Preambuła

Zmiany, jakie zaszły na świecie i w Polsce po 1989 r, nie spełniły i nigdy nie spełnią oczekiwań licznych warstw społecznych i narodów na lepszą przyszłość.

Dzieje się tak, gdy rozwarstwienie społeczne, wzrost napięcia na świecie, rasizm, brak tolerancji seksualnej, dewastacja środowiska naturalnego i teroryzm nie są ich usuwalnymi wadami ale są ich istotą. Takie filary narzuconych przez MFW przemian jak rozregulowany rynek, prywatyzacja, komercjalizacja usług publicznych, obniżanie podatków bogatym czy niczym nie skrępowana konkurencja musiały doprowadzić i doprowadziły do gigantycznych fortun garstki ludzi, obniżyły jakość usług publicznych a w niektórych przypadkach wręcz ograniczyła do nich dostęp coraz bardziej rosnącej liczbie ubogich. Postępująca w szybkim tempie pauperyzacja będąca oczywistym wynikiem neoliberalnych reform i wzrostu wydajności pracy wzmogły konkurencję pomiędzy pracownikami najemnymi doprowadziła do renesansu ideologii rasistowskich, antyfeministycznych i homofobicznych a pozbawioną środków do życia, sprowadzoną z zagranicy w dobie prosperity tanią siłę roboczą do terroryzmu. Nie lepiej wygląda sytuacja międzynarodowa: zaostrzająca się walka o dostęp do surowców i nowych rynków zbytu skłania elity rządzące do stosowania coraz to bardziej agresywnych zachowań i wypowiadania kolejnych umów międzynarodowych. Oliwy do ognia dolewa błyskawiczny wzrost gospodarczy Chin zwiastujący zmianę układu sił na świecie. W takiej atmosferze przestają poprawnie funkcjonować także organizacje powstałe w wyniku II WŚ, których celem jest zapobieganie konfliktom globalnym. Jeśli sytuacja dalej będzie rozwijać się w tym kierunku, to III WŚ stanie się nieunikniona. Spory udział w stworzeniu obecnej katastrofalnej sytuacji ma UE, gorącą propagatorka neoliberalnych reform.

Wbrew opinii niektórych „ profesorów”, że historia nie ma końca, na horyzoncie politycznym pojawiła się zmiana dla neoliberałow: jest nią Prawica. Na Węgrzech, Polsce i USA objęła już ona władzę i sprawuje ją już od paru lat. W tej sytuacji można pokusić się o ocenę jej działalności. W sferze gospodarczej można zauważyć pewne pozytywne zmiany które wpływają na poprawę losu niższych warstw społecznych; niestety mają one charakter powierzchowny. Prawica uszczelniła system podatkowy, wprowadziła nowe programy socjalne i podniosła płacę minimalną ale nie zlikwidowała umów śmieciowych które są podstawowym narzędziem wyzysku opartą o tzw „bieda przedsiębiorczość”. Oznacza to że nie zlikwiduje ona znacznych różnic dochodowych i rozregulowanych rynków głównych żródeł niesprawiedliwości społecznej. W pozostałych dziedzinach życia sytuacja znacznie się pogorszyła w stosunku do poprzedniego okresu. Powoływanie się na wartości chrześcijańskie i ideę narodową wzmacnia z jednej strony nastroje homofobiczne i antyfeministyczne, a z drugiej wzrost napięcia w polityce międzynarodowej. Na pierwszy rzut oka widać że jej działania nie są w stanie wpłynąć na poprawę obecnej sytuacji.

Jedyną siłą, która jest w stanie to zrobić jest Lewica po wyciągnęciu prawidłowych wniosków z okresu kiedy sprawowała władzę. Próba budowy komunizmu opierała się na fałszywym założeniu o możliwości istnienia bezklasowego społeczeństwa i jak długo nie zmienimy ludzkiego genomu tak długo powrót do tej idei jest niemożliwy. Inaczej przedstawia się socjaldemokratyczna idea państwa dobrobytu. Prawdą jest, że państwa tego rodzaju upadły ale spowodowane to było z jednej strony upadkiem komunizmu a z drugiej błędami w polityce fiskalnej. Ta druga przyczyna jest do usunięcia poprzez rygorystyczną politykę monetarną, a pierwsza sama się zdeaktualizowała po krachu neoliberalizmu. Tak więc państwo dobrobytu staje się możliwe po wprowadzeniu w nim nieznacznych reform.
Zreformowana Lewica naprawę obecnego kształtu świata będącego wspólnym dziełem prawicy i neoliberałów będzie prowadziła na poziomie światowym , europejskim, narodowym i samorządowym, ponieważ pominięcie któregoś z nich uczyni ją nieskuteczną. Główne wysiłki skierujemy na ochronę środowiska i oddalenie zagrożenia konfliktem globalnym.

W dziedzinie ochrony środowiska trzeba doprowadzić do tego aby :
– firmy i osoby prywatne obciążyć pełnymi kosztami rekultywacji zrujnowanego przez nich środowiska,
-każdy kto będzie chciała zastosować nową technologię udowodnił że jest ona nieszkodliwa dla środowiska
– aby państwa rozwinięte pomogły pozostałym sfinansować działania nakierowane na ochronę środowiska, gdyż to one są najbardziej odpowiedzialne za jego obecny stan.

Aby zapobiec konfliktom:
– zreformujemy instytucje międzynarodowe tak, aby zwiększyć ich skuteczność i reprezentatywność. W chwili obecnej w najważniejszych z nich istnieje nadreprezentatywność przedstawicieli cywilizacji zachodniej
– będziemy wspierać i inicjować inicjatywy zmierzające do integracji coraz większych obszarów świata oparte o poszanowanie interesów wszystkich zainteresowanych stron
– będziemy inicjować rozmowy rozbrojeniowe pomiędzy paktami i poszczególnymi krajami.
– nie będziemy stosować sankcji gospodarczych nakierowanych na zahamowanie rozwoju innych krajów
– wprowadzimy pełną jawność zawieranych porozumień politycznych, militarnych i gospodarczych

W obu tych dziedzinach rozmawiać będziemy z każdym niezależnie od jego przekonań politycznych, rasy , płci czy orientacji seksualnej. Nie będziemy narzucać komukolwiek swoich struktur politycznych i wtrącać się w jego sprawy wewnętrzne.

Na poziomie europejskim będziemy dążyć do
– pełnej demokratyzacji struktur UE
– finansowej odpowiedzialności UE za ochronę środowiska i ujednolicenie opieki socjalnej w sensie materialnym w poszczególnych krajach wchodzących w jej skład.
– ujednolicenia prawa pracy tak, aby uniknąć dumpingu
– stworzenia i wprowadzenia polityki energetycznej zgodnej z wymogami ochrony środowiska
– do zrównoważenia sił pomiędzy kapitałem a pracą
Na poziomie krajowym i samorządowym dążyć będziemy
– do zrównoważenia sił pomiędzy kapitałem a pracą
– do przestrzegania równości pomiędzy klasami i grupami społecznymi niezależnie od rasy, płci, orientacji seksualnej, narodowości i przekonań politycznych
– wprowadzenia dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela
– stworzenia i wprowadzenia polityki energetycznej zgodnej z wymogami ochrony środowiska.

Aby w pełni zrealizować nasze zamierzenia przeciwstawimy neoliberalnej zasadzie konkurencji zasadę wzajemnej współpracy i pełnego zrozumienia, a prawicowej idei narodowej internacjonalizm.

Dawno temu w Stoczni Gdańskiej

Od kilku lat co roku w sierpniu rzucają się sobie do gardeł spadkobiercy najlepszych tradycji Sierpnia 1980 roku i „Solidarności”, oczywiście.

Każdy snuje swoje opowieści nie niepokojony przez nikogo, kto by ich zapytał, na jakich podstawach opierają swe niezmącone przekonanie, że to właśnie oni dźwigają ciężar tamtejszej robotniczej tradycji strajkowej. Nie zapominają o tym, by siebie i swoich kolegów wynieść na ołtarze, a przeciwników poniżyć.

W ostatnich latach proces ten przyspieszył i nabrał mocy. Rzecz idzie, co dla każdego oczywiste, o nową interpretację historii i wymianę bohaterów: z Wałęsy na Kaczyńskiego. Dla każdego, kto ma o historii jakieś pojęcie, jest jednak jasna lichość tej konstrukcji, kłamstwa łatwe do zdemaskowania, a fałsz tych „bohaterów” rzuca się w oczy.

Obserwuję te fikołki od lat z coraz bardziej słabnącą, mściwą wesołością: wszystko się oddala, wygładzają się kanty i zacierają kontury. Stają się coraz odleglejszą historią.

Z tego właśnie punktu widzenia czytałem dodatek do „Gazety Wyborczej” – „Historia” właśnie, poświęcony strajkom sprzed 40 lat. Bez emocji wgłębiałem się w wywiad z Bogdanem Borusewiczem, który robi co w jego mocy, by jeszcze raz rozdać swoje karty: „Sierpień ’80, strajk w stoczni, to była moja osobista decyzja. (…) Do Sierpnia byłem liderem, w Sierpniu już niekoniecznie”. Próbuje inaczej rozstawić akcenty antykościelne, „jak silnie Kościół był infiltrowany przez bezpiekę…” itd., mówi, że strajku nie wywołali robotnicy, wspomina umyślne manipulacje w późniejszej narracji o wydarzeniach 1980 roku…

I nie piszę o tym teraz po to, by podważyć prawdziwość wypowiedzi Borusewicza. Może to wszystko prawda, a może starszy pan chce jeszcze pod koniec życia zaznać sławy jako ten, co obalił, co tam było do obalania, może chce jeszcze wyrównać z kimś rachunki, nie wiem. Czytam o tym już, jako się rzekło, bez emocji. No, prawie.

Bo parę stron dalej Władysław Frasyniuk daje swoją z kolei interpretację tamtych czasów i Bóg z nim. Jednak jest jeden fragment, który wyprowadził mnie z równowagi: „Przy uchwalaniu „tarczy antykryzysowej” powiedział na przykład [Adrian Zandberg – przyp. MW], że można pomagać przedsiębiorcom, ale w zamian za udziały w ich firmach dla państwa. Słuchałem tego ze zdumieniem. On nie pamięta, ale w komunistycznej Polsce byli państwowy fryzjer, piekarz i restaurator. Prawie wszystko było państwowe i dlatego tego świata już nie ma, bo ludzie są przeciw niemu zbuntowani. (…) W sprawach gospodarczych nie zawiedliśmy. Nie przyjmuję tych absurdalnych, nieprzystających do rzeczywistości ataków na Leszka Balcerowicza.”

