Uwielbiam, gdy polscy przedsiębiorcy…

… żądają od państwa zerowych podatków plus wiecznego podtrzymywania ich działalności.

To nic innego, jak pozostałość po czasach folwarczno-szlacheckich. Szlachta musiała istnieć, więc muszą istnieć też firmy, które żyją z taniej siły roboczej i istnieją tylko dlatego, że w Polsce władza trzyma je w inkubatorach. W Polsce utarło się myślenie, że firmy-włości są świętością i że jeśli nie są w stanie na siebie zarobić, to należy prędzej zlikwidować podatki, niż stymulować powstawanie firm innego typu.

Przez to w ogromnej mierze to polska drobna własność stała się totalnym hamulcowym polskiego kapitalizmu, rozwoju i ma tutaj podatki na cypryjskim poziomie, które od lat podtrzymują ją w wegetacji… Bo taki mamy klimat i nie możemy przecież narzucić progresji CIT, czy choćby skutecznych kontroli Inspekcji Pracy. Jaśniepaństwa się nie kontroluje… Ale do czasu, bo pandemia okazała się zbyt silna i nawet przy 9 proc. CIT (!!!) nie wszystkie firmy przetrwają. Teraz w wyniku oddolnej rewolty wchodzi kolejne prawo: prawo małych firm do narażania życia i zdrowia ludzi. Stoją ponad państwem, ponad bezpieczeństwem zdrowotnym, ponad wszystkimi.
Robi się z państwa kieszeń bez dna dla firm, do tego państwo jest wręcz ośmieszane przez tych, którzy otwierają się by za wszelką cenę przywrócić swe prywatne zyski. To skandal i rezultat dekad zaniedbań + neoliberalnego osłabiania państwa i stawiania go w roli frajera, którego należy oszukać, by szybko się wzbogacić. Tak wychowano całe pokolenie.
Lewica musi mieć natomiast plan wsparcia dla absolutnie wszystkich ludzi. Ale niekoniecznie wiąże się to z szlachecką samowolką i byciem studnią bez dna dla prywaty, która – powiedzmy to wreszcie głośno – w kryzysie praktycznie w ogóle się nie sprawdza.

Wszystko, co osłabia państwo jest szkodliwe dla wszystkich. I to prywatne jest najmniej stabilne i bezpieczne. A 95 proc. pracujących nie jest winne podtrzymywać biznesy 5 proc..

Odpowiedzialność dotyczy ludzi, nie firm.

Społeczna własność środków produkcji

Uważam, że są trzy działalności, które powinny być zarządzane przez obywateli z pominięciem rządu. Należy do nich zarządzanie: majątkiem narodowym, NFZ-tem i ZUS-em dlatego, że rząd patrzy często na te obszary przez pryzmat polityki i krótko okresowo, a społeczeństwo co najmniej w okresie pokolenia. Dziś chcę opisać moje spojrzenie na zarządzanie majątkiem narodowym.

Prywatyzacja w latach 90-tych była prowadzona, zdaniem wielu osób w sposób niezgodny z interesem Państwa i społeczeństwa. Spowodowało to wiele niekorzystnych zjawisk. Główne z nich to:

sprzedaż majątku państwowego po zaniżonych cenach,
przejedzenie środków uzyskanych z prywatyzacji,
uzależnienie decyzji o funkcjonowaniu zakładów na terenie Polski od decyzji zagranicznych przedsiębiorstw,
wyprowadzenie z fabryk w Polsce biur konstrukcyjnych, technologicznych oraz prototypowni i masowe korzystanie z opracowań zagranicznych.
fabryki wielkich koncernów w Polsce mają najczęściej charakter wielkich montowni,
utrata kontroli nad strategicznymi działami przemysłu,
utrata znanych polskich marek, które były rozpoznawalne w świecie,
wzrost bezrobocia.

Z kolei dzisiaj obsadza się kierownicze stanowiska w gospodarce „swoimi”, którzy są uzależnieni od rządu i rządowych partii politycznych, a niekoniecznie mają najwyższe kwalifikacje zawodowe. Skutkiem tego są rożne błędne decyzje przykładowo takie jak: powołanie funduszu promocji Polski, przymuszenie firm energetycznych do zakupu kopalń, które dzisiaj zostały ocenione, że mają wartość zerową, przymuszanie elektrowni do zakupu polskiego węgla, który jest zwykle gorszy jakościowo i droższy, zmuszenie do budowy elektrowni Ostrołęki II opartej o węgiel, przekopanie mierzei wiślanej, próby budowy promu pasażerskiego, repolonizacja sektora bankowego na siłę nie mająca uzasadnienia ekonomicznego, Zakup przez PKN Orlen gazet regionalnych i inne.

Z perspektywy upływającego czasu łatwo oceniać decyzje, bo wiemy jak dalej potoczyła się historia. Tym niemniej uważam, że można było wtedy i dzisiaj rozważyć inny sposób postępowania. Zamiast wprowadzać doktrynę neoliberalną można było kierować się efektywnością ekonomiczną społecznej gospodarki rynkowej.

Na mój sposób myślenia o zarządzaniu majątkiem narodowym ogromny wpływ miał artykuł z przed dziesięciu lat nie żyjącego już profesora Tadeusza Kowalika. Zawierał on opis propozycji amerykańskich liberałów ze środowiska akademickiego o tym jak rozumieć współczesny liberalizm. Uważali oni, że nie można zrealizować prawdziwej wolności bez realizacji dwóch pozostałych haseł rewolucji francuskiej to znaczy równości i braterstwa. Sądzili, że niewielu będzie myślało o wolności, jeżeli nie będzie miało zabezpieczonych podstawowych potrzeb. Ci liberałowie sto kilkadziesiąt lat po komunistach uznali, że najlepszym sposobem realizacji haseł rewolucji francuskiej jest uspołecznienie środków produkcji.

Przewidywali, że to uspołecznienie będzie zorganizowane w inny sposób niż w byłych krajach socjalistycznych. Po pierwsze uspołecznienie miało być bezpośrednie bez udziału państwa. Każdy żyjący obywatel miałby równy udział w majątku społecznym i w korzyściach z niego. Po drugie zostaną przejęte za odszkodowaniem wszystkie firmy gdzie własność jest oddzielona od zarządzania. Dotyczy to firm, gdzie rozproszenie kapitału akcyjnego jest tak duże, że nawet kilkudziesięciu akcjonariuszy nie ma większości kapitału. Po trzecie w zarządzaniu zostaną wykorzystane wszystkie osiągnięcia współczesnego kapitalizmu. Po czwarte jedynym celem będzie osiągnięcie maksymalnej efektywności ekonomicznej.

Oczywiście nie jestem zwolennikiem, aby w całości propozycje amerykańskich liberałów przenieść bezkrytycznie na grunt polski, ale niektóre propozycje można w Polsce wykorzystać.

