Polacy nie gęsi?

Już Henryk Sienkiewicz namawiał, by Polacy uczyli się przede wszystkim języka angielskiego.
Pod rządami PiS nasze szkoły mają z tym jednak spore kłopoty.

Bez znajomości języka angielskiego nie można dziś funkcjonować w świecie i z sukcesami uczestniczyć w rozwoju gospodarczym. Potwierdzają to nawet Francuzi.
– Na całym świecie angielski pozostaje docelowym językiem dla biznesu i jest kluczowy, jeśli chodzi o pełne wykorzystywanie zasobów edukacyjnych, czy możliwości, które daje internet – mówi ekspertka Sylwia Rogalska.
Dlatego też znajomość języka angielskiego na świecie jest coraz powszechniejsza, a spośród tych państw, które nie były kiedyś koloniami brytyjskimi, najbieglej posługują się nim mieszkańcy krajów europejskich.

Unia służy nauce języków

Jak wynika z największego na świecie międzynarodowego rankingu (w którym przeanalizowana została znajomość języka angielskiego wśród osób nie będących jego rodzimymi użytkownikami), Polacy awansowali w stosunku do ubiegłego roku o 2 pozycje i zajęli 11. miejsce, wyprzedzając takie kraje, jak Portugalia, Belgia, Francja, Hiszpania czy Japonia. Na pierwszym miejscu znaleźli się Holendrzy.
Ranking jest prowadzony przez firmę Education First i opiera się na wynikach, jednakowego dla całego świata, testu z języka angielskiego. Objęto nim ponad 2 miliony dorosłych ze 100 krajów. Razem z rankingiem prowadzony jest indeks biegłości językowej dla szkół, badający nabywanie znajomości języków przez uczniów szkół średnich i wyższych z 43 krajów.
W pierwszej dziesiątce rankingu jest aż 8 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pozostałe dwa to Singapur i Republika Południowej Afryki, w których angielski jest jednym z języków urzędowych. Umiejętności językowe w Europie nie są jednak na równym poziomie. Większość krajów nie należących do UE wyraźnie ustępuje pod względem biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Wielki chiński skok

Jeżeli chodzi o postępy w posługiwaniu się tym językiem, to największy na świecie skok zanotowały Chiny, które po raz pierwszy w historii przeszły z niskiego – do umiarkowanego poziomu biegłości posługiwania się językiem angielskim. Nadal jednak oczywiście ustępują pod tym względem takim państwom jak Singapur, Filipiny czy Malezja.
Znaczący wzrost znajomości angielskiego nastąpił także w Ameryce Łacińskiej. Aż 12 z 18 krajów tego regionu poprawiło swoje umiejętności językowe w latach 2017-2018.
Polska cały czas plasuje się wśród państw o najwyższym stopniu zaawansowania języka angielskiego na świecie. W porównaniu do zeszłorocznego rankingu EF, udało nam się awansować o dwie pozycje.
Najlepszy wynik osiągnęliśmy w 2014 roku, kiedy to znaleźliśmy się na bardzo wysokim, szóstym miejscu.

Rząd PiS nie lubi angielskiego

Niestety, polityka edukacyjna prowadzona przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spowodowała załamanie w nauczaniu języka angielskiego.
Kolejne lata władzy PiS doprowadziły do spadku Polaków w rankingu znajomości angielskiego z zaszczytnego szóstego miejsca, aż na 13 w 2018 r. I stało się to w kraju, gdzie nie było żadnej katastrofy ekonomicznej, lecz jakoby następuje rozwój cywilizacyjny i rozwijają się relacje ze światem!
To o tyle ewenement, że w ogromnej większości państw świata poprawiały się w ostatnich latach kompetencje językowe. Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Wzrost o dwa miejsca od ubiegłego roku nie nastąpił zaś dzięki polityce edukacyjnej obecnej ekipy – lecz mimo niej.
O tym, że w polskich szkołach kuleje nauczanie angielskiego, świadczy też badanie przeprowadzone przez firmę Angloville, z którego wynika, że tylko niespełna połowa polskich uczniów potrafi swobodnie komunikować się w języku angielskim.
„Tylko” – gdyż uczy się go aż 95 proc. dzieci w polskich szkołach. Drobną pociechą może być natomiast to, że wypadliśmy nieco lepiej w porównaniu z Czechami oraz Słowacją (po około 40 proc.).

Trudna nauka mówienia

Okazuje się, że sposoby prowadzenia zajęć z angielskiego nie zmieniają się od dziesięcioleci. Nadal są to tradycyjne lekcje, podczas których nauczyciele kładą nacisk głównie na gramatykę, czytanie ze zrozumieniem oraz pisanie. Cały czas natomiast praktyczne wykorzystanie języka jest na dalszym planie.
Konsekwencją braku pozytywnych zmian w systemie szkolnictwa jest niska ocena uczniów, wystawiana przez nich zajęciom z języka angielskiego (tylko 2,9 pkt. w pięciostopniowej skali).
Dlaczego w polskiej szkole trudno nauczyć się rozmawiania w języku angielskim?
Uczniowie podkreślają, że brakuje im bezpośrednich spotkań z anglojęzycznym lektorem (wskazuje na to 79 proc. ankietowanych),swobodnych konwersacji (74 proc.) a także pracy w małych grupach (54 proc.).
– Skoro uczniowie wyrażają potrzebę bardziej interaktywnych zajęć i dostrzegają rolę bezpośredniego kontaktu z native speakerami, należy szukać nowych i atrakcyjniejszych dla dzieci metod nauczania tego języka. Takich, które zbliżą ich do naturalnych „angielskich” warunków. Warto zanurzać się w języku, tzn. tworzyć warunki nauki przynajmniej zbliżone do tych funkcjonujących w anglojęzycznych krajach. Dobrym początkiem może być chociażby zmiana języka w telefonie z polskiego na angielski. W końcu to w telefonach obecna młodzież spędza najwięcej czasu – mówi ekspert Michał Kelles-Krauz.

Nie inwestujemy w przyszłość

Problemy związane z nauczaniem języka w polskich szkołach, od lat przyczyniają się do rosnącej popularności pozaszkolnych zajęć językowych, z których korzysta już 71 proc. uczniów. Młodzież coraz chętniej wykorzystuje do nauki także media społecznościowe.
Warto zwrócić uwagę, że polscy rodzice raczej słabo stymulują swe potomstwo w kierunku opanowania angielskiego. Oni również uważają, że nauczanie tego języka w szkołach raczej szwankuje – ale jednocześnie, jak pokazuje ankieta, aż 70 proc. dorosłych nie angażuje się w naukę własnych pociech.
Niestety, środki otrzymywane z programu Rodzina 500 plus, na razie raczej nie są inwestowane przez rodziców w przyszłość edukacyjną ich dzieci. Są konsumowane – i trudno się temu dziwić, bo przecież bardzo podobnie wygląda wykorzystanie środków unijnych przez władze samorządowe. Tacy po prostu jesteśmy.

