Korespondencja z Piekła (10)

Poemat o pozach i życiu – czyli o codzienności.

„Problem z tobą polega na tym, że nie mogę wypuścić cię z oddziału, dopóki nie będę miał pewności, że będziesz miał wypełniony czas, że nie zamkniesz się w czterech ścianach i wyjdziesz do ludzi. A do tego musisz mieć też jakiś cel” – powiedział do mnie ordynator. Faktycznie, powrót do pustego mieszkania nie napawa niedoszłego samobójcę optymizmem – to chyba najgorszy ze scenariuszy. Jestem tu już dwa miesiące i niebawem pobiję rekord oddziału.
Oczywiście celem głównym jest książka, ale wydanie kolejnej wymaga rozmachu, a lekarzowi chodziło o drobne, te najmniejsze kroki. I z tym mam największy problem, jak zorganizować sobie zwykły szary dzień.
Teoretycznie mógłbym już wyjść, bo farmakologia sprawiła, że jestem stabilny, ale stabilny jestem jedynie w tym miejscu. Zderzenie z rzeczywistością może spowodować trzęsienie ziemi. Wciąż się zastanawiam, co będzie, gdy już zamknę za sobą drzwi mieszkania i rozejrzę się po meblach i ścianach.
Ustaliliśmy, że ordynator wypuści mnie dopiero wtedy, gdy przedstawię mu dokładnie, co i jak zamierzam ze sobą zrobić. Samo pisanie do „DT” nie wystarczy, chociaż poza tym, że spełniam się i literacko i zawodowo, to jest to również świetna forma terapii. Trochę za mało. Na oddziale jestem pod ciągłą kontrolą i tutaj przynajmniej coś się dzieje.
Wczoraj miałem wizytę policji, przesłuchali mnie odnośnie mojej próby samobójczej. Spodziewałem się jakiegoś przesłuchania, podchwytliwych pytań itp. W Korei Północnej nie miałbym najmniejszego problemu, tam próba samobójcza karana jest śmiercią, czyli jeśli obywatel coś schrzani, to państwo przybędzie mu z pomocą. W krajach muzułmańskich trafiłbym do pierdla, bo tam samobójstwo jest przestępstwem. W starożytnych Atenach można było legalnie popełnić samobójstwo, ale jedynie za zgodą państwa, w przeciwnym wypadku delikwenta, który bez pytania targnął się na własne życie chowali za miastem, bez oficjalnego pogrzebu, mogiły, ani nagrobka. Nie wiem dokładnie jak wygląda to w Polsce, miałem jednak nadzieję, że nie dostanę mandatu, a jeśli już, to nie będzie to jakaś kwota, która ponownie skłoni mnie do szukania najbliższej gałęzi.
Ale nie, zostałem potraktowany największą atencją. Wypytywali jedynie czy nikt mnie do tego nie nakłaniał, czy nie było udziału osób trzecich, czy może w wyniku hejtu w internecie itp. Rozmowa całkiem przyjemna, protokół podpisałem, czynności jakieś podjęli i jak się okazuje jestem świadkiem i ofiarą w sprawie swojej niedoszłej śmierci.
Kolejną ciekawostką warta odnotowania była dzisiejsza afera z czajnikiem.
Od kiedy pamiętam, czyli od kiedy pierwszy raz pojawiłem się na tym detoksie, zawsze był kłopot z czajnikiem. Narkoman ma bowiem taką konstrukcję, że potrafi zepsuć wszystko, nawet to czego teoretycznie zepsuć się nie da. Ot, choćby taki czajnik elektryczny z termostatem i automatycznym wyłącznikiem. A to zablokuje wyłącznik zapałką, bo ubzdura sobie, że woda na herbatę musi gotować się osiem minut. Pół biedy, gdyby jeszcze odczekał i wyłączył po tych ośmiu minutach, ale gdzie tam, zwykle zasypia w narkotycznym zwisie i jeśli jest sam w świetlicy, to po jakimś czasie obudzi się, gdy pomieszczenie wypełni już dym spalonego plastiku. Kiedyś kilku „mądrych” postanowiło ugotować ryż w nowo kupionym czajniku. Ktoś im naopowiadał, że wtedy rosną mięśnie, więc chłopaki wykombinowali, że sobie ten ryż ugotują. Skończyło się na tym, że czajnik przyspawał się do podstawki i już w żaden sposób nie dało się go naprawić.
Tym razem, gdy przyjechałem czajnik miał już zepsuty wyłącznik i po zagotowaniu wody trzeba było go zdjąć z podstawki i postawić obok. Paradoksalnie nie było to takie złe, bo wszyscy dmuchaliśmy i chuchaliśmy na ten czajnik, bo to jedyne urządzenie na oddziale, przy pomocy którego możemy zrobić sobie kawę lub herbatę. Nie wiem, jak długo przed moim przyjściem przycisk się zepsuł, ale czajnik wytrzymał jeszcze ponad dwa miesiące mojego pobytu – do dzisiaj. Co i tak stanowiło już rekord.
Nie wiadomo, czy ktoś go zepsuł, czy sam zmarł naturalną śmiercią przedmiotów potrzebnych. Niezależnie jednak od tego jak było, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem problemu, to oczywiście z miejsca zaczęto szukać winnego, by natychmiast go zlinczować. Oczywiście, główne i jedyne podejrzenie padło na Ślizgacza. Przypomnę, że to częściowo sparaliżowany chłopak z objawami parkinsonizmu i zatrucia manganem. Ślizgacz to najłatwiejszy cel i ofiara jednocześnie, bo i bronić specjalnie się nie może i łatwo go zakrzyczeć. Oczywiście, teoria szybko upadła, bo okazało się, że chłopak był w zupełni innym miejscu i zbyt wielu wątpiło w jego winę.
