Samo nic nie przyszło

Z MONIKĄ GOŹDZIK, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński

Nie obejdzie się na wstępie bez przedstawienia Pani, w jakimś stopniu, na nowo. Bo oto w 1979 roku, rok po dyplomie w warszawskiej PWST, zaistniała Pani jako nowa kobieca, obiecująca twarz aktorska, w Teatrze Telewizji w przedstawieniu „Sułkowski” Stefana Żeromskiego, jako jedyna kobieta w męskiej plejadzie aktorskiej, w kilkunastu rolach w Teatrze Narodowym. Dwa lata później zagrała Pani jedną z głównych ról w głośnym „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego a potem na długie lata zniknęła Pani nie tylko ze sceny i ekranu, ale także z Polski…
Na 25 lat. Wyjechałam do Kanady. Należałam do fali emigracyjnej 1981 roku, jesienią, do tych którzy nie widzieli nadziei dla siebie w kraju, przerażeni narastającym konfliktem. Najpierw wyjechał mój mąż, do USA, więc ja miałam kłopoty z otrzymaniem wizy. Jednak latem 1981 roku po fali strajków mówiło się tylko o wyjeździe. W końcu mi się udało. Popłynęłam do Kanady „Batorym” i tam połączyłam się z mężem.
Co Pani robiła w Kanadzie?
Najpierw było układanie sobie życia, macierzyństwo. Imałam się różnych prac, ale po pewnym czasie udało mi się w pewnym stopniu wrócić do zawodu. Z tęsknoty do sceny założyliśmy w Toronto polski kabaret „Pod bańką”, o zróżnicowanej tematyce i stylistyce, nawiązujący do polskiej szkoły kabaretu tamtych czasów, do starych dobrych tekstów. Spełniłam się w nich w rolach komediowych. Nie można było się z tego utrzymać, więc w ciągu dnia była praca na życie, a w nocy – kabaret. Któregoś dnia, jeszcze przed założeniem kabaretu, przypomniałam sobie piosenkę „Madame Loulou”, którą śpiewałam na dyplomie i rozpłakałam się. Tęsknota do kraju i ukochanego zawodu, którego nie wybiera się przypadkiem, mnie nie opuszczała. Kiedy życie w Kanadzie zaczęło się komplikować, a dzieci dorosły – wróciłam do Polski i jestem tu już od 12 lat.
W Kanadzie znalazła Pani „Kanadę”? To słowo oznaczało kiedyś w Polsce bogactwo, bajeczny dobrobyt.
Nie, nie ma czegoś takiego jak „Kanada” w sensie pieniędzy leżących na ulicy. Nic samo nie przychodzi. Na dobrobyt trzeba sobie tak czy inaczej zapracować. To co ułatwia życie imigranta, to kanadyjska tolerancja, zrozumienie dla tzw. nowo przybyłych oraz doskonale funkcjonująca pomoc społeczna i darmowa opieka medyczna.
Wróćmy do Pani początków zawodowych. Czy rola księżniczki Agnieszki Gonzaga we wspomnianym „Sułkowskim”, u boku m.in. Marka Kondrata, Zdzisława Mrożewskiego, Andrzeja Szczepkowskiego, Zbigniewa Zapasiewicza była dla Pani ważna?
To była jedna z moich najważniejszych przygód teatralnych. Byłam bardzo młoda, wokół mnie same męskie gwiazdy aktorskie, w tym mój profesor, nauczyciel piosenki i scen, pan Andrzej Szczepkowski. Wiele zawdzięczałam reżyserowi Tadeuszowi Junakowi, człowiekowi bardzo delikatnemu i taktownemu, który swoje uwagi reżyserskie wygłaszał spokojnie, szeptem, do ucha. Zresztą nie potrafiłabym pracować z reżyserem-sierżantem, brutalnym, musztrującym, apodyktycznym. To stanowczo nie dla mnie. Miałam szczęście, że nigdy w takimi osobami nie pracowałam. Podobnie delikatnym, choć stanowczym reżyserem był Krzysztof Kieślowski. Zrealizowany w trudnych warunkach 1981 roku w Łodzi „Przypadek”, film dziś kultowy, zobaczyłam dopiero na emigracji, w Toronto. Wrażliwość, dyskrecja, kultura osobista Kieślowskiego pomogły mi zagrać w scenach erotycznych, co nie było łatwe dla młodej aktorki. Tak samo doceniam partnerstwo Bogusława Lindy, też młodego i wtedy bardzo wrażliwego aktora. W Kanadzie nie wierzyłam, że Boguś Linda gra „macho man” w filmach akcji. Wracając do „Sułkowskiego”, to uroczo nam się grało zakochanych z Markiem Kondratem w roli tytułowej, mieliśmy świetny kontakt wzrokowy, który jest dla mnie bardzo ważny. Nawiasem mówiąc, ten wątek miłosny między Księżniczką a Sułkowskim, nie wynika wprost z tekstu Żeromskiego. Rozmawiają o polityce i wynikających z niej posunięciach uniemożliwiających ich dalsze oficjalne kontakty. Rodzące się wśród takich dialogów uczucie było ciekawym zadaniem dla młodych aktorów.
Była Pani wtedy u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym. Jakie role z tamtego okresu były dla Pani ważne?
