Zabójcze kompleksy

Białoruś służy obecnie bardzo wyraźnie do leczenia polskich narodowych kompleksów. Liczni politycy walczą tam o „wolność” kompletnie ignorując fakt, że w Polsce po transformacji wcale jej nie ma.

W pierwszym szeregu walczących stoją razem premier Morawiecki i niedawny lewicowy kandydat na prezydenta Robert Biedroń. Inni posłowie Lewicy cieszą się z tej jednomyślności. Naprawdę nie stać ich na nieco szersze spojrzenie? Nie chodzi o popadanie ze skrajności w skrajność i obronę dyktatora, którego obywatele mają szczerze dość. Warto byłoby jednak choćby zwrócić uwagę na to, że demokracja parlamentarna niczego obywatelom nie gwarantuje. Białorusini chcą zachować socjalne zdobycze?

Muszą o to walczyć już teraz.

Zamiast tego serwujemy sobie i innym bajkę o tym, jak to nasz balcerowiczowski i kolonialny model z emigracją milionów, prywatyzacją wszystkiego i prawicowym, homofobicznym klerykalizmem u władzy jest cudowny i święty. Tymczasem jesteśmy biednym, wyprzedanym krajem pełnym nędzy, wyzysku i ze zniszczonymi usługami publicznymi. To nie jest model do powtarzania dla kogokolwiek. Kto chce eksportować „polską drogę do wolności” nie jest ani lewicą, ani nawet uczciwym człowiekiem.

American Dream dawno zdechło.

Leczeniu kompleksów służy także historia, w Polsce interpretowana wyłącznie reakcyjnie i rewanżystowsko. Bitwa Warszawska służy wzniecaniu nowego militaryzmu i kontynuacji walki z „komuną”. Śmierć 200 tys. cywilów w totalnie bezsensownym powstaniu jest wykorzystywana do podsycania kultu śmierci za kraj. Wszystkie wystąpienia robotnicze są uzasadnieniem dla krwawego neoliberalizmu itd. Tymczasem historia Polski uczy nas, że powinniśmy stawiać przede wszystkim na pokój, neutralność i dobre relacje ze wszystkimi, a nie budować kolejne bazy wojskowe i rzucać się między wyścig zbrojeń imperiów. Lekcja z polskiego umierania za sprawę jest taka, że wcale nie trzeba umierać. Można wyłączyć się z zimnej wojny i porzucić sny o rozgrywaniu mocarstw.

MOŻNA.

Polityczny wymiar początków transformacji

Podstawą naszej reformy gospodarczej był sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjną.

        Na początku polskiej transformacji gospodarczej do tego, by zagwarantować powodzenie  wolnorynkowej strategii gospodarczej nie wystarczała sama doktryna liberalizmu – czyli reguła niewidzialnej ręki rynku. Potrzebny był też sojusznik wewnętrzny. Okrągły stół był tym forum, gdzie ów sojusznik został wyłoniony pod parasolem Solidarności.

Jak wiadomo, przy okrągłym stole doszło do sojuszu „postępowej opozycji” (rzekomo lewicowej grupy dysydentów) z ludźmi z dawnych struktur władzy. Można powiedzieć: nastąpił sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjna.
Z sojuszu tego wykluczeni byli, też zamykani w więzieniach, będący w opozycji założyciele Solidarności tacy jak Walentynowicz, Gwiazda czy Wyszkowski. Nie należeli oni do grona „opozycji postępowej”. Wśród wykluczonych znaleźli się również przedstawiciele tych, którzy swoją postawą doprowadzili do obalenia socjalizmu bez ludzkiej twarzy.
Stawką sojuszu było przejęcie władzy. Opozycja rzekomo „nie postępowa” została zdominowana przez „postępową” przy pomocy służb specjalnych. Służby zapewniły przekazane władzy owej „postępowej” opozycji. Służby zaś były w ręku dawnych struktur, funkcjonariuszy dawnej władzy (Jaruzelski, Kiszczak). Tak więc „postępowa opozycja” w walce o władzę wpadła w sidła poprzedniej władzy. To była cena jaką ona zapłaciła za współudział we władzy.
W wyniku negocjacji okrągłego stołu i poufnych rozmów w Magdalence, przekazujący władzę zapewnili sobie urząd prezydenta i tzw. resorty siłowe z dotychczasową obsadą kadrową. Bo tylko one mogły im zapewnić realizację ustalonych warunków. Nastąpiła zatem zmiana ustroju z tymi samymi ludźmi w najważniejszych strukturach państwa.
Zamiana premiera i ograniczone (przecież nie wolne) wybory do Sejmu miały symbolizować zmianę ustroju. Ceną było zapewnienie realizacji reform według strategii „postępowej opozycji” oraz gwarancje bezpieczeństwa (bez rozliczania i lustracji) dla ludzi ze struktur poprzedniej władzy. Strategia polegała na pozbawieniu możliwości wpływu na realizację transformacji innych sił poza „postępową opozycją”. Ilustracją tego może być spotkanie ekonomistów u prezydenta Jaruzelskiego. Pokazali oni prezydentowi bezzasadność kierunków reform. Prezydent nie mógł (nie chciał) podjąć kroków zapobiegawczych.
To pokazuje, dlaczego odstąpiono od wcześniej opracowanych propozycji reform. Dlaczego nie podjęto u progu transformacji żadnej refleksji nad krytyką przyjętej drogi, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. Dlaczego też obie układające się strony przy okrągłym stole oparły transformację na liberalnej doktrynie oraz na realizacji programu reform pochodzących z zewnątrz, finansowanych przez obce fundacje (fundację Sorosa, propozycje Sachsa i Miltona). Zapewne uznano, że najlepiej zapewni to interesy obu stron.
Ciekawe, że Jeffrey Sachs transmitowany na telebimie w czasie Kongresu Ekonomistów Polskich (listopad 2019 r.) odżegnywał się od liberalizmu, mówiąc: „w wielu wywiadach, których wówczas udzielałem przedstawiałem się nie jako liberał, ale jako socjaldemokrata, którym nadal jestem”. Czyżby więc to Leszkowi Balcerowiczowi i jego apologetom należy przypisać zastosowanie doktryny liberalnej w polskiej transformacji?.
Pozostawienie resortów siłowych w rękach ludzi dawnej władzy, którzy stracili ideały jakim służyli poprzednio, dało im możliwość spenetrowania wszystkich sfer życia społeczno-gosdarczego. Osaczyli oni wszelkie dziedziny życia od gospodarki po media, a na prezydentach (Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski) kończąc.
Dodajmy, że trzecim „tenorem” – założycielem Platformy Obywatelskiej był Gromosław Czempiński (wysokiej rangi oficer służb specjalnych) obok Tuska i Płażyńskiego. Nie jest przypadkiem, że największe afery na początku transformacji były z udziałem służb specjalnych. Choćby afera FOZZ, czy Art B. O aferze FOZZ L. Balcerowicz miał wiedzieć. Brał udział z premierem Bieleckim w spotkaniu z kierownictwem NIK (szefem był W. Pańko) na ten temat. Otrzymał również stosowną notatkę napisaną przez inspektora NIK Michała Falzmanna, odkrywcę afery FOZZ. Jak wiadomo, zarówno W. Pańko jak i M. Falzmann zginęli w niewyjaśnionych do końca okolicznościach
Jak ludzie usadowieni w tych strukturach byli wpływowi i skuteczni, świadczy casus rządu J. Olszewskiego na początku transformacji. W 1992 r. potrafili wywołać przewrót pałacowy. Słusznie zauważa G.W. Kołodko, że „Solidarność niby kochała naród, ale ta jej część, która przejęła władze, tak mu przyłożyła, że wpędziła kraj w nadmierną transformacyjną recesję i nową fazę kryzysu. Historia uzna, że nikt tak nie oszukał robotników jak ta niby-robotnicza Solidarność”.
Beneficjentami transformacji nie byli ci, którzy wywalczyli możliwość jej przeprowadzenia i ponieśli duże straty nie tylko ekonomiczne (dawniej nazywano ich klasą robotniczą) – lecz poprzednie elity: tzw, nomenklatura, która przefarbowała się z czerwonej na różową. To dla nich były tworzone, pod płaszczykiem gospodarki rynkowej, warunki do uwłaszczenia. Przy okazji wyszło na jaw jak dalece ta nomenklatura była bezideowa. Opuściła ludzi, którym rzekomo służyła i dla których sprawowała władzę. Aby stworzyć dla niej warunki i mechanizmy w gospodarce, trzeba było wprowadzić odpowiednie rozwiązania. Nie bez powodu prezydent A. Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną. Wyłączałaby ona spod wpływu służb to, kto ma zostać właścicielem czy współwłaścicielem reprywatyzowanego majątku. To tłumaczy również niepowodzenie inicjatywy prof. Kołodki dotyczącej kontroli uczciwego bogacenia się.
Jakże trafnie prof. Kowalik stwierdził; „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. Prof. Chodakiewicz stwierdza zaś, że rozwiązania, jakie proponował L. Balcerowicz; „były z ducha neoliberalne, prowadziły do uczynienia z Polski neokolonii. Razem z J. Sachsem działali tak, aby ocalić komunistów jako kapitalistów, a jednocześnie skruszyć gospodarkę komunistyczną, etatystyczną”.
Ze skutkami transformacji gospodarczej Leszka Balcerowicza zetknąłem się w praktyce gospodarczej. Doświadczenia z okresu transformacji były wielką lekcją polityczną a zarazem merytoryczną, połączeniem teorii z praktyką.
Zawsze bylem i jestem przeciwny polityce ekonomicznej jaką uprawiał L. Balcerowicz. Dawałem temu wyraz w publikacjach i w działaniach na rzecz refom gospodarczych. Publikowałem w niszowych wydawnictwach. Wydawnictwa wpływowe i „wolne” nie chciały „zaśmiecać” swoich łamów takimi tekstami.
Przekonałem się, jak działa cenzura redaktorska. Niczym nie różniła się od tej, z którą musiałem się często zmagać w poprzednim okresie. No, może tym, że ta z poprzedniego okresu była jednak z czasem łagodzona pod wpływem wydarzeń politycznych.

Uzależnieni od węgla

W wyniku rządów PIS zatrzymała się transformacja energetyczna w Polsce. Jesteśmy najgorsi w całej Unii Europejskiej i spadamy coraz niżej w rankingu państw wdrażających odnawialne źródła energii.

Indeks Transformacji Energetyki 2020 (Energy Transition Index – ETI) pokazuje, jak wygląda przejście sektora energetycznego z surowców kopalnych, w tym ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla, na odnawialne źródła energii, takie jak wiatr, słońce, a także baterie litowo-jonowe. Chodzi więc o rosnący udział energii odnawialnej w dostawach energii ogółem..
Indeks ten opracowywany i publikowany jest od kilku lat i obejmuje obecnie swymi badaniami 115 krajów (90 proc. ludności świata, 93 proc. światowej produkcji energii i 98 proc. światowego produktu brutto). Prace nad nim organizuje wyspecjalizowany, składający się z przedstawicieli 23 organizacji oraz z 17 indywidualnych ekspertów zespół badawczy, pracujący pod auspicjami Światowego Forum Ekonomicznego lecz wyrażający własne opinie.
Prace nad indeksem wpisują się harmonijnie w Agendę ONZ 2030 (Cele Zrównoważonego Rozwoju). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.weforum.org.
W konstrukcji indeksu zespół posługuje się 40 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. W Indeksie Transformacji Energetyki 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19. Indeks ETI jest średnią ważoną tych 40 wskaźników.
Spośród wszystkich krajów objętych badaniem, 94 kraje poprawiły swoje wskaźniki: stanowią one 70 proc. ludności świata i 70 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Jednak tylko Argentyna, Bułgaria, Chiny, Czechy, Indie, Irlandia, Włochy, Słowacja i Ukraina wykazały istotne postęp, podczas gdy takie kraje jak Brazylia, Kanada, Iran i Stany Zjednoczone wykazują stagnację bądź regres.
W dalszym ciągu Szwecja jest w czołówce rankingu, wraz ze Szwajcaria, i Finlandią. Tylko Francja i Wielka Brytania spośród krajów grupy G-20 znalazły się w pierwszej dziesiątce krajów rankingu ETI.
Na samym końcu rankingu plasują się: Wenezuela, Kamerun, Nigeria, Liban i Haiti (z indeksem 36 proc.) .
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 proc. (najlepszy). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów wspomnianego zespołu badawczego.
Polska zajęła w Indeksie Transformacji Energii 2020 dopiero 69. miejsce, z wartością indeksu 52,9 proc. W 2018 r. zajmowaliśmy 67. miejsce, co oznacza spadek o dwie pozycje.