Refleksje o reformie szkolnictwa

Początek nowego roku akademickiego zbiega się z wejściem w życie szumnie zapowiadanej reformy. Nie wywołała ona tak silnych kontrowersji, jak wcześniejsza – zupełnie nieudana – pseudoreforma szkolnictwa podstawowego i średniego.

Poprzedzona została dość poważnie przeprowadzoną dyskusją, co można byłoby zapisać na plus ministrowi Gowinowi, gdyby nie to, że niezbyt widać wpływ tej dyskusji na kształt przeprowadzanych zmian. Chociaż jest już za późno, by dokonać zmian we wprowadzanej właśnie reformie, to jednak warto zastanowić się, co stanowi najważniejsze tkwiące w niej zagrożenie i jak ewentualnie można będzie zmiany te poprawić jeśli (lub gdy) powstaną niezbędne warunki polityczne.

Rankingi wstydu

Założoną intencją reformy miało być podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, które w ostatnich dziesięcioleciach istotnie nie może wykazać się szczególnie imponującymi osiągnięciami.
Notowania międzynarodowe naszych czołowych uczelni sytuują je daleko of czołówki światowej, co musi zastanawiać zwłaszcza dlatego, że ustępujemy w tych rankingach nie tylko wielkim mocarstwom (co byłoby zrozumiałe) ale także wielu państwom średniej wielkości.
W środowisku naukowym dość rozpowszechniony jest pogląd, ze tan stan rzeczy wynika głównie z niedofinansowania szkolnictwa wyższego. Daleki jestem od negowania tego argumentu. Paradoksem polskiej transformacji ustrojowej jest to, że trzydzieści lat po zmianie systemu uczelnie wyższe są w gorszej sytuacji finansowej niż były w okresie PRL, zwłaszcza w bardzo pod tym względem dobrych latach siedemdziesiątych. Dzieje się to w warunkach niewątpliwego, bardzo znacznego wzrostu polskiej gospodarki i podniesienia realnych dochodów ludności. Jest to fragment większej całości, na którą składają się – obok problemów edukacji – stan służby zdrowia, niedofinansowanie wymiaru sprawiedliwości i innych działów pracy państwowej. Reforma ministra Gowina tego problemu nie ruszyła, gdyż wymagałoby to przemyślenia całej polityki budżetowej. Gdy obecna opozycja dojdzie do władzy, będzie musiała na nowo przemyśleć tę politykę – nie tylko w odniesieniu do edukacji.

Intencje intencjami

Reforma szkolnictwa wyższego ma – według głoszonych intencji jej autorów – przynieść usprawnienie zarządzania, pozwolić na koncentrację środków w najlepszych uczelniach i zapewnić takie warunki awansu naukowego młodej kadry, które sprzyjać będą jej odmłodzeniu przy zachowaniu, a nawet podniesieniu, merytorycznych kryteriów tego awansu. Są to cele godne poparcia, ale problem tkwi w tym, że reforma polega na dobraniu środków, które nie będą sprzyjały realizacji tak określonych celów.
W sferze zarządzania uczelniami wyższymi reforma idzie w kierunku centralizacji. Likwidacja wydziałów, które stanowiły naturalne, okrzepłe latami, środowiska naukowe i koncentracja władzy w ręku rektorów przy znacznym osłabieniu roli ciał kolektywnych to rozwiązania, które nie tylko odbiegają do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej, ale także nie dają żadnej gwarancji, że w rezultacie tych zmian uczelnie będą lepiej zarządzane. Wiemy co tracimy (znaczną część uczelnianej demokracji), ale nie bardzo wiadomo, co mielibyśmy w wyniku tych zmian zyskać. Swoistość nauki polega na tym, że mechanizmy nieźle sprawdzające się w wojsku czy w administracji gospodarczej nie pasują do nauki i szkolnictwa wyższego, o jakości których decydują indywidualne talenty wielkich uczonych.

Kadra za miskę ryżu

Tu dotykam sprawy jeszcze ważniejszej: sposobu, w jaki reforma ma wpływać na dobór i awans młodej kadry naukowej. To z niej wyrosną przyszli mistrzowie akademiccy, od których pracy w ostatecznym rachunku zależeć będzie poziom polskiej nauki i polskich szkół wyższych. Ca la tradycja akademicka opiera się na tym, że najważniejszym kryterium oceny uczonego jest opinia innych uczonych. Czy jest to rozwiązanie idealne? Nie, gdyż idealnych rozwiązań nie ma. Środowisko naukowe może się mylić, jak na przykład sto lat temu myliło się polskie środowisko prawnicze nie doceniając oryginalności największego z polskich teoretyków prawa Leona Petrażyckiego – uczonego o światowej sławie, ale zbyt niezależnego, jak na kryteria ówczesnego (wtedy bardzo konserwatywnego) środowiska naukowego. Jednak na dłuższą metę nie ma lepszych kryteriów oceny niż opinia innych uczonych. Nie zastąpią jej biurokratyczne kryteria oparte na gromadzeniu punktów za publikacje, co zakłada, że sam fakt opublikowania tekstu w „punktowanym” czasopiśmie świadczy o poziomie kandydata do awansu naukowego.

Docenci pisowscy?

O co więc w istocie idzie w tej reformie? Moim zdaniem ma ona ukryte, ale dość oczywiste cele polityczne.
Wpisuje się w koncepcję „wymiany elit”, którą Prawo i Sprawiedliwość otwarcie głosi i dość konsekwentnie stara się realizować.
To dlatego obniża się znaczenie opinii uczonych a podnosi rolę punktacji, na którą istotny wpływ ma mieć ministerstwo, gdy z to ona – raczej arbitralnie – ustala listę „punktowanych” czasopism. Temu celowi ma także służyć wzmocnienie pozycji rektorów, gdyż osłabienie roli ciał kolektywnych oznacza zmniejszenie roli środowiska naukowego, w którym wpływy obecnej partii rządzącej są niewielkie.
Wszystko to przypomina zmiany wprowadzone półwieku temu, gdy – po niechlubnym marcu 1968 roku – ówczesne władze osłabiły pozycję senatów i rad wydziałów a wzmocniły znacznie pozycję rektorów, a także umożliwiły obejmowanie stanowiska docenta osobom bez habilitacji (tak zwanym „marcowym docentom”).
Nie na wiele to się zdało, gdyż środowiska naukowe cenią sobie własną pozycję i nie poddają się tak łatwo dyktatowi rządzących. Nie wróże więc powodzenia autorom reformy, co nie znaczy, że nie będzie ona miała niekorzystnego wpływu na warunki funkcjonowania polskiego szkolnictwa wyższego.

