Upiór Leszka Balcerowicza w Trybunie: „zmień pracę, weź kredyt”

Lewicowi publicyści skarżą się zgodnym chórem na brak własnych mediów – ostatnio Radosław Czarnecki na łamach Przeglądu. Tymczasem ten skrawek papieru, który Trybuna przeznacza na sprawy gospodarcze stał się przytułkiem dla neoliberałów spod znaku FOR – Forum Obywatelskiego Rozwoju.

To największy polski rezerwat skostniałego, zużytego i ideologicznie, i naukowo fundamentalizmu rynkowego. Niestety, dziennikarze Trybuny, piszący o gospodarce, rzadko sięgają po raporty, ekspertyzy, opinie ośrodków badawczych wykraczających poza fałszywy paradygmat, jak Steve Keen nazwał neoklasyczną ekonomię. Należą do nich np. Instytut Badań Strukturalnych czy Fundacja Kaleckiego.

W Trybunie 13-14 X ukazało się omówienie raportu FOR o kwestii mieszkaniowej. Główna teza raportu głosi, że najlepiej posłuży rozwojowi rynku najmu w Polsce zniesienie „podatkowej dyskryminacji najmu wobec własności, lepsze zabezpieczenie interesów właścicieli i lokatorów w umowach dla osób fizycznych, zaprzestanie państwowego subsydiowania własności, a także umożliwienie tworzenia w Polsce funduszy inwestujących w nieruchomości”.

Jak zwykle u liberałów czarnym Piotrusiem jest państwo. Jeśli chodzi o polskiego Lewiatana, całkiem słusznie, co ukazał w cenionej książce „Pokolenie 89” młody ekonomista z Instytutu Badań Strukturalnych Jakub Sawulski (wydanej w 2019 przez Krytykę Polityczną). Polski „ryneczek mieszkaniowy” popsuli właśnie liberałowie, m.in. prywatyzując trzy miliony mieszkań. Obciąża ich też niebywała tolerancja dla czyścicieli kamienic.

Warto dodać, że w epoce gierkowskiej Polska Ludowa wybudowała 2,5 mln mieszkań. Na obecnym polskim ryneczku dominują do spółki właściciele mieszkań, deweloperzy i banki (finansiści). Mała oferta mieszkań na sprzedaż połączona ze stosunkowo niskimi dochodami płacowymi wciąga młode pokolenie w pułapkę kredytową albo skazuje na kosztowny wynajem. Mieszkanie to jednak dobro konieczne do godnego życia, do założenia rodziny.

Dlatego w dobrze zorganizowanych społeczeństwach ułatwienie dostępu do mieszkania jest ważnym składnikiem polityki społecznej. Tam są i prywatne mieszkania na wynajem, i mieszkania socjalne, i prywatne mieszkania na własność (np. Niemcy, Skandynawia, Wielka Brytania). Spośród wielu dostępnych narzędzi mieszkaniowej polityki społecznej polski neoliberalny Lewiatan wybrał praktycznie tylko jedno – dopłatę do kredytu hipotecznego. Niech zgadnę, czyje interesy wzięły tu górę?

Mieszkań socjalnych brak, zlikwidowany Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. W III RP, i w pisowskiej IV mamy aspołeczną gospodarkę rynkową. W tym miejscu docieramy do głównego problemu: jak miałby funkcjonować w Polsce sektor prywatnych mieszkań na wynajem, o który upominają się autorzy omawianego raportu. Jednak ani oni, ani dziennikarz sprawozdawca Trybuny nie wysilił się, by zanalizować przyczyny, które skłoniły mieszkańców Berlina do głośnego referendum w sprawie tego, czy mieszkanie ma być prawem, czy tylko towarem. Referendum odbyło się jednocześnie z wrześniowymi wyborami parlamentarnymi pod hasłem: Deuchtsche Wohnen @ Co. enteignen (Wywłaszczyć Deutsche Wohnen i Spółkę). W Berlinie 250 tys. mieszkań zarządza właśnie ta spółka giełdowa – bohaterka referendum. W tej sytuacji to akcjonariusze pośrednio wpływają na wysokość czynszów. Spółka bowiem musi przede wszystkim dbać o swoje notowania na giełdzie. Musi zatem maksymalizować zyski z wynajmu mieszkań, mimo ograniczenia, jakim jest tzw. lustro czynszowe (Mietspiegel). Zgodnie z nim, wzrost ceny wynajmu lokalu nie powinien przekraczać w ciągu trzech lat 20% . Sprawa o tyle istotna, że w tym kraju połowa lokali jest wynajmowanych. Liberał nie dostrzega społecznej ułomności tego rozwiązania.

Po pierwsze, dochody z najmu trafiają do portfeli akcjonariuszy z całego świata. Nie krążą one wówczas w gospodarczym krwiobiegu miasta, by zwiększać lokalne inwestycje i popyt (to samo nb. dzieje się z polskim wielkopowierzchniowym handlem). Co więcej, dopłaty do czynszów z publicznego funduszu socjalnego ostatecznie trafiają na konta akcjonariuszy i udziałowców owych „funduszy inwestujących w nieruchomości”- na Wall Street czy londyńskim City. Można się domyślać, że także by trafiały do polskich udziałowców. Oni już zdążyli się utuczyć na posadach w bankach, filiach zagranicznych korporacji, w lokalnych orlenach. Należą do nich też bankowi ekonomiści. Oni też już mają niejedno mieszkanie, lokal użytkowy czy działkę. Co jeszcze ważniejsze, okazuje się, że w Berlinie najwięcej mieszkań powstało, kiedy czynsze były regulowanie, i kiedy inwestor miał charakter publiczny (Joanna Kusiak w rozmowie z Romanem Kurkiewiczem, Przegląd 20-26.09.21). Przy czym polscy najemcy będą w gorszej sytuacji, bo polska konstytucja, w przeciwieństwie do niemieckiej, nie przewiduje, że „ziemia, zasoby naturalne, i środki produkcji mogą zostać przeniesione na własność wspólną lub inne formy gospodarki publicznej w celu uspołecznienia” (art.15). Gdyby nadwiślańscy liberałowie czytali Trybunę, można by się obawiać o ich zdrowie fizyczne, bo na wiedzę o realnym kapitalizmie są wyjątkowo odporni.

Berlińczycy poparli inicjatywę wywłaszczenia wielkich prywatnych firm zajmujących się nieruchomościami: 56% poparło te fundamentalne zmiany, 38% było przeciw (Trybuna 201/202, 2021). Bądźmy mądrzejsi o to doświadczenie mieszkańców stolicy Niemiec z „funduszami inwestującymi w nieruchomości”. Po co powtarzać cudze błędy. Może chociaż raz Polak będzie mądrzejszy przed szkodą.

W stronę świeckości państwa czyli jak działać na rzecz zmiany relacji państwa z Kościołem katolickim

Proces nasilającej się klerykalizacji życia publicznego stanowiący oczywistą konsekwencję kształtowania w Polsce systemu polityczno-prawnego we współdziałaniu z Kościołem katolickim już od początku niepodległego bytu po przemianach 1989 roku zbyt późno został zauważony przez lewicowe i liberalne środowiska opiniotwórcze jako zagrażający samym fundamentom państwa i spójności społeczeństwa.

W efekcie zupełnej bierności części społeczeństwa, która nie podzielała aprobaty dla nasilającego się procesu budowy państwa wyznaniowego tworzonego poprzez kolejne zmiany prawa inspirowane katolicka doktryną wyznaniowa czy też dostosowujące funkcjonowanie instytucji państwowych do potrzeb i aspiracji Kościoła, dojść musiało do przejęcia władzy przez partię jawnie odwołującą się do katolicyzmu jako ideologii, która po katastrofie smoleńskiej najlepiej odpowiadała ekspresji niezadowolenia tradycjonalistycznych, patriarchalnych środowisk przywiązanych do narodowo-wyznaniowej tożsamości. W ten sposób w jednym nurcie opozycji wobec liberalnych stosunków społecznych i rządzących znaleźli się zarówno fundamentalistyczni katolicy jak i rozmaite odcienie nacjonalistów, uzyskując rząd dusz ludzi rozczarowanych zarówno wynikami transformacji gospodarczej kraju jak i uczestniczeniem w Unii Europejskiej, a może przede wszystkim koniecznością sprostania wyzwaniom stawianym przez współczesny świat i ciągle wdrażane do użytku efekty postępu naukowo-technicznego zmuszające do samokształcenia, ponoszenia kosztów i w sumie uwikłania w nowoczesność jeżeli nie odrzuci się partycypacji w życiu publicznym czy zawodowym. Zagubienie we współczesności, zakwestionowanie dotychczasowego ładu społecznego, konieczność zmierzenia się z innymi sposobami i stylami życia dotąd pozostającymi na zupełnym marginesie i wstydliwie marginalizowanymi w debacie publicznej musiało znaleźć ujście w zrozumiałej propozycji ich zakwestionowania i negacji. Taką propozycję stanowiła religia większościowa, będąca jednocześnie w świadomości większości społeczeństwa, samą istotą polskości Jednocześnie proces artykulacji religii jako ideologii mającej przeciwstawić się pochodowi nowoczesności został umiejętnie przygotowany przez ugrupowanie polityczne, które postanowiło jako narzędzia politycznej mobilizacji swojego potencjalnego elektoratu użyć klerykalizmu politycznego łączącego narodowe mity, stereotypowe wyobrażenia i poczucie wyjątkowości wynikające z przywoływania symboli i wyobrażeń pochodzących z epigońskiego romantyzmu.

Klerykalizm polityczny okazał się skutecznym instrumentem działania ożywiającym nacjonalizm obecny w wielu środowiskach około kościelnych poprzez przywoływanie endeckiej myśli społeczno-politycznej, chociaż będącej dzisiaj absolutnym anachronizmem to jednak z jakichś względów atrakcyjnym także i dla młodych adeptów faszystowskich bojówek i stadionowych chuliganów występujących od czasu do czasu w charakterze tzw. prawdziwych Polaków. Panujące nie tylko wśród zwolenników rządzącej narodowo-wyznaniowej władzy, ale i części opozycji oraz mediów głównego nurtu niczym nie uzasadnione przekonanie o szkodliwości krytyki katolicyzmu jako ideologii wyniesionej do rangi ideologii państwowej w sposób oczywisty utrudnia wyrażanie poglądów reprezentowanych przez środowiska świeckie, których głosy są w dalszym ciągu marginalizowane, przemilczane, a rzadziej już zupełnie blokowane.
W panującym dzisiaj głównym nurcie debaty o Kościele katolickim zdecydowany prym wiedzie krytyka przestępczości seksualnej kleru katolickiego i brak transparentności przepływów pieniężnych w samej instytucji Kościoła jak ze strony finansów publicznych szczodrze przeznaczanych na wsparcie już nie tylko Kościoła instytucjonalnego, ale i różnych jego organizacji około kościelnych, inicjatyw i „dzieł” realizowanych nieraz w ramach prywatnych przedsięwzięć np. znanego zakonnika z Torunia. Nawet tak oczywiste inicjatywy będące wystąpieniami do władz państwowych jak chociażby list otwarty przedstawicieli nauki z 2015 roku, powstały przed zdobyciem władzy przez partię rządzącą, ale już po doświadczeniach rządów prawicowych katolickich nacjonalistów w latach 2005-2007 nie znajdowały szerszego, a nawet żadnego odzewu w środkach masowego przekazu. Nie skłoniły rządzących do zrewidowania uległego stosunku do Kościoła katolickiego coraz bardziej zaangażowanego w poparcie klerykalizmu politycznego ostentacyjnie prezentowanego przez ugrupowanie partyjne otwarcie dążące do zaprowadzenia narodowo-katolickiego ładu społecznego i narzucenia ideologii państwowej zbudowanej na nacjonalistyczno-wyznaniowych podstawach. Podobnie bez większego odzewu pozostał głos kilkunastu organizacji środowisk świeckich zawarty w Apelu z lutego 2017 roku, w którym zawarte było wezwanie do wszechstronnego krytycznego przeglądu relacji państwa z kościołami i innymi związkami wyznaniowymi, które miało mieć miejsce na zwołanym w październiku 2017 roku kongresie. Zainteresowanie świata polityki ograniczyło się do udziału przedstawicieli lewicowych i socjalliberalnych ugrupowań pozaparlamentarnych, które nie były nawet w stanie wykorzystać medialnie atrakcyjnego przesłania kongresu. Zarówno z wystąpień szerokiego grona przedstawicieli nauki, polityki i działaczy społecznych jak i z przyjętego dokumentu będącego manifestem na rzecz świeckości wynikało niezbicie, że stan spraw w państwie zmierzającym obiektywnie do cywilizacyjnego regresu uzasadnianego przez rządzących przywróceniem łady społecznego w jego formacie wyznaniowym staną się podstawą kolejnych zmian w systemie prawnym i zmierzać będą w stronę postępującej dekonstrukcji demokracji.

