Wybory będą latem

Zagłosujemy w lipcu, może w czerwcu, ale na pewno korespondencyjnie. Może nawet na tych samych kandydatów. Kaczyński z Gowinem się dogadali, Lewica pyta: ile nas to wszystko kosztowało?

Poseł Krzysztof Śmiszek oznajmił w Sejmie, że jego klub parlamentarny złoży do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera Mateusza Morawieckiego oraz wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi o ustalenie, kto i ile pieniędzy publicznych wydał na przygotowania do wyborów, których 10 maja i tak nie będzie.
– To, co się wydarzyło musi się spotkać z reakcją, także reakcją prawną. Przez tygodnie, bez podstawy prawnej, PiS organizowało wybory, PiS zlecało wydatkowanie środków publicznych na druk materiałów wyborczych – oznajmił polityk krótko po głosowaniu, w którym – zgodnie z ustaleniami Kaczyńskiego i Gowina – odrzucono senackie weto wobec ustawy o głosowaniu korespondencyjnym 236 głosami przeciwko 213.

Dogadali się

Posłowie Porozumienia i Prawa i Sprawiedliwości głosowali w zupełnej zgodzie. Poparli scenariusz, który wczoraj wieczorem ogłosili liderzy obu partii: 10 maja nie będzie żadnego głosowania, Sąd Najwyższy uzna je za nieważne (bo niebyłe), a marszałek Sejmu ogłosi nowy termin. Byle zdążyć przed 6 sierpnia, kiedy skończy się kadencja Dudy. I – to już wniosek nieoficjalnym – byle je przeprowadzić, dopóki poparcie społeczne dla urzędującego prezydenta ciągle jest wysokie, a opozycja skłania się ku bojkotowi wyborów.

Gdy wszelkie próby „negocjacji z Gowinem”, jakie podejmowała Koalicja Obywatelska, spektakularnie się zawaliły, Lewica może z gorzką satysfakcją powiedzieć: a nie mówiliśmy?

– Miała być odrzucona ustawa, dzięki Gowinowi nie została. Miały być przesunięte o rok wybory, bo Gowin to obiecał – nie zostały. Po trzecie miał być wprowadzony stan klęski żywiołowej, nie został. Gowin miał zostać marszałkiem Sejmu, nie został. Po piąte miał rozbić rząd PiS – nie rozbił. Nie uczestniczyliśmy od początku w tej paradzie oszustów. Bo z oszustami się nie gada – podsumował całą sytuację przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty.

Mamy klęskę żywiołową!

Z kolei jeszcze przed decydującym głosowaniem przedstawiciele Lewicy zadeklarowali, że są gotowi rozmawiać z PiS, ale na temat wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Socjaldemokraci od początku kryzysu epidemicznego podkreślają, że taka klęska już ma miejsce i przyjęcie stosownych rozwiązań byłoby po prostu uznaniem stanu faktycznego.
– Rozmawialiśmy z premierem Mateuszem Morawieckim o pierwszych Tarczach Antykryzysowych, czy też współpracowaliśmy z prezydium Sejmu w sprawie zdalnego głosowania. Lewica od początku tej kadencji mówiła, że w przypadkach trudnych i kryzysowych dla Polski, chce rozmawiać. Chcemy rozmawiać o wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej i przeniesieniu wyborów na bezpieczny czas, pokazaliśmy niedawno konkretne daty, kiedy należałoby to zrobić – powiedział na konferencji prasowej Krzysztof Gawkowski, nawiązując do innego publicznego wystąpienia polityków Lewicy, w którym posłowie i posłanki pokazywali rozsądny i wykonalny kalendarz wyborczy.

Absurd goni absurd

Na stronie Państwowej Komisji Wyborczej ciągle tyka zegar, odliczający czas do… startu głosowania 10 maja. A część obserwatorów pyta: czy drugą turę, do której „z automatu” przejdą wszyscy kandydaci, też trzeba będzie anulować? I co z pakietami wyborczymi, które pełną parą drukowano w ostatnich dniach?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy w wyborach prezydenckich, chce postawić Mateusza Morawieckiego przed Trybunałem Stanu – za całokształt wyborczych posunięć. Z kolei Jacek Sasin, który odpowiadał za druk pakietów wyborczych, przekonuje, że nic się nie stało i karty do głosowania, które już powstały, przydadzą się w nowym terminie. Takie będziemy mieć święto demokracji.

PiS nie wprowadzi stanu klęski żywiołowej

… bo jak powiedział nam – były już – wicepremier Gowin kasy z budżetu będzie może na dwa, trzy miesiące i zaraz się skończy. Nie chcą też przełożyć głosowania, bo za rok mogą już być tysiące ofiar choroby dzięki rządowej, opieszałej polityce i wieloletniemu rujnowaniu publicznego systemu ochrony zdrowia. Kto wtedy zagłosuje na Dudę?

Przecież nie miliony bezrobotnych i innych ludzi wpędzonych w gospodarczą ruinę. To naprawdę bardzo proste i trzyma się przysłowiowej kupy.

Dziwne tylko, że ta rozpaczliwa walka o utrzymanie władzy znajduje takie poparcie wśród armii ludzi, którzy marzą raczej o karierze dłuższej niż na kolejne półtora roku. Pod tym względem Jarosław Gowin wykazał się jednak tym elementarnym sprytem. Reszta postanowiła kurczowo trwać tam, gdzie jest, licząc na cud czy też na siłę inercji. Przeliczą się.
A jako Lewica my będziemy to sprzątać… Ale damy radę, naprawdę. I wtedy rozliczymy za narażanie ludzi na utratę zdrowia i życia.

Neoliberalna katastrofa

Nie będziemy też więcej słuchać zaklęć o wolnym rynku, który wszystko ustawi najkorzystniej dla wszystkich. Bo jeśli spojrzeć szerzej, nie tylko na polską „tarczę antykryzysową”, ale też na całość europejskich zmagań z pandemią, to najbardziej spektakularną katastrofę w czasie kryzysu zapewni nam wyznawany na Zachodzie neoliberalizm, a nie wirus.
Pomysły rządów na ratowanie gospodarek to: finansowanie podatkami działalności prywatnych firm (na ślepo) i obcinanie składek na państwo i ubezpieczenia społeczne. W skrócie: jedyny podmiot zdolny do skutecznej walki z efektami kryzysu będzie zwijany, osłabiany, wycinany i poświęcany na ołtarzu zysków kapitału i jego firm… z okresu sprzed pandemii!
To się zakończy totalną katastrofą i krachem. Państwa rządzone przez neoliberałów i traktowane wyłącznie jako kasy dla firm długo nie pociągną. A rządzą nami ludzie, którzy nigdy nie zdecydują się uruchomić przez budżet mocy produkcyjnych, czy państwowo tworzyć społecznie niezbędne miejsca pracy (obecnie nawet większość europejskiej lewicy tego nie chce, tylko co najwyżej doprasza się o same zasiłki w różnej formie).

Dlaczego Chiny zwyciężą

I na tym też polegał będzie triumf Chin: tam specyficzna fuzja państwa z rynkiem jest oczywistością, a kapitał znajduje się pod częściową kontrolą. Na Zachodzie po prostu za dużo zysków i sukcesów przyniosło elitom wieloletnie zawierzenie się rynkom. Stąd ten konserwatyzm i upór idioty. Natomiast zindoktrynowana klasa pracująca też bardzo późno dojdzie do tego wniosku, że może jednak subsydiowanie martwego kapitału z jej wypłat to nie jest optymalna strategia ochronna dla pracowników.

