeniem. Nie mogli przyjąć do wiadomości, że Profesor nie pisze sobie przemówień, że nikt inny też mu ich nie pisze. „To tym razem wy mu napiszecie”. Tłumaczyłem, że profesor nawet nie czyni żadnych notatek; „Tym razem je musi zrobić i wy je nam wcześniej dostarczycie”. W końcu, po długiej wymianie argumentów, ulegli. Profesor rzeczywiście całe przemówienie powitalne, pełne głębokich myśli i refleksji, wygłosił bez pomocy notatek. Z dzisiejszego punktu widzenia może wydać się to błahe, ale wówczas w 1988 roku, wydarzeniem było to, że Profesor, wobec sekretarza generalnego KPZR i w obecności I sekretarza PZPR, zadał głośno, publicznie pytanie: „czy rzeczywiście socjalizm wymaga aż takich ofiar?”

Po wystąpieniu profesora wypowiadali się uczestnicy spotkania. 17 osób, w tym trzech Rosjan, którzy przyjechali z Gorbaczowem. Spotkanie, zaplanowane w oficjalnym protokole wizyty na nieco ponad godzinę, przeciągnęło się prawie trzykrotnie dłużej. Szef protokołu dyplomatycznego MSZ, Roman Czyżycki, kilkakrotnie podchodził do Generała Jaruzelskiego zapewne wskazując, iż opóźniają się kolejne punkty wizyty. Generał zdawał się ignorować uwagi szefa protokołu, wyraźnie chciał by wszystkim chętnym dać możliwość swobodnej wypowiedzi.

Zauważyłem, że siedzący w prezydium Gorbaczow, Jaruzelski i Suchodolski wymieniają się uwagami. Gorbaczow zaskoczony był przebiegiem spotkania, dyskusją, padającymi pytaniami i stwierdzeniami. Miał pretensje do swoich doradców, że nie przygotowali go ani na spotkanie z Suchodolskim, ani nie uprzedzili, że po przemówieniu profesora może nastąpić żywa, autentyczna, niczym nie skrępowana dyskusja. Marcin Król zapytał przecież o zakres suwerenności Polski i o to czy doktryna Breżniewa jest nadal stosowana względem Polski i krajów sąsiadujących. Na szybko więc uzgodniono, że gość nie odniesie się do poszczególnych wypowiedzi, a przyśle odpowiedź na piśmie i cała dyskusja oraz jego list będą opublikowane. Gorbaczow jednak głos zabrał, ale nie odpowiedział na żadne pytanie wprost czy bezpośrednio, przemówił dość ogólnie, a swą pisemną wypowiedź przysłał kilka tygodni później.

 

Pytania zadane i dosłane

Plon spotkania opublikowało wydawnictwo Książka i Wiedza. Do wydania tej publikacji aspirował jeszcze, nieskutecznie, Państwowy Instytut Wydawniczy (wydawca książki Gorbaczowa o pierestrojce) oraz Wydawnictwo Interpress. W książce zamieszczono też siedem głosów złożonych pisemnie po spotkaniu. Już po wydaniu książki jeszcze ośmiu uczestników spotkania nadesłało swe wypowiedzi. Znalazły się one w szybko opublikowanym drugim wydaniu wraz z kilkoma zdjęciami ze spotkania. Jedna tylko nadesłana wypowiedź nie uzyskała aprobaty wydawnictwa i cenzury. To list prof. dr. hab. inż. Romana Ciesielskiego, członka rzeczywistego PAN, b. rektora Politechniki Krakowskiej, a po 1989 roku senatora I kadencji. Pismo zawierało pytania o suwerenność gospodarczą Polski i funkcjonowanie w życiu społeczno politycznym osób, których nie rozliczono z odpowiedzialności za ich aktywną działalność w czasach stalinowskich. Profesor Ciesielski, ale także i prof. Suchodolski, odwoływał się od tych decyzji. Zachowałem ksero odpowiedzi jaką prof. Ciesielski otrzymał od wydawnictwa. Dyrektor KiW wyjaśnia iż: „tekstu nie można niestety upowszechnić z uwagi na zaprezentowaną w nim interpretację suwerenności PRL.” List nosi datę 25 stycznia 1989. Dwa dni później Lech Wałęsa i Czesław Kiszczak odbyli ostatnie spotkanie przygotowujące obrady Okrągłego Stołu ustalając procedurę i zakres obrad oraz dzień ich rozpoczęcia – 6 lutego.

 

Wątek katyński

Wracając do spotkania z Gorbaczowem, oczekiwaliśmy wówczas z Profesorem, że właśnie tu, na Zamku Królewskim w Warszawie przywódca ZSRR powie prawdę o Katyniu. Stało się to jednak dopiero dwa lata później, 14 kwietnia 1990 w Moskwie. Podczas wizyty Prezydenta RP Wojciecha Jaruzelskiego, Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow wyraził głębokie ubolewanie w związku z tragedią katyńską nazywając ją „jedną z cięższych zbrodni stalinizmu”.

Kilka razy, w naszych wcześniejszych rozmowach, profesor Suchodolski wspominał sprawę Katynia w kontekście redagowanej przez siebie w końcu lat 50. Małej Encyklopedii PWN (pierwsze wydanie 1959). Hasła Katyń tam nie było, w niektórych kręgach spotykał się Profesor w związku z tym z krytycznymi uwagami. Ale, jak tłumaczył mi: „Miałem wówczas tylko dwie możliwości, albo napisać zgodnie z obowiązującą wówczas wykładnią, że Katyń to sprawa Niemców, albo pominąć to hasło. Wybrałem drugie rozwiązanie, wolałem przemilczeć niż kłamać”. Co prawda – zwraca na to uwagę w przywołanych wcześniej wspomnieniach Sławomir Tabkowski – w 1957 w książce „Kolumbowie rocznik 20” (PIW, Warszawa) Roman Bratny napisał o zwale trupów „poległych z sowieckiej ręki”. Ale co innego proza, literatura piękna, co innego Encyklopedia. Rok 1959 już też różnił się od „odwilżowego” 1957.

Podobne oczekiwanie, iż podczas wizyty Gorbaczowa w Polsce padną słowa prawdy o Katyniu, mieli członkowie najwyższych polskich władz politycznych. Pisze we wspomnianej książce S. Tabkowski, iż powołanie w 1987 polsko-radzieckiej komisji do zbadania tzw. białych plam rozbudziło nie tylko w nim (przypominam, był kierownikiem wydziału w KC) nadzieję na oficjalne przyznanie się strony radzieckiej do zbrodni.

Prace komisji nie przyniosły jednak efektów, strona radziecka nie była przygotowana do ujawnienia prawdy. Na posiedzeniu komisji w marcu 1988 przewodniczący strony polskiej prof. Jarema Maciszewski ogłosił ekspertyzę, w której stwierdzono, iż „brak nowych dokumentów radzieckich nie pozwala na osłabienie argumentacji przemawiającej za winą NKWD”. Także w marcu grupa blisko 60 ludzi kultury i nauki wystosowała list otwarty wzywający ZSRR do ujawnienia prawdy o Katyniu. Pisze dalej S. Tabkowski: „Pomimo nacisków Wojciecha Jaruzelskiego i pytań, które padły podczas spotkania z przedstawicielami środowisk polskiej nauki i kultury na Zamku Królewskim w Warszawie, Gorbaczow nie zdecydował się powiedzieć prawdy.”

 

Poza protokołem

Mimo to, witano Gorbaczowa w Warszawie, Krakowie czy Szczecinie niezwykle serdecznie, spontanicznie otaczały go życzliwe tłumy, a on chętnie rozdawał autografy, na co pozwalała niezbyt rygorystyczna ochrona. Po zakończeniu spotkania na Zamku do stolika prezydialnego podeszło kilka osób. Jerzy Duda Gracz zapytał mnie, wyciągając ukryte zawiniątko, czy może wręczyć Gorbaczowowi mały obrazek. Podeszliśmy razem, obok Gorbaczowa stała już Beata Tyszkiewicz. Generał przedstawiał: „eto samaja wydajuszczajasia zwiezda naszewo kino” na co błyskawicznie z uśmiechem odpowiedział Gorbaczow: „a my szczitajem szto naszewo”. Duda Gracz wręczył malunek, a ja otrzymałem, na specjalnie przygotowanym kartoniku, podpis Gorbaczowa.

