Trzy razy o historii

Profesorowi Andrzejowi Romanowskiemu w 70. rocznicę urodzin.

Książki, o których piszę, czytałem w tej właśnie kolejności: najpierw Witolda Kalińskiego Opowieść o ludziach w dolinie Popradu, potem Wacława Zbyszewskiego Ludzie, których znałem, wreszcie Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Przypadek sprawił, że czytałem jedną po drugiej oraz, że jest między nimi pewna łączność. Może to kwestia etapu moich lektur, sięgam obecnie rzadziej po beletrystykę, a częściej po literaturę faktu, chcąc poznać spojrzenie autorów na przeszłość, na dawne a ważne nadal zdarzenia, na ocenę ludzi, z którymi zetknęli się. Z lektur takich dowiaduję się także więcej o samych autorach, o ich poglądach, o ich stosunku do naszej historii, do ważnych postaci.
Zawsze lubiłem książki ciekawe i starannie wydane, z czasem zacząłem od nich oczekiwać jednak nieco więcej. Muszą wyróżniać się czymś jeszcze, muszą mnie uwieść, oczarować, zachwycić. I takie są te trzy książki. Jest też coś, co łączy ich autorów, to ich galicyjskość. Każdy z nich w jakimś stopniu został dobrym galicyjskim genem dotknięty i natchniony.
Z autorem pierwszej – Witoldem Kalińskim, poznanym już na Sądecczyźnie kilka lat temu, łączy mnie sporo: wieloletnia warszawska aktywność zawodowa, wiążąca się z umiłowaniem książek; mniej lub bardziej silne więzi rodzinne z Sądecczyzną; wreszcie osobista fascynacja tym regionem, co zaowocowało porzuceniem zarówno przez Kalińskiego jak i przeze mnie Warszawy na rzecz Sądecczyzny. Opowieść o ludziach w dolinie Popradu jest gawędą historyczną wywołaną naturalną ciekawością okolicy, w której mieszka autor, jej historii – tej dalszej i bliższej – oraz dziejów współczesnych. A jest to gawęda pozbawiona maniery natrętnej dydaktyki, opatrzona licznymi anegdotami i komentarzami odautorskimi przepełnionymi autoironią, nieraz kpiną, celną obserwacją zdarzeń zaprzeszłych, jakże pasujących do naszej codzienności.
Autor pomieszcza w książce wiele cytatów. To oczywiste, autor cytuje, gdyż czyta. Miłym zaskoczeniem są cytaty z dzieł bliskich mi osób: mojej Babci Zofii Skąpskiej i mego kuzyna, profesora UJ Piotra Kaczanowskiego. Cytaty te, wszystkie, nie tylko przed chwilką wymienione, to dowód na to, ile książek przeczytać trzeba, by móc jedną napisać. Chwała więc autorowi, nie tylko za to, że czyta innych, że czerpie z nich, ale że nie ukrywa tego i sumiennie na źródła wskazuje. To sygnał dla nas, po co winniśmy sięgnąć, jeśli danego tytułu jeszcze nie znamy.
Lubię książki, które pobudzają skojarzenia, wywołują odniesienia do innych lektur, narzucają chęć poprowadzenia drugiej równoległej relacji. Tak stało się, gdy natknąłem się na fragment o Kieżmarku i urodzonym w nim w 1536 roku późniejszym senatorze Olbrachcie Łaskim. Natychmiast przypomniała mi się czytana w zeszłym miesiącu książka Anny Król Kamienny sufit, znakomicie udokumentowana opowieść o pierwszych polskich taterniczkach. Jako prekursorkę górskich wspinaczek (wspinaczek w ogóle, nie tylko kobiecych) wymienia autorka Beatę Kościelecką, primo voto księżną Ostrogską. Łaski był jej drugim mężem, młodszym od niej o, uwaga, 21 lat. Pierwsza polska wyprawa w Tatry miała miejsce w 1565 roku. Tak, to nie błąd, powtórzę, chodzi o rok 1565. Polskim królem był wówczas Zygmunt II August, Rosją rządził twardą ręką car Iwan IV Groźny, w Anglii panowała ostatnia z Tudorów, Elżbieta I. Beata Łaska zaś w tym czasie wędrowała po okolicach Stawu Kieżmarskiego. Historia Beaty, jej małżeństwa z awanturnikiem Łaskim, a także relacji jej matki z dworem królewskim to temat na odrębną barwną i zaskakującą opowieść.
Wracajmy jednak do Witolda Kalińskiego. Ma on lekkie pióro, opowieść jest więc wartka, wciągająca. Znamy z grubsza historię naszego kraju i regionu, jesteśmy więc ciekawi nie tyle faktów, ile ich doboru, a nade wszystko komentarzy autora. W Opowieści o ludziach w dolinie Popradu jest tych komentarzy sporo, mówią one wiele o ich autorze, ale też o nas, o naszych przywarach i śmiesznostkach, umacniając w przekonaniu, że jednak historia lubi się powtarzać. Nie mogę oprzeć się, by kilku z nich nie przytoczyć.
Pisze autor, za Władysławem Konopczyńskim, o bitwie pod Mątwami i dodaje: „Gdyby zabitych położyć przy drodze, głowa do nogi, musiałaby ona liczyć ponad 6 kilometrów. I pomyśleć, że jedna z najbardziej krwawych bitew rozegrała się pomiędzy Polakami a… Polakami. Zaprawdę, trwamy i dziś w wieku XVII.”
Za Frankiem Kmietowiczem zaś, pisząc o czarownicach i o ówczesnym ich traktowaniu, zauważa: „… podstawowe dzieło o tym, jak postępować z czarownicami, przełożono na język polski dopiero w roku Pańskim 1614, stosowali je katolicy, zaś u prawosławnych nie było w użytkowaniu (mieli swoje sposoby). Gdy w Europie procesy o czary zanikły, w Polsce ich liczba rosła. Do dziś pozostaje owo opóźnienie.”
Cytuje też Kaliński opis jednej z wojenek domowych z początku XVIII wieku pióra Pawła Jasienicy. Uzupełnia go swoim spostrzeżeniem: „Mieszczanie nie mają się gdzie ukryć, wielu chłopów traci cały dobytek, a nieraz życie (także w dobrach klasztornych), zaś w wyniku epidemii dżumy przy życiu została w Starym Sączu znikoma część ludności (podobno 16 osób). Co prawda sam król, August II Mocny, miał spłodzić (z wieloma kobietami) kilkaset dzieci, ale trudno było tą drogą uzupełnić ubytek.”
Niektóre z komentarzy zasługują na miano aforyzmów, jak choćby ten: „Źle ulokowana ambicja jest tym, co wpędza nas w tarapaty.” Rzecz dotyczy wojen o Inflanty. Czy tylko?
Na koniec znów pro domo sua. Wspomina Kaliński mego pradziada, tak mocno, w swym studwuletnim życiu, związanego z Sądecczyzną. Pisząc o powstaniu chochołowskim i jednym z jego przywódców ks. Józefie Kmietowiczu, nadmienia: „Inny uczestnik tego powstania gościł u Antoniego Skąpskiego (też więźnia z 1846r.)” Dodam, bo książka Kalińskiego nie o tym i miejsca na wszystko by mu zabrakło, że tym innym uczestnikiem powstania w Chochołowie był Jan Kanty Andrusikiewicz, nad którym pradziad roztoczył opiekę, zatrudniając go w dobrach kamienickich, którymi zarządzał. A sam stał się politycznym więźniem austriackim, gdyż wiosną 1846 roku podczas suto zakrapianej kolacji, ustalono, iż trzeba szykować się do powstania, a pradziada okrzyknięto jego dowódcą. Nie zdołał wszakże podjąć żadnych działań, usłużny powiadomił kogo trzeba i kilka dni później zaprowadzono mego przodka do sądeckiego aresztu. Nieco później, w sądzie, już we Lwowie, usłyszał wyrok śmierci, szczęśliwie zamieniony na 10 lat twierdzy, z której oswobodziła go Wiosna Ludów.
I jeszcze jedno nazwisko wymienione przez autora chcę opatrzyć maleńkim komentarzem. Chodzi o Antoniego Jurczaka, legendarnego burmistrza Muszyny przez 26 lat. Kończąc prace nad wydaniem drugiego tomu wspomnień mojej Babci Zofii Skąpskiej, odnalazłem z nim koligację. Odległą, ale jednak. Prawnuczka siostry mojej prababki – warszawska lekarka Joanna „Jona” Łypaczewska wyszła za mąż za Stanisława Gajewskiego, był on wnukiem burmistrza Jurczaka. Oboje Gajewscy spoczęli w jego grobie na cmentarzu w Muszynie.
*
Autora drugiej książki, Wacława Zbyszewskiego, poznać nie miałem okazji, ale wiedziałem o nim, chyba z Dzienników Dąbrowskiej, a poprzez Dąbrowską od Stempowskiego. Więcej dowiedziałem się, gdy w Czytelniku ukazały się jego Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych. Być może myliłem go wcześniej z jego bratem Karolem. Ludzie, których znałem Wacława Zbyszewskiego to zbiór wspomnieniowych felietonów drukowanych w prasie emigracyjnej zarówno za życia autora, jak i kilkanaście lat po śmierci. Trudu doboru tekstów i ich redakcji podjęli się profesor Rafał Habielski i redaktor Paweł Kądziela. W nocie edytorskiej cytują oni Józefa Łobodowskiego, który o Zbyszewskim pisał w 1971 roku w londyńskich Wiadomościach: „przerabia historię, geografię, politykę, według własnego widzimisię”. Wydaje się, że podzielają oni ten pogląd, wynika to z treści wstępu autorstwa R. Habielskiego. Co dla mnie ważne powołuje się on miedzy innymi na opinię o Zbyszewskim Stefanii Kossowskiej, współpracownicy, a od 1974 następczyni Grydzewskiego w Wiadomościach. Ważne, bo przez małżeństwo z Adamem Kossowskim jest to daleka moja powinowata. Adam to prawnuk brata mego pradziada Antoniego Skąpskiego. Mimo iż urodził się czterdzieści pięć lat przede mną, należał do tego samego co ja pokolenia. Jego bratankiem jest słynny piosenkarz Maciej Kossowski, pamiętany do dziś z przebojów „Dwudziestolatki”, „Wakacje z blondynką” czy „Agatko pocałuj”.
Wracajmy do Zbyszewskiego, bo warto poznać jego opinię o ważnych postaciach przedwojennej Polski i powojennej emigracji, nawet jeśli wiemy z góry, że są to opinie bardzo osobiste, naznaczone subiektywna oceną i sympatią, lub jej brakiem. Warto przywołać refleksję wspomnianej Stefanii Kossowskiej o zapiskach Zbyszewskiego: „Czytając go, można było się irytować, gorszyć, oburzać, ale nie można było nigdy nie przeczytać jego artykułu do końca”. Czytałem i ja wspomnienia Zbyszewskiego do końca, choćby dlatego, że część osób przywołanych przez autora (czy to jako bohaterowie poszczególnych tekstów czy tylko marginalnie w nich wspomniani) do pewnego czasu, poza ogólnikami, było mało mi znanych. Moją wiedzę o pozostałych łapczywie uzupełniałem o pełne soczystych określeń opisy Zbyszewskiego. Książka ta dając wiedzę o wielu wybitnych postaciach Polski przedwojennej, potwierdza istnienie silnych politycznych podziałów i później na emigracji, licznych koterii, grup wpływu, mówi wiele o sympatiach i niechęciach autora, jego stosunku do opisywanych postaci. W większości są to wspomnienia pośmiertne, próżno jednak szukać w nich zasady, iż o zmarłych tylko dobrze. Może dlatego właśnie lektura wciąga, autor bywa wyrazisty, ostry, często bezlitosny. Oto próbki: „…kałmucki Ksawer Pruszyński o ptasim móżdżku”; lub o Walerym Sławku: „Był to porządny człowiek, szlachetny nawet jeśli ktoś chce, ale naiwny, ale nudny, ale niewykształcony, ale słaby, ale ograniczony, właściwie co tu dużo gadać, człowiek po prostu głupi.”; czy o Sławoju-Składkowskim: „… nie najgorszy pisarz, ale nieopisany skandal jako premier”; albo: „Od Hallera pachniało głęboką, najgłębszą prowincją”.
Rafał Habielski cytuje opinię Stanisława Mackiewicza o Zbyszewskim: „nie lubi mówić rzeczy przyjemnych, natomiast lubi mówić rzeczy przykre” oraz Grydzewskiego: „pisząc o kimś, potrafi zmyślić jakieś szczegóły, jeżeli mu się to komponuje”.
Trafność obserwacji przez Zbyszewskiego środowiska politycznego oddają zdania: „Pełno u nas zawsze było takich Napoleonów międzyministerialnych, w cywilnych ubrankach, w mundurach i nawet w spódnicach, co to w głowie mieli i (mają) groch z kapustą, ale za to niechybny instynkt, jak lawirować między Rydzem a Beckiem i Mościckim, z kim utrzymywać kontakt, kogo unikać, jak do kogo trafić, jak się nie narazić.” „Jesteśmy narodem politycznie infantylnym. Nasza opinia publiczna nie znosi ludzi politycznie myślących, kocha się we frazesach, nienawidzi przywódców politycznych o jakimkolwiek formacie, i darzy swym zaufaniem safandułów, niedołęgów, pół-inteligentów i demagogów.” Słowa pisane 60 lat temu, a jakby wczoraj.
Zbyszewski zapewnia wielokrotnie czytelników, iż jest konserwatystą, ale rozdając cenzurki pisarzom i publicystom, jako tych których ceni wymienia jedynie Boya-Żeleńskiego i Dąbrowską. Kolejny dowód na złożoność poglądów Zbyszewskiego.
Boleje Zbyszewski nad tym, że Henryk Łubieński nie urodził się wcześniej, bo wstąpiłby do Legionów i miał całkiem inną karierę. Nie lubię rozważań co by było gdyby, alternatywnych historii pomijających prawdziwy bieg zdarzeń, lub pisanych na przekór znanym dziejowym wypadkom. Jednak myśl Zbyszewskiego nie jest nachalna, nie rysuje on wyimaginowanych scenariuszy, wyraża jedynie opinię o zależności losów Łubieńskiego, ale i każdego z nas, w zależności od wielu przypadków, wśród których jest dzień naszego przyjścia na świat. A przy okazji trudno nie powtórzyć za wspomnieniami mojej Babki, że był Łubieński ochotnikiem w 1920 roku. Wśród kolegów swego pierworodnego, a mego stryja Antoniego, wymienia ona poza Łubieńskim, Aleksandra Dzieduszyckiego, Mariana Nowińskiego, Alfreda Mehoffera i Jana Dąbrowskiego. Dowódcą owych dwudziestolatków (w 8. Pułku Ułanów Księcia Poniatowskiego) był słynny, z małżeństwa z Kossakówną, pułkownik Władysław Janota-Bzowski. 11 lipca wyruszyli oni z koszar na Rakowicach, by już 31 lipca wziąć udział w bitwie pod Komarowem. Łubieński, po odniesieniu ran, powrócił z frontu.
Wspomnienia Zbyszewskiego mają ten walor, iż losy bohaterów poszczególnych rozdziałów (a są to głównie szkice pośmiertne) stanowią pretekst, by pisać o kimś lub o czymś więcej niż o życiu i poglądach tytułowego bohatera. Tak jest i z Łubieńskim, więcej tu o Januszu Radziwille i środowisku konserwatystów.
Wśród rękopisów mojej Matki, przedwojennej absolwentki prawa UJ, odnajduję wspomnienie o profesorze Rafale Taubenschlagu pełne zachwytów nad jego intelektem. Tak mocno i dobrze zapadł w Jej pamięci (zapewne nie tylko za wystawione pięć z plusem – co ponoć należało u niego do rzadkości), że otrzymałem imię nie tylko po bohaterze Popiołów. Jakże miło czytać i u Zbyszewskiego dobre słowa pod adresem profesora.
Z dużą ciekawością czytałem o stosunku Zbyszewskiego do Mikołajczyka. Do tej pory znałem jego sylwetkę z pracy Andrzeja Paczkowskiego. Swego czasu poszukiwałem wiedzy o nim, gdy opisywałem, jak w 1944 roku trzej kuzyni mego Ojca wywieźli Witosa z Wierzchosławic i przez ponad miesiąc ukrywali go w Krakowie. Zleceniodawcą całej tej akcji, która miała zakończyć się lotem Witosa do Londynu był właśnie premier Mikołajczyk. Jakże inny to Mikołajczyk, ten u Paczkowskiego i u Zbyszewskiego. Ale zapewne prawdziwszym jest złożony dopiero z tych dwóch punktów obserwacji i oceny.
*
Nazwisko profesora Andrzeja Romanowskiego najpierw znałem jako współautora PIW-owskich Skrzydlatych słów, potem naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego. Gdy objąłem ster w Państwowym Instytucie Wydawniczym, znalazłem jego nazwisko na ogromnie długiej „liście wstydu” – liście znakomitych autorów, tłumaczy i redaktorów, z którymi moi poprzednicy nie rozliczyli się z należnych im honorariów. Te nazwiska to najwyższa półka z kręgu polskiej literatury i nauki. Gdy po kilku latach pracochłonnych działań naprawczych, uzyskałem pewną stabilizację i możliwość spłacania długów, natychmiast uczyniłem to wobec autorów Skrzydlatych słów. Zapoczątkowało to naszą znajomość, moją dla profesora atencję i podziw dla jego rozległych horyzontów myśli, dla nonkonformizmu poglądów, obiektywizmu i braku koniunktury. Romanowski szkice swoje zaczyna od wydawałoby się oczywistej konstatacji, iż życie każdego z nas wypełnia siódmą część ponad tysiącletniej historii państwa i narodu. Uświadamiać prawdy oczywiste, to zadanie pozornie tylko łatwe. Autor dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na wybrane fakty z naszej historii. Można przestawić jedną literkę, a fakty wybrane staną się faktami wybornymi i tak jest rzeczywiście, choć niektóre z wybornych bolą. Gdyby lekturę omawianych trzech książek przyrównać do obiadowego menu, te dwie pierwsze stanowiłyby smakowite najwyższej jakości przystawki, zaś książka Romanowskiego byłaby znakomitym daniem głównym, a nawet całym zestawem tych dań.
Tytuł Pamięć gromadzi prochy wywołał natychmiast skojarzenie z książką Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy, (pierwodruk w 1938). Tematyka książek inna; pierwsza mówi o tuż przedwojennych relacjach polsko-niemieckich, o rozwoju nazizmu, o zagrożeniu dla Polski ze strony hitlerowców. Wedle wspomnień Zofii Skąpskiej (Dziwne jest serce kobiece, tom 2) za jej posiadanie groziły ze strony okupanta surowe represje. Nie myślę o jakichkolwiek porównaniach, ale na pewno książka Romanowskiego nie będzie w smak obecnej władzy. Zapewne profesor Romanowski chciał coś przez podobieństwo tytułów przekazać czytelnikom, gdyż przekonany jestem, że o książce Kisielewskiego nie tylko słyszał, a na pewno zna jej treść. Jeden ze szkiców Romanowskiego nosi tytuł Ziemia wydaje prochy to dodatkowe skojarzenie z książką Kisielewskiego, tym bardziej, że mowa w nim o zbrodni katyńskiej, skutku totalitaryzmu, zestawianego z tym, o którym pisał Kisielewski.
Książka Romanowskiego to zbiór artykułów już publikowanych na przestrzeni wielu lat, w różnych tytułach prasowych. Zebranie szkiców w jednym tomie daje niesamowity efekt. Otrzymujemy dawkę informacji i refleksji o niezwykłej wartości. Już tytuły rozdziałów zapowiadają ucztę intelektualną, ukazują przestrzeń tematów i zainteresowań Autora. Szkice zamierzchłe, środkowoeuropejskie, komunistyczne, niemiłe, o mistrzach, wreszcie Szkice rodzinne… A każdy z nich ciekawy, zaskakujący, poszerzający wiedzę czytelnika i jego horyzonty. Ileż w każdym z tych esejów ładunku świadczącego o emocji autora, ale i wywołującego owe emocje u czytających. Znałem niektóre z tych artykułów, lecz ich obecny kontekst powoduje, że stają się ponadczasowe, zasługują więc na lekturę i za jakiś czas przez nowego czytelnika. Na pewno polecę je moim dzieciom a nawet i wnukom. Kiedyś Mikołaj Kozakiewicz wydał zbiór swoich rozważań pod tytułem Objaśnianie świecy. Kto z młodszych wie, kim był autor, kto wie, czym jest objaśnianie świecy? Dlaczego mam skojarzenie objaśniania świec z wymową książki Romanowskiego? Po to się objaśnia świecę, by świeciła jaśniej, by mocniejszym płomieniem rozświetlała mrok. Po to trzeba przeczytać książkę Andrzeja Romanowskiego, by łatwiej dojrzeć prawdę o nas, o naszej historii, o tym, że nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe.
Wśród swoich mistrzów wymienia Romanowski, między innymi, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Jerzego Giedroycia i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie byłem wychowywany w kulcie dla emigracji, a więc też dla tych dwóch ostatnich z wymienionych. O pierwszym słyszałem w domu zawsze pochlebne dobre opinie. Zapewne miał z nim dobre relacje mój dziadek, ojciec Mamy, jeden z ważniejszych przedwojennych przemysłowców. Dwóch ostatnich postrzegałem – młody, dorastający człowiek – jako przeciwników, wrogów mojej Polski, mojego PRL-u. Warto więc będzie kiedyś opisać, z jakimi emocjami, z jakim niespodziewanym wzruszeniem, przeżywałem wiele lat później bezpośrednie rozmowy w cztery oczy z Giedroyciem i Jeziorańskim.
Każdy szkic profesora Romanowskiego wart jest przeczytania, wart popularyzacji i omawiania. Uwypuklę jedynie te, które wywarły na mnie największe wrażenie, wskażę myśli, z którymi najsilniej się zgadzam i te poglądy, których tak brakuje w publicznej rozmowie o przeszłości. Był profesor mocno związany z opozycją lat 70. i 80. Nie aprobował więc ówczesnego ustroju, ówczesnej Polski, ówczesnego podporządkowania radzieckiej władzy. A jednak nie odnajdzie czytelnik w tekstach profesora pogardy, zacietrzewienia, lekceważenia, połajanek, ocen z wyższości czy wzgardy wobec czasów i ludzi PRL. Nie ma też zachwytów, żeby była jasność. Jest obiektywizm, relatywizm, rzetelna ocena z punktu widzenia surowego obserwatora sceny politycznej tej przeszłej i tej obecnej. Wielokrotnie w swej publicystyce Romanowski oddaje rację poglądom i przestrogom Jerzego Giedroycia. Wydaje się, że jest jego myśli kontynuatorem, że w ślad za nim dokonuje wyważonych ocen tego, co w Polsce wydarzyło się w czasie ostatnich czterech dekad. Szczególnie ostatnich dwóch, których książę redaktor nie mógł już obserwować. Sądzę jednak, że postrzegałby i oceniał Giedroyc polskie sprawy podobnie jak czyni to odważnie i rozważnie Andrzej Romanowski. Warto dla zobrazowania obiektywizmu Profesora przytoczyć poniższe fragmenty.