A wracając jeszcze do Polski… To miłe, że Premier przypomniał sobie nagle o podatku cyfrowym, który na zlecenie USA sam wyrzucił do śmieci. Inne podatki i sposoby na zwiększenie budżetu państwa też miła rzecz, ale tak jakby… kilka lat za późno. Teraz same akcje podatkowe to troszeczkę mało, zwłaszcza, że niewydolny biznes to źródło tego kryzysu. Bez aktywności państwa w obszarze gospodarki nic nie zdziałamy. A na ten moment ten rząd nawet nie znacjonalizował produkcji maseczek i środków dezynfekcyjnych, a resztki z budżetu będzie dawał na działanie upadających firm bez niczego w zamian.

Ale prawdopodobnie post factum, za jakieś 20 lat, były Premier przyzna w jakimś wywiadzie w swej autobiografii, że może państwo mogło zrobić więcej, ale „nikt nie spodziewał się przecież takiego kryzysu”.

Przyzwyczajcie się do tego tekstu.

Kaczyński i Gowin potęgują chaos

Wybitny pisarz rosyjski o korzeniach ukraińskich, autor m.in. „Ożenku” i Rewizora”, Mikołaj Gogol twierdził,że „chaos zawdzięczamy nie tyle głupcom,co mędrcom,którzy przecenili swoje siły”. W obecnej sytuacji szeregu znamion chaosu globalnego w wielu dziedzinach można chyba się z tym zgodzić z małą poprawką,iż na ogół chodzi o osoby (zwłaszcza polityków),którzy sami się za mędrców uważają.

To ocena ponadczasowa i potwierdzająca się pod każdą szerokością geograficzną.Także nad Wisłą,by wspomnieć tylko z historii:Targowiczan,ekipę sanacyjną, czy inspiratorów wybuchu Powstania Warszawskiego,choć w tej ostatniej kwestii zdania mogą być wciąż podzielone.

Aktualnie blisko 8-miliardowy świat (pomijając m.in. problemy ekologiczne, klimatyczne, czy demograficzne) stoi przed nowym,wspólnym wyzwaniem jakim jest pandemia koronawirusa oraz związana z nią groźba globalnej recesji gospodarczej (nasza „tarcza” antykryzysowa w tym kontekście jest słaba i dziurawa) .Wciąż trudno przewidzieć wszystkie możliwe scenariusze rozwoju sytuacji i ewentualne analogie do okresów szerzenia się np. hiszpanki czy dżumy.W Polsce na to wszystko nakłada się ostatnia faza kilkuletniego cyklu wyborczego, jakim są wybory głowy państwa,które miały się odbyć 10 maja br.

Czy wybory mają sens?

Banałem jest stwierdzenie,iż przeciętny Polak martwi się dziś głównie o bezpieczeństwo zdrowotne -własne i Bliskich-a także o bezpieczeństwo ekonomiczne w perspektywie dużej inflacji i możliwej utraty pracy.Wybory zeszły na drugi albo jeszcze dalszy plan.Ale Jarosław Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość nie chcą przyjmować tego do wiadomości.Z uporem godnym lepszej sprawy forsują przeprowadzenie wyborów,choć kampania została już praktycznie dość dawno zawieszona. Dla nich liczy się bowiem przede wszystkich zagwarantowanie reelekcji Andrzeja Dudy, co za pewien czas-po pogorszeniu się sytuacji wewnętrznej- mogłoby stanąć pod znakiem zapytania.Uznali nawet, że możliwe jest (niezależnie od całkowitego nieprzygotowania na takie rozwiązanie) powszechne głosowanie korespondencyjne które w Polsce-w odróżnieniu od niektórych państw-odbywało się dotąd rzadko i na niewielką skalę.

Fałszywa analogia bawarska

Po południu w piątek 3 kwietnia Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Sejmie,bez jakichkolwiek uzgodnień czy dyskusji, projekt ustawy o przeprowadzeniu wyborów prezydenckich 10 maja w powszechnym głosowaniu korespondencyjnym,co łamie wszelkie zasady dobrej legislacji,ustalone m.in. przez Radę Europy. Także polski polski kodeks wyborczy. Narusza też klasyczną tezę,iż „najlepsze są improwizacje dobrze przygotowane”. Ta w ogóle nie jest przygotowana i tego faktu nie zmieni dokonana tego samego dnia nominacja dotychczasowego wiceministra obrony narodowej na nowego prezesa Poczty Polskiej. Wystarczy porozmawiać z listonoszami oraz zobaczyć marny stan wielu placówek pocztowych.

Część polityków „dobrej zmiany”,broniąc takiego rozwiązania-porównywalnego ze skokiem do wody „na główkę” bez zbadania jej głębokości-zaczęło się powoływać na przykład niedawnych wyborów korespondencyjnych w największym kraju związkowym Niemiec-Bawarii.To całkiem fałszywe porównanie.Po pierwsze tam taka tradycja i możliwość sięga 1957r. i jest dobrze przyswojona.Po drugie chodziło tylko o II turę wyborów samorządowych 29 marca br. w przypadkach, gdy żaden z kandydatów nie uzyskał 50% głosów.Po trzecie raptem głosowało 1,1 mln osób,a w Polsce rzecz dotyczy ok. 30 mln wyborców! Analogiczne,sprawdzone rozwiązania stosowane są m.in. w Wielkiej Brytanii,w kilku stanach USA,np. w Colorado, Waszyngton, czy na Hawajach. A w Polsce nie tak dawno politycy PiS (np. posłowie Horała i Schreiber) gardłowali przeciwko takiemu rozwiązaniu argumentując jakoby sprzyjało ono fałszowaniu wyników.

Dr Jekyll i Mr Hyde prawicy

W trakcie ostatniego posiedzenia Sejmu i przed nim ujawniła się też znaczna aktywność lidera Porozumienia (złośliwi nazywają to ugrupowanie dysponujące 18 mandatami „nieporozumieniem”) Jarosława Gowina-jednego z wicepremierów oraz Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.To bardzo inteligentny i sprytny polityk, w pewnym sensie politycznie „obrotowy”. Był przecież w rządzie Tuska ministrem sprawiedliwości,nota bene nie będąc nawet absolwentem prawa.Rywalizował też z nim w wyborach na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, uzyskując ponad 20% głosów,a potem trafił do Zjednoczonej Prawicy. Wcześniej był m.in. (bez habilitacji) rektorem Wyższej Szkoły im. Józefa Tischnera w Krakowie.

Kilka dni temu Gowin-krytycznie oceniając pomysł powszechnych wyborów korespondencyjnych-wystąpił z daleko idącą propozycją przełożenia wyborów prezydenckich do wiosny 2022r.,a więc jednorazowego wydłużenia do 7 lat kadencji Andrzeja Dudy, przy czym nie mógłby on już więcej kandydować.Naturalnie takie rozwiązanie wymagałoby zmiany Konstytucji RP.Na pierwszy rzut oka taka propozycja może wyglądać kusząco. Zgadzam się jednak z oceną dr Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz,byłej ambasador w Moskwie,iż to nie jest żaden kompromis,a raczej kolejna pułapka wciągająca polskie siły demokratyczne w realizowany przez PiS proces „uśmiercania” naszej demokracji.

Mamy obecnie do czynienia z sytuacją naprawdę wyjątkową.
Trzeba bezwzględnie trzymać się zapisów obecnej Ustawy Zasadniczej,zwłaszcza jej rozdziału XI.Jako członek 56-osobowej Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego (1993-1997) dobrze pamiętam jak zgodnie wypracowaliśmy zapisy o 3 stanach nadzwyczajnych:wojennym,wyjątkowym i klęski żywiołowej.Nota bene pewne nieporozumienia co do stanu wojennego,wprowadzonego przez gen. Jaruzelskiego w grudniu 1981r. były związane z tym,iż w ówczesnej konstytucji 
istniał tylko jeden- taki właśnie stan nadzwyczajny.

