Kapsułki pamięci

Jerzy Nasierowski
Gdy w latach 1995-2005 byłem w zespole redakcyjnym najpierw miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”, z pismem współpracował także Jurek. Był już wtedy poza aktorstwem i namiętnie oddawał się pisaniu. Napisał i wydał kilka tomów wspomnień z więzienia, gdzie znalazł się na początku lat siedemdziesiątych po głośnym procesie o zabójstwo i rabunek dokonane przez niego wraz ze swoim kochankiem na Starówce warszawskiej.
Czas odsiadki skrócił mu Roman Bratny, który poproszony o pomoc przez Krzysztofa Zanussiego, oczarowanego pisarstwem Jurka, przemyconym zza krat, użył swoich towarzyskich kontaktów na szczytach władzy, a konkretnie u generała Czesława Kiszczaka. Mieszkałem wtedy jeszcze w rodowitym Lublinie i co najmniej raz w miesiącu przyjeżdżałem na kolegia redakcyjne do Warszawy. Zazwyczaj nocowałem wtedy u Jurka w jego lokum na Nowym Świecie.
Jurek miał obsesję na punkcie zachowania młodego wyglądu, ćwiczył intensywnie, dbał o cerę, co sprawiało, że mimo dojrzałego wieku (miał już w tym okresie po sześćdziesiątce) nie wyglądał na swoje lata, na co miała wpływ także jego nieco cherubinowa blond uroda. Jurek przyjechał z kolei do Lublina na operację plastyczną, którą opłaciła mu jedna z ważnych telewizji w zamian za możliwość sfilmowania jej i wtedy zanocował u mnie. Jesienią 1995 roku pojechaliśmy razem, w ramach szerszej grupy, na doroczny, kilkudniowy zjazd Humanistische Deutsche Verband (Niemieckiego Związku Humanistycznego) do Berlina, a w naszej grupie był także Piotr Gadzinowski, z którym przewędrowałem wiele godzin po stolicy Niemiec. Podczas któregoś ze śniadań hotelowych siadłem przy stole z Jurkiem i z pewnym profesorem filozofii, starszym od Jurka zaledwie o cztery lata, ale wyglądającym bardzo sędziwie. Gdy profesor snuł w pewnym momencie wspomnienia z czasów powstania warszawskiego, Jurek odwzajemnił mu się wspomnieniem z handlowych wizyt z matką w getcie warszawskim. Profesor spojrzał na niego ze zdumieniem. Zapytał Jurka, czy ten nie zmyśla, bo wygląda na człowieka urodzonego już po wojnie.
Operacje i starania Jurka dały więc, niczym eliksir młodości, oczekiwany przez niego efekt. Z Jurkiem od 20 lat nie mam kontaktu, nie ukazują się jego książki, gdzieś dla mnie zniknął. Od czasu do czasu oglądam go tylko w dość często powtarzanym filmie telewizyjnym „Błękitny pokój” nakręconym przez Janusza Majewskiego, gdzie Jurek zagrał w parze z Polą Raksą. Widuję go też w „Godzinie pąsowej róży” Hanny Bielińskiej, gdzie zagrał u boku Elżbiety Czyżewskiej.
Barbara Stanosz
Była nieformalną redaktorką naczelną wspomnianego wyżej wolnomyślicielsko-racjonalistycznego miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”.
Spotykaliśmy się na kolegiach w redakcyjnym pokoiku przy ulicy Twardej 18. Barbara była profesorką filozofii i specjalizowała się w logice języka. Była bardzo uczona i miała umysł ostry jak brzytwa. Była nie tyle antyklerykałką, ile namiętnym wrogiem religii. Uważała ją za „obelgę dla rozumu ludzkiego” i fakt, że religia w ogóle istnieje był dla niej niebywale skandaliczny, nie mogła się pogodzić z taką aberracją. Wręcz płonęła żarem antyreligijnym.
Nawet ja, także ateista, byłem daleki od aż tak namiętnej niechęci do religii. Mimo swojego antyfideizmu Barbara nie była hedonistką, żyła po spartańsku, ascetycznie, jedyną jej przyjemnością natury fizycznej były papierosy, których dziennie spalała jakieś trzy paczki, a jadała jak wróbelek. Szkoda, że nie dożyła czasów, w których Kościół katolicki w Polsce chwieje się w posadach z powodu afer pedofilskich, arogancji, chciwości oraz innych nadużyć, a młodzież w większości odwróciła się od niego. Wtedy, ćwierć wieku temu, było to trudne do wyobrażenia.
Kościół był na fali wznoszącej, miał papieża Wojtyłę, religię w szkołach, zakaz aborcji i wszelakie przywileje finansowe. Istniał wprawdzie popularny tygodnik „Nie”, ale to zasadniczo nie zmieniało układu sił. Gdy spotykaliśmy się w redakcyjnym pokoiku, miałem poczucie, że niszowe (1000 egzemplarzy nakładu), teoretyczne, chłodne pismo nie ma nawet szans konkurować z satyrycznym pismem antyklerykalnym opartym na społecznym konkrecie.
Miałem też poczucie, że jesteśmy niszowym kręgiem bez praktycznego znaczenia wobec walca politycznego klerykalizmu. Czy cieszyłaby ją obecna sytuacja? Chyba nie, bo była bardzo wymagająca i sam fakt, że Kościół ciągle trwa, a ciągle wielu ludzi chodzi na nabożeństwa, był dla niej „zgorszeniem i głupstwem”, skandalem. Barbara była bardzo uczona i przenikliwa, ale pomyliła się w jednej ze swoich prognoz, którą opublikowała w „Gazecie Wyborczej”, tuż po wprowadzeniu zakazu aborcji w styczniu 1993 roku.
Stwierdziła wtedy pesymistycznie, że Kościół wychowa sobie posłuszne jego władzy pokolenia i to utrwali się, spetryfikuje na długie dziesięciolecia, może nawet na zawsze.
Nie przewidziała (nikt nie przewidział) w tym tekście antyklerykalnego buntu młodzieży z lat 2016 – 2020, fali laicyzacji, ale też trudno było wtedy o to, bo o wielu okropnościach kościelnych nie wiedzieliśmy. Mimo to żałuję, że już jej nie ma i nie mogę jej zapytać, co o tym wszystkim myśli.
Jan Baszkiewicz
To od lektury jego biografii Robespierre’a zaczęła się moja fascynacja historią Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Była tak silna, że zapragnąłem Profesora poznać.
Był wyrafinowanym intelektualistą o silnym zmyśle ironii, poczucia humoru i bajecznym erudytą. W jego sposobie bycia i mówienia, w typie poczucia humoru było coś francuskiego, wykwintnego w dawnym stylu. Umysł miał – nazwę to tak – wolteriański. Umówiony, zapukałem do jego wypieszczonego, pełnego książek warszawskiego mieszkania przy Świętojerskiej, nieopodal Starego Miasta.
Po dłuższej rozmowie zaprosił mnie na obiad do „Bazyliszka” i zaczął opowiadać o rewolucjonistach francuskich, o jakobinach i innych tak plastycznie i barwnie, jakby byli jego starymi znajomymi. Przez szereg lat korespondowaliśmy, a ja czytałem jego kolejne książki: „Dantona”, „Rewolucję Francuską 1789-1794”, „Francuzów 1789-1794. Studium świadomości rewolucyjnej” i inne.
Do końca życia był konsekwentnym człowiekiem lewicy, a lewicowość traktował integralnie. Gdy ja w latach osiemdziesiątych patrzyłem na ruch „Solidarności” z boku, ale z różnych powodów nie bez pewnej sympatii (choć daleko od entuzjazmu) profesor otworzył mi oczy na wiele spraw w tej mierze.
Ale i on, tak przenikliwy analityk życia politycznego (zawsze przez pryzmat historii) pomylił się w prognozie co do przyszłości. Nasze wspomniane spotkanie miało miejsce w czerwcu 1980 roku, na kilka tygodni przed wydarzeniami sierpniowymi na Wybrzeżu.
Kiedy go wtedy zapytałem czy przewiduje wybuch protestów, powiedział, że nie, bo „obecne społeczeństwo to worek kartofli”.
Od lat, gdy słyszę, jak ktoś autorytatywnie mówi, że coś się zdarzy albo nie zdarzy, przypominają mi się słowa profesora Baszkiewicza.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

14 stycznia 2014
Marek Hłasko, czyli alkoholizm uwznioślony:
tytuł – nie przeczę, że złośliwy – umyśliłem sobie, czytając rozmaite opracowania na temat pisarza. Uciążliwa – alkoholowa – skłonność twórcy „Pięknych dwudziestoletnich” i wielu innych, ważnych dla polskiej literatury tytułów, pozostaje w jakimś dziwnym związku z jego twórczością. Tę zaś słusznie uważa się za ważną.
Drażni mnie jednak hurapatriotyczne uniesienie niektórych apologetów Hłaski, widzących w tym, co pisał twórcze odreagowanie na Ludową rzeczywistość. Ta mu nie pasowała; tłamsiła literackie i życiowe ambicje. Być może jest coś w tym na rzeczy, ale, bez przesady. Niekonwencjonalny styl bycia Hłaski, zwłaszcza jego „twórcze” .. pijaństwo, też nie są najważniejszymi w moim krótkim, amatorskim szkicu o pisarzu. Na tle tego co po sobie pozostawił ważą marginalnie.
Liczy się znakomity dorobek i pamięć po nim. Wszak trunkowe skłonności omotały niejedną utalentowaną, często skomplikowaną osobowość. Uchodziły w sumie na sucho wielkim i uznanym: amerykańska sława literacka, Truman Capote, łączył w sobie rujnującą zdrowie namiętność do alkoholu i narkotyków ze skłonnością do osób tej samej płci; wielkość Tuwima i Broniewskiego, a także wielu innych, nie doznała uszczerbku przez to, że obaj namiętnie pili. Ta cecha pozostawała jedynie wizerunkową ciekawostką. Trudno aby była wysuwana na pierwszy plan opisu i twórczego wartościowania wyżej wspomnianych.
Wielu tworzyło w oparach alkoholu: patrz francuscy poeci symboliści; to ludzki ciąg genialnych pijaków (smakoszy absyntu) i narkomanów.
Media wspominają dzisiaj Marka Hłaskę – gdyby żył, skończyłby osiemdziesiąt lat. Pisarstwo Hłaski, podobnie jak jego rozwichrzone życie, przeszło do legendy.
„Pierwszy krok w chmurach” czytałem dyskrecjonalnie pod ławką na lekcjach dawno temu w szkole średniej. Jak usiłują twierdzić namiętni apologeci pisarza, niszczyła Hłaskę peerelowska rzeczywistość, czyniąc to w odwecie za niepokorną, nie przystającą do oczekiwań rządzących twórczość. Wyemigrował, chociaż nikt z Polski go nie wyganiał. Poza krajem szczęścia nie zaznał – to tak w uproszczeniu. Pisał świetnie, przy tym coraz częściej sięgał do kielicha – staczał się w alkoholizm, co doprowadziło go w końcu do fizycznego unicestwienia. Życie, jakie prowadził, stanowi, samo w sobie, dobry scenariusz do filmu o treści awanturniczo – romansowej (właściwie erotycznej). Przystojny (kawał chłopa), błyskotliwy i pisarsko utalentowany, przy tym szorstki i nieprzewidywalny w obyciu, był za życia otoczony niezliczonym wianuszkiem wielbicieli.
Lgnęły do niego kobiety, czego akurat można mu pozazdrościć. Parokrotnie ożeniony, krótkotrwale zazwyczaj, między innymi z podobnie jak on rozwichrzoną Agnieszką Osiecką. Małżeńskiego szczęścia nie zaznał, gdyż nie był stworzony do tak banalnej instytucji.
Czuł się wolnym ptakiem, zrywającym się nieustannie do niekontrolowanego lotu.
Apologetów Hłaski cechuje nieodparta, mylna mym zdaniem, skłonność do upolityczniania jego parcia na wódę. Według pewnej, natchnionej części wielbicieli pisarza … „Hłasko pił przez „ komunę”. Uważam to za bzdurę: niektórzy np. twierdzą, że piją przez żonę i teściową. Pytam, czy gdyby nie „komuna”, nie piłby ? Jak podkreślają: dusił się w PRL twórczo, także jako człowiek, czemu dawał wyraz w tym, co pisał. To zasadniczo pchnęło go do emigracji. Poza Polską pisał i pił nadal, właściwie coraz więcej, aż do śmierci (samobójczej ?) w 1969 roku. Jerzy Giedroyć, u którego przebywał jakiś czas w gościnie, wspomina, w „Autobiografii na cztery ręce”, dobrze sprzedające się „Cmentarze”, wydane sumptem paryskiej „Kultury”. Tytuł ten rzeczywiście nie pasował Gomułce. Do „Kultury” rękopis dzieła przemyciła Agnieszka Osiecka. Twórczość Hłaski, jakkolwiek nadal interesująca i krzepko umocowana w polskiej literaturze, wydaje się oddalać od bieżących oczekiwań czytelnika, w czym nie ma nic dziwnego: świat idzie naprzód, nabiera pędu, zmieniają się gusta i zapotrzebowanie „na temat”. Rynek księgarski pęka w szwach zawalony tytułami, które coraz trudniej przewertować, poszukując pozycji wartościowych – cokolwiek to znaczy. Pozostają opinie krytyków. Ale, czy w tym odartym z bezinteresowności świecie można im w pełni zaufać?
W polemicznym, mało rozsądnym porywie zamyślenia umieściłem w Internecie (FACEBOOK) – czasami to robię, jakkolwiek uważam to za stratę czasu – następujący, celowo przerysowany wpis na temat Hłaski:
w Polsce panoszy się „intelektualnie” modny nurt zwalania na tzw. komunę minionych problemów życiowych i duchowych wczesno-powojennego pokolenia twórców: pisarzy, poetów, aktorów, reżyserów filmowych i teatralnych, malarzy i kogo tam jeszcze. Skłonności tej jakże często towarzyszą kombatanckie wyolbrzymienia i heroizowanie życiorysów, rzekomo, politycznie sponiewieranych. Powojenny inteligent, wewnętrznie rozdarty, uwięziony pomiędzy oporem a akceptacją – słowem bezradny – pił i rzygał w literaturze oraz na ekranie. Patrz np. „Pętla” wg scenariusza Hłaski ze znakomitym aktorstwem Holoubka. Alkoholizm Hłaski – nie tylko jego – jawi się poprzez taką optykę jako osobliwa wartość: gorzki owoc zagubienia i nieakceptacji, która podobno wymusił na nim – i mu podobnych – emigrację. Bez Polski żyć nie potrafił. Do języków zaś talent miał marny. Więc, jakież to logiczne, pił. Coś mi się widzi, że gdyby nie „komuna” pisarz też by pił, tyle że .. elegancko i demokratycznie w .. wolnej ojczyźnie: nie np. w Niemczech Zachodnich, gdzie się ostatecznie się zapił i zmarł w 1969 roku. Pewnie upraszczam, ale tak to widzę.
Oczywiście byłoby z mej strony niewybaczalną arogancją, gdybym odmówił Hłasce talentu i zasług, a także tego, że zapracował sobie na godne miejsce w polskiej literaturze. Opisywał życie takim, jakim było, bez mile widzianych przez władze upiększeń, przez co stał się podówczas rządzącym niewygodnym; np. odmówiono my przedłużania ważności paszportu, kiedy przebywał na Zachodzie.
17 stycznia 2014
Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że przypadająca na dzisiaj sześćdziesiąta dziewiąta rocznica wyzwolenia Warszawy pozostała niezauważona w mediach. Jedynym „akcentem rocznicowym” było rozdawanie mieszkańcom stolicy ulotek, spichconych przez IPN (zgadnijcie, kto za to płacił), agitujących za wyrzuceniem z warszawskiej Pragi pomnika braterstwa broni – polsko radzieckiej (tzw. „czterech śpiących”). Zdaniem animatorów i zwolenników tej głupoty, pomnik jest symbolem podległości i zniewolenia, nie zasługuje więc na miejsce w naszej patriotycznej stolicy. SLD zorganizowało rozumną, mym zdaniem, pikietę wzywającą do pozostawienia pomnika, jako znaku pamięci po poległych w walce o Warszawę żołnierzy polskich i radzieckich: inicjatywa ta raczej nie ma szans na powodzenie.
Warto pamiętać, że 17 stycznia 1945 roku ruszyła z nad Wisły radziecka ofensywa w kierunku Odry. Wojska, w tym żołnierze I Armii Wojska Polskiego, wkroczyły do zrujnowanej i wyludnionej stolicy. Dzień ten co roku obchodzono jako rocznicę wyzwolenia miasta. Po 1989 roku konsekwentnie studzono rocznicowy klimat i pamięć o wydarzeniu. Twierdzę, że coś takiego nie jest eleganckie; dowodzi wybiorczej amnezji, ma też cechy podłości. Zawsze uważałem, że należy „oddać cesarzowi co cesarskie”.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

27 listopada 2013
Media doniosły, że Krzysztof Skiba, rocznik 1963 – lider zespoły „Big Cyc”, rockman i komentator; postać barwna, celebryta z pewnością, został odznaczony przez Prezydenta RP Orderem „Wolności i Solidarności”. Odznaczenie jest przyznawane „za zasługi w zwalczaniu komunistycznej dyktatury”.
Skibie i kilkorgu innym ze środowiska bliskiego artyście ordery wręczył Prezes IPN. Odnotowałem komentarz odznaczonych, wygłoszony w przypływie satysfakcji zaraz po przypięciu, do mikrofonów i kamer. Nagrodzeni zgodnie stwierdzili, że wyróżnieni zostali za .. niestrudzoną walkę z komunizmem w Polsce, który był ich zdaniem „syfem”. Ze swej walki są dumni. Dla Skiby „syfem” szczególnym był okres lat osiemdziesiątych, bowiem przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Kaliszu za rozdawnictwo nieprawomyślnych ulotek podczas festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Indagowany przez dziennikarza na okoliczność anarchistycznej, a więc robiącej państwu wbrew aktywność w czasach, których nie lubi, artysta nie bez dumy zauważa, że ta antypaństwową być nie mogła, gdyż jak odkrywczo stwierdził, państwo polskie wtedy nie istniało, był za to „ruski satelita”. Bezkompromisowość odznaczonego jest wsparta na myśleniu prostym jak konstrukcja cepa; ta ‘komuna” musiała być upiorna, skoro przez lata tolerowała anarchistyczne występy Skiby, podważającego jajcarstwem tzw. fundamenty socjalizmu. „Komuna” jakoś nie odesłała jajcarza – zgodnie z bolszewicką tradycją – na Sybir celem reedukacji.
Cały ten cyrk w wykonaniu Skiby, do czego ma prawo, zasmuca mnie i rozśmiesza zarazem. Odnotowuję je w tonacji nieco sarkastycznej, a więc mało poważnej. Postaram się dowieść dlaczego. Dodam, że swych przekonaniach jestem równie niezłomny jak odznaczony Skiba. Trudno nie zauważyć natchnionego antykomunizm artysty, bo go często i publicznie objawia, czyniąc to ze współcześnie modną satysfakcją. System przez Skibę ośmieszany poległ w 1989 roku więc, co by nie było, wojna skończyła się przed niemal ćwierćwieczem; wydawałoby się, że dawno temu. Czas jednak, miast przytłumiać dawne urazy, upuścić powietrza z walecznego ego artysty, stabilizuje je i dynamicznie objawia w medialnych występach, często przy okazji komentowania czegoś tam. Teraz zostało ono pokrzepione państwowym orderem.
Nie neguję jakiejś tam powagi oraz zasadności odznaczenia, zauważam jedynie jaskrawą w wielu przypadkach asymetrię pomiędzy rzeczywistymi zasługami nim obdarowanych a realnymi krzywdami, jakich rzekomo doznali za przyczyną … „komunistycznej dyktatury”.
Posilę się tu wywodem Stanisława Cioska spisanym w jednym z prasowych wywiadów. Odnosząc się do stanowiska ciągle aktywnego odłamu zwycięskiej „Solidarności”, coraz bardziej agresywnego w portretowaniu dawno minionej „komuny”, zasłużony polityk lewicy zauważa metaforycznie: „- żeby ludzie uwierzyli, że św. Jerzy zabił smoka i by było to bohaterstwo, to smok musiał być jak najstraszniejszy i jak najbrzydszy. Wtedy św. Jerzy stawał się bardziej bohaterski i coraz bardziej święty”.
Okres trzech dziesięcioleci, począwszy od las sześćdziesiątych minionego wieku, cechowały w Polsce bujny i wielce dojrzały wykwit muzyki młodzieżowej. Był on z natury rzeczy niezależny, nie podlegał szczególnej presji ze strony władz, pomimo że dystrybucja owoców twórczości pozostawała w rękach państwowych. Niektóre fragmenty twórcze pewnych zespołów i solistów wybiły się na „legendę”. Część kompozycji uchodzi do dziś za kultowe, po części w związku z czytelnymi, niemiłymi władzy tekstami, walonymi aluzyjnie czy też niemal wprost. Wydawało by się, że oryginalna dynamika i różnorodność polskiego rocka tamtego czasu winna – zgodnie z logiką – zaświadczać o swobodzie twórczej tekściarzy, zespołów i wokalistów, a w każdym razie o zasadniczo sporym jej marginesie. Z tego co wiem, ingerencje cenzorskie w śpiewane teksty, jakkolwiek się zdarzały, nie były częstymi, „represje” władz zaś polegały na epizodycznym ich sekowaniu z publicznego obiegu, przy tym nie towarzyszyły temu jakieś szczególne dolegliwości serwowane autorom i bardom wyśpiewującym poetykę władzy niemiłą. Aktywność cenzury nasiliła się w stanie wojennym, wiec w latach tzw. „konspiry”, kiedy wykwit śpiewanego protestu nabrał walecznej dynamiki. Nie słyszałem jednak, aby twórcom nieprawomyślnych tekstów oraz ich wykonawcom wyrywano paznokcie. Przeciwnie, obnosząc się ze swoim „anty”, niczym specjalnie, poza nielicznymi wyjątkami, nie ryzykowali. Trzeba sporo wyobraźni i duchowego zakręcenia, aby uznać je za szczególnie bohaterskie – niemal martyrologiczne – bo taki wymiar usiłuje się im współcześnie nadać. Są co najwyżej godne „kombatanckich” wspominków części środowiska dinozaurów rodzimego rocka, któremu, w walecznym nurcie Skiba zdaje się przewodzić. Stąd już tylko krok do dowodzenia, że młodzieżowa twórczość muzyczna – swoisty fenomen tamtych lat PRL-u – była zasadniczo inspirowana niechęcią do „komuny”. Bzdura !. Wychodzi więc jakoś tak głupio, że bez posilania się wstrętem do „reżimu” nasz rock byłby co najmniej zubożony o utwory inspirowane buntem przeciw chwiejącemu się w posadach systemowi; kto wie, może zwyczajnie zdechłby z braku duchowej pożywki. Jest kuriozalnym windowanie przez niektórych festiwalu w Jarocinie do rangi wydarzenia politycznego w pierwszej kolejności, mającego zasadniczo na celu uprzykrzenie życia rządzącym.
Ponieważ facet (Skiba) został wykreowany przez media – zwłaszcza TV – za żywy autorytet od wszystkiego – nie przeczę, że zdarza mu się zdrowo myśleć – krzywienie się na Skibę jest dziś ryzykownym. Wzmocniony prezydenckim ukrzyżowaniem artysta dołączył do grona najbardziej zasłużonych kombatantów walecznej konfrontacji z komunizmem. Chwalebna amatorszczyzna na polu niestrudzonej walki, z którą się przy każdej okazji obnosił, została zadekretowana więc o parę punktów wyżej, i przybliżyła Skibę do grona najbardziej bitnych i zasłużonych. Trzeba jednak przyznać, że swe „kombatanctwo” artysta traktuje z pewnym dystansem.
Głos odznaczonych o „syfie” w komunie nie może urażać, gdyż mieści się w kanonie demokracji – każdy może gadać co chce, nawet dyrdymały, Skiba również. Ja po prostu uważam ten język za głupi i populistyczny – pod niewymagającą publikę. Oczywiście nie brakuje klakierów zapatrzonych w Skibę, podzielających jego strzelistą puentę o „syfie”. Z drugiej strony, wielu dystansuje się od takich skrajności, pozostając przy tym w mnogich aspektach krytycznym wobec tamtej Polski. Do nich należę. Sprawa jest mym zdaniem częścią myślowego zbioru z rzędu nieprostych i jak się chce o niej gadać warto się przygotować do tematu. Być może Skiba przy tak poważnej okazji poważnie gadać nie zamierzał, bo i po co, jak można na modłę młodzieżową – odznaczony ma już dzięki Bogu pięćdziesiątkę – walnąć z grubej rury, płynąc z prądem, a więc z zachowaniem politycznej poprawności, z niezmąconą wiarą w sprawę, za którą „upuszczał krwi” w kaliskim więzieniu. Nie wykluczone, że nadal, nie mogąc oderwać się od ducha walki, Skiba anarchizuje, tyle że inaczej.
Oczywiście nie sposób negować faktów. Więzienna represja, której padł ofiarą w roku1985, należy do świata realnego. Te i podobne uciążliwości, niekiedy bardziej bolesne, obciążają miniony system i sprawiają, że postawa naszego rockmana była w tamtym czasie jakąś wartością. Nie akceptuję jedynie płynących z tego wniosków, które deprecjonują i sprowadzają do zera (skoro to był „syf”) liczne zasługi powojennego pokolenia jako całości. Te zaś, działając w najlepszej wierze, z pobudek jak najbardziej patriotycznych, włączyło się w rozmaite nurty życia wspierającego ludowe państwo – jedyne jakie było. Należę do ogromnej rzeszy „cichych”, którzy się nie godzą na totalne potępienie drogi życiowej rodziców i dziadków, a także w jakiejś części swej własnej. Działaliśmy i pracowaliśmy dla Polski motywowani patriotyzmem, tak jak ten patriotyzm rozumieliśmy. Czyniliśmy to daleko bardziej bezinteresownie od współczesnych nauczycieli, czy epizodycznych interpretatorów historii: rozmaitych gwiazd medialnych, dyżurnych historyków, celebrytów, od których roi się w szeroko rozumianej publicystyce. Jest oczywistym, że mają prawo mieć swoje zdanie, nawet jeśli ono nie przystaje do mego. Nie może jednak być tak, aby liczyło się wyłącznie to ich, bo taka sytuacja oznacza manipulacje, z tą zaś mamy w sposób oczywisty i bezczelny do czynienia.
Tak na marginesie całej sprawy pytam: co to był za „reżim” skoro pozwolił Skibie, mimo iż był jego natchnionym wrogiem, zdać państwową (reżimową) maturę a potem ukończyć państwowe (reżimowe) studia ukoronowane magisterium (pewnie też reżimowym) w 1989 roku, a więc … w czasach „syfu”. W „ponurej komunie”. .