Pojawił się w końcu głos rozsądku, że zamiast szukać winnego, lepiej zastanowić się, co zrobić, by ten problem jakoś rozwiązać. Zrobiliśmy zrzutkę, zebraliśmy ponad stówę i jeden z terapeutów kupił nam nowe urządzenie do gotowania wody (i tylko wody, co zostało podkreślone).
Pisałem już kiedyś, że warto być szczerym, bo gdy mieszka się wspólnie na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, to nie ma siły, by te drobne i większe kłamstewka nie wyszły na światło dzienne. Są jednak ludzie, którzy tego nie dostrzegają. Pacjenci najczęściej przyjmują rolę milionerów, potrafią godzinami opowiadać o swoim majątku, by w końcu zwrócić się do kogoś „daj papierosa”. Tutaj papierosy zwykle się pożycza, więc odpowiedź brzmi: „dobra, pożyczę ci do najbliższych zakupów” (trzy razy w tygodniu terapeuta z dwoma pacjentami idą do sklepu i robią zakupy wszystkim, którzy czegoś potrzebują i napisali to na specjalnej liście). Tu pojawia się konsternacja „ale wiesz, pakowałem się na szybko i kasy nie wziąłem, oddam gdy żona przyśle paczkę”. Tak to tu mniej więcej wygląda, ale trafiają się ludzie szczerzy. Bardziej lubiany jest bezdomny, który nie udaje kogoś, kim nie jest, niż pseudobiznesmen od „daj papierosa”. Bezdomny zazwyczaj dostaje.
Detoks to świat w pigułce, świat zwykłej prozy i zwyczajnej pozy. Zdarzają się ludzie, którzy w życiu nic nie osiągnęli, ale chętnie opowiadają o wyimaginowanych sukcesach, ludzie którzy stracili wszystko i tacy, którzy maja jeszcze wszystko do stracenia. Różnica polega jedynie na postrzeganiu. To, co w skali świata jest niezauważalne, tu wyraźne, że aż razi. Są tutaj wszyscy, cały przekrój społeczny – inwalidzi, fizycznie mniej lub bardziej sprawni, biedni i zamożni, ładni i brzydcy, sympatyczni i odpychający, mądrzy i głupi, wykształceni i nie. To miejsce daje naprawdę świetną perspektywę, by spojrzeć nawet na samego siebie. A co do pozy, Carl Gustav Jung twierdził, że wszyscy nosimy maski, rzecz w tym, by maska była jak najbardziej spójna z naszym prawdziwym obliczem. Oczywiście, Jungowi chodziło o inny rodzaj autoprezentacji, ale skoro upraszczam tu świat, to czemu nie uprościć Junga.
Jednym z warunków regulaminu jest abstynencja seksualna. Za jej złamanie para zostaje z oddziału wyrzucona. Nie raz bywało, że pielęgniarka zupełnie przypadkiem weszła do Sali w „nieodpowiednim” momencie, przyłapując parę na gorącym uczynku. Ten zakaz obowiązuje także małżeństwa, które tu przyjeżdżają.
Są jednak pacjenci – płci obojga – którzy znają jedynie ten sposób zarabiania pieniędzy. Wykorzystują to oczywiście jako handel wymienny, rzadziej z miłości, a znając rozkład dnia, pracy pielęgniarek i salowych, niektórzy desperaci podejmują to ryzyko.
Podczas jednego z moich pobytów tutaj – nie piszę, którego by uniemożliwić identyfikację – była dziewczyna, która znała tylko dwa sposoby na zdobycie potrzebnej rzeczy – kradzież, na której została tu przyłapana, lub handel ciałem. W ten sposób, od najmłodszych lat zdobywała pieniądze na narkotyki.
Ponieważ ściany nie są zbyt grube, a drzwi mało szczelne, byliśmy świadkami pewnego dialogu: Ona: „Masz jeszcze papierosy?” On: „Tak, zostało mi jeszcze piętnaście sztuk, jak mi zrobisz loda, to ci dam”. Ona: „OK”. Po kilku minutach dało się usłyszeć lekko przytłumione jęki, aż zapadła cisza. Po kilku minutach – On: „Zrób to jeszcze raz”. Ona: „To dorzuć coś”. On: „Mam jeszcze pasztet drobiowy.” Ona: „OK”.
Sytuacja i straszna i śmieszna. W tym wypadku parsknęliśmy śmiechem, bo owa dziewczyna nie stroniła od intryg, kłamstw, pomówień i w zasadzie chyba nie było nikogo, komu nie zrobiłaby przykrości.
To jedna strona medalu. Kilka tygodni temu pisałem o pięknej i czystej miłości Izy i Marcina. Tu jedno z drugim się nie wyklucza. Ze społecznego punktu widzenia detoks nie jest ani dobry, ani zły – jak pisałem wcześniej – świat w pigułce. Z medycznego to oczywiste, że jest nie tylko dobry, ale wręcz niezbędny.
Tyle, że społecznie jest to świat bez hamulców. Teraz też zacząłem od poważnego tematu powrotu do domu po próbie samobójczej, by przez czajnik, milionerów fantastów dojść do odrażającego kurewstwa.
Ale na tym gnoju co jakiś czas wyrastają piękne związki, trzeźwi ludzie i dlatego fajnie, że ten oddział istnieje. A ja wciąż wierzę, że zdecydowana większość ludzi, którzy stąd wychodzą, potrafią poukładać sobie życie. Może nie każdy za pierwszym razem, ale w końcu udaje się trafić na odpowiednią kontynuację leczenia – bo jak już wielokrotnie pisałem, detoks nie leczy z narkotyków.

