Czy „plan Balcerowicza” jest Balcerowicza?

Jest senne, letnie południe. Na deptaku w małym zachodniopomorskim miasteczku siedzi ok. sześćdziesięcioletni jegomość i powolutku sączy piwko z butelki.
– Kiedyś niezłego „Furmana” tu piłem, zagadnąłem.
– Panie, kiedy to było? Jak browar był.
– I jak PGR był…
– Największy w okolicy. Oprócz niego zakłady naprawcze, leśne, mleczarnia… wszystko było. Robotę ludzie mieli. Potem przyszedł Balcerowicz i szlag to trafił.
– Co pan robi?
– Nic. Tu nie ma co robić. Od 30 lat nie pracuję. Na etacie, znaczy.
– To, z czego pan żyje?
– Różnie. Ale marnie… Tu wszyscy żyją marnie. Chyba, że wyjechali. Młodzież wyjechała. Do Poznania, Warszawy, do Niemiec. Poszli w świat i ani myślą wracać…
***
Miniona, 30 rocznica „planu Balcerowicza” (odnotujmy – pisanego przez niektórych z dużej litery: Planu Balcerowicza) obrodziła dyskusją na kilka głosów gazetowych. Niezbyt zapalczywą, bo temperatura sporu już dawno wystygła. Tradycyjnie ciepło odnotowała ją „Gazeta Wyborcza”, natomiast ekonomiści i publicyści nieskłonni do podobnych zachwytów mieli kolejną okazję, by przypomnieć znaną tezę prof. Kołodko, że tzw. „terapia szokowa” Balcerowicza, to tak naprawdę był „szok bez terapii”.

Kołodko od lat ma ugruntowaną opinię o „planie Balcerowicza” – reformy zapoczątkowane w roku 1989 były niezbędne, tylko były źle zaplanowane i źle przeprowadzone – przy pomocy łomu właściwie. W rezultacie Polska – choć z perspektywy czasu zyskała – mogła jednak osiągnąć więcej i o wiele mniejszym kosztem społecznym.

W kręgach, dla których Balcerowicz jest bogiem, ta ocena prof. Kołodko przysparza mu do dziś zajadłych wrogów. W szpicy szła zawsze „GW”, gotowa w obronie planu Balcerowicza na wszystko. Przyczyny były różnorakie – merytoryczne (gazeta podzielała poglądy neoliberałów), towarzyskie, a nie brakowało też domysłów, że i merkantylne. W sumie guzik mnie to teraz obchodzi, nie pracuję w Archiwum X”, ale po 30 latach, jako obserwator, swoje trzy grosze mogę wtrącić.

Okazuje się bowiem, że „było, nie minęło”. Po dziś dzień (z okazji 30-lecia reformy Balcerowicza także), kiedy „plan Balcerowicza” wspomina się niczym paskudne lekarstwo, po którym większość miała torsje, a tylko nieliczni czuli się dobrze, znajdują się pod ręką publicyści, którzy w obronie swojego guru gotowi są samo się ośmieszyć, jako ten, który napisał, że Kołodko ma „kompleks Balcerowicza”.

Przez kilkadziesiąt lat, od kiedy wziął rozbrat z polityką, prof. Kołodko napisał ponad 50 książek – m.in. bestselerowy, niezwykle interesujący, interdyscyplinarny „Wędrujący Świat”. Jego książki i artykuły opublikowano w 26 językach, w tym cztery i kilkadziesiąt artykułów po chińsku. Zwiedził 170 krajów, wykłada na całym świecie, jest czynnym nauczycielem akademickim, członkiem Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury, zagranicznym członkiem Rosyjskiej Akademii Nauk oraz członkiem Academia Europaea…

To robi wrażenie, zwłaszcza w porównaniu ze skromną raczej twórczością autora „terapii szokowej”.

Autor?

