Szlachetna nauko! Ty jesteś jak zdrowie…

Dobrze jest na początku tekstu nawiązać do autorytetów albo nawet i wieszczów – i lepiej oczywiście do dwóch niż do jednego. Korzystam z przykładu wieszcza, notabene też Adama, który wykorzystał (przepraszam za może nieco wieloznaczne sformułowanie) wieszcza Jana. Nie o ojczyźnie jednak dziś będzie utraconej, nie o zdrowiu, ale o nauce.

Tyle że z nauką jest tak, że jej straty można nawet nie zauważyć, bo nie będzie nikogo, kto by to umiał stwierdzić. Koniec nauki nie wszyscy zauważą. Ciekawą wersję takiego procesu można znaleźć w cyklu Fundacja Isaaca Asimowa. Zwłaszcza w pierwszych (chronologicznie) tomach amerykański wieszcz opisuje upadek nauki jako części kultury, cywilizacji, i jako instytucji.

Felietoniści mają prawo stawiać śmiałe tezy i subiektywnie dobierać argumenty. W końcu nie są naukowcami, tylko tak sobie piszą a muzom, to raczy nie przeszkadzać. Ci, którzy świadomie żyli w PRL-u, mogą się zgodzić, że słusznie upadły system przykładał do nauki dużą wagę. Skutki bywały różne, jednak w wielu dziedzinach badań naukowych ścigaliśmy się ze światową czołówką lub ścigaliśmy tę czołówkę, starając się nie tracić jej z oczu.

Potem zaszła zamiana, którą zauważyłaby na pewno Dąbrowska, choć wielu nie zauważyło. Pauperyzacja polskiej nauki – zarówno instytucjonalna, jak i indywidualna – i marginalizacja jej znaczenia były bezsprzecznie wynikiem przemian politycznych. Zamiast badaniami uczelnie zajęły się produkcją absolwentów. Było to stosunkowo łatwe, bo studenci głównie oczekiwali szybkiego dyplomu. Popyt stworzył podaż w postaci sieci prywatnych uczelni, które dawały zarobić części kadry dydaktycznej, co z kolei sprzyjało rozwarstwieniu na uczelniach, podziałowi na część dochodową i niedochodową. Duża część kadry naukowo-dydaktycznej bezpowrotnie odeszła do biznesu lub na emerytury, mniej lub bardziej zasłużone. Zaczęto też zajmować się nowymi kierunkami, które w ten sposób mogły spełnić jedną z definicji nauki podaną przez prof. Kotarbińskiego: wykładano je na wyższych uczelniach.

Kolejną zmianą był powrót teologii na uniwersytety – nie tylko na wydziały teologiczne, ale też do umysłów wykładowców z przeróżnych kierunków. Jak by nie patrzeć, teologia ze współczesną nauką nie ma nic wspólnego. Jest dla religioznawstwa mniej więcej tym, czym homeopatia dla medycyny. Dalsze reformy prowadzące do komercjalizacji nauki rozwinęły dwa zjawiska: grantozę i punktozę. To akurat nie są wyłącznie polskie problemy, ale u nas zaznaczają się bardzo wyraźnie. To zasługa pełzających reform ministra Gowina.

Z szefami resortu nauki jest podobnie jak z szefami resortu zdrowia. Za każdym razem trudno sobie wyobrazić, że może trafić się ktoś gorszy, a potem przychodzi kolejna dobra zmiana – i proszę, nominat daje radę, a jego poprzednika wspominamy niemalże z rozrzewnieniem. Ostatnim kwiatem, czy może wykwitem, polskiej nauki jest aktualny minister. Absolwent KUL‑u, czyli jednego z dwóch – oprócz toruńskiej Mater od Pater Rydzyk – ośrodków dostarczających elity dobrej zmianie. Od poprzedników różni go niewiele, realizuje linię kontynuacji narracji i reform, wykazuje się natomiast silniejszą dbałością o siebie i swój wizerunek. Nowy minister ogłosił nową punktację czasopism naukowych i prawie naukowych. Szczególnie był łaskaw dla pism związanych z KUL‑em, czyli swoją macierzystą uczelnią, oraz życzliwie publikujących teksty jego ministerialnej (aktualnie) wysokości. Nie spotkało się to z życzliwym przyjęciem społeczności naukowej poza społecznością KUL-u, bo ta broni swojego człowieka. Komitet Nauk Prawnych PAN potępił „arbitralne”, sprzeczne z prawem działania ministra. Ponad 70 czasopism dopisano, ponad 200 zostało (prze)docenionych. Na przykład „Teka Komisji Prawniczej PAN w Lublinie”, wydawana przez absolwentów KUL‑u, otrzymała aż 100 punktów (do tej pory miała 40). „Biuletyn Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL” awansował aż o 50 punktów: z 20 do 70. Gdyby jeszcze zmienili nazwę na „Przegląd” czy może nawet „Almanach”, dostaliby pewnie setkę. Sami wiecie, że biuletyn nie brzmi dostojnie i ministerialnie. Nie chciałbym niczego sugerować, ale taki np. biuletyn Ministerstwa Nauki już w chwili powstania mógłby zostać wyceniony na co najmniej 90 punktów.

To, że działanie ministra jest bezprawne, od dawna nie jest żadnym argumentem w sporze, bo każdy minister ma takie w swojej tece. To, że naraża nasz kraj na śmieszność, liczy się jeszcze mniej, bo taki mamy ostatnio klimat. Że dobija polską naukę… Nikt z polityków specjalnie jej nie cenił i nie ceni. To, że jeszcze nie umarła… no cóż, to może kwestia przyzwyczajenia i zdolności przetrwania w skrajnie niesprzyjających warunkach.

Pytanie, czy polską naukę da się reanimować i przywrócić do życia w lepszych czasach (o ile takie nadejdą), pozostawiam otwarte. Tym bardziej że minister zabiera się na poważnie za przegląd programów nauczania w szkołach, a nominowany przez niego główny inkwizytor – zapewne oświetlony światłem Ewangelii i poszukujący prawdy – dołoży starań, by absolwenci byli przygotowani w zasadzie tylko do matury z religii, o której wprowadzeniu mówi się już nie tylko w ministerialnych kuluarach. Może się okazać, że nawet reaktywacja Komisji Edukacji Narodowej wraz z Towarzystwem Ksiąg Elementarnych nie pomoże. Zostanie tylko zdrowie, albo i nawet nie.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.