Stan obecnie istniejący w Polsce w konfrontacji z treścią obu wspomnianych apeli, manifestu i licznych publikacji przedstawicieli środowisk świeckich chociaż ograniczonych w mediach głównego nurtu, daje najlepszy obraz rażącej dysproporcji jaka zachodzi pomiędzy stanem państwa polskiego jako państwa wyznaniowego, a pożądanym stanem przestrzegania wolności światopoglądowej i praw człowieka oraz pozycji religii i kościołów właściwej współczesnemu państwu cywilizacji zachodniej.

Konieczne jest zatem wypracowanie spójnej propozycji działania na rzecz świeckości państwa jaką w państwie wyznaniowym powinny realizować organizacje obywatelskie wraz z partiami politycznymi. Charakterystyczne dla organizacji obywatelskich formy działania promocyjnego w mediach elektronicznych, prowokacje artystyczne, akcje i demonstracje uliczne, imprezy, działania reklamowe i publicystyka musza zostać wzbogacone przede wszystkim wsparciem finansowym i organizacyjnym, które zupełnie nie jest realizowane nawet w formie pokrywania kosztów prac eksperckich i legislacyjnych, których wyniki byłyby przecież zarachowane na konto ugrupowań partyjnych.*

*Tekst został opracowany na podstawie książki autora pt.: „Polski model państwa wyznaniowego.”, która niebawem ukaże się na rynku księgarskim.

Epidemia wirusa neoliberalizmu w młodym pokoleniu

Postkapitalizm na miarę naszych możliwości – polityka dobra wspólnego

Wirus neoliberalizmu atakuje z coraz większą siłą umysły młodego pokolenia. Dlatego pilnym zadaniem dla lewicy jest poznanie jego etiologii. Potrzebna diagnoza zjawiska, by z niej wyprowadzić wnioski praktyczne.
Po raz kolejny społeczni daltoniści z PO nie widzą podziałów klasowych w polskim społeczeństwie. Dzielą je na osi: otwarci, nowocześni Europejczycy versus zamknięci w skansenie tradycjonalizmu kulturowego lokalni Papuasi, autokraci. Nie dostrzegają tego, co obnażyła pandemia COVID-19. Mianowicie, słabość sektora ochrony zdrowia, przez który przetoczył się walec neoliberalnej prywatyzacji i komercjalizacji, uruchomiony w Polsce przez L. Balcerowicza. On sam stał się ofiarą wcześniejszej pandemii – pandemii wirusa neoliberalizmu. Upiór tego mentora PO pojawił się nawet na olsztyńskim kampusie tej formacji.

Świadomość potoczna ludzi jest bardzo luźnie powiązana, niczym balon na uwięzi, z miejscem jednostki w zbiorowości, której jest członkiem, z jej miejscem w społecznym podziale pracy i własności, słowem, z jej interesem klasowym. Kiedy podczepiona jest do klasowego interesu przeciwników, powstaje pożyteczny idiota. Właśnie na niego liczy nowa strategia nadwiślańskich liberałów współtworzących polską scenę polityczną III i IV RP.
Świadomość potoczna jednostki wpisuje się w żywy proces historyczny, tworzy z nim jedną całość. Kiedy pomija istotne składniki świata pozamyślowego, kiedy potyka się o rzeczywistość, wcześniej czy później musi być skorygowana. Problem obecnie polega na tym, że wpisana została w prosperity gospodarki kapitalistycznej, opartej na wykorzystaniu taniej energii węglowodorów. Mniej więcej w 70%. efektywność współczesnej gospodarki wspierają energetyczni niewolnicy. Reszta to technika i praca. Kapitalizm z energetycznym turboładowaniem miał każdemu przedsiębiorczemu stworzyć warunki realizacji życiowego projektu, przede wszystkim obdarzyć darami Rynkowego Pana. W tych warunkach potoczna świadomość ludzi jest refleksem i reliktem kapitałocenu – wzrostu gospodarczego wykorzystującego tanią energię, tanią pracę, tanią żywność, bezpłatną pracę opiekuńczą kobiet, tanie życie najpierw niewolników, potem robotników fabrycznych, obecnie prekariuszy i imigrantów. Do tego dochodzi wiara w moce nauki i techniki: mamidła „zielonej” rewolucji energetycznej, rewolucji cyfrowej, rządów algorytmów. Szkolne lekcje przedsiębiorczości, naturalizacja kapitalizmu przez katedralnych i bankowych ekonomistów, medialna propaganda sukcesu materialnego namnożyły pożytecznych idiotów Systemu. To psychoatom, który traktuje siebie jako przedsiębiorstwo, dla niego indywidualna zaradność ważniejsza jest niż współpraca z innymi. Narodził się polski wolnorynkowiec. Jedna czwarta populacji 18-29 latków by oddała w tej chwili swój głos na Konfederację, partię polskiego kretyna, który nie ma pojęcia, jak funkcjonuje współczesny kapitalizm wielkich korporacji-wydmuszek, kapitalizm sieci (platformerski). To zbitki outsiderów anarchokapitalizmu Kukiza, Korwin-Mikkego – partii małego misia, „wolnego strzelca”, freelancera, właściciela biura unikania podatków. Z badań świadomości ekonomicznej polskiego młodego pokolenia wynika, że na własny rachunek chce pracować 49%, a tylko 43% ceni stałą pracę na czas nieograniczony. Młodzi marzą o prawdziwie wolnym rynku, bez ingerencji państwa. W tej sytuacji połowa by chciała likwidacji „złodziejskiego ZUSu”, a także ograniczenia sektora usług publicznych. Ich zdaniem, ochrona zdrowia, edukacja powinny być finansowane z kieszeni „interesariusza”. Na czele jest inwestycja w siebie, kolekcjonowanie certyfikatów, by zdobyć posadę w zachodniej firmie. Ich wyobraźnia społeczna jest płaska – nie zaliczają siebie do żadnej szerszej grupy, broń Boże, klasy; dzielą jak PiS społeczeństwo na wielkomiejskie elity przy szwedzkim stole III RP i resztę czekających na otwarcie salonu. Ale nie umarła całkowicie potrzeba solidarności pracowniczej, wciąż jest żywa idea godności człowieka, raczej w kategoriach ogólnoludzkich. Poza środowiskiem ludzi kultury, środowiskiem „projektariackim”, nie widać potencjału myślenia krytycznego i alternatywnego (badanie J. Czarzastego i M. Mrozowickiego, „Młodzi pracownicy prekaryjni w Polsce i Niemczech” 2016-2019).

Ta wizja własnej kariery zderza się z realiami peryferyjnej polskiej gospodarki, w której Factory zastąpiło Ursus. W globalnej gospodarce konkuruje ona tanią pracą i niskimi podatkami. W układzie centrum-peryferie nadwyżka płynie w jednym kierunku: 1% najbogatszych zagarnia co roku prawie ¼ światowego PKB, czyli tyle, co dolne 81%. Od czasu kiedy państwo amerykańskie podporządkowało globalną gospodarkę wielkim korporacjom z sektora wydobywczego, cyfrowego, zbrojeniowego i finansowego, 46% wszystkich dochodów w ramach wzrostu gospodarczego trafiło tylko do 5% największych posiadaczy aktywów, teraz głównie kapitału pieniężnego i patentów. W Polsce to 500 rodzin miliarderów. W nadwiślańskiej peryferii dla posiadaczy dyplomów i kompetencji godnych posad jest niewiele. Wymarzoną pracę uzyskuje 12% członków klas i stanów specjalistów. W większości to zatrudnieni na kierowniczych stanowiskach w filiach zagranicznych korporacji (lokalni kompradorzy), w publicznych spółkach, a także w administracji. Ta z kolei stwarza okazje do pogoni za polityczną rentą a la Obajtek. Względnie uprzywilejowani są polscy wolni strzelcy (programowanie, grafika komputerowa, tłumaczenia). W sumie to około 270 tys. zatrudnionych. Aż 16% pracuje w bieda-firmach. Tu płaci się pod stołem, często pracuje bez ubezpieczeń, na dodatek mały miś jest nieinnowacyjny. Musi bowiem konkurować o zlecenia z poddostawcami i podwykonawcami z całego kraju, regionu, a nawet świata. Pozostaje praca w sektorze usług biznesowych, telepraca (SSC, BTO, ITO). To praca monotonna, z nikłym potencjałem awansu. To już kilkaset tysięcy w Polsce, głównie w największych miastach: w Krakowie, w Warszawie, we Wrocławiu. Reszta traci stopniowo zdrowie w sektorze publicznym (urzędnicy, nauczyciele, pielęgniarki), jako pracownicy banków, handlu, pracownicy montażowi zatrudnieni w fabrykach i w strefach specjalnych. Zderzenie z realiami pracy zdyscyplinowanej, monotonnej, z medianą wynagrodzeń w okolicach 2800 zł., pod ścisłym nadzorem korporacyjnego capo – rodzi depresyjnych konformistów. Właśnie prywatyzacja kosztów reprodukcji, kredytowa pułapka, konieczność dostosowania się do elastycznego rynku pracy jest, zdaniem Guya Standinga, głównym obecnie mechanizmem kontroli siły roboczej. Pracownik wykuwa sobie marksowski „złoty łańcuch” – w pogoni za własnym mieszkaniem (w ambitniejszej wersji za podmiejską rezydencją), za egzotycznymi wakacjami, za nowym modelem SUVa i kuchni. Pojawia się syndrom wypalenia zawodowego: z jednej strony dolegliwości fizyczne (zmęczenie, bezsenność, nawracające bóle głowy), z drugiej psychiczne – frustracja, depresja, nadmierna pewność siebie. W niektórych zawodach, np. wśród nauczycieli, wypalenie zawodowe może obejmować 60 % populacji, w warszawskim Mordorze to już 40%, ogółem zapewne ta dolegliwość dotyka co piątego pracownika. W skali świata już 300 mln cierpi na depresję.

Taki jest punkt wyjścia dla lewicowej strategii. Małą pociechą jest lewicowe wzmożenie młodego pokolenia. To tylko burzliwa, spontaniczna reakcja na próby rekonstrukcji „duchowości” polskiego narodowego katolicyzmu, polskiej teodemokracji, w której wartości religijne i prawo naturalne mają status tzw. prawd nienegocjowalnych (o czym pisał w Trybunie 185/2021 Mirosław Woroniecki). Sprowadzają się one w praktyce do całkowitego zakazu aborcji, zwalczania tzw. ideologii gender, rugowania zabiegów in vitro, zakazu małżeństw jednopłciowych, wprowadzania tzw. klauzul sumienia dla różnych profesji. Młode pokolenie uwiódł Jobs, a sponiewierał Bezos – rentierzy sieci, stachanowcy cyfrowego modelu biznesu. Stworzyli oni model kapitalizmu prawie bezinwestycyjnego, który zapewnia prywatyzację zysków i uspołecznienie kosztów. Spełniła się przepowiednia Arthura Younga z 1787 r., że kapitalizm nawet piasek potrafi zamienić w złoto, a przynajmniej wprząc go w procesy gospodarcze, by przynosił zyski. Magia własności prywatnej spełnia się w kapitalizmie wielostronnych platform cyfrowych. Nie wymaga on inwestycji w sprzęt. Użytkownik sam go kupuje, opłaca abonament za korzystanie z platformy, z kieszeni publicznej finansowana jest budowa sieci światłowodów i satelitów. Użytkownik buszując w sieci dla przyjemności czy w poszukiwaniu cennych informacji tworzy przy okazji „wartość sieciową”. Korporacje wykorzystują platformy cyfrowe, by za pomocą odpowiednich algorytmów, jak Page Rank i AdWords Google`a, tworzyć profile użytkowników, cenne dla firm przemysłowych i usługowych. One zaś muszą upchnąć ogromną masę towarów odbiorcom, których konta bankowe stopniowo się kurczą. Czyli wbrew koncepcji kapitału kognitywnego czy opartego na wiedzy, mamy tu do czynienia z tradycyjnym kapitalistycznym biznesem, biznesem dwustulecia. Jego walory sprowadzają się z jednej strony do tego, że się wpisuje w mechanizm pokonywania bariery zbytu – głównej słabości cyklu koniunkturalnego. Ponadto, przy niskim ryzyku inwestycyjnym, przynosi duże zwroty z kapitału, sięgające w firmach IT, telekomunikacji i mediów nawet 50%. Dlatego jak muchy do miodu ciągną do ich akcji indywidualni i zbiorowi inwestorzy. W ten sposób powstały fortuny technoproroków, którzy w razie potrzeby obsłużą też państwo dostępem do prywatnych informacji o obywatelu, gdyby musiało bronić porządku przed populistami, terrorystami, tłumem imigrantów czy ruchami głodowymi w następstwie zmian klimatu. Wiele takich aktualnych i potencjalnych zagrożeń ujawnił Edward Snowden. Obalił mit wyższości podsłuchów amerykańskich nad chińskimi.

