Spis pobożnych energetycznych życzeń

Polska polityka energetyczna to dokument pełen wizjonerskich zamierzeń – tyleż atrakcyjnych, co mało realnych.
Państwa unijne chcą odchodzić od wykorzystania węgla (zwłaszcza te, które nie mają jego złóż). Dlatego w grudniu ubiegłego roku Rada Europejska zatwierdziła wiążący cel UE zakładający ograniczenie emisji gazów cieplarnianych do roku 2030 o co najmniej 55 proc. w porównaniu z poziomem z roku 1990. Zwiększono tym samym dotychczas obowiązujący cel, zakładający redukcję o 40 proc.
Nowy limit został określony jako kolektywny cel dla całej Unii. Jednocześnie ma on zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, zachowanie przystępnych cen energii dla gospodarstw domowych, konkurencyjność Unii Europejskiej oraz zasadę sprawiedliwości i solidarności. By go zrealizować, udział energii odnawialnej w zużyciu finalnym energii ma za 9 lat osiągnąć co najmniej 32 proc., zaś efektywność energetyczna poprawić się o jedną trzecią. Unia Europejska opracowała pakiet przepisów pod nazwą Czysta Energia, których wdrożenie ma zapewnić osiągnięcie tych celów.
Generalnym założeniem jest to, aby do 2050 r. kraje unijne osiągnęły neutralność klimatyczną. Nie wiadomo dokładnie na czym ma ona polegać, ale teoretycznie chodzi o to, by emitowano tylko takie ilości wszelkich gazów, które uda się zrównoważyć poprzez wzrost ilości czystego powietrza (na przykład dzięki sadzeniu drzew).
Polska nie od dziś odstaje od standardów unijnych, a więc także w kwestii czystego powietrza rząd Prawa i Sprawiedliwości wskazywał na polską specyfikę, polegającą na „trudnym punkcie startowym polskiej transformacji energetycznej”, na co wpływ ma nasza zależność od paliw węglowych, która jest znacznie wyższa niż w innych państwach członkowskich UE. Zdaniem rządu PiS, należy przeciwdziałać nierównomiernemu rozkładowi kosztów transformacji, bardziej obciążającemu gospodarki o wysokim wykorzystaniu paliw węglowych. Można by tu zapytać: a niby jakie kraje miałyby być bardziej obciążone tymi kosztami, skoro w transformacji energetycznej chodzi właśnie o odchodzenie od węgla? Poza tym, nikt nie zmuszał polskich władz do prowadzenia absurdalnej polityki dopłacania do węgla z obawy przed protestami górników.
Przy węglu wprawdzie można i warto się upierać – ale jedynie wtedy, jeśli jego eksploatacja jest racjonalna ekonomicznie. Oznacza to, że w przypadku węgla kamiennego w Polsce powinna funkcjonować tylko lubelska kopalnia Bogdanka oraz te z kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej, które będą wydobywać najwięcej węgla koksującego. Jeśli chodzi o węgiel brunatny, jego wydobycie w Turowie, Bełchatowie i Koninie także powinno być ściśle związane z opłacalnością tych kopalń.
W 2020 r. świat dotknęła pandemia koronawirusa, oddziałując na wszystkie gospodarki światowe. Ta sytuacja nadzwyczajna pokazała, że bezpieczeństwo energetyczne Polski wymaga tego, byśmy mieli własne źródła paliw kopalnych.
Transformacja energetyczna naszej gospodarki wymagać będzie zaangażowania wielu przedsiębiorstw i poniesienia nakładów inwestycyjnych, których skalę w latach 2021–2040 rząd PiS określił na gigantyczną kwotę około 1 600 miliardów złotych. Inwestycje w sektorach paliwowo-energetycznych będą kosztować ok. 900 mld zł, a w samym wytwarzaniu energii, około 350 mld zł, z czego ok. 80 proc. zostanie przeznaczonych na odnawialne źródła energetyki oraz elektrownię atomową. Reszta – pozostałe 350 mld zł – pójdzie na dopłaty do cen energii, tak by były one „akceptowalne społecznie”, oraz na modernizację linii przesyłowych.
Wszystkie te kwoty i nakłady są jednak nierealne, skoro rząd zamierza wydać na krajową transformację energetyczną do 2030 r. najwyżej 260 mld zł (a i tyle nie jest pewne). Absolutnie niemożliwe jest więc, by w kolejnych 10 latach Polska wydała na ten cel jeszcze ponad 1300 mld zł.
Polityka energetyczna Polski do 2040 r. wiele miejsca poświęca przeprowadzeniu transformacji w sposób sprawiedliwy i solidarny, co polega na tym, że nasz kraj powinien wydać na ten cel jak najmniej (co może się udać) oraz by wzrost kosztów energii nie obciążył w zauważalny sposób ludzi najmniej zarabiających (co się na pewno nie uda). Zbliżenie się do neutralności klimatycznej będzie „zgodne z krajowymi możliwościami”, a cała zmiana modelu polskiej energetyki nastąpić ma przy zapewnieniu konkurencyjności gospodarki, efektywności energetycznej, zmniejszeniu oddziaływania sektora energii na środowisko i ochronie najbardziej wrażliwych grup społecznych. Wszystko to razem także wydaje się niewykonalne.
Tak więc, transformacja energetyczna, która zostanie przeprowadzona w Polsce będzie, jak obiecuje rząd, sprawiedliwa (nie zostawi nikogo z tyłu), prowadzona lokalnie i inicjowana oddolnie (każdy będzie w niej uczestniczyć), nastawiona na unowocześnienie i innowacje, pobudzająca rozwój gospodarczy, efektywność i konkurencyjność.
Sprawiedliwa transformacja oznaczać ma zapewnienie nowych możliwości rozwoju regionom i społecznościom najbardziej dotkniętym negatywnymi skutkami przekształceń energetycznych, tworząc miejsca pracy i budując nowe gałęzie przemysłu. Indywidualni odbiorcy energii z jednej strony zostaną osłonięci przed wzrostem cen nośników energii, a z drugiej strony będą zachęcani do „aktywnego udziału w rynku energii” (choć nie wiadomo na czym miałoby to polegać).
Rząd optymistycznie przewiduje, że transformacja energetyczna da możliwość stworzenia nawet 300 tysięcy nowych miejsc pracy, w branżach związanych z odnawialnymi źródłami energii, energetyką jądrową, elektromobilnością, infrastrukturą sieciową, cyfryzacją, termomodernizacją budynków.
Tak więc, transformacja ma polegać na zastosowaniu energetyki jądrowej i wiatrowej (zwłaszcza na morzu), na zwiększaniu udziału gazu kosztem węgla, oraz na budowaniu domów zeroemisyjnych.
Moc zainstalowana farm wiatrowych na morzu osiągnie ok. 5,9 GW (gigawatów) w 2030 r. Moc w fotowoltaice – 5 GW w 2030 r. W 2030 r. udział OZE w końcowym zużyciu energii w Polsce wyniesie co najmniej 23 proc. , zaś udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej nie będzie przekraczać 56 proc. Warto zapamiętać te liczby i sprawdzić, jak rzeczywiście będzie za 9 lat.
Jeśli chodzi o energetykę jądrową, to o trzy lata później, bo w 2033 r. uruchomiony zostanie pierwszy blok elektrowni atomowej o mocy co najmniej 1 GW. Kolejne bloki będą wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy zakłada budowę 6 bloków – choć wciąż nie wiadomo, gdzie ta elektrownia powstanie.
W Polsce nastąpi też rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Gospodarstwa domowe w miastach odejdą od spalania węgla w 2030 r., a na obszarach wiejskich do 2040 r. Zwiększy się efektywność energetyczna budynków, zaś w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców wprowadzony będzie transport niskoemisyjny. Przewidywany jest dalszy rozwój fotowoltaiki, której praca jest skorelowana z letnimi szczytami popytu na energię elektryczną a także lądowych farm wiatrowych. Przewiduje się także wzrost znaczenia biomasy, biogazu i geotermii. Do 2030 r. ok. 1,5 mln nowych gospodarstw domowych zostanie przyłączonych do sieci ciepłowniczej.
Popyt na węgiel kamienny będzie pokrywany zasobami własnymi, a import ma mieć „charakter uzupełniający”. W polityce energetycznej zapisano również, że „niezbędne jest zapewnienie przez polski sektor górnictwa pewnych dostaw węgla kamiennego po konkurencyjnych cenach”. Z tego względu konieczne jest zapewnienie rentowności sektora oraz racjonalna eksploatacja, wykorzystanie i dystrybucja surowca.
Nie zniknie również zapotrzebowanie na węgiel brunatny, pokrywane przez zasoby krajowe, w niewielkiej odległości od miejsca wykorzystania. Złoża perspektywiczne (Złoczew i Ościsłowo), ze względu na swój strategiczny charakter, zostaną zabezpieczone, a ich eksploatacja będzie zależna od decyzji inwestorów. Wpłyną na to ceny uprawnień do emisji CO2, warunki środowiskowe i rozwój nowych technologii. Nieunikniona będzie też restrukturyzacja regionów węglowych. Krajowe zasoby węgla pozostaną jednak „istotnym elementem” bezpieczeństwa energetycznego Polski.
Jak zapowiada rząd, silne uzależnienie Polski od dostaw gazu ziemnego z kierunku rosyjskiego wymaga działań dywersyfikacyjnych. W tym celu zostanie zbudowane Baltic Pipe (połączenie Norwegia-Dania-Polska), rozbudowany terminal do płynnego gazu w Świnoujściu oraz zbudowany nowy terminal pływający w Zatoce Gdańskiej. Rozbudowane zostaną także połączenia z państwami sąsiadującymi.
Aby w pełni wykorzystać możliwości importowe gazu ziemnego, rozbudowie ulegnie krajowa sieć przesyłowa i dystrybucyjna oraz magazyny gazu. Jednak w jeszcze większym stopniu Polska zależna jest od dostaw ropy naftowej, dlatego konieczne jest zapewnienie dobrych warunków odbioru ropy i sprawnie funkcjonujących rurociągów (czego dziś nie ma). Zwiększona zostanie możliwość dostaw ropy drogą morską, do czego przyczyni się rozbudowa naftowego Rurociągu Pomorskiego, a także baz magazynowych ropy i paliw ciekłych. Dostawy produktów naftowych zależne są od odpowiednio rozwiniętej sieci rurociągów, zwłaszcza w południowej części Polski, która ma zostać rozbudowana.
Zdaniem rządu, konieczne jest też „uporządkowanie struktury właścicielskiej rynku paliwowego”, tak, aby spółki rafineryjne skoncentrowane były na produkcji i obrocie paliwami, a państwo miało kontrolę nad infrastrukturą kluczową dla bezpieczeństwa paliwowego.

