Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *