To trzecia część tekstu Małgorzaty Kulczyk. Pierwszą część można przeczytać tutaj: Neoliberalna nowomowa w poradnictwie internetowym. Drugą część można przeczytać tutaj: Casting na pracownika, czyli uśmiechnij się promiennie, nawet gdy masz żółte zęby.
Poniższa część została częściowo zmieniona względem swojej archiwalnej wersji sprzed ponad ośmiu lat. Pierwotnie miała charakter bardziej osobisty i skupiała się na indywidualnym doświadczeniu bezrobocia oraz jego psychicznych konsekwencjach. Z czasem uznałam jednak, że warto wzmocnić ten opis odwołując się do szerszego kontekstu społecznego i systemowego — zwłaszcza że wiedza o psychicznych skutkach długotrwałej destabilizacji zawodowej oraz mechanizmach rynku pracy wciąż pozostaje ograniczona i często marginalizowana w debacie publicznej.
Rzecz jasna, w zależności od osobowości, miejsca zamieszkania, doświadczeń życiowych, a także tego, jak długo trwa okres pozostawania bez pracy, każdy inaczej postrzega stan bezrobocia. Przeważnie, kiedy dopiero zaczyna się szukać pracy, wierzy się jeszcze, że znajdzie się ją w ciągu kilku tygodni i że jest to tylko stan przejściowy między kolejnymi etapami życia zawodowego. Jednak kiedy okres bezrobocia wydłuża się do miesięcy czy nawet lat, perspektywa diametralnie się zmienia.
Bezrobocie jest tragedią dla jednostki i dla rodziny, ale nie jest tragedią z punktu widzenia systemu. Wręcz przeciwnie — pełni w nim określoną funkcję. Jest to nic innego jak instrument dyscyplinowania pracowników, przypomnienie, że stabilizacja nigdy nie jest dana raz na zawsze, a człowiek powinien nieustannie udowadniać swoją przydatność: nie tylko na etapie rozmowy o pracę, ale również każdego dnia w pracy już po podpisaniu umowy. Lęk przed bezrobociem ma sprawiać, że człowiek będzie bardziej skłonny godzić się na warunki, których w innych okolicznościach być może nigdy by nie zaakceptował. Świadomość tego, jak potężne jest to narzędzie manipulacji psychologicznej, przychodzi dopiero po latach, a bywa, że nie przychodzi wcale: wydaje mi się, że całe masy pracowników w Polsce (i nie tylko) są nieświadome tego, jak bardzo zostali w ten sposób złamani i zmanipulowani.
Kiedy jest się młodym i dopiero poznaje rynek pracy, zwykle nie ma się jeszcze świadomości tych mechanizmów. Człowiek wchodzi w tę rzeczywistość właściwie „w ciemno”, przekonany, że jeśli będzie wystarczająco pracowity, wytrwały i kompetentny, to prędzej czy później znajdzie w niej swoje miejsce. Jednocześnie bardzo często już „na starcie” napotyka na wymagania kilkuletniego doświadczenia, co tworzy zamknięte koło: brak doświadczenia uniemożliwia wejście, a brak wejścia uniemożliwia zdobycie doświadczenia.
To wejście „w ciemno” ma swoją cenę, której nie odczuwa się od razu, ale która kumuluje się wraz z upływem lat, a skutki jej potrafią być druzgocące. Jest nią ogromne obciążenie psychiczne, na które nikt nie jest przygotowany: nie uczy się bowiem o nim w szkole. Nikt nie zostaje uprzedzony o tym, jakie mogą być psychiczne skutki wielomiesięcznego czy nawet wieloletniego poszukiwania pracy, bo też nikt nie zakłada, że doświadczenie braku pracy może stać się również jego udziałem. Wreszcie, nie mówi się, co dzieje się z człowiekiem, który przez lata funkcjonuje w stanie nieustannej oceny, niepewności i lęku o przyszłość — jest to dramat przeżywany na osobności i mimo że dotyczy dużej liczebnie grupy ludzi, traktuje się go jako wstydliwy problem „osobisty”.
Zamiast tego słyszy się nieustannie, już od lat szkolnych, że dosłownie wszystko zależy od nas samych. Że trzeba bardziej się starać, bardziej wierzyć w siebie, lepiej się „sprzedawać” na rozmowach kwalifikacyjnych, bardziej dostosować do wymagań rynku. Problem polega na tym, że przekonanie, iż przyszłość zawodowa zależy wyłącznie lub głównie od jednostki, jest nie tylko nieprawdziwe, ale na dłuższą metę również szkodliwe psychicznie i społecznie.
