Wolność, równość i ple, ple

Hasło Rewolucji Francuskiej „wolność, równość, braterstwo” ma już ponad 230 lat. W różnych wersjach od pięciu lat wykrzykiwane jest z wielkim zapałem na wszystkich zdarzających się manifestacjach. Tylko że nie chwyta.

Pojawiają się więc wśród nas teorie, że widać Polacy to taki naród, który sobie równości i wolności nie ceni. Tylko że w czasach Rewolucji Francuskiej to hasło miało dla wszystkich oczywisty sens. W społeczeństwie może już nie całkiem feudalnym, ale podzielonym na stany, oznaczało możliwość awansu i innych szans życiowych. Co to oznacza w dzisiejszej Polsce? Dla Jarosława Kaczyńskiego wolność to możliwość wyprawiania, co mu się podoba, bez oglądania się na sądy i opinię społeczną. To nie nowość – słowo „wolność” odmieniane było w każdym sensie, zależnie od tego, kto je wypowiadał. Przypomnijmy choćby liberum veto, czyli wolność sprzeciwu.

A równość? Dzisiaj? Po latach klepania, że masz tyle, za ile jesteś w stanie zapłacić? W dzisiejszej Polsce to jest frazes.
Więc dlaczego sięgamy po to szacowne hasło? Dlaczego tak nam trudno po inne? Bo karmimy się mitami.

Wydaje się, że prezydent Biden w pełni zdaje sobie sprawę, że nie wystarczy po prostu ponaprawianie tego, co Trump zepsuł. Że trzeba naprawić samo państwo. U nas jest inaczej. Pewny wybitny znawca prawa konstytucyjnego wygłosił na którymś ze spotkań KODowskich opinię, że państwo jest zbudowane dobrze. Bo są wszystkie właściwe instytucje. Problem w tym, co się za tym kryje.

Wskazówki może dostarczyć mechanizm nazwany ongiś przez Kaczyńskiego TKM, pierwszy raz zastosowany przez AWS. Młodsi pewnie nie pamiętają, co to takiego było. TKM (Teraz Kurwa My )to było wcielenie w życie bolszewickiego przedrewolucyjnego hasła „Każda kucharka może rządzić”. Nieważne, że kiedy bolszewicy już mieli władzę, zmienili je na Kadry rieszajut wsio – wolnym tłumaczeniu „wszystko zależy od jakości kadr”.

I co się za AWS stało? Nic się nie stało. Wszyscy ich następcy, patrząc z mojego urzędniczego punktu obserwacyjnego, wyciągnęli z tego wnioski dla siebie. Tak więc nominacje przestały mieć związek z minimalnymi choćby kwalifikacjami. Ministrowie oczekiwali od resortów, że te im powiedzą, do czego służą. I jakoś się to samo toczyło. Dreptanie w miejscu. Myśli państwowej już wcześniej nie mogło być, bo wyparło ją dążenie za wszelką cenę do obniżenia deficytu budżetowego. (Smutne, że przywódcy partii parlamentarnych chyba uważali rząd za coś w rodzaju parlamentu: obstawić ważne komisje naszymi. Jako premierzy przeżywali szok. Jarosław Kaczyński za nic nie chce już tej funkcji, Donald Tusk w pierwszym nieopatrznym wywiadzie dał wyraz zdumieniu rodzajem roboty, która na niego spadła.)

Innymi słowy, sytuacja Polski przestała mieć związek z jakością rządzenia. Czyżby Polska była takim krajem, którym każda kucharka może rządzić?
Marek Migalski zauważył ostatnio, że przez ostatnie 30 lat byliśmy w zasadzie przyzwyczajeni, że nasze wybory nie są specjalnie istotne – na kogokolwiek zagłosujemy, to i tak wszystko będzie szło w jednym kierunku: integracja z Zachodem, nawiązanie relacji transatlantyckich, budowa gospodarki rynkowej, demokracji. No i trzymanie w ryzach deficytu budżetowego. (Warto się zastanowić nad słowem „demokracja” w tej wyliczance. W tych warunkach sprowadzała się do kampanii wyborczej. A ta ostatnia, wobec braku istotnych różnic politycznych, opierała się na zagrywkach marketingowych i coraz bardziej czarnym PR.) Wejście do Unii jeszcze ułatwiło życie naszej klasie politycznej – wydawało się, że wystarczy się zaledwie ustosunkowywać do unijnych propozycji prawnych. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że są to tylko ramy, który każdy kraj powinien wypełnić indywidualną treścią. Podsłuchane na ministerialnym korytarzu określenie polskich programów w pewnej dziedzinie przez rozbawionych wysłanników unijnych: to jest crap. Nie da się tego ostatniego przetłumaczyć językiem salonowym.

Nadal nikt się nie zastanawia, czym ma być zapisana w konstytucji społeczna gospodarka rynkowa. Efekty działań Rady Konsultacyjnej Strajku Kobiet czy ekspertów od Hołowni to wyliczanka przewijających się problemów bez jakiejś myśli wiążącej. Trzaskowski wspomina o silnym państwie. To poważna zmiana w Platformie, która ze względu na swój neoliberalny rodowód, była zwolenniczką tzw. małego państwa. Pomysły neoliberalne już od dawna trąciły myszką, a w dzisiejszej covidowej sytuacji mają się do rzeczywistości jak pięść do nosa. Jednak upieranie się Platformy przy likwidacji informacyjnych programów TVP każe się domyślać, że stan społeczeństwa nie spędza im snu z powiek. Jak zamierzają je edukować? Jak się uchwalało wilcze prawa, to nie ma się co dziwić, że wykreowały one wilcze społeczeństwo. To, co wyprawia z TVP PiS, to jedno, ale nie może być to taka telewizja, jak przez ostatnie ćwierć wieku – de facto komercyjna, z kilkoma politycznymi ograniczeniami.
Ta sytuacja byłaby idealną sytuacją dla lewicy, którą jako lewicę powinien interesować stan społeczeństwa. Wydaje się jednak, że ambicje lewicy sprowadzają się do tego, żeby jakoś wejść do parlamentu. A tylko ona mogłaby mieć autentycznie porywający przekaz. To konieczne, by w dzisiejszej rzeczywistości, gdy światowa walka o szczepionki podważa wszystkie porozumienia i ugody, na czele panstwa stał świadomy rząd.
A hasło Strajku Kobiet „Myślę, czuję, decyduję” jest genialne.