Ale z drugiej strony…

Gdy powstaną polityczne warunki dla naprawy państwa po rządach PiS, warto będzie poważnie odnieść się do sprawy reformowania szkolnictwa wyższego. Jedną ze zmian powinno być ponowne połączenie ministerstwa edukacji narodowej i szkolnictwa wyższego, tak jak to było w latach 1987-2006. Podzielenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (przez rząd Jarosława Kaczyńskiego) było konsekwencją przejęcia kierownictwa MEN przez szefa Ligi Polskich Rodzin wicepremiera Romana Giertycha, co rodziło potrzebę zachowania kierownictwa szkolnictwa wyższego w ręku dotychczasowego ministra, wybitnego uczonego profesora Michała Seweryńskiego. Po zmianie rządu te względy straciły na znaczeniu, ale kolejni premierzy nie wrócili już – moim zdaniem niesłusznie – do rozwiązania, które w swoim czasie dobrze się sprawdziło. Połączenie odpowiedzialności za te obszary w jednym ręku jest uzasadnione tym, że między szkolnictwem ponadpodstawowym i wyższym istnieje wiele powiązań i wzajemnych zależności.

I pieniądze

Warto będzie także inaczej niż dotychczas konstruować politykę finansowania szkolnictwa wyższego i nauki, być może przez zwiększenie udziału wielkich przedsiębiorstw państwowych. Przede wszystkim zaś konieczne będzie uwolnienie szkolnictwa wyższego od politycznej kontroli – i to niezależnie od tego, kto sprawować będzie władzę w państwie.
Skutki obecnej reformy poznamy po jakimś czasie. Chciałbym się mylić, ale wątpię, by przyniosła ona pożądany przełom w sytuacji szkolnictwa wyższego. Od środowiska naukowego będzie zależało, czy – lub w jakim stopniu – wpłynie ona na klimat polityczny, w jakim funkcjonuje ten obszar życia społecznego.

*Autor był w latach 1996-1997 ministrem edukacji narodowej.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Matematyka przekleństwem narodów

A przynajmniej, w większości tej ich części, która jeszcze musi chodzić do szkoły.

Dlaczego rodzice posyłają dzieci na dodatkowe lekcje matematyki? Otóż, z ogólnopolskiego badania wynika, że wcale nie dlatego, iż trafiło im się nieudane potomstwo, które do trzech nie umie zliczyć więc z rachunków zbiera najgorsze możliwe oceny.
Z raportu pt. „Matematyka po godzinach” przygotowanego przez międzynarodowy program edukacji matematycznej Mathriders, można wyciągnąć wnioski, że z dodatkowych lekcji matematyki korzystają głównie ci uczniowie, którzy nie mają problemów z ocenami z tego przedmiotu.
To nie może dziwić, bo ta większość uczniów, która sobie nie radzi z matematyką, szuka korepetycji pozaszkolnych, za które trzeba drogo płacić.

Lepiej pomagać zdolnym

Dlaczego ci słabi z liczenia nie szukają pomocy w szkole?
Otóż dlatego, że nauczyciele, jak każdy, nie lubią męczyć się z głąbami, natomiast znacznie chętniej pracują z uczniami zdolnymi i kreatywnymi, którym nie trzeba niczego wbijać do głowy, lecz tylko pozwalać im na rozwijanie swych zdolności. I do tego właśnie służą szkolne zajęcia pozalekcyjne.
Ważna jest też kwestia pieniędzy. Dodatkowe lekcje szkolne, prowadzone np. w postaci kółek przedmiotowych, są z założenia bezpłatne.
Tymczasem zaś, ciągnięcie matematycznych matołków za uszy powinno przynieść wymierny efekt w postaci lepszych ocen, bo inaczej rodzice będą mieli za złe. W przypadku lepszych uczniów, którzy i tak mają dobre stopnie, nie trzeba się o to martwić.
Zrozumiałe więc, że nauczyciele nie palą się do darmowej harówki na matematycznym ugorze z młodzieżą, która zbiera lufy. Zawsze wtedy pojawiałyby się podejrzenia o korupcję, zwłaszcza, gdyby prowadzili zajęcia wyrównawcze z uczniami ze swoich klas. Natomiast zajęcia dodatkowe dla zdolnych, pogłębiające wiedzę, można mieć ze swymi uczniami i nikomu to nie przeszkadza.

Kiepsko uczą matematyki

Rodzice mają generalnie kiepską opinię o nauczaniu matematyki w polskich szkołach.
Aż 82% badanych rodziców stwierdziło, że problemem szkolnym jest „nauka bez zrozumienia”, 68% badanych wskazało natomiast na brak odpowiedniego podejścia do ucznia na lekcjach matematyki w szkole.
Rodzice mają rację, bo gdy trzech czy czterech uczniów na dwudziestu kilku zbiera złe stopnie z matmy, może to oznaczać, że oni są kiepscy. Jeśli złe oceny dostaje zaś piętnastu czy dwudziestu – a tak się często zdarza – to znaczy to, iż nauczyciele matematyki są do niczego i należy ich zmienić. Problem w tym, że nie bardzo jest na kogo.
Najczęściej rodzice decydują się posłać dzieci na dodatkowe zajęcia z matematyki, ponieważ uważają – i słusznie – że matematyka pozytywnie wpływa na zdolność logicznego myślenia, rozwija kreatywność, poprawia koncentrację u dzieci, pomaga w znalezieniu popłatnej pracy.
I w ogóle, im więcej ludzi dobrych z matematyki w danym państwie, tym lepszy jest generalnie stan gospodarki tegoż państwa (choć nie zawsze).
Trzeba więc uznać za dobry objaw, że dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z matematyki cieszą się coraz większą popularnością.

Potem im przechodzi

Podobno statystycznie ponad połowa dzieci w wieku od 5 do 6 lat jest uzdolnionych matematycznie – jednakże system nauczania matematyki w polskich szkołach sprawia, że potencjał zdolniejszych dzieci jest często zabijany.
– Przez wiele lat dodatkowe zajęcia z matematyki kojarzone były z korepetycjami dla tych, którzy tego przedmiotu nie lubią i nie potrafią. Obecnie, wybór dodatkowych zajęć z matematyki jest szeroki. Są lekcje dla dzieci uzdolnionych i miłośników tego przedmiotu – mówi ekspertka Małgorzata Grymuza.
Zgodnie z wynikami raportu, sporządzonego na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród rodziców dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, 76% z nich przed rozpoczęciem dodatkowych zajęć lubiło matematykę, a jedynie 24% uczęszczających tam uczniów było innego zdania.
Odkrywanie potencjału matematycznego dziecka i dążenie do jego wykorzystania pozytywnie wpływa też na postępy w nauce. Zauważało to 73% ankietowanych rodziców.