Wolnorynkowca czeka duże rozczarowanie. Kryzys planetarny wymusi rezygnację z paliw kopalnych, w konsekwencji wzrosną ceny materialnych dóbr i usług. Pojawi się konieczność zmiany stylu życia na zbilansowany ekologicznie: między konsumpcję dóbr materialnych i duchowych, między pracę a czas wolny, między autonomię osobowego „ja” a solidarność w skali narodowej i ogólnoludzkiej. To dopiero będzie właściwy moment na zwrot w stronę polityki dobra wspólnego, dobra, do którego ma się dostęp, lecz nie posiada na własność. Chodzi tu o całość materialnych i kulturowych warunków rozwijania i zaspokajania potrzeb społecznych: zdrowia, edukacji, reprodukcji, czasu wolnego, aktywności sportowej i obywatelskiej, wiedzy nie podporządkowanej korporacjom. Jednak polityka dobra wspólnego wymaga innego państwa niż obecne. To jest wprzęgnięte w amerykańską strategię global governance, strategię, która włącza coraz to nowe państwa, obecnie Australię, w swoje zmagania z rosnącą potęgą gospodarczą alternatywnego modelu gospodarki i społeczeństwa. Alternatywę tę tworzy państwo chińskie pod kierunkiem KPCH. Bogactwem społecznym może zarządzać państwo, które pozostaje pod ścisłym kolektywnym i w pełni demokratycznym nadzorem różnych wielości: samorządów miejskich i lokalnych, kolektywów pracowniczych, wspólnot zawodowych, etnicznych, kulturowych tak krajowych, jak i europejskich, a w dalszej perspektywie całej ekumeny. Mechanizm rynkowy, który Oscar Lange celnie określił jako swoistą aparaturę obliczeniową ery przedelektronicznej, może zostać zastąpiony przez algorytmy sztucznej inteligencji. Wówczas łatwiej będzie uzyskać harmonię między produkcją dóbr dla zaspokojenia potrzeb materialnych na ustalonym poziomie a bilansem minerałów, surowców energetycznych, metali koniecznych do ich wytworzenia, i przy tym nie naruszających równowagi ekosystemów planety.

Jednak dopiero kryzys planetarny usunie mentalne złogi wirusa liberalizmu, wybudzi młodych i dziadersów z intelektualnej śpiączki; zmusi ich tym samym do rewizji konwencjonalnych mądrości o zdrowej gospodarce i demokracji, obecnie bez praw socjalnych. To co obecnie jest rojeniem optymisty, stanie się wówczas kolejnym zadaniem do wykonania. Na naszych oczach toczy się w Chile rozrachunek z neoliberalną kontrrewolucją Pinocheta, obraduje progresywna konstytuanta. Ten historyczny zwrot poprzedziły wielomiesięczne ludowe protesty ograbionych z owoców pracy przez miejscową i światową oligarchię. Ale ponieważ kryzys ma charakter planetarny, działania zmierzające do jego pokonania muszą mieć charakter globalny. Warunkiem ich skuteczności będzie zatrzymanie dynama kapitalizmu, czyli przymusu akumulacji kapitału. Dopiero w zderzeniu z narastającymi skutkami kryzysu planetarnego ma szansę przebić się myśl, że „jako samotne jednostki skazani jesteśmy na przegraną, tylko we wspólnotowej organizacji i oporze mamy szansę na dobre życie”, pisze Mikołaj Ratajczak w książce o zmaganiach włoskiej lewicy z wszechwładnym kapitałem i jego państwem. W sukurs przychodzi młode pokolenie Amerykanek i Amerykanów. Wśród nich 45% ocenia pozytywnie kapitalizm, natomiast 51% jako lepszy do życia widzi socjalizm rozumiany jako demokratyczne społeczeństwo europejskie. 70% z nich widzi też potrzebę większej aktywności państwa w rozwiązywaniu problemów, które przynosi gospodarka, przetwarzająca wciąż atomy, a nie bity. Szanse na lewicowy zwrot są zatem coraz większe, w miarę jak rosną nierówności społeczne, obniża się stopa życiowa klas pracowniczych, następuje degradacja środowiska naturalnego, i słabnie nadzór nad neoliberalnym ładem amerykańskiego szeryfa. Czas lewicy dopiero nadchodzi.

Krótki test na lewicowość

Barwy walki z uciskiem i wyzyskiem

Polskie umysły obrabiają do spółki rzecznicy tradycjonalizmu narodowo-katolickiego i liberalni piewcy wolności. Do tych dwóch nurtów ograniczają się i media, i szkoła. Bogatsza natomiast jest oferta polityczna, odkąd lewicowe formacje powróciły do parlamentu. Ale w jakim sensie i w jakim stopniu to wciąż lewica?

Jej główne oblicze, które przyciąga młodych ma charakter progresywny. Chciała by ona dokończyć projekt nowoczesności – obdarzyć jednostkę kolejnymi prawami w życiu publicznym. Do wolności religijnych, obywatelskich, politycznych dodać te, które wiążą się z płcią, reprodukcją, rasą. Słowem, to tzw. lewica kulturowa, zajadle zwalczana przez tradycjonalistów jako neomarksizm, „tęczowa zaraza”. Brakuje cierpliwości i zdrowia, by opisać bełkot biskupich kazań, niby-myśli przykruchtowych publicystów na łamach „narodowych” czasopism i portali, intelektualną mizerię ministra Czarnka czy słowotok  toruńskiej dyspozytorni. Dlatego stanie przy dyskryminowanych, artykułowanie ich potrzeb i odpowiadanie nań inicjatywami ustawodawczymi – jest rzeczą chwalebną. Wymaga jak zawsze od człowieka lewicy odwagi cywilnej, osobistej, niezależności intelektualnej i zacięcia społecznikowskiego. Kto to lekceważy, ten nigdy nie zajrzał do polskiej „studni czasu” w strefie wolnej od LGBT.

Jednak w polskich realiach to prace zlecone, zlecone przez konformistycznych nadwiślańskich liberałów. Naprawdę miłują oni tylko wolność robienia interesów na modłę swoich zaoceanicznych przewodników. Udają, że nie znają biologii człowieka. Nawet Europejczyków i światowców mamy na naszą polską miarę. Ale przynależność do lewicowej formacji wymaga znacznie więcej. W największym skrócie wymaga aprobaty celu głównego, jakim jest dążenie do zastąpienia społeczeństwa rynkowego, społeczeństwa poddanego logice akumulacji kapitału, wspólnotą życia i pracy. Taka wspólnota zaspokaja materialne potrzeby swoich członków w harmonii z przyrodą. Wówczas gospodarka przypomina obwarzanek, zdaniem angielskiej ekologicznej ekonomistki Kate Raworth. Jedną jego krawędź wyznaczają możliwości planety, a drugą – pula dóbr konieczna do dobrostanu wszystkich mieszkańców Ziemi. Taka wspólnota ma dla każdego ofertę pracy bądź zajęć, ma szeroką sferę beztowarowego zaspokajania bytowych i społecznych potrzeb: edukacji, zdrowia, zabezpieczenia starości, ma tani i wygodny zbiorowy transport, zapewnia każdemu własny kąt do życia itd. Dlatego w lewicowej perspektywie procesy, których efekty określają losy klas pracowniczych (stagnacji płac, elastycznych warunków zatrudnienia, konkurencji z pracownikami i pracowniczkami globalnego Południa) nie są zrządzeniem bezosobowych mechanizmów gospodarczych, tzw. rynku.  W ich centrum znajdujemy zawsze interesy klasowe, walkę o ich realizację, władzę fabrykanta, rentiera, prezesa wielkiej korporacji, polityka tworzącego im wszystkim instytucjonalne warunki przechwytywania społecznego bogactwa. Po drugiej stronie stoi wyzuty z kwalifikacji pracownik nowoczesnej fabryki w centrum, szwaczka w fabryce potu w Bangladeszu czy nastolatek w Katandze, „zatrudniony” w kopalni kobaltu. Dlatego pierwsze, podstawowe kryterium dotyczy stosunku do kapitalizmu jako sytemu społeczno-ekonomicznego. W szkolnym i medialnym szumie informacyjnym, utrwalającym poczucie bezalternatywności Systemu– nie przebija się wiedza o jego naturze. Wiadomo tylko na pewno, że dwa największe zbrodnicze systemy to totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Kapitalizm jest poza wszelkim podejrzeniem? 

Dlaczego postkapitalizmsprawdzian z teorii

Skąd się biorą dary Rynkowego Pana, kto je wytwarza w procesach produkcji, jakim kosztem społecznym i ekologicznym? Kapitalizm ma marną przyszłość, ale bogatą przeszłość, częściowo już opisaną (A. Hochschild, D. Olsuoga, S. Federici). Na dobrodziejstwo inwentarza składa się: eksploatacja ziemi ludów nie znających Pana, którzy ją „opuścili” (90% tubylczej ludności Nowego Świata zabił wirus ospy prawdziwej przywleczony przez konkwistadorów), handel niewolnikami w atlantyckim trójkącie i eksploatacja ich pracy (około 12 mln wywiezionych), kilkadziesiąt milionów ofiar monsunów w Indiach. Kapryśnej przyrodzie pomogli Anglicy. Tak zreformowali rolnictwo, że tysiące ubogich „rajotów” pozbawili nawet skrawka ziemi. 15 mln zmarło podczas Wielkiego Głodu w latach 1876-78. Ludobójstwo „kauczukowe” w państwie belgijskiego władcy Leopolda II w Dolinie Konga (10-12 mln). Dalej, milionowe ofiary wojen opiumowych w Chinach, bo Anglicy nie mieli czym opłacać eksportu herbaty, a przecież nie mogło jej zabraknąć w porządnym domu o piątej po południu. Dalej, szeroko opisywane grodzenie ziem wspólnych w Anglii, by mieć w mieście taniego robotnika. Do tego dwie wojny światowe.

To wszystko ofiary pogoni za akumulacją kapitału, która wciągnęła w orbitę europejskiej gospodarki stopniowo całą ekumenę, odkąd komunikację na odległość ułatwił telegraf a transport kolej i parostatek. To co jest podstawą społeczeństwa urządzonego na potrzeby mnożenia kapitału, to podporządkowanie pracy, przyrody, nauki, państwa i prawa, by akumulację móc wzmóc. W tym celu przedsiębiorczy inaczej mógł skorzystać z taniej pracy, z taniej energii i surowców, z taniej żywności, z taniego życia niewolników i imigrantów, i przede wszystkim z niepłatnej pracy opiekuńczej kobiet. Np. obecnie napędzająca maszynerię zysku ropa naftowa równa się codziennej pracy miliardów energetycznych niewolników (R. Ayres, B. Warr). W Polsce takie wyliczenia sporządzał Stanisław Albinowski, piszący dla Trybuny.  Dlatego „historia kapitalizmu płynie przez wyspy produkcji dóbr, wyrosłe na oceanie niepłatnej pracy i energii” (J. W. Moore). I dlatego opodatkowanie jest konieczne, by chociaż kolejne pokolenie mogło skonsumować dobrobyt, obiecywany przez propagandę obywatelskiego społeczeństwa, na poziomie wolnym od codziennych trosk, głównie teraz  o spłatę kredytu. 

Dlatego Karol Marks wciąż naszym przyjacielem jest. Nikt bowiem celniej nie odsłonił za pomocą analitycznych narzędzi i bystrego oka bijącego serca Systemu. A jest nim możliwość przejmowania przez właściciela kapitału bez własnej pracy  – wartości, która powstaje dzięki darom przyrody (obecnie paliwa kopalne), pracy innych ludzi,  i nauki (techniki). Przejmowana wartość przybiera postać różnorakich rent: zysku, dywidendy, odsetek, czynszu, opłat licencyjnych itd. Ta wartość reinwestowana prowadzi do majątku produkcyjnego, handlowego, akcyjnego. Z niej żywi się sektor finansowy i drużyna specjalistów. Akumulowany kapitał łatwo przekształcić na wpływy polityczne i hegemonię kulturową dzięki sponsorowaniu fundacji, katedr ekonomii i „instytutów badawczych” w rodzaju Forum Obywatelskiego Rozwoju. Pozwala też według własnego widzimisię wybierać kierunki inwestowania zgromadzonego kapitału: może samochody elektryczne, może biotechnologie, skoro budżety coraz więcej przeznaczają na ochronę zdrowia, może podróże na Marsa lub chociaż w kosmos? W rezultacie, jak podaje Oxfam. org, 1% najbogatszych na ziemi posiada dwa razy więcej bogactwa niż niemal siedem miliardów mieszkańców planety (6,9 miliarda). Co w perspektywie świata pracy znaczy, że połowa mieszkańców ziemi, żyje za mniej niż 5,5 dolara dziennie. Oto kapitalizm właśnie.