Gospodarka 48 godzin

Ciągle trują
Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości Polska stała się krajem o najwyższych w Europie wskaźnikach zanieczyszczenia powietrza. Rządowy program Czyste Powietrze od początku był tylko propagandową PiS-owską lipą, bo obecna ekipa nic nie zrobiła aby skutecznie zmniejszyć skażenie atmosfery nad Polską. Dziś ten program poszedł w niepamięć, ale skażenie zabija tysiące Polaków, czego nie da się ukryć. Władza postanowiła więc opowiadać kolejne bajki, jak to będzie walczyć ze smogiem i innymi trującymi pyłami. Teraz ma temu służyć tzw. polityka energetyczna Polski do 2040 r., której jednym z filarów ma być właśnie dobra jakość powietrza. „Dzięki inwestycjom w transformację sektora ciepłowniczego, elektryfikację transportu oraz promowanie domów pasywnych i zeroemisyjnych (wykorzystujących lokalne źródła energii), w widoczny sposób poprawi się jakość powietrza, która ma wpływ na zdrowie społeczeństwa. Najważniejszym rezultatem transformacji – odczuwalnym przez każdego obywatela – będzie zapewnienie czystego powietrza w Polsce” – oświadcza Rada Ministrów. Ten zbiór nierealnych komunałów nikogo nie przekona, że władza zamierza cokolwiek zrobić dla poprawy jakości powietrza, a zapowiedź, iż ta jakość „poprawi się w widoczny sposób” dobrze pokazuje, jak skutecznie PiS unika konkretów w swoich bajkach. W tej samej polityce energetycznej Polski do 2040 r. rząd zapisał, że jej celem jest „możliwie długie wykorzystanie własnych surowców energetycznych”, czyli węgla – a to oczywiście gwarantuje, że możemy się pożegnać z czystym powietrzem w naszym kraju.

Skuteczność rządu PiS
Główny Urząd Statystyczny podsumował, że ubiegłoroczny spadek liczby ludności Polski był dużo większy niż w poprzednich latach. Tym razem, mniejszej niż w 2019 r. liczbie urodzeń (efekt programu 500 plus) towarzyszył wyraźny wzrost liczby zgonów (efekt załamania opieki medycznej pod rządami PiS), nasilony głównie w IV kwartale. W rezultacie pogłębił się ujemny przyrost naturalny, a liczba mieszkańców Polski zmniejszyła się aż o 115 tys osób. – oświadcza GUS.

Coraz trudniej
W ubiegłym roku sytuacja na rynku pracy w Polsce była trudniejsza niż w poprzednich latach. Po raz pierwszy od 2012 r. zmniejszyła się liczba pracujących w gospodarce narodowej, o 1,8 proc. w stosunku do 2019 r. Po sześciu latach sukcesywnej poprawy, wzrosła liczba zarejestrowanych bezrobotnych oraz stopa bezrobocia. W styczniu tego roku wskaźnik ufności konsumenckiej był bardziej ujemny, niż w grudniu 2020 r. Pogorszyły się oceny aktualnej sytuacji ekonomicznej kraju oraz przewidywania dotyczące sytuacji finansowej gospodarstwa domowego.

Podatkiem w media
Ustawa o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz o utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów wprowadza nowy podatek od reklamy, który obciążać będzie przychody wybranej grupy właścicieli mediów. Nowy podatek dla niepoznaki nazwany został „składką”, choć lepsze jest słowo „haracz”. Jego celem jest uderzenie finansowe w media niezależne od PiS, co ma pomóc w doprowadzeniu ich do upadku.