Dzisiaj w Polsce społeczna własność środków produkcji realizowana jest przez własność państwową, własność komunalną i spółdzielnie produkcyjne. Proponuję powołać jeszcze Fundusz Majątku Narodowego (FMN) w którym będzie gospodarcza część aktywów państwowych. W ten sposób powstałby społeczny polski kapitał rynkowy.

Chcąc zbudować w ten sposób rynkowy polski kapitał trzeba stworzyć odpowiednie warunki, aby zachowywał się on jak kapitał rynkowy, a nie służył realizacji celów socjalnych, strategicznych czy politycznych. Dlatego też muszą być spełnione trzy następujące warunki:

majątkiem nie będzie zarządzał rząd tylko Fundusz Majątku Narodowego, instytucja odporna na naciski polityków,
zreformowany zostanie system bezpieczeństwa socjalnego tak, aby działalność gospodarcza była uwolniona od obowiązku ochrony socjalnej, którą powinno przejąć na siebie państwo,
stworzony zostanie system ochrony strategicznych interesów gospodarczych państwa przy pomocy przepisów państwowych, a nie własności.

Fundusz Majątku Narodowego będzie spółką akcyjną, którego akcjonariuszami będą wszyscy obywatele polscy żyjący chociaż jeden dzień w danym roku. Na koniec każdego roku będzie przeprowadzana weryfikacja osób uprawnionych do posiadania akcji funduszu. Akcje osób zmarłych nie są dziedziczone tylko dołączają do puli wszystkich akcji, które są ponownie rozdzielane na wszystkich żyjących obywateli w tym dzieci. Akcji funduszu nie można zbyć ani nabyć. Otrzymuje się je w roku urodzenia i traci w następnym roku po roku śmierci. Najwyższą władzą funduszu jest zgromadzenie akcjonariuszy. Może ono być przeprowadzone z fizycznym udziałem akcjonariuszy bądź ich pełnomocników lub przeprowadzone internetowo. Akcjonariusz, który chce uczestniczyć w zgromadzeniu może to zrobić osobiście lub dać swoje pełnomocnictwo firmie prawniczej lub doradczej do której ma zaufanie, grupujących pełnomocnictwa akcjonariuszy myślących podobnie o funkcjonowaniu funduszu. Radę funduszu będzie wybierało zgromadzenie akcjonariuszy. Kandydatem do rady może być tylko osoba spełniająca ścisłe kryteria (odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w zarządzaniu podmiotami gospodarczymi) określone w regulaminie wyboru. Głównym zadaniem rady jest wybór zarządu funduszu w drodze konkursu. Podstawą materialną i kadrową do organizacji struktury zarządzania tym majątkiem mogą być istniejące obecnie instytucje takie jak: Ministerstwo Aktywów Państwowych, Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, Agencja Rozwoju Przemysłu, Wojewódzkie wydziały nadzoru właścicielskiego. Fundusz z chwilą swojego startu będzie posiadał akcje wszystkich holdingów i spółek będących dzisiaj w dyspozycji Ministerstwa Aktywów Państwowych i innych jednostek rządowych. Majątek, który mógłby być przekazany do FMN wyceniany jest na około 760 mld zł. Głównymi ekonomicznymi zadaniami funduszu są: wzrost wartości funduszu co można oceniać zapisami księgowymi oraz wycenami rynkowymi poszczególnych spółek i wzrost rentowności funduszu oceniany wskaźnikiem zwrotu z kapitału. Kierując się zasadą efektywności należy mocno zmodyfikować strukturę funduszu wyzbywając się poprzez sprzedaż lub likwidację spółek trwale przynoszących straty lub nisko rentownych, w takich przestarzałych dziedzinach jak górnictwo, czy energetyka oparta na węglu. Uzyskane w ten sposób środki należy przeznaczyć na inwestycje w nowoczesne technologie wykorzystując w większym stopniu osiągnięcia polskich naukowców i kadry inżynieryjno-technicznej, z których można oczekiwać dużych zysków. FMN coroczne przekazywał będzie na dywidendę dla akcjonariuszy od 33% do 50% zysku netto.

Wprowadzenie instytucji Funduszu Majątku Narodowego nie oznacza likwidacji Ministerstwa Aktywów Państwowych. Będzie ono zajmowało się:
majątkiem, który nie przynosi dochodów ale konieczne jest jego istnienie np.: drogi, muzea, instytuty naukowe i inne, tworzeniem podmiotów do realizacji usług społecznych dla których nie można znaleźć wykonawców na rynku. Dotyczy to na przykład takich usług jak np.: edukacja, ochrona zdrowia, komunikacja miejska i inne.

Zwiększeniem konkurencji, likwidacji monopolu w celu obniżenia cen. Dla przykładu obecnie można by zbudować konkurencyjną szkieletową sieć telekomunikacyjną, lub konkurencyjną sieć dystrybucji gazu.

Przejęcia bankrutujących przedsiębiorstw jeżeli ich upadek jest niekorzystny dla społeczeństwa lub państwa a nie znaleziono nabywcy na rynku. Przykładowo jedynego szpitala w powiecie lub dużego banku mającego znaczący udział w rynku depozytów ludności.
Realizacji postępu naukowo-technicznego poprzez fundusze wysokiego ryzyka.

Po skutecznym wykonaniu zadań opisanych w punktach od drugiego do czwartego MAP powinno sprzedać na rynku powstałe lub restrukturyzowane przedsiębiorstwa.

Tak jak napisałem wcześniej, aby fundusz mógł się zachowywać rynkowo trzeba zdjąć z niego funkcje socjalne. Na przykład nie utrzymywać na siłę bankrutujące przedsiębiorstwo aby utrzymać miejsca pracy. Od działań socjalnych jest państwo i jego instytucje, a nie podmioty gospodarcze.
Ochronę interesów strategicznych państwa lepiej zapewnią odpowiednio skonstruowane przepisy i realne możliwości ich egzekucji. Interesem strategicznym państwa nie jest jakaś spółka, tylko to co ona robi lub nie robi w żywotnych sprawach państwa. Te interesy trzeba opisać w przepisach państwowych. Będą one dotyczyły wszystkich podmiotów gospodarczych działających w danym obszarze, a nie tylko jednej spółki
Skuteczności takiego rozwiązania dowiódł kryzys finansowy z 2008 r. Polski system bankowy mimo, że należał w większości do obcych banków w tym takich, które miały kłopoty (AIG, ING, Fortis) oparł się kryzysowi finansowemu dlatego, że regulacje państwowe stawiały wysokie wymagania z zakresu bezpieczeństwa finansowego i chroniły polski system bankowy. Warunkiem skuteczności przepisów jest możliwość ich egzekucji. Odpowiedni organ powinien mieć możliwości nakazania określonego postępowania przez przedsiębiorstwo. Jeżeli nakaz nie jest wykonywany nałożenia kary finansowej, a jeżeli to nie poskutkuje wprowadzenie zarządu komisarycznego.

