Polski sinolog Michał Boym pionier polsko-chińskich kontaktów (część II)

Wybitny polski sinolog, dyplomata oraz pisarz Edward Kajdański zmarł 10 września 2020 roku. Jedynym z najważniejszych dzieł, których był autorem to opracowanie o Michale Boymie. Oto historia nauki polskiego misjonarza i orientalisty Michała Boyma, która została opisana przez Edwarda Kajdańskiego oraz chińskich uczonych.

Michał Boym urodził się we Lwowie. Jego ojciec był nadwornym medykiem króla Zygmunta III Wazy. Boym również interesował się medycyną. Dlatego po przybyciu do Chin, próbował zgłębić tajniki medycyny chińskiej. Jego najważniejszą zasługą w upowszechnianiu w Europie wiedzy o Chinach były właśnie przeprowadzone przez niego dogłębne studia nad medycyną chińską i stosowanymi w niej lekami. Był pierwszym Europejczykiem, który usystematyzował wiedzę w tym zakresie, jednak jego osiągnięcia zostały docenione przez europejską naukę dopiero dużo, dużo później.
Profesor Zhang Xiping uważa, że dokonania Boyma należy rozważać w następujących aspektach: Boym jako pierwszy Europejczyk, który przedstawił Zachodowi Kanon medycyny wewnętrznej Żółtego Cesarza („Huangdi Neijing”) i Kanon pulsu („Mai Jing”), Boym jako autor dzieła o chińskiej medycynie Clavis medica ad Chinarum doctrinam de pulsibus („Klucz do chińskiej doktryny medycznej”), które zainicjowało naukowe badania ludzi Zachodu nad tą dziedziną oraz Boym jako ten, który zapoznał Europę z chińskimi roślinami i ich leczniczymi właściwościami.
„Proszę zwrócić uwagę, jakie tu są dokładne opisy!”
Powiedział profesor Zhang Zhenhui, otwierając opasły tom Dzieł Michała Boyma na rozdziale XV, w którym czytamy:
„Jeśli puls pacjenta uderza raz i się zatrzymuje, oznacza to że chory może umrzeć następnego dnia; jeśli puls uderza dwa razy i się zatrzymuje, to oznacza, że chory może umrzeć po trzech dniach – to przecież dokładnie tak samo, jak napisano w Kanonie pulsu”.
Gros spuścizny Boyma to pisma poświęcone medycynie chińskiej. I to właśnie ich tłumaczenie sprawia największe kłopoty. Pomijając to, że już same teorie i koncepcje chińskiej medycyny są trudne do zrozumienia, do tego dochodzi cała terminologia i nazewnictwo, które Boym spisał po łacinie. Należy, zatem, najpierw te nazwy rozpoznać i przyporządkować je do pierwotnych chińskich pojęć.
Edward Kajdański, aby uporać się z tym przekładem, wielokrotnie przyjeżdżał do Pekinu weryfikować angielskie tłumaczenia prac z zakresu chińskiej medycyny z ich chińskimi oryginałami oraz na konsultacje ze specjalistami.
„Owszem, podczas mieszkania w Harbinie chodziłem nawet do chińskich lekarzy i wiedziałem mniej więcej, na czym polega różnica między chińską a europejską medycyną, ale nie tak dalece, by móc tłumaczyć jego prace” Stwierdził Kajdański. Uważał on, że skoro dzisiaj chińska medycyna jest tak popularna i powszechnie stosowana na całym świecie, tym bardziej nie powinniśmy zapominać o jej wybitnym europejskim pionierze.
Jedyne dzieło Boyma, które zostało wydane drukiem za jego życia, w 1656 r., to Flora Sinensis („Chińska flora”). Przedstawił w nim 31 dalekowschodnich gatunków roślin i zwierząt. I w tym przypadku opatrzył je własnoręcznie wykonanymi rycinami, które do dziś stanowią cenne źródło informacji.
Również profesor Zhang Xiping z ogromnym uznaniem wypowiada się na temat dorobku polskiego misjonarza na tym polu: „W 1753r. szwedzki botanik, Linnaeus wydał studium „Species Plantarum”, w którym opisał zaledwie 37 gatunków chińskich roślin, a więc niewiele więcej niż autor Flora Sinensis równo wiek wcześniej. Jest to niezbity dowód na to, jak zaawansowane były prace Boyma”.
Wang Yongjie, uczony młodego pokolenia, z Wydziału Historii na Uniwersytecie w Zhejiangu, wykonał badania nad „Atlasem Chin”. Wang Yongjie powiedział:
„Jedną z najważniejszych zasług Boyma dla zachodniej sinologii było to, że sporządził mapy Chin z uwzględnieniem długości i szerokości geograficznej. Przy czym Boym nie był jedynym Europejczykiem, który opracowywał mapy. Byli też inni, znani kartografowie, jak choćby współczesny mu, słynny Martino Martini. Atlas Martiniego został oficjalnie wydany w 1655 r., a atlas Boyma zamknięto w labiryntach watykańskiej biblioteki i przez wieki nie ujrzał on światła dziennego”.
Atlas Boyma obejmuje 15 prowincji (m.in. Zhejiang, Fujian, Sichuan), mapę całych Chin, mapę wyspy Hainan, mapę północno-wschodnich Chin. Boym jako pierwszy wskazał, że Kataj Marco Polo to China Portugalczyków; również jako pierwszy przedstawił właściwe położenie wielu chińskich miast, umieścił dokładne nazwy miejscowości, w tym nawet nazwy powiatów, uwzględniając podział administracyjny; nakreślił przebieg Wielkiego Muru; Koreę oznaczył jako półwysep, a nie, jak powszechnie uważano, wyspę; naniósł na mapy pustynię Gobi.
Dr. Wang Yongjie podsumował Atlas Chin Boyma następująco:
„Wyróżniają go trzy cechy: po pierwsze, dokładność nazw miejsc, w tym nawet nazw powiatów; po drugie barwne, piękne ilustracje przedstawiające obyczaje mieszkańców Chin, cesarskie ceremonie, rośliny i zwięrzęta i po trzecie informacje na temat zasobów naturalnych.
Poza studiami nad chińska medycyną, florą i topografią, Boym wiele czasu poświęcił na zgłębianie chińskich zwyczajów, obyczajów i kultury. Opisał m.in. system polityczny w dawnych Chinach, stroje, architekturę, filozofię i religie. Szkoda, że jego dorobek jest tak mało znany – zarówno przez Chińczyków, jak i Polaków. Profesor Zhang Zhenhui zauważył z żalem:
„Obecnie nazwisko Boyma znane jest głównie specjalistom. Jeśli słyszał o nim ktoś, spoza tego kręgu, to zazwyczaj o jego poselstwie od cesarza Chin do papieża. Ale według mnie, nie to w tej całej historii jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że on przedstawił Zachodowi cywilizację chińską”.
Mimo że Boym żył i tworzył niemal 400 lat temu, to jego dziedzictwo dla przyjaźni między Polską i Chinami oraz wymiany kulturowej między Chinami i Europą jest wciąż żywe. Choć świat zapomniał go na kilka stuleci, to trzech autorów Dzieła Michała Boyma przywraca pamięć o nim i przedstawia chińskim czytelnikom jego niezwykłą historię.
Zhang Xiping uważa, że studia nad Boymem mają ważne znaczenie dla chińskich uczonych. W związku ze wzmocnieniem pozycji Chin na arenie międzynarodowej i rozpowszechnianiem chińskiej kultury, każdemu cudzoziemcowi, który w tak odległych czasach nawiązał kontakty z Chinami, należy się szacunek.
„Kiedy mówimy o rozpowszechnianiu chińskiej kultury, musimy najpierw poznać historię, sposoby myślenia i ludzi, którym tę kulturę chcemy przedstawić. Dzieła Michała Boyma są tu dobrym przykładem. Polacy rozumieją Boyma, bo był ich rodakiem” – oświadczył profesor Zhang Xiping.
W czasach dynastii Ming i Qing do Chin przybyło wielu zachodnich misjonarzy. Zobaczyli oni potężny kraj o odmiennej, fascynującej kulturze. Ich relacje wzbudziły żywe zainteresowanie Europy nieznaną jej wcześniej chińską kulturą.
Rząd chiński ma świadomość, że aby rozpowszechniać chińską kulturę na świecie należy skorzystać z pomocy z zewnątrz: pozyskać dla tej idei znane, wpływowe i cieszące się powszechnym poważaniem osoby z różnych krajów i zakątków świata – sinologów, dziennikarzy, pisarzy, artystów, uczonych i polityków.
Jeden ze zwiedzających, pan Luo już raz oglądał ekspozycję, ale nie zdążył zobaczyć wszystkiego, dlatego przyjechał jeszcze raz. Żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Podzielił się z nami swoimi wrażeniami: „Bywam za granicą. Tam zmienił się mój punkt spojrzenia na Chiny. Cudzoziemiec mógł zrobić tak dokładne opracowania, a Chińczykom się to nie udało. Chyba nie bardzo cenią własną kulturę.Wcześniej Chiny były większe i bogate, cudzoziemcy uczyli się od nas, a teraz utknęliśmy w przeświadczeniu, że Zachód jest najlepszy!”
Przez wieki cywilizacje Chin i Zachodu rozwijały się obok siebie, bez inklinacji do dominacji, czerpiąc i ucząc się od siebie nawzajem, zachowując przy tym swoją specyfikę, swoją tożsamość – jak równorzędni, szanujący się partnerzy.

