Głos lewicy

Razem znów osobno

„Chcąc nie chcąc stale docierają do mnie wieści o nowych odejściach z Partii Razem. O ile jeszcze ileś miesięcy temu rezygnacje mogły budzić zaskoczenie, to dzisiaj przyjmowane są już bez cienia zdziwienia. Trzy lata temu niezapisanie się do Razem trzeba było uzasadniać. Obecnie wprost nieprawdopodobna wydaje się sytuacja, w której jakaś osoba z pozycją czy rozpoznawalnością na lewicy wstąpiłaby do Razem.
Odchodzą ludzie z różnych partyjnych frakcji, zniechęcają się kolejni publicyści i potencjalni sojusznicy – wygląda na to, że to już jesień tej organizacji i jeżeli cykl wyborczy w wyniku jakiegoś szczęśliwego zbiegu okoliczności nie przyniesie ze sobą wiosny to Razem najprawdopodobniej nie przetrwa zimy. Ci, którzy wiernie w partii trwają odłożyli już sporo zimowych zapasów i nie dziwię się, że zrobią wszystko, żeby nie zostały one spisane na straty.
Mimo wszystko życzę Razem sukcesów wyborczych, choć to jak często muszę się z tego w mojej lewicowej bańce tłumaczyć nie wystawia partii dobrego świadectwa. Trudno się dziwić. Obserwowanie w jak szybkim tempie padają jeden po drugim filary karminowej tożsamości, których Razem ponoć tak zaciekle strzeże, powinno stanowić nauczkę dla całej lewicy. Zapewnienia o kolektywnym przywództwie niewyalienowanym od partyjnych dołów, o partii, która przekracza dystans między Polską A a Polską B, o reprezentowaniu pracowników i klasy ludowej, o budowie organizacji wolnej od dyskryminacji i przemocy, o zajmowaniu się tematami najistotniejszymi dla milionów, a nie dla trulewaków – wszystko to ładnie wygląda podawane w PR-owym opakowaniu w programie Andrzeja Morozowskiego i w przytulnym studiu TOK.fm, ale w praniu zostaje z tego coraz mniej.
Przeciwnicy i krytycy Razem nie powinni jednak cieszyć się z cudzego wypadku, ale dostrzec, że twardy opór rzeczywistości, z jakim skonfrontowała się ta partia i dziecięce choroby lewicowości, których się przy tym nabawiła, nie ominą jakiejkolwiek inicjatywy, jaka mogłaby powstać na polskiej lewicy dzisiaj, jutro czy kiedykolwiek indziej.
Sami nie wyciągniemy się za włosy z bagienka, w które się wplątaliśmy – mógłby to zrobić tylko ktoś, kto byłby zdolny budować lewicę nie dla jej działaczy i działaczek, ale razem z ludem i wśród ludu. Lewicę bez dogmatu, niebędącą zakładniczką swoich symboli, przyzwyczajeń, wzorców, idoli i preferencji estetycznych.
Dlatego nie trwóżcie się nadaremnie, towarzysze i towarzyszki, bo nadejdzie wreszcie czas ponownego przyjścia Andrzeja Leppera. Niech tylko ten, co powstrzymuje, ustąpi miejsca, a staniemy na tym sądzie ostatecznym w kolejce po legitymację, gdzie spisane będą nasze czyny i zamiary” – pisze Łukasz Moll na Facebooku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *