Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Chicago Boys na falach Dniepru

Temu rządowi nie będzie łatwo – powiedział 35-letni Ołeksij Honczaruk krótko po tym, gdy złożył ślubowanie przed Radą Najwyższą i objął w czwartek 29 sierpnia stanowisko premiera Ukrainy. Czy będą to słowa prorocze? To się dopiero okaże, ale z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć co innego – pod rządami Sługi Ludu najtrudniej będzie ukraińskiemu społeczeństwu.

Na razie nie cichną wyrazy zachwytu nad najmłodszym w historii szefem ukraińskiego rządu. Polski Ośrodek Studiów Wschodnich wystawił mu entuzjastyczną ocenę, nazywając go „uznanym specjalistą w swojej dziedzinie”, chociaż przyznał, że Honczaruk, prawnik z wykształcenia, ma w zarządzaniu doświadczenie niewielkie. Inni się nie ograniczają: według komentatora i członka ukraińskiego klubu dyrektorów dużych firm (CEO Club) Tarasa Kozaka powstał „cudowny rząd”, zdaniem szefa ukraińskiej służby celnej Maksyma Nefiodowa zaistniała „nadzwyczajna koncentracja ludzi godnych i profesjonalnych”, gratulacje złożył przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu Kurt Volker. Najbardziej w sedno trafił jednak, pokazując zarazem źródła tego powszechnego niemal zachwytu Siergiej Fursa, analityk funduszu inwestycyjnego Dragon Capital.
– Honczaruk i Spółka – to najlepszy gabinet, jaki zdarzył się w całej historii Ukrainy. Właśnie oni mogą stać się „Chicago Boys&Girls”, jeśli będą mieć wsparcie prezydenta i parlamentu – napisał Fursa. Byłoby jeszcze trafniej, gdyby zamiast „mogą stać się” napisał po prostu „będą”. W kraju, gdzie skutecznie wycięto z debaty politycznej jakąkolwiek lewicową czy choćby delikatnie prospołeczną myśl, i tak nie wzbudziłby żadnych kontrowersji. Neoliberalizm i rozścielanie czerwonego dywanu przed biznesem, w połączeniu z pogardą dla zwykłych ludzi, to w ukraińskich warunkach synonim „skutecznego reformowania” czy „uzdrawiania państwa”. A o tym, że nowy rząd ma takie właśnie plany, międzynarodowa opinia publiczna zdążyła się już dowiedzieć – nawet szybciej niż ukraińska. Ołeksij Honczaruk, będąc jeszcze „tylko” zastępcą szefa prezydenckiej administracji, przedstawił program partii Sługa Narodu i prezydenta Zełenskiego dla Ukrainy w końcu lipca w wywiadzie dla „Bloomberga”. Dziennikarze tego tytułu podsumowali rzecz krótko: Ukraina zamierza iść drogą terapii szokowej na wzór Polski i Węgier sprzed 30 lat.
Bo i Honczaruk nie owijał w bawełnę: w pierwszej kolejności wskazał jako strategicznego partnera Kijowa Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a nowy kredyt z tego źródła jako jedyną faktycznie szansę dla swojego państwa. Świetnie wiedział też, a przynajmniej próbował oszacować, jaka będzie cena pożyczki: stwierdził, że współpraca z MFW to konieczność wystawienia na sprzedaż udziałów w około dwustu przedsiębiorstwach, które choćby w części należą do państwa ukraińskiego i jeszcze przedstawiają jakąś wartość. Byłyby to, doprecyzował, także takie podmioty jak przewoźnik kolejowy (Ukrzaliznycia) i ukraińska poczta. Ale prawdziwym łakomym kąskiem dla inwestorów ma być co innego: jeszcze w tym roku, zapowiedział, Rada Najwyższa wycofa obowiązujące od 2001 r. moratorium na obrót ziemią. Prawdopodobnie także dla nabywców z zagranicy, ale tę kwestię, podobnie jak kilka innych szczegółowych regulacji władze w Kijowie będą jeszcze omawiać z Bankiem Światowym.
Terapia szokowa, podejście drugie
Wielką prywatyzację i wyprzedaż resztek państwowego majątku Ukrainy, łącznie z gruntami, neoliberalni doradcy podsuwają Kijowowi, odkąd zwyciężył Majdan. W rządzie Arsenija Jaceniuka w latach 2014-2016 zasiadał nawet człowiek, który zupełnie zasłużenie zapracował na nadaną mu przez dziennikarzy ksywkę „Likwidator”. Chodzi o litewskiego finansistę, naturalizowanego Ukraińca Aivarasa Abromavičiusa, ministra rozwoju gospodarczego i handlu. Jego pomysł na stymulowanie rzeczonego rozwoju jako żywo przypominał recepty Leszka Balcerowicza: deregulacja, prywatyzacja, cięcia wydatków publicznych. O kryzysie, jaki dotknął ukraińską gospodarkę po raptownym zerwaniu wymiany z Rosją mówił: wyjątkowa szansa, w domyśle – na terapię szokową.
Jeśli wtedy nie doprowadził swoich planów do końca, to głównie dlatego, że w ramach deregulowania i prywatyzowania chciał również przyciągać zagraniczny biznes i podważyć wszechwładzę lokalnych kleptokratów. Łącznie z przyjaciółmi samego prezydenta Poroszenki. Ci zaś się nie dawali. Gdy w lutym 2016 r. Abromavičius składał dymisję, ambasadorowie dziesięciu krajów z USA, Niemcami i Francją głośno wyrażali niezadowolenie.
„Likwidator” nie zniknął z Ukrainy: wypłynął w kampanii wyborczej Zełenskiego jako jeden z jego doradców ekonomicznych. Pozostawił też po sobie think-tank BRDO, Biuro Efektywnego Regulowania, finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Kanady, chwalący się też współpracą z Bankiem Światowym. Nietrudno się domyślić, jak BRDO definiuje swoje cele: chce czynić z Ukrainy miejsce maksymalnie przyjazne dla biznesu, deregulować, przyciągać inwestorów. Funkcję jego dyrektora pełnił przez ostatnie cztery lata nie kto inny, jak właśnie obecny premier Honczaruk.
Niejasne pozostaje tylko, czy Zełenskiemu i jego szefowi administracji Andrijowi Bohdanowi zarekomendował go bezpośrednio Abromavičius, czy też do prezydenckiego gmachu na Bankowej przyprowadził Honczaruka Dmytro Dubiłet, założyciel internetowego Monobanku i człowiek z otoczenia oligarchy Ihora Kołomojskiego. Biznesmen Dubiłet dostał zresztą w „reformatorskim” rządzie stanowisko ministra bez teki. Desant z BRDO w elitach władzy uzupełniają Denys Maluśka (minister sprawiedliwości) i Ołeksij Orżel (minister energetyki) oraz deputowani Sługi Ludu Ołena Szulak i Witalij Bezhyn. Świetnie pasuje do nich również Tymofij Myłowanow, który nie pozostawił wątpliwości, że jako minister gospodarki zamierza cyfryzować, deregulować, prywatyzować.
Biznesowi przywileje, pracownikom…
Czym dla zwykłych Ukraińców skończy się taka konfiguracja rządowo-biznesowa, nie mają wątpliwości aktywiści z grupy Socialny Ruch, jedni z nielicznych nad Dnieprem odważnych ludzi walczących o prawa pracownicze. Na to, że Honczaruk w swoim expose zwrócił uwagę na to, że 10 mln jego współobywateli żyje na granicy nędzy i zapewnił, że się z tym godził nie będzie, wzruszają ramionami.
– Na podstawie jego propozycji rząd [poprzedni – przyp. MKF] unieważnił ogromną liczbę ustaw dotyczących ochrony pracowników, co doprowadziło wręcz do wzrostu liczby śmiertelnych wypadków w pracy – piszą o premierze. – Po nowym rządzie nie należy spodziewać się niczego oprócz przywilejów dla biznesu, ograniczenia kontroli państwowej, zwiększenia długu publicznego i prywatyzacji. Konieczne jest, by spotkał się z opozycją ze strony sił prospołecznych i związków zawodowych. Tylko to powstrzyma wzrost ubóstwa i pogardy dla życia w imię „interesów rynku”.
Tyle, że opozycja w Radzie Najwyższej zrobić wiele nie może, gdy Sługa Ludu ma absolutną większość. A na wypadek, gdyby zaczęła organizować się poza radą, Zełenski z Kołomojskim się zabezpieczyli: w resorcie spraw wewnętrznych pozostał Arsen Awakow. To z jego nazwiskiem ukraińscy obrońcy praw człowieka, także ci o liberalnej orientacji, łączą przymykanie oka na ekscesy nacjonalistycznych radykałów (czy wręcz wspieranie ich przez resorty siłowe) i rażącą bezradność państwa w obliczu napaści na niezależnych dziennikarzy czy lokalnych aktywistów krytykujących np. korupcję w policji. Теraz piszą o sprzeniewierzeniu się hasłom z kampanii wyborczej i porzuceniu wyborców, którzy przecież oczekiwali alternatywy i zmian na lepsze, a nie konsolidowania wpływów przez jedną z twarzy poprzedniego rządu. Przeciwko pozostaniu Awakowa w resorcie spraw wewnętrznych udało się nawet zorganizować protest uliczny, z wiadomym – czyli zerowym – skutkiem.
„Niespodziewane” rozczarowanie
Tyleż mocny, co emblematyczny w tej dyskusji jest wpis, jaki zamieścił Dmytro Łychowy, redaktor portalu internetowego Nowinarija. Autor zarzuca Zełenskiemu zdradę wyborców, wypomina, że w odróżnieniu od Poroszenki, który do rządzenia potrzebował przyzwolenia różnych koterii i musiał dogadywać się z Awakowem, żeby nie upadł jego rząd, aktualny prezydent ma w parlamencie większość absolutną. Gdyby chciał, przekonuje dziennikarz, mógłby zmieniać kraj, w dowolnym kierunku i przy entuzjazmie wyborców.
– Wybrał jednak inną drogę. Stał się takim samym smokiem, jaki rządził wcześniej. Ma swojego Bohdana. Ma nie swojego Awakowa, który stał się częścią podziału władzy. Ma Kołomojskiego, który wpływa na liczne decyzje kadrowe – pisze rozgoryczony Łychowy, występując niczym głos wszystkich tych niejednorodnych grup wyborców, które zaufały Zełenskiemu, bo tak bardzo miały dość Poroszenki, że były gotowe uwierzyć w aktora bez programu politycznego i jego pośpiesznie sklejaną z przypadkowych elementów partię. Tak bardzo miały dość oligarchicznej kleptokracji, że nawet nie przeszkadzał im Kołomojski krążący wokół „świeżego kandydata”. I dopiero teraz powoli przekonują się, komu ten uśmiechnięty mężczyzna miał utorować drogę.
Nadzorcy
Bolesne przebudzenie tych, którzy ciągle się łudzą, nastąpi niedługo. Spotkanie premiera Honczaruka z delegacją MFW to kwestia kilku tygodni, ale jeszcze wcześniej zdominowana przez samozwańczych Sługów Ludu Rada Najwyższa może zająć się pierwszymi projektami, które były szef BRDO ma w zanadrzu. Jak powiedział portalowi nv.ua szef prezydenckiej frakcji w radzie Dawid Arachamija, czekają one tylko na moment, gdy zyskają pozytywną opinię Amerykańskiej Izby Handlowej, European Business Association (kolejnego podmiotu troszczącego się o zachodnie biznesy nad Dnieprem) i Ukraińskiego Związku Przedsiębiorców. Kto zaopiniuje nowe projekty z punktu widzenia ludzi, pracowników? Pytanie oczywiście retoryczne.
Obawa o to, że Zełenski jednak zechce wsłuchać się w głos zubożałych wyborców, a Honczaruk tylko mówi o prywatyzacji, w umysłach liberalnych entuzjastów nowego rządu nie zaistniała ani na chwilę. Z fali zachwytów nad rządem „ekspertów i menedżerów” nie wybija się ani jeden głos przestrzegający przed „populizmem” czy „nadmiernym oglądaniem się na roszczeniowych ludzi” – słudzy i klakierzy wielkiego biznesu nie boją się, że Sługa Ludu faktycznie będzie godny swojej nazwy. Martwi ich co innego – czy ambitna ekipa deregulatorów nie podzieli losu swojego prekursora Abromavičiusa, gdy wspierając kapitał zagraniczny wejdzie w drogę interesom aktualnego pierwszego wśród oligarchów Ihora Kołomojskiego. I znowu najpewniej nadzieje i obawy tych kręgów wyraził Siergiej Fursa: „Jesteśmy na Ukrainie, a więc bez nadzorcy się nie da. Dobrze, że chociaż zrobiono Dubiłeta tylko prostym i niepojętym «ministrem rady ministrów», zamiast dać człowiekowi Kołomojskiego wyższe stanowisko. Chociaż trudno będzie wyjaśnić zagranicznemu inwestorowi, dlaczego członek zarządu Prywatbanku i syn przewodniczącego zarządu Prywatbanku z czasów Kołomojskiego, gdy z tego banku wyprowadzono pieniądze, zasiada w rządzie, a nie na ławie oskarżonych”.