Spadamy w najważniejszych rankingach

Coraz mniej nowoczesna gospodarka, coraz mniej demokracji, coraz gorsza jakość rządzenia. Taka jest Polska pod panowaniem PiS.
Od 2004 roku fundacja Bertelsmanna przygotowuje Indeks Transformacji, który regularnie co dwa lata analizuje i ocenia jakość demokracji, gospodarki rynkowej oraz rządzenia w 137 – obecnie – krajach, w tym oczywiście także w Polsce. Na początku było ich 116. Są to kraje będące w procesie transformacji oraz kraje rozwijające się.
Ostatni z Indeksów Transformcji to indeks za 2020. Ocena oparta jest na licznych raportach, zwłaszcza szczegółowych raportach krajowych (5000 stron) opracowanych we współpracy z ponad 280 ekspertami z wiodących uniwersytetów i ośrodków analitycznych w ponad 120 krajach.
Pełny raport wraz z rankingiem opracowanym według Indeksu Transformacji 2020 oraz raportem dotyczącym Polski, można znaleźć na stronach internetowych www.cadal.org. Autorami dość obszernego (35 stron) raportu polskiego są: S. Donner, H. Hartmann, R. Schwarz i S. Steinkamp (ich adresy mailowe są w raporcie).
Omawiany tu Indeks transformacji to jedyny międzynarodowy indeks porównawczy , który mierzy jakość rządzenia na podstawie danych z samooceny i oferuje wszechstronną analizę zarządzania politycznego w procesach transformacji.
Według raportu fundacji Bertelsmanna ograniczona wolność słowa, zakneblowana prasa czy pozbawione uprawnień sądy konstytucyjne to z reguły cechy autokracji. Najnowszy Indeks Transformacji 2020 pokazuje, że praworządność i swobody polityczne także ulegają erozji w coraz większej liczbie krajów. Głównymi przyczynami są nadużycia władzy i kumoterstwo, które zwiększają nierówności ekonomiczne i przyczyniają się do rozłamów społecznych. Skutki obecnej pandemii grożą intensyfikacją tego procesu.
Według raportu, na całym świecie rośnie liczba ludzi rządzonych słabo lub coraz mniej demokratycznie. Po raz szósty z rzędu spadły wskaźniki jakości demokracji, gospodarki rynkowej i rządów ujęte w międzynarodowym Indeksie Transformacji – uzyskując najniższy poziom od początku badań. Spośród 137 badanych krajów Indeks 2020 klasyfikuje 74 kraje jako demokratyczne, a 63 jako rządzone autokratycznie.
Spadające globalne średnie wskaźniki dla demokracji są zasadniczo wynikiem słabnących tendencji demokratycznych i coraz bardziej represyjnych autokracji. Podział władzy uległ znacznej erozji w ostatniej dekadzie w 60 krajach. W 58 krajach prawo do demonstracji i wolność do organizowania się zostały ograniczone.
Według opinii autorów raportu, wolność wyrażania opinii i wolność prasy zostały ograniczone nawet w połowie badanych krajów. W około 20 proc. krajów będących w procesie transformacji i krajów rozwijających się, jakość demokracji pogorszyła się lub ponownie wzrósł poziom represji.
W opinii autorów raportu fundacji Bertelsmanna, uderzający jest demontaż rządów prawa i swobód obywatelskich w stabilnych demokracjach. Raport wymienia tu przykładowo hinduski nacjonalizm w Indiach, prawicowy populizm w Brazylii czy autorytarny kurs Węgier.
Brigitte Mohn – członek zarządu fundacji Bertelsmanna stwierdza dobitnie: „ Nacjonalizm i nepotyzm nie są nowe, ale stały się akceptowalne na całym świecie. Nawet dawni liderzy demokracji, którzy jak Polska czy Węgry znajdują się w sercu Europy, obecnie wykazują niepokojące komplikacje, jeśli chodzi o praworządność i jakość demokracji.”
Rezultaty Indeksu Transformacji 2020 podkreślają, że pozytywne impulsy do transformacji płyną obecnie znacznie rzadziej od rządów, niż od krytycznych społeczeństw obywatelskich, które opierają się demontażowi standardów demokratycznych.
Indeks Transformacji składa się z trzech subindeksów dotyczących sfery: politycznej, ekonomicznej oraz rządzenia – i opiera się na 17 kryteriach, 52 wskaźnikach monitorujących i 7124 wynikach badań. Pierwsze dwa subindeksy łączone są także w jeden.
Subindeks dotyczący transformacji politycznej składa się z siedmiu kryteriów (państwo, podział władzy, partycypacja polityczna, stan prawa, stabilność instytucji demokratycznych, integracja polityczna i społeczna), bazujących na odpowiedziach na 18 zasadniczych pytań dotyczących sfery demokracji.
Subindeks dotyczący ekonomii składa się także z siedmiu kryteriów (m. in. poziom rozwoju ekonomicznego, organizacji rynku i konkurencja, stabilność monetarna i fiskalna, poszanowanie własności prywatnej) oraz z 14 wskaźników, monitorujących zwłaszcza sferę gospodarki rynkowej.
Subindeks dotyczący rządzenia krajem składa się z pięciu kryteriów (m. in. umiejętności kierownicze, zdolność do osiągania konsensusu, współpraca z zagranicą) i 20 wskaźników monitorujących.
Spośród krajów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej badano 17 krajów, w tym wszystkie 11 będące obecnie członkami Unii Europejskiej – i te ostatnie zostaną tu odpowiednio analitycznie wyróżnione.
Na wstępie warto podać, że produkt krajowy brutto na mieszkańca według parytetu siły nabywczej dla 2020 r. przyjęty w raporcie to 31.342 USD, a wskaźnik Giniego – 31,8.
W pierwszej dziesiątce krajów liderów (spośród 137) Indeksu Transformacji 2020 w dziedzinie demokracji, wymieniono w raporcie: Estonię, Litwę, Czechy, Słowenię, Łotwę i Słowację.
Polska jest na 19 miejscu, a Węgry na 43. Polskę zaliczono teraz do drugiej grupy zaawansowania demokracji, razem z Bułgarią i Węgrami. W Indeksie Transformacji 2018 Polska zajmowała 11 miejsce i była w pierwszej grupie, tej najbardziej demokratycznej.
W pierwszej dziesiątce krajów liderów w transformacji ekonomicznej wymieniono: Czechy, Słowenię, Estonię, Litwę, Słowację i Łotwę. Polska jest na 12 miejscu, a Węgry na 23. Polskę zaliczono tym razem do pierwszej grupy, najbardziej zaawansowanej w transformacji ekonomicznej. Do drugiej grupy zaliczono Chorwację, Rumunię, Bułgarię i Węgry. W Indeksie Transformacji 2018 Polska zajmowała 9 miejsce.
W pierwszej dziesiątce krajów liderów w jakości rządzenia wymieniono: Estonię, Litwę, Czechy i Łotwę. Polska – na 22 miejscu, a Węgry na 93. Polskę zaliczono w tej sferze do drugiej grupy krajów, razem ze Słowenią, Słowacją, Bułgarią i Chorwacją, Węgry zaś dopiero do czwartej grupy, bardzo słabo zaawansowanej. W Indeksie 2018 Polska zajmowała 18 miejsce i także była w drugiej grupie.
Regres naszego kraju jest więc wyraźny i co gorsza, odnotowany w tak krótkim okresie czasu. Regres ten dotyczy nie tylko utraty niezłej pozycji, ale także obniżenia wartości subindeksów po okresie względnie dobrych wyników.
Wartość subindeksu transformacji politycznej (głównie demokracji) w 2020 r. wyniosła w Polsce (w skali 0 – 10,0) – 7,95, a w 2018 r. – 8,55. Wartość subindeksu transformacji ekonomicznej wyniosła w 2020 r. 8,36 a w 2018 r. – 8,61. I wreszcie, wartość subindeksu transformacji w zakresie jakości rządzenia w 2020 r. wynosiła 6,15, a w 2018 r. – 6,25.
Trzeba tu odnotować, że we wszystkich tych trzech rankingach Węgry zostały zakwalifikowane na ostatnich miejscach spośród 11 nowych krajów członkowskich w Unii Europejskiej. Nie jest to więc dobry przykład do naśladowania.

Indeks Transformacji 2020
Polityka Ekonomia Rządzenie

1 Estonia 2 3 1
2 Litwa 4 5 6
3 Czechy 5 1 7
4 Słowenia 7 3 11
5 Łotwa 9 9 8
6 Słowacja 10 7 17
7 Rumunia 15 19 73
8 Chorwacja 17 17 25
9 Bułgaria 18 20 21
10 Polska 19 12 22
11 Węgry 43 23 93

Bieda: niechciane dziecko transformacji

W mniemaniu środowisk prawicowych, od umiarkowanych po liberalne i skrajne, raz biedzie winny jest PRL i bliżej nieokreślone „komunistyczne zaszłości”, a innym razem lenistwo, nałogi, nieporadność czy nieroztropność finansowa ludzi uboższych. Prawicowcy nigdy nie przyznają, że u podstaw wszystkiego leży kapitalizm i jego święte prawo prywatnej własności środków produkcji, a to tutaj właśnie leży sedno problemu.

Nikt tak w społecznej historii Polski nie walczył z biedą, jak władze potępionego już na wszelkie możliwe sposoby PRL.

Wbrew temu, co uważają środowiska prawicowe, ubóstwo bierze się przede wszystkim z bezrobocia, niestabilności rynku pracy, elastycznych form zatrudnienia, śmieciowych umów, niskich wynagrodzeń za pracę, niskich emerytur i rent z jednej strony. Przyczyną ubóstwa bywa także trwała czy okresowa niezdolność do pracy, spowodowana chorobami oraz niepełnosprawność. W kapitalizmie bogactwo jak i biedę dziedziczy się z pokolenia na pokolenia. Kto urodził się z zamożnej rodzinie, to i zamożnym raczej umrze, a ten, kto urodził się w biednej, z biedy być może nie wyrwie się już nigdy. Ubóstwo i życie w niedostatku nie są skutkami ubocznymi kapitalizmu, gdyż jak wskazuje zarówno historia społeczna kapitalizmu, jak i doświadczenia współczesne, ubóstwo i niedostatek są jego nieodłącznymi elementami, bez których kapitalizm nie mógłby istnieć i nie mógłby normalnie funkcjonować. Określenie „normalny” w warunkach kapitalizmu należy przy tym rozumieć jako zdolność do ciągłego wyzysku – przywłaszczania jak największej części wartości dodatkowej oraz do ciągłej akumulacji kapitału.