Pomijam kłamstwa o jakoby powszechnym sprzeciwie przeciwko państwowej własności, konfabulacje o państwowym fryzjerach, widocznie Frasyniuk tak lubi. Nie mieści mi się jednak w głowie, jak można być tak odklejonym od rzeczywistości gościem, który wciąż niezachwianie wierzy w skuteczność demolki gospodarczej sprokurowanej przez Balcerowicza.
Bo rozmówca bezwstydnie zmyśla, że w „sprawach gospodarczych nie zawiedliśmy”, czy też naprawdę nie widzi, że społeczeństwo zapłaciło dosłownie własną krwią za ich neoliberalne eksperymenty? Nic nie zrozumiał z ostatnich 40 lat. To tacy jak Frasyniuk przynoszą największą szkodę etosowi pierwszej „Solidarności”.

Jeśli coś jeszcze z niego pozostało.

My Socjaliści. Służba społeczna albo kasa?

Sprawa podwyżek dla etatowych pracowników instytucji państwowych (prezydent, rząd, Sejm, Senat, samorządy oraz partie polityczne) należy do tematów wrażliwych. Na ogół unikano tego tematu w ostatnich latach.

Praktyka doceniania swoich przyjaciół przez rządzące koalicje miała na ogół charakter niejawny. Platforma w poprzednich kadencjach dawała swoim ministrom duże premie. Nie gorszy był w tym względzie PiS. Mleko się wylało, kiedy niedowartościowani ostatnio poczuli się parlamentarzyści. Dziś, już po przyjęciu przez Sejm ustawy dotyczącej podwyżek dla praktycznie całej tzw. klasy politycznej oraz odrzuceniu jej po awanturach przez Senat, nie ma dla nikogo dobrego wyjścia.

Parlamentarne przepychani raczej oddalają możliwość podjęcia tego tematu w bieżącej kadencji. Można przypuszczać jednak, że zrodziła się perspektywa refleksji nad powinnościami ludzi polityki i stosownymi zasadami gratyfikacji.

Spójrzmy na sprawę szerzej. Ludzie PiS przez kilka ostatnich lat udowadniali, że z polityką łączy się kasa. Potwierdzały to opowieści o kulisach narodzin Porozumienia Centrum, perypetie prezesa z wieżami na Srebrnej, czy swawolne postępowanie koalicji rządzącej ze spółkami skarbu państwa. Na tych i innych przykładach zrodziło się przyzwolenie klasy politycznej wszystkich orientacji na łączenie polityki z biznesem, zarabianie na polityce, prowadzenie tzw. polityki transakcyjnej, którą przywiózł zza oceanu prezydent Trump, czy sprzedawanie powszechnie iluzji w ramach kampanii wyborczych, które są po prostu kampaniami PR. Ostatnia nieudolna decyzja Sejmu to zjawisko tylko potwierdza. I nie ma różnicy, jak widać, czy ktoś jest z lewicy, czy z prawicy. Okazuje się, że kasa jest najważniejsza.

W założeniach polityki, potwierdzanych przez zapisy naszej Konstytucji, występuje kategoria służby społecznej. Jest ona niestety, jak się okazuje w praktyce, sprzeczna z obowiązującym coraz powszechniej neoliberalnym paradygmatem prymatu ekonomii i rynku nad polityką. Zrodził on powszechne dążenie, również ludzi polityki, do urządzania sobie życia powyżej średniego standardu rozwarstwionego społeczeństwa. Zauważa się też zjawisko wędrowania do polityki wielu ludzi o małym potencjale intelektualnym czy organizacyjnym, celem urządzenia się. Dziś rzadko kto, nawet z tych, biorących udział w wyborach różnych szczebli podkreśla podczas kampanii, że jego celem jest służba społeczna, przeważa w retoryce wyborczej mowa o tym, co ja jestem w stanie wam załatwić… a więc typowa transakcja: wybierzcie mnie, a ja wam coś załatwię. Ludzie to akceptują w myśl stadnej zasady – wszyscy tak robią, czy ja mam być głupi.

Na tym tle rodzi się przyzwolenie społeczne na populizm i polityczną korupcję. Trzeba podkreślić, że 500+ i 13 emerytura były potrzebne, ale nikt poza rządzącymi nie odpowie wiarygodnie na pytanie, dlaczego wypłaty dla emerytów pojawiały się na chwilę przed kolejnymi wyborami. Ostatnie w maju 2020. To chyba gwiazda telewizji – Jacek Kurski podkreślał, że… głupi lud to kupi.

O ile wiem, jedynym ruchem politycznym, który głosi brak przyzwolenia na taką praktykę jest ruch socjalistyczny. Po decyzji sejmowej przedstawicieli narodu w Klubie Lewicy widać, ile jest tam rzeczywiście lewicy i kto zapisał się tam do grona pełniących służbę społeczną, a kto idzie utartym już szlakiem wskazywanym przez neoliberalne wzorce. Odnoszę wrażenie, że szybkie przeprosiny, że to błąd, problemu nie załatwiły. Stało się, szczególnie w gronie parlamentarzystów lewicy, coś ważnego, co nakazuje każdemu odpowiedzieć sobie i wszystkim na pytania – kim ja jestem, komu służę, o co i o kogo jako osoba publiczna walczę? Problemu tego zapewne nie będą mieć inni. Stoją tam gdzie stali, jeśli popełnili jakiś błąd, to zapewne mieści się on w kanonie neokonserwatywnej czy neoliberalnej orientacji.

Kilka lat temu, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2015, które lewica przegrała w konsekwencji błędów i zaniechań, pisałem w tekście „10 wyzwań dla lewicy” o potrzebie pilnej refleksji nad naszą orientacją ideową i potrzebą odnowy naszego „lewicowego dekalogu”. Dziś, po kolejnym doświadczeniu, które nie będzie długo zapomniane, trzeba zapytać ludzi lewicy o co walczą. Czy tytułowe pytanie „Służba społeczna albo kasa?” to dobre pytanie.

Zdziwienie ze zdziwienia i krewetce śmierć

Bartosz Rydliński znany jest mi z wywiadu, którego udzielił uprzejmie dla naszego portalu oraz aktywności jako utytułowany działacz socjaldemokratycznego Centrum im. Daszyńskiego i koordynator projektów Fundacji Amicus Europae Aleksandra Kwaśniewskiego. Miło nam się gawędziło, a to, z czego szczególnie zapamiętałem pana Bartosza, to jego szczera i bezkrytyczna obrona NATO jako gwaranta pokoju światowego. Tym bardziej zdziwiło mnie zdziwienie Rydlińskiego wyrażone w jego ostatnim komentarzu dla portalu Strajk. W nim dziwi się Autor gorliwości, z jaką część lewicy popierała Trzaskowskiego: „(…) jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego”.

To ja się jednak dziwię temu zdziwieniu. Bartosz Rydliński dopiero teraz się obudził? Nie widział wcześniej, jak jego lewicowy podobno pryncypał firmował powstanie w Polsce więzień CIA, które były zaprzeczeniem nie to, że lewicowych wartości, ale podstawowych praw człowieka? Jak przytulał się do liberalnych polityków?

Pan Rydliński konstatuje „kolejny rozdział swojej nielojalności względem lewicy” Włodzimierza Cimoszewicza. No wolne żarty… Cimoszewicz? Lewica? Lojalność? Tych trzech słów nie należy pochopnie stawiać obok siebie. Ten absolwent programu Fulbrighta wielokrotnie demonstrował swoje przywiązanie do liberalnych wartości i chęć współpracy z liberalnymi działaczami.

Mówiąc krótko, już dawno przecież było widać, że podstawową troską socjaldemokratycznych ugrupowań w polskim parlamencie było poklepanie po plecach przez neoliberalna prawicę i przyjęcie z ich rąk czegoś w rodzaju świadectwa przyzwoitości. Nigdy tego oczywiście nie dostali i nie dostaną, ale wciąż trwają w złudzeniach i sami się ograniczają aktywności i retoryce. Biegną obejmować się z chwalcami Pinocheta i ludźmi mięciutkimi jak plastelina.

To jest ten sam nurt, którym płynie Piotr Gadzinowski, redaktor naczelny bratniej „Trybuny”. Z pewnym zażenowaniem obserwowałem okładkę tej gazety z entuzjastyczną zachętą, by głosować na Trzaskowskiego, podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze dość lokajskiego postu, że cała redakcja gazety będzie głosować na neoliberalnego kandydata. Okrasił to wszystko red. Gadzinowski tekstem, przedrukowanym na Portalu Strajk (dyskusja wszak źródłem siły) „Sztuka czekania”. W nim Piotr jest uprzejmy troszkę pobiadolić, jakim opresyjnym państwem była PRL, bez dostępu do Unii Europejskiej i otwartych granic. Bardzo współczuję tych traumatycznych doświadczeń, choć jak pamiętam mojego kolegę na studiach Piotrka Gadzinowskiego, to nie wyglądał na szczególnie uciemiężonego. Dziś na szczęście już się odbił od dna i daje, po klęsce kandydata, do głosowania na którego wzywał, recepty dla dalszego funkcjonowania lewicy: „Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie”. Innej drogi zatem red. Gadzinowski nie widzi, przynajmniej na razie.

A weźcie wy się, drodzy towarzysze, pardon, panowie… Jeden wpada na coś, co wszyscy widzą od kilkunastu lat i się temu dziwi, drugi pogodnie godzi się na to, by lewica była jakimś gównianym dodatkiem do prawicowych kohort. Dajcie wy już tej krewetce zrobić to, o czy marzy – wejść w dupę wielorybowi i niech tam zastygnie, skoro jej to odpowiada. Nie udawajcie, że będzie inna niż jest. Nie będzie. Czas budować coś nowego po lewej stronie. Jest coraz więcej ludzi, którzy mają dość tego systemu, dość reguł, które wy akceptujecie i przyjdzie ich czas. Szybciej niż wam się wydaje.

Co zmieniają te wybory?

Być może tak naprawdę dużo mniej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Pewne jest jednak, że lewica już musi zacząć szykować swój program i przekaz na następne.

I działać przy tym w taki sposób, by zacząć przeciągać na swoją stronę dzisiejszy elektorat PiS. To nie jest niemożliwe. Znaczna część społeczeństwa nie posiada trwałych poglądów, tylko interesy. I dobrze!

