Przypadek Zofii Piszczyk

Niechcący, z winy złego nastroju sąsiada, dotknęliśmy kwestii rzeczywistych ofiar polskiej transformacji: robotników b. PGR-ów, robotników w ogóle, lokatorów prywatnych mieszkań i pałacowych oficyn, chorych i ich opiekunów… etc.

Poprzestańmy na tych pierwszych, znanych szerokiej publiczności z pogardliwych reportaży „GWyborczej” i obrzydliwego filmu „Arizona”.
Jak napisał prof. Kubicki, „PGR-y musiały być zlikwidowane”, bo bracia-Amerykanie tak sobie życzyli, a ich życzenie tak dla Tadeusza Mazowieckiego (władza wykonawcza) jak i Adama Michnika (żarliwa, długoletnia propaganda nowego ustroju) tuż po 1989 rokiem było rozkazem. Na marginesie… Żeby tak otwarcie to nazywać?
Podobno losu robotników b. PGR-ów nikt wcześniej nie zauważył. Nieprawda. Zauważyli np. głodowo opłacani dziennikarze prasy terenowej, w tym „Panoramy Leszczyńskiej”. W niej to, robiąc w latach 90-tych, cotygodniowy przegląd prasy, znalazłam maleńką notatkę o samobójczej śmierci robotnicy co dopiero zamkniętego na kłódkę (dosłownie) PGR-u za Wschową (Leszczyńskie). Pojechałam tam, a reportaż stamtąd przechowuję do dziś.

Nazywała się Zofia Piszczyk, była po 40-tce, miała wykształcenie podstawowe, pracowała fizycznie w PGR-e, mieszkała w, izolowanym od wsi, bloku z wielkiej płyty. W domu były: stara pralka „Frania”, równie stara lodówka nie na chodzie, wersalka, szafa, kilka krzeseł i stół. To był jej cały majątek. Nie miała ani męża ani dzieci, pracowała na 2,3 zmiany. Pewnej nocy z zakładu wywieziono wszystkie maszyny i „zwierzostan”, po czym wczesnym rankiem jakiś tęgi mężczyzna zawiesił na bramie kłódkę. I zamknął ją na klucz. Zebranym oznajmił, że PGR został zlikwidowany, a co oni, robotnicy teraz z sobą zrobią, to ich sprawa. Mogą się zgłosić do „pomocy” albo do „biura pracy”.

Biura mieściły się w miasteczku, oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów, autobus już wtedy jeździł rzadko, bilet kosztował drogo. Gdy dotarli do owych „biur” zaproponowano im „kuroniówkę” i szukanie pracy „u chłopa”. W końcu świniom rzucać żarcie do koryta umieli i gnój spod krów wymiatać – także.

Kłopot był w tym, że już w czasie powstawania PGR-ów konflikt miedzy „chłopami” (nędzne gospodarki, studnie i „sławojki”) a „pegerusami” z dnia na dzień stawał się coraz silniejszy – „pegerusy dostawały mieszkania w blokach, z bieżącą wodą i kanalizacją oraz pensję co miesiąc, „chłopy” – nie. I to była owego konfliktu – oś. Teraz nadszedł długo oczekiwany moment rewanżu. Za kolonie dla dzieci z PGR-ów i tę bieżącą wodę w kranach. „Pegerusów”, powszechnie opisywanych jako złodziei, pijaków nikt zatrudniać na wsi nie chciał.

Jedynym wyjściem była emigracja (jeden z moich sąsiadów, z całą rodziną, pojechał aż do Hiszpanii i tam sobie dał radę). Albo – rozkradanie resztek po-PGR-owskiego majątku. Albo – pijaństwo (na wsiach pojawił się tani spirytus, w sklepach wiejskich – słynna „alpaga”).

Zofia Piszczyk nie miała tyle odwagi, aby szukać roboty gdzieś w Niemczech, ba, nie wiedziała nawet jak się za to zabrać, podobno bała się kraść, zatem, gdy skończyło się „kupowanie na zeszyt”, wzięła z piwnicy sznurek, oplotła nim klamkę i samozadzierzgnęła się. Co, jak wiadomo, jest najokrutniejszą formą zadania sobie śmierci z rozpaczy.

Chodząc po jej mieszkaniu – nie czułam nic.

Dotykając jej taniego kuchennego fartucha – nie czułam nic.

Próbując zapytać miejscowego proboszcza, dlaczego – gdy sąsiedzi nie byli w stanie zebrać żądanej sumy za pochówek – odmówił wielkopańsko poprowadzenia pogrzebu – nie czułam nic.

Mijając jego śnieżnobiałego, kilkuletniego „mercedesa” wystawionego przez plebanią – także nie czułam nic.

Ale gdy stanęłam nad jej niczym nie osłoniętą mogiłą, na której leżały jedynie kwiaty zebrane po łąkach, bo na nic innego tych „pegerusów” nie było stać – poczułam.
I nadal czuję.
Wstyd.
Gniew.
Potrzebę zemsty.

Minęły lata i ofiary zaczynają o sobie przypominać, burząc raz na zawsze narrację o dobrej, a nieuchronnej transformacji, o szlachetnych „solidarnościowcach” i bezradnych „komuchach”, co to, „chcieli, a nie mogli…”.

Bezrobotna z Łodzi, która w chwili, gdy komornik forsował jej drzwi, powiesiła się na haku wbitym w futrynę pokoju, w którym spał jej syn (ideologia „mieszkania jako towaru”, „potrzeby uporządkowania gospodarki mieszkaniowej”, „konieczność uwolnienia czynszów” – Barbara Blida).

Starzy małżonkowie, z których on był ciężko i nieuleczalnie chory, a ona jego jedynym opiekunem, co to razem się otruli, bo nie wiedzieli skąd zdobyć pieniądze na przeżycie w czasach, gdy „pomoc” nie pomagała ludziom osiągającym dochód powyżej 375 złotych (ideologia „charytatywności” i brak jakiejkolwiek pomocy materialnej dla opiekunów, gdy byli „jedynie”, z konieczności niepracującymi małżonkami ciężko chorych – czasy PO-PSL)

17-letnia Marta, córka alkoholika, której wydawało się, że jest w ciąży i z rozpaczy rzuciła się z okna bloku przy ul. Keplera w Poznaniu (ideologia bezwzględnej „ochrony płodu” i nieuświadamiania młodzieży w kwestiach seksualnych, w warunkach całkowitego braku pomocy dla owych „mart”)
Ofiary naszego wiecznego, nigdy niewysyconego polskiego okrucieństwa wobec nas samych.

Na polską transformację patrzmy obiektywnie

Odpowiedź obrońcy planu Balcerowicza, Marcinowi Zielińskiemu na publikację w Trybunie z dnia 16 – 17.12.2019 r.

