21 maja 2024

loader

Cisza

Czy coś słychać? Czy jakiś najmarniejszy chociaż dźwięk rozchodzi się nad pobojowiskiem? Jakiś szmer, powiew? Może ktoś coś mówi, może chociaż szeptem, może pełznie gdzieś cierpienie rannych? Nic? Zero? To zatem najwyższa pora by ją zagrać. Tę „Ciszę” znaczy. „Il Silenzio”. Tę samą, która jest fragmentem wojskowego ceremoniału pogrzebowego. Bowiem tak spektakularnej politycznej klęski korpus generalski służb wszelakich nie poniósł nigdy wcześniej.

200 generałów i admirałów wojska, policji, Straży Granicznej, PSP, BOR, SW i służb specjalnych wyraziło onegdaj „głęboki niepokój w związku z rozwojem sytuacji w Kraju”. Tak – przez duże „K”, a jakże.
Generalicja, „wielki niemowa”, ni z tego ni z owego, nagle, postanowiła przemówić, zająć stanowisko wobec wydarzeń dziejących się na ulicach. A przecież mundurowi mają być apolityczni… Nigdy nie byli, to inna sprawa, ale przynajmniej udawali apolitycznych godząc się milcząco na każdą formę upolitycznienia ich formacji. Na przykład, gdy wojsko było klerykalizowane, aż sprowadzono je do dodatku do Ordynariatu Polowego. Albo, gdy „prostowano” szlaki bojowe oręża polskiego, wymazując, bądź zamazując całe karty dziejów armii idących ze wschodu. Siedzieli też cicho, gdy policja padała na kolana przed ołtarzami, gdy strażakom święcono sikawki, wreszcie, gdy panowie dowódcy afiliowali się przy wszystkich po kolei ekipach politycznych rządzących akurat krajem. Każda ekipa, każdy Zwierzchnik Sił Zbrojnych miał przecież „swoich” generałów, czyż nie? Panowie generałowie szli na ten układ, przyjmowali go z dobrodziejstwem inwentarza, ale też z wdzięcznością za coraz bardziej oszałamiające awanse.

Z czasem więc służba ojczyźnie zrakowaciała, a w najlepszym razie przyjęła postać patologiczną. Wyzwoliła instynkty, które przeniosły się wraz z nosicielem na emeryturę. Okazało się bowiem, że kto raz sobie „podowodził”, chciałby dowodzić zawsze! Jakże irytujący jest ten brak atrybutów władzy?! Zwłaszcza wśród mundurowych w sile wieku. Brakuje im sekretariatów, tajnych kancelarii, odpraw, oficerów do zleceń, kierowców na zawołanie, no i tego splendoru, bicia w dach na każdym kroku, tego: „tak jest panie generale”, „oczywiście panie generale”, „rozkaz, panie generale”…

Gdy więc idą w odstawkę przedłużają sobie ważność na własną rękę. Bardzo często wraz z gronem dotychczasowych podwładnych zakładają na przykład stowarzyszenia, których celem niezmiennym jest „praca na rzecz obronności państwa”. Jest takich stowarzyszeń kilkadziesiąt. Niektóre rzeczywiście są pożyteczne i pracowite. Niestety nikt, od lewicy po prawicę, się nimi nie interesuje. Byli wojskowi i ich rodziny interesują panów polityków tylko w okresie wyborczym. Chcą wyłącznie ich głosów, bo przecież na wojsku znają się sami i o wiele lepiej. To oczywiście rodzi dodatkową frustrację, żal, ale też jeszcze silniejszą chęć zaistnienia, pokazania, że jestem i ciągle mam coś do powiedzenia… Gdy więc trafiła się okazja, że panowie generałowie mogli wyjść poza rozmowy między sobą, z rozmachem otworzyli okna swych emeryckich kwater i zakrzyknęli ile tchu w płucach: „Tu jesteśmy i siła nas!”.

Konkretnie w formie listu otwartego zaapelowali do „rządzących, posłów i senatorów”, aby w ważnych kwestiach (w tym przypadku asumpt do publicznego wystąpienia emerytowanych szarż dały nie kwestie żywotne dla obronności kraju, a protesty aborcyjne) „uwzględnili wolę większości społeczeństwa i doprowadzili do zmiany nieakceptowanych rozwiązań”, no i – co jak rozumiem jest bardzo ważne – by „działali zawsze zgodnie z prawem, pamiętając, że służą społeczeństwu”. Był jeszcze apel o unikanie przemocy i odezwa do „autorytetów” by „odważnie broniły wartości nadrzędnych” i przekonały rządzących do rozmów ze wszystkimi stronami konfliktu”…

Autor, autor! – chciałby się zawołać. Kimże jest ów mąż, który czuje w sobie potencjał, ważność i siłę moralną, by zainspirować taki apel? Musi to być ktoś, kto wiarę ma w sobie, że go posłuchają, że zareagują jak stare kawaleryjskie konie na głos trąbki, na jego głos. Jednego tylko domyślić się mogę, który tak potrafi zawinąć, zakręcić słowem, żeby było jego, ale nie na niego. I jednego tylko widzę „wachmistrza Sorokę”, szoguna, wiernie u jego boku stojącego, gotowego choćby własne epolety ośmieszyć, byle radość uczynić swojemu panu.

Ośmieszyć? Już przecież na pierwszy rzut oka widać, że podpisani pod listem do rządzących generałowie, to zbieranina od Sasa do Lasa. A poza tym – od kiedy to generałowie wojska stawiali na równi ze sobą generałów policji, straży pożarnej, więziennictwa, a tym bardziej ochroniarzy? Od kiedy „żołnierz” znaczy to samo, co „funkcjonariusz”? Kto zna wojsko wie, że to są ważne imponderabilia. Już choćby z tego powodu list budzi nieufność, że ta demonstrowana jedność jest sztuczna. Poza tym – i to ważniejsze – jaką (przynajmniej niektórzy z podpisanych) mają legitymację, żeby nagle upominać się o respektowanie prawa? Przecież, gdy byli ważni i sprawowali funkcje państwowe, wnieśli swój wkład w jego falandyzację i odzieranie z powagi.

Co prawda znajduję na liście generałów, których życiorysy ciut się pochlapały zupą z „obiadu drawskiego”, ale największej zabawy dostarczają jednak generałowie służb tajnych i policji. Są na przykład pośród nich słudzy prawa, którzy mogliby wyjaśnić po latach tajemnicę „afery starachowickiej”, w której utopiono Sobotkę, znajduję też wybitnych scenarzystów i reżyserów „afery Olina”, również – złapanych za rękę – autorów przecieków do prasy, co do dziś jest ulubioną bronią tajniaków zaplątanych w polityczne koterie i wojenki… Może dlatego ich apel o rozsądek i pomiarkowanie nie zrobił na nikim wrażenia dłuższego niż kilka godzin? A jeśli już to na dziennikarzach zbliżonych do obecnej władzy, którzy w mnożeniu epitetów (i to najgorszego rodzaju) pod adresem sygnatariuszy listu nie mieli sobie równych. Co więc zrobili panowie generałowie, gdy na skutek tej patriotycznej inicjatywy zelżono ich tak potwornie? Nic. Nie słyszę, żeby jakiś proces został wytoczony komukolwiek, żeby jakieś honorowe zadośćuczynienie miało gdzieś miejsce.

I po co wam to panowie było?… „Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział/Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”… Tłumacząc tę mądrość na język współczesnej debaty, w której panowie generałowie tak śmiesznie zaistnieli, można powiedzieć, że całe gui pro guo stąd wynikło, że panowie generałowie nie do końca zrozumieli znaczenie zwrotu „stan spoczynku”. Trzeba go mianowicie rozumieć dosłownie, zwłaszcza jak samemu jest się po przejściach.

Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Poprzedni

Nie poradzimy sobie bez Unii

Następny

Trybunał Antykonstytucyjny

Zostaw komentarz