Nobel dla Pytii

Kiedyś szaman, alchemik, czy astrolog. Dziś ekonomista.

Na początek proste pytanie. Kim byli Ronald Coase, Trygve Haavelmo oraz Franco Modigliani i dlaczego? Jeśli nie wiecie, to niewiele straciliście. Gdyby nie Wikipedia też bym nie wiedział. Tymczasem okazuje się, że są tym samym, czym Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Laureatami Nobla z ekonomii. A właściwie przyznawanej przez Komitet Noblowski Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Pozostaje jeszcze tylko kwestia dlaczego.
Jest ona o tyle kluczowa, że Alfred Nobel umyślił sobie, żeby nagradzać „wynalazki i odkrycia”, przynoszących ludzkości największe korzyści. Kaskę, medal i dyplom mieli dostawać naukowcy za dokonania praktyczne, a nie teoretyczne. Dlatego nie wymyślił nagrody swojego imienia z matematyki.
I dlatego do roku 1968 na szwedzkie i norweskie zaszczyty załapywali się chemicy, fizycy, medycy i fizjologowie, literaci oraz tacy, którym przypisywano szerzenie światowego pokoju. 45 lat temu Szwedzki Bank Narodowy obchodził 300 lat istnienia i miał na zbyciu trochę forsy. Zakręcił się zatem wokół Komitetu i załatwił sobie prawo do fundowania co roku Nagród dla ekonomistów.
Pierwszy raz ekonomiczny Nobel został ogłoszony w 1969 roku. Dostało go dwóch ekonometrów o nazwiskach, które mogą powiedzieć coś tylko historykom ekonomii. Najciekawsze, że historia nagrody Narodowego Banku Szwecji dziwnie współgra z demontażem tego, co sprawiło, że przez ponad 25 lat gospodarka świata rozwijała się bez większych wstrząsów. Tyle tylko, że pojawili się tacy, którzy wiedzieli więcej i lepiej. Nazwano ich neoliberałami ze szkoły chicagowskiej. To więcej i lepiej sprowadzało się do mantry Balcerowicza o niewidzialnej ręce rynku, która poprowadzi świat do świetlanej przyszłości. Tyle, że aby działała, należało jej zdjąć kajdanki nałożone przez państwa.
No i zaczęli te okowy dzięki politykom zrywać. A co najciekawsze mieli w tym olbrzymie wsparcie, które dawała nagroda Nobla. Dostali ją dwaj guru szkoły chicagowskiej Milton Friedman i Friedrich Hajek. Co ciekawe ten ostatni załapał się na nagrodę w towarzystwie Gunnara Myrdala interwencjonisty, żeby nie powiedzieć socjalisty ekonomicznego. Tyle, że dla zwolenników Keynes’izmu dobre w Sztokholmie się skończyło. Do dziś laureatami z ekonomii zostało 12 profesorów z Uniwersytetu Chicagowskiego.
Mniej więcej od 30 lat laureatami zostaje mnóstwo ekonomistów specjalizujących się w zachowaniu rynków. Wszystkie „teorie gier”, metody ujęcia postępowania graczy giełdowych w różnych sytuacjach i inne takie sprowadzają się głównie do odkrycia recepty na wygraną w giełdowej ruletce. Zupełnie tak jakby dla ekonomisty nie istniało takie pojęcie jak realny rynek, z jego towarami, pracownikami, popytem i podażą. Nie. Ekonomista, żeby załapać się na Nobla musi poszukiwać kamienia filozoficznego, który wykorzystany w grze na rynkach zamieni dolary na górę złota.
Elżbieta Mączyńska, Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego uważa, że gdyby przeanalizować „dorobek chociażby kilku z dotychczasowych laureatów ekonomicznego Nobla można wyciągnąć, być może zaskakujący, a na pewno dosyć smutny wniosek, że wielu problemów gospodarczych współczesnego świata, takich, jak kryzys z 2008 roku, czy problemy finansowe tysięcy kredytobiorców zadłużonych np. we franku szwajcarskim, można było uniknąć, gdyby w porę posłuchano, albo poczytano Noblistów”.
Tak… jasne…. Tylko dlaczego kilku? Ano dlatego, że gdyby przeczytać wszystkich, to okazałoby się, że chłopaki i dziewczyna, mają poglądy jak stąd do Władywostoku, albo i dalej.
Nie ma bowiem czegoś takiego w ekonomii jak pewnik. Jedni są za, inni przeciw, a jeszcze inni i za i przeciw. Tyle tylko, że idea Alfreda Nobla, żeby zrobili coś dla ludzkości w ich przypadku nie ma żadnego zastosowania.
Co pośledniejsi ekonomiści twierdzą na przykład, że gdyby posłuchano laureata z 2001 roku Joseph`a Stiglitza, to nie byłoby ostatniego kryzysu. A to niby stąd, że Stieglitz wykoncypował teorię asymetrii informacyjnej, która mówiła, że ci co sprzedawali różne dziwne opcje czy inne produkty finansowe wiedzieli o nich więcej niż nabywcy. Czyli choćby to, że takie papiery wartościowe, to zwykłe gówno. Według Stieglitza gdyby taka wiedzę posiedli nabywcy, to nikt takiego szytu by nie kupił. Prawda, że genialne? Tyle, że od tysięcy lat ludzie nie tylko o tym wiedzą, ale nawet stosują przy każdym zakupie bazarowych jabłek, śliwek, czy pomidorów. Sprzedawca ukrywa ich wady, a nabywca maca, wącha i przechytrza sprzedawcę zostawiając zgniłki na straganie. Dupek, który kupuje akcje, czy derywaty, nie ma prawa, ani możliwości sprawdzić co to właściwie jest. Więc niby jak Stieglitz mógł czemukolwiek zapobiec?
