Kapsułki pamięci

Wieńczysław Gliński
Z panem Wieńczysławem, wybitnym aktorem spędziłem w połowie lat dwutysięcznych w jego mieszkaniu na warszawskiej Saskiej Kępie wiele godzin, rozłożonych na kilka spotkań. Jako urodzony w roku 1921 (zm. 2008) człowiek o bogatej i dramatycznej biografii (m.in. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych) miał ogromnie wiele do opowiadania. Oczywiście nie tylko o swoich doświadczeniach okupacyjnych, wojennych, ale także o pracy aktorskiej i życiu towarzyskim w środowisku artystycznym. Jego aktorskie emploi był bardzo bogaty, bo z jednej strony znakomicie wcielał się n.p. w postacie o profilu lekkim, wesołym, „salonowym”, nawet komediowym, z drugiej doskonale kreował postacie dramatyczne, a nawet o zakroju tragicznym, n.p. „Zadrę” w „Kanale” Andrzeja Wajdy. Jako gawędziarz pan Wieńczysław był wspaniały. Był tzw. czarującym causerem, opowiadał barwnie, z rozmachem, jakby z sarmackim kolorytem. Pewnego razu zagadaliśmy się przy czerwonym winie długo w noc, a że wypiliśmy go obaj sporo, więc w pewnym momencie pan Wieńczysław błogo zasnął. W tej sytuacji okryłem go kocem i wymknąłem się z mieszkania na deszczową ulicę, po zasygnalizowaniu tego komuś z rodziny, kto akurat był w domu obecny. Pan Wieńczysław zwykł urządzać swoje urodziny z rozmachem nader bujnym. Zapraszał mnóstwo gości i serwował bufet z prawdziwie królewską hojnością. W obsługiwaniu gości pomagali mu dwaj jego sympatyczni wnukowie, z którymi bawił się w trochę teatralną grę w stylu „pan i jego lokaje”, klaskaniem i wołaniem („lokaje, moi lokaje!”) wzywając ich aby troszczyli się o potrzeby gości. Nie zapomnę zwłaszcza pierwszych urodzin pana Wieńczysława, na których miałem zaszczyt być gościem (maj 2004 roku). Przypadła mi wtedy w udziale gratka obserwowania „spektaklu”, który nazwałbym Spektaklem Wielkich Wejść. Przyszedłem trochę wcześniej z myślą, że i ja może przydam się jako pomoc domowa w przygotowaniu „imprezy”. Okazało się jednak, że mogę spokojnie usiąść i obserwować przychodzących gości. W bocznym przedpokoju natknąłem się na pana Ignacego Gogolewskiego palącego papierosa, a przy tym czyniącego to z dystynkcją właściwą mu w przypadku każdej czynności. Po pewnym czasie ujrzałem wchodzących kolejno: wspaniałą aktorkę, panią Barbarę Horawiankę i wybitnego reżysera, pana Stanisława Różewicza. Usiedli na kanapie i oddali się rozmowie. Niedługo później przyszedł pan Stanisław Mikulski, który dołączył do rozmowy. Czułem się jak na widowni teatru obserwując scenę zapełniającą się znakomitymi postaciami. Jednak najlepsza część tego widowiska miała miejsce przeszło godzinę później, gdy przybył pan Wiesław Michnikowski. Mieszkanie pana Wieńczysława było już wtedy wypełnione gośćmi i gdy usłyszeli oni, że idzie tak znakomity i popularny gość, ustawili się szpalerem, witając go oklaskami, niczym wchodzącego monarchę. A on witał wszystkich „hurtowo”, kłaniając się z czarującym uśmiechem i wołając: „Witam wszystkich państwa, razem i każdego z osobna”. Po czym podszedł do Stanisława Mikulskiego z pytaniem: „Stasiu, czy pamiętasz, jak mnie pytałeś, czy zostać aktorem?”. „Pamiętam, Wiesiu, ale to było 55 lat temu” – zawołał pan Mikulski i z wysokości swojego wzrostu pocałował starszego, filigranowego kolegę w czoło. Uwielbiałem poczucie humoru pana Wieńczysława. Podczas wspomnianych urodzin byłem świadkiem, jak zadał jakąś zagadkę panu Stanisławowi Różewiczowi. Uzyskawszy zadowalającą odpowiedź zawołał: „Brawo! Wygrałeś główną rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”!
Jan Englert
Już podczas naszego pierwszego spotkania (w letnie, słoneczne południe 2004 roku) w jego gabinecie przy warszawskim placu Teatralnym, zauważyłem, że pod dystyngowaną już i mocno dojrzałą powierzchownością dyrektora (wtedy i do dziś) Teatru Narodowego skrywa się energiczny, nieco figlarny, skłonny do złośliwej ironii (i autoironii) chłopiec (o „oszronionej” czuprynie), co podkreśla zawsze także jego szczupła, sportowa, choć niewysoka sylwetka. Powiedział kiedyś, że stąd bierze się jego problem z graniem postaci tragicznych. Sam o sobie (z właściwą sobie wspomnianą autoironią i dystansem do siebie) powiedział – brzmiało to mniej więcej tak – że „bęcwał Englert położył rolę króla Leara, bo nie potrafił ukryć przed widzami, że jego tragiczna postać starca ma mocne nogi sportowca”. Ciekawy był natomiast jako Łatka w „Dożywociu” w Teatrze Narodowym we własnej reżyserii. Ta postać w teatralnej tradycji to zazwyczaj grzybowaty „dziadyga” i tak tę postać grali n.p. Jacek Woszczerowicz czy Tadeusz Łomnicki. Englert zagrał Łatkę w sile wieku, nieco zaniedbanego w stroju, ale bezwzględnego człowieka interesu, nie „starego dziwaka”. Z ekspresyjnych cech aktorskiego emploi Jana Englerta bardzo lubię jego „łobuzerskość”, pełną wdzięku „arogancję”, jego charakterystyczny śmiech, nagły, ostry, wybuchający znienacka oraz jego krzyk w złości. Rozmówcą jest świetnym, precyzyjnie i klarownie formułującym wypowiedzi. Ma w sobie coś z lekka onieśmielającego (badawcze, nieco chłodne spojrzenie), łączy w sobie rys wytwornej światowości z chłopięcością i mimo, że rok urodzenia (1943) czyni go już starszym panem, nigdy go tak nie postrzegam. W zachowaniu jest zdystansowany, sygnalizuje rezerwę, nie ma w nim nic jowialnego, żadnych egzaltacji z jego strony rozmówca nie może się spodziewać. Mimo to, kiedy po raz kolejny spotykaliśmy się przy jakiejś okazji (n.p. na planach realizacji Teatru Telewizji) zawsze mimiką i odrobinę prywatnym tonem, z jakim wypowiadał słowo „cześć”, dawał do zrozumienia, że mnie pamięta, że poznaje. To szczególnie miłe ze strony człowieka tak trzymającego dystans. Wspomniałem, że Jan Englert nie najlepiej sprawdza się w rolach wymagających ekspresji uczuć. Gdy w telewizyjnym spektaklu „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka (1973) zagrał zakochanego w tytułowej bohaterce malarza Gianniego Gianni, to pomimo dobrej techniki był nieprzekonywujący w okazywaniu burzy uczuć i rozpaczy. Natomiast był wręcz stworzony do tytułowej roli w także telewizyjnym „Don Juanie” Moliera w reżyserii Zygmunta Hübnera (1974), która jest moją ulubioną spośród wszystkich znanych mi ról Jana Englerta. Znakomicie oddał w niej całą inteligencję, „pańską” dezynwolturę i cynizm tej postaci. Powiedziałem mu to. I oto ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że ta właśnie rola ściągnęła na niego najwięcej – mówiąc językiem dzisiejszym – „hejtu” i że byli i tacy, którzy nawoływali wtedy, by go wyrzucić z zawodu. Zapytałem o przyczynę takich reakcji. Odpowiedział, że mówiono, iż „zagrał źle” i eksponował „skrajny cynizm”. Co do mnie, to aktorstwo Jana Englerta uwielbiam. Lubię taki koloryt ekspresji. Żeby wyrazić mu za nie swoją wdzięczność przyniosłem (aby poprosić o dedykację) na jego spotkanie z młodzieżą artystyczną na terenie wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej (jeśli dobrze pamiętam w 2019 roku) książkę z kadrem z „Kanału” Andrzeja Wajdy, gdzie 13-letni bodaj wtedy Janek wystąpił w malutkim epizodziku „Zefira”. Pan Englert wziął książkę w dłoń i pokazał ten kadr uczestnikom spotkania, którzy już zaczęli wstawać z krzeseł po zakończonym spotkaniu. A do mnie powiedział półgłosem: „Na pana zawsze można liczyć”. I łobuzersko, schodząc z lekka z dystansu – puścił do mnie „oko”.
Jerzy Gruza
W Jerzym Gruzie (1932-2020) zawsze podobało mi się połączenie subtelnego artysty o świetnym guście literackim (był rewelacyjnym reżyserem Teatru Telewizji, autorem kilkunastu wspaniałych spektakli, na czele z fenomenalną realizacją „Mieszczanina szlachcicem” Moliera z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej, 1969) z – nazwę to tak – „kalibanowym” sposobem bycia. Gruza, warszawiak z urodzenia, lubił stylizować się na warszawskiego „andrusa”, nonszalanckiego, nieco szorstkiego, potrafiącego być „złośliwym” i „niemiłym”, jakby zawsze niezadowolonego, „skwaszonego”, sarkastycznego, ale czuło się, że to stylizacja i na tym pokazaniu „szwów” polegał właśnie jego wdzięk. Podobnie jak Jan Englert nie miał nic z „brata-łaty”, ale dystansował się w inny sposób, grając nieco „obcesową arogancję”. Wywiad z nim przeprowadziłem w kawiarni „Czytelnika” przy Wiejskiej w roku 2003. Na pytania odpowiadał w swoim charakterystycznym stylu „od niechcenia”, który bardzo lubiłem. Po raz ostatni zamieniłem z nim kilka zdań na pogrzebie Romana Kłosowskiego w czerwcu 2018 roku, pytając go o jedną z telewizyjnych realizacji sprzed wielu lat. Godzinę wcześniej, stojąc w tłumie, wysłuchałem jego wspomnienia o zmarłym aktorze wygłoszone w domu przedpogrzebowym na Powązkach d. Wojskowych. Wygłoszone z „twarzą pokerzysty”, było tak zabawne, że mimo smutnych okoliczności sala rozbrzmiewała słabo tłumionym śmiechem.

Księga Wyjścia (71)

Ballada przy kuchennym stole.

„Musiałeś mieć urwanie głowy będąc na placówce w Nigerii” – zapytałem Grzegorza siadając w kuchni jego mieszkania – „przecież jako ambasador miałeś pod swoją opieką, również sporą część Afryki. Kontynentu, przed którym wszyscy ostrzegają. Cały czas media donoszą o wojnach i porwaniach, spotkałeś się z tym? Negocjowałeś z porywaczami? Jak to wyglądało”. Grzesiek uśmiechnął się i zaczął opowiadać: „Nikt nikogo nie odbijał. Tak naprawdę te porwania wszystkim się opłacają. Porywacze przetrzymują zakładników w wygodnych warunkach. Dbają o nich często lepiej jak o własne rodziny – bo to bardzo cenny >>towar<<, karmią, spełniają zachcianki, dostarczają im alkohol, a niekiedy nawet prostytutki. Uprowadzeni mają więc darmowe wakacje pod palmą”- przerwał na chwilę, a ja rozdziawiłem gębę.
„Potem zaczyna się polityczno propagandowy spektakl, zawsze ten sam” – kontynuował – „Kraje, których obywateli porwano ogłaszają, że nie będzie żadnych negocjacji z porywaczami, że zrobią wszystko by uwolnić zakładników, ale nie zapłacą, bo państwo powagę swoją ma i się nie ugnie, a wypłacenie okupu demoralizuje i zachęca innych. Potem, po cichu, przez jakąś podstawioną firmę, placówka wykupuje swoich. Ambasador ogłasza sukces i pisze raport do ministerstwa, że dzięki mozolnym staraniom itp.. Ministrowie chwalą się przed opinią publiczną że akcja odbicia zakończyła się sukcesem, a miejscowe władze trąbią, że przyczyniły się do ocalenia zakładników i jest to kolejny wygrany krok w walce z przestępczością. Natomiast jeńcy po powrocie mają swoje pięć minut. Opowiadają w mediach niestworzone historie o trudach niewoli. Telewizja robi z nich jednorazowych celebrytów i wszyscy są zadowoleni.
Miałem kiedyś przypadek” – kontynuował – „że porwano kilku pracowników, jakaś międzynarodowa grupa, każdy zatrudniony przez inną firmę i inny kraj. Wśród nich był też Polak. Wszyscy zostali wykupieni, oprócz niego. Nikt nie chciał zapłacić. Nikomu nie zależało. Nie był to nikt ważny. Żaden polityk, dziennikarz czy celebryta. Jego firma się wypięła, a i państwo nie kwapiło, dostawałem tylko ponaglenia z MSZ żeby naciskać miejscowe władze i tyle. W końcu porywacze mieli dość utrzymywania kosztownego jeńca i prosili, żeby przynajmniej zwrócić im koszty tego co przejadł, przepił i przebalował, bo już zaczęli wydawać na jego zachcianki świeżo zdobyty okup z pozostałych zakładników” – dokończył ze śmiechem.
Czyli to wszystko bujda, kłamstwo dla ludu? – zapytałem
„Pamiętasz Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej? W trakcie wyborów pojechałeś do Mamberati i Bouar. Śmiałem się z twojego oburzenia, gdy przeczytałeś w gazetach, że rebelianci zdobyli to miasto i uniemożliwili ludziom głosowanie dokładnie wtedy, gdy gaworzyłeś z ludźmi i członkami komisji, którzy zapewniali, że nie doszło do żadnych incydentów. Raz wypuszczony fake news, został uznany za prawdę i choćbyś krzyczał, pisał, opowiadał, że to wszystko bzdura, to i tak nikt ci nie uwierzy. Przecież wiadomość tę podały Al. Jazeera, Newseek, BBC i przedrukowano w kilku polskich gazetach. Informacja podana przez BBC jest bezdyskusyjna, to dogmat i nawet jeśli ktoś pomylił nazwy to już się nie przyzna. A może fałszywa informacja powstała na jakieś polityczne zlecenie. Francji zależy na osłabieniu mandatu Augustina Taudery, Al. Jazeera wspiera rebeliantów, ogłoszenie jakiegoś zwycięstwa, w oczach opinii międzynarodowej osłabia aktualną władzę i jej mandat po wygranych wyborach. Przecież poza Bangui, nigdzie nie było dziennikarzy. A i w stolicy pojawili się tylko na chwilę pod ochroną francuskiej ambasady”.
Ale po co? Zapytałem, przecież faktycznie rebelianci zajęli jakieś nowe miasto, ale to było na wschodzie. Wystarczyło podać prawdziwą informację. O tym ataku nikt wspomniał, tylko lokalny kanał telewizyjny, nawet nie zdążyłem zapisać, wydaje mi się że Marali. Drążyłem temat.
„Ile razy straciłeś zasięg w telefonie” – zapytał
Może dwa, trzy razy gdzieś w dżungli, ale dosłownie na chwilę, no i gdy leciałem cesną, zasięg kończył się przed pułapem tysiąca metrów. Poza tym wszędzie był, nawet w tych wioskach gdzie nie było prądu. Mieli specjalne panele słoneczne do ładowania telefonów. W każdej z komisji taki widziałem. Bardzo charakterystyczne, żółte urządzenia – odpowiedziałem – pamiętasz, też mieliśmy kupić, sprzedawali na każdym bazarze w Bangui.
Po chwili milczenia i przeglądania stron w Internecie wskazał fragment Wikipedii i kilka informacji z największych światowych gazet i serwisów turystycznych. „Widzisz tę treść? Ostrzegają, że telefony komórkowe w tym kraju nie działają. Wyjątkiem jest stolica.”
Kolejne kłamstwo, ale po co? Zapytałem retorycznie i żeby zakończyć temat manipulacji i fakenewsów zacząłem głośno wspominać:
„Na drugi dzień po naszym przylocie stolicę zaatakowali rebelianci, spieprzalismy z hotelu, w mieście panika, strzały, chciałem wrzucić od razu informację na FB, ale mnie powstrzymałeś, powiedziałeś żebym poczekał, bo w Afryce nigdy nie ma pewności kto i co się dzieje, nie chciałeś, żebym wrzucił fakenewsa, podejrzewałeś nawet, że to taksówkarze zaczęli strzelać między sobą, a wojsko w panice otworzyło ogień. Mieliśmy przecież informacje z pierwszej ręki. Dlaczego one cię nie przekonały?” – spytałem.
„Bo przez sześć lat mieszkałem na tym kontynencie. Wbrew pozorom to nie jest wojna rebeliantów z rządem, tylko desperacka próba utrzymania kolonii przez Francuzów. Nie wszystkim zależy żeby wydobywać złoto, ropę czy diamenty. Eksploatacja nowych złóż z Republiki Środkowoafrykańskiej, spowoduje spadek cen tych, które eksploatują w innych miejscach. Gdyby rząd walczył tylko z buntownikami, już dawno przejąłby kontrolę nad całym obszarem. Niestety, są mocarstwa, którym zależy na wiecznym chaosie w tym regionie”.
„Muszę już iść, Magda na mnie czeka” – dodał na koniec i zobaczyłem znikające plecy przyjaciela.
O Grześku i jego nagłej śmierci napisano już w tym tygodniu wszystko. Nekrologi, pożegnania, kondolencje wraz z całym jego bogatym życiorysem. Informacje pojawiły się w wielu gazetach, portalach i dziesiątkach, jak nie setkach prywatnych profili użytkowników mediów społecznościowych. Chciałbym, żeby ten felieton był klamrą tych wszystkich informacji. Przynajmniej z mojej strony, bo w pamięci pozostanie na zawsze.
Treść tej rozmowy jest prawdziwa, mimo, że składa się z fragmentów wielu naszych dyskusji prowadzonych w różnym czasie. Wszystkie poruszone kwestie są jednak pełne i dokończone. Nic nie zostało wyrwane z kontekstu, ani nie zmieniło sensu. Chciałem zakończyć ten tygodniowy cykl wspomnień, tematem dotyczącym jego największej miłości, czyli Afryką, a w zasadzie tym, że dla pierwszego świata jest źródłem bogactw i poligonem, nie dostając nic w zamian.
Przez ostatnie kilka dni i nocy odbierałem telefony i odpisywałem na wiadomości z całego niemal świata. Wszędzie niedowierzanie, seria pytań jak to się stało, kiedy pogrzeb. Telefon rozładowywał mi się po kilka razy na dobę. Wspólni znajomi, których poznaliśmy podczas ostatniej wyprawy do Afryki. Nie sądziłem, że ludzie z którymi spędziliśmy zaledwie kilka, lub kilkanaście godzin – których ledwo poznaliśmy, będą tak zainteresowani. Każdy z nich chciał się dowiedzieć czegoś więcej niż tylko tego, co można było wyczytać w prasowych notkach przepuszczonych przez translator. Jeden z węgierskich parlamentarzystów, który przyleciał do Bangui zobowiązał się, że ich delegacja złoży kondolencje za pośrednictwem polskiej ambasady w Budapeszcie. Gdzie i kiedy będzie pogrzeb, nie wiem. My pożegnamy Grzegorza podczas zwykłej – cywilnej ceremonii, zorganizowanej przez przyjaciół i towarzyszy z partii, której był członkiem zarządu, czyli KPP.

