Pan Ruiny czyli przyszłość zapisana w kartach

Polska należy do krajów, w których wywołany przez sojusz nauki z neoliberalizmem kryzys zaufania wobec niej, zaowocował wzrostem popularności wszelkiego rodzaju irracjonalizmów.

Trudno nie zauważyć, że na ten „sukces” polskiej nauki pracowali zgodnie nie tylko duet Gowin – Szumowski łączący w sposób wyjątkowo piękny neoliberalną teorię z praktyką życia naukowego ale i wielu, wielu innych. W końcu neoliberalizm jest jak katolicyzm, wyznaniem łączącym różne orientacje polityczne. Niesławnej pamięci Barbara Kudrycka razem z Kościejem Nieśmiertelnym polskiej ekonomii – Leszkiem Balcerowiczem, czy nasz ukochany „normals” prof. Belka skutecznie obrzydzili naukę większości polskiego społeczeństwa i wywołali wobec niej trwałą i głęboką wrogość.

Tematem niniejszej drobnej refleksji nie są bynajmniej wspominki po podeszłej w niesławie śp. nauce polskiej. Biedaczce nic już nie pomoże i nic już jej nie wskrzesi a niedługo już odejdą ostatni którzy jeszcze pamiętają o co jej chodziło w dawnych czasach kiedy jeszcze żyła i usiłowała coś powiedzieć. „Trzeba z żywymi naprzód iść po życie sięgać nowe”.

Miejsce naukowców zajęli jasnowidze, wróżbiarze i tzw. „tarociści”, którzy przewidują przyszłość tak indywidualną jak i wspólnotową. Żeby wykonywać te szlachetne profesje trzeba wedle powszechnego przekonania mieć pewien charyzmat a więc indywidualną specyficzną, zdolność niedostępną ogółowi jak to można zobaczyć u jasnowidza Jackowskiego czy „tarocisty” Macieja.

Tak się jednak składa, że poza zdolnościami wypada mieć również pewne informacje powszechnie dostępne i dające się zobiektywizować źródłowo i do takich działań ograniczam się w swoim przewidywaniu. Nie chodzi o odkrywczość ale o pewną znamienną wstrzemięźliwość kręgów zawodowych ezoteryków w pewnej zasadniczej kwestii.

Istnieje wiele sposobów stawiania horoskopów w oparciu o datę urodzin i liczne świadectwa znaczenia takich przewidywań.

Jednym z klasycznych jest ten oparty na talii kart tarota. Polega on generalnie na tym, że w chwili urodzin otrzymujemy od losu swoją kartę. Paradoks tarota polega na tym, że o ile każdy otrzymuje swój kartę od losu nie każda karta otrzymuje swoich ludzi. W liczącej 78 kart talii tarota istnieją dwadzieścia dwie określane jako „Wielkie Arkana”, które w wyznaczaniu losu nie uczestniczą. Funkcję tę dzieli między siebie pięćdziesiąt sześć kart określanych jako „Mniejsze Arkana”. Dzielą się one na cztery, nazywając to potocznie, „kolory” – kielichy, miecze, denary i kije (pałki, buławy) co jest zastrzeżeniem o tyle istotnym, że w symbolice podziału społecznego kielichy to symbol duchowieństwa (ludzi wiary), miecze to symbol rycerstwa, denary mieszczaństwa, a kije to symbol chłopstwa czy też ludu używających mało wyrafinowanych broni i narzędzi. (Oczywiście symbolika tarota odwołuje się do różnych kontekstów i każdy kolor ma bardzo złożony system znaczeń i symboli. Omawiamy tylko kontekst niezbędny dla rzeczy istotnych.) W ramach koloru każda karta zajmuje pozycję od jednego do czternastu zgodnie z logiką tradycyjnych kart do brydża i skata. Dziesięć kart numerowanych i cztery figury.

Z siedemdziesięciu ośmiu kart proponuję zainteresować się jedną. Dziesiątką mieczy. Tak się składa, że z całej talii uznawana jest ona za najgorszą i najbardziej beznadziejną. Najpopularniejszą jej nazwą są „Pan Ruiny”, „Ruina”, „Katastrofa”. Najczęściej przedstawia się na niej lezącego na brzuchu rycerza-wojownika z dziesięcioma mieczami wbitymi w plecy. Czasem są to same miecze a czasem po prostu ruina. Niezależnie od wyobrażeń jest to karta wielkiej i definitywnej przegranej. Co prawda w systemie tarota każda karta ma sens pozytywny i negatywny i zawsze można pocieszać się maksymą, że „W ruinie leży ukryty skarb” skądinąd jednak wiadomo, że ruin bez skarbów jest niestety nieskończenie więcej niż tych ze skarbami.

Gdy spojrzymy na Tarotowy Kalendarz to okazuje się, że dziesiątkę mieczy wyciągnęli z talii urodzeni między 10 a 20 czerwca. Dziesięć dni to dużo czasu. Pośród nich są z pewnością dni lepsze i gorsze. Jest jednak wśród nich wyjątkowy i zasadnie godny uznania za najgorszy. Jest to 18 skrywająca pod niewinną pozornie postacią efekt dodawania trzech szóstek a więc liczbę Bestii (Szatana, Antychrysta).

Trudno więc o dzień gorszy w całym kalendarzu. Co gorsza zdają się potwierdzać to fakty. 18 czerwca 1815 miała miejsce Bitwa Pod Waterloo. Co prawda dla niektórych była ona zwycięstwem ale dla tego który ja wydał stała katastrofą kończącą epokę.

Politycy którzy urodzili się 18 czerwca generalnie nie mieli szczęścia. Np. Georgi Dymitrow oskarżony o podpalenie Reichstagu i ostatni „przywódca” Kominternu.

Nie mniej spektakularny jest koniec kariery też urodzonego 18 czerwca dyktatora Węgier w latach 1919-1944 Miklosa Horthy’ego, którego nieudolna próba wyplątania się z sojuszu z Hitlerem latem 1944 okazał się wstępem do katastrofy Węgier w ostatniej fazie wojny, wymordowania większości Żydów węgierskich i zniszczenia dużej części Budapesztu.
Nie można też zapomnieć o Eduardzie Daladierze premierze Francji od 12maja 1938 roku do 20 marca 1940, pod którego rządami Francja wzięła udział w konferencji Monachijskiej akceptującej rozbiór Czechosłowacji a następnie prowadziła „dziwną wojnę”.

W Polsce nie sposób pominąć osławionego „premiera z Krakowa” Jana Marii Rokity występującego pod przydomkiem „Chodząca Katastrofa”.
Chociaż wykracza to poza kontekst ściśle rozumianej polityki nie sposób pominąć tutaj Lecha Grobelnego urodzonego w tego samego 18 czerwca co inny polityk którego postać trwale zrosła się z katastrofą –Lecha Kaczyńskiego.

Gdy idzie o Lecha Kaczyńskiego to warto pamiętać że jego wyjątkowość polegała na tym, iż ani nie odszedł z tego świata ani nie przyszedł nań samotnie.

To właśnie brat Lecha Kaczyńskiego – Jarosław jest problemem. Jego katastrofa jest co prawda zapisana w gwiazdach ale fundamentalny charakter ma pytanie gdzie i kiedy nastąpi i ilu ludzi za sobą pociągnie. Bardzo wątła jest nadzieja, że kaczym upadnie w wyniku erozji władzy po miejmy nadzieję przegranych wyborach prezydenckich latem bieżącego roku a konsekwencje poniosą tracący władzę hunwejbini „dobrej zmiany”.
Jest to zbyt piękne aby było prawdziwe. Problem polega na tym, że Jarosław Polskęzbaw narzucił przytłaczającej większości społeczeństwa konserwatywną perspektywę walki z całym światem i negowania wszystkiego co wiąże się z cywilizacyjnym rozwojem naszego stulecia. Negacja wszystkiego co reorientuje współczesny świat – od przemian obyczajowych do realności katastrofy klimatycznej i konieczności prowadzi polskie społeczeństwo do katastrofy znacznie większej niż wszystkie dotychczasowe.

Nie idzie tutaj o groteskowe inwestycje takie jak przekop Mierzej Wiślanej którego sensem jest powstanie kanału któremu będzie można nadać imię Lecha i Marii Kaczyńskich czy budowę w Baranowie Portu Lotniczego, który nosząc imię swojego inicjatora Jarosława Kaczyńskiego zmarginalizuje Gdański Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy. Problem tkwi znaczne głębiej. Jeżeli na powstać, nowy energooszczędny świat ratujący ludzkość przed katastrofą wymaga on całkowicie nowej, elastycznej i dynamicznej mentalności. Żeby przeżyć trzeba wykroczyć poza to co jest.

Musi powstać alternatywa radykalnie zmieniająca relacje człowieka i środowiska. Polska Jarosława Kaczyńskiego to Polska odporna na wszelkie zmiany, to Polska w ruinie pozostałości tego co oprze się zmianom klimatycznym i katastrofie ekologicznej. W tym sensie gwiazdy mają rację. Jarosław jest „Panem Ruin” a ci Polacy którzy przeżyją katastrofę staną się ich mieszkańcami.

Widmo post liberalizmu? (dwugłos polsko – amerykański)

Można już chyba ocenić, że neo liberalizm przeszedł w niesławie do historii. Sprokurował on dwa globalne kryzysy gospodarcze oraz mnóstwo wojen, nieszczęść i zjawisk patologicznych w świecie, łącznie z obecną pandemią.