Indeks Transformacji Energetycznej 2020

  1. Szwecja 74,2
  2. Szwajcaria 73,4
  3. Finlandia 72,4
  4. Dania 72,2
  5. Norwegia 72,2 67. Turcja 53,1 68. Boliwia 53,0 69. Polska 52,9 70. Indonezja 52,4 71.Dominikana 52,4

Czołówka rankingu to: Szwecja, Szwajcaria, Finlandia, Dania i Norwegia. Wartość indeksu dla Szwecji wynosi 74,2 proc. a dla Polski – 52,9 proc. Taki jest obecnie dystans do najbardziej zaawansowanego w transformacji energii kraju na świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy ostatnie miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie te kraje: np. Litwa zajmuje 15 miejsce, Łotwa 16 a ostatnie przed Polską zajmuje Bułgaria, która jest na 61 miejscu.
Niemcy zajmują w rankingu 20 miejsce, USA dopiero – 32., Chiny – 78 a Rosja 80. Spośród sąsiadów: Ukraina – 102 miejsce, a Białoruś nie jest notowana w tym indeksie.

Patologie zamiast rynku

Nasilenie przestępczości gospodarczej i korupcji podczas polskiej tranformacji na początku lat 90. przekroczyło masę krytyczną.

Uruchomiony proces prywatyzacji jako drogi do wolnego rynku bez okresu przejściowego (przygotowawczego) obfitował w powszechne sytuacje patologiczne, których doświadczyliśmy przez cały okres transformacji. Zamiast wolnego rynku mieliśmy jego wypaczenia.
Można powiedzieć, że przestępstwa gospodarcze i korupcja zdarzają się w gospodarce rynkowej incydentalnie. Tak to prawda. Ale decyduje tu zakres tej patologii na danym rynku, przekroczenie tak zwanej masy krytycznej. Polski rynek w okresie transformacji, ze względu na powszechność takich zjawisk znacznie ją przekraczał.
Nie można mówić o gospodarce rynkowej, kiedy na rynku decydentem w podejmowaniu decyzji podmiotów gospodarczych jest państwo. Zakres ingerencji państwa w gospodarkę pozostawał ciągłe szeroki. Nawet ustawa o swobodzie przedsiębiorczości z 1988 r. musiała być ograniczana z uwagi na stosowaną politykę gospodarczą i przewagę zachowań przedsiębiorstw państwowych na rynku.
Czy można mówić, że transformacja rzeczywiście była procesem przejścia od systemu centralnego planowania do wolnego rynku?. Ci którzy tak głoszą nie dostrzegają rzeczywistości rynkowej.
Doskonale ilustrują to np. mechanizmy rynku usług konsultingowych, czy rynku nieruchomości. To państwo decydowało o wyborze firmy konsultingowej, która ma opracować materiały dla danego prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego. Państwo decydowało, które przedsiębiorstwo ma być sprzedane i komu i za jaką cenę. Tak więc, nie mechanizmy wolnego rynku decydowały o rzeczywistych procesach rynkowych, a decyzje odgórne państwa (podobnie jak w gospodarce socjalistycznej.
Grzegorz Kołodko zwraca uwagę na niedostosowanie wolności na rynku (deregulacji) z oprzyrządowanie instytucjonalnym i normami prawnymi blokującymi nieuczciwe działania na rynku. Nazywa to bezhołowiem, neoliberalnym instytucjonalnym bałaganem, będącym produktem nadwiślańskiego neoliberalizmu polegającego na radykalnej liberalizacji rynku – cen, handlu, przedsiębiorczości – bez odpowiednich regulacji. Gospodarka weszła w dewastujący stan systemowej pustki: czyli ani plan, ani rynek.
Do tworzenia takich mechanizmów nadawał się model skrajnego liberalizmu (czyli puszczenie procesów gospodarczych na żywioł niewidzialnej ręki rynku). Niewidzialna ręka rynku okazałą się być narzędziem załatwiania interesów jednych bez oglądania się na koszty dla innych. Model ten rażąco nie przystawał do gospodarki postsocjalistycznej. Podmioty na rynku były w ręku państwa przy całkowitym uwolnieniu rynku. To przesądzało o tym, że nie rynek decydował o decyzjach podmiotów gospodarczych, a państwo (i jego struktury).
Należy wspomnieć, że tworzone było prawo ułatwiające patologie rynkowe. Na przykład likwidacja konfiskaty majątku uzyskanego nielegalnie (z naruszeniem prawa). G. Kołodko próbował wprowadzić przepisy ograniczające szarą strefę i nielegalne bogacenie się. Proponował w 2002 r. abolicję podatkową i wprowadzenie dodatkowego dokumentu, deklaracji majątkowych, które byłyby składane rocznie wraz z PIT-tem.
Abolicja podatkowa miała umożliwić zdjęcie odium nieuczciwości w biznesie (za nieuczciwe bogacenie się), naprawić błędy i zalegalizować dochody. Podatnik musiałby zapłacić zaledwie 7,5 proc. podatek od ujawnionego dochodu – i w ten sposób oczyścić się od wszelkich podejrzeń. A deklaracje majątkowe pokazywałyby, jak zmieniał się majątek podatnika, odcinając go od wszelkich podejrzeń o jakiekolwiek nielegalne machinacje. Niestety ta próba nie mogła być przeforsowana przez ówczesne szczeble decyzyjne (rząd, Sejm). Zrodziła jedynie pogłoski o potrzebie odejścia G. Kołodki z rządu, co też się stało w 2003 r.
W okresie transformacji głoszono, że urządzamy rynek na wzór zachodni. Nie można jednak mówić o mechanizmach rynkowych, jeśli na rynku działają jednocześnie przedsiębiorstwa obciążone nadmiernie podatkami (państwowe) i przedsiębiorstwa zwolnione od podatków (prywatne zagraniczne). Było wiadomo, że do działania mechanizmu rynkowego potrzebna jest przewaga prywatnych podmiotów na rynku.
Podmioty działające na rynku mają mieć równe szanse. Tak działał rynek w krajach zachodnich wraz z narodzinami kapitalizmu. Nie sposób, żeby nie wiedzieli tego ówcześni kierujący sferą gospodarczą w Polsce.

Złudna magia niewidzialnej ręki

Rynek stworzony w Polsce w wyniku transformacji nie mógł funkcjonować w normalny sposób.

Leszek Balcerowicz nigdy nie był praktykiem gospodarczym. Musiało to wywrzeć pewien wpływ na jego postrzeganie funkcjonowania podmiotów gospodarczych w różnych warunkach systemowych. Inaczej zachowuje się przedsiębiorstwo na wolnym rynku, a inaczej pod rygorem planu (narzuconych z góry wskaźników). Wolny rynek ma miejsce wtedy, gdy na rynku funkcjonuje przewaga przedsiębiorstw prywatnych. Następuje alokacja kapitału, zgodna z motywacjami podmiotów rynkowych.
Prywatne przedsiębiorstwo na wolnym rynku ma inną motywację niż przedsiębiorstwo państwowe. Motywem działania przedsiębiorstwa prywatnego na wolnym rynku jest zysk, przedsiębiorstwa państwowego (szczególnie przy przewadze przedsiębiorstw państwowych) jest plan. Pytanie, co jest motywem dziania przedsiębiorstwa państwowego, kiedy jest wyzwolone z rygów planu?. Przedsiębiorstwo prywatne działając na rynku i nie osiągając zysku bankrutuje, w wyniku czego właściciel ponosi uszczerbek swojego majątku. Przedsiębiorstwo państwowe zaś w wyniku bankructwa nikogo bezpośrednio nie dotyka (kierownictwo tego przedsiębiorstwa nie ponosi konsekwencji majątkowych). Stąd nie ma motywacji do tego, aby nie dopuścić do bankructwa. Jest to kardynalna sprawa, która nie został dostrzeżona na początku transformacji i w trakcie jej trwania. Być może realizator tej transformacji również nie dostrzegał tego. Tym bardziej jego późniejszy mentor J. Sachs, który w ogóle nie miął styczności z funkcjonowaniem gospodarki planowej w teorii, a zwłaszcza w praktyce. Bankructwo przedsiębiorstwa państwowego może być nawet „dobrodziejstwem”. Daje ono szansę na uwłaszczenie się jego kierownictwa. Przysporzenie swojego majątku.
Transformacja pod parasolem wymogów gospodarki rynkowej stworzyła idealne warunki do bankructwa przedsiębiorstw państwowych. Zwłaszcza, gdy polityka gospodarcza temu sprzyjała. W transformacji bowiem nakładano na nie dodatkowe podatki i obciążenia, na przykład zwiększając raty uprzednio pobranych kredytów bankowych i wprowadzając dywidendę od przedsiębiorstw państwowych dla skarbu państwa, (której w gospodarce socjalistycznej nie było), likwidując cło, otwierając granice dla nieograniczonego napływu towarów z zagranicy, wprowadzając dodatkowy podatek od płac. Blokada wzrostu płac dla przedsiębiorstw państwowych (tzw. potocznie popiwek) miała przezwyciężyć opór załóg do przekształceń majątkowych, ponieważ prywatne przedsiębiorstwo nie miało ograniczeń dla wzrostu płac.
Na to wszystko nałożyły się wakacje podatkowe dla zagranicznych firm, które w drodze zakupu za bezcen zagrożonych bankructwem polskich przedsiębiorstw państwowych, mogły masowo napływać do Polski i nie płacić podatków. W ten sposób zlikwidowano możliwość konkurowania na rynku polskim rodzimym firmom (państwowym czy prywatnym) z masowo napływającymi firmami obcymi. Nie stworzono więc warunków do uczciwej konkurencji. Nie stworzono tych warunków mimo że w 1989 r. w Polsce mieliśmy ok. 20 – procentowy udział sektora prywatnego w tworzeniu produktu krajowego brutto (rolnictwo i rzemiosło). Pozbawiono polską gospodarkę podstawowej cechy gospodarki rynkowej – konkurencji. Na rynku transformacji wzbogacenie się nie zależało od sukcesów na rynku, lecz od „sukcesów” w działaniach strukturalnych władzy. Na początku transformacji na rynku pozostawały prawie wyłącznie przedsiębiorstwa państwowe. Prywatne rzemiosło nie miało szans rozwoju działania wobec konkurencji kapitału obcego i otwarcia importu, jak również braku odpowiedniej polityki dla tego sektora. Nie przeprowadzono także powszechnej komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, co nawet strukturalnie nie upodobniło zarządzania tymi przedsiębiorstwami do prywatnych (wieloosobowy zarząd, rada nadzorcza, zgromadzenie wspólników). Nastąpiło to parę lat później.
Z natury rzeczy państwo jako właściciel przedsiębiorstw państwowych, musiało wstępować na rynku,. To ono podejmowało decyzje rynkowe. Państwo decydowało komu i za ile sprzedać dane przedsiębiorstwo, czy daną nieruchomość lub ruchomości, albo jak je sprywatyzować. Na początku transformacji powstała paradoksalna sytuacja na rynku: przewaga przedsiębiorstw państwowych uwolnionych z rygoru planu. Naturalna motywacja działania przedsiębiorstw państwowych była odmienna niż prywatnych. Stąd rodziły się patologie na wolnym rynku.

Nie tylko własnymi rękami

Kto naciskał na przeprowadzenie terapii szokowej w Polsce?

Leszek Balcerowicz, zapytany o naciski ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego gołosłownie stwierdził, że nie było żadnych nacisków. Nie jest to zgodne z tym co opisują autorzy wielu publikacji np. prof. Kieżun czy Z.Tasjer. MFW sprawował ogólny nadzór, aby likwidować przekształcić gospodarkę planową w wolnorynkową typu neoliberalizmu amerykańskiego.
Balcerowicz przyznaje, że eksperci MFW „nie mieli odpowiedniej wiedzy, jak wyjść z socjalistycznej totalnie upaństwowionej gospodarki”. Dodajmy, ze nie mieli pojęcia o realiach gospodarki w Polsce. Po co więc L. Balcerowicz sprowadzał z zagranicy tych ekspertów i ich firmy jako konsultantów i wykonawców różnego rodzaju analiz (tzw. sektorowych i prywatyzacyjnych), płacąc bajońskie sumy?.
Koszty obsługi eksperckiej stanowiły pokaźną część kwot uzyskiwanych za sprzedaż danego przedsiębiorstwa. Zdarzało się nawet, że koszty obsługi prywatyzacyjnej (owe raporty i konsultacje) przewyższały sumy uzyskiwane ze sprzedaży danego przedsiębiorstwa. Szczegółowe dane o kwotach uzyskiwanych ze sprzedaży przedsiębiorstw i płaconych firmom konsultacyjnym można znaleźć w książce R. Ślązaka. Były to tabuny ludzi jakże wysoko opłacanych z budżetu, kilkakrotnie lepiej niż eksperci i naukowcy polscy. W Warszawie nazywano ich „brygadami Marriotta”, jako że mieszkali w hotelu Marriott oczywiście na koszt strony polskiej.
L. Balcerowicz był ostrzegany przed zagranicznymi doradcami. Np. wieloletni pracownik MFW Marcin Wyczałkowski w 1990 r. krytycznie oceniał kwalifikacje obcych doradców i osobiście ostrzegał L. Balcerowicza. Bez skutku. Podobnie Amerykanka Alice H. Amsten ostrzegała na łamach „Życia Gospodarczego” z dn. 28 kwietnia 1991 „Uwaga na obcych doradców”. Wszystko to bezskutecznie – miliony dolarów dalej płynęły do kieszeni owych doradców.
Na bezsens ponoszenia tych wydatków zwraca też uwagę sama wypowiedź L. Balcerowicza. Wyraża on bowiem uznanie dla polskich ekspertów i wymienia ich nazwiska.
L. Balcerowicz podkreślał, że już pod koniec lat 70-tych powołał do życia zespół do spraw reformy gospodarczej. I dodawał, że „pracując w latach 80-tych nie przewidywaliśmy że za naszego życia będziemy mieć okazję wcielać te rozwiązana”. Warto chociażby z grubsza podać, jakie rozwiązania wówczas L. Balcerowicz z zespołem przygotowywał – i jak one się miały do tego co wprowadzał w życie.
Te propozycje można znaleźć w publikacjach ekonomicznych tego okresu. Np. L. Balcerowicza p.t. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” w Polityce nr 46/80 oraz w publikacji PTE „Problemy ekonomiczne” z marca 1981 r. Propozycje programowe tam zawarte nie mają nic wspólnego z doktryną liberalną. Są raczej zbliżone do społecznej gospodarki rynkowej.
Na przykład, co do roli państwa w gospodarce autor pisze ”Obok narzędzi kierowania działających stale, rząd mógłby mieć w dyspozycji środki w charakterze nadzwyczajnym stosowane na zasadzie wyjątku”. Odnośnie spółdzielni pisze: ”ustanowienie zasad autentycznej spółdzielczości, tak aby sama spółdzielnia mogły decydować, czy i jakie uprawnienia chcą przekazać swoim zrzeszeniom”.
Czytamy też, jak „określić procedurę postępowania z przedsiębiorstwami nierentowymi. Mogłaby ona polegać na stworzeniu specjalnego funduszu zwrotnej przejściowej i ściśle ograniczonej pomocy”. Publikacje te zawierają szereg propozycji odnośnie roli banków, wymienialności pieniądza, samorządności pracowniczej itd.
Po wydarzeniach sierpniowych zwiększyła się pilność reformy. Powstała Komisja Partyjno-Rządowa, której byłem członkiem, powstały społeczne Komisje w ramach PTE i TNOIK w ramach których również aktywnie działałem. Były opracowywane propozycje reformy, organizowane dyskusje. Do prac tych włączyły się szerokie kręgi ekonomistów teoretyków (uczelnie, instytuty badawcze) i praktyków. Powstawały liczne opracowania i propozycje.
W roku 1982 w ramach PTE na podstawie wyników dyskusji i licznych opracowań cząstkowych został opracowany program reformy gospodarczej w Polsce pt. „Propozycje zasadniczych rozwiązań Reformy Gospodarczej w Polsce”. Uczestnikami prac nad propozycjami była moja skromna osoba i właśnie L. Balcerowicz. Propozycje te były raczej zbliżonej do społecznej gospodarki rynkowej typu niemieckiego i skandynawskiego.
Doktryna gospodarki liberalnej wówczas nie miała tylu wyznawców w Polsce, aby pod jej rygorem formułować reformy.

Socjalizm w Bułgarii kojarzy się z modernizacją

– Żiwkow oczywiście nie był demokratą, ale był człowiekiem ogromnie pragmatycznym z Iskrą Baewą, historykiem z Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, byłą działaczką Bułgarskiej Partii Socjalistycznej rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