Następnego dnia, gdy Gorbaczow brał udział w szczycie Układ Warszawskiego, w Nieborowie profesor wydał obiad na cześć jego małżonki Raisy, założycielki radzieckiego Funduszu Kultury. By przywitać gościa, do Nieborowa przyjechali I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach Leszek Miller i wojewoda skierniewicki Kazimierz Boczyk. Po powitaniu odjechali, w obiedzie udziału nie wzięli. Podczas tego spotkania Raisa Gorbaczowa interesowała się bardzo działalnością Towarzystwa im. Fryderyka Chopina (w obiedzie uczestniczył dyrektor generalny Towarzystwa Bogumił Pałasz) i zbliżającym się Konkursem chopinowskim (w 1990). Rozmawiano także o możliwości postawienia pomnika Chopina w Moskwie. O sprawie tej Raisa Gorbaczowa nie zapomniała. Jak wspomina Grzegorz Wiśniewski, gdy nieoczekiwanie zjawiła się w 1989 roku w polskiej Ambasadzie na recitalu Haliny Czerny – Stefańskiej, w rozmowie z kierownictwem Ambasady i Instytutu, zadeklarowała swe wsparcie dla idei pomnika. Jednak niedługo później pani Raisa straciła możliwości skutecznych działań nie tylko w tej sprawie. A pomnika Chopina w Moskwie jak nie ma, tak nie ma.

 

W czasie opisywanych wydarzeń Autor był sekretarzem Narodowej Rady Kultury.

Z żołnierskiego życiorysu

6 lipca tego roku skończyłby 95 lat żołnierskiego życia. W mundurze przesłużył 48 lat (1943-1991). Generałem był 58 lat (1956-2014).

 

Rocznica urodzin gen. Wojciecha Jaruzelskiego skłania do różnych refleksji. Generała oceniali wszyscy: przełożeni i podwładni, duchowni i politycy, przyjaciele i przeciwnicy – słowem, każdy. Najbardziej surowymi sędziami są ci, którzy urodzili się po 1989 roku. Ci, którzy o służbie wojskowej wiedzą najmniej. Niewiele o sprawowaniu urzędów państwowych czy politycznych, a jeszcze mniej o własnej na nich odpowiedzialności i poczuciu godności, o honorze nie mówiąc. Ci, co wiedzą o tych arkanach więcej, wydaje im się, że posiedli wszelką mądrość i są nieomylni. Im obca jest sztuka zrozumienia i wyobrażenia okoliczności i uwarunkowań, których opisu emocjonalnego oddziaływania na – często brzemienne w skutki – decyzje i działania polityków, nie zawiera żaden dokument urzędowy, nawet najtajniejszy. Ci właśnie, z godną podziwu pryncypialnością, stroją się w szaty rzymskiego Katona, wygłaszają gromkie oskarżenia. Słyszałem ich na sali sądowej, czytałem i czytam w prasie…

Ostatnio jeden z ważnych urzędników rządowych, „błysnął talentem” twierdząc, że „Wojsko Polskie i Polskę spotkało wszystko, co najgorsze”, należy więc Generała zdegradować. Cóż, gdyby znał choć smród żołnierskich onuc, może rozum byłby trzeźwiejszy. Odpowiedzi udzielili mu internauci – 55,8 proc. osób jest przeciwko degradacji.

 

Żołnierski ród

Można powiedzieć, iż przyszły Generał urodził się w żołnierskiej rodzinie, więcej – w żołnierskim rodzie. Jaruzelscy należeli do rodów strzegących ziem północno-wschodniego Mazowsza przed plemieniem Jaćwingów. Osiedlanej tu szlachcie nadawano ziemię z prawem dziedziczenia. Siedzibą rodową był majątek Ruś Stara – Sokoły (ziemia łomżyńska), położony na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Ich korzenie szlacheckie sięgają XIV wieku. Na włościach Jerusele w powiecie drohiczyńskim osiadła rodzina przybyła ze wsi Ślepowrony. Stąd w późniejszych latach i wiekach powstało nazwisko Jaruzelscy herbu Ślepowron. Pielęgnowali tradycje rodowe, wielu było rycerzami (żołnierzami), pełniąc funkcje towarzyszy i chorążych kohort pancernych.

Pradziadek Generała ze strony Matki, Leonard Jodko-Narkiewicz służył w Legionach gen. Dąbrowskiego, w Wojsku Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Dosłużył się stopnia podpułkownika i licznych orderów, w tym Legii Honorowej. Jego syn Konstanty był kapitanem w Korpusie Inżynieryjnym gen. Ignacego Prądzyńskiego. Był konstruktorem śluzy na Kanale Augustowskim.

Pradziadek Generała, ze strony Ojca, Antoni-Józef był dziedzicem dóbr Rusi Starej, Sokołów i części miasteczka Sokoły. Spośród jego pięciu synów, a stryjów Generała, trzech zmarło bezpotomnie: Adolf, Władysław oraz Dersław, który walczył w powstaniu styczniowym. Dwaj pozostali: Józef-Benedykt, jako uczeń gimnazjum wstąpił do oddziału Padlewskiego, gdzie dowodził plutonem, a później był w oddziale Kobylańskiego. Walczył pod Myszyńcem i Drążewem. Jego syn Józef-Wincenty, ukończył akademię wojskową w Wiener-Neustad. Do 1905 r. służył jako podporucznik w 2 pułku ułanów austriackich w Tarnowie, Bochni i Niepołomicach. Odszedł do rezerwy w stopniu rotmistrza. Powołany w 1914 r. do armii austriackiej w stopniu majora. Po utworzeniu państwa polskiego, mianowany attaché wojskowym przy legacji polskiej w Bukareszcie, potem szefem oddziału operacyjnego 4 dywizji strzelców oraz 10 dywizji piechoty. W 1920 r. dowodził 115 pułkiem ułanów, krótko 5 pułkiem strzelców konnych w Tarnowie i odszedł do rezerwy. Jego brat Ksawery, drugi syn Józefa-Benedykta, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, był oficerem w 2 pułku ułanów austriackich. Walczył na Wołyniu oraz w Rumunii, dwukrotnie odznaczony za waleczność. Ówczesny pułkownik Władysław Sikorski, mianował go dowódcą powiatu skałackiego. Jako major walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 r.

Dziadek Wojciech, za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na 12 lat do Szadryńska (Syberia), wrócił po 8 latach. Kaprys losu sprawi, iż przez Szadryńsk w bydlęcym wagonie kolejowym na Syberię, w 1941 r. powieziono syna Władysława z żoną, córką i wnukiem Wojciechem. Ojciec został zesłany do łagru nr 7 w Reszotach (Krasnojarski Kraj). Pozostała rodzina trafiła do osady Turaczak (Góry Ałtaj), ok. 300 km od miasta Bijska.

Ojciec Władysław, walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku jako ochotnik w oddziale słynnego „zagończyka” Feliksa Jaworskiego, (czyny bojowe tego oddziału barwnie opisała Zofia Kossak-Szczucka w książce „Pożoga”).

 

Syberyjskie losy i epizody

Wiadomość o formowaniu armii Andersa, pojawiła się w Bijsku latem 1941 r. Był on jednym z większych skupisk Polaków deportowanych na Syberię. Funkcjonował tu mąż zaufania ambasady polskiej w Moskwie, hrabia Żółtowski Do niego zwrócił się Władysław Jaruzelski po wyjściu z łagru późną jesienią 1941 r., by zgłosić syna do armii. Hrabia wyjaśnił, iż przyjęcia ograniczono do osób, które odbyły przeszkolenie wojskowe lub są zawodowymi żołnierzami w rezerwie. Syn Władysława takich wymagań nie spełniał, a ponadto był za młody (18 lat). Radził więc zaczekać na kolejny etap werbunku. Następne starania, podjęte wiosną1942 r. (po ucieczce z Turaczaka do Bijska) okazały się spóźnione. Gdy wiadomość o formowaniu 1 DP im. Tadeusza Kościuszki dotarła do Bijska, Wojciech Jaruzelski podjął te starania. Matka i siostra zostały na Syberii. Na zawsze został też Ojciec – zmarł 4 czerwca 1942 r. otoczony opieką żony Wandy, córki Teresy i syna Wojciecha. Michaił Gorbaczow, gdy poznał syberyjski okres życiorysu Generała, polecił postawić dwa pomniki: jeden, ku „pamięci Polaków, zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”… Drugi – na grobie Ojca Generała.