Od pamięci do „postpamięci” Recenzja

Tych, którzy zmęczeni i znudzeni inflacją tematyki powstańczej w mediach mogą z góry ulec uprzedzeniu i zniechęcić się do lektury tej książki upewniam, że mogą się nie obawiać – to nie jest kolejna, „tysięczna i pierwsza” sentymentalna opowieść o walkach powstańczych, o „nocach sierpniowych”, o powstańczych biografiach, dzielnych i ofiarnych sanitariuszkach itd.

 

Marcin Napiórkowski opowiada o Powstaniu Warszawskim (dalej: PW) bez opisu którejkolwiek z potyczek i batalii powstańczych, bez żadnej sentymentalnej opowieści o „sanitariuszce Małgorzatce” z popularnej powstańczej piosenki i o jakimś młodym powstańcu zabitym pierwszego dnia zrywu, bez wymieniania nazw niezliczonych powstańczych oddziałów, bez dywagacji o poczynaniach dowództwa PW etc. „Powstanie umarłych” to rzecz o tym, w jaki sposób pamiętano o powstaniu od pierwszych dni po jego upadku aż po nasze obecne czasy (2014). Przy czym słowo „pamięć” nie oznacza w tym przypadku jedynie tego, co zazwyczaj się pod nim rozumie, czyli psychicznego procesu rejestracji wydarzeń z przeszłości, lecz także to, jak przez te 70 lat odnosiły się do PW różne grupy społeczne, od rodzin i bliskich powstańców poczynając, poprzez szersze środowiska i grupy społeczne, sferę kultury (literatura, film, w tym dokumentalny), media (publicystyka) po postawy i praktyki władzy politycznej.
Pierwszej pamięci o PW towarzyszyły dokonywane od 1945 roku ekshumacje ofiar, czasem w formule indywidualnej jak w opisanym przypadku legendarnego Andrzeja Romockiego („Morro”), a niejednokrotnie jako wydobywanie makabrycznej, zbitej masy, jak miało to miejsce w wielu przypadkach, choćby na Woli czy na ochockim „Zieleniaku”. Ekshumacje i pogrzeby tworzyły to, co autor nazywa „toposem konduktu”, w którym w pierwszych latach łączyło się i społeczeństwo i władza. Szybko jednak pojawił się „topos pochodu” czyli ideologicznej formuły nowej władzy, która zaczęła dążyć do zepchnięcia „toposu konduktu” na margines, w imię „nieubłaganej logiki historii” uformowanej w duchu nauki Karola Marksa i w imię przeciwstawienia „pamięci grobów” budowy „nowego życia”. W latach 1949-1955 wyraziło się to w radykalnej redukcji przekazu pamięci o PW przez oficjalną propagandę, która ograniczała się jedynie do rytualnego oddawania hołdu ofiarom powstania, w szczególności walczącej młodzieży i ludności cywilnej, przy akompaniamencie radykalnych potępień reakcyjnych inspiratorów PW w osobach hrabiego generała Bora Komorowskiego oraz jego wojskowego i politycznego otoczenia. Pojawiły się więc wtedy kategorie pamięci określone przez autora jako „pamiętanie czegoś” i „pamiętanie przeciw komuś”, „konflikt między opłakiwaniem a odbudową”, „polityczne strategie wykluczania zmarłych” a także „proces upolityczniania zwłok”. Autor poświęca też rozdział „komitetom ekshumacyjnym jako próbie odzyskania kontroli nad ciałami poległych”.
Napiórkowski, posługując się bogatą paletą świadectw z tamtych czasów pokazuje jak pamięć PW stawała się przestrzenią zmagania się oficjalnej wizji politycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z pamięcią rozmaitych grup społecznych. Radykalni przeciwnicy PRL nazywają to walką z „oficjalną strategią niepamięci”, co jest formułą nieprecyzyjną, jako że mieliśmy do czynienia nie z całkowitą niepamięcią, lecz z tendencyjną redukcją tejże pamięci. Wyraziło się to choćby sporem wokół pomników PW, poprzedzonym zresztą wzniesieniem już w 1946 roku, w drugą rocznicę PW, pomnika „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach. Dokonało tego w trybie półformalnym, „partyzanckim”, środowisko kombatanckie AK skupione wtedy wokół jednego z jej byłych, ważnych powstańczych dowódców, pułkownika Jana Mazurkiewicza. Mogło się to dokonać jedynie w tym krótkim interwale politycznym, jaki nastąpił wkrótce po upadku PW, a przed definitywnym zamknięciem się takich możliwości wraz z zainstalowaniem najbardziej brutalnej i dogmatycznej postaci reżymu stalinowskiego, co uległo przyśpieszeniu w drugiej połowie 1948 roku. Przy czym władza stosowała zarówno „miękkie strategie walki z pamięcią”, jak i „strategie twarde” (represje).