Diapazon stosunku do realnego kapitalizmu jest szeroki: od poszukiwania kapitalizmu z ludzką twarzą w stylu Tony Blaira czy Leszka Millera do radykalnej lewicy. Zdaniem ostatnich kapitalizm współczesny tkwi w strukturalnym kryzysie, dociera do  ekologicznych i społecznych granic. Zatkały się rynki zbytu, bo spadł popyt w wyniku obniżki płac, na dodatek płace w sektorze usługowym są niskie. Bliski jest nie koniec pracy, tylko koniec dobrej pracy, także wskutek dekwalifikacji siły roboczej. Współczesny kapitalizm składa się z centrum i peryferii. W centrum dominuje kapitalizm monopolistyczno-finansowy, kapitalizm firm-wydmuszek, do których płynie strumień nadwyżki. Np. koszty chińskiej robocizny przy produkcji gadżetów Apple`a wyniosły w 2009 roku jedynie 3,6% ceny końcowej, za to globalna marża tej „technologicznej” firmy wynosiła 63%. Zachodnie centrum projektująco-zarządzające sprzężone jest z długimi łańcuchami pracy i wartości na peryferiach. Dopiero one mają konkurencyjny charakter. Dostawcy i poddostawcy pracy i komponentów zawzięcie muszą konkurować o zlecenia. Peryferyjny status ma też polska gospodarka, jej specjalność bowiem to tania praca i niskie podatki. Dobre płace oferuje tylko wysokokwalifikowanym specjalistom. Dostarczają oni wynalazków, patentów, poszerzają krąg konsumentów, umacniają markę itd. To przyboczna świta, która nie pracuje za „miskę ryżu”, tyko jak pełniący funkcję premiera M. Morawiecki – zarabiają na kolejne inwestycje w nieruchomości i akcje na giełdach świata. 

Podatki i strefa bezpłatności – sprawdzian z wiedzy praktycznej

Skoro tak to zgromadzonym bogactwem, dzięki też optymalizacji podatkowej, emigracji zysków do rajów podatkowych rentierzy-kapitaliści powinni się dzielić. Jakież to gadżety by stworzył Steve Jobs na Haiti – gdzie nie ma wynalazków poczętych w sektorze publicznym, giełdy, rzesz potencjalnych konsumentów, klastrów itd. Dlatego trzeba się podzielić i dochodem firmy, i osobistym, podzielić dorobkiem życia ze wspólnotą, z której zasobów się skorzystało. Ktoś przecież pracownika urodził, wychował, wyposażył w kulturę, kwalifikacje. Kapitalista chciałby zapłacić tylko za te kilka prostych czynności wykonywanych monotonnie przez kilka godzin. Dlatego odczarowanie mitologii antypodatkowej, tak sprytnie preparowanej przez liberałów i  Konfederatów, jest pilnym zadaniem lewicowych formacji. Przecież nawet prezydent Biden zrywa z zakłamaniem wielkich i małych misiów, a także wolnych strzelców z sektora informatycznego. Oni mogą zaoszczędzić tysiące, nawet miliony, kiedy szarak zaledwie dziesiątki. Jeden kupi kolejną nieruchomość jak prezes Obajtek, drugi – dodatkowy los na loterii. Tym bardziej, że ekonomiści głównego nurtu mówią, że przedsiębiorca jest wynagradzany za ryzyko, kreatywność, wiedzę. Dlaczego więc relacja między przeciętną płacą a płacą menedżera wynosiła w japońskim keiretsu jak 1 do 5, w USA w latach siedemdziesiątych jak 1-25? Obecnie – jak 1 do 185. A może, zgodnie z Marksem, liczy się tu układ sił między kapitałem (jego właścicielami, zarządcami, operatorami finansowymi) a zatrudnianymi pracownikami. Dostęp do taniego pracownika chińskiego czy polskiego wiele zmienił. Osłabła społeczna wartość siły roboczej – bez umów zbiorowych, reprezentacji związkowej. Czyżby nie dlatego obecnie Jeff Bezos tak zwalcza związki zawodowe w swoim imperium? Przedsiębiorcy korzystają z wynalazków powstałych w sektorze publicznym, korzystają z infrastruktury, nieopłaconej pracy reprodukcyjnej kobiet, z kwalifikacji uzyskiwanych w publicznych szkołach i uczelniach. Polscy błogosławieni tworzący miejsca pracy „inwestują”, ale głównie na Cyprze czy Luksemburgu. Dlatego w lewicowej agendzie na czołowym miejscu powinny znaleźć się takie postulaty jak: trzeci próg dochodowy, podatki od majątków i spadków, globalne podatki od gigantów cyfrowych, sektora finansowego, handlu wielkopowierzchniowego czy likwidacja rajów podatkowych. Dlatego dużo wysiłku czeka lewicę, by uodpornić klasy pracownicze na antypodatkową histerię przedsiębiorców i ich medialnych najmitów. Nawet na łamach Trybuny ich przedstawiciele leją krokodyle łzy nad „wyzyskiem” podatkowym, co dowodzi ich niezwykłej siły przebicia i słabości ideowej redaktorów.

Wraca państwo i planowanie, dlatego przedwojennych pułkowników sanacji nie mogą zastępować pisowscy pałkownicy

Liberałowie zohydzili państwo jako instrument racjonalności ogólnospołecznej. Teraz robią to skutecznie najemnicy Prezesa. Demokracja w pełnym znaczeniu słowa nie może być tylko demokracją liberalną, pozostawiającą poza zasięgiem decyzji zbiorowych sferę regulacji własności i stosunków pracy, redystrybucji bogactwa społecznego i sposobów wykorzystywania majątku produkcyjnego wspólnoty. Dlatego zwolennik lewicy nie walczy z państwem, tylko o lepsze państwo. Stara się odpowiedzialnie wytypować reprezentantów swoich interesów klasowych, ogólnospołecznych, europejskich i globalnych. By dalej ci reprezentanci kierowali sprawną administracją, choć ta zawsze ma dużą swobodę działania. Problem jej kontroli, problem agencji, jest zawsze trudnym wyzwaniem praktycznym. 

Polak, ale losy Amazonii nie są mu obce

Kapitalizm wzrostu gospodarczego i masowej konsumpcji spowodował kryzys planetarny. Nie żyjemy w antropocenie tylko kapitałocenie. Nie pomoże zielona maska elekromobilności, kapitalizmu kognitywnego, cyfrowego, rewolucji przemysłowej 4.0 i wielu innych monideł  przyszłości. Gospodarka stoi atomami, a nie bitami. Tymi można nakarmić pustą głowę, a nie pusty żołądek. Kto tak uważa popiera działania w różnych organizacyjnych formach, by poddać regulacjom wykorzystywanie minerałów, nośników energii, poziomu szkodliwych emisji. Łatwiej kształtować własny styl życia, wzbogacać go konsumpcją dóbr duchowych i siecią relacji z innymi. Symboliczna konsumpcja jest jałowa duchowo, nie rozwija żadnych dyspozycji poza niezdrową zawiścią i chęcią naśladownictwa. Taką wrażliwość powinna rozwijać rodzina, szkoła, media. Przedsiębiorcami może być 2,3 na sto uczennic i uczniów. Po co uczyć na studiach ochrony własności przemysłowej czy intelektualnej albo neoklasycznej ekonomii. Jej historyczny czas minął. Człowiek lewicy chce pozostać Polakiem, ale musi też być członkiem ogólnoludzkiej wspólnoty podzielonej na lokalne cywilizacje, wyznawców różnych religii, obywateli narodowych państw. Wszyscy żyjemy w jednym, globalnym ekosystemie. Dlatego lewica popiera inną niż obecna formę globalnego zarządzania. Obecna, pełniona przez jednostronne organizacje wielostronne jak WTO czy MFW, także stała się anachroniczna.

Temat uchodźców nie może przesłonić miejsca globalnego Południa w gospodarce centrum. Ile energii zużywa Zachód, a ile biedne kraje! Dlatego nie mogą one jako pierwsze ponosić skutków zmian klimatu. Zachód nie tylko z powodu solidarności musi przebudować i własne rolnictwo (kwestia subwencjonowania), i zmienić reguły handlu. Inaczej nie da się zahamować przyrostu naturalnego, wylesiania wskutek nadmiernego wypasu, emigracji zarobkowej, w końcu wojen żywnościowych (np. o wykorzystanie wód Nilu) i klimatycznych. 

Nie będziesz wzdychał do Ameryki

Można cenić pragmatyzm Amerykanów, lubić popkulturę made in Hollywood, ale nie można naśladować modelu społeczeństwa, który stworzyli. Kto źle wybierze rodzinę, ten może żyć jak w kraju Trzeciego Świata, mimo oszałamiającego dochodu per capita. W lewicowej perspektywie ważniejszy jest ład, który amerykańskie państwo stworzyło w dekadzie lat 80. To popularna globalizacja, ale w istocie poddanie reżimowi akumulacji państw narodowych, pracy, bogactwa przyrody, w końcu samego życia – jak nie konsumujesz, to cię nie ma. Powstała cała instytucjonalno-prawna rama przechwytywania nadwyżki ekonomicznej: WTO, IPC, TRIPS, standardowe rachunki kosztów, normy produkcji ISO, reguły handlu (traktat waszyngtoński), ochrona inwestycji zagranicznych w praktyce przed polityką gospodarczą państwa (osławione ISDS), szeroko rozumiana ochron praw własności intelektualnej w interesie korporacji. Światowa nauka wprzęgnięta została w służbę korporacyjnej innowacyjności. Uniwersytet w Polsce po reformie Gowina ma być przedsiębiorczy, humanistyka ma radzić, jak być kreatywnym, zarządzać sobą jako jednostkowym przedsiębiorstwem. Można teraz patentować organizmy żywe,  fragmenty DNA – zysk ci wszystko wybaczy. Dzięki rezerwowej walucie jaką jest dolar, gospodarka amerykańska stała się Globalnym Minotaurem, według określenia Yanisa Varoufakisa. Przerabia oszczędności świata na amerykańskie obligacje i produkty finansowe. Dzięki temu prezydent Biden może pozwolić sobie na kosztowne programy interwencyjne. To  „keynesizm imperialistyczny” (A. Smith). Największy konsument energii, minerałów chciałby dalej prosperować dzięki swoistemu trollingowi patentowemu. Mieć u siebie firmy-wydmuszki posiadające patenty i wiedzę, natomiast własną działalność biznesową ograniczyć do tworzenia łańcuchów pracy i wartości. Stąd psująca się atmosfera współpracy międzynarodowej nad tworzeniem nowego wielobiegunowego ładu. Inną przeszkodą są zbrojenia. Niezależnie od nasycania gospodarki nowymi technologiami, rosną współczesne piramidy wszelkiego żelastwa, rośnie zarazem zagrożenie pokoju. W nowej sytuacji historycznej NATO tak, ale jako sojusz obronny, podporządkowany UE. Dlatego zwolennik lewicy może jedynie  sympatyzować z lewicą partii Demokratycznej, z jej ideą nowego zielonego ładu, z ekosocjalizmem Alexandrii Ocasio-Cortez. Pewne nadzieje lewica może też pokładać w amerykańskim młodym pokoleniu. Ceni ono coraz bardziej skandynawski model gospodarki i społeczeństwa, społeczeństwa szerokiej indywidualnej wolności, ale zarazem solidarnego.

Walczmy o pełny pluralizm mediów, ale nie szczędźmy im krytyki

Pluralizm mediów do tej pory zasadza się na dwubiegunowej osi. Jeden biegun tworzy martyrologiczny patriotyzm Polaka-katolika, członka homogenicznej wspólnoty narodowej. Podtrzymuje go i szkoła, i ambona i „narodowa” telewizja. Króluje tu prawicowo-katolicka ballada o dumnym narodzie, który musi stawić czoła obcym mocom. Drugi biegun tworzą liberałowie ze swoją bajką o cudach wolności, przedsiębiorczości i konkurencyjnego rynku. Jest ona osadzona w anachronicznej już neoklasycznej, pełnej urojeń ekonomii. Cała ta konstrukcja ideologiczna znalazła się na krze lodowej kryzysu planetarnego.