Syberyjski epizod ma nieoczekiwane dopełnienie. Na mocy ustawy z 17 października 2003 r. wszystkim Sybirakom przysługuje pamiątkowy Krzyż Zesłańców Sybiru, nadawany przez Prezydenta RP, na wniosek organizacji kombatanckich. Generał taki Krzyż otrzymał. Wówczas okazało się, że „niesłusznie”. Odpowiedzialność spadła na kilku pracowników Kancelarii. Generał zwrócił krzyż prezydentowi RP 30 marca 2006 r., m.in. pisząc: Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialnym za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją. O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się szczególnie do tych wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni, czy pośredni, widzę to tym ostrzej.

Ten „syberyjski epizod” w ponurej formie dał o sobie znać 30 maja 2014 r. Moralnie trudno pojąć, że część środowiska skazanych w okresie stalinizmu na karę śmierci oraz Sybiraków na Powązkach protestowała przeciwko pogrzebowi Generała w tym miejscu, z innymi wznosząc wyzwiska i obraźliwe okrzyki, a wcześniej – pod Katedrą Polową WP. Nie zaprzestali nawet na czas słów pożegnania, wygłaszanych przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, który mówił: Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia, i nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Nie zaprzestali nawet na czas złożenia urny do grobu (niech im kiedyś ziemia ciężką będzie). Nikt z władz państwowych, stolicy i Episkopatu, nawet ledwie słyszalnym szeptem nie upomniał się o szacunek dla majestatu śmierci. Bo przecież nie dla Zmarłego, dla którego po ludzku nie mieli chrześcijańskiego westchnienia – „spoczywaj w spokoju”. Kształcąc tak młode pokolenie Polaków, niech odmierzą im kiedyś według ludowego porzekadła – „jak Kuba Bogu”…

Jednakże ten „syberyjski epizod”, za sprawą Zbigniewa Domino, Sybiraka, w formie wspomnieniowo-refleksyjnej, na swój chwalebny sposób żyje. Autor w książkach, m.in. „Cedrowe orzechy” i „Syberiada”, przedstawił losy rodzin ze Wschodnich Kresów i Litwy. Generał darzył Autora serdecznym uznaniem i inspirował do pisania – bo kto, jeśli nie Wy Zbigniewie, utrwali wiedzę Polaków o tej części naszego losu. Książka Pana Zbigniewa „Zaklęty krąg” przejmująco dotyka „przywileju” starszych ludzi – odświeża pamięć z lat dzieciństwa. „Syberiada” posłużyła za motto i wizję do filmu „Syberiada Polska” – dzięki twórczej inwencji i pomocy Mirosława Słowińskiego (b. ministra kultury). Do tych osób i wydawcy książek, szefa Studia Emka, Pana Jacka Marciniaka, w rocznicę urodzin Generała, kieruję wyrazy najwyższego poważania.

 

Z Syberii do armii

19 lipca 1943 r. Komisja Poborowo-Ewidencyjna w Sielcach nad Oką skierowała Wojciecha Jaruzelskiego do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu. Cóż za zbieg historycznych dat – za 46 lat Generał zostanie Prezydentem Polski. Riazań odwiedzi dopiero 41 lat później, 5 maja 1984 r. Przybył z delegacją, w której było kilku absolwentów tej Szkoły. Naoczny świadek tego zdarzenia, Wiesław Górnicki, napisał: Stanął na trybunie, przed Pomnikiem Braterstwa Broni (który odsłonił z marsz. Dmitrijem Ustinowem) i zaczął: „Ja zdies priszoł po dlinnoj dorogie”. W Riazaniu nikt jeszcze nie rozpoczynał przemówień od takiego zdania. Padło w zgromadzonych na ulicach mieszkańców jak napęczniałe ziarno. Osłupieli stojący w ordynku podchorążowie elitarnej szkoły oficerskiej wojsk desantowych wśród których część stanowili ludzie specnazu. „Po długiej drodze”. Wtedy w Rosji wystarczyło użyć takiego szyfru, kodu emocjonalnego, aby natychmiast trafić do serc i zamkniętych na sto spustów zakamarków ludzkiej pamięci. Nikt z riazańczyków nie miał wątpliwości, o jaką drogę chodzi… Ze ściśniętym gardłem patrzyłem wtedy, w Riazaniu, jak stara babuleńka w białej przepasce na czole wyciągnęła do Generała pomarszczone ręce i wyszeptała: „synok, moj synok, synok…” Może przypominał jej poległego na froncie syna lub męża zamęczonego w łagrze? Pod pomnikiem złożono wieńce i kwiaty, także pod obeliskiem 1DP im. Tadeusza Kościuszki, na centralnym placu Riazania, który do 2005 r. nosił jej imię.

Otwarcie kursu oficerskiego nastąpiło 1 września 1943 r., w czwartą rocznicę najazdu hitlerowskiego na Polskę. Generał wspomina: W teatrze podczas akademii, odegrano „Jeszcze Polska nie zginęła”. Byliśmy wzruszeni. Z rana śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i „Rotę”. Dbano o to. Dzisiaj można powiedzieć, że było to robione celowo, żeby nas odpowiednio przysposobić. Ale wtedy, były one dla nas – spragnionych polskości, polskiego słowa, już nie mówiąc o broni, którą dostajemy do ręki – tak ważne, że na drugi plan schodziły elementy, które były nie zrozumiałe czy obce. 11 listopada 1943 r., w 25 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, podchorąży Wojciech Jaruzelski złożył przysięgę wojskową.

 

Znamienny miesiąc

Grudzień jest znamiennym miesiącem w życiorysie Generała – żołnierza i Męża Stanu. Kurs oficerski zakończył się 16 grudnia 1943 roku, promocją na ówcześnie pierwszy stopień oficerski – chorążego. Według imiennego spisu, awans otrzymało 295 podchorążych. Wojciech Jaruzelski uzyskał ze wszystkich nauczanych przedmiotów oceny bardzo dobre i celujące. Alfabetyczny spis sporządzono w języku rosyjskim, stąd nazwisko znalazło się na 284 pozycji, pod rosyjską literą „ja”, która w tym alfabecie jest ostatnia. Znaleźli się jednak znawcy, którzy po tej pozycji uznali, że szkoły nie ukończył z wyróżnieniem. Młody chorąży 20 grudnia 1943 r. objął stanowisko dowódcy 3 plutonu piechoty w 8 kompanii, 3 batalionu 5 pułku piechoty (5 pp) 2 Dywizji Piechoty im. Jana Henryka Dąbrowskiego (DP) –znów kaprys losu, pod tym generałem służył pradziadek Jodko-Narkiewicz. Rozpoczął 48-letnią oficerską służbę Ojczyźnie. 13 – go grudnia 1981 r. ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Zwrócił się do Rodaków: Jako żołnierz, który dobrze pamięta okrucieństwo wojny. Niechaj w tym umęczonym kraju nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Jednak popłynęła, 16 grudnia. Co za wybór losu – w 38. rocznicę promocji. Jak przyznawał w wywiadach i przed sądem – sam był na to najmniej przygotowany. Zdruzgotany wieścią o tragedii w „Wujku” zadzwonił do Córki mówiąc: Stała się rzecz straszna, zginęli ludzie. W księdze pamiątkowej tej kopalni, 2 grudnia 1989 r. zapisał wielce wymowne słowa: Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej Krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla ofiar. Publicznie pojednał się z jednym z organizatorów strajku – górnikiem Jerzym Wartakiem. Był on obecny na mszy żałobnej w skupieniu, osobistym bólu po Zmarłym, w Jego ostatniej drodze… Także w grudniu zakończył się ostatni epizod publicznej działalności Generała. 11-go grudnia 1990 r. w pożegnalnym przemówieniu powiedział Rodakom: Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nieraz iść „pod prąd”, podejmować decyzje nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy… Jako żołnierz wiem, że dowódca, a więc każdy przełożony odpowiada za wszystkich i za wszystko. Słowo „przepraszam” może zabrzmieć zdawkowo. Innego jednak nie znajduję. Chcę prosić o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci-niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Doświadczył tego ponad miarę – „świętowanie” 13 grudnia pod oknami domu, procesy sądowe i bezpodstawne oskarżenia, ludzka i medialna nienawiść. Nawet po śmierci „zadbano”, by nie pożegnał Go nikt ani z MON, ani z byłych podwładnych.