Z Polski, a jednak do domu

Urodził się piątego października, ale sam tej daty nie znał, swoje urodziny przez całe życie obchodził dziesięć dni później.

Co prawda rodzina Brzezińskich widnieje w księgach Parafii Rzymsko-Katolickiej w Krzywczy już w 1794 roku, ale ojciec Jerzego Florian Brzeziński przybył tam niedawno. Był ekonomem-zarządcą majątku Romanowskich w Ruszelczycach, który nabyli w 1912 roku. Najstarsi mieszkańcy przypominają sobie, że „chętnie jeździł konno po polach obrabianych przez chłopów, służbę, lubił też polować. Nie był zbytnio lubiany przez mieszkańców Ruszelczyc (w większości Rusinów) ponieważ był bardzo wymagający w pracy…był tu krótko, ponieważ jakiś inny zarządca majątku za Przemyślem, nie radził sobie w tamtym majątku i nastąpiła zamiana zarządców”. Powyższą opinię potwierdzają także wspomnienia pani Anny Janiny z Dołęga-Makowieckich herbu Bożawola Józefowej Romanowskiej.
Niedługo po urodzeniu Jerzego zmienił pracę, potem zmarła żona Marianna, a małego oddał pod opiekę ciotki w Warszawie, jeszcze później ponownie się ożenił. Jerzy powrócił w rodzinne strony, do Przemyśla, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej, a następnie do Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego.
Dalsze jego losy
w czasie hitlerowskiej okupacji nie są znane  w oficjalnych świadectwach przeczytać można, że w 1943 roku wywieziony został na roboty do Niemiec. Ale prawda jest inna  po latach opowiadał mi, że zgłosił się na ten wyjazd dobrowolnie uważając, iż „pod latarnią jest najciemniej”. Nie zdążyłem dopytać dlaczego, a on sam też nie chciał, albo zapomniał powiedzieć. Zapewne czegoś się obawiał, a niebezpieczeństwo musiało być na tyle poważne, że ten desperacki krok wydał się jedynym rozwiązaniem.
Szczęście mu sprzyjało, trafił do bauera na terenie Bawarii, a praca w gospodarstwie nie należała do najcięższych, nadto wyżywienie było znośne. Gdy zbliżała się wyzwoleńcza ofensywa z zachodu z innymi Polakami zatrudnionymi w tej okolicy postanowił  byle szybciej do upragnionej wolności  uciekać. Całą złapaną grupę późnym wieczorem wyprowadzono na skraj lasu i rozpoczęła się egzekucja. Huk pierwszych wystrzałów był sygnałem, żeby upaść, nim inni zastrzeleni zwalą się na niego i obok. Na szczęście nie dobijali. Nad ranem, we wstającej mgle ujrzał przed sobą konary rosnącego opodal wielkiego drzewa. Ten motyw: drzewo, konary, w różnych odcieniach, ale zawsze lekko zamglone powtarzał się później wielokrotnie na jego obrazach.
Potem był Paryż
i wyjazd do Włoch, gdzie trafił do jednostki szkolnej 2 Korpusu. Tu po raz pierwszy objawił się jego talent plastyczny, gdy w wolnych od zajęć chwilach rysował do żołnierskiej gazety sylwetki przyjaciół i rozliczne karykatury. Rozformowanie polskiego wojska po zakończonej wojnie zrodziło pytanie: co dalej ? Do Polski i do swojej ukochanej Inki postanowił powrócić jego przyjaciel Olgierd Terlecki, którego losy tak w swoim czasie wspominałem: „W swoim życiu, wraz z częścią współczesnego mu pokolenia Polaków, dla którego druga wojna światowa była największym nieszczęściem, przebył wiele dróg…Olgierda droga z Polski i do Polski trwała ponad siedem i pół roku. Prowadziła przez obozy w Kandałakszu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, przez Buzułuk i Tockoje, gdzie formowały się Polskie Siły Zbrojne, przez Bliski Wschód i Włochy, wreszcie by 27 listopada 1947 roku zakończyć się na gdańskim molo.”
V Komenda organizacji
Wolność i Niezawisłość, kryptonim „Muzeum”, znajdowała się pod kontrolą zorganizowaną przez Urzędu Bezpieczeństwa przy pomocy przewerbowanych oficerów WiN i Armii Krajowej – oraz w większości nieświadomych mistyfikacji – szeregowych członków. Podjęło grę z wywiadem amerykańskim i brytyjskim: przyjmowano przesyłanych z zachodu drogą lotniczą i morską agentów, dolary, tonę złota, nowoczesny sprzęt łączności, wysyłając w zamian fałszywe informacje oraz (nieświadomych na ogół rzeczywistego charakteru V komendy) emisariuszy i kurierów, a także ludzi na przeszkolenie wywiadowcze i dywersyjne. Utrzymywano m.in. łączność radiową za pomocą przerzuconych do Polski agentów. Wywiady zachodnie liczyły, że WiN, oprócz prowadzenia w Polsce wywiadu wojskowego, posłuży po ewentualnym wybuchu III wojny światowej, do dywersji na liniach komunikacyjnych i zniszczy najważniejsze zakłady przemysłowe – był to tzw. Plan „Wulkan”. Organizacji przekazano także plan „X” – wytyczne dla podziemia w Polsce na okres poprzedzający wojnę i na czas wojny. Wobec planów CIA przysłania do Polski oficerów amerykańskich na inspekcję WiN oraz przygotowywania masowych zrzutów ludzi i sprzętu, w grudniu 1952 roku MBP zdecydowało się na przerwanie gry. Spektakularna likwidacja organizacji wywołała tzw. aferę Bergu.
Jerzy nie miał
ani do kogo i ani po co wracać. Mamy już na świecie od dawna nie było, a stosunki z ojcem i jego nową żoną nie układały się dobrze. Wraz z tysiącami innych znalazł się w Wielkiej Brytanii korzystając z możliwości i warunków jakie stworzyło powołanie Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Początkowo pracował przy odgruzowywaniu Londynu, potem w ramach organizowanych szkoleń uczył się remontować zniszczone mieszkania, naprawiać. odnawiać, malować. Pewnego dnia otrzymał dużo intratniejszą i ciekawszą propozycję, o której opowiadał, a ja tu przytaczam.
Wtedy nie związali mu rąk.
Nie założyli kajdanek, a może ich po prostu nie mieli? Złapali go już po godzinie od momentu gdy wylądował i zdążył zakopać spadochron, a słysząc liczne zbliżające się głosy, schował do szybko wygrzebanej dziury pod konarem nieopodal rosnącego drzewa ciężki, płócienny pas pełen złotych monet,
W izbie chłopskiej chaty, do której wprowadziło go dwóch czerwonoarmiejców, paliła się naftowa lampa. Za stołem siedział sowiecki oficer, a obok niego stał w cieniu jeszcze jeden wojskowy.
– Imię, nazwisko i co tu robicie? – to pytał ten z cienia.
Nazywam się Jan Kowalski, wszystko jest w moich dokumentach, które oni zabrali – tu wskazał na swoich wartowników. Szedłem od moich znajomych z Kościejowic do Racławic aby spotkać się ze znajomymi.
Wy nie szutitie Kowalski. My was zdieś żdali!– Rosjanin zwrócił się do wojskowego z cienia i zapytał: Kak jewo familia?
Brzeziński Jerzy towarzyszu – odpowiedział wojskowy Polak.
– A otczestwo?
– Florianowicz.
Po tym co usłyszał świat zakręcił mu się w głowie, miliony pytań rozsadzały mózg – znają moje prawdziwe nazwisko, czekali tu na mnie, skąd wiedzą? Przecież poprzednim razem wszystko poszło jak z płatka. Kto zdradził? Co dalej?
Rosjanin do Polaka: Uż pozdno. Pogawarim s etoj swołoczju zawtra. Paka wziąć jewo w podwał.
To może była ta jedyna okazja, w chłopskich domach nie było na ogół piwnic, a wyprowadzał go z izby tylko jeden wartownik. Szli przez podwórko kierując się ku wznoszącemu się na jego końcu sporemu ziemnemu pagórkowi, w którym mieściło się zapewne wspomniane pomieszczenie.
Jak zawsze broni nie miał ze sobą, w odróżnieniu od innych kurierów uważał, że tylko może przynieść nieszczęście podczas przypadkowej rewizji. Ale w cholewie wysokich butów, od wewnętrznej strony, miał wszytą pochwę na długi nóż komandosa. Kiedy go kupował, sprzedawca zachwalał produkt: długi i super ostry. Szukał go teraz udając, że się potknął, zwolnił, pochylając się lekko do przodu. To pozwoliło mu osiągnąć jednocześnie dwa cele – wartownik idący za nim prawie wpadł na niego, a jednocześnie w tym pochyle niepostrzeżenie wyrwał nóż z pochwy. Z półobrotu ciął tamtego w szyję, co dało ten spodziewany efekt, że wszystko odbyło się w absolutnej ciszy.
Na pewno już znaleźli wartownika i zarządzili pogoń. Mieli znikome szanse na sukces, takie same jak on. Ale wrześniowa noc dawała pewne nadzieje. Nie dlatego, że akurat była piękna pogoda, a rozjaśnione niebo stanowiło doskonały kompas. Noce o tej porze są na szczęście dużo dłuższe niż te z czerwca kiedy był w Polsce poprzednim razem.
Na pewno zarządzili obławę i będą próbowali zamknąć jakiś kocioł. Gdzie będą szukać?
A zresztą wszystko jedno – z dwóch wariantów punktów przerzutowych przez granicę na Zachód do Szczecina, z którego korzystał poprzednio, było przecież o niebo dalej niż z Dolnego Śląska. A więc musiał dostać się do Krakowa, a potem na ich tzw. Ziemie Odzyskane.
Do Miechowa było
jakieś 15 kilometrów, a dalej do Krakowa z 40. Do rana powinien być na miejscu. Szczęście, jak na razie mu sprzyjało – szedł drogą, która o tej porze była pusta. Raz, może dwa, przejechały tamtędy ciężarowe studebakery i jeden willis z wojskowymi ale nie stanowili dla niego żadnego zagrożenia ostrzegając zbliżającym się szumem silnika i włączonymi reflektorami. Miechów obszedł od południowego wschodu szerokim łukiem, podobnie jak i Słomniki. Wreszcie postanowił trochę odpocząć, zszedł z drogi i pod rosnącym sporym drzewem położył się aby rozprostować kości. Nie wiedział kiedy zasnął. Obudził go dziwny szum i rytmiczny stukot. Drogą coś dużego i bardzo długiego poruszało się wolno w stronę Krakowa. To był sznur wyładowanych chłopskich furmanek ze śpiącymi i kiwającymi się z przodu woźnicami. Przeczekał aż ostatnia fura zrównała się z drzewem pod którym spał, podbiegł od tyłu i wskoczył na wóz. Zanim ponownie zasnął, wyjął nóż i z rozprutej poszewki kaszkietu wydobył kolejne dokumenty – tym razem nazywał się Stanisław Nowak urodzony w Krakowie.
Był tu wiosną 1939 roku ze szkolną wycieczką, zwiedzali Wawel, Stare Miasto i byli w teatrze, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć drogi na dworzec. Poszedł w stronę ulicy, którą właśnie przejechał dzwoniąc biało-niebieski tramwaj. Na murach mijanych domów widział białe jeszcze napisy „3 x tak”, ale także bledniejące już, poniemieckie, „V”.
Za dolary można było tu kupić wszystko z wyjątkiem biletu kolejowego. Słusznie spodziewając się, że na sprzedaży papierosów i gazet nie robi się interesu, wymienił u kioskarza siedzącego w betonowym okrąglaku pięćdziesiąt dolarów, co pozwoliło na sute śniadanie i kupno biletu. Resztę schował, swoim zwyczajem, w prawej kieszeni spodni.
Pociągiem do Wrocławia dotarł po iluś tam godzinach. Na przydworcowym placu kupił używaną torbę, do której po chwili wpakował zakupione butelki samogonu. Był to w tym czasie jeden z lepszych sposobów na załatwienie różnych spraw.
W jadącej do Lubawki szoferce ciężarówki znalazł gadatliwego rozmówcę. Za Kamienną Górą zatrzymał ich patrol uzbrojonych ludzi. Szofer z lekkim zaniepokojeniem zapytał: Ma Pan jakieś dokumenty? – i natychmiast dodał – nie trzeba. Nasz chłopak nimi dowodzi.
Zjeżdżali ku miasteczku – Wysadzę Pana przed rynkiem, mówią, że i domy mają oczy.
Dziękuję za podwiezienie – butelka samogonu zmieniała właściciela. Nawiązał kontakt umówionym hasłem, tej samej nocy z przewodnikiem poszli ku polsko-czeskiej granicy.
Z czerwonej,
tak charakterystycznej dla Londynu, telefonicznej budki wykręcił siedmiocyfrowy numer: najpierw trzy litery, a następnie cztery cyfry. Litery w tamtym czasie stanowiły skrót od nazwy dzielnicy. Dzwonił do kogoś z Southwark na południowym brzegu Tamizy. Podał umówione hasło i usłyszał gdzie i kiedy ma się stawić. Przesłuchania trwały, z przerwami, ponad dwa miesiące. Nikt nie chciał uwierzyć w opisany przez niego przebieg ostatniej misji w kraju. Zarzucono mu nawet, acz nie mieli na to żadnych dowodów, że przywłaszczył sobie złotą przesyłkę. Sprawa zakończyła się definitywnym rozstaniem, bez jakiejkolwiek odprawy. Znów, jak na początku swojego pobytu w Londynie, powrócił do prac remontowych – malowania i odnawiania
mieszkań.
Moja żona i córka
dawno już poszły spać. Siedzieliśmy dalej przy nakrytym na przyjęcie stole i wypili kolejną już, nie wiadomo którą, wódkę. Zdecydował się opowiedzieć mnie – wtedy redaktorowi naczelnemu partyjnej gazety, poznanemu przez Olgierda Terleckiego – tę historię z radzieckim wartownikiem. Chciał się upewnić u kogoś kto lepiej zna miejscowe stosunki, a jak nie, to może się kogoś zapyta. Dziś, gdy ma w kieszeni brytyjski paszport nic mu nie grozi, ale gdy  a ma taki zamiar  powróci tu na stałe, to diabli wiedzą. Po kilku dniach otrzymał uspokajającą odpowiedź.
Nie wiadomo
kiedy i dlaczego do swojego nazwiska dodał przydomek „Dunin”. Mogło to się zdarzyć bez jego wiedzy, gdy mieszkał u ciotki z Duninów-Brzezińskich w Warszawie, albo gdy świadomie go dopełnił przebywając w polskim środowisku, co oznaczało wzrost prestiżu, bowiem pochodził by ze starego i zasłużonego rodu. A może było jeszcze inaczej ? Natomiast Anglikom było wszystko jedno z wyjątkiem dodatkowego kłopotu z wymową i tak nie łatwego już nazwiska. Jakoś jednak sobie radzili z tym studentem na wydziale sztuki użytkowej w londyńskiej Borough Polytechnic, tym bardziej, że już na drugim roku wygrał międzynarodowy konkurs graficzny zorganizowany przez amerykański tygodnik „This Week” na plakat propagujący wolność narodów. Od 1953 roku rozpoczął samodzielną pracę grafika reklamowego, uzyskując w ciągu kilku lat znaczące sukcesy artystyczne. Wtedy, dla łatwiejszej rozpoznawalności zaczął używać artystycznego pseudonimu Karo. Został członkiem prestiżowego Society of Indrustrial Artist, w którym wchodził w skład władz i sprawował także funkcję egzaminatora, podobnie jak w Council of National Academic Awards. Od 1963 r. związał się z Leicester Polytechnic, gdzie dzięki swemu dorobkowi artystycznemu powołany został na stanowisko dziekana i profesora wydziału grafiki użytkowej, piastując je przez dwadzieścia dwa lata. Swoje artystyczne i pedagogiczne doświadczenia zawarł w 1975 r. w książce pt.: ”Grafik Design: Metods, Problems, Solutions”, wydanej w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, a w 1977 r. w Japonii. Pisał także wiersze, również po angielsku, co wzbudziło podziw wśród miejscowych znawców problemu, bowiem nie spotkali się wcześniej z tak perfekcyjnym opanowaniem miejscowego języka przez
obcokrajowca.
W swym dorobku
miał ponad cztery i pół tysiąca prac graficznych: plakatów, ilustracji, druków reklamowych, projektów opakowań i brytyjskich znaczków pocztowych, Wśród klientów, dla których Jerzy Karo wykonywał zamówienia reklamowe lub którym służył jako konsultant do spraw reklamy, znalazły się znane zachodnioeuropejskie i amerykańskie firmy oraz koncerny. Wystawy jego grafiki i malarstwa eksponowano w wielu krajach Europy. Duża wystawa miała również miejsce w warszawskiej „Zachęcie”, a następnie w szeregu polskich miastach. Pisał także stale felietony „Z Albionu” do „Gazety Krakowskiej”, w których z olbrzymim dystansem odnosił się do tego wszystkiego co znał i zastał na Zachodzie.
W życiu prywatnym Jerzego bywało różnie  co prawda drugie z kolei małżeństwo na wiele lat ustabilizowało jego egzystencję, ale kiedy dzieci dorosły i poszły na swoje, stosunki między małżonkami nie najlepiej zaczęły się układać. Nadto zbliżała się nieunikniona starość, a wraz z nią kres akademickiej kariery, widmo emerytury, która tu oznaczać musiała zasadnicze ograniczenie wszystkich wydatków. W projektowaniu dominować zaczęły nowe komputerowe techniki, których nie znał, a nadto traktował je jak najazd Hunów na od wieków utrwalone wartości w sferze sztuk plastycznych.
Na te wszystkie bieżące rozważania
i wątpliwości nałożyły się zupełnie nowe doświadczenie i  to dopiero nieco później nastąpiło  zupełnie odmienne możliwości. W latach 80-tych zajmował się działalnością charytatywną organizując do Polski transporty z darami, a później bywał tu kilkukrotnie. Prowadził także na zaproszenie Ministerstwa Kultury i Sztuki pokazowe zajęcia ze studentami wydziałów grafiki użytkowej w Krakowie i Łodzi. Powrót do dawno opuszczonego kraju, konfrontacja jego współczesnego obrazu z tym, który zapamiętał z młodzieńczych lat, liczne kontakty w różnych środowiskach, a wśród nich z Krysią w Przemyślu  najważniejszy i ze wzajemnością  zaowocowały o kolejnej ucieczce, nie, o powrocie, jak zawsze mówił, do domu.
Jerzy wrócił do Polski
w 1985 roku, początkowo przebywał w Krakowie, potem powrócił do Przemyśla, gdzie zamieszkał z ukochaną Krysią, i wreszcie znalazł po wielu latach swój polski dom. Tutaj obok realizacji zleceń reklamowych, zajął się przede wszystkim malarstwem. Wydał także dwa tomiki poezji. Był organizatorem konkursów plastycznych dla uzdolnionej młodzieży oraz dla przemyskiego środowiska artystów profesjonalnych i amatorów. W 2004 roku profesor Jerzy Dunin-Brzeziński otrzymał Nagrodę Główną Zarządu Województwa Podkarpackiego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki.
Podczas retrospektywnej wystawy swoich prac w miejscowym BWA, w udzielonym wywiadzie, na pytanie Jakie jest Pańskie credo artystyczne: odpowiedział: Jak największy skrót. Streścić rozdział w paragraf, paragraf w zdanie, zdanie w jeden wyraz i nie zatracić przy tym sensu – to właśnie mój ideał. Innymi słowy: jeśli mogę jakąś myśl wyrazić jedną kreską, to nigdy nie
użyję dwóch.
W prasowym wywiadzie
dla „Gazety Krakowskiej” mówił Jerzy o tym, co spotkało nas teraz – o wszystkich dobrodziejstwach reinkarnacji kapitalizmu na polskiej ziemi:
„W czasie gdy wielu Polaków zdecydowało się zostać na Zachodzie, gdy niektórzy jeszcze chętnie wyjechaliby tam na stałe – Pan wraca do kraju. Jest to jakiś paradoks. Kto wiec ma racje – oni czy Pan?
– Tak, zgadzam się, że jest to paradoks, ale dla kogo? Chyba nie dla mnie. Dla mnie jest paradoksem ta zupełnie niezrozumiała chęć wyjazdu na tzw. Zachód. Wiara, że tam jest zupełnie inaczej, że wszystko jest tam tak jak być powinno, a – jak z takiego rozumowania wynika – tu jeszcze nie jest. Mnie tam pytano dlaczego wyjeżdżam, uważano mnie za szaleńca, w każdym razie za niemądrego. Biorąc pod uwagę, iż miałem tam stosunkowo wysokie, dobrze płatne stanowisko, mówiono mi, że za długo żyłem na Zachodzie, abym potrafił móc i chcieć żyć w kraju. Odpowiedziałem na to, że taką ocenę może wydać tylko ten, kto nie był na Zachodzie tak długo jak ja, a najczęściej tam nie był w ogóle.
– Ale czy Pan nie rozumie pewnej sprzeczności – dziesiątki tysięcy ludzi młodych z rodzinami i z dziećmi wyjechały z Polski, chcąc gdzieś tam budować swoją przyszłość, a Pan jeden albo jeden z niewielu wraca. Przewaga jest po ich stronie, a nie po Pana,
– Przewaga?
– Przynajmniej ilościowa.
– Tak, zgadzam się z tym, bo to są fakty niezaprzeczalne, są także i inne, niezaprzeczalne, acz mało znane – w ubiegłym roku wróciły do kraju ponad 42 tysiące Polaków, którzy na Zachodzie żyli przez długi czas. Trudno wiec nazwać mnie jednym z niewielu, którzy przyjechali na stałe do Polski. A ponadto chciałbym podkreślić, że nie zawsze jest tak, iż to co robi większość jest sensowne, acz zawsze wydaje się normalne.
– Czy to wystarcza?
– Nie wiem w ogóle czy możliwe jest porównywanie tych, których pragnieniem był wyjazd na Zachód, z pragnieniem moim, abym znalazł się w domu.
– Czy Pan jest komunistą?
– Nie, nie jestem komunista w tym sensie; że nie byłem i nie jestem członkiem partii, nie brałem także udziału w żadnej akcji politycznej, ale czy proszę Pana trzeba być koniecznie komunista, aby widzieć i docenić to co w Polsce osiągnięto od 1945 roku, jak również być świadomym tego, co nam wspólnie, razem, pozostało do zrobienia?
– Był Pan, jak niektórzy opowiadali, bardziej angielski od Anglików – Polonia traktowała Pana jak kogoś, komu się powiodło i udało. A tu taka wolta. Dlaczego?
– Polak może jeśli chce. Ja chciałem”.
O profesorze Jerzym Dunin-Brzezińskim pisał, jako jednym z niewielu z polskiej emigracji, który zrobił w Wielkiej Brytanii licząca się karierę, Rafał Habielski – „Polski Londyn”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2004 rok.
Kiedy ostatni raz
przyjechałem na Jego urodziny był już poważnie chory. Otwierając butelkę koniaku powiedział, że na żadne naświetlania i chemioterapię nie wyraził zgody. Przeżyłem w życiu wystarczająco dużo. Nie będę się męczył na starość. Wystarczy!
Na przemyskim wojskowym cmentarzu kapelan odprawiał smutną uroczystość, a ja żegnając mojego przyjaciela pomyślałem, że wrócił, jak marzył, do swojego, polskiego domu.