Pod koniec lutego w mediach, także międzynarodowych, pisano o tym, że w Sofii po raz pierwszy od 2003 r. wydano zakaz przeprowadzenia tzw. marszu Łukowa, dorocznej manifestacji nacjonalistów i neonazistów ku czci Christo Łukowa, bułgarskiego generała zafascynowanego III Rzeszą. Skąd wziął się pomysł, by upamiętniać kogoś takiego? Czy polityka historyczna i gry przeszłością, zbyt dobrze znane z Polski, mają swój bułgarski odpowiednik?
Od ponad dziesięciu lat Bułgarią rządzi prawica. Ona cały czas manipuluje historią, traktuje ją jako środek do utrwalania swojej władzy. Nie waham się powiedzieć, że w tematach historycznych obowiązuje u nas cenzura. Społeczeństwo ma wierzyć, że kiedy Bułgaria była królestwem, czyli od odzyskania niepodległości do 1944 r., wszystko układało się bardzo dobrze. Za to kiedy do władzy doszli komuniści, zaczął się czas przemocy i niszczenia, po którym nic dobrego nam nie zostało. Rządzący wpajają ludziom takie przekonania, żeby samemu wypadać dobrze na tle tych „strasznych czasów komunizmu”, o których opowiadają.
Ludzie w to wierzą?
Ci, którzy żyli w Bułgarii za socjalizmu – nie komunizmu, bo komunizmu nie było ani w Bułgarii, ani nigdzie – mają swoje zdanie. Najbardziej rozpowszechniony pogląd na temat minionej epoki jest taki, że wtedy państwo troszczyło się o obywateli.
W Polsce udało się skutecznie rozpowszechnić w społeczeństwie mit dwudziestolecia międzywojennego. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tamta Polska była w rzeczywistości krajem rażących społecznych nierówności, ubóstwa, że od 1927 r. nie była nawet państwem demokratycznym. Czy Bułgarzy okazali się bardziej odporni na przekonywanie, że najlepszym czasem dla ich kraju było przedwojenne królestwo?
Wierzy w to tylko niewielu, głównie potomkowie tych, którzy w 1944 r. naprawdę wiele stracili w czasie społecznych przemian. Jeśli obiektywnie spojrzeć na historię przedwojennej Bułgarii, zobaczymy dwa wielkie społeczne powstania, stłumione przy naprawdę znacznej liczbie ofiar i dwa zamachy stanu przeprowadzone przez wojsko – też z ofiarami śmiertelnymi. Po przewrocie w 1934 r. wojskowi ustanowili w Bułgarii dyktaturę, wszystkie partie polityczne zostały zlikwidowane. Pół roku później z kolei odsunął ich od władzy car Borys III, ustanawiając własne rządy autorytarne. W II wojnie światowej Bułgaria znalazła się po stronie III Rzeszy. Doprawdy trudno zachwycać się tym okresem w historii naszego kraju.
Borys III ma teraz ulice w bułgarskich miastach.
Nazywa się go „wyzwolicielem”. Do czego jednak miałby odnosić się ten przydomek? Dzięki sojuszowi z Niemcami do Bułgarii zostały przyłączone Południowa Dobrudża, część Macedonii i Tracji. Oczywiście po wojnie nic z tego nie zostało. Co to za wyzwolenie?!
O tym, że Bułgaria była w wojnie po stronie niemieckiej, politycy i historycy najchętniej nie mówiliby w ogóle. W podręcznikach jest jedno zdanie: 1 marca 1941 r. premier Bogdan Fiłow podpisał pakt trójstronny. Ewentualnie przypisuje się Borysowi III wielkie zdolności dyplomatyczne, pisze, że balansować między różnymi siłami, że przez cały okres wojny utrzymywał stosunki dyplomatyczne z ZSRR, że umiał rozmawiać i z Hitlerem, i z królem Wielkiej Brytanii. Niestety później zaczęły się rządy komunistów i wszystko poszło na marne. Tyle oficjalna narracja.
Czy Marsz Łukowa w Sofii wziął się właśnie z propagowania takiej wersji historii? Kim są jego uczestnicy?
Tak naprawdę to bardzo mała grupa, głównie młodzi ludzie, którzy obecną sytuacją w Bułgarii są po prostu zrozpaczeni. Wierzą, że przedwojenna Bułgaria była wielka i mogła realizować narodowe ideały. Porównują tę dawną, wymarzoną Bułgarię z tym, co jest teraz – to jest metoda przeciwstawienia się wszystkiemu, co widzą wokół siebie.
Nie boi się pani, że nacjonalistów będzie coraz więcej, im dłużej wpajana jest polityka historyczna? Młode pokolenia uczą się już z podręczników napisanych w jej duchu.
Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Bułgarii młodzież podręczników nie czyta. Żeby dowiedzieć się czegoś o historii, zagląda do internetu. Poza tym u nas silna jest historia domowa, przekazywanie sobie wiedzy o przeszłości w rodzinie. Młodzi ludzie dowiadują się, jak ich przodkowie, dziadkowie, rodzice przenosili się ze wsi do miasta, jak zmieniali zawód, znajdowali pracę w przemyśle, zdobywali wykształcenie. Słyszą, że państwo dawało ludziom szansę.
Przeprowadziłam u siebie na uniwersytecie badanie ankietowe wśród studentów, zapytałam, co myślą o socjalizmie i o transformacji. Większość, poza ok. 15-procentową mniejszością, wyrażała się o bułgarskim socjalizmie bardzo dobrze! Kojarzył im się z modernizacją, z tym, że ludzie byli naprawdę sobie równi. To ja musiałam im tłumaczyć, że jednak były też złe strony: cenzura, niemożliwość wyjazdów za granicę.
A transformacja?
W przekonaniu większości moich studentów dla Bułgarii znaczyła ona tyle, co degradacja. Pozytywnie wypowiadało się o niej znowu ok. 15 proc. To jest mniej więcej tyle, ile stanowią w społeczeństwie grupy, które na transformacji zwyciężyły, wzbogaciły się. Dużo mniej niż w Polsce.
Pani studenci oceniają transformację na podstawie jej skutków, które widzą teraz. Pani tamte wydarzenia obserwowała na żywo…
Kiedy zaczynał się schyłkowy okres socjalizmu, pracowałam na uniwersytecie, jako pracownik naukowy zajmowałam się państwami Europy Środkowo-Wschodniej, uczyłam studentów o tamtych społeczeństwach, o walkach, jakie się w nich toczyły. Obracałam się w kręgach dysydenckich. Ale kiedy przekonałam się, jaki system chcą budować w Bułgarii moi przyjaciele, nasze drogi się rozeszły. Związałam się z Bułgarską Partią Socjalistyczną, byłam nawet przez pewien czas w jej kierownictwie.
Nie chciała pani budować kapitalizmu?
O kapitalizmie w Bułgarii nikt nie mówił! Ani w 1989 r., ani w 1990, ani nawet w 1991 r. Mówiono o demokracji, posługiwano się terminem „gospodarka rynkowa”, ale kiedy jeden z członków kierownictwa Związku Sił Demokratycznych powiedział w telewizji, że będziemy budowali kapitalizm, natychmiast w organizacji rozdzwoniły się telefony. Ludzie pytali, co to ma znaczyć, jaki kapitalizm?! My chcieliśmy skorygować system, wprowadzić wolność słowa, wolność zrzeszania się, wolność przemieszczania się, nie wszystko burzyć.
Jednak w ostatecznym rozrachunku poprzedni system został zburzony do fundamentów, a Bułgaria jest dziś na ostatnich miejscach w zestawieniach Unii Europejskiej dotyczących poziomu życia czy ubóstwa. Dlaczego wam się nie udało?
Nikomu się nie udało, żadnemu państwu, które rozpoczęło transformację. Nieprzypadkowo. To nie my ustalaliśmy zasady gry.
Sprawdziły się słowa bułgarskiego socjalisty Dimityra Błagojewa, który w 1919 r. powiedział, że losy Bułgarii tylko w jednej czwartej zależą od samych Bułgarów, a w trzech czwartych – od działań obcych potęg. Spójrzmy zresztą, w jakich okolicznościach Bułgaria odzyskała po prawie pięciu wiekach niepodległość: kwietniowe powstanie Bułgarów w 1876 r. przeciwko Turkom zostało krwawo stłumione. Ale w kraju było wielu dziennikarzy zagranicznych, angielskich, amerykańskich, którzy opisali te okrucieństwa, wzbudzając sympatię dla Bułgarów w całej Europie. Do tego car Aleksander II posłuchał rosyjskich słowianofilów, uznał, że pójście z pomocą prawosławnym Słowianom południowym będzie korzystne dla Rosji, pozwoli odbudować pozycję międzynarodową kraju, podważoną po wojnie krymskiej. Powstały warunki, by Bułgaria mogła być niepodległa, ale własnymi siłami tej niepodległości byśmy nie wywalczyli ani nie zbudowali nowoczesnego państwa.
Czy o bułgarskiej transformacji też zdecydowały zewnętrzne okoliczności, nie było żadnej szansy, żeby bułgarska transformacja przebiegła mniej katastrofalnie? Pani zdaniem wszystko było przesądzone?
Todor Żiwkow, który oczywiście nie był demokratą, ale był człowiekiem ogromnie pragmatycznym, był w Chinach, interesował się tamtejszym modelem. Pisał nawet do Gorbaczowa, proponował transformację wzorowaną na chińskiej. Gorbaczow wręcz się obraził, że bułgarski przywódca śmie mu proponować jakąś koncepcję reform. O swoim ostatnim spotkaniu z Żiwkowem, podczas którego ten proponował chińską drogę, pisze we wspomnieniach Mieczysław Rakowski. Niemniej skrzydło reformatorskie Bułgarskiej Partii Komunistycznej, a potem przywódcy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej bezkrytycznie zachwycało się nowymi prądami. Reformatorzy, tacy jak Petyr Mładenow i Andrej Łukanow, ostatni premier socjalistycznej Bułgarii, wierzyli już tylko w kapitalizm. To był ogromny błąd. Szeregowi członkowie partii ciągle traktowali poważnie ideę, która była w jej nazwie. Zostali porzuceni.
Byłam w kręgu współpracowników Aleksandyra Liłowa, pierwszego przewodniczącego BSP, wcześniej bliskiego człowieka Żiwkowa, można powiedzieć – partyjnego ideologa. Pamiętam, jak mówił, że socjalizm zbankrutował. Być może jedynym liderem BSP, który myślał inaczej, był Żan Widenow, ale jego rząd skończył się katastrofą: został obalony, tak za sprawą działań z zewnątrz, jak i w samej partii. Po tamtym kryzysie z lat 1996-1997 bułgarskie społeczeństwo nie ma już większego potencjału, by walczyć i protestować. Ludzie wychodzą na ulice tylko wtedy, gdy naprawdę nie mają już z czego żyć.
Statystyki demograficzne pokazują, że raczej wyjeżdżają, niż protestują.
Młodzi, kiedy się przekonują, że nie ma dla nich żadnych perspektyw, wyjeżdżają. Ci, którzy zostają, często choćby z racji wieku nie wierzą, że mogliby się zbuntować, nawet jeśli mają bułgarski socjalizm w dobrej pamięci. Jeśli ktoś akurat ma pracę i może żyć na jako takim poziomie, to trzyma się tej pracy i niczym specjalnie się nie interesuje.
Słowa Błagojewa też ciągle pozostają w mocy. Chociaż… może wymagałyby aktualizacji.
To znaczy?
On oceniał, że los Bułgarii zależy od samych Bułgarów w jednej czwartej. Teraz mam wrażenie, że to jeszcze mniej, może 1/8. I że to nasz wspólny los. Tak Bułgarii, jak pozostałych byłych państw socjalistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Humory im dopisują

Leszek Balcerowicz i jego współpracownicy wciąż uważają, że zmiany wprowadzone po 1989 r. były sukcesem.