 

Na frontowe drogi

2 stycznia 1944 r. wyruszył na frontową drogę, liczącą ponad 3500 kilometrów, która miała zakończyć się nad Łabą. Już jako dowódca plutonu zwiadu konnego, 23 lipca 1944 r. przekroczył rzekę Bug w m. Uchańka. Niedaleko stąd, bo pod Dubienką, 18 czerwca 1792 r. Tadeusz Kościuszko powstrzymywał Moskali idących na Warszawę… Los sprawił, że chor. Jaruzelski na czele zwiadowców przechodził w pobliżu Kurowa. 28 lipca uczestniczył w walkach nad Wisłą w rejonie Wólki Profeckiej. Podczas walk pod Puławami niemalże cudem uniknął śmierci, gdy pocisk artyleryjski rozerwał się w pobliżu. Na przyczółku warecko-magnuszewskim, w pobliżu wsi Grabów Zaleśny, został kontuzjowany. We wrześniu 5 pułk walczył na północnych obrzeżach Pragi. W czasie tych działań chor. Wojciech Jaruzelski został lekko ranny. 11 listopada 1944 r. awansowany na stopień podporucznika. Po latach Generał wspominał: Zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła ok. 5 tysięcy zabitych i rannych żołnierzy. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Wręcz je niejednokrotnie odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym w naszych szeregach z goryczą. Innego rodzaju goryczy doznał Generał pół wieku później. Część radnych Warszawy uznała za skandaliczne nadanie Generałowi medalu pamiątkowego „Cztery Wieki Stołeczności Warszawy”(1996). W liście do ówczesnego prezydenta Warszawy m.in. napisał: Jako frontowy żołnierz, który we wrześniu-październiku 1944 roku uczestniczył w ciężkich walkach nad Wisłą, a 17 stycznia 1945 roku, jako oficer 5 pułku piechoty, znajdował się na czele jego sił wkraczających do Warszawy, miałem uczucie satysfakcji z otrzymanego medalu. Obecnie widzę, że było ono bezpodstawne… Z całą powagą przyjąłem Pańskie stwierdzenie, iż Pan nie przyznałby mi tego medalu – zwracam go na Pańskie ręce.

Naczelny Dowódca Wojska Polskiego, gen. Michał Rola-Żymierski, 10 stycznia 1945 roku odwiedził 5 pułk. Wyróżnił grupę żołnierzy, ppor. Wojciech Jaruzelski otrzymał podziękowanie na piśmie. Zwiadowcy 17 stycznia wkroczyli do Stolicy od strony Młocin, blisko Bielan, gdzie przyszły Generał w latach 1933-1939 był uczniem w kolegium Księży Marianów. Dwa dni później wzięli udział w defiladzie wśród gruzów wyzwolonej Warszawy.

W styczniu 1945 r., ppor. Wojciech Jaruzelski został szefem pułkowego zwiadu, pomocnikiem szefa sztabu pułku. 25 stycznia pułk rozpoczął 200 km marsz w kierunku Bydgoszczy, by 5 lutego przekroczyć dawną granicę polsko-niemiecką i z marszu podjąć walki na Wale Pomorskim. Kronika pułkowa odnotowała, iż podczas ciężkich walk ppor. Wojciech Jaruzelski był wyróżniany kilka razy w rozkazie dowódcy 2 dywizji. Generał po latach wspominał: Doby między 28 lutego a 5 marca zachowały się w pamięci jako bezsenne. Z tego okresu utrwalił się u Generała nawyk, wielogodzinnej, nieprzerwanej pracy i znana tylko frontowym żołnierzom umiejętność „przyspieszonego snu”. Kolejne dni przyniosły ciężkie walki, aż do zachodniopomorskich wybrzeży Bałtyku.

W pobliżu Mirosławca znów był lekko ranny. Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do jego ojca, m.in. napisał: Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda … łączyła nas szczera przyjaźń … Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych … Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ stacjonujący w Hrubieszowie.

Na przedmieścia Berlina zwiadowcy 5 pułku dotarli 22 kwietnia wieczorem. W rejonie Oranienburga wkroczyli do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, 3 maja około północy wyszli nad Łabę. Porucznik Wojciech Jaruzelski 4 maja spotkał nad Łabą żołnierzy z 410 pułku 102 dywizji amerykańskiej. Tu zastaje Go koniec wojny i bezwarunkowa kapitulacja hitlerowskich Niemiec.

Przyszły Generał „frontową służbę” zakończył w stopniu porucznika, na stanowisku pomocnika szefa sztabu – oficera zwiadu 5 pułku. Od Bugu do Łaby walczył na pierwszej linii frontu, a faktycznie jako zwiadowca – przed pierwszą linią frontu. Był dwukrotnie ranny (Praga, Mirosławiec) oraz kontuzjowany (Grabów Zaleśny). W czasie działań bojowych był dwukrotnie awansowany w stopniu i stanowisku. Został odznaczony:

– Srebrnym Medalem Zasłużony na Polu Chwały – trzykrotnie;

– Krzyżem Walecznych – dwukrotnie;

– Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Przełożeni por. Wojciecha Jaruzelskiego w charakterystykach bojowych, wnioskach o nadanie odznaczeń i mianowania na kolejne stopnie wojskowe wskazują na doskonałe wyszkolenie, zdecydowanie, zimną krew i odwagę zwiadowcy; energiczną i niezmordowaną „pracę zwiadowczą”; staranność oraz dokładność w organizacji działań zwiadowczych. W plutonach zwiadowczych, nad którymi utrzymuje stałą kontrolę, panuje wysoka dyscyplina, której on osobiście też bacznie przestrzega… por. Jaruzelski pracę swą zna doskonale, dał tego dowód tak w czasie bojów, podczas których oprócz bohaterstwa i odwagi, wykazał doskonałą znajomość pracy zwiadowczej, jak też pilność i oddanie. Cieszy się mimo młodego wieku, wielkim autorytetem wśród kolegów, przełożonych i podwładnych.

Miesiąc po zakończeniu wojny, por. Wojciech Jaruzelski w liście do Matki i siostry, wciąż pozostających na Syberii, m.in. napisał: Ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaką by ona nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała. Kilka lat później doprecyzował tę myśl: Ważne, jakiej Polsce służysz, ale nie mniej ważne, jak jej służysz. Stały się one swoistym credo Generała na całe życie. To Generał jako dowódca 12 DZ w Szczecinie często mówił oficerom: Prawem żołnierza jest być dobrze dowodzonym. Z tego okresu pochodzi znana w Wojsku zasada: „wymagalność, dyscyplina, regulaminy Sił Zbrojnych – fundamentem funkcjonowania Wojska, poziomu wyszkolenia i wychowania”. Skrótowe brzmienie – „wymagalność w treści, kultura w formie”.

23 listopada 1983 roku, w tym samym 5 pułku, przekazał Generał uroczyście gen. Florianowi Siwickiemu obowiązki Ministra Obrony Narodowej. Wspominał wtedy: Jestem tu w dniu tak ważnym dla mnie i głęboko przeżywanym – w przekonaniu, że właśnie dziś powinienem być wśród Was, stanąć przed szeregiem 5 pułku. Wśród najstarszych i najmłodszych jego żołnierzy, aby w ten sposób niejako symbolicznie połączyć się myślą i sercem, z całym naszym Wojskiem…ze wszystkimi żołnierskimi pokoleniami… Dziedziczymy najpiękniejsze tradycje naszych Sił Zbrojnych. Tradycje drogi bojowej, na której pozostali najlepsi spośród nas. Najlepsi z 5 pułku, których prochy spoczywają na całym bojowym szlaku.