Analizując, w ostatnich latach, głosy specjalistów zachodnich (uczonych, publicystów i in.) stwierdzam, że o neo liberaliźmie dyskutuje się coraz mniej, a na jego miejscu lansuje się tzw. post liberalizm.
1.Wprowadzenie ze strony polskiej:
To ma być nowa koncepcja systemowa (ustrojowa) wielkiego kapitału oraz jego zwolenników i rzeczników. Czyli, w zasadzie, nic nowego, bowiem rdzeniem tej niby nowej kategorii jest ciągle stary liberalizm. Z góry można więc przewidzieć, co grozi ludzkości w dalszym ciągu. Zastanówmy się przeto bliżej nad ową staro – nową perspektywą, póki nie jest jeszcze za późno. Wśród znacznej już mnogości tekstów, utkwiły mi w pamięci bardzo ciekawe, reprezentatywne, wręcz prorocze rozważania, których autorem jest red. Ross Douthat, znany publicysta „The New York Times” [1].
Uznałem za stosowne powrócić do tego tekstu i przetłumaczyć go na polski (poniżej), tak aby Czytelnicy mogli zapoznać się bliżej z poglądami młodego acz wybitnego analityka amerykańskiego w tych sprawach. Szczerze powiedziawszy, bardziej wskazane byłoby używanie przezeń pojęcia „post neoliberalizm”, który – merytorycznie i chronologicznie – jest swoistym spadkobiercą nieszczęsnego skrajnego neoliberalizmu a nie klasycznego liberalizmu. Ale, mniejsza o słowa.
Póki co jednak, ta nowa kategoria teoretyczna, a także praktyczna, szczególnie, w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej – nie jest jeszcze w stanie wypełnić niebezpiecznej luki systemowej, jaka powstała na świecie w wyniku totalnego i globalnego fiaska amerykańskiej (reaganomics) i brytyjskiej (thatcheryzm) odmiany neoliberalizmu, jaka została zaaplikowana również w licznych krajach świata, łącznie z Polską, po upadku systemu dwubiegunowego.
Konsekwencją tego fiaska był II wielki kryzys finansowo – gospodarczy, zapoczątkowany w USA, poczynając od roku 2007, a także krach współczesnej globalizacji neoliberalnej i pandemiczne widmo III kryzysu globalnego. Wniosek generalny wynikający z tego jest przygnębiający: w XIX, w XX i w XXI wieku najwięksi myśliciele i najprzebieglejsi przywódcy zachodni nie zdołali wypracować i wdrożyć optymalnego, efektywnego i trwałego systemu (ustroju), odpowiedniego dla poszczególnych krajów i dla całego świata.
Kolejne poronione systemy waliły się jak przysłowiowe domki z kart: prymitywny kapitalizm, liberalizm faszyzm, sowietyzm (kojarzony czasem z tzw. komunizmem) i – wreszcie – neoliberalizm. Każdy taki upadek powodował, w konsekwencji, albo wielki kryzys globalny, albo też wojnę światową. Także skrajny neoliberalizm amerykański doprowadził do analogicznego i tragicznego w skutkach kryzysu. Należy mieć cichą nadzieję, że nie dojdzie do III wojny światowej, która mogłaby oznaczać kres naszej cywilizacji.
Solidnym argumentem uzasadniającym tę nadzieję jest dynamiczny i pokojowy rozwój Chin Ludowych, które mają swój oryginalny system – socjalizm o specyfice chińskiej w nowej erze. Kojarzy on elementy etatyzmu i liberalizmu, interwencjonizmu państwowego i wolnego rynku oraz dążenie do pokojowych, równoprawnych i harmonijnych stosunków międzynarodowych, a także do utworzenia nowego i sprawiedliwego ładu światowego.
Aby ułatwić lekturę i zrozumienie opracowania ww. Kolegi amerykańskiego, przypomnijmy, pokrótce, główne etapy ewolucji klasycznego liberalizmu i neoliberalizmu oraz uzgodnijmy najważniejsze pojęcia i definicje. I tak, termin liberalizm wywodzi się od łacińskiego słowa „liber” – „wolny”.
Liberalizm (klasyczny) jest więc filozofią polityczną i ekonomiczną, czy światopoglądem bazującym na wolności i na równości. Są to wzniosłe ideały, ale – jak uczy doświadczenie historyczne – nigdy i nigdzie nie zostały one w pełni osiągnięte w całym okresie dominacji liberalizmu i neoliberalizmu, nawet w krajach uznawanych za jego pionierów.
Głównymi kanonami liberalizmu były: wolność słowa, religii, rynku, prawa człowieka, równość płci, demokracja społeczna, świeckie rządy, nieskrępowana współpraca międzynarodowa itp.
Genezy liberalizmu należy poszukiwać jeszcze w czasach Oświecenia, kiedy zaczęto negować przywileje dziedziczenia władzy, prymat religii państwowej, monarchię absolutystyczną i boskie atrybuty panujących. Za praojca liberalizmu uważany jest znany brytyjski filozof, John Locke (1632 r. – 1704 r.). Głosił on, że każdy człowiek ma prawo do życia, do wolności i do własności osobistej.
Rządzący nie powinni deptać tych praw. Stosunki pomiędzy rządzącymi a rządzonymi powinny być regulowane i rozwijane na mocy umowy społecznej. J. Locke opracował też teorię wartości pieniądza, która stała się prekursorem XX-wiecznego monetaryzmu (np. Milton Friedman i jego „Chicago boys”).
Na zasadach liberalizmu bazowały też wielkie rewolucje społeczne czasów nowożytnych, jak np. I American Revolution (po wojnie domowej, a może i obecna II rewolucja w czasie pandemii?), rewolucja francuska, a nawet – z początku – rewolucja październikowa w Rosji. Bowiem nadrzędnym celem ich wszystkich było obalenie tyranii. Po tej ostatniej rewolucji i po wkroczeniu Rosji na tory sowietyzacji, nastąpił rozkwit liberalizmu. Poczynając od XIX wieku, systemy liberalne rozprzestrzeniały się w Europie, w Ameryce Północnej i Południowej i in. Jednocześnie, na przeciwstawnym biegunie teoretycznym, systemowym, politycznym, społecznym i ekonomicznym, rozwijał się konserwatyzm (a później – neokonserwatyzm, w czasach neoliberalizmu).
Odmianą liberalizmu klasycznego był liberalizm społeczny, który doprowadził do powstania systemów państwa dobrobytu (welfare state) w wielu krajach świata (np. w Skandynawii, w Niemczech, w Szwajcarii i in.). Później jednak systemy te poupadały wskutek perturbacji kryzysowych, dysproporcji społecznych, napięć międzynarodowych i braku środków na sowite świadczenia socjalne.
W sferze ekonomicznej, liberalizm lansował tzw. klasyczną (swobodną) gospodarkę rynkową, wolny handel, leseferyzm władzy (laissez-faire, czyli zgoda na swobodne działania rządzących, producentów i konsumentów – czyli: „róbta, co chceta”); ale to nie do końca jest tak, bowiem nawet w liberalizmie sroży się interwencjonizm i terroryzm państwowy, wymuszający na obywatelach posłuszeństwo wobec rządzących i potrzebny im tzw. pokój społeczny.
A przecież liberalizm zakładał minimalizację interwencjonizmu państwowego, ograniczenie skali poboru podatków oraz równowagę budżetową. Wieszczami i promotorami takiej wersji liberalizmu byli wybitni myśliciele, jak np.: – Adam Smith (1723 r. – 1790 r.), który był zdecydowanym zwolennikiem „niewidzialnej ręki rynku”, leseferyzmu kapitalistycznego oraz tezy, że wolny handel służy utrzymaniu pokoju między narodami, – Jeremy Bentham (1748 r. – 1832 r.), – John Stuart Mill (1806 r. – 1873 r.) i in. Ten ostatni lansował, zwłaszcza, tzw. liberalizm demokratyczny.

Takoż to pojmowany i realizowany liberalizm doprowadził, w końcu, do wielkiego kryzysu globalnego z przełomu lat 20-tych i 30-tych XX wieku. To był jednocześnie kres owego liberalizmu. Już wtedy „niewidzialna ręka rynku” na nic się nie zdała.
Odpowiedzią nauki na kryzys były nowe teorie i koncepcje polityczne i ekonomiczne, które znalazły (chyba) najdobitniejszy wyraz w pracach John’a Maynard’a Keynes’a (1883 r. – 1946 r.), w szczególności, w jego sztandarowym dziele pt. „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”.
Autor rozwinął i uzasadnił teorię interwencjonizmu państwowego, pełnego zatrudnienia, liberalizmu społecznego i państwa dobrobytu. Pomysły J.M. Keynes’a zostały najpierw zrealizowane, z niemałym powodzeniem, w USA, przez prezydenta Franklin’a D. Rosevelt’a (1882 r. – 1945 r.); był to sławetny New Deal (Nowy Ład), w którym stosowano szeroko metodologię interwencjonizmu państwowego; a następnie – w Wielkiej Brytanii, po zakończeniu
II wojny światowej.
Jednak odejście od keynesizmu nastąpiło dość szybko – w przypadku USA, za prezydentury Ronalda Reagana (1911 r. – 2004 r.), a w Wielkiej Brytanii – podczas premierostwa Margaret Thatcher (1925 r. – 2013 r.). Działo się to w latach 80-tych XX wieku.
Przywódcy ci (oraz inni – ich śladem) porzucili teorie keynesowskie (szczególnie interwencjonizm państwowy) i ukierunkowali swe państwa i gospodarki w stronę najbardziej wulgarnej wersji liberalizmu, zwanej neoliberalizmem. Jego korzenie sięgają jeszcze XIX wieku oraz ww. leseferyzmu i liberalizmu ekonomicznego. Uczony niemiecki, Alexander Ruestow, jako pierwszy, użył terminu „neoliberalizm” jeszcze w 1938 r. System ten charakteryzuje się: maksymalną prywatyzacją, finansowym zaciskaniem pasa, deregulacją gospodarki, wolnym handlem, „niewidzialną ręką rynku”, umocnieniem sektora prywatnego w gospodarce, ze szkodą dla innych form własności, ideologią pieniądza i zysku, dehumanizacją, neoliberalną
globalizacją itp.
W naszych czasach, kulminacja neoliberalizmu nastąpiła w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. Poza USA, UE i innymi krajami, koncepcje neoliberalne stosowane były w praktyce w… Chile, w latach 1973 – 1990 (dyktatura gen. Augusto Pinochet’a; ur. w 1915 r., zm. w 2006 r.). W sumie, neoliberalizm trwał, w zasadzie, do początku XXI wieku. Traktowano go jako swoistą „trzecią drogę” pomiędzy liberalizmem a sowietyzmem.
Głównymi teoretykami neoliberalizmu oraz fanatykami wolnego rynku i monetaryzmu byli: Friedrich von Hayek (1899 r. – 1992 r.) oraz Milton Friedman (1912 r. – 2006 r.) i jego szkoła myśli neoliberalnej, tzw. „Chicago boys”. Normy wolnego rynku, prywatyzacji, deregulacji, globalizacji itp. zostały doprowadzone do niebywałych rozmiarów i do skrajności, faktycznie do absurdu.
Ale sama niewidzialna ręka rynku nie tylko nie regulowała i nie równoważyła gospodarki, lecz powodowała w niej coraz większy chaos i dysproporcje. Jednak, gdy w USA, w bastionie skrajnego neoliberalizmu, II wielki kryzys globalny zajrzał ludziom w oczy, władze zastosowały natychmiast wypróbowane instrumenty interwencjonizmu państwowego (miliardowe dotacje dla wielkich banków, towarzystw ubezpieczeniowych i koncernów – „za dużych, żeby zbankrutować”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia państwowe, militaryzacja gospodarki, nowe technologie, także kosmiczne itp.).
Upadek neoliberalizmu, podobnie jak poprzednich poronionych „systemów” wymyślonych na Zachodzie, oznacza jednocześnie swoisty tryumf i nawrót do keynesizmu.
Nastąpiła w neoliberalizmie bezprecedensowa dehumanizacja życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Człowiek został pozostawiony sam sobie oraz pozbawiony pomocy i opieki ze strony państwa. Mottem tych czasów było: „radź sobie sam, jak potrafisz”.
Rzecz jednak w tym, że większość społeczności i obywateli nie potrafiła uporać się samodzielnie ze swymi potrzebami i problemami. Pogłębiło to znacznie zjawiska patologiczne – biedę, bezrobocie, korupcję, złodziejstwo, zadłużenie i in., czego sytuacja w Polsce jest, niejako, „klasycznym przykładem”.
Ponadto, zdestabilizowało to kompletnie gospodarstwo światowe i gospodarki licznych krajów oraz doprowadziło, w efekcie, do ww. II wielkiego kryzysu globalnego. Obciąża on poważnie sumienia i konta skrajnych neoliberałów, szczególnie
amerykańskich.
I tak, dochodzimy do post liberalizmu (w ujęciu autora amerykańskiego), czy do post neoliberalizmu (w moim rozumieniu). Koncepcja ta pojawiła się w latach 90-tych XX wieku, a obecnie jest ona efektem dość nerwowej i gorączkowej reakcji pokrzywdzonych na II kryzys globalny oraz poszukiwania dróg wyjścia z nowej sytuacji kryzysowej. Póki co, nie ma jeszcze zbyt wielu wybitnych myślicieli i teoretyków post liberalizmu, choć uczeni tej miary, jak Thomas Piketty i Naomi Klein cieszą się niemałym uznaniem w świecie. Nie wiadomo, czy post liberalizm wytrzyma próbę bardzo trudnych czasów? Wygląda bowiem na to, że jest to marna namiastka – z braku poważniejszego lekarstwa systemowego i antykryzysowego (np. innowacyjna społeczna gospodarka rynkowa) wobec współczesnych bolączek naszej cywilizacji. W każdym razie, post liberalizm w swym obecnym kształcie, nie jest jeszcze racjonalną, optymalną i perspektywiczną alternatywą wobec skrajnego neoliberalizmu, który ciągle wegetuje i szkodzi nadal tu i ówdzie.
Główne założenia post liberalizmu są następujące: zwiększenie roli państwa w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym, czyli interwencjonizmu państwowego, renacjonalizacja („sprywatyzowanych”) przedsiębiorstw i banków (nawet w Polsce przebąkuje się o ich „repolonizacji”), redystrybucja dochodów z myślą o poprawieniu bytu obywateli najgorzej sytuowanych oraz o likwidacji biedy i wykluczenia. Jednym z kluczowych postulatów post liberałów jest uwolnienie się od jarzma tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” [2], szczególnie tych państw, którym nałożono owe jarzmo. Jest już niemało zastosowań praktycznych tych koncepcji, szczególnie, w Ameryce Łacińskiej. Np. przemiany tego rodzaju zostały dokonane w Wenezueli (za czasów prezydentury Hugo Chavez’a), w Boliwii (Evo Morales) i w Ekwadorze (Rafael Correa). Nastąpiła renacjonalizacja całych kluczowych branż gospodarki, np., wydobycia ropy naftowej, kopalnictwa i in. Jednak proces odchodzenia od szaleństwa neoliberalnego oraz likwidacji szkód i strat spowodowanych przez nie, będzie, zapewne, długotrwały i bolesny. Nawet w Polsce zauważalne są pewne przebłyski post liberalne (repolonizacja, rehumanizacja, zwiększenie roli państwa – etatyzmu, walka z korupcją, ze złodziejstwem i in.). Ale to nie wystarcza, bowiem niezbędne jest jak najszybsze i całkowite wyrwanie się RP z okowów systemu neoliberalnego oraz wkroczenie na drogę autentycznej demokracji społecznej i takiejże innowacyjnej społecznej gospodarki rynkowej.
W swoim ciekawym opracowaniu (poniżej), red. Ross Douthat ukazuje obiektywnie acz beznamiętnie współczesne przejawy i formy post liberalizmu – z amerykańskiego punktu widzenia. To zrozumiałe i normalne. Ciekawsze byłoby, natomiast, zaprezentowanie tego zjawiska w szerszej skali – kontynentalnej czy nawet globalnej. Co więcej, autor nie podaje przyczyn pojawienia się tej nowej koncepcji, zwłaszcza, tego, dlaczego ona powstała, skoro neoliberalizm był, rzekomo, tak „znakomity i niezastąpiony”, zdaniem jego autorów, promotorów i wykonawców? Dopiero po pewnym czasie możliwe będzie sporządzenie bilansu ogromu szkód i strat, jakie poniosła cała nasza cywilizacja w wyniku perfidnych manipulacji i bezprecedensowego oszustwa historycznego neoliberałów oraz USA i całego Zachodu, którego kolejna koncepcja systemowa okazała się groźnym i bardzo kosztownym niewypałem.

Przypisy:
[1]. Autor opracowania urodził się 28 listopada 1979 r., w San Francisco. Obecnie mieszka w Waszyngtonie. Jest absolwentem Uniwersytetu Harvard. Przeszedł na katolicyzm; szanowany bloger i publicysta „The New York Times”
;