Mój dziennik politycznie niepoprawny

9 października 2012
Demokracja pozostaje bytem społecznie szokującym. Nieustannie się jej uczymy. Istniejąca w Polsce Ludowej instytucja cenzury podlega współcześnie demonizowaniu – przypisywaniu jej diabelskiego ogona, który zamiatał na swej drodze każdy przejaw wolnej myśli i wypowiedzi. Ta niemiła instytucja jak najbardziej istniała, jednak w Polsce, począwszy od roku 1956, nie była furtą szczelnie zamkniętą dla rozumu. Twierdzenie, że prześladowano in mass nieprawomyślnych intelektualistów – dziś wielu z podstarzałej generacji twórczej głosi, że „komuna” ich gnębiła – rozpanoszyło się ponad wszelką miarę. Niewątpliwie czyniono środowisku utrudnienia: np. wydawnicze lub paszportowe. Od Gomułki praktyki te wyzbywały się skrajności, chociaż skłonności do inwigilacji nie odsunięto na bok. Jakkolwiek tego rodzaju zakusy władzy zasługują na przyganę, trudno jednak uznać je za martyrologiczne; taką właśnie poetyką posługują się natchnieni pogromcy i krytycy PRL. W pozostałych „demoludach” środowiska pisarskie (szerzej, twórcze) były pacyfikowane i dotkliwe przywoływane do porządku. Po co to piszę ? Śmieszy mnie mianowicie odnotowywanie, przez co niektórych z tzw. kręgów twórczych tamtego okresu, swych potyczek z władzą w tonacji średniowiecznych tortur. Ma owo coś tę zaletę, że przyprawia kombatancką i męczenniczą gębę wielu, także tym, którzy walczyli z „komuną” przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle.
Praktyki Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego czynione w przeszłości wobec wielu wybitnych ludzi kultury – kręgów twórczych tego państwa, przerażają i budzą obrzydzenie. Wiedza na ten temat wprawia w osłupienie, zwłaszcza ta wpisana w lata stalinowskiego terroru, a także, w bardziej stonowanej postaci, później. Mnożono represje. Obowiązkowym uczyniono identyfikowanie się twórców kultury z zadaniami i celami komunistycznej utopii, jaką był ZSRR; przymuszano do wzajemnych donosów. Smutnym przykładem mogą być losy Michaiła Bułhakowa, Borysa Pasternaka, Meyerholda, Mandelsztama oraz ogromnej liczby innych – polecam książkę (jedną z wielu poświęconej tej tematyce) „Wskrzeszone słowo” Witalija Szentialinskiego, współczesnego pisarza rosyjskiego. Nawet we wczesno powojennym kilkuletnim epizodzie Polski stalinowskiej władze nie posuwały się do tak daleko posuniętych retorsji wobec twórców. Starano się im przymilać i pozyskiwać. Prześladowania tego środowiska stanowiły w Polsce margines. Wiadomymi mi są np. obrzydliwości, jakie stosowano wobec Pawła Jasienicy, i kilkorga innych. Pomimo pewnego nawisu nieprawości tamtej Polski, podzielam pogląd, że słusznie zapracowaliśmy sobie na ksywę „najweselszego baraku w obozie państw socjalistycznych”. Znamienną ilustracją tamtego czasu był jeden z mnogich dowcipów politycznych krążących po kraju. Te chętnie i z humorem cytowano również w środowiskach partyjnych. W pozostałych „demoludach” tego rodzaju fanaberie były nie do pomyślenia. Oto on:
Na granicy pomiędzy Polską a Czechosłowacją spotykają się dwa psy – polski i czeski.

  • Dokąd biegniesz ? – pyta czeski burek polskiego psiaka.
  • Do Czechosłowacji – odszczekuje „Polak”.
  • A po co ? – pyta „Czech”
    -Żeby się nażreć – wali prosto z mostu nasz piesek.
  • A ty dokąd biegniesz ? – z zaciekawieniem pyta ten polski czeskiego Burka.
  • Ja biegnę do was, do Polski – odpowiada „Czech”
  • A po co ? – pyta Polak.
    – Żeby sobie poszczekać.

11 listopada 2012
Kolejna, hałaśliwa rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. W mediach, w szczególności w telewizji, ogromna liczba okolicznościowych programów i transmisji. Warszawa żyła przez wiele dni przygotowaniami do marszu (właściwie marszów), które, co roku organizuje z tej okazji, niezależnie od siebie, kilka politycznych środowisk. Wygląda jak byśmy prześcigali się w demonstrowaniu patriotycznych uczuć na pokaz. Partie polityczne inicjują ten rodzaj aktywności z rozmysłem i nadzieją pozyskania kolejnych stronników.
Jak było do przewidzenia nie obyło się bez burd i krzykliwych awantur. Podobnie jak w kilku poprzednich latach, interweniowały siły porządkowe. Słowem, zrobiła się zadyma. Siły „narodowe” skrzyknęły się, organizując wspólną największą kolumnę podążyły ku pomnikowi Romana Dmowskiego, gdzie ostatecznie się rozwiązały po uprzedniej awanturze i starciach. Oddzielną, nieco mniejszą, pokojowo nastawioną manifestację zorganizował Prezydent RP. Zaprosił do jej szeregów wszystkich chętnych, niezależnie od wyznawanych poglądów.
Prawica wykorzystała rocznicę jako pretekst do podjęcia próby reaktywowania przedwojennego ONRU (Organizacji Narodowo – Radykalnej). Ruch ten w Polsce międzywojennej posiadał ogromną liczbę zwolenników. Skupiał osoby o skrajnych poglądach nacjonalistycznych. W działaniach ocierał się o faszyzm, był też przesycony antysemityzmem. W Poznaniu i Wielkopolsce cechowały go polityczna krzepa i ogromne lokalnie wpływy. Nie sądzę jednak, aby odrodzenie ONR się zmaterializowało pod postacią czegoś znaczącego.
Lewicy w ogóle nie widać. Trwa w permanentnym, pełzającym kryzysie. Słabość przywództwa rzuca się w oczy
Wygląda na to, że niektórym roi się znowu Polska mocarstwowa – „od morza do morza”. Rojenia były zawsze naszym silnym przymiotem. Mam sceptyczny na ogół stosunek do etosu powstańczego Polaków – więc do nas. Uchodzące w opinii wielu za wzór organizacji i roztropności Powstanie Wielkopolskie jest niedoceniane i spychane jest w narodowym sanktuarium pamięci na skromnie eksponowane miejsce. Bo wygrane, i nie antyrosyjskie. Boże, jak my lubimy pompować się patriotyzmem na pokaz; tłumnym wymachiwaniem biało – czerwoną, śpiewaniem hymnu – najlepiej wszystkich zwrotek, przy równoczesnej skłonności do miotania potępieńczych sloganów, przesyconych dawno zwietrzałą treścią patriotyczną.

20 maja 2013
Sejm podjął Uchwałę upamiętniającą śmierć Grzegorza Przemyka, studenta skatowanego trzydzieści lat temu w Warszawie na milicyjnym komisariacie, w wyniku czego zmarł. Dokument przyjęto przez aklamację – w drugim podejściu. W pierwszym czytaniu tekst został zakwestionowany przez klub parlamentarny SLD ustami profesora Tadeusza Iwińskiego – podobno była to wyłącznie jego inicjatywa. Wywołało to kilkudniową, ocierającą się o histerię burzę w mediach. Poszło mianowicie o cytowanych w sejmowym dokumencie bliżej nieokreślonych „inspiratorów” zbrodni. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przeczy, że zdarzenie miało miejsce, a także, że potem mataczono w śledztwie; kryto sprawców. Gwoli prawdy – tak jak ją rozumiem – muszę dodać, że zbrodnia była tyle oczywistą, co, według mnie, przypadkową. W klimacie tamtego czasu – pod presją ulicy – zadekretowana została od razu na zaplanowane na zimno dzieło „komunistycznego reżimu”, podjęte – rzekomo – w akcie odwetu za opozycyjność matki ofiary. To mym zdaniem wydaje się nie trzymać kupy, kłócić z logiką. Cała sprawa została idealnie wpisana w rozpalony klimat ulicy i przyjęta za dobrą monetę; pulsuje odtąd własnym życiem: Jaruzelski z Kiszczakiem z zimną krwią zlecili zamordowanie chłopaka?! Pomijając nieludzki wymiar takiej decyzji (jeśli ta była, w co nie wierzę), pytam, po co mieliby coś takiego robić ?! Według mnie to bzdura. Zbrodnia, jak każda, musi zostać napiętnowana i osądzona. Nie rozumiem jednak, dlaczego w dokumencie pogoniono jakiś bliżej nie określonych „inspiratorów” – w domyśle ówczesne władze – komunistyczne, rzecz jasna. Nigdy nie dowiedziono, że tacy byli, a ich istnieniem, z wielu powodów – zasadniczo zdroworozsądkowych – wydaje się być mityczne. Jakie czasy taka polityka i nauczanie młodzieży. Nie bronię morderców chłopaka, którzy winni, jak wszyscy przestępcy, zostać ukarani. Ośmielam się jednak uznać za niegodziwe czynienie z Przemyka ikony (męczennika) .. walki ze „znienawidzonym ustrojem”. Nasz głód legendy pozostaje wciąż nienasycony. W pewnych okolicznościach zaspakaja oczekiwania ulicy, przy tym zapotrzebowania polityków. Jeśli brak takich postaci, należy je wykreować gwoli politycznego pożytku. Śmierć Przemyka w taki właśnie sposób wykorzystano. Tak uważam. Upolitycznienie zabójstwa wydaje się być oczywistym, nie tylko dla mnie. Smuci, jeśli mam rację, w co wierzę, gdyż obnaża mechanizm kreowania polskich legend i herosów. Mój pogląd na całą tę sprawę nie wynika bynajmniej z politycznych sympatii lub antypatii. Kieruję się wyłącznie zdrowym rozsądkiem i logiką. Plemiennym nakazom nie ulegnę, gdyż pokładam wiarę w rozum – kitu sobie nie pozwolę wcisnąć. Ten zaś, w przypadku jak wyżej, nakazuje przeczyć legendzie.

Kapsułki pamięci

Anna Polony
Kilka ładnych lat temu starałem się o wywiad z Anną Polony. Bezpośredniego kontaktu do tej wybitnej aktorki nie miałem, ale udało mi się uzyskać kontakt pośredni. Niestety, mój zamiar się nie powiódł, przekazano mi informację, że nie będzie możliwości spotkania z panią Polony, mimo jej kilkudniowej, przy okazji gościnnych występów, obecności w Warszawie. Jakiś czas ponowiłem próbę będąc w Krakowie, tą samą drogą, ale i tym razem nic z tego nie wyszło. Oczywiście żałowałem, ale uczuciu temu towarzyszyła, paradoksalnie, szczypta ulgi, bo trochę się spotkania z panią Polony, wielką aktorką scen krakowskich i polskich „bałem” (choć nie to, żeby jakoś przesadnie) mając pewne, zaczerpnięte z różnych przekazów wyobrażenie o jej ciętym języku i nieco apodyktycznym, władczym sposobie bycia. Nie bez wpływu na moje wyobrażenia była także postać „heterowatej” Anieli Dulskiej w spektaklu, apotem serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, jedna z najbardziej znanych ról pani Polony. Pamiętałem też o władczej Muzie, którą kreowała w legendarnych krakowskich „Dziadach” mickiewiczowskich w inscenizacji Konrada Swinarskiego. Wyobrażałem sobie, tym rodzajem trochę naiwnego wyobrażenia, że siedzę przy stoliku kawiarnianym z wytworną damą w kapeluszu i prowadzę wywiad, pełen napięcia by nie wystawić się na jakiś zjadliwy sztych rozmówczyni. To być może do pewnego stopnia objaw „pokoleniowy”, jako że należę do tej generacji widzów, wśród której jeszcze zdarza się odnoszenie się do wielkich postaci artystycznych z respektem niczym do osób „półboskich”. Zwłaszcza do takich Dam teatru jak Anna Polony. Mam natomiast wrażenie, że przedstawiciele młodszych generacji rzadko odznaczają się tego typu obiekcjami. Kilka lat temu, jesienią 2015 roku, pojawiła się kolejna szansa na kontakt z panią Polony. Pracowałem wtedy jeszcze w TVP (przed sczyszczeniem w ramach szerokiej czystki 2016 roku) i zajmowałem się Teatrem Telewizji, tzn. przygotowywałem serwisy krótkich wywiadów z twórcami spektakli, w tym z aktorami, przeprowadzanych na planie podczas nadarzających się przerw. Anna Polony przyjechała do Warszawy, żeby zagrać jedną z głównych ról w „Domu kobiet” Zofii Nałkowskiej. Jednak po dwóch poprzednich niefortunnych próbach nie liczyłem na wiele, może poza kilkoma zdaniami, jako że plan realizacyjny, podobnie jak plan filmowy, z jego zabieganiem, pośpiechem, nerwowością, nie sprzyja spokojnej, a tym bardziej dłuższej rozmowie. Plan realizowany był nie w dekoracjach studia przy Woronicza, ale w przedwojennej chyba willi w jakiejś podwarszawskiej miejscowości typu Konstancina, a może to był Konstancin, nie pamiętam. Korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji zbliżenia się do pani Polony podczas przerwy między ujęciami, zapytałem ją czy zgodzi się na rozmowę. Nie zareagowała odmownie, ale na tyle zdawkowo i nie bez nuty roztargnienia, że nie wzbudziło to we mnie dużej nadziei. Wreszcie, po co najmniej dwóch godzinach, ogłoszono przerwę obiadową. Podszedłem ponownie do pani Polony, ale ponieważ zareagowała tak, jakbym całkiem niedawno nie pojawił się przed jej obliczem, więc moje nikłe nadzieje jeszcze osłabły. Miejsce kateringu było dość daleko usytuowane od willi, więc pani Polony, ubrana w prywatną, swobodną garderobę, narzuciwszy na plecy jakąś kurtkę (był jesienny chłód) została zaproszona do busa, do którego i mnie „psim swędem” udało się dostać tylko dlatego, że chytrze udałem, że towarzyszę jej zgodnie z jej wolą i to „służbowo”. Taka niewinna, trochę szwejkowska sztuczka. Po kilku minutach zajechaliśmy na miejsce. Towarzyszyłem pani Polony krok w krok, niczym „paź królowej”, ciągle nie będąc pewnym osiągnięcia celu. Katering, czyli – mówiąc po ludzku – obiad, składający się z dwóch zdań i deseru serwowano w innym z kolei pojeździe, też w czymś w rodzaju busa. Owe okoliczności kulinarne nie wróżyły dobrze mojemu celowi, bo taki obiad to nie okazja do umówionej rozmowy w eleganckiej restauracji, ale spożywanie w ścisku, ciasnocie, metodą chałupniczą, „ambulatoryjną”, w asyście pokaźnego grona osób, z których każda czegoś chce, gdzie panuje rozpraszający harmider, ruch, rozmowy i presja czasu. Czarno więc to widziałem, zwłaszcza, że z dzieciństwa wyniosłem naukę, że „przy jedzeniu się nie rozmawia”. I ciągle wydawało mi się, że nie uchodzi przeszkadzanie takiej Damie przy posiłku, zwłaszcza takiej Damie, co do której nie miałem pewności, że nie odprawi mnie w każdej chwili pod jakimkolwiek pretekstem. Innymi słowy – wszelkie okoliczności zdawały się działać przeciw mnie. Pani Polony wybrała dania z karty, a kiedy zasiadła nad pierwszym z nich, przed plastikową miseczką i plastikowymi sztućcami, spojrzała na mnie, po raz pierwszy uważnie, a nawet badawczo i powiedziała łagodnie: „No to proszę pytać”. Zacząłem zadawać pytania, moja Rozmówczyni odpowiadała, i tak mijała minuta za minutą. Kiedy upłynął kwadrans zacząłem odczuwać presję „tajmingu”, choć i tak uważałem, że udało mi się uzyskać nadspodziewanie duży kęs czasu. Pani Polony rozmowy jednak nie przerywała, a na moje kolejne pytania odpowiadała zupełnie obszernie, nie przejawiając przy tym oznak pośpiechu. Jednak po jakichś 20-25 minutach zaczęły się znane mi, i zawsze denerwujące, a przy tym rozpraszające, próby położenia kresu rozmowie. Co rusz podchodziły jakieś osoby z ekipy, rzucały słówka o „kończeniu”, coś mówiły do pani Polony, stwarzały atmosferę rozpraszającego zdenerwowania i rzucały mi spojrzenia ponaglające, pełne nagany, że „zabieram czas”, słowem – „pchały się między wódkę a zakąskę”. Miałem w tym już pewne doświadczenie, więc postanowiłem nie reagować, zdając się w tej sytuacji całkowicie na moją znakomitą Rozmówczynię. W pewnym momencie, gdy „pressing tajmingowy” stawał się coraz bardziej natarczywy i zaczął przeszkadzać w formułowaniu wypowiedzi samej pani Polony, podniosła głowę i dość srogim, nie znoszącym sprzeciwu tonem zażądała, aby „nam nie przeszkadzano”. Najwidoczniej autorytet Wybitnej Damy Sceny sprawił, że namolny pressing w okamgnieniu ustał i rozmawialiśmy jeszcze przez kolejne blisko pół godziny. I tylko od czasu do czasu, rzuciwszy kątem oka na otoczenie, widziałem w oczach ekipy kierowane na mnie spojrzenia ostre jak sztylety. W końcu „zabierałem” im ich czas pracy, opóźniałem moment zakończenia dnia roboczego, a było już późne, listopadowe popołudnie. I tak oto udało mi się, w tych trudnych warunkach, przeprowadzić „pełnokalibrowy” wywiad, zadać wszystkie zaplanowane pytania. I nawet to nie pani Polony dała znak do zakończenia rozmowy, lecz ja „zmiłowałem” się nad otoczeniem i postawiłem ostatni akord. Jaki z tego wniosek? W takich sytuacjach nie trzeba być „miękiszonem” i nie dać się pokonać w „pojedynku na miny”. I że w towarzystwie Wybitnej Damy Teatru można się czuć bezpiecznie nawet w takich nieprzyjaznych, paździerzowych okolicznościach, przy posiłku podawanym w jednorazowych, plastikowych naczyniach, pośród ścisku, zaduchu i hałasu.