Należy przeto wprowadzić na terytorium całego kraju na 90 dni (z możliwością jednorazowego przedłużenia na 60 dni) stan wyjątkowy (de facto już istniejący) i w ciągu kolejnych 90 dni po jego zakończeniu przeprowadzić wybory prezydenta.W grę wchodzi także drugi wariant-wprowadzenie stanu klęski żywiołowej na czas 30 dni,który może być przedłużany za zgodą Sejmu. Również w tym przypadku w jego trakcie i w ciągu 90 dni po jego zakończeniu zakazane są m.in.: zmiana ustawy zasadniczej, ordynacji wyborczej i przeprowadzanie wyborów. Wszystko zgodnie z obecną konstytucją, która NIE wymaga zmiany.Niestety obecne władze nie zamierzają skorzystać. z żadnej z powyższych możliwości. Głównie ze względów politycznych, ale także w obawie przed wypłacaniem odszkodowań za poniesione straty.

Nawiązując do słynnej powieści Roberta L. Stevensona „Dziwna historia dra Jekylla i Mr. Hyde’a” można powiedzieć, iż-stosując należyte proporcje- Jarosław Gowin odgrywa w obecnej sytuacji w ramach Zjednoczonej Prawicy rolę tego pierwszego,a Jarosław Kaczyński- tego drugiego.Ale w istocie chodzi o niemal tożsame istoty.

Jak Jarek Jarkowi

Panie ministrze Jarosławie Gowinie, mam dla Pana dobrą radę: jeśli chcesz być Pan wiarygodny choć na moment i pozostać zapamiętanym nie jako oportunista i
koniunkturalista, a jako człowiek, który zbłądził ale się nawrócił jako Szaweł aka Paweł, dziś masz Pan po temu najlepszą z możliwych okazji.

Jarosław Ka dopycha kolanem wybory. Wbrew logice, prawu, zdrowemu rozsądkowi i zdrowemu Polakowi razy dwadzieścia kilka milionów, bo tyle może głosować w kraju i poza jego granicami. Najnowszy pomysł prezesa to głosowanie korespondencyjne. Ten sam sposób, który ongiś prezes i jego partia totalnie krytykowali, za anachronizm i narażenie demokracji na możliwość fałszerstw na szeroką skalę. Dziś, jak się okazuje, koperta i znaczek plus listonosz wydają się być prezesowi najlepszym z możliwych wyjść z wyborczego pata. I to nic, że nawet żelazne jądro PiS-u w badaniach opinii publicznej wypowiada się cokolwiek sceptycznie nt. wyborów w obecnym stanie światowej pandemii. Prezes wie, i nawet tego nie kryje, bo zwyczajnie się nie da, że jeśli nie załatwi Andrzejowi De prezydentury teraz, później może być tylko gorzej. Sam Andrzej De zadania mu nie ułatwia. Słyszeliście zapewne jak złotouście nam wyklarował, że skoro można pójść do sklepu, to równie dobrze można i do lokalu wyborczego. Retoryka poziom hard master. Prezes zdaje się to dostrzegać i rozumie, że jak tak dalej pójdzie, to elekcja tegoroczna możne się dlań zakończyć jak pięć lat wstecz dla Bronisława Komorowskiego. Tylko ciężarna, pijana zakonnica na pasach miała go zatrzymać, a tu, patrzcie Państwo, taka niespodzianka!

Ale ja nie o Jarosławie Ka tu chciałem, tylko o Jarosławie Gie, bo ten, jak w każdej sytuacji, gdy napięcie w obozie Zjednoczonej Prawicy narasta, a narasta często, niczym Nike, która się waha, zawiesza głos i od głosu się wstrzymuje. Tym razem poszedł o krok dalej i zapowiedział, że organizowania wyborów w pierwotnym terminie nie poprze. Deklaracja nie jest ostateczna, ale padła i wzbudziła w pisowskich szeregach zamęt. A co, jeśli to Jarosław Gie ma rację, a nie Jarosław Ka, i czy w ogóle wolno nam tak myśleć?

Tydzień temu z ogonkiem poprowadziłem swoją ostatnią audycję w jednej ze stacji radiowych, z którą współpracowałem od stycznia. Miałem nadzieję, że owocna jak dotąd współpraca będzie dłuższa, ale splot wydarzeń spowodował, że już tam nie posługuję medialnie. Mój ostatni program, zważywszy na sytuację, miał być taki sam jak pozostałe. Przez dwie godziny nawijałem ludziom makaron na uszy, rozsierdzałem ich antymainstreamowymi sądami i szydziłem otwarcie z tego, z czego media pierwszego obiegu nie ważą się nawet podśmiechiwać ukradkiem. W ostatniej godzinie zaprosiłem, jak co tydzień, na antenę gościa. I to mnie zgubiło. Dzień przed programem ojciec dyrektor stacji obywatelskiej w nazwie napisał do mnie, że gość zaproszony musi nagrać zapowiedź wzywającą do wspierania medium obywatelskiego. Gość, mój kolega po fachu, muzykant, zgodzić się nie chciał, gdyż, jak twierdzi, nie namawia nigdy do wspierania tego czy innego medium, więc nie zamierza czynić wyjątków, czemu ja się nie dziwię, bo mam podobnie. Przekazałem kierownictwu stacji ustalenia. Dostałem chwilę później odpowiedź, że mam na żywo, na antenie, zmusić pana muzykanta, aby tłumaczył się z tego, dlaczego nie chce słowem wesprzeć radia obywatelskiego, i powinienem zrobić to tak, żeby mu poszło w pięty. Nie zrobiłem tego. Poprowadziłem rozmowę jak zawsze, merytorycznie, bez napastliwości i bez chamówy, której ode mnie żądano. W nagrodę kierownictwo stacji oświadczyło, że w związku z niezastosowaniem się do polecenia nie zapłaci mi wynagrodzenia za program, a jak rzecz powtórzy się w przyszłości, zakończy ze mną współpracę. Odpowiedziałem, że w moim środowisku podobne zachowania są nie do przyjęcia i nie zamierzam uginać się pod jakimkolwiek szantażem, więc kończymy współpracę już teraz, bo nie chcę przeżywać podobnych rozterek w przyszłości. Tym sposobem od środy mam jeszcze mniej pieniędzy niż dotąd. Za to czasu więcej, o zgrozo! Choć najbardziej mi szkoda radia, bo bardzo lubiłem tę robotę.

Jarosław Gie straszy Jarosława Ka, że jak wybory się odbędą, on wyjdzie z koalicji. Jarosław Ka straszy Jarosława Gie, że jak ten nie odszczeka swoich deklaracji, to wywali jego i jego ludzi z rządu. I tu moja, młodszego kolegi, dla Jarosława Gie rada: jeśli masz Pan jaja i chcesz Pan patrzeć w lustro bez grymasu bólu, trzaśnij Pan papierami i rzuć Pan to w cholerę. Za duży smród będzie z tych, pożal się Boże, wyborów z listonoszem, żeby trzymać się stołka. Zatopi Was za ten przewał ludzka wściekłość prędzej niż myślicie. Jeśli rzeczywiście jest tak, że masz Pan jakieś zasady i wyznajesz wartości, to przyzwoicie zachować się można tylko w jeden sposób. A potem możesz Pan się napić na tę okoliczność, choć wiem, że Pan nie pijesz, ale na żądanie raz można. Kieliszeczek.

Ordo Iuris i przewrót rydzykański

Od wielu lat polska prawica szuka sposobów, by propagować, usankcjonować i odpowiednio utrwalić w państwie najbardziej wsteczne, prawicowe poglądy. Właśnie zaczyna się kolejna wielka operacja z tego cyklu.