Daleko od centrum

O metropoliach, peryferiach, liberałach i niezrozumieniu

Porażka kandydata partii Erdogana na stanowisko burmistrza Stambułu w powtórzonych wyborach municypalnych w Turcji wywołała nowy wybuch radości wśród liberalnych komentatorów. Część nie zawahała się nawet ogłosić, że to symboliczny początek procesu cofania się wpływów prawicy, populistów (szeroko rozumianych) czy ogólnie wszelkich kontestatorów (neo)liberalizmu.
Myślę, że to jest mylne stanowisko. I nie przemawia za tym sądem schadenfreude czy „chciejstwo”. Żeby odrzucić powierzchowny optymizm neoliberałów wybuchający cyklicznie, gdy w dowolnym miejscu w Europie populistyczna prawica poniesie porażkę, wystarczy popatrzeć trochę szerzej.
Odwołam się do koncepcji świata jako systemu centrów, półperyferii i peryferii, która znalazła odzwierciedlenie w pracach Immanuela Wallersteina, a także mniej znanych rozważaniach Fernanda Braudela, Karla Polanyiego, Josepha Schumpetera i Fernando Cardoso. Opisuje ona doskonale zglobalizowany świat, gdzie kapitał wieje kędy chce i lokuje się tam, gdzie maksymalizują się zyski. Taki świata to struktura, gdzie podział pracy odnosi się do sił i relacji produkcji światowej gospodarki jako całości. Prowadzi do istnienia dwóch wzajemnie zależnych regionów: centrum i peryferii.
Hegemoniczne centrum niczym odkurzacz wysysa z peryferii produkcję. Tańszą, gdyż siła robocza jest utrzymywaną w ryzach przez kapitał, który gra jej lokalnymi doświadczeniami, instrumentalizuje odpowiednie komponenty kultury. Nie wykształca się w niej świadomość klasowa, utrzymuje się bieda. Lepsze szkolnictwo i oświata, dostęp do dóbr kultury, szersze możliwości rozwoju personalnego lokują się w centrach. One też importują z peryferii zasoby intelektualne, ludzi rzutkich, nonkonformistycznych i otwartych na nowości. Tym samym peryferie i półperyferie (swoiste strefy buforowe) tkwią w marazmie, doświadczając regresu cywilizacyjno-kulturowego.
Asymetryczna i nierównomierna wymiana, systematyczny przekaz nadwyżek z półperyferii i peryferii do wysoce technologicznego, naukowego centrum prowadzić musi do zawężania miejsca akumulacji kapitału. To znany z epoki kolonialnej sposób ograbiania pozaeuropejskich regionów świata i budowania dobrobytu Europejczyków na bazie krzywdy i wyzysku tych innych. Różnice w jakości życia, poczuciu spełnienia i satysfakcji, a przede wszystkim – w poziomie wykształcenia, dostępie do usług publicznych z ochroną zdrowia na czele między królującą metropolią a podległym interiorem stale się powiększają.
Ten globalny mechanizm działa też w obrębie poszczególnych państw. Metropolie, gigantyczne megalopolis (w tym wielomilionowi rekordziści, jak np. ujście rzeki Perłowej w Chinach, rejon San Paulo w Brazylii czy Mexico City) niczym odkurzacz degradują krajowe peryferia. Widzimy to też na przykładach Nowego Jorku, Moskwy, czy wreszcie Warszawy. Gdzie do nich – we wszystkich aspektach życia – odpowiednio: stanom środkowej Ameryki jak Iowa czy Kansas, rosyjskiemu Dagestanowi czy popegeerowskim terenom Pomorza Zachodniego. Frustracje, poczucie niesprawiedliwości i kolonialnego wręcz wyzysku postępują analogicznie jak w relacjach globalnych. Dlatego tak popularny stał się separatyzm regionalny, który jednak, w warunkach neoliberalnego kapitalizmu, niczego rozwiązać nie może.
Napięcia pomiędzy metropoliami a interiorem (sprowadzane często do prymitywnych antynomii przeradzających się we wzajemną pogardę) owocuje dramatycznym, podziałem na elity i tzw. lud, albo, jak zdarza się tym elitom stwierdzić, motłoch. Takimi (i gorszymi) terminami operując ci, którzy powinni temu ludowi przekazywać owo „oświecenie” i narzędzia do zrozumienia rzeczywistości. Na zasadzie paternalistycznych i kolonialno-wyniosłych form debaty nic się nie osiągnie, poza polaryzacją.
Erdogan – od którego zaczęto ten tekst – ale i Kaczyński, Orban, Salvini, Farage, Thulesen-Dahl (Duńska Partia Ludowa), Szwajcarska Partia Ludowa, Austriacka Partia Wolności, a przede wszystkim Donalda Trumpa, to efekty tej dychotomii. A mainstream i elity dalej nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Doskonale ten problem przedstawił amerykański analityk Atlantic Council, Global Energy Center i Heritage Foundation, współpracownik Forbesa i Bloomberga, dr Ariel Cohen. Stwierdził, że jego żona powtarza mu – w perspektywie coraz bardziej prawdopodobnej drugiej kadencji Trumpa – iż ci, którzy latają z Baltimore, Nowego Jorku i Bostonu samolotami do Los Angeles, San Franciso i Seattle nad głowami Amerykanów z Alabamy, Iowy, Wisconsin czy Kansas absolutnie nie wiedzą, co tam się dzieje na dole. Tak wielki jest już rozdźwięk między centralnie ulokowanymi elitami czerpiącymi pełnym garściami z postępu i rozwoju, a ludźmi peryferii. To, co zostało powiedziane o Ameryce, równie dobrze może pasować do Turcji, Niemiec, Francji – i Polski.
Dopóki liberalny mainstream i przyklejająca się do niego umiarkowana lewica nie zrozumie tej prostej prawdy, wyartykułowanej nie przez żadnego wywrotowca, ale amerykańskiego analityka i zwolennika hegemonii Waszyngtonu, nic albo – prawie nic, się nie może zmienić. I raz po raz będą pojawiać się zaskoczenia, zdziwienie i niedowierzanie.