Według profesorów ekonomii nic tak dobrze nie robi gospodarce jak dobra teoria. Czterech noblistów ekonomicznych postanowiło zatem wykorzystać swoje szare komórki i zarobić. Robert Merton, Myron Scholes, Salomon Brothers i John Meriwether założyli Long Term Capital Management i zainwestowali w niego wszystkie swoje pieniądze. Na początku odnieśli sukces – w 1995 roku fundusz osiągnął 63-procentową stopę zwrotu, w 1996 – ponad 50-procentową. Potem było już tylko gorzej. Koncepcje panów laureatów zaczęły brać w dupę. Nie sprawdzało się nic z pieczołowicie wydumanych praw i teorii. Pierwsze straty pojawiły się już w 1998 roku, kiedy to fundusz stracił 312 milionów dolarów. W następnych miesiącach sytuacja jeszcze się pogorszyła. Nie przejęto się tym zbytnio, gdyż uważano to za niefundamentalną zmianę.
Jednak jechano dalej na noblowskiej opinii ekonomistów. Inwestorzy kupowali udziały, a nobliści je sukcesywnie upychali w papierach, które zamiast zarabiać traciły. Na LTCM przejechały się niemal wszystkie instytucje finansowe świata: Goldman Sachs, JP Morgan, Meriill Lynch, Morgan Stanley, Credit Suisse ,UBS, Salomon Smith Barney, Deutsce Bank, Chase Manhatan, Societe General, Lehman Broters czy Paribas. Spłacenie zobowiązań funduszu kosztowało amerykańskich podatników i Fed drobne 3,6 mld dolarów.
W 2913 roku na nagrodę szwedzkiego banku załapali się trzej wymienieni na początku faceci. Eugene F.Fama, Lars Peter Hansen i Robert Shiller. Dwaj pierwsi, rzecz jasna, z Uniwersytetu Chicago, a ostatni z Yale.
Jak podkreślono w uzasadnieniu, laureaci opracowali nowe metody badania wyceny aktywów i użyli ich do swoich prac nad szczegółowymi danymi dotyczącymi cen akcji, obligacji i innych aktywów. Opracowane przez nich metody stały się powszechnie stosowanymi narzędziami badawczymi, a ich wkład jest wykorzystywany zarówno w teorii, jak i praktyce inwestycyjnej. Królewska Szwedzka Akademia Nauk zwróciła uwagę, że o ile nie ma sposobu dokładnego przewidzenia cen akcji czy obligacji za kilka dni czy tygodni, to dzięki gruntownym badaniom laureatów okazało się, że daje się dość dokładnie przewidzieć szerokie pasmo cen w dłuższych okresach, rzędu 3-5 lat.
Robert Shiller zyskał sławę w 1981 r.. Wykazał że inwestorzy to idioci, a zarządy i rady nadzorcze ustalające wielkość dywidend, to nie idioci. Podważył więc hipotezę efektywnego rynku mówiącą, że ceny akcji zawsze w pełni odzwierciedlają dostępne informacje na temat tych papierów. Dla jaj dodam tylko, że za teorią efektywnego rynku stał drugi z tegorocznych laureatów – Fama. Dalsze badania doprowadziły Shillera do wniosku, że decyzje inwestorów giełdowych są bardzo często podejmowane pod wpływem emocji, a nie racjonalnej kalkulacji. Tyle, że o tym wie każdy kto zetknął się z giełdową ruletką. Przykładem takich stadnych głupich reakcji graczy giełdowych była panika na rynkach finansowych podczas kryzysu z 2008 roku, którą prof. Shiller przewidział dużo wcześniej i w 2007 r. ostrzegł przed załamaniem rynku hipotecznego. Udowodnił zatem znaną nawet w przedszkolu zasadę, że jak wszyscy kupują, to i ja sprzedaję, jak wszyscy sprzedają, to ja kupuję. Tyle że w panice nikt o tym nie pamięta.
Trzeci ekonomiczny noblista Lars Hansen opracował statystyczną metodę, która testuje teorie racjonalnej wyceny aktywów. Używając jej, Hansen potwierdził, że wykluczające się teorie Shillera i Famy „stanowią wielki krok w kierunku wyjaśnienia zagadnienia wyceny aktywów” – co przypomniano w uzasadnieniu przez Komitet jego Nobla.
Przez ponad 50 lat jedno co zdołał swoimi nagrodami udowodnić Bank Szwecji to to, że ekonomiści mają się do ekonomii tak jak renciści do rentierów. Specjaliści od systemu obstawiania na giełdzie – potwierdzili to kolejny raz. Dlatego, w przeciwieństwie do opowiadań Alice Munro, nie warto sobie ich nazwiskami zapychać pamięci.