Zaczyna Pan swoją publikację stwierdzeniem, że … „Andrzej Jakubowicz postanowił za wszelką cenę dowieść że rozwój polskiej gospodarki w żadnym razie nie był zasługą Balcerowicza”
Nie użyłem tego zwrotu. Ale skoro poruszył Pan personalnie Leszka Balcerowicza … Nie mnie jego oceniać. Inni już zrobili to wystarczająco dosadnie i to wielokrotnie. Ale skoro już mówimy o Nim, to przede wszystkim należy mu się wielkie uznanie za odwagę. Nie takie tuzy polskiej ekonomii ówczesnego okresu nie miały odwagi żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za radykalną reformę polskiej gospodarki, a takie heroiczne zadanie postawiła historia w owym momencie przed Polską. Leszek Balcerowicz podjął się tego zadania. I zdobył uznanie najwyższych instytucji finansowych świata. A była to sytuacja człowieka, który ledwo nauczył się pływać a już został rzucony do rzeki, która płynie głębokim, wartkim nurtem pełnym wirów i zdradzieckich zakrętów. Wyszedł z tego żywy, ale nie bez szwanku.
Przecież Leszek Balcerowicz był wówczas młodym adiunktem SGPiS, bez żadnej praktyki w gospodarce. Posiadał (posiada) za to niezłomny charakter. Jak to wyraził się Marek Belka „robił rzeczy o których nawet nie wiedział, że są niemożliwe” (cyt. za S. Krajewskim: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce. Referat na Kongres Ekonomistów Polskich). Polska transformacja gospodarcza to było zadanie unikalne w historii gospodarczej świata. Wobec tego błędy w realizacji tego procesu były niejako wpisane w scenariusz. Chodzi jednak o ich skalę. I o ideologię. Tak – ideologia jest tu istotna. Leszek Balcerowicz nie miał praktyki gospodarczej ale odbył staż zagraniczny na którym został nasycony modną wówczas ideologią neoliberalną. I taki kierunek nadał polskiej transformacji.
Tenże neoliberalny kierunek – w jego najbardziej radykalnej, doktrynalnej formie realizowały wszystkie polskie rządy do 2015 roku z wyjątkiem okresu kiedy wicepremierem i ministrem finansów był prof. Grzegorz Kołodko (Rząd Lewicy – I okres, lata 1994 – 1997). A więc nie tylko Balcerowicz. „Nie on jeden winien”.
I nie ma co się obrażać na krytykę. Jest ona potrzebna. Potrzebna jest żeby obiektywnie ocenić proces transformacji. I żeby wyciągnąć wnioski, bo jeszcze nie wiadomo jakie problemy przed polską gospodarką postawi przyszłość.
Panu Zielińskiemu radzę zejść z doktrynerskich pozycji neoliberalizmu bo są one nie do obrony. Radzę poszerzyć spektrum wiedzy o poglądy ekonomistów którzy widzą więcej i szerzej niż doktryna neoliberalna. Nazwiska znanych i uznanych autorytetów od lat odnoszących się krytycznie do procesu destrukcji w wyniku „działań transformacyjnych” znajdują się w moim artykule opublikowanym przez Trybunę. Są to: W. Kieżun, T. Kowalik, A. Karpiński, Z. Sadowski, P. Bożyk, K. Poznański, G. Kołodko, R. Ślązak. Dodam jeszcze Grażynę Ancyparowicz („Od neoliberalizmu do neokolonializmu”) i Rafała Wosia („Dziecięca choroba neoliberalizmu”).
Tu chciałbym ustosunkować się do krytyki jaką Pan podjął w stosunku do niektórych moich jak Pan nazwał „autorytetów”. Otóż cytuje pan Ryszarda Bugaja, który wypowiada się na temat K. Poznańskiego. Słabiutkie. Gołosłowne epitety Bugaja stawia Pan przeciwko liczbom, którymi posługuje się w swoich (to prawda, dosadnych) wywodach K. Poznański.
Równie mizerne są Pana próby dezawuowania prof. W. Kieżuna. Jego książka („Patologia transformacji”) oparta jest – z jednej strony na liczbach i dokumentach, a z drugiej strony na szerokiej wiedzy i olbrzymim doświadczeniu, także z pracy zagranicą.
Tak, ja mam autorytety. Natomiast Pan – oprócz swojego Szefa nie może przytoczyć żadnych autorytetów które popierałyby Pana wywody. Wiadomo o czym to świadczy.
Szczególnie nietrafiona jest Pana obrona polityki stosowanej wobec przedsiębiorstw państwowych – slogany i ogólniki od lat powtarzane przez apologetów „szokowej terapii” (czyli „szoku bez terapii” – jak mówi Grzegorz Kołodko), o czym będzie mowa w dalszym ciągu mojego tekstu.
Krytyka rezultatów naszej transformacji gospodarczej w miarę upływu czasu rozszerza się i nasila. A jest ku temu okazja – 30 lat od początku jej wdrażania. Oto wydarzenia tylko z ostatnich tygodni:
– Na Kongresie Ekonomistów Polskich który odbył się w dniach 28 – 29 listopada 2019r. zaprezentowane zostały 3 bardzo krytyczne referaty (prof. S. Krajewskiego: Determinanty społecznej akceptacji zmian systemowych w Polsce; dr R. Dolczewskiego: O skrócenie dystansu strategicznego – Polska krajem służących; oraz mój, który wywołał tę polemikę: Spadek i wzrost gospodarczy w okresie transformacji polskiej gospodarki);
– W dniu 17.12.2019 r. w TVP Info odbyła się dyskusja uznanych polskich ekonomistów w czasie której nie zostawiono „suchej nitki” na poczynaniach reformatorskich;
– Artykuł „Kapitalizm bez kapitału” (Dziennik Gazeta Prawna z 13 – 15.12.2019r.) – rozmowa Sebastiana Stodolaka z Andrzejem Laskowskim i Andrzejem Sadowskim z Centrum im. Adama Smitha – krytyka podejścia do przedsiębiorstw państwowych – do tego jeszcze powrócę.
– Publikacja Dawida Kopa „Transformacja była katastrofą” (Trybuna Nr 253/2019 z 20 – 22.12.2019 r) zainspirowana artykułem Marcina Zielińskiego.
Do w.w. dodam swój referat wygłoszony 20 maja 2019 r w Uczelni Vistula na konferencji podsumowującej 30 lat polskiej transformacji gospodarczej (opublikowany w Zeszytach Naukowych Uczelni Vistula). Tytuł referatu: Polska transformacja gospodarcza – wielki sukces czy „wielki przekręt”?
Skoro już zostało użyte słowo „katastrofa” – a dotyczy to w najwyższym stopniu aspektów społecznych – rekomenduję lekturę trzech publikacji książkowych:
– Katarzyna Duda: Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji. Książka i Prasa, Warszawa 2019;
– Stanisława Golinowska: O polskiej biedzie w latach 1990 – 2015. Definicje, miary, wyniki. Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018;
– Magdalena Okraska: Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu. Trzecia strona, Warszawa 2018.
Kolejny „obszar transformacyjny”, który jakoś Pan Zieliński przezornie pomija: likwidacja PGR – ów. Nie dość było ruin zlikwidowanych zakładów przemysłowych (kto chciałby zobaczyć te „obrazki” to polecam książkę Ryszarda Ślązaka „Czarna księga prywatyzacji”) to należało jeszcze zrujnować życie setek tysięcy pracujących w tych rolnych gospodarstwach. Pan Zieliński nie lubi słowa „religia”. A czyż nie była to religia neoliberalizmu? W imię czego zrujnowano życie tych ludzi? Tylko dlatego że słowo „państwowe” jest trefne, brzydkie, znienawidzone. Doktrynerstwo do kwadratu. Z określeniem „likwidacja PGR – ów” wiążą się najstraszniejsze dla człowieka jako istoty żyjącej słowa: bezrobocie, ubóstwo, pijaństwo, kradzieże, rozboje, samobójstwa i zabójstwa. Jeszcze teraz, po latach, można zobaczyć konsekwencje tych decyzji. Czy to jest również sukces? Czy ktoś się tym zajmie? To temat na co najmniej kilka prac doktorskich i habilitacyjnych. W najwyższym stopniu dotknęło to zachodnich i północnych ziem, które weszły w skład państwa polskiego po 1945 r a to powinno skłaniać do większej przezorności. Wystarczyło zmienić formę prawną jak to zrobili
Czesi i Słowacy.
Jeszcze raz okazało się że nasi południowi sąsiedzi są rozważniejsi i mądrzejsi od nas.
W Czechach i na Słowacji w czasach socjalizmu prywatne rolnictwo praktycznie nie istniało. Niemal w 100% były to spółdzielnie produkcyjne i gospodarstwa państwowe (w Czechach 65 % użytków rolnych stanowiły spółdzielnie produkcyjne a 35% gospodarstwa państwowe). W pierwszym okresie transformacji oddawano ziemię prawowitym właścicielom (uznawano że prywatna własność ziemi uległa tylko zawieszeniu w latach 1948 – 1989). Jednak pomimo zwrotu gruntów rolnych ich prawowitym właścicielom pozostawały one w zarządzaniu dużych holdingów i spółek produkcyjnych (dotychczasowe spółdzielnie produkcyjne przekształciły się w spółki prawa handlowego). Drobni właściciele wydzierżawiają użytki rolne dużym holdingom produkcyjnym. Motywacja – wielkoobszarowe gospodarstwa są bardziej efektywne.
W rezultacie zmiana sposobu zarządzania rolnictwem w Czechach i na Słowacji przebiegła płynnie – nie było z tego powodu bezrobocia, nie było patologii.
Kuriozalne jest tłumaczenie sytuacji w Polsce po likwidacji PGR – ów: „Skutki tego procesu, szczególnie w sferze społecznej były silnie krytykowane. Tym niemniej likwidacja PGR dała początek tworzeniu rynku gruntów rolnych” (Katarzyna Żukrowska: Transformacja w sferze gospodarczej. Rekapitulacja 2. W: Transformacja systemowa w Polsce. SGH, Warszawa 2010). Zaiste – „utworzenie rynku gruntów rolnych” jako właściwy ekwiwalent za nieszczęsny los setek tysięcy pracowników byłych PGR – ów. Zwłaszcza, że te grunty leżały potem odłogiem lub były przedmiotem spekulacji i innych nieprawidłowości na tym chwalonym „rynku”. Jest to klasyczny przykład kamuflowania nieprawidłowości w procesie transformacji w czym celuje wydawnictwo SGH „Transformacja systemowa w Polsce”, 2010.
Niektórzy realizatorzy koncepcji likwidacji PGR – ów mają po latach niewesołe refleksje na ten temat. Przytoczę tu wypowiedź Michała Wojtczaka (Odkupienie, „Gazeta Wyborcza. Duży Format”, 18 grudnia 2009 r). – wiceministra w rządzie Balcerowicza: „20 lat temu w rządzie Mazowieckiego odpowiadałem za restrukturyzację rolnictwa i wiem, że przeze mnie kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy ludzi z dawnych pegeerów znalazło się na bruku, praktycznie bez środków do życia. (…) Intuicja podpowiadała mi, że robimy źle. Mogłem przekonywać Balcerowicza, a jakby mi się nie udało, odejść z rządu. Tylko tak należało się zachować”.