 

Żołnierska pamięć

O frontowych żołnierzach pamiętał zawsze. Przykładem może być gen. Stanisław Skalski, lotniczy as z walk pod angielskim niebem. Do Polski wrócił w stopniu majora, by służyć jako pilot i dowódca, dochodząc do stopnia pułkownika. Dla niego ad personam utworzył Generał stanowisko w ówczesnym dowództwie lotnictwa, by mógł otrzymać awans. Docenił żołnierski trud płk. Radosława Mazurkiewicza, dowódcę zgrupowania swego imienia w Powstaniu Warszawskim, awansując go do stopnia generała. Później był przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawy. Dowódca partyzanckiego zgrupowania „Jeszcze Polska nie zginęła”, niezbyt mile widzianego przez władze wschodniego sąsiada, późniejszy znany muzyk – Robert Satanowski, także otrzymał awans do stopnia generała. Na posiedzeniu Rady Naczelnej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (RN ZBoWiD, 30.08.83) m.in. mówił: Naród nasz z jednakową wdzięcznością ocenił przelaną krew i żołnierski wysiłek bez względu na to, jakimi drogami prowadził do kraju – tą najkrótszą, której początkiem było Lenino, tą odleglejszą, przez Afrykę i zachodnią Europę, czy tą w kraju – w oddziałach partyzanckich i w ruchu oporu. Jest prawem żołnierza, później kombatanta wierzyć, iż kierunek z którego jemu przypadło iść, był dla Ojczyzny cenny i owocny. Ośmielam się zapytać, kto z Państwa Czytelników zna i może udostępnić kryteria, które poprzez „politykę historyczną” podważają tę, żołnierską krwią pisaną prawdę? A jeśli Państwo uważacie inaczej, dajcie temu wyraz podczas najbliższych wyborów.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5.K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana)
Generał, podczas podróży zagranicznych składał wieńce na cmentarzach: dwukrotnie pod Monte Cassino oraz w Narwiku, Tobruku i Lommel, na dwóch cmentarzach w Londynie, Pod Pomnikiem Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie oraz pod obeliskiem poświęconym oddziałowi rozpoznawczemu 2AWP, który w maju 1945 r. dotarł na przedmieścia Pragi. Było jeszcze Lenino. Niejednokrotnie oddawał również hołd żołnierzom poległym na ojczystej ziemi, zwłaszcza na cmentarzach w Wałczu, Kołobrzegu, Siekierkach i Zgorzelcu. Należy wyrazić ubolewanie, iż po latach – w wolnej Polsce – o tym się zapomina.

Wiele razy czytałem poniższą sentencję. Nasuwa mi różne refleksje, wśród nich i tę, że jest adresowana do żołnierzy Wojska Polskiego okresu PRL, dziś emerytów, statecznych ojców, dostojnych dziadków i teściów. Panowie, zastanówcie się nad treścią tych słów: Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, wojowników i żołnierzy. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie. Zostały skierowane do Generała przez ks. Eugeniusza Makulskiego, jako słowa powitania Gościa, w dniu 6 października 1990 r. w Sanktuarium MBKP w Licheniu. Czy my wszyscy, rocznicę urodzin Generała możemy upamiętnić chwilą refleksji o naszym Najwyższym Dowódcy, o nas samych, gdyby… sojusznicy przyszli z „bratnią pomocą”? Zastanówmy się, która opcja polityczna przypomina dokonania lat PRL, m.in. w Brukseli szuka ratunku przed obniżaniem rent i emerytur oraz broni Generała przed degradacją. Czy naszym przemyśleniom możemy nadać praktyczny wymiar przy wyborczej urnie?

 

Żołnierska odpowiedzialność

Podejmując tę najważniejszą w życiu decyzję – wystąpienie z wnioskiem do Rady Państwa o wprowadzenie stanu wojennego, zyskał miliony zwolenników i wielu zagorzałych przeciwników. Formą społecznego uznania dla Generała była w 1985 roku inicjatywa ZBoWiD o nadanie stopnia Marszałka Polski. Odpowiedział: Czuję się głęboko zaszczycony i wdzięczny za te dowody życzliwości, za tak wysoką ocenę mej żołnierskiej służby. Nie uważam jednak za możliwe i celowe zrealizowanie tego wniosku. Polska Rzeczpospolita Ludowa hojnie oceniła spełniony przeze mnie żołnierski obowiązek. Stopień wojskowy, który noszę, dowodzi tego wystarczająco. Dziś głównym polem mej służby jest praca partyjna i rządowa. Uważam, iż swe obecne funkcje mogę i powinienem spełniać bez dodatkowych godności i honorów. Proszę was o zrozumienie i poparcie tego stanowiska, które osobiście uważam za ostateczne. Tego „społecznego argumentu” nie chciał użyć w mowie obrończej przed Sądem. Odpowiedzialność ponoszę sam – powiedział. O skali tego społecznego uznania może zaświadczyć Pan prof. Józef Kozioł.

Dzieląc się refleksjami ze spotkań z Janem Pawłem II, m.in. mówił: Zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu: „Panie Generale”. Jako żołnierz wielce to sobie ceniłem i cenię („Przemówienia”, 1990).

 

Żołnierz do końca

Na zakończenie mowy obrończej przed Sądem, Generał odczytał skierowany do niego list, w którym m.in. napisał: Na pytania Pana Prokuratora IPN odpowiadać nie będę… Posługując się art. 258 ust. 3 kodeksu, oskarżył mnie o „kierowanie zorganizowanym związkiem przestępczym”… Według tegoż artykułu oskarżeni byli i są przywódcy – inaczej mówiąc – herszci zbrodniczych gangów i mafii…Traktuję to nie tylko, jako osobistą zniewagę, a także wszystkich, którzy realizowali oraz, którzy popierali i popierają wprowadzenie stanu wojennego (mowę tę i list przeczytają Państwo w książce pt. „Ostatnie słowo”).

Kto dziś, po 10 latach przedstawi dowody, że Generał, piętnując prawną i moralną wymowę tego artykułu stanął w obronie „moralnie” posadzonych na ławie oskarżonych podwładnych – żołnierzy, którzy sumiennie realizowali zadania stanu wojennego. Milionów Polaków, którzy rozumiejąc sytuację, często z „ciężkim sercem” przyjmowali tę decyzję, jej dolegliwości znosili w pokorze. Oni głównie, m.in. przez sondażowe badania opinii, nie dają zatrzeć, wręcz zakłamać prawdy o swoich racjach wtedy, i dziś – po blisko 40 latach. Jestem pewien, że będą pamiętać o tym okresie swojego życia w dniu urodzin Generała. Też nie zapomną o próbach odbierania im godności i dezawuowania dorobku w dniu wyborów.

Przed Sądem chciał bronić się sam. Kilka razy słyszałem: Powiedziałem Papieżowi, że za stan wojenny ponoszę odpowiedzialność sam, pisałem i mówiłem to Polakom. Jednak – mówiąc ogólnie – względy proceduralne skłoniły Go do przyjęcia obrońcy w osobie Pani Marioli Kucińskiej. Ze znawstwem sztuki prawniczej służyła w przygotowaniu mowy obrończej. Wyjaśniała – nie tylko dziennikarzom – że lekarze Szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów nie przyspieszą leczenia, by Generał przed Sądem, „zaspokoił” prokuratorską pychę i „racje”. Dystans czasu utwierdził moje przekonanie o osobistej uczciwości wobec Generała, a także o zawodowym profesjonalizmie Pani Mecenas. W tę 95. rocznicę dziękuję najuprzejmiej.

Przy okazji tej Rocznicy słowa podziękowania powinienem skierować do środowiska prawniczego, wielu uczonych, np. prof. Marka Chmaja i Jana Widackiego. Merytoryczną radą wspomagali Generała poznańscy lotnicy, a gen. Jerzy Zych był świadkiem. Spośród długiej listy wojskowych wspomnę o pomocy gen. Franciszka Puchały. Frontowy żołnierz i na całe lata przyjaciel, płk Michał Sadykiewicz, relacjonował „echa o procesie”z zachodnich mediów.

