O sobiepanu polskiej literatury i krytyki

Krzysztof Lubczyński
O sobiepanu polskiej literatury i krytyki

Tytułowe „czytanie Irzykowskiego” nigdy nie było i nie jest czynnością oczywistą i łatwą. Ten jednocześnie koryfeusz i przekorny samotnik polskiej krytyki literackiej do dziś pozostaje obiektem rozważań swoich następców w krytycznym rzemiośle.
Dziś, przeszło 75 lat po jego śmierci, Karol Irzykowski (1873-1944) nie może już być istotny przede wszystkim jako analityk i komentator konkretnych dzieł z przeszłości, bo czas zmienił wiele kryteriów ocen i metody ich dokonywania.

Może być jednak istotny i żywotny jako punkt odniesienia, jako krytyk i myśliciel literatury zajmujący się nią w sposób nieprzejednanie poważny, konsekwentny (przy rozumieniu tego terminu raczej jako uporu, niż jako trwania przy przyjętych ocenach), bezkompromisowy i czyniący to bez najmniejszych ułatwień. Był w tym Irzykowski żywą antytezą krytyki i literaturoznawstwa ułatwionego. Był raczej skłonny komplikować sobie szlaki, stawiać sobie i literaturze nieustanne przeszkody niż dopuścić do najmniejszej myślowej nieuczciwości. Był galernikiem literatury i krytyki literackiej.
Głód „komplikacyj życia”
Niewielki, ale przebogaty w treści tom szkiców Henryka Markiewicza jest cenną próbą przybliżenia anatomii pisania i pisarstwa Irzykowskiego. W rozpoczynających go „Strategiach krytycznoliterackich” Markiewicz przybliża jego sposoby, tytułowe „strategie” krytycznego działania, które czyniły Irzykowskiego indywidualnością krytyczną radykalnie nieszablonową.
Pisze o jego wybujałej eliptyczności, dygresyjności, arbitralności, o stosowaniu „form ostentacyjnie bezceremonialnych, czasem niedbałych, po trosze ludycznych”, z jakimi odnosił się do podejmowanych zagadnień, traktowanych przez niego jednocześnie z wielką powagą intelektualną”.
Stosował też to, co Markiewicz nazywa „komplikacjonizmem”, czyli „zasadę rozważania każdej sprawy w sposób dialektyczny, w jej wielopostaciowości, każdej prawdy z uwzględnieniem wszystkich podważających ją zastrzeżeń, wątpliwości, wyjątków”. Jednocześnie, co zakrawało na paradoks, posługiwał się metodą antagonistyczną, polegającą na tym, że „jak na okręcie przechylającym się to jedną, to na drugą stronę, dla uchwycenia równowagi trzeba biec ku stronie przeciwnej” – przeciwnej wobec tej, która przeważa w opinii literackiej” (legendarna przekora autora „Walki o treść”). Irzykowski stał też na stanowisku, by dzieło oceniać na gruncie jego własnych (dzieła) założeń. Przekora, postawa „na nie”, walka z banalnymi prawdami życiowymi i pseudowyjaśniającymi ogólnikami, uproszczeniami nowatorów, dogmatycznym doktrynerstwem oraz niekonsekwencjami (choć sam w niejednej strategii bywał niekonsekwentny).
Stosował też „antycypowanie zarzutów polemisty i zawczasu dyskutował z nimi, czasem bezdowodowo odrzucał rzekome pewniki”. Używał też często ośmieszających, parodiujących parafraz krytykowanych zjawisk, stosował obraźliwe inwektywy i „definicyjne sobiepaństwo”, także zmieniał zdanie i modyfikował sens używanych terminów nawet w tej samej dyskusji. Swoją analizę „strategii krytycznoliterackich” Irzykowskiego kończy Markiewicz następującą konkluzją: „Jest znakomity i w swych szarżach na płycizny, skostnienia i nonsensy, i w apelach o literaturę, która byłaby – jak pisał – „poszukiwawczą wizją komplikacyj życia.
Gdy jednak ułatwia sobie zadanie (a jednak – przyp. K.L.) etykietowaniem przeciwnika i karykaturowaniem jego poglądów – budzi zniecierpliwienie. Gdy próbuje dać odpowiedź na trudne problemy teoretyczne, wywołuje uczucie niedosytu, a nawet zawodu. Dopiero później nadchodzi refleksja, że to jego inwencja problemotwórcza uczucia owe roznieciła. I jeśli Irzykowski ponosił porażki, to na tych poziomach świadomości literackiej, do których w swoim czasie czytelnik, dzięki niemu właśnie, dorastał”.
Jeśli do tego kłębowiska problemów i strategii, do tego „nieplewionego ogrodu” Irzykowskiego dodać jego niebywale bujny, nieposkromiony, frazotwórczy, anarchiczny, przebogaty leksykalnie, barokowy styl – to mamy do czynienia z potężną, nieposkromioną indywidualnością intelektualną, jedną z największych w piśmiennictwie polskim XX wieku.