Debiutowałam w roli Racheli w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, zastępując Magdę Umer, która odeszła wtedy z teatru. Piękne przeżycie, debiut w „Weselu”! Po za tym Maryla w widowisku „Mickiewicz”, Panna w „Dziadach cz. III”, Helbia w „I… Dekameron” według Boccaccio, Nereida w „Samuelu Zborowskim” Słowackiego. Wszystko w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Była także Zosia w „Janie Macieju Karolu Wścieklicy” w reżyserii Zdzisława Wardejna – ciekawa rola, w której wypowiadałam tylko jedno zdanie, ale byłam od początku do końca na scenie, zakochana, nieustannie wpatrzona i wsłuchana w monologi Wścieklicy, którego grał Tadeusz Janczar.
Wróćmy jeszcze do Teatru Telewizji, bo zagrała tam Pani w innym świetnym spektaklu, w „Wielkim Fryderyku” Nowaczyńskiego w reżyserii Jerzego Grudy. Tam miała Pani scenę z Janem Świderskim, wykonawcą roli tytułowej…
I tremę, bo to był tuz aktorski,wybitna postać i jeden z profesorów z warszawskiej PWST. Pomogło mi w roli Kunegundy Gockowsky to, że grałam młodą damę błagającą nieprzychylnego dla Polaków satrapę o zezwolenie na ślub z żołnierzem królewskiej mości, a więc stworzyło to naturalną sytuację podległości i pokory, łatwiej było zagrać strach i rozpacz wynikającą w królewskiej odmowy podkreślonej wirtuozerią gry „Wielkiego Świderskiego”.
Przed emigracją zagrała Pani w kilku filmach, obok „Przypadku”, m.in. epizod pielęgniarki w „Constans” Zanussiego. Ponownie na dużym ekranie zobaczyłem Panią w epizodzie w „Czarnym czwartku” Antoniego Krauze w roku 2011…
Małe rólki, Zanussi potrzebował takich „białych”, „czystych” postaci jako znaków. „Czarny czwartek” niestety nie miał dużego echa, choć wydaje mi się niezły w realistycznym, prawdziwym, bez zadęcia, pokazaniu grudnia 1970 roku w Gdyni.
Zauważyłem, że jest Pani czynna zawodowo, głównie w serialach, m.in. w „Kryminalnych”, M jak miłość”, Na Wspólnej”, „Prawo Agaty”, „Plebanii”, „Szpilki na Giewoncie”, „Pierwsza miłość” i to niemal od razu po powrocie do kraju. Jak się to Pani udało?
Samo nie przyszło. Musiałam się starać o role, uczestniczyć w castingach, przypominać się w agencji. Nie było łatwo, bo po 25 latach wszystko się zmieniło, pojawiły się agencje, reżyserzy castingu. Spotkania z koleżankami i kolegami po fachu z tamtych lat były miłe, ale to nie oni zajmowali się zatrudnieniem. Musiałam wydeptać nowe ścieżki, a to była żmudna i często niewdzięczna praca. Szkoła kanadyjska się przydała: uporczywość, wytrwałość i wiara w siebie.
Myślała Pani o zaczepieniu się na stałe w jakimś teatrze?
Tak, próbowałam, ale etaty w teatrze są zarezerwowane dla aktorów z długoletnim stażem lub tych co mają, jak to się mówi w środowisku, „nazwisko” albo „twarz”. Dla mnie jest już za późno.
Natomiast nie jest za późno na tzw. produkcję własną. Stąd powstało moje solowe, autorskie przedstawienie o charakterze kabaretowym „Bawmy się życiem”, a także przedstawienie muzyczne „C’est si bon. Wieczór piosenki francuskiej” przygotowane i wyreżyserowane przez Alicję Choińską z opracowaniem muzycznym Zbigniew Rymarza, gdzie występuję w duecie z Wojciechem Machnickim. Tu znowu trzeba było powrócić do żmudnej pracy poszukiwania sceny, która zechce wystawić spektakle. Jedno i drugie przedstawienie było wystawiane w wielu Domach Kultury w Polsce, m.in. w Płońsku, Ciechanowie, Opinogórze, Mławie, Iławie, Mińsku Mazowieckim, Kielcach.
Nie żałuje Pani decyzji o emigracji ze względu choćby na to, że przerwała ciągłość Pani drogi zawodowej, czyniąc ogromna wyrwę?
Niektórzy mi mówią, że źle zrobiłam, ale nie ma sensu żałować tego, co już się stało. Było, minęło. Zresztą mój rocznik szkolny i bliskie mu roczniki miały wyjątkowo trudną sytuację, startując w latach 1981-1982, dużo trudniejszą niż koledzy i koleżanki starszego pokolenia. Wspomnę, że byłam na roku m.in. z Ewą Błaszczyk, Magdą Wołłejko, Jolą Grusznic, Sylwkiem Maciejewskim, Tomkiem Stockingerem, Andrzejem Grabarczykiem.
Na pewno wiele straciłam, ale jak twierdzę, nic w życiu nie dzieje się na próżno. Czasami trzeba pokonać długą okrężną drogę, żeby tak jak mówi Agnieszka Osiecka w piosence „Szpetni czterdziestoletni”: „potem wraca się do …siebie, tylko powiedz, tylko powiedz, gdzie to jest”…Ja już chyba wiem, gdzie. Chociaż, scenariusz życia ciągle się pisze.
Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *