Gminne Alma Mater

23 cze 2021

Oprócz Kościoła katolickiego tym, co zdeprecjonowało się u nas najszybciej, jest wykształcenie.

Po upadku komuny, wyższym wykształceniem mogło się pochwalić 7 procent Polaków. Studenckie mieliśmy 400 tysięcy. Dziś studiuje około miliona, a odsetek osób z wyższym wykształceniem mamy na poziomie 22 proc. 

Potentat w ogonie

Sześćset lat temu aby wysoko kształcić Polaków wystarczyła Akademia Krakowska. Teraz w Polsce funkcjonuje ok. 370 uczelni. Statystycznie daje to jedną na powiat. 148 szkół wyższych, to uczelnie publiczne, a reszta to uczelnie prywatne. Dla cywilizowanego Europejczyka jest to proporcja dziwna. Tam jest odwrotnie. W wielu krajach, prywatna wyższa szkoła jest wręcz wyjątkiem. Niemieckie szkolnictwo wyższe to 350 uczelni publicznych i 80 prywatnych bądź wyznaniowych. 

Liczba uczelni i rosnące wykształcenie Polaków nijak na nic się nie przekłada. Począwszy od subiektywnego postrzegania mądrości rodaków, przez nieco obiektywniejsze dokonywane przez nich wybory, po całkiem realnie mierzalne efekty takie jak innowacyjność, czy choćby liczbę publikacji naukowych lub patentów. 

Mimo tego,że studiuje u nas 2 razy tyle ludzi co a Wielkiej Brytanii, czy Szwecji, nasze najlepsze uczelnie – według rankingów –  nie dorastają tamtejszym do pięt. Polska z jej wskaźnikiem innowacyjności też drepcze w końcu Europy. Wygląda na to, że nasze wyższe wykształcenie nijak nie przekłada się na skok mentalnościowy, cywilizacyjny, czy technologiczny.

Magister bolognese

Kształcenie wyższe i kryteria nadawania stopni naukowych w Europie są regulowane w Deklaracji bolońskiej z 1999 roku. Stoi w niej, że wyższe wykształcenie będzie się wyrażało w trzech stopniach. Tytuł bakałarza (licencjata lub inżyniera) dostaje się po 3 latach nauki. Magistra  po kolejnych 2 latach, a doktorem zostaje się za następne 4 lata. 

Na studia idzie ten, kto ma maturę. Ministerstwo edukacji dba aby poziom egzaminu nie był przesadnie wysoki i zapewnił jego zdanie co najmniej 80 procentom maturzystów. Ze świadectwem dojrzałości biegnie się do uczelni i czeka na informację, czy średnia z ocen wystarczy na załapanie się na uczelnię dzienną, publiczną, czyli taką, za którą nie trzeba płacić. Ostatnio, z powodów demograficznych, z reguły wystarczy. Są jednak tacy, którzy od razu biegną do prywatnej Wyższej Szkoły Czegośtam i Czegoś Trochę Innego i zapisuje się na studia płatne. Na nich na większości kierunków już za 3-5 stów miesięcznie można przyzwyczajać się do myślenia o sobie jako osobie z wyższym wykształceniem.

Dyplom za złotówki

Dla wszystkich uczelni najważniejsze jest zarabianie pieniędzy. Na studiach prywatnych wystarczy zatem tylko regularnie płacić czesne. Bo to pozwala wymagać zaliczeń i dyplomu na końcu. Na uczelniach publicznych nawet to nie jest konieczne. Choć czasem wypada się trochę nauczyć, bo egzaminy poprawkowe mogą być płatne. Ale na końcu i tak każdy je zda. Publiczne uczelnie bowiem, też dostają pieniądze. Idą one z budżetu za każdym studentem i gdy taka osoba przestanie być studentem to kasa się skończy. Dlatego student, bez względu na postępy ma taką uczelnię skończyć. Wszak z powodów demograficznych w jego miejsce nikt nie wskoczy.

Zostanie licencjatem wiąże się z napisaniem pracy licencjackiej i jej obroną. Ci, którzy produkują prace licencjackie, za 2 – 2, 5 tys zł twierdzą, że z ich usług korzysta 80 procent kończących pierwszy etap zdobywania wyższego wykształcenia. Przypominają też, że obrona licencjatu wymaga jednak przeczytania ze zrozumieniem, a nawet częściowego zapamiętania kupionej pracy.