[2]. konsensus waszyngtoński – to pomysł zaprezentowany najpierw przez brytyjskiego ekonomistę John’a Williamson’a, w pamiętnym roku 1989, a następnie zatwierdzony i realizowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i Ministerstwo Skarbu USA. Konsensus zawiera 10 zasad neoliberalnych (prywatyzacja, deregulacja, wolny rynek itp. itd.), których realizacja była wymagana, szczególnie, od krajów rozwijających się dotkniętych kryzysem – jako warunek uzyskania paskarskich kredytów od ww. międzynarodowych instytucji finansowych. Wymagania takie postawiono również Polsce, przy jej przechodzeniu „ze Wschodu na Zachód” i dziesiątkom innych krajów. Np., w Boliwii realizacja norm konsensusu waszyngtońskiego doprowadziła do katastrofy gospodarczej. Inflacja przekroczyła 2.500%! Za 1 kg chleba płaciło się walizkę pieniędzy. Nawet ich druk był tak nieopłacalny, że – chwilę po wydrukowaniu – waluta krajowa (boliviano) traciła natychmiast na wartości.
2.Wprowadzenie ze strony amerykańskiej:
Pośród post liberałów (tytuł oryg.: „Among the post-liberals”).
System zachodni – liberalny, demokratyczny, kapitalistyczny – pozostawał, w zasadzie, niekwestionowany od wewnątrz przez całe dziesięciolecia, bowiem jego rywale ideologiczni zostali zdyskredytowani lub okiełznani (unieszkodliwieni). Marksiści wycofali się do swych warowni akademickich, faszyści zajmowali się swymi ogłoszeniami internetowymi, zaś chrześcijaństwo zachodnie zaakceptowało pluralizm oraz porzuciło marzenia o powiązaniach tronu i ołtarza.
Jednakowoż, słabe strony systemu liberalnego nie zanikły. Wprawdzie zapewnił on pokój, ład (porządek) i dobrobyt (pomyślność), ale jednocześnie osłabił siły z okresu poprzedzającego liberalizm – plemienne, rodzinne i religijne, które spełniają lepiej niż kapitalizm konsumencki podstawowe potrzeby ludzkie, takie jak: tęsknota za honorem (godnością), dążenie do wspólnoty i pragnienie nadziei metafizycznych.
Choć przytłumione, ale nie wyeliminowane przez większą równość społeczną i przez wzrost PKB, potrzeby te przetrwały w dalszym ciągu. Niemniej jednak, konsensus liberalny okazał się nadspodziewanie prężny (wytrzymały), nawet w warunkach marnego rządzenia sprawowanego przez elity. Ani zamach z dnia 9 września (2001 r., w Nowym Jorku – tłum.), ani wojna w Iraku ani też, jak się początkowo wydawało, zwiastowanie przez ów konsensus kryzysu finansowego, nie zaszkodziło mu w sposób znaczący.
A tu nagle konsensus napotyka na opór. Jego politycznym wyrazem jest gniewny nacjonalizm oraz rewolta mas zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak też w Europie. Jednakże, jeszcze ważniejsze wydarzenia dzieją się w kołach intelektualistów, w których wielu młodszych badaczy uważa konsensus liberalny za coś, co powinno zostać zaniechane albo wręcz odrzucone, a nie reformowane lub przemyślane (przetworzone) ponownie.
Jeszcze wcześniej pisałem o niektórych spośród owych pomysłów, wszakże niniejsze wzbogacenie (unacześnienie) moich tekstów może okazać się pożyteczne. Pierwsza spośród szkół post liberalnych może zostać określona mianem którzy stanowią konstelację myślicieli lewicowych, dla których odżywają ponownie marzenia marksistowskie. W czasopismach ideologicznych, na wzór jakobinów czy n+1 (to nazwa amerykańskiego czasopisma literackiego, wydawanego w Nowym Jorku, drukiem i w wersji elektronicznej. Na jego łamach publikowane są teksty na tematy polityczne, społeczne, kulturalne i in. – tłum.) oraz w tyglach polityki protestu (protestów politycznych) myśliciele owi usiłowali wypracować jednorodną krytykę liberalnego ładu kapitalistycznego w oparciu o różnorodne kryteria: rasizm i seksizm strukturalny, zmiany klimatyczne, nierówność ekonomiczna i in.
Nie pojawiła się jeszcze wspólna pełnowymiarowa platforma jednocząca poglądy takich uczonych, jak Thomas Piketty, Naomi Klein czy Ta-Nehisi Coates (amerykański myśliciel, pisarz i dziennikarz, korespondent „The Atlantic” – tłum.). Jednakowoż, zróżnicowanie frakcyjne lewicy, jej skomplikowane spory na tle rasowym, seksualnym i klasowym kryją w sobie energię, której najwyraźniej brakuje w miarę zbliżania się do centrum neoliberalnego. Ponadto, lewicowcy są przepełnieni gniewem (złością) w stosunku do procedur neoliberalnych, skłonnością do czystek i rozliczeń oraz wolą wytyczenia szlaku do znacznie doskonalszej sprawiedliwości niż ta, którą wytworzył ład powstały po zakończeniu „zimnej wojny”.
Illiberalizm (antyliberalizm) tych nowych radykałów znajduje swe przeciwieństwo lustrzane w postaci „nowych reakcjonistów”, będących ugrupowaniem ustosunkowanym sceptycznie wobec demokracji, egalitaryzmu i podziwu dla ładu bardziej zhierarchizowanego oraz wobec dążeń zmierzających do obalenia status quo na Zachodzie.
Podobnie, jak po stronie lewicy, również wśród prawicy brak jest, jak do tej pory, określonego programu reakcyjnego; zaś ta neoreakcja (nowa reakcja) prezentuje się też rozmaicie w zależności od tego, czy utożsamia się ją z nacjonalizmem białych, wywodzącym się z tradycyjnej prawicy, z kąśliwym pesymizmem europejskim Michel’a Houellebecq’a, czy też z techno-utopijnymi pomysłami takich postaci z Silicon Valley, jak Peter Thiel.
Wszakże owa różnorodność, sama przez się, oznacza, że nowa reakcja oddziaływuje na środowiska nie tylko przeciwników ćwierkania w internecie, czy na nosicieli transparentów trumpowskich. Bowiem ideologia reakcyjna dociera z wolna do głównego nurtu prawicy; przypadek intelektualistów popierających Trumpa świadczy o wąskiej, ale wymownej ścieżce wiodącej do „zmiany ustroju (rządów) w kraju”. Co więcej, reakcjoniści spotykają się z odzewem w takich branżach, jak przemysły techniczne, wśród których konserwatyzm głównego nurtu posiada obecnie niewielki wpływ; bowiem, (jak to bywało w apogeum faszyzmu) nowa reakcja wykazuje nostalgiczny stosunek do hypermodernizmu, będącego panem w służbie transhumanizmu oraz wyraża wątpliwości odnośnie do równości ludzi, lecz za to marzy o podróżach kosmicznych i o A.I. (A.I. = artificial intelligence = sztuczna inteligencja, komputerowa – tłum.).
I wreszcie, występuje trzecie ugrupowanie post liberałów, mniej wybitne, ale jednak znaczące pod względem kulturalnym; a mianowicie: odszczepieńcy (dysydenci) religijni. Są nimi chrześcijanie zachodni, szczególnie ci, którzy uważają, iż zarówno liberalny, jak też neokonserwatywny styl uprawiania polityki chrześcijańskiej okazał się poronionym doświadczeniem (eksperymentem); nieudanym, bowiem, oba te style poszukiwały (zmierzały do) pojednania z orientacją liberalną wyznającą tolerancję, co stanowi pożywkę dla materializmu i niewiary (ateizmu). Niektórzy spośród owych odszczepieńców (dysydentów) religijnych rozważają poczynienie taktycznego kroku wstecz od modernizmu (nowoczesności) liberalnej, co byłoby świadectwem elastyczności subkulturowej w stylu ortodoksyjnych Żydów, Mennonitów czy Mormonów. Jednakże, pozostali (dysydenci) są zainteresowani dalszą ofensywą. W moim własnym kościele, część młodego pokolenia wygląda na rozczarowaną polityką kościoła katolickiego po Soborze watykańskim II-gim i skłania się raczej ku odrodzeniu integralności katolickiej bądź ku socjalizmowi katolickiemu spod znaku Tradinistów (Tradinista! – to ugrupowanie katolickiej młodzieży socjalistycznej w USA – tłum.). Obydwa te ugrupowania religijne potwierdzają „społeczny majestat (panowanie)” Jezusa Chrystusa, co jest twierdzeniem uderzającym do żywego w nowoczesny ład liberalny.
Pragnę zaznaczyć, że obydwa te ugrupowania mają bardzo marginalne znaczenie. Jednak, podobnie jak radykałowie i neoreakcjoniści, dysponują one energią, jakiej nie posiadają główne nurty ideologiczne. Ponadto, wszystkie trzy tendencje post liberalne współgrają z różnymi aspektami populizmów grasujących w polityce zachodniej, tzn.: z radykałami Bernie Sanders’a i Jeremy Corbyn’a, z partiami Podemos i Syriza, z neoreakcjonistami Trump’a, Brexit’u i Le Pen’a, z integrystami katolickimi i z promotorami zwrotu na prawo w Europie Wschodniej.
Zapewne, ich ideologia jest rzeczywiście niebezpieczna w odniesieniu do ładu, który uważamy za dany na Zachodzie. Bądź też, w zależności od rozwoju sytuacji, mogą oni przynieść określony pożytek, bowiem rozkwit cywilizacji liberalnej był często uzależniony od sił, których nie mógł wyłonić zwykły tryb (ład) proceduralny oraz od radykalnych i religijnych poprawek w stosunku do spłaszczonego (wygładzonego) wizerunku życia człowieczego.
Kiedy, więc, owych poprawek nie staje, cały system staje się dekadencki (schyłkowy). Zaś, kiedy poprawki pojawiają się ponownie, to najlepiej jest wyciągnąć z nich wnioski – bowiem, w przeciwnym razie, kolejna korekta będzie gorsza.

Ross DOUTHAT
tłum. Sylwester SZAFARZ


Źródło: „International New York Times”, z dnia 10.10.2016 r., str. 9.

Nędza zamiast emerytury

Spełnił się mokry sen polskich neoliberałów, zmierzających do oszczędzania kosztem najsłabszych i maksymalizowania zysków tych, którzy już są zamożni. Zbiegło się działanie reformy emerytalnej i forsowanie umów śmieciowych. Już niedługo starzy ludzie, jeśli nie pomoże im rodzina, będą umierać na ulicach i koczować w ośrodkach pomocy społecznej.

Minimalna emerytura obecnie w Polsce wynosi 1000 złotych netto. I choć to więcej niż minimum egzystencji, za progiem którego pojawia się zagrożenie życia, to już mniej niż minimum socjalne, poniżej którego pojawia się zagrożenie tzw. strefą niedostatku. W każdym razie nie trzeba nikogo przekonywać, że za minimalną emeryturę
nie sposób żyć godnie.

Co gorsza, jak wykazały badania, obecnie emeryturę niższą od minimalnej pobiera 333,4 tysiąca Polaków. To z kolei oznacza, że od 2011 roku liczba ludzi pobierających takie właśnie emerytury zwiększyła się czternastokrotnie (!). Warto podkreślić, że nie chodzi tutaj o świadczenia mniejsze od minimum o kilka czy kilkanaście złotych, odnotowano w Polsce przypadki, kiedy emerytury wynoszą od kilkudziesięciu groszy do kilkunastu złotych.

Będzie jeszcze gorzej, ponieważ właśnie zaczynamy jako państwo i społeczeństwo zbierać owoce neoliberalnej reformy emerytalnej i nacisk na zatrudnianie pracowników na nieoskładkowane umowy śmieciowe.

W 2017 r. na umowach cywilnoprawnych, z których nie odprowadzano składek na przyszłą emeryturę pracowało aż 4,6 mln ludzi. Badania pokazują, że obietnice polityków o zmniejszaniu liczby tych umów nie są dotrzymywane. A zatem w przyszłości będzie przybywać ludzi bez prawa do minimalnej emerytury. W 2030 będzie ich około 641 tysięcy, przewiduje Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Bez systemowych rozwiązań, których rządzący nie mają – problem ten może stać się jednym z najpoważniejszych dla państwa.

Rozważania o hołocie

Jesteśmy dumnym narodem, wstajemy z kolan, ale nie wszyscy. Chamska hołota to nowe określenie pewnej grupy społeczeństwa. Zaczęło się, wiele lat temu, od słynnego „spieprzaj dziadu” i nie powiedział tego prezes. Po drodze był gorszy sort, złodzieje, kwik odrywanych od koryta, itp.

Na to, kto jest hołotą, a kto patriotą czy dumnym narodem nie ma zgody w społeczeństwie.. To oceny na użytek polityczny, bardzo subiektywne i dzielące społeczeństwo.

W PRL była klasa robotniczo-chłopska i inteligencja. Ponieważ zarobki robotników i inteligencji były porównywalne, sojusz funkcjonował bez większych problemów. Po 1990 roku rozpadła się klasa robotnicza, a inteligencja zmarniała i stała się w neoliberalnym kraju niepotrzebna. Pieniądz zaczął wyznaczać status społeczny. Choć wszyscy go pożądali nie wszyscy go mieli pod dostatkiem. Zaczął tworzyć się podział na biednych i bogatych, choć to też jest dość względne.

Po 2015 roku wprowadzono podział na biedny, dumny naród i bogatą, chamską hołotę. Ile jest których, nie wiadomo. I którzy są dumnym narodem, a którzy hołotą, to też ocena bardzo indywidualna. Wiadomo natomiast kto te podziały wprowadza. Wiadomo także, że tak skłóconego społeczeństwa od wielu, wielu lat nie było.

I na koniec. Już sam nie wiem. Czy jestem dumnym narodem czy hołotą, a może jednym i drugim po trosze. Prezes na pewno siebie do hołoty nie zalicza, uznaje sie za creme de la creme dumnego narodu, ale to tylko jego subiektywna ocena.

Neoliberalizm rodzi faszyzm

Poszukiwania winowajców odpowiedzialnych za wzrost znaczenia skrajnej prawicy trwają. W jednym z ostatnich artykułów Bartosz Migas oskarżył o to polską klasę średnią. Nie jest to pogląd nowy i dość często spotkamy się w Polsce z radykalną krytyką „średniaków”. Tyle, że redukowanie problemu prawicowej hegemonii do prymitywnie rozumianej kwestii klasowej to błąd i ślepa uliczka.

Nie tylko dlatego, że różne klasy mogą dysponować różnymi ideologiami, ale i z uwagi na to, że w Polsce klasa średnia w zasadzie nie istnieje. A neoliberalizm idzie w poprzek wszystkich klas społecznych.

W naukach społecznych klasa średnia tradycyjnie utożsamiana jest albo z wolnymi zawodami, albo identyfikowana przez stosunkowo wyższy przeciętny dochód, który powinien gwarantować jej stabilność. W obu wypadkach polska „klasa średnia” albo nie istnieje, albo jest wyraźnie spauperyzowana. W Polsce większość przedstawicieli wolnych zawodów to ludzie bez większych oszczędności, którzy żyją często gorzej i biedniej nawet od robotników wykwalifikowanych. Dość wspomnieć, że zgodnie z badaniami Polskiego Instytutu Ekonomicznego mediana dochodu rozporządzalnego netto przypadająca na pojedynczego członka gospodarstwa domowego z tzw. polskiej „klasy średniej” to tylko 2500 złotych.

Ujmując rzecz wprost: Polska i jej biedakapitalizm nie dorobiły się stabilnej klasy średniej. Członkami „klasy średniej” nie są ludzie, którzy nie mają żadnych oszczędności, żyją od wypłaty do wypłaty, a jedynym ich wyróżnikiem jest posiadane przez nich wyższe wykształcenie.

Polski system gospodarczy dzieli ludzi na biednych pracujących różnej skali oraz na różnego typu właścicieli i beneficjentów kapitalizmu. To nie Wielka Brytania lub Francja. Wspierający Platformę Obywatelską, czy Konfederację czynią więc tak głównie ze względu na uwarunkowania ideologiczne i polityczne, a nie z uwagi na swą utrwaloną pozycję klasową. Tymczasem głównym czynnikiem tworzącym i umacniającym skrajną prawicę jest totalna hegemonia neoliberalizmu, którą szczególnie umocnił w Polsce rząd Platformy Obywatelskiej. I dlatego też wyborcom KO jest dziś tak zaskakująco blisko do poglądów reprezentowanych przez Konfederację, a niektórzy politycy PO rozważają już przyszłe koalicje. Konfederacja żyje właśnie z tego, co wtłoczono społeczeństwu polskiemu do głów za czasów panowania polskich neoliberałów i jest jej politycznym dzieckiem. Pewna współpraca wydaje się więc być nieuchronna: zwłaszcza, że PO zatraciła już wszelki swój krytyczny wydźwięk i jej kadry okazały się zaskakująco słabe.

Gruntowna niechęć do państwa, ocenianie praw socjalnych jako bezprawnych roszczeń; nazywanie socjalizmem każdej aktywności ze strony państwa; wrogość do podnoszenia jakichkolwiek podatków; utożsamianie się z interesem najbogatszych; patrzenie i myślenie o sobie, jako o drobnym przedsiębiorcy będącym mikro-firmą; ślepa wiara w wolny rynek i homo oeconomicusa. To wszystko cechy ideowe wprowadzone i ugruntowane w Polsce przez Donalda Tuska oraz poprzedzających go neoliberalnych doktrynerów. Nic dziwnego, że wychowani na tych dogmatach ludzie widzą świat tak, jak widzi go Leszek Balcerowicz, Milton Friedman, czy (obecnie modniejszy wśród młodzieży) Sławomir Mentzen. Jednoczesny zwrot ku głębszej religijności i mocniejszemu konserwatyzmowi to kolejny efekt politycznych decyzji polskich „liberałów” – to oni umocnili w Polsce kościół katolicki, to oni wprowadzili kult Żołnierzy Wyklętych i wylansowali antykomunizm, a także to oni powstrzymywali przemiany obyczajowe, opowiadając się za regułami kreowanymi przez kler oraz kurię.

Próba analizy konfliktu politycznego w Polsce w oparciu o sam kontekst klasowy nie zda się na nic jeśli nie weźmiemy pod uwagę czynnika hegemonii kulturowej. Bo walka klas w III RP oznacza przede wszystkim kompletną dominację wartości burżuazyjnych we wszystkich polskich mediach. Czy to Trójka, TOK FM, czy TVP1… Kapitalizm JEST święty, a socjalizm JEST zły. „Spór” toczy się tylko o to, kto jest większym komuchem.

Tak jest praktycznie od trzydziestu lat. Dzięki pełnemu opanowaniu kultury nawet język protestu przyjmuje w Polsce zazwyczaj wartości kapitalistyczne i najczęściej atakowane jest państwo, które utożsamia się z socjalizmem. Sytuacji tej nie starała się zmienić nawet lewica, której politycy w zdecydowanej większości nauczyli się żyć na rzecz liberalnych mediów: wypełniają tym samym specyficzną niszę skandalistów obyczajowych, ale są też tępieni przy każdej poważniejszej próbie zaproponowania ekonomicznej alternatywy.

To, że w Polsce politycznie o praktycznie wszystkim decyduje prawicowa hegemonia ideologiczna wyraźnie wychodzi na jaw np. przy okazji ostatnich danych z Europejskiego Sondażu Społecznego[1]. Klasa średnia ma niejedno oblicze. W wielu państwach jest też buforem antykapitalistycznym. Identyfikowanie jej wyłącznie z prokapitalistycznymi postawami jest błędne: interesem samodzielnych średniaków w równym stopniu może być wspieranie bogatych i istniejącego porządku, jak też naciskanie na bogatych razem z biednymi, by nie została im odebrana ich część kapitalistycznego tortu. Klasa średnia (jeśli już mamy z nią do czynienia) zazwyczaj unika przy tym skrajnie neoliberalnych postaw: znaczna jej część to przecież beneficjenci budżetu: żyjący z podatków. Tymczasem w Polsce znaczna część społeczeństwa żyje w fałszywym przekonaniu, że są reprezentantami lub kandydatami do klasy właścicielskiej i że wszelkie bogactwo bierze się z marginalizacji wpływu państwa na gospodarkę. To kraj wyimaginowanych kapitalistów i właścicieli, którzy nimi nie są. Mamy tu do czynienia bardziej z klasami wyobrażonymi niż rzeczywistymi: właścicielami ad hoc są w Polsce prawie wszyscy i tylko część budżetówki, zorganizowanej klasy pracującej i twardy elektorat lewicy, część rolników oraz właściwi kapitaliści znają swe rzeczywiste położenie klasowe. Cała reszta (i zwłaszcza znaczna część ludzi pracy) poi się zaś z neoliberalnego wodopoju i walczy z państwem oraz podatkami, bo te właśnie byty w słowniku neoliberalnym utożsamiono z „socjalizmem”. To właśnie względny niedostatek i bieda stoją też u źródła dużej nieufności wobec mechanizmów pomocowych państwa. I w obecnej sytuacji, kiedy PiS posługuje się nieskutecznymi narzędziami socjalnymi, znaczna część społeczeństwa jeszcze bardziej traci zaufanie w stosunku do państwa i jego mechanizmów redystrybucyjnych.

Myślenie o ideologiach, jako o bezpośrednich rozwinięciach ekonomicznej pozycji klasowej jest w związku z tym błędne. Nawet sam Friedrich Hayek ubolewał, że znaczna część kapitalistów sprzeciwia się jego doktrynie i nie chce „państwa minimalnego”. Nie wszyscy właściciele są ze sobą zgodni. W przypadku poparcia dla neoliberalizmu kluczowe pozycje często zajmują właśnie drobni przedsiębiorcy. To oni – co zauważył zarówno Oskar Lange, jak i John Kenneth Galbraith – nie widzą większych zalet państwa, gdyż jako drobni właściciele bliżej z nim nie współpracują i nie czerpią zysków z giełdy, czy np. militarnej aktywności państwa. Wizja „zmowy wielkiego biznesu i państwa” przeciwko „nam, drobnym i uciskanym przedsiębiorcom” bierze swoje źródło właśnie tutaj. A czego nie ma w Polsce? Właśnie wielkiego biznesu, wielkiej giełdy, współpracującej z biznesem prężnej armii, czy polskich korporacji!

Za druzgocącą większość poglądów i stanowisk kapitalistycznych odpowiadają w Polsce reprezentanci drobnego biznesu, którzy w sposób naturalny stali się najczęstszymi reprezentantami i adresatami miejscowej neoliberalnej hegemonii – wyhodowanej przy ogromnej współpracy ze strony neoliberalnych partii.

Wielki biznes nie jest jednak wcale jakimś zakładnikiem państwa opiekuńczego i jego naturalnym obrońcą. Zdarza się, że popiera on współpracujące z nim państwo i jego polityki, ale gdy tylko widzi okazję, to również opowiada się za wolnorynkowymi reformami i wspiera demontaż funkcji opiekuńczych, które uprzednio wspierał tylko dlatego, że bał się zorganizowanego oporu ze strony bojowo nastawionej klasy pracującej. A gdzie jest opór klasy pracującej w Polsce? Poza nauczycielami i kilkoma innymi grupami zawodowymi zorganizowane protesty praktycznie w ogóle się nie pojwiają. Bardziej radykalne od starań milionów ludzi pracy protesty zorganizowała tu setka zradykalizowanych drobnych właścicieli. I zrobiła to właśnie dlatego, że czuje się w Polsce bardzo pewnie, i wzmacnia ją dominująca neoliberalna hegemonia.

Wrogami „biurokracji” i „biurokratycznej symbiozy” państwa z wielkim (zwłaszcza obcym) biznesem są przede wszystkim drobni właściciele. A ponieważ polski kapitalizm jest rozdrobniony i to oni stanowią większość klasy kapitalistycznej, to do nich należy też ostatnie słowo. Tymczasem krytyka kapitalizmu jest w Polsce tak silnie napiętnowana, że wręcz niemożliwa. Zanim jakąkolwiek winą obarczy się drobnych właścicieli lub polityków narzucających neoliberalizm to wcześniej oskarżone o triumf skrajnej prawicy zostaną wszelkie inne byty. Począwszy od klasy średniej, a skończywszy na „ciemnych” masach ludowych. W praktyce transklasowi wyznawcy neoliberalizmu patrzą na świat po prostu tak, jak zostali ukształtowani. Myślenie społeczne w kraju bez rewolucji i antysystemowych narracji jest myśleniem pochodzącym od państwowych wychowawców i edukatorów. A tymi byli i są neoliberałowie, i ich kapitalistyczni mocodawcy.