Brakuje lewicowej narracji o wspólnocie życia i pracy, żyjącej w harmonii z przyrodą, o wspólnocie, w której dobrostan zastąpi dobrobyt oparty na wzroście gospodarczym i masowej konsumpcji. Pilnym zadaniem dla lewicy jest stworzenie komunikacyjnej przestrzeni dla pełnego pluralizmu opinii publicznej. W jej krwiobiegu opinii, argumentów i projektów na przyszłość nie może zabraknąć perspektywy klas pracowniczych. Polska scena polityczna stanęła na innych dwóch nogach, niż te, o których myślał Lech Wałęsa. Dlatego się chwieje. Będzie stabilniejsza, jeśli oprze się na trójnogu tradycji zmagań o kierunki rozwoju społeczeństwa i cywilizacji: prawicy pod urokiem narodów walczących o wielką przestrzeń do wygodnego życia, liberałów opiewających dżunglę egoistów bez empatii konkurujących ze sobą o kariery i majątki oraz lewicy lansującej nowoczesną koncepcję wspólnoty, która łączy efektywną pracę i upodmiotowienie jednostki z bezpieczeństwem socjalnym.

Ale na razie najważniejsza jest bitwa o to, by uniemożliwić PiSowi pełną rekonstrukcję sanacyjnego reżimu władzy – sanacji bis. Niewiele brak, by prawicowa reakcja polityczno-światopoglądowa zamknęła polskie społeczeństwo w sienkiewiczowskim skansenie narodowo-katolickiego tradycjonalizmu. Wykorzystuje w tym celu „studnie czasu” na Podlasiu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie, jak trafnie Marek Beylin określił prowincję, gdzie rządzą: bogobojny wójt, autorytet pana (Prezesa) i pleban. Nie oświeceniowe „prawa człowieka”, lecz zmistyfikowane „prawo naturalne” Kościoła katolickiego organizuje tutaj myślenie o ziemskiej kondycji człowieka i jego życiu społecznym. Dla lewicy zmierzającej do dokończenia projektu nowoczesności, dalszego upodmiotowienia jednostki, a także zwiększenia jej wpływu na funkcjonowanie wspólnoty – udział w tej bitwie o wolność słowa i myśli jest doraźnie ważnym zadaniem.

Inforozrywka? Ale problem jest szerszy. Obecne media stanowią ideologiczny aparat panującego systemu. Powstawał on w dekadzie lat 80., kiedy amerykańskie państwo, tak bezkrytycznie wielbione w Polsce, uwolniło kapitał finansowy ze smyczy systemu Bretton Woods, kiedy utowarowiono usługi publiczne, i kiedy znikła przeciwwaga klas pracowniczych wobec zarządców korporacji. Polskie umysły opanowała doktryna neoliberalna. Dlatego w dalszej kolejności czeka lewicę długotrwała wojna pozycyjna o faktyczną pluralizację mediów. Obecne naturalizują one kapitalizm. Ten zaś zbliża się do ekologicznych i społecznych granic swojej reprodukcji. Napędza go wzrost gospodarczy, sprzężony z wybujałą konsumpcją i reklamą. Mydleniem oczu jest tzw. decoupling, rzekome rozłączenie wzrostu gospodarczego z materialnym śladem, który powoduje. Dane pokazują, że ślad materialny (zużycie biomasy, paliw kopalnych, minerałów, materiałów budowlanych) sprzężony z bardzo nawet umiarkowanym wzrostem także się powiększał: w latach 1990-2007/8 nawet o 30%. Obecnie w krajach najbardziej uzbrojonych w technikę był niższy, w Japonii wzrósł o 14 procent, w Niemczech o 9 proc. (K. Raworth, Ekonomia obwarzanka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2021, s. 203). W pisowskiej Polsce trzeba wyciąć ponad 1200 ha lasów, by utorować drogę pseudoekologicznej mobilności – na co pozwoli ustawa lex-Izera. Nie jest to nowy plan dla Polski, tylko dalszy ciąg lokowania na peryferiach brudnych faz produkcji, degradującej środowisko. Memento FSO nie wystarczy?

W tej sytuacji kapitalizm wymaga co najmniej głębokiej rekonstrukcji. Tę musi ukierunkować trafna diagnoza, a następnie uzgodniona hierarchia potrzeb i dóbr, bez których nie ma dobrego życia. Do tego konieczna jest przestrzeń do debaty, do ucierania się poglądów uzasadnionych ekspertyzami i prognozami osnutymi na danych empirycznych. W tej debacie mogą się ujawniać konflikty ekonomiczne, społeczne, ideologiczne, światopoglądowe. Dzięki temu instytucja państwa (i państw w skali globalnej), może szukać jakiejś formuły ich harmonizowania, nawet przezwyciężania. Czymś takim był rooseveltowski New Deal, któremu kapitalizm zawdzięcza swoje „złote” trzy dekady. Dlatego współczesne społeczeństwa potrzebują mediów, które nie tylko informują/dezinformują, ale także pomagają w zrozumieniu problemów i ich analizie. Obecnie zajmujące się tym media są korporacjami, które muszą wytwarzać zyski dla swoich udziałowców i akcjonariuszy. I tu pojawia się główny problem. By zarabiać na abonamencie i reklamach muszą mieć masy odbiorców. Ale wtedy ich produkty stają się towarem. Z konieczności muszą dostosować formę i treść przekazów do kompetencji kulturowych i estetycznych odbiorców. Nie stawia się mu większych wymagań: nie musi wiele wiedzieć o historii, o grze politycznej, o socjoekonomicznych przyczynach swej niedoli. I o to chodzi, bo wtedy trudno mu połączyć trąbę powietrzną nad swoim domem z podróżami w kosmos Jeffa Bezosa. Nie musi nawet mieć gustu czy słuchu, bo wtedy ukontentuje go Zenek. Najważniejsze, by odbiorca wiedział, czy ma zalajkować obiekt relacji, czy przeciwnie –zhejtować. Tu się liczy nie zrozumienie, tylko wzbudzanie emocji, prowadzącej do odpowiednich postaw i zachowań. W rezultacie telewizyjne serwisy informacyjne zastąpiły gazety, a Netflix i opery mydlane – książki. Co gorsze, agora przeniosła się do studia telewizyjnego. Tutaj rozgrywają się najważniejsze spektakle, pojedynki na pozy i miny, dla których uliczne protesty stanowią dekoracyjne tło. Przestrzeń publiczna zaś przeniosła się do centrum handlowego.

Wolnościowe złudzenia liberała. Ale jest jeszcze głębsza warstwa założeń organizujących nasze myślenie o demokracji. Zakładają ją milcząco miłujące wolność liberalne gazety i portale. W tej narracji nowoczesność ofiarowała jednostce trójpak samorealizacji. Może ona jednocześnie doświadczać wolności, równości, i na dodatek być racjonalna. Dzieje się to za sprawą rynkowej wymiany, w której każda jednostka może podejmować wybraną przez siebie dziedzinę przedsiębiorczości bądź zatrudnienia (wolność gospodarcza), może zawierać transakcje kupna-sprzedaży bez dyskryminacji (równość umów, kontraktów). Wymiana rynkowa posiadanych przez jednostki zasobów powiększa dobrobyt wszystkich obywateli. Według zapewnień, łatwo mogą oni pokonać drogę od pracownika fast foodu do milionera. Zadziwiające podobieństwo: propaganda PRLu ukazywała robotnika tak samo jak liberalizm obywatela. W PRL był on ostatecznym podmiotem własności ogólnonarodowej, w III i IV RP jest społecznym, ostatecznym podmiotem władzy państwowej, a nawet honorowym twórcą ładu społecznego.

Dlatego spektrum obozu liberalnego jest szerokie: od PO i Polski 2050, a więc liberałów gospodarczych, z „praktycznym odruchem zachowawczości” (K. Lubczyński), do wolnorynkowców miłujących małego misia, lecz niechętnych obcym narodowo rekinom biznesu (zlepki J. Gowina, radośnie dziamborzący Konfederaci). W ich ujęciu praktycznie zanika antropologiczna różnica między walką o byt gatunków pozaludzkich a ludzką moralnością. Usprawiedliwiają darwinizm społeczny: niech wygrywa silniejszy, bardziej bezwzględny, bez empatii i współpracy. Zyskobiorca może na przykład bez zahamowań zatrudniać do pracy na elastycznych warunkach, a nawet uwłaszczać się, kiedy tylko może, na dobrach wspólnych. Płaci przecież uczciwą cenę za tonę kobaltu. Ale kto ją wydobywa i jakim kosztem dla środowiska? Jedyny ludzki odruch to hobbesowskie przemieszczenie agresji na wolę pracy i konkurencji: zamiast wojować, zacznij produkować i handlować.

Słabości demokracji liberalnej obnażył ostatnio na łamach „Trybuny” Mirosław Woroniecki. Sfera publiczna w społeczeństwie rynkowym dotyka tylko stosunkowo niewielkiego obszaru aktywności życiowej człowieka. Mianowicie tego, który obejmuje bieżąca polityka gospodarcza, społeczna i zagraniczna państwa. Obywatel może co najwyżej wybrać skład personelu politycznego państwa, który kieruje załogą tej instytucji, tj. biurokracją. Tylko wyjątkowo, w okresie kryzysu, może wpływać na instytucjonalno-prawne ramy, w jakich toczy się działalność gospodarcza, tj. na warunki i sposób funkcjonowania przedsiębiorstw i stosunki pracy. Dlatego, jak stwierdza David Ost, „dwudziesty wiek dowiódł, że podstawą demokracji nie jest kapitalizm, ale sposób wyrażania sprzeciwu wobec kapitalizmu”. Kiedy państwo nie jest zmuszone do pełnienia funkcji ogólnospołecznych przez presję klas pracowniczych, demokracja przemienia się w farsę, jak obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie liczy się nie siła głosu, lecz potęga pieniądza. Ta presja staje się skuteczna, jeśli ześrodkowuje nacisk klas, stanów, ruchów emancypacyjnych, miejskich. Dlatego demokracja liberalna nie kończy zmagań ludzi o udział w kształtowaniu reguł, według których funkcjonuje społeczeństwo. Podmiotowość jednostki jest stopniowalna. Może być bezpośrednia, kiedy człowiek zarządza własnym życiem, podmiotowość przedstawicielska, kiedy innym powierza tę funkcję, bądź podmiotowość współzależna, kiedy jednostka wspólnie z innymi włącza się w działania zbiorowe, uczył Noam Chomsky.

Wielbione przez liberałów społeczeństwo obywatelskie tworzą grupy o odrębnych interesach: i kupiec, i konsument, i rentier i prekariusz, i bywalec Monte Carlo i bezdomny, a różnice między nimi wyznacza podział bogactwa społecznego i władzy. Wobec tego jakość roboty ideologa w kostiumie funkcjonariusza mediów polega na tym, żeby zaklajstrować te różnice, żeby uwaga kierowała się na takie sprawy, które mogą łączyć i każdemu dać szansę odegrania podmiotowej roli. Najlepiej w roli dumnego Polaka, powstańca, obrońcy ojczyzny lub chociaż patrioty-rekonstruktora. Drudzy mianują cię obywatelem i zachęcą do udziału w ulicznych protestach. Tworzenie spajającej hegemonii ideologiczno-kulturowej to trudne zadanie. W III i IV RP tradycyjną inteligencję, która miała aspiracje przewodzenia wspólnocie, zastąpili redaktorzy „wolnej” prasy, później ekonomiści bankowi, obecnie medialny komentariat. W końcu dołączyli do nich „niezależni” dziennikarze prawicy narodowej, którzy przez duchową „adopcję” kontynuują tradycje endecji. Duch narodu przemawia teraz albo ich ustami, albo ustami specjalistów M-L: Marketingu i Leaderingu. To elita specjalistów nastawiona na imitację rozwiązań instytucjonalnych Europy. Tłumaczy ona interesy korporacji centrum na polskie, półperyferyjne realia. Teraz tworzy „zieloną” maskę dla kolejnej fali inwestycji przemysłowych, wymyśla kolejne rewolucje cyfrowe 2.0, 3.0, 4.0, nawet 5.0. Temu środowisku patronuje „Gazeta Wyborcza” i TVN, a wielkomiejskich specjalistów z ekspertyzą i dochodami reprezentuje obecnie Platforma Obywatelska. Aspirują do tej roli Polska 2050 i formacje Jarosława Gowina, częściowo Konfederacja. W tym kręgu diagnozy problemów społecznych formułowane są w obręczy pewnych założeń, które nie są nigdy wyrażane wprost, lecz zarazem określają granice odpowiedzialnych opinii, godnych człowieka racjonalnego, członka społeczeństwa obywatelskiego, „ludzi uczciwych i myślących” (A. Michnik).