Transformacja była katastrofą

Ekonomia zawsze jest polityczna. Stwierdzenie to jest szczególnie godne polecenia politykom. Wszyscy ci, którzy o tym zapominają wcześniej czy później trafiają do strefy politycznego niebytu.

Przeczytałem artykuł Marcina Zielińskiego: „Polski sukces to zasługa radykalnych reform rynkowych”, opublikowany w „Dzienniku Trybuna” ‚nr 249/250 – 2019 jako polemika z tekstem Andrzeja Jakubowicza. Czuję się w obowiązku również zabrać głos i o kilku sprawach, moim zdaniem fundamentalnych, przypomnieć.

Ludzie zepchnięci na margines

„Reformy” Leszka Balcerowicza zainicjowane za zgodą ówczesnego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego wywarły trwały, widoczny do dzisiaj efekt. Polska stała się krajem, którego znaczna grupa obywateli znalazła się na marginesie społeczeństwa. Poszerzająca się w czasach rządów PIS grupa ludzi żyjących w ubóstwie, stanowi dziedzictwo zmian w strukturze klasowej społeczeństwa jakie zostały wywołane „reformami” gospodarczymi z lat 1990-1993. Oczywiście nie można zaprzeczyć niekorzystnej strukturze wychodzącej z PRL gospodarki. Znaczny udział rolnictwa, włókiennictwa i górnictwa nie sprzyjał budowaniu gospodarki konkurencyjnej w świecie kapitalistycznym. Stąd między innymi bierze się utrzymujące się zapóźnienie Polski w stosunku do Czech. To jeden z krajów do którego w celach zarobkowych emigrują Polacy.

Moment zmiany odepchnął od uczestnictwa w życiu społecznym całe grupy ludzi. Osoby w wieku 50-65 lat, które masowo odsyłano na zapewniające jedynie wegetację renty. Byłych pracowników PGR, którzy znaleźli się jako socjalistyczna klasa robotnicza w kapitalizmie: bez pracy i środków produkcji. Górników Zagłębia Wałbrzyskiego, których pracujące kopalnie zlikwidowano, dziesiątki lat przed wyczerpaniem zasobów. Dołożono mieszkańcom „na pocieszenie” kłopoty z zatruciem wód i gruntów wywołane zaprzestaniem prowadzenia odwodnienia.

Wieś zniszczona, budżetówka zaniedbana

Na wiele lat przed wprowadzeniem dopłat unijnych zlikwidowano system skupu płodów rolnych, cofając cywilizacyjnie wieś i tworząc w ten sposób z niej rezerwuar kontestatorów nowej rzeczywistości. Popiwek w warunkach wysokiej inflacji doprowadził do upadłości nawet te przedsiębiorstwa państwowe, które znajdowały zbyt dla swoich produktów w warunkach gospodarki rynkowej.

Począwszy od 1992 roku nastąpiło obniżanie zarobków w sferze budżetowej, w stosunku do średniej krajowej. Końcowym akordem tego procesu jest fakt, że obecnie w wielu zawodach budżetówki regułą jest wynagrodzenie w okolicach minimalnego. Spowodowało to selekcje negatywną do wielu zawodów. Efektem było nieuchronne obniżanie się poziomu merytorycznego pracowników nauki, edukacji, kultury, służb sanitarnych, kontrolnych… Do dzisiaj władze zamykają oczy na ten problem.

Wyborcy podziękowali za to styropianowym politykom w roku 1993, kiedy rządy objęła koalicja SDRP-PSL(jeszcze nie tak dalekie jak dziś od zwyczajów ZSL).

Śmierć usług publicznych

Objęcie władzy przez AWS w roku 1997(nie sposób zapomnieć tu „zasługi” jaką była wypowiedź W. Cimoszewicza o powodzianach) otworzyło drogę do prywatyzacji podstawowej opieki zdrowotnej i części szpitali. Zasadą stało się działanie dla zysku, nie dla dobra pacjenta.

Powstanie gimnazjów stworzyło dodatkowy próg utrudniający awans społeczny poprzez edukację. Utrudniono dostęp do gimnazjów na wsi, tym bardziej, że równocześnie nastąpiła rzeź „niepotrzebnych” PKS-ów, skutkująca wykluczeniem komunikacyjnym milionów obywateli. Obniżono poziom nauczania w szkołach pod pozorem odchudzenia programów. Przyczyniło się to do tego, że na obleganych kierunkach mogły studiować głównie dzieci rodziców, których stać na korepetycje.

Bezradne samorządy

Reforma administracyjna stworzyła powiaty z szerokimi kompetencjami, ale bez pieniędzy. Przekazanie szkół samorządom pozbawiło znaczenia politycznego strajki nauczycieli i zablokowało im ostatecznie drogę do osiągnięcia realnych podwyżek, na jakie mogą liczyć reprezentanci sektorów zarządzanych centralnie jak policja, wojsko, górnictwo czy energetyka. Zlikwidowanie 49 województw pozbawiło szans rozwojowych wiele średnich miast. Brak zmian w reformie administracyjnej, jak choćby obiecywane przez Aleksandra Kwaśniewskiego utworzenie województwa środkowopomorskiego, jest jedną z zasadniczych przyczyn załamania się w roku 2005 poparcia dla SLD i dalszej jego stagnacji.