Francja przed referendum

Czy neoliberalizm da się pokonać drogą głosowania? Francuzi na różne sposoby kontestują „reformy” prezydenta Emmanuela Macrona, ale tego jeszcze nie było. Nigdy nie stosowane Referendum z inicjatywy dzielonej (RIP) ma być sposobem na odrzucenie polityki wielkich prywatyzacji, kojarzonej z wyprzedażą ostatniej domowej biżuterii. Trzeba zebrać prawie pięć milionów podpisów, kampania właśnie ruszyła.

We wtorek 18 czerwca Benjamin Sonntag, dziennikarz, współzałożyciel portalu informatycznego Quadrature du net, włamał się do serwera ministerstwa spraw wewnętrznych i policzył podpisy: było ich ponad 125 tysięcy. Gdyby ludzie podpisywaliby się w tym tempie, wymagany próg ponad 4,7 miliona byłby osiągnięty w 40 dni. Głosować można jednak przez dziewięć miesięcy. Nie wszyscy reagują w tym samym tempie i sprawa nie jest jeszcze wygrana.
Ta informacja podniosła jednak morale niezwykłej, ponadpartyjnej koalicji politycznej, dzięki której mogło to ruszyć. Mieszczą się w niej ugrupowania ideowo sprzeczne, jak lewicowa Nieuległa Francja i prawicowi Republikanie lub Zieloni i Zjednoczenie Narodowe z komunistami. Cała opozycja wystąpiła przeciw partii prezydenckiej.
Wśród całej fali prywatyzacji odznaczają się paryskie lotniska (ADP), które miałyby pójść w prywatne ręce za ok. 9,5 miliardów euro. Jest to kura znosząca złote jaja francuskiemu budżetowi, podobnie zresztą jak inne przedsiębiorstwa przewidziane do sprzedaży: lotto czy tamy rzeczne. Ale to właśnie ADP wywołały bunt polityczny i pomysł narodowego referendum przeciw Macronowi. Prawnie to referendum przypomina zombie.
Głosowanie z przeszkodami
Nie należy mylić RIP z RIC – referendum z inicjatywy obywatelskiej, o które przez ostatnie pół roku ubiegają się „żółte kamizelki”. Władza odrzuciła RIC, gdyż istnieje RIP – referendum z inicjatywy dzielonej. To konstytucyjny wynalazek z czasów prezydentury Nicolasa Sarkozy’ego, tak pomyślany, by nigdy nie wszedł w życie. „Dzielonej”, bo zainicjować procedurę mogą tylko politycy-deputowani, nie zwykli obywatele. Jest w niej tyle przeszkód, że konieczność zebrania podpisów 10 proc. elektoratu, czyli tych milionów, nie wydaje się jeszcze taka trudna. Dzięki niezwykłemu połączeniu się opozycji, 248 posłów wniosło projekt ustawy, który ma ochronić ADP przed prywatyzacją, jako przedsiębiorstwo należące do „służby publicznej”.
Potem wszystkim zajmuje się Rada Konstytucyjna, śledzi procedurę i to ona orzeknie, czy zebrało się prawie pięć milionów poparcia dla tej ustawy. Głosowanie, bo jest to właściwie głosowanie, odbywa się przez internet. Serwery ministerstwa policji z początku się zakrztusiły, ale już wszystko podobno działa, oprócz ochrony danych. Kiedy Rada orzeknie, że poparcie zostało zebrane, parlament i senat będą miały pół roku na przegłosowanie proponowanego prawa, jego przyjęcie lub odrzucenie. Jeśli nie zdążą, dopiero prezydent ogłasza referendum. Wszystko to może zająć nawet dwa lata.
„Mój króliczku”
W konflikcie o ADP widać ludowy sprzeciw wobec bezduszności neoliberalizmu, taki, jaki ucieleśnia Macron. Nawet w ojczyźnie dzikiego neolibu – Stanach Zjednoczonych – zarządzanie portami lotniczymi pozostaje w gestii publicznej. Są zbyt strategiczne. Chodzi też o poczucie wspólnoty narodowej – tworzy je m. in. wspólne posiadanie czegoś. Tymczasem macronowska prywatyzacja wielkich lotnisk jak Orly i Roissy oraz innych w regionie stołecznym, niezbyt dobrze pachnie. Konflikty interesów, niejasne układy, wielkie pieniądze…
Taki Bernard Mourad, bankier, doradca Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, człowiek, który organizował wpłaty miliarderów na wybór Emmanuela. Macron mówił do niego „Mój króliczku”, on odpowiadał „Moja kurko”, jak donosiła wścibska prasa. To jeden z najbliższych mu ludzi. I tenże Mourad wyłania się po raz drugi, ale już jako szef francuskiego oddziału Bank of America, który zaangażowano do obsługi prywatyzacji ADP. Są bez wątpienia tacy, którzy dobrze zarobią na tej transakcji, ale raczej nie Francuzi jako wspólnota. Macron prywatyzował już pomniejsze lotniska jako minister gospodarki u „socjalisty” prezydenta Hollande’a. W czasie kampanii prezydenckiej nie mówił o prywatyzacjach, by nie zrażać publiczności. Poza kampanią to był jego neoliberalny konik, od samego początku.
Pospolite ruszenie
„Co to za demokracja, kiedy przez pięć lat po głosowaniu rządzi się i decyduje za ludzi? Mają się nie wtrącać. Dla nas demokracja to działanie na rzecz wspólnego losu. Skoro pierwsze w naszej historii RIP na to pozwala, zajmijmy się lotniskami. Potem szkołami, lasami, pociągami, żłobkami i sądami. Więc kiedy prywatyzują ADP – odpowiadamy: referendum! Gdy niszczą pogotowie ratunkowe, odpowiadamy: referendum! Zachcą zamykać szkoły – chcemy referendum! Wszędzie, na zeszytach uczniów, na murach naszych miast, na stronach internetowych piszemy słowo referendum!” – poseł Nieuległej Francji François Ruffin nadał w parlamencie ton opozycyjnej koalicji. Nie chodzi nawet o lotniska, lecz coś szerszego, demokrację.
Dla wielu ekonomistów sprzedaż tak dochodowej spółki jak ADP jest absurdem gospodarczym. I taka argumentacja będzie pewnie przeważać podczas kampanii. Rządowi trudno wytłumaczyć, dlaczego to robi. Chodzi o posunięcie czysto ideologiczne („prywatne lepsze”), czy jest w tym jakiś ekonomiczny zamysł? Na razie wyjaśnia, że włoży uzyskane ze sprzedaży pieniądze do banku, nie będzie tego ruszał, a z procentów sfinansuje to i tamto. Perspektywa, że lotniska pójdą do banku wkurzyła jednak nawet tradycyjną prawicę. Kampania zachęcania ludzi do poparcia referendum będzie raczej głośna. Neoliberalna polityka Macrona ma coraz więcej wrogów.
Wspólne dobro
Za rozkrzyczanym tłumem Francuzów przeciwnych prywatyzacji czekają spokojnie przedstawiciele wielkich grup finansowych, które stać na kupno ADP. Są m. in. Amerykanie, Australijczycy, Arabia Saudyjska i rodzimy, prywatny koncern Vinci, który kupił już publiczne autostrady (ceny od razu poszły w górę). Podobno największe szanse ma fundusz Global Infrastructure Partners (GIP) z USA, ale Vinci czai się najbardziej, bo ma już osiem proc. ADP. Ma nie być żadnego faworytyzmu, jednak konkurenci do kury i jej złotych jaj z pewnością zdwoją czujność.
Dla francuskiej lewicy walka o referendum ma się przyczynić do zatrzymania logiki prywatyzacji Emmanuela Macrona. Jego cel to skończenie z przedsiębiorstwami publicznymi, z sektorami o ważnym znaczeniu gospodarczym, finansowym, społecznym, czy środowiskowym, które składają się na dobro publiczne. Prywatyzacyjny totalitaryzm Macrona przyniesie zyski jego przyjaciołom z finansowego szczytu, ale reszta zostanie na łasce banku. Lewica miała tu łatwy wybór: „wszystkie ręce na pokład”, trzeba z tym walczyć.
Każde dziecko
Po pierwszych dniach różnych awarii, platforma internetowa ministerstwa spraw wewnętrznych, która służy do wyrażania poparcia dla referendum, została ośmieszona przez Benjamina Sonntaga. Zza swojej klawiatury wszedł do środka i dosłownie rozglądał się na boki. Mógł mieć dane wszystkich głosujących, podał jedynie ich liczbę. Skromnie przyznał prasie, że „każdy dzieciak” mógłby się włamać do tych danych i z pogardą wypowiadał się w kwestiach technicznych: „Co do ergonomii i kodu tej platformy, to była zbyt stara już w 1999 r. Można uwierzyć, że rząd zrobił wszystko, by ludzie nie podpisywali, ale to się może obrócić przeciw niemu.”
Działanie Sonntaga to próba przełamania francuskiej ceremonialności: wymyślono, że liczbę poparć dla referendum będzie podawać Rada Konstytucyjna raz w miesiącu, kiedy ta liczba może być afiszowana w internecie na bieżąco. Włamał się na stronę policji w kilka dni po bardzo poważnym zapewnieniu ministra spraw wewnętrznych Castanera, że ma ona znakomite zabezpieczenia, które „uchronią przed wszelkim wyciekiem danych”. Okazało się to bajką dla dzieci. Tak czy inaczej, kampania zapowiada się jednak na ostrą, dorosłą, w żywotnych sprawach wspólnoty i demokracji.