Znacząca część książki poświęcona jest okresowi 1956-1989, kiedy to władza ludowa definitywnie zrezygnowała nie tylko z represji w stosunku do AK-owców, ale krok po kroku luzowała dogmatyczne ograniczenia dotyczące pamięci o PW, w tym w szczególności ograniczenia w zakresie upowszechniania wiedzy o jego historii. Hasłem wywoławczym stał się głośny wtedy artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, sygnowany przez trzech autorów na łamach sztandarowego dla „odwilży” tygodnika „Po prostu”. Dodatkowym czynnikiem legitymizującym tematykę PW i AK w polu narracji oficjalnie akceptowalnej były filmy „Kanał” i „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, których premiery odbyły się w latach 1957 i 1958. Apogeum procesu oficjalnego „absorbowania” tej problematyki miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to wyodrębniona w kierownictwie PZPR grupa szefa MSW Mieczysława Moczara zjednała sobie część kombatanckich środowisk akowskich (w tym powstańczych) z Janem Mazurkiewiczem na czele w imię „wspólnie przelanej krwi” w walce z tym samym wrogiem. Rozkwitła wtedy ich obopólna współpraca na gruncie ZBOWiD, a związany z grupą moczarowską tygodnik „Stolica” poświęcał tematyce powstańczej sporą część swojej zawartości, co było zresztą kontynuowane aż po kres PRL.
Od tego czasu narastała też kolizja między oficjalną, państwową wykładnią PW a wyobrażeniem społecznym. Nie dlatego jednak, że władze stosowały restrykcje wobec tego drugiego (przeciwnie, restrykcje słabły), ale dlatego, że narastała intensywność wizji nieoficjalnej, a alternatywne obchody rocznic PW były jednym z narzędzi budowania opozycyjnej świadomości w PRL. Za moment apogeum sporu o tę wizję uznał Napiórkowski rok 1984, a jego finałem było odsłonięcie pomnika Powstańców Warszawskich w 1989 roku. Przełom roku 1989 i kolejne lata przyniosły pełną rehabilitację samej idei Powstania Warszawskiego, stwarzając możliwość pisania i mówienia o nim w sposób niczym, także cenzurą, nieskrępowany. PW przestało być zagadnieniem kolizyjnym politycznie.
Zmianę w tym względzie przyniosło pojawienie się na arenie politycznej obozu PiS, który wziął Powstanie na swoje polityczne sztandary i uczynił z niego instrument walki „obozu patriotycznego” z „liberalnymi modernizatorami” tradycyjnej polskiej świadomości. Jednym z najistotniejszych z tego punktu widzenia faktów było otwarcie w 70 rocznicę wybuchu PW, staraniem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego. Był to moment graniczny w dziejach pamięci o PW. Od niego zaczął się czas, trwający de facto do 2015 roku, politycznych manifestacji na cmentarzu Powązkowskim, kiedy to w każdą rocznicę 1 sierpnia przeciwnicy władzy „liberałów” i „postkomunistów” wygwizdywali i „wybuczali” organizatorów i uczestników oficjalnych uroczystości. Od tego momentu opozycję: władza PRL – patriotyczny naród, zastąpiła nowa opozycja: zwolenników i przeciwników rządów „republiki Okrągłego Stołu”, „tradycjonalistów” i „modernizatorów”, „patriotów” i „zdrajców”.
Tej radykalnej zmianie osi sporu wokół PW towarzyszyła też radykalna zmiana języka, jakim o nim mówiono. Tradycyjną narrację opartą głównie na piśmiennictwie, nagraniach dokumentalnych i wytworzonej w czasie PW symboliki, zaczęło spychać na plan dalszy wejście w domenę pamięci atrybutów kultury masowej, o czym pisze Napiórkowski w rozdziale „Postmodernistyczne powstanie? Powstanie warszawskie a przemysł pamięci”, poświęconym „nowej kulturze pamięci”. „Powstanie podbiło serca masowej publiczności, doczekawszy się popkulturowych odczytań w postaci rockowych (n.p. Lao Che) i hiphopowych płyt, komiksów (n.p. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944” Papcia Chmiela), a nawet gier planszowych. Pamięć manifestowano też poprzez wpinane w klapę znaczki i tematyczne koszulki” – pisze autor. To wszystko jest zakorzenione w „światowym boomie pamięciowym”, ale warto też zwrócić uwagę, że są to „stare treści sprzedawane w nowym opakowaniu jako rewelacje”.
O ile jednak gadżetowy aspekt zewnętrznych przejawów pamięci o PW mieścił się w szeroko rozumianej tradycyjnej formule, o tyle zupełnie nowa jakością było pojawienie się nowej, fantazmatycznej formuły tejże pamięci. „Nowa kultura pamięci z jaką mamy do czynienia po roku 2004 – pisze Napiórkowski – opiera się na zatarciu czy wręcz zniesieniu granic, które dotychczas uznawano za oczywiste. Rozróżnienie pomiędzy fikcją a faktem, między pamięcią a wyobraźnią, jest z pewnością jednym z podziałów najintensywniej podważanych przez rozwijające się w ostatnich latach „zmącone gatunki” pamięci”. W stosunku do tego fenomenu używane jest nawet określenie „postpamięć”.
Siła psychologicznej presji „nowej pamięci” czy „postpamięci” jest tak silna, że fantazmaty zastąpiły wspominanie realnego doświadczenia nawet u żyjących powstańców. Uderzające były wypowiedzi niektórych kombatantów PW, którzy po premierze bardzo „fantazmatycznego”, komiksowego, będącego owocem nowej estetyki filmu Jana Komasy „Miasto ‘44” (2014) mówili o przekazie ekranowym, ulegając autosugestii: „tak było”, jakby mówili o dokumencie, a nie o popowej kreacji ekranowej. Prawdziwe wspomnienia zostały zastąpione przez emocjonalną podróż czy pielgrzymkę w czasie, w wersji „postpamięciowej”. Siła nowej estetyki przekazu tradycji PW wywołała nawet deklaracje w rodzaju: „powstanie czeka na swojego Tarantino”. Tabloidyzacji przekazu na temat PW towarzyszy też proces jego „uwspółcześniania”, czyli takiego ustawiania postaci i zdarzeń, by odpowiadały psychice, emocjonalności, mentalności i wyobraźni współczesnego młodego człowieka. Klasycznymi przykładami takiej estetyki jest n.p. film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” (2013), w którym obrazom walk powstańczych towarzyszą dźwięki hip hopu czy akcja „Kumpel z przeszłości. 1944 Live” (2009) prowadzona na facebooku. To wszystko mieści się w ramach nowej estetyzacji PW i realizacji idei „wczuwania się w historię”, którą współtworzą także popularne od lat rekonstrukcje historyczne.