Do dzisiaj, jeżeli odliczylibyśmy wyniki koalicjantów z Lewicy, to kandydaci SLD zebrali głosy przede wszystkim w takich byłych miastach wojewódzkich jak np: Częstochowa, Piła, Legnica, Koszalin, Wałbrzych, Włocławek, Kalisz, Leszno, Gorzów, Słupsk, Elbląg, Bielsko-Biała…. Wynik mógłby być znacznie lepszy gdyby mieszkańców tego typu miast nie pozbawiono wiary w możliwość jakiejkolwiek zmiany. Upadek tych miast skutkuje ich wyludnianiem się, na czym zyskuje wyłącznie PiS, przesuwając zasięg „swoich” okręgów senackich na zachód Polski.

Przetrwali i zginęli

W kadencji 2001-2005 proces dostosowawczy do członkostwa w UE spowodował upadłość wielu przedsiębiorstw, które przetrwały najtrudniejsze lata dziewięćdziesiąte. np. piekarni, rzeźni, GS-ów, mleczarni, Zakładów Samochodów Dostawczych w Nysie itd. Skutkował nawet 21-procentowym bezrobociem. Były to nieuniknione koszty, nikt nas za darmo do Unii nie przyjmował, w warunkach jednolitego rynku wiele przedsiębiorstw musiało upaść.

Kapitalizmu się nie naprawi

Dzisiaj nie warto jednak dalej iść ścieżką, która utorowała drogę do władzy lub znaczenia każdemu kto dawał fałszywą nadzieje na złagodzenie reguł kapitalistycznego porządku: Stanisławowi Tymińskiemu, Samoobronie, ani najnowszym „obrońcom ludu”, Prawu i Sprawiedliwości z jego 500+, którego siła oddziaływania bierze się z tego, ze nie trzeba na nie zasłużyć. Ono dziecku po prostu się należy.

Lewica powinna iść dalej i stwierdzić jasno, że bezpłatna edukacja, służba zdrowia, emerytury w systemie solidarności pokoleń, powszechny dostęp do kultury na wzór tego z czasów PRL po prostu się należą. Jesteśmy obywatelami państwa, które należy do bogatszej części świata. Byłoby nas na to wszystko stać! Tylko udział płac w PKB jest u nas w wyniku decyzji politycznych ostatniego trzydziestolecia niski.

Natomiast każda formacja polityczna, która wzorem styropianowej elity z lat 1990-1993 zapomni o podstawowych ludzkich potrzebach społeczeństwa, które nie da się w swojej masie sprowadzić z powrotem do roli chłopów pańszczyźnianych, trafi na śmietnik historii. Każdy, kto będzie patrzył tylko na wskaźniki ekonomiczne, a ignorował monstrualne rozwarstwienie i wykluczenie, otworzy szeroko wrota do autorytaryzmu a potem faszyzmu. Ten zawsze pojawia się jako gość nieproszony, przedstawiając społeczeństwu winnych jego upodlenia.

Polski sukces to zasługa radykalnych reform rynkowych

Na łamach „Dziennika Trybuna” Andrzej Jakubowicz w artykule pt. „Polski sukces to zasługa lewicy” postanowił za wszelką cenę dowieść, że rozwój polskiej gospodarki w żadnym razie nie był zasługą Balcerowicza, walcząc przy tym bohatersko ze stworzonymi przez siebie chochołami.

Na początek trzeba zwrócić uwagę na dość ciekawy dobór autorytetów przez Jakubowicza. Np. Kazimierza Poznańskiego za opowiadającego „dyrdymały, [które] nie byłyby warte polemiki, gdyby nie to, że ta cyniczna propaganda klęski pada […] w Polsce na podatny grunt”, uznał znany lewicowy ekonomista Ryszard Bugaj. Z kolei Witold Kieżun w swoich enuncjacjach wykazuje swoiste rozdwojenie jaźni. Raz twierdzi, że w PRL-u panowała gospodarka „ekstensywno-ilościowa”, której przeciwstawia „model intensywno-jakościowej gospodarki przy starannym procesie przygotowania projektu, zabezpieczeniu zaopatrzenia materiałowego i ludzkiego, preasumpcji możliwych sytuacji awaryjnych i sposobu ich zwalczenia, […] typowy dla konkurencyjnej intensywno-jakościowej gospodarki wolnorynkowej”, czy, nawiązując do prac Krystyny Daszkiewicz, opisuje patologię związaną z eskalacją w PRL postawy „kuglarza”: „Bogaty opis patologii szeroko rozumianej nomenklatury «kuglarzy» wskazuje na daleko posunięty i upowszechniony proces degeneracji w latach 80., ukształtowanie zachowań dalekich od wymogów prakseologicznej sprawności ocenianej również w kategoriach aksjologicznych”. Natomiast w innym miejscu wychwala socjalistyczną gospodarkę jako całkiem sprawną, bo przecież „w przełomowym 1989 roku polski przemysł eksportował swoje wyroby, w tym wiele na dobrym i bardzo dobrym poziomie technologicznym, do 57 krajów świata”.

Zresztą sam Jakubowicz wpisuje się w ten nurt jałowego krytykanctwa wczesnych reform Balcerowicza, gdy szumnie zatytułowaną sekcję Nie jesteśmy liderem schizofrenicznie kończy słowami: „Bezspornym liderem wzrostu jest więc Polska”.

Zadziwiająca jest jednak ekwilibrystyka, jaką wcześniej uprawia, by nieudolnie udowodnić tezę postawioną w tytule sekcji. Najpierw wkłada w usta swoich oponentów słowa, że w ich opinii „spadek PKB w pierwszych dwóch latach transformacji wśród krajów naszego regionu był najniższy w Polsce”. Następnie, żeby dowieść swojej racji, rozbiera zmiany w polskim PKB na poszczególne lata, dzięki czemu jest w stanie wykazać, że w 1990 r. Polska zanotowała największy spadek, a w 1991 r. może i mniejszy, ale też wcale niemały. W końcu stwierdza, że od 1992 r. dzieją się „interesujące rzeczy” (najwyraźniej bez związku z wcześniejszym w Polsce niż w innych krajach „rozmachem transformacyjnym”, który obwinia za bardziej gwałtowny spadek PKB w 1990 r.), za sprawą których Polska „wykazuje ciągły (mniejszy lub większy) wzrost”.

Tymczasem teza stawiana przez obrońców polskiej transformacji jest taka, że Polska doświadczyła najmniejszego spadku PKB w trakcie całej tzw. transformacyjnej recesji (wynikającej z ujawnienia błędów gospodarki socjalistycznej) i najwcześniej, bo w 1992 r., z tej recesji wyszła. Wyjaśnienia tego drugiego zjawiska autor zresztą nie przedstawia, a tylko uznaje je za wspomniane „interesujące rzeczy”.

Prawdą jest, że w 1990 r. Polska doświadczyła dużego na tle innych krajów regionu spadku PKB. Ale kiedy w 1992 r. zaczęły dziać się „interesujące rzeczy” i polska gospodarka zaczęła rosnąć, w innych krajach postsocjalistycznych recesja trwała dalej. W konsekwencji Polska doświadczyła najmniejszego całkowitego spadku PKB (ewentualnie według niektórych szacunków znalazła się zaraz za Czechami), najwcześniej weszła na ścieżkę wzrostu i najszybciej (wraz z Czechami i Słowacją) osiągnęła poziom PKB na mieszkańca z 1989 r. Żadne intelektualne akrobacje, polegające na rozbijaniu zmian PKB na poszczególne lata, tego nie zmienią. Oczywiście nie sposób zarazem uznać tego za tytułową „zasługę lewicy”, bo przecież ta Sejm przejęła dopiero jesienią 1993 r., a tym bardziej za osiągnięcie widniejącego na zdjęciu Kołodki, wicepremiera i ministrem finansów od wiosny 1994.