Dlaczego teraz drobni przedsiębiorcy protestują i to praktycznie jako pierwsi? Ponieważ to właśnie drobni właściciele żyją często z miesiąca na miesiąc i to ich pandemiczny kryzys dotyka zdecydowanie bardziej. Dlatego to ich (a nie najbogatszych) znajdziemy na czele protestów. Dekady intensywnej neoliberalnej propagandy uczyniły też z drobnych właścicieli najlepiej zintegrowaną klasę w sobie i dla siebie spośród wszystkich istniejących. Desperacja tych drobnych właścicieli jest też najważniejszym paliwem dla Konfederacji i całej skrajnej prawicy, która widzi świat dokładnie takim, jakim chcieliby go uczynić drobni przedsiębiorcy. Ta desperacja udziela się też pracownikom, którzy w Polsce sami na siebie patrzą, jak na drobnych, „samozatrudnionych” przedsiębiorców.

Utopia małomiasteczkowego świata małych firemek, wolnej konkurencji bez korporacji, monopoli i bez państwa to utopia drobnych właścicieli, którzy nie odnajdują się już w nowoczesnym, kapitalistycznym świecie dużych firm, silnych państw i coraz bardziej masowej produkcji. Z tego też względu walka z socjalizmem jest dla skrajnej prawicy i jej kapitalistycznego zaplecza faktycznie tym samym, co walka z dużym i silnym państwem. Zarówno jedno, jak i drugie może oznaczać zagładę dla świata drobnych firm – choć w praktyce to czuły socjalizm obszedłby się z nimi znacznie łagodniej niż bezwzględny korpokapitalizm, który triumfuje w tej chwili.

Aby mógł zatriumfować prawdziwy neoliberalizm należy cofnąć czas i przywrócić erę mikrowłasności. A tego nie da się zrobić bez uprzedniego rozprawienia się z globalizacją (Unią Europejską), obcymi korporacjami, czy postępem obyczajowym i wyzwoleniem kobiet. Neoliberalizm i konserwatyzm to małżeństwo konieczne, nie tylko z rozsądku.

Skrajnie prawicowa ideologia jest nierozerwalnie związana z doktryną neoliberalizmu. Jest tak dlatego, że wartości, które stoją za drobnym właścicielem stoją w sprzeczności z wartościami klasycznego liberalizmu. Nieprzypadkowo Mises twierdził, że współcześni liberałowie to tak naprawdę „umiarkowani socjaliści”. Dla ojców libertarianizmu i neoliberalizmu istnienie propaństwowych kapitalistów było prawdziwą zmorą. Ci teoretycy usiłowali tworzyć wizje globalnego ładu społecznego, natomiast większość reprezentantów wielkiego kapitału lekceważyła ich filozofię, ponieważ wielki kapitał zawsze współdziałał w porozumieniu z państwem. Libertarianizm po prostu nie zadziała też na skalę ponadnarodową, gdyż w skali globalnej królestwo małych firm oznacza same straty i niską wydajność. Polityką i rzeczywistym celem neoliberalizmu (nawet jeśli nie w pełni jawnym) jest więc zarówno demontaż państwa, jak i demontaż globalizacji oraz regres w wyśniony czas sprzed ery korporacji, monopoli i fuzji państwa z rynkiem.

Te ideowe tęsknoty za powrotem do starego porządku bardzo zgrabnie łączą się z podobnymi tęsknotami kleru i pragnieniem zerwania z dzieckiem globalizacji, czyli wszelkim postępem obyczajowym. Stąd te wszystkie dążenia do wzięcia zemsty na feministkach, gejach i innych, których globalizujący się kapitalizm wyzwolił minimalnie z dawnego, klaustrofobicznego i małomiasteczkowego ucisku. Z tego właśnie względu neoliberalizm nie jest tym samym, co liberalizm i zawarte w nim tendencje stoją w sprzeczności z dążeniami globalizacyjnymi. Utopia narodowego dobrobytu małych firemek może istnieć tylko na grobie zglobalizowanej rzeczywistości wielkich korporacji. Jeśli może istnieć międzynarodówka neoliberałów – to tylko pod postacią międzynarodówki nacjonalistów. Bo nawet jeśli wielki kapitał też jest neoliberalny, to jego neoliberalizm wyklucza dobrobyt neoliberalizmu drobnej własności – i dlatego te dwa kapitalistyczne obozy nigdy w pełni się ze sobą nie pogodzą.

Z dokładnie tych samych powodów dla narodowych neoliberałów wrogiem z automatu stają się też Żydzi, których od wieków (co podkreślali już Theodor W. Adorno i Max Horkheimer) utożsamia się z globalistycznym kapitałem finansowym. Czyli z tym kapitalizmem, który rozrywa „święte”, narodowe mikrowspólnoty, do których skrajna prawica chce przecież wrócić. Realizacja ideału kapitalizmu działającego wbrew postępowi wymaga uśmiercenia części kapitalistów-globalistów. Dlatego regresywny-narodowy kapitalizm w kryzysie w sposób nieuchronny wytwarza faszyzm. Będąc neoliberałem i jednocześnie wychwalając wolny rynek oraz cały kapitalizm nie da się otwarcie krytykować jakiejkolwiek z wersji kapitalizmu. To byłoby za trudne. Dużo łatwiej jest natomiast „hejtować” Żydów, środowiska LGBTQ, uchodźców i inne wybrane mniejszości, które w taki lub inny sposób obarcza się winą za zło globalizmu, zło korporokracji i zło odejścia od małomiasteczkowej idylli swojskich, drobnych właścicieli. Dla faszystów złem kapitalizmu są zawsze jacyś Inni. Nigdy kapitalizm.

W Polsce ideologia neoliberalna drobnych właścicieli trafiła zresztą na szczególnie podatny grunt. Mentalność drobnego właściciela połączyła się z antypaństwową mentalnością postszlachecką. W kraju gdzie 1) chłopskie pochodzenie społecznej większości jest absolutnie wyparte, 2) mieszczaństwo nigdy na dobre się nie rozwinęło (podobnie jak klasa średnia) i 3) proletariat został wyklęty razem z całym okresem Polski Ludowej; każdy miał się wpierw za potomka szlachty, potem za uciskanego przez komunę, a następnie za reprezentanta polskiej, narodowej przedsiębiorczości (jeśli biednego to z uwagi na złe państwo/podatki/postkomunę).

Czy istnieje w związku z tym pojedynczy, klasowy fundament, który sprzyja triumfowi neoliberalizmu i zwycięskiemu pochodowi skrajnej prawicy? Niespecjalnie. Sojusznikami takiej ideologii mogą być zarówno właściciele, pracownicy najemni, jak i nawet reprezentanci państwa. Wszystko to zależy od konkretnej, politycznej gry sił.

Triumf pinochetyzmu i różnych odmian faszyzmu zazwyczaj odbywał się też przy znacznym poparciu ze strony dużej części klasy pracującej. Nie oznacza to jednak, że istnieją jakieś wrodzone i wieczne predyspozycje. Po prostu konkretna walka klasowa i polityczna dzieje się w określonym momencie i jest – co wiemy dzięki Marksowi – historyczna. Jeśli więc żyjesz w kraju, gdzie reprezentanci zasadniczo każdej klasy społecznej byli karmieni neoliberalną doktryną przez ostatnie trzy dekady to spodziewaj się też, że większość członków każdej klasy po prostu tej propagandzie uwierzyła. Wylansowany przez polskich neoliberałów antykomunizm, antysocjalizm i głęboko zakorzeniony antybiurokratyzm predestynują społeczeństwo polskie do bycia użytecznym idiotą rzeczywistego, neoliberalnego konserwatyzmu i dalej – faszyzmu. To efekt całych lat starań i wysiłków, olbrzymich inwestycji: cenzurowania lewicowej myśli, usuwania krytycznych wobec kapitalizmu głosów, walki kolejnych rządów z uzwiązkowieniem, czy porozumienia z konserwatywnym kościołem.

Dla zwycięskiej walki z państwem, które w tym momencie stało się narzędziem Prawa i Sprawiedliwości, część z polskich neoliberałów jest też skłonna zgodzić się na rządy jeszcze bardziej skrajnej prawicy. Zwłaszcza, że Konfederacja to po prostu bardziej zradykalizowana Platforma Obywatelska. To w pewnym sensie bardziej konsekwentna wersja całego POPiSu, gdyż faktyczna próba realizacji utopii drobnych przedsiębiorców faktycznie wymagałaby głębszego zerwania z globalizacją i ostatecznego rozbratu z Unią Europejską. Narodowcy to po prostu prawicowi neoliberałowie, którzy pragną konsekwencji i nie idą już na żadne kompromisy z sąsiadami, czy resztkami odziedziczonej po Polsce Ludowej świadomości proletariackiej i propaństwowej.

Klasa średnia – gdyby tylko w Polsce istniała – mogłaby powstrzymać to szaleństwo, gdyż byłaby wytworem bardziej stabilnego państwa i w jej interesie byłoby utrzymanie równowagi między bogatymi i biednymi. To samo mogłaby też zrobić dobrze zorganizowana klasa pracująca, która wiedziałaby, że zdobycze socjalne to zdobycze będące owocem jej zwycięskich walk. Na ten moment te byty jednak nie istnieją. „Klasa średnia” jest spauperyzowana i zwyczajnie walczy o przetrwanie (bo jest częścią świata pracy), a większość spośród wszystkich pracowników wyhodowano natomiast w wierze, że właściciele, czyli pracoDAWCY wspaniałomyślnie dają i robią dla nich miejsca pracy wprost z niczego. Natomiast mentalność mikroprzedsiębiorcy upadającego pod ciężarem szkodliwych podatków, złego państwa i obcych sił stała się tożsamością i mentalnością nieomalże narodową.

I ten horyzont trzeba zmienić.

Adam Bodnar zamyka oczy

Kto to powiedział? „Padają słowa i określenia naruszające ludzką godność, dzielące obywateli na różne kategorie. Ich celem wydaje się wyłącznie upokorzenie innych, napuszczanie ludzi na siebie. (…)apelowałem o unikanie mowy nienawiści oraz ograniczenie zachowań i gestów, które mogłyby prowokować przemoc”. Te piękne słowa powiedział dr Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich.

A kto to napisał? „Gratulacje. Znakomite wykonanie. Chylę czoła” pod nagraniem utworu zapowiadającego wieszanie socjalistów na drzewach, wzbogaconego gestem podrzynania gardła. Też dr Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich.

A to kto powiedział? „Miałem na myśli tylko poziom warsztatu, nie tekst. Z własnych doświadczeń wiem, jakie to trudne”. Zgadliście – dr Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, tłumacząc się idiotycznie ze swojego uznania dla gościa zachęcającego do mordów i podrzynania gardeł ludziom mającym inne poglądy od przez niego wyznawanych.

Niemal rok temu pokłoniłem się w pas dr. Bodnarowi za jego odważne wystąpienie w obronie praw mordercy i gwałciciela, którego policja ze zbędną, zdaniem RPO, brutalnością zatrzymała. Dziś myślę sobie, że grzech naiwności jest tym grzechem, z którego dziennikarzom wyjątkowo się trudno wyspowiadać. Przyjąłem bowiem wówczas błędnie, że niepokalana moralność RPO jest wartością stałą i zawsze będzie czujny jak ważka, gdy naruszane są prawa innych ludzi. Otóż, jak powyższego wynika, nie zawsze. Pytanie, które nurtuje mnie w tej chwili, jest następujące: czy Bodnar Adam na chwilę stracił wspomnianą czujność, za okazywanie której bierze pieniądze na swoim odpowiedzialnym stanowisku? Czy też po prostu jest nieodrodnym synem liberalnego systemu, który go na świat powołał, a dla którego niektórzy są ludźmi wartymi obrony, a niektórzy nimi nie są? Nie są ludźmi, inaczej mówiąc. To pytanie ważne.

Jeżeli bowiem Bodnar stracił na chwilę czujność, miał pomroczność jasną, to niech się leczy, a na czas leczenia i rehabilitacji weźmie bezpłatny urlop ze swojego stanowiska. Jeżeli zaś prezentuje moralność swojej klasy, dla której socjaliści nie zasługują na miano ludzi wartych obrony, to niech to powie wprost, bez żadnego skrępowania: „tak, stać będę na straży systemu niesprawiedliwości społecznej. Bronić będę tylko tych zasad, które go nie podważają, i w taki sposób, który nie przynosi mu szkody, a pomaga mu zachować twarz. Tych, którzy ten system chcą obalić, uważam za untermenschów, ludzi niegodnych obrony i odwrócę głowę zawsze, gdy ktoś zachęca do ich zabijania”.

Otwarte nazwanie zasad wyznawanych przez klasę panującą pomaga żyć i budować plany na przyszłość tym, którzy są przez tę klasę uciskani.

Wiedza obywatelska ważniejsza niż polski czy matematyka

W programach polskich partii lewicowych podczas kolejnych kampanii pojawia się od dawna bardzo słuszny postulat usunięcia ze szkół lekcji religii. Nie jest to jednak zmiana wystarczająca. Likwidacja katechezy powinna zostać wykorzystana do rozwiązania jednej z największych polskich bolączek edukacyjnych i wprowadzenia sensownego systemu wychowania obywatelskiego.

Masowy brak wiedzy dotyczącej funkcjonowania państwa i polityki widać gołym okiem. Przysłuchując się wzajemnym określeniom zwolenników dwóch głównych partii polskiej sceny politycznej, według których PO to dla sympatyków Kaczyńskiego ,,komuchy”, a PiS do dla ludzi związanych z KO to ,,socjalizm”, można by odnieść wrażenie, że w Polsce główny spór polityczny toczy się między partią socjalistyczną a komunistyczną. Jest to oczywiście prawicowe science-fiction.

To jedna z przyczyn społecznej bierności wobec chuligańskich wręcz działań PiS, dewastowania państwa, jego instytucji i trójpodziału władzy. Jak jednak się temu dziwić, skoro oświata nie oferuje wiedzy na temat tego czym się różni konserwatysta od liberała, czy nie stwarza okazji do kontaktu z kluczowymi dla demokracji i porządku obywatelskiego instytucjami. Zamiast tego jest nagonka na LGBT.

Ktoś może odpowiedzieć, że funkcję tę powinny spełniać lekcje wiedzy o społeczeństwie. Zajęć tych jednak jest zdecydowanie za mało (godzina lekcyjna w tygodniu przez trzy lata), są przeteoretyzowane, a stopień rzeczywistej realizacji programu nie jest sprawdzany żadnym egzaminem zewnętrznym. Skutkuje to tym, że bardzo często zarówno nauczyciele jak i uczniowie traktują ten przedmiot po macoszemu, jako dopełnienie etatów dla historyków. Tak mała uwaga poświęcona w obecnym procesie edukacji sprawom państwa i demokracji pozostaje w związku z wpajaną przez lata Polakom liberalną propagandą, mówiącą że podatki to kradzież, państwo to jedynie zło konieczne, którego udział w życiu gospodarczym powinien być zredukowany do minimum, a uczniowie powinni nabywać w pierwszej kolejności umiejętności przydatne na rynku pracy.

Opłakane efekty tej strategii widzimy dzisiaj niestety w pełnej okazałości. Politycy PO mogą na protestach KOD – u pomstować na ,,niewdzięczną” młodzież, która nie chodzi na demonstracje i bierze udział w wyborach niechętnie, ale przecież nikt nie rodzi się z wiedzą dlaczego demokracja i trójpodział władzy są ważne i dlaczego warto ich bronić. To powinien być element procesu kształcenia. Żaden rząd po 1989 roku nie zadbał jednak by tak rzeczywiście było, pozostawiając edukację polityczną młodzieży na pastwę filmików z ,,masakrującym lewaków” Korwinem i pseudonaukowymi wynaturzeniami Mentzena.

Zmianę tego stanu rzeczy polska lewica powinna wziąć na sztandary. Obecnie program indoktrynacji religijnej zwanej katechezą obejmuje w polskiej szkole 12 lat edukacji po dwie godziny tygodniowo. Likwidując go i wykorzystując ten czas na wychowanie obywatelskie, można, bez dokładania uczniom nowych obowiązków, zapewnić rozłożone w czasie i budujące świadomość przygotowanie do udziału w życiu politycznym kraju. Wśród polityków lewicy nie brak przecież pedagogów oraz specjalistów w zakresie nauk politycznych i społecznych. Mogliby oni przygotować rozłożony na lata dobry program przedmiotu, w ramach którego przez okres swojej edukacji wszyscy uczniowie spokojnie i systematycznie poznawaliby historię, wartości i znaczenie demokracji, zasady funkcjonowania ustroju państwa, podstawy prawa, problemy społeczne, programy partii i złożenia różnych doktryn politycznych.

Zajęcia powinny obejmować także obowiązkowe elementy praktyczne – regularny kontakt z instytucjami państwowymi wszelkiego rodzaju, spotkania z posłami, senatorami, urzędnikami czy sędziami oraz warsztaty pozwalające zrozumieć działalność w systemie politycznym, tak aby uczniowie mogli realnie zetknąć się z materią przedmiotu. Proces nauczania przedmiotu powinien kończyć państwowy egzamin, wzorem tych z matematyki czy języka polskiego niezbędny do zaliczenia danego etapu edukacji. Skoro uważamy, że człowiek chcący się pochwalić ukończeniem szkoły musi poświadczyć znajomość lektur i wzorów matematycznych, to o ile bardziej powinniśmy wymagać wiedzy, której brak ma tak poważne konsekwencje dla nas wszystkich?

Lewica powinna więc promować wprowadzenie wychowania obywatelskiego, jako korzystnej społecznie alternatywy dla wtłaczanego obecnie uczniom kościelnego prania mózgu. Tylko dzięki takiej edukacji możliwe stanie się wyplenienie powszechnego przekonania jakoby państwo było wyłącznie aparatem opresji z założenia wrogim obywatelowi oraz wykształcenie w młodych ludziach świadomości, że republika demokratyczna to naprawdę wspólnota obywateli, a jej instytucje mają pomagać im wcielać w życie ideały sprawiedliwości społecznej. Bez współczesnej efebii wartości demokratyczne pozostaną w naszym kraju pustymi sloganami, a społeczeństwo dalej będzie nieodporne na manipulacje prawicowych demagogów, marzących o rządach autorytarnych.

Bez żadnego planu

Niezależnie od tego, czy wierzycie w model szwedzki, czy nowozelandzki lub dowolny inny… To chyba wszyscy możecie już przyznać, że coś takiego jak polski model wychodzenia z pandemii po prostu nie istnieje!

U nas nie ma żadnego planu, żadnej naukowej prognozy, żadnych aktualizowanych ekspertyz. My po prostu mamy ministra zdrowia, który twierdzi, że wzrosty to spłaszczanie i znosimy obostrzenia, kiedy ilość zachorowań rośnie. Nie ma żadnej strategii, to wielki popis antyoświeceniowej, irracjonalnej wolnej amerykanki… Tyle, że Donald Trump przynajmniej wprost lekceważy zagrożenie, a polski rząd udaje odpowiedzialność. Z pięknymi słowami na ustach zapewnia, że wszystko jest w porządku i jednocześnie otwiera przedszkola w czasie wzrostu liczby zachorowań… Nie jest w stanie przeprowadzić testów wśród nauczycieli, czy nawet pracowników ochrony zdrowia.

To nie jest już nawet kwestia tej lub innej drogi. To kwestia tego, że PiS nie potrafi zarządzić żadnego spójnego planu i trzymać się go dłużej niż tydzień, a zamiast podejścia naukowego króluje podejście „ja i moi kumple jakoś sobie z tym poradzimy”. No chyba nie. Równocześnie triumfują neoliberalizm i libertarianizm – w tym, jak PiS stosuje obecnie korwinowską zasadę minimalizacji państwa w odniesieniu do problemu koronawirusa.
Nie państwo, nie wspólna narodowa strategia i szeroki plan oparty na naukowych prognozach i ekspertyzach. Nie wspólnota i solidarny wysiłek by pokonać pandemię… Zamiast tego ogłoszono, że o środkach nadzwyczajnych będą decydować samorządy.