Poeta versus Premierka

„No właśnie. Pani Szydło jest ideałem człowieczeństwa dla pół miliona osób. Nie zna języków, okropnie się ubiera, mówi głosem przedszkolanki w depresji, najwyraźniej nie uprawia sportu i nie czyta rozpraw Carla Schmitta, jak jej tajemniczy szef – ale podoba się. Myślę, że tylko Gombrowicz mógłby nam to wytłumaczyć”.
Zagajewski to jest prawdziwy symbol neoliberalnego raka, który od dekad trawi Polskę.
Jego zdziwienie tym, że społeczeństwu podoba się ktoś, kto jest ubrany zwyczajnie, nie tryska szczęściem (czemu miałby?), nie czyta tekstów naukowych i nie mówi pięcioma językami wskazuje, że wbrew swojej dumie Pan Poeta w rozpoznaniu świata znajduje się wiele kilometrów poniżej Pani Premier.
Swoją drogą to musi być bardzo bolesna pobudka, że zwracając się do zasobnych salonów zwracasz się tylko do kilku procent społeczeństwa… Jeszcze boleśniejsze musi być to uczucie, że oto ten wredny lud woli minimalny socjal zamiast cieszyć się z samej władzy lepszych od siebie i wiecznego braku środków na transfery socjalne.
Jak to jest w ogóle możliwe? No jak???
Ja wiem kto nam to wytłumaczy… Marks. Ale ups, on jest dla liberałów tym najgorszym złym. Także lepszy już nawet Kaczyński z tą całą głupią Szydło.
Będzie można narzekać na innych, że są głupsi, a reszta jakoś sama się załatwi. Z czasem te same elity będą nawet bardziej zadowolone, że za drobne mają spokój.
W końcu bogaty da sobie radę zawsze.

Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy.

Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.
Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej, a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy. Wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako powielanie słów wypowiadanych przez katolicko-narodową prawicę. Padnie też argument ostateczny: „ to granie do jednej bramki z Putinem”.
Czy zawsze tak było?
Albo nie, albo może ja coś źle pamiętam. Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, a także w początkach naszego członkostwa, większość polskiej lewicy była za , ale stosunek do tej instytucji nie miał charakteru religijnej czci. Unia miała wady, istniały w niej tendencje niepokojące, zdarzało się, że twierdzono, że po prostu powstała jako wehikuł neoliberałów. Pamiętam, że czytywałem wtedy w lewicowych mediach o referendach we Francji i Holandii, przegranych przez neoliberałów próbujących upchnąć ludowi swoje unijne traktaty. Pamiętam, jak w młodym lewicowym gronie reagowano na frazę „traktat lizboński” – to były „brzydkie słowa”.
Może coś źle pamiętam, bo późno się poważnie i krytycznie zainteresowałem polityką (miałem 24 lata w momencie referendum o polskim członkostwie w Unii; polski system edukacji na wszystkich poziomach robił w tamtych czasach wszystko, by nasze pokolenie trzymało się od polityki jak najdalej, lub zadowalało się garścią farmazonów). Ale pamiętam to jakoś tak, że do Unii chcieliśmy wstąpić, bo widzieliśmy w niej lepsze rozwiązanie niż niewstąpienie, w warunkach, kiedy reguły gry na kontynencie, w naszym geograficznym sąsiedztwie, i tak były kształtowane przez tę organizację – przynajmniej mielibyśmy udział w tym kształtowaniu. W warunkach, kiedy po terapii szokowej lat 90. XX wieku i związanej z nią likwidacji polskiego przemysłu (niczym innym nie zastąpionego) połowa mojego pokolenia nie mogła właściwie liczyć na żadną pracę we własnym kraju. Nieważne, ile byśmy nie zrobili dyplomów, ile języków byśmy się nie nauczyli. Skoro już od dawna jeździliśmy na Zachód „na saksy”, to przynajmniej nie pracowalibyśmy tam już na czarno. Czasem myśleliśmy, że może to i prawda, że UE wymyślili neoliberałowie, co nie znaczy, że – jak już przekonali do niej innych – będą mieli całkowity wpływ na jej dalszą ewolucję, na jej przyszły kształt. W każdym razie – chyba że rzeczywiście moja pamięć, albo moje doświadczenie są jakieś nietypowe – pozwalano na myślenie, zadawanie pytań, kwestionowanie. Unia Europejska nie była na lewicy Świętym Świętych, Rajem na Ziemi, zbawieniem teraz, tylko jakąś odpowiedzią na wyzwania.
Unia albo…
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Dziś, kilka lat po brutalnym, pokazowym ekonomicznym zarżnięciu Grecji, warunki narzucane przez Unię Europejską pod płaszczykiem moralizatorskiego dyskursu o odpowiedzialnych finansach stopniowo duszą gospodarkę prawie całego kontynentu, z wyjątkiem żerujących na nim Niemiec. Stało się już jasne, że neoliberałowie urządzili Unię Europejską całkowicie po swojej myśli i tak kompletnie, że niewykluczone, że nie da się jej już zreformować – ale na większej części polskiej lewicy takie refleksje są niemal zakazane. Opozycje są plebiscytowe, proste jak konstrukcja cepa. Unia albo PiS. Unia albo rasizm. Unia albo faszyzm. Unia albo katolicko-narodowa ksenofobia. Oraz, last but not least, Unia albo Putin. Skoro PiS gra na melanżu nastrojów, miksując po trochu różne obsesje, to dla zbyt wielu na lewicy (zbyt często kopiujących kalki narzucone jej przez liberałów) znaczy, że właściwą odpowiedzią jest samo tylko odwrócenie znaków. Powiesz złe słowo o Unii Europejskiej, jesteś z prawicy.
Tymczasem prawica udziela co prawda złych odpowiedzi, ale swój rezonans zawdzięczają one być może temu, że rozpoznaje w eterze przynajmniej niektóre dobre pytania.
Z punktu widzenia kogoś, kto od ponad dekady nie mieszka w Polsce, ten otaczający UE na polskiej lewicy zakaz myślenia to dla mnie przedziwny fenomen. Współczesna lewicowa refleksja i literatura w Europie pełna jest krytyki Unii Europejskiej, czasem domagającej się gruntownej reformy tej instytucji, a czasem tak dokumentnej, że prowadzącej do konkluzji, iż organizacji tej po prostu nie da się już zreformować w nic lepszego, można ją tylko zastąpić czymś innym. Costas Lapavitsas, Stathis Kouvelakis, Richard Seymour, Alex Callinicos, Tariq Ali, Wolfgang Streeck, Frédéric Lordon, Michael Roberts, Janis Warufakis, Adam Tooze – to tylko niektórzy intelektualiści i autorzy poddający Unię Europejską gruntownej krytyce z różnych lewicowych pozycji. W różnym stopniu, ale na porządku dziennym, krytyka realnego kształtu Unii Europejskiej jest obecna na lewicy na lewo od starych partii socjaldemokratycznych w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Francji.
Tymczasem w Polsce: „zostajemy!” – i tyle
Jeśli obecna dynamika na linii (prawicowa) akcja – (lewicowa) reakcja się utrzyma, to nie zdziwi mnie w ogóle, gdy polska lewica podłączy się do neoliberałów i będzie z nimi ramię w ramię walczyć o wstąpienie Polski do strefy euro. Mimo tego, że przyjęcie euro dla gospodarki o takiej strukturze jak polska byłoby zbiorowym samobójstwem na raty. Ale to nie jedyny poziom, na którym myślenie o Europie jako o cudownym schronieniu i mechanizmie obrony przed tendencjami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi jest niebezpiecznym bujaniem w obłokach, politycznym syndromem Alicji w Krainie Czarów. Najwyższy czas, żebyśmy na lewicy zadawali sobie przynajmniej pytanie, czy inwestując nasze internacjonalistyczne marzenia w Unię Europejską, nie zostaliśmy po prostu wykiwani przez neoliberałów, nie zostaliśmy ich pożytecznymi idiotami.
Dziś, słaba i zmarginalizowana, słabością tą i marginalizacją zmęczona i zdemoralizowana, pod ciągłą presją prawicowej polityki i narzucanego przez prawicę kształtu debaty, polska lewica, z braku sił i środków, nie daje rady rozwinąć i dobrze przedstawić własnej, niezależnej odpowiedzi na problemy i wyzwania. Czasem pozostaje jej tylko reaktywne odbijanie prawicowych piłeczek, często z ogromną szkodą dla jakości debaty. Kiedy premier Duda rzucił tą swoją Unią Europejską jako „wspólnotą wyobrażoną”, ilu komentatorów na lewicy zwróciło w ogóle uwagę, skąd pochodzi ta kategoria i co za nią stoi? Zamiast tego większość pozwoliła się Dudzie skutecznie strollować i śladem popularnego na Facebooku poety w muszce, odpowiadała: „no jak wyobrażona, skoro są dotacje, przelewy przychodzą, tyle a tyle?”.
Zmęczona lewica, która samodzielnie nie daje rady stawić czoła rasistowskiej, katolicko-narodowej prawicy, trzyma się Europy jako większej, ustabilizowanej już siły, która przynajmniej ma czym taką rasistowską, katolicko-narodową prawicę poskromić, odeprzeć, zatrzymać. Jest jedyną realną, gotową, już zastaną siłą antyrasistowską – albo przynajmniej nie-rasistowską, zawsze coś. Dlatego polska lewica uważa, że powinna Unii Europejskiej bronić, zamiast ją krytykować.
Kraina Czarów? Nie, wylęgarnia potworów
Takie rozumowanie, nawet w swojej umiarkowanej postaci (jako tymczasowa taktyka, sposób na przetrwanie, dopóki nie mamy nic lepszego) projektuje na Unię Europejską idealne właściwości, które coraz trudniej stwierdzić w jej strukturach i funkcjonowaniu empirycznie. Mistyfikuje też w niebezpieczny sposób prawdziwą relację, jaka zachodzi między eksplodującymi w różnych częściach Europy tendencjami skrajnie prawicowymi (poszczególnymi rasistowskimi nacjonalizmami czy narodowymi rasizmami) a Unią Europejską. Unia nie tylko nie stanowi dla poszczególnych narodowych rasizmów zapory, ona stanowi ich wylęgarnię.
Realna ekonomiczna i polityczna postać, jaką UE przyjęła, nie tylko nie zniwelowała różnic w ekonomicznym rozwoju pomiędzy poszczególnymi państwami i wewnątrz tych państw, nie tylko nie zneutralizowała napięć między nimi – ona te różnice i napięcia napędza i eskaluje. Na każdą narodową próbę odejścia od neoliberalnych i monetarnych dogmatów, odpowiada: „nie ma mowy!” Jeden kraj (Grecję) obróciła już w niemiecką kolonię dłużną i pokazuje ją palcem każdemu rządowi, który jeszcze chciałby się wychylić. Rosnące w tych warunkach frustracje, niemożliwe z powodu europejskiego neoliberalnego kaftana do rozwiązania w konstruktywnej polityce społecznej i gospodarczej, rozdymają prawe ekstremum spektrum politycznego. Tym bardziej i tym łatwiej, że neoliberalne „skrajne centrum” w szacownych liberalnych europejskich demokracjach właśnie w rasistowskich kategoriach prezentowały przyczyny zapaści Europy Południowej. Miała ona nastąpić rzekomo w rezultacie „wrodzonych” cech tych śródziemnomorskich obiboków.
Ale prawdopodobnie jest nawet jeszcze gorzej. Nie tylko są te poszczególne, rozproszone rasizmy produktami ubocznymi ograniczonego przez neoliberalne ramy Unii Europejskiej pola manewru polityki w poszczególnych krajach (bezwzględne pierwszeństwo dyscypliny budżetowej i monetarnej przed odpowiadaniem na problemy i potrzeby społeczne). Być może całe to napięcie – UE versus poszczególne rasizmy narodowe – jest już tak naprawdę po prostu rywalizacją konkurujących rasizmów, walką różnych projektów rasistowskich: rasizmów narodowych i „większego” rasizmu europejskiego.
Unia Europejska nie tylko nic od dawna nie robi w odpowiedzi na najbardziej rasistowskie ekscesy poszczególnych państw – takie jak szczucie rządów Włoch, Austrii i Wielkiej Brytanii na uchodźców, brytyjskie deportacje własnych obywateli o ciemnym kolorze skóry do krajów, w których od dzieciństwa (albo nigdy) nie byli, włoskie i francuskie zakazy pomagania ludziom uciekającym przed wojnami, za które przynajmniej część odpowiedzialności (jak w przypadku Libii i Syrii) ponoszą przynajmniej niektóre państwa europejskie (zwłaszcza Francja i Wielka Brytania).
Unia Europejska nie tylko się w takich sprawach nie zająkuje nawet fałszywym oburzeniem. Unia Europejska sama, na swoim instytucjonalnym poziomie, robi to samo, co poszczególne państwa. Ściga się z nimi, w niektórych obszarach je wyprzedza o całe lata, wręcz wytycza im szlaki, rozwijając swoją dystopijną superagencję do ochrony fos wokół Twierdzy Europa, Frontex. Budując mury i zasieki na najbardziej krytycznych Europy limesach. Przyglądając się bezczynnie, jak tysiące uciekających przed śmiercią ludzi „niewłaściwego” koloru skóry znajduje ją w wodach Morza Śródziemnego, a czasem nawet trochę ich tam jeszcze ukradkiem spychając. Dobijając targów z Erdoganem w Turcji i zbójcami w upadłym państwie Libii, żeby oni tych nieszczęśników zatrzymywali przemocą u siebie, co by jaśnie pani Europa sama nie musiała sobie umorusać rękawiczek. I kto wie, jakie jeszcze w zaciszach gabinetów wykuwając polityki, żeby „chronić Europę” przed „zalewem” jej ofiar.
Europejski autorytaryzm
Część lewicy dostrzega to wszystko, ale i tak upiera się, że liberalne formalne filary Unii Europejskiej postawione w lepszych znacznie czasach są w jej grunt wbite wystarczająco mocno, żeby mimo wszystko stanowiły znaczącą ochronę przed dalszymi postępami autorytaryzmu charakterystycznymi dla czasów tak złych jak nasze. Niektórzy wciąż wierzą w aksjologiczne pochodzenie „wspólnot europejskich”, to znaczy za dobrą monetę przyjmują opowieści, że Europę jednoczyły podzielane wartości (moralne, etyczne, polityczne, itd.). Jest to jednak dość naiwne wierzenie, dzisiaj na domiar złego po prostu niebezpieczne.
Unia nie wykonuje żadnych ruchów przeciwko postępującej od lat koncentracji autorytarnych instrumentów władzy przez Pałac Elizejski w Paryżu (permanentny stan wyjątkowy, prawie faszystowski impet policyjnej reakcji na protesty żółtych kamizelek, z zabijaniem protestujących włącznie). Unia od ponad roku nie znajduje energii, by zdobyć się na choćby słowa potępienia dla hiszpańskich reakcji na głos ludu w Katalonii (cykliczne pałowanie protestujących, bezprawne przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych).
Unia ma gdzieś postępy autorytaryzmu w Europie, bo sama staje się organizmem coraz bardziej autorytarnym, który taką swoją naturę zademonstrował szczególnie wyraźnie w stosunku do Grecji, ukaranej za to, że lud śmiał mieć inne zdanie niż neoliberalni eurokraci w Brukseli i bankierzy we Frankfurcie i Berlinie. Unia rozwija swoje siłowe agencje, jak wspomniany Frontex. Być może niebawem zobaczymy wspólne siły zbrojne, których użycie będzie zapewne tak samo poza kontrolą demokratyczną jak procedury Komisji Europejskiej, jak stosunek Unii Europejskiej do referendów o jej neoliberalnych traktatach. Ani się wtedy obejrzymy, a polscy, czescy czy bułgarscy szeregowcy obudzą się w Afryce, z misją obrony neokolonialnych interesów Francji, bez demokratycznej debaty. Wygląda też na to, że UE po prostu przyjęła do wiadomości, że należące do jej kluczowych liberalnych wartości swoboda ruchu i otwarte granice pomiędzy państwami członkowskimi, zostały na fali antyuchodźczej histerii de facto zawieszone.
Wartości czy akumulacja kapitału?
Dlaczego? Jest to banalnie proste. Wbrew fantazjom apologetów, Unia Europejska nie powstała z pobudek aksjologicznych, ale jako przestrzeń ekonomiczna, rama dla nowego etapu akumulacji kapitału, przestrzeń dla ekspansji wielkiego kapitału już ponad – czy transnarodowego i umożliwiająca „utransnarodowienie” poszczególnych najsilniejszych europejskich kapitałów narodowych w warunkach globalnej konkurencji.
Owszem, procesy integracji europejskiej i poszerzania UE stawiały jako warunek pakiet liberalnych standardów prawnych i politycznych. Ale po pierwsze idealistyczne wartości były długo lepszym środkiem propagandowym, sposobem na uwiedzenie całych społeczeństw, niż gdyby najbogatsi mieli po prostu się przyznać, że chcą zarabiać jeszcze więcej. Po drugie wynikało z tego, że państwa, które stanowiły rdzeń wspólnot europejskich, były wówczas liberalnymi demokracjami, chciały więc ekspansji w warunkach w miarę podobnego środowiska prawnego i politycznego, żeby wiadomo było czego się wszędzie spodziewać. W ówczesnych lepszych czasach kapitalistom i (neo)liberałom pospołu liberalny pakiet norm i wartości wydawał się najlepszym środowiskiem dla dalszej, potencjalnie „nieograniczonej” akumulacji kapitału. Kiedy czasy dla kapitalizmu są dobre, liberałom zawsze wydaje się, że tym razem to już potrwa wiecznie, choć w realnym kapitalizmie nigdy wiecznie nie trwa.
Dobre czasy już się skończyły, w kapitalizm uderzył największy kryzys w jego historii, w Europie wyrządzając większe szkody niż gdziekolwiek indziej w tzw. świecie rozwiniętym. Pakiet liberalnych norm i wartości – tam, gdzie dotyczy osobistych i politycznych wolności, ochrony przed dyskryminacją i arbitralną przemocą ze względu na nasze cechy przyrodzone lub społeczno-polityczne identyfikacje – stanowi teraz dla dalszej akumulacji kapitału przeszkodę raczej niż podporę. W warunkach kryzysu zawsze okazuje się, że jedynymi „prawami człowieka”, jakie naprawdę zawsze się w liberalizmie liczą i wygrywają ewentualne spięcia, są prawa wyprowadzone z własności i prawa do tej własności pomnażania. Wszystkie inne, w razie potrzeby, mogą zostać w dogodnym momencie zawieszone. Dlatego właśnie Unia przygląda się dziś biernie, a czasem po cichu uczestniczy, w autorytarnej transformacji kontynentu.
Kto jest czyim pożytecznym idiotą?
Oczywiście, Unia Europejska oferuje nam od czasu do czasu coś dobrego, zwłaszcza w dziedzinie naszej ochrony jako konsumentów, bo z czegoś musi wyprowadzać swoją legitymizację. Ale i to raczej dla niepoznaki, po to, żebyśmy odwracali uwagę od demontażu naszych praw jako pracowników, jako potencjalnie potrzebujących kiedyś materialnego wsparcia, jako imigrantów, jako uchodźców, jako podmiotów posiadających różne opinie polityczne i pragnienie ich wyrażania w przestrzeni publicznej, itd.
Kiedy Unia decyduje się ustami którejś ze swoich instytucji zabrać głos w sprawie autorytarnych ataków na demokrację, to udaje jej się to wyłącznie w stosunku do swoich słabszych, młodszych stażem, „niedojrzałych” członków na Europy „Dzikim Wschodzie”, co jest samo w sobie manifestacją przenikającego dziś UE rasizmu.
Ogromna część polskiej lewicy traktuje dzisiaj każdego, kto krytykuje Unię Europejską, jako pożytecznego idiotę prawicy – albo Putina. A co, jeśli jest zupełnie odwrotnie: to taka lewica dała się wkręcić w rywalizację mniejszych rasizmów z większym i stała się zgrają pożytecznych idiotów tego większego?

