Opozycja powinna rywalizować z rządem

– Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany – mówi Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne sondaże pokazują, że zjednoczona opozycja wygrywa znacznie ze Zjednoczoną Prawicą. Sondaż dla Oko Press daje nawet 57 proc. i 270 mandatów. To samospełniająca się przepowiednia czy raczej marzenie ściętej głowy?

ROBERT SOBIECH: Zjednoczona opozycja to ciekawy pomysł polityczny, ale chyba obliczony na dłuższą perspektywę. Jest to próba wyciągnięcia lekcji z porażek w ostatnich wyborach, ale skuteczność tego projektu zależy w decydującym stopniu od samoograniczenia ze strony polityków partii opozycyjnych.

Próby tworzenia wspólnych list wyborczych już obserwowaliśmy na poziomie wyborów parlamentarnych i okazało się, że znaczna część partii opozycyjnych wolała pójść własną drogą, w konsekwencji nadal są partiami opozycyjnymi.

Jak poszli razem, to odbili Senat.

Dokładnie tak. Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany. Inicjatywa 276 jest propozycją otwarcia i uzgadniania wspólnych kwestii miedzy partiami opozycyjnymi, ale już widać, że od razu została mocno skontrowana przez pozostałe partie opozycyjne. Nadal mamy ten sam stan od wielu lat…

Czyli że opozycja walczy o przywództwo na opozycji, a Kaczyński robi, co chce.

To przede wszystkim dziennikarze organizują konkursy na lidera opozycji, skłaniając ośrodki badania opinii publicznej do zadawania takiego pytania swoim respondentom. Jeżeli opozycja poważnie myśli o rządzie koalicyjnym, to powinna rywalizować z partią rządzącą, a nie koncentrować się na wyrywaniu sobie tych samych wyborców.

Rządzący to też nie PiS, tylko koalicja trzech partii, o czym ostatnio Kaczyńskiemu boleśnie przypomina Gowin.

To dziwna koalicja, która składa się z jednej dużej partii i dwóch mniejszych. Tu nie ma wątpliwości, kto jest liderem całego ugrupowania. Oczywiście jak każda koalicja ma swoje ograniczenia i wewnętrzne napięcia. Jednak jej skuteczność w wygrywaniu kolejnych wyborów to w dużym stopniu efekt ukrywania wewnętrznych konfliktóww. Dopiero teraz, po blisko 6 latach rządzenia, obserwujemy otwarty konflikt w Porozumieniu Jarosława Gowina. A ile takich otwartych konfliktów miało miejsce w tym samym czasie w partiach opozycji?

Warto jednak pamiętać, że pierwszy tak silny konflikt w obozie rządowym odbywa się w czasach pandemii, w czasach załamania gospodarki, rosnącego bezrobocia czy rosnącej inflacji. Obecny okres to niespotykane od dawna załamanie nastrojów społecznych i krytyki polityki rządu. Sondaże od dłuższego czasu pokazują bardzo niskie notowania rządu, premiera, polityki gospodarczej. Z drugiej strony pandemia jest świetnym okresem dla rządzących, żeby przerzucać swoje pomysły, których pewnie by nie zrealizowano w normalnych warunkach.

Jak podatek od mediów?

Tak, ale też zamach na służbę dyplomatyczną, wcześniej na służbę cywilną, nie mówiąc już o wyroku TK w sprawie aborcji. Rząd próbuje walczyć z pandemią, ale przy okazji ma świetną okazję do tego, żeby przeforsować pomysły, które na dobre wypchnęłyby Polskę z grupy państw demokratycznych.

Tu wrócę do kryzysu w koalicji. Okazuje się, że w sytuacjach krytycznych nawet mała partia, korzystając z niewielkiej przewagi rządzącej koalicji w parlamencie, może powiedzieć nie kolejnym próbom ograniczania demokracji. Zrobiono to już to przy wyborach majowych i wygląda na to, że możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją przy okazji finansowego zamachu na media.

W piątek jeszcze tak było, ale już wiadomo, że mają odbyć się konsultacje w sprawie tego projektu. Sprzeciw Gowina to zwykła brudna gra polityczna czy chodzi tu o coś więcej, jak np. wartości demokratyczne?

Jedno jest powiązane drugim. Nie znając szczegółów, jak słucha się Adama Bielana, widać wyraźnie, że chodzi tu o przejęcie władzy w partii. Podobno trzy lata temu odwołano prezesa, a poseł Bielan dopiero teraz się zorientował, że coś jest nie tak. To kabaret. Natomiast rzeczywiście próbuje się zapobiec czy zablokować pewne ruchy polityczne. Teraz są media, za chwilę już słychać, że będzie skok na samorząd, likwidacja województwa mazowieckiego, przesuwanie niepokornych sędziów do innych miejscowości w ramach planowanej reorganizacji sądów. Tych pomysłów partia rządząca ma sporo i pytanie, czy jeden z koalicjantów będzie miał na tyle silną pozycję, aby te najbardziej radykalne pomysły zablokować.

A będzie miał?

To zależy od samodyscypliny tych kilkunastu posłów, bo pewnie będą na wiele sposobów kuszeni.

Czy zatem w polityce jeszcze liczą się wartości? Czy to przeżytek XX wieku?

Bardzo bym chciał, żeby były, bo polityka bez wartości jest już czystą cyniczną grą, w której przegrywający spychani są na margines życia społecznego. Wiele Polek i Polaków oczekuje, że te wartości będą. Oczekiwania uprawiania polityki silnie powiązanej z wartościami przekładają się na poparcie, jakie na początku swojej działalności dostają nowe partie polityczne. Tak np. na obietnicach budowania polityki zgodnej z wartościami wyrasta ruch Hołowni. Ale duże nadzieje przerodzić się mogą łatwo w rozczarowanie, gdy przychodzi do konfrontacji wartości z krótkotrwałymi zyskami politycznymi.

W przypadku Polski 2050 pierwszy taka rozbieżność pojawia się w przypadku pozyskiwania posłów z innych ugrupowań. Oczywiście poseł może zmienić zdanie i przejść do innego ugrupowania. Zazwyczaj takie decyzje to efekt indywidualnych kalkulacji zysków i strat. Za każdym razem efektem takich decyzji są zawiedzione nadzieje tych, dzięki którym dana osoba zdobyła poselski mandat. To nie są tylko zawiedzeni wyborcy, to także szeregowi działacze partii, woluntariusze, ludzie, którzy w kampaniach wyborczych poświęcali swój czas, często własne pieniądze, aby ich kandydat dostał się do parlamentu. I kiedy po jakimś czasie tacy parlamentarzyści mówią, że przechodzą do innej drużyny, zmniejsza się (i tak już niezbyt liczna) grupa ludzi, którzy wierzą, że da się połączyć wartości z codziennym uprawianiem polityki.

We wtorek politycy opozycji wezwali we wspólnej deklaracji do wycofania się z projektu składki od wpływów reklamowych, a także do odpartyjnienia mediów. Takie inicjatywy wszystkich partii opozycyjnych to może być zaczątek koalicji?

To jest ten obszar współpracy opozycji, o którym mówiliśmy. Opozycja po przegranych wyborach w 2019 roku nie ma najmniejszych szans, aby przeforsować swoje pomysły w Sejmie. To, co może robić, to nagłaśniać istniejące problemy i budować porozumienia, wspólne reakcje wobec istniejących zagrożeń. Przykładem jest ostania wspólna reakcja opozycji wobec zamachu na niezależność mediów. Chyba o to chodziło PO, kiedy przedstawiała swój pomysł integracji opozycji, którego celem ma być zdobycie 276 mandatów w przyszłym Sejmie.