Liberałowie nie zdobędą wsparcia ludzi, którzy chcą silnego, opiekuńczego państwa. Ludzie pracy, mieszkańcy małych miejscowości, emeryci i renciści są natomiast do zdobycia przez lewicę, o czym sam się przekonałem, bo gdy kandydowałem – rzecz jasna z lewicowej listy – do parlamentu większość moich głosów była spoza dużego miasta.

Lewica musi być jednak znacznie bardziej przystępna i mniej skoncentrowana na kwestiach obyczajowych… Stawianie się w jednym obozie z PO i pogardzanie wsią, „tamtą połową”, osiem gwiazdek itd. to ostatnie, czego nam trzeba.

Przyspieszenie dobrej zmiany

PiS zrobi teraz repolonizację mediów, rzuci się na sektor organizacji pozarządowych, ataki na LGBTQIA wcale nie osłabną i ofensywa Ordo Iuris przyspieszy. TurboPiS czeka wszystkich.Kaczyński wie, że czasu na robienie nowego porządku i nowego człowieka jest już bardzo mało, bo kolejne wybory są głęboko niepewne.

Szykujcie się więc na ogromną ofensywę PiS, a także uderzenie w pracowników i ich prawa, czy estoński CIT by na stałe zabezpieczyć sobie poparcie właścicieli. Jest też wyzwanie przejęcia elektoratu Konfederacji, więc kolejny atak na prawa aborcyjne jest bardzo możliwy.

Na którymś odcinku uderzenie niechybnie nastąpi – sama tylko strategia bezkompromisowego siania własnej propagandy, choćby były to same kłamstwa, okazała się i słuszna, bo dała 51 procent, i nie tak znowu pewna, bo owe 51 proc. to niewiele w porównaniu z wynikami sondaży sprzed kilku miesięcy.

Pan Ruiny czyli przyszłość zapisana w kartach

Polska należy do krajów, w których wywołany przez sojusz nauki z neoliberalizmem kryzys zaufania wobec niej, zaowocował wzrostem popularności wszelkiego rodzaju irracjonalizmów.

Trudno nie zauważyć, że na ten „sukces” polskiej nauki pracowali zgodnie nie tylko duet Gowin – Szumowski łączący w sposób wyjątkowo piękny neoliberalną teorię z praktyką życia naukowego ale i wielu, wielu innych. W końcu neoliberalizm jest jak katolicyzm, wyznaniem łączącym różne orientacje polityczne. Niesławnej pamięci Barbara Kudrycka razem z Kościejem Nieśmiertelnym polskiej ekonomii – Leszkiem Balcerowiczem, czy nasz ukochany „normals” prof. Belka skutecznie obrzydzili naukę większości polskiego społeczeństwa i wywołali wobec niej trwałą i głęboką wrogość.

Tematem niniejszej drobnej refleksji nie są bynajmniej wspominki po podeszłej w niesławie śp. nauce polskiej. Biedaczce nic już nie pomoże i nic już jej nie wskrzesi a niedługo już odejdą ostatni którzy jeszcze pamiętają o co jej chodziło w dawnych czasach kiedy jeszcze żyła i usiłowała coś powiedzieć. „Trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe”.

Miejsce naukowców zajęli jasnowidze, wróżbiarze i tzw. „tarociści”, którzy przewidują przyszłość tak indywidualną jak i wspólnotową. Żeby wykonywać te szlachetne profesje trzeba wedle powszechnego przekonania mieć pewien charyzmat a więc indywidualną specyficzną, zdolność niedostępną ogółowi jak to można zobaczyć u jasnowidza Jackowskiego czy „tarocisty” Macieja.

Tak się jednak składa, że poza zdolnościami wypada mieć również pewne informacje powszechnie dostępne i dające się zobiektywizować źródłowo i do takich działań ograniczam się w swoim przewidywaniu. Nie chodzi o odkrywczość ale o pewną znamienną wstrzemięźliwość kręgów zawodowych ezoteryków w pewnej zasadniczej kwestii.

Istnieje wiele sposobów stawiania horoskopów w oparciu o datę urodzin i liczne świadectwa znaczenia takich przewidywań.

Jednym z klasycznych jest ten oparty na talii kart tarota. Polega on generalnie na tym, że w chwili urodzin otrzymujemy od losu swoją kartę. Paradoks tarota polega na tym, że o ile każdy otrzymuje swój kartę od losu nie każda karta otrzymuje swoich ludzi. W liczącej 78 kart talii tarota istnieją dwadzieścia dwie określane jako „Wielkie Arkana”, które w wyznaczaniu losu nie uczestniczą. Funkcję tę dzieli między siebie pięćdziesiąt sześć kart określanych jako „Mniejsze Arkana”. Dzielą się one na cztery, nazywając to potocznie, „kolory” – kielichy, miecze, denary i kije (pałki, buławy) co jest zastrzeżeniem o tyle istotnym, że w symbolice podziału społecznego kielichy to symbol duchowieństwa (ludzi wiary), miecze to symbol rycerstwa, denary mieszczaństwa, a kije to symbol chłopstwa czy też ludu używających mało wyrafinowanych broni i narzędzi. (Oczywiście symbolika tarota odwołuje się do różnych kontekstów i każdy kolor ma bardzo złożony system znaczeń i symboli. Omawiamy tylko kontekst niezbędny dla rzeczy istotnych.) W ramach koloru każda karta zajmuje pozycję od jednego do czternastu zgodnie z logiką tradycyjnych kart do brydża i skata. Dziesięć kart numerowanych i cztery figury.

Z siedemdziesięciu ośmiu kart proponuję zainteresować się jedną. Dziesiątką mieczy. Tak się składa, że z całej talii uznawana jest ona za najgorszą i najbardziej beznadziejną. Najpopularniejszą jej nazwą są „Pan Ruiny”, „Ruina”, „Katastrofa”. Najczęściej przedstawia się na niej lezącego na brzuchu rycerza-wojownika z dziesięcioma mieczami wbitymi w plecy. Czasem są to same miecze a czasem po prostu ruina. Niezależnie od wyobrażeń jest to karta wielkiej i definitywnej przegranej. Co prawda w systemie tarota każda karta ma sens pozytywny i negatywny i zawsze można pocieszać się maksymą, że „W ruinie leży ukryty skarb” skądinąd jednak wiadomo, że ruin bez skarbów jest niestety nieskończenie więcej niż tych ze skarbami.

Gdy spojrzymy na Tarotowy Kalendarz to okazuje się, że dziesiątkę mieczy wyciągnęli z talii urodzeni między 10 a 20 czerwca. Dziesięć dni to dużo czasu. Pośród nich są z pewnością dni lepsze i gorsze. Jest jednak wśród nich wyjątkowy i zasadnie godny uznania za najgorszy. Jest to 18 skrywająca pod niewinną pozornie postacią efekt dodawania trzech szóstek a więc liczbę Bestii (Szatana, Antychrysta).

Trudno więc o dzień gorszy w całym kalendarzu. Co gorsza zdają się potwierdzać to fakty. 18 czerwca 1815 miała miejsce Bitwa Pod Waterloo. Co prawda dla niektórych była ona zwycięstwem ale dla tego który ja wydał stała katastrofą kończącą epokę.

Politycy którzy urodzili się 18 czerwca generalnie nie mieli szczęścia. Np. Georgi Dymitrow oskarżony o podpalenie Reichstagu i ostatni „przywódca” Kominternu.

Nie mniej spektakularny jest koniec kariery też urodzonego 18 czerwca dyktatora Węgier w latach 1919-1944 Miklosa Horthy’ego, którego nieudolna próba wyplątania się z sojuszu z Hitlerem latem 1944 okazał się wstępem do katastrofy Węgier w ostatniej fazie wojny, wymordowania większości Żydów węgierskich i zniszczenia dużej części Budapesztu.
Nie można też zapomnieć o Eduardzie Daladierze premierze Francji od 12maja 1938 roku do 20 marca 1940, pod którego rządami Francja wzięła udział w konferencji Monachijskiej akceptującej rozbiór Czechosłowacji a następnie prowadziła „dziwną wojnę”.

W Polsce nie sposób pominąć osławionego „premiera z Krakowa” Jana Marii Rokity występującego pod przydomkiem „Chodząca Katastrofa”.
Chociaż wykracza to poza kontekst ściśle rozumianej polityki nie sposób pominąć tutaj Lecha Grobelnego urodzonego w tego samego 18 czerwca co inny polityk którego postać trwale zrosła się z katastrofą –Lecha Kaczyńskiego.

Gdy idzie o Lecha Kaczyńskiego to warto pamiętać że jego wyjątkowość polegała na tym, iż ani nie odszedł z tego świata ani nie przyszedł nań samotnie.

To właśnie brat Lecha Kaczyńskiego – Jarosław jest problemem. Jego katastrofa jest co prawda zapisana w gwiazdach ale fundamentalny charakter ma pytanie gdzie i kiedy nastąpi i ilu ludzi za sobą pociągnie. Bardzo wątła jest nadzieja, że kaczym upadnie w wyniku erozji władzy po miejmy nadzieję przegranych wyborach prezydenckich latem bieżącego roku a konsekwencje poniosą tracący władzę hunwejbini „dobrej zmiany”.
Jest to zbyt piękne aby było prawdziwe. Problem polega na tym, że Jarosław Polskęzbaw narzucił przytłaczającej większości społeczeństwa konserwatywną perspektywę walki z całym światem i negowania wszystkiego co wiąże się z cywilizacyjnym rozwojem naszego stulecia. Negacja wszystkiego co reorientuje współczesny świat – od przemian obyczajowych do realności katastrofy klimatycznej i konieczności prowadzi polskie społeczeństwo do katastrofy znacznie większej niż wszystkie dotychczasowe.

Nie idzie tutaj o groteskowe inwestycje takie jak przekop Mierzej Wiślanej którego sensem jest powstanie kanału któremu będzie można nadać imię Lecha i Marii Kaczyńskich czy budowę w Baranowie Portu Lotniczego, który nosząc imię swojego inicjatora Jarosława Kaczyńskiego zmarginalizuje Gdański Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy. Problem tkwi znaczne głębiej. Jeżeli na powstać, nowy energooszczędny świat ratujący ludzkość przed katastrofą wymaga on całkowicie nowej, elastycznej i dynamicznej mentalności. Żeby przeżyć trzeba wykroczyć poza to co jest.

Musi powstać alternatywa radykalnie zmieniająca relacje człowieka i środowiska. Polska Jarosława Kaczyńskiego to Polska odporna na wszelkie zmiany, to Polska w ruinie pozostałości tego co oprze się zmianom klimatycznym i katastrofie ekologicznej. W tym sensie gwiazdy mają rację. Jarosław jest „Panem Ruin” a ci Polacy którzy przeżyją katastrofę staną się ich mieszkańcami.