No, właśnie – czy „autora”? Wydaje się to oczywiste, ale jak się bliżej przyjrzeć, to autorów szokowej terapii było wielu. A przynajmniej jest kilku, którzy we wspomnieniach lokują się bardzo blisko jej narodzin. Już tylko z tego powodu można powiedzieć, że krytyka prof. Kołodko nie jest wymierzona w Leszka Balcerowicza osobiście, tylko w pewne poglądy ekonomiczne, z którymi Kołodko fundamentalnie się nie zgadza, a z którymi Balcerowicz się utożsamia. Słowem – nie jest to spór personalny, tylko merytoryczny i nie prof. Kołodko z prof. Balcerowiczem, tylko prof. Kołodko ze szkołą ekonomiczną, której prof. Balcerowicz stał się pilnym uczniem, a która na długie lata zawładnęła światem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Leszek Balcerowicz tylko firmował twarzą i nazwiskiem czyjeś pomysły i co najwyżej dostosowywał je do realiów Polski lat 90 i do swoich przemyśleń przy okazji.

Bo je oczywiście miał i były one w swoim czasie niekonwencjonalne, co potwierdza historyk, prof. Andrzej Werblan (Polska Ludowa postscriptum. Rozmawia Robert Walenciak – Iskry 2019):
– W połowie dekady Gierka powstał Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, Tzw. Marlena. Zresztą w Polsce, jako ostatnim kraju socjalistycznym, bo wszędzie indziej podobne już były. Wtedy Rosjanie zaczęli podszczypywać polskie kierownictwo, bo zorientowali się, że za zasłoną ze słów o socjalizmie, kryje się praktyka odwrotna. No może nie całkiem – to nie było możliwe, ale jednak krok po kroku rozszerzająca polską niezależność. Żeby więc nie kwękali, że mamy prywatne rolnictwo […], że kościół jest niezależny i swobodnie się rozwija […] Andrzej Werblan – człowiek w strukturach władzy odpowiadający z szkolnictwo wyższe, wicemarszałek Sejmu i gostwriter Gierka zaproponował powołanie tego instytutu. „Sprawami marksizmu zajmował się niewielki zakład. [Natomiast] główne zadanie instytutu polegało na badaniu opinii o polityce partii oraz studia nad możliwymi reformami ekonomicznymi. Tą problematyką zajął się prof. Józef Sołdaczuk z SGPiS oraz zatrudniony z jego rekomendacji doktor Leszek Balcerowicz.

Zespół Balcerowicza pracował nad modelem reformy dostosowującej system do praw rynku. W 1979 roku wyniki tych badań poddano dyskusji na niewielkiej, ale bardzo kompetentnej konferencji. Za radą Sołdaczuka materiały tej konferencji wydaliśmy w małym nakładzie. Mam tę książeczkę, wynika z niej, że moim instytucie Balcerowicz w czasach późnego Gierka opracował w zarysie plan swojej późniejszej transformacji ustrojowej. W jego referacie wszystko w zasadzie jest, z wyjątkiem prywatyzacji. Zamiast prywatyzacji figuruje uniezależnienie i urynkowienie”.

Młody partyjny ekonomista był więc niewątpliwie intelektualnie gotowy na przyjęcie nowych prądów, gdy tylko światowe idee szeroką rzeką wlały się na uczelnie.

Był to czas triumfu neoliberalizmu – nurtu ekonomicznego propagowanego przez laureata Nagrody Nobla Miltona Friedmana i tzw. „chłopców c Chicago”, szkoły, którą stworzył inny laureat Nagrody Nobla, George Stigler. W największym skrócie ekonomiści z tego kręgu uważali, że jedynym królem ekonomii jest wolny rynek i jakiekolwiek ingerencje w jego funkcjonowanie ze strony państwa są niedopuszczalne.