Co znamienne, w tę formułę „nowej pamięci”, „postpamięci” i tabloidyzacji pamięci wpisało się także Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym muzeum, podobnie jak w innych muzeach nowej generacji, bardzo charakterystyczne jest, w pierwszym planie, zjawisko „zdetronizowania eksponatów”. Autentyczne eksponaty z PW (n.p. broń, hełmy, opaski, sprzęt techniczny, ulotki etc. przestały być najważniejszym (jak w tradycyjnych muzeach) elementem ekspozycji jako „czysty fakt” materialny, lecz wtapiane są w nowe fantazmaty i znaki (symulakry zdefiniowane przez Jeana Baudrillard), jedynie jako ich składnik, jako element ogólnego kolażu. Historyczna realność PW zeszła na drugi plan, przesłonięta przez emocjonalny fantazmat „postpamięci”. Sprawiło to, że na daleki plan zeszła faktograficzna zawartość ekspozycji, która przestała być popularnonaukowym wykładem historii i stała się próbą przekazu idei, emocji, wrażeń, „sensu” PW oraz nowej „prawdy historycznej” o nim. Muzeum zamieniło się w „disneyland pamięci”.
Te zabiegi – jak pisze Napiórkowski – przeniosły PW „ze sfery faktów w sferę sensów”. Zgodnie z formułą nowoczesnych muzeów, „nagie” fakty „nikogo” już nie interesują. Atrakcyjne jest teraz „wczucie się” poprzez wrażenia, które mogą stać się udziałem n.p. uczestnika wędrówki przez atrapę kanału albo skosztowanie „powstańczej żywności” (syndrom „proustowskiej magdalenki”). Przekaz werbalny został natomiast sprowadzony do minimum. Rzeczywisty czas historyczny został zastąpiony przez „czas mityczny”. Nie tylko ideowo-emocjonalno-fantazmatyczny, ale także nie chronologiczny charakter ekspozycji sprawił, że wielu zwiedzającym umyka finał powstania, które przecież zakończyło się klęską. Niektórzy zwiedzający mogą nawet odnieść wrażenie, że PW zakończyło się zwycięstwem, bo tak duża jest siła „heroicznej” narracji. Do tego uzupełnienie ekspozycji obrazem przemawiającego z ekranu Jana Pawła II i ekspozycja sztandarów „Solidarności” wywołuje w percepcji części mniej przygotowanych, na ogół młodszych widzów, komiczne qui pro quo, pomieszanie percepcyjne wyrażające się w pytaniach czy JP II uczestniczył w PW i czy czas walk pokrywa się z czasem „Solidarności” lat 1980-1981.
Historia w klasycznym rozumieniu, jako zbiór naukowo ustalonych faktów i ich opisu oraz zobiektywizowanej interpretacji ulotniła się także na rzecz ideologicznej moralistyki, opartej na mitologizacji i nostalgicznym sentymencie, w której PW stało się przede wszystkim wzorem „właściwej”, patriotycznej postawy, formą kultu bohaterstwa. W narracji Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma natomiast najmniejszego nawet miejsca na krytyczną recepcję decyzji o podjęciu przez dowództwo AK walki, który to proces rozrachunkowy, w postaci fal dyskusji trwał z różnym nasileniem od początków PRL aż po rok 2004 i wyraził się setkami wypowiedzi publicystycznych pisanych z różnych pozycji ideowo-politycznych (nawiasem mówiąc: brak szerszego ujęcia tego aspektu wydaje mi się jedną z nielicznych wad tej znakomitej pracy). Krytyczną recepcję opartą na przesłankach racjonalistyczno-pragmatycznych zastąpił bezwarunkowy, idealistyczny bezkrytycyzm i bezwarunkowa apologia zrywu oraz kult bohaterów. Tak ujęte PW przestało być formą racjonalnego przekazu historycznego i stało się emocjonalnym „generatorem sensu”.
Dokonując rekapitulacji problematyki pamięci historycznej, i tej dawnej, i tej nowego typu nie łatwo ustrzec się wrażenia, że coraz częściej przybiera ona charakter kulturowego terroru, szantażu, że jest wszędobylska i „namolna”, czemu sprzyja wszechobecność coraz to nowych typów medialnego przekazu. Dlatego gdy w finale swej panoramy pamięci o Powstaniu Warszawskim autor napomyka także o zwykłym ludzkim prawie do niepamięci, przypomina tym samym o alternatywnej możliwości życia poza owym psychologicznym przymusem uczestniczenia w narzuconych koleinach, poza kleszczami imadła. I to właśnie wydaje mi się w tej książce najbardziej optymistyczne, owo zwrócenie uwagi na prawo do wolnej woli i swobodnych wyborów w świecie narzucanych moralnym szantażem obsesji i przymusów politycznych.