Trudno dla tego faktu znaleźć inne wyjaśnienie niż wczesne i radykalne reformy rynkowe – wskazują na to też porównania międzynarodowe. Kraje, które zastosowały głębokie radykalne rynkowe zmiany i ich później nie cofnęły, osiągały lepsze wyniki. Te, które wcześniej zaczęły proces dostosowywania swoich gospodarek do warunków rynkowych, wcześniej wychodziły z tzw. transformacyjnej recesji. Szybkie dostosowanie było z początku bardziej bolesne, ale wcześnie przynosiło korzyści.

Muszę też odnieść się do rzekomego „oddawania za bezcen dobrze prosperujących polskich przedsiębiorstw [państwowych]”, co według autora było przejawem „nowej religii”. Gdyby faktycznie państwowe zakłady z okresu PRL tak dobrze prosperowały, to socjalizm by nie upadł, a ludzie w międzyczasie nie musieliby spędzać całych dni w kolejkach do sklepów. Państwowe zakłady nie prosperowały ani – wbrew rzucanym za zawodowymi krytykami polskiej transformacji zaklęciom – nie były „supernowoczesne” (gdyby były, to liberalizacja handlu zagranicznego nie mogłaby im zaszkodzić). Powstawały i były rozwijane w wyniku decyzji aparatu partyjnego, odpowiadały na potrzeby upartyjnionej i w dużej mierze autarkicznej gospodarki socjalistycznej, a nie klientów krajowych i zagranicznych, i w końcu były przytłoczone długami.

W końcu to, że po trzydziestu latach od upadku socjalizmu „wyższe dochody mają Czechy, Słowenia, Słowacja, Litwa, Estonia”, nie wynika z błędów popełnionych przez polskich reformatorów, lecz z tego, że wymienione kraje startowały w 1989 r. z o wiele wyższego poziomu, a poza tym nie musiały zmierzyć się z odziedziczonymi po socjalizmie problemami zadłużenia zagranicznego i – z wyjątkiem krajów bałtyckich –hiperinflacji. W 1989 r. PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej w Polsce wynosił ok. 55 proc. poziomu Czech, natomiast w 2018 roku jest to ok. 85 proc. W stosunku do Stanów Zjednoczonych zanotowaliśmy awans z ok. 25 proc. w 1989 r. do ponad 50 proc. w 2018 r. W punkcie wyjścia pod względem rozwoju gospodarczego Polska w zależności od szacunków zajmowała ostatnie albo przedostatnie (przed Rumunią) miejsce z jedenastu krajów postsocjalistycznych, które weszły później do Unii Europejskiej. Polska transformacja jest sukcesem: ogromnie zmniejszyliśmy lukę rozwojową i uniknęliśmy większości problemów, które doświadczyły inne kraje regionu. Ale nie byłoby tego sukcesu, gdyby w pod wieloma względami niesprzyjających warunkach nie rozpoczęto realizacji planu Balcerowicza.

Autor jest ekonomistą, ekspertem Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Maszyny zabierają pracę ludziom

Dziś, tak jak dziesiątki i setki setki lat temu, wielu pracowników jest zagrożonych przez automatyzację. To problem znany od zawsze – i zawsze świat jakoś sobie z nim radził. Tak będzie i tym razem.

Najnowszy raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)„Future of Work 2019” wskazuje, iż 14 proc. zawodów w gronie państw OECD zagrożonych jest automatyzacją. Natomiast 32 proc. ulegnie „zdecydowanej zmianie” poprzez wdrożenie innowacyjnych technologii cyfrowych.
Raport sytuuje nasz kraj w grupie państw o wysokim prawdopodobieństwie automatyzacji istniejących miejsc pracy.

Kiedyś ich nie było

Ponad 40 proc. nowych miejsc pracy powstałych w ostatnich latach (2005–2016) na świecie to miejsca pracy w zawodach związanych z szeroko rozumianą branżą technologii cyfrowych. Według Światowego Forum Gospodarczego (WEF) wiele z tych nowych zawodów nie istniało jeszcze 10 lat temu.
Nie było wtedy m.in. programistów aplikacji mobilnych, menedżerów mediów społecznościowych, specjalistów chmury obliczeniowej, inżynierów transportu autonomicznego, czy operatorów dronów. Dzisiaj są to jedni z najbardziej poszukiwanych pracowników, otrzymujący wysokie wynagrodzenia.
Generalnie, większość nowych zawodów to profesje silnie wyspecjalizowane, wymagające wykwalifikowanej kadry i stosunkowo trudne do szybkiego opanowania, także dla przekwalifikowujących się pracowników z innych dziedzin.
Na potencjalny problem, wynikający z tego faktu, wskazywał profesor Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie pisząc: „Dlatego, mimo iż pojawi się wiele nowych miejsc pracy dla ludzi, możemy być świadkami powstania nowej, bezużytecznej klasy. Może nas nawet spotkać najgorsze: będziemy cierpieć jednocześnie z powodu wysokiego bezrobocia i braku wykwalifikowanej siły roboczej”.
Szacunki Oxford Martin School są w tym kontekście niepokojące. Już w 2013 roku wskazywały na 47 proc. zawodów zagrożonych przez automatyzację w ciągu dwóch najbliższych dekad. Niektóre zawody, jak te związane z handlem, są zagrożone nawet w 80 proc.

Polskie szanse

Polska zawdzięcza wzrost gospodarczy w dużej mierze przedsiębiorstwom realizującym prace łatwe do zautomatyzowania. Tak jest w zakładach produkcyjnych (często zajmujących się podwykonawstwem), w administracji (np. centra usług wspólnych), firmach transportowych, czy przedsiębiorstwach z zakresu górnictwa i rolnictwa.
Zdecydowana większość tych przedsiębiorstw ma jeszcze duże możliwości wdrożenia robotyzacji – zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak o oprogramowanie. Istotne jest, by móc możliwie szybko zidentyfikować wszystkie te obszary – oraz opracować systemowe podejście do kształcenia przyszłych pracowników, tak by mogli funkcjonować w nowych zawodach.
Należy również przygotować mapę stopniowego przekwalifikowywania części obecnych pracowników.
Trzeba pamiętać, że jest to proces ciągły, a zmiana zawodu może odbywać się niekoniecznie tylko jeden raz w życiu jednej osoby. Równolegle, należy też stymulować oraz premiować kreatywność, innowacyjność i wynalazczość – bo wszystkie te dziedziny, przynajmniej na dzisiaj, są trudne do zautomatyzowania.

Wszystko się może zmienić

Szeroko rozumiana transformacja cyfrowa przekształca obecnie wszystko – na nowo definiuje gospodarki, zmienia sposób działania firm, wprowadza nowe modele biznesowe, zmienia sposób zarządzania państwami oraz sposób, w jaki ludzie się ze sobą komunikują.
Jesteśmy świadkami daleko idącej transformacji i przechodzenia na tzw. gospodarki oparte na danych. To właśnie dane są obecnie najcenniejszym zasobem.
Szacuje się, że wdrożenie nowoczesnych technologii cyfrowych w samej Unii Europejskiej oznacza powstanie rynku o wartości ponad 415 miliardów euro rocznie. Każdy kto odpowiednio przygotuje się do procesu transformacji cyfrowej oraz nauczy się korzystać z nowych możliwości, jakie dają innowacyjne technologie, wygra we wszystkich dziedzinach życia – czyli społecznej, ekonomicznej oraz politycznej.
By to osiągnąć potrzebna jest odpowiednia strategia, niezależnie, czy patrzymy na to z poziomu dowolnej wielkości biznesu, poszczególnych państw, czy regionów.