(Fragment z przygotowywanej książki „Wspomnienie z galaktyki Koziorożca”)

Wysiłek słabej pamięci

z okazji 76 rocznicy kapitulacji Powstania Warszawskiego

Policzyłem. Od 2004 roku opublikowano 14 moich artykułów wspomnieniowych poświęconych Powstaniu Warszawskiemu, w których opowiadałem o fragmentach Powstania, poprzedzającej go harcerskiej konspiracji, i pobycie w niewoli po jego kapitulacji. Pierwsze – pt. „Jak to było naprawdę” w czasopiśmie ”Oświata i wychowanie”, nr 7 z 2004 roku, ostatnie w tym roku, w „Angorze” z 9 sierpnia pt. „Uciekający jeńcy” i Trybunie z 3 sierpnia pt. „Leniwy cynik w Powstaniu Warszawskim”. Niektóre pisałem „na zamówienie”, bo w miarę upływu lat coraz mniej było i jest uczestników Powstania, którzy mają pewne doświadczenie z „przelewaniem myśli na papier”.

Pisałem bez studiowania dostępnej literatury, bo z doświadczenia wiem, że wtedy człowiek inspiruje się przeczytanymi informacjami i zaczyna uważać je za swoje. Opierałem się wyłącznie na własnej pamięci, niestety zawsze słabej i dodatkowo podziurawionej już po Powstaniu. Czytelnicy, którzy byłi łaskawi przeczytać cos z tej części mojej „twórczości”, wiedzą, o co chodzi, bo o tym wspominałem. Zamiast wyjść z Powstania z „bohaterskimi” ranami, dałem się bezsensownie zasypać gruzem w czasie pobytu w niewoli w mieście Munchen Gladbach w Westfalii, w niewielkim domku całkowicie przewróconym wybuchem amerykańskiej bomby, zrzuconej w czasie dywanowego nalotu. Słynna niemiecka jakość tym razem się nie sprawdziła, bo dom rozleciał się w całości – od drugiego piętra do piwnicy, w której się schroniliśmy. Przysypało mnie dokładnie, nie mogłem się ruszyć, ale część głowy miałem wolną i mogłem oddychać, coraz bardziej ubogim powietrzem. Odgrzebywali nas ręcznie koledzy z obozu ok. sześciu – siedmiu godzin. Badający mnie niemiecki felczer, a po kilku miesiącach kanadyjscy lekarze, powiedzieli, że w wyniku czasowego niedotlenienia mogę mieć kłopoty, z tzw. pamięcią wsteczną, czyli moim życiem przed zasypaniem. Mieli rację. Mam rzeczywiście ogromne luki w pamięci x okresu dzieciństwa, lat szkolnych, okupacji, konspiracji i Powstania. Pamiętam głównie epizody, w których coś mnie bardzo zmartwiło, przestraszyło, wzruszyło, albo ucieszyło.

Postanowiłem więc napisać ostatni artykuł z okazji rocznicy Powstania (w tym przypadku– kapitulacji) robiąc rachunek sumienia – powiedzieć, co dokładnie pamiętam i jestem tego pewien. Co pamiętam tylko w zarysie, ale wiem, że się zdarzyło. I czego nie pamiętam mimo, że powinienem.

Konspiracja w czasie okupacji

Chodziłem w czasie okupacji do szkoły Zgromadzenia Kupców w Warszawie i na nielegalne „komplety”, organizowane przez moje przedwojenne Gimnazjum i Liceum im. Wojciecha Górskiego. W tej pierwszej, bliżej mi nieznany kolega, zapytał w końcu 1941 roku, czy „coś robię”?. Czy gdzieś należę? Bo on ma kontakt z harcerską organizacją oporu, nazywaną Szarymi Szeregami. Może mnie zaprosić na spotkanie grupy członków, organizowane w jego mieszkaniu.

Przed wojną byłem harcerzem, więc oczywiście poszedłem. Pamiętam gdzie – na ul. Dobrą, duże mieszkanie w czynszowym domu. Zbiórka miała charakter harcerski i przyszedł na nią zwierzchnik o pseudonimie Ryszard (Michał Filipowicz), który odebrał ode mnie przyrzeczenie, uzupełniane elementami przysięgi żołnierskiej. Potem było kilka spotkań w innych mieszkaniach na Powiślu. Na niektóre też przychodził Ryszard. Wtedy omawiano zadania, jakie przed nami stawiano.

Po jednym z końcowych spotkań z tą grupą wyszedłem razem z Ryszardem, naruszając reguły konspiracji. Powiedział, że ma w stosunku do mnie szersze zamiary. Ma zbyt dużą lukę w śródmieściu i chce, abym tam zorganizował drużynę z miejscowych chłopców i – ewentualnie – także dziewcząt. Powinno być cztery zastępy po 5-6 osób, czyli w sumie nie więcej niż 25 osób w drużynie. Tą rozmowę pamiętam niemal dokładnie, bo byłem oczywiście dumny z okazanego zaufania. Już na drugi dzień przystąpiłem do „rekrutacji”.

Szło dobrze. Z reguły nieprzeciętnie inteligentni chłopcy pochodzili z różnych środowisk, ale wszyscy mieszkali w Śródmieściu. Poznawałem ich i „sprawdzałem” w szkole, na kompletach, a także w „życiu towarzyskim” na moim podwórku. Zwerbowałem też cztery dziewczyny – dwie z zaprzyjaźnionych tzw, dobrych domów i dwie z jednego z burdelików na Chmielnej. Jako 16-letnie rarytasy „obsługiwały” głównie niemieckich oficerów. Nikt ich do tego nie zmuszał. Same wybrały ten „zawód”, po ucieczce ze strefy okupowanej przez ZSRR. Przyprowadził je do nas jeden z chłopców, który mieszkał obok tego przybytku. Mówiły nieźle po niemiecku i czasem zwierzenia bardziej zaprzyjaźnionych oficerów, odwiedzających je kilkakrotnie, pozwalały na weryfikowanie informacji o ruchach wojsk. Przynosiły mi te informacje, przekazywałem je Ryszardowi a on dalej – chyba do wywiadu AK. W Powstaniu były sanitariuszkami, ale nie wiem, w jakim oddziale.

Ryszarda spotkałem po wojnie, w 1949 roku. Stąd znam jego nazwisko. Bywaliśmy u siebie jak wróciłem do Warszawy. Spotkałem też wówczas u niego Kuropatwę, nazywanego też Gozdalem – jeszcze wyższego dowódcę, – który kilka razy wizytował zbiórki zastępów mojej drużyny. Ale jego nazwiska nie pamiętam. Spotkałem tam też Wojtka Borsuka (na odmianę nie pamiętam pseudonimu), który był w mojej drużynie do Powstania.