Jeśli partie opozycyjne nie odrzucą takiego sposobu uprawiania polityki, to mają szanse nie tylko na wzrost poparcia, ale też na wypracowanie sensownych rozwiązań dotyczących przyszłości. Poprzednio podobne propozycje rozbijały się o ambicje liderów partii opozycyjnych.

Pierwsze reakcje na koalicję 276 sugerują, że i ten pomysł może podzielić los wcześniejszych prób integracji opozycji. Dla wielu ludzi będzie to kolejne potwierdzenie braku wiarygodności partii opozycyjnych. Jeśli liderzy opozycji twierdzą, że rządy PiS są zagrożeniem dla demokracji, a jednocześnie pozostawiają PiS u władzy tylko dlatego, że w kolejnych wyborach starują samodzielnie – dla przeciętnego Kowalskiego oznacza to, że nie ma tu żadnego zagrożenia dla demokracji, albo też, że sama demokracja nie jest warta rezygnacji z indywidualnych ambicji.

Odnotowano spory spadek zaufania do polityków. Także do prezydenta i premiera, którzy wciąż są na pierwszych miejscach. Dlaczego mamy spadki?

To efekt pandemii, to rozczarowanie, frustracja, która przekłada się na bardzo niskie notowania rządu i spadek zaufania zarówno do rządu, premiera, jak i do prezydenta. Nic więc też dziwnego, że coraz większym zaufaniem cieszą się Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski.

Wyraźnie spadło zaufanie do polityków rządzących, a nie poparcie dla PiS. Jak to możliwe?

Najłatwiej wyjaśnić to nie na rozkładach procentowych, a na liczbach bezwzględnych. W sondażach prezydenta czy premiera oceniają wszyscy Polacy (ok. 30 mln dorosłych obywateli), a nie tylko ci, którzy deklarują udział w wyborach. W ostatnim roku poparcie dla rządu premiera Morawieckiego spadło z 43 proc. w styczniu 2020 do 23 proc. w styczniu 2021 (badania Kantara). Oznacza to, że pomimo tak znaczącego spadku obecnie rząd cieszy się poparciem ok. 7 mln dorosłych Polaków (przed rokiem było to prawie 13 mln).

W styczniu tego roku udział w wyborach zadeklarowało 69 proc. obywateli, czyli ok. 20,7 mln osób (badania Kantara). Spośród tych 20,7 mln na Zjednoczoną Prawicę chciało głosować 29 proc., czyli ok. 6 mln osób. Te 6 mln obecnych wyborców Zjednoczonej Prawicy to zaledwie 20 proc. wszystkich dorosłych Polaków. Jak pokazują badania, wyborcy Zjednoczonej Prawicy (te 6 mln – 20 proc. Polaków) w zdecydowanej większości uważają, że rząd dobrze radzi sobie w czasach pandemii. Jednak zdecydowana większość obywateli ani nie popiera PiS, ani nie jest zadowolona z obecnego rządu. Tym niemniej te ok. 20 proc. Polaków popierających Zjednoczoną Prawicę wystarczało w przeszłości, aby, przy rozbiciu opozycji, wygrywać kolejne wybory. W 2019 roku na Zjednoczoną Prawicę zagłosowało jedynie 26 proc. Polaków. O tym od dawna wiedzą liderzy opozycji. Pytanie tylko, czy będą z tego chcieli wyciągnąć wnioski.

Szlachetna nauko! Ty jesteś jak zdrowie…

Dobrze jest na początku tekstu nawiązać do autorytetów albo nawet i wieszczów – i lepiej oczywiście do dwóch niż do jednego. Korzystam z przykładu wieszcza, notabene też Adama, który wykorzystał (przepraszam za może nieco wieloznaczne sformułowanie) wieszcza Jana. Nie o ojczyźnie jednak dziś będzie utraconej, nie o zdrowiu, ale o nauce.

Tyle że z nauką jest tak, że jej straty można nawet nie zauważyć, bo nie będzie nikogo, kto by to umiał stwierdzić. Koniec nauki nie wszyscy zauważą. Ciekawą wersję takiego procesu można znaleźć w cyklu Fundacja Isaaca Asimowa. Zwłaszcza w pierwszych (chronologicznie) tomach amerykański wieszcz opisuje upadek nauki jako części kultury, cywilizacji, i jako instytucji.

Felietoniści mają prawo stawiać śmiałe tezy i subiektywnie dobierać argumenty. W końcu nie są naukowcami, tylko tak sobie piszą a muzom, to raczy nie przeszkadzać. Ci, którzy świadomie żyli w PRL-u, mogą się zgodzić, że słusznie upadły system przykładał do nauki dużą wagę. Skutki bywały różne, jednak w wielu dziedzinach badań naukowych ścigaliśmy się ze światową czołówką lub ścigaliśmy tę czołówkę, starając się nie tracić jej z oczu.

Potem zaszła zamiana, którą zauważyłaby na pewno Dąbrowska, choć wielu nie zauważyło. Pauperyzacja polskiej nauki – zarówno instytucjonalna, jak i indywidualna – i marginalizacja jej znaczenia były bezsprzecznie wynikiem przemian politycznych. Zamiast badaniami uczelnie zajęły się produkcją absolwentów. Było to stosunkowo łatwe, bo studenci głównie oczekiwali szybkiego dyplomu. Popyt stworzył podaż w postaci sieci prywatnych uczelni, które dawały zarobić części kadry dydaktycznej, co z kolei sprzyjało rozwarstwieniu na uczelniach, podziałowi na część dochodową i niedochodową. Duża część kadry naukowo-dydaktycznej bezpowrotnie odeszła do biznesu lub na emerytury, mniej lub bardziej zasłużone. Zaczęto też zajmować się nowymi kierunkami, które w ten sposób mogły spełnić jedną z definicji nauki podaną przez prof. Kotarbińskiego: wykładano je na wyższych uczelniach.

Kolejną zmianą był powrót teologii na uniwersytety – nie tylko na wydziały teologiczne, ale też do umysłów wykładowców z przeróżnych kierunków. Jak by nie patrzeć, teologia ze współczesną nauką nie ma nic wspólnego. Jest dla religioznawstwa mniej więcej tym, czym homeopatia dla medycyny. Dalsze reformy prowadzące do komercjalizacji nauki rozwinęły dwa zjawiska: grantozę i punktozę. To akurat nie są wyłącznie polskie problemy, ale u nas zaznaczają się bardzo wyraźnie. To zasługa pełzających reform ministra Gowina.

Z szefami resortu nauki jest podobnie jak z szefami resortu zdrowia. Za każdym razem trudno sobie wyobrazić, że może trafić się ktoś gorszy, a potem przychodzi kolejna dobra zmiana – i proszę, nominat daje radę, a jego poprzednika wspominamy niemalże z rozrzewnieniem. Ostatnim kwiatem, czy może wykwitem, polskiej nauki jest aktualny minister. Absolwent KUL‑u, czyli jednego z dwóch – oprócz toruńskiej Mater od Pater Rydzyk – ośrodków dostarczających elity dobrej zmianie. Od poprzedników różni go niewiele, realizuje linię kontynuacji narracji i reform, wykazuje się natomiast silniejszą dbałością o siebie i swój wizerunek. Nowy minister ogłosił nową punktację czasopism naukowych i prawie naukowych. Szczególnie był łaskaw dla pism związanych z KUL‑em, czyli swoją macierzystą uczelnią, oraz życzliwie publikujących teksty jego ministerialnej (aktualnie) wysokości. Nie spotkało się to z życzliwym przyjęciem społeczności naukowej poza społecznością KUL-u, bo ta broni swojego człowieka. Komitet Nauk Prawnych PAN potępił „arbitralne”, sprzeczne z prawem działania ministra. Ponad 70 czasopism dopisano, ponad 200 zostało (prze)docenionych. Na przykład „Teka Komisji Prawniczej PAN w Lublinie”, wydawana przez absolwentów KUL‑u, otrzymała aż 100 punktów (do tej pory miała 40). „Biuletyn Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL” awansował aż o 50 punktów: z 20 do 70. Gdyby jeszcze zmienili nazwę na „Przegląd” czy może nawet „Almanach”, dostaliby pewnie setkę. Sami wiecie, że biuletyn nie brzmi dostojnie i ministerialnie. Nie chciałbym niczego sugerować, ale taki np. biuletyn Ministerstwa Nauki już w chwili powstania mógłby zostać wyceniony na co najmniej 90 punktów.