Ale to temat na inny czas. Generał dowiódł, iż w tej hańbiącej prokuraturę części procesu jest także Dowódcą, broniącym honoru podwładnych. Jest Żołnierzem – Przywódcą, broniącym godności Polaków, którzy okazując zaufanie w dramatycznej sytuacji – nie zawiedli się. Kolejny, ale już ostatni raz – przed majestatem prawa – usłyszeli słowa wdzięczności. Wielu zapamiętało je na zawsze. Takim pamiętają Generała podwładni, miliony Polaków. Świadczą o tym sondaże społeczne.

Wspólne dobro – nasza Ojczyzna

„Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” – gen. Wojciech Jaruzelski
„Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej” – Jan Paweł II

 

Mija 35 lat od chwili wypowiedzenia powyższych sentencji w Belwederze, podczas uroczystych przemówień powitalnych na rozpoczęcie II pielgrzymki w Polsce. Był to czas szczególny: trwał zawieszony stan wojenny; minęło 2 lata od zamachu na Placu Św. Piotra, toczyło się śledztwo w sprawie tzw. wątku bułgarskiego – obawy o bezpieczeństwo Gościa i pielgrzymów w niezbyt „spokojnej” Polsce, nie tylko u władzy były wyczuwalne, choć nie były nagłaśniane. Od lat są bagatelizowane, czasami pokazywane jako działanie „na złość”.
Papież chciał odwiedzić Polskę w sierpniu 1982 r., z okazji jubileuszu 600. lecia Obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze. Biskupi polscy – co oczywiste – byli zdania, iż druga pielgrzymka „stanie się znakiem łaski Bożej i spotęguje jedność Polaków między sobą”. Grupy opozycyjne były przeciwne, gdyż – jak mówiono – służyłaby legitymizacji trwającego stanu wojennego, a nie interesom społecznym. Władza – podobnie jak biskupi – widziała w niej wiele pożytku, ale wewnętrzna sytuacja wskazywała, iż byłaby przedwczesną. Generał 21 lipca 1982 r. w Sejmie mówił: „Rząd uważa, iż aby wizyta przyniosła owocne dla Państwa i narodu skutki, powinna być starannie przygotowana. Przede wszystkim zaistnieć muszą dla niej właściwe warunki. Należą do nich w szczególności: spokój w kraju, ustanie działań zagrażających bezpieczeństwu państwa, osiągnięcie niezbędnego stopnia normalizacji. Takie warunki przyjęcia Papieża odpowiadać będą powadze i doniosłemu znaczeniu tej wizyty”.
Do kogo faktycznie przybywał Papież? Czytając różnego rodzaju publikacje, w tym prasowe i opracowania traktujące o przygotowaniu i przebiegu tej – na swój sposób szczególnej – pielgrzymki, jak pewna nić, przewija się pytanie (może naiwne i dziwne) – do kogo faktycznie przybywał Papież? Generał powitanie Gościa rozpoczął słowami – „Witam serdecznie Waszą Świątobliwość w Ojczyźnie Polaków – w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po raz wtóry pątniczy gościniec przywiódł głowę Kościoła rzymskokatolickiego w rodzinne strony, na polską ziemię. Z niej się wszyscy wywodzimy. Ona jest naszą matką”. Papież na Okęciu klęcząc całuje ojczystą ziemię a później mówi – „to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną”. Proszę, zwróćcie Państwo uwagę na słowa – „Ojczyzna Polaków”, „polska ziemia jest naszą matką”. Obaj Wielcy Polacy używają tych samych słów! Wiem, ktoś może się żachnąć, że znaczyły co innego. Opozycja, Solidarność odczytała je jako powitanie Papieża właśnie i tylko z nią, ponad głowami „dzierżących władzę”. Wtedy i dziś nie pamięta, iż do stanu wojennego sama przyłożyła rękę. Odpowiem, że dla milionów miały tę samą wspólną, jednaką konotację: Polak, rodak, brat… Papież odpowiadając na słowa powitania, m.in. mówi – „Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej. Równocześnie nie tracę nadziei, że ten trudny moment może stać się drogą do społecznej odnowy, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”.
Tymi Rodakami dla Gościa są m.in. towarzysze – Jaruzelski, Kiszczak, Barcikowski, Rakowski, także Zofia Grzyb i Jerzy Romanik, członkowie Solidarności i zarazem członkowie Biura Politycznego KC PZR oraz – niewątpliwie: Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, bracia Kaczyńscy i inni członkowie Solidarności, partyjni i bezpartyjni, wszyscy Polacy, bez względu na wyznawane wartości i przekonania polityczne.

 

Cierpienie nie jeden ma wymiar

Był to „trudny moment dziejów”, trwał zawieszony stan wojenny. Papież wiedział co mówi, znał okoliczności jego wprowadzenia, m.in. ze źródeł zachodnich. Generał witając Gościa, mówił-„Znany powszechnie bieg wydarzeń sprawił, że podjęliśmy dramatycznie trudną, lecz konieczną decyzję… w drodze ostatecznego wyboru… Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” Kto dziś po 35 latach może podać dowody podważające tę ocenę? Czy nie jest miarodajną opinia Polaków, którzy na znane próby degradacji Generała w sondażu internetowym w ponad 50 proc.  odpowiedzi wskazali na konieczność stanu wojennego, co nigdy i nigdzie nie oznaczało aprobaty jego dolegliwości, a właśnie zrozumienie ówczesnej sytuacji i ciężaru tej decyzji w wielu wymiarach, tak dla Generała jak i milionów Polaków.
Cierpienie ma wiele wymiarów, znaczeń, co wszyscy wiemy. Wtedy głównie szło o osoby internowane i ich rodziny, ograniczenia wewnętrznych swobód obywatelskich, na czele z destrukcyjną działalnością Solidarności. Papież dobrze wiedział, iż Jego wysiłki w doprowadzeniu do porozumienia z Solidarnością przez Spotkanie Trzech okazały się fiaskiem, bynajmniej nie z winy władzy. Postawmy tu sobie pytanie – czy władze Solidarności, wprawdzie zdelegalizowanej chciały rozmawiać z władzą? Kto odważy się dziś na obiektywną, udokumentowaną tego ocenę? Starsi Polacy pamiętają jej zachowania, postawy, nie było w nich pokory, chęci porozumienia … Generał w Belwederze otwarcie mówił Papieżowi – „w obecnej chwili nie nawiązaliśmy kontaktów z Solidarnością, zwolniliśmy osoby internowane” oraz, że trzeba poczekać „aż gorące głowy ochłoną”. Można to dziś odczytać jako brak uniżoności, postawę wyczekującą. Właśnie internowani – było ich 10552, w tym prawie 3 tys. 2, a nawet 3 – krotnie. Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu. Do tego należy dodać ok. 40 tys. rozmów przeprowadzonych z osobami podejmującymi podziemne działania opozycyjne. Ktoś zapyta – o czym to świadczy? Odpowiedź ma kilka wątków. Wtedy, a z dystansu czasu widać jeszcze wyraźniej, że początkowo można było znacznie mniej osób internować, szczególnie spośród lokalnych aktywistów Solidarności. Zabrakło tu czytelnych wytycznych Kierownictwa MSW. Nad rozsądkiem funkcjonariuszy SB i MO przeważyły różne animozje, niskie pobudki i „chęć uciszenia” opornych, co w sumie dało efekt odwrotny do celu. Generał mówił o tym w kilku wywiadach, napisał w książkach, np. „Stan wojenny”, wielokrotnie przepraszał publicznie za doznane krzywdy i upokorzenia, zaś niektóre osoby imiennie, np. Izabelę Cywińską.
Podane wyżej liczby świadczą o skali nienawiści i zapiekłości tych prawie 3 tys. osób. Nie chcieli, nie potrafili zrozumieć konieczności respektu dla wprowadzonego prawa – decyzji Rady Państwa o stanie wojennym. Teraz ta pielgrzymka – słuszne oczekiwanie wielu uczciwych członków Solidarności, milionów Polaków na słowa Papieża o cierpieniu, o bólu i pragnieniu duchowej ulgi, pocieszenia czego im nigdy i nigdzie nie szczędził. Słowa te, adresowane do osób rzeczywiście skrzywdzonych, przykryły, wręcz na swój sposób „uświęciły” tamto zaślepienie, zacietrzewienie nienawiścią. Kardynał Józef Glemp przyznał w wywiadzie: „Ludzie przesadzali w eksponowaniu swoich cierpień”. W jednym z wywiadów Generał m.in. mówił – „Gdy Papież pielgrzymował po kraju – my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady…czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Pytany przez dziennikarzy przyznał, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać”.
„Doczernianie” stanu wojennego, nie tylko podczas tej, ale wszystkich pielgrzymek Papieża oraz przy niemal każdej okazji trwa u nas już 35 lat. Może nadejdzie czas, by prawda o tej, ciemnej stronie działaczy Solidarności, którzy też poprzez transparenty domagali się od Papieża uznania ich nienawiści i obłudy za „dobre cierpienie”, uzyskała możliwie obiektywną ocenę, rzeczywisty wymiar.