Niemcy, „zawilce”, „bzik tragiczności”, „ szachy” i „majcher”
W szkicu „Wobec kultury niemieckiej” pokazał Markiewicz intensywne i rozgałęzione filiacje Irzykowskiego z literaturą i myślą niemiecką. Na potrzeby tego omówienia przywołam tylko szczególnie ważne dla niego dzienniki Friedricha Hebbla, które podobnie jak dzieła Nietzschego „oddziałały silnie na charakter pisarstwa Irzykowskiego”. Stąd wyprowadzić można – kontynuuje Markiewicz – systemowy styl jego myślenia, wypowiadanie się przez fragment i aforyzm, nieustanne obalanie rozpowszechnionych uogólnień i zastępowanie ich paradoksalnymi odwrotnościami, presumpcję podważalności każdego sądu, świadome stosowanie przesady, odwagę niekonsekwencji, polemiczną agresywność, a nieraz i nielojalność wobec przeciwników.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Irzykowskiemu obce były zasadnicze składniki światopoglądu mistrzów jego myślenia: Schopenhauerowska absolutyzacja woli, Nietzscheański kult życia i czynu, kwietystyczny wydźwięk korzenia się przed koniecznością Hebbla”.
W „Rozgatunkowaniu niezrozumialstwa” mowa o walce Irzykowskiego z „zawilcami”, jak nazywał pisarzy „niezrozumiale” piszących, zaliczając do nich m.in. Stanisława Wyspiańskiego, Tadeusza Micińskiego, Cypriana Norwida czy Stanisława Brzozowskiego. Wśród licznych przejawów „niezrozumialstwa” i „zawilstwa” wskazywał nie tylko sposób formułowania myśli, ale także n.p. podawanie „tylko czystych wyników myślenia i zacierania wszystkich śladów ich powstania”. „Paradoksy i palinodie” poświęcone są stosunkowi Irzykowskiego do dramaturgii Wyspiańskiego, który Markiewicz konkluduje tak: „Wypowiedzi Irzykowskiego o Wyspiańskim są więc paradoksalne – w tym znaczeniu, że niemal zawsze, zarówno w ataku, jak i w pochwale, przeciwstawiają się temu, co sądziła krytyczno i historycznoliteracka „communis opinio”.
A zarazem często są palinodią – w owych pochwałach „Klątwy”, „Nocy Listopadowej”, „Legendy”, „Achilleis” odwołują przecież to, co głosił kiedyś pogromca „bzika tragiczności” i „bzika greckiego”, „regresu do słowiańszczyzny” i „włażenia w swoje korzenie”. Podobnie meandryczny i pełen sprzeczności był stosunek Irzykowskiego do prozy Stefana Żeromskiego, o czym traktuje szkic „W kształt linii meandrycznej”. W gruncie rzeczy podobnie można określić jego stosunek do literatury Dwudziestolecia 1918-1939. Streszcza go Markiewicz w szkicu „O prozie dwudziestolecia” tak: „Poglądy Irzykowskiego były trudne do zweryfikowania. Cechy akceptowane w jednych utworach, krytykował w innych – to co u Witkacego było „genialnością cynizmu”, u Kadena zostało nazwane „gmeraniem w świństwach życia”.
Dawną, zaczepną jednostronność zastępuje tu postępowanie, które można by nazwać dialektyką afirmacji i negacji, ale także swoistym asekuracjonizmem: każdej niemal pochwale jest tu przeciwstawiony zarzut”. W „Jak był zrobiony „Beniaminek” Markiewicz opowiada o polu i sposobach sławnego sporu Irzykowskiego z Boyem-Żeleńskim, który był jednym z najważniejszych, najbardziej fundamentalnych i najtrwalszych bojów polemicznych w II Rzeczypospolitej, w którym zakodowany był spór o kształt kultury w ogóle.
Tło ataków Irzykowskiego na Antoniego Słonimskiego („Szachy i majcher”) było podobne (choć znacznie mniej głośne) a tylko kaliber środków przez niego zastosowanych mniejszy, z uwagi na „felietonowy” charakter pisarstwa tegoż, utrudniający Irzykowskiemu zastosowanie szerszych kwantyfikatorów. Ponadto temperamentny i błyskotliwy polemista Słonimski bardziej bezceremonialnie i bezpardonowo poradził sobie z rywalem lepiej niż Boy i mający więcej skrupułów polemiści. „Ja zapraszam do partii szachów, a on zgarnia figury i godzi we mnie majchrem” – skarżył się Irzykowski.
„Pałuba” – dzieło bezimienne i bezdomne
Wydaje się, że najważniejszym szkicem tego zbioru jest ostatni kolejności – „Pałuba” – „bezimienne dzieło”. Dotyczy bowiem najwybitniejszego a na pewno najbardziej kluczowego dokonania Irzykowskiego, jego powieści „Pałuba” (1903), która mimo upływu 117 lat od jej wydania, ciągle budzi zainteresowanie badaczy, krytyków.