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.

Czy Chiny zbawią świat?

Dawno, dawno temu, bo w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku studiowałem nauki polityczne na szacownym Uniwersytecie Warszawskim. I wówczas zdarzało mi się jeszcze usłyszeć prognozę, że „Komunizm zwycięży”. Już wtedy wzbudzała ona powątpiewanie ówczesnych studentów, wzmocnione zwykle sarkastycznym rechotem.

 

Do Chin pierwszy raz trafiłem w 2000 roku. W drodze powrotnej z Korei Północnej. W tamtym czasie byłem posłem do Sejmu RP, pracowałem w polsko-azjatyckich grupach parlamentarnych . Dzięki temu mogłem w praktyce kontynuować studia uniwersyteckie. Dwa lata później byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej. Najliczniejszej z bilateralnych grup. Najaktywniejszej też. To sprawiało, że regularnie odwiedzałem Chiny. Czasem kilka razy w roku. I zawsze tam widziałem radykalne zmiany. Zawsze na lepsze.

W tamtym czasie Chiny miały złą reputację wśród polskich elit politycznych. Bo głupi polski antykomunizm zdominował polskie media. I polskie elity polityczne też. Już sam przymiotnik „komunistyczny” był obelgą polityczną. Nic zatem dziwnego, że rządzone przez komunistyczna partię Chiny traktowane były przez polską prawicę z wyjątkową pogardą. Jako wielki, ale biedy kraj. Pogardzany Trzeci Świat.

W tamtym czasie dominował pogląd, że wzrost gospodarczy, szczęście i dobrobyt obywateli zapewnić może jedynie liberalna, całkowicie sprywatyzowana gospodarka wolnorynkowa wraz z systemem demokracji parlamentarnej. Rządzone przez „komunistów” Chiny mogłyby wyjść z biedy i zacofania gdyby przyjęły zachodni ideologiczny chrzest. Sprywatyzowały gospodarkę i skopiowały zachodnią demokrację. Dowodem i przykładem takiego udanego zmodernizowania kawałka Chin był wtedy Tajwan. Zachwycający nowoczesnymi technologiami i nadwyżkami w handlu międzynarodowym.

Kiedy po każdym powrocie opowiadałem w polskim Sejmie o rosnącym potencjale gospodarczym Chińskiej Republiki Ludowej, nie wierzono mi. To zwykła, kłamliwa komunistyczna propaganda, słyszałem w odpowiedzi. Ten wzrost gospodarczy to efekt sfałszowanych statystyk. Te gigantyczne fabryki i nowoczesne dzielnice wielkich miast to tylko jakieś „potiomkinowskie wioski”.

 

Czerwone karty kredytowe

Nawet kiedy rządziła w Polsce lewicowa SLD, ton polityce polsko-chińskiej nadawali moralizatorzy z Unii Wolności. „SLD mniej wolno”, orzekli liderzy tej partii. Chińskiej Republice Ludowej było wolno jeszcze mniej. Cóż z tego, że chińskie PKB przez kilkanaście lat rosło w tempie dwucyfrowym. Cóż z tego, że w ciągu dwudziestu lat ponad pół miliarda Chińczyków wyszło ze stanu biedy. Chiny nie mogły być partnerem dla Polski , bo nie przestrzegano tam praw człowieka. Jeszcze w 2008 roku ówczesny premier Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej, ogłosił publicznie, że bojkotuje Olimpiadę w Pekinie. Choć nawet jeszcze nie dostał zaproszenia na nią.

Dwa lata później prezydent Bronisław Komorowski podpisał w Pekinie porozumienie o strategicznym partnerstwie z Chińską Republiką Ludową. W imieniu Rzeczpospolitej uznał wtedy, że kwestia praw człowieka to wewnętrzna sprawa Chin i władze polskie nie będą już recenzowały chińskich partnerów. Zaraz potem problematyka łamania praw człowieka w Chinach zniknęła z łamów „Gazety Wyborczej”.

W roku 2012 z chińskiej inicjatywy powstała grupa szesnastu państw współpracujących gospodarczo z Pekinem. Nieformalną stolicą tej grupy, zwanej „Formatem 16+1” , została Warszawa. Podczas inauguracyjnego spotkania premier Donald Tusk adorował chińskiego premiera Wen Jiabao niczym ministrant księdza proboszcza.

A wszystko dlatego, że te jeszcze niedawno pogardzane i wyśmiewane przez polskie elity polityczne i dziennikarskie komunistyczne Chiny stały się bankierem świata. Drugą po USA globalną gospodarką. Polskie przedsiębiorstwa zaczęły marzyć o wejściu na gigantyczny chiński rynek. Kolejne polskie rządy jęły umizgiwać się do rządzących Chinami w nadziei na chińskie kredyty finansujące polskie wielkiej projekty infrastrukturalne.