Widmo post liberalizmu? (dwugłos polsko – amerykański)

Można już chyba ocenić, że neo liberalizm przeszedł w niesławie do historii. Sprokurował on dwa globalne kryzysy gospodarcze oraz mnóstwo wojen, nieszczęść i zjawisk patologicznych w świecie, łącznie z obecną pandemią.

Analizując, w ostatnich latach, głosy specjalistów zachodnich (uczonych, publicystów i in.) stwierdzam, że o neo liberaliźmie dyskutuje się coraz mniej, a na jego miejscu lansuje się tzw. post liberalizm.
1.Wprowadzenie ze strony polskiej:
To ma być nowa koncepcja systemowa (ustrojowa) wielkiego kapitału oraz jego zwolenników i rzeczników. Czyli, w zasadzie, nic nowego, bowiem rdzeniem tej niby nowej kategorii jest ciągle stary liberalizm. Z góry można więc przewidzieć, co grozi ludzkości w dalszym ciągu. Zastanówmy się przeto bliżej nad ową staro – nową perspektywą, póki nie jest jeszcze za późno. Wśród znacznej już mnogości tekstów, utkwiły mi w pamięci bardzo ciekawe, reprezentatywne, wręcz prorocze rozważania, których autorem jest red. Ross Douthat, znany publicysta „The New York Times” [1].
Uznałem za stosowne powrócić do tego tekstu i przetłumaczyć go na polski (poniżej), tak aby Czytelnicy mogli zapoznać się bliżej z poglądami młodego acz wybitnego analityka amerykańskiego w tych sprawach. Szczerze powiedziawszy, bardziej wskazane byłoby używanie przezeń pojęcia „post neoliberalizm”, który – merytorycznie i chronologicznie – jest swoistym spadkobiercą nieszczęsnego skrajnego neoliberalizmu a nie klasycznego liberalizmu. Ale, mniejsza o słowa.
Póki co jednak, ta nowa kategoria teoretyczna, a także praktyczna, szczególnie, w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej – nie jest jeszcze w stanie wypełnić niebezpiecznej luki systemowej, jaka powstała na świecie w wyniku totalnego i globalnego fiaska amerykańskiej (reaganomics) i brytyjskiej (thatcheryzm) odmiany neoliberalizmu, jaka została zaaplikowana również w licznych krajach świata, łącznie z Polską, po upadku systemu dwubiegunowego.
Konsekwencją tego fiaska był II wielki kryzys finansowo – gospodarczy, zapoczątkowany w USA, poczynając od roku 2007, a także krach współczesnej globalizacji neoliberalnej i pandemiczne widmo III kryzysu globalnego. Wniosek generalny wynikający z tego jest przygnębiający: w XIX, w XX i w XXI wieku najwięksi myśliciele i najprzebieglejsi przywódcy zachodni nie zdołali wypracować i wdrożyć optymalnego, efektywnego i trwałego systemu (ustroju), odpowiedniego dla poszczególnych krajów i dla całego świata.
Kolejne poronione systemy waliły się jak przysłowiowe domki z kart: prymitywny kapitalizm, liberalizm faszyzm, sowietyzm (kojarzony czasem z tzw. komunizmem) i – wreszcie – neoliberalizm. Każdy taki upadek powodował, w konsekwencji, albo wielki kryzys globalny, albo też wojnę światową. Także skrajny neoliberalizm amerykański doprowadził do analogicznego i tragicznego w skutkach kryzysu. Należy mieć cichą nadzieję, że nie dojdzie do III wojny światowej, która mogłaby oznaczać kres naszej cywilizacji.
Solidnym argumentem uzasadniającym tę nadzieję jest dynamiczny i pokojowy rozwój Chin Ludowych, które mają swój oryginalny system – socjalizm o specyfice chińskiej w nowej erze. Kojarzy on elementy etatyzmu i liberalizmu, interwencjonizmu państwowego i wolnego rynku oraz dążenie do pokojowych, równoprawnych i harmonijnych stosunków międzynarodowych, a także do utworzenia nowego i sprawiedliwego ładu światowego.
Aby ułatwić lekturę i zrozumienie opracowania ww. Kolegi amerykańskiego, przypomnijmy, pokrótce, główne etapy ewolucji klasycznego liberalizmu i neoliberalizmu oraz uzgodnijmy najważniejsze pojęcia i definicje. I tak, termin liberalizm wywodzi się od łacińskiego słowa „liber” – „wolny”.
Liberalizm (klasyczny) jest więc filozofią polityczną i ekonomiczną, czy światopoglądem bazującym na wolności i na równości. Są to wzniosłe ideały, ale – jak uczy doświadczenie historyczne – nigdy i nigdzie nie zostały one w pełni osiągnięte w całym okresie dominacji liberalizmu i neoliberalizmu, nawet w krajach uznawanych za jego pionierów.
Głównymi kanonami liberalizmu były: wolność słowa, religii, rynku, prawa człowieka, równość płci, demokracja społeczna, świeckie rządy, nieskrępowana współpraca międzynarodowa itp.
Genezy liberalizmu należy poszukiwać jeszcze w czasach Oświecenia, kiedy zaczęto negować przywileje dziedziczenia władzy, prymat religii państwowej, monarchię absolutystyczną i boskie atrybuty panujących. Za praojca liberalizmu uważany jest znany brytyjski filozof, John Locke (1632 r. – 1704 r.). Głosił on, że każdy człowiek ma prawo do życia, do wolności i do własności osobistej.
Rządzący nie powinni deptać tych praw. Stosunki pomiędzy rządzącymi a rządzonymi powinny być regulowane i rozwijane na mocy umowy społecznej. J. Locke opracował też teorię wartości pieniądza, która stała się prekursorem XX-wiecznego monetaryzmu (np. Milton Friedman i jego „Chicago boys”).
Na zasadach liberalizmu bazowały też wielkie rewolucje społeczne czasów nowożytnych, jak np. I American Revolution (po wojnie domowej, a może i obecna II rewolucja w czasie pandemii?), rewolucja francuska, a nawet – z początku – rewolucja październikowa w Rosji. Bowiem nadrzędnym celem ich wszystkich było obalenie tyranii. Po tej ostatniej rewolucji i po wkroczeniu Rosji na tory sowietyzacji, nastąpił rozkwit liberalizmu. Poczynając od XIX wieku, systemy liberalne rozprzestrzeniały się w Europie, w Ameryce Północnej i Południowej i in. Jednocześnie, na przeciwstawnym biegunie teoretycznym, systemowym, politycznym, społecznym i ekonomicznym, rozwijał się konserwatyzm (a później – neokonserwatyzm, w czasach neoliberalizmu).
Odmianą liberalizmu klasycznego był liberalizm społeczny, który doprowadził do powstania systemów państwa dobrobytu (welfare state) w wielu krajach świata (np. w Skandynawii, w Niemczech, w Szwajcarii i in.). Później jednak systemy te poupadały wskutek perturbacji kryzysowych, dysproporcji społecznych, napięć międzynarodowych i braku środków na sowite świadczenia socjalne.
W sferze ekonomicznej, liberalizm lansował tzw. klasyczną (swobodną) gospodarkę rynkową, wolny handel, leseferyzm władzy (laissez-faire, czyli zgoda na swobodne działania rządzących, producentów i konsumentów – czyli: „róbta, co chceta”); ale to nie do końca jest tak, bowiem nawet w liberalizmie sroży się interwencjonizm i terroryzm państwowy, wymuszający na obywatelach posłuszeństwo wobec rządzących i potrzebny im tzw. pokój społeczny.
A przecież liberalizm zakładał minimalizację interwencjonizmu państwowego, ograniczenie skali poboru podatków oraz równowagę budżetową. Wieszczami i promotorami takiej wersji liberalizmu byli wybitni myśliciele, jak np.: – Adam Smith (1723 r. – 1790 r.), który był zdecydowanym zwolennikiem „niewidzialnej ręki rynku”, leseferyzmu kapitalistycznego oraz tezy, że wolny handel służy utrzymaniu pokoju między narodami, – Jeremy Bentham (1748 r. – 1832 r.), – John Stuart Mill (1806 r. – 1873 r.) i in. Ten ostatni lansował, zwłaszcza, tzw. liberalizm demokratyczny.