Na łamach dziennika Trybuna toczy się dyskusja z okazji 30 lecia polskiej transformacji. Przypomnę; Zaczęła się opublikowaniem referatu A. Jakubowicza p.t. „Polski sukces to zasługa lewicy”. Trybuna nr 243/2019 z dn. 6-8 grudnia 2019 r.
Tekst ten wywołał polemiki kolejnych dyskutantów: D. Kopa „Transformacja byłą katastrofą” Trybuna nr 253/2019 z dn. 20-22.2019, M. Zieliński „Polski sukces to zasługa radykalnych reform rynkowych”, Trybuna nr 249-250/2019, A. Jakubowicz „Na polską transformację patrzmy obiektywnie” nr 17-17/2020) z dn. 24-26, 2020, A. Jakubowicz „Ocena Polskiej transformacji” Trybuna nr 17-18/2020 z dn.27-28 2020, K. Golinowski „Dziwna droga L. Balcerowicza, pracownika instytutu Marksizmu-Leninizmu” Trybuna nr z dnia 2-4 luty 2020, R. Dolczewski „Polska krajem służących” Trybuna nr 32-33/2020 z dn.17-18 2020, Andrzej Dryszel „Wolny rynek to nie panaceum” Trybuna nr 1-3/2020 z dn. 3-7.01.2020. Zygmunt Tasjer „Apoteoza XXX-lecia wg Gadomskiego Trybuna z dn. 13-14/2020, M. Barański; „Czy plan Balcerowicza jest Balcerowiczem” Trybuna z 2-3 marca 2020.
Również w innych dziennikach podjęto dyskusję. Ukazało się szereg artykułów oceniających w Rzeczpospolitej i Gazecie Wyborczej. Rzeczpospolita zamieszcza dwa obszerne teksty w wydaniu z dn. 02.01.2020 (wywiad z Prof. L. Balcerowiczem i tekst A.S. Bratkowskiego pt. „Transformacja, czyli drugi cud na Wisłą”). W artykułach tych ograniczono się jedynie do wychwalania tzw. reform Balcerowicza. Gazety podkreślały, jaki to sukces odniosła Polska wskutek tej reformy. Jedynie w tekście prof. G. Kołodko „Od szoku do skutecznej terapii”, Rzeczpospolita z dn. 9.01.2020, zawarta jest krytyczna ocena. Była to zapewne reakcja na dwa teksty bałwochwalczo wychwalające wyniki transformacji w wykonaniu L. Balcerowicza. Prof. Kołodko nie podejmuje polemiki, wytyka jedynie kilka popełnionych błędów.
Po krótkim czasie w Gazecie Wyborczej z dn. 25 luty 2020 ukazał się obszerny wywiad z L. Balcerowiczem; pt. „30 lat po wprowadzeniu Planu Balcerowicza. Bonanza rządów PiS się kończy”.
Ze względu na argumentację zawartą w tekstach Rzeczpospolitej i w Gazecie Wyborczej, w świetle dyskusji na łamach Trybuny, warto się do niej odnieść.
Sam tytuł artykułu A. Bratkowskiego wskazuje na zawartość tekstu. Argumentacja tam zawarta mająca uzasadniać ów „cud” jest tak ogólnikowa i populistyczna. że aż szokuje. Oto przykład: tragedię ludności po pegeerowskiej, w jakich się znalazła po likwidacji PGR (brak pracy, środków do utrzymania, bieda wykluczenie komunikacyjne), autor wyjaśnia, powołując się na przykład transformacji rumuńskiej i pisząc, że „To nie transformacja (w Polsce – przyp. mój)) jest odpowiedzialna za dramatyczne losy pracowników PGR, ale „40 lat realnego socjalizmu”. Nie podaje jednak, na czym polegała owa rola realnego socjalizmu?
Tak więc, tragedii ludności popegeerowskiej w Polsce nie jest winna transformacja lecz realny socjalizm. A na tle tej fatalnej, jego zdaniem, transformacji w Rumunii, transformacja polska to sukces. Ale ta rzekomo gorsza transformacja rumuńska np. pozostawiła tam narodowy przemysł motoryzacyjny – znana firma Dacia, której samochody również są na naszym rynku obok innych marek zachodnich. Rodowód tej firmy był analogiczny jak FSO. Rumuni zakupili licencję firmy Renault a my Fiata.
Przy okazji, dla młodszych czytelników należy dodać, że mieliśmy potężny przemysł motoryzacyjny zniszczony właśnie w wyniku transformacji. Oprócz FSO (Fiat 125, Polonez), także FSM (Maluch), Nysa i Lublin (furgonetki), Star (ciężarowe: cywilne i wojskowe), Jelcz (autobusy i ciężarowe), Lublin (ciężarowe), Autosan (autobusy). Ponadto zaplecze naukowo-badawcze (wydziały Politechnik), Przemysłowy Instytut Motoryzacji, biura projektowe, Ośrodki Badawczo-Rozwojowe.
Zamiast przystąpić do konsolidacji (przemysł motoryzacyjny był skupiony w Zjednoczeniu Przemysłu Motoryzacyjnego) i restrukturyzacji (dostosowania do gospodarki rynkowej), to w ramach planu Balcerowicza zaczęto go prywatyzować czyli likwidować. Pozostawiono na żer kapitałowi zagranicznemu, rodzimym spółkom nomenklaturowym i oligarchom. Na Politechnikach zostawiono wydziały i kierunki kształcące (na koszt Polski) dla przemysłu motoryzacyjnego – czyli dla zagranicznych firm, działających na terenie Polski i poza Polską.
Kamień na kamieniu
Podobny proces niszczenia dotknął prawie wszystkie branże polskiego przemysłu (elektronicznego, maszyn budowlanych, włókienniczych, górniczych, rolniczych, obrabiarek itd.). Co z tego zostało – ruina, dosłownie i przenośnie. Niedowiarków odsyłam do książki R. Ślązaka p.t. „Czarna księga prywatyzacji 1988 – 1994” i innych, gdzie pokazano zdjęcia owych ruin. Większą część pozostałości przemysłu po transformacji oddano w ręce zagraniczne ze wszystkimi tego konsekwencjami, z transferem zysku za granicę włącznie. Apologeci tejże transformacji mają odwagę teraz głosić, że to był sukces, „Cud nad Wisłą”…
W obszernym wywiadzie L. Balcerowicz w Rzeczpospolitej powtarza znaną obronę swojej terapii szokowej, charakterystycznym dla niego tonem. Np. „Ataki na wolność gospodarczą to zwykle skutek działań pojawiających się w polityce dogmatów, które w 1990 r. w gruncie rzeczy nie było, jeśli nie liczyć Tymińskiego”. Zapomina on, że cała jego „terapia” była owiana dogmatem gospodarki liberalnej i dogmatem absolutnego prymatu prywatnej własności, któremu uległ.
Tygodnik Trybuna krytycznie podsumowuje wyniki owej transformacji i w jednym z artykułów nazywa ją katastrofą. Również Lewica Razem z okazji 30 rocznicy rozpoczęcia transformacji nazwała plan Balcerowicza „najgorszą odmianą kapitalizmu”. A.S. Bratkowski odpowiada: „Wypowiedź Lewicy Razem to kompletna bzdura”. Trudno oczekiwać obiektywnej analizy transformacji od jej beneficjenta. A.S. Bratkowski był w latach 2001-2004 wiceprezesem NBP, a w latach 2010-2016 członkiem Rady Polityki Pieniężnej.
Warto odnotować innych dyskutantów w Rzeczpospolitej. Krytyką cytowanego tekstu prof. Kołodki zajął się Andrzej Rzońca, profesor w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, uczeń Balcerowicza, były przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich (założonego przez L. Balcerowicza) i były członek Rady Polityki Pieniężnej. Kiedy np. prof. G. Kołodko krytykuje transformację, pisząc że „Błędem była gwałtowna liberalizacja handlu zagranicznego, która pociągnęła za sobą zalew rynku przez towary importowe, do czego gospodarka nie była przygotowana”, Rzońca odpowiada: „Od 1989 r. nasz udział w światowym eksporcie się potroił, chociaż nawet Niemcy traciły go na rzecz Chin. Z kraju na wpół autarkicznego staliśmy się gospodarką z udziałem w światowym eksporcie o jedną trzecią wyższym niż eksport Korei Południowej”. Jakże to przewrotna argumentacja. Eksport ów nie był ”nasz” lecz w przeważającej mierze firm obcych działających w Polsce, ze wszystkimi ujemnymi konsekwencjami dla Polski. Porównanie z Koreą Południową jest zaś nieadekwatne pod wieloma względami. Korea Południowa to kraj liczący prawie 50 mln. ludności, posiada jedną z najprężniej rozwijających się innowacyjnych gospodarek, a jej (własne) firmy produkują smartfony, samochody, sprzęt RTV, AGD itd. jakże widoczne na naszym ryku. Korea Południowa zajmuje pierwsze miejsce w produkcji robotów przed Singapurem, Niemcami i USA. Daleko wyprzedza zachodnie kraje europejskie i przodujące kraje azjatyckie (za A Sopoćko w książce „Zaskakujący kapitalizm”).
Również politycy stosują apologię transformacji. Prezydent Komorowski na międzynarodowej korespondencji w SGH w dniu 19 listopada 2014 r. z okazji 25 lat przemian rynkowych w Polsce stwierdził, że „25 lat polskiej wolności zaowocowało niespotykanym w historii wzrostem gospodarczym” (Forum nr 40 2015 Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach).
Wywiad w wydaniu Gazety Wyborczej z dn. 25 lutego nie może pozostać bez echa w świetle dyskusji prowadzonej na łamach Trybuny. W wywiadzie tym L. Balcerowicz bowiem stwierdza: „Polska na tle innych krajów postsocjalistycznych osiągnęła najlepsze wyniki rozwoju gospodarki. Populistyczne hasła krytykujące reformy sprzed 30 lat są wyrazem głupoty albo skrajnej nieuczciwości”. Tak więc badania i krytyczne opinie formułowane na bazie tych badań prowadzonych przez luminarzy polskiej ekonomii, licznie cytowanych w poprzednich artykułach w Trybunie „są wyrazem ich głupoty albo skrajnej nieuczciwości”. Nie można tego pozostawić bez komentarza.
Dziennikarz prowadzący rozmowę pyta: „Jakie uczucia towarzyszą Panu podczas kolejnych rocznic wprowadzenia Planu Balcerowicza? Zadowolenie, czy może z biegiem lat pojawiają się jednak jakieś rozterki? Odpowiedź: „nie mam zbyt wiele czasu na wspomnienia (śmiech). Patrzę na badania naukowe porównujące wyniki polskiej gospodarki i innych krajów, które wychodziły z socjalizmu. Pokazują one, że po 1989 r. żadne państwo nie zwiększyło bardziej niż my swojej gospodarki”.
Co to znaczy zwiększyć gospodarkę? Zwiększyć potencjał wytwórczy, a może zwiększyć PKB? Czy wzrost PKB przy jednoczesnym wzroście bezrobocia, obszaru nędzy, emigracji, zadłużenia, można nazwać sukcesem, jak to czynią apologeci transformacji? A może chodzi np. o produkcję wyrobów wysokiej techniki, przemysłu elektronicznego, obrabiarek sterowanych numerycznie, robotów i manipulatorów przemysłowych? Z tabel ilości produkcji tego typu wyrobów w latach 1989-1999 wynika. że na 11 pozycji wszystkie wykazują systematyczny spadek produkcji (z pracy zbiorowej pt. „Bilans 15 lat 1990-2005” wyd. przez Klub Inteligencji Polskiej). Ciekawe dane o spadku produkcji wysokiej techniki i jej udziału w przemyśle ogółem prezentuje też A. Karpiński.
Analiza tych wielkości nie daje podstaw do twierdzenia, że osiągnęliśmy sukces w wyniku reformy Balcerowicza. Dowodem tego są też badania i oceny zawarte w innych książkach. Np. w książce A. Zybertowicza z zespołem p.t. „Państwo Platformy. Bilans zamknięcia”, gdzie przeprowadzono szczegółową i bogatą analizę liczbową w porównaniu z innymi krajami, w tym postsocjalistycznymi. Analiza liczbowa A. Jakubowicza w artykule w Trybunie z 27-28 stycznia 2020, również nie daje podstaw do ogłaszania sukcesów transformacji. Ciekawe dane porównawcze (wskaźniki mikroekonomiczne i makroekonomiczne) przedstawia prof. W. Kieżun w książce porównującej dekady Gierka 1970-1979 i Balcerowicza 1990-1999. Z porównania tego jasno wynika druzgocąca klęska dekady L. Balcerowicza.
Nasza piękna katastrofa
Katastrofę transformacji w sferze skutków społecznych opisują K. Duda, S. Golinowska, M. Okrasa. Tam jest zawarta owa empiria, na którą, jak słusznie stwierdza Andrzej Dryszel w Trybunie z dm. 3-7.01.2020, rzekomo „patrzy” (cytat z wywiadu) L. Balcerowicz.
Co na to głosiciele tezy, „że Polska jeszcze nigdy nie osiągnęła takich sukcesów gospodarczych jak w okresie transformacji”? Z ogromu biedy i ubóstwa, jakie powstały w wyniku planu Balcerowicza lewica po dojściu do władzy rozważała za zasadne udzielenie rekompensat (odszkodowania) za gwałtowny wzrost bezrobocia, biedę, masowe zamykanie zakładów pracy i likwidację PGR. Nie zostało to zrealizowane.
Ciekawe na jakie to badania naukowe patrzy L. Balcerowicz, które miałyby oceniać polską transformację jako wielki sukces?. W literaturze przedmiotu nie ma badań, które w rzetelny, naukowy sposób, badając liczby i informacje statystyczne, podważają krytyczne opinie, wyżej cytowane i inne. Nie ma ani jednego opracowania polemicznego, obalającego badania i oceny zawarte w powyższych krytycznych publikacjach!. Ci, którzy zachwalają transformację niech je wskażą, niech powołają się na takie badania!.
Transformację chwalą – i głoszą jej sukcesy – beneficjenci i jej realizatorzy. Formułują oceny transformacji jedynie na podstawie gołosłownych stwierdzeń niczym nie popartych (ani badaniami ani istniejącą rzeczywistością). Charakterystyczne, że żaden apologeta ani sam autor transformacji nie powołują się na jakieś rzetelne badania oparte na analizie liczb. Opierają się jedynie na banalnych, ogólnikowych stwierdzeniach, bądź inwektywach.
Odniesienia się wymaga również inna część powyższej wypowiedzi L. Balcerowicza dotycząca pojawiania się jakichś rozterek. Jego odpowiedź można ująć następująco: żadne rozterki nie towarzyszą, jedynie zadowolenie, bo jest sukces. Ze zdjęcia L. Balcerowicza w tytule wywiadu widać, jak zadowolony jest z nędzy jaką zgotował dla wielu Polaków. Ileż w tym cynizmu na tle konsekwencji społecznych transformacji.
Walec Balcerowicza rozjechał kraj
Przemysł był likwidowany w całej Polsce. Los ludzi pozbawionych zakładów pracy opisuje szczegółowo Katarzyna Duda w książce „Kiedyś tu było życie teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji”. Autorka objechała Polskę i udokumentowała los nie tylko b. pracowników PGR (w PGR pracowało ponad 400 tys. ludzi) ale także likwidowanych zakładów w całym kraju. Tytuł książki oddaje w pełni realną rzeczywistość. Lektura jest przerażająca, kiedy się czyta losy np. regionu wałbrzyskiego, Podlasia, Śląska itd. L. Balcerowicz tego nie zauważa (nie chce zauważyć) i nie ma żadnych rozterek nawet mimo upływu czasu, nie mówiąc już o przyznaniu się do błędu. Może by apologeci transformacji podjęliby polemikę choćby z tą jedną cytowaną książką. Pan L. Balcerowicz nie przyjmuje tego do wiadomości. Dla niego takie książki to „wyraz głupoty albo skrajnej nieuczciwości”. Po której stronie jest głupota i skrajna nieuczciwość, pozostawiam do oceny Czytelnikom.
W rozmowie jest zdanie: „czy mogliśmy iść w 1990 r. inną drogą?” i odpowiedź „ale to byłoby gorsze rozwiązanie”. I znowu gołosłowność, żadnego argumentu dlaczego gorsze.
Na pytanie „Jak postrzega Pan dziś gospodarcze reformy kolejnych rządów” L. Balcerowicz podkreśla „Wielki dorobek reformatorski Jerzego Buzka oparty na koalicji AWS z Unią Wolności”. Chwali J. Steinhoffa za restrukturyzację górnictwa, a E. Wąsacza za zdecydowane przyśpieszenie prywatyzacji.
Ironia losu spowodowała, że miałem osobiste doświadczenie z prywatyzacją przez min. E. Wąsacza Domów Towarowych Centrum. Kiedy byłem prezesem Cersanitu przed prywatyzacją wystąpiłem z inicjatywą utworzenia konsorcjum polskich producentów produkujących towary rynkowe. Chcieliśmy zakupić najlepsze powierzchnie sprzedaży (Domy Towarowe w 17 miastach z najlepszą lokalizacją) w Polsce, dla producentów polskich (wtedy jeszcze istniejących). Każdy z członków konsorcjum wniósł wkład finansowy. Oprócz tego do konsorcjum namówiliśmy Bank Handlowy (wówczas jeszcze nie sprywatyzowany). Ówczesny, chwalony przez L. Balcerowicza, minister od prywatyzacji nie dopuścił do tego, a mnie usunięto z stanowiska prezesa Cersanitu za przekroczenie uprawnień (wkład finansowy do konsorcjum). W prasie natomiast ogłoszono sukces min. Wąsacza z powodu sprzedaży Domów Towarowych Centrum. Wcześniej usiłowano tam utworzyć spółkę pracowniczą, co też unicestwiło ministerstwo.