Pisząc o Polsce Ludowej, Andrzej Romanowski przypomina najpierw konstatację Stanisława Stommy: „W Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim.” Po czym dopowiada: „Gdy więc obecnie Andrzej Duda deklamuje, że Polska jest dużym europejskim państwem i ma zajmować takie miejsce, jakie się jej należy, to zapomina już dodać, kto to państwo stworzył”. A dalej: „Istnienie Polski odrębnej, poszerzonej o ziemie poniemieckie, a więc poszerzającej sowiecki stan posiadania, było sowiecką racją stanu. A przed Polakami stanęło po raz pierwszy pytanie zasadnicze, obowiązujące odtąd przez dziesięciolecia: co właściwie jest ważniejsze – Polska czy antykomunizm?”. Protestuje też Romanowski wobec nadużywania w obiegu publicznym, wobec PRL, pojęć totalitaryzm i komunizm. Pisze: „Ewentualnie można widzieć w Polsce totalitaryzm przez jeden jedyny rok: od aresztowania prymasa Wyszyńskiego we wrześniu 1953 do początku audycji radiowych Józefa Światły we wrześniu 1954”. Odnotowuje dalej: „Zniknął też analfabetyzm. Mimo namolnego w czasach stalinowskich lansowania socrealizmu i literatury radzieckiej, dbano też o polską tradycję i w masowych nakładach wydawano większość kanonu polskiej literatury”. Słynne „poznańskie”, przemówienie Józefa Cyrankiewicza interpretuje jako trzymanie się władzy kursu na demokratyzację, nie zaś, jak jest to powszechne, zapowiedź „przykręcenia śruby”. Z taką oceną słów o odrąbywaniu rąk dotąd nie spotkałem się. Nota bene, podczas jednej z kilku rozmów, które na przełomie lat 1985-86 miałem okazję prowadzić z premierem Cyrankiewiczem, powiedział, iż jedyna rzecz, której żałuje z okresu swej politycznej aktywności, jest właśnie to sformułowanie z czerwca 1956 roku.
Na koniec tych ocen warto przytoczyć takie stwierdzenie: „A jednak ani gospodarka, ani nachalna propaganda, ani codzienne kłamstwa, ani nuda, szarość i beznadzieja, ba! nawet nieprawe pochodzenie systemu, wszystko to nie powinno przysłaniać dwóch faktów fundamentalnych: samego istnienia państwa, co w czasie II wojny nie było przesądzone, oraz reform społecznych, których bilans, mimo wszelkich słabości okazał się per saldo pozytywny.” „…dziedzictwo PRL, choć pozostające w niezgodzie z wielowiekowym doświadczeniem polskości, okazało się dla narodu korzystne. Oszczędziło nam konfliktów z sąsiadami, a w dobie czystek etnicznych także (kto wie?) porachunków obywateli między sobą. Bilans PRL nie jest wyłącznie negatywny”.
Retoryka PiS próbuje mnie, i wielu o podobnych do mojej biografii, przesunąć do tak zwanej drugiej kategorii obywateli. Profesor Romanowski umacnia mnie w przekonaniu o wartości mojej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich i w administracji państwowej w latach 70. i 80. Podtrzymuje też moją wiarę w słuszność decyzji mego Ojca, który w maju 1945 roku, wraz z grupą innych małopolskich „bezetów”, wyruszył na Ziemie Zachodnie, by wprowadzać tam polską administrację rolną. Niedługo potem wstąpił do PPS, by następnie siłą rozpędu, czy inercji, a z biegiem lat chyba jednak z przekonaniem, znaleźć się w PZPR. Nie zmienia to szacunku dla innego całkiem wyboru bliskiego Ojcu kuzyna, Władysława Skąpskiego, tego od Witosa. Był on zastępcą szefa II oddziału (wywiad/kontrwywiad) okręgu krakowskiego AK, po wojnie działał w Zrzeszeniu Wolność i Niepodległość jako szef struktur krakowskich. Został aresztowany w grudniu 1946.
Tak Andrzej Romanowski pisze o generale Wojciechu Jaruzelskim: „Służył Polsce wasalnej, bo innej realnie nie było”, a wprowadzając stan wojenny: „według wszelkiego prawdopodobieństwa zapobiegł przelewowi krwi na niewyobrażalną skalę, że być może uchronił Polskę przed strefami okupacyjnymi, mogącymi przekreślić szanse narodowej emancypacji w przyszłości.” „…polska odmienność była dla Moskwy zawsze niepokojąca, a w roku 1981 wyrosła na realne dla niej zagrożenie. Ocalała, jak się wydaje, dlatego, że Jaruzelski miał w garści argument podstawowy: polski problem rozwiązał – choćby nawet połowicznie – ale sam, własnymi siłami. […] Jeszcze istotniejsze było zaś ocalenie polskiej odmienności, zrodzonej jeszcze w gomułkowskim Październiku: prywatnego rolnictwa, niezależnego Kościoła, szczątkowego politycznego pluralizmu…” „Bez Jaruzelskiego, bez jego lojalnego współdziałania, Mazowiecki z Balcerowiczem nie dokonaliby w Polsce zmiany systemu. Ba! Bez Jaruzelskiego nie byłoby europejskiej Jesieni Ludów: to przecież on wskazał Bratnim Przywódcom drogę wyjścia z sytuacji bez wyjścia”.
O stanie wojennym zaś pisze: „… zabiegł drogę najgorszym scenariuszom […] stan wojenny był koniecznością – jego alternatywą mogła być tylko bezpośrednia interwencja […] uratował polską podmiotowość i terytorialną integralność […] polską kulturową odmienność”. „Zamach stanu Jaruzelskiego w 1981 roku (9 ofiar w kopalni Wujek) był o wiele mniej krwawy niż przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku (co najmniej 379 ofiar). A cierpienia internowanych w stanie wojennym nie dorównywały katuszom, jakie wobec uwięzionych byłych posłów stosowano w 1930 w Brześciu.” W innym miejscu dodaje: „… jeśli odejmiemy okres stalinowski – Polska Ludowa pod względem liczby ofiar ustępowała – i to znacznie – tak dziś sławionej II Rzeczypospolitej.” Pisząc o okresie stanu wojennego, odczuwanym przez siebie jako koszmar, o ofiarach, potrafi przywołać, pomijane w wykazach IPN, nazwisko sierżanta Zdzisława Karosa. Zauważa dalej, iż nasz, polski stan wojenny był najbardziej liberalnym stanem wyjątkowym w historii świata. Na dowód zestawia go z restrykcjami („machina śmierci”) doświadczającymi Węgrów wiele lat jeszcze po październiku 1956, czy Chilijczyków i Argentyńczyków („morza krwi”) w wyniku działań zwycięskich prawicowych junt.
Działalność IPN nazywa Romanowski demolowaniem pamięci zbiorowej. „Naszą narrację o przeszłości tworzą IPN i stabloidyzowane media. I jest to narracja, dla której nie ma alternatywy: istnieje w niej dobro i zło, światłość i ciemność – biada, gdy te porządki zostają wymieszane. […] Niezdolność historyków IPN-owskich do odróżniania rzeczy istotnych od błahych jest aż zabawna w swej jaskrawości.” Niech ilustracją będzie opinia Ryszarda Terleckiego, niegdyś szefa krakowskiego IPN, o stanie wojennym. Uważa on, że władza chciała „utopić własny naród we krwi”. Jakże to inne spojrzenie. Ale pan Terlecki na większość spraw ma inne spojrzenie.
Myliłby się ten, kto na podstawie przytoczonych zdań profesora Romanowskiego wysnułby wniosek, że potrafi on łagodnie i z wyrozumiałością odnosić się do wszystkich aspektów naszej przeszłości. Tam, gdzie trzeba, tam, gdzie tak uważa, wypowiada się jednoznacznie i ostro, boleśnie nazywając zdarzenia po imieniu. Widzi braki i błędy II RP. Oburza się słusznie na przedwojenne relacje polsko-żydowskie. Nawiązując do pogromów, choćby lwowskiego i kieleckiego z 1918, czy częstochowskiego z 1919, pyta: „czyżbyśmy wyprzedzili hitlerowców?” Jakże przejmujące to pytanie, jak już po nim nie na miejscu są dywagacje o sprawstwie w Jedwabnem. Prawda jest bolesna. Ale jak pisze Romanowski: „Musimy przypomnieć o tym fakcie samym sobie i odkryć prawdę o sobie. Nie bać się ukazać tej prawdy światu. Stanąć nagimi wobec świata, z głową posypaną popiołem. Powiedzieć potomkom pomordowanych: wybaczcie. To jest polski narodowy obowiązek.” Jednoznacznie i bez ogródek nazywa aresztowanie, proces i zgładzenie generała Emila Fieldorfa – „Nila”. To „morderstwo sądowe i niespotykana zbrodnia”. Ale jednocześnie przypomina nam, że w 1972 roku, ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski wydał dyspozycję wystawienia symbolicznego nagrobka generałowi Fieldorfowi. Protestuje przy okazji, by tym samym określeniem „zbrodni komunistycznej” nie obejmować różnego rodzaju, nagannych i karalnych, naruszeń cielesnych manifestantów przez ZOMO-wców w latach 80. Pisząc z bólem, niemal przez łzy, o Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Piatichatkach próbuje jednak odnaleźć szansę na wybaczenie, na nowe otwarcie, na ułożenie dobrych relacji. „Zagłada polskich oficerów miała być karą za >niesłuszną< narodowość. Pozostała świadectwem działania bezdusznej, dialektycznej maszynerii. Ten symbol losu ludzi w naszej części Europy – czy stanie się znakiem pojednania?” Nie chciałem pisać panegiryku, ale nie sposób mi w innym duchu ocenić książek Romanowskiego, Zbyszewskiego i Kalińskiego oraz zawartych w nich myśli i przesłań. Przedstawione książki są – mam tego świadomość – różnej wagi. Na pewno jedna myśl jest w nich wspólna – historia się powtarza, a my zbyt rzadko wyciągamy z niej wnioski, o ile wyciągamy jakiekolwiek. Na koniec jeszcze jedno przesłanie z Romanowskiego. Starajmy się je wypełnić. „W czasach, gdy uprawiana na co dzień historia stała się służką polityki, a słowo >komunista< funkcjonuje jako obelga […] oddanie sprawiedliwości minionemu światu – zwłaszcza takiemu światu, co minął bezpowrotnie – jest bowiem ludzką powinnością. I niezmiennym obowiązkiem intelektualisty.”