Pytia – kapłanka w świątyni Apolla w Delfach. Pełniła rolę wyroczni, gdy dostała pieniądze, wpadała w trans i pieprzyła bez sensu.

Nawrócenie neoliberalnego profesora

Niezbadane są meandry, którymi kroczą tuzy polskiej akademii.

Za ostatni przykład kompletnego pogubienia i uwikłania się w sprzeczności możemy wziąć profesora Marka Kwieka, jedną z twarzy szkodliwej reformy szkolnictwa wyższego i nauki (tzw. Ustawy 2.0) przeprowadzonej pod dyktando Jarosława Gowina. Jeszcze do niedawna profesor zalecał wszystkim „więcej konkurencji”, „ściganie Zachodu”, „publikowanie tylko w najbardziej prestiżowych czasopismach”. Dobrze znamy tego rodzaju neoliberalne komunały, jak i znamy ich skutki –  w każdym obszarze społecznym i gospodarczym przyniosły do tej pory takie same efekty: poddaństwo względem zagranicznego kapitału i umoszczenie się na stanowiskach poganiaczy wąskiej grupki kompradorskich elit.

Okazuje się, że izolacja i społeczna kwarantanna pomogły profesorowi rozwiać nieco neoliberalny czad usypiający na co dzień jego bystry umysł. Niedawno podzielił się z nami na  Twitterze taką refleksją.

„Najmocniej przepraszam, że to powiem – ale nie wyobrażam sobie po prostu swoich badań (w obszarze ilościowych studiów nad nauką) bez Sci-Huba. Wiem, nielegalny. Wiem, Robin Hood. Pomyślcie dopiero o naukowcach z biedniejszych krajów, jeśli ja to mówię, mając pokaźny dostęp do literatury na uniwersytecie.”

Niezorientowanym czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia. Sci-hub to portal założony w 2011 roku przez pochodzącą z Kazachstanu aktywistkę Aleksandrę Elbakian. Umożliwia bezpłatny dostęp do większości treści naukowych publikowanych na stronach największych wydawców czasopism akademickich (jak Elsevier czy Springer). Ze względu na horrendalne opłaty, które pobierają wydawcy, jest wykorzystywany jako narzędzie umożliwiające dostęp przez ludzi na całym świecie. Nie tylko w krajach peryferyjnych, ale również w krajach centrum, gdzie kolejne uniwersytety czy kraje odmawiają podpisywania umów na wykup dostępu do czasopism wydawanych przez oligopolistów.

Wydawanie czasopism naukowych w warunkach niemal niezmąconego oligopolu jest zajęciem niezwykle zyskownym. Szacuje się, że rynek wydawnictw akademickich wart jest około 10 mld dolarów rocznie. Zyskowność tego przedsięwzięcia można przybliżyć, wskazując na poziom marż operacyjnych, które generują najwięksi wydawcy. Mówi się tutaj o przedziale między 20 a 30 proc., czy nawet 40 proc.  Kilka lat temu eksperci Deutsche Banku podsumowali tę sprawę w pouczający sposób: „Jesteśmy przekonani, że wydawcy dodają względnie niewielką wartość do procesu wydawniczego. Nie chcemy przez to zapominać o tym, w jaki sposób 7000 ludzi zatrudnionych w spółce Reed Elsevier zarabia na chleb. Zauważamy jedynie, że jeżeli proces byłby rzeczywiście tak złożony, kosztowny i przynoszący wartość dodaną, jak upiera się przy tym wydawca, poziom blisko 40 proc. marży byłby zwyczajnie niemożliwy”.

Pokaźne zyski w zamian za zamykanie dostępu do wytworzonej za publiczne środki wiedzy naukowej? Wydaje się to nielogiczne. Jednak każdego dnia, setki tysięcy naukowców na całym świecie dobrowolnie przekazują wyniki swoich prac tym pasożytniczym wydawcom. Niekiedy dopłacając również za możliwość ich publikacji w otwartym (wolnym) dostępie. Wskazując na to, że to Sci-hub stanowi prawdziwe rozwiązanie problemu otwartego dostępu do wiedzy naukowej,

Elbakian na tweeterowym koncie portalu umieszcza rysunek przedstawiający Lenina z hasłem: „Zmierzając ku jasnej przyszłości społeczeństwa komunistycznego. Powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju”. Faktycznie, Sci-hub jest dziś dla zabiedzonych akademików jedynym sposóbem na utrzymywanie się w pracy, w ramach której dostęp do najnowszej literatury naukowej ma kluczowe znaczenie w kontekście możliwości realnego prowadzenia badań na wymaganym poziomie. Jest to również kluczowe z punktu widzenia utrzymania swojego miejsca pracy przy stale rosnących (również wskutek nawoływań podobnych do profesora Kwieka akademików) presjach na efektywność i publikacje („w najbardziej prestiżowych czasopismach”, jak zwykł powtarzać przy każdej okazji nasz bohater).

Fakt, że nawet dogmatyczni orędownicy neoliberalizmu pokroju profesora zachodzą po rozum do głowy w czasach pandemii koronawirusa, czasach gdy nauka stoi na pierwszym froncie walki o miliony istnień i przywrócenie podstaw normalności dla miliardów pracowników na całym świecie, nie jest bez znaczenia. Ta wewnętrzna sprzeczność, w którą popadł ów akademik jest tylko jednym z tysięcy pęknięć, jakie codziennie zarysowują się w kapitalistycznej strukturze społecznej. 

Na koniec możemy, tak po ludzku, zapytać profesora Kwieka, jak to w końcu jest z tą konkurencją i wolnym rynkiem, do których z gorliwością godną lepszej sprawy przez lata zachęcał publicznie? Unosi wszystkie łódki? Czy też prowadzi do tworzenia monopoli i wyzysku? W jakim świecie chciałby Pan w końcu żyć? W świecie wolnego dostępu do wiedzy, powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju? Czy w świecie gdzie zwycięzca zagarnia wszystko, a biedni kuzyni mogą co najwyżej obejść się smakiem?

Gowin broni bredni

Jarosław Gowin próbuje z siebie zrobić rycerza w walce o „wolność nauki”.
A tak naprawdę broni homofobii i obskurantyzmu.