To, że działanie ministra jest bezprawne, od dawna nie jest żadnym argumentem w sporze, bo każdy minister ma takie w swojej tece. To, że naraża nasz kraj na śmieszność, liczy się jeszcze mniej, bo taki mamy ostatnio klimat. Że dobija polską naukę… Nikt z polityków specjalnie jej nie cenił i nie ceni. To, że jeszcze nie umarła… no cóż, to może kwestia przyzwyczajenia i zdolności przetrwania w skrajnie niesprzyjających warunkach.

Pytanie, czy polską naukę da się reanimować i przywrócić do życia w lepszych czasach (o ile takie nadejdą), pozostawiam otwarte. Tym bardziej że minister zabiera się na poważnie za przegląd programów nauczania w szkołach, a nominowany przez niego główny inkwizytor – zapewne oświetlony światłem Ewangelii i poszukujący prawdy – dołoży starań, by absolwenci byli przygotowani w zasadzie tylko do matury z religii, o której wprowadzeniu mówi się już nie tylko w ministerialnych kuluarach. Może się okazać, że nawet reaktywacja Komisji Edukacji Narodowej wraz z Towarzystwem Ksiąg Elementarnych nie pomoże. Zostanie tylko zdrowie, albo i nawet nie.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.

Premier Gowin wart jest mszy

– Dziś nie ma nic ważniejszego, niż odsunięcie PiS-u od władzy – mówi europoseł i były premier Leszek Miller w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Odbyła się druga debata w Parlamencie Europejskim nt. kwestii aborcji w Polsce. Jakie przyniosła efekty? Bo mam wrażenie, że PE czy Komisja apelują, debatują, wysyłają rezolucje, a PiS i tak robi, co chce.

LESZEK MILLER: To kolejna debata w sprawie aborcji w Polsce i kolejna w sprawie Polski. Zakładam, że niestety nie ostatnia. Te sprawy są tak poważne, że nie można ich zamknąć jedną dyskusją. Zresztą taki był ton wielu wypowiedzi parlamentarzystów, że jeżeli władze w Polsce myślą, że sprawa jest załatwiona, to są w błędzie. Europarlament, jak i Komisja Europejska mają ograniczone możliwości interwencji, prawodawstwo unijne, ale też i Rady Europy odsyła regulacje dotyczące przerywania ciąży do ustawodawstw krajowych.

Otrzymałem taką interpretację, kiedy miesiąc temu wysłałem interpelację w sprawie sytuacji kobiet w Polsce i możliwości refundacji przerywania ciąży na obszarze całej UE. Odpowiedź brzmiała, że bezpośrednie interwencje w tej sprawie są utrudnione ze względu na obowiązujący stan prawny. Zabierałem w drugiej debacie głos, powołałem się na tę odpowiedź i podkreśliłem, że jest ona bardzo rozczarowująca, bo KE ma liczne inne możliwości realizowania celów, niż tylko odwoływania się do legislacji.

Mam na myśli zapewnienie bezpośredniego wsparcia, programów i organizacji społeczeństwa obywatelskiego działającego chociażby na rzecz edukacji seksualnej, antykoncepcji, ochrony praw i zdrowia kobiet.

PE już niejednokrotnie wzywał do tego Komisję w swoich rezolucjach. Oczekuję, że wreszcie Komisja się zdecyduje, bo oprócz spraw związanych z obecnym stanem prawnym odnoszącym się wprost do aborcji. KE ma wiele innych możliwości, aby wspierać ochronę praw kobiet w Polsce, w tym również dotyczących prokreacji i przerywania ciąży.

Zobaczymy, co z tego wyniknie, ktoś może powiedzieć, że po raz kolejny sobie porozmawiali, ale takie debaty zawsze zostawiają ślad, chociażby w umysłach samych parlamentarzystów, ale też w świadomości ludzi, którzy w UE podejmują ważne decyzje. Swoje przemówienie zakończyłem zdaniem, że ponieważ w Polsce wprowadzono niejako stan wyjątkowy tym orzeczeniem Trybunału, to również UE wymaga wyjątkowych działań. Na te działania będziemy czekać i będziemy w tej kwestii dopingować UE.

Europosłowie domagają się dymisji szefa unijnej dyplomacji Josepha Borrella. Chodzi oczywiście o jego wizytę w Rosji. To także temat, którym zajął się PE. Jak pan to ocenia?

W PE panuje przekonanie, że wizyta Borrella była całkowicie nieprzygotowana i przedwczesna. Podzielam ten pogląd, a ponieważ mamy nową administrację amerykańską – to nie tylko nowy prezydent, ale też sekretarz stanu – to wysoki przedstawiciel UE od spraw zagranicznych powinien odbyć szereg konsultacji z ludźmi, którzy w Stanach Zjednoczonych będą kreować politykę międzynarodową, zwłaszcza w kwestii Rosji, i tym bardziej, kiedy w Brukseli wyrażamy nadzieje, że po fatalnym okresie rządów pana Trumpa stosunki między UE a USA ulegną normalizacji i będą oparte na kooperacji. Wizyta Borrella nie była udana i na pewno była przedwczesna.

Kolejny dzień kryzysu w Porozumieniu, a co za tym idzie w Zjednoczonej Prawicy. Czy PiS może jeszcze spokojnie rządzić, czy jeszcze „pachnie władzą”?

Pełni władzę, więc ciągle tak, chociaż patrząc na styl, w jakim to robi, to użyłbym brzydszego słowa niż „pachnie”. To słowo jest zarezerwowane dla czegoś miłego, przyjemnego, a w przypadku PiS-u na pewno nie mamy z czymś takim do czynienia. Natomiast dopóki ma władzę, to zawsze będzie pociągający dla ludzi, dla których nic innego się nie liczy, niż władza i możliwości pełnienia ważnych stanowisk, zarabiania pieniędzy.

Nie podzielam poglądu, który chyba nasila się w tej chwili, że te perturbacje w Porozumieniu Gowina mogą doprowadzić do rozpadu Zjednoczonej Prawicy i przyśpieszonych wyborów. Proszę pamiętać, że prawica symbolizowana przez PiS już kiedyś poszła na przyśpieszone wybory, w których Kaczyński stracił władzę, choć nie musiał. Ta nauczka tkwi w nim głęboko, zatem będziemy jeszcze zapewne świadkami większych czy mniejszych różnic, awantur prowokowanych lub mających uzasadnienie, ale to niczego nie zmieni. Każdy poseł ZP ma za wiele do stracenia, żeby głosował za skróceniem kadencji Sejmu i niech nas nie zmylą wewnętrzne ruchy tektoniczne. One ucichną, potem znowu będą, to normalny krajobraz polityczny w Polsce.

Czyli nie wierzy pan w koalicję Gowina z KO i powstanie rządu technicznego, który przygotuje uczciwe wybory?

To może zaistnieć tylko w jednym przypadku – gdyby Gowin otrzymał obietnicę urzędu Prezesa Rady Ministrów. Zakładając, że grupa Gowina przechodzi do obecnej opozycji, a ta staje się formacją większościową, można teoretycznie założyć, że jak każda większość może spowodować zmianę rządu.

Gdyby Gowin otrzymał taką propozycję wraz z przekonującym proceduralnym sposobem doprowadzenia do tego, to mógłby się tym zainteresować; w innym przypadku nie sądzę. Rząd techniczny, przejście na stronę opozycji to wyzwanie niesłychane i ogromne ryzyko. Gdyby miał ryzykować, to tylko w grze o najwyższą stawkę czyli, urząd Prezesa Rady Ministrów, bo to jest właśnie ta najwyższa stawka.

Czyli wicepremier to za mało?

On już jest wicepremierem.

Powiem zupełnie szczerze, że każdy polityk, który czuje się politykiem prawdziwym, marzy o tym, aby zostać premierem, nie prezydentem. To pułap, poza którym w Polsce już nic nie ma.

Bo premier to realna władza?

Oczywiście, że tak, chociaż każdy prezydent do tej pory miał skłonność do rozpychania się. Tylko pan Duda w tej kadencji nie wykazuje tej skłonności. Może to zabrzmi dziwacznie w moich ustach, ale uważam, że prezydent nienarzucający się, milczący, który nie podkreśla zbytnio swojej wagi, mi odpowiada. Uważam, że Polska powinna zmierzać do wyboru takiej formuły ustrojowej.

Gdyby kiedyś powstały w Polsce okoliczności, które by pozwoliły na poważną pracę nad konstytucją, to oczekiwałbym, że prezydent będzie miał jeszcze mniej kompetencji, łącznie z tym, że będzie wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. Premier miałby wówczas jeszcze więcej kompetencji, niż ma, bo w tej chwili mamy dwóch członków władzy wykonawczej, co prowadzi do nieporozumień i do tego, że w każdej kampanii wyborczej na urząd prezydenta kandydaci zapowiadają i obiecują rzeczy, które w 80 proc. przekraczają kompetencje prezydenta.

Czy pana zdaniem realny jest scenariusz, że opozycja osiągnie takie porozumienie i będzie tak zdeterminowana, aby odsunąć PiS od władzy; że da premierostwo Gowinowi?

Gdyby opozycja otrzymała taką wiadomość, że jest możliwa zmiana większości parlamentarnej, ale to Gowin musi otrzymać tekę premiera, to ja oczywiście na miejscu opozycji starałbym się o realizację tego scenariusza. Dziś nie ma nic ważniejszego, niż odsunięcie PiS-u od władzy.

Nie wiem, czy takie rozmowy są prowadzone i czy opozycja dojrzała do takiego tematu. Warto zrozumieć jednak, że obecnie to jedyny sposób, aby uzyskać większość sejmową, a ta może z kolei zmienić marszałka Sejmu i prezydium Sejmu, może w procedurze konstruktywnego wotum nieufności zaproponować swojego kandydata na premiera i przeprowadzić wybór.
Wówczas zaczęłaby się zupełnie nowa sytuacja w Polsce, bo Prezes Rady Ministrów ma realną władzę, proszę popatrzeć, ile nominacji podpisuje. To byłaby diametralna zmiana sytuacji. Premier jest więc wart każdej mszy.

Jak ocenia pan pomysł Koalicji 276 i szanse na jego realizacje? Napisał pan niedawno: „Mnie bardzo irytuje to, że partie opozycyjne wdzięczą się jak podczas wyborów miss, opowiadając jury, że jak zostaną wybrane, to zawalczą o wszystko: równouprawnienie, pokój na świecie i dobre decyzje. Tymczasem kolejny raz poprawiają sobie makijaż i podkładają nogi koleżance, która ma największe szanse na zwycięstwo”. Rozumiem zatem, że szanse na zjednoczenie widzi pan niewielkie?

Wydaje mi się, że w tym wszystkim jest trochę za mało powagi. Bardzo bym się ucieszył, gdyby nasza opozycja poszła wzorem opozycji węgierskiej, gdzie w obliczu autorytarnej władzy Orbána udało się zjednoczyć całą opozycję. Tutaj wszyscy zachowują się tak, aby podkreślić swoją wagę i prestiż. Nawet teraz nie udało się powstrzymać emocji, bo gdy tylko PO zaprezentowała swój slajd, to rozległ się koncert krytyki ze wszystkich innych ugrupowań.

Rozumiem, że można mieć do PO pretensje, bo to takie jednostronne ogłoszenie i zaproszenie do dalszych rozmów, kiedy można było przeprowadzić to inaczej, chociażby przez konsultacje, ale nie ma się co obrażać, bo sytuacja w Polsce jest tak dramatyczna i wymaga niekonwencjonalnych działań, że zamiast ze sobą walczyć o to, kto pierwszy wystąpi w telewizji i czyja będzie kolejna setka, trzeba było potraktować to poważnie.

Ja nie wiem, czy pomysł Koalicji 276 jest realistyczny ale jeszcze bardziej nierealistyczna jest wizja odsunięcia Kaczyńskiego od władzy przez rozczłonkowaną opozycję, która startuje na osobnych listach i wzajemnie się atakuje. Proponuję trochę więcej powagi i dystansu do własnych emocji.

Skąd wieje wiatr, panie Ferenc?

Stałem sobie dłuższą chwilę w zeszły piątek na zewnętrzu, i patrzyłem, jak wiatr miota pustym opakowaniem po prezerwatywie.

Szedłem akurat wyrzucić śmieci i fant wyleciał mi z rozerwanego worka. Przypomniała mi się wtedy słynna scena z „American Beauty”, z tańczącym na wietrze, plastykowym woreczkiem. Dookoła śnieg, mróz skrzypi pod nogami, a z pustego pazłotka po kondomie ulatuje życie, którego nigdy nie miało prawa tam być. A wiatr uniósł je i tak, i poniósł, hen, ponad korony drzew.

Najgorętszym miejscem w skutej lodem i smaganej wiatrem Polsce, będzie niebawem Rzeszów. Stolica Podkarpacia, prócz podmuchów od wschodu, smagana będzie też wiatrem zmian. Oto nestor polskiego samorządu, Tadeusz Ferenc, wieloletni prezydent miasta, podał się do dymisji ze względu na zły stan zdrowia. O jego nadwątlonej kondycji, zbożny lud rzeszowski wiedział już od dawna. Prezydent jednak niewiele sobie z tego robił. Co elekcja stawał szranki z młodszymi i ku ich wściekłości, zostawiał konkurencję w tyle.

Przez te kilkanaście lat, od kiedy rządził Rzeszowem, zdążył Ferenc przejść długą i mozolną polityczną przemianę, od lewa, przez centrum, do prawa. Kiedyś dużo SLD, potem mało SLD, później PO, Komorowski, Kosiniak-Kamysz, a dziś Porozumienie gowinowskie. Cały czas jednak budował własne zaplecze w Radzie Miasta, uwieszone na swoim fejmie. W chwili podawania się do dymisji, wskazał Ferenc swojego następcę. Tzn. namaścił, bo wskażą go za 90 dni wyborcy, o ile do wyborów przyspieszonych dojdzie. Najlepszym kandydatem, podług Ferenca, który ma objąć po nim schedę, będzie wiceminister od Ziobry, Marcin Warchoł. Zaiste, takiego wskazania mało kto się po Ferencu spodziewał, a już zwłaszcza jego ludzie. Ja jednak w wyborach Tadeusza Ferenca dostrzegam` żelazną konsekwencję i patriotyzm, który równie dobrze, jeśli przyłożyć doń inny pryzmat, może się okazać się oportunizmem i zawiścią. Albo naiwnością.

Ferenc, mimo że z pezetpeerowskim rodowodem, zdołał przekonać do siebie mieszkańców tradycyjnie prawicowego Podkarpacia. Oczywiście, nie całego. W dużych miastach, nawet po prawej stronie, odsetek inaczej myślących jest zawsze większy niż w całym regionie, en masse. Tak czy inaczej, dokonał on, były komunista, członek SdRP i SLD, rzeczy wielkiej. Zdobył stolicę prawicowego zagłębia, bez mała 20 lat temu, i do tej pory nie wypuścił jej z rąk. W międzyczasie zmieniały się rządy i koalicje, a Ferenc trwał na posterunku. Trwał, rozwijał miasto i dumał: z kim grać, żeby Rzeszów rósł w siłę, a ludzie żyli w nim dostatniej. I wymyślił, że trzeba, tak jak w piosence Kaczmarskiego, zawsze trzymać z władzą. Jaka by ona nie była. Poglądy można mieć, nawet trzeba. Ale za bardzo się nimi nie obnosić. Coś jak z prąciem. Warto mieć je przy sobie w razie konieczności, ale nie wyciągać publicznie na wierzch. Tym, co powinno determinować politykę prezydenta miasta musi być…ono samo. Jego dobrostan. Przyciąganie inwestorów. Miejsc pracy. Ludzi, którzy je wezmą. Studentów. Nowych technologii. Sportu. Biznesu. To wszystko Ferencowi wychodziło. Kto bywał w Rzeszowie, ten widział ferencową robotę i ciężko było zaprzeczyć, że miasto pod jego rządami zrobiło gigantyczny postęp. A polityka? A niech sobie będzie. W myśl zasady: sprzymierzę się z samym diabłem, dla dobra moich wyborców. Zaprzedam czartowi duszę, wypiję z nim wannę wódki w piekle, ale nie pozwolę na to, żeby doraźna walka polityczna przesłoniła mi wizję progresu mojego miasta, któremu się w pełni oddam i poświęcę.

Trzeba pójść klamkować do Platformy, pójdę. Zdradzić starych towarzyszy z prawicą, zdradzę. Wystawić na szwank swoje własne interesy, zrobię to, bylebym dokończył swojego działa, bo Rzeszów mój widzę dziś wielki. Poprę tego, ujmę tamtemu, wyślę sygnał do trzeciego, co mi tam. Ale miasta nie dam na zatracenie, tylko dlatego, że ktoś chodzi do Kościoła częściej, niż ja za młodu. I takie stawianie sprawy ja, po części przynajmniej, rozumiem i szanuję. Jak decydujesz się być prezydentem miasta, dużego czy małego, i chcesz, żeby ludzie cię zapamiętali jako dobrego włodarza, musisz mieć wizję jego rozwoju. I konsekwentnie tę wizję, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr, umieć realizować. Bezwzględnie. Tadeusz Ferenc posiadł tę umiejętność w stopniu najwyższym. Z czasem jednak zaczął grać coraz bardziej zachowawczo, z efektem mierzonym na doraźny sukces. Gdzieś poczęła uciekać wizja, którą przysłaniać zaczęły partykularyzmy. A że byt określa wiadomość, o czym też Ferenc doskonale wie, wkradać się zaczęły do otoczenia Ferenca persony, którym łatwiej, niż dekadę temu, było zaskarbić sobie prezydencką wdzięczność i uznanie. Platforma się zużyła. Ferenc zaczął szukać wsparcia u pisowczyków. Ten zabieg oczywiście wpisuje się w jego taktykę a’la „sąsiad zawsze trzyma z władzą”, ale już jawne wspieranie kandydata od Gowina na prezydenta, wbrew woli własnego, tworzonego przez lata, ponadpartyjnego, rzeszowskiego środowiska lokalnych patriotów? Coś tu jest nie tak.

Wiatr tymczasem targał papierek po prezerwatywie po całym osiedlu. Szła pani z dzieckiem na sankach. Pazłotko przemknęło jej koło nosa i poleciało dalej. Szedł dozorca i sypał sól na chodnik. Opakowanie po prezerwatywie musnęło go lekko w ramię, uniosło się ku górze, i wzleciało ponad horyzont, szukać swojego wybawcy. Który je pochwyci.

Potrójne objawienie

W minionym tygodniu doznałem iluminacji trzykrotnej. Po trzykroć przekonałem się, że żyjemy w jakiejś groteskowej krainie, w której ludziom nie starcza już modlenie się do rzeźb. Przesuwają więc granicę o krok dalej i poczynają modlić się do samochodów.

To z tymi samochodami, to z Radzymina pod Warszawą. Tego samego, gdzie dawno temu cudownym zrządzeniem woli boskiej, Piłsudski zatrzymał bolszewicką barbarię. Dziś już wiadomo, że w czasie natarcia i bitwy, marszałek truchlał ze strachu przed pogromem i musiano go długo przekonywać, żeby nie porzucał towarzyszy broni, bo jego stan psychiczny daleki był od zadowalającego. W Radzyminie, w czasach zupełnie dzisiejszych, postawiono na terenie przykościelnym, w specjalnej, przeszklonej gablocie, opla vectrę, którym Jan Paweł II podróżował podczas peregrynacji do ojczyzny w latach 90. Zadbany, niebity, Niemiec płakał, jak sprzedawał. Stoi więc tak opelek, nie na giełdzie w Słomczynie, tylko w Radzyminie i cieszy oko proboszcza, wiernych i przyjezdnej gawiedzi, która żegna się przed samochodem, a pewnikiem, w maju będzie się gromadzić przed cudownym autem na cowieczornych nabożeństwach. Jak się odpali światła, o ile akumulator na chodzie, to będzie można śpiewać „majówki” do ciemnej nocy. Tu oświeciło mnie po raz pierwszy. A może raczej, oświetliło. Kolega mój, który lubował się w zbytku i życiu na pokaz, kupił sobie kiedyś, pod wpływem chwili, starego mercedesa, którym jeździł podobnież sam prałat Jankowski. Piękny, stary kabriolet w białej skórze. Zapragnął pojechać nim do Francji, na finał mistrzostw świata w piłce nożnej. Ruszył prałatowskim cabrio z Warszawy, a gdzieś pod Essen zatarł na dobre silnik. Czekał ponad tydzień na nowy, żyjąc kątem u kolegi, dwie wioseczki obok miejsca, gdzie pojazd wyzionął ducha. Na finały nie zdążył. Auto scholował mu znajomy laweciarz spod Przasnysza, bo okazało się, że zakład naprawczy u Niemców był lewizną, w którym, pod przykrywką naprawy samochodów, handlowano zielskiem i pigułami na większą skalę. Opowieść jak z enerdowskiego kryminału, jednak prawdziwa i do tego z happyendem. Ciekaw jestem, jaki rodowód ma bryczka pod pleksą z Radzymina, którą wożona „naszego” papieża. Nic bowiem, co się jego tyczy, nie jest już na tym padole bez skazy, jak papieska łza. Nawet kremówki, jak się okazuje, mogą być zatrute genem światowego pedalstwa. I tu iluminacja dopadła mnie tydzień temu po raz drugi.

Okazuje się bowiem, że słynny organizator gejowskich gang-bangów z Brukseli, z którego chaty węgierski europoseł, spuszczał się, za przeproszeniem, po rynnie, to jeden z naszych. Żeby było ciekawiej, syn wadowickiej ziemi, wnuczek piekarza, który wypiekał papieskie kremówki. Przynajmniej senior rodu tak twierdzi, bo co do wieku oraz pochodzenia tego jegomościa, pewności nie ma. Jeśli jednak wierzyć dziadkowi, chłopiec od najmłodszych lat miał mieć smykałkę do interesów, zwłaszcza tych podejrzanych, która ostatecznie zaprowadziła go przed nasze i zagraniczne sądy, skutkując wydaniem zań europejskiego nakazu aresztowania. I wtedy zilunominowało mnie po raz trzeci.

Kilka lat temu, w styczniu, bawiłem wraz z grupą młodzieżową na K. w Wadowicach. Graliśmy tam koncert w miejscowym domu kultury. Zakwaterowano nas w hotelu, dość ekskluzywnym, w którym już od wejścia, czuć było lekką spinkę, a w miarę upływu czasu, spinka tylko się pogłębiała. Po koncercie, kiedyśmy wrócili na pokoje, w recepcji, niby to półoficjalnie, dowiedzieliśmy się, że tego samego wieczoru co i my, nocować w nim będzie prezydent Duda, który od paru dni bawi na nartach nieopodal. Mimo tego zeszliśmy, ja i kolega, do hotelowego baru, który był bardzo dobrze zaopatrzony. Barman początkowo nie chciał nam sprzedawać alkoholi, oficjalnie nie mógł podać powodu, ale gdy dostał zielone światło od kierownictwa, jął lać nam co chcieliśmy, uważając na słowa. Prohibicji w Wadowicach nie ogłoszono. Była jednak nieformalna dyspozycja władz, tak przynajmniej twierdził barman, żeby nie lać wódki hotelowym gościom, w obawie przed zakłócaniem wypoczynku panu prezydentowi. Pamiętam, że staraliśmy się być cicho, choć korciło, żeby pośpiewać serenady pod oknem. Nazajutrz nie zastaliśmy pana prezydenta na śniadaniu. Inna sprawa, że posiedzieliśmy w barze długo i załapaliśmy się na końcówkę, kiedy wszystko było już przejedzone.

W minionym tygodniu prezydent oburzył się na ministra Gowina, że ten chce zamykać stoki narciarskie, kiedy naród spragniony jest szusowania, po miesiącach wyrzeczeń. Nie godzi się zabraniać ludziom dostępu do aktywności fizycznej. Akurat, na czym jak na czym, ale na szusowaniu prezydent się zna. Wie też, do jakiego hotelu się udać. Odpocząć, nabrać sił. Nie miał więc wyjścia Gowin i uległ. Stoki będą otwarte. Hotele-zamknięte. Bary hotelowe też. Wszystko się zgadza. Skoro prezydent może jeździć na nartach, to czemu by nie ja. Na początku roku wybieram się na narty z rodziną. Mamy hotel. Rezerwację. Ze strony hotelu nie dostaliśmy informacji o żadnych, dodatkowych obostrzeniach. Gdyby każdy, tak jak ja, mógł doznawać oświecenia co najmniej trzy razy w tygodniu, życie w końcu miałoby jakiś sens. Wiem już czym jeździć, na czym, gdzie, czym się żywić a czego unikać, gdzie spać, jak mnie sen zmoże. Czego i Państwu życzę.

Kaczyński w rządzie

Prezes nie będzie już rządził tak całkiem z tylnego siedzenia, zdeklarowany homofob został ministrem edukacji, a ultraliberał zajmie się rynkiem pracy.

Konferencja prasowa Mateusza Morawieckiego nie rozwiała wszystkich wątpliwości dotyczących składu rządu i kompetencji poszczególnych ministerstw po zmniejszeniu ich liczby. Potwierdzono za to kilka głośnych pogłosek i przecieków dotyczących zmian personalnych. Dla lewicowców i związkowców nie są to dobre zmiany.

Homofob w MEN

Dariusza Piontkowskiego, któremu nauczyciele zapamiętali chaos w momencie wdrożenia zdalnego nauczania i ostentacyjne wręcz lekceważenie pandemicznych zagrożeń, zastępuje Przemysław Czarnek. Połączone resorty edukacji i nauki przekazano w ręce polityka wsławionego podważaniem wartości idei praw człowieka, stwierdzaniem, że „LGBT to nie ludzie”, a przeznaczeniem kobiet jest rodzenie dzieci. Przedstawiciel skrajnych poglądów religijnych, korzeniami tkwiących w narracji Radia Maryja ma zająć się teraz młodym pokoleniem.

Wielki powrót

Do rządu wraca Jarosław Gowin, człowiek, którego działania wprowadziło mnóstwo złych emocji na uczelniach wyższych i popchnęło je jeszcze krok dalej w stronę prymatu wolnego rynku nad postrzeganiem akademii jako wartości humanistycznej i cywilizacyjnej. Teraz ten skrajny liberał i zwolennik deregulacji w dobie kryzysu będzie odpowiedzialny za rozwój i rynek pracy. Spowolnienie gospodarcze ciągle przed nami – Gowin może realnie zaszkodzić polskim pracownikom, jeśli zechce wdrażać neoliberalne „cudowne recepty”.

W dodatku wbrew opiniom specjalistów sprawy związane z pracą oderwano od zagadnień polityki społecznej – te pozostaną w gestii Marleny Maląg, która ku wielkiemu zaskoczeniu nadal jest panią minister. Czy dlatego, że gdyby jej nie było, to nie byłoby już w rządzie żadnej kobiety?
Grzegorz Puda będzie ministrem rolnictwa, zastępując Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który ostentacyjnie sprzeciwił aię rządowi i prezesowi w sprawie ustawy o prawach zwierząt.

A co będzie w rządzie robił prezes-wicepremier?

Nadal wiadomo jedynie nieoficjalnie, że zajmować się ma szefowaniem Komitetowi ds. Bezpieczeństwa Państwa i podlegać ma mu Ministerstwo Sprawiedliwości. W praktyce oznacza to, że Kaczyński chce trzymać w szachu Zbigniewa Ziobrę, strzec struktur siłowych i nie dopuścić już do większych przepychanek między koalicjantami, którym najwyraźniej nie ufa. Tak czy inaczej – Kaczyński przestaje być szeregowym posłem, który teoretycznie za nic nie odpowiada.

Chwilowy pokój na prawicy

Nie będzie rozpadu Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Kaczyński nie zaryzykował przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Prezes ukazał koalicjantów odebraniem im po jednym ministerstwie. Mało kto wierzy, że dzisiejsza ugoda zakończy tarcia wewnątrz obozu władzy.

Przez ostatnie dni Zbigniew Ziobro odgrywał na konferencjach prasowych rolę pokonanego, zapewniając, że zależy mu na dalszym trwaniu Zjednoczonej Prawicy, czyli „koalicji najlepszej dla Polski” oraz, że wycofanie ustawy o bezkarności urzędników nie jest już sprawą, którą stawia na ostrzu noża.

Jarosław Kaczyński oczekiwał właśnie takiego zachowania, a widząc swojego koalicjanta ukorzonego, podjął decyzję o powrocie do negocjacji, które zakończyły się w sobotę 26 września zawarciem nowej umowy koalicyjnej.

– Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszy dzień dobrze zapisze się w naszej historii, bo mamy przed sobą trzy lata do kolejnych wyborów parlamentarnych. Jestem zupełnie pewien, że to będą lata dobrze wykorzystane dla Polski – mówił prezes PiS.

Jarosław Gowin próbował z kolei wytłumaczyć tło nieporozumień, które według niego jest zarazem największą zaletą koalicji. – Siłą naszego obozu zawsze był pluralizm, ale też jedność – mówi Jarosław Gowin. Zapowiedział też, że w nowej strukturze rząd będzie funkcjonować sprawniej. – Podpisanie dziś umowy koalicyjnej to informacja, na którą czekały miliony Polaków i jestem przekonany, że dobrze przysłuży się Polsce – mówi Gowin.
Dla Porozumienia i Solidarnej Polski nowe warunki koalicji będą jednak zdecydowanie gorsze. Stracą po jednym ministerstwie, co jest bolesnym ciosem zwłaszcza dla Ziobry, którego formacji odebrany zostanie resort środowiska, pod który podlega spółka Lasy Państwowe – w zasadzie nieograniczone źródło dochodów. Co więcej, do rządu, w roli supervisora ma wejść Jarosław Kaczyński, który będzie piastował funkcję ministra bez teki odpowiedzialnego za sprawy wewnętrzne, bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Czyli w zasadzie za wszystko.

W przypadku Porozumienia ból będzie mniejszy. To człowiek z tej partii – prawdopodobnie sam Jarosław Gowin – obejmie nowy superresort rozwoju, pracy, budownictwa i turystyki. Policzone wydają się zarówno dni minister Maląg w ministerstwie pracy i polityki społecznej, jak i samego ministerstwa z dotychczasowym zakresem kompetencji. Dla pracowników i związków zawodowych działacz Porozumienia w resorcie pracy nie oznacza dobrej zmiany. Dotychczasowa polityka rządu w walce z pandemicznym kryzysem zdecydowanie koncentrowała się na obronie firm, kosztem obniżania zarobków pracowników. Wszystko wskazuje na to, że nic się w tym względzie nie zmieni, chyba że na gorsze, bo radykalnie wolnorynkowe poglądy Jarosława Gowina nie są dla nikogo tajemnicą.

Wije kontra Hedora

Są tacy ludzie, znam nawet kilku. Unikam ich jak ognia. Ludzie ci lubują się w upokarzaniu innych; podnieca ich sprawianie ludziom przykrości; gnojenie ich przy najbliższych; publiczne wyciąganie brudów i pranie ich na widoku. A potem upajanie się swoją władzą nad drugim człowiekiem, który musi pokornie wypełnić wolę pana i pokajać się przed nim, jak pies przed hyclem.

Znajomy mój, który miał swego czasu dobrze wydeptane ścieżki u jednego z protegowanych Zbigniewa Ziobry, został zaproszony przez protegę na urodziny. Oprócz mojego kolegi, zupełnie zawodowo niepowiązanego ani z prawem, ani z lewem, ani z palestrą, na urodziny przyszli głównie prokuratorzy i pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Pojawił się także, jako największy z nich, rangą i posturą, pewien znany prokurator, nazwijmy go…Hedora. Znajomy opowiadał, że Hedora bawił się przednio, a wokół niego co rusz pojawiał się nowy paź, który mu nadskakiwał. Ci, którzy akurat mu nie nadskakiwali, omijali Hedorę łukiem, żeby nie wpaść mu czasem w oko, bo to samo w sobie było już niebezpieczne. Kiedy towarzystwo trochę się podpiło, wywiązała się dyskusja, na temat pewnej pani prokurator z Wybrzeża, która podpadła Hedorze swoją pryncypialnością, która to, w konkretnym, omawianym przypadku, była nie do pogodzenia z wizją polityczną Hedory i jego apologetów. Kiedy Hedora jął słać w towarzystwie gromy pod jej adresem, zaprotestował nieśmiało, jeden z prokuratorów z młodszego pokolenia, słowami, że na dobrą sprawę, pani ma jednak rację, i chyba to ciut za duży kaliber z którego Hedora do niej mierzy. Hedora po tych słowach, kiedy zapadło kłopotliwe milczenie, spojrzał tylko po dyskutantach, po czym zwrócić się miał do młodziana w żołnierskich słowach, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jeśli tak bardzo mu zależy na koleżance, to wywali z roboty jego, a nie ją. Jaki był finał tej historii nie wiem, bo mój znajomy wyszedł z pokoju w którym sytuacja miała miejsce, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji.

Jarosław Kaczyński wywrócił parę dni temu stolik, przy którym łaskawie pozwolił przycupnąć Zbigniewowi Ziobrze i Jarosławowi Gowinowi. Za pretekst posłużyła nowelizacja ustawy o prawach zwierząt. Kto patrzy na naszą scenę polityczną od jakiegoś czasu, ten zdaje sobie sprawę, że gra idzie jednak o coś zupełnie innego; o wpływy w partii po odejściu prezesa, o spółki skarbu państwa i miejsca na listach, czyli de facto, o spółki skarbu państwa, które, jeśli dostanie się miejsce biorące, obsadzi się później swoimi ludźmi. Ziobro i Gowin doskonale wiedzą, ile tak naprawdę wynosił ciężar win i kar, który leżał na przewróconym przez Kaczyńskiego stoliku. Mylili się więc także i ci, którzy twierdzili, że Kaczyński nigdy w życiu nie ruszy Ziobry, bo ten ma szafy pełne haków na prezesa, po które sięgnie, kiedy ten zechce go zepchnąć w przepaść. Prawdopodobnie Ziobro ma co nie bądź na Kaczyńskiego, ale Kaczyński zna również sporo grzeszków Zbigniewa Z. Zna jednak, przede wszystkim, numery oraz stany kont ludzi Ziobry i Gowina, pouczepianych u cyców przy państwowych, dojnych krowach. Wie dobrze, że gdy Ziobro nie okupi się w dołach, nikt nie obroni go na górze. A nie okupi się, kiedy prezes powie, że albo PiS i spokojny żywot na państwowym, albo lojalność wobec Zbigniewa, który da wam tyle, co sam on, czyli zero. Ludzie, zwłaszcza dziś, kiedy każdy etat jest na wagę złota, potrafią liczyć. A z rachunku wyjdzie im jedno. Jaki prezes jest taki jest, ale dbający o swoich, to on jest.

Kaczyński robi więc to co robi, bo uwielbia patrzeć, jak inni wiją się przed nim jak padalce, bo wiedzą, że karty z przewróconego stolika są w jego rękach. Wszystkie. Całą talia. Wije mogą, co najwyżej, nieudolnie blefować, ale wynik rozgrywki jest z góry przesądzony. Wrócą, przeproszą, ucałują pierścień, przemyślą sprawę. Ustawa przeszła i tak, bez ich pomocy, a dopóki prezes nie wybiera się na tamten świat, lub przynajmniej na emeryturę, każdy kto chce coś na prawicy znaczyć, musi pamiętać, gdzie są klucze do kabiny i kto je trzyma w biurku na Nowogrodzkiej. Można oczywiście honorowo wyjść i wrócić do powiatu na inspektora w domu kultury, ale honorem nikt dziatwy i pięciu kochanek jeszcze nie nakarmił.

Wybory będą latem

Zagłosujemy w lipcu, może w czerwcu, ale na pewno korespondencyjnie. Może nawet na tych samych kandydatów. Kaczyński z Gowinem się dogadali, Lewica pyta: ile nas to wszystko kosztowało?

Poseł Krzysztof Śmiszek oznajmił w Sejmie, że jego klub parlamentarny złoży do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera Mateusza Morawieckiego oraz wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi o ustalenie, kto i ile pieniędzy publicznych wydał na przygotowania do wyborów, których 10 maja i tak nie będzie.
– To, co się wydarzyło musi się spotkać z reakcją, także reakcją prawną. Przez tygodnie, bez podstawy prawnej, PiS organizowało wybory, PiS zlecało wydatkowanie środków publicznych na druk materiałów wyborczych – oznajmił polityk krótko po głosowaniu, w którym – zgodnie z ustaleniami Kaczyńskiego i Gowina – odrzucono senackie weto wobec ustawy o głosowaniu korespondencyjnym 236 głosami przeciwko 213.