Czy „plan Balcerowicza” jest Balcerowicza?

Jest senne, letnie południe. Na deptaku w małym zachodniopomorskim miasteczku siedzi ok. sześćdziesięcioletni jegomość i powolutku sączy piwko z butelki.
– Kiedyś niezłego „Furmana” tu piłem, zagadnąłem.
– Panie, kiedy to było? Jak browar był.
– I jak PGR był…
– Największy w okolicy. Oprócz niego zakłady naprawcze, leśne, mleczarnia… wszystko było. Robotę ludzie mieli. Potem przyszedł Balcerowicz i szlag to trafił.
– Co pan robi?
– Nic. Tu nie ma co robić. Od 30 lat nie pracuję. Na etacie, znaczy.
– To, z czego pan żyje?
– Różnie. Ale marnie… Tu wszyscy żyją marnie. Chyba, że wyjechali. Młodzież wyjechała. Do Poznania, Warszawy, do Niemiec. Poszli w świat i ani myślą wracać…
***
Miniona, 30 rocznica „planu Balcerowicza” (odnotujmy – pisanego przez niektórych z dużej litery: Planu Balcerowicza) obrodziła dyskusją na kilka głosów gazetowych. Niezbyt zapalczywą, bo temperatura sporu już dawno wystygła. Tradycyjnie ciepło odnotowała ją „Gazeta Wyborcza”, natomiast ekonomiści i publicyści nieskłonni do podobnych zachwytów mieli kolejną okazję, by przypomnieć znaną tezę prof. Kołodko, że tzw. „terapia szokowa” Balcerowicza, to tak naprawdę był „szok bez terapii”.

Kołodko od lat ma ugruntowaną opinię o „planie Balcerowicza” – reformy zapoczątkowane w roku 1989 były niezbędne, tylko były źle zaplanowane i źle przeprowadzone – przy pomocy łomu właściwie. W rezultacie Polska – choć z perspektywy czasu zyskała – mogła jednak osiągnąć więcej i o wiele mniejszym kosztem społecznym.

W kręgach, dla których Balcerowicz jest bogiem, ta ocena prof. Kołodko przysparza mu do dziś zajadłych wrogów. W szpicy szła zawsze „GW”, gotowa w obronie planu Balcerowicza na wszystko. Przyczyny były różnorakie – merytoryczne (gazeta podzielała poglądy neoliberałów), towarzyskie, a nie brakowało też domysłów, że i merkantylne. W sumie guzik mnie to teraz obchodzi, nie pracuję w Archiwum X”, ale po 30 latach, jako obserwator, swoje trzy grosze mogę wtrącić.

Okazuje się bowiem, że „było, nie minęło”. Po dziś dzień (z okazji 30-lecia reformy Balcerowicza także), kiedy „plan Balcerowicza” wspomina się niczym paskudne lekarstwo, po którym większość miała torsje, a tylko nieliczni czuli się dobrze, znajdują się pod ręką publicyści, którzy w obronie swojego guru gotowi są samo się ośmieszyć, jako ten, który napisał, że Kołodko ma „kompleks Balcerowicza”.

Przez kilkadziesiąt lat, od kiedy wziął rozbrat z polityką, prof. Kołodko napisał ponad 50 książek – m.in. bestselerowy, niezwykle interesujący, interdyscyplinarny „Wędrujący Świat”. Jego książki i artykuły opublikowano w 26 językach, w tym cztery i kilkadziesiąt artykułów po chińsku. Zwiedził 170 krajów, wykłada na całym świecie, jest czynnym nauczycielem akademickim, członkiem Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury, zagranicznym członkiem Rosyjskiej Akademii Nauk oraz członkiem Academia Europaea…

To robi wrażenie, zwłaszcza w porównaniu ze skromną raczej twórczością autora „terapii szokowej”.

Autor?

No, właśnie – czy „autora”? Wydaje się to oczywiste, ale jak się bliżej przyjrzeć, to autorów szokowej terapii było wielu. A przynajmniej jest kilku, którzy we wspomnieniach lokują się bardzo blisko jej narodzin. Już tylko z tego powodu można powiedzieć, że krytyka prof. Kołodko nie jest wymierzona w Leszka Balcerowicza osobiście, tylko w pewne poglądy ekonomiczne, z którymi Kołodko fundamentalnie się nie zgadza, a z którymi Balcerowicz się utożsamia. Słowem – nie jest to spór personalny, tylko merytoryczny i nie prof. Kołodko z prof. Balcerowiczem, tylko prof. Kołodko ze szkołą ekonomiczną, której prof. Balcerowicz stał się pilnym uczniem, a która na długie lata zawładnęła światem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Leszek Balcerowicz tylko firmował twarzą i nazwiskiem czyjeś pomysły i co najwyżej dostosowywał je do realiów Polski lat 90 i do swoich przemyśleń przy okazji.

Bo je oczywiście miał i były one w swoim czasie niekonwencjonalne, co potwierdza historyk, prof. Andrzej Werblan (Polska Ludowa postscriptum. Rozmawia Robert Walenciak – Iskry 2019):
– W połowie dekady Gierka powstał Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, Tzw. Marlena. Zresztą w Polsce, jako ostatnim kraju socjalistycznym, bo wszędzie indziej podobne już były. Wtedy Rosjanie zaczęli podszczypywać polskie kierownictwo, bo zorientowali się, że za zasłoną ze słów o socjalizmie, kryje się praktyka odwrotna. No może nie całkiem – to nie było możliwe, ale jednak krok po kroku rozszerzająca polską niezależność. Żeby więc nie kwękali, że mamy prywatne rolnictwo […], że kościół jest niezależny i swobodnie się rozwija […] Andrzej Werblan – człowiek w strukturach władzy odpowiadający z szkolnictwo wyższe, wicemarszałek Sejmu i gostwriter Gierka zaproponował powołanie tego instytutu. „Sprawami marksizmu zajmował się niewielki zakład. [Natomiast] główne zadanie instytutu polegało na badaniu opinii o polityce partii oraz studia nad możliwymi reformami ekonomicznymi. Tą problematyką zajął się prof. Józef Sołdaczuk z SGPiS oraz zatrudniony z jego rekomendacji doktor Leszek Balcerowicz.

Zespół Balcerowicza pracował nad modelem reformy dostosowującej system do praw rynku. W 1979 roku wyniki tych badań poddano dyskusji na niewielkiej, ale bardzo kompetentnej konferencji. Za radą Sołdaczuka materiały tej konferencji wydaliśmy w małym nakładzie. Mam tę książeczkę, wynika z niej, że moim instytucie Balcerowicz w czasach późnego Gierka opracował w zarysie plan swojej późniejszej transformacji ustrojowej. W jego referacie wszystko w zasadzie jest, z wyjątkiem prywatyzacji. Zamiast prywatyzacji figuruje uniezależnienie i urynkowienie”.

Młody partyjny ekonomista był więc niewątpliwie intelektualnie gotowy na przyjęcie nowych prądów, gdy tylko światowe idee szeroką rzeką wlały się na uczelnie.

Był to czas triumfu neoliberalizmu – nurtu ekonomicznego propagowanego przez laureata Nagrody Nobla Miltona Friedmana i tzw. „chłopców c Chicago”, szkoły, którą stworzył inny laureat Nagrody Nobla, George Stigler. W największym skrócie ekonomiści z tego kręgu uważali, że jedynym królem ekonomii jest wolny rynek i jakiekolwiek ingerencje w jego funkcjonowanie ze strony państwa są niedopuszczalne.

W Polsce przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych neoliberalizm miał przystojną twarz młodego, niezwykle elokwentnego i przekonywującego Jeffreya Sachsa – ekonomisty Made in USA, oczywiście.
Tak wspomina tamte czasy prof. prof. Krzysztof Rybiński, były zastępca Leszka Balcerowicza w NBP:

„Przyjeżdżali do nas >>oświeceni<< doradcy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, np. Jeffrey Sachs i inne >>oświecone<< osoby i mówili, że tylko tak trzeba to robić, bo tak jest najlepiej. Okazało się, że nie mieli racji. Pamiętam jak w 1999 roku Jeffrey Sachs przyjechał do Polski i w wystąpieniu publicznym przepraszał Polaków, że źle doradzał, chodziło m.in. o masową prywatyzację, a ta skończyła się wielkim niewypałem. […] Należało prywatyzować wolniej, np. tak jak robią to Chińczycy. […] Największym błędem prywatyzacji […] jest to, co stało się w sektorze bankowym. Zbyt dużą część sektora bankowego sprzedaliśmy inwestorom zagranicznym. (fakt.pl/Rybiński: Błędy i wypaczenia prywatyzacji) W mieszkaniu Kuronia Sachs tak wspomina pobyt w Warszawie: – Pewnego wieczoru wraz z Davidem Liptonem, moim współpracownikiem z MFW, poszliśmy do Jacka Kuronia, jednego z najwspanialszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Prawdziwym bohaterem. Usiedliśmy w jego zagraconym mieszkaniu. Kuroń palił jak smok i tak rozmawialiśmy przez kilka godzin. Próbowałem wyjaśnić, jak Polska może się wydostać z bałaganu po komunizmie. Kuroń co chwilę walił pięścią w stół i mówił: „Tak, tak, rozumiem”. Gdy panowie żegnali się, około północy, Kuroń, jak wspomina Sachs, „polecił” mu, żeby napisał plan transformacji. – Proszę uprzejmie – miał powiedzieć guru, jutro lecę do USA, za jakieś dewa tygodnie przyślę. – Jakie dwa tygodnie, jakie dwa tygodnie – na jutro!… Gdzie ci biedni Sachs z Liptonem mieli pojechać, gdzie mogli znaleźć cichy kąt do pracy? Pojechali do redakcji „Gazety Wyborczej”. Dostali herbatę, komputer i do rana powstał plan rozpirzenia w drebiezgi gospodarki średniej wielkości europejskiego kraju, traktowany odtąd przez najbliższe kilkanaście lat jak katechizm. Czy można się więc dziwić sentymentowi „Gazety Wyborczej” do „planu Balcerowicza”? „Balcerowicza”, bo dla nowej przewodniej „S”iły, której eksponentem był rząd premiera Mazowieckiego, brzmiało to lepiej, bardziej swojsko, niż powiedzmy jakiś „plan Sachsa i Liptona”. Wynika z tego wspomnienia jednak, że u narodzin „planu Balcerowicza” był Sachs i Lipton, którzy odpowiadali za stronę merytoryczną i Jacek Kuroń – wizjoner i polityk, który w pogaduchach we własnym domu dostrzegł „ratunek” dla Polski. Oraz – toutes proportions gardées – „Gazeta Wyborcza”, no bo komputer należał do niej jednak.