Śląski Uniwersytet Medyczny, podaje gazeta.pl rozwiązał umowę z człowiekiem, który wygłosił wykład pt. „Homoseksualizm a zdrowie”.
W nim powoływał się, wbrew ustaleniom międzynarodowych gremiów naukowych, oraz Światowej Organizacji Zdrowia na twierdzenia, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą, a także, że przynosi problemy psychiczne, takie jak depresja, prowadzi do uzależnień oraz skutkuje częstszymi zachorowaniami na AIDS. Jako źródła wykładowca wymienił m.in. strony StopGender.pl i ortodoksyjnie katolicki portal PCh24. W reakcji na protesty społeczności LGBT, wskazujących, że tezy wykładu przeczą ustaleniom nauki, a także, że Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wypowiedziała się przeciwko wszelkim formom dyskryminacji,
Śląski Uniwersytet Medyczny rozwiązał umowę z autorem wykładu, zaś rzeczniczka prasowa skomentowała to następująco: „Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach jest instytucją, w której nie są i nie będą popierane zachowania o charakterze homofobicznym”.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz wicepremier Jarosław Gowin napisał na Twitterze, że jest to „jaskrawy przypadek złamania konstytucyjnej zasady wolności słowa”, któremu będzie się przeciwstawiał.
Teraz należy oczekiwać, jakich argumentów użyje wicepremier Gowin w obronie autora homofobicznego wykładu, by przekonać opinie publiczną, że to było wystąpienie oparte na naukowych podstawach.
Może być i śmiesznie, i strasznie.

Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Refleksje o reformie szkolnictwa

Początek nowego roku akademickiego zbiega się z wejściem w życie szumnie zapowiadanej reformy. Nie wywołała ona tak silnych kontrowersji, jak wcześniejsza – zupełnie nieudana – pseudoreforma szkolnictwa podstawowego i średniego.

Poprzedzona została dość poważnie przeprowadzoną dyskusją, co można byłoby zapisać na plus ministrowi Gowinowi, gdyby nie to, że niezbyt widać wpływ tej dyskusji na kształt przeprowadzanych zmian. Chociaż jest już za późno, by dokonać zmian we wprowadzanej właśnie reformie, to jednak warto zastanowić się, co stanowi najważniejsze tkwiące w niej zagrożenie i jak ewentualnie można będzie zmiany te poprawić jeśli (lub gdy) powstaną niezbędne warunki polityczne.

Rankingi wstydu

Założoną intencją reformy miało być podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, które w ostatnich dziesięcioleciach istotnie nie może wykazać się szczególnie imponującymi osiągnięciami.
Notowania międzynarodowe naszych czołowych uczelni sytuują je daleko of czołówki światowej, co musi zastanawiać zwłaszcza dlatego, że ustępujemy w tych rankingach nie tylko wielkim mocarstwom (co byłoby zrozumiałe) ale także wielu państwom średniej wielkości.
W środowisku naukowym dość rozpowszechniony jest pogląd, ze tan stan rzeczy wynika głównie z niedofinansowania szkolnictwa wyższego. Daleki jestem od negowania tego argumentu. Paradoksem polskiej transformacji ustrojowej jest to, że trzydzieści lat po zmianie systemu uczelnie wyższe są w gorszej sytuacji finansowej niż były w okresie PRL, zwłaszcza w bardzo pod tym względem dobrych latach siedemdziesiątych. Dzieje się to w warunkach niewątpliwego, bardzo znacznego wzrostu polskiej gospodarki i podniesienia realnych dochodów ludności. Jest to fragment większej całości, na którą składają się – obok problemów edukacji – stan służby zdrowia, niedofinansowanie wymiaru sprawiedliwości i innych działów pracy państwowej. Reforma ministra Gowina tego problemu nie ruszyła, gdyż wymagałoby to przemyślenia całej polityki budżetowej. Gdy obecna opozycja dojdzie do władzy, będzie musiała na nowo przemyśleć tę politykę – nie tylko w odniesieniu do edukacji.

Intencje intencjami

Reforma szkolnictwa wyższego ma – według głoszonych intencji jej autorów – przynieść usprawnienie zarządzania, pozwolić na koncentrację środków w najlepszych uczelniach i zapewnić takie warunki awansu naukowego młodej kadry, które sprzyjać będą jej odmłodzeniu przy zachowaniu, a nawet podniesieniu, merytorycznych kryteriów tego awansu. Są to cele godne poparcia, ale problem tkwi w tym, że reforma polega na dobraniu środków, które nie będą sprzyjały realizacji tak określonych celów.
W sferze zarządzania uczelniami wyższymi reforma idzie w kierunku centralizacji. Likwidacja wydziałów, które stanowiły naturalne, okrzepłe latami, środowiska naukowe i koncentracja władzy w ręku rektorów przy znacznym osłabieniu roli ciał kolektywnych to rozwiązania, które nie tylko odbiegają do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej, ale także nie dają żadnej gwarancji, że w rezultacie tych zmian uczelnie będą lepiej zarządzane. Wiemy co tracimy (znaczną część uczelnianej demokracji), ale nie bardzo wiadomo, co mielibyśmy w wyniku tych zmian zyskać. Swoistość nauki polega na tym, że mechanizmy nieźle sprawdzające się w wojsku czy w administracji gospodarczej nie pasują do nauki i szkolnictwa wyższego, o jakości których decydują indywidualne talenty wielkich uczonych.

Kadra za miskę ryżu

Tu dotykam sprawy jeszcze ważniejszej: sposobu, w jaki reforma ma wpływać na dobór i awans młodej kadry naukowej. To z niej wyrosną przyszli mistrzowie akademiccy, od których pracy w ostatecznym rachunku zależeć będzie poziom polskiej nauki i polskich szkół wyższych. Ca la tradycja akademicka opiera się na tym, że najważniejszym kryterium oceny uczonego jest opinia innych uczonych. Czy jest to rozwiązanie idealne? Nie, gdyż idealnych rozwiązań nie ma. Środowisko naukowe może się mylić, jak na przykład sto lat temu myliło się polskie środowisko prawnicze nie doceniając oryginalności największego z polskich teoretyków prawa Leona Petrażyckiego – uczonego o światowej sławie, ale zbyt niezależnego, jak na kryteria ówczesnego (wtedy bardzo konserwatywnego) środowiska naukowego. Jednak na dłuższą metę nie ma lepszych kryteriów oceny niż opinia innych uczonych. Nie zastąpią jej biurokratyczne kryteria oparte na gromadzeniu punktów za publikacje, co zakłada, że sam fakt opublikowania tekstu w „punktowanym” czasopiśmie świadczy o poziomie kandydata do awansu naukowego.

Docenci pisowscy?