Ucieczka od nauki

Może teza ta spotka się z krytyką, ale uważam, że po roku 1989 mamy w Polsce do czynienia z postępującą ucieczką od nauki lub przed nauką. Rezygnacja z nauki łączy się z odrzuceniem osiągnięć poprzedniej epoki i jest jednym z elementów kulturowego antykomunizmu.

Naukę z czasów PRL uznawano za nieprzydatną, reżimową, skażoną materializmem i marksizmem. Tego marksizmu akurat w nauce przed rokiem 1989 było niewiele, a i materializm nie ugruntował się zbyt mocno. Od nauki rozumianej głównie jako szkolnictwo wyższe wymagano bowiem wtedy tylko dostarczania wiedzy praktycznej i/lub dyplomu.

Środowiska naukowe, i nie tylko one, są zmuszane do wyrażania opinii w formie protestów. Protestują przeciw działaniom kolejnych ministrów, którzy wbrew pozorom nie mają żadnych planów, a jedynie wyobrażenia, zresztą niezmienione chyba od ich czasów szkolnych. Oprócz protestów konieczna jest natomiast refleksja i publiczna dyskusja o tym, jakiej edukacji chcemy i potrzebujemy, i czego oczekujemy od nauki naukowców.

Po pierwsze, trzeba otwarcie przyjąć dwa założenia: że poznanie naukowe jest jedynym sposobem uzyskania rzetelnej wiedzy o rzeczywistości i że o uzyskanie takiej właśnie wiedzy nam chodzi. Założenia te byłyby diametralnie różne od założeń aktualnie rządzącej ekipy (oczywiście, o ile ekipa ta jakieś założenia w ogóle posiada).

Rząd i jego zwolennicy, a także wszyscy ci, którzy – będąc w tej kwestii sojusznikami rządu – kwestionują monopol nauki na poznawanie rzeczywistości, wprost dyskredytują naukę, i nie jest to wcale przypadkowe. Znajomość faktów i umiejętność ich oceny mogą prowadzić do krytycznego osądu działań władzy. Taka edukacja jest po prostu dla rządzących zagrożeniem. Dlatego kładzie się teraz nacisk na kształtowanie postaw, pokory, obłudy, pozornej religijności. Jak dowiedzieliśmy się z wywiadu szefa gabinetu politycznego ministra edukacji dla TV Republika, najistotniejsza zmiana dotyczy uzupełnienia kanonu (lektur) tak, by wyrwać społeczeństwo z uprzedzeń antyreligijnych, którymi nasycona była szkoła w PRL i z których nie podnieśliśmy się przez te trzydzieści lat. Stąd propagowanie najwybitniejszych Polaków, choćby Jana Pawła II, który „fantastycznie przecież władał piórem zarówno jako poeta, duszpasterz, jako naukowiec”. Aby zaś osiągnąć te cele, konieczne jest usunięcie z uczelni lub zmuszenie do milczenia ludzi myślących, którzy chcieliby się zajmować nauką, wiedzę naukową rozwijać i przekazywać ją innym. Należy też przejąć kontrolę nad szkołami publicznymi, na przykład przez podporządkowanie ich kuratoriom oświaty.

Dlatego tak ważne już dziś jest przygotowanie wspólnego planu dla nauki i oświaty, tak by można było go wdrożyć jak najszybciej po obaleniu czarnogrodu. O ile program dla szkół napisać będzie nieco łatwiej, o tyle program dla nauki i edukacji wyższej wymagać będzie naprawdę poważnej refleksji i dyskusji wielu środowisk – tym bardziej że należy wreszcie wybrać kilka dziedzin czy specjalności, które mogą stać się szansą na dogonienie światowej czy choćby europejskiej czołówki.

Nieprzypadkowo plany ministra skrywają się za postulatem wolności badań naukowych. Chodzi tak naprawdę o kwestionowanie naukowego konsensusu, o wolność od rygorów naukowej metodologii, wolność od rzetelności prowadzenia badań i swobodę w opowiadaniu wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Wzorem uczelni ma był KUL, a wzorem rzetelności badań pewnie IPN. Być może jednak i to nawet za dużo, bo historykom z IPN zdarza się czasem zachować umiar i wierność wobec faktów historycznych.

Wspierajmy naukę, zanim wyginiemy. Jako ludzkość.

