Skąd wieje wiatr, panie Ferenc?

Stałem sobie dłuższą chwilę w zeszły piątek na zewnętrzu, i patrzyłem, jak wiatr miota pustym opakowaniem po prezerwatywie.

Szedłem akurat wyrzucić śmieci i fant wyleciał mi z rozerwanego worka. Przypomniała mi się wtedy słynna scena z „American Beauty”, z tańczącym na wietrze, plastykowym woreczkiem. Dookoła śnieg, mróz skrzypi pod nogami, a z pustego pazłotka po kondomie ulatuje życie, którego nigdy nie miało prawa tam być. A wiatr uniósł je i tak, i poniósł, hen, ponad korony drzew.

Najgorętszym miejscem w skutej lodem i smaganej wiatrem Polsce, będzie niebawem Rzeszów. Stolica Podkarpacia, prócz podmuchów od wschodu, smagana będzie też wiatrem zmian. Oto nestor polskiego samorządu, Tadeusz Ferenc, wieloletni prezydent miasta, podał się do dymisji ze względu na zły stan zdrowia. O jego nadwątlonej kondycji, zbożny lud rzeszowski wiedział już od dawna. Prezydent jednak niewiele sobie z tego robił. Co elekcja stawał szranki z młodszymi i ku ich wściekłości, zostawiał konkurencję w tyle.

Przez te kilkanaście lat, od kiedy rządził Rzeszowem, zdążył Ferenc przejść długą i mozolną polityczną przemianę, od lewa, przez centrum, do prawa. Kiedyś dużo SLD, potem mało SLD, później PO, Komorowski, Kosiniak-Kamysz, a dziś Porozumienie gowinowskie. Cały czas jednak budował własne zaplecze w Radzie Miasta, uwieszone na swoim fejmie. W chwili podawania się do dymisji, wskazał Ferenc swojego następcę. Tzn. namaścił, bo wskażą go za 90 dni wyborcy, o ile do wyborów przyspieszonych dojdzie. Najlepszym kandydatem, podług Ferenca, który ma objąć po nim schedę, będzie wiceminister od Ziobry, Marcin Warchoł. Zaiste, takiego wskazania mało kto się po Ferencu spodziewał, a już zwłaszcza jego ludzie. Ja jednak w wyborach Tadeusza Ferenca dostrzegam` żelazną konsekwencję i patriotyzm, który równie dobrze, jeśli przyłożyć doń inny pryzmat, może się okazać się oportunizmem i zawiścią. Albo naiwnością.

Ferenc, mimo że z pezetpeerowskim rodowodem, zdołał przekonać do siebie mieszkańców tradycyjnie prawicowego Podkarpacia. Oczywiście, nie całego. W dużych miastach, nawet po prawej stronie, odsetek inaczej myślących jest zawsze większy niż w całym regionie, en masse. Tak czy inaczej, dokonał on, były komunista, członek SdRP i SLD, rzeczy wielkiej. Zdobył stolicę prawicowego zagłębia, bez mała 20 lat temu, i do tej pory nie wypuścił jej z rąk. W międzyczasie zmieniały się rządy i koalicje, a Ferenc trwał na posterunku. Trwał, rozwijał miasto i dumał: z kim grać, żeby Rzeszów rósł w siłę, a ludzie żyli w nim dostatniej. I wymyślił, że trzeba, tak jak w piosence Kaczmarskiego, zawsze trzymać z władzą. Jaka by ona nie była. Poglądy można mieć, nawet trzeba. Ale za bardzo się nimi nie obnosić. Coś jak z prąciem. Warto mieć je przy sobie w razie konieczności, ale nie wyciągać publicznie na wierzch. Tym, co powinno determinować politykę prezydenta miasta musi być…ono samo. Jego dobrostan. Przyciąganie inwestorów. Miejsc pracy. Ludzi, którzy je wezmą. Studentów. Nowych technologii. Sportu. Biznesu. To wszystko Ferencowi wychodziło. Kto bywał w Rzeszowie, ten widział ferencową robotę i ciężko było zaprzeczyć, że miasto pod jego rządami zrobiło gigantyczny postęp. A polityka? A niech sobie będzie. W myśl zasady: sprzymierzę się z samym diabłem, dla dobra moich wyborców. Zaprzedam czartowi duszę, wypiję z nim wannę wódki w piekle, ale nie pozwolę na to, żeby doraźna walka polityczna przesłoniła mi wizję progresu mojego miasta, któremu się w pełni oddam i poświęcę.

Trzeba pójść klamkować do Platformy, pójdę. Zdradzić starych towarzyszy z prawicą, zdradzę. Wystawić na szwank swoje własne interesy, zrobię to, bylebym dokończył swojego działa, bo Rzeszów mój widzę dziś wielki. Poprę tego, ujmę tamtemu, wyślę sygnał do trzeciego, co mi tam. Ale miasta nie dam na zatracenie, tylko dlatego, że ktoś chodzi do Kościoła częściej, niż ja za młodu. I takie stawianie sprawy ja, po części przynajmniej, rozumiem i szanuję. Jak decydujesz się być prezydentem miasta, dużego czy małego, i chcesz, żeby ludzie cię zapamiętali jako dobrego włodarza, musisz mieć wizję jego rozwoju. I konsekwentnie tę wizję, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr, umieć realizować. Bezwzględnie. Tadeusz Ferenc posiadł tę umiejętność w stopniu najwyższym. Z czasem jednak zaczął grać coraz bardziej zachowawczo, z efektem mierzonym na doraźny sukces. Gdzieś poczęła uciekać wizja, którą przysłaniać zaczęły partykularyzmy. A że byt określa wiadomość, o czym też Ferenc doskonale wie, wkradać się zaczęły do otoczenia Ferenca persony, którym łatwiej, niż dekadę temu, było zaskarbić sobie prezydencką wdzięczność i uznanie. Platforma się zużyła. Ferenc zaczął szukać wsparcia u pisowczyków. Ten zabieg oczywiście wpisuje się w jego taktykę a’la „sąsiad zawsze trzyma z władzą”, ale już jawne wspieranie kandydata od Gowina na prezydenta, wbrew woli własnego, tworzonego przez lata, ponadpartyjnego, rzeszowskiego środowiska lokalnych patriotów? Coś tu jest nie tak.

Wiatr tymczasem targał papierek po prezerwatywie po całym osiedlu. Szła pani z dzieckiem na sankach. Pazłotko przemknęło jej koło nosa i poleciało dalej. Szedł dozorca i sypał sól na chodnik. Opakowanie po prezerwatywie musnęło go lekko w ramię, uniosło się ku górze, i wzleciało ponad horyzont, szukać swojego wybawcy. Który je pochwyci.