Bardzo to ładne, pozornie megademokratyczne i oddolne… Ale co to oznacza w praktyce? Ano w praktyce oznacza to tyle, że biedniejsze samorządy będą musiały się otworzyć wcześniej. Biedniejsze samorządy nie będą testowały swoich nauczycieli. Biedniejsze uczelnie będą musiały szybko się otworzyć, biedniejsi po prostu zachorują itd. Totalny kapitalistyczny („samorządowy”) darwinizm z nieobecnym państwem, które umywa rączki i rządem który udaje, że za nic nie odpowiada. Waszego miasta nie stać na testy? Cóż, minister powie, że najwyraźniej nie było potrzeby ich przeprowadzić.

Słabość państwa minimum

Jak trwoga to do państwa – nasuwa się na myśl, gdy obserwujemy europejskie tendencje wzrostu poparcia dla ugrupowań rządzących. Jest to pozornie dziwne tym bardziej, że o ile taki wzrost jest dość oczywisty i zrozumiały w przypadku gabinetów, które podjęły stanowcze i skuteczne działania, tyczy się to również tych, których kroki mające na celu zapobieganie rozrostowi pandemii pozostawiają wiele do życzenia.

W tę tendencję wpisuje się np. poparcie dla rządu Borisa Johnsona, który sam omalże nie padł ofiarą wirusa. Pomimo tego, słupki sondażowe wystrzeliły w górę w niemal każdym europejskim państwie. Skąd taki obrót spraw?

Pandemia obnażyła słabości kapitalizmu, jaki znamy – pokazała, że państwo minimalne nie ma prawa zdać egzaminu nigdzie poza utopijną, libertariańską wizją świata.

Państwo jest potrzebne

Zobaczyliśmy nawet więcej – że to silne państwo jako jedyne jest w stanie zapewnić swoim mieszkańcom nie tylko godne warunki bytowe, ale i bezpieczeństwo. Choć fakt powszechności systemu ubezpieczeń zdrowotnych i bezpłatnych ubezpieczeń zdrowotnych, jakie nam przysługują, wydaje się być oczywisty, inaczej sytuacja ma się za Atlantykiem – bowiem kilkadziesiąt milionów Amerykanów i Amerykanek nie ma ubezpieczenia, a co za tym idzie – w przypadku uszczerbku na zdrowiu muszą się liczyć z horrendalnie wysokimi kosztami leczenia. Najgorsze jest to, że to problem tych, którzy na własnej skórze odczuwają „American Dream”. Poparcie nawet tracą zatem ci, którzy boją się odważnych działań, jak Donald Trump, a zyskują je ci, którzy bez zawahania podejmują konieczne decyzje.

Potrzebujemy liderów

Specyfiką nas, jako ludzi, jest dodatkowo to, że w obliczu kryzysu jednoczymy się przy władzy. Znowu można postawić pytanie – dlaczego? Odpowiedź może się wydawać oczywista, ale wielu stara się jakby wypierać przed jej zaakceptowaniem – bo tylko zjednoczeni jesteśmy w stanie stawić czoła trudnym wyzwaniom; tylko wspólnie możemy przezwyciężyć pandemię, kryzysy gospodarcze i klęski żywiołowe. Pojęcie „społeczeństwa jako zbioru jednostek” staje się nagle jakby nieaktualne, fałszywe – i dostrzegamy jak wiele nas, ludzi, ze sobą łączy i jaki wpływ mają na siebie osoby, które nie muszą wcale osobiście się znać. Władza reprezentuje Naród i wykonuje jego wolę – a przynajmniej w teorii powinno tak być. Nic więc dziwnego, że ludzie wspierają ją w działaniach, jakie mogą poprawić ich sytuację.

Państwo dobrobytu

Czas porzucić mrzonki, jakimi – ze szczególnie zresztą wzmożoną w ostatnim czasie aktywnością – mamią nas liberałowie; zacząć za to budowę modelu państwa prawdziwie opiekuńczego, a zatem takiego, które nie będzie tworzyć „Stref wolnych od ideologii LGBT”, za to zapewni każdemu dach nad głową, bezpłatną ochronę zdrowia, edukację i godne warunki pracy, a przy okazji nie będzie posłusznie klękać przed wielkim kapitałem. Bez gruntownych reform ustrojowych nie będziemy w stanie przeciwstawić się ani kryzysowi gospodarczemu, jaki nieubłaganie się zbliża, ani kolejnej pandemii – a kto wie, kiedy taka nastąpi.

Nawrócenie neoliberalnego profesora

Niezbadane są meandry, którymi kroczą tuzy polskiej akademii.

Za ostatni przykład kompletnego pogubienia i uwikłania się w sprzeczności możemy wziąć profesora Marka Kwieka, jedną z twarzy szkodliwej reformy szkolnictwa wyższego i nauki (tzw. Ustawy 2.0) przeprowadzonej pod dyktando Jarosława Gowina. Jeszcze do niedawna profesor zalecał wszystkim „więcej konkurencji”, „ściganie Zachodu”, „publikowanie tylko w najbardziej prestiżowych czasopismach”. Dobrze znamy tego rodzaju neoliberalne komunały, jak i znamy ich skutki –  w każdym obszarze społecznym i gospodarczym przyniosły do tej pory takie same efekty: poddaństwo względem zagranicznego kapitału i umoszczenie się na stanowiskach poganiaczy wąskiej grupki kompradorskich elit.

Okazuje się, że izolacja i społeczna kwarantanna pomogły profesorowi rozwiać nieco neoliberalny czad usypiający na co dzień jego bystry umysł. Niedawno podzielił się z nami na  Twitterze taką refleksją.

„Najmocniej przepraszam, że to powiem – ale nie wyobrażam sobie po prostu swoich badań (w obszarze ilościowych studiów nad nauką) bez Sci-Huba. Wiem, nielegalny. Wiem, Robin Hood. Pomyślcie dopiero o naukowcach z biedniejszych krajów, jeśli ja to mówię, mając pokaźny dostęp do literatury na uniwersytecie.”

Niezorientowanym czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia. Sci-hub to portal założony w 2011 roku przez pochodzącą z Kazachstanu aktywistkę Aleksandrę Elbakian. Umożliwia bezpłatny dostęp do większości treści naukowych publikowanych na stronach największych wydawców czasopism akademickich (jak Elsevier czy Springer). Ze względu na horrendalne opłaty, które pobierają wydawcy, jest wykorzystywany jako narzędzie umożliwiające dostęp przez ludzi na całym świecie. Nie tylko w krajach peryferyjnych, ale również w krajach centrum, gdzie kolejne uniwersytety czy kraje odmawiają podpisywania umów na wykup dostępu do czasopism wydawanych przez oligopolistów.

Wydawanie czasopism naukowych w warunkach niemal niezmąconego oligopolu jest zajęciem niezwykle zyskownym. Szacuje się, że rynek wydawnictw akademickich wart jest około 10 mld dolarów rocznie. Zyskowność tego przedsięwzięcia można przybliżyć, wskazując na poziom marż operacyjnych, które generują najwięksi wydawcy. Mówi się tutaj o przedziale między 20 a 30 proc., czy nawet 40 proc.  Kilka lat temu eksperci Deutsche Banku podsumowali tę sprawę w pouczający sposób: „Jesteśmy przekonani, że wydawcy dodają względnie niewielką wartość do procesu wydawniczego. Nie chcemy przez to zapominać o tym, w jaki sposób 7000 ludzi zatrudnionych w spółce Reed Elsevier zarabia na chleb. Zauważamy jedynie, że jeżeli proces byłby rzeczywiście tak złożony, kosztowny i przynoszący wartość dodaną, jak upiera się przy tym wydawca, poziom blisko 40 proc. marży byłby zwyczajnie niemożliwy”.

Pokaźne zyski w zamian za zamykanie dostępu do wytworzonej za publiczne środki wiedzy naukowej? Wydaje się to nielogiczne. Jednak każdego dnia, setki tysięcy naukowców na całym świecie dobrowolnie przekazują wyniki swoich prac tym pasożytniczym wydawcom. Niekiedy dopłacając również za możliwość ich publikacji w otwartym (wolnym) dostępie. Wskazując na to, że to Sci-hub stanowi prawdziwe rozwiązanie problemu otwartego dostępu do wiedzy naukowej,

Elbakian na tweeterowym koncie portalu umieszcza rysunek przedstawiający Lenina z hasłem: „Zmierzając ku jasnej przyszłości społeczeństwa komunistycznego. Powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju”. Faktycznie, Sci-hub jest dziś dla zabiedzonych akademików jedynym sposóbem na utrzymywanie się w pracy, w ramach której dostęp do najnowszej literatury naukowej ma kluczowe znaczenie w kontekście możliwości realnego prowadzenia badań na wymaganym poziomie. Jest to również kluczowe z punktu widzenia utrzymania swojego miejsca pracy przy stale rosnących (również wskutek nawoływań podobnych do profesora Kwieka akademików) presjach na efektywność i publikacje („w najbardziej prestiżowych czasopismach”, jak zwykł powtarzać przy każdej okazji nasz bohater).

Fakt, że nawet dogmatyczni orędownicy neoliberalizmu pokroju profesora zachodzą po rozum do głowy w czasach pandemii koronawirusa, czasach gdy nauka stoi na pierwszym froncie walki o miliony istnień i przywrócenie podstaw normalności dla miliardów pracowników na całym świecie, nie jest bez znaczenia. Ta wewnętrzna sprzeczność, w którą popadł ów akademik jest tylko jednym z tysięcy pęknięć, jakie codziennie zarysowują się w kapitalistycznej strukturze społecznej. 

Na koniec możemy, tak po ludzku, zapytać profesora Kwieka, jak to w końcu jest z tą konkurencją i wolnym rynkiem, do których z gorliwością godną lepszej sprawy przez lata zachęcał publicznie? Unosi wszystkie łódki? Czy też prowadzi do tworzenia monopoli i wyzysku? W jakim świecie chciałby Pan w końcu żyć? W świecie wolnego dostępu do wiedzy, powszechnego dobrobytu i trwałego pokoju? Czy w świecie gdzie zwycięzca zagarnia wszystko, a biedni kuzyni mogą co najwyżej obejść się smakiem?