Samoograniczenie myśli i wypowiedzi. Nawet elokwentny i odważny intelektualnie dziennikarz przyjmuje jako prawdę objawioną aksjologię legitymizującą Pax Americana – ład stworzony przez państwo amerykańskie po drugiej wojnie światowej. Dlatego panuje głęboka wiara w uniwersalną zbawienność demokracji i praw człowieka, których obrońcą mianuje się prezydent USA. Wrażliwych demokratów rażą zawłaszcza autokratyzmy, a szczególnie dwa: putinowskiej Rosji i „komunistycznych” Chin. Ale może to państwo chińskie, które jako jedyne nie poddało się korporacjom, wyznacza przyszłość – która przecież będzie wymagała regulacji wykorzystywania minerałów, surowców, recyklingu, przebudowy sieci transportowej, zmiany stylu życia. Wraca państwo i planowanie. Trzeba o tym dyskutować. Inaczej będzie można osiągnięcie epoki Edwarda Gierka, jakim było oddanie „obywatelom” bez kredytu 2,5 mln mieszkań, skontrować głupawym argumentem, że Stalin zamordował przed wojną więcej ludzi.

Ale najwięcej szkód intelektualnych powoduje to liberalne przykazanie: nie podniesiesz ręki na własność prywatną, ani nie będziesz ograniczał wolnego rynku. Samą myśl o tym ściga ziobrowska prokuratura, podobnie jak przestępstwo obrazy uczuć religijnych. Tymczasem kryzys planetarny wymusi gospodarkę zintegrowaną, jak ją określa Kate Raworth, angielska ekologiczna ekonomistka. Musi ona z jednej strony respektować pułap przyrodniczy, a z drugiej dostarczać tylko możliwe w tej sytuacji dobra materialne. Logikę zysku zastąpi arytmetyka potrzeb społecznych, respektująca zachowanie globalnego ekosystemu. Z tzw. ekonomicznego nobla, a właściwie nagrody Banku Szwecji, można teraz robić sobie tylko bekę, np. z ekonomistów M. Scholesa i R. C. Mertona, którzy najpierw otrzymali tę nagrodę za wzór bezpiecznego inwestowania na rynkach finansowych, następnie założyli fundusz takich inwestycji, Long Term Capital Management, a ten z kretesem zbankrutował.

Jest jeszcze jedno głęboko zakorzenione przekonanie liberałów, które prowadzi do kultu jednostki, uwiądu sfery publicznej i osłabienia związku pokoleń za sprawą systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość. Wśród uprawnień jednostki, które ceni sobie najwyżej liberał, liczą się „prawa człowieka”: cywilne i polityczne, a nie społeczno-ekonomiczne. Dla biedaka filantropia. Co gorsza, respektuje te przykazania dyskurs nauk społecznych po reformie Gowina, ten zaś pod wpływem edukacji, oświecania opinii publicznej w studio radiowym czy telewizyjnym w końcu programuje potoczne myślenie.

Konkluzja praktyczna. Trudno się spodziewać od tej medialnej narośli wyczynowego, pogrążonego w strukturalnym kryzysie, kapitalizmu jego krytyki. A ta jest konieczna w obliczu kryzysu planetarnego. Jego rozwiązanie wyprowadzi poza kapitalizm do jakiejś kolejnej formy organizacji życia społecznego, tym razem w skali globu. Dlatego lewica powinna zachować intelektualną, ideologiczną i organizacyjną autonomię. By skutecznie polemizować z liberalną i narodowo-prawicową narracją, lewica powinna wzmóc wysiłki dla integracji rożnych środowisk odrzucających kapitalizm jaki znamy. Do tego potrzebne jest forum wymiany myśli oraz możliwość kontaktu za pomocą sieci mediów lewicowych: prasy drukowanej, portali internetowych, książek, a także sieci współpracy organizacyjnej. Na szczęście, gęstnieje sieć czasopism, portali, wydawnictw, które mogą być podstawą trzeciej, obok narodowej i liberalnej, koncentracji analitycznej, programowej, w końcu organizacyjnej lewicy. Książki krytyczne wobec zastanego systemu publikuje teraz i wydawnictwo Czarna Owca (T. Markiewka), i Karakter (J. Hickel). Bez tego umysły młodego pokolenia szukające inspiracji do zaangażowania, by stworzyć instytucjonalne ramy dla postkapitalizmu – skazane będą na Zasiew Lednicy TVP, wskazania Gazety Wyborczej, jak się zachowywać w „sferze publicznej”, wyretuszowany obraz światowego lidera w TVNie czy pozorne bezprogramie Platformy Obywatelskiej.

Co powinno być bezpłatnie?

Tygodnik Przegląd postawił pytanie „Co powinno być bezpłatne?” Samo pojawienie się pytania pokazuje, że nawet we współczesnym kapitalizmie osiągnięto taki poziom rozwoju, że zaspokojenie niektórych potrzeb społecznych stało się możliwe bez użycia mechanizmu towarowo-pieniężnego.

Pokazuje to żywotność idei komunizmu z jego zasadą: „Od każdego według zdolności, każdemu według jego racjonalnych potrzeb”. To, co może być bezpłatne i zaspakajać racjonalne potrzeby społeczne, zależy od tego, gdzie skieruje się strumień inwestycyjny i jak zechce się podzielić dochód narodowy. Można więc zaspokoić w przyszłości takie potrzeby, które dzisiaj wydają się niemożliwe do zaspokojenia. Należy więc wprowadzić więcej równości i sprawiedliwości, aby zmniejszyć sprzeczności społeczne i ukształtować nowe potrzeby społeczne. Théodore Dézamy w 1842 roku w Kodeksie wspólnoty, pisał: „W ulu każda pszczoła w miarę swych sił i zdolności z zapałem bierze udział we wspólnej pracy. Spożywa przypadającą jej cząstkę wspólnych dóbr proporcjonalnie do swych potrzeb. Dlaczego więc republika ludzi miałaby być mniej doskonała niż republika pszczół?” W tym wyrażał się humanizm komunizmu i jego wizja wszechstronnej emancypacji. Ta wielka wizja wymaga jednak likwidacji różnych form prywatnej i grupowej własności kapitalistycznej oraz wyzysku społecznego.

Zasada podziału według racjonalnych potrzeb społecznych była w przeszłości i jest dzisiaj najchętniej ośmieszaną przez zwolenników liberalizmu i neoliberalizmu jako całkowicie niepraktyczna. Tymczasem elementy jej towarzyszą ludzkości od początku jej historii, chociaż ograniczana jest przez panujące stosunki ustrojowe i stosunki towarowo-pieniężne.

Na początkowym etapie rozwoju ludzkości, potrzebom ludzkim podporządkowana była cała działalność zbieracka i łowiecka. Z chwilą dokonania się rewolucji neolitycznej i rozwoju społecznego podziału pracy, potrzeby ludzkie nabrały historycznego charakteru i związane zostały z miejscem danej jednostki w strukturze społecznej i społecznym podziale pracy.

Sprzeczności społeczno-ekonomiczne powstałe wraz z rozwojem cywilizacji prowadziły do rozwoju społecznego funduszu spożycia, co pozwalało na zaspakajanie nowych i zmiennych obszarów potrzeb społecznych, bez wykorzystania mechanizmów towarowo-pieniężnych. Kapitalizm uczynił bezpłatnym to, co było celowe z punktu widzenia reprodukcji siły roboczej, ochrony własności prywatnej i interesów całości burżuazji jako klasy. Dlatego z czasem zaczęły funkcjonować: bezpłatne uzbrojenie dla żołnierzy, szkolnictwo i oświata, służba zdrowia, komunikacja miejska, żywienie i dożywianie dzieci w szkołach oraz bezrobotnych i bezdomnych, bezpłatne wczasy i sanatoria, bezpłatne podręczniki szkolne, zwiedzanie muzeów, szwedzki stół w restauracjach i sanatoriach itd., itp. W Polsce bezpłatna komunikacja miejska istnieje w Żorach i 50 innych miastach. Za darmo i według racjonalnych potrzeb można korzystać ze spacerów w komunalnych parkach i lasach państwowych, z nabożeństw w kościołach, niektórych koncertów, kąpieli w niektórych miejscach rzek i jezior. Wielu naukowców i twórców już dziś pracuje bez oglądania się na godziny i czas pracy. Księża zakonni pieniądze za nauczanie religii w szkołach oddają na potrzeby zakonów. Te przykłady podziału według potrzeb nie stały się wynikiem „komunistycznego spisku”, lecz są wyrazem pewnych konieczności ekonomicznych i przezwyciężania zaostrzonych sprzeczności społecznych na bazie gospodarki towarowo-pieniężnej.

W dzisiejszych czasach osoby bezrobotne powinny mieć zapewnione pokrycie kosztów mieszkania i „mediów” oraz pożywienie. Bezpłatną pomoc dla rozwiązania całości ich problemów powinny uzyskać narody Trzeciego Świata.

Kapitalizm monopolistyczny i neoliberalizm całkowicie zmieniły potrzeby i ich funkcję. O ile na początkowych etapach rozwoju ludzkości potrzeby były dominujące i określały w dużym stopniu aktywność produkcyjną społeczeństwa. O tyle obecnie potrzeby stały się służebne wobec konieczności reprodukcji kapitalizmu. Dla tego celu „naturalne” potrzeby ludzkie, jak pożywienie, mieszkanie, odzież, opał itd., okazały się jednak niewystarczające. Dlatego muszą być ciągle aktywnie rozwijane, kształtowane i modyfikowane w wyniku wszechobecnej, agresywnej i zróżnicowanej, co do poziomu intelektualnego i emocjonalnego, reklamy. To konieczność kapitalistycznej produkcji i reprodukcji kapitału generują ciągle nowe potrzeby, aż do ich absurdalnych i karykaturalnych rozmiarów, ze szkodą dla zdrowia ludzi i klimatu Ziemi włącznie. Chcąc zaspakajać wybrane potrzeby społeczne bezpłatnie, trzeba zmniejszyć różnice społeczne, wprowadzić nowy model konsumpcji, dokonać zmian w inwestycjach i rozwinąć stosowną produkcję.

Konsument najczęściej jest ofiarą reklam. Ci, którzy dali się jej opętać, chcą posiadać coraz szybsze samochody, chociaż w wielkich miastach przeciętna prędkość spada w godzinach szczytu do kilkunastu kilometrów na godzinę, czyli do prędkości dorożki. Kupując samochód stają się więźniami dodatkowych wydatków na benzynę, ubezpieczenie, parkingi, mandaty, szpitale….

Miał zapewne rację Jerzy Kochan, gdy w książce pod tytułem Socjalizm pisał o daleko idących konsekwencjach budowy ideału społeczeństwa konsumpcyjnego, w którym potrzeby są sztucznie powiększane: „To nie bomby i zdesperowani straceńcy są największymi terrorystami naszej epoki, nie są nimi nawet prezydenci łamiący prawa człowieka, prawo międzynarodowe, kartę ONZ i wywołujący pod fantazyjnymi pretekstami wojny w różnych częściach naszego globu. Superterrorystą współczesnego zglobalizowanego świata jest konsumpcja, rozbudowany aparat napędzający procesy reprodukcji kapitału globalnego. Penetruje i terroryzuje on świat makro, co może owocować wojnami toczonymi w celu zapewnienia możliwości napełnienia baków wielocylindrowych pożeraczy benzyny…, ale penetruje też naszą subiektywność, wyznaczając hierarchie wartości, konstytuując naszą wrażliwość i kształtując ostatecznie człowieka jako konsumenta”.

O czym milczy Donald Tusk?

Pozorne bezprogramie nadwiślańskich liberałów

Władzę się zdobywa, by realizować jakiś program. Na pewno powinien on pomóc zwalczać zło. Ale co dalej? Już od kilku lat widać, że bezprogramie Platformy Obywatelskiej polega na tym, że swój koncept na urządzenie społeczeństwa już zrealizowała. Zbudowała neoliberalny ład w gospodarce, stworzyła sferę publiczną wedle kanonów liberalnej demokracji, ożywiła lokalne społeczności, wyposażając je w instytucje samorządności. Jej pieśń o nowej Polsce dobrze brzmiała w UE, która sama jest regionalnym parkiem neoliberalizmu. Miało być pięknie jak nigdy. I oto w 2015 roku klops.