W Polsce przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych neoliberalizm miał przystojną twarz młodego, niezwykle elokwentnego i przekonywującego Jeffreya Sachsa – ekonomisty Made in USA, oczywiście.
Tak wspomina tamte czasy prof. prof. Krzysztof Rybiński, były zastępca Leszka Balcerowicza w NBP:

„Przyjeżdżali do nas >>oświeceni<< doradcy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, np. Jeffrey Sachs i inne >>oświecone<< osoby i mówili, że tylko tak trzeba to robić, bo tak jest najlepiej. Okazało się, że nie mieli racji. Pamiętam jak w 1999 roku Jeffrey Sachs przyjechał do Polski i w wystąpieniu publicznym przepraszał Polaków, że źle doradzał, chodziło m.in. o masową prywatyzację, a ta skończyła się wielkim niewypałem. […] Należało prywatyzować wolniej, np. tak jak robią to Chińczycy. […] Największym błędem prywatyzacji […] jest to, co stało się w sektorze bankowym. Zbyt dużą część sektora bankowego sprzedaliśmy inwestorom zagranicznym. (fakt.pl/Rybiński: Błędy i wypaczenia prywatyzacji) W mieszkaniu Kuronia Sachs tak wspomina pobyt w Warszawie: – Pewnego wieczoru wraz z Davidem Liptonem, moim współpracownikiem z MFW, poszliśmy do Jacka Kuronia, jednego z najwspanialszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Prawdziwym bohaterem. Usiedliśmy w jego zagraconym mieszkaniu. Kuroń palił jak smok i tak rozmawialiśmy przez kilka godzin. Próbowałem wyjaśnić, jak Polska może się wydostać z bałaganu po komunizmie. Kuroń co chwilę walił pięścią w stół i mówił: „Tak, tak, rozumiem”. Gdy panowie żegnali się, około północy, Kuroń, jak wspomina Sachs, „polecił” mu, żeby napisał plan transformacji. – Proszę uprzejmie – miał powiedzieć guru, jutro lecę do USA, za jakieś dewa tygodnie przyślę. – Jakie dwa tygodnie, jakie dwa tygodnie – na jutro!… Gdzie ci biedni Sachs z Liptonem mieli pojechać, gdzie mogli znaleźć cichy kąt do pracy? Pojechali do redakcji „Gazety Wyborczej”. Dostali herbatę, komputer i do rana powstał plan rozpirzenia w drebiezgi gospodarki średniej wielkości europejskiego kraju, traktowany odtąd przez najbliższe kilkanaście lat jak katechizm. Czy można się więc dziwić sentymentowi „Gazety Wyborczej” do „planu Balcerowicza”? „Balcerowicza”, bo dla nowej przewodniej „S”iły, której eksponentem był rząd premiera Mazowieckiego, brzmiało to lepiej, bardziej swojsko, niż powiedzmy jakiś „plan Sachsa i Liptona”. Wynika z tego wspomnienia jednak, że u narodzin „planu Balcerowicza” był Sachs i Lipton, którzy odpowiadali za stronę merytoryczną i Jacek Kuroń – wizjoner i polityk, który w pogaduchach we własnym domu dostrzegł „ratunek” dla Polski. Oraz – toutes proportions gardées – „Gazeta Wyborcza”, no bo komputer należał do niej jednak.