O co więc w istocie idzie w tej reformie? Moim zdaniem ma ona ukryte, ale dość oczywiste cele polityczne.
Wpisuje się w koncepcję „wymiany elit”, którą Prawo i Sprawiedliwość otwarcie głosi i dość konsekwentnie stara się realizować.
To dlatego obniża się znaczenie opinii uczonych a podnosi rolę punktacji, na którą istotny wpływ ma mieć ministerstwo, gdy z to ona – raczej arbitralnie – ustala listę „punktowanych” czasopism. Temu celowi ma także służyć wzmocnienie pozycji rektorów, gdyż osłabienie roli ciał kolektywnych oznacza zmniejszenie roli środowiska naukowego, w którym wpływy obecnej partii rządzącej są niewielkie.
Wszystko to przypomina zmiany wprowadzone półwieku temu, gdy – po niechlubnym marcu 1968 roku – ówczesne władze osłabiły pozycję senatów i rad wydziałów a wzmocniły znacznie pozycję rektorów, a także umożliwiły obejmowanie stanowiska docenta osobom bez habilitacji (tak zwanym „marcowym docentom”).
Nie na wiele to się zdało, gdyż środowiska naukowe cenią sobie własną pozycję i nie poddają się tak łatwo dyktatowi rządzących. Nie wróże więc powodzenia autorom reformy, co nie znaczy, że nie będzie ona miała niekorzystnego wpływu na warunki funkcjonowania polskiego szkolnictwa wyższego.

Ale z drugiej strony…

Gdy powstaną polityczne warunki dla naprawy państwa po rządach PiS, warto będzie poważnie odnieść się do sprawy reformowania szkolnictwa wyższego. Jedną ze zmian powinno być ponowne połączenie ministerstwa edukacji narodowej i szkolnictwa wyższego, tak jak to było w latach 1987-2006. Podzielenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (przez rząd Jarosława Kaczyńskiego) było konsekwencją przejęcia kierownictwa MEN przez szefa Ligi Polskich Rodzin wicepremiera Romana Giertycha, co rodziło potrzebę zachowania kierownictwa szkolnictwa wyższego w ręku dotychczasowego ministra, wybitnego uczonego profesora Michała Seweryńskiego. Po zmianie rządu te względy straciły na znaczeniu, ale kolejni premierzy nie wrócili już – moim zdaniem niesłusznie – do rozwiązania, które w swoim czasie dobrze się sprawdziło. Połączenie odpowiedzialności za te obszary w jednym ręku jest uzasadnione tym, że między szkolnictwem ponadpodstawowym i wyższym istnieje wiele powiązań i wzajemnych zależności.

I pieniądze

Warto będzie także inaczej niż dotychczas konstruować politykę finansowania szkolnictwa wyższego i nauki, być może przez zwiększenie udziału wielkich przedsiębiorstw państwowych. Przede wszystkim zaś konieczne będzie uwolnienie szkolnictwa wyższego od politycznej kontroli – i to niezależnie od tego, kto sprawować będzie władzę w państwie.
Skutki obecnej reformy poznamy po jakimś czasie. Chciałbym się mylić, ale wątpię, by przyniosła ona pożądany przełom w sytuacji szkolnictwa wyższego. Od środowiska naukowego będzie zależało, czy – lub w jakim stopniu – wpłynie ona na klimat polityczny, w jakim funkcjonuje ten obszar życia społecznego.

*Autor był w latach 1996-1997 ministrem edukacji narodowej.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Matematyka przekleństwem narodów

A przynajmniej, w większości tej ich części, która jeszcze musi chodzić do szkoły.

Dlaczego rodzice posyłają dzieci na dodatkowe lekcje matematyki? Otóż, z ogólnopolskiego badania wynika, że wcale nie dlatego, iż trafiło im się nieudane potomstwo, które do trzech nie umie zliczyć więc z rachunków zbiera najgorsze możliwe oceny.
Z raportu pt. „Matematyka po godzinach” przygotowanego przez międzynarodowy program edukacji matematycznej Mathriders, można wyciągnąć wnioski, że z dodatkowych lekcji matematyki korzystają głównie ci uczniowie, którzy nie mają problemów z ocenami z tego przedmiotu.
To nie może dziwić, bo ta większość uczniów, która sobie nie radzi z matematyką, szuka korepetycji pozaszkolnych, za które trzeba drogo płacić.

Lepiej pomagać zdolnym

Dlaczego ci słabi z liczenia nie szukają pomocy w szkole?
Otóż dlatego, że nauczyciele, jak każdy, nie lubią męczyć się z głąbami, natomiast znacznie chętniej pracują z uczniami zdolnymi i kreatywnymi, którym nie trzeba niczego wbijać do głowy, lecz tylko pozwalać im na rozwijanie swych zdolności. I do tego właśnie służą szkolne zajęcia pozalekcyjne.
Ważna jest też kwestia pieniędzy. Dodatkowe lekcje szkolne, prowadzone np. w postaci kółek przedmiotowych, są z założenia bezpłatne.
Tymczasem zaś, ciągnięcie matematycznych matołków za uszy powinno przynieść wymierny efekt w postaci lepszych ocen, bo inaczej rodzice będą mieli za złe. W przypadku lepszych uczniów, którzy i tak mają dobre stopnie, nie trzeba się o to martwić.
Zrozumiałe więc, że nauczyciele nie palą się do darmowej harówki na matematycznym ugorze z młodzieżą, która zbiera lufy. Zawsze wtedy pojawiałyby się podejrzenia o korupcję, zwłaszcza, gdyby prowadzili zajęcia wyrównawcze z uczniami ze swoich klas. Natomiast zajęcia dodatkowe dla zdolnych, pogłębiające wiedzę, można mieć ze swymi uczniami i nikomu to nie przeszkadza.

Kiepsko uczą matematyki

Rodzice mają generalnie kiepską opinię o nauczaniu matematyki w polskich szkołach.
Aż 82% badanych rodziców stwierdziło, że problemem szkolnym jest „nauka bez zrozumienia”, 68% badanych wskazało natomiast na brak odpowiedniego podejścia do ucznia na lekcjach matematyki w szkole.
Rodzice mają rację, bo gdy trzech czy czterech uczniów na dwudziestu kilku zbiera złe stopnie z matmy, może to oznaczać, że oni są kiepscy. Jeśli złe oceny dostaje zaś piętnastu czy dwudziestu – a tak się często zdarza – to znaczy to, iż nauczyciele matematyki są do niczego i należy ich zmienić. Problem w tym, że nie bardzo jest na kogo.
Najczęściej rodzice decydują się posłać dzieci na dodatkowe zajęcia z matematyki, ponieważ uważają – i słusznie – że matematyka pozytywnie wpływa na zdolność logicznego myślenia, rozwija kreatywność, poprawia koncentrację u dzieci, pomaga w znalezieniu popłatnej pracy.
I w ogóle, im więcej ludzi dobrych z matematyki w danym państwie, tym lepszy jest generalnie stan gospodarki tegoż państwa (choć nie zawsze).
Trzeba więc uznać za dobry objaw, że dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z matematyki cieszą się coraz większą popularnością.