Komuniści o Sudanie

Ponad 50 partii komunistycznych i robotniczych wystąpiło ze wspólnym stanowiskiem wspierającym walkę ludu Sudanu o pokój, demokrację, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną.

W wyniku trwających od czterech miesięcy masowych protestów, które rozpoczęły się 19 grudnia ub. r., obalony został prezydent Omar al-Baszir, sprawujący dyktatorską władzę od 30 lat. 11 kwietnia władzę przejęła Tymczasowa Rada Wojskowa (MTC), która wprowadziła stan wyjątkowy oraz zapowiedziała przekazanie władzy cywilom dopiero za 2 lata. Sudańczycy odmawiają uznania władz tymczasowych, mających powiązania z dotychczasowym reżimem. MTC został natomiast uznany przez Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Partie komunistyczne potępiły spotkanie wysłannika USA Stevena Koutsisa z Mohammadem Hamdanem Daglo, zastępcą szefa MTC, w kompleksie pałacu prezydenckiego w Chartumie. Daglo jest dowódcą Sił Szybkiego Wsparcia, składających się zasadniczo z niesławnego Janjaweedmilitii, który przez piętnaście lat sprawował terror w Darfurze i jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko ludzkości, wymordowanie dziesiątek tysięcy ludzi.
Siły na rzecz Wolności i Przemian, w tym Sudańska Partia Komunistyczna, wezwały do dalszych masowych działań w celu pokrzyżowania planów USA i ich regionalnych reakcyjnych sojuszników.
Zagraniczne partie komunistyczne zadeklarowały poparcie dla masowych ulicznych protestów ludzi pracy pod hasłem „Wolność, pokój i rewolucja to wybór ludu” oraz walki Sudańskiej Partii Komunistycznej oraz koalicji „Siły na rzecz Wolności i Zmian”.

Megauwłaszczenie

Trzydziesty rok transformacji ustrojowej minie niezadługo. Szykowane są różne fety, uroczystości oficjalne i półoficjalne. Niewątpliwie sprzyja to refleksjom nad czasem minionym i chwilą obecną.

Przez całe trzydzieści lat, niemal codziennie, albo i kilka razy dziennie karmieni byliśmy opowieściami o „uwłaszczającej się nomenklaturze komunistycznej”. To właśnie ona i jej niecny proceder miał być praprzyczyną wielu problemów zwykłego i niezwykłego Polaka. W tą trąbkę dmuchała cała postsolidarnościowa elita polityczna nowej Polski: Unia Wolności, AWS, PC, PO, PiS i inni. Dzień w dzień, noc w noc. Ale wszystkie te ugrupowania miały i dalej mają wszelką moc sprawczą, aby tych niegodziwców, którzy podstępem zawładnęli publicznym majątkiem wytropić i publicznie pokazać. Mają do dyspozycji prokuraturę, część sądów, różnego rodzaju agencje, policję. Jednakowoż nic takiego się nie stało, nikt nigdy nie opisał tego zjawiska w sposób rzetelny, nie wskazał imiennie beneficjentów transformacji ustrojowej, którzy zawładnęli publicznym do czerwca 1989 r. majątkiem. Znam dwie takie osoby. Jedna nosiła podobno pseudonim „Rycerz” i uwłaszczyła się na popularnym tytule prasowym. Druga osoba dyrektorowała zjednoczeniu przedsiębiorstw branży rozrywkowej i wykupiła od zatrudnionych w nich udziały tych przedsiębiorstw, przekształconych w nowej Polsce w spółki pracownicze. Obecnie jest wielce szanowanym przedsiębiorcą, ważną postacią polskiego rynku medialnego. Być może są jeszcze inni.
Może więc warto by było dać wreszcie społeczeństwu jakiś godziwy prezent z okazji 30-lecia transformacji ustrojowej i opublikować oficjalny, imienny wykaz „komunistycznej nomenklatury, która uwłaszczyła się na mieniu publicznym”. Po to, aby raz na zawsze uciąć plotki, spekulacje, oskarżenia. Chyba, że chodzi o to, aby każdy dorosły Polak tą bajkę o żelaznym wilku słuchał codziennie, aby ciągle gonić króliczka i broń Boże go nie złapać.
Ma przecież „uwłaszczanie się na państwowym” w Polsce swoją niekomunistyczną kartę. Mistrzem takiego procederu okazuje się grupa osób skupiona wokół najpierw braci Kaczyńskich, a obecnie wokół Jarosława Kaczyńskiego. To ta grupa szybciutko uwłaszczyła się na mieniu publicznym wykupując za marne grosze tytuł „Express Wieczorny” i prawa do kilku działek z czterema nieruchomościami w centrum Warszawy. Zapłaciła oczywiście nie swoimi pieniędzmi. Wynajmowała bowiem od gminy pomieszczenia, które z kolei podnajmowała jednemu z banków, który okazał się tak łaskawy, że zapłacił czynsz z góry za 12 lat. Ukoronowaniem tego uwłaszczenia miały być dwa wysokościowce w centrum stolicy, prawdopodobnie jeden o nazwie „Lech”, a drugi „Jarosław”.
Casus spółki Telegraf, Porozumienia Centrum i PiS musi jednak skłaniać do refleksji, czy to przypadek, wyjątek w kryształowo czystej historii gospodarczej postsolidarnościowych elit, czy raczej wierzchołek góry lodowej. Niewątpliwie losy narodowego majątku, z trudem wypracowanego przez miliony Polaków w okresie niemal półwiecza zasługują na rzetelne opracowanie. O ile bowiem dość dobrze znane są losy średnich i dużych zakładów przemysłowych, dzięki między innymi kapitalnym monografiom pod redakcją prof. Karpińskiego: „Jak powstawały i upadały zakłady przemysłowe w Polsce”, czy „Prawda i kłamstwa o przemyśle”, o tyle ziemią nadal nieodkrytą jest likwidacja tysięcy (ile?) zakładów zatrudniających poniżej 100 osób (nie objęte badaniami prof. Karpińskiego), likwidowanych, przekształcanych, sprzedawanych bez żadnego nadzoru społecznego przez administracje wojewódzkie. To jednak również uwłaszczanie się na innych aktywach jak grunty i pieniądze. Archiwa Najwyższej Izby Kontroli pełne są informacji o tych zjawiskach. Tutaj wspomnę tylko trzy: skandaliczny sposób znoszenia, a właściwie likwidacji Funduszu Rozwoju Eksportu, historię Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, czy też historię pewnego banku, którego misją miało być tworzenie miejsc pracy (wczesna lata 90-te), który powstał dzięki specjalnej pomocy rządu T. Mazowieckiego ze środków Funduszu Daru Narodowego i który bardzo szybko, po otrzymaniu dotacji się skomercjalizował. Dzięki temu bankowi nie powstało żadne nowe miejsce pracy, poza samym bankiem rzecz jasna.
Nie chodzi więc tylko o gonienie króliczka. Chodzi o to, aby w cieniu nieustającej ekscytacji społeczeństwa mityczną uwłaszczającą się „nomenklaturą komunistyczną”, ukryć różne sposoby uwłaszczania się postsolidarnościowych elit politycznych. Do bólu szczerzy Michnik i Bielecki publicznie głosili hasło, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie dodawali tylko komu.
Wydawać by się mogło, że proceder uwłaszczania się elit w naturalny sposób dobiega końca. O naiwności! Nie doceniamy prawicowych polityków. Na naszych oczach dokonuje się oto kulminacja procesu uwłaszczania. Nie chodzi o uwłaszczanie się na majątku przedsiębiorstwa, jakiejś nieruchomości czy jakimś banku. W minioną sobotę poseł Jarosław Kaczyński przystąpił do Wielkiego Finału: do uwłaszczenia siebie i swojej grupy na całym kraju.
Kaczyński nie ukrywa, że jego celem jest zdobycie w jesiennych wyborach parlamentarnych konstytucyjnej większości w Sejmie i w Senacie. To dla niego i dla jego otoczenia jest sprawą życia i śmierci. Nie ukrywa więc, że gotów jest za to zapłacić każdą cenę, zwłaszcza, że nie ze swojej – jak zwykle – kieszeni. Ogłoszone przez Kaczyńskiego wyborcze obietnice, nazywane w publicznym wystąpieniu urzędującego wicepremiera „podarunkiem Jarosława Kaczyńskiego dla społeczeństwa” są bezczelne i skandaliczne. Bezczelne, gdyż zawarta w nich jest forma szantażu, skandaliczne, gdyż godzą w porządek prawny RP. Szacowany koszt obietnic Kaczyńskiego tylko na ten rok to około 40 mld złotych. Oczywiście nie ma ich w podpisanym niedawno przez Prezydenta budżecie na ten rok. Ale kto by się tam tym przejmował. Już zapowiedziano, że rząd właśnie się zbiera, aby te środki „znaleźć”. Co to znaczy znaleźć środki finansowe w budżecie ? To znaczy albo wygenerować nowe, nieznane źródło dochodów, albo się zadłużyć, albo komuś zabrać. W pośpiechu wymyślono propagandową formułę, że środki pochodzić będą ze zwiększenia efektywności administracji. Rozdawnictwo sięgnęło dna. Tzw. „trzynastki” dla emerytów nie są żadnymi trzynastkami. Te bowiem są dodatkową pensją w pełnej wysokości. Dlaczego każdy emeryt ma dostać jednorazowo 1100 zł? Nie po to bynajmniej, aby systemowo ulżyć najuboższym. Po to, aby zapłacić za głosy, za jak największą liczbę głosów. Kaczyński obiecuje jednakowy dla wszystkich prezent (łapówkę?) w tym roku, zaznaczając, że w przyszłym roku się postara – jeśli, co każdy rozumie – obdarowani odpowiednio zagłosują. Poza systemowe rozdawnictwo publicznych pieniędzy, usankcjonowane autorytetem rządu, to oficjalna korupcja polityczna na mega skalę, a groźba: nie dostaniecie w następnych latach jak na mnie nie zagłosujecie nosi wszelkie cechy szantażu.
Jarosław Kaczyński, wzorem managerów z początków lat dziewięćdziesiątych, którzy skupywali od pracowników akcje ich własnych przedsiębiorstw, odkupić chce dzisiaj od „suwerena” całe państwo. Chce kupić za marne 40 miliardów zł, płaconych z kieszeni tegoż „suwerena”. Jeżeli ten diabelski plan się powiedzie, to w przyszłości gospodarki kraju nie uratuje nawet koncern produkujący znaczki „Ja nie głosowałem na PiS”.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Zabić ten kapitalizm