Takoż to pojmowany i realizowany liberalizm doprowadził, w końcu, do wielkiego kryzysu globalnego z przełomu lat 20-tych i 30-tych XX wieku. To był jednocześnie kres owego liberalizmu. Już wtedy „niewidzialna ręka rynku” na nic się nie zdała.
Odpowiedzią nauki na kryzys były nowe teorie i koncepcje polityczne i ekonomiczne, które znalazły (chyba) najdobitniejszy wyraz w pracach John’a Maynard’a Keynes’a (1883 r. – 1946 r.), w szczególności, w jego sztandarowym dziele pt. „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”.
Autor rozwinął i uzasadnił teorię interwencjonizmu państwowego, pełnego zatrudnienia, liberalizmu społecznego i państwa dobrobytu. Pomysły J.M. Keynes’a zostały najpierw zrealizowane, z niemałym powodzeniem, w USA, przez prezydenta Franklin’a D. Rosevelt’a (1882 r. – 1945 r.); był to sławetny New Deal (Nowy Ład), w którym stosowano szeroko metodologię interwencjonizmu państwowego; a następnie – w Wielkiej Brytanii, po zakończeniu
II wojny światowej.
Jednak odejście od keynesizmu nastąpiło dość szybko – w przypadku USA, za prezydentury Ronalda Reagana (1911 r. – 2004 r.), a w Wielkiej Brytanii – podczas premierostwa Margaret Thatcher (1925 r. – 2013 r.). Działo się to w latach 80-tych XX wieku.
Przywódcy ci (oraz inni – ich śladem) porzucili teorie keynesowskie (szczególnie interwencjonizm państwowy) i ukierunkowali swe państwa i gospodarki w stronę najbardziej wulgarnej wersji liberalizmu, zwanej neoliberalizmem. Jego korzenie sięgają jeszcze XIX wieku oraz ww. leseferyzmu i liberalizmu ekonomicznego. Uczony niemiecki, Alexander Ruestow, jako pierwszy, użył terminu „neoliberalizm” jeszcze w 1938 r. System ten charakteryzuje się: maksymalną prywatyzacją, finansowym zaciskaniem pasa, deregulacją gospodarki, wolnym handlem, „niewidzialną ręką rynku”, umocnieniem sektora prywatnego w gospodarce, ze szkodą dla innych form własności, ideologią pieniądza i zysku, dehumanizacją, neoliberalną
globalizacją itp.
W naszych czasach, kulminacja neoliberalizmu nastąpiła w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. Poza USA, UE i innymi krajami, koncepcje neoliberalne stosowane były w praktyce w… Chile, w latach 1973 – 1990 (dyktatura gen. Augusto Pinochet’a; ur. w 1915 r., zm. w 2006 r.). W sumie, neoliberalizm trwał, w zasadzie, do początku XXI wieku. Traktowano go jako swoistą „trzecią drogę” pomiędzy liberalizmem a sowietyzmem.
Głównymi teoretykami neoliberalizmu oraz fanatykami wolnego rynku i monetaryzmu byli: Friedrich von Hayek (1899 r. – 1992 r.) oraz Milton Friedman (1912 r. – 2006 r.) i jego szkoła myśli neoliberalnej, tzw. „Chicago boys”. Normy wolnego rynku, prywatyzacji, deregulacji, globalizacji itp. zostały doprowadzone do niebywałych rozmiarów i do skrajności, faktycznie do absurdu.
Ale sama niewidzialna ręka rynku nie tylko nie regulowała i nie równoważyła gospodarki, lecz powodowała w niej coraz większy chaos i dysproporcje. Jednak, gdy w USA, w bastionie skrajnego neoliberalizmu, II wielki kryzys globalny zajrzał ludziom w oczy, władze zastosowały natychmiast wypróbowane instrumenty interwencjonizmu państwowego (miliardowe dotacje dla wielkich banków, towarzystw ubezpieczeniowych i koncernów – „za dużych, żeby zbankrutować”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia państwowe, militaryzacja gospodarki, nowe technologie, także kosmiczne itp.).
Upadek neoliberalizmu, podobnie jak poprzednich poronionych „systemów” wymyślonych na Zachodzie, oznacza jednocześnie swoisty tryumf i nawrót do keynesizmu.
Nastąpiła w neoliberalizmie bezprecedensowa dehumanizacja życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Człowiek został pozostawiony sam sobie oraz pozbawiony pomocy i opieki ze strony państwa. Mottem tych czasów było: „radź sobie sam, jak potrafisz”.
Rzecz jednak w tym, że większość społeczności i obywateli nie potrafiła uporać się samodzielnie ze swymi potrzebami i problemami. Pogłębiło to znacznie zjawiska patologiczne – biedę, bezrobocie, korupcję, złodziejstwo, zadłużenie i in., czego sytuacja w Polsce jest, niejako, „klasycznym przykładem”.
Ponadto, zdestabilizowało to kompletnie gospodarstwo światowe i gospodarki licznych krajów oraz doprowadziło, w efekcie, do ww. II wielkiego kryzysu globalnego. Obciąża on poważnie sumienia i konta skrajnych neoliberałów, szczególnie
amerykańskich.
I tak, dochodzimy do post liberalizmu (w ujęciu autora amerykańskiego), czy do post neoliberalizmu (w moim rozumieniu). Koncepcja ta pojawiła się w latach 90-tych XX wieku, a obecnie jest ona efektem dość nerwowej i gorączkowej reakcji pokrzywdzonych na II kryzys globalny oraz poszukiwania dróg wyjścia z nowej sytuacji kryzysowej. Póki co, nie ma jeszcze zbyt wielu wybitnych myślicieli i teoretyków post liberalizmu, choć uczeni tej miary, jak Thomas Piketty i Naomi Klein cieszą się niemałym uznaniem w świecie. Nie wiadomo, czy post liberalizm wytrzyma próbę bardzo trudnych czasów? Wygląda bowiem na to, że jest to marna namiastka – z braku poważniejszego lekarstwa systemowego i antykryzysowego (np. innowacyjna społeczna gospodarka rynkowa) wobec współczesnych bolączek naszej cywilizacji. W każdym razie, post liberalizm w swym obecnym kształcie, nie jest jeszcze racjonalną, optymalną i perspektywiczną alternatywą wobec skrajnego neoliberalizmu, który ciągle wegetuje i szkodzi nadal tu i ówdzie.
Główne założenia post liberalizmu są następujące: zwiększenie roli państwa w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym, czyli interwencjonizmu państwowego, renacjonalizacja („sprywatyzowanych”) przedsiębiorstw i banków (nawet w Polsce przebąkuje się o ich „repolonizacji”), redystrybucja dochodów z myślą o poprawieniu bytu obywateli najgorzej sytuowanych oraz o likwidacji biedy i wykluczenia. Jednym z kluczowych postulatów post liberałów jest uwolnienie się od jarzma tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” [2], szczególnie tych państw, którym nałożono owe jarzmo. Jest już niemało zastosowań praktycznych tych koncepcji, szczególnie, w Ameryce Łacińskiej. Np. przemiany tego rodzaju zostały dokonane w Wenezueli (za czasów prezydentury Hugo Chavez’a), w Boliwii (Evo Morales) i w Ekwadorze (Rafael Correa). Nastąpiła renacjonalizacja całych kluczowych branż gospodarki, np., wydobycia ropy naftowej, kopalnictwa i in. Jednak proces odchodzenia od szaleństwa neoliberalnego oraz likwidacji szkód i strat spowodowanych przez nie, będzie, zapewne, długotrwały i bolesny. Nawet w Polsce zauważalne są pewne przebłyski post liberalne (repolonizacja, rehumanizacja, zwiększenie roli państwa – etatyzmu, walka z korupcją, ze złodziejstwem i in.). Ale to nie wystarcza, bowiem niezbędne jest jak najszybsze i całkowite wyrwanie się RP z okowów systemu neoliberalnego oraz wkroczenie na drogę autentycznej demokracji społecznej i takiejże innowacyjnej społecznej gospodarki rynkowej.
W swoim ciekawym opracowaniu (poniżej), red. Ross Douthat ukazuje obiektywnie acz beznamiętnie współczesne przejawy i formy post liberalizmu – z amerykańskiego punktu widzenia. To zrozumiałe i normalne. Ciekawsze byłoby, natomiast, zaprezentowanie tego zjawiska w szerszej skali – kontynentalnej czy nawet globalnej. Co więcej, autor nie podaje przyczyn pojawienia się tej nowej koncepcji, zwłaszcza, tego, dlaczego ona powstała, skoro neoliberalizm był, rzekomo, tak „znakomity i niezastąpiony”, zdaniem jego autorów, promotorów i wykonawców? Dopiero po pewnym czasie możliwe będzie sporządzenie bilansu ogromu szkód i strat, jakie poniosła cała nasza cywilizacja w wyniku perfidnych manipulacji i bezprecedensowego oszustwa historycznego neoliberałów oraz USA i całego Zachodu, którego kolejna koncepcja systemowa okazała się groźnym i bardzo kosztownym niewypałem.

Przypisy:
[1]. Autor opracowania urodził się 28 listopada 1979 r., w San Francisco. Obecnie mieszka w Waszyngtonie. Jest absolwentem Uniwersytetu Harvard. Przeszedł na katolicyzm; szanowany bloger i publicysta „The New York Times”
;