Potem jest obrona magisterium. Takiego napisanego przez specjalistów za ok 1 tys zł drożej. Pracownicy naukowi doskonale zdają sobie sprawę z fikcji prac. Parę lat temu dziekan wydziału lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wykoncypował, że w najbliższym czasie zrezygnuje prac licencjackich. Jako powód podał znikomą wartość naukową tego typu prac, które są dziełami odtwórczymi, marnującymi na dodatek cenne miejsce w dziekanacie. Zamiast nich zaproponował uzupełnianie przez studentów Wikipedii o hasła z dziedziny biochemii i medycyny. Wyliczył, że uczelniom da to same oszczędności: studenci mogliby się zająć nauką do egzaminów z innych przedmiotów, wykładowcy nie musieliby prowadzić seminariów i sprawdzać prac, a uczelnie nie płaciciłyby za korzystanie z programów antyplagiatowych. 

Byłoby zatem tak jak za granicą, gdzie bzdurę pod tytułem przepisywane skąd się da prace magisterskie i licencjackie nie występują. Nic z tego nie wyszło. Zwyciężył interes promotorów mających dodatkowe płatne godziny i fabryk prac dyplomowych.

Licencjaci po studium

Skoro już wiemy, dlaczego nie jesteśmy jak naród, mimo milionów magistrów mądrzejsi, to warto zjawisku przyjrzeć się i ze strony zafałszowanej statystyki. Otóż te niegdysiejsze 7 procent wykształciuchów za komuny, to byli magistrzy. Dziś jako wyższe wykształcenie zalicza się również licencjat. Na nim zaś poprzestaje 60 procent podejmujących studia, po tym jak widzą, że żaden dyplom im w niczym nie pomoże. 

W PRL była taka kategoria wykształcenia jak niepełne wyższe. Do tej szufladki łapali się ci, którzy po maturze nie szli na studia, tylko w swojej miejscowości kontynuowali naukę w jakimś studium pomaturalnym. Żeby taka szkołę zaliczyć, musieli liznąć filozofii, logiki, socjologii i innych przedmiotów, będących trzonem edukacji akademickiej. Studium pomaturalne trwało 2 lata. Teraz po takim czasie, plus sześciu miesiącach na napisanie pracy licencjackiej, jest się już człowiekiem z wyższym wykształceniem. 

Natomiast zasada edukowania się po maturze w tej samej miejscowości pozostała. Stąd ośrodki akademickie w takich metropoliach jak Nysa, Racibórz, Sanok czy Głogów. I to nie jakieś oddziały większych uczelni, ale samodzielne placówki z nazwą i rektorem. A w dodatku państwowe, czyli podlegające ministrowi Gowinowi. Prywatne są ostatnio passe.

Otworzenie prywatnej uczelni było w latach 90-tych kopalnią złota. Propagowany przez media mit o tym, że wyższe wykształcenie daje pracę i pieniądze, spowodował, że do zawodówek i techników brakowało chętnych. Wszyscy walili do ogólniaków, a potem na studia. Oczywiście na te państwowe, stacjonarne i bezpłatne załapywali się ci, których rodziców stać było na dodatkowe lekcje, korepetycje i kursy przygotowujące. Młodzi ludzie z biedniejszych domów musieli studiować za kasę.

W 1995 r. bezpłatnie uczyło się 60 proc. studentów, a w 2000 r. – mniej niż 40 proc.; reszta – na kierunkach zaocznych, z tego mniej niż połowa na uczelniach prywatnych. Ale od 2005 r. proporcje się zmieniają, 6 lat temu było już pół na pół. Dziś de facto na uczelniach publicznych jest tyle miejsc, że wystarczyłoby dla wszystkich chcących studiować. Dlaczego zatem wciąż mamy tyle uczelni, gdzie trzeba płacić?

Tego nikt nie rozumie. Kilka lat temu wieszczono, że ok. roku 2020, czyli dziś, zostanie ledwie 50 prywatnych szkół wyższych. Miały istnieć tylko tych kilka najlepszych i większość niczego nie uczących i wydających dyplomy za czesne. Prognoza ilościowo się nie sprawdziła. Czy to świadczyłoby, że te setki prywatnych szkół wyższych to ci dający zaświadczenia za złotówki?

Zapomniane obiecanki

Gowin niemal 4 lata temu zapowiadał, że zrobi rewolucję i padnie 300 najgorszych uczelni. Tak publicznych, jak i prywatnych. Od roku obowiązuje wymyślona przezeń Konstytucja dla Nauki. Żadnych masowych upadków nie odnotowano. Publiczne szkoły wyższe w Płocku, Gorzowie, czy Jarosławiu jak istniały tak istnieją. 

Zapowiadane przez Gowina podwyżki uposażeń kadry naukowej do 150 proc. średniej krajowej dla osób z tytułem doktora skończyło się na kosmetycznej zwyżce dla niektórych z nich. Profesorowie, którym Gowin obiecywał 3 krotność średniej krajowej co miesiąc, musieli się zadowolić podwyżką o 800 zł. Dzięki której brutto mają 6 400 zł. Czyli mniej niż reperujący im w domu kran, hydraulik.