Zanim się zniechęcą

Jak pokazują wyniki badania, dzieci bardzo lubią dodatkowe zajęcia i możliwość uczestnictwa w rozwiązywaniu matematycznych problemów i zagadnień. Potem, w miarę kontaktu z polskim systemem nauczania, skutecznie im to przechodzi.
W szlifowaniu matematycznych umiejętności najzdolniejszych uczniów pomocne mogą okazać się wszelkie materiały, które w przystępny i ciekawy sposób rozwijają umiejętności logicznego myślenia.
Na dodatkowych zajęciach dzieci i młodzież powinny również rozwijać motywację do nauki algebry, arytmetyki, a także geometrii. Wprowadzenie do matematycznego świata zagadek, ciekawostek, pojęć oraz mechanizmów może rozbudzić ciekawość naprawdę wielu uczniów.
Skutecznie sprzyjałaby temu nauka w małych grupach (od 4 do 8 osób).
Jak mówi Małgorzata Grymuza, nauka matematyki w małych grupach służy skupieniu na konkretnych zagadnieniach oraz interakcjom pomiędzy uczniami i nauczycielem. Buduje także poczucie własnej wartości i wiary we własne matematyczne umiejętności.
Zabawa, ruch oraz muzyka są ważnymi i chętnie wykorzystywanymi elementami w kształceniu matematyki. Badania wskazują, że kreatywne uczenie pomaga dzieciom w zrozumieniu zagadnień i osiągają one lepsze wyniki w szkole.
Nie dziwi więc wynik ankiety, że 90% rodziców posyłających dzieci na dodatkowe, rozwojowe zajęcia z matematyki (odbywające się w szkołach po lekcjach, właśnie w małych grupach) chętnie poleca je innym. Co jednak nie przekłada się na generalną poprawę nauczania tego przedmiotu w polskich szkołach.

Ojciec rodziny

Bynajmniej nie chodzi o Rodzinę Radia Maryja. Aczkolwiek ojciec Rydzyk również jest laureatem zaszczytnej nagrody im. błogosławionego Jerzego Ciesielskiego – „ojca rodziny”. Tak jak Bogdan Chazan, Marek Jurek i Wanda Półtawska.

Najwyraźniej tu w Warszawie przegapiliśmy moment, kiedy Politechnika Krakowska zaczęła być katolicką uczelnią. Pocieszam się jednak, że nie jestem sama w swojej ignorancji. Ludzie z Małopolski również zostawiają w internecie pełne zdziwienia komentarze pod artykułami mówiącymi o tym, że nagrodę „Ojca Rodziny” bł. Jerzego Ciesielskiego otrzymał w obecności rektora tej uczelni prof. Bogdan Chazan. To nie wszystko. Laureatami tego zaszczytnego wyróżnienia, które wymyśliła sobie redakcja katolickiego „Źródła” zostali również tak zasłużeni „ojcowie rodzin” jak Tadeusz Rydzyk czy Wanda Półtawska.
Kim był Jerzy Ciesielski? Absolwentem politechniki, bratem późniejszego jej rektora oraz… znajomkiem Karola Wojtyły. Jak na ojca rodziny pisanego wielką literą i godnego swojej własnej statuetki – nie miał tej rodziny szczególnie licznej, bo dorobił się jedynie trójki potomstwa. Pewną wskazówkę może stanowić fakt, że zginął w katastrofie statku wraz z dwójką swoich młodszych dzieci. I najzupełniej szczerze – nie mi wnikać w sposób, w jaki kościół katolicki dobiera sobie swoich błogosławionych czy świętych, wolałabym jednak, aby robił to nie mieszając w to państwowych uczelni wyższych. Tymczasem rektor Politechniki Krakowskiej, Jan Kazior, nie tylko daje Bogdanowi Chazanowi, symbolowi przemocy wobec kobiet, platformę do wygłaszania tez stojących w sprzeczności z dzisiejszymi standardami medycyny, ale również sam wygłasza płomienne przemówienie o tym, że zadaniem jego uczelni jest wychowywanie i przekazywanie „istotnych” wartości. Istotnie – tegoroczny laureat określił je nad wyraz konkretnie: aby przyjmując młodych lekarzy na studia, a potem do pracy, pozwolić im dokładnie na to samo okrucieństwo, z którego w 2014 roku zasłynął Chazan na całą Polskę.
Prócz tego w laudacji abp Jędraszewskiego, równie płomiennej jak przemówienie rektora, usłyszeliśmy cytat z Levinasa nawiązujący do Holokaustu, który w głowach Niemców „narodził się z obojętności” na los drugiego człowieka – i to prof. Chazan właśnie w tej ciemnej dobie ma być tym, który się owej śmiertelnej obojętności przeciwstawia. Byliśmy więc świadkami kpiny zarówno z nauki, akademickiej powagi technicznej uczelni, norm nowoczesnej medycyny, jak i de facto samej idei ojcostwa. Chyba że do puli wliczymy nagrodzonemu profesorowi wszystkie ciąże, które swego czasu przerwał. Wtedy rzeczywiście miałby szansę na wynik godny Ojca Wirgiliusza. Prócz tego wszystkiego byliśmy również świadkami kpiny z prawa, ponieważ w sprawie Chazana nadal toczy się postępowanie przed warszawskim sądem.
W kraju, w którym minister nauki i szkolnictwa wyższego słyszy głosy mrożonych embrionów, najwyraźniej na porządku dziennym jest sytuacja, w której rektor politechniki ogłasza, że w pakiecie z dyplomem z transportu, gospodarki przestrzennej i materiałoznawstwa powinno się dostawać elementy teologii. W takim razie niech finansuje się z biskupich ściep na tacę i zmieni patrona z Kościuszki na Polaka wszech czasów.

Akademia, nie firma!

Spór wokół polskiej humanistyki przybiera na sile. Nadzwyczajny Kongres Humanistyki Polski już samym swoim istnieniem wymusił na Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego konkretne ustępstwa, a na tym nie koniec.