Taka organizacja zarządzania majątkiem narodowym powinna przynieść wiele korzyści dla obywateli i państwa. Po pierwsze znika niebezpieczeństwo przejadania majątku narodowego przyszłych pokoleń. Po drugie prywatyzacja straci charakter ideologiczno-polityczny. Po trzecie bardziej racjonalny będzie dobór kadr w gospodarce. Po czwarte zdjęcie z funduszu innych funkcji niż gospodarczych powinno zwiększyć jego rentowność. Po piąte FMN zdejmie z rządu koszty administracyjne zarządzania majątkiem skarbu państwa i konieczność zajmowania się poszczególnymi branżami przemysłu oraz wydatki związane restrukturyzacją przemysłu. Po szóste obywatele uzyskają większy wpływ na swój majątek. Po siódme uzyskają rosnące dochody z corocznie wypłacanej dywidendy. Po ósme społeczeństwo polskie będzie spajane nie tylko kulturą, językiem, terytorium ale także bardzo realnym interesem gospodarczym. Po dziewiąte będzie preferowała rodziny wielodzietne. Konsekwencją dla budżetu będzie spadek spadek przychodów z tytułu dywidend rekompensowany w coraz większym stopniu podatkami z rosnącej skali i rentowności funduszu oraz podatkami od dywidend.
Wprowadzenie Funduszu Majątku Narodowego wymaga konstytucyjnego umocowania, po to aby nowa instytucja miała dużą stabilność i była niezależna od działań rządu i parlamentu. Jednak do czasu zmian w konstytucji mogłaby być wprowadzona ustawą.

W moim przekonaniu wielu Polaków jest zainteresowanych, aby istniał znaczny i rosnący majątek społeczny. Tak samo wielu jest przekonanych, że gospodarka powinna być zarządzana w sposób rynkowy. Przedstawiony pomysł łączy pragnienia obu tych grup. Może więc warto, aby lewica przedstawiła odpowiedni projekt ustawy i zaczęła zbierać podpisy pod referendum. Myślę, że przyniesie to korzystne zmiany w postrzeganiu partii. Moim zdaniem warto spróbować.

Rzeczpospolita Koronawirusowa

Mamy już tyle zakażeń, nosicieli, otwartą całą edukację, że w tym momencie nie wiem nawet czy model z Wuhan i badaniem każdego na osiedlu przez specjalne zespoły umożliwiłby nam ugaszenie pandemii, większość nie zna już źródeł zakażeń.

Nieudolny i dążący do oszczędności za wszelką cenę rząd doprowadził do tego, że koronawirus będzie stałym elementem polskiego pejzażu aż do zdobycia szczepionki. Niech żyje Polska Rzeczpospolita Koronawirusowa!

Efektem będą setki ofiar, zrujnowana reputacja, zła koniunktura na długie lata, a do tego totalna utrata zaufania do państwa, systemu ochrony zdrowia i zdolności władz do reagowania w kryzysie. Mamy katastrofę wyreżyserowaną przez ludzi, którzy pierwsze sześć miesięcy pandemii wykorzystali do tego by załatwić krewnym kontrakty. Teraz atakują i obwiniają lekarzy, by nie dać zasiłków i mimo ofiar śmiertelnych trzymają otwarte wszystkie szkoły. A ratować kraj chcą… Wbijając biało-czerwone flagi przy ogródkach. Wypowiedź Jacka Sasina o złych lekarzach jest o tyle demaskatorska, że poza krytyką lekarzy, mówi on właściwie wprost, że nie możemy sobie pozwolić na „zamknięcie gospodarki”. To jest w zasadzie postawa całego rządu, który przyjął twardą, thatcherystowską linię i nie zamknie szkół, nie da zasiłków.

Taki jest efekt neoliberalnego prania mózgów. Ci politycy uważają, że lepiej dusić ludzi pracy i udawać, że wszystko działa normalnie z 5, 7 tysiącami zakażeń każdego dnia, upadłym systemem ochrony zdrowia i dodatkową serią zgonów wśród nauczycieli czy chorych na inne choroby. Taka oto „działająca gospodarka”, jak najbardziej mieści się w ich wyobrażeniach i są w stanie na to przystać jeśli zyski będą się zgadzały.

Ale nie będą. Bo to naprawdę nie przysparza atrakcyjności inwestycyjnej, jest też dużo bardziej kosztowne niż krótkoterminowe blokady. Tyle, że to już jest dla nich za trudne. Mamy przecież szlachtę 2.0 i bicie batem jako kulturową normę przymuszania do pracy, podobnie jak głodowe renty i emerytury, czy inspekcję pracy obróconą w żarcik. I teraz jeszcze COVID.

Miała być nowoczesna chadecja…

… a jest, po rządowej rekonstrukcji, jeszcze bardziej nacjonalistyczny obóz homofobii, wojna ideologiczna z ministrem propagandy na czele i dalsze zaciskanie pętli skrajnie prawicowego oszołomstwa.

A dlaczego? Bo „Ludowi” nie można ufać i ten w każdej chwili gotów jest przecież zdradzić Polskę Czarnka-Kaczyńskiego na rzecz gejów, komuchów i innych zdrajców z całej Europy. Zwłaszcza, że dalej oglądają netfliksy, a nie grzecznie same msze z narodowej TVP. Może dostał 500+, a w sondażach popiera kogo trzeba. Ale i tak ufać nie wolno.

Tak właśnie atmosfera oblężonej twierdzy

wkrada się do wewnątrz, a socjotechniczna polityka nacjonalistycznej kontroli społeczeństwa staje się całą polityką. Bo przecież gospodarka i tak jest nie do ruszenia. Musi być neoliberalizm (nikt nie wierzy w żaden inny system) i bieda-państwo robiące biednym przymusową eutanazję przez czekanie latami na lekarzy. Celem takiej władzy jest już tylko wrycie się w kapitał kulturowy społeczeństwa, aby jedyny świat, jaki akceptuje był tym z wyobraźni Ordo Iuris. To się oczywiście nie uda, bo kościół jest już głównie źródłem obciachu, a w propagandę wierzy coraz mniej ludzi. I nawet święty pomnik papieski jest komiczny i buraczany, a nie krwisty.

W międzyczasie padł świeży rekord zakażeń dzięki otwartym szkołom, kościołom i weselom (które od dziś mają być „tylko” do 100 osób). To wszystko plus bohatersko otwarte szkoły to bezpośredni i oczywisty efekt neoliberalnej i antypaństwowej polityki.