Świat zasilany akumulatorem

Mobilna energia to warunek funkcjonowania i rozwoju wielu dziedzin naszego życia.
W historii ludzkości niemal bez przerwy pojawiają się produkty, które wywierają głęboki wpływ na nasze życie. Jednym z nich jest bateria elektryczna, ale nie ta tradycyjna, znana od 150 lat, lecz, mówiąc dokładniej, akumulator litowo-jonowy. Mobilna energia płynąca z nich dała nam już nowe możliwości w każdej dziedzinie życia: od telefonów komórkowych po elektryczne hulajnogi – ale ma także znacznie rozleglejsze zastosowania, na przykład w medycynie. Nagrodę Nobla 2019 w dziedzinie chemii przyznano właśnie za badania nad akumulatorami.
Szybki rozwój technologii akumulatorowych zawdzięczamy modzie na walkmany i inne urządzenia służące rozrywce, popularne zwłaszcza w latach 70’ i 80’. To do tych urządzeń poszukiwano alternatywnego zasilania, gdyż jednorazowe, zwykłe baterie bardzo szybko wyczerpywały się. Okazało się, że akumulatorki litowo-jonowe mają dużo większy potencjał, ponieważ są energooszczędne, mają kompaktowe rozmiary i nie są podatne na szybką utratę pojemności.
Pierwsze akumulatory litowo-jonowe zostały wyprodukowane w 1983 r., a w 1991 r. zostały wprowadzone na rynek przez koncern Sony. Od tego czasu są one niepowstrzymane, o czym świadczą statystyki: w 2019 r. światowy rynek był wart ok. 40 mld euro. Oczekuje się, że do 2022 r. wartość ta wzrośnie do prawie 60 mld euro.
Na początku pojawiały się też jednak i problemy: akumulatorki litowo-jonowe były wysoce łatwopalne i podatne na zwarcia wewnątrz ogniwa. Naukowcy musieli zająć się tymi wyzwaniami. Przełom nastąpił dzięki wynikom badań Johna B. Goodenough’a (USA), M Stanley’a Whittinghama (Wielka Brytania) i Akiry Yoshino (Japonia), którzy otrzymali w 2019 roku wspomnianą Nagrodę Nobla z chemii. Dziś takie akumulatorki poprawiają jakość życia ludzi niemal wszędzie.
W dzisiejszych czasach nie ma prawie żadnego gadżetu elektronicznego, który nie jest zasilany akumulatorkami litowo-jonowymi. Są one lżejsze, mniejsze i bardziej wydajne, niż standardowe baterie niklowo-kadmowe lub niklowo-wodorkowe. Jest to istotny czynnik w przypadku artykułów gospodarstwa domowego. Także w fotowoltaice akumulatory litowo-jonowe okazały się przydatne do magazynowania energii ze względu na swoje rozmiary, długą żywotność i brak konieczności konserwacji. Ich standardowa żywotność w warunkach domowych wynosi 6000 cykli ładowania, co daje około 20 lat – mniej więcej tyle samo, co w przypadku systemu fotowoltaicznego.
Elektromobilność to kolejne, szerokie pole ich zastosowań. Akumulatory litowo-jonowe mogą być dodawane do siebie, co oznacza, że kilka z nich można połączyć w jeden silny pakiet energetyczny. Technika ta jest stosowana w niemal wszystkich rodzajach pojazdów, od rowerów elektrycznych, skuterów elektrycznych i Segways, do samochodów hybrydowych i elektrycznych a także autobusów. Niemożliwa byłaby ich praktyczna eksploatacja bez akumulatorów litowo-jonowych. Jednak w samochodach spalinowych wciąż królują tradycyjne akumulatory kwasowo-ołowiowe i nie zanosi się, by szybko zostały zastąpione innymi rodzajami.
Technologia litowo-jonowa jest obecnie niemal wszędzie i trudno byłoby ją zastąpić. Jednak w perspektywie pojawia się problem: czyli ograniczona dostępność surowców – przede wszystkim kobaltu i litu – która może stać się istotną przeszkodą w dłuższej perspektywie. Poza tym postępująca na świecie elektromobilność jest jednym z czynników zwiększających zapotrzebowanie na magazynowanie energii tak bardzo, że technologia litowo-jonowa prawdopodobnie nie będzie w stanie sama sprostać temu zapotrzebowaniu. Wreszcie, nauka i technika ciągle się rozwijają, więc rodzą się inne technologie, które mogą lepiej rozwiązywać takie kwestie jak wyższa wydajność i krótsze cykle ładowania.
Poszukiwanie alternatywnych rozwiązań jest zatem w toku. Jedną z opcji jest bateria z elektrolitem półprzewodnikowym, która nie zawiera płynów, a jedynie elektrolit półprzewodnikowy będący przewodnikiem elektrycznym. Naukowcy spodziewają sie, że osiągnie ona zasięg co najmniej 500 km dla pojazdów elektrycznych i naładuje się w ciągu zaledwie kilku minut. Obecnie badania koncentrują się na materiałach i efektywnych technikach produkcji. To jednak wciąż jeszcze pieśń odległej przyszłości.
Inną opcją może stać się akumulator magnezowy, który ma być mocniejszy, tańszy i bezpieczniejszy niż obecne akumulatory litowo-jonowe. Nie wspominając już o tym, że magnez jako surowiec jest tysiąc razy bardziej powszechny niż lit, a jest także i ekologiczny, bo łatwiejszy w recyklingu.
Z punktu widzenia zrównoważonego rozwoju, istnieją plusy i minusy technologii litowo-jonowej. Z jednej strony jest ona wykorzystywana do celów takich jak pojazdy elektryczne i magazynowanie energii z systemów fotowoltaicznych – a są to kluczowe kroki w kierunku bardziej przyjaznej dla środowiska przyszłości. Z drugiej strony, akumulatory są obecnie używane aż zbyt powszechnie – nawet buty sportowe mają teraz światełka, a słomki są ozdabiane diodami LED!. Jest to sprzeczne z zrównoważonym rozwojem, mającym prowadzić w kierunku odpowiedzialnego korzystania z zasobów naturalnych. Recykling stanowi tu kolejny problem, ponieważ obecne metody są niewystarczające, aby poradzić sobie z dużą liczbą zużytych akumulatorów, zwłaszcza samochodowych na świecie.
Przewiduje się, że jeśli w jakiejś dającej się przewidzieć przyszłości zabraknie kobaltu i innych materiałów, to trzeba będzie je odzyskiwać. Takie rozwiązania są w trakcie opracowywania. Do odzysku kobaltu, niklu i miedzi można na przykład stosować topienie termiczne (nieobojętne niestety dla środowiska). Innym sposobem może być rozdrabnianie akumulatorów w w atmosferze azotu, co pozwoli łatwiej odzyskiwać z rozdrobnionego materiału grafit, mangan, nikiel i kobalt. Akumulator można następnie odtworzyć z emisją dwutlenku węgla o 40 proc. niższą niż przy produkcji nowej baterii od podstaw. Brzmi to efektownie, ale jeszcze daleko do takiej produkcji, która powinna zachowywać jakieś minimum efektywności ekonomicznej. Istnieje wiele innych teoretycznych koncepcji na te tematy. Cel jest ten sam – oszczędzać energię i ponownie wykorzystywać jak największą ilość surowców.
W opracowaniu jest też program „second life”, polegający na wykorzystaniu starych baterii do stacjonarnego magazynowania energii. Akumulatory w pojazdach elektrycznych po ośmiu lub dziewięciu latach nie działają już wystarczająco dobrze, aby spełnić wymagania dotyczące zasięgu, więc trzeba je wymienić – ale jednak nadal działają. Dlatego różni producenci samochodów zamierzają wykorzystywać akumulatory o zmniejszonej z powodu wieku pojemności, w dużych stacjonarnych magazynach energii. Jak widać, w technice akumulatorowej wiele się dzieje.

Potrzeba więcej rozumu

W polskim społeczeństwie rośnie zapotrzebowanie na merytoryczną i sprawdzoną wiedzę zwalczającą dezinformację i krążące mity dotyczące szczepień.
Dobre wyniki przynosi akcja „Nauka przeciw pandemii”, która w ciągu miesiąca od powstania była przywoływana przez największe polskie media. Inicjatywa zrzesza uznanych ekspertów ze środowiska naukowego, a jej działalność skupia się na szerzeniu rzetelnej informacji dotyczącej szczepień przeciw koronawirusowi oraz innowacyjnych technologii zastosowanych w szczepionkach.
Celem inicjatywy „Nauka przeciw pandemii” jest przekazywanie wiedzy popartej nauką – a to, jak olbrzymie wśród polskiego społeczeństwa jest zapotrzebowanie na rzetelne informacje dotyczące szczepień przeciw Covid-19 pokazują wyniki medialne projektu. Od startu inicjatywy informacje na temat „Nauki przeciw pandemii” pojawiły się w największych tytułach mediowych w Polsce, a eksperci wchodzący w skład Rady Programowej byli zapraszani do największych audycji i programów poruszających kwestię szczepień przeciw koronawirusowi.
Jak podaje Instytut Monitorowania Mediów IMM, w ciągu miesiąca temat prowadzonych przez organizację działań pojawił się w mediach 341 razy, co przełożyło się na dotarcie na poziomie ponad 22 mln kontaktów z przekazem. Co istotne, inicjatywa została także wsparta przez szereg instytucji, wśród których znalazła się m.in. międzynarodowa sieć naukowa USERN (Universal Scientific Education and Research Network).
Sieć ta, założona przez irańskiego immunologa Nima Rezaei, zrzesza obecnie tysiące naukowców z całego świata, w tym prominentnych badaczy ze świata medycyny. W skład rady USERN wchodzi obecnie 16 laureatów Nagrody Nobla. Pokazuje to, jak ważne i potrzebne z perspektywy społecznej było powstanie jednej organizacji mówiącej wspólnym głosem doświadczonych ekspertów.
„Nauka przeciw pandemii” to inicjatywa stanowiąca wsparcie dla środowiska lekarskiego i służb medycznych, którzy mają codzienny kontakt z pacjentami i są dla nich najczęściej pierwszym źródłem wiedzy. To także źródło wiedzy dla mediów oraz ogółu społeczeństwa, którzy popartej nauką wiedzy na temat szczepień przeciw COVID-19 i typów szczepionek. Inicjatywa powstała dzięki Polskiemu Towarzystwu Zdrowia Publicznego, a radę programową tworzy grono 14 profesorów i doktorów – ekspertów z różnych dziedzin: chorób zakaźnych, wakcynologii, wirusologii, chemii i biochemii, zdrowia publicznego i medycyny rodzinnej.

Polski sinolog Michał Boym pionier polsko-chińskich kontaktów (część II)

Wybitny polski sinolog, dyplomata oraz pisarz Edward Kajdański zmarł 10 września 2020 roku. Jedynym z najważniejszych dzieł, których był autorem to opracowanie o Michale Boymie. Oto historia nauki polskiego misjonarza i orientalisty Michała Boyma, która została opisana przez Edwarda Kajdańskiego oraz chińskich uczonych.