Wygląda na to, że płyta z liberalnym disco polo zacięła się na przełomie lat 2007/8. Naiwna wiara w neoliberalizm osłabła. Porzucili ją amerykańscy Demokraci. Teraz prezydent Joe Biden powraca do praktyk Nowego Ładu. Porusza kwestie bezpieczeństwa socjalnego, tworzenia miejsc pracy, godziwej płacy, globalnego podatku od korporacji, zniesienia patentów do szczepionek przeciwko COVID-19. Czy nadwiślańscy liberałowie, których teraz bierze w troki stary-nowy przywódca, są w stanie wyobrazić sobie tak skorygowany kapitalizm – kapitalizm bez władzy wielkich korporacji, bez wielkich nierówności, z rosnącą rolą państw, bez kryzysu planetarnego?
Wszyscyśmy od Leszka. PO przemilcza miejsce polskiej gospodarki w światowym podziale pracy. Wiekopomne dzieło L. Balcerowicza pozwoliło powrócić krajowi do „normalności”, czyli na historycznie wyznaczone miejsce. W globalnym podziale pracy znów staliśmy się gospodarką poddostawców, podwykonawców, centrum logistycznym, do którego i z którego ruszają tiry wypełnione towarami zagranicznych gości. Tania praca i niskie podatki dla biznesu to teraz narodowa specjalność. Polski neoliberalny Lewiatan stworzył przedsiębiorcom zagranicznym i rodzimym duże możliwości obniżania kosztów pracy i transferu zysków. Jednocześnie powstały warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami w korporacjach, w bankach, w zarządach firm publicznych. A co z zatrudnionymi w budżetówce, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług dla korporacyjnego biznesu?

Dostrzeganie tylko danin, którymi zostanie dodatkowo obciążona tzw. klasa średnia, to doprawdy szczyt hipokryzji. W Polsce najwyższe podatki od dochodów osobistych są o 20% niższe niż w wielu krajach UE, np. Belgii. W tych krajach też podatki od dochodów wraz ze składkami na ubezpieczenia są głównym źródłem dochodów budżetu państwa. W Polsce, co dużo mówi, największym źródłem dochodu są wpływy z VATu. W 2020 r. było to 185 mld ZLP (dla porównania wpływy z PIT, bez składek, to tylko 119 mld). To mowa przez lufcik do zamożnego miejskiego ludu: przedsiębiorców, pracowników administracji na kierowniczych stanowiskach, klasy menedżerskiej, freelancerów zajmujących się programowaniem, grafiką komputerową, copywritingiem, marketingiem internetowym. PO był i jest awangardą tzw. „klasy średniej”, partią klasową, silnie zideologizowaną, hegemoniczną, wspieraną przez dziennikarski komentariat Gazety Wyborczej, Polityki, Newsweeka, internetowych portali. Tradycyjna inteligencja – dawni intelektualiści, naukowcy, profesjonaliści (lekarze, architekci, inżynierowie) – ustępują miejsca menedżerom, ekonomistom bankowym, pośrednikom finansowym, brokerom, zarządzającym bankami i funduszami inwestycyjnymi. Ogółem to working rich, pracujący bogacze. 10 proc. najlepiej sytuowanych przejmuje w Polsce 40 proc. dochodu narodowego (Th. Blanchet, L. Chancel, A. Gethin, „How unequal is Europe? Evidence from Distributional National Accounts, 1980-2017”). To krezusi na swojską miarę, gdzie 2/3 zatrudnionych otrzymuje na rękę te „dwa tysiące” z ogonkiem. Beneficjenci transformacji to ok. 15-17 proc. społeczeństwa i to oni są naturalnym elektoratem liberalnej formacji. Nie chcą, by urzędy skarbowe poświęcały uwagę ich dochodom, usługi kupują na „wolnym rynku”, sami wiedzą najlepiej, jak pomnażać majątki i aktywa. Im potrzebna wolność, a nie bezpieczeństwo socjalne.

Słabnąca magia wolnego rynku. Kryzys finansowy 2007/8 r. sprawił, że straciły moc liberalne zaklęcia o efektywnym rynku. Tylko neoklasyczna ortodoksja zamyka swój horyzont badawczy w okowach tradycyjnego modelu konkurencyjnego rynku, który miałaby dyscyplinować jego niewidzialna ręka. Coraz większe zastosowania mają modele oparte na asymetrii informacji, na modelu monopolu, na badaniach instytucjonalnych podstaw gospodarki czy na modelu koordynacji działań wielu podmiotów: setek firm, kilkunastu agencji rządowych, milionów konsumentów. A półświatkowi ekonomistów te wszystkie różne teorie są potrzebne, by nie pomijał „niedoskonałości i napięć na rynkach pracy, kapitału i towarów”, pisze Dani Rodrik w książce „Rządy ekonomii”. Współczesny kapitalizm wyhodował potwora w postaci stada „inwestorów” – właścicieli kapitału pieniężnego, głosujących swoimi portfelami inwestycyjnymi. W gospodarce dominuje akcjonariusz i spekulant, a nie producent. Stąd rozdęty sektor finansowy i rynek kapitałowy. Obsługuje on spekulację nie tylko papierami wartościowymi, ale również ropą, żywnością, nieruchomościami, przedsiębiorstwami przemysłowymi, które można kupić, sprzedać, zlikwidować – stosownie do kursów akcji i strategii biznesowej. Władcy aplikacji i obligacji kontrolują coraz więcej gałęzi gospodarki, tym samym przyszłość cywilizacji.

W próżnię teoretyczną trafia teraz straszak długu publicznego. Wbrew narzucającej się oczywistości zdrowego rozsądku, państwo (jako instytucja) zaciąga dług w imieniu społeczeństwa, a nie przyszłych pokoleń. Jest sprawiedliwe, by kolejne pokolenie, dziedzicząc różne ulepszenia w postaci infrastruktury, sprawnych instytucji, bardziej innowacyjnej gospodarki czy bardziej harmonijnego społeczeństwa – dziedziczyło też część zobowiązań zaciągniętych dla ich sfinansowania. Dług publiczny redukuje się poprzez inflację, rzadko przez zawieszenie spłat, a najczęściej roluje. Amerykańskie państwo roluje swój dług od 30. lat XIX w! Dlatego straszenie długiem nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Niewielu ma ogromne oszczędności, które może podgryzać inflacja.

Zysk ci wszystko wybaczy, ale nie wybaczy przyroda. „Zielona” maska transformacji energetycznej i marketingowe pompowanie bajkowych mocy sztucznej inteligencji to stanowczo za mało. Nie może trwać bez końca ogołacanie planety z tego, co powstało w ciągu milionów lat. Tylko w ciągu osiemnastu lat XXI w. gospodarka nastawiona na namiętną konsumpcję dóbr materialnych zużyła 31 proc. węgla jaki kiedykolwiek został wydobyty, 37 proc. ropy naftowej i 48 proc. gazu ziemnego (według obliczeń Marcina Popkiewicza). Rozrasta się Wielka Pacyficzna Plama Śmieci – codziennie trafia do mórz i oceanów 6 mln ton plastikowych odpadów. Co roku przybywa ok. 2 mld ton elektrośmieci, z czego utylizuje się tylko ok. 50 mln ton. Skoro nie można już łudzić publiki, że rynek wszystko załatwi, to robi się wszystko, by temat de-wzrostu przemilczeć.

Nie ma wolności, bez równości. Według liberałów demokracja to przestrzeń wolnych wyborów dokonywanych przez upodmiotowione jednostki. Kierują się one podobno tylko własnymi interesami, a zwłaszcza potrzebą samorealizacji. W społeczeństwie obywatelskim państwo to strażnik wolności jednostki, ta zaś musi mieć możliwość obrony, jeśli państwo próbuje ingerować w sferę jej praw i swobód. Tak jak to robi obecnie pisowska sanacja bis. Tu lewica kroczy w tym samym szeregu z liberałami. Demokracja bowiem to narzędzie, jakie ma wspólnota życia i pracy, by decydować o hierarchii potrzeb i sposobów ich realizacji. Taką wspólnotę wiąże silnie repartycyjny system zaopatrzenia na starość. Niestety, liberałowie, także ci z PiSu, stopniowo go demontują. Demokracja liberalna, której broni PO, nie wymaga wiele od obywatela: głosuj raz na cztery lata, w tym czasie dobrze sprzedaj swoje kwalifikacje, bądź przedsiębiorczy i kreatywny, a sukces materialny sam przyjdzie. Walcz w rynkowej dżungli o mieszkanie, oszczędzaj na emeryturę z giełdy, kształć dzieci w prywatnej szkole. Resztę zrobi za ciebie polityk. Dzięki niemu zarejestrujesz firmę w jednym okienku, on skonstruuje dla ciebie „daninę”, pracowników też ci zdyscyplinuje, ułatwi bankowy kredyt na parę dekad. Ale pozostają miliony prekariuszy, pozostaje lęk przed utratą pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników wskutek robotyzacji. Słowem, co PO ofiaruje klasom pracowniczym, skoro „naturalny” elektorat to za mało, by pokonać PiS? Ile razy można wyzwalać „energię” społeczeństwa obywatelskiego, teraz młodego pokolenia? Może chociaż repeta z liberalizmu zabarwionego socjalnie, powrót do J. S. Milla, L. Hobhouse`a, I. Berlina, W. Beveridge`a czy w Polsce A. Walickiego, A. Szahaja? Dla liberałów wrażliwych społecznie jest oczywiste, że wolność bez równości, bez praw socjalnych, jest tylko „pustym słowem”, jak się wyraził John Stuart Mill.

Demokraci chrześcijańscy, a głównie katoliccy. Na dodatek PO kultywuje trochę subtelniej niż konkurencja kulturowe dziedzictwo polskiego sienkiewiczowskiego skansenu, czasem pod maską chrześcijańskiej demokracji. Zemściło się oddanie edukacji szkolnej rezonerom retrocmentarnego patriotyzmu i narodowego katolicyzmu (np. brak edukacji seksualnej, etyki, lekcje religii zamiast religioznawstwa, uroczystości szkolne w kościołach). To przecież nadwiślańscy liberałowie wpuścili Kościół katolicki do szkoły. Głosowali też za powołaniem IPNu, wciąż się legitymizują mniemanym pokonaniem komuny. W obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta Platforma kultywuje szczególnie złośliwą odmianę liberalnego konserwatyzmu. Hołubi wolność w sferze gospodarczej, a zarazem jest tradycjonalna światopoglądowo i obyczajowo. Władza warta mszy? Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji, o kosmosie. Nie przyjmuje do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów fizyka Stephena Hawkinga. Dlatego młodzież pokłada teraz większe nadzieje w lewicy, licząc na jej konsekwentne zaangażowanie, by doprowadzić do końca oświeceniowy projekt nowoczesności. Długa kolejka oczekuje na jego dokończenie. Gdzie świeckie państwo, związki partnerskie, prawa reprodukcyjne kobiet?
Wygląda na to, że dopiero odważna programowo lewica może posprzątać stajnię III i IV RP Augiasza Balcerowicza.

Zapobiec katastrofie

Fundamentalną zasadą stabilnych ekosystemów jest różnorodność. Nie inaczej jest na polu debaty publicznej w kwestii konstruowania planów niskoemisyjnej energetyki.

Lektura lutowego numeru Dzikiego Życia pt. „Nie ma drogi na skróty” nie daje czytelnikowi, w mojej skromnej opinii, szansy na usłyszenie różnorodnych głosów w debacie o przyszłym systemie energetycznym. Taka monokultura grozi niepowodzeniem wysiłków jakie podejmujemy aby uchronić się przed katastrofa klimatyczną, oraz zachowaniem resztek dzikiego życia, które marnieją na naszych oczach.

Nauka jednoznacznie mówi, że jeśli przekroczymy progi emisji (tzw. budżet węglowy), jak i nie zmniejszymy szybko naszego nacisku na środowisko, czeka nas i otaczającą nas biosferę katastrofa, być może największa w historii geologicznej planety.

Jednym z warunków zapobieżenia temu niebezpieczeństwu jest konieczność przeprowadzenia wyjątkowo trudnej transformacji energetycznej.

Nie możemy doprowadzić do tego, żeby pod niewątpliwie słusznym szyldem konieczności gwałtownych redukcji emisji gazów cieplarnianych prowadziła ona do wzrostu brutalnej antropopresji na terenach, które dziś są we władaniu natury. Tymczasem praktyka pokazuje, że takie działania mają miejsce na naszych oczach.