Komunistyczne chińskie symbole przestały uwierać nawet najbardziej zagorzałych polskich antykomunistów. Nawet tych z PiS. Aby ułatwić obcowanie z chińskimi, komunistycznymi dygnitarzami, minister Jan Parys zdefiniował na użytek polskiego MSZ obecną Chińską Republikę Ludową jako państwo „postkomunistyczne”. Co rozśmieszyło jedynie dyplomatów chińskich.
Ale skoro chińskie banki mają współfinansować Centralny Port Komunikacyjny imienia Lecha Kaczyńskiego, to nie wypada, aby były to „komunistyczne pieniądze”.

 

Komunizm czy chinizm?

Sami Chińczycy przez wiele lat tworzony u siebie nowy system gospodarczy i polityczny nazywali „socjalizm z chińską charakterystyką”. Co pozwalało nakleić etykietkę na wolnorynkową gospodarkę państwowo-prywatną i system rządów autorytarnej merytokracji. Rządów Komunistycznej Partii Chin, która jest nowocześnie i sprawnie zarządzaną, efektywną korporacją i jednocześnie nową dynastią panującą i nowoczesnym chińskim cesarzem.

Ale ta wyrosła z chińskiej kultury definicja nie przystawała do zachodniej politologii. I tu pionierski wkład wniósł profesor Grzegorz Kołodko. Intelektualista, ekonomista i były polityk. Jeden z architektów polskich reform gospodarczych, tych udanych. Były wicepremier i minister finansów. Popularyzator wiedzy społeczno-ekonomicznej.
W niedawno opublikowanej książce „Czy Chiny zbawią świat?” prezentuje toczone w środowiskach naukowych dyskusje o tym czy w Chinach panuje jeszcze „komunizm”, czy już jednak przeważa „kapitalizm”. Po czym celnie określa obecny chiński system polityczno-gospodarczy jako „chinizm”.

System dzięki któremu Chiny stały się znów potęgą gospodarczą, ale nie pozwalając kapitałowi zdobyć władzy politycznej. Chiński system zliberalizował gospodarkę, zniósł biurokratyczną gospodarkę planową, ale zachował interwencjonizm państwa w strategicznych sektorach gospodarki. Korporacja KPCh nie zajmuje się już planowaniem produkcji dóbr konsumpcyjnych. Panuje za to nad wielką infrastrukturą komunikacyjną. Właśnie oddano tam do użytku najdłuższy na świecie most łączący kontynent z wyspami Hongkongu i Macau.

Zarządzająca Chinami warstwa merytokratyczna zachowuje też kontrolę nad systemem bankowym i planuje wielkie, globalne już projekty komunikacyjne. Jak choćby Nowy Jedwabny Szlak, dzięki któremu chińska gospodarka będzie mogła wyeksportować nadwyżki swych mocy produkcyjnych. Bo w „chiniźmie” to gospodarka podporządkowana jest polityce, a w krajach liberalnego Zachodu i ich naśladowcach, to elity polityczne są na służbie wielkiego biznesu.

Jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką świata. Potem straciły mocarstwowy status, bo nie chciały wejść na globalną arenę gospodarczą. Były okupowane przez nowe mocarstwa. Grabione i poniżane. Teraz ze swym unowocześnionym „chinizmem” wracają do światowej czołówki gospodarczej i cywilizacyjnej.

Teraz wiele państw azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich stara się naśladować chiński model rozwoju gospodarczego i politycznego. Tworzyć chinizm ze swoją specyfiką. Chinizm próbuje naśladować w Rosji prezydent Putin, echo chinizmu usłyszymy w polityce gospodarczej prezydenta USA Donalda Trumpa…

Czy zatem zachodnia liberalna demokracja to już pieśń przeszłości, ubiegłowieczny anachronizm?

Szukajcie na to odpowiedzi w książce profesora Grzegorza Kołodki.

 

Tekst ten ukazał się też w tygodniku „Fakty i Mity”.

 

Grzegorz Kołodko – „Czy Chiny zbawią świat?”, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 216, ISBN 978-83-8123-262-3.

Nowe porządki

Zaczynają się spełniać najgorsze prognozy związane z nadchodzącym objęciem urzędu prezydenta Brazylii przez Jaira Bolsonaro. Paulo Guedes, który będzie jego ministrem finansów, mówi wprost: będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago.

 

– Chłopcy z Chicago ocalili Chile, posprzątali bałagan – mówił w tym roku Guedes w obszernym wywiadzie dla „Financial Times”. Odnosił się do neoliberalnej terapii szokowej, jaką amerykańscy doradcy Augusto Pinocheta wdrożyli po tym, gdy drogą krwawego zamachu stanu odebrał on władzę demokratycznie wybranemu prezydentowi Chile, socjaldemokracie Salvadorowi Allende. Efektem „terapii” był m.in. wzrost społecznych nierówności i doprowadzenie do sytuacji, w której 45 proc. społeczeństwa znalazło się poniżej progu ubóstwa.

W dużo bardziej ludnej Brazylii wdrażanie wolnorynkowych „prawd objawionych” może skończyć się jeszcze gorzej. U Guedesa nie widać jednak żadnej refleksji. – Liberałowie wiedzą, co robić – powtarza ekonomista, który posiada wprawdzie dyplom w swojej dyscyplinie, ale nigdy nie cieszył się specjalnym szacunkiem kolegów, którzy widzieli w nim raczej rynkowego spekulanta niż racjonalnego analityka. W swojej karierze Guedes wykładał w Chile, potem w 1983 r. współtworzył w Brazylii Banco Pactual, a następnie fundusz inwestycyjny Bozano Investimentos.

Guedes zamierza „na dobry początek” sprzedać 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich i zaznacza, że „nie ma świętych krów”. To oznacza, że pod młotek mogłyby pójść słynny koncern naftowy Petrobras, największy wytwórca energii elektrycznej Eletrobras oraz Bank Brazylijski (Banco do Brasil). Docelowo zresztą Guedes nie ukrywa, że sprywatyzowałby wszystkie przedsiębiorstwa, które obecnie należą do państwa brazylijskiego. Kolejne pomysły? Uproszczenie systemu podatkowego, rzecz jasna z korzyścią dla firm i dla zamożnych, oraz reforma emerytalna.

Ci Brazylijczycy, którzy szczerze wierzą, że Bolsonaro zerwie z neoliberalną polityką narzucaną przez prawicę od czasu impeachmentu Dilmy Rousseff, wkrótce boleśnie się rozczarują.

Chińskie zbawienie

Grzegorz Kołodko jest bezsprzecznie myślicielem oryginalnym. Osobiście podejrzewam, że posiadanie opinii odrębnej sprawia mu co najmniej tyle radości, co posiadanie racji – czego łączenie jest o tyle nietrudne, że opinie polskich komentatorów i ekspertów z zasady mieszczą się w spektrum politycznej poprawności, niekoniecznie wyznaczanej rozumem. Tak jest niewątpliwie w przypadku Chin.

 

O Chinach w Polsce wolno mieć dwie opinie. Pierwsza: to brutalna komunistyczna dyktatura i moralnym obowiązkiem każdego człowieka Zachodu jest pouczanie jej w zakresie łamania praw człowieka. Tym aspektem Kołodko, z właściwą sobie dezynwolturą wobec oczekiwań elit, nie zajmuje się w ogóle. I druga: że Chiny są niebezpieczne, dążą do dominacji nad światem i za wszelką cenę należy stawić im odpór. Polemice z tym dogmatem poświęcona jest najnowsza książka prof. Kołodki, zatytułowana prowokacyjnie „Czy Chiny zbawią świat?”. W ramach spoilera wyjawię, że odpowiedź jest w zasadzie pozytywna.

Jako amerykanofoba najbardziej raduje mnie, gdy Kołodko zestawia międzynarodową aktywność Chin i Stanów Zjednoczonych, wykazując nie tylko praktyczną, ale także moralną przewagę tych pierwszych. Podczas swej wizyty w Afryce były już dziś sekretarz stanu USA, Rex Tillerson, oskarżał Chiny o to, że „uzależniają, stosują skorumpowane umowy i zagrażają zasobom naturalnym” państw afrykańskich. „Jakże mało przekonujące są te zarzuty, gdy ktoś konfrontuje skromne pół miliarda dolarów, które przy okazji wizyty Tillersona Stany Zjednoczone przeznaczają na dodatkową pomoc dla Afryki, z dziesiątkami miliardów dolarów, które inwestują tam Chińczycy, mając ponadto w żywej pamięci fakt, że prezydent Trump zaledwie kilka tygodni wcześniej określił biedne państwa afrykańskie w mianem »shithole countries«” – zauważa Kołodko, gdzie indziej dodając nie bez złośliwości, że „najbogatszy kraj świata, Stany Zjednoczone, zamiast w trosce o współtworzenie ekonomicznych przesłanek pokojowego rozwoju zwiększać swoje wydatki pomocowe, obcina je po to, aby mieć więcej środków na zbrojenia”.