Tanie państwo woli oszczędzać

na zasiłkach opiekuńczych dla rodziców. Tanie państwo woli oszczędzać na maseczkomatach i interwencjach, by maseczki były noszone. Tanie państwo nie będzie blokowało handlu, bo handel jest przecież ważniejszy od ludzkiego życia. Tanie państwo boi się też postawić kościołowi i prędzej zamknie sejm niż imprezy kościelne, które obecnie są cenione wyżej od bezpieczeństwa ludzkiego życia. Prawdziwa walka z pandemią też byłaby sprzeczna z neoliberalnym myśleniem. Z kapitalistycznego punktu widzenia kosztowałaby po prostu za dużo.

To wszystko zdradza również jaki jest rzeczywisty stan państwa polskiego. Miliardy złotych na wojsko i brak zdolności do walki ze zwyczajną, coraz lepiej zbadaną pandemią. A ludźmi zarządzającymi tym krajem są teraz

spece od homofobii,

walki z lewactwem i „eksperci”, którzy wierzą, że w „czerwonych strefach” wystarczy ograniczyć liczbę osób w kościele o połowę i wszystko będzie dobrze.

Parodia państwa i rządzących. W Czechach i na Słowacji w tej samej sytuacji wprowadzają właśnie stan wyjątkowy. Nie czekają, aż system publicznej opieki zdrowotnej stanie się niezdolny do działania. My dostaniemy mszę w TVP1. Codziennie.

Preambuła

Zmiany, jakie zaszły na świecie i w Polsce po 1989 r, nie spełniły i nigdy nie spełnią oczekiwań licznych warstw społecznych i narodów na lepszą przyszłość.

Dzieje się tak, gdy rozwarstwienie społeczne, wzrost napięcia na świecie, rasizm, brak tolerancji seksualnej, dewastacja środowiska naturalnego i teroryzm nie są ich usuwalnymi wadami ale są ich istotą. Takie filary narzuconych przez MFW przemian jak rozregulowany rynek, prywatyzacja, komercjalizacja usług publicznych, obniżanie podatków bogatym czy niczym nie skrępowana konkurencja musiały doprowadzić i doprowadziły do gigantycznych fortun garstki ludzi, obniżyły jakość usług publicznych a w niektórych przypadkach wręcz ograniczyła do nich dostęp coraz bardziej rosnącej liczbie ubogich. Postępująca w szybkim tempie pauperyzacja będąca oczywistym wynikiem neoliberalnych reform i wzrostu wydajności pracy wzmogły konkurencję pomiędzy pracownikami najemnymi doprowadziła do renesansu ideologii rasistowskich, antyfeministycznych i homofobicznych a pozbawioną środków do życia, sprowadzoną z zagranicy w dobie prosperity tanią siłę roboczą do terroryzmu. Nie lepiej wygląda sytuacja międzynarodowa: zaostrzająca się walka o dostęp do surowców i nowych rynków zbytu skłania elity rządzące do stosowania coraz to bardziej agresywnych zachowań i wypowiadania kolejnych umów międzynarodowych. Oliwy do ognia dolewa błyskawiczny wzrost gospodarczy Chin zwiastujący zmianę układu sił na świecie. W takiej atmosferze przestają poprawnie funkcjonować także organizacje powstałe w wyniku II WŚ, których celem jest zapobieganie konfliktom globalnym. Jeśli sytuacja dalej będzie rozwijać się w tym kierunku, to III WŚ stanie się nieunikniona. Spory udział w stworzeniu obecnej katastrofalnej sytuacji ma UE, gorącą propagatorka neoliberalnych reform.

Wbrew opinii niektórych „ profesorów”, że historia nie ma końca, na horyzoncie politycznym pojawiła się zmiana dla neoliberałow: jest nią Prawica. Na Węgrzech, Polsce i USA objęła już ona władzę i sprawuje ją już od paru lat. W tej sytuacji można pokusić się o ocenę jej działalności. W sferze gospodarczej można zauważyć pewne pozytywne zmiany które wpływają na poprawę losu niższych warstw społecznych; niestety mają one charakter powierzchowny. Prawica uszczelniła system podatkowy, wprowadziła nowe programy socjalne i podniosła płacę minimalną ale nie zlikwidowała umów śmieciowych które są podstawowym narzędziem wyzysku opartą o tzw „bieda przedsiębiorczość”. Oznacza to że nie zlikwiduje ona znacznych różnic dochodowych i rozregulowanych rynków głównych żródeł niesprawiedliwości społecznej. W pozostałych dziedzinach życia sytuacja znacznie się pogorszyła w stosunku do poprzedniego okresu. Powoływanie się na wartości chrześcijańskie i ideę narodową wzmacnia z jednej strony nastroje homofobiczne i antyfeministyczne, a z drugiej wzrost napięcia w polityce międzynarodowej. Na pierwszy rzut oka widać że jej działania nie są w stanie wpłynąć na poprawę obecnej sytuacji.

Jedyną siłą, która jest w stanie to zrobić jest Lewica po wyciągnęciu prawidłowych wniosków z okresu kiedy sprawowała władzę. Próba budowy komunizmu opierała się na fałszywym założeniu o możliwości istnienia bezklasowego społeczeństwa i jak długo nie zmienimy ludzkiego genomu tak długo powrót do tej idei jest niemożliwy. Inaczej przedstawia się socjaldemokratyczna idea państwa dobrobytu. Prawdą jest, że państwa tego rodzaju upadły ale spowodowane to było z jednej strony upadkiem komunizmu a z drugiej błędami w polityce fiskalnej. Ta druga przyczyna jest do usunięcia poprzez rygorystyczną politykę monetarną, a pierwsza sama się zdeaktualizowała po krachu neoliberalizmu. Tak więc państwo dobrobytu staje się możliwe po wprowadzeniu w nim nieznacznych reform.
Zreformowana Lewica naprawę obecnego kształtu świata będącego wspólnym dziełem prawicy i neoliberałów będzie prowadziła na poziomie światowym , europejskim, narodowym i samorządowym, ponieważ pominięcie któregoś z nich uczyni ją nieskuteczną. Główne wysiłki skierujemy na ochronę środowiska i oddalenie zagrożenia konfliktem globalnym.

W dziedzinie ochrony środowiska trzeba doprowadzić do tego aby :
– firmy i osoby prywatne obciążyć pełnymi kosztami rekultywacji zrujnowanego przez nich środowiska,
-każdy kto będzie chciała zastosować nową technologię udowodnił że jest ona nieszkodliwa dla środowiska
– aby państwa rozwinięte pomogły pozostałym sfinansować działania nakierowane na ochronę środowiska, gdyż to one są najbardziej odpowiedzialne za jego obecny stan.