Nawet najbardziej łagodne i najmniej opresyjne wersje kapitalizmu, spotykane np. w państwach skandynawskich, nie są w stanie skutecznie poradzić sobie z ubóstwem, na co dowodem są badania wykonywane chociażby przez Eurostat – jeżeli zgłębimy się w statystyki na temat różnych form ubóstwa, to dowiemy się, że te w zależności od formy osiąga wskaźniki od kilku do nawet kilkunastu procent.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym

Ekonomiczny wymiar ubóstwa w Polsce mierzy się m.in. za pomocą trzech progów: próg ubóstwa skrajnego, relatywnego oraz ustawowego. Granicę ubóstwa skrajnego wyznacza się na podstawie minimum egzystencji ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum egzystencji, w zależności od liczby osób w gospodarstwie domowym i typu gospodarstwa domowego, wynosiło od 585,04 zł do 2746,68 zł). Dochód poniżej tej granicy oznacza biologiczne zagrożenie życia oraz rozwoju psychofizycznego człowieka. W 2019 r. stopa ubóstwa skrajnego w Polsce wyniosła 4,2 proc.

Granica ubóstwa ustawowego określa grupę osób lub gospodarstw domowych, które zgodnie z obowiązującymi przepisami są potencjalnie uprawnione do ubiegania się o świadczenia pieniężne z pomocy społecznej. W 2019 r. wskaźnik ten kształtował się na poziomie 9 proc.

Ubóstwo relatywne określa się na podstawie wyznaczenia grupy osób lub gospodarstw domowych, których miesięczne wydatki nie przekraczają 50 proc. przeciętnych wydatków w gospodarstwach domowych ogółem (w 2019 r. przeciętne wydatki gospodarstw domowych kształtowały się na poziomie 1819 zł). W 2019 r. wskaźnik ubóstwa relatywnego wynosił 13 proc.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym można zmierzyć również za pomocą „sfery niedostatku”, ta wyznaczana jest na podstawie minimum socjalnego ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum socjalne wynosiło od 992,61 do 1066,36 zł na osobę, w zależności od rodzaju gospodarstwa domowego i od ilości osób w gospodarstwie domowym). Minimum socjalne wyznacza dolną granicę dochodów, które pozwalają na życie w warunkach umożliwiających reprodukcję sił życiowych, posiadanie i wychowanie potomstwa oraz utrzymanie więzi społecznych. Według danych za 2019 r. zasięg sfery niedostatku wynosił 39,4 proc., a to oznacza, że nieco ponad 15 mln osób w Polsce żyje poniżej poziomu pozwalającego na godne życie.

O skali ubóstwa i jego różnych formach mogą świadczyć również dane na temat zasięgu korzystania ze środowiskowej pomocy społecznej. Najaktualniejsze dane dotyczące pomocy społecznej pochodzą z 2018 r. i zostały opracowane przez GUS. Stąd wiadomo, że w 2018 r. z pomocy społecznej skorzystało 5,1 proc. osób zamieszkujących w Polsce, co w wartościach bezwzględnych daje liczbę niemal 2 mln osób. Przyczyną skorzystania ze świadczeń pomocy społecznej w 80 proc. przypadków były ubóstwo, długotrwała lub ciężka choroba, niepełnosprawność i bezrobocie.

Biedne dzieci, ubodzy emeryci

W tym samym roku zasięg pomocy społecznej udzielonej osobom poniżej 18 lat kształtował się na poziomie 9,1 proc., co oznacza, że pomocą objętych było ok. 630 tys. dzieci. Natomiast z danych Eurostatu wynika, że w 2019 r. 17,2 proc. dzieci w Polsce było zagrożonym ubóstwem, co daje liczbę ok. 1,2 mln dzieci. Według danych GUS skrajne ubóstwo dotyczy ok. 250 tys. dzieci, natomiast organizacje pozarządowe szacują, że liczba ta może wynosić nawet 500 tys.

EAPN (Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu), szacuje, że w Polsce liczba emerytów żyjących w skrajnym ubóstwie wynosi ok. 210 tys. osób. Natomiast według badań Ryszarda Szarfenberga liczba ta może wynosić nawet ok. 275 tys. osób, zaś liczba emerytów relatywnie ubogich nawet 771,2 tys. osób. Do senioralnej sfery niedostatku zalicza się 37,3 proc. osób powyżej 65 lat – dochody ok. 2,1 mln starszych osób są niższe niż minimum socjalne. Obecnie najniższa ustawowo emerytura stanowi tylko 78 % minimum socjalnego.

Praca nie chroni przed ubóstwem

W 2018 r. najczęściej występujące wynagrodzenie netto w Polsce wynosiło 1765 zł, taki dochód z pracy osiągało 13 proc. (2,1 mln osób) pracujących. Liczba osób pracujących za minimalne wynagrodzenie kształtowała się na poziomie 1,5 mln. W tym samym roku mediana wynagrodzeń wynosiła 2919,54 zł netto, a to oznacza, że połowa pracujących, czyli ok. 8 mln osób otrzymywało wynagrodzenie mniejsze niż 2919,54 zł netto. Na umowach zlecenie i umowach o dzieło zatrudnionych było 1,3 mln osób, zaś na umowach na czas określony ok. 3,8 mln osób. Deregulacja kodeksu pracy powoduje niepewność zatrudnienia, umożliwia obniżanie wynagrodzeń, wydłużanie czasu pracy czy pogarszanie warunków pracy. W rezultacie można też stwierdzić, że praca w Polsce nie chroni przed biedą.

Tylko 16 proc. osób bezrobotnych posiada prawo do zasiłku. Jednak zasiłek jest tak niski, że bezrobotny od razu spychany jest w sferę ubóstwa. Kwota zasiłku dla pracowników z 5-letnim stażem wynosi 603,17 zł netto, jest to mniej niż minimum egzystencji, a to oznacza skrajne ubóstwo. Osoby ze stażem 5-20 lat otrzymują świadczenie o wysokości 741,87 netto, a osoby z ponad 20-letnim stażem pracy 880,67 zł netto, jest to, co prawda powyżej minimum egzystencji, ale mniej niż minimum socjalne, dochody takiego rzędu również oznaczają ubóstwo.

A co z pozostałą grupą 84 proc. bezrobotnych, nieposiadających prawa do zasiłku? Brak jakichkolwiek dochodów również oznacza ubóstwo skrajne. Jeżeli taka osoba nie otrzyma żadnej pomocy, to w wielu przypadkach będzie oznaczać to wykluczenie społeczne.

Promyk nadziei?

Pomimo negatywnego PR, wymierzonego w osoby ubogie, trzech dekad ideologicznej kontrofensywy środowisk prawicowych, odczłowieczającej osoby żyjące w ubóstwie, większość społeczeństwa nadal przejawia odruchy człowieczeństwa i postawy solidarnościowe. Na dowód można przytoczyć wyniki badań opinii publicznej z 2018 r. przeprowadzonych przez GUS. Pokazały one, że 87 proc. społeczeństwa twierdzi, iż w Polsce różnice dochodowe są zbyt duże, 78 proc. osób w wieku 16 lat i więcej uważa, że do obowiązków państwa należy zmniejszanie różnic pomiędzy wysokimi i niskimi dochodami, a podobny odsetek osób uważa, że państwo powinno zapewnić każdemu obywatelowi podstawowe minimum. 43 proc. obywateli było zdania, że najlepszą formą pomocy dla osób żyjących w ubóstwie jest zapewnienie im pracy, a 16 proc. uznało, że w największym stopniu pomoże im zasiłek pieniężny.

Zapewnienie wszystkim zdolnym do pracy możliwości jej wykonywania, osobom w wieku poprodukcyjnym – godnych emerytur, a czasowo lub trwale niezdolnym pracy godnych – rent i opieki medycznej na wysokim poziomie wymagałoby zanegowania praw rządzących wolnym rynkiem i wyjścia poza ramy kapitalizmu. Takie potrzeby zaspokoi tylko gospodarka oparta na założeniach egalitarnych, społecznej własności środków produkcji, gdzie procesy gospodarcze służą zaspakajaniu potrzeb społecznych, a nie mnożeniu bogactw wąskiej grupy milionerów i miliarderów. Tak więc socjalizm jest odpowiedzią na ubóstwo stworzone przez kapitalizm. A co z rozwiązaniami na tu i teraz? One również istnieją, w Polsce też.