Już lata temu sukcesem zakończył się plan instalacji w całej Polsce wydziałów teologicznych, które stale promują religię za publiczne pieniądze. Środowiska katolickie otrzymują także bardzo szeroki strumień finansowania, a sam kościół kolejne miliardy złotych dzięki zwolnieniom podatkowym, rozmaitym dotacjom i specjalnemu traktowaniu.

Wymiana elit: ciąg dalszy

Wciąż jednak nie udało się przejąć uniwersytetów. Problem obecnego rządu polega na tym, że to sama inteligencja (akademicy, pracownicy kultury, czy nauczyciele) wymyka się kościelnemu światopoglądowi i zwierzchnictwu. Cały czas uskuteczniane były w związku z tym rozmaite sposoby, by przy pomocy państwa wzmocnić PiS-owski nacjonalizm i religijny konserwatyzm, a także nadać im odpowiednią rangę. W ostatnich latach cenzurowano w związku z tym muzea, ingerowano w teatry, wysyłano policję na uniwersytet, niszczono system prawny i bezlitośnie rozbijano uzasadnione strajki polskiego nauczycielstwa. W ostatnim roku doszło do tego jeszcze instalowanie „stref wolnych od LGBT”, czemu towarzyszyły całe serie wykluczających pouczeń o „prawdzwej rodzinie” i zagrażających jej „ideologiach”. Kolejnym sposobem jest nowy plan ministra, którego celem jest przypisanie ksenofobicznych i uzasadnianych religijnie poglądów do oficjalnego świata nauki i jego głównego obiegu.
Taki właśnie jest plan Jarosława Gowina, którego zainspirowała do tego religijna organizacja Ordo Iuris. Jej prezes dość otwarcie twierdził zresztą ostatnio, że „projekty ustaw (Ordo Iuris) to odpowiedź na wojnę, która wydawana jest dziś normalności”. Tą wojną przeciwko normalności dla prawicy tradycyjnie jest już stosowanie antykoncepcji, niesłuchanie się biskupstwa, niejedzenie mięsa, czy posiadanie nieheteronormatywnej orientacji seksualnej.

Wsparcie dla propagandystów

W porozumieniu z Ordo Iuris Jarosław Gowin planuje więc wprowadzenie zmian: w niedalekiej przyszłości ma powstać nadzwyczajna komisja „ds. wolności”, której zadaniem ma być rozstrzyganie spraw spornych i wspieranie pracowników nauki, których wolności zostaną naruszone. Pozornie brzmi to całkiem dobrze – niestety skład tej komisji w połowie wyznaczał będzie sam minister, a same jej narodziny za konieczne uznane zostały tuż po tym, jak głośna stała się sprawa prof. Ewy Budzyńskiej, która na swych zajęciach nauczała, że antykoncepcja jest zachowaniem antyspołecznym, ideologia gender to komunizm, „stosowanie wkładki domacicznej to aborcja”, a osoby homoseksualne „to coś gorszego”.
W jej obronie stanęła oczywiście cała zatroskana prawica, której nie spodobało się, że autonomiczny uniwersytet ma prawo otworzyć rozprawę dyscyplinarną na wniosek niegodzących się na homofobię studentów. By chronić wolność do głoszenia „unaukowionej” homofobii ma w związku z tym powstać specjalna, ministerialna komisja. Taka komisja z łatwością będzie mogła obchodzić regulacje poszczególnych uniwersytetów i przesyłać im rekomendacje dotyczące poszczególnych postępowań. Zresztą w praktyce będzie ona nawet ważniejsza od rektorów i ich decyzji. A jej bezpośredni związek z ministerstwem (czyt. głównym źródłem finansowania wszystkich polskich uczelni) będzie wymuszał całkowite posłuszeństwo i paraliżował wszelką akademicką autonomię i samorządność.

Tropiciele gender chcą być naukowcami

Polska prawica nie może bowiem pogodzić się z faktem, że refleksja lewicowa, krytyczna, świecka i postępowa przynależy do głównego obiegu światowej nauki, a wynalazki pokroju rydzykizmu, homofobicznego kreacjonizmu, czy walki z genderyzmem to patologiczny margines – rodem prosto ze świata teorii spiskowych i rarytas dla kształconych wyznawców Wielkiej Lechii oraz płaskoziemców.

Jak mówił Dario Fo – „Trudno wyobrazić sobie prawicowych intelektualistów”. I faktycznie: w Polsce ten komiczny orszak wymagających specjalnej ochrony prawicowych naukowców składa się obecnie głównie z negacjonistów zmiany klimatycznej, antysemitów, homofobów lub maniaków praktyk łowieckich i innych specjalistów od „świętej normalności”.

Taka cenzura nie jest już oczywiście możliwa poza granicami Polski – tam nie sięga władza PiS-u i Jarosława Gowina, a religijne myślenie od dawna nie przynależy już do świata nauki. I właśnie dlatego równouprawnienie antynaukowej ciemnoty musi dokonać się na poziomie naszego kraju i to z wyraźną pomocą lokalnego ministerstwa. Inaczej się nie da, w tym konkretnym wypadku nie pomogą rynki i zagraniczne listy czasopism. Kapitał już od dawna nie daje punktów za polski katolicyzm.
Zatrudnianie lewicowych i liberalnych naukowców już teraz stanowi ryzyko i wyzwanie. W przyszłości zaprojektowanej przez Ordo Iuris polska, niezależna od doktryny kościoła, nauka zostanie ograniczona do mniejszościowej, eksportowej opinii. Większość będzie zawsze po stronie polskiego kościoła i jego zwolenników, którzy w imię „pluralizmu” i „wolności” otrzymają status naukowców. To ta większość otrzyma najlepsze ścieżki finansowania, a nauka przestanie być racjonalnym, oświeceniowym procesem dochodzenia do prawdy. Zamiast tego stanie się zakładnikiem wiary i religijnych domysłów powstających na użytek bieżącego, prawicowego ogłupiania.

W warunkach religijnej hegemonii równouprawnienie klerykalnej doktryny i zrównanie jej z nauką doprowadzi do dominacji tej pierwszej. „Wolność słowa” obejmie m.in poglądy, w myśl których obywatele niebędący heteroseksualnymi katolikami to ludzie drugiej kategorii. Na polskich uniwersytetach już teraz rozwijają się koła naukowe zakładane przez Ordo Iuris, a poglądy skrajnej prawicy i religijnego fundamentalizmu stale przenikają przez mury uczelni. PiS potrzebuje własnych naukowców dokładnie tak samo, jak własnych sędziów.

Akademia się broni

Nie jest to przy tym w żaden sposób proces naturalny – świat nauki mimo dominacji prawicy nadal w dużej mierze opiera się bezpośrednim, politycznym naciskom. Uniwersytet żyje bowiem z dążenia do prawdy, ze zdolności do krytycznego myślenia i jest w duchu racjonalny. Metodami demokratycznymi nie da się zrobić z naukowców głosicieli prawdy objawionej, ani nawet skłonić ich do tego, by uznali religijne dogmaty za jedno z wielu równoprawnych stanowisk.

Jednocześnie PiS nie wie, co to racjonalizm i nie potrafi przetworzyć swej doktryny na pełnoprawny światopogląd naukowy. Tworzenie „stref wolnych od LGBT” naprawdę nie mieści się w obrębie żadnej koncepcji naukowej… Tak więc uznano, że naukę należy skopać i odgórnie zmienić. I nazwać to „ochroną wolności”.