 

Nadzieja na odnowę

Papież mówi o nadziei na „społeczną odnowę, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”. Sejm na wniosek rządu powołał Nadzwyczajną Komisję Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo – wrześniowych. Wszystkich, którzy dają wiarę rozpowiadanym i od lat powtarzanym różnym insynuacjom, pomówieniom i oskarżeniom władzy, że bojkotowała realizację 21 postulatów – odsyłam do jej protokołów. Przewodniczył światowej sławy uczony, prof. Jan Szczepański. Profesor już w lipcu 1981 r. informował Sejm, że skutki ok. 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów, dwukrotnie przekroczyły dochód narodowy (proszę wskazać gospodarkę, kraj na świecie, który mógłby je szybko zrealizować, warto zastanowić się jak wyglądałoby to dziś, w 2018 r.). Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia np. wszystkich wolnych sobót. Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń, a protokoły liczą 296 stron. Rząd swoje sprawozdanie z realizacji tych porozumień, opublikował w czerwcu 1981 r. (liczy 50 stron). Szczegółowe sprawozdania za kolejne lata, tj.: 1982 – 1985, każdego roku były publikowane w sierpniu (są do wglądu w „Trybunie Ludu”). Zachęcam świat nauki, polityki i publicystyki, którym idee Solidarności są bliskie, by – mówiąc wprost – wzięli do ręki kalkulatory oraz te dokumenty, naukowe opracowania, pokryte kurzem archiwalnym i zechcieli skrupulatnie policzyć, skalkulować możliwości realizacyjne ówczesnej gospodarki, w zakresie 21 postulatów.
Pouczającą lekcją historii i prawdy o Solidarności może być jej rola i postawa w uszanowaniu apelu Premiera – Generała o 90 spokojnych dni, na podjęcie wdrożenia pakietu 10 punktów zamierzeń. Sięgnijmy pamięcią do tzw. wydarzeń bydgoskich (marzec 1981 r.) w roli wiodącej z Janem Rulewskim, czy tzw. białym marszem matek z dziećmi w Łodzi, nie mówiąc o innych, jakże „patriotycznych” protestach. W encyklice Laborem exercens (1983) Papież zwraca się do związków zawodowych w następującym fragmencie: „Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym”.15 września 1981: biskupi polscy przestrzegają przed konfrontacją: „W ostatnich tygodniach napięcia doszły do takiego stanu, że trzeba ponownie odnaleźć drogę do wspólnego stołu obrad i szukać rozwiązań, które uzyskają społeczną akceptację”. Ten fragment komunikatu z Konferencji Episkopatu Polski, parę dni później powtórzył dosłownie Jan Paweł II, zwracając się do Polaków w Castel Gandolfo. Mówił: „Sprawy doniosłe i trudne, o jakie chodzi (…) muszą być rozwiązywane na drodze dialogu, a nie na drodze konfrontacji” („Tygodnik Powszechny”, nr 39 z 27.09.1981). Niech i te słowa posłużą Państwu do refleksji.
Warto dziś zastanowić się nad taką sentencją Generała: „Porozumienie narodowe jest Polsce niezbędne. Ostatni okres przyniósł znaczący w tej mierze postęp. Różnice światopoglądowe nie są na niej przeszkodą. Ojczysty dom jest wspólnym dziełem wszystkich, którzy go wznosili i wznoszą. Podstawowe dziś podziały istnieją między tymi, którzy kraj budują i tymi, którzy w tym budowaniu przeszkadzają. Nasze prawo nie karze za poglądy. Zabrania jedynie antypaństwowych, sprzecznych z Konstytucją działań. Kto je uprawia lub popiera, kto prowadzi nieuczciwą grę, ten nie zasługuje na wiarę”. Papież wysłuchał uważnie.
Generał witając Gościa, m.in. mówił – „Odnowa w życiu państwowym, społecznym, gospodarczym – staje się prawnie i faktycznie nieodwracalna. Leży nam głęboko na sercu zdrowie moralne narodu, zwalczanie przywar i złoczynienia, troska o młodzież, o rodzinę, o matkę i dziecko (nawiązał do rozpoczętej budowy Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi) …Borykamy się z przeciwnościami. Dotkliwe są ludzkie bolączki. Niemało jeszcze urazów i goryczy… Rozumiemy niepokój Papieża-Polaka o losy ojczystego kraju. Z wielką powagą traktujemy nacechowane duchem miłosierdzia i patriotycznym zatroskaniem myśli i apele”. Zapytam – czy dziś jest ich mniej, gdzie szukać wyjaśnień obecnego stanu, wciąż rosnącej nienawiści, zemsty i społecznego niezadowolenia. Mając pełną świadomość tej sytuacji, Generał otwarcie przyznał – „Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy oceniamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła”… Kończył ten wątek deklaracją – „Potwierdzam naszą wolę zniesienia stanu wojennego, a także zastosowania humanitarnych rozwiązań. Jeśli sytuacja w kraju rozwinie się pomyślnie, może to nastąpić nawet w nieodległym terminie”. Podczas rozmowy z Papieżem w Krakowie, zamiar ten powtórzył. Wiemy, iż miesiąc później został zniesiony.
Przyznać należy, iż mimo deklaracji Episkopatu i wsparcia Papieża proces budowy porozumienia przez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON), grzęzł w miejscu, gdyż „opór materii” (czytaj: sprzeciw „panny S”), dyskretnie aprobowany przez hierarchów Kościoła i jawnie przez część księży na „patriotycznych nabożeństwach” – dał mizerny efekt. Na nic zdało się przewodnictwo Jana Dobraczyńskiego, działacza katolickiego i pisarza oraz wsparcie kilku organizacji katolickich. Na tym polu nadzieja Papieża na „społeczną odnowę” pozostała szlachetnym pragnieniem. Episkopat po tej pielgrzymce miał i konsekwentnie realizował inne cele. Jednym z nich było budownictwo sakralne. Kto z Państwa pamięta uciążliwość niedoborów i reglamentację różnych materiałów budowlanych, wyposażenia budynków, w tym dotkliwe braki mebli. Ludzie chcieli budować domy, poprawiać swój byt. Pamiętam z autopsji kilka przykładów, gdzie pierwszeństwo na te materiały dla Kościoła wywoływało wiele goryczy i potępiających władze ocen, co nie mogło sprzyjać „społecznej odnowie”. Kiedyś, w latach 90. zapytałem Generała czy słyszał opinię, że jest „budowniczym kościołów”. Znał ją, podzielił się i innymi oceanami, niezbyt o sobie pochlebnymi. A tak dla własnej ciekawości, sprawdźcie Państwo, ile kościołów było w Polsce przed wojną, ile było zniszczonych przez hitlerowców i odbudowanych przez pogardzanych „komuchów”. Ile ich wybudowano, wraz z obiektami towarzyszącymi, np. plebaniami w latach 80. To będzie pouczająca lekcja, zwłaszcza w roku obchodów 100. lecia Niepodległości.
Natomiast Rada Konsultacyjna, poparta przez Episkopat, z inspiracji Papieża spełniła istotną rolę, w czym zasługi najbliższego kręgu osób Generała są widoczne. Niech więc nikogo nie zdziwią słowa Papieża z listu do Generała-„Panie prezydencie – niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”. (22.11.1989 r.). Zastanówcie się Państwo, to przecież swoista ocena władzy dekady lat 80. na czele z Generałem. Ale także zachęta dla naukowców i Państwa do rzetelnej analizy i oceny, kto i jak ze strony Solidarności „wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