Wolny handel, deregulacja, prywatyzacja i zaciskanie pasa zostały w Polsce wprowadzone jednocześnie, „na rympał”, z zaskoczenia. 1 stycznia 1990 r. zaczęło się nasze życie „udane, a nieudawane” – jak obiecywał z przekonaniem i niejaką emfazą młody ekonomista partyjny Leszek Balcerowicz – teraz już zatwardziały, dogmatyczny – jak twierdzą ci, którzy go poznali, neoliberał. „Chłopiec z Chicago”, tyle, że nasz, nadwiślański, warszawski. Początkowo Jeffrey Sachs sobie przypisywał, jeśli nie pełną, to znaczącą zasługę za przeprowadzenia polskiej transformacji. Trzeba jednak mocno podkreślić, że to nie było tak, że przyjechał jakiś gość z USA i dostał carte blanche na swoje eksperymenty. Były przecież władze państwa, byli miejscowi, często wybitni ekonomiści. Trwały dyskusje. Jak rodziły się wówczas decyzje personalne, wspomina z kolei prof. Tadeusz Kowalik. Najważniejsze podejmowano w gronie Tadeusz Mazowiecki, Waldemar Kuczyński, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek. Tylko Kuczyński był ekonomistą. Właśnie wrócił z emigracji i kandydatów do rządu wybierał ze swojego notesu (Kowalik 2013). Wyobraźmy sobie tę scenę – brodaty, młody ekonomista, opozycjonista, zapalczywy wróg „komuny” (czas, kiedy zacznie pisać bez żółci np. o Leszku Millerze, czy Aleksandrze Kwaśniewskim miał dopiero nadejść), wodzi wzrokiem po kartkach notesu, odgrzebując w pamięci, co do tej pory wie i co teraz sądzi o nazwiskach, które mija jego palec. Nagle palec wraca – Balcerowicz. Balcerowicz! – młody ekonomista z SGPiS. No, tak!, No, tak! To musiała być tzw. „złota myśl”, „strzał w dychę”, bo sytuacja łatwa nie była. Prof. Kowalik wspomina, że wcześniej odmówili Mazowieckiemu profesorowie Witold Trzeciakowski, Cezary Józefiak i Władysław Szymański, odpadły kandydatury profesorów: Janusza Beksiaka i Witolda Kieżuna z SGH oraz Janusza Gościńskiego z UW (Kowalik 2013).

Wybór Leszka Balcerowicza prof. Kowalik tak komentuje: „Tadeusz Mazowiecki szukając ekonomisty odpowiedzialnego w rządzie za gospodarkę mawiał, że >>poszukuje swojego Erharda<<. Zaakceptowanie Leszka Balcerowicza jako głównego architekta reform oznaczało politykę radykalnie odmienną od dokonań Ludwiga Erharda. Mazowiecki szukał wzoru w Bonn, a podsunięto mu recepty z Chicago i Waszyngtonu”. Kto podsuwał? „Gdyby latem 1989 roku Leszek Balcerowicz nie musiał pożyczyć zapasowego koła do małego fiata, zapewne nie zostałby wicepremierem i ministrem finansów. Koło było Stefana Kawalca, też – a jakże – działacza opozycji demokratycznej, ekonomisty i kolegi Balcerowicza z SGPiS. To on wraz z Waldemarem Kuczyńskim, polecił Tadeuszowi Mazowieckiemu Balcerowicza na ministra finansów, a przy okazji „samochodowej samopomocy koleżeńskiej” jego samego przekonał do przyjęcia propozycji. (Polityka, 29 XII 2019) Uff! Okazuje się więc, że autorów „planu Balcerowicza”, poza Balcerowiczem, jest kilku: Sachs, Lipton, Kuroń, Kuczyński, Mazowiecki, Geremek, Kawalec nawet… Ale przecież to nie koniec. W okresie wprowadzania w życie „terapii szokowej” mieliśmy cztery rządy: Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego, (33 dni) Waldemara Pawlaka i rząd Hanny Suchockiej. Ich także trzeba dopisać do listy odpowiedzialnych za „plan Balcerowicza”.