Dzieje się to wszystko – jak często w Polsce – w oparach absurdu. Jarosław Gowin i jego ekipa cierpią bowiem na wybitną sprzeczność wynikającą z faktu, że z jednej strony bardzo chcą być Zachodem i nowoczesnymi ekspertami ocenianymi przez zachodnie gremia, ale z drugiej strony panicznie boją się też tego samego Zachodu, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich chrześcijańsko-konserwatywny, antyekologiczny i homofobiczny światopogląd, i rodowód to absolutny margines i powód do uprawnionego wstydu. To nic innego, jak ideologia spoza świata nauki, prędzej przynależąca do realiów rodem z Arabii Saudyjskiej i zjazdów płaskoziemców niż do jakiejkolwiek poważnej refleksji i debaty.

Wolność dla Ciemnogrodu

„Narastająca agresja ideologiczna”, z którą walczyć chce Jarosław Gowin to w związku z tym nic innego, jak… sama nauka i jej autonomia od prawicowego ciemnogrodu.

Bo nauka to nie polityczny jarmark. To zestaw falsyfikowalnych teorii. To dowody i określona metodologia badań naukowych. Naukowe nie są natomiast religijne dogmaty, propagandowe wartościowanie, czy powoływanie się na nadprzyrodzone moce lub jakiekolwiek „normalności”. Polityczny bazar „wolności” – o który deklaratywnie zabiega Jarosław Gowin – to nic innego, jak wyrugowanie refleksji naukowej i sprowadzenie jej do roli równoprawnego konkurenta dla poglądów wygłaszanych przez Ojca Rydzyka. A później jego dominacja.

To także jeszcze większe zagrożenie dla polskiej myśli naukowej i realne ryzyko pogrążenia narodowej kultury. Już wkrótce obudzimy się w kraju, gdzie nieliczni, prawdziwi naukowcy będą tworzyć wyłącznie po angielsku i na eksport. A tymczasem tworzona w języku polskim produkcja „naukowa” będzie zarezerwowana dla wybranych księży, przyjaciół rządowych poglądów i zalegalizowanych przez ministerialną komisję prawdy rodzimych homofobów. Gwarantuję, że dla nich znajdą się etaty, granty i środki na pisanie… nawet po polsku! I to będzie właśnie nasza „wolność” – wolność do bycia atolem europejskiego ciemnogrodu.

Gowin zabiera biednym i daje bogatym

Ministerstwo Nauki wybrało dziesięć uczelni wyższych, które otrzymają rangę „uczelni badawczych”, a także dodatkowe środki w wysokości 10 proc. budżetu. Są to – jak łatwo przewidzieć – szkoły największe i najbogatsze: Uniwersytet Warszawski, Politechnika Warszawska, Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i tak dalej.

Na zdjęciu z prezentacji nagród minister Jarosław Gowin stoi dumnie wśród rektorów – zwycięzców. Sam konkurs jednak, podobnie jak wiele innych pomysłów Ministerstwa, wydaje się być przedsięwzięciem zaskakująco niepoważnym.
Sprawiedliwe konkurowanie posiada pewne zasady. Dobry przywódca czy wychowawca dostosowuje wymagania do możliwości wszystkich podwładnych i podopiecznych. Dzieci z klas I-III nie startują w konkursach z licealistami, małe i średnie przedsiębiorstwa nie dostają nakazu pobicia rekordów zysków osiąganych przez Amazona i Apple’a. Polska nauka rządzi się jednak zupełnie innymi prawami: najsilniejsi startują tutaj w tych samych „konkursach”, co najsłabsi. W efekcie rezultaty „konkursu” na „uczelnie badawcze” większość akademików znała już od lat. Do wskazania zwycięzców nie był potrzebny żaden zespół. Nie był to bowiem żaden konkurs – było to stwierdzenie i potwierdzenie faktu, potwierdzenie rzeczywistości i dodanie największym jeszcze większych pieniędzy… Za to, że już są najwięksi, już są najbogatsi i już znajdują się także w największych ośrodkach miejskich Polski. Zrównoważona polityka, wyrównywanie szans, wsparcie dla uczelni regionalnych, docenienie ich roli w regionach właśnie? To pojęcia zupełnie obce obecnej administracji.
Takie zresztą założenie – przyjęte przez samego Jarosława Gowina – panuje w Polsce już od samego początku rządów PiS. Potrzebne są nam podobno tyko ośrodki wiodące, a nauka to tylko badania i wynalazki na najwyższym, światowym poziomie. Silni i najbogatsi dostaną więc jeszcze więcej, a słabsi i biedniejsi niech sami spróbują „doskoczyć” do poziomu MIT. Humanistyka jest dziedziną drugorzędną, a do tego mocno podejrzaną. Założono – oczywiście całkowicie błędnie – że nie daje żadnych praktycznych korzyści, a w tle jest jeszcze przecież walka z uniwersyteckim „lewactwem”, o co apelowali niedawno uważający się za ekspertów Patryk Jaki i Tadeusz Rydzyk.
W tym miejscu należy też głośno spytać: skoro wybrano i nagrodzono „uczelnie badawcze”, które mają z tego tytułu dodatkowe środki, gdzie konkurs na uczelnie dydaktyczne, co ze wspieraniem nauczania? Tu sprawa jest jeszcze prostsza – Ministerstwo uznaje dydaktykę za kwestię drugoplanową i mało istotną. W całej reformie prawie nie ma miejsca na studentów i ich kształcenie. Nagrody za nauczanie nie są przewidziane w ogóle. A i nagroda na przyszłe „badania” jest nad wyraz tania. Co można zrobić za 10 proc. dodatkowych środków? Na pewno nie gonić światową czołówkę, w zasadzie sukcesem będzie, jeśli uda się zrobić cokolwiek, bo te pieniądze w dużej mierze już pochłania inflacja.
Tu zresztą leży sedno problemu – w polityce i ideologii. Neoliberalne Ministerstwo naprawdę głęboko wierzy, że Polska może stać się czempionem nauki światowej, a deregulacja doprowadzi do rozwoju wynalazczości na miarę Japonii czy Stanów Zjednoczonych. To oderwane od rzeczywistości myślenie życzeniowe doprowadzi polską naukę do ruiny. Wynalazczość od dawna jest domeną największych i najbogatszych społeczeństw, gdzie kapitał ma największe środki do inwestycji, gdzie od wielu, wielu lat na badania naukowe przeznacza się ogromne środki. Rolą nauki w krajach półperyferyjnych jest przede wszystkim jak najlepsze wdrażanie projektów powstających gdzie indziej. Wdrażanie, a także edukowanie, kształcenie i ochrona narodowej specyfiki zarówno nauki, jak i kultury. Władze rozumne i dalekowzroczne mogą przy tym wspierać i rozwijać określone dyscypliny naukowe i kierunki badań kształtując naukową specjalizację narodową.
To zaś, co robi Gowin, to farsa, która jest jednak i groźna, i bardzo niszczycielska dla kraju, gdzie oświata i nauka na wysokim poziomie stają się powoli zarezerwowane tylko dla najbogatszych. W podejściu ministerstwa nie ma żadnego programu, szerszego zamysłu. Badania i wynalazczość są ważne, bo są ważne. To, że wszystko co lepsze zostanie od razu sprzedane na Zachód i w pierwszej kolejności wyemigruje naukowa elita, jakoś umyka uwadze urzędników. Polska nie ma bowiem odpowiednich zasobów by obsługiwać najnowocześniejsze projekty i nie mamy też projektów własnych, które pod ochroną państwa byłyby odporne na konkurencję i drenaż.
Polska nauka to obecnie pasmo ciągłych klęsk, a atmosfera na uczelniach to terror punktozy i nawałnica biurokratycznych wymogów, które skutecznie odciągają naukowców od nauki i skazują na administracyjną walkę o projekty i wieczne pisanie wniosków. W takich warunkach nie da się szkolić przyszłych pokoleń naukowców. Nie ma tu miejsca na radość tworzenia, współpracę, materialną beztroskę, nie ma niezbędnej ideowej wolności i swobody. Akademia ubrana w kaftan przez Rydzyka i Gowina nie ma prawa działać. Te warunki odstręczają od pracy na uczelni, gdzie do tego płace są tak niskie, że zamiast z Oxfordem i MIT polskie uniwersytety konkurują raczej z Lidlami i Biedronkami.
Elokwentny minister nie był też w stanie załatwić nauce odpowiedniego, dodatkowego finansowania. Co jest też dowodem na słabość zarówno jego samego, jak i też jego partii, która już drugą kadencję trzyma się źle dofinansowanych resortów choć w całym 8-letnim cyklu nie jest w stanie nic sensownego z tym niedofinansowaniem zrobić. Jak bowiem sam Gowin przyznał ostatnio w wywiadzie: „będzie dużo trudniej zwiększać nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe, niż było to możliwe – choć się nie dokonało – w ciągu ostatnich czterech lat”. Tłumacząc: nie da się jeszcze bardziej niż się nie dało.
I niech to będzie podsumowanie sytuacji polskiej Akademii pod jego rządami.