Co robiliśmy w tej najmłodszej harcerskiej konspiracji i co pamiętam? W telegraficznym skrócie:
– malowanie słynnej dzisiaj kotwicy, wszędzie, gdzie w naszej dzielnicy udawało się to robić.. Ja malowałem sporym pędzlem maczanym w lepiku. Trzy ruchy zabierały trzy sekundy. Byli tacy, którzy robili sobie szablony – wychodziło bardziej ostro, ale poza kubełkiem z lepikiem i pędzlem, trzeba było jeszcze ukrywać i przenosić szablon.
– siedzenie z wędką nad Wisłą i liczenie pociągów i wagonów ze sprzętem wojskowym i wojskiem. Robiliśmy to stale i przekazywaliśmy wyniki przez Ryszarda, do AK.
– ochrona sygnalizacyjna nieznanych nam większych akcji, polegająca na obserwacji konkretnych ulic i sygnalizowanie (czapką, gestem, głośnym wołaniem uzgodnionego imienia), pojawienie się patrolu niemieckiego lub polskiej policji.
– nieustanne szkolenie „łącznicze” polegające na pogłębianiu znajomości Śródmieścia, Powiśla i bliskiej Woli, Poszukiwanie domów przejściowych i zespolonych podwórek, pozwalających na pokonywanie znacznych odległości, bez wychodzenia na ulicę.
– ćwiczenia w okolicznych lasach, Głównie strzelanie z wiatrówek do podwieszonych na drzewach celów. Byłem niezły w tej konkurencji.
– naklejanie lub rysowanie napisów przed kinami – „Tylko świnie siedzą w kinie”. Z miernym skutkiem. Raz rozpylałem gaz łzawiący w kinie Atlantic na Chmielnej i sam po tym przez dwie godziny płakałem.

Ostatni fakt, który pamiętam z okresu konspiracji, to skierowanie przez zwierzchników do szkoły podoficerskiej WIARUS. Pamiętam niektóre zajęcia, organizowane w budynku gimnazjum na ul. Śniadeckich. Uczono m.in. podstaw strategii, psychologii dowodzenia, i zapoznawano z podstawowymi rodzajami broni ręcznej. Przynoszono ją w kilku częściach i składano na miejscu. Pamiętam, że tak poznałem Visa, klasyczny niemiecki karabin Mausera i Błyskawicę, polskie naśladownictwo angielskiego Stena.
Pamiętam też ćwiczenia, które zorganizowano w lasach w rejonie Marki – Struga – Radzymin. Było kilkunastu chłopców. Jechaliśmy kolejką wąskotorową, znaną z piosenki „Od Warszawy aż do Marek zapie …… samowarek”. Strzelaliśmy znowu z wiatrówek, ćwiczyliśmy czołganie, był prowizoryczny tor przeszkód. I pamiętam epizod, który można nazwać patriotycznym. Wracaliśmy zmęczeni i spragnieni. Woda z manierek dawno się wyczerpała. Trafiliśmy na mały sklepik, chcieliśmy kupić coś do picia. Milczący właściciel wziął niedużą beczkę, nalał do niej pompą zimniej wody i wlał duże trzy butelki soku malinowego. Piliśmy do oporu. Przed wyjściem zapytaliśmy, ile mamy zapłacić. „Od polskiego wojska nie biorę pieniędzy” powiedział właściciel i każdemu uścisnął rękę na pożegnanie.

Powstanie

Trzy pierwsze epizody z Powstania zachowane w mojej dziurawej pamięci zaczynają się od tego, że nie przyszedł łącznik, który miał przynieść rozkazy dla mojej drużyny. U mnie w domu czekałem na niego razem z jednym z zastępów – łącznie 7 osób. Czekaliśmy do 18.00. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie przyszedł. Po 18.00 postanowiłem więc wykonać rozkaz rezerwowy i nawiązać kontakt z jednym z oddziałów AK, który już zaczął działać. Tym najbliższym był sztab Batalionu Kiliński, który zajął jakieś biuro na rogu Świętokrzyskiej i Jasnej.

Dyżurny oficer, do którego się zgłosiliśmy informując, że jesteśmy z Szarych Szeregów i mamy przeszklenie łącznicze, był wyraźnie zadowolony. Właśnie brakowało mu łączników. Od razu przyjęto od nas przysięgę wojskową i dano pierwsze zadania.

Tej nocy w ogóle nie spałem. Wysyłano mnie kolejno do oddziałów w pobliżu dzisiejszego dworca centralnego, Zachęty, na zapleczach Nowego Światu. Rano zasnąłem na jakimś biurku. Obudził mnie hałas głośniejszych, nerwowych rozmów. Zrozumiałem, że czołgi wjechały w ulicę Szpitalną i trzeba je zatrzymać. I to jest drugi epizod, który pamiętam.
Pobiegłem z innymi ulicą Jasną do Sienkiewicza i w lewo, do Szpitalnej.

Przy wyjściu z budynku ktoś dał mi butelkę z naftą (a może z benzyną?) z lontem ze szmatki. Na Szpitalnej rzeczywiście były dwa czołgi. Pierwszy z nich już się palił. Rzuciłem w niego butelkę, zapominając z podniecenia zapalić lont. Ale nie miało to znaczenia, bo butelka trafiła w płomienie i je wzmocniła. Drugi czołg się cofnął i odjechał ulicą Warecką. Ten niezręczny rzut butelką był początkiem moich „osiągnięć” w Powstaniu.

W ciągu dnia trochę spałem na biurku i chyba tylko raz wysłano mnie z amunicją do oddziału przy alejach Jerozolimskich.

Dopiero wieczorem – i to jest trzeci epizod – znacznie starsza ode mnie łączniczka otrzymała zadanie, aby doprowadzić mnie do tzw. 9 SOPU (Służba ochrony Powstania, która miała być rodzajem żandarmerii, ale stała się oddziałami liniowymi). „Przeskoczyliśmy” Marszałkowską i przez palące się ulice w pobliżu Placu Grzybowskiego doszliśmy do bliskiej Woli.

Tam znaleźliśmy 9 SOP

Co pamiętam z dalszych dni powstania?
– wielokrotnie przejścia właśnie do 9 SOPu, który stopniowo wycofywał się w stronę Centrum. Uchodziłem za specjalistę od tego kierunku.
– wielokrotne przejścia na drugą stronę Alej Jerozolimskich, ale nie pamiętam, do kogo i gdzie. Pamiętam natomiast, że po pierwszym przejściu zatrzymałem się w drodze powrotnej i pomagałem nosić płyty chodnikowe do budowy dwustronnej i nieco zagłębionej barykady.
– dwukrotne przejścia kanałami na Starówkę, – przy czym pierwsze, wobec wysokiego stanu wody w kanale pod Marszałkowską, zaczęło się od włazu na ulicy Mazowieckiej przy Placu Napoleona, do kanału o wysokości 60 cm. Czołgaliśmy się tym kanałem aż do burzowca pod Królewską. Obciążony wiszącym na piersiach plecakiem z rozkazami, amunicją i kilkoma listami z poczty harcerskiej, miałem pierwszy w życiu atak strachu. Pamiętam, że po wyjściu na Starówce włazem na Daniłowiczowskiej miałem wysoką gorączkę i serdecznie zajął się mną porucznik „Wacek” z batalionu Zośka. Znałem go z konspiracji i też spotkałem go po wojnie. Stąd wiem, że nazywał się Wacław Micuta.

– też kilkakrotne przejście kanałami na Powiśle. Tam doręczałem i odbierałem tylko koperty z rozkazami i meldunkami.
– powrót z jednego przejścia do 9 SOPu, kiedy na Świętokrzyskiej spotkałem grupę chłopców niosących mego ojca (kpt. Macedończyk), rannego kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Niestety – nie przeżył
– zdobycie PASTy. Też wracałem z trasy i obserwowałem wyprowadzanie niemieckich jeńców.
– przy przeskakiwaniu Marszałkowskiej przestrzelono mi bufiastą, zamszową bluzę na plecach. Poczułem uderzenie, nic nie bolało i dopiero po drugiej stronie ulicy ktoś mi powiedział, że mam dwie dziurki na plecach.
– kilka dni przed kapitulacją bliski wybuch pocisku z granatnika za jedną z barykad. Kilkanaście drobnych odłamków i ziaren piasku utkwiło mi w prawej nodze. Dziewczyny – sanitariuszki mozolnie to wydłubywały, zalały wódką i obandażowały.

Nie pamiętam dokładnie, po ilu dniach (25-30?) opuściłem batalion Kilińskiego i zameldowałem się w placówce batalionów harcerskich, też na ul, Świętokrzyskiej, bliżej Mazowieckiej. Miałem z nią kontakt wcześniej, ale z Kilińskiego nie chcieli mnie zwolnić. Rozkazy przejścia na Starówkę otrzymywałem już z tej placówki.

Pamiętam, że poza wycieczkami łączniczymi uczestniczyłem jeszcze kilkakrotnie w realizacji dwóch zadań o innym charakterze. Było to pilnowanie skarbca banku Pod Orłami i rozpalanie ognisk na placyku przed tym bankiem, jako punktu orientacyjnego dla radzieckich samolotów „Kukurżnik”, zrzucających nam z małej wysokości skrzynki z małymi spadochronikami, albo bez spadochronów. Pamiętam, że byłem przy rozpakowywaniu niektórych zrzutów. Były to suchary, puszki z „tuszonką”, nie zawsze pasująca do niemieckiej broni amunicja, magazynki do pepesz (popesze podobno zrzucali w innym miejscu) i bardzo dobre granaty ręczne F1.

Żywiłem się tym, czym mnie częstowano, albo dostępną niemal w każdym oddziale zupą plujką z pszenicy, zawsze silnie osłodzoną. Skąd był wszędzie cukier i pszenica – nie wiem.

Największą zagadką w mojej dziurawej pamięci jest to, że nie wiem gdzie spałem przynajmniej przez pół Powstania. Trwało 63 dni, a więc i tyle nocy. Wydaje mi się, że na biurku w sztabie Kilińskiego spałem nie więcej niż 15 nocy, 3 noce w rodzinnym mieszkaniu na Szpitalnej, 2 w budynku KKO z rogu Złotej i Jasnej i 2 na Starówce. Chyba także spałem 2 – 3 razy w dolnej części wieżowca Prudentialu. Brakuje mi ok. 30 nocy,. Jeśli brakuje nocy, to i pamięć o następnych dniach jest uboga. Nie wiem, gdzie wtedy byłem i co robiłem. Ale pamiętam, że zawsze znałem aktualne hasło i odzew, więc ktoś mi je dawał,

Kapitulacja

Z kapitulacji Powstania pamiętam tylko dwa epizody. Już było zawieszenie broni, ale wracałem z drugiej strony Alej Jerozolimskich. Zobaczyłem, że przed budynkiem BGK stoi duża grupa naszych chłopców i Niemców, broniących tego obiektu. Podszedłem. W niemal przyjacielskiej atmosferze odprężenia wymieniano jakieś pamiątki – zapalniczki, papierośnice, bazarowe pierścionki z diabłem z czerwonymi oczami, wieczne pióra. Nie miałem nic do wymiany, ale, ze swoim szkolnym niemieckim, występowałem w roli tłumacza.

Drugi epizod to rozmowa z kilkoma młodszymi lub bardzo młodo wyglądającymi chłopcami. Zastanawialiśmy się czy wyjść do niewoli, czy, udając niewinne dzieci, z ludnością cywilną. Połowa dyskutujących zdecydowała się na to drugie. Ja, Wiesio Sokół, i dwóch innych postanowiliśmy iść do niewoli tym bardziej, że zapewniano nas, iż zgodnie z aktem kapitulacji będziemy traktowani jak jeńcy z innych krajów zachodniej koalicji. Dlaczego pamiętam nazwisko Sokoła? Bo był ze mną w konspiracji i niewoli, skąd po wyzwoleniu zabrał go wuj mieszkający w Anglii. Tam skończył studia i wrócił do kraju. Znalazł mnie i utrzymywaliśmy koleżeńskie kontakty.

Kolejne trzy obrazy, to wymarsz długiej kolumny z Warszawy w kierunku Ożarowa. Przejście przez budynek na placu Narutowicza, gdzie oddawano broń. Od tego miejsca kolumna była już „ochraniana” przez niemieckich żołnierzy. Pamiętam to, bo zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie.
W halach fabryki kabli w Ożarowie było dostatecznie luźno, aby znaleźć miejsca do spania i porozmawiać. Pamiętam, że przyszły do mnie znajome dziewczyny z Szarych Szeregów. Jedna z nich była sanitariuszką, miała torbę z wyposażeniem, w którym były też bandaże i wata. Zmieniła mi opatrunek na nodze.

Z przejazdu wagonami towarowymi do obozu w Fallinbostel na terenie Niemiec (Stalag XIB) pamiętam tylko wydłubywanie scyzorykami „sanitarnej” dziury w podłodze wagonu, techniczny postój na dworcu w Poznaniu, gdzie machaliśmy przez zakratowane okienka zdjętymi biało – czerwonymi opaskami. Zaskoczone miny Polaków stojących na peronie i częściowo udane, mimo oporów ochrony, próby podawania nam wody i przygotowanych do pracy kanapek.

Z obozu w Fallinbostel, w którym byłem krótko, pozostały mi w pamięci też tylko dwa zdarzenia. Niemal entuzjastyczne powitanie przez sektor francuski, z okrzykami wsparcia, śpiewaniem Marsylianki i rzucaniem rarytasów z paczek – papierosów, małych konserw a nawet czekolady. Prowadzono nas drogą obok tego sektora, ogrodzonego płotem z drutu kolczastego. Spytaliśmy Francuzów, czy to jest duży obóz. Powiedzieli, że bardzo duży, że jest w nim ponad 70 tysięcy jeńców.

Drugie zdarzenie, to kilkugodzinne stanie na obozowym placu apelowym. Niemieccy oficerowie z pomocą podoficerów usiłowali nas „zewidencjonować” i odebrać nam scyzoryki i inne noże, pasy wojskowe i legitymacje AK. Trudno im to szło. Wszyscy musieli podać imię, nazwisko, imiona rodziców i datę urodzenia. Pisanie polskich nazwisk budziło uśmiechy goryczy. Byli chłopcy, którzy nie mieli żadnych dokumentów. Jeśli wyglądali młodziej, podawali wtedy późniejsze, ale wiarygodne, daty urodzenia. Tak im doradzali starsi koledzy zakładając, że Niemcy będą „młodzież” łagodniej traktowali w przypadkach naruszeń dyscypliny obozowej lub próbach ucieczek.

Po kilku (a może kilkunastu?) dniach kilkuset chłopców, już bez oficerów, których wywieziono do obozów oficerskich (Oflagów), przewieziono do mniejszego obozu VIJ w Dorsten. Pamiętam zadowolenie, jakie nas ogarnęło, gdy udało się wyciągnąć od wachmanów informacje, że Dorsten położone jest jeszcze bardziej na zachód, i że obóz jest bardzo dobrze prowadzony przez wycofanych z frontu oficerów – inwalidów.

To się sprawdziło. Obóz w Dorsten był relatywnie mały i „przyjazny”. Było w nim trochę Polaków – „wrześniowców”, kilkuset Francuzów, parę tysięcy Rosjan i wśród nich także Polaków „od Berlinga”. Była też garstka świeżych jeńców, którzy lądowali pod Arnhem „o jeden most za daleko”.
Ale i w Dorsten nie byłem dłużej niż miesiąc. Pamiętam, że wraz z kilkudziesięcioma chłopcami wyraziłem zgodę na przeniesienie jeszcze dalej na zachód, do Munchen Gladbach. Głupio ulegliśmy zapewnieniom, że tam – w podobozie 365 – wprawdzie trzeba będzie pracować, ale za to dostaniemy lepsze wyżywienie i warunki „pobytu”.