Ta parada prawicy została na krótko przerwana zwycięstwem wyborczym koalicji SLD-PSL. Jak pisze K.Z. Poznański jej rządy stanowią jedyny okres, kiedy świadomie starano się skierować kapitał w ręce krajowe. Próba powstrzymania szaleństwa „szoku bez terapii” była całkiem udana. Prof. Grzegorz Kołodko ogłosił swoją „Strategię dla Polski” – jedyny kompleksowy plan rozwoju gospodarczego, który udanie łączył wolny rynek z polityką gospodarczą państwa. Był to program reform i rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego powstały silne instytucje gospodarki rynkowej, a Polska została przyjęta do OECD. Wzrost gospodarczy w czasach koalicji SLD-PSL, był niespotykany – PKB dla poszczególnych lat wynosił: 1994 – 5,2; 1995 – 7,0; 1996 – 5,2; 1997 – 7,1. Do dziś te wskaźniki są nieosiągalne. Na scenę wkroczył jednak „suweren”, który poczuł się obrażony słusznym skądinąd stwierdzeniem „trzeba się było ubezpieczyć” i znów wybrał sobie rządy prawicowe, tym razem pod sztandarami AWS-UW. Balcerowicz ponownie doszedł do znaczenia ze wszystkimi tego skutkami.

Trudny człowiek

Ci, którzy go znają mówią, że jest apodyktyczny, uparty jak osioł, i że ciężko znosi krytykę. To wyłazi wszystkimi jego porami. Gdy red. Rafał Kalukin w rozmowie z Balcerowiczem w Newsweeku, w związku z protestami górników zauważa, że bez próby zrozumienia położenia protestujących grup nie da się zrozumieć natury tego sporu, Balcerowicz wybucha: – To jest jakiś nowy marksizm. Nie byłeś na dole, to niczego nie zrozumiesz. Powtarza pan żałosną związkową sztampę! Nawet jeśli byłem w kopalni, to nie odpowiem! Odrzucam marksizm, odrzucam PRL. Odrzucam mit wciąż jeszcze pokutujący wśród wielu intelektualistów, że tylko praca fizyczna jest wartościowa. Weźmy Karola Modzelewskiego, dla którego kapitalizm niezmiennie jest wrogiem i który wielbi tę swoją marksowską klasę robotniczą. A jeśli ktoś równie ciężko pracuje jak kupiec albo handlowiec, to jest już godnym pogardy kapitalistą?! – Modzelewski – mówiący mniej więcej to samo od 50 lat – w ostatnim czasie słuchany jest znacznie uważniej niż kiedyś, wtrąca Kalukin. – Skąd pan wie, że uważniej? Jeśli ktoś już 50 lat temu wygłaszał opinie żałosne z intelektualnego punktu widzenia, to głosząc je nadal, staje się żałosny do kwadratu… Fakt – Balcerowicz, uczony pracujący w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, nie miał problemu z własnymi poglądami. Modzelewski miał poglądy do końca i zawsze miał odwagę ich bronić – czy to jako „rewizjonista”, czy to jako senator w demokratycznej Polsce. W rozmowie z Wiesławem Łuką (WP.pl) na pytanie, dlaczego głosował przeciwko „planowi Balcerowicza”, powiedział: – Zobaczyłem, że jego ustawowe parametry, mają dramatycznie antypracowniczy charakter – uderzają w bezprzykładny sposób w środowiska i załogi wielkoprzemysłowych zakładów pracy, czyli w bazę naszego Związku. Wyczytałem, że tu chodzi o sprywatyzowanie za wszelką cenę większości zakładów, czyli w wielu przypadkach doprowadzenie ich do upadłości. […] Nie popierałem zbiorowych zwolnień tysięcy pracowników. W dyskusji uzasadniałem to z punktu widzenia socjaldemokraty. Byłem przeciwny drastycznemu planowi neoliberalnej terapii szokowej. […] Owszem, na spotkaniu w PZL-Hydral miałem nieodparte wrażenie, że gorszę zebranych tam robotników. Oni naprawdę byli zaskoczeni tym, że krytykuję pomysły naszego rządu. […] Właściwie to paradoksalne, że planu Balcerowicza gotowi byli bronić w ciemno ci, którzy najwięcej na nim stracili.

Szacun dla suwerena!