Aby wyciągnąć pomocną dłoń do ubogich, można zagospodarować środki zgromadzone w Funduszu Pracy. W 2019 r. wykorzystano tylko 43 proc. środków z dostępnych 14,7 mld zł. Zasiłki dla bezrobotnych stanowiły przy tym jedynie 21 proc. wydatków Funduszu, zatem środki na finansową pomoc dla wszystkich osób pozostających bez pracy bez wątpienia są i powinny zostać wykorzystane. Ponadto wymogi, które bezrobotny musi spełnić, aby otrzymać zasiłek, powinny zostać obniżone, a najniższą kwotę zasiłku powinna stanowić kwota wyznaczona przez minimum socjalne lub kwota w wysokości minimalnego wynagrodzenia w gospodarce.

Wydatki na roboty publiczne, prace interwencyjne w 2019 r. stanowiły tylko 2,3 proc. wydatków funduszu, a że praca jest najlepszą formą aktywizacji, należy zdecydowanie zwiększyć wydatki właśnie na taką formę pomocy. Wydatki na szkolenia powinny zostać zachowane, ale muszą być to szkolenia, które przygotowują bezrobotnego do pracy na danym stanowisku pracy. Po ukończeniu szkolenia człowiek powinien po prostu pójść do pracy, której się uczył! Wydatki na staże stanowiły 4,5 proc. budżetu, jednak wysokość stypendium stażowego podobnie jak zasiłku dla bezrobotnych jest skandalicznie niska: to 120 proc. kwoty zasiłku dla osób bezrobotnych. Praca na stażu w praktyce oznacza ubóstwo, dlatego też wysokość stypendium stażowego powinna kształtować się co najmniej na poziomie płacy minimalnej.

Na rynku pracy należy zlikwidować umowy śmieciowe, ograniczyć stosowanie umów na czas określony, podwyższyć minimalne wynagrodzenie, przywrócić do Kodeksu Pracy wcześniej usunięte zapisy. Pozwoli to na ograniczenie sfery niedostatku i zjawiska ubogich pracujących, a także podwyższy poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Najniższa emerytura i renta z tytułu trwałej lub czasowej niezdolności do pracy nie powinna być niższa niż minimalne wynagrodzenie za pracę, czynsze dla osób pobierających najniższe emerytury i renty powinny być częściowo albo w całości opłacane przez budżet państwa. Dodatkowo leki dla osób 65+, niepełnosprawnych, przewlekle i ciężko chorych powinny być bezpłatne. Rozwiązania te w zasadzie zlikwidowałyby zjawisko ubóstwa wśród emerytów, rencistów, osób niepełnosprawnych i przewlekle chorych oraz zdecydowanie ograniczyłoby sferę niedostatku senioralnego. Wyższe płace i stabilniejsze miejsca pracy to krok w kierunku likwidacji ubóstwa nie tylko wśród pracujących, ale także wśród dzieci. Tu oprócz zasiłków w postaci 500+, niezbędne są także inwestycje w publiczną i bezpłatną sieć żłobków oraz przedszkoli, a także przywrócenie stołówek szkolnych, gdzie każde dziecko będzie mogło zjeść bezpłatny ciepły posiłek.

Jednak zawsze należy mieć na uwadze to, że w warunkach kapitalizmu, żadne, nawet najbardziej prospołeczne reformy nie rozwiążą dostatecznie problemu ubóstwa. Lewicowe reformy wdrożone przez socjaldemokratyczny rząd w każdej chwili mogą zostać zaatakowane przez kontrofensywę politycznych sił klasy żyjącej z wyzysku pracowników. Walka z ubóstwem będzie mogła zakończyć się pełnym powodzeniem dopiero wtedy, kiedy środki produkcji będą należały do ludzi pracy, a idee egalitaryzmu, dobra wspólnego, równości i sprawiedliwości wyznaczą politykę społeczną i gospodarczą państwa.

Autor jest geografem społecznym, niezależnym publicystą, działaczem Związkowej Alternatywy oraz Alternatywy Socjalistycznej.

Zabójcze kompleksy

Białoruś służy obecnie bardzo wyraźnie do leczenia polskich narodowych kompleksów. Liczni politycy walczą tam o „wolność” kompletnie ignorując fakt, że w Polsce po transformacji wcale jej nie ma.

W pierwszym szeregu walczących stoją razem premier Morawiecki i niedawny lewicowy kandydat na prezydenta Robert Biedroń. Inni posłowie Lewicy cieszą się z tej jednomyślności. Naprawdę nie stać ich na nieco szersze spojrzenie? Nie chodzi o popadanie ze skrajności w skrajność i obronę dyktatora, którego obywatele mają szczerze dość. Warto byłoby jednak choćby zwrócić uwagę na to, że demokracja parlamentarna niczego obywatelom nie gwarantuje. Białorusini chcą zachować socjalne zdobycze?

Muszą o to walczyć już teraz.

Zamiast tego serwujemy sobie i innym bajkę o tym, jak to nasz balcerowiczowski i kolonialny model z emigracją milionów, prywatyzacją wszystkiego i prawicowym, homofobicznym klerykalizmem u władzy jest cudowny i święty. Tymczasem jesteśmy biednym, wyprzedanym krajem pełnym nędzy, wyzysku i ze zniszczonymi usługami publicznymi. To nie jest model do powtarzania dla kogokolwiek. Kto chce eksportować „polską drogę do wolności” nie jest ani lewicą, ani nawet uczciwym człowiekiem.

American Dream dawno zdechło.

Leczeniu kompleksów służy także historia, w Polsce interpretowana wyłącznie reakcyjnie i rewanżystowsko. Bitwa Warszawska służy wzniecaniu nowego militaryzmu i kontynuacji walki z „komuną”. Śmierć 200 tys. cywilów w totalnie bezsensownym powstaniu jest wykorzystywana do podsycania kultu śmierci za kraj. Wszystkie wystąpienia robotnicze są uzasadnieniem dla krwawego neoliberalizmu itd. Tymczasem historia Polski uczy nas, że powinniśmy stawiać przede wszystkim na pokój, neutralność i dobre relacje ze wszystkimi, a nie budować kolejne bazy wojskowe i rzucać się między wyścig zbrojeń imperiów. Lekcja z polskiego umierania za sprawę jest taka, że wcale nie trzeba umierać. Można wyłączyć się z zimnej wojny i porzucić sny o rozgrywaniu mocarstw.

MOŻNA.

Polityczny wymiar początków transformacji

Podstawą naszej reformy gospodarczej był sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjną.

        Na początku polskiej transformacji gospodarczej do tego, by zagwarantować powodzenie  wolnorynkowej strategii gospodarczej nie wystarczała sama doktryna liberalizmu – czyli reguła niewidzialnej ręki rynku. Potrzebny był też sojusznik wewnętrzny. Okrągły stół był tym forum, gdzie ów sojusznik został wyłoniony pod parasolem Solidarności.