Do protestu przeciw decyzjom władz dołączają kolejne towarzystwa naukowe i wydziały humanistyczne uniwersytetów. Ministerstwo widzi już, że poparcie humanistów dla reform jest w rzeczywistości bardzo ograniczone. Organizowanie się przynosi konkretne skutki – zmieniono zasady dotyczące tak zwanej kosztochłonności, które w pierwotnej redakcji powodowały, że humanistyka otrzymywałaby znacznie mniej środków niż inne dyscypliny naukowe.
Te i inne zmiany firmowane przez Gowina można określić krótko: prywatyzacyjna masakra polskiej nauki, naiwna i infantylna, a zarazem brutalna i jednoznacznie szkodliwa.
W bardzo przenikliwym filmie Feliksa Falka z 1989 roku „Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce” główny bohater, polski socjolog, wraca z USA do młodej, kapitalistycznej Polski. Rzuca się w wir inwestycji, próbując usilnie dołączyć do kasty nowych posiadaczy, pełen nadziei na amerykański sukces. Coraz bardziej rozpaczliwie przekonuje się o tym, że kapitalistyczny rynek to kraina oszustów, naciągaczy, „drobnego druczku” i bezlitosnej, niefachowej i nieuczciwej rywalizacji. Wszelkie próby dostosowania się do dżungli rynku okazują się jałowe. Jeśli bohater odnosi ostatecznie międzynarodowy sukces, to nie jako „biznesmen”, lecz jako uczony, robiąc to, na czym się naprawdę zna. Ministerstwo niestety nie podążyło jego drogą.
Mimo upływu lat i bolesnych doświadczeń całego społeczeństwa nie wyrosło z pierwszej fazy potransformacyjnej gorączki, fascynacji totalną prywatyzacją, korporatyzmem i potęgą „wolnego” rynku.
Za całą reformą polskiej nauki kryje się neoliberalna ideologia w prowincjonalnej i peryferyjnej wersji. Ta rodem wprost z „Dynastii”, wyprodukowana przez Chicago Boys wizja każe nam wierzyć, że jedynym lekiem na cale dotychczasowe „zepsucie” uniwersytetu jest dostosowanie go do wymogów rynku. Prymitywny menadżeryzm instalowany i krótkoterminowy zysk zyskiem zastępują wszelkie inne wartości. Prywatny rynek badań oraz głównie angielskojęzycznych publikacji naukowych to jedyne kryterium wartości nauki polskiej. Jedyna instancja, która zastąpić ma autonomiczny rozwój akademii, jej kulturotwórczą i społeczną rolę! Nieważna staje się polityka troski i odpowiedzialności za naukę uprawianą w języku polskim. Nasz język okazuje się jakimś tubylczym narzeczem, w którym publikować się nie opłaci – ba, to wstyd.
U podstaw organizacyjnego wymiaru reformy gnieździ się zaś klasycznie korporacyjne przekonanie, że pracownicy to ludzie bez pomysłów i zdolności, do tego z natury nieskorzy do pracy. Zawsze będą zasadniczo głupsi od światłej rady nadzorczej i oświeconego dyrektora, który wie wszystko lepiej, bo kieruje się jedyną prawdą zawartą w tabelkach i wskaźnikach zysków na giełdzie. Wizja ta w sposób oczywisty koliduje z wypracowaną przez wieki koncepcją samorządnego uniwersytetu jako wspólnoty ludzi nauki, którzy kierują rozwojem dyscyplin. U Gowina naukowcy otrzymują rolę sprywatyzowanych elektronów walczących o uwagę zachodniego kapitału, bogatego świata i najbogatszych wydawnictw. Mają być ubezwłasnowolnieni w rękach mitycznej kadry menadżerskiej, reprezentowanej przez potężnych rektorów.
Efektem tego „rynkowego sterowania” i likwidacji samorządności uniwersytetów może być tylko przymusowa prekaryzacja nauki i upłynnienie twórczości naukowej.
Chory na punktozę plan reformy jest przy tym ślepy na społeczne zapotrzebowanie na naukę, studia i publikacje w języku polskim. Potężne rozwarstwienie między regionami tylko pogłębi się, kiedy z map znikną lokalne uniwersytety. Ich osłabienie w biedniejszych od stolicy regionach jeszcze bardziej podzieli Polskę na krainę wielkiego kapitału i potransformacyjne ruiny mniejszych miast miasteczek, skąd kapitał tylko wykrada tanią siłę roboczą, by potem wyzyskiwać ją w warszawskim „mordorze”.
Gdzie są jakiekolwiek badania, które przedstawią wiarygodne prognozy oddziaływania reformy na mapę polskich uczelni w perspektywie pięciu, dziesięciu, piętnastu lat? Dlaczego uniwersytety regionalne, skromniejsze, ale wcale nie mniej ważne, rywalizować mają z „elitarnymi” na tych samych warunkach, skoro jest to walka z góry przegrana? Skąd pomysł, że interdyscyplinarność wyraża się poprzez sekciarskie przypisanie do poszczególnych dyscyplin? Jakiego rodzaju motywacja polskiego rządu może kazać mu odgórnie oceniać wszystkie publikacje naukowe w języku polskim jako gorsze od zagranicznych?
To nie rozum historii przemawia przez Ministerstwo. To tylko wychowane na thatcheryzmie i reaganizmie retroneoliberalne myślenie, podlane kompleksem kolonialnym i głębokim poczuciem uległości w stosunku do amerykańskiego imperium.
Wiara w to, że uniwersytety działające jak korporacje, sprywatyzowane i sprekaryzowane, oparte na krótkoterminowych ocenach, a nie strategicznych planach i zasadach rozwoju myśli, prowadzone przez najmowanych menedżerów automatycznie wygenerują tu MIT i nową Dolinę Krzemową to szkodliwe fantazje.
Głos polskich humanistów może jeszcze tę sytuację zmienić. Bo każdy opór, protest i zorganizowane działanie prowadzi do ustępstw. Ideologia rządu, pozornie wszechmocna i bezdyskusyjna, jest w istocie kolosem na glinianych nogach i zwyczajnie przeczy akademickiej racjonalności, tradycji i społecznemu zapotrzebowaniu na szkolnictwo wyższe i uniwersytety w Polsce… i po polsku.

Sokal do kwadratu

…czyli wpływ męskich genitaliów na globalne ocieplenie.