Aby zapobiec konfliktom:
– zreformujemy instytucje międzynarodowe tak, aby zwiększyć ich skuteczność i reprezentatywność. W chwili obecnej w najważniejszych z nich istnieje nadreprezentatywność przedstawicieli cywilizacji zachodniej
– będziemy wspierać i inicjować inicjatywy zmierzające do integracji coraz większych obszarów świata oparte o poszanowanie interesów wszystkich zainteresowanych stron
– będziemy inicjować rozmowy rozbrojeniowe pomiędzy paktami i poszczególnymi krajami.
– nie będziemy stosować sankcji gospodarczych nakierowanych na zahamowanie rozwoju innych krajów
– wprowadzimy pełną jawność zawieranych porozumień politycznych, militarnych i gospodarczych

W obu tych dziedzinach rozmawiać będziemy z każdym niezależnie od jego przekonań politycznych, rasy , płci czy orientacji seksualnej. Nie będziemy narzucać komukolwiek swoich struktur politycznych i wtrącać się w jego sprawy wewnętrzne.

Na poziomie europejskim będziemy dążyć do
– pełnej demokratyzacji struktur UE
– finansowej odpowiedzialności UE za ochronę środowiska i ujednolicenie opieki socjalnej w sensie materialnym w poszczególnych krajach wchodzących w jej skład.
– ujednolicenia prawa pracy tak, aby uniknąć dumpingu
– stworzenia i wprowadzenia polityki energetycznej zgodnej z wymogami ochrony środowiska
– do zrównoważenia sił pomiędzy kapitałem a pracą
Na poziomie krajowym i samorządowym dążyć będziemy
– do zrównoważenia sił pomiędzy kapitałem a pracą
– do przestrzegania równości pomiędzy klasami i grupami społecznymi niezależnie od rasy, płci, orientacji seksualnej, narodowości i przekonań politycznych
– wprowadzenia dochodu gwarantowanego dla każdego obywatela
– stworzenia i wprowadzenia polityki energetycznej zgodnej z wymogami ochrony środowiska.

Aby w pełni zrealizować nasze zamierzenia przeciwstawimy neoliberalnej zasadzie konkurencji zasadę wzajemnej współpracy i pełnego zrozumienia, a prawicowej idei narodowej internacjonalizm.

Dawno temu w Stoczni Gdańskiej

Od kilku lat co roku w sierpniu rzucają się sobie do gardeł spadkobiercy najlepszych tradycji Sierpnia 1980 roku i „Solidarności”, oczywiście.

Każdy snuje swoje opowieści nie niepokojony przez nikogo, kto by ich zapytał, na jakich podstawach opierają swe niezmącone przekonanie, że to właśnie oni dźwigają ciężar tamtejszej robotniczej tradycji strajkowej. Nie zapominają o tym, by siebie i swoich kolegów wynieść na ołtarze, a przeciwników poniżyć.

W ostatnich latach proces ten przyspieszył i nabrał mocy. Rzecz idzie, co dla każdego oczywiste, o nową interpretację historii i wymianę bohaterów: z Wałęsy na Kaczyńskiego. Dla każdego, kto ma o historii jakieś pojęcie, jest jednak jasna lichość tej konstrukcji, kłamstwa łatwe do zdemaskowania, a fałsz tych „bohaterów” rzuca się w oczy.

Obserwuję te fikołki od lat z coraz bardziej słabnącą, mściwą wesołością: wszystko się oddala, wygładzają się kanty i zacierają kontury. Stają się coraz odleglejszą historią.

Z tego właśnie punktu widzenia czytałem dodatek do „Gazety Wyborczej” – „Historia” właśnie, poświęcony strajkom sprzed 40 lat. Bez emocji wgłębiałem się w wywiad z Bogdanem Borusewiczem, który robi co w jego mocy, by jeszcze raz rozdać swoje karty: „Sierpień ’80, strajk w stoczni, to była moja osobista decyzja. (…) Do Sierpnia byłem liderem, w Sierpniu już niekoniecznie”. Próbuje inaczej rozstawić akcenty antykościelne, „jak silnie Kościół był infiltrowany przez bezpiekę…” itd., mówi, że strajku nie wywołali robotnicy, wspomina umyślne manipulacje w późniejszej narracji o wydarzeniach 1980 roku…

I nie piszę o tym teraz po to, by podważyć prawdziwość wypowiedzi Borusewicza. Może to wszystko prawda, a może starszy pan chce jeszcze pod koniec życia zaznać sławy jako ten, co obalił, co tam było do obalania, może chce jeszcze wyrównać z kimś rachunki, nie wiem. Czytam o tym już, jako się rzekło, bez emocji. No, prawie.

Bo parę stron dalej Władysław Frasyniuk daje swoją z kolei interpretację tamtych czasów i Bóg z nim. Jednak jest jeden fragment, który wyprowadził mnie z równowagi: „Przy uchwalaniu „tarczy antykryzysowej” powiedział na przykład [Adrian Zandberg – przyp. MW], że można pomagać przedsiębiorcom, ale w zamian za udziały w ich firmach dla państwa. Słuchałem tego ze zdumieniem. On nie pamięta, ale w komunistycznej Polsce byli państwowy fryzjer, piekarz i restaurator. Prawie wszystko było państwowe i dlatego tego świata już nie ma, bo ludzie są przeciw niemu zbuntowani. (…) W sprawach gospodarczych nie zawiedliśmy. Nie przyjmuję tych absurdalnych, nieprzystających do rzeczywistości ataków na Leszka Balcerowicza.”

Pomijam kłamstwa o jakoby powszechnym sprzeciwie przeciwko państwowej własności, konfabulacje o państwowym fryzjerach, widocznie Frasyniuk tak lubi. Nie mieści mi się jednak w głowie, jak można być tak odklejonym od rzeczywistości gościem, który wciąż niezachwianie wierzy w skuteczność demolki gospodarczej sprokurowanej przez Balcerowicza.
Bo rozmówca bezwstydnie zmyśla, że w „sprawach gospodarczych nie zawiedliśmy”, czy też naprawdę nie widzi, że społeczeństwo zapłaciło dosłownie własną krwią za ich neoliberalne eksperymenty? Nic nie zrozumiał z ostatnich 40 lat. To tacy jak Frasyniuk przynoszą największą szkodę etosowi pierwszej „Solidarności”.

Jeśli coś jeszcze z niego pozostało.

My Socjaliści. Służba społeczna albo kasa?

Sprawa podwyżek dla etatowych pracowników instytucji państwowych (prezydent, rząd, Sejm, Senat, samorządy oraz partie polityczne) należy do tematów wrażliwych. Na ogół unikano tego tematu w ostatnich latach.