Dogadali się

Posłowie Porozumienia i Prawa i Sprawiedliwości głosowali w zupełnej zgodzie. Poparli scenariusz, który wczoraj wieczorem ogłosili liderzy obu partii: 10 maja nie będzie żadnego głosowania, Sąd Najwyższy uzna je za nieważne (bo niebyłe), a marszałek Sejmu ogłosi nowy termin. Byle zdążyć przed 6 sierpnia, kiedy skończy się kadencja Dudy. I – to już wniosek nieoficjalnym – byle je przeprowadzić, dopóki poparcie społeczne dla urzędującego prezydenta ciągle jest wysokie, a opozycja skłania się ku bojkotowi wyborów.

Gdy wszelkie próby „negocjacji z Gowinem”, jakie podejmowała Koalicja Obywatelska, spektakularnie się zawaliły, Lewica może z gorzką satysfakcją powiedzieć: a nie mówiliśmy?

– Miała być odrzucona ustawa, dzięki Gowinowi nie została. Miały być przesunięte o rok wybory, bo Gowin to obiecał – nie zostały. Po trzecie miał być wprowadzony stan klęski żywiołowej, nie został. Gowin miał zostać marszałkiem Sejmu, nie został. Po piąte miał rozbić rząd PiS – nie rozbił. Nie uczestniczyliśmy od początku w tej paradzie oszustów. Bo z oszustami się nie gada – podsumował całą sytuację przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.

Mamy klęskę żywiołową!

Z kolei jeszcze przed decydującym głosowaniem przedstawiciele Lewicy zadeklarowali, że są gotowi rozmawiać z PiS, ale na temat wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Socjaldemokraci od początku kryzysu epidemicznego podkreślają, że taka klęska już ma miejsce i przyjęcie stosownych rozwiązań byłoby po prostu uznaniem stanu faktycznego.
– Rozmawialiśmy z premierem Mateuszem Morawieckim o pierwszych Tarczach Antykryzysowych, czy też współpracowaliśmy z prezydium Sejmu w sprawie zdalnego głosowania. Lewica od początku tej kadencji mówiła, że w przypadkach trudnych i kryzysowych dla Polski, chce rozmawiać. Chcemy rozmawiać o wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej i przeniesieniu wyborów na bezpieczny czas, pokazaliśmy niedawno konkretne daty, kiedy należałoby to zrobić – powiedział na konferencji prasowej Krzysztof Gawkowski, nawiązując do innego publicznego wystąpienia polityków Lewicy, w którym posłowie i posłanki pokazywali rozsądny i wykonalny kalendarz wyborczy.

Absurd goni absurd

Na stronie Państwowej Komisji Wyborczej ciągle tyka zegar, odliczający czas do… startu głosowania 10 maja. A część obserwatorów pyta: czy drugą turę, do której „z automatu” przejdą wszyscy kandydaci, też trzeba będzie anulować? I co z pakietami wyborczymi, które pełną parą drukowano w ostatnich dniach?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich, chce postawić Mateusza Morawieckiego przed Trybunałem Stanu – za całokształt wyborczych posunięć. Z kolei Jacek Sasin, który odpowiadał za druk pakietów wyborczych, przekonuje, że nic się nie stało i karty do głosowania, które już powstały, przydadzą się w nowym terminie. Takie będziemy mieć święto demokracji.

PiS nie wprowadzi stanu klęski żywiołowej

… bo jak powiedział nam – były już – wicepremier Gowin kasy z budżetu będzie może na dwa, trzy miesiące i zaraz się skończy. Nie chcą też przełożyć głosowania, bo za rok mogą już być tysiące ofiar choroby dzięki rządowej, opieszałej polityce i wieloletniemu rujnowaniu publicznego systemu ochrony zdrowia. Kto wtedy zagłosuje na Dudę?

Przecież nie miliony bezrobotnych i innych ludzi wpędzonych w gospodarczą ruinę. To naprawdę bardzo proste i trzyma się przysłowiowej kupy.

Dziwne tylko, że ta rozpaczliwa walka o utrzymanie władzy znajduje takie poparcie wśród armii ludzi, którzy marzą raczej o karierze dłuższej niż na kolejne półtora roku. Pod tym względem Jarosław Gowin wykazał się jednak tym elementarnym sprytem. Reszta postanowiła kurczowo trwać tam, gdzie jest, licząc na cud czy też na siłę inercji. Przeliczą się.
A jako Lewica my będziemy to sprzątać… Ale damy radę, naprawdę. I wtedy rozliczymy za narażanie ludzi na utratę zdrowia i życia.

Neoliberalna katastrofa

Nie będziemy też więcej słuchać zaklęć o wolnym rynku, który wszystko ustawi najkorzystniej dla wszystkich. Bo jeśli spojrzeć szerzej, nie tylko na polską „tarczę antykryzysową”, ale też na całość europejskich zmagań z pandemią, to najbardziej spektakularną katastrofę w czasie kryzysu zapewni nam wyznawany na Zachodzie neoliberalizm, a nie wirus.
Pomysły rządów na ratowanie gospodarek to: finansowanie podatkami działalności prywatnych firm (na ślepo) i obcinanie składek na państwo i ubezpieczenia społeczne. W skrócie: jedyny podmiot zdolny do skutecznej walki z efektami kryzysu będzie zwijany, osłabiany, wycinany i poświęcany na ołtarzu zysków kapitału i jego firm… z okresu sprzed pandemii!
To się zakończy totalną katastrofą i krachem. Państwa rządzone przez neoliberałów i traktowane wyłącznie jako kasy dla firm długo nie pociągną. A rządzą nami ludzie, którzy nigdy nie zdecydują się uruchomić przez budżet mocy produkcyjnych, czy państwowo tworzyć społecznie niezbędne miejsca pracy (obecnie nawet większość europejskiej lewicy tego nie chce, tylko co najwyżej doprasza się o same zasiłki w różnej formie).

Dlaczego Chiny zwyciężą

I na tym też polegał będzie triumf Chin: tam specyficzna fuzja państwa z rynkiem jest oczywistością, a kapitał znajduje się pod częściową kontrolą. Na Zachodzie po prostu za dużo zysków i sukcesów przyniosło elitom wieloletnie zawierzenie się rynkom. Stąd ten konserwatyzm i upór idioty. Natomiast zindoktrynowana klasa pracująca też bardzo późno dojdzie do tego wniosku, że może jednak subsydiowanie martwego kapitału z jej wypłat to nie jest optymalna strategia ochronna dla pracowników.

A wracając jeszcze do Polski… To miłe, że Premier przypomniał sobie nagle o podatku cyfrowym, który na zlecenie USA sam wyrzucił do śmieci. Inne podatki i sposoby na zwiększenie budżetu państwa też miła rzecz, ale tak jakby… kilka lat za późno. Teraz same akcje podatkowe to troszeczkę mało, zwłaszcza, że niewydolny biznes to źródło tego kryzysu. Bez aktywności państwa w obszarze gospodarki nic nie zdziałamy. A na ten moment ten rząd nawet nie znacjonalizował produkcji maseczek i środków dezynfekcyjnych, a resztki z budżetu będzie dawał na działanie upadających firm bez niczego w zamian.

Ale prawdopodobnie post factum, za jakieś 20 lat, były Premier przyzna w jakimś wywiadzie w swej autobiografii, że może państwo mogło zrobić więcej, ale „nikt nie spodziewał się przecież takiego kryzysu”.

Przyzwyczajcie się do tego tekstu.