Nieprzemijalny brak zmiennika

Zygmunt Tasjer

Stanisławowi Barei łatwiej było stworzyć filmowego, w prawdziwym świecie nikomu nie udało się skutecznie zastąpić lewicy, która pomimo własnych błędów, ale i przeobrażeń, nadto wrogich napaści, wydaje się być niezniszczalną.

Wyraża bowiem w swym głównym nurcie dążność do wartości na ogół powszechnie oczekiwanych: równości i sprawiedliwości społecznej, wolności jednostki i zbiorowości, postępu i rozwoju, a więc i zmiany, a co najmniej ulepszenie tego naszego świata. Powrót do znanych rozważań i prawd skłania obecnie przetaczająca się przez liczne media lawina wypowiedzi łączących w sobie atak na lewicę z próbą, jeśli już nie gloryfikacji, to przynajmniej obrony i nadziei na powrót neoliberalnego porządku w naszym kraju. Na różne sposoby czyni to w „Newsweeku” (nr. 20, 21) także Krzysztof Varga pisząc , że „Mamy sojusz katolicko-narodowego PiS i postkomunistyczno-neokomunistycznej Lewicy” zapominając jeszcze dodać, że również gomułkowsko-gierkowsko-jaruzelsko-czarzastej.

Teoria spisku

w tym czasopiśmie, nie tylko na tytułowej stronie, odnajduje się w takim oto planie obalenia PiS : „pozbawiony głosów ziobrystów, eurosceptycznych konfederatów i wsparcia zjednoczonej opozycji Jarosław Kaczyński przegrywa kluczowe głosowanie nad ratyfikacją Krajowego Planu Odbudowy, nie wytrzymuje, wpada na sejmową mównicę, zaczyna krzyczeć i dochodzi do przesilenia…Rządząca koalicja się rozpada, PiS ma dwa wyjścia – albo wrócić do rozmów z całą opozycją i spełnić wszystkie jej warunki, albo ryzykować konstruktywne wotum nieufności. Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza, wspólnie obalają rząd Morawieckiego i powołują gabinet techniczny.” Najbardziej spodobał mi się w tym planie krzyczący Kaczyński i „ jeśli Gowin się zgodzi” – przy takich zamierzeniach Czarny Piotruś wygląda na wyrafinowany wysiłek intelektualny. Ale kulisy opisywanego spisku dotyczą Lewicy, która jakoś nie chciała uczestniczyć w tej dziecięcej grze karcianej.

Wszelkie możliwe granice przyzwoitości

przekroczyła „Gazeta Wyborcza” (22-23.05.2021) oświadczając na pierwszych stronach – „Lewicy już dziękujemy”, a w dodatku „Wolna sobota” – „Cała na prawo! Polacy już nie potrzebują lewicy”. Jawne kłamstwo prezentowane przez tytuł polega na tym, że żaden zawarty w tym wydaniu tekst powyższych opinii w najmniejszym nawet stopniu nie potwierdza. Manipulacja polega na wyrwaniu z szerszego kontekstu i wyeksponowaniu opinii jedynie krytycznych o lewicy. Ale również z tego artykułu – rozmowa ze Sławomirem Sierakowskim i Przemysławem Sadurą pt. „Przejedzeni wyborczą kiełbasą” – wyczytać m. in. można, że lewicy nie rośnie „Bo osoby, które chciałyby w Polsce państwa opiekuńczego, nie wierzą w państwo, bo się na nim przejechały. A ci, którzy wierzą w państwo, jak klasa wyższa, która zresztą z niego chętnie korzysta, nie chcą państwa opiekuńczego dla mas. Z kolei klasa niższa obawia się innych kolejkowiczów, a do tego jest dość konserwatywna – dlatego obrona mniejszości, praw kobiet czy osób nieheteronormatywnych ją odstrasza. Lewica może pozyskać klasę wyższą nawet pomimo jej poglądów na gospodarkę. Z niższą już tak nie jest”

Nadto jeszcze w „GW” Witold Gadomski, jak zwykle swoje „o obciążaniu dla podatników o wyższych dochodach” itd.

