Mój dziennik politycznie niepoprawny

23 lutego 2014
Bez większego echa w mediach minęła 69. rocznica wyzwolenia Poznania spod hitlerowskiej okupacji. Od szeregu lat jest obchodzona skromnie, jakby wstydliwie, co jest niezaskakującym owocem politycznych intencji władz, którym przez usta i gardło jej reprezentantów słowo „wyzwolenie” na tę okoliczność przejść nie chce. Od szeregu lat stosuje się więc w związku z tym oficjalnie osobliwy eufemizm – swego rodzaju wytrych werbalny pod postacią mowy o rocznicy .. „zakończenia walk o Poznań”. Pytam, skoro było „zakończenie”, to gdzie był .. początek ? Gadając o „zakończeniu walk”, przemilcza się sześć lat hitlerowskiej okupacji, czyż to nie od niej wyzwalano poznaniaków !? Gdzie tu logika ? Takie verbum należy do bogatego zbioru słownej gimnastyki, usiłującej sekować z oficjalnego obiegu zasługi Rosji (ZSRR) w przebieg i zakończenie II Wojny. Że kłuci się to z oczywistością – stanowi pokrętny zabieg ideologiczny – nie ma dla nowej generacji propagandzistów jakiegokolwiek znaczenia. Ważne, że wydaje się wydawać oczekiwane owoce w głowach i emocjach, zwłaszcza młodego pokolenia. O to przede wszystkim chodzi. Nikt w tym przypadku nie sili na pluralizm w ocenie i myśleniu: każdy, mający inne zadnie na ten temat, nie jest intelektualnie i medialnie trendy; nie zasługuje na miano patrioty, więc odpada.
Zwrot „wyzwolenie” spaja w sobie rozmaite potencjały. Ten faktyczny, najprostszy i przyswajalny przez powojenną większość, wydaje się być oczywistą oczywistością na tle egzystencjalnych mroków i wielopostaciowej nędzy oraz ludzkich zagrożeń hitlerowskiej okupacji. Mówienie więc, że potem było (prawie) tak samo, a może jeszcze gorzej, i czynienie z tego po latach kategorii „prawdy” obiegowej i objawionej (do zapamiętania) zakrawa na głupotą. Dla narodu wykrwawionego i słaniającego się ze zmęczenia wojną było owo wyzwolenie czymś rzeczywistym i realnym. Niewątpliwie dla pewnej, mniejszej zdecydowanie części nie takie, jakiego ta oczekiwała.
W okresie mej młodości, która przypadała na Polskę Ludową , rocznicę tę uznawano za ważną. Fetowano ją. Celebra z tym związana wcale nie postrzegana jako wyraz podporządkowania i uległości wobec wschodniego sąsiada – co wcale nie oznacza, że nie było głoszących takie właśnie zdanie.
Po 1989 odwróciły się polityczne wektory postrzegania naszej historii. „Wyzwolenie” (radzieckie) zostało wygumkowane z oficjalnego i medialnego obiegu. Zaczął obowiązywać nowy język, wedle którego, było ono znakiem – początkiem zniewolenia Polaków, co wielu – znowu nie wszyscy – przyjmuje do wiadomości ze zdumieniem, bo zniewolonymi się nie czuło. Jest oczywistym, że w wyniku wojny został Polsce narzucony represyjny – przynajmniej w pierwszych latach dolegliwie – nieefektywny gospodarczo ustrój. Taka perspektywa ma obecnie status pierwszoplanowej i oficjalnej. Przekłada się odpowiednio na sposób państwowej celebry. Postawienie sprawy ma tę makiaweliczną cechę, że trudno ją w wymiarze ogólnym kwestionować. Diabeł jednak tkwi, jak zwykle, w szczegółach. Dodam, że są to szczegóły ważne. Ich ignorowanie – co się od lat czyni – stacza ku mataczeniu i żonglowaniu historią.
Czy się to komuś podoba, czy nie, obowiązujące ujęcie naszej najnowszych dziejów wydaje się stanowić karykaturalną próbą postawienia znaku równości (zapewne z przybliżeniem) pomiędzy okupacją hitlerowską a Polską Ludową. Niektórzy np. uważają, że II Wojna Światowa skończyła się (pewnie symbolicznie) dopiero w 1989 roku (wraz z uwiądem komunizmu w Europie). I wedle tych niektórych – wpływowych i opiniotwórczych – jest to rok „prawdziwego” wyzwolenia. Taka ocena znajduje zwolenników, zwłaszcza pośród historycznie zwodzonej i patriotycznie rozpalonej młodzieży. Nie może ona pamiętać wojny, ani Polski Ludowej.