Głos lewicy

Może i dobrze

 

Łukasz Moll znów kontrowersyjnie. Tym razem o kondycji polskiej nauki i „aferze astronomicznej”:

Od kilku dni moi znajomi grzmią, że Gowin planuje uczynić z teologii samodzielną dyscyplinę naukową. Uważam, że to niekoniecznie zła decyzja. Dlaczego?
Nie mam oczywiście wątpliwości, że ten ruch to gest w stronę kościoła katolickiego, za którym ma iść przekierowanie większych środków budżetowych, o które teolodzy nie będą musieli rywalizować z naukami „świeckimi”. Mimo wszystko, gdybyśmy mieli u władzy rząd lewicowy, zalecałbym chyba podobny ruch.
Trzeba tutaj dostrzec, że ten kij ma dwa końce. Tak, wykrojenie teologii z kręgu nauk humanistycznych sprawi, że teolodzy przestaną podlegać ocenie przedstawicieli tych drugich, ale zauważmy, że to jest relacja dwustronna: humaniści przestaną być oceniani przez teologów. W praktyce będzie to oznaczało na przykład to, że aplikując o grant z filozofii nie będzie mnie oceniał ksiądz, dzięki czemu będzie istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostanę uwalony za przekonania, preferencje teoretyczne czy przyjęty temat. I to akurat jest dobra zmiana.
Tak, wiem, co zaraz powiecie. Że dla Was teologia nie jest nauką i nie powinna być nauczana na uniwersytecie, ani finansowania z publicznych środków. To gorący spór, który trawi kulturę europejską od średniowiecza i sądzę, że – ku zmartwieniu obu stron tego sporu – nigdy nie zostanie on rozwiązany. I wiecie co? To chyba dobrze. Bo pytanie o naukowy status teologii to jedno z pytań, które konfrontuje nas z granicami nauki i zapewnia jej żywotność. Wbrew uproszczonemu poglądowi nauka wcale nie rozwinęła się w wyniku nagłego cięcia, które zdetronizowało teologię i odesłało ją do działu o nazwie „fantastyka, okultyzm i mambodżambo”. Rozwój nauki został przygotowany w łonie teologii, a spór tego, co święte z tym, co świeckie zawsze był produktywny dla nauki. Mimo pożałowania godnego poziomu refleksji teologicznej, z którym mamy dzisiaj w Polsce do czynienia zwłaszcza w debacie publicznej (mniej mi wiadomo na temat poziomu teologii na uniwersytetach), uważam, że w społeczeństwie, w którym katolicyzm na pewno będzie przez długi czas zaspokajał potrzeby duchowe znacznej, nawet jeśli malejącej części obywateli, to, żeby refleksja teologiczna wzniosła się np. na poziom, na który podniósł ją obecny papież, otwierając ją na szereg wątków i przewartościowań inspirujących także dla wielu nie-katolików, i to, żeby duszpasterstwo wyglądało tutaj inaczej – że to wszystko jest istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
Z uwagi na to, że zwłaszcza w Polsce strona świecka nie wygra tego sporu być może nigdy, raczej nie w najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu latach, a już na pewno nie z PiS-em u władzy, usamodzielnienie teologii nie wydaje mi się złym pomysłem z pragmatycznego punktu widzenia. Martwi mnie oczywiście to, że tak długo jak w ministerstwie nauki i szkolnictwa wyższego będzie urzędował Gowin albo inny przyjaciel kościoła, pójdzie za tym wsparcie niemiarodajne do znaczenia i osiągnięć teologii, ale już lewicowy rząd – jeśli nie pójdzie na starcie z kościołem, wypowiedzenie konkordatu i obcięcie finansowania teologii – mógłby po prostu postawić teologom tak samo wysokie wymagania jak innym uczonym. Chociaż trudno byłoby je waloryzować – co nie odróżnia znowu teologii tak bardzo od znacznej części humanistyki – to samo pytanie o to, jak je waloryzować znowuż jest ciekawe w dobie, w której nauka podlega coraz ściślejszej i często absurdalnej zmatematyzowanej ocenie.
Być może moje stanowisko dla wielu będzie nieakceptowalne. Cóż, wynika ona z dwóch – trzeźwych, jak mi się zdaje – przesłanek. Pierwsza: że katolicyzm prędko nie zniknie z polskiego społeczeństwa. Druga: jakkolwiek dominująca pozycja kościoła katolickiego w zaspokajaniu potrzeb duchowych, organizacji rytuałów i definicji wartości pozostaje niekorzystna to samo jej zniszczenie niekoniecznie jest perspektywą atrakcyjną, także dla lewicy (w miejsce kościoła wejdzie jakaś para-nauka, samorozwój i mądrości Wschodu dla początkujących, jak dzieje się obecnie). Wynikałoby z tego, że oświecone państwo zamiast próbować odnieść ostateczny triumf nad teologią, co zepchnęłoby ją w niekontrolowany obszar, powinno starać się ją subtelnie kształtować i kontrolować. Pazerność kleru może być tu nieoczekiwanym sojusznikiem dla takiego programu. Natomiast bez względu na to, czy podzielacie moje zdanie w całości czy nie, dla humanistów lepiej będzie jeśli – mówiąc Kantem – spór teologii i filozofii będzie sporem między fakultetami, a nie w obrębie jednego fakultetu.

Ustawa Gowina, statuty – nasze

Wszystko wskazuje na to, że pomimo ogólnopolskich protestów środowiska akademickiego ustawa o nauce i szkolnictwie wyższym przejdzie przez legislacyjne sito. Po drodze była i ciągle jest naprędce poprawiana, łagodzona w szczegółach pod wpływem rozmaitych głosów krytycznych i sprzecznych interesów.

 

Ostatecznie zadowoleni nie są z niej ani jej najzagorzalsi zwolennicy, ani najbardziej nieprzejednani krytycy. W zasadzie nie wiadomo już, jaki konkretnie cel spełniać ma taka ustawa, jaką spójną i całościową wizję szkolnictwa wyższego reprezentuje? Jednak właśnie dlatego, że mamy do czynienia ze niezidentyfikowanym obiektem ustawowym, przyszły rok akademicki możemy wykorzystać do tego, by zreperować go pod wieloma względami na poziomach naszych uczelni. Umożliwić mogą nam to prace nad ich statutami. Ważne, żebyśmy zaczęli już teraz. W warstwie systemowej walka między przeciwnikami i zwolennikami ustawy zakończyła się remisem, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron i na którym nie zyskuje szkolnictwo wyższe jako całość.

 

Przeciąganie liny

Pomimo że w toku prac i pod wpływem krytyki nacisk na międzynarodową konkurencyjność elitarnych ośrodków nieco osłabł, to protestującym nie udało się wywalczyć gwarancji, że uczelnie regionalne mają zapewnione perspektywy rozwoju. To największa porażka ruchu protestacyjnego. Z drugiej strony na froncie dotyczącym przyszłych modeli zarządzania uczelniami, udało się wywalczyć znaczące ustępstwa. Przede wszystkim osłabiono zagrożenie płynące dla autonomii uczelni ze strony nowego organu – rady uczelni – w którym dominującą rolę mieli odgrywać przedstawiciele spoza środowiska akademickiego. Nie powiodła się natomiast próba ograniczenia potencjalnie absolutystycznych uprawnień, jakie ustawa przyznaje rektorom. Nic dziwnego, że środowiska rektorskie żarliwie popierały zmiany i to one mogą czuć się największymi zwycięzcami przeciągania liny, które trwało przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Z zapowiedzianych podwyżek cieszyć mogą się głodzeni dotychczas niskimi płacami pracownicy naukowi. Powody do zadowolenia mają także przyszli doktoranci, którzy objęci zostaną obligatoryjnym stypendium. Za pozytywną zmianę można uznać ograniczenie krytykowanej punktozy publikacyjnej – większy nacisk położono na jakość, a nie na ilość publikacji. Jednak pomimo tych pojedynczych plusów, pod względem systemowym ustawa nie stwarza warunków do równomiernego i stabilnego rozwoju ośrodków akademickich, grozi ograniczeniem dostępu do studiów na peryferiach, utrwala zależność finansowania badań od uznaniowego systemu grantowego, przymusza do wzmożonego uczestnictwa w międzynarodowym obiegu publikacyjnym (bez zapewnienia ku temu wymaganego wsparcia), wreszcie – daje rektorom szerokie uprawnienia, które trafiwszy w niepowołane ręce, mogą skutkować wieloma antyspołecznymi i wynikającymi z określonych preferencji światopoglądowych zmianami.

 

Przekuć miecze na lemiesze

Ruch protestacyjny nie powinien jednak składać przedwcześnie broni. Bez względu na to, czy będziemy kontynuować walkę na froncie ministerialnym – domagając się na przykład nowelizacji ustawy, kiedy wyjdą na jaw jej niedoróbki – na naszych uczelniach powinniśmy przekuć mecze na lemiesze.

 

Rektorzy – „my” czy „oni”?

Jest to tym bardziej istotne, że nowa ustawa daje uczelniom niespotykaną jak dotąd swobodę w określaniu swojego ustroju, wzorców zarządzania czy reprezentowanych wartości. Potencjalnie sprzyja ona rzeczywiście pogłębianiu autonomii uczelni poprzez odejście od modelu centralistycznego, który narzuca wszystkim jeden model funkcjonowania.
W praktyce jednak – wobec silnie wyeksponowanej w ustawie pozycji rektora i dekompozycji istniejących struktur wspólnoty akademickiej – może ona sprzyjać oligarchizacji. Zwłaszcza, że zapisane w ustawie przepisy przejściowe dają rektorom możliwość zawiązania zamkniętego układu, swoistej koterii, która zorganizowałaby uczelnię na nowo bez rzeczywistej partycypacji wspólnoty. Rektor z dotychczasowym senatem, niewybieranym od nowa na okoliczność fundamentalnych zmian w ustroju uczelni, mogą w łatwy sposób obsadzić w radzie uczelni przedstawicieli biznesu, Kościoła, albo po prostu swoich kolesi. Mogą, jeśli środowisko akademickie pozostanie uśpione. Dlatego prace nad nowym statutem to dobry moment do jego pobudki.

 

Zasiąść przy stole

Ale nie tylko groźba oligarchizacji powinna motywować nas do działania. Do wspólnoty akademickiej powinniśmy kierować przekaz alarmujący, że to od nowego statutu będzie zależała liczba wydziałów i ich kształt, istnienie instytucji zakładu, tryb wyboru rektora i dziekanów, szczegółowy sposób powoływania członków rady uczelni, model organizacji dydaktyki, implementacja nowego podziału na pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych, ryzyko cięć kadrowych, sposób organizacji Szkół Doktorskich i perspektywy stypendiów za osiągnięcia, proporcje podziału dotacji statutowej dla konkretnych dyscyplin, lepsze zabezpieczenie przed molestowaniem seksualnym i mobbingiem w pracy – i wiele, wiele innych kwestii. Aby móc o nich porozmawiać, musimy najpierw zadbać o miejsce przy konsultacyjnym stole dla wszystkich zainteresowanych. Nie możemy zakładać, że władze rektorskie oddadzą nam je same z siebie. Być może gdzieś tak się stanie, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że byłoby to pod prąd logiki stojącej za ustawą.
Perspektywa otwarcia dyskusji może ich przerażać także dlatego, że będzie oznaczała feudalny opór ze strony dotychczasowych struktur wydziałowych, które zachowają się z gruntu konserwatywnie. Dlatego tak ważne jest wytrącenie im zawczasu z rąk argumentu, że dążenie do partycypacji umotywowane jest chęcią torpedowania wszelkich zmian i troski wyłącznie o swoje wpływy.

 

Akademickie Komitety Przyszłości

Opisywaną tu strategię przyjęliśmy na Uniwersytecie Śląskim. W czerwcu włączyliśmy się do ogólnopolskich działań Akademickiego Komitetu Protestacyjnego przeciwko ustawie Gowina. Zorganizowaliśmy dwie demonstracje – najpierw w trakcie koncertu z okazji 50-lecia uczelni, a następnie pod rektoratem. Nasze przedstawicielki były obecne na ogólnopolskim zjeździe AKP. Wysłaliśmy do pracowników uczelni mailing z naszym listem do władz rektorskich, w którym przedstawiliśmy część naszych postulatów możliwych do spełnienia na uniwersytecie bez względu na dalsze losy ustawy. Zebraliśmy pod nim podpisy 170 pracowników naukowych, doktorantek i studentów z kilku wydziałów. Następnie sami zaczęliśmy animować dialog o przyszłości uczelni. Odbyliśmy spotkanie ze związkiem zawodowym. W międzyczasie zmieniliśmy nazwę, ale pozostaliśmy przy starym skrócie: nazywamy się teraz Akademicki Komitet Przyszłości UŚ.
Gdy będzie trzeba, wrócimy do formuły protestacyjnej. Na razie zakładamy jednak, że władze rektorskie zrozumieją, że zaangażowanie wspólnoty akademickiej w prace nad statutem może pomóc rozładować napięcia społeczne i wypracować ustrój uczelni, który będzie odpowiadał na nasze obawy, potrzeby, ale i marzenia.
Staramy się otwarcie dyskutować o naszych doświadczeniach, poznawać nawzajem swoje perspektywy – wymyślać uniwersytet od nowa w sposób dialogiczny i nastawiony na kompromis.

Chcielibyśmy, żeby tryb prac nad statutem był bliski naszym własnym praktykom. Rezultaty tej działalności – prowadzonej w niesprzyjającym okresie wakacyjnym i bez znajomości finalnego kształtu ustawy – są całkiem obiecujące.

Poprzez uzupełnianie naszej wiedzy i doświadczeń, zyskujemy większą świadomość tego, jak dotąd działał uniwersytet i co może się na nim zmienić. Zyskujemy poczucie, że nasza praca nie musi być wyalienowanym wypełnianiem zewnętrznych wymogów – że możemy wziąć odpowiedzialność za ich współkształtowanie i sprofilować je nie tylko pod kątem naszych oczekiwań, ale mając na uwadze również jakość naszych przyszłych publikacji czy prowadzonych przez nas zajęć dla studentów.