Wolny handel, deregulacja, prywatyzacja i zaciskanie pasa zostały w Polsce wprowadzone jednocześnie, „na rympał”, z zaskoczenia. 1 stycznia 1990 r. zaczęło się nasze życie „udane, a nieudawane” – jak obiecywał z przekonaniem i niejaką emfazą młody ekonomista partyjny Leszek Balcerowicz – teraz już zatwardziały, dogmatyczny – jak twierdzą ci, którzy go poznali, neoliberał. „Chłopiec z Chicago”, tyle, że nasz, nadwiślański, warszawski. Początkowo Jeffrey Sachs sobie przypisywał, jeśli nie pełną, to znaczącą zasługę za przeprowadzenia polskiej transformacji. Trzeba jednak mocno podkreślić, że to nie było tak, że przyjechał jakiś gość z USA i dostał carte blanche na swoje eksperymenty. Były przecież władze państwa, byli miejscowi, często wybitni ekonomiści. Trwały dyskusje. Jak rodziły się wówczas decyzje personalne, wspomina z kolei prof. Tadeusz Kowalik. Najważniejsze podejmowano w gronie Tadeusz Mazowiecki, Waldemar Kuczyński, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek. Tylko Kuczyński był ekonomistą. Właśnie wrócił z emigracji i kandydatów do rządu wybierał ze swojego notesu (Kowalik 2013). Wyobraźmy sobie tę scenę – brodaty, młody ekonomista, opozycjonista, zapalczywy wróg „komuny” (czas, kiedy zacznie pisać bez żółci np. o Leszku Millerze, czy Aleksandrze Kwaśniewskim miał dopiero nadejść), wodzi wzrokiem po kartkach notesu, odgrzebując w pamięci, co do tej pory wie i co teraz sądzi o nazwiskach, które mija jego palec. Nagle palec wraca – Balcerowicz. Balcerowicz! – młody ekonomista z SGPiS. No, tak!, No, tak! To musiała być tzw. „złota myśl”, „strzał w dychę”, bo sytuacja łatwa nie była. Prof. Kowalik wspomina, że wcześniej odmówili Mazowieckiemu profesorowie Witold Trzeciakowski, Cezary Józefiak i Władysław Szymański, odpadły kandydatury profesorów: Janusza Beksiaka i Witolda Kieżuna z SGH oraz Janusza Gościńskiego z UW (Kowalik 2013).

Wybór Leszka Balcerowicza prof. Kowalik tak komentuje: „Tadeusz Mazowiecki szukając ekonomisty odpowiedzialnego w rządzie za gospodarkę mawiał, że >>poszukuje swojego Erharda<<. Zaakceptowanie Leszka Balcerowicza jako głównego architekta reform oznaczało politykę radykalnie odmienną od dokonań Ludwiga Erharda. Mazowiecki szukał wzoru w Bonn, a podsunięto mu recepty z Chicago i Waszyngtonu”. Kto podsuwał? „Gdyby latem 1989 roku Leszek Balcerowicz nie musiał pożyczyć zapasowego koła do małego fiata, zapewne nie zostałby wicepremierem i ministrem finansów. Koło było Stefana Kawalca, też – a jakże – działacza opozycji demokratycznej, ekonomisty i kolegi Balcerowicza z SGPiS. To on wraz z Waldemarem Kuczyńskim, polecił Tadeuszowi Mazowieckiemu Balcerowicza na ministra finansów, a przy okazji „samochodowej samopomocy koleżeńskiej” jego samego przekonał do przyjęcia propozycji. (Polityka, 29 XII 2019) Uff! Okazuje się więc, że autorów „planu Balcerowicza”, poza Balcerowiczem, jest kilku: Sachs, Lipton, Kuroń, Kuczyński, Mazowiecki, Geremek, Kawalec nawet… Ale przecież to nie koniec. W okresie wprowadzania w życie „terapii szokowej” mieliśmy cztery rządy: Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego, (33 dni) Waldemara Pawlaka i rząd Hanny Suchockiej. Ich także trzeba dopisać do listy odpowiedzialnych za „plan Balcerowicza”.

Ta parada prawicy została na krótko przerwana zwycięstwem wyborczym koalicji SLD-PSL. Jak pisze K.Z. Poznański jej rządy stanowią jedyny okres, kiedy świadomie starano się skierować kapitał w ręce krajowe. Próba powstrzymania szaleństwa „szoku bez terapii” była całkiem udana. Prof. Grzegorz Kołodko ogłosił swoją „Strategię dla Polski” – jedyny kompleksowy plan rozwoju gospodarczego, który udanie łączył wolny rynek z polityką gospodarczą państwa. Był to program reform i rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego powstały silne instytucje gospodarki rynkowej, a Polska została przyjęta do OECD. Wzrost gospodarczy w czasach koalicji SLD-PSL, był niespotykany – PKB dla poszczególnych lat wynosił: 1994 – 5,2; 1995 – 7,0; 1996 – 5,2; 1997 – 7,1. Do dziś te wskaźniki są nieosiągalne. Na scenę wkroczył jednak „suweren”, który poczuł się obrażony słusznym skądinąd stwierdzeniem „trzeba się było ubezpieczyć” i znów wybrał sobie rządy prawicowe, tym razem pod sztandarami AWS-UW. Balcerowicz ponownie doszedł do znaczenia ze wszystkimi tego skutkami.

Trudny człowiek

Ci, którzy go znają mówią, że jest apodyktyczny, uparty jak osioł, i że ciężko znosi krytykę. To wyłazi wszystkimi jego porami. Gdy red. Rafał Kalukin w rozmowie z Balcerowiczem w Newsweeku, w związku z protestami górników zauważa, że bez próby zrozumienia położenia protestujących grup nie da się zrozumieć natury tego sporu, Balcerowicz wybucha: – To jest jakiś nowy marksizm. Nie byłeś na dole, to niczego nie zrozumiesz. Powtarza pan żałosną związkową sztampę! Nawet jeśli byłem w kopalni, to nie odpowiem! Odrzucam marksizm, odrzucam PRL. Odrzucam mit wciąż jeszcze pokutujący wśród wielu intelektualistów, że tylko praca fizyczna jest wartościowa. Weźmy Karola Modzelewskiego, dla którego kapitalizm niezmiennie jest wrogiem i który wielbi tę swoją marksowską klasę robotniczą. A jeśli ktoś równie ciężko pracuje jak kupiec albo handlowiec, to jest już godnym pogardy kapitalistą?! – Modzelewski – mówiący mniej więcej to samo od 50 lat – w ostatnim czasie słuchany jest znacznie uważniej niż kiedyś, wtrąca Kalukin. – Skąd pan wie, że uważniej? Jeśli ktoś już 50 lat temu wygłaszał opinie żałosne z intelektualnego punktu widzenia, to głosząc je nadal, staje się żałosny do kwadratu… Fakt – Balcerowicz, uczony pracujący w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, nie miał problemu z własnymi poglądami. Modzelewski miał poglądy do końca i zawsze miał odwagę ich bronić – czy to jako „rewizjonista”, czy to jako senator w demokratycznej Polsce. W rozmowie z Wiesławem Łuką (WP.pl) na pytanie, dlaczego głosował przeciwko „planowi Balcerowicza”, powiedział: – Zobaczyłem, że jego ustawowe parametry, mają dramatycznie antypracowniczy charakter – uderzają w bezprzykładny sposób w środowiska i załogi wielkoprzemysłowych zakładów pracy, czyli w bazę naszego Związku. Wyczytałem, że tu chodzi o sprywatyzowanie za wszelką cenę większości zakładów, czyli w wielu przypadkach doprowadzenie ich do upadłości. […] Nie popierałem zbiorowych zwolnień tysięcy pracowników. W dyskusji uzasadniałem to z punktu widzenia socjaldemokraty. Byłem przeciwny drastycznemu planowi neoliberalnej terapii szokowej. […] Owszem, na spotkaniu w PZL-Hydral miałem nieodparte wrażenie, że gorszę zebranych tam robotników. Oni naprawdę byli zaskoczeni tym, że krytykuję pomysły naszego rządu. […] Właściwie to paradoksalne, że planu Balcerowicza gotowi byli bronić w ciemno ci, którzy najwięcej na nim stracili.

Szacun dla suwerena!

W tym miejscu dochodzimy do jeszcze jednego, ostatniego autora „terapii szokowej” – to lud pracujący miast i wsi. Obecnie „suweren”. Sam polityczny parasol w Sejmie i Senacie nie wystarczyłby, żeby tak bezkarnie skopać dorobek pokoleń. Musiała być zgoda pań i panów robotników, pań i panów chłopów, zgoda, jak to mówią „prostego człowieka”. Powiedzmy sobie szczerze, że ów „prosty człowiek” przez całe powojenne pół wieku traktował własność państwową, wspólną, jak niczyją. Najgłupszy, najprostszy dodatek do szpadla, kielni czy taczki, chory był, jak na fajrant nie wyniósł czegoś za bramę. Jak im więc obiecali „pakiet socjalny”, jak im jeszcze wyłożyli, ile tego będzie „na rękę”, to brali, aż im się uszy trzęsły. Bo, co w garści, to ich. A fabryka? – Przecież nikt se fabryki do garnka nie włoży, co nie? Z okazji więc 30-lecia „planu Balcerowicza” składam niniejszym – rolnikom, robotnikom i inteligencji pracującej – szczere gratulacje i powinszowania za roztropność, mądrość i ogólnie za tzw. „chłopski rozum”, jak to mówią.

PS. Zapyta ktoś na koniec: a co z Sachsem? Otóż usłyszymy o nim jeszcze na pewno. To niegłupi gość. I elastyczny, jak guma. Podobno mieszka w wartym 8 mln dol. apartamencie na Manhattanie, no ale, kto bogatemu zabroni – w końcu doradzał rządom 140 państw. Przekonuje, że nigdy nie był neoliberałem, zawsze natomiast – krytykiem wolnego rynku. (Za – Jeffrey Sachs, czyli dr Szok i pan Pomoc. „GW” 23.05.2014) „Pisząc rekomendacje dla Polski chciałem, by stała się krajem o gospodarce mieszanej. Ani nie socjalistycznej, ani nie radyklanie wolnorynkowej. Z silną rolą państwa, z mechanizmami redystrybucji, sprawnym rynkiem pracy. Socjaldemokracja to tradycja, do której zawsze było mi najbliżej”. (wPolityce.pl 6.06.2014) Jeffrey Sachs socjaldemokratą! Ktoś by na to wpadł? Doradca Leszka Balcerowicza, akuszer, jeśli nie ojciec „planu Balcerowicza” popiera w obecnej kampanii wyborczej w USA, socjalistę Berni Sandersa! – Potrzebujemy Berniego Sandersa jako prezydenta i to natychmiast, mówi Sachs. Nasz kraj musi wrócić na właściwą drogę. Bernie jest przywódcą, który to gwarantuje, ponieważ odmawia podporządkowania się wielkiemu biznesowi i władzy korporacji… (Gazeta.pl – 21.01.2020)

Skala załamania gospodarki wielokrotnie przewyższała to, co planowano przed rozpoczęciem transformacji. – Dochód narodowy miał spaść o 3 proc., spadek produkcji przemysłowej przewidywano na 5 proc., a rezultat – 25 proc., mówiono o 400 tysiącach bezrobotnych, skończyło się na 3 milionach bezrobocia permanentnego, inflacja miała być jednocyfrowa po roku, a stała się taka po 9 latach! (Kowalik 2013, s. 641). Załamanie gospodarki było wynikiem intensywnego procesu prywatyzacji i likwidacji przedsiębiorstw. Wykaz zakładów według branż istniejących w 1988 r. a zlikwidowanych po 1989 r. podaje A. Karpiński z Zespołem (Karpiński i in. 2015). Zlikwidowano 1675 zakładów przemysłowych, czyli 33 proc. całego majątku. Uzasadnione likwidacje można szacować na 25-30 proc. Z pozostałych 70-75 proc. jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Na nieuzasadnioną prywatyzację składało się często dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się. Z prywatyzacją polskiej gospodarki wiążą się olbrzymie koszty doradztwa zagranicznego. Lwia część pożyczek i dotacji Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego skonsumowana została przez zagraniczne firmy doradcze.