 

Marcin Napiórkowski„Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 467, ISBN 978-83-65369-24-6

O książce „Kalejdoskop wspomnień” RECENZJA

Książka Wacława Kruszewskiego Kalejdoskop wspomnień to lektura ze wszech miar ciekawa i godna polecenia. Na tę opinię składa się kilka czynników. Autor tomu, ogłoszony swego czasu (1986) przez „Rzeczpospolitą” Polakiem Roku, przez całe swe dorosłe życie pracował „w kulturze”. Był dyrektorem Centrum Kultury i Sztuki Województwa Siedleckiego, któremu podlegały kina (stałe i ruchome) Siedlecki Teatr Kameralny, Biuro Wystaw Artystycznych, Pracownia Usług Plastycznych Biuro Informacji Kulturalnej z własnym zakładem poligraficznym oraz Zakład Remontowo-Budowlany Obiektów Kultury. Kruszewski tę instytucję tworzył od podstaw (poświęcił jej także swoja pracę magisterską obronioną na UW). Z czasem rozrosła się ona nie tylko do organizacji życia kulturalnego w szeroko pojętym regionie, ale i przedsiębiorstwa znakomicie prosperującego i samofinansującego się. To dzięki zaradności i zmysłowi organizacyjnemu Autora udało się zorganizować w Sokołowie Podlaskim (1974) koncert zespołu Omego – jednej z największych gwiazd ówczesnej sceny muzycznej. Wszystko to ma swe odzwierciedlenie w treści przedkładanej książki. Nie jest to pamiętnik. Kruszewski od lat pisuje felietony prasowe oparte na swoich doświadczeniach, ale i wychodzących poza nie. Własne doświadczenie jest kluczowe oczywiście, choć ma ono walor bodźca inspirującego Autora do opisów, które przybierają walor generaliów Jest to więc barwna wędrówka po „słusznie minionych” czasach. Pokazuje jednak, iż nie były to lata beztroskiego bezhołowia. Z równą swadą kreślone są zawiłości organizacyjne towarzyszące funkcjonowaniu ośrodków kultury, organizowaniu rozmaitych przedsięwzięć kulturalnych, spotkaniom z żołnierzami Armii Krajowej, jak i odbudowy zabytków. Barwna, żywiołowa narracja podana literacką polszczyzną okraszona jest mnóstwem zabawnych anegdot. Całość zatem, mimo, iż dotyczy głównie regionu, wychodzi swą wymową poza jego ramy. Łatwo bowiem zauważyć, że oddając się opowieściom Kruszewskiego przekraczamy ów przełom Mazowsza i Podlasia, wszak opowieść przybiera polor generaliów – ogólnej opowieści o kulturze lat powojennych.