[2]. konsensus waszyngtoński – to pomysł zaprezentowany najpierw przez brytyjskiego ekonomistę John’a Williamson’a, w pamiętnym roku 1989, a następnie zatwierdzony i realizowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i Ministerstwo Skarbu USA. Konsensus zawiera 10 zasad neoliberalnych (prywatyzacja, deregulacja, wolny rynek itp. itd.), których realizacja była wymagana, szczególnie, od krajów rozwijających się dotkniętych kryzysem – jako warunek uzyskania paskarskich kredytów od ww. międzynarodowych instytucji finansowych. Wymagania takie postawiono również Polsce, przy jej przechodzeniu „ze Wschodu na Zachód” i dziesiątkom innych krajów. Np., w Boliwii realizacja norm konsensusu waszyngtońskiego doprowadziła do katastrofy gospodarczej. Inflacja przekroczyła 2.500%! Za 1 kg chleba płaciło się walizkę pieniędzy. Nawet ich druk był tak nieopłacalny, że – chwilę po wydrukowaniu – waluta krajowa (boliviano) traciła natychmiast na wartości.
2.Wprowadzenie ze strony amerykańskiej:
Pośród post liberałów (tytuł oryg.: „Among the post-liberals”).
System zachodni – liberalny, demokratyczny, kapitalistyczny – pozostawał, w zasadzie, niekwestionowany od wewnątrz przez całe dziesięciolecia, bowiem jego rywale ideologiczni zostali zdyskredytowani lub okiełznani (unieszkodliwieni). Marksiści wycofali się do swych warowni akademickich, faszyści zajmowali się swymi ogłoszeniami internetowymi, zaś chrześcijaństwo zachodnie zaakceptowało pluralizm oraz porzuciło marzenia o powiązaniach tronu i ołtarza.
Jednakowoż, słabe strony systemu liberalnego nie zanikły. Wprawdzie zapewnił on pokój, ład (porządek) i dobrobyt (pomyślność), ale jednocześnie osłabił siły z okresu poprzedzającego liberalizm – plemienne, rodzinne i religijne, które spełniają lepiej niż kapitalizm konsumencki podstawowe potrzeby ludzkie, takie jak: tęsknota za honorem (godnością), dążenie do wspólnoty i pragnienie nadziei metafizycznych.
Choć przytłumione, ale nie wyeliminowane przez większą równość społeczną i przez wzrost PKB, potrzeby te przetrwały w dalszym ciągu. Niemniej jednak, konsensus liberalny okazał się nadspodziewanie prężny (wytrzymały), nawet w warunkach marnego rządzenia sprawowanego przez elity. Ani zamach z dnia 9 września (2001 r., w Nowym Jorku – tłum.), ani wojna w Iraku ani też, jak się początkowo wydawało, zwiastowanie przez ów konsensus kryzysu finansowego, nie zaszkodziło mu w sposób znaczący.
A tu nagle konsensus napotyka na opór. Jego politycznym wyrazem jest gniewny nacjonalizm oraz rewolta mas zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak też w Europie. Jednakże, jeszcze ważniejsze wydarzenia dzieją się w kołach intelektualistów, w których wielu młodszych badaczy uważa konsensus liberalny za coś, co powinno zostać zaniechane albo wręcz odrzucone, a nie reformowane lub przemyślane (przetworzone) ponownie.
Jeszcze wcześniej pisałem o niektórych spośród owych pomysłów, wszakże niniejsze wzbogacenie (unacześnienie) moich tekstów może okazać się pożyteczne. Pierwsza spośród szkół post liberalnych może zostać określona mianem którzy stanowią konstelację myślicieli lewicowych, dla których odżywają ponownie marzenia marksistowskie. W czasopismach ideologicznych, na wzór jakobinów czy n+1 (to nazwa amerykańskiego czasopisma literackiego, wydawanego w Nowym Jorku, drukiem i w wersji elektronicznej. Na jego łamach publikowane są teksty na tematy polityczne, społeczne, kulturalne i in. – tłum.) oraz w tyglach polityki protestu (protestów politycznych) myśliciele owi usiłowali wypracować jednorodną krytykę liberalnego ładu kapitalistycznego w oparciu o różnorodne kryteria: rasizm i seksizm strukturalny, zmiany klimatyczne, nierówność ekonomiczna i in.
Nie pojawiła się jeszcze wspólna pełnowymiarowa platforma jednocząca poglądy takich uczonych, jak Thomas Piketty, Naomi Klein czy Ta-Nehisi Coates (amerykański myśliciel, pisarz i dziennikarz, korespondent „The Atlantic” – tłum.). Jednakowoż, zróżnicowanie frakcyjne lewicy, jej skomplikowane spory na tle rasowym, seksualnym i klasowym kryją w sobie energię, której najwyraźniej brakuje w miarę zbliżania się do centrum neoliberalnego. Ponadto, lewicowcy są przepełnieni gniewem (złością) w stosunku do procedur neoliberalnych, skłonnością do czystek i rozliczeń oraz wolą wytyczenia szlaku do znacznie doskonalszej sprawiedliwości niż ta, którą wytworzył ład powstały po zakończeniu „zimnej wojny”.
Illiberalizm (antyliberalizm) tych nowych radykałów znajduje swe przeciwieństwo lustrzane w postaci „nowych reakcjonistów”, będących ugrupowaniem ustosunkowanym sceptycznie wobec demokracji, egalitaryzmu i podziwu dla ładu bardziej zhierarchizowanego oraz wobec dążeń zmierzających do obalenia status quo na Zachodzie.
Podobnie, jak po stronie lewicy, również wśród prawicy brak jest, jak do tej pory, określonego programu reakcyjnego; zaś ta neoreakcja (nowa reakcja) prezentuje się też rozmaicie w zależności od tego, czy utożsamia się ją z nacjonalizmem białych, wywodzącym się z tradycyjnej prawicy, z kąśliwym pesymizmem europejskim Michel’a Houellebecq’a, czy też z techno-utopijnymi pomysłami takich postaci z Silicon Valley, jak Peter Thiel.
Wszakże owa różnorodność, sama przez się, oznacza, że nowa reakcja oddziaływuje na środowiska nie tylko przeciwników ćwierkania w internecie, czy na nosicieli transparentów trumpowskich. Bowiem ideologia reakcyjna dociera z wolna do głównego nurtu prawicy; przypadek intelektualistów popierających Trumpa świadczy o wąskiej, ale wymownej ścieżce wiodącej do „zmiany ustroju (rządów) w kraju”. Co więcej, reakcjoniści spotykają się z odzewem w takich branżach, jak przemysły techniczne, wśród których konserwatyzm głównego nurtu posiada obecnie niewielki wpływ; bowiem, (jak to bywało w apogeum faszyzmu) nowa reakcja wykazuje nostalgiczny stosunek do hypermodernizmu, będącego panem w służbie transhumanizmu oraz wyraża wątpliwości odnośnie do równości ludzi, lecz za to marzy o podróżach kosmicznych i o A.I. (A.I. = artificial intelligence = sztuczna inteligencja, komputerowa – tłum.).
I wreszcie, występuje trzecie ugrupowanie post liberałów, mniej wybitne, ale jednak znaczące pod względem kulturalnym; a mianowicie: odszczepieńcy (dysydenci) religijni. Są nimi chrześcijanie zachodni, szczególnie ci, którzy uważają, iż zarówno liberalny, jak też neokonserwatywny styl uprawiania polityki chrześcijańskiej okazał się poronionym doświadczeniem (eksperymentem); nieudanym, bowiem, oba te style poszukiwały (zmierzały do) pojednania z orientacją liberalną wyznającą tolerancję, co stanowi pożywkę dla materializmu i niewiary (ateizmu). Niektórzy spośród owych odszczepieńców (dysydentów) religijnych rozważają poczynienie taktycznego kroku wstecz od modernizmu (nowoczesności) liberalnej, co byłoby świadectwem elastyczności subkulturowej w stylu ortodoksyjnych Żydów, Mennonitów czy Mormonów. Jednakże, pozostali (dysydenci) są zainteresowani dalszą ofensywą. W moim własnym kościele, część młodego pokolenia wygląda na rozczarowaną polityką kościoła katolickiego po Soborze watykańskim II-gim i skłania się raczej ku odrodzeniu integralności katolickiej bądź ku socjalizmowi katolickiemu spod znaku Tradinistów (Tradinista! – to ugrupowanie katolickiej młodzieży socjalistycznej w USA – tłum.). Obydwa te ugrupowania religijne potwierdzają „społeczny majestat (panowanie)” Jezusa Chrystusa, co jest twierdzeniem uderzającym do żywego w nowoczesny ład liberalny.
Pragnę zaznaczyć, że obydwa te ugrupowania mają bardzo marginalne znaczenie. Jednak, podobnie jak radykałowie i neoreakcjoniści, dysponują one energią, jakiej nie posiadają główne nurty ideologiczne. Ponadto, wszystkie trzy tendencje post liberalne współgrają z różnymi aspektami populizmów grasujących w polityce zachodniej, tzn.: z radykałami Bernie Sanders’a i Jeremy Corbyn’a, z partiami Podemos i Syriza, z neoreakcjonistami Trump’a, Brexit’u i Le Pen’a, z integrystami katolickimi i z promotorami zwrotu na prawo w Europie Wschodniej.
Zapewne, ich ideologia jest rzeczywiście niebezpieczna w odniesieniu do ładu, który uważamy za dany na Zachodzie. Bądź też, w zależności od rozwoju sytuacji, mogą oni przynieść określony pożytek, bowiem rozkwit cywilizacji liberalnej był często uzależniony od sił, których nie mógł wyłonić zwykły tryb (ład) proceduralny oraz od radykalnych i religijnych poprawek w stosunku do spłaszczonego (wygładzonego) wizerunku życia człowieczego.
Kiedy, więc, owych poprawek nie staje, cały system staje się dekadencki (schyłkowy). Zaś, kiedy poprawki pojawiają się ponownie, to najlepiej jest wyciągnąć z nich wnioski – bowiem, w przeciwnym razie, kolejna korekta będzie gorsza.

Ross DOUTHAT
tłum. Sylwester SZAFARZ


Źródło: „International New York Times”, z dnia 10.10.2016 r., str. 9.

Nędza zamiast emerytury

Spełnił się mokry sen polskich neoliberałów, zmierzających do oszczędzania kosztem najsłabszych i maksymalizowania zysków tych, którzy już są zamożni. Zbiegło się działanie reformy emerytalnej i forsowanie umów śmieciowych. Już niedługo starzy ludzie, jeśli nie pomoże im rodzina, będą umierać na ulicach i koczować w ośrodkach pomocy społecznej.

Minimalna emerytura obecnie w Polsce wynosi 1000 złotych netto. I choć to więcej niż minimum egzystencji, za progiem którego pojawia się zagrożenie życia, to już mniej niż minimum socjalne, poniżej którego pojawia się zagrożenie tzw. strefą niedostatku. W każdym razie nie trzeba nikogo przekonywać, że za minimalną emeryturę
nie sposób żyć godnie.

Co gorsza, jak wykazały badania, obecnie emeryturę niższą od minimalnej pobiera 333,4 tysiąca Polaków. To z kolei oznacza, że od 2011 roku liczba ludzi pobierających takie właśnie emerytury zwiększyła się czternastokrotnie (!). Warto podkreślić, że nie chodzi tutaj o świadczenia mniejsze od minimum o kilka czy kilkanaście złotych, odnotowano w Polsce przypadki, kiedy emerytury wynoszą od kilkudziesięciu groszy do kilkunastu złotych.

Będzie jeszcze gorzej, ponieważ właśnie zaczynamy jako państwo i społeczeństwo zbierać owoce neoliberalnej reformy emerytalnej i nacisk na zatrudnianie pracowników na nieoskładkowane umowy śmieciowe.

W 2017 r. na umowach cywilnoprawnych, z których nie odprowadzano składek na przyszłą emeryturę pracowało aż 4,6 mln ludzi. Badania pokazują, że obietnice polityków o zmniejszaniu liczby tych umów nie są dotrzymywane. A zatem w przyszłości będzie przybywać ludzi bez prawa do minimalnej emerytury. W 2030 będzie ich około 641 tysięcy, przewiduje Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Bez systemowych rozwiązań, których rządzący nie mają – problem ten może stać się jednym z najpoważniejszych dla państwa.

Rozważania o hołocie

Jesteśmy dumnym narodem, wstajemy z kolan, ale nie wszyscy. Chamska hołota to nowe określenie pewnej grupy społeczeństwa. Zaczęło się, wiele lat temu, od słynnego „spieprzaj dziadu” i nie powiedział tego prezes. Po drodze był gorszy sort, złodzieje, kwik odrywanych od koryta, itp.

Na to, kto jest hołotą, a kto patriotą czy dumnym narodem nie ma zgody w społeczeństwie.. To oceny na użytek polityczny, bardzo subiektywne i dzielące społeczeństwo.

W PRL była klasa robotniczo-chłopska i inteligencja. Ponieważ zarobki robotników i inteligencji były porównywalne, sojusz funkcjonował bez większych problemów. Po 1990 roku rozpadła się klasa robotnicza, a inteligencja zmarniała i stała się w neoliberalnym kraju niepotrzebna. Pieniądz zaczął wyznaczać status społeczny. Choć wszyscy go pożądali nie wszyscy go mieli pod dostatkiem. Zaczął tworzyć się podział na biednych i bogatych, choć to też jest dość względne.

Po 2015 roku wprowadzono podział na biedny, dumny naród i bogatą, chamską hołotę. Ile jest których, nie wiadomo. I którzy są dumnym narodem, a którzy hołotą, to też ocena bardzo indywidualna. Wiadomo natomiast kto te podziały wprowadza. Wiadomo także, że tak skłóconego społeczeństwa od wielu, wielu lat nie było.