 

Śmialiście się, kiedy min. Gowin chciał usunąć astronomię z listy dyscyplin naukowych? Myślicie, że takie pomysły to domena jakichś prawicowych głąbów? A co myślicie o takiej tezie: „Astronomia jest i zawsze będzie istotnie seksistowska i zachodnia – ta męska i zachodnia tendencja może być skorygowana poprzez włączenie astrologii feministycznej, queer i ludowej (np. horoskopy) do nauk astronomicznych.”? „Naukowy” artykuł, który ją zawierał, wzbudził zachwyt utytułowanych recenzentów i ukazał się w prestiżowym, jak najpoważniejszym piśmie naukowym w Stanach Zjednoczonych, o orientacji, którą nazwalibyśmy lewicową.
Niedawno ukazał się tam artykuł trójki naukowców, który ujawniał, że owa teza jest w całości wyssana z palca: należy im wierzyć, bo to właśnie oni wprowadzili ją do obiegu naukowego. Owa trójka (Peter Boghossian – wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Portland, James Lindsay – dr matematyki i eseista oraz Helen Pluckrose – redaktor naczelna Areo) to bohaterowie wyczynu naukowo-obyczajowego pod nazwą „Sokal do kwadratu”, który rozdziera obecnie amerykańską socjologię i w ogóle współczesne nauki społeczne. Udało im się napisać przez rok 20 kompletnie lipnych artykułów „naukowych”, z których część ukazała się lub miała się wkrótce ukazać w szanowanych pismach naukowych. Tylko sześć zostało odrzuconych. Zaiste Sokal do kwadratu.
Alan Sokal to amerykański fizyk i profesor matematyki, słynny w całym naukowym świecie, gdyż w 1995 r. udało mu się opublikować w szacownym Social Text absurdalny artykuł „naukowy” pod tytułem „Przekroczyć granice. Ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej”, który był popisem groteskowego bełkotu pod grubą maską języka naukowego. Celem jego mistyfikacji było wykazanie, że w niektórych dziedzinach nauk społecznych, szczególnie tych, które przyjęły idee postmodernistyczne, da się łatwo propagować dokumenty i prace całkowicie pozbawione sensu. Drugim celem było wykazanie, że najgorsze głupstwa mogą być z powodzeniem bronione, jeśli opierać je na pracach postmodernistycznych myślicieli.

 

Lewica a konstrukcja penisa

W kolejnym artykule, który Sokal opublikował już gdzie indziej, by ujawnić swój kawał, autor wyjaśniał cytując znanego lingwistę i lewicowego analityka politycznego Noama Chomsky’ego, że lewicy i naukom społecznym bardziej przysłużyłyby się solidne fundamenty intelektualne wsparte na racjonalizmie. Tym, którzy krytykowali jego mistyfikację, szczególnie ludziom kojarzonym z lewicą i postmodernistom odpowiedział, że jego główną motywacją była „obrona lewicy przed jej przejściowo modnymi nurtami intelektualnymi”.
W zasadzie podobna motywacja towarzyszyła trójce mistyfikatorów z Areo – nie da się ich oskarżyć o jakąś „prawicowość obyczajową”. To sprawdzeni sympatycy ruchów praw obywatelskich, feminizmu i LGBT. A jednak zaatakowali z ukrywanym śmiechem to, co w Ameryce nazywa się „cultural studies” lub „identity studies”, zawierających słynne „gender studies” oraz np. „queer studies”, „critical race theory”, czy nawet „fat studies”…
Boghossian i Lindsay zaczęli – powiedzmy – niewinnie. W maju zeszłego roku opublikowali pod pseudonimami pracę z zakresu badań genderowych „Konceptualny penis jako konstrukt społeczny”, który, jak sami przyznali, był „artykułem z trzema tysiącami słów totalnych bzdur udających uniwersytecką erudycję”. Stworzyli sprawną karykaturę studiów nad „płcią kulturową” tłumacząc, że penis jest źródłem kultury gwałtu, w tym gwałtu na naturze, więc jest odpowiedzialny za globalne zmiany klimatyczne. W każdym razie, według tej tezy, męski członek nie może być traktowany jako męski narząd reprodukcyjny, lecz „sztuczna konstrukcja kulturowa”, co opublikował magazyn Cogent Social Sciences, który musiał się potem nieźle wstydzić. Ale to pismo nie było „pierwszą ligą” amerykańskiej nauki. By zakpić z najlepszych, zjednoczyły się więc trzy osoby.

 

Rekord w macaniu psich narządów

Jak daleko może posunąć się absurd? W pracy poświęconej masturbacji autorzy wysunęli tezę, że kiedy „mężczyzna masturbuje się u siebie, fantazjując na temat kobiety, która nie dała mu na to przyzwolenia (…), popełnia wobec niej przemoc metaseksualną”. Uczona recenzentka z Sociological Theory namawiała autorów do pójścia dalej: „Zastanawiam się nad innymi scenariuszami, w których mężczyźni mogliby zmienić swoją nieświadomość w prawdziwą broń. Np. ambiwalentna deklaracja „Cały czas o tobie myślę” wyrażona nagle przez mężczyznę wobec kobiety, jest szczególnie podstępna, zważywszy na strukturalny kontekst metaseksualnej przemocy na świecie”.
Akcja trójki żartownisiów musiała zostać przerwana, bo niektóre artykuły zaczęły być traktowane ze śmiertelną wręcz powagą. Prawdziwy triumf akademicki odniosła praca „Ludzkie reakcje na kulturę gwałtu a performatywność queer na psich wybiegach w Portland, Oregon”. Naukowcy utrzymują w niej, że w parkach, do których można udać się z psem „panuje podstępna kultura psiego gwałtu” i że niektóre rasy są szczególnie narażone na „systemową opresję”. Trójka autorów, która przybrała pseudonim Helen Wilson, precyzowali w imieniu fikcyjnej badaczki, że doszła ona do tych wniosków „badając delikatnie partie genitalne prawie 10 tysięcy psów i pytając jednocześnie właścicieli o ich seksualność”. Jest też statystyka: do psiego gwałtu w miejskim parku w Portland dochodzi co godzinę! Pismo Gender, Place and Culture, które to opublikowało, zaliczyło artykuł do 12 najlepszych prac naukowych roku. Pomysł, by zredukować męską skłonność do agresji poprzez tresowanie mężczyzn jak czworonogów, nie wzbudził podejrzeń.