Alicja Pawlicka
Z panią Alicją rozmawiaem natomiast w warunkach komfortowych, w cichej kawiarni w „Promie Kultury” na warszawskiej Saskiej Kępie. To także Dama Sceny, pokoleniowo bliska Annie Polony, ale o usposobieniu pozbawionym władczości, bardzo stonowana, skromna, mówiąca bardzo oszczędnie o swojej długiej karierze aktorskiej na scenie warszawskiego Teatru Polskiego, gdzie zagrała dziesiątki ról. Ma na swoim koncie także wiele ról filmowych. Ja ją najbardziej zapamiętałem w roli Laury w telewizyjnym „Kordianie” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Jerzego Antczaka (1963), w duecie z Ignacym Gogolewskim. Chętniej jednak niż o swojej aktorskiej pracy opowiadała mi o swoim nieżyjącym już mężu, Janie Suzinie, sławnym spikerze Telewizji Polskiej i obdarzonym wspaniałym głosem lektorze filmów emitowanych na „srebrnym ekranie”. Na spotkanie przyniosła maszynopis wspomnień męża i zgodziła się pożyczyć mi je na kilka dni. Są naprawdę bardzo interesującym i barwnie napisanym przyczynkiem do dziejów polskiej telewizji. Niestety, do tej pory nie zostały wydane, a szkoda.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

22 luty 2012
Zaciekawiło mnie telewizyjne wspomnienie o Leopoldzie Tyrmandzie, postaci ożywiającej naraz kilka nurtów życia intelektualnego w powojennej Polsce. Egocentryczny, niepokorny, zwaśniony z władzą, uosabiał trwały typ intelektualnego oporu wobec panującego systemu, którego, wpędzając się w stan buntu o konsystencji wrzenia, totalnie nie akceptował. Giedroyć wspomina o nim niezbyt rozlegle w swej „Autobiografii na Cztery Ręce”: Tyrmand, po wyjeździe z Polski, nie zabawił długo w podparyskiej siedzibie „Kultury”, gdzie zdeponował rękopis „Dziennika 1954”. Książka jest jedyną tego autora przeczytaną przeze mnie w całości – niektóre fragmenty kilkukrotnie.
Nie mam zasadniczo cierpliwości do beletrystyki, co nie znaczy, że jej unikam. Zaledwie pobieżnie pochyliłem się przed laty nad „Złym”, który w swoim czasie został uznany za wydarzenie literackie. Książkę wypadało przeczytać, zwłaszcza że wyszła spod ręki niestrudzonego kontestatora powojennych porządków. Pierwsze wydanie rozeszło się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki; było tryumfem osobistym pisarza. Do dzisiaj uchodzi za koronne, obok „Dziennika 1954”, dzieło tego literata. Chociaż spod pióra Tyrmanda wyszło wiele innych pozycji, czytelniczą popularnością nie zdystansowały „Złego”.
„Dziennik 1954” został zaliczony do kanonu polskiej literatury. Jest pełnym pasji kronikarskim zapisem i opisem społecznych i politycznych realiów oraz postaw kręgów intelektualnych i twórczych Warszawy czasu apogeum polskiej wersji stalinizmu. Tyrmand świat ten znał znakomicie. Przez lata pozostawał jego świadkiem i bywalcem. Portretował ze zjadliwym krytycyzmem. Książka jest lekturą pasjonującą. Mimo iż dotyczy spraw w czasie odległych, wciąga i fascynuje, również za przyczyną znakomitego języka, którym autor posługiwał się z godną pozazdroszczenia lekkością. „Dziennik” nie jest – nie tylko mym zdaniem – pozbawiony słabości wypływających zapewne z osobistego, niełatwego w kontaktach z ludźmi charakteru pisarza. Odczytuję go również jako owoc nadwrażliwego egocentryzmu Tyrmanda. Emanuje przerysowaną, mym zdaniem, ostrością. Wydaje się, że należy odczytać dzieło jako intelektualną erupcję buntu, zwyczajnej złości wobec sposobu, w jaki traktuje go władza w odpowiedzi na otwarcie manifestowaną niezależność. Oryginalny styl bycia twórcy „Dziennika 1954” stanowił wartość samą w sobie: irytujący i podziwiany zarazem. Był niewątpliwie kłopotliwy dla rządzących. Opis świata wpisany w stronice „Dziennika” jest w wątku ludzkim nazbyt przejaskrawiony – dychotomiczny. Zapewne innym być nie mógł, gdyż, jak sądzę, ta właśnie cecha przesądza o wartości książki – decyduje zapewne o czytelniczej atrakcyjności. Jakkolwiek nie budzi zawodu, studzi w pewnym stopniu me czytelnicze rozpalenie oraz wiarę, iż oddaje prawdę i tylko prawdę. Z wyjątkami, nie w pełni ufam bytom czarno-białym, w czym Tyrmand najwyraźniej czuł się jak ryba w wodzie.
Tyrmandowe portrety współczesnych mu luminarzy kultury i polityki są w większości przejaskrawione: przesadnie zogniskowane na negatywach, tyle zasadnych, co po wielokroć wyolbrzymionych, lub wprost nietrafionych. Autor najwyraźniej nie posiadł zdolności zauważania pośrednich odcieni ludzkiej galerii, którą gniewnie portretował – w pisaniu Tyrmanda nie ma miejsca na kompromis polityczny i intelektualny. Zdaje się twierdzić i dowodzić, że otaczają go – z niewielkimi wyjątkami – wyłącznie koniunkturalni tchórze i twórczy oportuniści. Jakkolwiek niektórzy na taki opis zasłużyli, ten pozostaje po wielokroć demonizowanym. Na tak szkicowanym tle ludzkiej marności, pisarz – siłą rzeczy – kreuje się na herosa intelektu i tytana moralności zbrzydzonego światem, który go otacza. Nie szczędzi nikogo i niczego – nie przeczę, że niejednokrotnie zasadnie – z wyłączeniem paru osób, w tym w szczególności Kisielewskiego, z którym był w bliskiej przyjaźni i którego ogromnie cenił jako człowieka, dziennikarza i literata. Tak ostry opis sporego kręgu znanych Tyrmandowi ludzi, jakkolwiek na swój sposób pasjonujący, odchyla się często od realności; wydaje się, że nie o obiektywizm tu chodziło. Swoją drogą trudno uwierzyć, aby owa ludzka galeria nosiła w sobie wyłącznie zło, samo zło i tylko zło. Ja w każdym razie w coś takiego nie wierzę. I nie jest to tylko kwestia wiary. Nie akceptujący półcieni radykalizm Tyrmanda stworzył, w symbiozie ze znakomitym piórem, dzieło niewątpliwie ciekawe i ważne, wciągające w czytaniu.
Pomimo uwag, nie sposób odmówić pisarzowi trafności w diagnozowaniu epoki – tego jej skrawka, który wpisuje się 1954 rok. W ocenie systemu, wieszcząc jego wypalenie się – przyszły upadek – był na swój sposób proroczy.
Warto odnotować, że był Tyrmand żywym przykładem wojennego antybohatera: nigdy i nigdzie nie walczył, nie uczestniczył też w wojennej konspiracji. Całą wojnę przeczekał względnie spokojnie poza krajem. Na tle obowiązujących wzorców wojennego patriotyzmu chciałoby się rzez, że spokojnie „przepękał” te koszmarne lata. Do Polski powrócił w 1946 roku. Jest swoistą ciekawostką, że w ponurej epoce stalinizmu po polsku, zasadnicza dotkliwością, którą boleśnie odczuwał, były kolejne odmowy wydania mu paszportu – otrzymanie owego dokumentu było w tamtym czasie dla większości niemożliwym. Znał osobiście niezliczoną liczbę ludzi: sławnych, ważnych i znaczących, oraz tych bez znaczenia. Grono to często mu pomagało i wyciągało z kłopotów. Prowokował i drażnił. Był głośny i donośny. Swych poglądów publicznie nie skrywał, za co, o dziwo, nigdy nie trafił za stalinowskie kratki, co zdarzało się podobnym mu buntownikom. Trudno w związku z tym uznać Tyrmanda za kombatanta walki z „komuną” w klasycznym rozumieniu tego słowa. Zasadnym jest zauważyć, że wojenne i powojenne losy pisarza nie zostały naznaczone jakąś szczególną postacią osobistej „martyrologii”, jakże dziś modnej i pożądanej przez co niektórych. Właściwość ta kreuje swoisty dysonans pomiędzy tym, jak żył, tym, co zawarł w „Dzienniku”, a realnie zaznanymi ze strony władzy dolegliwościami osobistymi. Z pasją walczył o lepszą pozycje towarzyską i materialną, na którą, o czym był głęboko przekonany, zasłużył sobie pisarskim talentem. To co materialnie osiągał nie zadawalało pisarza, za co winił marności wypływające z panującego systemu politycznego.
Kupiłem swego czasu oryginalną, wydaną w 1995 roku wersję „Dziennika 1954” ze znakomitym wstępem zredagowanym przez nieżyjącego już Henryka Dasko – niegdyś czytywałem w „Polityce” artykuły poświęcone literaturze anglojęzycznej, której był znawcą i krytykiem. Był Dasko, zapewne na swój sposób dowcipnym, lub śmiertelnie poważnym. Cytuję kawałek wstępu do „Dziennika” pióra pana Henryka: „Tyrmand przeciwstawił samego siebie – europejskiego epikurejczyka – sprawnie posługującego się sztućcami i zadumanego nad eschatologicznymi meandrami mounierowskiego personalizmu. …dychotomia Tyrmand – komunista.” Po przeczytaniu tego kawałka pomyślałem sobie, że Dasko robi sobie jaja z „prostego” czytelnika.
„Dziennik 1954” jawi się w swym rozwarstwionym napięciu intelektualnym i moralnym jako wyłącznie dwubiegunowy: dobro i zło, a ściślej – powtórzę – czerń i biel bez najmniejszej próby zrozumienia i pobłażania temu, co poza nim: jakby ten inny świat był totalnym złem. Właściwość ta w jakiś sposób upodabnia „Dziennik” do „Zniewolonego umysłu”, paraboli literackiej (przypowieści) pióra Czesława Miłosza. Cenię obie, jednak w swej bezbrzeżnej megalomani ośmielam się mieć uwagi: otóż „winię” obie wybitności o ocierający się o łatwiznę łatwizną radykalizm, ustawiający piszących w pomnikowej roli nieomylnych, przy tym nieprzejednanych, jedynie słusznych arbitrów. Nie bez trudu akceptuję ten typ twórczego egocentryzmu oraz intelektualnej wyniosłości obojga. Nie odmawiam nikomu, kto pisze, świętego prawa do twórczej dowolności. Wiele dzieł światowej beletrystyki bazują na kontrapunkcie. Waham się jednak, czy obie książki nie noszą znamion pychy autorów. Odrzucam mogący się po ich przeczytaniu objawić pogląd, że każda inne zachowanie i postawy, odchylające się choćby o milimetr od wzorców, które kreślą, są a priori złe – nie do zaakceptowania na płaszczyźnie intelektualnej i moralnej. Mam taką naturę, przy tym pole, jak mi się wydaje, zdrowej tolerancji, że nie w pełni ufam tej kategorii nieomylności. Z trudem – z wyjątkami – przyswajam sobie dzieła o cechach przesadnie, wedle mnie, moralizujących. Te nierzadko wydają mi się być nadto nachalnymi. Jeśli sytuacje i osoby w nich opisane nie są w sposób oczywisty złe – o czym wiem, lub przypuszczam, że takimi są – zachowuję ostrożność. Z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika nie uważam, aby rozważania i wnioski zawarte w obu książkach należały do bezdyskusyjnie słusznych. Stronią autorzy – świadomie – od pogłębionej refleksji, wszak nie o nią im w tamtym czasie chodziło. Oddalają od siebie zamysł nad uwikłaniem człowieka w historię, a także to, że nie zawsze jesteśmy podmiotem własnego losu. Ja uważam, że nikt nie rodzi się i umiera jako kryształ. Rzecz jasna granice tego rodzaju wyrozumiałości nie mogą być bezbrzeżne. Nie wolno nam jednak totalnie wykasować tolerancji w odniesieniu do inkryminowanych postaw i zachowań, uwzględniającej rozmaite okoliczności: historyczne np., także te zwyczajnie ludzkie, które determinują czyny „osądzanych”.
Tyrmand pisał swój „Dziennik 1954” do szuflady, Miłosz „Captive Mind” napisał poza Polską – właściwie na zamówienie „Kultury”, krótko po tym, kiedy wzmagając się z rozterkami, zdecydował pozostać na Zachodzie. Jerzy Giedroyć uznał książkę Miłosza za ważną, jednak, np. przeciwnie do Herlinga Grudzińskiego, który podkreślał, że ta przede wszystkim kreuje i ożywia negatywny mit „ketmana” ( patrz: „Nienasycenie” Witkacego) twierdził, iż gromiona przez autora postawa czwórki jej głównych postaci – antybohaterów: Alfa, Beta, Gamma i Delta to przede wszystkim owoc strachu i oportunizmu (patrz: „Autobiografia na cztery ręce”), przez co, jak mi się wydaje, spłycał przesłanie i symbolikę dzieła. Ta z punktu widzenia zaangażowanego czytelnika – tego na emigracji i w kraju – wydawała się być znaczącą. Zwłaszcza wtedy.