Dorosłe, bliskie i dalsze otoczenie, w którym żyłem – a więc wojnę pamiętające – nie miało na ogół wątpliwości, co do kwestii radzieckiego wyzwolenia. Sześć lat okupacji było okrutnym doświadczeniem, a wszystko co miało miejsce potem, mimo swych mroków i niedoskonałości, było czymś, co mogło być tylko lepszym, i lepszym, jakkolwiek niedoskonałym było. Wiem co piszę, bo w Polsce Ludowej spędziłem swoje najlepsze lata; wspaniałe i beztroskie dzieciństwo oraz jajcarską młodość. Tak to widzi też wielu z mej generacji, dzisiaj onieśmielonej i przytłumionej „odkrywczymi” erupcjami odmóżdżonej polityki historycznej rządzącej prawicy. Na jej tle, zachowując szacunek dla faktów, nie dam sobie wmówić – z wyłączeniem kilkorga powojennych lat polskiej wersji stalinizmu – modnych skrajności na temat polskiego „powojnia”. Odrzucam w szczególności związane z tym postaci wyolbrzymień i hamletyzowania. Rozumiem przy tym, że każdy ma prawo mieć własne zdanie – w tej i każdej innej sprawie – i ze mną się nie zgadzać, ja ma zaś prawo zachować swoje, co niezłomnie czynię. Zachowuję przy tym szacunek do twardych liczb oraz faktów – nie przymykam na nie oczu. W latach1945 – 1955, w które wpisały się epizody wojny polsko – polskiej, straciło po obu stronach życie, jak się szacuje, 25-30 tys. ludzi. Większość zabitych i zamordowanych odnotowano po „stronie władzy”. Straty tzw. podziemia – skazanych przez sądy, zamordowanych (straconych) przez aparat władzy i zabitych w walce – szacuje się na 10 – 12 tysięcy. Wczytuję się właśnie w książkę napisaną wspólnym sumptem przez dwóch wybitnych historyków zachodnich: Tony Judt’a i Timthy Snyder’a pt. „Rozważania o wieku XX”. (czytałem też ich inne pozycje: pobieżnie np. „Powojnie” Tony Judt’a, oraz dokładnie „Skrwawione ziemie” Snyder’a.) Ta trudna w czytaniu, ubogacająca lektura jest swego rodzaju kroniką dialogu obojga intelektualistów, próbujących zilustrować i uporządkować „prądy ideologiczne i mielizny myślowe XX wieku” (cyt. z podtytułu książki). Zwykle przy lekturze dzieł skupionych na historii łączę (nieczęsto) podziw dla autorów z wewnętrzną polemiką z niektórymi fragmentami ich myślenia. Ten przypadek nie był wyjątkiem. Posłużę się jednym z cytatów z pracy Judy’a i Snyder’a: „Społeczeństwo otwarte (demokratyczne) musi znać swoją przeszłość. Wszystkie społeczeństwa zamknięte w dwudziestym wieku, lewicowe i prawicowe, manipulowały historią. To najstarsza forma sprawowania kontroli nad władzą – jeśli masz władzę nad interpretacjami tego, co się kiedyś wydarzyło (lub po prostu możesz o tym skutecznie kłamać), teraźniejszość i przyszłość są otwarte do twojej dyspozycji”.
Autorzy czynią powyższą uwagę w kontekście systemów totalitarnych. Ułożeni i starannie wykształceni intelektualiści zachodni, za jakich w powszechnej opinii uchodzą, analizują i potępiają totalitaryzmy XX wieku. Czynią to z pasją, w oparciu o pogłębioną wiedzę, zaczerpniętą z reguły z zasobnych archiwów świata Zachodu. Z perspektywy obu autorów, manipulowanie historią jest właściwością – wyłącznie ? – wspomnianych totalitaryzmów (faszyzmu i komunizmu). Jakakolwiek polemika z takim poglądem – do tego z wybitnościami – będzie niechybnie uznana za megalomanię. Chociażby za tą przyczyną lękam się przystąpić do dyskursu na temat funkcji wiedzy o historii oraz jej miejsca w kształtowaniu polityki w warunkach demokracji, interesuje mnie przy tym zwłaszcza materia dotycząca posługiwania owym zasobem wiedzy w Polsce po 1989 roku, więc od kiedy zaczęto ponownie nią kombinować i mataczyć. Mądrość historyczna sącząca się światłym strumieniem z dzieła obojga wydaje się nie podlegać dyskusji. Nie potrafię jednak oddalić od siebie polemicznej natury, która – na tle wielkości piszących – popycha mnie (być może) ku pułapkom amatorszczyzny ( z wykształcenia jestem ekonomistą, nadto wyedukowanym w czasach Polski Ludowej). Polegam twardo na swoim tzw. zdrowym rozsądku.