 

Życie w prawdzie

Na Stadionie Dziesięciolecia, nie wiedzieć czemu opozycja nazwała na tę okoliczność Stadionem Praskim, Papież do zgromadzonych wiernych m.in. mówił – „Człowiek jest powołany do odnoszenia zwycięstwa…Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolę i czyni ją poddaną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość sumienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa”. Natomiast w Częstochowie objaśnia słowo „czuwam”. Pyta – „co znaczy czuwanie? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro. a ze zła staram się poprawić, przezwyciężając je w sobie”.
Czym, w świetle i rozumieniu cytowanych słów była próba pośmiertnej degradacji Generała i innych osób, „zwycięstwo” jakiej „prawdy” miała potwierdzić? Czym jest ustawa represyjna, z 2016 roku, ograniczająca ponad 50 tys. osób emerytury i renty funkcjonariuszom MSW i żołnierzom. Przyznam, iż w skrytości ducha liczyłem, iż po przesłuchaniu 28 lutego w UE, zorganizowanym przez posłów: Krystynę Łybacką, prof. Bogusława Liberadzkiego i Janusza Zemke, sytuacja ulegnie choćby „lekkiej” poprawie. Zabrali głos m.in.: Piotr Wróbel, który rozbił mafią pruszkowską, zwerbował „Masę”, likwidował największe hurtownie amfetaminy, ma obniżoną emeryturę; Wojciech Raczuk, ranny sześcioma kulami w pościgu za bandytą (inwalida II grupy), ma obniżoną rentę do 854 zł, a jego żona, telefonistka w MSW ma obniżoną emeryturę do 1 tys. zł.; Ewa Macek, wdowa po inwalidzie II grupy, też inwalidka ma rentę po mężu obniżoną do kwoty 854 złotych. W liście do Prymasa Polski wspomniałem Barbarę Karaśkiewicz, cierpiącą cukrzycę, ma obniżoną emeryturę do 1070 zł. Jakże byłem naiwny (nie pierwszy raz), licząc, że władza kierowana przez matkę księdza Tymoteusza i „cicha sugestia” Episkopatu, dla własnego, „ludzkiego” wizerunku, cofnie chociaż niektóre zabójcze decyzje. Wydaje się, iż szybciej „kamienie zaczną mówić” – jak nauczał Chrystus, niż zmiękną kamienne serca władzy i Episkopatu. Przy innej okazji, Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. pyta i wyjaśnia – Jakże człowiek może miłować Boga, którego nie widzi, jeśli nie miłuje brata, którego widzi? Brata, pod tym samym dachem, przy tym samym warsztacie pracy, na tej samej ziemi ojczystej… Zapamiętajcie Państwo te postawy, reakcję Sejmu na 250 tys. podpisów pod projektem ustawy zamieniającej tę hańbiącą nas – wyborców.

 

Wymowne płyty

Kraków, ponad 2,5-godzinna, szczera rozmowa, pozwoliła podnieść kilka wątków. Spośród nich, w kontekście nauk płynących z tej pielgrzymki, szczególnie istotne są dwa. Papież wspomniał wizytę w Oświęcimiu, mówiąc – „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem”. (Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk frontowych). Proszę, zestawcie Państwo ten znamienny fakt sprzed 35 lat, z dzisiejszą rzeczywistością, sytuacją wokół zmienionej ustawy o IPN, wywołującej – oględnie mówiąc – cierpkie, międzynarodowe dyskusje o postawie Polaków podczas ostatniej wojny wobec Holokaustu. Komu w Polsce i do czego jest to potrzebne. Papież, mający wielu kolegów ze szkolnych lat i przyjaciół wśród Żydów, zapewne nie spodziewał się tak rażącego błędu władzy. A co myśleć o trwającym już kilka lat procederze niszczenia pomników radzieckich żołnierzy. Jesteśmy chyba jedynym narodem europejskim, który swe człowieczeństwo i deklarowane przywiązanie do wiary chrześcijańskiej – za aprobatą Episkopatu – spotwarza w tak nikczemny sposób. Trudno tu uniknąć refleksji, wręcz upokarzającego wstydu. Co myśleć o tym fakcie, jak go rozumieć w tę rocznicę pielgrzymki, poradźcie Państwo – Czytelnicy.

 

„Socjalizm z ludzką twarzą”

Serdeczna, otwarta i szczera rozmowa obu Wielkich Polaków w Krakowie, pozwoliła Papieżowi – w kontekście biedy i niedostatku jakie zobaczył w Meksyku, wypowiedzieć taką ocenę – „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Skąd taka myśl, do tego w stanie wojennym, ciśnie się pytanie. Ważna część dorosłego życia Karola Wojtyły upłynęła w Ojczyźnie rządzonej przez dziś obsypywanych taką nienawiścią „komunistów”. Mało kto wie, że bp Karol Wojtyła wymykał się, na spotkania z I Sekretarzem KW PZPR w Krakowie, Lucjanem Motyką. Jako późniejszy minister kultury, być może pięknym literackim językiem, z artystyczną dykcją czytał przyszłemu Papieżowi co ciekawsze fragmenty dzieł Marksa, Engelsa, może i Lenina. A zasłuchany Biskup Wojtyła śnił o upadku PRL, o III RP. Dość żartów, Wojtyła prowadził te rozmowy z własnej inicjatywy, korzystał z sugestii Lucjana Motyki, co obopólnie wpływało na ocenę i możliwe zmiany tamtej rzeczywistości krakowskiej. Warto wspomnieć, iż za rządów bp. Wojtyły był budowany m.in. Kościół w Mistrzejowicach, z którym perypetie doczekały się filmowego obrazu. Nie ulega wątpliwości, iż „echa” tych rozmów trafiały do Warszawy, znał je kard. Stefan Wyszyński i zaufane osoby w Biurze Politycznym. Że tak było, Lucjan Motyka zaaranżował spotkanie z Zenonem Kliszką (odbyło się w Dolinie Chochołowskiej). Kilka lat później optował, „sugerował” Kołu Poselskiemu „Znak” (Jerzy Zawiejski), powierzenie funkcji metropolity krakowskiego. Niewielu rozumiało jego żart, że ma swojego człowieka w Rzymie. Przyjaciel Papieża od lat seminaryjnych, ks. prof. Józef Tischner wyznał dziennikarzowi, że nie zna nikogo, kto po przeczytaniu dzieł Marksa przestał chodzić do Kościoła. Ale zna takich po rozmowie ze swoim proboszczem. Odnieście to Państwo do dzisiejszej „wiedzy statystycznej”, skąd też wiadomo, że 36,7% uczęszcza na nabożeństwa niedzielne. Czy to nie chichot Historii?
Oczywistym jest, iż Papież nie tylko znał ale i często, nawet ostro piętnował różne błędy i wynaturzenia ustroju socjalistycznego. Jak mówił Generał – „Papież akceptował ustrój w >krystalicznej formie<, wytykał jego wykoślawienia”. Na ustrój ten, na lata PRL patrzył przez pryzmat człowieka jako jednostki i społeczeństwa jako zbiorowości, realizacji – jak mówił naturalnych praw i wolności. porównywał do innych ustrojów, wspomnianego wyżej Meksyku, państw Ameryki Łacińskiej, krajów kapitalistycznych, także europejskich. Jednak nie przeszkadzało to w obiektywnej – podkreślam – ocenie PRL, jej dorobku i niedostatków. Niech więc nikogo nie dziwi, że dyplomatycznymi kanałami wspierał wybór Generała na urząd Prezydenta Polski. Że czytelnie opowiedział się za akcesją (referendum) Polski do UE.
Kilka podniesionych tu wątków – na zakończenie – skłania i do takiej konstatacji, by upamiętnić w 100. lecie odzyskanej Niepodległości, prezentując okres PRL, także w sensie wizyt duszpasterskich Jana Pawła II, wynikających wniosków i nauk dla Polski i Polaków.