Pamiętam przyjazd samochodem ciężarowym do M. Gladbach i wstrząs, jaki przeżyłem, widząc stare i przechylone podmuchami bomb baraki. Pamiętam poranek następnego dnia, budzenie wrzaskiem „funf uhr – aufstehen!!”, ciepłą wodę zaprawioną jakimiś ziołami, jako herbatę, lodowato zimną wodę w zbiorowej i jedynej łazience, bochenek chleba na sześciu, kostkę margaryny na 15-tu, małą kostkę marmolady z buraków.
Pamiętam, jak malowaliśmy białą farbą na dachach baraków pokrytych czarna papą napisy „KGF – PL”. Wymusiliśmy zgodę na to od komendanta obozu, bo bomby spadały blisko. Pamiętam satysfakcję, kiedy alianckie myśliwce z osłony bombowców, obniżyły wysokość lotu, przeleciały nad obozem niemal zahaczając o sąsiadujące budynki i zamachały skrzydłami. Uznaliśmy, że zrozumieli. I chyba mieliśmy rację, bo przy kolejnych nalotach bomby wybuchały znacznie dalej i już nam nie zagrażały.
Pozytywem pobytu w tym podobozie było włączenie do 10 osobowej grupy pracującej w tzw. „Kraisleitung komando”, najmującej się głównie usuwaniem gruzów. Jej szefem był cywilny i wiekowy, ale uzbrojony w pistolet, majster, z krzyżem żelaznym wiszącym pod szyją, otrzymanym po I wojnie światowej. Nie mówił tego, ale z jego zachowania wynikało, że jest przeciwnikiem panującego ustroju. Traktował nas niemal jak synów. Żadnych krzyków, żadnego popędzania. Zgoda na zabieranie z piwnic zburzonych domów weków z mięsem, warzywami i owocami, a także bielizny. Potrafił kończyć pracę grupy wcześniej i zabierać nas do domu, w którym jego żona karmiła nas zsiadłym mlekiem z kartoflami. Płakała przy tym, bo jeden z nas, blondynek o wyglądzie nastolatka, przypominał jej syna, który zginął na wschodnim froncie. Odwdzięczyliśmy się tej rodzinie w sierpniu 44, przywożąc duży ładunek wojskowej żywności.

I to tyle wojennej „pamięci wstecznej”. Wszystko, co pamiętam Odsyłam do początku felietonu. Zasypało mnie właśnie w czasie pracy w tej grupie. Dalsze losy, – czyli próba ucieczki, wyzwolenie, włączenie do sił pomocniczych II Armii Kanadyjskiej i potyczki z niedobitkami oddziałów SS, w końcu skomplikowany powrót do raju, pamiętam już lepiej. To są wprawdzie też następstwa Powstania, ale nie mają z nim bezpośredniego związku.

Kapsułki Pamięci

„Stadion” i takie inne mecyje
Był rok 1965, miałem osiem lat i mieszkałem w bloku przy ulicy Sierocej w moim rodzinnym Lublinie. Pewnego dnia dwaj panowie ze sklepu ZURT wnieśli do naszego mieszkania cud techniki, a to mianowicie odbiornik telewizyjny marki „Stadion”, produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Było to wielkie wydarzenie, jako że telewizję widywałem dotąd wyłącznie u sąsiadów. Odbiorniki telewizyjne posiadało wtedy jeszcze relatywnie niewiele rodzin, a banalnym sprzętem codziennego użytku stały się, stopniowo, dopiero wraz z upływem lat. To był zresztą powszechny w tamtych czasach obyczaj – chodzenie na telewizję do sąsiadów. W użytku były małe odbiorniki, beryle, ametysty, korale, topazy, szmaragdy, o ekranach wielkości na ogół 16-17-cali, w drewnianej obudowie, lakierowanej, z modnymi wtedy „słojami”, emitujące ziarnisty, niedoskonale wyraźny, czarno-biały obraz.
Niektórzy zawieszali na ekranie tzw. filtry, ze szkła koloru rudo-miodowego. Podobno miały one dawać namiastkę kolorowego obrazu, choć słyszałem też, że miały na celu chronienie przed jakimś promieniowaniem. Ów miodowo-rudy obraz z zielonkawymi refleksami słabo jednak przypominał kolorowy ekran z kin. W tej postaci podglądałem u sąsiadów z klatki schodowej n.p. niektóre odcinki serialu „Bonanza”, ze słynną płonącą mapą i skoczną melodią w czołówce czy „Przygód hrabiego Monte Christo”, emitowano wtedy i taki serial.
Kiedy telewizor został wyjęty z pudła, zobaczyłem, że ten cud techniki jest mało podobny do znanych mi telewizorów sąsiedzkich. Miał obszerniejszą obudowę, jasną, matową, a ekran mierzył 23 cale, bardzo dużo w porównaniu z mniejszymi ekranikami sąsiadów. Kilku z nich zapukało nawet do naszego lokum i poprosiło o możliwość obejrzenia tego cudu techniki. Oglądali go ze wszystkich stron i cmokali z podziwu.
Nasz telewizor był do tego zagraniczny, bo produkcji NRD (słowo „zagraniczny” brzmiało w tych czasach dumnie i szumnie) i nawet nazwę miał imponującą, kojarzącą się z dużą przestrzenią: „Stadion”, a nie tam jakiś topaz czy beryl.
Jeśli do tego dodać, że od dwóch lat ojciec kłuł oczy sąsiadów naszym wspaniałym autem „Wartburg 312 Standard”, także produkcji NRD, w kolorze seledynowo-białym, którym zajeżdżał z pyrkaniem (typowe dla tzw. dwutaktów, także dla syrenek) na podwórko przed drzwi garażu, to w konkurencji prywatnej techniki użytkowej prowadził w bloku już dwa do zera. Ot taki, drobny rys obyczajowy z dawnych czasów. Nie zapamiętałem bardzo wielu ważniejszych personaliów, wydarzeń i rzeczy z dużo późniejszych czasów, a te, w końcu duperelki, jakoś przykleiły się do pamięci, która jest fenomenem potrafiącym płatać niebywałe figle.
Jak padłem na kolana przed Zbigiem
28 maja 1989 roku, na kilka dni przed sławetnymi wyborami 4 czerwca, czyli w czasie trwania w Polsce epokowej gorączki politycznej, do Lublina zjechał Zbigniew Brzeziński, ikona światowego antykomunizmu, sławny „jastrząb”, były doradca prezydenta USA Jimmy Cartera, ale też silnie współpracujący z Ronaldem Reaganem.
Dziś większość z nas oswojona jest z bezpośrednimi spotkaniami ze sławnymi osobami, atrakcja ta spowszedniała, a poza tym żyjemy w epoce wszędobylskich mediów, które zdążyły nas przez trzydzieści lat oswoić nie z takimi wydarzeniami, ale wtedy, w bardzo innych czasach, wizyta tak sławnej postaci była nie lada sensacją, zwłaszcza w prowincjonalnym jednak Lublinie. W ciepłe, słoneczne przedpołudnie udałem się więc na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie w tamtejszej auli miało odbyć się spotkanie gościa z publicznością, która przybyła bardzo tłumnie. Panowała atmosfera wibrującej, wiecowej ekscytacji, w jakiej nigdy wcześniej w życiu się nie znalazłem.
Żyłem kameralnie, a uniesienia lat 1980-1981 jakoś mnie nie chwyciły emocjonalnie (nawet udział w wiecu z Wałęsą na stadionie „Lublinianki” przy ulicy Leszczyńskiego mnie nie podkręcił), a w demonstracjach i emocjach 1982 roku i całego stanu wojennego nie uczestniczyłem, obserwując je jako dość chłodny obserwator. Nawet trzy tygodnie wcześniej, gdy 3 maja 1989 znalazłem się w gęstym tłumie u zbiegu ulic – Krakowskiego Przedmieścia, Kołłątaja i Trzeciego Maja, zgromadzonym wokół pomnika Konstytucji stojącego na obrzeżu placu Litewskiego, także nie zrobiło to na mnie szczególnego wrażenia. Jednak tym razem stało się inaczej.
Ekscytacja tłumu udzieliła mi się mocno, pewnie głównie z uwagi na osobę sławnego gościa. Tłum w auli gęstniał z minuty na minutę. W pewnym momencie dał się słyszeć z zewnątrz sali jakiś narastający pomruk zmasowanych odgłosów i po chwili w drzwiach sali pojawił się sławny „Zbig”, elegancki, sprężysty sześćdziesięciolatek w nienagannie skrojonym garniturze.
Wniósł powiew wielkiego świata. Nie tyle wszedł, ile zgrabnymi susami człowieka wysportowanego wskoczył na podium wznosząc rękę w rytmie machającym, z palcami dłoni rozcapierzonymi w kształt „V”, sławnego „zajączka”. Sala zareagowała radośnie i powitała go burzliwymi, rzęsistymi oklaskami. Stałem na górnej galerii i obserwowałem scenę z wysokości poziomu półpiętra.
Nagle, w momencie gdy Zbig wbiegł, nogi dosłownie ugięły się pode mną z wrażenia tak, że musiałem uklęknąć na posadzce. W ułamku sekundy uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy w życiu na własnym organizmie doświadczam tego, o czym do tej pory czytałem tylko w książkach i traktowałem raczej jako zwrot stylistyczny („ugięły się pod nim nogi”).
W jednym momencie, nie mogąc utrzymać nóg w pozycji wyprostowanej, osunąłem się, łagodnie, na posadzkę, obok balustrady i przez dłuższą chwilę nie mogłem się podnieść. Bardzo mnie to zszokowało i nawet zawstydziło, sytuacja była tragikomiczna, byłem zaskoczony reakcją mojego organizmu, ale korzystając z gęstej ciżby postanowiłem ją ukryć. Zamarkowałem, że przysiadam na podłodze dla wygody i w celu uzyskania lepszego punktu obserwacyjnego, tym bardziej, że marmurowa balustrada galerii miała od dołu szeroki, ażurowy prześwit, pozwalający patrzeć na salę także z poziomu posadzki.
Zresztą, w atmosferze ogólnej ekscytacji obecnością światowej sławy celebryty politycznego i tak chyba nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Po owacji na stojąco, w której ja uczestniczyłem na siedząco i bez oklasków, zabrał głos młody, pucołowaty ksiądz Alfred Wierzbicki (dziś profesor KUL, znany jako liberalny duchowny, od czasu do czasu zapraszany do TVN w charakterze krytyka PiS i biskupów), zaczynając spotkanie po amerykańsku, od anegdoty. Zacytował mianowicie podpis pod rysunkiem z „New Yorkera”, przedstawiającym siedzących przy stole dwóch zabrudzonych robotników, z których jeden zwraca się do drugiego słowami – „As profesor Brzeziński said…”. Brzeziński zareagował na to dowcipną ripostą: „Ale trzeba dodać, że obaj ci robotnicy byli pijani”, co sala przyjęła huraganowym śmiechem i oklaskami.
Zdaje się, że ten rozluźniający akcent na początek spotkania podziałał korzystnie na moje kończyny. Powstałem i już do końca spotkania utrzymałem się na nogach.
Z Witkacym nad łóżkiem ‘75
W PRL, czyli czasach między innymi mojej szkolnej młodości, zdarzyło mi się kilka razy spędzić zimowe ferie w Zakopanem, w „Zakopcu”, jak się zwykło mawiać. Jeździliśmy tam z kolegami, trochę poimprezować, naśladując tym samym, w skromnym wydaniu, styl życia „złotej młodzieży” tamtych czasów. Za pierwszym razem w na przełomie stycznia i lutego 1975 roku udałem się tam w towarzystwie dwóch miłych kolegów szkolnych, braci Piotrka i Andrzeja.
Po żmudnej zimowej, nocnej podróży pociągiem z Lublina przez Warszawę, dojechaliśmy nad ranem na zakopiański dworzec, a następnie dotaskaliśmy się z bagażami do zarezerwowanej kwatery w willi przy ulicy Żeromskiego. Zainstalowaliśmy się tam w trzyosobowym pokoiku na piętrze. Wieczór dnia przyjazdu uczciliśmy opróżnieniem butelki Jasia Wędrowniczka, nabytej w popularnym sklepie WSS Społem na Krupówkach oraz słuchaniem z kasety muzyki Budki Suflera, w tym majestatycznych brzmień „Cienia wielkiej góry”.
Gdy na zakończenie imprezki postanowiliśmy, zgodnie ze znanym alkoholowym rytuałem, potłuc kieliszki o balustradę balkonu, szklana materia stawiła opór i pomimo kilku naszych usilnych prób, naczynia ocalały, co przyniosło nam pożytek, jako że przez kolejne dni także nie wylewaliśmy za kołnierz.
Nabyte, także we wspomnianym sklepie WSS Społem, kieliszki okazały iście pancerną odporność. Tak hartowało się szkło! Być może nazajutrz zauważyłem, że nad jednym z naszych łóżek, w skromnym, gościnnym pokoju, wisi, oprawiony w tandetną ramkę, portret nieznanej mi postaci, najwyraźniej autorstwa Witkacego. Nie miałem pojęcia czy to oryginał, czy kopia, zresztą o Witkacym miałem wtedy niewiele więcej niż blade pojęcie.
Pewnego dnia, nasz gospodarz, sympatyczny starszy, samotny pan zagadnął nas i wciągnął w pogawędkę, chyba w kuchni, z której korzystaliśmy. Gdy zagadnąłem go o wspomniany obrazek, potwierdził, że to „oryginalny Witkacy” i żartobliwie, z uśmiechem przestrzegł nas, abyśmy „nie próbowali go gwizdnąć”. Przy okazji opowiedział nam o genezie obrazka, który przedstawiał portret ojca jego nieżyjącej już żony, doktora Biruli-Białynickiego, lekarza i przyjaciela Witkacego. Doktor dozował stosowane przez szalonego artystę narkotyki, starając się ograniczyć wiążące się z tym niebezpieczeństwo dla jego życia i zdrowia.
Witkacy odwdzięczył mu się portretem. Po wielu latach, gdy intensywnie zainteresowałem się postacią i twórczością Witkacego, pamięć faktu, że nieco ponad tydzień mieszkałem w czasach młodości w pokoju, gdzie na ścianie wisiał obraz, który wyszedł spod jego ręki, nabrał dla mnie posmaku z lekka mitycznego.

Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.

Krótka historia jednego długiego życia

Spotkaliśmy się w kawiarni na rogu Grochowskiej i Rycerskiej na poznańskim Grunwaldzie. Miejsce, w którym zamierzaliśmy porozmawiać z Hieronimem Andrzejewskim, dziewięćdziesięciotrzyletnim, sędziwym działaczem poznańskiej lewicy, znajdowało się w niewielkim oddaleniu od mieszkania naszego rozmówcy.