 

Dziadek Na listach koalicji SLD – Lewica Razem znalazło się wielu nietuzinkowych kandydatów i kandydatek. Warto ich poznać. „Dziennik Trybuna” rozpoczyna ich prezentowanie od tekstu nadesłanego przez kandydata na urząd prezydenta Białegostoku – Wojciecha Koronkiewicza.

Będę ubiegał się o wybór na prezydenta Białegostoku z listy SLD-Lewica Razem. Powinienem zatem napisać o mojej wizji miasta, ale jeszcze nie czas ku temu. Jeszcze Państwowa Komisja Wyborcza nie ogłosiła terminu wyborów. Jeszcze płoty są wolne od portretów kandydatów, a łamy gazet nie ociekają słodkimi słowami pełnymi obietnic. Uszanujmy to. Jeszcze się tego wszystkiego naczytamy i naoglądamy. Tymczasem więc opowiem o moim dziadku – maszyniście, akowcu, komuniście i… przemytniku. A przy okazji opowiem i o sobie.

 

Mój dziadek Piotr Fiedoruk urodził się 25 sierpnia 1912 roku w Starosielcach. Starosielce to dzielnica robotników i kolejarzy. Mój dziadek był kolejarzem.
W roku 1935 ktoś z rodziny wygrał na loterii. Nie wiem dokładnie ile, ale chyba dość sporo, bo postanowiono kupić kawałek ziemi w gminie Narewka. Tam też dziadek poznał babcię Leokadię. Babcia była z bardzo bogatego domu. Jej dziadek był carskim strażnikiem w Puszczy Białowieskiej. Dom był największy we wsi i chyba nawet mieli patefon! Nic zatem dziwnego, że młodzież z całej okolicy przychodziła do ich domu na tańce. Tak trafił tam też i dziadek. Było to 26 grudnia. Tydzień potem – na początku stycznia dawano już na zapowiedzi.
Skąd ten pośpiech? Czy Babcia była już w ciąży? Ależ skąd! W żadnym razie! Po prostu zakochali się w sobie bez pamięci. Choć Babcia miała już wówczas narzeczonego, choć dziadek był niższy od babci i znacznie, znacznie biedniejszy. Choć dziadek był prawosławny. Babcia machnęła ręką na wszystko, wyszła za dziadka i wyjechała! Przeżyli razem 60 lat!

 

 

Bo babcia widziała kiedyś miasto. Pewnego razu postanowiono kupić Jej nowe buty. Bladym świtem wsiadła na furmankę prowadzoną przez Żyda i jechała z nim przez wiele godzin, aby w mieście w sklepie kupić odpowiednie buty. Kiedy wracali z powrotem, zapadał już zmierzch. W domach zapalano lampy. I babcia patrzyła w te okna i widziała eleganckich ludzi siadających do stołów w eleganckich domach.
Ale nie uprzedzajmy faktów. 1 września 1939 roku wybuchła wojna. Dziadek był w wojsku i dostał się do sowieckiej niewoli. W obozie jenieckim woził ciężarówką-beczkowozem wodę z rzeki. Ale nie pozwolił sobie siedzieć w niewoli długo. Z kilkoma innymi jeńcami postanowił uciec. Uciekali przebrani za drużynę kolejową – szli z młotkami po torach omijając większe miejscowości. W czasie wojny dziadek należał do AK i pomagał partyzantom. Była już wtedy na świecie moja mama, która urodziła się w 1937 roku. To ona opowiadała zawsze o ludziach trzymanych w szafie kiedy sąsiadka przychodziła pożyczyć mąki. Zachował się też dokument wydany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w 1947 r., że dziadek uczynił zadość warunkom amnestii.
Tymczasem babcia zapadła na gruźlicę. W tamtym czasie oznaczało to pewną śmierć. Trafiła do sanatorium. Niedługo Dziadek zostawił więc swoje dzieci – trzy córki – pod opieką sąsiadki i pojechał za babcią. W teczce wiózł odrobinę psiego smalcu. Słyszał, że to pomaga. Innych leków na gruźlicę nie było. W pociągu dziadek ustąpił miejsca starszemu człowiekowi. Ten, widząc jego zmartwienie, zapytał o powód smutku. „Moja żona umiera na gruźlice, a mam w domu trzy córki” – odpowiedział dziadek. Starszy człowiek okazał się być lekarzem. Wypisał dziadkowi receptę na antybiotyk. „Tylko niech Pan będzie przy dawaniu zastrzyków!” – pouczył go. Dziadek wysiadł. Poszedł do apteki, gdzie okazało się, że przepisany lek jest, ale kosztuje znacznie więcej niż dziadek posiadał.
Był w obcym mieście, nikogo tu nie znał. Poszedł więc do komitetu partii. Opowiada swoją historię, kładzie na stole receptę i dowód „Pożyczcie. Jak wrócę do domu to oddam”. I pożyczyli. Dziadek lekarstwo kupił, dopilnował zastrzyku, babcia wyzdrowiała.