Transformacja ustrojowa i III RP nie miały i nie będą mieć dobrej prasy wśród większości polskiego społeczeństwa. Poza klasą kapitalistyczną i tymi, którzy w sposób efektywny wykorzystali panujący (wciąż) neoliberalizm grono miłośników III RP pozostaje skromne.

 

Przymusowi emigranci i ich rodziny, ludzie wychowani w rzeczywistości wysokiego bezrobocia, pracownicy godzący się na życie na śmieciówce, upłynnieni ludzie niskich płac i zniszczonych marzeń o poczuciu bezpieczeństwa… Oni wszyscy nie cenią sobie porządku, który przyniósł Polsce turbokapitalizm na półperyferyjnych i krwiożerczych warunkach. Polski kapitalizm to dla ludzi pracy synonim trudu, klęsk i pustych obietnic podawanych w religijnym sosie. Poza zniszczeniami na poziomie czysto ludzkim potransformacyjny porządek zrujnował także polską narodową samoocenę. Kraj wyprzedaży, królestwo prywaty i „teoretyczne państwo” wytworzyły atmosferę porażki, upodlenia i głębokiego, narodowego wręcz wstydu. Wstydu za upokorzenia przeżywane przez ludzi pracy i wstydu za demoralizację miłościwie panującej klasy kapitalistycznej.

Dla przeciętnego polskiego pracownika drzwi do awansu społecznego i bramy ku wolności nie zamknął zresztą wcale PiS, lecz zrobił to już dawno temu Leszek Balcerowicz. Warstwy uprzywilejowane „Polski kapitalistycznego sukcesu” rodem z TVN-u, Forbesa i Gazety Wyborczej nie są też wcale uniwersalną, polską inteligencją, lecz stanowią bardzo konkretną grupę, która skutecznie i na całe dekady przywłaszczyła sobie środki kulturowej i społecznej reprodukcji, okupując się na najwyższym poziomie życia i z pogardą patrząc na innych, którym cały czas wmawia się, że III RP to kraj konsumentów luksusowych towarów i szczęśliwców, którzy wygrali los na loterii.

Tego wstydu nie czują oczywiście beneficjenci tych zmian oraz towarzystwo celebrytów – czuje go natomiast cała, wielka „Polska B”, która bynajmniej nie jest jedynie domeną „Wschodu” i małych miejscowości, gdzie panuje biedniejsza wersja kapitalizmu. Czują go wszyscy Ci, których nowa kaprzeczywistość ustawiła gdzieś pomiędzy żałośnie niską pensją minimalną, niedostatkiem i życiem bez perspektyw na zarobienie na własne mieszkanie.

Ten wstyd jest dziś jednym z podstawowych czynników stymulujących tęsknotę za „wielką Polską”, czyli za naprawdę silnym państwem, za dumą narodową i wiarą w narodową i państwową wspólnotę, która byłaby skuteczna i pomogła wydostać się z pułapki śmieciowej egzystencji. To inaczej zwane przywiązanie do państwa socjalnego i opiekuńczego, które wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej gra dziś jednak na korzyść rządzących, którzy przekuwają je w zupełnie nową narrację i tworzą nowy język pseudokonfliktu społecznego.

PiS-owskim, wyimaginowanym konfliktem, w który obecna władza pragnie wciągnąć wszystkich pozostałych aktorów jest konflikt na linii „lud” kontra „elita”. W konflikt ten z powodzeniem i w sposób naturalny daje się też wciągnąć praktycznie cała „opozycja”, która czy to z głupoty, czy też z uwagi na kryzys ideowy, weszła w buty oprawców i złodziei z III RP.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tego PiS-owskiego substytutu walki klas dla upokorzonych. Mówienie o „ludzie” i o „elitach” w XXI wieku przystoi jedynie nacjonalistom, miłośnikom faszyzmu lub fetyszystom epoki feudalnej. We współczesnym kapitalizmie mamy do czynienia z klasą pracującą, klasą kapitalistyczną, a także przedstawicielami określonych warstw i grup społecznych. Totalizacja i tworzenie dwóch rzekomo przeciwstawnych sobie obozów (pseudo)klas kulturowych jest zarówno całkowicie błędne, jak i skrajnie szkodliwe. Rzeczywistym wyróżnikiem, który PiS stara się nam narzucić jest ślepy, religijny nacjonalizm, który bynajmniej nie zagraża kapitalizmowi, lecz wręcz umacnia go i orientuje wokół interesów narodowej burżuazji.

Rzeczywistym przeciwnikiem ludzi pracy są beneficjenci porządku opartego na wyzysku, czyli właściciele kapitału oraz podpięta pod jego interesy partyjna biurokracja. Wrogiem jest kapitalizm. A elitami w kapitalizmie są konkretnie: utrzymujący obecny system właściciele.