Michał Boym urodził się we Lwowie. Jego ojciec był nadwornym medykiem króla Zygmunta III Wazy. Boym również interesował się medycyną. Dlatego po przybyciu do Chin, próbował zgłębić tajniki medycyny chińskiej. Jego najważniejszą zasługą w upowszechnianiu w Europie wiedzy o Chinach były właśnie przeprowadzone przez niego dogłębne studia nad medycyną chińską i stosowanymi w niej lekami. Był pierwszym Europejczykiem, który usystematyzował wiedzę w tym zakresie, jednak jego osiągnięcia zostały docenione przez europejską naukę dopiero dużo, dużo później.
Profesor Zhang Xiping uważa, że dokonania Boyma należy rozważać w następujących aspektach: Boym jako pierwszy Europejczyk, który przedstawił Zachodowi Kanon medycyny wewnętrznej Żółtego Cesarza („Huangdi Neijing”) i Kanon pulsu („Mai Jing”), Boym jako autor dzieła o chińskiej medycynie Clavis medica ad Chinarum doctrinam de pulsibus („Klucz do chińskiej doktryny medycznej”), które zainicjowało naukowe badania ludzi Zachodu nad tą dziedziną oraz Boym jako ten, który zapoznał Europę z chińskimi roślinami i ich leczniczymi właściwościami.
„Proszę zwrócić uwagę, jakie tu są dokładne opisy!”
Powiedział profesor Zhang Zhenhui, otwierając opasły tom Dzieł Michała Boyma na rozdziale XV, w którym czytamy:
„Jeśli puls pacjenta uderza raz i się zatrzymuje, oznacza to że chory może umrzeć następnego dnia; jeśli puls uderza dwa razy i się zatrzymuje, to oznacza, że chory może umrzeć po trzech dniach – to przecież dokładnie tak samo, jak napisano w Kanonie pulsu”.
Gros spuścizny Boyma to pisma poświęcone medycynie chińskiej. I to właśnie ich tłumaczenie sprawia największe kłopoty. Pomijając to, że już same teorie i koncepcje chińskiej medycyny są trudne do zrozumienia, do tego dochodzi cała terminologia i nazewnictwo, które Boym spisał po łacinie. Należy, zatem, najpierw te nazwy rozpoznać i przyporządkować je do pierwotnych chińskich pojęć.
Edward Kajdański, aby uporać się z tym przekładem, wielokrotnie przyjeżdżał do Pekinu weryfikować angielskie tłumaczenia prac z zakresu chińskiej medycyny z ich chińskimi oryginałami oraz na konsultacje ze specjalistami.
„Owszem, podczas mieszkania w Harbinie chodziłem nawet do chińskich lekarzy i wiedziałem mniej więcej, na czym polega różnica między chińską a europejską medycyną, ale nie tak dalece, by móc tłumaczyć jego prace” Stwierdził Kajdański. Uważał on, że skoro dzisiaj chińska medycyna jest tak popularna i powszechnie stosowana na całym świecie, tym bardziej nie powinniśmy zapominać o jej wybitnym europejskim pionierze.
Jedyne dzieło Boyma, które zostało wydane drukiem za jego życia, w 1656 r., to Flora Sinensis („Chińska flora”). Przedstawił w nim 31 dalekowschodnich gatunków roślin i zwierząt. I w tym przypadku opatrzył je własnoręcznie wykonanymi rycinami, które do dziś stanowią cenne źródło informacji.
Również profesor Zhang Xiping z ogromnym uznaniem wypowiada się na temat dorobku polskiego misjonarza na tym polu: „W 1753r. szwedzki botanik, Linnaeus wydał studium „Species Plantarum”, w którym opisał zaledwie 37 gatunków chińskich roślin, a więc niewiele więcej niż autor Flora Sinensis równo wiek wcześniej. Jest to niezbity dowód na to, jak zaawansowane były prace Boyma”.
Wang Yongjie, uczony młodego pokolenia, z Wydziału Historii na Uniwersytecie w Zhejiangu, wykonał badania nad „Atlasem Chin”. Wang Yongjie powiedział:
„Jedną z najważniejszych zasług Boyma dla zachodniej sinologii było to, że sporządził mapy Chin z uwzględnieniem długości i szerokości geograficznej. Przy czym Boym nie był jedynym Europejczykiem, który opracowywał mapy. Byli też inni, znani kartografowie, jak choćby współczesny mu, słynny Martino Martini. Atlas Martiniego został oficjalnie wydany w 1655 r., a atlas Boyma zamknięto w labiryntach watykańskiej biblioteki i przez wieki nie ujrzał on światła dziennego”.
Atlas Boyma obejmuje 15 prowincji (m.in. Zhejiang, Fujian, Sichuan), mapę całych Chin, mapę wyspy Hainan, mapę północno-wschodnich Chin. Boym jako pierwszy wskazał, że Kataj Marco Polo to China Portugalczyków; również jako pierwszy przedstawił właściwe położenie wielu chińskich miast, umieścił dokładne nazwy miejscowości, w tym nawet nazwy powiatów, uwzględniając podział administracyjny; nakreślił przebieg Wielkiego Muru; Koreę oznaczył jako półwysep, a nie, jak powszechnie uważano, wyspę; naniósł na mapy pustynię Gobi.
Dr. Wang Yongjie podsumował Atlas Chin Boyma następująco:
„Wyróżniają go trzy cechy: po pierwsze, dokładność nazw miejsc, w tym nawet nazw powiatów; po drugie barwne, piękne ilustracje przedstawiające obyczaje mieszkańców Chin, cesarskie ceremonie, rośliny i zwięrzęta i po trzecie informacje na temat zasobów naturalnych.
Poza studiami nad chińska medycyną, florą i topografią, Boym wiele czasu poświęcił na zgłębianie chińskich zwyczajów, obyczajów i kultury. Opisał m.in. system polityczny w dawnych Chinach, stroje, architekturę, filozofię i religie. Szkoda, że jego dorobek jest tak mało znany – zarówno przez Chińczyków, jak i Polaków. Profesor Zhang Zhenhui zauważył z żalem:
„Obecnie nazwisko Boyma znane jest głównie specjalistom. Jeśli słyszał o nim ktoś, spoza tego kręgu, to zazwyczaj o jego poselstwie od cesarza Chin do papieża. Ale według mnie, nie to w tej całej historii jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że on przedstawił Zachodowi cywilizację chińską”.
Mimo że Boym żył i tworzył niemal 400 lat temu, to jego dziedzictwo dla przyjaźni między Polską i Chinami oraz wymiany kulturowej między Chinami i Europą jest wciąż żywe. Choć świat zapomniał go na kilka stuleci, to trzech autorów Dzieła Michała Boyma przywraca pamięć o nim i przedstawia chińskim czytelnikom jego niezwykłą historię.
Zhang Xiping uważa, że studia nad Boymem mają ważne znaczenie dla chińskich uczonych. W związku ze wzmocnieniem pozycji Chin na arenie międzynarodowej i rozpowszechnianiem chińskiej kultury, każdemu cudzoziemcowi, który w tak odległych czasach nawiązał kontakty z Chinami, należy się szacunek.
„Kiedy mówimy o rozpowszechnianiu chińskiej kultury, musimy najpierw poznać historię, sposoby myślenia i ludzi, którym tę kulturę chcemy przedstawić. Dzieła Michała Boyma są tu dobrym przykładem. Polacy rozumieją Boyma, bo był ich rodakiem” – oświadczył profesor Zhang Xiping.
W czasach dynastii Ming i Qing do Chin przybyło wielu zachodnich misjonarzy. Zobaczyli oni potężny kraj o odmiennej, fascynującej kulturze. Ich relacje wzbudziły żywe zainteresowanie Europy nieznaną jej wcześniej chińską kulturą.
Rząd chiński ma świadomość, że aby rozpowszechniać chińską kulturę na świecie należy skorzystać z pomocy z zewnątrz: pozyskać dla tej idei znane, wpływowe i cieszące się powszechnym poważaniem osoby z różnych krajów i zakątków świata – sinologów, dziennikarzy, pisarzy, artystów, uczonych i polityków.
Jeden ze zwiedzających, pan Luo już raz oglądał ekspozycję, ale nie zdążył zobaczyć wszystkiego, dlatego przyjechał jeszcze raz. Żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Podzielił się z nami swoimi wrażeniami: „Bywam za granicą. Tam zmienił się mój punkt spojrzenia na Chiny. Cudzoziemiec mógł zrobić tak dokładne opracowania, a Chińczykom się to nie udało. Chyba nie bardzo cenią własną kulturę.Wcześniej Chiny były większe i bogate, cudzoziemcy uczyli się od nas, a teraz utknęliśmy w przeświadczeniu, że Zachód jest najlepszy!”
Przez wieki cywilizacje Chin i Zachodu rozwijały się obok siebie, bez inklinacji do dominacji, czerpiąc i ucząc się od siebie nawzajem, zachowując przy tym swoją specyfikę, swoją tożsamość – jak równorzędni, szanujący się partnerzy.

Nobel dla Pytii

Kiedyś szaman, alchemik, czy astrolog. Dziś ekonomista.