Praktyka doceniania swoich przyjaciół przez rządzące koalicje miała na ogół charakter niejawny. Platforma w poprzednich kadencjach dawała swoim ministrom duże premie. Nie gorszy był w tym względzie PiS. Mleko się wylało, kiedy niedowartościowani ostatnio poczuli się parlamentarzyści. Dziś, już po przyjęciu przez Sejm ustawy dotyczącej podwyżek dla praktycznie całej tzw. klasy politycznej oraz odrzuceniu jej po awanturach przez Senat, nie ma dla nikogo dobrego wyjścia.

Parlamentarne przepychani raczej oddalają możliwość podjęcia tego tematu w bieżącej kadencji. Można przypuszczać jednak, że zrodziła się perspektywa refleksji nad powinnościami ludzi polityki i stosownymi zasadami gratyfikacji.

Spójrzmy na sprawę szerzej. Ludzie PiS przez kilka ostatnich lat udowadniali, że z polityką łączy się kasa. Potwierdzały to opowieści o kulisach narodzin Porozumienia Centrum, perypetie prezesa z wieżami na Srebrnej, czy swawolne postępowanie koalicji rządzącej ze spółkami skarbu państwa. Na tych i innych przykładach zrodziło się przyzwolenie klasy politycznej wszystkich orientacji na łączenie polityki z biznesem, zarabianie na polityce, prowadzenie tzw. polityki transakcyjnej, którą przywiózł zza oceanu prezydent Trump, czy sprzedawanie powszechnie iluzji w ramach kampanii wyborczych, które są po prostu kampaniami PR. Ostatnia nieudolna decyzja Sejmu to zjawisko tylko potwierdza. I nie ma różnicy, jak widać, czy ktoś jest z lewicy, czy z prawicy. Okazuje się, że kasa jest najważniejsza.

W założeniach polityki, potwierdzanych przez zapisy naszej Konstytucji, występuje kategoria służby społecznej. Jest ona niestety, jak się okazuje w praktyce, sprzeczna z obowiązującym coraz powszechniej neoliberalnym paradygmatem prymatu ekonomii i rynku nad polityką. Zrodził on powszechne dążenie, również ludzi polityki, do urządzania sobie życia powyżej średniego standardu rozwarstwionego społeczeństwa. Zauważa się też zjawisko wędrowania do polityki wielu ludzi o małym potencjale intelektualnym czy organizacyjnym, celem urządzenia się. Dziś rzadko kto, nawet z tych, biorących udział w wyborach różnych szczebli podkreśla podczas kampanii, że jego celem jest służba społeczna, przeważa w retoryce wyborczej mowa o tym, co ja jestem w stanie wam załatwić… a więc typowa transakcja: wybierzcie mnie, a ja wam coś załatwię. Ludzie to akceptują w myśl stadnej zasady – wszyscy tak robią, czy ja mam być głupi.

Na tym tle rodzi się przyzwolenie społeczne na populizm i polityczną korupcję. Trzeba podkreślić, że 500+ i 13 emerytura były potrzebne, ale nikt poza rządzącymi nie odpowie wiarygodnie na pytanie, dlaczego wypłaty dla emerytów pojawiały się na chwilę przed kolejnymi wyborami. Ostatnie w maju 2020. To chyba gwiazda telewizji – Jacek Kurski podkreślał, że… głupi lud to kupi.

O ile wiem, jedynym ruchem politycznym, który głosi brak przyzwolenia na taką praktykę jest ruch socjalistyczny. Po decyzji sejmowej przedstawicieli narodu w Klubie Lewicy widać, ile jest tam rzeczywiście lewicy i kto zapisał się tam do grona pełniących służbę społeczną, a kto idzie utartym już szlakiem wskazywanym przez neoliberalne wzorce. Odnoszę wrażenie, że szybkie przeprosiny, że to błąd, problemu nie załatwiły. Stało się, szczególnie w gronie parlamentarzystów lewicy, coś ważnego, co nakazuje każdemu odpowiedzieć sobie i wszystkim na pytania – kim ja jestem, komu służę, o co i o kogo jako osoba publiczna walczę? Problemu tego zapewne nie będą mieć inni. Stoją tam gdzie stali, jeśli popełnili jakiś błąd, to zapewne mieści się on w kanonie neokonserwatywnej czy neoliberalnej orientacji.

Kilka lat temu, przed wyborami parlamentarnymi w roku 2015, które lewica przegrała w konsekwencji błędów i zaniechań, pisałem w tekście „10 wyzwań dla lewicy” o potrzebie pilnej refleksji nad naszą orientacją ideową i potrzebą odnowy naszego „lewicowego dekalogu”. Dziś, po kolejnym doświadczeniu, które nie będzie długo zapomniane, trzeba zapytać ludzi lewicy o co walczą. Czy tytułowe pytanie „Służba społeczna albo kasa?” to dobre pytanie.

Zdziwienie ze zdziwienia i krewetce śmierć

Bartosz Rydliński znany jest mi z wywiadu, którego udzielił uprzejmie dla naszego portalu oraz aktywności jako utytułowany działacz socjaldemokratycznego Centrum im. Daszyńskiego i koordynator projektów Fundacji Amicus Europae Aleksandra Kwaśniewskiego. Miło nam się gawędziło, a to, z czego szczególnie zapamiętałem pana Bartosza, to jego szczera i bezkrytyczna obrona NATO jako gwaranta pokoju światowego. Tym bardziej zdziwiło mnie zdziwienie Rydlińskiego wyrażone w jego ostatnim komentarzu dla portalu Strajk. W nim dziwi się Autor gorliwości, z jaką część lewicy popierała Trzaskowskiego: „(…) jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego”.

To ja się jednak dziwię temu zdziwieniu. Bartosz Rydliński dopiero teraz się obudził? Nie widział wcześniej, jak jego lewicowy podobno pryncypał firmował powstanie w Polsce więzień CIA, które były zaprzeczeniem nie to, że lewicowych wartości, ale podstawowych praw człowieka? Jak przytulał się do liberalnych polityków?

Pan Rydliński konstatuje „kolejny rozdział swojej nielojalności względem lewicy” Włodzimierza Cimoszewicza. No wolne żarty… Cimoszewicz? Lewica? Lojalność? Tych trzech słów nie należy pochopnie stawiać obok siebie. Ten absolwent programu Fulbrighta wielokrotnie demonstrował swoje przywiązanie do liberalnych wartości i chęć współpracy z liberalnymi działaczami.

Mówiąc krótko, już dawno przecież było widać, że podstawową troską socjaldemokratycznych ugrupowań w polskim parlamencie było poklepanie po plecach przez neoliberalna prawicę i przyjęcie z ich rąk czegoś w rodzaju świadectwa przyzwoitości. Nigdy tego oczywiście nie dostali i nie dostaną, ale wciąż trwają w złudzeniach i sami się ograniczają aktywności i retoryce. Biegną obejmować się z chwalcami Pinocheta i ludźmi mięciutkimi jak plastelina.