Kapsułki pamięci

Bohdan Łazuka
Do niego, i w końcu także do piszącego te słowa, można odnieść frazę z piosenki mającej za refren pytanie: „jaka tego jest przyczyna, ty z Lublina, ja z Lublina”, choć w klasycznej wersji wykonania utworu, tym drugim z Lublina był piosenkarz Piotr Szczepanik, wykonawca niezapomnianych „Kormoranów” i „Żółtych kalendarzy”. Z Bohdanem od prawie dwudziestu lat jesteśmy po imieniu, ale od kilkunastu lat nie mamy możliwości tego praktykować, bo po raz ostatni spotkaliśmy się w 2009 roku na pogrzebie Witolda Fillera na Powązkach dawnych Wojskowych. Bohdan, przynajmniej z mojego punktu widzenia i z perspektywy tamtych czasów, należał do znanych mi osób najszybciej niwelujących dystans personalny, co jeszcze wtedy nie było w Polsce takie powszechne. Po kwadransie rozmowy byłem już dla niego „Krzysieńkiem”, choć u mnie, choćby z uwagi na dużą różnicę wieku, śmiałość odwzajemnienia tej formy zwracania się przyszła nieco później. Kiedy umówiliśmy się na wywiad, a rok to był bodaj 2003, Bohdan przyjechał nieco spóźniony, ale za to spóźnienie odrobinę mnie opieprzył, co zresztą przyjąłem z satysfakcją, bo nie każdemu jest dane być opieprzonym przez samego Łazukę. Trochę też „musztrował” mnie na początku rozmowy, jednak dość szybko pojaśniał, stał się przemiły, czarujący i tak już zostało. Później spotkaliśmy się kilka razy i za każdym razem podziwiałem dynamiczną, żywiołową osobowość Bohdana, jego żywotność, witalność, dowcip. Swego czasu pośredniczyłem w zaproszeniu go na jedną z imprez z okazji dorocznych dni Lublina, które odbywają się w sierpniu, z epicentrum na Starym Mieście, ale mimo że Bohdan zaproszenie przyjął, nie doszło do jego przyjazdu z powodu działania siły wyższej. Bohdan Łazuka! Legenda polskiej piosenki i estrady, ale także aktor pamiętny z niezapomnianych ról filmowych. Dorobek twórczy Bohdana jest tak ogromny i kolorowy, że czyni go jednym z tych artystów, do których szczególnie trudno jest dopasować jakiś jeden tytuł emblematyczny. Obrazki pamięci z nim związane, które najbardziej mi się w niej utrwaliły, to choćby Łazuka wykonujący, któryś ze swoich najsłynniejszych przebojów na bodaj pierwszym festiwalu polskiej piosenki w Opolu, w strugach deszczu, który spadał na głowę piosenkarzowi i publiczności kryjącej się wyłącznie pod parasolami, jako że dach jeszcze nad tamtejszym amfiteatrem jeszcze nie istniał. Utrwalił mi się też jako młody „ahystokhata” w komedii filmowej Stanisława Barei „Małżeństwo z rozsądku”, jako przemądrzały jogin w jednym z odcinków serialu telewizyjnego „Wojna domowa” Jerzego Gruzy, śpiewający w Kabarecie Starszych Panów, w brawurowym duecie z Barbarą Krafftówną, piosenkę „Przeklnę cię”, w komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku”, w roli samego siebie czyli jako artysta Łazuka, bladym warszawskim świtem, w stanie „zawiania”, podpisujący autografem, na prośbę milicjanta, swój wizerunek na plakacie zdartym ze słupa ogłoszeniowego, a następnie wracający z imprezy trasą toru tramwajowego, czy jako aktor teatru rewiowego w „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” Janusza Rzeszewskiego. Jednak moje pierwsze zetknięcie się za zjawiskiem „Bohdan Łazuka” utrwaliło mi się w pamięci dzieciństwa jako widoczna na wystawie sklepu muzycznego na lubelskim Krakowskim Przedmieściu długogrająca płyta winylowa („long”), na której okładce widniało barwne zdjęcie Łazuki siedzącego na skuterze i tytuł najsłynniejszego z jego przebojów, „Bohdan, trzymaj się”. Bo Bohdan, jego osobowość i jego sztuka, to moje dzieciństwo i młodość, choć wtedy jeszcze nie byłem dojrzały do należytego docenienia wielkości i niepowtarzalności tego zjawiska. Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz, Bohdanie, Bohdanie, trzymaj się.

Maciej Damięcki
Spotkaliśmy się w momencie niecodziennym, bodaj w roku 2007, nazajutrz po tym, jak w mediach ukazała się informacja o tym, że IPN z właściwą sobie tupeciarską przesadą ogłosił go „agentem SB”. „Trybuna” była i pierwszą i jedną z nielicznych gazet, które dały Maciejowi Damięckiemu możliwość obszernej wypowiedzi w tej sprawie. W czasie naszej rozmowy na nieistniejącym już chyba kawiarnianym pięterku warszawskiego empiku u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich, nietrudno było wyczuć, że bardzo mocno, boleśnie przeżył oskarżenia, że czuje się wobec nich bezradny, bezbronny. Przyznał, że w pewnej trudnej dla niego sytuacji dał się pewnemu funkcjonariuszowi wziąć na spytki ale zwracał uwagę, że wypytywany o postawy polityczne środowiska nie mógłby powiedzieć nic ponadto, co było powszechnie znane. Dla mnie jako dla rozmówcy nie miało to prawdę mówiąc żadnego znaczenia, bo zawsze uważałem i uważam IPN za wyjątkowo wredną instytucję, od początku istnienia opanowaną przez skrajną prawicę klerykalno-nacjonalistyczną, która ani na moment nawet nie zbliżyła się do obiektywizmu, jakiego można by oczekiwać od instytucji państwowej i zawsze była narzędziem polityki jednego środowiska ideologicznego – polskiej czarnej reakcji. Dla mnie Maciej Damięcki jest przede wszystkim ciekawym, utalentowanym aktorem mającym w swoim emploi, poprzez swoją powierzchowność, coś wiecznie chłopięcego, wisusowatego, nawet sympatycznie dziecięcego. Pamiętam z samego początku lat siedemdziesiątych, gdy miał już około trzydziestu lat, jak w ramach telewizyjnego „teledysku” wykonał okolicznościową piosenkę na rozpoczęcie roku szkolnego „Żeby już do szkoły”, przebrany za uczniaka pląsającego z tornistrem na plecach i radośnie wywijającego workiem na obuwie. Miał zresztą także, pewnie również z powyższych powodów, bardzo dobry kontakt z publicznością dziecięcą, dzięki czemu bardzo często był zapraszany do udziału w imprezach z jej udziałem. Oczywiście pamiętam go też jako jednego z braci bliźniaków z filmu „Tajemnica dzikiego szybu”, który Wadim Berestowski nakręcił według „Księgi urwisów” Edmunda Niziurskiego, zwłaszcza w scenie, gdy grający rolę nauczyciela Gustaw Holoubek poleca mu pokazać, czy nie ma na dłoniach wypisanych ściągawek z wzorami z matematyki. Maciej Damięcki to jednak dla mnie nade wszystko członek hitlerjugend Erik Getting w odcinku „Stawki większej niż życie” zatytułowanym „Genialny plan pułkownika Kraffta”, gdzie w scenach z renomowanymi aktorami tamtych czasów, Zdzisławem Mrożewskim i Stanisławem Mikulskim bez kompleksu okazał prawdziwy kunszt aktorski.

Damian Damięcki

Starszy brat Macieja, wbrew panującemu swego czasu przekonaniu nie jest jego bratem bliźniakiem, jako że jest od niego o trzy lata starszy. I jako starszy brat wyraźnie okazywał w naszej rozmowie z garderobie Teatru Współczesnego wzruszającą troskę o młodszego, a przy tym bardziej „lekkomyślnego” brata, co było jednocześnie zabawne, jako że już wtedy byli właściwie starszymi panami, a dzieląca ich różnica wieku jest doprawdy, zwłaszcza w bardziej zaawansowanym wieku, zupełnie bez znaczenia. Pan Damian, w odróżnieniu o lekko komizującej charakterystyczności Macieja jest aktorem o profilu dramatycznym, choć jest to raczej dramatyczność typu light, ocierająca się o charakterystyczność. Bardzo bawił mnie jako tytułowy nowy w komedii „Nowy” Jerzego Ziarnika. W rozmowie jest przyjacielski, dbający o ograniczenie dystansu, chętnie wchodzący w indywidualną reakcję interpersonalną z rozmówcą. Opowiedział mi ciekawą i dramatyczną anegdotę z życia swoich rodziców, gdy jego ojciec Dobiesław Damięcki, znakomity aktor, ścigany był w 1941 roku listem gończym przez gestapo. W liście tym była m.in. informacja, że poszukiwany może przebywać z żoną, znajdującą się „w stanie poważnym”. Otóż ową wzmiankowaną dawnym zwyczajem jako „stan poważny” ciążę stanowił sam Damian, który wkrótce przyszedł na świat. „Tak oto zostałem anonimowym bohaterem gestapowskiego listu gończego” – zauważył mój rozmówca. Dobiesław w ręce gestapo nie wpadł, natomiast po wojnie stał się obiektem zainteresowania UB i choć nigdy nie został uwięziony ani skazany, to mocno odcierpiał szereg wezwań na przesłuchania, co mogło przyczynić się do jego przedwczesnej śmierci w 1951 roku. Pan Damian należy też do świetnych anegdociarzy teatralnych i jako jeden z aktorów pracujących pod dyrekcją i reżyserią Kazimierza Dejmka opowiedział mi szereg anegdot o – znanym skądinąd – brutalnym, obcesowym traktowaniu przez niego aktorów. Gdy kiedyś o kilka sekund spóźnił się z wejściem na scenę i został przez niego grubymi słowami zbesztany po spektaklu, próbował się usprawiedliwić rozpoczynając od słów: „Myślałem..”. W odpowiedzi usłyszał: „Osioł myśli, bo ma mózg, a pan ma warować i czekać na wejście”. Jednak zabawniejsza jest anegdota o tym, jak obcesowego i rzucającego wulgaryzmami Dejmka poskromiła Kalina Jędrusik. Gdy Dejmek potraktował ją w typowy dla siebie sposób, usłyszał w odpowiedzi słowa wypowiedziane przez nią charakterystycznym erotycznym, ochrypłym głosem: „Spierdalaj, chuju, myślisz, że ja kląć nie umiem?”. Podobno był to jedyny przypadek, gdy Dejmek zaniemówił.

