21 kwietnia 2024

loader

Zapobiec katastrofie

Fundamentalną zasadą stabilnych ekosystemów jest różnorodność. Nie inaczej jest na polu debaty publicznej w kwestii konstruowania planów niskoemisyjnej energetyki.

Lektura lutowego numeru Dzikiego Życia pt. „Nie ma drogi na skróty” nie daje czytelnikowi, w mojej skromnej opinii, szansy na usłyszenie różnorodnych głosów w debacie o przyszłym systemie energetycznym. Taka monokultura grozi niepowodzeniem wysiłków jakie podejmujemy aby uchronić się przed katastrofa klimatyczną, oraz zachowaniem resztek dzikiego życia, które marnieją na naszych oczach.

Nauka jednoznacznie mówi, że jeśli przekroczymy progi emisji (tzw. budżet węglowy), jak i nie zmniejszymy szybko naszego nacisku na środowisko, czeka nas i otaczającą nas biosferę katastrofa, być może największa w historii geologicznej planety.

Jednym z warunków zapobieżenia temu niebezpieczeństwu jest konieczność przeprowadzenia wyjątkowo trudnej transformacji energetycznej.

Nie możemy doprowadzić do tego, żeby pod niewątpliwie słusznym szyldem konieczności gwałtownych redukcji emisji gazów cieplarnianych prowadziła ona do wzrostu brutalnej antropopresji na terenach, które dziś są we władaniu natury. Tymczasem praktyka pokazuje, że takie działania mają miejsce na naszych oczach.

Na podlegającej ochronie polanie przy granicy Białowieskiego Parku Narodowego próbowano zbudować elektrownie fotowoltaiczną, nieco dalej od parku turystów odstrasza wiatrak, istnieją też zaawansowane plany budowy peleciarni obok znanej agroturystyki. Potężna farma słoneczna, częściowo położona na obszarach Natura 2000 w Górach Izerskich aktywizuje sprzeciw lokalnej społeczności, farmy wiatrowe powstają masowo na terenie cennych torfowisk, przydrożne drzewa wycinane są by umożliwić transport elementów turbin wiatrowych. Czytamy też o nieskutecznym, acz słusznym, proteście Greenpeace przeciw nowej elektrowni na cennych bagnach Kentu.

To jednak tylko preludium – setki miliardów euro zostaną w najbliższych latach wydane na rozwój energetyki w ramach Europejskiego Zielonego Ładu. Jeżeli chcemy unikać dalszych konfliktów z przyrodą, musimy krytycznie przyjrzeć się możliwości zaspokojenia potrzeb, które za tymi wydarzeniami stoją.

Wszystkich nas czekają więc niełatwe wybory (często bez zwycięskich rozstrzygnięć), często będziemy zmuszeni wybierać między wartościami przyrody i dobrobytu wielu ludzi. Będziemy musieli patrzeć na każdy element transformowanej energetyki.

W natłoku różnych przymiotników dotyczących energii takich jak „demokratyczna”, „rozproszona”, „obywatelska”, „zielona” łatwo jest zgubić te dwa podstawowe: energetyka powinna być przede wszystkim niskoemisyjna i jak najmniej obciążająca środowisko.

Jakkolwiek romantyczny nie wydawałby się powrót do „prostego” i zgodnego z naturą życia, jest on już dzisiaj niemożliwy do realizacji. 8,5 miliarda ludzi w żadnej sposób nie jest w stanie powrócić „do korzeni”, jakiekolwiek by one nie były. Wiązałoby się to z upadkiem cywilizacji wraz z wszystkimi jej niekwestionowanymi zdobyczami takimi jak np. prawa człowieka. Pierwszą ofiarą takiej „transformacji” byłaby właśnie dzika przyroda, spalona i zjedzona przez tłumy. Dzikie życie jest dziś niestety zakładnikiem dobrostanu ludzkości i vice versa. Jest pasażerem Statku Ziemia, w którym my pełnimy rolę załogi.

Cała nasza ludzka historia jest drogą specjalizacji i pokonywania przeciwności. Dziś ten nasz biologiczny głód rozwoju trzeba przekuć w wolę pokonywania wyzwań związanych ze zrównoważeniem naszej egzystencji. Przecież skoro możemy chodzić po Księżycu, możemy też zasilać nasze miasta bez dymu i bez ognia, prawda? Dla mnie jest to bardzo piękne i szlachetne wyzwanie, które należy połączyć ze zmianą świadomości, ograniczeniem rozbuchanej konsumpcji i poprawą efektywności energetycznej.

Przysłowiowym „słoniem w pokoju” jest jednak fakt, że energetyka jądrowa która w UE zapewnia aż 25% elektryczności i tym samym oszczędza przyrodę oraz ludzi. Rezygnacja z niej stawia pod znakiem zapytania nasze klimatyczne cele. Nie możemy tego problemu dalej ignorować. Technologia ta nie jest doskonała, bo i ludzie, którzy ją stworzyli, tacy nie są i nigdy nie będą. Jednak w obliczu gigaton dwutlenku węgla w atmosferze i oceanach, dla których wciąż nie znaleźliśmy ostatecznego składowiska, musimy podjąć rękawicę i rzetelnie rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Możemy się nie zgadzać co do konkluzji, ale przynajmniej powinniśmy się nawzajem wysłuchać opierając się na faktach.

Warto zmierzyć się z różnorodnością poglądów i argumentów, bo tylko poprzez ich zestawienie możemy wypracować najefektywniejsze rozwiązania. Jesteśmy to winni dzikiej przyrodzie, która nas otacza, bo – chcąc nie chcąc – jesteśmy jej częścią a jednocześnie największą dla niej szansą, jaki i zagrożeniem.

Dziś jesteśmy świadkami ponownej karbonizacji niektórych krajów, tam gdzie przedwczesne wyłączenie niskoemisyjnego atomu prowadzi do budowy nowych elektrowni gazowych. Trudno uciec od skojarzenia, że proces ten jest oparty o podobne mechanizmy poznawcze co kompulsywna wycinka drzew. Łatwiej jest bowiem całkowicie wyeliminować pojedyncze ryzyko, jakkolwiek małe by ono nie było małe, niż przeprowadzić skomplikowaną analizę kosztów alternatywnych.

Bez przepracowania tego smutnego zjawiska nie będziemy w stanie pójść do przodu, cofając się za każdym razem gdy uczynimy jakieś postępy.

Oto kilka przykładowych pytań, które warto byłoby zadać i przedyskutować, a które nie padły w lutowym numerze Dzikiego Życia:

Jaką konkretnie skalę rozproszonej energetyki nasza przyroda jest w stanie wytrzymać? Jakim kosztem?

Jak postulaty prywatyzacji i liberalnego urynkowienia energetyki wpłyną na kwestie sprawiedliwości społecznej w nadchodzącej transformacji energetycznej?

Jak duży będzie wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną po zelektryfikowaniu ogrzewania i transportu i jak zaspokoić ten ogromny przyrost? Jak te potrzeby zaspokoić?

Jak uchronić się przed wersją demokracji energetycznej w której prawo głosu w systemie, na wzór czasów wiktoriańskich, mają tylko majętni właściciele dachów i łąk? Jak zadbać o ubogich lub osoby wynajmujące mieszkania, które oczekują stabilnych cen energii?

Jak przeciwdziałać antropopresji wywołanej wzrostem cen gruntów na skutek rozwoju energetyki opartej o biogaz i biomasę?

Jakie struktury władzy utrwalają gigantyczne farmy off-shore i czy można zaliczać je do obywatelskiej demokracji energetycznej? Jeżeli tak, to dlaczego argument też używany jest przeciw energii jądrowej?

Jak duży udział obecnych zeroemisyjnych planów transformacji (również w raportach IPCC) opiera się na spalaniu biomasy? Jak pogodzić głód energetyki na biomasę z potrzebami rolnictwa regeneratywnego?

Jaki wpływ na przyrodę będą miały wszystkie nowe technologie, takie jak gospodarka wodorowa i masowe wykorzystanie mega baterii? Niestety nie funkcjonują one jeszcze nigdzie w skali, która pozwalałaby na rzetelną ocenę tego wpływu.

W 150 lat wyemitowaliśmy do biosfery węgiel, którego magazynowanie trwało dziesiątki milionów lat. Odrzucając “tabletkę energetyczną”, jaką niewątpliwie jest atom, jakim naturalnym procesem możemy ten trend stosunkowo szybko odwrócić by po sobie biosferę zatrutą węglem posprzątać? Czy nie jest to kolejny raz, gdy śmietnisko atmosferycznego CO2 pozostawiamy przyrodzie do posprzątania, odrzucając naszą odpowiedzialność za to, co już wyemitowano?

Te i inne podobne pytania, niekoniecznie z prostymi odpowiedziami, mogłyby się przyczynić do zwiększenia różnorodności debaty o nadchodzącej transformacji energetyki i znacznie pomóc w wypracowaniu sprawiedliwych i prawdziwie zielonych rozwiązań. Mam nadzieję, że mój głos polemiczny będzie miał szansę wybrzmieć na łamach miesięcznika.

Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Poprzedni

W Puławach będzie strajk?

Następny

Reguły relacji międzynarodowych nie powinny bazować na regułach mniejszości – przewodniczący Xi Jinping

Zostaw komentarz