I na koniec. Już sam nie wiem. Czy jestem dumnym narodem czy hołotą, a może jednym i drugim po trosze. Prezes na pewno siebie do hołoty nie zalicza, uznaje sie za creme de la creme dumnego narodu, ale to tylko jego subiektywna ocena.

Neoliberalizm rodzi faszyzm

Poszukiwania winowajców odpowiedzialnych za wzrost znaczenia skrajnej prawicy trwają. W jednym z ostatnich artykułów Bartosz Migas oskarżył o to polską klasę średnią. Nie jest to pogląd nowy i dość często spotkamy się w Polsce z radykalną krytyką „średniaków”. Tyle, że redukowanie problemu prawicowej hegemonii do prymitywnie rozumianej kwestii klasowej to błąd i ślepa uliczka.

Nie tylko dlatego, że różne klasy mogą dysponować różnymi ideologiami, ale i z uwagi na to, że w Polsce klasa średnia w zasadzie nie istnieje. A neoliberalizm idzie w poprzek wszystkich klas społecznych.

W naukach społecznych klasa średnia tradycyjnie utożsamiana jest albo z wolnymi zawodami, albo identyfikowana przez stosunkowo wyższy przeciętny dochód, który powinien gwarantować jej stabilność. W obu wypadkach polska „klasa średnia” albo nie istnieje, albo jest wyraźnie spauperyzowana. W Polsce większość przedstawicieli wolnych zawodów to ludzie bez większych oszczędności, którzy żyją często gorzej i biedniej nawet od robotników wykwalifikowanych. Dość wspomnieć, że zgodnie z badaniami Polskiego Instytutu Ekonomicznego mediana dochodu rozporządzalnego netto przypadająca na pojedynczego członka gospodarstwa domowego z tzw. polskiej „klasy średniej” to tylko 2500 złotych.

Ujmując rzecz wprost: Polska i jej biedakapitalizm nie dorobiły się stabilnej klasy średniej. Członkami „klasy średniej” nie są ludzie, którzy nie mają żadnych oszczędności, żyją od wypłaty do wypłaty, a jedynym ich wyróżnikiem jest posiadane przez nich wyższe wykształcenie.

Polski system gospodarczy dzieli ludzi na biednych pracujących różnej skali oraz na różnego typu właścicieli i beneficjentów kapitalizmu. To nie Wielka Brytania lub Francja. Wspierający Platformę Obywatelską, czy Konfederację czynią więc tak głównie ze względu na uwarunkowania ideologiczne i polityczne, a nie z uwagi na swą utrwaloną pozycję klasową. Tymczasem głównym czynnikiem tworzącym i umacniającym skrajną prawicę jest totalna hegemonia neoliberalizmu, którą szczególnie umocnił w Polsce rząd Platformy Obywatelskiej. I dlatego też wyborcom KO jest dziś tak zaskakująco blisko do poglądów reprezentowanych przez Konfederację, a niektórzy politycy PO rozważają już przyszłe koalicje. Konfederacja żyje właśnie z tego, co wtłoczono społeczeństwu polskiemu do głów za czasów panowania polskich neoliberałów i jest jej politycznym dzieckiem. Pewna współpraca wydaje się więc być nieuchronna: zwłaszcza, że PO zatraciła już wszelki swój krytyczny wydźwięk i jej kadry okazały się zaskakująco słabe.

Gruntowna niechęć do państwa, ocenianie praw socjalnych jako bezprawnych roszczeń; nazywanie socjalizmem każdej aktywności ze strony państwa; wrogość do podnoszenia jakichkolwiek podatków; utożsamianie się z interesem najbogatszych; patrzenie i myślenie o sobie, jako o drobnym przedsiębiorcy będącym mikro-firmą; ślepa wiara w wolny rynek i homo oeconomicusa. To wszystko cechy ideowe wprowadzone i ugruntowane w Polsce przez Donalda Tuska oraz poprzedzających go neoliberalnych doktrynerów. Nic dziwnego, że wychowani na tych dogmatach ludzie widzą świat tak, jak widzi go Leszek Balcerowicz, Milton Friedman, czy (obecnie modniejszy wśród młodzieży) Sławomir Mentzen. Jednoczesny zwrot ku głębszej religijności i mocniejszemu konserwatyzmowi to kolejny efekt politycznych decyzji polskich „liberałów” – to oni umocnili w Polsce kościół katolicki, to oni wprowadzili kult Żołnierzy Wyklętych i wylansowali antykomunizm, a także to oni powstrzymywali przemiany obyczajowe, opowiadając się za regułami kreowanymi przez kler oraz kurię.

Próba analizy konfliktu politycznego w Polsce w oparciu o sam kontekst klasowy nie zda się na nic jeśli nie weźmiemy pod uwagę czynnika hegemonii kulturowej. Bo walka klas w III RP oznacza przede wszystkim kompletną dominację wartości burżuazyjnych we wszystkich polskich mediach. Czy to Trójka, TOK FM, czy TVP1… Kapitalizm JEST święty, a socjalizm JEST zły. „Spór” toczy się tylko o to, kto jest większym komuchem.

Tak jest praktycznie od trzydziestu lat. Dzięki pełnemu opanowaniu kultury nawet język protestu przyjmuje w Polsce zazwyczaj wartości kapitalistyczne i najczęściej atakowane jest państwo, które utożsamia się z socjalizmem. Sytuacji tej nie starała się zmienić nawet lewica, której politycy w zdecydowanej większości nauczyli się żyć na rzecz liberalnych mediów: wypełniają tym samym specyficzną niszę skandalistów obyczajowych, ale są też tępieni przy każdej poważniejszej próbie zaproponowania ekonomicznej alternatywy.

To, że w Polsce politycznie o praktycznie wszystkim decyduje prawicowa hegemonia ideologiczna wyraźnie wychodzi na jaw np. przy okazji ostatnich danych z Europejskiego Sondażu Społecznego[1]. Klasa średnia ma niejedno oblicze. W wielu państwach jest też buforem antykapitalistycznym. Identyfikowanie jej wyłącznie z prokapitalistycznymi postawami jest błędne: interesem samodzielnych średniaków w równym stopniu może być wspieranie bogatych i istniejącego porządku, jak też naciskanie na bogatych razem z biednymi, by nie została im odebrana ich część kapitalistycznego tortu. Klasa średnia (jeśli już mamy z nią do czynienia) zazwyczaj unika przy tym skrajnie neoliberalnych postaw: znaczna jej część to przecież beneficjenci budżetu: żyjący z podatków. Tymczasem w Polsce znaczna część społeczeństwa żyje w fałszywym przekonaniu, że są reprezentantami lub kandydatami do klasy właścicielskiej i że wszelkie bogactwo bierze się z marginalizacji wpływu państwa na gospodarkę. To kraj wyimaginowanych kapitalistów i właścicieli, którzy nimi nie są. Mamy tu do czynienia bardziej z klasami wyobrażonymi niż rzeczywistymi: właścicielami ad hoc są w Polsce prawie wszyscy i tylko część budżetówki, zorganizowanej klasy pracującej i twardy elektorat lewicy, część rolników oraz właściwi kapitaliści znają swe rzeczywiste położenie klasowe. Cała reszta (i zwłaszcza znaczna część ludzi pracy) poi się zaś z neoliberalnego wodopoju i walczy z państwem oraz podatkami, bo te właśnie byty w słowniku neoliberalnym utożsamiono z „socjalizmem”. To właśnie względny niedostatek i bieda stoją też u źródła dużej nieufności wobec mechanizmów pomocowych państwa. I w obecnej sytuacji, kiedy PiS posługuje się nieskutecznymi narzędziami socjalnymi, znaczna część społeczeństwa jeszcze bardziej traci zaufanie w stosunku do państwa i jego mechanizmów redystrybucyjnych.

Myślenie o ideologiach, jako o bezpośrednich rozwinięciach ekonomicznej pozycji klasowej jest w związku z tym błędne. Nawet sam Friedrich Hayek ubolewał, że znaczna część kapitalistów sprzeciwia się jego doktrynie i nie chce „państwa minimalnego”. Nie wszyscy właściciele są ze sobą zgodni. W przypadku poparcia dla neoliberalizmu kluczowe pozycje często zajmują właśnie drobni przedsiębiorcy. To oni – co zauważył zarówno Oskar Lange, jak i John Kenneth Galbraith – nie widzą większych zalet państwa, gdyż jako drobni właściciele bliżej z nim nie współpracują i nie czerpią zysków z giełdy, czy np. militarnej aktywności państwa. Wizja „zmowy wielkiego biznesu i państwa” przeciwko „nam, drobnym i uciskanym przedsiębiorcom” bierze swoje źródło właśnie tutaj. A czego nie ma w Polsce? Właśnie wielkiego biznesu, wielkiej giełdy, współpracującej z biznesem prężnej armii, czy polskich korporacji!

Za druzgocącą większość poglądów i stanowisk kapitalistycznych odpowiadają w Polsce reprezentanci drobnego biznesu, którzy w sposób naturalny stali się najczęstszymi reprezentantami i adresatami miejscowej neoliberalnej hegemonii – wyhodowanej przy ogromnej współpracy ze strony neoliberalnych partii.

Wielki biznes nie jest jednak wcale jakimś zakładnikiem państwa opiekuńczego i jego naturalnym obrońcą. Zdarza się, że popiera on współpracujące z nim państwo i jego polityki, ale gdy tylko widzi okazję, to również opowiada się za wolnorynkowymi reformami i wspiera demontaż funkcji opiekuńczych, które uprzednio wspierał tylko dlatego, że bał się zorganizowanego oporu ze strony bojowo nastawionej klasy pracującej. A gdzie jest opór klasy pracującej w Polsce? Poza nauczycielami i kilkoma innymi grupami zawodowymi zorganizowane protesty praktycznie w ogóle się nie pojwiają. Bardziej radykalne od starań milionów ludzi pracy protesty zorganizowała tu setka zradykalizowanych drobnych właścicieli. I zrobiła to właśnie dlatego, że czuje się w Polsce bardzo pewnie, i wzmacnia ją dominująca neoliberalna hegemonia.

Wrogami „biurokracji” i „biurokratycznej symbiozy” państwa z wielkim (zwłaszcza obcym) biznesem są przede wszystkim drobni właściciele. A ponieważ polski kapitalizm jest rozdrobniony i to oni stanowią większość klasy kapitalistycznej, to do nich należy też ostatnie słowo. Tymczasem krytyka kapitalizmu jest w Polsce tak silnie napiętnowana, że wręcz niemożliwa. Zanim jakąkolwiek winą obarczy się drobnych właścicieli lub polityków narzucających neoliberalizm to wcześniej oskarżone o triumf skrajnej prawicy zostaną wszelkie inne byty. Począwszy od klasy średniej, a skończywszy na „ciemnych” masach ludowych. W praktyce transklasowi wyznawcy neoliberalizmu patrzą na świat po prostu tak, jak zostali ukształtowani. Myślenie społeczne w kraju bez rewolucji i antysystemowych narracji jest myśleniem pochodzącym od państwowych wychowawców i edukatorów. A tymi byli i są neoliberałowie, i ich kapitalistyczni mocodawcy.

Dlaczego teraz drobni przedsiębiorcy protestują i to praktycznie jako pierwsi? Ponieważ to właśnie drobni właściciele żyją często z miesiąca na miesiąc i to ich pandemiczny kryzys dotyka zdecydowanie bardziej. Dlatego to ich (a nie najbogatszych) znajdziemy na czele protestów. Dekady intensywnej neoliberalnej propagandy uczyniły też z drobnych właścicieli najlepiej zintegrowaną klasę w sobie i dla siebie spośród wszystkich istniejących. Desperacja tych drobnych właścicieli jest też najważniejszym paliwem dla Konfederacji i całej skrajnej prawicy, która widzi świat dokładnie takim, jakim chcieliby go uczynić drobni przedsiębiorcy. Ta desperacja udziela się też pracownikom, którzy w Polsce sami na siebie patrzą, jak na drobnych, „samozatrudnionych” przedsiębiorców.

Utopia małomiasteczkowego świata małych firemek, wolnej konkurencji bez korporacji, monopoli i bez państwa to utopia drobnych właścicieli, którzy nie odnajdują się już w nowoczesnym, kapitalistycznym świecie dużych firm, silnych państw i coraz bardziej masowej produkcji. Z tego też względu walka z socjalizmem jest dla skrajnej prawicy i jej kapitalistycznego zaplecza faktycznie tym samym, co walka z dużym i silnym państwem. Zarówno jedno, jak i drugie może oznaczać zagładę dla świata drobnych firm – choć w praktyce to czuły socjalizm obszedłby się z nimi znacznie łagodniej niż bezwzględny korpokapitalizm, który triumfuje w tej chwili.

Aby mógł zatriumfować prawdziwy neoliberalizm należy cofnąć czas i przywrócić erę mikrowłasności. A tego nie da się zrobić bez uprzedniego rozprawienia się z globalizacją (Unią Europejską), obcymi korporacjami, czy postępem obyczajowym i wyzwoleniem kobiet. Neoliberalizm i konserwatyzm to małżeństwo konieczne, nie tylko z rozsądku.

Skrajnie prawicowa ideologia jest nierozerwalnie związana z doktryną neoliberalizmu. Jest tak dlatego, że wartości, które stoją za drobnym właścicielem stoją w sprzeczności z wartościami klasycznego liberalizmu. Nieprzypadkowo Mises twierdził, że współcześni liberałowie to tak naprawdę „umiarkowani socjaliści”. Dla ojców libertarianizmu i neoliberalizmu istnienie propaństwowych kapitalistów było prawdziwą zmorą. Ci teoretycy usiłowali tworzyć wizje globalnego ładu społecznego, natomiast większość reprezentantów wielkiego kapitału lekceważyła ich filozofię, ponieważ wielki kapitał zawsze współdziałał w porozumieniu z państwem. Libertarianizm po prostu nie zadziała też na skalę ponadnarodową, gdyż w skali globalnej królestwo małych firm oznacza same straty i niską wydajność. Polityką i rzeczywistym celem neoliberalizmu (nawet jeśli nie w pełni jawnym) jest więc zarówno demontaż państwa, jak i demontaż globalizacji oraz regres w wyśniony czas sprzed ery korporacji, monopoli i fuzji państwa z rynkiem.

Te ideowe tęsknoty za powrotem do starego porządku bardzo zgrabnie łączą się z podobnymi tęsknotami kleru i pragnieniem zerwania z dzieckiem globalizacji, czyli wszelkim postępem obyczajowym. Stąd te wszystkie dążenia do wzięcia zemsty na feministkach, gejach i innych, których globalizujący się kapitalizm wyzwolił minimalnie z dawnego, klaustrofobicznego i małomiasteczkowego ucisku. Z tego właśnie względu neoliberalizm nie jest tym samym, co liberalizm i zawarte w nim tendencje stoją w sprzeczności z dążeniami globalizacyjnymi. Utopia narodowego dobrobytu małych firemek może istnieć tylko na grobie zglobalizowanej rzeczywistości wielkich korporacji. Jeśli może istnieć międzynarodówka neoliberałów – to tylko pod postacią międzynarodówki nacjonalistów. Bo nawet jeśli wielki kapitał też jest neoliberalny, to jego neoliberalizm wyklucza dobrobyt neoliberalizmu drobnej własności – i dlatego te dwa kapitalistyczne obozy nigdy w pełni się ze sobą nie pogodzą.

Z dokładnie tych samych powodów dla narodowych neoliberałów wrogiem z automatu stają się też Żydzi, których od wieków (co podkreślali już Theodor W. Adorno i Max Horkheimer) utożsamia się z globalistycznym kapitałem finansowym. Czyli z tym kapitalizmem, który rozrywa „święte”, narodowe mikrowspólnoty, do których skrajna prawica chce przecież wrócić. Realizacja ideału kapitalizmu działającego wbrew postępowi wymaga uśmiercenia części kapitalistów-globalistów. Dlatego regresywny-narodowy kapitalizm w kryzysie w sposób nieuchronny wytwarza faszyzm. Będąc neoliberałem i jednocześnie wychwalając wolny rynek oraz cały kapitalizm nie da się otwarcie krytykować jakiejkolwiek z wersji kapitalizmu. To byłoby za trudne. Dużo łatwiej jest natomiast „hejtować” Żydów, środowiska LGBTQ, uchodźców i inne wybrane mniejszości, które w taki lub inny sposób obarcza się winą za zło globalizmu, zło korporokracji i zło odejścia od małomiasteczkowej idylli swojskich, drobnych właścicieli. Dla faszystów złem kapitalizmu są zawsze jacyś Inni. Nigdy kapitalizm.

W Polsce ideologia neoliberalna drobnych właścicieli trafiła zresztą na szczególnie podatny grunt. Mentalność drobnego właściciela połączyła się z antypaństwową mentalnością postszlachecką. W kraju gdzie 1) chłopskie pochodzenie społecznej większości jest absolutnie wyparte, 2) mieszczaństwo nigdy na dobre się nie rozwinęło (podobnie jak klasa średnia) i 3) proletariat został wyklęty razem z całym okresem Polski Ludowej; każdy miał się wpierw za potomka szlachty, potem za uciskanego przez komunę, a następnie za reprezentanta polskiej, narodowej przedsiębiorczości (jeśli biednego to z uwagi na złe państwo/podatki/postkomunę).

Czy istnieje w związku z tym pojedynczy, klasowy fundament, który sprzyja triumfowi neoliberalizmu i zwycięskiemu pochodowi skrajnej prawicy? Niespecjalnie. Sojusznikami takiej ideologii mogą być zarówno właściciele, pracownicy najemni, jak i nawet reprezentanci państwa. Wszystko to zależy od konkretnej, politycznej gry sił.

Triumf pinochetyzmu i różnych odmian faszyzmu zazwyczaj odbywał się też przy znacznym poparciu ze strony dużej części klasy pracującej. Nie oznacza to jednak, że istnieją jakieś wrodzone i wieczne predyspozycje. Po prostu konkretna walka klasowa i polityczna dzieje się w określonym momencie i jest – co wiemy dzięki Marksowi – historyczna. Jeśli więc żyjesz w kraju, gdzie reprezentanci zasadniczo każdej klasy społecznej byli karmieni neoliberalną doktryną przez ostatnie trzy dekady to spodziewaj się też, że większość członków każdej klasy po prostu tej propagandzie uwierzyła. Wylansowany przez polskich neoliberałów antykomunizm, antysocjalizm i głęboko zakorzeniony antybiurokratyzm predestynują społeczeństwo polskie do bycia użytecznym idiotą rzeczywistego, neoliberalnego konserwatyzmu i dalej – faszyzmu. To efekt całych lat starań i wysiłków, olbrzymich inwestycji: cenzurowania lewicowej myśli, usuwania krytycznych wobec kapitalizmu głosów, walki kolejnych rządów z uzwiązkowieniem, czy porozumienia z konserwatywnym kościołem.

Dla zwycięskiej walki z państwem, które w tym momencie stało się narzędziem Prawa i Sprawiedliwości, część z polskich neoliberałów jest też skłonna zgodzić się na rządy jeszcze bardziej skrajnej prawicy. Zwłaszcza, że Konfederacja to po prostu bardziej zradykalizowana Platforma Obywatelska. To w pewnym sensie bardziej konsekwentna wersja całego POPiSu, gdyż faktyczna próba realizacji utopii drobnych przedsiębiorców faktycznie wymagałaby głębszego zerwania z globalizacją i ostatecznego rozbratu z Unią Europejską. Narodowcy to po prostu prawicowi neoliberałowie, którzy pragną konsekwencji i nie idą już na żadne kompromisy z sąsiadami, czy resztkami odziedziczonej po Polsce Ludowej świadomości proletariackiej i propaństwowej.

Klasa średnia – gdyby tylko w Polsce istniała – mogłaby powstrzymać to szaleństwo, gdyż byłaby wytworem bardziej stabilnego państwa i w jej interesie byłoby utrzymanie równowagi między bogatymi i biednymi. To samo mogłaby też zrobić dobrze zorganizowana klasa pracująca, która wiedziałaby, że zdobycze socjalne to zdobycze będące owocem jej zwycięskich walk. Na ten moment te byty jednak nie istnieją. „Klasa średnia” jest spauperyzowana i zwyczajnie walczy o przetrwanie (bo jest częścią świata pracy), a większość spośród wszystkich pracowników wyhodowano natomiast w wierze, że właściciele, czyli pracoDAWCY wspaniałomyślnie dają i robią dla nich miejsca pracy wprost z niczego. Natomiast mentalność mikroprzedsiębiorcy upadającego pod ciężarem szkodliwych podatków, złego państwa i obcych sił stała się tożsamością i mentalnością nieomalże narodową.

I ten horyzont trzeba zmienić.