
W tamtych czasach podczas Wielkiego Tygodnia nie rozmyślałem tyle o Męce Pańskiej co teraz.
Mieszkałem w świętym mieście Częstochowie w domu rodziców moich, którzy piekarnię tam mieli. Na ulicy Armii Ludowej, wcześniej Ogrodowej, jeszcze wcześniej Orlicz-Dreszera, teraz znów Ogrodowej. Rzut beretem od bazyliki Świętej Rodziny, zwanej „Katedrą”.
Tam przez ponad dekadę rodzina nasza własną ławkę miała. Nie dlatego, że dewocyjną była. Wedle rodzinnej legendy Dziadek kamienie na budowę Katedry woził, zaś Tatuś na pewno sponsorował Niższe Seminarium Duchowne na Piotrkowskiej. Też rzut beretem, ale w inną stronę.
Środa
O Wielkanocy rozmyślałem już w Wielką Środę. Dniu, kiedy Judasz naszego Jezusa zdradził, kasę wziął, ale nie poużywał sobie, tylko się głupi powiesił.
W środę koleżanki szły do spowiedzi. Zaraz po pierwszej komunii ja i kolesie ze Stawowej przestaliśmy się spowiadać. Tylko dwaj ministranci z Mokrej dalej musieli chodzić. W Wielką Środę z dziewczynami razem. Wstyd na całą dzielnicę. Najgorzej było, kiedy na księdza Suskiego trafili, bo jak nam mówili: „ch.j jeb.ny o wszystko pyta”.
My zamiast o grzechach rozmyślaliśmy, skąd tu dobry kamień skołować. Szybko, aby ci z Krakowskiej nas nie ubiegli. Dlatego Stawowa nawet nad Kucelinkę szła szukać. Wózek mieli dziecięcy, po siorze, która wyrosła, w sam raz dla przywiezienia kamienia.
W środę chodziłem pod „Zapałczarnię”, dziś Muzeum Zapałek, rzut beretem od mego domu. Robotnicy wynosili mi stamtąd siarkę potrzebną do zrobienia kalichlorku. Za to w piątek wynosiłem im świeży chleb na święta. Potem dowiedziałem się, że to barterem się nazywa.
Siarkę starannie mieliłem, mieszaliśmy ją z saletrą skołowaną przez kolesia z Przechodniej i pakowaliśmy to do małych, płóciennych woreczków. Szyła je ta siora, która z wózka wyrosła.
Czwartek
W Wielki Czwartek rozmyślałem, gdzie domownicy pochowali koszyczki i baranki do święconki. Baranki zawsze mieliśmy solidne. Porcelanowe, srebrzone, z drewnianą chorągiewką. Kupione na lata.
Żaden cukrowy, farbowany szmelc, na widok którego krzywiła się Mamusia moja.
A ja tęskniłem za tym szmelcem, bo poświęcony od razu trafiał do gąb moich kolegów, a moich baranów ugryźć się nie dało. Ale kolesie dzielili się, było git.
Święconka w świętej Częstochowie musiała być na bogato. Co najmniej kilka jaj, ugotowanych na brązowo w łupinach cebuli. Do nich zdobione, kupne pisanki. Nie do jedzenia, tylko do patrzenia. Chleba spory kawałek. Nam i znajomym Tatuś specjalne chlebki do święconki wypiekał. Do tego koniecznie kiełbasy kawał, czosnkowej najlepiej, bo skoro Jezus Żydem się urodził, to czosnek musiał lubić. Chrzan też musiał być, tarty, zajebiście ostry. Sól i pieprz na pamiątkę Męki Jezusowej. Babki lukrowanej kawał na Męki Jego osłodę. Nam i znajomym Mamusia specjalne drożdżowe babeczki wypiekała. Do no i, jak wisienka na torcie, koniecznie baranek.
Albo kurczaczek. Ale kurczaczki ksiądz Suski tępił jako przejaw resztek pogaństwa. „Tylko baranek, koszyków z kurami nie święcę”, ostrzegał.
„Ch.j ci w d.pę jeb.ny pedale”, mruczeli koledzy ministranci, a dziewczyny chichrały i pytały, czemu pedał, skoro samochodem jeździ.
Dlatego baranki wkładali koledzy na górę koszyka, a kurczaka pod serwetkę i bukszpan. Zakładali się wtedy, czy „ch.j” go zauważy. O pęczki kalichlorku.
W tamtych czasach nie wkładano do święconek zajączków, zwłaszcza z czekolady. Nie było ich w sprzedaży. Poza przemycanych z ówczesnej NRD, postrzeganych jako niemieckie dziwactwo. Nie było też dzisiejszego zwyczaju wielkanocnego szukania czekoladowych jajeczek przez dzieci. Bo jaj takich też nie było.
Piątek
W Wielki Piątek „Żydzi nam Jezusa ukrzyżowali”, mawiała moja niania Lucia, i dlatego w ten piątek wielki post w domu obowiązywał. Jeść niczego nie należało, a już broń boże zwierzęcego mięsa.
Jednocześnie tego dnia zaprzyjaźniony pan Rzeźnik przywoził intensywnie pachnącą, świeżo uwędzoną wielką szynkę z szynki prawdziwej. Takich szynek nie ma już w naszym kraju. Dziś świąteczne, oferowane przez markety szynki robione są z prasowanych, farbowanych ochłapów mięsa. Widziałem niedawno promocyjną „szynkę”, firmowaną przez tradycyjną, kiedyś polską, markę, z informacją, że „zawiera 80 procent mięsa”.
Bez info, z czego jest to pozostałe 20 procent. Gdyby tylko z soi, to nie byłoby źle. Jeszcze więcej soi w takiej „szynce” czyniłoby z niej produkt wegetariański. Wyglądający jak szynka, smakujący prawie jak, i dopuszczony do spożycia nawet w postny Wielki Piątek!
Pan Rzeźnik przywoził też kiełbasy. Palcówki i „z kija”. Wszystkie z prawdziwego mięsa, bez niemięsnych procentów. Wisiały na kijach pod sufitem. Pachniały bardziej apetycznie niż szynka z szynki prawdziwej. Zakazanej w piątek szynki nie dało się ugryźć bez pozostawienia śladu. Skradzionego kiełbasianego pęta domownicy mogli się nie doliczyć.
„Jeśli zjesz kiełbasę w Wielki Piątek, to tak obrazisz Pana Boga, że za karę ręka ci uschnie”, przestrzegała mnie przed grzechem Lucia.
Nie uschła, właśnie piszę nią teraz.
Czy wtedy łaskę wiary straciłem?
Sobota
W Wielką Sobotę uczniowie po złożeniu ciała Jezusa do grobu mieli przeżywać trudny czas niepewności.
Moim kolegom też było niepewnie, bo Suski zawsze mógł kurczaczka w koszyczku wypatrzeć i grożąc kropidłem z katedralnego raju wygnać.
Wtedy trzeba było szybko dymać do świętego Zygmunta, rzut beretem od Katedry. U Zygmunta kurczaki święcili bez wybrzydzania.
W mojej świętej Częstochowie wielki post kończył się zaraz po poświęceniu święconek. Już na placu katedralnym opychaliśmy się kiełbasą z koszyków, zagryzając ją barankami. Kurczakami też, jeśli z cukru były.
Potem luz już był. Jedynie galanciki pilnowali, aby mamy wyprasowały im gajerki i koszule. Pastowali swoje kalipsiaki. Glancowali je na błysk. Szykowali się na rezurekcję.
Wielka Niedziela
Mam jako dziecko piekarskie gen wstawania o poranku. W niedzielę wielkanocną już o piątej byłem na nogach. Biegłem na rezurekcję do Katedry, rzut beretem od domu mego. Tym razem nie bałem się spóźnić na mszę, tylko chciałem zająć najlepsze miejsce pod kościołem. Ubiec ekipę z Krakowskiej. Pilnowałem wybranego kawałka ulicy, kocimi łbami wybrukowanego wtedy, czekając na kamień jadący już ze Stawowej i wybuchowe pęki z Przechodniej.
Wszystko mieliśmy opanowane do perfekcji. Na płaskim kocim łbie układaliśmy pęk kalichlorku. Udeptywaliśmy go delikatnie długim noskiem błyszczącego kalipsiaka. Potem trzeba było dźwignąć kamień, wysoko ponad głowę i walnąć nim w udeptany pęk. Zrobić szybki obrót i pobiec do przodu. Odskoczyć przed wybuchem.
Tylko chwila zwłoki i mogło się zdarzyć, że wybuch i gejzer iskier wypalały w wprasowanych na kant spodniach koronkę dziurek lub pozostawiały niezatarty już ślad na wypastowanych kalipsiakach.
Pierwszy huk, gromkie „Alleluja” wraz z nim, zawsze należał do nas.
Pierwsi oznajmialiśmy miastu naszemu i światu, że Chrystus zmartwychwstał. Co poświadcza kamień z Grobu Jego leżący teraz na częstochowskich kocich łbach. Kolejne huki nadchodzących ekip z Krakowskiej, Strażackiej, Garncarskiej czasem, były już wtórnymi.
Na mszę rezurekcyjną do kościoła nie wchodziliśmy. Znaliśmy jej przebieg, niezmienny od lat. Udział w procesji trzykrotnie okrążającej Katedrę też nas nie kręcił. Waliliśmy w pęki do wyczerpania ich zapasu. Chyba że wcześniej zjawił się jakiś mundurowy, zwykle nowy w dzielnicy, aby spokój przywrócić. Wtedy wypieraliśmy się naszego kamienia, jak Piotr Jezusa w Wielki Wtorek. Czasem mundurowy chciał aresztować nam kamień, ale kiedy był bez wózka, to nie musieliśmy szukać nowego w roku następnym.
Po rezurekcji każdy z nas szedł do domu na tradycyjne wielkanocne śniadanie. Kanonadę kiełbas, pasztetów, salcesonów i wędlin.
Poniedziałek Lany
Już od rana budzili mnie sąsiedzi. Przychodzili oblać moją Mamusię i tak dopełnić zwyczaju Lanego Poniedziałka. Przy okazji chcieli wkupić się w jej łaski, bo jako „Majstrowa” decydowała, kto z okolicy dostanie chleb bez kolejki, kto deficytowe chałki i komu piekarze to wszystko dobrze wypieką.
Przychodzili oblać galantnie, nie wodą z kranu, tylko skropić perfumami. Obficie, tak na bogato. Ponieważ Mamusia pokropków odmówić nie mogła, bo z ludźmi żyć trzeba, to rychło w domu pachniało jak w perfumerii radzieckiej.
Wtedy szliśmy na „belki”. Skład wielkich drewnianych bali należących do „Zapałczarni”. Tam wdrapywaliśmy się na ich szczyt, aby podglądać kolejarzy uprawiających na dole seks ze swymi damami.
Ale w Lany Poniedziałek braliśmy też balony wypełnione wodą i zrzucaliśmy na nich z góry. Wtedy jedna z koleżanek krzyczała do nich:
„Umyj się przed tym, śmierdzielu!”
Wtedy nie wiedziałem, o co jej chodzi.
PS. Więcej i smaczniej w Tygodnik NIE.