Gowin zmarnował czas, ale nie on jeden. Dewaluacja wyższego wykształcenia trwa od lat. I o ile kiedyś dyplom w dużym stopniu chronił przed bezrobociem i zapewniał dobre zarobki, to dziś nie daje nic. Po studiach pracuje się z reguły w branży innej niż wystudiowana. I nawet to minimum wiedzy, które można było liznąć na uczelni, też nikomu się do niczego nie przydaje. Dyplomowany spawać, czy mechanik, na wejściu do pracy mają uposażenia o połowę wyższe niż gryzipiór po studiach, który po kilku miesiącach szukania, w końcu godzi się na cokolwiek.

Ale gdy brzmi „Gaudeamus” nikt o tym nie pomyśli. Gowin i rektorzy będą się bowiem nakręcali kolejnymi, pustymi rekordami statystycznymi.

Najnowsze

Grzegorz Braun straci immunitet? Jest piąty wniosek o uchylenie

Grzegorz Braun straci immunitet? Jest piąty wniosek o uchylenie

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek skierował do szefowej PE Roberty Metsoli piąty wniosek o uchylenie immunitetu Grzegorzowi Braunowi w związku z jego wypowiedziami, miał on zaprzeczać zbrodniom ludobójstwa oraz mordowaniu ludzi w komorach gazowych w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym i zagłady KL Auschwitz-Birkenau.

Fundusz Norweski Może Wspierać Producentów Broni Nuklearnej

Fundusz Norweski Może Wspierać Producentów Broni Nuklearnej

Norwegia wstrząsa fundamentami europejskiego przemysłu obronnego, rozważając inwestycje swojego państwowego funduszu majątkowego w koncerny zbrojeniowe, w tym produkujące broń jądrową. Kiedyś ostrożna, dziś zdeterminowana w obliczu zagrożeń ze strony Rosji i Chin, Norwegia planuje zniesienie restrykcji i otworzenie się na gigantów takich jak Lockheed Martin czy Boeing. Decyzja kusi ogromnym kapitałem, ale budzi także kontrowersje, z obawami o etykę inwestycyjną. To nie tylko zmiana w polityce, to przejaw nowej geopolitycznej rzeczywistości, gdzie bezpieczeństwo przeważa nad dawnymi zasadami.

Euro słabnie, dolar rośnie w siłę.

Euro słabnie, dolar rośnie w siłę.

Wobec spadającego kursu euro i rosnącego zadłużenia, Europa staje przed zagrożeniem gospodarczym, podczas gdy polski złoty pozostaje stosunkowo stabilny. Słabość euro wobec dolara jest wynikiem wyższych stóp procentowych w USA oraz problemów wewnętrznych Europy, takich jak wysokie ceny energii i powolny rozwój gospodarczy. Polska musi równocześnie dbać o stabilność waluty i kontrolować inflację, co obciąża gospodarstwa domowe. Debata o przyjęciu euro w Polsce otwiera pytania o przyszłość polityki monetarnej i jej wpływ na życie obywateli. Inwestycje w usługi publiczne i bezpieczeństwo energetyczne są kluczowe.

Wzrost cen w sklepach: co przyniesie przyszłość?

Wzrost cen w sklepach: co przyniesie przyszłość?

Ceny codziennych zakupów w Polsce zaczynają ponownie rosnąć, co zaniepokoiło ekspertów. We wrześniu wzrost wyniósł średnio 1,9% w porównaniu z rokiem ubiegłym, co jest większym skokiem niż w sierpniu. Niemniej jednak, eksperci są zgodni, że to nie oznacza trwałej zmiany trendu, lecz raczej zatrzymanie dezinflacji. Wzrosty cen żywności i napojów bezalkoholowych wyniosły 1,1%. Wysokie ceny energii i paliw, spowodowane globalnymi zakłóceniami, mają znaczący wpływ na wzrost inflacji. Prognozy wskazują na dalszy wzrost cen żywności w przyszłym roku, sięgający 4% rocznie.

Sprawdź również

110 lat walki o prawa kobiet.

110 lat walki o prawa kobiet.

110 lat temu kobiety trafiały do więzienia za wiedzę o antykoncepcji. Polska była pionierem praw kobiet. Co się z nami stało? 16 października 1916 roku trzy kobiety otworzyły w Nowym Jorku klinikę, w której inne kobiety mogły dowiedzieć się, jak uniknąć niechcianej...

Karol Nawrocki i kontrowersyjny sojusz z Braunem.

Karol Nawrocki i kontrowersyjny sojusz z Braunem.

Karol Nawrocki chce jednoczyć prawicę. Problem w tym, że wśród potencjalnych partnerów znalazło się ugrupowanie Grzegorza Brauna – polityka znanego z antysemickich wystąpień, prorosyjskich poglądów i publicznego negowania zbrodni dokonanych w komorach gazowych...