 

Zawartość białego w białym

Jak obniżyć transfobię i upowszechnić jednocześnie wartości feministyczne? Magazyn Sexuality and Culture opublikował odpowiednią receptę w postaci eseju „Przejście przez tylne drzwi: zredukować męską homo-histerię i transfobię poprzez użycie penetratywnych sex-toys”. Tu nasi autorzy wyłożyli jasno, że zamierzone cele społeczne można osiągnąć, gdyby namówić mężczyzn do powszechnego używania seks-zabawek w celu regularnej „auto-penetracji drogi analnej”. Profesor, który recenzował tekst, napisał, że chodzi o „niebywale bogaty i ekscytujący wkład w studia seksualności i kultury”. Podobne pochwały zebrał postulat innej pracy: „Nauczyciele powinni dyskryminować według tożsamości i statusu uczniów, w zależności od ich przywilejów (…), karząc najbardziej uprzywilejowanych poprzez niesłuchanie co mają do powiedzenia, ośmieszanie ich wysiłków, mówienie głośniej niż oni i zmuszanie ich do siedzenia spętanych w łańcuchy”.
Gwoździem tej fanfaronady był artykuł wysłany do Sociology of Race and Ethnicity, w którym autorzy przekonują, że przeprowadzili „krytyczne badanie białości (whiteness) na podstawie białości”. W tym celu spreparowali wywód zawarty w Mein Kampf Adolfa Hitlera wymieniając każde słowo „Żyd” na „biały”. Dodali też niepozorny tytuł „Nasza walka to moja walka”, który miał traktować o „solidarnym feminizmie”. Tekst został zaakceptowany przez Affilia: Journal of Women and Social Work, ale nie zdążył się ukazać przed ujawnieniem mistyfikacji. Tu recenzenci uniwersyteccy pisali o „potężnym wkładzie do literatury na temat mechanizmów wzmacniających poparcie białych dla białej supremacji, oraz procesów poprzez które ludzie mogą osiągnąć wyższe poziomy świadomości społecznej i rasowej”.

 

Szaleństwo tożsamościowe

Sokal chciał zwrócić uwagę, że w naukach społecznych dosłownie byle co może zostać opublikowane pod warunkiem, że będzie zgadzało się z koncepcjami ideowymi wydawców. Trio Boghossian, Lindsay i Pluckrose zauważa, że nic się nie zmieniło. Prace na temat płci, seksualności, tożsamości, czy pochodzenia etnicznego są jego zdaniem „zepsute” w tym sensie, że w tych dziedzinach pewne podejścia ideologiczne wygrały z poszukiwaniem prawdy, co jest celem nauki. Np. gangrena „kultury grief” (żalu) jest przez ich rozumiana jako obsesja przypisywania dyskryminacji, z powodu których cierpią niektóre osoby (z racji ich płci, koloru skóry lub orientacji seksualnej), machinacjom dominującej grupy – białych mężczyzn hetero, najogólniej rzecz biorąc.
Opisują więc rodzaj nowego obskurantyzmu, ideologie, które „odrzucają ideę uniwersalności naukowej i obiektywizmu, oraz narzucają – ze względów moralnych – konieczność akceptacji różnych prawd opartych o tożsamość”. Twierdzą, że ów radykalny relatywizm stał się „autorytarny” na amerykańskich uniwersytetach. „Mamy nadzieję, że da to ludziom, szczególnie tym, którzy wierzą w liberalizm, postęp, nowoczesność i sprawiedliwość społeczną, jasny powód do zwrócenia uwagi na szaleństwo tożsamościowe uniwersyteckiej lewicy i powiedzenia: nie, nie pójdę w tę stronę. Nie mówicie w moim imieniu” – piszą.

 

Wiara i nauka

Czyżby kwestie tożsamościowe zdominowały lewicę podobnie jak prawicę? W pewnych kręgach z pewnością, ale warto pamiętać, że sukces lipnych artykułów naukowych nie dowodzi, że całe pole badań kulturowych jest nonsensem. Krytycy akcji amerykańskiej trójki zwracają uwagę, że choć znaczna część badań postmodernistycznej socjologii jest „bullshitem”, można się zastanawiać, czy zaatakowano coś, co jest jakoś potężne i naprawdę obecne. Afera „Sokala do kwadratu” niesie też ryzyko złego traktowania badaczy, którzy poważnie pracują nad dyskryminacjami. Ponadto nie tylko w Stanach obserwujemy wzrost anty-intelektualizmu, a afera może dać żelazne argumenty tamtejszej alt-prawicy (co się już dzieje).
Póki co, dzieło amerykańskiej trójki ujawnia coraz szerszy problem współczesnej nauki. Owszem, jej artykuły zawierały wyłącznie całkowicie nieprawdopodobne statystyki, twierdzenia nieudowodnione przez dane, tendencyjne analizy jakościowe, podejrzaną etykę i dużo jawnych głupstw, ale prawdę mówiąc podobne zjawiska wcale nie dotyczą jedynie nauk społecznych. Już w 2005 r. John Ioannis udowodnił słabość statystyczną współczesnych publikacji naukowych w pracy „Dlaczego większość rezultatów badań jest fałszywa”. Pięć lat temu Valen Johnson rozszerzył widzenie problemu w „Rewizji standardów dowodu statystycznego”, a Curt Rice, wice-rektor ds. badań Uniwersytetu w Tromso (Norwegia) opublikował bardzo ciekawą analizę „Dlaczego nie powinniście ufać badaniom”. Od 2010 r. Retraction Watch śledzi artykuły naukowe opublikowane, a potem wycofane z powodu nabierania lub rażących błędów. Chodzi tu często o sprawy finansowe… Cóż, ludzka nauka potrafi być czasem niemniej niedoskonała, jak wiara.

Głos lewicy

Może i dobrze

 

Łukasz Moll znów kontrowersyjnie. Tym razem o kondycji polskiej nauki i „aferze astronomicznej”:

Od kilku dni moi znajomi grzmią, że Gowin planuje uczynić z teologii samodzielną dyscyplinę naukową. Uważam, że to niekoniecznie zła decyzja. Dlaczego?
Nie mam oczywiście wątpliwości, że ten ruch to gest w stronę kościoła katolickiego, za którym ma iść przekierowanie większych środków budżetowych, o które teolodzy nie będą musieli rywalizować z naukami „świeckimi”. Mimo wszystko, gdybyśmy mieli u władzy rząd lewicowy, zalecałbym chyba podobny ruch.
Trzeba tutaj dostrzec, że ten kij ma dwa końce. Tak, wykrojenie teologii z kręgu nauk humanistycznych sprawi, że teolodzy przestaną podlegać ocenie przedstawicieli tych drugich, ale zauważmy, że to jest relacja dwustronna: humaniści przestaną być oceniani przez teologów. W praktyce będzie to oznaczało na przykład to, że aplikując o grant z filozofii nie będzie mnie oceniał ksiądz, dzięki czemu będzie istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostanę uwalony za przekonania, preferencje teoretyczne czy przyjęty temat. I to akurat jest dobra zmiana.
Tak, wiem, co zaraz powiecie. Że dla Was teologia nie jest nauką i nie powinna być nauczana na uniwersytecie, ani finansowania z publicznych środków. To gorący spór, który trawi kulturę europejską od średniowiecza i sądzę, że – ku zmartwieniu obu stron tego sporu – nigdy nie zostanie on rozwiązany. I wiecie co? To chyba dobrze. Bo pytanie o naukowy status teologii to jedno z pytań, które konfrontuje nas z granicami nauki i zapewnia jej żywotność. Wbrew uproszczonemu poglądowi nauka wcale nie rozwinęła się w wyniku nagłego cięcia, które zdetronizowało teologię i odesłało ją do działu o nazwie „fantastyka, okultyzm i mambodżambo”. Rozwój nauki został przygotowany w łonie teologii, a spór tego, co święte z tym, co świeckie zawsze był produktywny dla nauki. Mimo pożałowania godnego poziomu refleksji teologicznej, z którym mamy dzisiaj w Polsce do czynienia zwłaszcza w debacie publicznej (mniej mi wiadomo na temat poziomu teologii na uniwersytetach), uważam, że w społeczeństwie, w którym katolicyzm na pewno będzie przez długi czas zaspokajał potrzeby duchowe znacznej, nawet jeśli malejącej części obywateli, to, żeby refleksja teologiczna wzniosła się np. na poziom, na który podniósł ją obecny papież, otwierając ją na szereg wątków i przewartościowań inspirujących także dla wielu nie-katolików, i to, żeby duszpasterstwo wyglądało tutaj inaczej – że to wszystko jest istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
Z uwagi na to, że zwłaszcza w Polsce strona świecka nie wygra tego sporu być może nigdy, raczej nie w najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu latach, a już na pewno nie z PiS-em u władzy, usamodzielnienie teologii nie wydaje mi się złym pomysłem z pragmatycznego punktu widzenia. Martwi mnie oczywiście to, że tak długo jak w ministerstwie nauki i szkolnictwa wyższego będzie urzędował Gowin albo inny przyjaciel kościoła, pójdzie za tym wsparcie niemiarodajne do znaczenia i osiągnięć teologii, ale już lewicowy rząd – jeśli nie pójdzie na starcie z kościołem, wypowiedzenie konkordatu i obcięcie finansowania teologii – mógłby po prostu postawić teologom tak samo wysokie wymagania jak innym uczonym. Chociaż trudno byłoby je waloryzować – co nie odróżnia znowu teologii tak bardzo od znacznej części humanistyki – to samo pytanie o to, jak je waloryzować znowuż jest ciekawe w dobie, w której nauka podlega coraz ściślejszej i często absurdalnej zmatematyzowanej ocenie.
Być może moje stanowisko dla wielu będzie nieakceptowalne. Cóż, wynika ona z dwóch – trzeźwych, jak mi się zdaje – przesłanek. Pierwsza: że katolicyzm prędko nie zniknie z polskiego społeczeństwa. Druga: jakkolwiek dominująca pozycja kościoła katolickiego w zaspokajaniu potrzeb duchowych, organizacji rytuałów i definicji wartości pozostaje niekorzystna to samo jej zniszczenie niekoniecznie jest perspektywą atrakcyjną, także dla lewicy (w miejsce kościoła wejdzie jakaś para-nauka, samorozwój i mądrości Wschodu dla początkujących, jak dzieje się obecnie). Wynikałoby z tego, że oświecone państwo zamiast próbować odnieść ostateczny triumf nad teologią, co zepchnęłoby ją w niekontrolowany obszar, powinno starać się ją subtelnie kształtować i kontrolować. Pazerność kleru może być tu nieoczekiwanym sojusznikiem dla takiego programu. Natomiast bez względu na to, czy podzielacie moje zdanie w całości czy nie, dla humanistów lepiej będzie jeśli – mówiąc Kantem – spór teologii i filozofii będzie sporem między fakultetami, a nie w obrębie jednego fakultetu.

Gowin do domu!

Polska nauka nieprzerwanie od 2007 roku jest przedmiotem motywowanej ideologicznie „restrukturyzacji”, której głównym paliwem jest idea neoliberalna. Uwiąd polskiej humanistyki i nauk społecznych wynikający chociażby ze szkodliwego podporządkowania tych dziedzin logice biznesowej, fetyszyzacji rankingów, punktów oraz grantów to wyzwanie, z którym trzeba jak najszybciej się zmierzyć. Pomimo zmiany rządu z prawicy rynkowej na prawicę narodową nie nastąpiło jednak zerwanie z praktyką polityczną Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Dziś widać wyraźnie, że „reformy” Platformy Obywatelskiej doprowadziły do pogłębienia kryzysu polskiej nauki. Mimo to propozycje ustawowe rządu Prawa i Sprawiedliwości idą w kierunku kontynuacji działań rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Lansowane przez ministra Gowina utworzenie tzw. rad uczelni składających się w większości z osób spoza wspólnoty akademickiej to poważny zamach na niezależność ośrodków naukowo-dydaktycznych to cofanie polskiej nauki w rozwoju, to outsourcingowanie zarządzania uniwersytetami oraz dalsze komercjalizowanie nauki.
Reforma ministra Gowina dotycząca faworyzowania uczelni flagowych wpisują się w szkodliwą koncepcję „rozwoju” polaryzacyjno-dyfuzyjnego, która była wychwalana przez Platformę Obywatelską, a deklaratywnie krytykowana przez Prawo i Sprawiedliwość w ich programie politycznym z 2014 roku. Dziwi, dlaczego posłowie, radni, burmistrzowie oraz prezydenci miast z poręki Prawa i Sprawiedliwości, którzy powinni być adwokatami swoich małych Ojczyzn, nie protestują przed dalszą marginalizacją regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast.
Dodatkowo w ustawie wspierania uczelni flagowych brakuje konkretnych pozycji w budżecie państwa, podobnie jak miało to miejsce w „reformie” szkolnej minister Zalewskiej. Brak wspomnianych środków na rzecz uczelni flagowych może skutkować tym, że biedniejsza część Polski będzie dotować bogatsze ośrodki z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania i Wrocławia. Ucierpią na tym regionalne uczelnie oraz mieszkańcy mniejszych miast, którzy stracą szansę studiowania w miejscu zamieszkania.
SLD krytycznie odnosi się do reformy proponowanej przez rząd. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie” oraz finansowania badań poprzez granty przyznawanych w uznaniowych i nietransparentnych konkursach. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenia nakładów na badania, rozwój zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczanie na ten cel co najmniej 3 proc. PKB. Dodatkowo w kontekście wydawania 2 proc. na pakt militarny SLD postuluje równe wydatki na pakt cywilizacyjny, którego nauka i szkolnictwo wyższe są fundamentem.
Polskie uczelnie potrzebują reformy, jednak zmiana ta powinna zmierzać w zupełnie innym kierunku niż ten narzucany przez prorynkową i narodową prawicę. Alternatywny, kompleksowy projekt reform przedstawiły Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. SLD w pełni popiera postulaty RSzWiN ZNP oraz KKHP, jako organizacji, które od lat działają na rzecz odejścia od szkodliwych, wolnorynkowych praktyk trzech kolejnych rządów w dziedzinie nauki.