Dziadek wstąpił więc do partii. Teraz pewnie wzruszycie ramionami. Bo pożyczka to nie była żadna zasługa partii, tylko człowieka którego dziadek spotkał wówczas w komitecie. Może tak, może nie. Dziadek był wdzięczny do końca życia. Kiedy przeszedł na emeryturę, na krótko został kontrolerem biletów w autobusach. Ale nie podobała mu się ta robota. Nie lubił ścigać ludzi. Dorabiał więc do emerytury jako przemytnik. Woził do Związku Radzieckiego ortalionowe parasolki, a stamtąd przywoził złoto. Nie było tego dużo. Ot kilka pierścionków za każdym razem. Pierścionki te do dziś zalegają w szufladach jego córek, czyli mojej mamy i moich cioć. Mama próbuje rozdawać je swoim dzieciom i wnuczkom, ale każdy tylko wzrusza ramionami. Nie ta moda. Nie ten szyk.
Część złota babcia sprzedawała na bazarze przy Bema. Lubiłem z nią siedzieć na tak zwanych „szmatach”. To była część rynku, gdzie sprzedawcy rozkładali swój towar na gazecie, a sami siedzieli na małym stołeczku. Siedziało się i rozmawiało. Patrzyło na ludzi. Kiedyś zobaczyłem swoją koleżankę z liceum. Trochę było mi głupio, że siedzę z babcią. Ona też się zawstydziła, że robi zakupy na szmatach. Ale szybko się do siebie uśmiechnęliśmy. Wtedy zrozumiałem, że biedy nie trzeba się wstydzić. Rozmaicie w życiu bywa.
Przekonałem się o tym po latach. Gdy straciłem pracę w telewizji i pojechałem do Nowego Jorku. Mieszkałem na Greenponcie w wynajętym pokoiku. Łazienka i kuchnia była wspólna. Mieszkałem z białostoczanami, którzy mówili „Panie Wojtku, gdyby nadal działał bazar, to my nigdy nie wyjechalibyśmy z Polski. Białystok to było Eldorado!’. To prawda. Kiedy był wolny handel i przyjeżdżali Rosjanie, na straganie przy Kawaleryjskiej ludzie robili majątki. Mój kolega miał stragan i garaż z dwoma maszynami produkującymi rajstopy. W sześć miesięcy kupił dom i mercedesa.
Jako student należałem do Pomarańczowej Alternatywy i wspólnie z kolegami z NZS-u uczestniczyłem we wszystkich strajkach studenckich. Raz weszliśmy do Komitetu Wojewódzkiego i zamknęliśmy go od środka. Domagaliśmy się, aby budynek zamienić na uniwersytet. Dziadek mieszkał na ul. Mistrzów Plonów, obecnie Kardynała Wyszyńskiego. Z Komitetu to dosłownie kilka kroków. Pobiegłem więc do dziadka na obiad. Zawsze kupował w hali na Bema kawałek mięsa i gotował kapuśniak. Dziadek podał mi swój odwieczny kapuśniak i choć doskonale wiedział, że przybiegłem z komitetu, to nie prawił mi żadnych kazań. Bardzo jestem mu za to wdzięczny. Myślę, że dziś byłby ze mnie dumny.
Zapytacie mnie – dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo bardzo bym chciał, aby Białystok był taki jakim zobaczyła go kiedyś moja babcia. Gdy postanowiła rzucić wszystko i wyjechać z niższym i biedniejszym od siebie narzeczonym. Bardzo bym chciał, aby Białystok był taki jak słyszałem w opowieściach w Nowym Jorku. Miastem pięknym, szczęśliwym i bogatym. Miastem katolików i prawosławnych, akowców i lewicowców, kolejarzy i przemytników. Tych co kupują na szmatach i tych co jeżdżą mercedesami. Aby każdego stać było na kapuśniak. I aby każdy czuł się tutaj jak w domu. Tak jak mój dziadek.