Jak wiadomo, przy okrągłym stole doszło do sojuszu „postępowej opozycji” (rzekomo lewicowej grupy dysydentów) z ludźmi z dawnych struktur władzy. Można powiedzieć: nastąpił sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjna.
Z sojuszu tego wykluczeni byli, też zamykani w więzieniach, będący w opozycji założyciele Solidarności tacy jak Walentynowicz, Gwiazda czy Wyszkowski. Nie należeli oni do grona „opozycji postępowej”. Wśród wykluczonych znaleźli się również przedstawiciele tych, którzy swoją postawą doprowadzili do obalenia socjalizmu bez ludzkiej twarzy.
Stawką sojuszu było przejęcie władzy. Opozycja rzekomo „nie postępowa” została zdominowana przez „postępową” przy pomocy służb specjalnych. Służby zapewniły przekazane władzy owej „postępowej” opozycji. Służby zaś były w ręku dawnych struktur, funkcjonariuszy dawnej władzy (Jaruzelski, Kiszczak). Tak więc „postępowa opozycja” w walce o władzę wpadła w sidła poprzedniej władzy. To była cena jaką ona zapłaciła za współudział we władzy.
W wyniku negocjacji okrągłego stołu i poufnych rozmów w Magdalence, przekazujący władzę zapewnili sobie urząd prezydenta i tzw. resorty siłowe z dotychczasową obsadą kadrową. Bo tylko one mogły im zapewnić realizację ustalonych warunków. Nastąpiła zatem zmiana ustroju z tymi samymi ludźmi w najważniejszych strukturach państwa.
Zamiana premiera i ograniczone (przecież nie wolne) wybory do Sejmu miały symbolizować zmianę ustroju. Ceną było zapewnienie realizacji reform według strategii „postępowej opozycji” oraz gwarancje bezpieczeństwa (bez rozliczania i lustracji) dla ludzi ze struktur poprzedniej władzy. Strategia polegała na pozbawieniu możliwości wpływu na realizację transformacji innych sił poza „postępową opozycją”. Ilustracją tego może być spotkanie ekonomistów u prezydenta Jaruzelskiego. Pokazali oni prezydentowi bezzasadność kierunków reform. Prezydent nie mógł (nie chciał) podjąć kroków zapobiegawczych.
To pokazuje, dlaczego odstąpiono od wcześniej opracowanych propozycji reform. Dlaczego nie podjęto u progu transformacji żadnej refleksji nad krytyką przyjętej drogi, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. Dlaczego też obie układające się strony przy okrągłym stole oparły transformację na liberalnej doktrynie oraz na realizacji programu reform pochodzących z zewnątrz, finansowanych przez obce fundacje (fundację Sorosa, propozycje Sachsa i Miltona). Zapewne uznano, że najlepiej zapewni to interesy obu stron.
Ciekawe, że Jeffrey Sachs transmitowany na telebimie w czasie Kongresu Ekonomistów Polskich (listopad 2019 r.) odżegnywał się od liberalizmu, mówiąc: „w wielu wywiadach, których wówczas udzielałem przedstawiałem się nie jako liberał, ale jako socjaldemokrata, którym nadal jestem”. Czyżby więc to Leszkowi Balcerowiczowi i jego apologetom należy przypisać zastosowanie doktryny liberalnej w polskiej transformacji?.
Pozostawienie resortów siłowych w rękach ludzi dawnej władzy, którzy stracili ideały jakim służyli poprzednio, dało im możliwość spenetrowania wszystkich sfer życia społeczno-gosdarczego. Osaczyli oni wszelkie dziedziny życia od gospodarki po media, a na prezydentach (Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski) kończąc.
Dodajmy, że trzecim „tenorem” – założycielem Platformy Obywatelskiej był Gromosław Czempiński (wysokiej rangi oficer służb specjalnych) obok Tuska i Płażyńskiego. Nie jest przypadkiem, że największe afery na początku transformacji były z udziałem służb specjalnych. Choćby afera FOZZ, czy Art B. O aferze FOZZ L. Balcerowicz miał wiedzieć. Brał udział z premierem Bieleckim w spotkaniu z kierownictwem NIK (szefem był W. Pańko) na ten temat. Otrzymał również stosowną notatkę napisaną przez inspektora NIK Michała Falzmanna, odkrywcę afery FOZZ. Jak wiadomo, zarówno W. Pańko jak i M. Falzmann zginęli w niewyjaśnionych do końca okolicznościach
Jak ludzie usadowieni w tych strukturach byli wpływowi i skuteczni, świadczy casus rządu J. Olszewskiego na początku transformacji. W 1992 r. potrafili wywołać przewrót pałacowy. Słusznie zauważa G.W. Kołodko, że „Solidarność niby kochała naród, ale ta jej część, która przejęła władze, tak mu przyłożyła, że wpędziła kraj w nadmierną transformacyjną recesję i nową fazę kryzysu. Historia uzna, że nikt tak nie oszukał robotników jak ta niby-robotnicza Solidarność”.
Beneficjentami transformacji nie byli ci, którzy wywalczyli możliwość jej przeprowadzenia i ponieśli duże straty nie tylko ekonomiczne (dawniej nazywano ich klasą robotniczą) – lecz poprzednie elity: tzw, nomenklatura, która przefarbowała się z czerwonej na różową. To dla nich były tworzone, pod płaszczykiem gospodarki rynkowej, warunki do uwłaszczenia. Przy okazji wyszło na jaw jak dalece ta nomenklatura była bezideowa. Opuściła ludzi, którym rzekomo służyła i dla których sprawowała władzę. Aby stworzyć dla niej warunki i mechanizmy w gospodarce, trzeba było wprowadzić odpowiednie rozwiązania. Nie bez powodu prezydent A. Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną. Wyłączałaby ona spod wpływu służb to, kto ma zostać właścicielem czy współwłaścicielem reprywatyzowanego majątku. To tłumaczy również niepowodzenie inicjatywy prof. Kołodki dotyczącej kontroli uczciwego bogacenia się.
Jakże trafnie prof. Kowalik stwierdził; „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. Prof. Chodakiewicz stwierdza zaś, że rozwiązania, jakie proponował L. Balcerowicz; „były z ducha neoliberalne, prowadziły do uczynienia z Polski neokolonii. Razem z J. Sachsem działali tak, aby ocalić komunistów jako kapitalistów, a jednocześnie skruszyć gospodarkę komunistyczną, etatystyczną”.
Ze skutkami transformacji gospodarczej Leszka Balcerowicza zetknąłem się w praktyce gospodarczej. Doświadczenia z okresu transformacji były wielką lekcją polityczną a zarazem merytoryczną, połączeniem teorii z praktyką.
Zawsze bylem i jestem przeciwny polityce ekonomicznej jaką uprawiał L. Balcerowicz. Dawałem temu wyraz w publikacjach i w działaniach na rzecz refom gospodarczych. Publikowałem w niszowych wydawnictwach. Wydawnictwa wpływowe i „wolne” nie chciały „zaśmiecać” swoich łamów takimi tekstami.
Przekonałem się, jak działa cenzura redaktorska. Niczym nie różniła się od tej, z którą musiałem się często zmagać w poprzednim okresie. No, może tym, że ta z poprzedniego okresu była jednak z czasem łagodzona pod wpływem wydarzeń politycznych.

Uzależnieni od węgla

W wyniku rządów PIS zatrzymała się transformacja energetyczna w Polsce. Jesteśmy najgorsi w całej Unii Europejskiej i spadamy coraz niżej w rankingu państw wdrażających odnawialne źródła energii.

Indeks Transformacji Energetyki 2020 (Energy Transition Index – ETI) pokazuje, jak wygląda przejście sektora energetycznego z surowców kopalnych, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla, na odnawialne źródła energii, takie jak wiatr, słońce, a także baterie litowo-jonowe. Chodzi więc o rosnący udział energii odnawialnej w dostawach energii ogółem..
Indeks ten opracowywany i publikowany jest od kilku lat i obejmuje obecnie swymi badaniami 115 krajów (90 proc. ludności świata, 93 proc. światowej produkcji energii i 98 proc. światowego produktu brutto). Prace nad nim organizuje wyspecjalizowany, składający się z przedstawicieli 23 organizacji oraz z 17 indywidualnych ekspertów zespół badawczy, pracujący pod auspicjami Światowego Forum Ekonomicznego lecz wyrażający własne opinie.
Prace nad indeksem wpisują się harmonijnie w Agendę ONZ 2030 (Cele Zrównoważonego Rozwoju). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.weforum.org.
W konstrukcji indeksu zespół posługuje się 40 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. W Indeksie Transformacji Energetyki 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19. Indeks ETI jest średnią ważoną tych 40 wskaźników.
Spośród wszystkich krajów objętych badaniem, 94 kraje poprawiły swoje wskaźniki: stanowią one 70 proc. ludności świata i 70 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Jednak tylko Argentyna, Bułgaria, Chiny, Czechy, Indie, Irlandia, Włochy, Słowacja i Ukraina wykazały istotne postęp, podczas gdy takie kraje jak Brazylia, Kanada, Iran i Stany Zjednoczone wykazują stagnację bądź regres.
W dalszym ciągu Szwecja jest w czołówce rankingu, wraz ze Szwajcaria, i Finlandią. Tylko Francja i Wielka Brytania spośród krajów grupy G-20 znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów rankingu ETI.
Na samym końcu rankingu plasują się: Wenezuela, Kamerun, Nigeria, Liban i Haiti (z indeksem 36 proc.) .
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 proc. (najlepszy). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów wspomnianego zespołu badawczego.
Polska zajęła w Indeksie Transformacji Energii 2020 dopiero 69. miejsce, z wartością indeksu 52,9 proc. W 2018 r. zajmowaliśmy 67. miejsce, co oznacza spadek o dwie pozycje.