Człowiek w końcu zaczyna całą odpowiedzialność za swoje położenie kierować przeciwko sobie. Każde niepowodzenie interpretuje jako dowód własnej niewystarczalności, włożenie niewystarczającego wysiłku w zmianę sytuacji życiowej czy nawet braku odpowiednich cech charakteru. Tymczasem tak zwany rynek pracy (choć właściwie wolę go nazywać rynkiem popytu i podaży siły roboczej) nie jest (i nigdy nie był) przestrzenią, gdzie odbywa się sprawiedliwa rywalizacja, a każdy w jej ramach otrzymuje to, na co zasłużył swoją pracą i zaangażowaniem.
Niejednokrotnie musi upłynąć wiele lat, zanim jednostka wyzwoli się z poczucia, że to ona zrobiła coś fundamentalnie „nie tak” i dlatego nie może zapewnić sobie ciągłości zatrudnienia. Zanim tak się stanie, przez lata próbuje „naprawiać siebie”, nie rozumiejąc, że problem nie sprowadza się wyłącznie do jej indywidualnych decyzji, kompetencji czy poziomu motywacji. Taki cykl samooskarżania się, mimo że wynikający z potrzeby zachowania sprawczości, prowadzi do stopniowego wyniszczania psychiki, poczucia winy, wstydu i nieufności wobec samego siebie. Z mojej perspektywy najbardziej destrukcyjny okazał się właśnie brak świadomości strukturalnych przyczyn swojej sytuacji.
Choć wielu chciałoby pewnie, żeby było inaczej, nie istnieje psychoterapia, która mogłaby „wyleczyć” człowieka z jego skutków i zagwarantować mu trwały powrót do stabilnego życia zawodowego, czyli — innymi słowy — zaktywizować go i zapewnić miejsce pracy na lata (a najlepiej do emerytury). Skutki wieloletniego funkcjonowania w niepewności zawodowej nie poddają się prostemu „odwróceniu” w procesie terapeutycznym, zwłaszcza gdy warunki zewnętrzne pozostają niezmienione. Bezrobocie nie jest bowiem zaburzeniem psychicznym, lecz zjawiskiem strukturalnym, które może dotknąć naprawdę każdego, bez względu na staż pracy, kompetencje i sektor, w którym jest zatrudniony.
Bezrobocie pozostawia głęboki ślad w psychice człowieka, nawet jeśli po latach uda mu się zdobyć względnie stabilne zatrudnienie. I nie chodzi tu wyłącznie o kwestie finansowe, ale o trwałą zmianę sposobu postrzegania siebie i świata. Kto raz doświadczył długotrwałej destabilizacji zawodowej, zawsze już będzie patrzył na rzeczywistość inaczej niż ten, kto nigdy nie musiał mierzyć się z podobnym doświadczeniem.
W najlepszym razie psychika nie tyle „wraca do stanu sprzed”, ile uczy się funkcjonować w trybie redukcji szkód. Nie istnieje proces, który w pełni odwracałby skutki wieloletniej niepewności zawodowej i przywracał wcześniejsze poczucie pełnej sprawczości. Możliwe jest raczej tylko stopniowe ograniczanie jej konsekwencji i odbudowywanie równowagi w nowych warunkach.
Być może największą pomocą okazuje się ostatecznie świadomość, że wiele rzeczy, które wcześniej interpretowano jako osobiste porażki, miało charakter systemowy. Przyjęcie tej wiedzy nie jest łatwe — wymaga bowiem zakwestionowania wielu utrwalonych przekonań o sprawczości jednostki i „naturalności” rynku pracy. Jednocześnie może ono przerwać proces nieustannego obwiniania siebie i otworzyć możliwość innego spojrzenia na własną historię.
Życie po doświadczeniu bezrobocia często okazuje się czymś w rodzaju „życia po życiu” — po utracie złudzeń, dawnej pewności siebie i wiary w sprawiedliwość rzeczywistości społecznej. Nie musi oznaczać całkowitej utraty sensu egzystencji. Najczęściej oznacza po prostu początek funkcjonowania w świecie widzianym bez iluzji, które wcześniej traktowało się jako oczywistości.