W tym wydaniu „Wolnej soboty”

granice przyzwoitości przekroczył i grafik, który nawiązując do przewodniej myśli tytułu z beztroską i bezmyślnością, na stronie tytułowej, wyobraził usypaną z piasku na plaży twarz Che Guevary w charakterystycznym berecie, rozmywaną przez morze. Ten wizerunek – przywołujący wartości, o które walczył i zginął rewolucjonista XX wieku – był kultowym symbolem-ikoną dla pokoleń milionów młodych ludzi na całym świecie, którzy również chcieli uczynić go lepszym i sprawiedliwszym. Ponoć lewicową tożsamość miał w swoim czasie i Adam Michnik, i czytał zapewne reportaże Ryszarda Kapuścińskiego na temat lewicowej partyzantki na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej, wydane przez Czytelnika w 1975 roku pod tytułem „Chrystus z karabinem na ramieniu”. Ale w 2006 roku oprotestował decyzję o nakazie aresztowania byłego przywódcy chilijskiej, krwawej junty gen. Pinocheta. I bez względu na swoje racje, już tej tożsamości nie miał. W tak zmieniające się, szczególne poglądy redaktora naczelnego „GW”, wpisują się cytowane słowa o lewicy i akceptacja obrazu dezawuującego pamięć o Guevarze.

Galaktyka melancholii ?

Przedsięwzięciem ryzykownym jest kreowanie uogólniających opinii i jednostronnych twierdzeń. Ma to miejsce niestety także w licznych, bardzo interesujących, poważnych rozważaniach, nawet w godnych szczególnej uwagi dziełach. Do tego niejako gatunku zaliczyć należy szeroko omówiony na łamach „D-T” (5-6. 05.2021) przez Krzysztofa Lubczyńskiego esej-studium Enzo Traverso „Lewicowa melancholia. Marksizm, lewica, pamięć”. Jak pisze autor : Książka ta ma na celu eksplorację wymiaru kultury lewicowej w okresie od XIX do XXI wieku”.

Wprowadzając pisze Lubczyński: „wydaje się, iż słowo „melancholia” na ogół, w potocznej świadomości raczej słabo kojarzy się z lewicą i lewicowością. Z tą kojarzą się raczej pojęcia dynamiczne, takie jak „rewolucja”, „zmiana”, „postęp”, „emancypacja” walka o lepszy świat – pojęcia tchnące optymizmem, a nie smutkiem, który jest składnikiem uczucia melancholii. Jeśli jednak przyjrzeć się historii lewicy i ruchów rewolucyjnych w aspekcie kulturowym, to takie stany ducha na lewicy były i są rzeczywistością. Ważnym momentem, w którym melancholijna refleksja lewicy, był rok 1989, gdy >>lewica stała się duchowym bezdomnym, uświadomiwszy sobie klęskę podejmowanych w przeszłości prób zmiany świata, przyszło wtedy zakwestionować same te idee, przy pomocy których usiłowano go interpretować<<”. I jeszcze autor wspomnianej książki dodaje: „„Nie da się wykluczyć tego, że nasi potomkowie zapamiętają XX -wieczny socjalizm jako wyizolowany w pustej przestrzeni posąg, pozostałość przeszłości, której urok polega prawdopodobnie na tym, że ma „wartość staroci”. Rzecz cała jednak, przy pełnym szacunku dla autora, ma się inaczej gdy opisywaną lewicę poddamy szczegółowszej analizie oraz odwołamy się do rozlicznych jej opisów w różnych prezentacjach szeroko rozumianej kultury. Przede wszystkim uogólnienie dotyczące jednorodności pojęć lewica i socjalizm oraz jego przeniesienie na różnego rodzaju ruchy społeczne nie jest zgodne z prawdą.