Na początek proste pytanie. Kim byli Ronald Coase, Trygve Haavelmo oraz Franco Modigliani i dlaczego? Jeśli nie wiecie, to niewiele straciliście. Gdyby nie Wikipedia też bym nie wiedział. Tymczasem okazuje się, że są tym samym, czym Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Laureatami Nobla z ekonomii. A właściwie przyznawanej przez Komitet Noblowski Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Pozostaje jeszcze tylko kwestia dlaczego.
Jest ona o tyle kluczowa, że Alfred Nobel umyślił sobie, żeby nagradzać „wynalazki i odkrycia”, przynoszących ludzkości największe korzyści. Kaskę, medal i dyplom mieli dostawać naukowcy za dokonania praktyczne, a nie teoretyczne. Dlatego nie wymyślił nagrody swojego imienia z matematyki.
I dlatego do roku 1968 na szwedzkie i norweskie zaszczyty załapywali się chemicy, fizycy, medycy i fizjologowie, literaci oraz tacy, którym przypisywano szerzenie światowego pokoju. 45 lat temu Szwedzki Bank Narodowy obchodził 300 lat istnienia i miał na zbyciu trochę forsy. Zakręcił się zatem wokół Komitetu i załatwił sobie prawo do fundowania co roku Nagród dla ekonomistów.
Pierwszy raz ekonomiczny Nobel został ogłoszony w 1969 roku. Dostało go dwóch ekonometrów o nazwiskach, które mogą powiedzieć coś tylko historykom ekonomii. Najciekawsze, że historia nagrody Narodowego Banku Szwecji dziwnie współgra z demontażem tego, co sprawiło, że przez ponad 25 lat gospodarka świata rozwijała się bez większych wstrząsów. Tyle tylko, że pojawili się tacy, którzy wiedzieli więcej i lepiej. Nazwano ich neoliberałami ze szkoły chicagowskiej. To więcej i lepiej sprowadzało się do mantry Balcerowicza o niewidzialnej ręce rynku, która poprowadzi świat do świetlanej przyszłości. Tyle, że aby działała, należało jej zdjąć kajdanki nałożone przez państwa.
No i zaczęli te okowy dzięki politykom zrywać. A co najciekawsze mieli w tym olbrzymie wsparcie, które dawała nagroda Nobla. Dostali ją dwaj guru szkoły chicagowskiej Milton Friedman i Friedrich Hajek. Co ciekawe ten ostatni załapał się na nagrodę w towarzystwie Gunnara Myrdala interwencjonisty, żeby nie powiedzieć socjalisty ekonomicznego. Tyle, że dla zwolenników Keynes’izmu dobre w Sztokholmie się skończyło. Do dziś laureatami z ekonomii zostało 12 profesorów z Uniwersytetu Chicagowskiego.
Mniej więcej od 30 lat laureatami zostaje mnóstwo ekonomistów specjalizujących się w zachowaniu rynków. Wszystkie „teorie gier”, metody ujęcia postępowania graczy giełdowych w różnych sytuacjach i inne takie sprowadzają się głównie do odkrycia recepty na wygraną w giełdowej ruletce. Zupełnie tak jakby dla ekonomisty nie istniało takie pojęcie jak realny rynek, z jego towarami, pracownikami, popytem i podażą. Nie. Ekonomista, żeby załapać się na Nobla musi poszukiwać kamienia filozoficznego, który wykorzystany w grze na rynkach zamieni dolary na górę złota.
Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego uważa, że gdyby przeanalizować „dorobek chociażby kilku z dotychczasowych laureatów ekonomicznego Nobla można wyciągnąć, być może zaskakujący, a na pewno dosyć smutny wniosek, że wielu problemów gospodarczych współczesnego świata, takich, jak kryzys z 2008 roku, czy problemy finansowe tysięcy kredytobiorców zadłużonych np. we franku szwajcarskim, można było uniknąć, gdyby w porę posłuchano, albo poczytano Noblistów”.
Tak… jasne…. Tylko dlaczego kilku? Ano dlatego, że gdyby przeczytać wszystkich, to okazałoby się, że chłopaki i dziewczyna, mają poglądy jak stąd do Władywostoku, albo i dalej.
Nie ma bowiem czegoś takiego w ekonomii jak pewnik. Jedni są za, inni przeciw, a jeszcze inni i za i przeciw. Tyle tylko, że idea Alfreda Nobla, żeby zrobili coś dla ludzkości w ich przypadku nie ma żadnego zastosowania.
Co pośledniejsi ekonomiści twierdzą na przykład, że gdyby posłuchano laureata z 2001 roku Joseph`a Stiglitza, to nie byłoby ostatniego kryzysu. A to niby stąd, że Stieglitz wykoncypował teorię asymetrii informacyjnej, która mówiła, że ci co sprzedawali różne dziwne opcje czy inne produkty finansowe wiedzieli o nich więcej niż nabywcy. Czyli choćby to, że takie papiery wartościowe, to zwykłe gówno. Według Stieglitza gdyby taka wiedzę posiedli nabywcy, to nikt takiego szytu by nie kupił. Prawda, że genialne? Tyle, że od tysięcy lat ludzie nie tylko o tym wiedzą, ale nawet stosują przy każdym zakupie bazarowych jabłek, śliwek, czy pomidorów. Sprzedawca ukrywa ich wady, a nabywca maca, wącha i przechytrza sprzedawcę zostawiając zgniłki na straganie. Dupek, który kupuje akcje, czy derywaty, nie ma prawa, ani możliwości sprawdzić co to właściwie jest. Więc niby jak Stieglitz mógł czemukolwiek zapobiec?
Według profesorów ekonomii nic tak dobrze nie robi gospodarce jak dobra teoria. Czterech noblistów ekonomicznych postanowiło zatem wykorzystać swoje szare komórki i zarobić. Robert Merton, Myron Scholes, Salomon Brothers i John Meriwether założyli Long Term Capital Management i zainwestowali w niego wszystkie swoje pieniądze. Na początku odnieśli sukces – w 1995 roku fundusz osiągnął 63-procentową stopę zwrotu, w 1996 – ponad 50-procentową. Potem było już tylko gorzej. Koncepcje panów laureatów zaczęły brać w dupę. Nie sprawdzało się nic z pieczołowicie wydumanych praw i teorii. Pierwsze straty pojawiły się już w 1998 roku, kiedy to fundusz stracił 312 milionów dolarów. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Nie przejęto się tym zbytnio, gdyż uważano to za niefundamentalną zmianę.
Jednak jechano dalej na noblowskiej opinii ekonomistów. Inwestorzy kupowali udziały, a nobliści je sukcesywnie upychali w papierach, które zamiast zarabiać traciły. Na LTCM przejechały się niemal wszystkie instytucje finansowe świata: Goldman Sachs, JP Morgan, Meriill Lynch, Morgan Stanley, Credit Suisse ,UBS, Salomon Smith Barney, Deutsce Bank, Chase Manhatan, Societe General, Lehman Broters czy Paribas. Spłacenie zobowiązań funduszu kosztowało amerykańskich podatników i Fed drobne 3,6 mld dolarów.
W 2913 roku na nagrodę szwedzkiego banku załapali się trzej wymienieni na początku faceci. Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Dwaj pierwsi, rzecz jasna, z Uniwersytetu Chicago, a ostatni z Yale.
Jak podkreślono w uzasadnieniu, laureaci opracowali nowe metody badania wyceny aktywów i użyli ich do swoich prac nad szczegółowymi danymi dotyczącymi cen akcji, obligacji i innych aktywów. Opracowane przez nich metody stały się powszechnie stosowanymi narzędziami badawczymi, a ich wkład jest wykorzystywany zarówno w teorii, jak i praktyce inwestycyjnej. Królewska Szwedzka Akademia Nauk zwróciła uwagę, że o ile nie ma sposobu dokładnego przewidzenia cen akcji czy obligacji za kilka dni czy tygodni, to dzięki gruntownym badaniom laureatów okazało się, że daje się dość dokładnie przewidzieć szerokie pasmo cen w dłuższych okresach, rzędu 3-5 lat.
Robert Shiller zyskał sławę w 1981 r.. Wykazał że inwestorzy to idioci, a zarządy i rady nadzorcze ustalające wielkość dywidend, to nie idioci. Podważył więc hipotezę efektywnego rynku mówiącą, że ceny akcji zawsze w pełni odzwierciedlają dostępne informacje na temat tych papierów. Dla jaj dodam tylko, że za teorią efektywnego rynku stał drugi z tegorocznych laureatów – Fama. Dalsze badania doprowadziły Shillera do wniosku, że decyzje inwestorów giełdowych są bardzo często podejmowane pod wpływem emocji, a nie racjonalnej kalkulacji. Tyle, że o tym wie każdy kto zetknął się z giełdową ruletką. Przykładem takich stadnych głupich reakcji graczy giełdowych była panika na rynkach finansowych podczas kryzysu z 2008 roku, którą prof. Shiller przewidział dużo wcześniej i w 2007 r. ostrzegł przed załamaniem rynku hipotecznego. Udowodnił zatem znaną nawet w przedszkolu zasadę, że jak wszyscy kupują, to i ja sprzedaję, jak wszyscy sprzedają, to ja kupuję. Tyle że w panice nikt o tym nie pamięta.
Trzeci ekonomiczny noblista Lars Hansen opracował statystyczną metodę, która testuje teorie racjonalnej wyceny aktywów. Używając jej, Hansen potwierdził, że wykluczające się teorie Shillera i Famy „stanowią wielki krok w kierunku wyjaśnienia zagadnienia wyceny aktywów” – co przypomniano w uzasadnieniu przez Komitet jego Nobla.
Przez ponad 50 lat jedno co zdołał swoimi nagrodami udowodnić Bank Szwecji to to, że ekonomiści mają się do ekonomii tak jak renciści do rentierów. Specjaliści od systemu obstawiania na giełdzie – potwierdzili to kolejny raz. Dlatego, w przeciwieństwie do opowiadań Alice Munro, nie warto sobie ich nazwiskami zapychać pamięci.

Pytia – kapłanka w świątyni Apolla w Delfach. Pełniła rolę wyroczni, gdy dostała pieniądze, wpadała w trans i pieprzyła bez sensu.

Nawrócenie neoliberalnego profesora

Niezbadane są meandry, którymi kroczą tuzy polskiej akademii.

Za ostatni przykład kompletnego pogubienia i uwikłania się w sprzeczności możemy wziąć profesora Marka Kwieka, jedną z twarzy szkodliwej reformy szkolnictwa wyższego i nauki (tzw. Ustawy 2.0) przeprowadzonej pod dyktando Jarosława Gowina. Jeszcze do niedawna profesor zalecał wszystkim „więcej konkurencji”, „ściganie Zachodu”, „publikowanie tylko w najbardziej prestiżowych czasopismach”. Dobrze znamy tego rodzaju neoliberalne komunały, jak i znamy ich skutki –  w każdym obszarze społecznym i gospodarczym przyniosły do tej pory takie same efekty: poddaństwo względem zagranicznego kapitału i umoszczenie się na stanowiskach poganiaczy wąskiej grupki kompradorskich elit.

Okazuje się, że izolacja i społeczna kwarantanna pomogły profesorowi rozwiać nieco neoliberalny czad usypiający na co dzień jego bystry umysł. Niedawno podzielił się z nami na  Twitterze taką refleksją.

„Najmocniej przepraszam, że to powiem – ale nie wyobrażam sobie po prostu swoich badań (w obszarze ilościowych studiów nad nauką) bez Sci-Huba. Wiem, nielegalny. Wiem, Robin Hood. Pomyślcie dopiero o naukowcach z biedniejszych krajów, jeśli ja to mówię, mając pokaźny dostęp do literatury na uniwersytecie.”

Niezorientowanym czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia. Sci-hub to portal założony w 2011 roku przez pochodzącą z Kazachstanu aktywistkę Aleksandrę Elbakian. Umożliwia bezpłatny dostęp do większości treści naukowych publikowanych na stronach największych wydawców czasopism akademickich (jak Elsevier czy Springer). Ze względu na horrendalne opłaty, które pobierają wydawcy, jest wykorzystywany jako narzędzie umożliwiające dostęp przez ludzi na całym świecie. Nie tylko w krajach peryferyjnych, ale również w krajach centrum, gdzie kolejne uniwersytety czy kraje odmawiają podpisywania umów na wykup dostępu do czasopism wydawanych przez oligopolistów.

Wydawanie czasopism naukowych w warunkach niemal niezmąconego oligopolu jest zajęciem niezwykle zyskownym. Szacuje się, że rynek wydawnictw akademickich wart jest około 10 mld dolarów rocznie. Zyskowność tego przedsięwzięcia można przybliżyć, wskazując na poziom marż operacyjnych, które generują najwięksi wydawcy. Mówi się tutaj o przedziale między 20 a 30 proc., czy nawet 40 proc.  Kilka lat temu eksperci Deutsche Banku podsumowali tę sprawę w pouczający sposób: „Jesteśmy przekonani, że wydawcy dodają względnie niewielką wartość do procesu wydawniczego. Nie chcemy przez to zapominać o tym, w jaki sposób 7000 ludzi zatrudnionych w spółce Reed Elsevier zarabia na chleb. Zauważamy jedynie, że jeżeli proces byłby rzeczywiście tak złożony, kosztowny i przynoszący wartość dodaną, jak upiera się przy tym wydawca, poziom blisko 40 proc. marży byłby zwyczajnie niemożliwy”.