W tym miejscu dochodzimy do jeszcze jednego, ostatniego autora „terapii szokowej” – to lud pracujący miast i wsi. Obecnie „suweren”. Sam polityczny parasol w Sejmie i Senacie nie wystarczyłby, żeby tak bezkarnie skopać dorobek pokoleń. Musiała być zgoda pań i panów robotników, pań i panów chłopów, zgoda, jak to mówią „prostego człowieka”. Powiedzmy sobie szczerze, że ów „prosty człowiek” przez całe powojenne pół wieku traktował własność państwową, wspólną, jak niczyją. Najgłupszy, najprostszy dodatek do szpadla, kielni czy taczki, chory był, jak na fajrant nie wyniósł czegoś za bramę. Jak im więc obiecali „pakiet socjalny”, jak im jeszcze wyłożyli, ile tego będzie „na rękę”, to brali, aż im się uszy trzęsły. Bo, co w garści, to ich. A fabryka? – Przecież nikt se fabryki do garnka nie włoży, co nie? Z okazji więc 30-lecia „planu Balcerowicza” składam niniejszym – rolnikom, robotnikom i inteligencji pracującej – szczere gratulacje i powinszowania za roztropność, mądrość i ogólnie za tzw. „chłopski rozum”, jak to mówią.

PS. Zapyta ktoś na koniec: a co z Sachsem? Otóż usłyszymy o nim jeszcze na pewno. To niegłupi gość. I elastyczny, jak guma. Podobno mieszka w wartym 8 mln dol. apartamencie na Manhattanie, no ale, kto bogatemu zabroni – w końcu doradzał rządom 140 państw. Przekonuje, że nigdy nie był neoliberałem, zawsze natomiast – krytykiem wolnego rynku. (Za – Jeffrey Sachs, czyli dr Szok i pan Pomoc. „GW” 23.05.2014) „Pisząc rekomendacje dla Polski chciałem, by stała się krajem o gospodarce mieszanej. Ani nie socjalistycznej, ani nie radyklanie wolnorynkowej. Z silną rolą państwa, z mechanizmami redystrybucji, sprawnym rynkiem pracy. Socjaldemokracja to tradycja, do której zawsze było mi najbliżej”. (wPolityce.pl 6.06.2014) Jeffrey Sachs socjaldemokratą! Ktoś by na to wpadł? Doradca Leszka Balcerowicza, akuszer, jeśli nie ojciec „planu Balcerowicza” popiera w obecnej kampanii wyborczej w USA, socjalistę Berni Sandersa! – Potrzebujemy Berniego Sandersa jako prezydenta i to natychmiast, mówi Sachs. Nasz kraj musi wrócić na właściwą drogę. Bernie jest przywódcą, który to gwarantuje, ponieważ odmawia podporządkowania się wielkiemu biznesowi i władzy korporacji… (Gazeta.pl – 21.01.2020)

Skala załamania gospodarki wielokrotnie przewyższała to, co planowano przed rozpoczęciem transformacji. – Dochód narodowy miał spaść o 3 proc., spadek produkcji przemysłowej przewidywano na 5 proc., a rezultat – 25 proc., mówiono o 400 tysiącach bezrobotnych, skończyło się na 3 milionach bezrobocia permanentnego, inflacja miała być jednocyfrowa po roku, a stała się taka po 9 latach! (Kowalik 2013, s. 641). Załamanie gospodarki było wynikiem intensywnego procesu prywatyzacji i likwidacji przedsiębiorstw. Wykaz zakładów według branż istniejących w 1988 r. a zlikwidowanych po 1989 r. podaje A. Karpiński z Zespołem (Karpiński i in. 2015). Zlikwidowano 1675 zakładów przemysłowych, czyli 33 proc. całego majątku. Uzasadnione likwidacje można szacować na 25-30 proc. Z pozostałych 70-75 proc. jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Na nieuzasadnioną prywatyzację składało się często dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się. Z prywatyzacją polskiej gospodarki wiążą się olbrzymie koszty doradztwa zagranicznego. Lwia część pożyczek i dotacji Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego skonsumowana została przez zagraniczne firmy doradcze.