Kapsułki pamięci

Wieńczysław Gliński
Z panem Wieńczysławem, wybitnym aktorem spędziłem w połowie lat dwutysięcznych w jego mieszkaniu na warszawskiej Saskiej Kępie wiele godzin, rozłożonych na kilka spotkań. Jako urodzony w roku 1921 (zm. 2008) człowiek o bogatej i dramatycznej biografii (m.in. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych) miał ogromnie wiele do opowiadania. Oczywiście nie tylko o swoich doświadczeniach okupacyjnych, wojennych, ale także o pracy aktorskiej i życiu towarzyskim w środowisku artystycznym. Jego aktorskie emploi był bardzo bogaty, bo z jednej strony znakomicie wcielał się n.p. w postacie o profilu lekkim, wesołym, „salonowym”, nawet komediowym, z drugiej doskonale kreował postacie dramatyczne, a nawet o zakroju tragicznym, n.p. „Zadrę” w „Kanale” Andrzeja Wajdy. Jako gawędziarz pan Wieńczysław był wspaniały. Był tzw. czarującym causerem, opowiadał barwnie, z rozmachem, jakby z sarmackim kolorytem. Pewnego razu zagadaliśmy się przy czerwonym winie długo w noc, a że wypiliśmy go obaj sporo, więc w pewnym momencie pan Wieńczysław błogo zasnął. W tej sytuacji okryłem go kocem i wymknąłem się z mieszkania na deszczową ulicę, po zasygnalizowaniu tego komuś z rodziny, kto akurat był w domu obecny. Pan Wieńczysław zwykł urządzać swoje urodziny z rozmachem nader bujnym. Zapraszał mnóstwo gości i serwował bufet z prawdziwie królewską hojnością. W obsługiwaniu gości pomagali mu dwaj jego sympatyczni wnukowie, z którymi bawił się w trochę teatralną grę w stylu „pan i jego lokaje”, klaskaniem i wołaniem („lokaje, moi lokaje!”) wzywając ich aby troszczyli się o potrzeby gości. Nie zapomnę zwłaszcza pierwszych urodzin pana Wieńczysława, na których miałem zaszczyt być gościem (maj 2004 roku). Przypadła mi wtedy w udziale gratka obserwowania „spektaklu”, który nazwałbym Spektaklem Wielkich Wejść. Przyszedłem trochę wcześniej z myślą, że i ja może przydam się jako pomoc domowa w przygotowaniu „imprezy”. Okazało się jednak, że mogę spokojnie usiąść i obserwować przychodzących gości. W bocznym przedpokoju natknąłem się na pana Ignacego Gogolewskiego palącego papierosa, a przy tym czyniącego to z dystynkcją właściwą mu w przypadku każdej czynności. Po pewnym czasie ujrzałem wchodzących kolejno: wspaniałą aktorkę, panią Barbarę Horawiankę i wybitnego reżysera, pana Stanisława Różewicza. Usiedli na kanapie i oddali się rozmowie. Niedługo później przyszedł pan Stanisław Mikulski, który dołączył do rozmowy. Czułem się jak na widowni teatru obserwując scenę zapełniającą się znakomitymi postaciami. Jednak najlepsza część tego widowiska miała miejsce przeszło godzinę później, gdy przybył pan Wiesław Michnikowski. Mieszkanie pana Wieńczysława było już wtedy wypełnione gośćmi i gdy usłyszeli oni, że idzie tak znakomity i popularny gość, ustawili się szpalerem, witając go oklaskami, niczym wchodzącego monarchę. A on witał wszystkich „hurtowo”, kłaniając się z czarującym uśmiechem i wołając: „Witam wszystkich państwa, razem i każdego z osobna”. Po czym podszedł do Stanisława Mikulskiego z pytaniem: „Stasiu, czy pamiętasz, jak mnie pytałeś, czy zostać aktorem?”. „Pamiętam, Wiesiu, ale to było 55 lat temu” – zawołał pan Mikulski i z wysokości swojego wzrostu pocałował starszego, filigranowego kolegę w czoło. Uwielbiałem poczucie humoru pana Wieńczysława. Podczas wspomnianych urodzin byłem świadkiem, jak zadał jakąś zagadkę panu Stanisławowi Różewiczowi. Uzyskawszy zadowalającą odpowiedź zawołał: „Brawo! Wygrałeś główną rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”!
Jan Englert
Już podczas naszego pierwszego spotkania (w letnie, słoneczne południe 2004 roku) w jego gabinecie przy warszawskim placu Teatralnym, zauważyłem, że pod dystyngowaną już i mocno dojrzałą powierzchownością dyrektora (wtedy i do dziś) Teatru Narodowego skrywa się energiczny, nieco figlarny, skłonny do złośliwej ironii (i autoironii) chłopiec (o „oszronionej” czuprynie), co podkreśla zawsze także jego szczupła, sportowa, choć niewysoka sylwetka. Powiedział kiedyś, że stąd bierze się jego problem z graniem postaci tragicznych. Sam o sobie (z właściwą sobie wspomnianą autoironią i dystansem do siebie) powiedział – brzmiało to mniej więcej tak – że „bęcwał Englert położył rolę króla Leara, bo nie potrafił ukryć przed widzami, że jego tragiczna postać starca ma mocne nogi sportowca”. Ciekawy był natomiast jako Łatka w „Dożywociu” w Teatrze Narodowym we własnej reżyserii. Ta postać w teatralnej tradycji to zazwyczaj grzybowaty „dziadyga” i tak tę postać grali n.p. Jacek Woszczerowicz czy Tadeusz Łomnicki. Englert zagrał Łatkę w sile wieku, nieco zaniedbanego w stroju, ale bezwzględnego człowieka interesu, nie „starego dziwaka”. Z ekspresyjnych cech aktorskiego emploi Jana Englerta bardzo lubię jego „łobuzerskość”, pełną wdzięku „arogancję”, jego charakterystyczny śmiech, nagły, ostry, wybuchający znienacka oraz jego krzyk w złości. Rozmówcą jest świetnym, precyzyjnie i klarownie formułującym wypowiedzi. Ma w sobie coś z lekka onieśmielającego (badawcze, nieco chłodne spojrzenie), łączy w sobie rys wytwornej światowości z chłopięcością i mimo, że rok urodzenia (1943) czyni go już starszym panem, nigdy go tak nie postrzegam. W zachowaniu jest zdystansowany, sygnalizuje rezerwę, nie ma w nim nic jowialnego, żadnych egzaltacji z jego strony rozmówca nie może się spodziewać. Mimo to, kiedy po raz kolejny spotykaliśmy się przy jakiejś okazji (n.p. na planach realizacji Teatru Telewizji) zawsze mimiką i odrobinę prywatnym tonem, z jakim wypowiadał słowo „cześć”, dawał do zrozumienia, że mnie pamięta, że poznaje. To szczególnie miłe ze strony człowieka tak trzymającego dystans. Wspomniałem, że Jan Englert nie najlepiej sprawdza się w rolach wymagających ekspresji uczuć. Gdy w telewizyjnym spektaklu „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka (1973) zagrał zakochanego w tytułowej bohaterce malarza Gianniego Gianni, to pomimo dobrej techniki był nieprzekonywujący w okazywaniu burzy uczuć i rozpaczy. Natomiast był wręcz stworzony do tytułowej roli w także telewizyjnym „Don Juanie” Moliera w reżyserii Zygmunta Hübnera (1974), która jest moją ulubioną spośród wszystkich znanych mi ról Jana Englerta. Znakomicie oddał w niej całą inteligencję, „pańską” dezynwolturę i cynizm tej postaci. Powiedziałem mu to. I oto ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że ta właśnie rola ściągnęła na niego najwięcej – mówiąc językiem dzisiejszym – „hejtu” i że byli i tacy, którzy nawoływali wtedy, by go wyrzucić z zawodu. Zapytałem o przyczynę takich reakcji. Odpowiedział, że mówiono, iż „zagrał źle” i eksponował „skrajny cynizm”. Co do mnie, to aktorstwo Jana Englerta uwielbiam. Lubię taki koloryt ekspresji. Żeby wyrazić mu za nie swoją wdzięczność przyniosłem (aby poprosić o dedykację) na jego spotkanie z młodzieżą artystyczną na terenie wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej (jeśli dobrze pamiętam w 2019 roku) książkę z kadrem z „Kanału” Andrzeja Wajdy, gdzie 13-letni bodaj wtedy Janek wystąpił w malutkim epizodziku „Zefira”. Pan Englert wziął książkę w dłoń i pokazał ten kadr uczestnikom spotkania, którzy już zaczęli wstawać z krzeseł po zakończonym spotkaniu. A do mnie powiedział półgłosem: „Na pana zawsze można liczyć”. I łobuzersko, schodząc z lekka z dystansu – puścił do mnie „oko”.
Jerzy Gruza
W Jerzym Gruzie (1932-2020) zawsze podobało mi się połączenie subtelnego artysty o świetnym guście literackim (był rewelacyjnym reżyserem Teatru Telewizji, autorem kilkunastu wspaniałych spektakli, na czele z fenomenalną realizacją „Mieszczanina szlachcicem” Moliera z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej, 1969) z – nazwę to tak – „kalibanowym” sposobem bycia. Gruza, warszawiak z urodzenia, lubił stylizować się na warszawskiego „andrusa”, nonszalanckiego, nieco szorstkiego, potrafiącego być „złośliwym” i „niemiłym”, jakby zawsze niezadowolonego, „skwaszonego”, sarkastycznego, ale czuło się, że to stylizacja i na tym pokazaniu „szwów” polegał właśnie jego wdzięk. Podobnie jak Jan Englert nie miał nic z „brata-łaty”, ale dystansował się w inny sposób, grając nieco „obcesową arogancję”. Wywiad z nim przeprowadziłem w kawiarni „Czytelnika” przy Wiejskiej w roku 2003. Na pytania odpowiadał w swoim charakterystycznym stylu „od niechcenia”, który bardzo lubiłem. Po raz ostatni zamieniłem z nim kilka zdań na pogrzebie Romana Kłosowskiego w czerwcu 2018 roku, pytając go o jedną z telewizyjnych realizacji sprzed wielu lat. Godzinę wcześniej, stojąc w tłumie, wysłuchałem jego wspomnienia o zmarłym aktorze wygłoszone w domu przedpogrzebowym na Powązkach d. Wojskowych. Wygłoszone z „twarzą pokerzysty”, było tak zabawne, że mimo smutnych okoliczności sala rozbrzmiewała słabo tłumionym śmiechem.

Księga Wyjścia (71)

Ballada przy kuchennym stole.

„Musiałeś mieć urwanie głowy będąc na placówce w Nigerii” – zapytałem Grzegorza siadając w kuchni jego mieszkania – „przecież jako ambasador miałeś pod swoją opieką, również sporą część Afryki. Kontynentu, przed którym wszyscy ostrzegają. Cały czas media donoszą o wojnach i porwaniach, spotkałeś się z tym? Negocjowałeś z porywaczami? Jak to wyglądało”. Grzesiek uśmiechnął się i zaczął opowiadać: „Nikt nikogo nie odbijał. Tak naprawdę te porwania wszystkim się opłacają. Porywacze przetrzymują zakładników w wygodnych warunkach. Dbają o nich często lepiej jak o własne rodziny – bo to bardzo cenny >>towar<<, karmią, spełniają zachcianki, dostarczają im alkohol, a niekiedy nawet prostytutki. Uprowadzeni mają więc darmowe wakacje pod palmą”- przerwał na chwilę, a ja rozdziawiłem gębę.
„Potem zaczyna się polityczno propagandowy spektakl, zawsze ten sam” – kontynuował – „Kraje, których obywateli porwano ogłaszają, że nie będzie żadnych negocjacji z porywaczami, że zrobią wszystko by uwolnić zakładników, ale nie zapłacą, bo państwo powagę swoją ma i się nie ugnie, a wypłacenie okupu demoralizuje i zachęca innych. Potem, po cichu, przez jakąś podstawioną firmę, placówka wykupuje swoich. Ambasador ogłasza sukces i pisze raport do ministerstwa, że dzięki mozolnym staraniom itp.. Ministrowie chwalą się przed opinią publiczną że akcja odbicia zakończyła się sukcesem, a miejscowe władze trąbią, że przyczyniły się do ocalenia zakładników i jest to kolejny wygrany krok w walce z przestępczością. Natomiast jeńcy po powrocie mają swoje pięć minut. Opowiadają w mediach niestworzone historie o trudach niewoli. Telewizja robi z nich jednorazowych celebrytów i wszyscy są zadowoleni.
Miałem kiedyś przypadek” – kontynuował – „że porwano kilku pracowników, jakaś międzynarodowa grupa, każdy zatrudniony przez inną firmę i inny kraj. Wśród nich był też Polak. Wszyscy zostali wykupieni, oprócz niego. Nikt nie chciał zapłacić. Nikomu nie zależało. Nie był to nikt ważny. Żaden polityk, dziennikarz czy celebryta. Jego firma się wypięła, a i państwo nie kwapiło, dostawałem tylko ponaglenia z MSZ żeby naciskać miejscowe władze i tyle. W końcu porywacze mieli dość utrzymywania kosztownego jeńca i prosili, żeby przynajmniej zwrócić im koszty tego co przejadł, przepił i przebalował, bo już zaczęli wydawać na jego zachcianki świeżo zdobyty okup z pozostałych zakładników” – dokończył ze śmiechem.
Czyli to wszystko bujda, kłamstwo dla ludu? – zapytałem
„Pamiętasz Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej? W trakcie wyborów pojechałeś do Mamberati i Bouar. Śmiałem się z twojego oburzenia, gdy przeczytałeś w gazetach, że rebelianci zdobyli to miasto i uniemożliwili ludziom głosowanie dokładnie wtedy, gdy gaworzyłeś z ludźmi i członkami komisji, którzy zapewniali, że nie doszło do żadnych incydentów. Raz wypuszczony fake news, został uznany za prawdę i choćbyś krzyczał, pisał, opowiadał, że to wszystko bzdura, to i tak nikt ci nie uwierzy. Przecież wiadomość tę podały Al. Jazeera, Newseek, BBC i przedrukowano w kilku polskich gazetach. Informacja podana przez BBC jest bezdyskusyjna, to dogmat i nawet jeśli ktoś pomylił nazwy to już się nie przyzna. A może fałszywa informacja powstała na jakieś polityczne zlecenie. Francji zależy na osłabieniu mandatu Augustina Taudery, Al. Jazeera wspiera rebeliantów, ogłoszenie jakiegoś zwycięstwa, w oczach opinii międzynarodowej osłabia aktualną władzę i jej mandat po wygranych wyborach. Przecież poza Bangui, nigdzie nie było dziennikarzy. A i w stolicy pojawili się tylko na chwilę pod ochroną francuskiej ambasady”.
Ale po co? Zapytałem, przecież faktycznie rebelianci zajęli jakieś nowe miasto, ale to było na wschodzie. Wystarczyło podać prawdziwą informację. O tym ataku nikt wspomniał, tylko lokalny kanał telewizyjny, nawet nie zdążyłem zapisać, wydaje mi się że Marali. Drążyłem temat.
„Ile razy straciłeś zasięg w telefonie” – zapytał
Może dwa, trzy razy gdzieś w dżungli, ale dosłownie na chwilę, no i gdy leciałem cesną, zasięg kończył się przed pułapem tysiąca metrów. Poza tym wszędzie był, nawet w tych wioskach gdzie nie było prądu. Mieli specjalne panele słoneczne do ładowania telefonów. W każdej z komisji taki widziałem. Bardzo charakterystyczne, żółte urządzenia – odpowiedziałem – pamiętasz, też mieliśmy kupić, sprzedawali na każdym bazarze w Bangui.
Po chwili milczenia i przeglądania stron w Internecie wskazał fragment Wikipedii i kilka informacji z największych światowych gazet i serwisów turystycznych. „Widzisz tę treść? Ostrzegają, że telefony komórkowe w tym kraju nie działają. Wyjątkiem jest stolica.”
Kolejne kłamstwo, ale po co? Zapytałem retorycznie i żeby zakończyć temat manipulacji i fakenewsów zacząłem głośno wspominać:
„Na drugi dzień po naszym przylocie stolicę zaatakowali rebelianci, spieprzalismy z hotelu, w mieście panika, strzały, chciałem wrzucić od razu informację na FB, ale mnie powstrzymałeś, powiedziałeś żebym poczekał, bo w Afryce nigdy nie ma pewności kto i co się dzieje, nie chciałeś, żebym wrzucił fakenewsa, podejrzewałeś nawet, że to taksówkarze zaczęli strzelać między sobą, a wojsko w panice otworzyło ogień. Mieliśmy przecież informacje z pierwszej ręki. Dlaczego one cię nie przekonały?” – spytałem.
„Bo przez sześć lat mieszkałem na tym kontynencie. Wbrew pozorom to nie jest wojna rebeliantów z rządem, tylko desperacka próba utrzymania kolonii przez Francuzów. Nie wszystkim zależy żeby wydobywać złoto, ropę czy diamenty. Eksploatacja nowych złóż z Republiki Środkowoafrykańskiej, spowoduje spadek cen tych, które eksploatują w innych miejscach. Gdyby rząd walczył tylko z buntownikami, już dawno przejąłby kontrolę nad całym obszarem. Niestety, są mocarstwa, którym zależy na wiecznym chaosie w tym regionie”.
„Muszę już iść, Magda na mnie czeka” – dodał na koniec i zobaczyłem znikające plecy przyjaciela.
O Grześku i jego nagłej śmierci napisano już w tym tygodniu wszystko. Nekrologi, pożegnania, kondolencje wraz z całym jego bogatym życiorysem. Informacje pojawiły się w wielu gazetach, portalach i dziesiątkach, jak nie setkach prywatnych profili użytkowników mediów społecznościowych. Chciałbym, żeby ten felieton był klamrą tych wszystkich informacji. Przynajmniej z mojej strony, bo w pamięci pozostanie na zawsze.
Treść tej rozmowy jest prawdziwa, mimo, że składa się z fragmentów wielu naszych dyskusji prowadzonych w różnym czasie. Wszystkie poruszone kwestie są jednak pełne i dokończone. Nic nie zostało wyrwane z kontekstu, ani nie zmieniło sensu. Chciałem zakończyć ten tygodniowy cykl wspomnień, tematem dotyczącym jego największej miłości, czyli Afryką, a w zasadzie tym, że dla pierwszego świata jest źródłem bogactw i poligonem, nie dostając nic w zamian.
Przez ostatnie kilka dni i nocy odbierałem telefony i odpisywałem na wiadomości z całego niemal świata. Wszędzie niedowierzanie, seria pytań jak to się stało, kiedy pogrzeb. Telefon rozładowywał mi się po kilka razy na dobę. Wspólni znajomi, których poznaliśmy podczas ostatniej wyprawy do Afryki. Nie sądziłem, że ludzie z którymi spędziliśmy zaledwie kilka, lub kilkanaście godzin – których ledwo poznaliśmy, będą tak zainteresowani. Każdy z nich chciał się dowiedzieć czegoś więcej niż tylko tego, co można było wyczytać w prasowych notkach przepuszczonych przez translator. Jeden z węgierskich parlamentarzystów, który przyleciał do Bangui zobowiązał się, że ich delegacja złoży kondolencje za pośrednictwem polskiej ambasady w Budapeszcie. Gdzie i kiedy będzie pogrzeb, nie wiem. My pożegnamy Grzegorza podczas zwykłej – cywilnej ceremonii, zorganizowanej przez przyjaciół i towarzyszy z partii, której był członkiem zarządu, czyli KPP.

Z Polski, a jednak do domu

Urodził się piątego października, ale sam tej daty nie znał, swoje urodziny przez całe życie obchodził dziesięć dni później.

Co prawda rodzina Brzezińskich widnieje w księgach Parafii Rzymsko-Katolickiej w Krzywczy już w 1794 roku, ale ojciec Jerzego Florian Brzeziński przybył tam niedawno. Był ekonomem-zarządcą majątku Romanowskich w Ruszelczycach, który nabyli w 1912 roku. Najstarsi mieszkańcy przypominają sobie, że „chętnie jeździł konno po polach obrabianych przez chłopów, służbę, lubił też polować. Nie był zbytnio lubiany przez mieszkańców Ruszelczyc (w większości Rusinów) ponieważ był bardzo wymagający w pracy…był tu krótko, ponieważ jakiś inny zarządca majątku za Przemyślem, nie radził sobie w tamtym majątku i nastąpiła zamiana zarządców”. Powyższą opinię potwierdzają także wspomnienia pani Anny Janiny z Dołęga-Makowieckich herbu Bożawola Józefowej Romanowskiej.
Niedługo po urodzeniu Jerzego zmienił pracę, potem zmarła żona Marianna, a małego oddał pod opiekę ciotki w Warszawie, jeszcze później ponownie się ożenił. Jerzy powrócił w rodzinne strony, do Przemyśla, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej, a następnie do Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego.
Dalsze jego losy
w czasie hitlerowskiej okupacji nie są znane  w oficjalnych świadectwach przeczytać można, że w 1943 roku wywieziony został na roboty do Niemiec. Ale prawda jest inna  po latach opowiadał mi, że zgłosił się na ten wyjazd dobrowolnie uważając, iż „pod latarnią jest najciemniej”. Nie zdążyłem dopytać dlaczego, a on sam też nie chciał, albo zapomniał powiedzieć. Zapewne czegoś się obawiał, a niebezpieczeństwo musiało być na tyle poważne, że ten desperacki krok wydał się jedynym rozwiązaniem.
Szczęście mu sprzyjało, trafił do bauera na terenie Bawarii, a praca w gospodarstwie nie należała do najcięższych, nadto wyżywienie było znośne. Gdy zbliżała się wyzwoleńcza ofensywa z zachodu z innymi Polakami zatrudnionymi w tej okolicy postanowił  byle szybciej do upragnionej wolności  uciekać. Całą złapaną grupę późnym wieczorem wyprowadzono na skraj lasu i rozpoczęła się egzekucja. Huk pierwszych wystrzałów był sygnałem, żeby upaść, nim inni zastrzeleni zwalą się na niego i obok. Na szczęście nie dobijali. Nad ranem, we wstającej mgle ujrzał przed sobą konary rosnącego opodal wielkiego drzewa. Ten motyw: drzewo, konary, w różnych odcieniach, ale zawsze lekko zamglone powtarzał się później wielokrotnie na jego obrazach.
Potem był Paryż
i wyjazd do Włoch, gdzie trafił do jednostki szkolnej 2 Korpusu. Tu po raz pierwszy objawił się jego talent plastyczny, gdy w wolnych od zajęć chwilach rysował do żołnierskiej gazety sylwetki przyjaciół i rozliczne karykatury. Rozformowanie polskiego wojska po zakończonej wojnie zrodziło pytanie: co dalej ? Do Polski i do swojej ukochanej Inki postanowił powrócić jego przyjaciel Olgierd Terlecki, którego losy tak w swoim czasie wspominałem: „W swoim życiu, wraz z częścią współczesnego mu pokolenia Polaków, dla którego druga wojna światowa była największym nieszczęściem, przebył wiele dróg…Olgierda droga z Polski i do Polski trwała ponad siedem i pół roku. Prowadziła przez obozy w Kandałakszu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, przez Buzułuk i Tockoje, gdzie formowały się Polskie Siły Zbrojne, przez Bliski Wschód i Włochy, wreszcie by 27 listopada 1947 roku zakończyć się na gdańskim molo.”
V Komenda organizacji
Wolność i Niezawisłość, kryptonim „Muzeum”, znajdowała się pod kontrolą zorganizowaną przez Urzędu Bezpieczeństwa przy pomocy przewerbowanych oficerów WiN i Armii Krajowej – oraz w większości nieświadomych mistyfikacji – szeregowych członków. Podjęło grę z wywiadem amerykańskim i brytyjskim: przyjmowano przesyłanych z zachodu drogą lotniczą i morską agentów, dolary, tonę złota, nowoczesny sprzęt łączności, wysyłając w zamian fałszywe informacje oraz (nieświadomych na ogół rzeczywistego charakteru V komendy) emisariuszy i kurierów, a także ludzi na przeszkolenie wywiadowcze i dywersyjne. Utrzymywano m.in. łączność radiową za pomocą przerzuconych do Polski agentów. Wywiady zachodnie liczyły, że WiN, oprócz prowadzenia w Polsce wywiadu wojskowego, posłuży po ewentualnym wybuchu III wojny światowej, do dywersji na liniach komunikacyjnych i zniszczy najważniejsze zakłady przemysłowe – był to tzw. Plan „Wulkan”. Organizacji przekazano także plan „X” – wytyczne dla podziemia w Polsce na okres poprzedzający wojnę i na czas wojny. Wobec planów CIA przysłania do Polski oficerów amerykańskich na inspekcję WiN oraz przygotowywania masowych zrzutów ludzi i sprzętu, w grudniu 1952 roku MBP zdecydowało się na przerwanie gry. Spektakularna likwidacja organizacji wywołała tzw. aferę Bergu.
Jerzy nie miał
ani do kogo i ani po co wracać. Mamy już na świecie od dawna nie było, a stosunki z ojcem i jego nową żoną nie układały się dobrze. Wraz z tysiącami innych znalazł się w Wielkiej Brytanii korzystając z możliwości i warunków jakie stworzyło powołanie Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Początkowo pracował przy odgruzowywaniu Londynu, potem w ramach organizowanych szkoleń uczył się remontować zniszczone mieszkania, naprawiać. odnawiać, malować. Pewnego dnia otrzymał dużo intratniejszą i ciekawszą propozycję, o której opowiadał, a ja tu przytaczam.
Wtedy nie związali mu rąk.
Nie założyli kajdanek, a może ich po prostu nie mieli? Złapali go już po godzinie od momentu gdy wylądował i zdążył zakopać spadochron, a słysząc liczne zbliżające się głosy, schował do szybko wygrzebanej dziury pod konarem nieopodal rosnącego drzewa ciężki, płócienny pas pełen złotych monet,
W izbie chłopskiej chaty, do której wprowadziło go dwóch czerwonoarmiejców, paliła się naftowa lampa. Za stołem siedział sowiecki oficer, a obok niego stał w cieniu jeszcze jeden wojskowy.
– Imię, nazwisko i co tu robicie? – to pytał ten z cienia.
Nazywam się Jan Kowalski, wszystko jest w moich dokumentach, które oni zabrali – tu wskazał na swoich wartowników. Szedłem od moich znajomych z Kościejowic do Racławic aby spotkać się ze znajomymi.
Wy nie szutitie Kowalski. My was zdieś żdali!– Rosjanin zwrócił się do wojskowego z cienia i zapytał: Kak jewo familia?
Brzeziński Jerzy towarzyszu – odpowiedział wojskowy Polak.
– A otczestwo?
– Florianowicz.
Po tym co usłyszał świat zakręcił mu się w głowie, miliony pytań rozsadzały mózg – znają moje prawdziwe nazwisko, czekali tu na mnie, skąd wiedzą? Przecież poprzednim razem wszystko poszło jak z płatka. Kto zdradził? Co dalej?
Rosjanin do Polaka: Uż pozdno. Pogawarim s etoj swołoczju zawtra. Paka wziąć jewo w podwał.
To może była ta jedyna okazja, w chłopskich domach nie było na ogół piwnic, a wyprowadzał go z izby tylko jeden wartownik. Szli przez podwórko kierując się ku wznoszącemu się na jego końcu sporemu ziemnemu pagórkowi, w którym mieściło się zapewne wspomniane pomieszczenie.
Jak zawsze broni nie miał ze sobą, w odróżnieniu od innych kurierów uważał, że tylko może przynieść nieszczęście podczas przypadkowej rewizji. Ale w cholewie wysokich butów, od wewnętrznej strony, miał wszytą pochwę na długi nóż komandosa. Kiedy go kupował, sprzedawca zachwalał produkt: długi i super ostry. Szukał go teraz udając, że się potknął, zwolnił, pochylając się lekko do przodu. To pozwoliło mu osiągnąć jednocześnie dwa cele – wartownik idący za nim prawie wpadł na niego, a jednocześnie w tym pochyle niepostrzeżenie wyrwał nóż z pochwy. Z półobrotu ciął tamtego w szyję, co dało ten spodziewany efekt, że wszystko odbyło się w absolutnej ciszy.
Na pewno już znaleźli wartownika i zarządzili pogoń. Mieli znikome szanse na sukces, takie same jak on. Ale wrześniowa noc dawała pewne nadzieje. Nie dlatego, że akurat była piękna pogoda, a rozjaśnione niebo stanowiło doskonały kompas. Noce o tej porze są na szczęście dużo dłuższe niż te z czerwca kiedy był w Polsce poprzednim razem.
Na pewno zarządzili obławę i będą próbowali zamknąć jakiś kocioł. Gdzie będą szukać?
A zresztą wszystko jedno – z dwóch wariantów punktów przerzutowych przez granicę na Zachód do Szczecina, z którego korzystał poprzednio, było przecież o niebo dalej niż z Dolnego Śląska. A więc musiał dostać się do Krakowa, a potem na ich tzw. Ziemie Odzyskane.
Do Miechowa było
jakieś 15 kilometrów, a dalej do Krakowa z 40. Do rana powinien być na miejscu. Szczęście, jak na razie mu sprzyjało – szedł drogą, która o tej porze była pusta. Raz, może dwa, przejechały tamtędy ciężarowe studebakery i jeden willis z wojskowymi ale nie stanowili dla niego żadnego zagrożenia ostrzegając zbliżającym się szumem silnika i włączonymi reflektorami. Miechów obszedł od południowego wschodu szerokim łukiem, podobnie jak i Słomniki. Wreszcie postanowił trochę odpocząć, zszedł z drogi i pod rosnącym sporym drzewem położył się aby rozprostować kości. Nie wiedział kiedy zasnął. Obudził go dziwny szum i rytmiczny stukot. Drogą coś dużego i bardzo długiego poruszało się wolno w stronę Krakowa. To był sznur wyładowanych chłopskich furmanek ze śpiącymi i kiwającymi się z przodu woźnicami. Przeczekał aż ostatnia fura zrównała się z drzewem pod którym spał, podbiegł od tyłu i wskoczył na wóz. Zanim ponownie zasnął, wyjął nóż i z rozprutej poszewki kaszkietu wydobył kolejne dokumenty – tym razem nazywał się Stanisław Nowak urodzony w Krakowie.
Był tu wiosną 1939 roku ze szkolną wycieczką, zwiedzali Wawel, Stare Miasto i byli w teatrze, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć drogi na dworzec. Poszedł w stronę ulicy, którą właśnie przejechał dzwoniąc biało-niebieski tramwaj. Na murach mijanych domów widział białe jeszcze napisy „3 x tak”, ale także bledniejące już, poniemieckie, „V”.
Za dolary można było tu kupić wszystko z wyjątkiem biletu kolejowego. Słusznie spodziewając się, że na sprzedaży papierosów i gazet nie robi się interesu, wymienił u kioskarza siedzącego w betonowym okrąglaku pięćdziesiąt dolarów, co pozwoliło na sute śniadanie i kupno biletu. Resztę schował, swoim zwyczajem, w prawej kieszeni spodni.
Pociągiem do Wrocławia dotarł po iluś tam godzinach. Na przydworcowym placu kupił używaną torbę, do której po chwili wpakował zakupione butelki samogonu. Był to w tym czasie jeden z lepszych sposobów na załatwienie różnych spraw.
W jadącej do Lubawki szoferce ciężarówki znalazł gadatliwego rozmówcę. Za Kamienną Górą zatrzymał ich patrol uzbrojonych ludzi. Szofer z lekkim zaniepokojeniem zapytał: Ma Pan jakieś dokumenty? – i natychmiast dodał – nie trzeba. Nasz chłopak nimi dowodzi.
Zjeżdżali ku miasteczku – Wysadzę Pana przed rynkiem, mówią, że i domy mają oczy.
Dziękuję za podwiezienie – butelka samogonu zmieniała właściciela. Nawiązał kontakt umówionym hasłem, tej samej nocy z przewodnikiem poszli ku polsko-czeskiej granicy.
Z czerwonej,
tak charakterystycznej dla Londynu, telefonicznej budki wykręcił siedmiocyfrowy numer: najpierw trzy litery, a następnie cztery cyfry. Litery w tamtym czasie stanowiły skrót od nazwy dzielnicy. Dzwonił do kogoś z Southwark na południowym brzegu Tamizy. Podał umówione hasło i usłyszał gdzie i kiedy ma się stawić. Przesłuchania trwały, z przerwami, ponad dwa miesiące. Nikt nie chciał uwierzyć w opisany przez niego przebieg ostatniej misji w kraju. Zarzucono mu nawet, acz nie mieli na to żadnych dowodów, że przywłaszczył sobie złotą przesyłkę. Sprawa zakończyła się definitywnym rozstaniem, bez jakiejkolwiek odprawy. Znów, jak na początku swojego pobytu w Londynie, powrócił do prac remontowych – malowania i odnawiania
mieszkań.
Moja żona i córka
dawno już poszły spać. Siedzieliśmy dalej przy nakrytym na przyjęcie stole i wypili kolejną już, nie wiadomo którą, wódkę. Zdecydował się opowiedzieć mnie – wtedy redaktorowi naczelnemu partyjnej gazety, poznanemu przez Olgierda Terleckiego – tę historię z radzieckim wartownikiem. Chciał się upewnić u kogoś kto lepiej zna miejscowe stosunki, a jak nie, to może się kogoś zapyta. Dziś, gdy ma w kieszeni brytyjski paszport nic mu nie grozi, ale gdy  a ma taki zamiar  powróci tu na stałe, to diabli wiedzą. Po kilku dniach otrzymał uspokajającą odpowiedź.
Nie wiadomo
kiedy i dlaczego do swojego nazwiska dodał przydomek „Dunin”. Mogło to się zdarzyć bez jego wiedzy, gdy mieszkał u ciotki z Duninów-Brzezińskich w Warszawie, albo gdy świadomie go dopełnił przebywając w polskim środowisku, co oznaczało wzrost prestiżu, bowiem pochodził by ze starego i zasłużonego rodu. A może było jeszcze inaczej ? Natomiast Anglikom było wszystko jedno z wyjątkiem dodatkowego kłopotu z wymową i tak nie łatwego już nazwiska. Jakoś jednak sobie radzili z tym studentem na wydziale sztuki użytkowej w londyńskiej Borough Polytechnic, tym bardziej, że już na drugim roku wygrał międzynarodowy konkurs graficzny zorganizowany przez amerykański tygodnik „This Week” na plakat propagujący wolność narodów. Od 1953 roku rozpoczął samodzielną pracę grafika reklamowego, uzyskując w ciągu kilku lat znaczące sukcesy artystyczne. Wtedy, dla łatwiejszej rozpoznawalności zaczął używać artystycznego pseudonimu Karo. Został członkiem prestiżowego Society of Indrustrial Artist, w którym wchodził w skład władz i sprawował także funkcję egzaminatora, podobnie jak w Council of National Academic Awards. Od 1963 r. związał się z Leicester Polytechnic, gdzie dzięki swemu dorobkowi artystycznemu powołany został na stanowisko dziekana i profesora wydziału grafiki użytkowej, piastując je przez dwadzieścia dwa lata. Swoje artystyczne i pedagogiczne doświadczenia zawarł w 1975 r. w książce pt.: ”Grafik Design: Metods, Problems, Solutions”, wydanej w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, a w 1977 r. w Japonii. Pisał także wiersze, również po angielsku, co wzbudziło podziw wśród miejscowych znawców problemu, bowiem nie spotkali się wcześniej z tak perfekcyjnym opanowaniem miejscowego języka przez
obcokrajowca.
W swym dorobku
miał ponad cztery i pół tysiąca prac graficznych: plakatów, ilustracji, druków reklamowych, projektów opakowań i brytyjskich znaczków pocztowych, Wśród klientów, dla których Jerzy Karo wykonywał zamówienia reklamowe lub którym służył jako konsultant do spraw reklamy, znalazły się znane zachodnioeuropejskie i amerykańskie firmy oraz koncerny. Wystawy jego grafiki i malarstwa eksponowano w wielu krajach Europy. Duża wystawa miała również miejsce w warszawskiej „Zachęcie”, a następnie w szeregu polskich miastach. Pisał także stale felietony „Z Albionu” do „Gazety Krakowskiej”, w których z olbrzymim dystansem odnosił się do tego wszystkiego co znał i zastał na Zachodzie.
W życiu prywatnym Jerzego bywało różnie  co prawda drugie z kolei małżeństwo na wiele lat ustabilizowało jego egzystencję, ale kiedy dzieci dorosły i poszły na swoje, stosunki między małżonkami nie najlepiej zaczęły się układać. Nadto zbliżała się nieunikniona starość, a wraz z nią kres akademickiej kariery, widmo emerytury, która tu oznaczać musiała zasadnicze ograniczenie wszystkich wydatków. W projektowaniu dominować zaczęły nowe komputerowe techniki, których nie znał, a nadto traktował je jak najazd Hunów na od wieków utrwalone wartości w sferze sztuk plastycznych.
Na te wszystkie bieżące rozważania
i wątpliwości nałożyły się zupełnie nowe doświadczenie i  to dopiero nieco później nastąpiło  zupełnie odmienne możliwości. W latach 80-tych zajmował się działalnością charytatywną organizując do Polski transporty z darami, a później bywał tu kilkukrotnie. Prowadził także na zaproszenie Ministerstwa Kultury i Sztuki pokazowe zajęcia ze studentami wydziałów grafiki użytkowej w Krakowie i Łodzi. Powrót do dawno opuszczonego kraju, konfrontacja jego współczesnego obrazu z tym, który zapamiętał z młodzieńczych lat, liczne kontakty w różnych środowiskach, a wśród nich z Krysią w Przemyślu  najważniejszy i ze wzajemnością  zaowocowały o kolejnej ucieczce, nie, o powrocie, jak zawsze mówił, do domu.
Jerzy wrócił do Polski
w 1985 roku, początkowo przebywał w Krakowie, potem powrócił do Przemyśla, gdzie zamieszkał z ukochaną Krysią, i wreszcie znalazł po wielu latach swój polski dom. Tutaj obok realizacji zleceń reklamowych, zajął się przede wszystkim malarstwem. Wydał także dwa tomiki poezji. Był organizatorem konkursów plastycznych dla uzdolnionej młodzieży oraz dla przemyskiego środowiska artystów profesjonalnych i amatorów. W 2004 roku profesor Jerzy Dunin-Brzeziński otrzymał Nagrodę Główną Zarządu Województwa Podkarpackiego za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki.
Podczas retrospektywnej wystawy swoich prac w miejscowym BWA, w udzielonym wywiadzie, na pytanie Jakie jest Pańskie credo artystyczne: odpowiedział: Jak największy skrót. Streścić rozdział w paragraf, paragraf w zdanie, zdanie w jeden wyraz i nie zatracić przy tym sensu – to właśnie mój ideał. Innymi słowy: jeśli mogę jakąś myśl wyrazić jedną kreską, to nigdy nie
użyję dwóch.
W prasowym wywiadzie
dla „Gazety Krakowskiej” mówił Jerzy o tym, co spotkało nas teraz – o wszystkich dobrodziejstwach reinkarnacji kapitalizmu na polskiej ziemi:
„W czasie gdy wielu Polaków zdecydowało się zostać na Zachodzie, gdy niektórzy jeszcze chętnie wyjechaliby tam na stałe – Pan wraca do kraju. Jest to jakiś paradoks. Kto wiec ma racje – oni czy Pan?
– Tak, zgadzam się, że jest to paradoks, ale dla kogo? Chyba nie dla mnie. Dla mnie jest paradoksem ta zupełnie niezrozumiała chęć wyjazdu na tzw. Zachód. Wiara, że tam jest zupełnie inaczej, że wszystko jest tam tak jak być powinno, a – jak z takiego rozumowania wynika – tu jeszcze nie jest. Mnie tam pytano dlaczego wyjeżdżam, uważano mnie za szaleńca, w każdym razie za niemądrego. Biorąc pod uwagę, iż miałem tam stosunkowo wysokie, dobrze płatne stanowisko, mówiono mi, że za długo żyłem na Zachodzie, abym potrafił móc i chcieć żyć w kraju. Odpowiedziałem na to, że taką ocenę może wydać tylko ten, kto nie był na Zachodzie tak długo jak ja, a najczęściej tam nie był w ogóle.
– Ale czy Pan nie rozumie pewnej sprzeczności – dziesiątki tysięcy ludzi młodych z rodzinami i z dziećmi wyjechały z Polski, chcąc gdzieś tam budować swoją przyszłość, a Pan jeden albo jeden z niewielu wraca. Przewaga jest po ich stronie, a nie po Pana,
– Przewaga?
– Przynajmniej ilościowa.
– Tak, zgadzam się z tym, bo to są fakty niezaprzeczalne, są także i inne, niezaprzeczalne, acz mało znane – w ubiegłym roku wróciły do kraju ponad 42 tysiące Polaków, którzy na Zachodzie żyli przez długi czas. Trudno wiec nazwać mnie jednym z niewielu, którzy przyjechali na stałe do Polski. A ponadto chciałbym podkreślić, że nie zawsze jest tak, iż to co robi większość jest sensowne, acz zawsze wydaje się normalne.
– Czy to wystarcza?
– Nie wiem w ogóle czy możliwe jest porównywanie tych, których pragnieniem był wyjazd na Zachód, z pragnieniem moim, abym znalazł się w domu.
– Czy Pan jest komunistą?
– Nie, nie jestem komunista w tym sensie; że nie byłem i nie jestem członkiem partii, nie brałem także udziału w żadnej akcji politycznej, ale czy proszę Pana trzeba być koniecznie komunista, aby widzieć i docenić to co w Polsce osiągnięto od 1945 roku, jak również być świadomym tego, co nam wspólnie, razem, pozostało do zrobienia?
– Był Pan, jak niektórzy opowiadali, bardziej angielski od Anglików – Polonia traktowała Pana jak kogoś, komu się powiodło i udało. A tu taka wolta. Dlaczego?
– Polak może jeśli chce. Ja chciałem”.
O profesorze Jerzym Dunin-Brzezińskim pisał, jako jednym z niewielu z polskiej emigracji, który zrobił w Wielkiej Brytanii licząca się karierę, Rafał Habielski – „Polski Londyn”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2004 rok.
Kiedy ostatni raz
przyjechałem na Jego urodziny był już poważnie chory. Otwierając butelkę koniaku powiedział, że na żadne naświetlania i chemioterapię nie wyraził zgody. Przeżyłem w życiu wystarczająco dużo. Nie będę się męczył na starość. Wystarczy!
Na przemyskim wojskowym cmentarzu kapelan odprawiał smutną uroczystość, a ja żegnając mojego przyjaciela pomyślałem, że wrócił, jak marzył, do swojego, polskiego domu.

(Fragment z przygotowywanej książki „Wspomnienie z galaktyki Koziorożca”)