To jest ten sam nurt, którym płynie Piotr Gadzinowski, redaktor naczelny bratniej „Trybuny”. Z pewnym zażenowaniem obserwowałem okładkę tej gazety z entuzjastyczną zachętą, by głosować na Trzaskowskiego, podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze dość lokajskiego postu, że cała redakcja gazety będzie głosować na neoliberalnego kandydata. Okrasił to wszystko red. Gadzinowski tekstem, przedrukowanym na Portalu Strajk (dyskusja wszak źródłem siły) „Sztuka czekania”. W nim Piotr jest uprzejmy troszkę pobiadolić, jakim opresyjnym państwem była PRL, bez dostępu do Unii Europejskiej i otwartych granic. Bardzo współczuję tych traumatycznych doświadczeń, choć jak pamiętam mojego kolegę na studiach Piotrka Gadzinowskiego, to nie wyglądał na szczególnie uciemiężonego. Dziś na szczęście już się odbił od dna i daje, po klęsce kandydata, do głosowania na którego wzywał, recepty dla dalszego funkcjonowania lewicy: „Polska lewica jest dziś jak krewetka między obu wielorybami. Może dumnie prężyć swe muskuły, deklarować swój polityczny i taktyczny symetryzm, ale skutecznie może to robić jedynie w Internecie”. Innej drogi zatem red. Gadzinowski nie widzi, przynajmniej na razie.

A weźcie wy się, drodzy towarzysze, pardon, panowie… Jeden wpada na coś, co wszyscy widzą od kilkunastu lat i się temu dziwi, drugi pogodnie godzi się na to, by lewica była jakimś gównianym dodatkiem do prawicowych kohort. Dajcie wy już tej krewetce zrobić to, o czy marzy – wejść w dupę wielorybowi i niech tam zastygnie, skoro jej to odpowiada. Nie udawajcie, że będzie inna niż jest. Nie będzie. Czas budować coś nowego po lewej stronie. Jest coraz więcej ludzi, którzy mają dość tego systemu, dość reguł, które wy akceptujecie i przyjdzie ich czas. Szybciej niż wam się wydaje.

Co zmieniają te wybory?

Być może tak naprawdę dużo mniej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Pewne jest jednak, że lewica już musi zacząć szykować swój program i przekaz na następne.

I działać przy tym w taki sposób, by zacząć przeciągać na swoją stronę dzisiejszy elektorat PiS. To nie jest niemożliwe. Znaczna część społeczeństwa nie posiada trwałych poglądów, tylko interesy. I dobrze!

Liberałowie nie zdobędą wsparcia ludzi, którzy chcą silnego, opiekuńczego państwa. Ludzie pracy, mieszkańcy małych miejscowości, emeryci i renciści są natomiast do zdobycia przez lewicę, o czym sam się przekonałem, bo gdy kandydowałem – rzecz jasna z lewicowej listy – do parlamentu większość moich głosów była spoza dużego miasta.

Lewica musi być jednak znacznie bardziej przystępna i mniej skoncentrowana na kwestiach obyczajowych… Stawianie się w jednym obozie z PO i pogardzanie wsią, „tamtą połową”, osiem gwiazdek itd. to ostatnie, czego nam trzeba.

Przyspieszenie dobrej zmiany

PiS zrobi teraz repolonizację mediów, rzuci się na sektor organizacji pozarządowych, ataki na LGBTQIA wcale nie osłabną i ofensywa Ordo Iuris przyspieszy. TurboPiS czeka wszystkich.Kaczyński wie, że czasu na robienie nowego porządku i nowego człowieka jest już bardzo mało, bo kolejne wybory są głęboko niepewne.

Szykujcie się więc na ogromną ofensywę PiS, a także uderzenie w pracowników i ich prawa, czy estoński CIT by na stałe zabezpieczyć sobie poparcie właścicieli. Jest też wyzwanie przejęcia elektoratu Konfederacji, więc kolejny atak na prawa aborcyjne jest bardzo możliwy.

Na którymś odcinku uderzenie niechybnie nastąpi – sama tylko strategia bezkompromisowego siania własnej propagandy, choćby były to same kłamstwa, okazała się i słuszna, bo dała 51 procent, i nie tak znowu pewna, bo owe 51 proc. to niewiele w porównaniu z wynikami sondaży sprzed kilku miesięcy.

Pan Ruiny czyli przyszłość zapisana w kartach

Polska należy do krajów, w których wywołany przez sojusz nauki z neoliberalizmem kryzys zaufania wobec niej, zaowocował wzrostem popularności wszelkiego rodzaju irracjonalizmów.

Trudno nie zauważyć, że na ten „sukces” polskiej nauki pracowali zgodnie nie tylko duet Gowin – Szumowski łączący w sposób wyjątkowo piękny neoliberalną teorię z praktyką życia naukowego ale i wielu, wielu innych. W końcu neoliberalizm jest jak katolicyzm, wyznaniem łączącym różne orientacje polityczne. Niesławnej pamięci Barbara Kudrycka razem z Kościejem Nieśmiertelnym polskiej ekonomii – Leszkiem Balcerowiczem, czy nasz ukochany „normals” prof. Belka skutecznie obrzydzili naukę większości polskiego społeczeństwa i wywołali wobec niej trwałą i głęboką wrogość.

Tematem niniejszej drobnej refleksji nie są bynajmniej wspominki po podeszłej w niesławie śp. nauce polskiej. Biedaczce nic już nie pomoże i nic już jej nie wskrzesi a niedługo już odejdą ostatni którzy jeszcze pamiętają o co jej chodziło w dawnych czasach kiedy jeszcze żyła i usiłowała coś powiedzieć. „Trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe”.

Miejsce naukowców zajęli jasnowidze, wróżbiarze i tzw. „tarociści”, którzy przewidują przyszłość tak indywidualną jak i wspólnotową. Żeby wykonywać te szlachetne profesje trzeba wedle powszechnego przekonania mieć pewien charyzmat a więc indywidualną specyficzną, zdolność niedostępną ogółowi jak to można zobaczyć u jasnowidza Jackowskiego czy „tarocisty” Macieja.

Tak się jednak składa, że poza zdolnościami wypada mieć również pewne informacje powszechnie dostępne i dające się zobiektywizować źródłowo i do takich działań ograniczam się w swoim przewidywaniu. Nie chodzi o odkrywczość ale o pewną znamienną wstrzemięźliwość kręgów zawodowych ezoteryków w pewnej zasadniczej kwestii.

Istnieje wiele sposobów stawiania horoskopów w oparciu o datę urodzin i liczne świadectwa znaczenia takich przewidywań.

Jednym z klasycznych jest ten oparty na talii kart tarota. Polega on generalnie na tym, że w chwili urodzin otrzymujemy od losu swoją kartę. Paradoks tarota polega na tym, że o ile każdy otrzymuje swój kartę od losu nie każda karta otrzymuje swoich ludzi. W liczącej 78 kart talii tarota istnieją dwadzieścia dwie określane jako „Wielkie Arkana”, które w wyznaczaniu losu nie uczestniczą. Funkcję tę dzieli między siebie pięćdziesiąt sześć kart określanych jako „Mniejsze Arkana”. Dzielą się one na cztery, nazywając to potocznie, „kolory” – kielichy, miecze, denary i kije (pałki, buławy) co jest zastrzeżeniem o tyle istotnym, że w symbolice podziału społecznego kielichy to symbol duchowieństwa (ludzi wiary), miecze to symbol rycerstwa, denary mieszczaństwa, a kije to symbol chłopstwa czy też ludu używających mało wyrafinowanych broni i narzędzi. (Oczywiście symbolika tarota odwołuje się do różnych kontekstów i każdy kolor ma bardzo złożony system znaczeń i symboli. Omawiamy tylko kontekst niezbędny dla rzeczy istotnych.) W ramach koloru każda karta zajmuje pozycję od jednego do czternastu zgodnie z logiką tradycyjnych kart do brydża i skata. Dziesięć kart numerowanych i cztery figury.

Z siedemdziesięciu ośmiu kart proponuję zainteresować się jedną. Dziesiątką mieczy. Tak się składa, że z całej talii uznawana jest ona za najgorszą i najbardziej beznadziejną. Najpopularniejszą jej nazwą są „Pan Ruiny”, „Ruina”, „Katastrofa”. Najczęściej przedstawia się na niej lezącego na brzuchu rycerza-wojownika z dziesięcioma mieczami wbitymi w plecy. Czasem są to same miecze a czasem po prostu ruina. Niezależnie od wyobrażeń jest to karta wielkiej i definitywnej przegranej. Co prawda w systemie tarota każda karta ma sens pozytywny i negatywny i zawsze można pocieszać się maksymą, że „W ruinie leży ukryty skarb” skądinąd jednak wiadomo, że ruin bez skarbów jest niestety nieskończenie więcej niż tych ze skarbami.

Gdy spojrzymy na Tarotowy Kalendarz to okazuje się, że dziesiątkę mieczy wyciągnęli z talii urodzeni między 10 a 20 czerwca. Dziesięć dni to dużo czasu. Pośród nich są z pewnością dni lepsze i gorsze. Jest jednak wśród nich wyjątkowy i zasadnie godny uznania za najgorszy. Jest to 18 skrywająca pod niewinną pozornie postacią efekt dodawania trzech szóstek a więc liczbę Bestii (Szatana, Antychrysta).

Trudno więc o dzień gorszy w całym kalendarzu. Co gorsza zdają się potwierdzać to fakty. 18 czerwca 1815 miała miejsce Bitwa Pod Waterloo. Co prawda dla niektórych była ona zwycięstwem ale dla tego który ja wydał stała katastrofą kończącą epokę.

Politycy którzy urodzili się 18 czerwca generalnie nie mieli szczęścia. Np. Georgi Dymitrow oskarżony o podpalenie Reichstagu i ostatni „przywódca” Kominternu.

Nie mniej spektakularny jest koniec kariery też urodzonego 18 czerwca dyktatora Węgier w latach 1919-1944 Miklosa Horthy’ego, którego nieudolna próba wyplątania się z sojuszu z Hitlerem latem 1944 okazał się wstępem do katastrofy Węgier w ostatniej fazie wojny, wymordowania większości Żydów węgierskich i zniszczenia dużej części Budapesztu.
Nie można też zapomnieć o Eduardzie Daladierze premierze Francji od 12maja 1938 roku do 20 marca 1940, pod którego rządami Francja wzięła udział w konferencji Monachijskiej akceptującej rozbiór Czechosłowacji a następnie prowadziła „dziwną wojnę”.

W Polsce nie sposób pominąć osławionego „premiera z Krakowa” Jana Marii Rokity występującego pod przydomkiem „Chodząca Katastrofa”.
Chociaż wykracza to poza kontekst ściśle rozumianej polityki nie sposób pominąć tutaj Lecha Grobelnego urodzonego w tego samego 18 czerwca co inny polityk którego postać trwale zrosła się z katastrofą –Lecha Kaczyńskiego.

Gdy idzie o Lecha Kaczyńskiego to warto pamiętać że jego wyjątkowość polegała na tym, iż ani nie odszedł z tego świata ani nie przyszedł nań samotnie.

To właśnie brat Lecha Kaczyńskiego – Jarosław jest problemem. Jego katastrofa jest co prawda zapisana w gwiazdach ale fundamentalny charakter ma pytanie gdzie i kiedy nastąpi i ilu ludzi za sobą pociągnie. Bardzo wątła jest nadzieja, że kaczym upadnie w wyniku erozji władzy po miejmy nadzieję przegranych wyborach prezydenckich latem bieżącego roku a konsekwencje poniosą tracący władzę hunwejbini „dobrej zmiany”.
Jest to zbyt piękne aby było prawdziwe. Problem polega na tym, że Jarosław Polskęzbaw narzucił przytłaczającej większości społeczeństwa konserwatywną perspektywę walki z całym światem i negowania wszystkiego co wiąże się z cywilizacyjnym rozwojem naszego stulecia. Negacja wszystkiego co reorientuje współczesny świat – od przemian obyczajowych do realności katastrofy klimatycznej i konieczności prowadzi polskie społeczeństwo do katastrofy znacznie większej niż wszystkie dotychczasowe.

Nie idzie tutaj o groteskowe inwestycje takie jak przekop Mierzej Wiślanej którego sensem jest powstanie kanału któremu będzie można nadać imię Lecha i Marii Kaczyńskich czy budowę w Baranowie Portu Lotniczego, który nosząc imię swojego inicjatora Jarosława Kaczyńskiego zmarginalizuje Gdański Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy. Problem tkwi znaczne głębiej. Jeżeli na powstać, nowy energooszczędny świat ratujący ludzkość przed katastrofą wymaga on całkowicie nowej, elastycznej i dynamicznej mentalności. Żeby przeżyć trzeba wykroczyć poza to co jest.

Musi powstać alternatywa radykalnie zmieniająca relacje człowieka i środowiska. Polska Jarosława Kaczyńskiego to Polska odporna na wszelkie zmiany, to Polska w ruinie pozostałości tego co oprze się zmianom klimatycznym i katastrofie ekologicznej. W tym sensie gwiazdy mają rację. Jarosław jest „Panem Ruin” a ci Polacy którzy przeżyją katastrofę staną się ich mieszkańcami.