Indeks Transformacji Energetycznej 2020

  1. Szwecja 74,2
  2. Szwajcaria 73,4
  3. Finlandia 72,4
  4. Dania 72,2
  5. Norwegia 72,2 67. Turcja 53,1 68. Boliwia 53,0 69. Polska 52,9 70. Indonezja 52,4 71.Dominikana 52,4

Czołówka rankingu to: Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania i Norwegia. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 74,2 proc. a dla Polski – 52,9 proc. Taki jest obecnie dystans do najbardziej zaawansowanego w transformacji energii kraju na świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie te kraje: np. Litwa zajmuje 15 miejsce, Łotwa 16 a ostatnie przed Polską zajmuje Bułgaria, która jest na 61 miejscu.
Niemcy zajmują w rankingu 20 miejsce, USA dopiero – 32., Chiny – 78 a Rosja 80. Spośród sąsiadów: Ukraina – 102 miejsce, a Białoruś nie jest notowana w tym indeksie.

Patologie zamiast rynku

Nasilenie przestępczości gospodarczej i korupcji podczas polskiej tranformacji na początku lat 90. przekroczyło masę krytyczną.

Uruchomiony proces prywatyzacji jako drogi do wolnego rynku bez okresu przejściowego (przygotowawczego) obfitował w powszechne sytuacje patologiczne, których doświadczyliśmy przez cały okres transformacji. Zamiast wolnego rynku mieliśmy jego wypaczenia.
Można powiedzieć, że przestępstwa gospodarcze i korupcja zdarzają się w gospodarce rynkowej incydentalnie. Tak to prawda. Ale decyduje tu zakres tej patologii na danym rynku, przekroczenie tak zwanej masy krytycznej. Polski rynek w okresie transformacji, ze względu na powszechność takich zjawisk znacznie ją przekraczał.
Nie można mówić o gospodarce rynkowej, kiedy na rynku decydentem w podejmowaniu decyzji podmiotów gospodarczych jest państwo. Zakres ingerencji państwa w gospodarkę pozostawał ciągłe szeroki. Nawet ustawa o swobodzie przedsiębiorczości z 1988 r. musiała być ograniczana z uwagi na stosowaną politykę gospodarczą i przewagę zachowań przedsiębiorstw państwowych na rynku.
Czy można mówić, że transformacja rzeczywiście była procesem przejścia od systemu centralnego planowania do wolnego rynku?. Ci którzy tak głoszą nie dostrzegają rzeczywistości rynkowej.
Doskonale ilustrują to np. mechanizmy rynku usług konsultingowych, czy rynku nieruchomości. To państwo decydowało o wyborze firmy konsultingowej, która ma opracować materiały dla danego prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego. Państwo decydowało, które przedsiębiorstwo ma być sprzedane i komu i za jaką cenę. Tak więc, nie mechanizmy wolnego rynku decydowały o rzeczywistych procesach rynkowych, a decyzje odgórne państwa (podobnie jak w gospodarce socjalistycznej.
Grzegorz Kołodko zwraca uwagę na niedostosowanie wolności na rynku (deregulacji) z oprzyrządowanie instytucjonalnym i normami prawnymi blokującymi nieuczciwe działania na rynku. Nazywa to bezhołowiem, neoliberalnym instytucjonalnym bałaganem, będącym produktem nadwiślańskiego neoliberalizmu polegającego na radykalnej liberalizacji rynku – cen, handlu, przedsiębiorczości – bez odpowiednich regulacji. Gospodarka weszła w dewastujący stan systemowej pustki: czyli ani plan, ani rynek.
Do tworzenia takich mechanizmów nadawał się model skrajnego liberalizmu (czyli puszczenie procesów gospodarczych na żywioł niewidzialnej ręki rynku). Niewidzialna ręka rynku okazałą się być narzędziem załatwiania interesów jednych bez oglądania się na koszty dla innych. Model ten rażąco nie przystawał do gospodarki postsocjalistycznej. Podmioty na rynku były w ręku państwa przy całkowitym uwolnieniu rynku. To przesądzało o tym, że nie rynek decydował o decyzjach podmiotów gospodarczych, a państwo (i jego struktury).
Należy wspomnieć, że tworzone było prawo ułatwiające patologie rynkowe. Na przykład likwidacja konfiskaty majątku uzyskanego nielegalnie (z naruszeniem prawa). G. Kołodko próbował wprowadzić przepisy ograniczające szarą strefę i nielegalne bogacenie się. Proponował w 2002 r. abolicję podatkową i wprowadzenie dodatkowego dokumentu, deklaracji majątkowych, które byłyby składane rocznie wraz z PIT-tem.
Abolicja podatkowa miała umożliwić zdjęcie odium nieuczciwości w biznesie (za nieuczciwe bogacenie się), naprawić błędy i zalegalizować dochody. Podatnik musiałby zapłacić zaledwie 7,5 proc. podatek od ujawnionego dochodu – i w ten sposób oczyścić się od wszelkich podejrzeń. A deklaracje majątkowe pokazywałyby, jak zmieniał się majątek podatnika, odcinając go od wszelkich podejrzeń o jakiekolwiek nielegalne machinacje. Niestety ta próba nie mogła być przeforsowana przez ówczesne szczeble decyzyjne (rząd, Sejm). Zrodziła jedynie pogłoski o potrzebie odejścia G. Kołodki z rządu, co też się stało w 2003 r.
W okresie transformacji głoszono, że urządzamy rynek na wzór zachodni. Nie można jednak mówić o mechanizmach rynkowych, jeśli na rynku działają jednocześnie przedsiębiorstwa obciążone nadmiernie podatkami (państwowe) i przedsiębiorstwa zwolnione od podatków (prywatne zagraniczne). Było wiadomo, że do działania mechanizmu rynkowego potrzebna jest przewaga prywatnych podmiotów na rynku.
Podmioty działające na rynku mają mieć równe szanse. Tak działał rynek w krajach zachodnich wraz z narodzinami kapitalizmu. Nie sposób, żeby nie wiedzieli tego ówcześni kierujący sferą gospodarczą w Polsce.

Złudna magia niewidzialnej ręki

Rynek stworzony w Polsce w wyniku transformacji nie mógł funkcjonować w normalny sposób.