Masz rację, Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat.

Masz rację Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat  

W obszernym, dobrze udokumentowanym wywodzie Krzysztof Janik – jak sam przyznaje – z dydaktycznego usposobienia – dokonuje pełnej wiwisekcji tego, co za lewicowość w działaniach partii Kaczyńskiego uważają niektórzy. Bardzo krytycznie ocenia i nadto tłumaczy co jest sednem socjaldemokratycznej polityki socjalnej, ale nie wyjaśnia dlaczego przyjęło się to populistyczne rozdawnictwo nazywać „lewicowością”, Przecież i sam PiS, i cala Zjednoczona Prawica, nie wspominając o pozostałej oraz wspomagającym na różne sposoby Kościele katolickim tego słowa w jego pozytywnej konotacji unikają jak ognia, a ten ostatni, jak szatana. Może, poza negatywną oceną przekupstwa PiS, niby na wzór zarzucanego lewicy populizmu, kryje się jednak przekonanie o konieczności zaspokojenia elementarnych potrzeb życiowych bardzo wielu ludzi?

Podczas spotkania ze znaną Panią Profesor, po zgodnej ocenie naszej politycznej codzienności, zadała mi pytanie: Jak pan sądzi, kiedy to wszystko się zaczęło ?

Grzech pierworodny – 

odpowiedziałem – miał miejsce w 1989-90 roku, gdy w wąskim, solidarnościowo-rządowym gremium przyjęto arbitralnie doktrynę neoliberalizmu jako najlepszy i jedyny sposób rozwiązania nie tylko naszych ówczesnych gospodarczych problemów, ale i urządzenia nam Polski na przyszłość. Symbolami tamtych czasów stały się liczne chóry piewców wolności i brania spraw w swoje ręce, co trwa po dziś dzień, bo Leszek Balcerowicz twierdzi, że „Populistyczne hasła krytykujące reformy sprzed 30 lat są wyrazem głupoty albo skrajnej nieuczciwości” („GW”,25.02.2020). Pojawił się także słynny tischnerowski homo sovieticus, który nie wiedzieć czemu tęsknił także za jakąkolwiek pracą, a zapewne jeszcze za zakładową stołówką i innymi, podobnymi komunistycznymi symbolami.

Oblicze tak odmienionej naszej ziemi nawiedził na stałe bóg-pieniądz, a więc pogoń za kasą stała się najważniejszym staraniem Polaków, z życiowej konieczności, bądź z chęci posiadania coraz więcej, I tak ten neoliberalny kanon po dziś dzień funkcjonuje z dostosowującym się do niego, z przymusem lub zadowoleniem, społeczeństwem.

Przełomowym momentem – 

dodałem po chwili – były również lata rządów lewicy, gdy koalicją SLD-UP wygrała wybory parlamentarne w 2001 roku. Ten czas miał, w skrócie niejako, dwa oblicza: odziedziczoną po rządach AWS-UW ogromną dziurę budżetową zasypano (nota bene po rządach PiS też będzie podobnie), wzrost gospodarczy wyniósł 7%, ukończono z powodzeniem negocjacje akcesyjne z Unią Europejską, do której Polska wstąpiła 1 maja 2004 roku. Niewątpliwe osiągniecia przekreślone zostały jednak sporym zaciskaniem pasa, aferami, także finansowymi, z udziałem prominentnych działaczy SLD, walką na samych szczytach władzy, a nadto takimi decyzjami rządu, które z głoszonym lewicowym programem i społecznymi oczekiwaniami nie tak wiele miały wspólnego. Nie od rzeczy więc narodziło się wtedy powiedzenie o kawiorowej lewicy, dbającej więcej o swoje interesy niż o pozostałych obywateli.

Godot, który miał Polskę prowadzić nadal w kapitalistycznym kierunku, ale socjaldemokratyczną drogą okazał się złudzeniem nie wiele lepszym od poprzedników, i od tego czasu Polacy przestali wierzyć nie tylko w jego możliwości, ale i w samo jego istnienie.  Tak to pozostało po dzień dzisiejszy, z marnymi w sumie perspektywami tak dla lewicy jak i dla ogółu.

Tę odpowiedź 

zaakceptowała moja Rozmówczyni, acz nie wiem czy zadowoliłaby ona autora przywołanego tekstu, gdyż pozornie nie jest na temat. Jednak ten „lewicowy” koronawirus PiS z jego pandemią nie spadł nagle z nieba i z jakiejś przyczyny przecież zaistniał?

Poza antraktem 

w wykonaniu PiS-Samoobrona-LPR, przez następne osiem lat PO podawała Polakom w nadmiarze symboliczną ciepłą wodę okraszoną „Orlikami” w każdej gminie, które stanowiły sztandarową inwestycję tej partii. Wszystko pozostałe jakoś się toczyło, czasem zupełnie nieźle, ale nie dzięki szczególnej rządowej aktywności, a samorządowej i obywatelskiej przedsiębiorczości oraz wielkiej emigracji za lepszym chlebem. I utrwaliło się przekonanie, że pieniądz ponad wszystko, bo nigdy go za dużo, a szczególnie tam, gdzie ma miejsce jego brak bądź niedostatek.

Katastrofalna miłość do pieniędzy 

dotyczy także producentów rozlicznych dóbr, w tym przykładowych 18 rodzajów jogurtu, o czym niedawno pisał obszernie Wojciech Orliński („GW”, 22.02.2020). Ich celem nie jest bowiem zaspokojenie rzeczywistych potrzeb konsumentów, a jedynie pomnażanie zysku. Oznacza to tworzenie sztucznego, reklamowanego zapotrzebowania na wielki stragan rzeczy często zbędnych, tylko pozornie bardziej użytecznych, nowszych, lepszych. A w demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborach liczy się jeszcze, co najmniej na równi, rzeczownik pieniądz, o czym pisał Jacek Uczkiewicz w cytowanym „D-T”; dodatkowo, gdy jest szansa na zwycięstwo politycznego przeciwnika, to zmienia się zasady ordynacji wyborczej, jak tego dokonał w 2001 roku Sejm głosami AWS, UW i PSL. Podobnie, ale z wcześniej niespotykaną zachłannością, dzieje się tak w Kościele – Matce  Naszej, który swoje dochody z tacy w zasadniczy sposób pomnaża rozlicznymi państwowymi dotacjami.

Wszechpotężna mamona

stała się tym lepszym pieniądzem i jest w nadmiarze gromadzona (na aktualnej liście polskich bogaczy przybyło 14 miliarderów), a z obiegu wyparła kiedyś uznawane wartości, jako dziś gorsze, podrzędne, mniej warte zachodu, a przede wszystkim znaczenia. Ostało się jedynie, nie wiedzieć czemu, i zapewne tylko do czasu, porzekadło, że nie wszystko jednak w życiu można kupić.

Taki stan naszych rzeczy 

wzmocniony nadto pseudoideologią PiS, stanowiącą zlepek wybranych narodowych aspiracji i fobii, patriarchalnych gradacji i obaw przed światem, codziennych kłamstw rządzących i  katolicyzmu w swojskim, ludowym wydaniu, ale bez czynnej akceptacji podstawowych zasad wiary, niesie różne dalsze, w tym i polityczne, konsekwencje, budzące zrozumiałe powszechne obawy, szczególnie wśród tych, którzy przewidują jeszcze czarniejszą naszą polską przyszłość.

Stefan Chwin pyta: „Czy w przyszłej Europie będą obozy koncentracyjne?”, bo „Nie ma niczego bardziej kruchego niż demokracja liberalna, która w każdej chwili może się rozsypać pod ciemną presją mas zwiedzionych słodkimi obietnicami…przeciwstawiajmy się złu u samych jego słodkich początków, gdy się dopiero wykluwa w pogodnej masce miłości do ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawa i wspólnoty, a nie wtedy, kiedy jest już za późno” („Newsweek”, 3-9.02.2020).                                         A jeszcze wcześniej, też w tym tytule (16-29.12.2019) Marcin Król m. in. wieszczy: „Będzie tylko powszechny chaos. Już widać jego początki, na przykład w polskim sądownictwie”, a jedyne remedium widzi, na wzór byłej Solidarności, w nadziei „na inne rozwiązanie na rzeczywistą wspólnotę: niewymuszoną i niewymuszającą. Nadzieja ta nie minęła, chociaż – niesłusznie – tamto doświadczenie zostało do cna zapomniane na skutek zerwania ciągłości.”

Te rozważania i rady niestety napotykają opór ciemnych mas, pozbawionych przez III Rzeczpospolitą solidarnościowych złudzeń i nadziei na rzeczywistą wspólnotę, chcących jednak uczestniczyć w sprawiedliwym podziale bochna polskiego chleba. Dodaje do tego Adriana Rozwadowska w cytowanym już „Newsweeku”: „Jeśli urodziłeś się w Polsce w rodzinie pracowników fizycznych, to spośród obywateli i obywatelek 39 krajów masz niemal największe szanse na to, że umrzesz jako pracownik fizyczny…W Polsce dziecko pracownika fizycznego ma 40 proc. szans na powtórzenie losu swojego ojca i 25 proc. szans na awans społeczny.”

Perspektywy rozwiązania 

aktualnej polskiej kwadratury koła, w którym kwadrat stanowi stan obecny o koło niestety tylko przez niektórych pożądany, są – pisze to niepoprawny optymista – nadzwyczaj ograniczone. Zapewne możliwe przy zaistnieniu ekstremalnych sytuacji typu: wielki kryzys ekonomiczny odbierający Polakom wielokrotność 500 —, wyjątkowa niewydolność którejś z funkcji państwa, katastrofa przyrodnicza lub inna z kompromitującymi wypowiedzią i działaniami rządzących, ujawnienie nadzwyczajnej (!!!) afery i jeszcze, bardzo liczące się,  poważne sankcje Unii Europejskiej. Ale poza nimi, w naszej normalno-nienormalnej aktualnej sytuacji nawet wygrana kandydata opozycji na prezydenta niewiele zmieni, bo jak ostatnio zapowiedział Jarosław Kaczyński, jeśli Duda przegra, będziemy trwać. Co prawda ze zwiększonymi problemami, podobnie jak to już ma miejsce w Senacie, ale z większością parlamentarną i tłumem beneficjentów tej władzy oraz niestety nadal z liczącym się elektoratem.

Zapowiada się więc 

raczej długi i bardzo uciążliwy marsz ku jakiej takiej normalności i nie wiadomo czy, jak ten chiński, zakończy się sukcesem. Lepiej byłoby go nazwać Pracą Organiczną II, na wzór tej pierwszej, która w sprzyjających warunkach potwierdziła swoją skuteczność.

Na tej drodze podstawowymi kierunkowskazami będzie, czy się to komuś podoba czy nie, lewicowość, ale nie pisowska, a socjaldemokratyczna, rozumiana przede wszystkim jako wolność, demokracja i rzeczywiście realizowana sprawiedliwość społeczna.