Zgoda – Chiny prowadzą międzynarodową ekspansję, ale nie jest to „walka o dominację nad światem”, tyko działanie obliczone na realizację celów wewnętrznych, jakim jest stały rozwój gospodarczy. Chiny z powodzeniem szukają rynków zbytu na całym świecie, także w USA – ale, po pierwsze, fatalny bilans handlowy Stanów w tej relacji „jest w pierwszej kolejności funkcją ich słabej, niedostatecznie konkurencyjnej oferty eksportowej, a nie – jak chcą Donald Trump i inni ulegający sinofobii – nieuczciwej chińskiej konkurencji”. A pod drugie, i zapewne ważniejsze, przy okazji Chiny, swoimi inwestycjami, transferem technologii, tanimi i umarzalnymi kredytami, przyczyniają się do rozwoju ubogich krajów, w których inwestują. Do „przezwyciężenia zacofania niejednokrotnie będącego skutkiem wcześniejszego kapitalistycznego wyzysku” – jak z wdziękiem ujmuje to prof. Kołodko. Na niespotykaną dotychczas skalę efekt ten zrealizować może inicjatywa zwana oficjalnie „Belt and Road Initiative” (BRI), a publicystycznie „Nowym Jedwabnym Szlakiem”. To wielki projekt, przede wszystkim infrastrukturalny, obejmujący 65 państw na 3 kontynentach. Skądinąd Chiny bez żadnych wcześniejszych uzgodnień poinformowały potencjalnych parterów o swojej jednostronnej decyzji włączenia ich w BRI, przeciwko czemu żaden z tych krajów nie zaprotestował – także Polska.

Jeśli nawet – pisze Kołodko nie bez złośliwości – rozwój potęgi Chin „rzeczywiście zagraża równowadze wpływów, to miast bezproduktywnie krytykować chińską ekspansję, lepiej zwiększyć własną pomoc bogatego Zachodu”.

Autor z pewnym rozbawieniem odnosi się też do niekończących się dyskusji o tym, czy w Chinach panuje socjalizm, czy kapitalizm – proponując w zamian termin „chinizm”. Ów chinizm –unikalną chińską drogę przemian gospodarczych – Kołodko opisuje w sposób, w którym, przynajmniej dla człowieka lewicy, przeważają pozytywy. Największy brzmi: „Chiny stały się potęgą gospodarczą, nie pozwalając kapitałowi na zdobycie władzy”.

O ile dziś już każdy, z wyjątkiem Leszka Balcerowicza, rozumie, że świat, w którym 8 facetów ma tyle samo majątku, co uboższa połowa ludzkości, jest popieprzony – o tyle zrozumienie przyczyn tej sytuacji zależy od światopoglądu. Entuzjaści wolnorynkowej utopii składają ją na karb postępu technicznego, albo „fazy globalizacji” – w duszy lewaka nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że dzieje się tak, ponieważ władzę nad światem z rąk polityków przejęli kapitaliści. Którzy, z definicji, działają we własnym, a nie społecznym, interesie. A ich skuteczność jest efektem ukochanej przez liberałów „deregulacji”, czyli wycofywania się państwa z ustalania standardów: pracowniczych, płacowych, ekologicznych, konsumenckich i jakichkolwiek innych, a także z kontrolowania rynków finansowych – czyli wszystkich tych ograniczeń, które stoją kapitalistom na drodze do maksymalizacji zysku, bez oglądania się na koszty społeczne.

Chiny – dowodzi Kołodko – uniknęły tej pułapki. Tamtejsza liberalizacja ekonomiczna, odejście od gospodarki planowej, nie oznaczało przyjęcia neoliberalnej doktryny, iż państwo nie ma nic do powiedzenia w gospodarce – wręcz przeciwnie, władze Chin postawiły na silny interwencjonizm. Prowadzą aktywną politykę przemysłową, zachowały kontrolę nad systemem bankowym i strategicznymi gałęziami przemysłu, przyjmują i realizują długofalowe plany rozwojowe. Po trosze wynika to z chińskiej filozofii. Chińczycy mają nad ludźmi Zachodu tę przewagę – sugeruje Kołodko – że w chińskiej kulturze jest oczywistym, że rezygnacja z długofalowego myślenia i planowania na rzecz biernego poddania się działaniu niewidzialnej ręki rynku jest przejawem zbrodniczej krótkowzroczności; my tymczasem musimy się tego boleśnie uczyć na własnych błędach.

Jednak zasadnicza różnica między „chinizmem” i światem Zachodu jest taka, że w Chinach gospodarka służy polityce, a u nas jest odwrotnie. Co jest, jakby to źle nie brzmiało, pewnym dobrodziejstwem braku demokracji. Tego prof. Kołodko nie pisze wprost, ale zdaje się sugerować – na przykład wtedy, gdy wspomina o tym, że Chiny wolne są od „negatywnego wpływu cykli politycznych typowych dla zachodnich liberalnych demokracji”. A także, gdy cytuje chińskich ekonomistów, zauważających, iż ich krajowi nie grozi jego własna „arabska wiosna” – rewolty w krajach arabskich były powiem efektem nakładania się stagnacji ekonomicznej i autorytarnych reżimów. W Chinach, wysokie tempo dynamiki wzrostu gospodarczego przekłada się na wzrost dochodów ludności, co „ułatwia utrzymanie ładu społecznego” – pisze Kołodko.

Oczywiście, przed chińskimi władzami stoją niewiarygodnie trudne zadania – w tym, przede wszystkim, długofalowe (jak wszystko w Chinach) działania na rzecz redukcji nierówności majątkowych, które są ubocznym efektem obecnego sukcesu gospodarczego, ale które, w dłuższej perspektywie, grożą, krótko mówiąc, rewolucją. Jeśli Komunistyczna Partia Chin chce utrzymać władzę, musi zadbać o to, żeby chiński państwowy kapitalizm w większym stopniu realizował zasadę „podporządkowywania interesów prywatnych, kapitalistycznych, interesom ogólnospołecznym” – jak uprzejmie definiuje to prof. Kołodko. Po naszemu: wziąć kapitał za ryj i zmusić go do przyzwoitego płacenia ludziom.

Są też inne zagrożenia – a tym takie, które mogą nam się zdać zupełnie dziwacznymi. Na przykład: za mało dzieci. Serio. Brutalnie skuteczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego zapoczątkowana w latach 70. okazała się ogromnie trudna do odwrócenia. Dziś, kiedy Chińczycy zaczynają się starzeć i na horyzoncie majaczy widmo braku rąk do pracy, rząd zachęca do bardziej entuzjastycznego rozmnażania – ale większość młodej klasy średniej nie chce nawet o tym słyszeć. Nowy, bardziej nastawiony na konsumpcję styl życia, aspiracje życiowe i zawodowe kobiet, sprawiają, że w dylemacie „drugie samochód czy drugie dziecko” młodzi obywatele ChRL bez wahania stawiają na samochód. Inny fundamentalny problem to stan środowiska naturalnego – dużo już zrobiono w tym kierunku, dla przy takim poziomie zatłoczenia, nie wspominając już o uprzemysłowieniu, kolosalnie wiele pozostało do zrobienia. Jednak w kraju, gdzie decyzje gospodarcze podporządkowane są celom politycznym, taki efekt osiągnąć łatwiej niż tam, gdzie politykom decyzje dyktuje kapitał, w swoim galopie do maksymalizacji zysków doskonale obojętny na społeczne koszty swoich działań.

Oczywiście, prof. Kołodko nie sugeruje, że drogą do naprawienia schrzanionego świata jest wprowadzenie monopartyjnej dyktatury – ale niewątpliwie wzywa do wyciągnięcia wniosków z chińskiego sukcesu gospodarczego, zrodzonego z systemu będącego odwrotnością neoliberalizmu, czyli podporządkowania państwa rynkowi. Podobne rozwiązania można osiągnąć także w prawdziwie funkcjonującej demokracji – czego dowodem są państwa skandynawskie, a także np. Kanada.

A prawda jest i taka – to już nie konkluzje Kołodki, tylko moje – że nasze, polskie i generalnie zachodnie przekonanie, iż mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek pouczać innych, jak mają żyć, bo my wiemy lepiej, co jest dla nich dobre, jest przejawem kolonialnego chamstwa. Chińczyków jest prawie półtora miliarda, z czego do partii należy niespełna 90 milionów. Gdyby obywatele ChRL chcieli obalić ustrój, zrobiliby to – z wielkimi niewątpliwie ofiarami, ale bez specjalnego trudu. Chińska droga przemian – która, zgodnie z oficjalnymi dokumentami Komunistycznej Partii Chin, ma doprowadzić, w perspektywie roku 2050, do zbudowania „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny” – jest dla Chin dobrą drogą, jak długo Chińczycy nie zdecydują inaczej. I nic nam do tego.

 

Grzegorz W. Kołodko: „Czy Chiny zbawią świat?”, str. 224, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, ISBN: 978-83-8123-262-3.