Ta pierwsza narodziła się w czasach Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ten drugi był dziełem Saint-Simona i Roberta Owena; w połowie XIX wieku teoretykami socjalizmu byli Karol Marks i Fryderyk Engels, a za nimi cała plejada myślicieli, twórców ruchów i partii politycznych, które wykształciły dwie niejako zasadnicze drogi: socjaldemokratyczną i komunistyczną, acz idee socjalizmu odnajdywały się w szeregu innych ideologicznych doktrynach. Mówi się dziś także o skrajnej lewicy, centrolewicy, lewicy chrześcijańskiej i narodowej, ale również o socjalizmie rozumianym różnie, także w jego tzw. byłej, realnej odmianie. Historia i losy poszczególnych ugrupowań lewicowych czy też socjalistycznych, w przestrzeni opisanej przez autora książki, były oczywiście różne, ale nie do wszystkich odnieść można artystyczne i wszelkie inne przywołania klęski, melancholii, żalu po upadku, niezłomnej wiary w wyznaczony cel i kontynuację, mimo przegranej. W melancholicznym widzeniu dziejów lewicy czy socjalizmu nie ma miejsca na ich wielkie sukcesy, będące dziełem nie tylko partii socjaldemokratycznych, wymuszające polepszenie warunków pracy i bytu tzw. warstw ludowych, także demokratyzacji ustroju politycznego, również poza Zachodnią Europą. Nie ma pamięci o zapomnianych już dawno osiągnięciach 8-godzinnego dnia pracy i zakazu pracy dzieci, brak świadomości zmiany obowiązującego systemu prawnego, dotyczącego także pozycji kobiety i jej praw wyborczych, wreszcie zabrakło, co fundamentalne, wywalczonej i realizowanej doktryny państwa dobrobytu. I na przekór licznym, także w realnym, polskim socjalizmie, było wiele dowodów na sukces realizowanej, niewątpliwie lewicowej, polityki w postaci zniesienia post-feudalnych warunków na wsi, bezpłatnej dostępności do służby zdrowia oraz powszechnego szkolnictwa średniego i wyższego, wykształcenia milionów obywateli, objęcie ich opieką socjalną, również industrializacja i budową ponad 6,5 mln. mieszkań, wreszcie niepomiernie ważny, a niespotykany rozwój kultury. Z wielu powodów, trudnych do szczegółowego omówienia z uwagi na charakter tego tekstu, można stwierdzić, że apoteoza w różnych dziełach sztuki czyni swym tematem wielkie wydarzenia i postacie, rzeczy, idee bądź wartości, osądza godnie dokonane czyny, także często w estetycznej kategorii tragizmu, żałoby, czy też kultury klęski. I o nich tylko jest wspomniany esej. Natomiast nie słyszałem aby równie liczne wybitne dzieła, nie tylko zresztą artystyczne, stanowiły apoteozę wielkich lewicowo-socjalistycznych dokonań i zwycięstw . Oczywiście poza dworskimi, uniżonymi ukłonami z epoki socrealizmu, które żadnymi dziełami nie były, a tylko oczekiwanym, propagandowym poczynaniem. Z różnych względów tak się dziwnie dzieje, że na samym końcu tylko kir, w swojej rozlicznej formie, ma oplatać lewicowo-socjalistyczne koleje losu. W kosmosie sztuki byłoby naiwnością poszukiwać racjonalnej oceny społeczno-politycznych wydarzeń, tym bardziej, że równie często i trudno odnaleźć je w specjalistycznych, naukowych dociekaniach historyków, nie wspominając już o politologach. Z tego powodu uogólnienia wyrażane przez twórców w ich dziełach, również w ich opisie , takie jak „duchowa bezdomność lewicy” czy „socjalizm, jako wartość staroci”, dotyczą jedynie wytworów sztuki, a nie koniecznie o wiele bardziej skomplikowanej rzeczywistości. Nie zmienia to oczywiście faktu, że rodzą się w określonych warunkach i okolicznościach. Zgadzam się z Krzysztofem Lubczyńskim, że jest to wspaniała lektura, ale jednak z uwagi na jednostronny obraz opisywanych poczynań, niekoniecznie gorzka.

Poprzedni

Gdybanie lokalne

Następny

Aleksander Krawczuk rozpoczyna setny rok życia

Zostaw komentarz