Leszek Balcerowicz nigdy nie był praktykiem gospodarczym. Musiało to wywrzeć pewien wpływ na jego postrzeganie funkcjonowania podmiotów gospodarczych w różnych warunkach systemowych. Inaczej zachowuje się przedsiębiorstwo na wolnym rynku, a inaczej pod rygorem planu (narzuconych z góry wskaźników). Wolny rynek ma miejsce wtedy, gdy na rynku funkcjonuje przewaga przedsiębiorstw prywatnych. Następuje alokacja kapitału, zgodna z motywacjami podmiotów rynkowych.
Prywatne przedsiębiorstwo na wolnym rynku ma inną motywację niż przedsiębiorstwo państwowe. Motywem działania przedsiębiorstwa prywatnego na wolnym rynku jest zysk, przedsiębiorstwa państwowego (szczególnie przy przewadze przedsiębiorstw państwowych) jest plan. Pytanie, co jest motywem dziania przedsiębiorstwa państwowego, kiedy jest wyzwolone z rygów planu?. Przedsiębiorstwo prywatne działając na rynku i nie osiągając zysku bankrutuje, w wyniku czego właściciel ponosi uszczerbek swojego majątku. Przedsiębiorstwo państwowe zaś w wyniku bankructwa nikogo bezpośrednio nie dotyka (kierownictwo tego przedsiębiorstwa nie ponosi konsekwencji majątkowych). Stąd nie ma motywacji do tego, aby nie dopuścić do bankructwa. Jest to kardynalna sprawa, która nie został dostrzeżona na początku transformacji i w trakcie jej trwania. Być może realizator tej transformacji również nie dostrzegał tego. Tym bardziej jego późniejszy mentor J. Sachs, który w ogóle nie miął styczności z funkcjonowaniem gospodarki planowej w teorii, a zwłaszcza w praktyce. Bankructwo przedsiębiorstwa państwowego może być nawet „dobrodziejstwem”. Daje ono szansę na uwłaszczenie się jego kierownictwa. Przysporzenie swojego majątku.
Transformacja pod parasolem wymogów gospodarki rynkowej stworzyła idealne warunki do bankructwa przedsiębiorstw państwowych. Zwłaszcza, gdy polityka gospodarcza temu sprzyjała. W transformacji bowiem nakładano na nie dodatkowe podatki i obciążenia, na przykład zwiększając raty uprzednio pobranych kredytów bankowych i wprowadzając dywidendę od przedsiębiorstw państwowych dla skarbu państwa, (której w gospodarce socjalistycznej nie było), likwidując cło, otwierając granice dla nieograniczonego napływu towarów z zagranicy, wprowadzając dodatkowy podatek od płac. Blokada wzrostu płac dla przedsiębiorstw państwowych (tzw. potocznie popiwek) miała przezwyciężyć opór załóg do przekształceń majątkowych, ponieważ prywatne przedsiębiorstwo nie miało ograniczeń dla wzrostu płac.
Na to wszystko nałożyły się wakacje podatkowe dla zagranicznych firm, które w drodze zakupu za bezcen zagrożonych bankructwem polskich przedsiębiorstw państwowych, mogły masowo napływać do Polski i nie płacić podatków. W ten sposób zlikwidowano możliwość konkurowania na rynku polskim rodzimym firmom (państwowym czy prywatnym) z masowo napływającymi firmami obcymi. Nie stworzono więc warunków do uczciwej konkurencji. Nie stworzono tych warunków mimo że w 1989 r. w Polsce mieliśmy ok. 20 – procentowy udział sektora prywatnego w tworzeniu produktu krajowego brutto (rolnictwo i rzemiosło). Pozbawiono polską gospodarkę podstawowej cechy gospodarki rynkowej – konkurencji. Na rynku transformacji wzbogacenie się nie zależało od sukcesów na rynku, lecz od „sukcesów” w działaniach strukturalnych władzy. Na początku transformacji na rynku pozostawały prawie wyłącznie przedsiębiorstwa państwowe. Prywatne rzemiosło nie miało szans rozwoju działania wobec konkurencji kapitału obcego i otwarcia importu, jak również braku odpowiedniej polityki dla tego sektora. Nie przeprowadzono także powszechnej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, co nawet strukturalnie nie upodobniło zarządzania tymi przedsiębiorstwami do prywatnych (wieloosobowy zarząd, rada nadzorcza, zgromadzenie wspólników). Nastąpiło to parę lat później.
Z natury rzeczy państwo jako właściciel przedsiębiorstw państwowych, musiało wstępować na rynku,. To ono podejmowało decyzje rynkowe. Państwo decydowało komu i za ile sprzedać dane przedsiębiorstwo, czy daną nieruchomość lub ruchomości, albo jak je sprywatyzować. Na początku transformacji powstała paradoksalna sytuacja na rynku: przewaga przedsiębiorstw państwowych uwolnionych z rygoru planu. Naturalna motywacja działania przedsiębiorstw państwowych była odmienna niż prywatnych. Stąd rodziły się patologie na wolnym rynku.

Nie tylko własnymi rękami

Kto naciskał na przeprowadzenie terapii szokowej w Polsce?

Leszek Balcerowicz, zapytany o naciski ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego gołosłownie stwierdził, że nie było żadnych nacisków. Nie jest to zgodne z tym co opisują autorzy wielu publikacji np. prof. Kieżun czy Z.Tasjer. MFW sprawował ogólny nadzór, aby likwidować przekształcić gospodarkę planową w wolnorynkową typu neoliberalizmu amerykańskiego.
Balcerowicz przyznaje, że eksperci MFW „nie mieli odpowiedniej wiedzy, jak wyjść z socjalistycznej totalnie upaństwowionej gospodarki”. Dodajmy, ze nie mieli pojęcia o realiach gospodarki w Polsce. Po co więc L. Balcerowicz sprowadzał z zagranicy tych ekspertów i ich firmy jako konsultantów i wykonawców różnego rodzaju analiz (tzw. sektorowych i prywatyzacyjnych), płacąc bajońskie sumy?.
Koszty obsługi eksperckiej stanowiły pokaźną część kwot uzyskiwanych za sprzedaż danego przedsiębiorstwa. Zdarzało się nawet, że koszty obsługi prywatyzacyjnej (owe raporty i konsultacje) przewyższały sumy uzyskiwane ze sprzedaży danego przedsiębiorstwa. Szczegółowe dane o kwotach uzyskiwanych ze sprzedaży przedsiębiorstw i płaconych firmom konsultacyjnym można znaleźć w książce R. Ślązaka. Były to tabuny ludzi jakże wysoko opłacanych z budżetu, kilkakrotnie lepiej niż eksperci i naukowcy polscy. W Warszawie nazywano ich „brygadami Marriotta”, jako że mieszkali w hotelu Marriott oczywiście na koszt strony polskiej.
L. Balcerowicz był ostrzegany przed zagranicznymi doradcami. Np. wieloletni pracownik MFW Marcin Wyczałkowski w 1990 r. krytycznie oceniał kwalifikacje obcych doradców i osobiście ostrzegał L. Balcerowicza. Bez skutku. Podobnie Amerykanka Alice H. Amsten ostrzegała na łamach „Życia Gospodarczego” z dn. 28 kwietnia 1991 „Uwaga na obcych doradców”. Wszystko to bezskutecznie – miliony dolarów dalej płynęły do kieszeni owych doradców.
Na bezsens ponoszenia tych wydatków zwraca też uwagę sama wypowiedź L. Balcerowicza. Wyraża on bowiem uznanie dla polskich ekspertów i wymienia ich nazwiska.
L. Balcerowicz podkreślał, że już pod koniec lat 70-tych powołał do życia zespół do spraw reformy gospodarczej. I dodawał, że „pracując w latach 80-tych nie przewidywaliśmy że za naszego życia będziemy mieć okazję wcielać te rozwiązana”. Warto chociażby z grubsza podać, jakie rozwiązania wówczas L. Balcerowicz z zespołem przygotowywał – i jak one się miały do tego co wprowadzał w życie.
Te propozycje można znaleźć w publikacjach ekonomicznych tego okresu. Np. L. Balcerowicza p.t. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” w Polityce nr 46/80 oraz w publikacji PTE „Problemy ekonomiczne” z marca 1981 r. Propozycje programowe tam zawarte nie mają nic wspólnego z doktryną liberalną. Są raczej zbliżone do społecznej gospodarki rynkowej.
Na przykład, co do roli państwa w gospodarce autor pisze ”Obok narzędzi kierowania działających stale, rząd mógłby mieć w dyspozycji środki w charakterze nadzwyczajnym stosowane na zasadzie wyjątku”. Odnośnie spółdzielni pisze: ”ustanowienie zasad autentycznej spółdzielczości, tak aby sama spółdzielnia mogły decydować, czy i jakie uprawnienia chcą przekazać swoim zrzeszeniom”.
Czytamy też, jak „określić procedurę postępowania z przedsiębiorstwami nierentowymi. Mogłaby ona polegać na stworzeniu specjalnego funduszu zwrotnej przejściowej i ściśle ograniczonej pomocy”. Publikacje te zawierają szereg propozycji odnośnie roli banków, wymienialności pieniądza, samorządności pracowniczej itd.
Po wydarzeniach sierpniowych zwiększyła się pilność reformy. Powstała Komisja Partyjno-Rządowa, której byłem członkiem, powstały społeczne Komisje w ramach PTE i TNOIK w ramach których również aktywnie działałem. Były opracowywane propozycje reformy, organizowane dyskusje. Do prac tych włączyły się szerokie kręgi ekonomistów teoretyków (uczelnie, instytuty badawcze) i praktyków. Powstawały liczne opracowania i propozycje.
W roku 1982 w ramach PTE na podstawie wyników dyskusji i licznych opracowań cząstkowych został opracowany program reformy gospodarczej w Polsce pt. „Propozycje zasadniczych rozwiązań Reformy Gospodarczej w Polsce”. Uczestnikami prac nad propozycjami była moja skromna osoba i właśnie L. Balcerowicz. Propozycje te były raczej zbliżonej do społecznej gospodarki rynkowej typu niemieckiego i skandynawskiego.
Doktryna gospodarki liberalnej wówczas nie miała tylu wyznawców w Polsce, aby pod jej rygorem formułować reformy.