Wychodząc z „idiotyzmu wydziałowego życia”, w którym widzimy tylko drzewa, a gubimy z pola widzenia las, udało nam się wypracować pierwsze postulaty, odnoszące się na razie przede wszystkim do trybu prac nad nowym statutem. Postulujemy większą jawność prac toczących się już teraz prac – z wykorzystaniem specjalnie do tego przygotowanej strony internetowej i gazetki. Chcielibyśmy, żeby kanały te nie służyły wyłącznie komunikowaniu przez władze rektorskie swojej wizji, ale były otwarte na dialog. Będziemy również przekonywać władze uczelni, że warto zatroszczyć się o bardziej aktywne pozyskiwanie zainteresowania proponowanymi zmianami – w tym celu zgłaszamy postulat przeprowadzenia piętnastominutowych spotkań informacyjnych o statucie i możliwościach zaangażowania w prace we wszystkich grupach zajęciowych. Nie zapominamy o tym, że w procesie tym powinniśmy zadbać o równą i szeroką reprezentację wszystkich grup związanych na uniwersytecie, ponieważ wierzymy, że perspektywa studenta czy doktorantki jest równie wartościowa, co punkt widzenia dziekanów czy rektorów.

Zabiegamy o to, żeby wszystkie chcące się zaangażować osoby mogły korzystać z merytorycznego wsparcia na regularnie organizowanych spotkaniach – brak znajomości przepisów prawa nie może być podstawą do dyskredytacji czyjejś wizji.

Aby zabezpieczyć się przed oligarchizacją, chcemy, żeby nasz uniwersytet zapisał w statucie prodemokratyczne rozwiązania związane zarówno z uchwaleniem statutu, jak i wyborami rektora i członków rady uczelni. Uważamy, że ogólnouczelniane referendum o charakterze opiniodawczym zapewniłoby nowemu statutowi silniejszą legitymizację i byłoby właściwym zwieńczeniem postulowanego przez nas trybu prac. Co do kandydatur na rektora i do rady uczelni, jesteśmy zdania, że określona liczba podpisów z poparciem pracowników z kilku wydziałów umacniałaby pozycję wybranych kandydatów poprzez zapewnienie silniejszego wpływu wspólnoty akademickiej na proces wyborczy.

Obecnie rozmawiamy już o swojej wizji statutu. Zastanawiamy się, w jaki sposób mógłby on sprzyjać demokratyzacji struktur, większej jawności czy wspieraniu jakości badań i kształcenia, praw pracowniczych oraz przeciwdziałaniu dyskryminacji. Widzimy tu pole do naprawy niektórych złych zapisów ustawy (np. zagwarantowanie, że wobec wprowadzenia niższego wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, pracownice naukowe nie będą wypychane na wcześniejsze – i niższe – emerytury), wyeliminowania zdarzających się patologii (np. ustawiane konkursy, niewłaściwie prowadzone sprawy o molestowanie, prekaryzacja pracowników) czy otwarcia nowych możliwości rozwoju. Robimy to wszystko dlatego, że choć niebawem znajdziemy się w rzeczywistości ukształtowanej przez ustawę Gowina, to wierzymy, że łatwiej będzie nam w niej funkcjonować, jeśli uzupełnimy ją naszymi statutami. Nic o nas bez nas!

Gowin idzie dalej

Nie pomogły prowadzone do ostatnich chwil protesty w ośrodkach akademickich, nie trafiły do ministra Gowina krytyczne argumenty. Ustawa 2.0, popychająca polską naukę dalej w neoliberalnym kierunku, została 3 lipca przed północą przegłosowana w Sejmie.

 

Protestacyjne pikiety odbywały się niemal do ostatnich chwil przed głosowaniem – w Krakowie aktywistki i aktywiści Akademickiego Komitetu Protestacyjnego demonstrowali przed biurem poselskim Jarosława Gowina, 2 lipca miały miejsce także happeningi we Wrocławiu i w Warszawie. Studentek, doktorantów, wykładowczyń i wykładowców nie opuszczała nadzieja, że rządząca partia – mimo arogancji, z jaką Gowin traktował protestujących – uwzględni głos tej części środowiska akademickiego, która w czerwcu zmobilizowała się w proteście przeciwko ustawie. Działacze kilkunastu komitetów protestacyjnych argumentowali, że „konstytucja dla nauki”, zamiast ratować polskie szkolnictwo wyższe, otworzy drogę do upolitycznienia uczelni, zniszczy mniejsze, regionalne uniwersytety i ostatecznie podporządkuje polską naukę doraźnym interesom biznesu.

Gowin miał za sobą rektorów, którym ustawa znacząco poszerza zakres uprawnień. Związki zawodowe podzieliły się w ocenie nowych przepisów – Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dostrzegła w ustawie szereg pozytywnych, propracowniczych i prodoktoranckich rozwiązań, ale już Związek Nauczycielstwa Polskiego na UW, centrala „Solidarności” czy też mazowieckie struktury OPZZ zadeklarowały solidarność z protestującymi. Ministerstwo Nauki mogło jednak pozwolić sobie na zignorowanie protestów głównie dlatego, że AKP, chociaż organizowały spektakularne protesty i zaktywizowały studentów czy doktorantów w stopniu niebywałym na polskich uczelniach, nadal nie były ruchami aktywizującymi większość swoich społeczności akademickich.

W tym kontekście warto odnotować, że protestującym mimo wszystko udało się odnieść pewien sukces – w wersji ustawy, jaką Gowin chciał przepchnąć w Sejmie jeszcze w czerwcu, Rada Uczelni kontrolująca uniwersytet na wzór korporacyjnej rady nadzorczej, miała w 51 proc. składać się z osób spoza uniwersytetu. W wersji zmienionej po protestach akademicy i „zewnętrzni eksperci” (np. biznesmeni czy byli politycy) będą mieli po połowie miejsc.

Za ustawą padły 233 głosy, przeciwko – 195. Zdecydowała postawa PiS – 219 obecnych na sali posłów i posłanek w komplecie oddało głosy „za”. Co znamienne, na sali nie było ani Jarosława Kaczyńskiego, ani czołowych przedstawicieli tzw. „frakcji profesorskiej” w PiS, którzy w czerwcu przyłączyli się do krytyki ustawy. Do tego doszły głosy niezrzeszonych, Wolnych i Solidarnych, dwóch przedstawicieli klubu Kukiz’15 i jeden reprezentant PO. Opozycja parlamentarna zmobilizowała się dość znacząco – przeciwko „konstytucji dla nauki” był prawie cały klub PO, komplet posłów i posłanek Nowoczesnej, PSL i trzyosobowe koło Ryszarda Petru.

Teraz ustawą zajmie się Senat, potem pozostanie tylko podpis Andrzeja Dudy. Co dalej planują aktywiści z uczelni? „Nie ustaniemy w naszych staraniach o zapewnienie społeczności akademickiej opieki i ochrony, na jaką ona zasługuje. Nie zrobiło tego ministerstwo, nie zrobili posłowie – zrobimy to my” – czytamy w liście warszawskiego AKP. Aktywistki i aktywiści powtarzają w nim raz jeszcze swoją druzgocącą ocenę ustawy. „Edukacja wyższa stanie się dobrem luksusowym, dostępnym tylko nielicznym – tym szczęśliwie urodzonym w Warszawie i paru innych metropoliach bądź dość zamożnym, by się do nich przenieść. Badacze dotąd mogący demokratycznie współdecydować o przyszłości uczelni stracą odtąd wszelką możliwość podmiotowego głosu na rzecz scentralizowanej władzy” – piszą.

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.