Wspólnie z Bogdanem Zastawnym, mym druhem z ZMS, zabiegaliśmy o zgodę na rozmowę w nadziei uczynienia jej treści jednym z rozdziałów trzeciej już książki wspomnieniowej spisanej rękami członków i przyjaciół wielkopolskiej organizacji ZMS. Z naszym interlokutorem znaliśmy się od dawna.
Spotkając się na zebraniach organizowanych przez poznańską Radę Miejską SLD – jesteśmy członkami tej partii – nie mieliśmy jakoś dotąd okazji, aby porozmawiać o przebogatej historii, którą zapisał swą nadzwyczaj żywotną działalnością w powojennym ruchu młodzieżowym i robotniczym, aktywnością w PZPR, oraz kolejarską pasją zawodową, w ZNTK.
Natura rzeczy
Czuliśmy się ponaglani przez czas: 93 lata życia, które ma za sobą, nie naznaczyły jakiś nadzwyczajnych, stosownych do wieku, rzucających się w oczy ograniczeń w zachowaniu i fizycznej postawie naszego bohatera. Dolegliwością poważną pozostaje osłabienie wzroku. Natura, zachowując niemal młodzieńczą sprawność Jego zasobnej pamięci, okazała łaskawość. Przez kilka godzin wsłuchiwaliśmy w historię życia kogoś, kto urodził się na kilkanaście lat przed wybuchem II wojny, przeżył mroki niemieckiej okupacji, po wojnie wykazał zdumiewającą pracowitość, którą godził z pasją polityczną i społeczną.
Historię swego życia przekazywał nam głosem zaledwie nieco spowolnionym i przyciszonym, przerywanym nie częstymi chwilami zastanowienia się nad jakimś detalem. Nie krył zgorzknienia bezrozumną mściwością prawicowej władzy, która ludzi Jego – naszego – pokroju chce pozbawić honoru oraz prawa do życiowej satysfakcji. Ucieszył się, że zamierzamy, to co przeżył, utrwalić w spisanym słowie, i przechować na lepsze czasy.
Kilka dni później odwiedziłem Hieronima Andrzejewskiego w Jego niewielkim mieszkaniu, w nieco postarzałym nieźle utrzymanym budynku spółdzielczym na ulicy Cześnikowskiej. Już od samego progu rzuciła się mi w oczy skromność materii, pośród której zamieszkuje.
Nieco archaiczna faktura oraz kolorystyka wypełnienia lokum kreowały klimat swoistej kapsuły czasu: uwięzienia – miałem takie wrażenie – gdzieś pośród lat siedemdziesiątych minionego wieku. Przy kuchennym stole, gdzie przysiedliśmy, odczytałem na głos – wzrok ma słaby – tekst naszej rozmowy. Wnosząc kilka niewielkich poprawek, zaakceptował treść.
Z każdą chwilą konwersacji, którą wiedliśmy, intuicja podsuwały mi poczucie sączenia się i obecności bolesnego rozdarcia pomiędzy rzucającą się w oczy skromnością tego człowieka, godnym naśladowania i szacunku wypełnieniem Jego życia, a zakusami politycznych nikczemników, skazujących całą pamięć, jaką posiadł – wszystko co niegdyś zawodowo i społecznie czynił – na poniewierkę i zapomnienie.
Trzymam się nadziei, że pomimo właściwej demokracji wielości poglądów i opinii, nic nie jest w stanie tej pamięci zszargać: żadne zawirowania zmiennego biegu polityki oraz knowania szubrawców piszących od nowa polską historię. Niniejszy zapis znaków życia Hieronima Andrzejewskiego, skromny, ściśnięty do ośmiu – dziewięciu stron maszynopisu, więc w sposób oczywisty niepełny – naszkicowany zaledwie – poczytuję sobie za zaszczyt.
Moje przedwojnie
Urodziłem się w podpoznańskim Luboniu w pamiętnym roku zamachu majowego Piłsudskiego – 1926. Większość mego rocznika zdążyła już opuścić ten świat. Niezliczona część odeszła za przyczyną okrucieństw sześcioletniej wojny i okupacji, później skutkiem bezlitosnych decyzji matki natury.
W przedwojennej, najmłodszej odsłonie życia nie potrafiłem wyobrazić, jak potoczy się moja przyszłość. Marzenia i plany nie zdołały jeszcze nabrać wyraźnych konturów. Nasza rodzina – mama i czworo dzieci – zadawalała się skromnym pokojem z kuchnią. W domu nigdy nie się przelewało. Na lepsze lokum nie było nas stać.
Nawet ciotka, u której przez pewien czas zamieszkiwaliśmy, nie należała do bezinteresownych – życie było ciężkie. Nasze skromne menu wspomagaliśmy zdrowym, tłustym mlekiem od kozy, którą mama trzymała przy domu. Wiedziała, że w odróżnieniu od mleka krowiego, kozie nie toleruje prątków gruźlicy, co było dodatkowym atutem, przemawiającym na korzyść jego picia. Zresztą innej opcji wtedy, zwłaszcza potem w dobie okupacji, nie było.
Zanim wybuchła wojna zdołałem ukończyć sześć lat obowiązkowej nauki w podstawówce. Uczyłem się dobrze. Szkoła, jak się potem okazało i o czym nie zdołałem się już w porę dowiedzieć, dała mi skierowanie do gimnazjum, do którego można były uczęszczać po sześcioletniej nauce w szkole podstawowej.
Dobrze zapowiadającą się przyszłość – nobilitującą naukę w gimnazjum, na koszt państwa – przerwała wojna.
Wojna i okupacja
Miałem trzynaście lat kiedy wybuchła ta okropna wojna. Obrazy i wrażenia, które wyniosłem z owego, ciągnącego się sześć długich lat okresu, najchętniej wymazałbym z pamięci. Jest to jednak niemożliwe.
Ciągle uwierają. W wieku lat trzynastu i pół zacząłem pracować w firmie budowlanej należącej przed wojną do polskiego właściciela Urbaniaka. Siedziba firmy znajdował się na drodze Dębińskiej – jeszcze stoi willa, w której się mieściła. Po zajęciu Poznania przez Wermacht została przejęta przez władze niemieckie. Do pracy został mnie niemiecki Arbeitsamt w lutym 1940 roku. Podobnie jak inni pracujący Polacy otrzymywałem skromne wynagrodzenie za dwunasto godzinną codzienną harówkę – w niedzielę pracowaliśmy osiem godzin.
Robota była ponad siły dziecka, którym byłem. Skutkiem nadmiernego wysiłku często leciała mi krew z nosa. Początkowo wykonywaliśmy prace w budynku obecnego Urzędu Miasta na placu Kolegiackim.
Obiekt dostosowywaliśmy do wymogów nowych, niemieckich władz Poznania. Należało odpowiednio przerobić wszystkie pokoje – zrywaliśmy zużyte linoleum, kładąc potem parkiet; rozbieraliśmy stare piece kaflowe, stawiając w ich miejsca nowe.
W budynku urzędował przez pewien czas Arthur Greiser, przed tym, zanim przeniósł swoją siedzibę do Zamku. Jedną z mych ostatnich okupacyjnych robót była budowa domów mieszkalnych na ulicy Marcelińskiej, potem, przez pół roku, aż do wyzwolenia, na Cytadeli przy różnych pracach budowlanych na strzelnicach, na których testowano broń strzelecką produkowaną przez poznański „DWM” – „Deutsche Waffen und Munitionsfabriken A.G”.
Przy Każdym wejściu na teren poznańskiej twierdzy uprzedzano nas, że wolno nam patrzeć wyłącznie przed siebie. Z uwagi na wojskowy charakter obiektu, rozglądanie się było kategorycznie zabronione – ciekawość mogła skończyć się śmiercią. W grudniu 1944 roku byłem mimowolnym świadkiem przyjazdu na Cytadelę Gauleitera, Arthura Greisera, który przybył – jak się później dowiedziałem – odebrać gotowość twierdzy do obrony przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi. O wizycie dowiedzieliśmy się od pilnujących nas Niemców.
Kazali nam na ten czas wejść do podziemi, gdyż jako Polacy nie byliśmy godni oglądania hitlerowskiego dostojnika. Sprawa potoczyła się w moim przypadku zaskakująco inaczej: nadzorujący nas polski kierownik, żyjący w znakomitej komitywie z ważnym niemieckim urzędnikiem z DWN, polecił mi wybić sęki w ścianie swego służbowego pomieszczenia.
Dzięki tej operacji dane było kilkuosobowej grupie Polaków, łącznie ze wspomnianym kierownikiem, obserwować oficerów SS oraz samego Greisera, zapoznających się z walorami obronnymi poznańskiej twierdzy.
Mroźny styczeń
U progu wojny, o czym już wspomniałem, miałam trzynaście lat, kiedy wojenny koszmar dobiegał końca lat dziewiętnaście. Któregoś dnia mroźnego stycznia 1945 roku zauważyłem w Luboniu pierwszych Rosjan, atakujących pozycje niemieckie. Z bezpiecznego miejsca i odległości obserwowałem nieosłoniętych żołnierzy, biegnących do ataku na wprost, padających od kul dobrze ukrytych za domami Niemców. I to była śmierć prawdziwa, nie ta, jaką oglądamy na filmach wojennych.
Nieopodal ujrzałem dwie umundurowane kobiety – żołnierki – mocujące się z kablem telefonicznym, który w widocznym trudzie oraz pośpiechu rozwijały z podwieszonego na plecach bębna. Wiedziony impulsem niesienia pomocy podbiegłem do nich.
Ich czarne, grube i twarde od mrozu oraz wojennego brudu palce nie radziły sobie z zapętleniem drutów. Szybko i sprawnie udało mi się im pomóc. Miałem niejaki kłopot z dogadaniem się, gdyż nie znałem rosyjskiego. Zrozumiałem, że zamierzają biec w kierunku pola, które rozpościerało się za trzecią, widoczną nieopodal chałupą, za którą byli okopani Niemcy.
Wokół latały kule, bieg w tym kierunku oznaczał pewną śmierć. Gestykulując, udało mi się je przekonać, że mają pochylić się i biec za mną ku nieodległej skarpie opadającej w kierunku Warty. W akcie męskiej solidarności zarzuciłem na plecy ciężki bęben ze zwojem drutu.
Skryci za naturalną osłoną parliśmy troje do przodu. Udało nam się wkrótce dotrzeć do sporej kępy krzaków, w której w mrozie i śniegu ukryty był ruski obserwator – zwiadowca, niecierpliwie oczekujący na dostawę przedmiotu naszej mordęgi. Żołnierki szybko wyjaśniły mu moją „bohaterską” rolę, poczynioną w akcie udrożnienia wojennej komunikacji. Nie zapomnę, jak mnie wyściskały.
Ściemniało się. Pośród zimnego mroku wracałem biegiem do rodziny, do domu, u progu którego niespodziewanie natknąłem się na żołnierza z pepeszą. Zatrzymał mnie, pytając co tu robię. Odpowiedziałem, że mieszkam – tu jest moja rodzina, mój dom. Zrozumiał, przepuścił machnięciem ręki, pokazując, że matka poszła w kierunku fabryki.
Pojąłem, że mama oraz bracia podążyli do sąsiadki mieszkającej w przyfabrycznej kamienicy. Pobiegłem. Szczęśliwie zastałem wszystkich, w tym zapłakaną mamę przekonaną, że pewnie zginąłem. Zostałem zaskoczony obecnością kogoś jeszcze, mianowicie radzieckiego żołnierza, pichcącego na piecu kolację, której ponętna woń, za sprawą sześcioletniej okupacyjnej mizerii, pozostawała dla mnie odległym wspomnieniem. Okazało się, że sąsiedni pokój zajmują radzieccy pułkownicy, zaś trudzący się przy kuchennym piecu żołnierz jest ich kucharzem, przygotowującym wieczorny posiłek.
Mama wyjaśniła oficerom kim jestem. Przyjacielskim gestem zaprosili nas do stołu, na którym wylądował spory półmisek z wonnym mięsiwem, na widok którego zbaraniałem, gdyż czegoś takiego nie widziałem i nie jadłem od lat. Wygłodzony, zostałem na wstępie poddany nieznanej mi żołnierskiej ceremonii, polegającej na wypiciu przed posiłkiem szklanki wódki.
Nie sposób było odmówić. Alkohol okazał się być zmarzniętym spirytusem. Temperatura trunku złagodziła trud przełknięcia. Wygłodzony i niezaprawiony w boju żołądek zareagował niemal natychmiast.
Jak szybko wypiłem, tak szybko padłem, bez skosztowania dania mięsnego. Dowiedziałem się potem, że położono mnie do łóżka, a radziecki lekarz towarzyszący oficerskiej gromadzie nie stwierdził nic poważnego, poza typowo alkoholową reakcją młodego i wygłodzonego organizmu.
Za przyzwoleniem oficerów doceniających mą bohaterską postawę, odbiłem to sobie na następny dzień: mnie oraz resztę domowników zaproszono do wypasionego stołu. Do naszego domu zdołaliśmy powrócić dopiero po pięciodniowym pobycie w piwnicy u sąsiadki, właściwie bez wyżywienia – wokół trwały walki.
Tu należy wyjaśnić, że posuwający się ku Poznaniowi od południa odcinek frontu zatrzymał się na parę dni w Luboniu. Piechota, która jako pierwsza, po sforsowaniu Warty przedarła się w tę okolicę i umocniła w tutejszych budynkach fabrycznych, oczekiwała na posiłki, zwłaszcza na wsparcie czołgów.
Wracaliśmy w domowe pielesze korzystając z chwili względnego spokoju. Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że stacjonuje w nim młody radziecki oficer z kilkoma innymi żołnierzami, znający, jak trafnie wywnioskowała mama po leżącej na stole książce, język niemiecki.
Wojak, zaskoczony językiem, w którym mama zwróciła się do niego – nie znaliśmy rosyjskiego – poprosił, aby przygotowała ciepłą zupę. Oświadczył, że przez pięć dni posilali się wyłącznie zmarzniętym chlebem. Nasze zdziwienie żołnierską prośbą było ogromne.
Pytanie brzmiało, z czego upichcić ciepłą strawę. Wprawdzie w domu było trochę marchwi i pory, na zupę za mało. Na odpowiedź nie był trzeba długo czekać: i oto po chwili zjawił się na stole przytargany z zewnątrz, zamarznięty na kość ogromny indyk, do ugotowania którego, z uwagi na wielkość ptaka, należało zastosować kocioł do prania. Po ugotowaniu wojacy zaprosili nas do wspólnego, ponętnie pachnącego posiłku.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy oficer zdecydowanym ruchem oderwał ociekające indyczym rosołem wielkie indycze nogi, podał mi oraz siostrze, część piersi wręczył młodszemu bratu.
Mama skonfundowana żołnierskim gestem podniosła krzyk, abyśmy nie jedli, tłumacząc oficerowi – po niemiecku – że dorodne kawały mięsa należą się im, umęczonym sołdatom, my zaś zadowolimy się gorącą zupą, która i tak będzie dla nas prawdziwą ucztą.
Nigdy nie zapomnę słów oficera wyjaśniającego ten zaskakujący gest: my też mamy rodziny oraz dzieci, zostawiliśmy je w domu. Zastanawiamy się nieustannie, co się z nimi dzieje: czy żyją, czy są zdrowi, czy mają co jeść. Jesteśmy zadowoleni, że możemy podzielić się z wami – nie naszymi dziećmi; czyż nie jest to tak jakbyśmy częstowali swoje dzieci ? Ciepły i pachnący rosół z indyka, z makaronem sporządzonym z kostki sprasowanego produktu dobytego z żołnierskich zapasów, to dla nas i tak wielki rarytas.
Uczty tej nie zapomnę do końca życia. Co dziwne, po nasyceniu żołądka indyczą nogą, dopiero poczułem głód. I to był mój początek powrotu do normalności. Doświadczenie, o którym wyżej, wpoiło we mnie szacunek do Rosjan.
Zapamiętałem żołnierzy, których poznałem, oraz obserwowałem jak atakowali Niemców, padali i umierali na moich oczach, jako żywy fragment narodu, który nas ocalił i wyzwolił od koszmaru niemieckiej okupacji. Jestem już stary, nie potrafię zrozumieć, jak można we współczesnej mi Polsce z tak bezrozumną łatwością pomiatać ich pamięcią.
Po wojnie
Miałem wrodzoną pasję działania. Chcąc włączyć się w Luboniu do stanowienia powojennego porządku, zamierzałem, w pierwszym odruchu, dołączyć do szeregów milicji. Zamysł ten szybko mi wyperswadowano, tłumacząc odmowę brakiem obejścia z bronią, a czasu na szkolenie nie ma.