Pokaźne zyski w zamian za zamykanie dostępu do wytworzonej za publiczne środki wiedzy naukowej? Wydaje się to nielogiczne. Jednak każdego dnia, setki tysięcy naukowców na całym świecie dobrowolnie przekazują wyniki swoich prac tym pasożytniczym wydawcom. Niekiedy dopłacając również za możliwość ich publikacji w otwartym (wolnym) dostępie. Wskazując na to, że to Sci-hub stanowi prawdziwe rozwiązanie problemu otwartego dostępu do wiedzy naukowej,

Elbakian na tweeterowym koncie portalu umieszcza rysunek przedstawiający Lenina z hasłem: „Zmierzając ku jasnej przyszłości społeczeństwa komunistycznego. Powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju”. Faktycznie, Sci-hub jest dziś dla zabiedzonych akademików jedynym sposóbem na utrzymywanie się w pracy, w ramach której dostęp do najnowszej literatury naukowej ma kluczowe znaczenie w kontekście możliwości realnego prowadzenia badań na wymaganym poziomie. Jest to również kluczowe z punktu widzenia utrzymania swojego miejsca pracy przy stale rosnących (również wskutek nawoływań podobnych do profesora Kwieka akademików) presjach na efektywność i publikacje („w najbardziej prestiżowych czasopismach”, jak zwykł powtarzać przy każdej okazji nasz bohater).

Fakt, że nawet dogmatyczni orędownicy neoliberalizmu pokroju profesora zachodzą po rozum do głowy w czasach pandemii koronawirusa, czasach gdy nauka stoi na pierwszym froncie walki o miliony istnień i przywrócenie podstaw normalności dla miliardów pracowników na całym świecie, nie jest bez znaczenia. Ta wewnętrzna sprzeczność, w którą popadł ów akademik jest tylko jednym z tysięcy pęknięć, jakie codziennie zarysowują się w kapitalistycznej strukturze społecznej. 

Na koniec możemy, tak po ludzku, zapytać profesora Kwieka, jak to w końcu jest z tą konkurencją i wolnym rynkiem, do których z gorliwością godną lepszej sprawy przez lata zachęcał publicznie? Unosi wszystkie łódki? Czy też prowadzi do tworzenia monopoli i wyzysku? W jakim świecie chciałby Pan w końcu żyć? W świecie wolnego dostępu do wiedzy, powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju? Czy w świecie gdzie zwycięzca zagarnia wszystko, a biedni kuzyni mogą co najwyżej obejść się smakiem?

Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Refleksje o reformie szkolnictwa

Początek nowego roku akademickiego zbiega się z wejściem w życie szumnie zapowiadanej reformy. Nie wywołała ona tak silnych kontrowersji, jak wcześniejsza – zupełnie nieudana – pseudoreforma szkolnictwa podstawowego i średniego.

Poprzedzona została dość poważnie przeprowadzoną dyskusją, co można byłoby zapisać na plus ministrowi Gowinowi, gdyby nie to, że niezbyt widać wpływ tej dyskusji na kształt przeprowadzanych zmian. Chociaż jest już za późno, by dokonać zmian we wprowadzanej właśnie reformie, to jednak warto zastanowić się, co stanowi najważniejsze tkwiące w niej zagrożenie i jak ewentualnie można będzie zmiany te poprawić jeśli (lub gdy) powstaną niezbędne warunki polityczne.

Rankingi wstydu

Założoną intencją reformy miało być podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, które w ostatnich dziesięcioleciach istotnie nie może wykazać się szczególnie imponującymi osiągnięciami.
Notowania międzynarodowe naszych czołowych uczelni sytuują je daleko of czołówki światowej, co musi zastanawiać zwłaszcza dlatego, że ustępujemy w tych rankingach nie tylko wielkim mocarstwom (co byłoby zrozumiałe) ale także wielu państwom średniej wielkości.
W środowisku naukowym dość rozpowszechniony jest pogląd, ze tan stan rzeczy wynika głównie z niedofinansowania szkolnictwa wyższego. Daleki jestem od negowania tego argumentu. Paradoksem polskiej transformacji ustrojowej jest to, że trzydzieści lat po zmianie systemu uczelnie wyższe są w gorszej sytuacji finansowej niż były w okresie PRL, zwłaszcza w bardzo pod tym względem dobrych latach siedemdziesiątych. Dzieje się to w warunkach niewątpliwego, bardzo znacznego wzrostu polskiej gospodarki i podniesienia realnych dochodów ludności. Jest to fragment większej całości, na którą składają się – obok problemów edukacji – stan służby zdrowia, niedofinansowanie wymiaru sprawiedliwości i innych działów pracy państwowej. Reforma ministra Gowina tego problemu nie ruszyła, gdyż wymagałoby to przemyślenia całej polityki budżetowej. Gdy obecna opozycja dojdzie do władzy, będzie musiała na nowo przemyśleć tę politykę – nie tylko w odniesieniu do edukacji.

Intencje intencjami

Reforma szkolnictwa wyższego ma – według głoszonych intencji jej autorów – przynieść usprawnienie zarządzania, pozwolić na koncentrację środków w najlepszych uczelniach i zapewnić takie warunki awansu naukowego młodej kadry, które sprzyjać będą jej odmłodzeniu przy zachowaniu, a nawet podniesieniu, merytorycznych kryteriów tego awansu. Są to cele godne poparcia, ale problem tkwi w tym, że reforma polega na dobraniu środków, które nie będą sprzyjały realizacji tak określonych celów.
W sferze zarządzania uczelniami wyższymi reforma idzie w kierunku centralizacji. Likwidacja wydziałów, które stanowiły naturalne, okrzepłe latami, środowiska naukowe i koncentracja władzy w ręku rektorów przy znacznym osłabieniu roli ciał kolektywnych to rozwiązania, które nie tylko odbiegają do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej, ale także nie dają żadnej gwarancji, że w rezultacie tych zmian uczelnie będą lepiej zarządzane. Wiemy co tracimy (znaczną część uczelnianej demokracji), ale nie bardzo wiadomo, co mielibyśmy w wyniku tych zmian zyskać. Swoistość nauki polega na tym, że mechanizmy nieźle sprawdzające się w wojsku czy w administracji gospodarczej nie pasują do nauki i szkolnictwa wyższego, o jakości których decydują indywidualne talenty wielkich uczonych.

Kadra za miskę ryżu

Tu dotykam sprawy jeszcze ważniejszej: sposobu, w jaki reforma ma wpływać na dobór i awans młodej kadry naukowej. To z niej wyrosną przyszli mistrzowie akademiccy, od których pracy w ostatecznym rachunku zależeć będzie poziom polskiej nauki i polskich szkół wyższych. Ca la tradycja akademicka opiera się na tym, że najważniejszym kryterium oceny uczonego jest opinia innych uczonych. Czy jest to rozwiązanie idealne? Nie, gdyż idealnych rozwiązań nie ma. Środowisko naukowe może się mylić, jak na przykład sto lat temu myliło się polskie środowisko prawnicze nie doceniając oryginalności największego z polskich teoretyków prawa Leona Petrażyckiego – uczonego o światowej sławie, ale zbyt niezależnego, jak na kryteria ówczesnego (wtedy bardzo konserwatywnego) środowiska naukowego. Jednak na dłuższą metę nie ma lepszych kryteriów oceny niż opinia innych uczonych. Nie zastąpią jej biurokratyczne kryteria oparte na gromadzeniu punktów za publikacje, co zakłada, że sam fakt opublikowania tekstu w „punktowanym” czasopiśmie świadczy o poziomie kandydata do awansu naukowego.

Docenci pisowscy?

O co więc w istocie idzie w tej reformie? Moim zdaniem ma ona ukryte, ale dość oczywiste cele polityczne.
Wpisuje się w koncepcję „wymiany elit”, którą Prawo i Sprawiedliwość otwarcie głosi i dość konsekwentnie stara się realizować.
To dlatego obniża się znaczenie opinii uczonych a podnosi rolę punktacji, na którą istotny wpływ ma mieć ministerstwo, gdy z to ona – raczej arbitralnie – ustala listę „punktowanych” czasopism. Temu celowi ma także służyć wzmocnienie pozycji rektorów, gdyż osłabienie roli ciał kolektywnych oznacza zmniejszenie roli środowiska naukowego, w którym wpływy obecnej partii rządzącej są niewielkie.
Wszystko to przypomina zmiany wprowadzone półwieku temu, gdy – po niechlubnym marcu 1968 roku – ówczesne władze osłabiły pozycję senatów i rad wydziałów a wzmocniły znacznie pozycję rektorów, a także umożliwiły obejmowanie stanowiska docenta osobom bez habilitacji (tak zwanym „marcowym docentom”).
Nie na wiele to się zdało, gdyż środowiska naukowe cenią sobie własną pozycję i nie poddają się tak łatwo dyktatowi rządzących. Nie wróże więc powodzenia autorom reformy, co nie znaczy, że nie będzie ona miała niekorzystnego wpływu na warunki funkcjonowania polskiego szkolnictwa wyższego.

Ale z drugiej strony…

Gdy powstaną polityczne warunki dla naprawy państwa po rządach PiS, warto będzie poważnie odnieść się do sprawy reformowania szkolnictwa wyższego. Jedną ze zmian powinno być ponowne połączenie ministerstwa edukacji narodowej i szkolnictwa wyższego, tak jak to było w latach 1987-2006. Podzielenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (przez rząd Jarosława Kaczyńskiego) było konsekwencją przejęcia kierownictwa MEN przez szefa Ligi Polskich Rodzin wicepremiera Romana Giertycha, co rodziło potrzebę zachowania kierownictwa szkolnictwa wyższego w ręku dotychczasowego ministra, wybitnego uczonego profesora Michała Seweryńskiego. Po zmianie rządu te względy straciły na znaczeniu, ale kolejni premierzy nie wrócili już – moim zdaniem niesłusznie – do rozwiązania, które w swoim czasie dobrze się sprawdziło. Połączenie odpowiedzialności za te obszary w jednym ręku jest uzasadnione tym, że między szkolnictwem ponadpodstawowym i wyższym istnieje wiele powiązań i wzajemnych zależności.

I pieniądze

Warto będzie także inaczej niż dotychczas konstruować politykę finansowania szkolnictwa wyższego i nauki, być może przez zwiększenie udziału wielkich przedsiębiorstw państwowych. Przede wszystkim zaś konieczne będzie uwolnienie szkolnictwa wyższego od politycznej kontroli – i to niezależnie od tego, kto sprawować będzie władzę w państwie.
Skutki obecnej reformy poznamy po jakimś czasie. Chciałbym się mylić, ale wątpię, by przyniosła ona pożądany przełom w sytuacji szkolnictwa wyższego. Od środowiska naukowego będzie zależało, czy – lub w jakim stopniu – wpłynie ona na klimat polityczny, w jakim funkcjonuje ten obszar życia społecznego.

*Autor był w latach 1996-1997 ministrem edukacji narodowej.