„Żadne chyba dzieło literackie nie zostało przez autora wyposażone w tak rozległe i wszechstronne wskazówki interpretacyjne, jak „Pałuba” Karola Irzykowskiego; on sam pisał, że wysyła je w świat „zawczasu opancerzone, a nawet w broń zaczepną zbrojne” – rozpoczął Markiewicz swój przegląd interpretacji, odczytań „Pałuby”. Posiłkując się wskazówkami samego autora, że powieść ta zbudowana jest na przeciwstawieniu „pierwiastka konstrukcyjnego” „pierwiastkowi pałubicznemu” można stwierdzić, że ten pierwszy to hipostazy (wyobrażenia), szablony i formuły, tyranizujące ludzi „słowa postulaty” etc. czyli w najogólniejszym sensie „logos”. Ten drugi, to żywa materia życia, bios, chaos, mythos.
Dzieje bohatera powieści, Piotra Strumieńskiego zinterpretował Irzykowski jako „kompromitację pierwiastka konstrukcyjnego” czyli idei wobec bohatera, wobec rzeczywistości, stając po stronie „pierwiastka pałubicznego”. Swoją powieść sam nazwał „zlepkiem pięciu warstw: przedstawionych faktów, opinii postaci o nich, innych interpretacji owych faktów, autorskiego stosunku do wymienionych poprzednio składników, wreszcie ogólnych zapatrywań filozoficznych i estetycznych autora”. Jednak „oprzyrządowanie” interpretacyjne stworzone przez samego autora „Pałuby” tylko w niewielkim stopniu przyczyniło się do jej zrozumienia.
Markiewicz przywołuje autorów dziesiątków tekstów poświęconych powieści: trudno znaleźć nawet dwa, które byłyby tożsame w sposobie odczytania. Od komentarza Elizy Orzeszkowej (1903) do odczytań z lat ostatnich, z „Czytaniem Irzykowskiego (2011) włącznie, czyli na przestrzeni ponad stu lat takich interpretacji pojawiły się dziesiątki (w samym szkicu Markiewicza o „Pałubie” można zliczyć ich około pięćdziesięciu, a to przecież tylko część), jeśli nie setki ujęć.
Każda z nich jest podejściem do innego aspektu, innej warstwy „Pałuby” lub innym ujęciem generalizacyjnym. Wśród nich warto zauważyć n.p. pogląd z Czesława Halicza (1904), który nazwał „Pałubę” „bezimiennym dziełem”, bo uważał, że nie mieści się ona w żadnej kategorii gatunkowej, jako że nie jest ani poezją, ani utworem beletrystycznym, przy czym komplementował jego „głębię analizy psychologicznej” i odwagę w ujawnianiu „garderoby duszy”.
Z nowszych czasów warto wymienić uwagi Kazimierza Wyki, gdy pisał o przełomowych zdobyczach „Pałuby”, czyli „nowoczesność analizy psychologicznej, która nie tylko rozbija szablony, uwzględnia niespodziankę, niepewność, „wzniosły nieporządek życia”, a także „antyrutyniarstwo w zakresie techniki powieściowej, traktowanie czasu (a właściwie pamięci) jako „funkcji naszej woli i pragnienia”. Tematem nadrzędnym „Pałuby” nazwał Wyka „odwieczny dramat idealizmu”, polegający na tym, że dążenie do ideału nie może się urzeczywistnić ze względu na jego wykręty i uniki, a także opór samej rzeczywistości”.
Wyka zaakcentował jeszcze jeden wymiar „Pałuby”, jako „quasi – powieści analitycznej” i „quasi-powieści o powieści”, czyli autotematycznej. Warto przy okazji przytoczyć odniesienie się do „Pałuby” jednego z najwybitniejszych historyków literatury polskiej XX wieku, klasyków tej dziedziny, Juliana Krzyżanowskiego, którego „Dzieje literatury polskiej” i „Neoromantyzm polski” były fundamentalnymi podręcznikami wielu roczników studentów kierunków humanistycznych.
W drugiej z tych syntez, ten koryfeusz literaturoznawstwa poświęcił „Pałubie” lakoniczny passus, nazywając ją „dziwaczną hybrydą powieści i traktatu psychologicznego”, uchylając się ty sposobem od szerszego omówienia. Przemawiała zapewne przez Krzyżanowskiego bardzo konserwatywna, tradycjonalna wizja literatury, impregnowana na nowatorstwo.
Ciekawe, co by napisał, gdyby dożył roku 1981, gdy „Pałuba” ukazała się w krytycznym wydaniu Ossolineum w serii „Biblioteki Narodowej” w opracowaniu Aleksandry Budreckiej, co oznaczało „uklasycznienie” dzieła.
Jak się jednak okazuje, to formalne „uklasycznienie” ani trochę nie spetryfikowało percepcji „Pałuby” i przekorny, anarchistyczny, do końca niepokorny „sobiepan” literatury i krytyki literackiej ciągle wierzga w grobie.

Henryk Markiewicz – „Czytanie Irzykowskiego”, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2011, str. 175, ISBN 978-83-242-1606-2

Poprzedni

Lenin dziś, czyli kto?

Następny

Lektura dziennika myśli

Zostaw komentarz