Wyśnione i obarczane winą za upadek demokracji i PiS-owski autorytaryzm „masy ludowe” to w istocie całkiem rozumny – oraz reagujący zgodnie z prawami politycznego rynku – proletariat, który w swej skromnej części głosuje na PiS przede wszystkim z uwagi na świadomość własnych i całkowicie obiektywnych interesów. Te interesy są odrębne od interesów polskich właścicieli i od interesów ludzi korzystających z rajów podatkowych, których reprezentują dziś w zasadzie wszystkie partie skupione w polskim parlamencie. Cała ta zagadkowa „wyjątkowość” obecnej władzy polega wyłącznie na tym, że partia ta jako pierwsza została obiektywnie zmuszona (przez nacisk żądań samego świata pracy) do pewnych minimalnych ustępstw względem najtwardszej linii polityki neoliberalnej i najlepiej też posługuje się językiem nacjonalizmu i IPN-owskich narracji, którym „światli” liberałowie rodem z Unii Wolności przez cały dekady karmili polską młodzież. I jak widać: nie bezkarnie.

PiS nie jest więc przedstawicielem wyklętego/otumanionego ludu tej ziemi, lecz klasyczną, konserwatywną prawicą, która chwilowo stała się sojusznikiem dla części polskiego świata pracy. To nie jest szokujący konflikt kulturowy, w którym banda kiboli znęca się nad mówiącymi po francusku. To nie walka oświeceniowego rozumu z nacjonalistyczną ciemnotą. To nie konflikt pomiędzy salonami i stadionami. To walka o trochę wyższe stawki, o sprawniej działające państwo, o godność szeregowego człowieka pracy, który w systemie demokracji parlamentarnej ma jeszcze czasami tę możliwość, że jest w stanie przegłosować te kilkanaście procent najbogatszych + ich bogatych krewnych i fruwających po świecie znajomych z telewizji śniadaniowych.

Rzeczywiste podziały nie przebiegają więc wcale wzdłuż pokoleń ani nie dotyczą stopnia wykształcenia. Podziały są klasowe i dotyczą wysokości płac, czasu pracy, czy bezpieczeństwa socjalnego i poziomu życia. Prawdziwe sprzeczności występujące na poziomie klas kulturowych dotyczą zaś przede wszystkim różnic ideologicznych, ponieważ faktem jest, że neoliberalny sen o Polsce dla większości społeczeństwa okazał się kłamstwem. Konflikt pomiędzy PiS-em i PO nie jest jednak wcale konfliktem prostactwa z wykształciuchami. To konflikt dwóch obozów prawicowego neoliberalizmu, przy czym ten bardziej liberalny obyczajowo ma też to do siebie, że pozostaje zupełnie ślepy na wady, klęski i katastrofy, które przyniósł nam (ich wspólny) barbarzyński kapitalizm.

Idąc tropem Marksa nie pokładam żadnej wiary w zdolność do autorefleksji beneficjentów kapitalistycznego wyzysku. Nie zmienia to jednak faktu, że cała polska lewica stoi w tym momencie przed możliwie największym zagrożeniem. Budowanie opozycji na zasadzie „naród kontra zdrajcy” i „prawdziwy lud kontra elita” to klasycznie faszystowskie klisze służące przede wszystkim kreowaniu języka politycznego na poziomie regresywnego nacjonalizmu. (…) Różnica między nacjonalistyczną „ludowością”, a ruchem proletariackim polega też na tym, że ta pierwsza pozostaje pod bezpośrednią kontrolą prawicowych i kapitalistycznych elit. To „ludowość”, która zakazuje samokształcenia i odcina się od edukacji i postępu, na której czele stoi bogaty kler w parze z prawicowymi elitami partyjno-biurokratycznymi i czerpiącym z tego największe profity światem biznesu. Wulgarny naturalizm, promowanie złego gustu i myślenia w kategoriach Polak/Wróg nie jest więc wcale „oddolnym, ludowym wynalazkiem”, tylko konstruktem służącym na rzecz uprzywilejowanych i bogatych.

Bez krytyki klasy kapitalistycznej i nietykalnych jak dotąd przedsiębiorców każda „krytyka” skazana będzie na pogoń za mitycznymi, czyhającymi na „prostego człowieka” i kradnącymi „elitami” – w obrębie których z równym powodzeniem umieścić można dziś biednych doktorantów i nauczycieli, jak i właścicieli dużych firm i spadkobierców kulczykowych fortun. Tego właśnie chce PiS, którego pomysł na „polski lud” i „Polaka” jest bardzo wyraźny: to polujący na sodomitów Polak-tylko-katolik, który walczy ze wszystkimi sąsiadami, przeciwko wszystkim postępowym ideom i na rzecz utrwalania nacjonalistycznego ciemnogrodu, którego istnienie jest zresztą po prostu skrytym życzeniem samego kapitału, który w ten właśnie sposób pozbywa się odpowiedzialności za politykę i zwala swe winy na barki złych ludzi z partii rządzącej. Tak otumaniona klasa pracująca staje się zresztą całkowicie bezwolna, bierna i bezradna w obliczu ataków ze strony samego kapitału.

Nie istnieje więc żaden „lud” do którego trzeba się zniżać i na którego poparcie przepis posiada rzekomo wyłącznie PiS. Prawie wszyscy żyjemy już w kręgu tej samej socjalizacji i w coraz bardziej jednorodnej kulturze.

Uniwersalna, przemysłowa kultura generowana przez współczesny kapitalizm wytwarza możliwości raczej łatwego nawiązywania wspólnego języka ze wszystkimi. Żyjemy w erze wielkiej uniformizacji. Oglądamy, czytamy i pozostajemy w kręgu podobnych treści. Powoli są to już zresztą treści przede wszystkim o pochodzeniu zagranicznym, czego kwintesencją jest m. in „Netflix”, będący zinstytucjonalizowaną i zintegrowaną siecią produkcji kulturowej rodem prosto z prognoz Theodora Adorno. Dlatego właśnie budowanie tożsamości młodych pokoleń na Żołnierzach Wyklętych nigdy w pełni się nie powiedzie. PiS-owi po prostu zabraknie do tego miejsca na Youtubie, filmów w kinach, wyświetleń na instagramie i filmików na snapchacie. Prawicowa repolonizacja kultury nie jest już możliwa. To przedpotopowa bajka dla oderwanych i naiwnych.

Cała współczesna narodowa hucpa jest zresztą tylko mało popularną stylówą, która opiera się na sentymencie do podziałów rodem z czasów Powstania Warszawskiego. Trudno już nie traktować tego z przymrużeniem oka. Podobnie społeczeństwo traktuje też w gruncie rzeczy cały blichtr PiS-owskich darów. Już za 10 lat ostatni żywi świadkowie Wojny przejdą do historii, a PiS-owska estetyka, której główną siłą jest wieczne pragnienie zemsty na Niemcach i Rosjanach ostatecznie przejdzie już do lamusa.

W tej sytuacji wystarczy wiedzieć jak odpowiednio się zachować. Kluczem do politycznego sukcesu pozostaje kwestia stosowania odpowiedniego języka, bycia zrozumiałym i czytelnym, a także bliskim wyobraźni świata pracy – a nie świata biznesu. Spajająca siła nacjonalizmu z przyczyn obiektywnych – głównie z uwagi na słabość polskiej gospodarki i ze względu na rzeczywiste warunki życia w naszym kraju – zawsze będzie płytka i prymitywna.

Nowe problemy: katastrofa klimatyczna, kwestia migracji, miejsce pracownika i jego prawa w turbokapitalistycznym świecie chwilówek-śmieciówek… będą kształtowały zupełnie nowego i odpornego na kapitalistyczną propagandę sukcesu człowieka.

I o tych ludzi trzeba walczyć.