Potem im przechodzi

Podobno statystycznie ponad połowa dzieci w wieku od 5 do 6 lat jest uzdolnionych matematycznie – jednakże system nauczania matematyki w polskich szkołach sprawia, że potencjał zdolniejszych dzieci jest często zabijany.
– Przez wiele lat dodatkowe zajęcia z matematyki kojarzone były z korepetycjami dla tych, którzy tego przedmiotu nie lubią i nie potrafią. Obecnie, wybór dodatkowych zajęć z matematyki jest szeroki. Są lekcje dla dzieci uzdolnionych i miłośników tego przedmiotu – mówi ekspertka Małgorzata Grymuza.
Zgodnie z wynikami raportu, sporządzonego na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród rodziców dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, 76% z nich przed rozpoczęciem dodatkowych zajęć lubiło matematykę, a jedynie 24% uczęszczających tam uczniów było innego zdania.
Odkrywanie potencjału matematycznego dziecka i dążenie do jego wykorzystania pozytywnie wpływa też na postępy w nauce. Zauważało to 73% ankietowanych rodziców.

Zanim się zniechęcą

Jak pokazują wyniki badania, dzieci bardzo lubią dodatkowe zajęcia i możliwość uczestnictwa w rozwiązywaniu matematycznych problemów i zagadnień. Potem, w miarę kontaktu z polskim systemem nauczania, skutecznie im to przechodzi.
W szlifowaniu matematycznych umiejętności najzdolniejszych uczniów pomocne mogą okazać się wszelkie materiały, które w przystępny i ciekawy sposób rozwijają umiejętności logicznego myślenia.
Na dodatkowych zajęciach dzieci i młodzież powinny również rozwijać motywację do nauki algebry, arytmetyki, a także geometrii. Wprowadzenie do matematycznego świata zagadek, ciekawostek, pojęć oraz mechanizmów może rozbudzić ciekawość naprawdę wielu uczniów.
Skutecznie sprzyjałaby temu nauka w małych grupach (od 4 do 8 osób).
Jak mówi Małgorzata Grymuza, nauka matematyki w małych grupach służy skupieniu na konkretnych zagadnieniach oraz interakcjom pomiędzy uczniami i nauczycielem. Buduje także poczucie własnej wartości i wiary we własne matematyczne umiejętności.
Zabawa, ruch oraz muzyka są ważnymi i chętnie wykorzystywanymi elementami w kształceniu matematyki. Badania wskazują, że kreatywne uczenie pomaga dzieciom w zrozumieniu zagadnień i osiągają one lepsze wyniki w szkole.
Nie dziwi więc wynik ankiety, że 90% rodziców posyłających dzieci na dodatkowe, rozwojowe zajęcia z matematyki (odbywające się w szkołach po lekcjach, właśnie w małych grupach) chętnie poleca je innym. Co jednak nie przekłada się na generalną poprawę nauczania tego przedmiotu w polskich szkołach.

Ojciec rodziny

Bynajmniej nie chodzi o Rodzinę Radia Maryja. Aczkolwiek ojciec Rydzyk również jest laureatem zaszczytnej nagrody im. błogosławionego Jerzego Ciesielskiego – „ojca rodziny”. Tak jak Bogdan Chazan, Marek Jurek i Wanda Półtawska.

Najwyraźniej tu w Warszawie przegapiliśmy moment, kiedy Politechnika Krakowska zaczęła być katolicką uczelnią. Pocieszam się jednak, że nie jestem sama w swojej ignorancji. Ludzie z Małopolski również zostawiają w internecie pełne zdziwienia komentarze pod artykułami mówiącymi o tym, że nagrodę „Ojca Rodziny” bł. Jerzego Ciesielskiego otrzymał w obecności rektora tej uczelni prof. Bogdan Chazan. To nie wszystko. Laureatami tego zaszczytnego wyróżnienia, które wymyśliła sobie redakcja katolickiego „Źródła” zostali również tak zasłużeni „ojcowie rodzin” jak Tadeusz Rydzyk czy Wanda Półtawska.
Kim był Jerzy Ciesielski? Absolwentem politechniki, bratem późniejszego jej rektora oraz… znajomkiem Karola Wojtyły. Jak na ojca rodziny pisanego wielką literą i godnego swojej własnej statuetki – nie miał tej rodziny szczególnie licznej, bo dorobił się jedynie trójki potomstwa. Pewną wskazówkę może stanowić fakt, że zginął w katastrofie statku wraz z dwójką swoich młodszych dzieci. I najzupełniej szczerze – nie mi wnikać w sposób, w jaki kościół katolicki dobiera sobie swoich błogosławionych czy świętych, wolałabym jednak, aby robił to nie mieszając w to państwowych uczelni wyższych. Tymczasem rektor Politechniki Krakowskiej, Jan Kazior, nie tylko daje Bogdanowi Chazanowi, symbolowi przemocy wobec kobiet, platformę do wygłaszania tez stojących w sprzeczności z dzisiejszymi standardami medycyny, ale również sam wygłasza płomienne przemówienie o tym, że zadaniem jego uczelni jest wychowywanie i przekazywanie „istotnych” wartości. Istotnie – tegoroczny laureat określił je nad wyraz konkretnie: aby przyjmując młodych lekarzy na studia, a potem do pracy, pozwolić im dokładnie na to samo okrucieństwo, z którego w 2014 roku zasłynął Chazan na całą Polskę.
Prócz tego w laudacji abp Jędraszewskiego, równie płomiennej jak przemówienie rektora, usłyszeliśmy cytat z Levinasa nawiązujący do Holokaustu, który w głowach Niemców „narodził się z obojętności” na los drugiego człowieka – i to prof. Chazan właśnie w tej ciemnej dobie ma być tym, który się owej śmiertelnej obojętności przeciwstawia. Byliśmy więc świadkami kpiny zarówno z nauki, akademickiej powagi technicznej uczelni, norm nowoczesnej medycyny, jak i de facto samej idei ojcostwa. Chyba że do puli wliczymy nagrodzonemu profesorowi wszystkie ciąże, które swego czasu przerwał. Wtedy rzeczywiście miałby szansę na wynik godny Ojca Wirgiliusza. Prócz tego wszystkiego byliśmy również świadkami kpiny z prawa, ponieważ w sprawie Chazana nadal toczy się postępowanie przed warszawskim sądem.
W kraju, w którym minister nauki i szkolnictwa wyższego słyszy głosy mrożonych embrionów, najwyraźniej na porządku dziennym jest sytuacja, w której rektor politechniki ogłasza, że w pakiecie z dyplomem z transportu, gospodarki przestrzennej i materiałoznawstwa powinno się dostawać elementy teologii. W takim razie niech finansuje się z biskupich ściep na tacę i zmieni patrona z Kościuszki na Polaka wszech czasów.

Akademia, nie firma!

Spór wokół polskiej humanistyki przybiera na sile. Nadzwyczajny Kongres Humanistyki Polski już samym swoim istnieniem wymusił na Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego konkretne ustępstwa, a na tym nie koniec.

Do protestu przeciw decyzjom władz dołączają kolejne towarzystwa naukowe i wydziały humanistyczne uniwersytetów. Ministerstwo widzi już, że poparcie humanistów dla reform jest w rzeczywistości bardzo ograniczone. Organizowanie się przynosi konkretne skutki – zmieniono zasady dotyczące tak zwanej kosztochłonności, które w pierwotnej redakcji powodowały, że humanistyka otrzymywałaby znacznie mniej środków niż inne dyscypliny naukowe.
Te i inne zmiany firmowane przez Gowina można określić krótko: prywatyzacyjna masakra polskiej nauki, naiwna i infantylna, a zarazem brutalna i jednoznacznie szkodliwa.
W bardzo przenikliwym filmie Feliksa Falka z 1989 roku „Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce” główny bohater, polski socjolog, wraca z USA do młodej, kapitalistycznej Polski. Rzuca się w wir inwestycji, próbując usilnie dołączyć do kasty nowych posiadaczy, pełen nadziei na amerykański sukces. Coraz bardziej rozpaczliwie przekonuje się o tym, że kapitalistyczny rynek to kraina oszustów, naciągaczy, „drobnego druczku” i bezlitosnej, niefachowej i nieuczciwej rywalizacji. Wszelkie próby dostosowania się do dżungli rynku okazują się jałowe. Jeśli bohater odnosi ostatecznie międzynarodowy sukces, to nie jako „biznesmen”, lecz jako uczony, robiąc to, na czym się naprawdę zna. Ministerstwo niestety nie podążyło jego drogą.
Mimo upływu lat i bolesnych doświadczeń całego społeczeństwa nie wyrosło z pierwszej fazy potransformacyjnej gorączki, fascynacji totalną prywatyzacją, korporatyzmem i potęgą „wolnego” rynku.
Za całą reformą polskiej nauki kryje się neoliberalna ideologia w prowincjonalnej i peryferyjnej wersji. Ta rodem wprost z „Dynastii”, wyprodukowana przez Chicago Boys wizja każe nam wierzyć, że jedynym lekiem na cale dotychczasowe „zepsucie” uniwersytetu jest dostosowanie go do wymogów rynku. Prymitywny menadżeryzm instalowany i krótkoterminowy zysk zyskiem zastępują wszelkie inne wartości. Prywatny rynek badań oraz głównie angielskojęzycznych publikacji naukowych to jedyne kryterium wartości nauki polskiej. Jedyna instancja, która zastąpić ma autonomiczny rozwój akademii, jej kulturotwórczą i społeczną rolę! Nieważna staje się polityka troski i odpowiedzialności za naukę uprawianą w języku polskim. Nasz język okazuje się jakimś tubylczym narzeczem, w którym publikować się nie opłaci – ba, to wstyd.
U podstaw organizacyjnego wymiaru reformy gnieździ się zaś klasycznie korporacyjne przekonanie, że pracownicy to ludzie bez pomysłów i zdolności, do tego z natury nieskorzy do pracy. Zawsze będą zasadniczo głupsi od światłej rady nadzorczej i oświeconego dyrektora, który wie wszystko lepiej, bo kieruje się jedyną prawdą zawartą w tabelkach i wskaźnikach zysków na giełdzie. Wizja ta w sposób oczywisty koliduje z wypracowaną przez wieki koncepcją samorządnego uniwersytetu jako wspólnoty ludzi nauki, którzy kierują rozwojem dyscyplin. U Gowina naukowcy otrzymują rolę sprywatyzowanych elektronów walczących o uwagę zachodniego kapitału, bogatego świata i najbogatszych wydawnictw. Mają być ubezwłasnowolnieni w rękach mitycznej kadry menadżerskiej, reprezentowanej przez potężnych rektorów.
Efektem tego „rynkowego sterowania” i likwidacji samorządności uniwersytetów może być tylko przymusowa prekaryzacja nauki i upłynnienie twórczości naukowej.
Chory na punktozę plan reformy jest przy tym ślepy na społeczne zapotrzebowanie na naukę, studia i publikacje w języku polskim. Potężne rozwarstwienie między regionami tylko pogłębi się, kiedy z map znikną lokalne uniwersytety. Ich osłabienie w biedniejszych od stolicy regionach jeszcze bardziej podzieli Polskę na krainę wielkiego kapitału i potransformacyjne ruiny mniejszych miast miasteczek, skąd kapitał tylko wykrada tanią siłę roboczą, by potem wyzyskiwać ją w warszawskim „mordorze”.
Gdzie są jakiekolwiek badania, które przedstawią wiarygodne prognozy oddziaływania reformy na mapę polskich uczelni w perspektywie pięciu, dziesięciu, piętnastu lat? Dlaczego uniwersytety regionalne, skromniejsze, ale wcale nie mniej ważne, rywalizować mają z „elitarnymi” na tych samych warunkach, skoro jest to walka z góry przegrana? Skąd pomysł, że interdyscyplinarność wyraża się poprzez sekciarskie przypisanie do poszczególnych dyscyplin? Jakiego rodzaju motywacja polskiego rządu może kazać mu odgórnie oceniać wszystkie publikacje naukowe w języku polskim jako gorsze od zagranicznych?
To nie rozum historii przemawia przez Ministerstwo. To tylko wychowane na thatcheryzmie i reaganizmie retroneoliberalne myślenie, podlane kompleksem kolonialnym i głębokim poczuciem uległości w stosunku do amerykańskiego imperium.
Wiara w to, że uniwersytety działające jak korporacje, sprywatyzowane i sprekaryzowane, oparte na krótkoterminowych ocenach, a nie strategicznych planach i zasadach rozwoju myśli, prowadzone przez najmowanych menedżerów automatycznie wygenerują tu MIT i nową Dolinę Krzemową to szkodliwe fantazje.
Głos polskich humanistów może jeszcze tę sytuację zmienić. Bo każdy opór, protest i zorganizowane działanie prowadzi do ustępstw. Ideologia rządu, pozornie wszechmocna i bezdyskusyjna, jest w istocie kolosem na glinianych nogach i zwyczajnie przeczy akademickiej racjonalności, tradycji i społecznemu zapotrzebowaniu na szkolnictwo wyższe i uniwersytety w Polsce… i po polsku.