Głos lewicy

Może i dobrze

 

Łukasz Moll znów kontrowersyjnie. Tym razem o kondycji polskiej nauki i „aferze astronomicznej”:

Od kilku dni moi znajomi grzmią, że Gowin planuje uczynić z teologii samodzielną dyscyplinę naukową. Uważam, że to niekoniecznie zła decyzja. Dlaczego?
Nie mam oczywiście wątpliwości, że ten ruch to gest w stronę kościoła katolickiego, za którym ma iść przekierowanie większych środków budżetowych, o które teolodzy nie będą musieli rywalizować z naukami „świeckimi”. Mimo wszystko, gdybyśmy mieli u władzy rząd lewicowy, zalecałbym chyba podobny ruch.
Trzeba tutaj dostrzec, że ten kij ma dwa końce. Tak, wykrojenie teologii z kręgu nauk humanistycznych sprawi, że teolodzy przestaną podlegać ocenie przedstawicieli tych drugich, ale zauważmy, że to jest relacja dwustronna: humaniści przestaną być oceniani przez teologów. W praktyce będzie to oznaczało na przykład to, że aplikując o grant z filozofii nie będzie mnie oceniał ksiądz, dzięki czemu będzie istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostanę uwalony za przekonania, preferencje teoretyczne czy przyjęty temat. I to akurat jest dobra zmiana.
Tak, wiem, co zaraz powiecie. Że dla Was teologia nie jest nauką i nie powinna być nauczana na uniwersytecie, ani finansowania z publicznych środków. To gorący spór, który trawi kulturę europejską od średniowiecza i sądzę, że – ku zmartwieniu obu stron tego sporu – nigdy nie zostanie on rozwiązany. I wiecie co? To chyba dobrze. Bo pytanie o naukowy status teologii to jedno z pytań, które konfrontuje nas z granicami nauki i zapewnia jej żywotność. Wbrew uproszczonemu poglądowi nauka wcale nie rozwinęła się w wyniku nagłego cięcia, które zdetronizowało teologię i odesłało ją do działu o nazwie „fantastyka, okultyzm i mambodżambo”. Rozwój nauki został przygotowany w łonie teologii, a spór tego, co święte z tym, co świeckie zawsze był produktywny dla nauki. Mimo pożałowania godnego poziomu refleksji teologicznej, z którym mamy dzisiaj w Polsce do czynienia zwłaszcza w debacie publicznej (mniej mi wiadomo na temat poziomu teologii na uniwersytetach), uważam, że w społeczeństwie, w którym katolicyzm na pewno będzie przez długi czas zaspokajał potrzeby duchowe znacznej, nawet jeśli malejącej części obywateli, to, żeby refleksja teologiczna wzniosła się np. na poziom, na który podniósł ją obecny papież, otwierając ją na szereg wątków i przewartościowań inspirujących także dla wielu nie-katolików, i to, żeby duszpasterstwo wyglądało tutaj inaczej – że to wszystko jest istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
Z uwagi na to, że zwłaszcza w Polsce strona świecka nie wygra tego sporu być może nigdy, raczej nie w najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu latach, a już na pewno nie z PiS-em u władzy, usamodzielnienie teologii nie wydaje mi się złym pomysłem z pragmatycznego punktu widzenia. Martwi mnie oczywiście to, że tak długo jak w ministerstwie nauki i szkolnictwa wyższego będzie urzędował Gowin albo inny przyjaciel kościoła, pójdzie za tym wsparcie niemiarodajne do znaczenia i osiągnięć teologii, ale już lewicowy rząd – jeśli nie pójdzie na starcie z kościołem, wypowiedzenie konkordatu i obcięcie finansowania teologii – mógłby po prostu postawić teologom tak samo wysokie wymagania jak innym uczonym. Chociaż trudno byłoby je waloryzować – co nie odróżnia znowu teologii tak bardzo od znacznej części humanistyki – to samo pytanie o to, jak je waloryzować znowuż jest ciekawe w dobie, w której nauka podlega coraz ściślejszej i często absurdalnej zmatematyzowanej ocenie.
Być może moje stanowisko dla wielu będzie nieakceptowalne. Cóż, wynika ona z dwóch – trzeźwych, jak mi się zdaje – przesłanek. Pierwsza: że katolicyzm prędko nie zniknie z polskiego społeczeństwa. Druga: jakkolwiek dominująca pozycja kościoła katolickiego w zaspokajaniu potrzeb duchowych, organizacji rytuałów i definicji wartości pozostaje niekorzystna to samo jej zniszczenie niekoniecznie jest perspektywą atrakcyjną, także dla lewicy (w miejsce kościoła wejdzie jakaś para-nauka, samorozwój i mądrości Wschodu dla początkujących, jak dzieje się obecnie). Wynikałoby z tego, że oświecone państwo zamiast próbować odnieść ostateczny triumf nad teologią, co zepchnęłoby ją w niekontrolowany obszar, powinno starać się ją subtelnie kształtować i kontrolować. Pazerność kleru może być tu nieoczekiwanym sojusznikiem dla takiego programu. Natomiast bez względu na to, czy podzielacie moje zdanie w całości czy nie, dla humanistów lepiej będzie jeśli – mówiąc Kantem – spór teologii i filozofii będzie sporem między fakultetami, a nie w obrębie jednego fakultetu.