Komendantem PW – „Przysposobienia Wojskowego” na Luboń był starszy sierżant zawodowy wojska polskiego. Wczesno powojennym dziełem komendanta było zorganizowanie w Luboniu trzech hufców tej organizacji. Poprosiłem go o przyjęcie, skutkiem czego zostałem skierowany do hufca w Luboniu.
Dzięki szkoleniowym sukcesom mego zespołu, oraz osobiście mym, zostałem zauważony przez komendanta. Zaczęto mnie stawiać jako przykład osiągania wzorowych wyników szkolenia. Przy najbliższej okazji pożaliłem się – wyznałem mu, że „nie mam szkoły”, a bardzo chciałby się uczyć – jak wcześniej wspomniałem ukończyłem przed wojną sześcioletnią podstawówkę.
Mój protektor uświadomił mi, że w Poznaniu działa towarzystwo „OMTUR „ – „Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych”, której korzenie sięgają Polski przedwojennej: zostało założone na obszarze II RP po I wojnie światowej. Moją szansą było ukończenia przedwojennej podstawówki, w której nauka trwał sześć lat, jako sfinalizowania nauki na powojennym poziomie siedmiu klas.
Powojenna mizeria
Dzięki staraniom mego lubońskiego opiekuna znalazłem się w poznańskiej siedzibie OMTUR-u, gdzie otrzymałem propozycję wyjazdu do Warszawy na trzymiesięczne szkolenie dla młodych ludzi. Wyjaśniono mi również, że wyjazd jest równoznaczny z urlopowaniem z hufca, a mama będzie otrzymywała pieniądze na utrzymanie jej oraz młodszego rodzeństwa.
W warunkach powojennej mizerii sprawa ta była niezwykle ważna. Zgodziłem się podjąć wyzwanie. Z przedwojennej nauki zapamiętałem wiszącą w szkole fotografię, znajdującego się w Warszawie … pierwszego w Polsce „drapacza chmur” (Prudential).
Marzyłem wtedy sobie, że kiedy dorosnę, zaoszczędzę pieniądze po to, aby pojechać do stolicy i na własne oczy zobaczyć belweder, zamek królewski oraz nasz, polski „drapacz chmur”.
Kiedy krótko po wojnie, latem 1945 roku, znalazłem się w Warszawie, uległem bolesnemu rozczarowaniu. Budynki stanowiące przedmiot mego dziecięcego marzenia o nasyceniu oczu ich widokiem stały, poza Belwederem, w ruinie. To co z nich ostało znaczyło zaledwie pogruchotany ślad niegdysiejszego znaczenia i świetności.
Bezkres ruin
W niczym nie różniło się od bezkresu ruin stolicy. Dało się zauważyć znaki postępującej z wolna odbudowy. Zrządzeniem szczęśliwego losu znalazłem się w innym świecie, różniącym się o trzysta sześćdziesiąt stopni od tego, który dotąd znałem. Powoli zacząłem rozumieć, że otwiera się przede mną szansa być kimś, bez presji biedy i potworności niedawnej okupacji.
Szkolenie zapamiętałem jak nadzwyczaj interesujące i pożyteczne. Mieliśmy np. kilka spotkań z premierem Osóbką – Morawskim, który naświetlił nam perspektywy, jakie otwiera przed młodzieżą nowa Polska. Opowiadał także szczegółowo o kierunkach odbudowy kraju oraz jego gospodarki.
Wyjaśnił nam, ludziom młodym, czym jest socjalizm, czym kapitalizm, co w tamtych warunkach głęboko zapadało w pamięci i przenikało z wolna do dojrzewającej świadomości.
Nie ulega wątpliwości, że szkolenie miało zasadniczo charakter polityczny. Z tego co mówił premier zapamiętałem: „socjalizm pracuje dla ludzi, zaś kapitalizm żyje z ludzi”. Zostaliśmy również bardzo ciepło przyjęci w Belwederze przez Bieruta oraz przez obecnego tam marszałka Rokossowskiego.
Zapamiętałem świetną polszczyznę marszałka, czym byłem zdziwiony, gdyż wiedziałem, że jest oficerem radzieckim. Tu muszę gwoli wyjaśnienia coś dodać: otóż podejmując próby wartościowania polskiej wersji socjalizmu, należy na przykład i zwłaszcza pamiętać, że powojenna Polska była jedynym krajem w „rodzinie demoludów”, który, pomimo wczesno powojennych prób, w tym stosowania przymusu, finalnie nie skolektywizował w pełni rolnictwa.
Pozostawiono ponad połowę areału rolnego w rękach prywatnych gospodarzy. Były też inne ważne różnice. Myślę, że chociażby ten przykład oznacza, że nie byliśmy bez reszty zniewolonym klonem Związku Radzieckiego, jak wielu dzisiaj maniacko twierdzi. Pomimo mroków i powikłań kilkuletniej epoki stalinizmu, osiągaliśmy ważne sukcesy; po 1956 roku podążaliśmy zasadniczo własną, polską drogą.
Tak oto, jako człowiek bardzo młody, nie w pełni wyedukowany, pewnie niekiedy naiwny, lecz nade wszystko ideowy, dojrzewałem do lewicowości – w niedalekiej przyszłości jako członek ZMP oraz, krótko po 1948 roku PZPR.
Ze szkolenia w Warszawie powróciliśmy ze szczerym zamiarem organizowania w Luboniu komórki OMTUR-u. Polityczna edukacja w stolicy utwardziła w nas wolę działania; nauczyło sposobów realizowania zadań i osiągania celów. Było to ważne, gdyż wielu młodych oczekiwało pokierowania nimi, również naświetlenia i uświadomienia ścieżki przyuczania do zawodu. Luboń nie był wielkim miastem, miał jednak nadzwyczaj spory potencjał gospodarczy – trzy duże fabryki, co stanowiło to swego rodzaju wyjątek w skali nie tylko województwa. Przedwojenne lubońskie „Ziemniaki”, oraz pozostałe fabryki, miały czerwone zabarwienie.
Należy tu dodać, że w międzywojennym Luboniu oraz okolicznych wsiach panoszyło się niewyobrażalne bezrobocie. Z dzieciństwa dobrze zapamiętałem tłumy bezrobotnych oblegające luboński zakład w czasie sezonu skupu i przeróbki ziemniaków.
Roboty nie starczało dla wszystkich – pierwszeństwo mieli fortunni posiadacze odpowiedniego zaświadczenia od proboszcza, o czym donośnie komunikowano podczas naboru.
Wydeptana świetlica
Krótko po wojnie udało mi się wydeptać ścieżkę do otwarcia na terenie zakładu pierwszej w Luboniu świetlicy, która umożliwiła nam organizację zebrań oraz szkoleń młodzieży.
W „Ziemniakach” tętniło życie polityczne; działała PPR oraz ZWM. Dziewczyna mianowana na świetlicową należała do PPS. Wkrótce wyraziła wolę wstąpienia do OMTUR. Skutek mych zabiegów był taki, że podczas pierwszego, założycielskiego zebrania koła organizacji sala okazała się być za mała.
Zacząłem czynić starania o przyciągnięcie młodzieży z pozostałych fabryk. Rozrastaliśmy się w szybkim tempie, z miesiąca na miesiąc, skupiając młodzież z Lubonia, Żabikowa oraz Lasku. Udało się wygospodarować i ożywić kilka kolejnych świetlic – w „Ziemniakach” był już nam za ciasno. W Puszczykowie założyłem koło funkcjonujące na bazie prywatnego lokalu, w domu należącym do właściciela, członka PPS. Założyłem również koło OMTUR w Mosinie.
W tym samym czasie pracowałem w wielu miejscach na kolei, między innymi przy telefonizowaniu oraz naprawie i modernizowaniu torów linii kolejowej w kierunku Poznania. Pracami kierował wiekowy, przedwojenny toromistrz. Jest swoistą ciekawostką, że w kwietniu 1945 roku kolejowe związki zawodowe ogłosiły krótkotrwały strajk. Kością niezgody okazał się być rozdział paczek z UNRY, które niekiedy otrzymywaliśmy w miejsce poborów; te z lepszą zawartością, jakoś dziwnie, trafiały do lepiej posadowionych w zarządzie kolei. Szybko zrobiono z tym porządek; poleciały głowy. Paczek odtąd nie dzieliła dyrekcja, ale związek zawodowy, co w powszechnym mniemaniu pracowników było rozwiązaniem sprawiedliwym.
OMTUR istniał i działał do zjednoczenia wcześniej działających w Polsce związków młodzieży, które nastąpiło w lipcu 1948 roku podczas zjazdu zjednoczeniowego we Wrocławiu. Zostałem wybrany delegatem na ten zjazd. Tego samego roku ożeniłem się. Skutkiem rozmaitych perturbacji mieszkaniowych – o lokum było ciężko – zamieszkałem z żoną w 1948 roku w Puszczykowie, w domu należącym do wybitnego, przedwojennego fachowca i rzeczoznawcy od kotłów parowych. Jak na osobę decyzją administracyjną dokwaterowaną z żoną do jego własności, przyjął mnie i zaakceptował jako sąsiada w sposób zaskakująco ciepły. Przeprowadzka do Puszczykowa skomplikowała godzenie obowiązków pracowniczych – pracowałem na kolei, w późniejszym ZNTK – z pełnieniem w sposób efektywny społecznej funkcji szefa ZMP w Luboniu. Poprosiłem o zwolnienie z obowiązków. Miałem już wtedy godnych następców. W 1949 roku objąłem społeczną funkcję przewodniczącego Zarządu Powiatowego Związku Młodzieży Polskiej w Poznaniu. W tym czasie wstąpiłem do PZPR. Funkcje przewodniczącego ZMP na Powiecie Poznańskim piastowałem nieco ponad rok, po czym, z uwagi na nawał odpowiedzialnych obowiązków w pracy na kolei, nie byłem w stanie dalej jej realizować. Dodam, że wcześniej podjąłem edukację z zamiarem zdobycia tytułu technika, i zdania matury, na kursach organizowanych przez OMTUR. Moje przywiązanie do „konkretnej roboty” spowodowało, że nie przyjąłem propozycji awansu: zamierzano skierować mnie na stanowisko wiążące się z tzw. pracę papierkową – chciano powierzyć nobilitującą w tym czasie posadę dyżurnego ruchu. Ten rodzaj roboty mi nie leżał. Pociągała mnie praca na warsztacie, konkretna i bliska ludzi.
Po negocjacjach z Naczelnikiem zostałem skierowany do w rozdzielni narzędzi Kolei (ZNTK), gdzie szybko awansowałem na stanowisko kierownika, które zamieniono wkrótce na tytuł mistrza.
Wewnętrzne decyzje kadrowe
Co ciekawe, awans ziścił się skutkiem rekomendacji mego bezpośredniego szefa, przyzwoitego człowieka, działacza przedwojennej endecji. Dreszcze mnie przeszły, kiedy zakomunikowano, że mam przejąć stanowisko starego przedwojennego fachowca od narzędzi, pana Kramskiego, który z uwagi na podeszły wiek winien dawno przejść na emeryturę.
Polityka w tamtym czasie – zaraz po wojnie – odzwierciedlała się w również w wewnętrznych decyzjach kadrowych. Np. z funkcji kierowniczych nie odwoływano przedwojennych fachowców, którzy przed wojną specjalnie nie przeszkadzali we włączaniu się robotników do organizacji pochodów pierwszomajowych.
Zarówno narzędziownia jak i kotlarnia były uznawane za ogniwa kluczowe. Tylko te dwa działy dostawały dodatki. Już od czasów przedwojennych narzędziownie postrzegano jako … „dział inteligencki”.
Szybko wrosłem w powierzone mi obowiązki, zostałem zaakceptowany i polubiony przez podległych mi pracowników. Uczyłem się od nich pracy.
Tak jak potrafiłem zabiegałem o doskonalenie kwalifikacji; z opóźnieniem, bo dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, zdołałem ukończyć Technikum Kolejowe.
Dodam, że wcześniej nauki nie udało się mi sfinalizować, ponieważ na ostatni rok tego cyklu nauczania w OMTUR zgłosiło się za mało chętnych. Zamieszkałem w Poznaniu.
Kolej modernizowała się: rozpoczęto stopniowe przestawianie się z parowozów na lokomotywy spalinowe, potem na trakcję elektryczną. Władze w Warszawie uznały, że pierwszy zakład naprawczy „spalinówek” zostanie uruchomiony w Poznaniu. To była całkowicie nowa jakość, za którą musiałem podążyć. W ZNTK pojawił się nowoczesny oddział obróbki cieplnej.
Zostałem mianowany na w nim na stanowisko starszego mistrza. Nowość ta bardzo mnie pociągała, stawiała nowe wyzwania. Przejście na emeryturę, które nastąpiło z początkiem lat osiemdziesiątych, otwarło mi możliwości szerszego udziału w działalności politycznej i społecznej.
Tuż przed zakończeniem pracy zawodowej zostałem wybrany w ZNTK delegatem na dziewiąty Zjazd PZPR, na którym otrzymałem nominację na członka Komitetu Centralnego.
Wydarzenie to wpisywało się w mej ojczyźnie w gorący czas kryzysu gospodarczego: osłabiania kraju wzbierającymi w siłę strajkami oraz restrykcjami Zachodu ustanowionymi w odpowiedzi na stan wojenny. Odczuwało się sączenie fundamentalnych przemian.
Klimat nieuchronności
Rosło społeczne niezadowolenie. Coraz wyraźniej dawała o sobie znać postępująca erozja siły Partii. Wszystko to tworzyło klimat nieuchronności zmian, których postaci oraz rozmiarów nie dało się jeszcze w tamtym czasie przewidzieć.
W partyjnej robocie pomagała mi działać i przetrwać głęboka wiara w ideały socjalizmu, utwardzająca drogę, na którą wstąpiłem zaraz po wojnie, i od której nigdy radykalnie się nie oddaliłem. Zahartowałem się. Status członka Komitetu Centralnego PZPR, więc kogoś z tzw. góry władzy, narzucał mi cały szereg obowiązków.
Status ów, który dzierżyłem przez cztery lata, nie był łatwym, ani lukratywny, jakby co niektórzy skłonni byli sądzić. Jeżdżąc nieustannie pomiędzy Poznaniem a Warszawą uczestniczyłem w pracach kilku partyjnych komisji, których najbliższą była mi komisja historyczna. Przywiązanie do historii osadziło się we mnie głęboko i cały czas daje o sobie znać.
Byłem zaangażowanym współtwórcą i poniekąd współgospodarzem Sali Tradycji Ruchu Młodzieżowego w Poznaniu, której zbiory gościły przez całe lata w poznańskim Zamku. Usunięte potem na fali mściwego i bezmyślnego odwetu nowej władzy, nie uległy pełnemu rozproszeniu, ani zapomnieniu. Pewna, niemała część, ocalała. Znalazła dobrych opiekunów, co ogromnie mnie cieszy i syci nadzieją na stare lata.
Kiedy w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych Mieczysław Rakowski wydawał swój znakomity miesięcznik „dziś, przegląd społeczny”, bezmyślnie bojkotowany przez „RUCH”, jeździłem po wielokroć do Warszawy, do siedziby redakcji miesięcznika, skąd targałem do Poznania pełną walizkę zakupionych – po „cenie hurtowej” – egzemplarzy tego mądrego wydawnictwa.
Miałem komplet wiernych i zaciekawionych odbiorców miesięcznika. Z upływem lat oraz zmian w polityce dawne postacie politycznej aktywności oddalały się ode mnie z wolna. Działam jednak nadal: uczestniczę w pracach Rady Miejskiej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Poznaniu.
Nie była w stanie zniszczyć mnie wojna i niemiecka okupacja – codzienna dwunastogodzinna harówa na budowach pod nadzorem niemieckich panów. Zahartowałem się w powojennej pracy na kolei – w ZNTK w Poznaniu, oraz w społecznej robocie: w związkach młodzieży, potem w działalności partyjnej, którą realizowałem wedle najlepszej wiedzy i woli.
Zawsze z ludźmi i blisko ludzi. Ufano mi, a ja tego zaufania nigdy nie zawiodłem.
Zgorzknienie dopadło mnie dopiero na starość. Nie potrafię zrozumieć i zaakceptować niszczącej siły dobywanej z przysłowiowego dna polskiego piekła, która próbuje deprecjonować pamięć ludzi mego ideowego pokroju i politycznego wyboru. Wiara Polaków w czynione przez rządzącą prawicę polityczne i historyczne gusła zasmuca.
Pomimo bliskości ludzi przyjaznych nęka mnie uczucie osamotnienia. Staram się zachować cień nadziei na przyszłą odmianę. Czy dożyję, to inna sprawa

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.

Między lipcem i czerwcem

Refleksje o Polsce Ludowej

W tym roku mamy dwie „okrągłe” rocznice: jedną obchodzoną hucznie, choć w atmosferze ostrego podziału politycznego, a drugą całkowicie zapomnianą – przynajmniej w sferze oficjalnej polityki. Czwartego czerwca obchodziliśmy trzydziestą rocznicę wyborów do Sejmu i Senatu, które otworzyły proces demontażu starego systemu i budowania w Polsce demokracji parlamentarnej. Dwudziestego drugiego lipca minie siedemdziesiąt pięć lat od momentu, gdy na pierwszym skrawku wyzwolonej spod hitlerowskiej okupacji ziemi polskiej zaczęto budować państwo nazwane później Polską Ludową.
Dwa okresy historyczne wyznaczane tymi datami są już porównywalne pod względem długości. 45 lat Polski Ludowej to półtora okresu trwania Trzeciej Rzeczypospolitej.
Oba te okresy są przedmiotem kontrowersji historycznych i politycznych. O ile jednak w sporze o ocenę Trzeciej Rzeczypospolitej siły obrońców i krytyków są mniej więcej wyrównane, to w ocenie (przynajmniej oficjalnej) Polski Ludowej panuje narzucona czarna legenda. Warto więc poważnie zastanowić się nad tym, czym był ten okres w historii narodu, jakie pozostawił dziedzictwo następnym pokoleniom.
Ocena okresu Polski Ludowej – tych czterdziestu pięciu lat między drugą wojną światową a upadkiem systemu „realnego socjalizmu” w Europie – pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych problemów politycznych. Upływ czasu nie powoduje wygaszania dawnych sporów, a raczej sprzyja radykalizacji ocen. Rządy „Prawa i Sprawiedliwości” oznaczają między innymi radykalizację negatywnej oceny tego okresu – aż po kuriozalną wypowiedź Mateusza Morawieckiego, jakoby w tym okresie państwa polskiego „nie było”.
Historycy zajmują się tym okresem i ich prace pozwalają coraz lepiej zrozumieć ówczesne dylematy. Byłoby jednak naiwnością sądzić, że sprawę oceny Polski Ludowej można po prostu pozostawić historykom. Jest to – i przez dłuższy jeszcze czas pozostanie – problem polityczny, gdyż totalne potępienie tego okresu stanowi broń w ręku prawicy dążącej do delegitymizacji, a tym samym politycznej izolacji, tego nurtu lewicy, który wywodzi się z sił kierujących państwem w latach 1944-1989 i który tego swego rodowodu nie ma zamiaru się wypierać.
Błędem politycznym niektórych polityków lewicy było (a niekiedy nadal jest) uciekanie przed tym problemem, między innymi przez odwołanie się do „przywileju późnego urodzenia”, by użyć znanego sformułowania Helmuta Kohla. Od oceny tego okresu się nie ucieknie, gdyż ma ona istotny wpływ na dzisiejsze podziały polityczne. Nie może ona polegać na potępieniu w czambuł tego okresu w imię czystych ideałów socjalistycznych, co ma miejsce zwłaszcza w wystąpieniach niektórych polityków partii „Razem”.
W pierwszych latach po zmianie systemu w szeregach Socjaldemokracji RP dokonaliśmy poważnej pracy nad oceną tego okresu. Znalazło to wyraz w kilku konferencjach, w uchwałach kongresowych i w publicystyce (zwłaszcza na łamach „Dziś”, „Myśli Socjaldemokratycznej” i „Zdania”). Pisałem o tych sprawach wielokrotnie, zwłaszcza w książkach z lat dziewięćdziesiątych („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu”, 1991, „Socjologia wielkiej przemiany”, 1999). W spojrzeniu na lata Polski Ludowej daleki jestem od apologetyki, co nie powinno dziwić skoro przez lata – nie bezpodstawnie – byłem krytykowany za „rewizjonizm”. Uważałem jednak i nadal uważam, że uczciwa ocena tego okresu jest niezbędnym warunkiem tego, by odrodzona lewica mogła odgrywać należną jej rolę w polityce polskiej. Później sprawa ta zeszła na bok, nie bez negatywnych konsekwencji dla politycznych losów SLD. Dziś wraca zapotrzebowanie na poważną debatę, gdyż wymusza ją agresywny atak prawicy na cały okres Polski Ludowej.
Oceniając okres Polski Ludowej trzeba koncentrować uwagę na trzech głównych pytaniach. Po pierwsze: czym było państwo polskie tego okresu i jak jego polityka miała się do realizacji polskiego interesu narodowego? Po drugie: jaki jest bilans przemian ekonomicznych, społecznych i kulturalnych? Po trzecie: jak ocenić stan praw i wolności obywatelskich?
Punktem wyjścia dla dyskusji na temat pierwszego z tych zagadnień jest oczywiste stwierdzenie, że po drugiej wojnie światowej Polska stała się państwem zależnym od ZSRR. Wynikało to z militarnego zwycięstwa tego mocarstwa w naszej części Europy oraz z zaakceptowania przez USA i Wielką Brytanię powojennego podziału Europy na strefy wpływów. Żadna siła polityczna nie była w stanie tego zmienić. Ani zbrojna walka podziemia antykomunistycznego, ani pokojowe wysiłki polityków obozu londyńskiego, którzy podjęli próbę udziału w powojennym systemie tego zmienić nie mogły. Stan uzależnienia od ZSRR mógł zostać zniesiony dopiero wtedy, gdy w ZSRR do władzy doszli reformatorzy z Michaiłem Gorbaczowem na czele.
Polityków okresu PRL należy oceniać nie za to, że rządzili Polską zależną od ZSRR, lecz za to, jak wykorzystywali szanse tkwiące w tej – wymuszonej przez układ sił światowych – sytuacji. Patrząc z tego punktu widzenia można i trzeba bardzo surowo oceniać pierwsze kilkanaście lat powojennych, zwłaszcza lata 1948-1954, gdy stalinizacja Polski przybrała najbardziej brutalne formy. Należy zarazem wysoko oceniać rolę odegraną przez patriotyczne skrzydło PZPR w 1956 roku, gdy Polska jako jedyne państwo socjalistyczne dokonała daleko idącej liberalizacji systemu i skutecznie oparła się szantażowi radzieckiemu. Polska stała się wówczas symbolem nadziei, iż hegemonię radziecka można stopniowo ograniczać i że nawet w trudnych warunkach zimnej wojny możliwe jest realizowanie polskiego interesu narodowego. Rozumieli to najświatlejsi przedstawiciele powojennej emigracji, o czym mogłem przekonać się w czasie mojego pierwszego pobytu w Londynie wiosną 1957 roku. Pisał o tym wyraźnie Zbigniew Brzeziński, którego nie można wszak podejrzewać o sympatie komunistyczne.
W roku 1981, gdy nad Polską ponownie zawisła groźba radzieckiej interwencji, wprowadzenie stanu wojennego – przy wszystkich jego negatywnych konsekwencjach – uratowało tę ograniczoną suwerenność, bez której Polska stałaby się po prostu radzieckim protektoratem. Poszczególne decyzje tego okresu muszą być tak właśnie oceniane – z perspektywy tego, czy służyły polskiemu interesowi narodowemu.
Patrząc z tego punktu widzenia za największe, wręcz historyczne, osiągnięcie Polski Ludowej trzeba uznać obronienie nowej granicy polsko-niemieckiej, uzyskanie dla niej międzynarodowego uznania i zagospodarowanie tych ziem. Naiwności lub złej woli można przypisać twierdzenie, że dokonałoby się to bez działań ówczesnego państwa polskiego. Istniały – także w kalkulacjach politycznych ZSRR – inne scenariusze, których realizacja wcale nie była z góry wykluczona. Ustroje się zmieniają, a polski stan posiadania nad Odrą i Nysą stanowi trwałe dziedzictwo Polski Ludowej.
W okresie tym dokonał się także wielki, ale nierównomierny, postęp ekonomiczny, społeczny i kulturalny. Bilans Polski Ludowej pod tym względem jest jednak niejednoznaczny. Po stronie pozytywów należy zapisać przede wszystkim imponujące tempo odbudowy powojennej. Dosłownie z gruzów odbudowaliśmy polskie miasta, w tym najbardziej zniszczone Warszawę, Gdańsk i Wrocław. Z zacofanego, głównie rolniczego, kraju, jakim była Polska przedwojenna uczyniliśmy kraj o gospodarce przemysłowo-rolniczej, wciąż znacznie biedniejszy od Europy zachodniej, ale stopniowo zmniejszający dzielący go od niej dystans. Poprawa stanu zdrowotnego ludności, a zwłaszcza opieka nad matką i dzieckiem skutkowały niemającym precedensu w całej historii Polski wzrostem liczby ludności – z 24 milionów w 1946 roku do 38 milionów w roku 1989 i to mimo ujemnego bilansu migracyjnego. Nastąpił rozkwit nauki i kultury. Wyższe wykształcenie uzyskało parę milionów ludzi, głownie wywodzących się ze środowisk robotniczych i chłopskich. Kultura polska zdobyła wysokie miejsce w świecie, by przypomnieć choćby światowe sukcesy polskiej szkoły filmowej..
Zarazem jednak występowały zjawiska negatywne. Tempo wzrostu gospodarczego w drugiej połowie tego okresu wyraźnie spadło, gdyż wyczerpywały się proste źródła tego wzrostu, a konserwatyzm kolejnych ekip rządzących uniemożliwiał dokonanie poważnej reformy gospodarczej. Zbyt wolno rosła stopa życiowa ludności, co rodziło masowe frustracje i prowadziło do kolejnych wybuchów społecznego protestu. Stopniowo – jak pokazały badania socjologiczne, zwłaszcza Henryka Domańskiego – wygasały procesy ruchliwości społecznej. Właśnie te negatywne procesy ekonomiczno-społeczne decydująco wpłynęły na erozję poparcia dla ówczesnego systemu i ostatecznie spowodowały jego upadek.
Najgorzej, moim daniem, wypada ocena okresu Polski Ludowej w płaszczyźnie praw i swobód obywatelskich. Pierwsze kilkanaście lat powojennych to okres policyjnego terroru, najpierw w warunkach trwającej walki z podziemiem, potem już tylko w ramach narzuconej i nadzorowanej przez ZSRR polityki stalinizacji. Po 1956 roku ten stan rzeczy uległ znaczącej poprawie, ale nigdy – aż do końca tego okresu – nie był zgodny z normami i wartościami państwa demokratycznego. Część, ale tylko część, odpowiedzialności za ten stan rzeczy spada na stale istniejącą presję radziecką, ale nie tłumaczy ona wszystkiego. Z całą pewnością można powiedzieć, że szczególnie kompromitująca Polską antysemicka kampania 1968 roku była dziełem wewnętrznych sił politycznych, konsekwencją brutalnej walki o władzę w PZPR. Słusznie więc od tego aspektu polityki PRL lewica wyraźnie i jednoznacznie odcięła się po 1989 roku.
Co wynika z tego szkicowo zarysowanego bilansu?
Po pierwsze – potrzeba jasnego i uczciwego bronienia tego, co cenne, a zarazem wyraźnego odrzucania tego, co złe, w dorobku Polski Ludowej. Młode pokolenie polskiej lewicy nie ucieknie przed tym problemem. Powinno mieć odwagę i rozum, by sprawy te podejmować, bez czego nie odzyska społecznego poparcia.
Po drugie – potrzeba dokumentowania pamięci o tym okresie. Pokolenie, które tworzyło Polską Ludową odchodzi. Ludzie tego pokolenia powinni zostawiać ślad swych doświadczeń i przemyśleń. Częściowo już to się dzieje – by wspomnieć niezwykle ciekawe przemyślenia przedstawione ostatnio przez Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana w znakomitej książce „Polska Ludowa”. Winni to jesteśmy następnym pokoleniom.
Polska Ludowa istniała w czasie złej dla Polski koniunktury międzynarodowej, na co nie mieliśmy wpływu. Mamy prawo być dumni z tego, że w tej sytuacji zrobiliśmy dla Polski, dla jej interesu narodowego, tyle, ile można było osiągnąć. Dla pokolenia, na którym dziś spoczywa odpowiedzialność za Polskę, oznacza to wyzwanie. Ma obowiązek doskonała koniunkturę światową wykorzystać co najmniej tak, jak pokolenie Polski Ludowej potrafiło wykorzystać dostępne mu atuty w podzielonym świecie okresu zimnej wojny.

Stół z powyłamywanymi nogami

Chcę dziś powiedzieć strajkującym nauczycielkom i nauczycielom, że rządowy okrągły stół edukacyjny, który urządzono onegdaj na Stadionie Narodowym jest waszym, drodzy Państwo, wielkim zwycięstwem.

Mijają cztery lata, jak PiS wprowadza swą reformę edukacyjną, zwaną powszechnie „deformą”. Chaos, zdublowanie roczników, ścisk w szatniach i na korytarzach, maluchy przemieszane w jednym miejscu i czasie z młodzieżą w okresie „burzy hormonalnej”, przeładowany program nauczania, przeładowane tornistry – w sam raz dla siłacza Pudzianowskiego, a nie dla Jasie z II B, lekcje kończone późno po południu… Gołym okiem widać, że reforma reklamowana jako „dobrze pomyślana i dobrze obliczona” sypie się, nie wytrzymuje konfrontacji ze szkolną rzeczywistością. „Okrągły stół” zwołany po kilku latach jej wprowadzania, nie jest więc niczym innym jak przyznaniem się do klęski. Jeśli rząd proponuje dziś dyskusję o „jakości edukacji”, „roli nauczyciela w systemie edukacji”, „nowoczesnej szkole”, „uczniach w systemie edukacji”, to jak to inaczej nazwać? Stadion Narodowy to Stalingrad minister Zalewskiej! Zwracam przy okazji uwagę, że w „ramowym” programie stadionowej dyskusji nie było punktu dotyczącego warunków pracy i płacy nauczycieli. Wasze podstawowe żądanie, byście nie byli traktowani gorzej niż zwierzęta gospodarskie, którym PiS obiecał ostatnio 500+, zostało przez władze zignorowane. Mało tego – pan premier podał nawet powód tego zlekceważenia was: po co dolewać oliwy do dziurawego kanistra?… Już nie wiem, co gorsze – czy to, że wyżej rząd ceni rogaciznę niż nauczycieli, czy to porównanie was do dziurawego kanistra, który nadaje się wyłącznie na złom. W tej sytuacji nie ma sensu tłumaczyć mu, że nie chodzi wam tylko o pieniądze, a może nawet nie przede wszystkim o pieniądze. On chyba nie rozumie, jak ważne jest coś takiego jak godność. Być może dlatego ze zdumiewającą łatwością przychodzi mu klękać przed grobem bandytów z Brygady Świętokrzyskiej, zrównywać sędziów, których średnia wieku wynosi obecnie 41 lat, z sędziami – kolaborantami hitlerowskimi z okresu Francji Vichy, czy porównywać ich do sędziów stalinowskich. Pewnie obce jest mu nawet powiedzenie „robić z gęby cholewę”, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ten niby wykształcony i sprawny w liczeniu pieniędzy gość potrafi porównać wielomiliardowe fundusze unijne do datków wystarczających do naprawy chodników, albo bierze udział i odgrywa pierwszoplanową rolę w cyrku z przybijaniem stępki, która nie jest stępką, pod prom, który nie istnieje, w stoczni, która nie nadaje się do budowy tego typu statków, wedle projektu, którego nie ma, a na koniec organizuje jeszcze „okrągły stół”, który jest w istocie prostokątny. Trafił się nam premier niezwykle inteligentny, ale inaczej. Nie zdziwcie się więc drodzy belfrzy, gdy usłyszycie (a pewnie usłyszycie nie raz), że to nie wy, a rząd odniósł zwycięstwo walcząc z wami „w obronie budżetu”. Zresztą ten premier nie jest jedynym oryginałem w trupie pana Kaczyńskiego – całkiem spora gromada obecnych prominentów sprawia wrażenie, że nie należeli do waszych najlepszych uczniów. Klaszcząc więc swojemu primus inter pares i wielbiąc go wzrokiem, mogą po prostu nie wiedzieć, kto to był Pyrrus i czym jest „pyrrusowe zwycięstwo”. Z głupoty się puszą.
To wy, „frontowi” wychowawcy i wychowawczynie, wykazaliście się odwagą i determinacją w obronie swych praw, a na koniec to wy, okazaliście miłość swym uczniom i poczucie odpowiedzialności za ich los. Bo cóż to byłaby za matura, gdyby, zgodnie z pomysłem premiera, o dopuszczeniu do niej decydował wskazany w trybie administracyjnym ktokolwiek bądź „wyznaczony przez organ prowadzący” – np. przez wójta. Niewykluczone, że w przyszłości sława „maturzysty Morawieckiego” ciągnęłaby się za Bogu ducha winnymi uczniami niczym zły duch „docenta marcowego”.

***

List czytelnika

Mam już 88 lat. Nastał czas wspomnień.
Uczyłem się w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Zostałem schwytany za kołnierz przez ekonoma i postawiony przed groźnym obliczem właścicielki dworu z zrzutem rzucania kamieniami w dach rozlatującej się szopki – starej szkółki. Sąd w Górze Kalwarii wezwał ojca, który przedstawił zaświadczanie Kierownika nowej szkoły z Jazgarzewie, pana Stefana SIATKIEWICZA: ”Tolek nie umie rzucać kamieniami”. Nie umiałem, zostałem uniewinniony lecz był to przypadek, który zaważył na mojej przyszłości: poglądach lewicowych. Chwała mądremu nauczycielowi.
Po wojnie byłem wychowankiem domu wychowawczego dla sierot wojennych w Bierutowicach, t.zw. Szkoły Orląt Grunwaldzkich. Dyrektorem był pan Feliks BIELASIK, przed II wojna kierownik szkół w Tomaszowie Mazowieckim, w trakcie wojny kapitan Armii Andersa. Zarządził zebranie Rady Wychowanków gdyż, jak powiedział mi: „chodzą na jabłka”. Zebranie zwołałem, jąkając się przedstawiłem sprawę, na co mój kolega krzyknął: „Ty też chodzisz”. Dyrektor zamknął zebranie. Od tego czasu odnoszę wrażenie, że jestem przyzwoity a przynajmniej nie oskarżam nikogo.
Trzeci przypadek to ukoronowanie. Miałem 60 lat, na Mazurach w Wejsunach nocą chłopcy wyrwali mi sztachety, szesnaście. Rano sąsiedzi radzili donieść policji. Sąsiad – PRZYJACIEL, Roman MACOCH, emerytowany kierownik miejscowej wiejskiej szkoły, nauczyciel matematyki, syn zbieracza żywicy zdecydował, że on sprawę załatwi. Wezwał przechodzącego chłopca, jednego ze sprawców, do zreperowania płotu. I stało się: upłynęło 30 lat i ani jedna sztacheta nie była już wyrwana.
Tak uczyli mnie NAUCZYCIELE. Chwała IM.
Arkadiusz Inowolski