Na podlegającej ochronie polanie przy granicy Białowieskiego Parku Narodowego próbowano zbudować elektrownie fotowoltaiczną, nieco dalej od parku turystów odstrasza wiatrak, istnieją też zaawansowane plany budowy peleciarni obok znanej agroturystyki. Potężna farma słoneczna, częściowo położona na obszarach Natura 2000 w Górach Izerskich aktywizuje sprzeciw lokalnej społeczności, farmy wiatrowe powstają masowo na terenie cennych torfowisk, przydrożne drzewa wycinane są by umożliwić transport elementów turbin wiatrowych. Czytamy też o nieskutecznym, acz słusznym, proteście Greenpeace przeciw nowej elektrowni na cennych bagnach Kentu.

To jednak tylko preludium – setki miliardów euro zostaną w najbliższych latach wydane na rozwój energetyki w ramach Europejskiego Zielonego Ładu. Jeżeli chcemy unikać dalszych konfliktów z przyrodą, musimy krytycznie przyjrzeć się możliwości zaspokojenia potrzeb, które za tymi wydarzeniami stoją.

Wszystkich nas czekają więc niełatwe wybory (często bez zwycięskich rozstrzygnięć), często będziemy zmuszeni wybierać między wartościami przyrody i dobrobytu wielu ludzi. Będziemy musieli patrzeć na każdy element transformowanej energetyki.

W natłoku różnych przymiotników dotyczących energii takich jak „demokratyczna”, „rozproszona”, „obywatelska”, „zielona” łatwo jest zgubić te dwa podstawowe: energetyka powinna być przede wszystkim niskoemisyjna i jak najmniej obciążająca środowisko.

Jakkolwiek romantyczny nie wydawałby się powrót do „prostego” i zgodnego z naturą życia, jest on już dzisiaj niemożliwy do realizacji. 8,5 miliarda ludzi w żadnej sposób nie jest w stanie powrócić „do korzeni”, jakiekolwiek by one nie były. Wiązałoby się to z upadkiem cywilizacji wraz z wszystkimi jej niekwestionowanymi zdobyczami takimi jak np. prawa człowieka. Pierwszą ofiarą takiej „transformacji” byłaby właśnie dzika przyroda, spalona i zjedzona przez tłumy. Dzikie życie jest dziś niestety zakładnikiem dobrostanu ludzkości i vice versa. Jest pasażerem Statku Ziemia, w którym my pełnimy rolę załogi.

Cała nasza ludzka historia jest drogą specjalizacji i pokonywania przeciwności. Dziś ten nasz biologiczny głód rozwoju trzeba przekuć w wolę pokonywania wyzwań związanych ze zrównoważeniem naszej egzystencji. Przecież skoro możemy chodzić po Księżycu, możemy też zasilać nasze miasta bez dymu i bez ognia, prawda? Dla mnie jest to bardzo piękne i szlachetne wyzwanie, które należy połączyć ze zmianą świadomości, ograniczeniem rozbuchanej konsumpcji i poprawą efektywności energetycznej.

Przysłowiowym „słoniem w pokoju” jest jednak fakt, że energetyka jądrowa która w UE zapewnia aż 25% elektryczności i tym samym oszczędza przyrodę oraz ludzi. Rezygnacja z niej stawia pod znakiem zapytania nasze klimatyczne cele. Nie możemy tego problemu dalej ignorować. Technologia ta nie jest doskonała, bo i ludzie, którzy ją stworzyli, tacy nie są i nigdy nie będą. Jednak w obliczu gigaton dwutlenku węgla w atmosferze i oceanach, dla których wciąż nie znaleźliśmy ostatecznego składowiska, musimy podjąć rękawicę i rzetelnie rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Możemy się nie zgadzać co do konkluzji, ale przynajmniej powinniśmy się nawzajem wysłuchać opierając się na faktach.

Warto zmierzyć się z różnorodnością poglądów i argumentów, bo tylko poprzez ich zestawienie możemy wypracować najefektywniejsze rozwiązania. Jesteśmy to winni dzikiej przyrodzie, która nas otacza, bo – chcąc nie chcąc – jesteśmy jej częścią a jednocześnie największą dla niej szansą, jaki i zagrożeniem.

Dziś jesteśmy świadkami ponownej karbonizacji niektórych krajów, tam gdzie przedwczesne wyłączenie niskoemisyjnego atomu prowadzi do budowy nowych elektrowni gazowych. Trudno uciec od skojarzenia, że proces ten jest oparty o podobne mechanizmy poznawcze co kompulsywna wycinka drzew. Łatwiej jest bowiem całkowicie wyeliminować pojedyncze ryzyko, jakkolwiek małe by ono nie było małe, niż przeprowadzić skomplikowaną analizę kosztów alternatywnych.

Bez przepracowania tego smutnego zjawiska nie będziemy w stanie pójść do przodu, cofając się za każdym razem gdy uczynimy jakieś postępy.

Oto kilka przykładowych pytań, które warto byłoby zadać i przedyskutować, a które nie padły w lutowym numerze Dzikiego Życia:

Jaką konkretnie skalę rozproszonej energetyki nasza przyroda jest w stanie wytrzymać? Jakim kosztem?

Jak postulaty prywatyzacji i liberalnego urynkowienia energetyki wpłyną na kwestie sprawiedliwości społecznej w nadchodzącej transformacji energetycznej?

Jak duży będzie wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną po zelektryfikowaniu ogrzewania i transportu i jak zaspokoić ten ogromny przyrost? Jak te potrzeby zaspokoić?

Jak uchronić się przed wersją demokracji energetycznej w której prawo głosu w systemie, na wzór czasów wiktoriańskich, mają tylko majętni właściciele dachów i łąk? Jak zadbać o ubogich lub osoby wynajmujące mieszkania, które oczekują stabilnych cen energii?

Jak przeciwdziałać antropopresji wywołanej wzrostem cen gruntów na skutek rozwoju energetyki opartej o biogaz i biomasę?

Jakie struktury władzy utrwalają gigantyczne farmy off-shore i czy można zaliczać je do obywatelskiej demokracji energetycznej? Jeżeli tak, to dlaczego argument też używany jest przeciw energii jądrowej?

Jak duży udział obecnych zeroemisyjnych planów transformacji (również w raportach IPCC) opiera się na spalaniu biomasy? Jak pogodzić głód energetyki na biomasę z potrzebami rolnictwa regeneratywnego?

Jaki wpływ na przyrodę będą miały wszystkie nowe technologie, takie jak gospodarka wodorowa i masowe wykorzystanie mega baterii? Niestety nie funkcjonują one jeszcze nigdzie w skali, która pozwalałaby na rzetelną ocenę tego wpływu.

W 150 lat wyemitowaliśmy do biosfery węgiel, którego magazynowanie trwało dziesiątki milionów lat. Odrzucając “tabletkę energetyczną”, jaką niewątpliwie jest atom, jakim naturalnym procesem możemy ten trend stosunkowo szybko odwrócić by po sobie biosferę zatrutą węglem posprzątać? Czy nie jest to kolejny raz, gdy śmietnisko atmosferycznego CO2 pozostawiamy przyrodzie do posprzątania, odrzucając naszą odpowiedzialność za to, co już wyemitowano?

Te i inne podobne pytania, niekoniecznie z prostymi odpowiedziami, mogłyby się przyczynić do zwiększenia różnorodności debaty o nadchodzącej transformacji energetyki i znacznie pomóc w wypracowaniu sprawiedliwych i prawdziwie zielonych rozwiązań. Mam nadzieję, że mój głos polemiczny będzie miał szansę wybrzmieć na łamach miesięcznika.

Polska nie potrzebuje Tuska

Libki liczą na wejście smoka – triumfalny powrót Tuska do krajowej polityki. Tym razem to ma być już na pewno, na pewno. Jest nawet data: 3 lipca Tusk ma przejąć stery w PO. Ponoć już wszystko dogadanie z Budką i Trzaskowskim. Możliwe, że tak istotnie się stanie. Tylko co miałoby z tego wyniknąć?

Kiedyś nawet lubiłam Tuska. Niby luzak, ale z charyzmą, inteligentny i twardy w razie potrzeby (ponoć w rozgrywkach partyjnych zgoła bezwzględny, co już mniej sympatyczne, ale nie moja to sprawa). Ale jego rządy bardzo mnie w końcu znużyły, zdawałam też sobie sprawę z ich systemowej niesprawiedliwości mimo dość sympatycznej ogólnie retoryki.

Tusk budował i podtrzymywał fasadę państwa ideologicznie neutralnego, ale nie było ono naprawdę neutralne (już dość mocno klerykalne, a przede wszystkim gruntownie rynkowe), w dodatku coraz bardziej niesprawne. Nie była to „Polska w ruinie” z PiSowskiej czarnej propagandy, ale na pewno Polska rozłażąca się w szwach, bezideowa („Kto ma wizje, niech idzie do psychiatry”), sprywatyzowana, koteryjna i zbyt wielu zostawiająca za burtą. To musiało się zemścić.

A co dziś może wnieść do polskiej polityki Tusk? Jaki ma nowy pomysł na odsunięcie PiS od władzy i na władzę po hipotetycznych zwycięskich wyborach? Nic o tym kompletnie nie wiadomo i bardzo prawdopodobne jest to, że nie ma tak naprawdę żadnego.

Poza retoryką przywrócenia praworządności, powrotu do Europy, ewentualnie jakiejś „nowej jedności” (na początek po stronie opozycji), nie wiadomo na czym opartej. Kogo to przekona poza już zawsze przekonanymi, by nie rzec poza „liberalnym betonem”? Pragnącym tylko tego, żeby znowu było, jak było. W historii możliwe są zwyczajne reakcje i restauracje. Sporo ich było na przykład w historii Francji. Ale oznaczają one historyczny bieg jałowy.

Polska nie potrzebuje dziś powrotu Tuska ani tym bardziej powrotu do władzy PO. Po PiS potrzebujemy czegoś nowego. A nawet potrzebujemy go już po to, żeby możliwe było „po PiS”.

KPO czy reforma polskiego kapitalizmu?

Zapowiedź powrotu przedsiębiorczego państwa i planowania

Krajowy Plan Odbudowy jest próbą ocalenia kapitalizmu jaki znamy. To kapitalizm wielkich oligopolistycznych korporacji, oplecionych planktonem małych firm, pełniących rolę poddostawców i podwykonawców. Ale zarazem KPO pokazuje lewicy, jak by mogła wykorzystać państwo jako instrument głębokiej zmiany mechanizmów funkcjonowania gospodarki. Zmiany są konieczne, by mogły powstawać dobra i usługi zapewniające wszystkim umiarkowanie dostatnie życie w harmonii z przyrodą. I to zarówno mieszkańcom bogatego centrum, jak i biednego Południa.

Spróbujmy zatem z lewicowej perspektywy ocenić zabiegi konserwatorów kapitalistycznej gospodarki rynkowej w jej polskim peryferyjnym wariancie. Czym jest kolejny reset tej gospodarki przeprowadzany kosztem długu w centrum systemu? W USA na powtórne uruchomienie maszynerii zysku pójdzie około 2 bln dolarów, podobną kwotę przeznacza UE. Pieniądze te trafią częściowo do realnej gospodarki. Tutaj inwestycje firm mogą stworzyć więcej miejsc pracy. Część wsparcia z funduszu odbudowy znajdzie się ostatecznie na giełdzie, podsycając spekulacje akcjami, surowcami, żywnością. I ostatecznie o to chodzi w tym systemie.
Pisowski Plan Odbudowy wpisuje się w modną nowomowę o „zielonej” przemysłowo-cyfrowej rewolucji 4.0. Wymyślił ją twórca Międzynarodówki Davos Klaus Schwab, powielają unijni urzędnicy, popularyzują ekonomiczne portale i think tanki. Żeby tę nowomowę technokracji na usługach biznesu rozszyfrować, trzeba ją osadzić w realiach obecnej fazy ewolucji kapitalizmu. To kapitalizm wielkich korporacji-wydmuszek, kapitalizm oligarchii finansowej i technoproroków z Doliny Krzemowej.

Kapitalizm, którego główną dziedziną jest sektor finansowy, a ochroniarzami – politycy w różnych kostiumach ideologicznych. Ich osobiste kariery zahaczają o pracę w korporacjach, głównie w bankach. Praca dla biznesu pozwala im gromadzić czasami imponujące portfele akcji i nieruchomości jak premierowi Morawieckiemu Jadą w tym samym pociągu do podatkowego raju. Dlatego robią, co mogą, by podtrzymać wzrost gospodarczy w warunkach nasilającego się kryzysu planetarnego, a także stagnacji powiązanej bezpośrednio z degradacją dochodów płacowych. Ta zaś jest bezpośrednim skutkiem osłabienia siły klas pracowniczych w centrum, gdyż początkowe ogniwa łańcucha produkcji znalazły się teraz w Azji i Europie Centralnej. Pandemia COVID-19 nie jest czarnym łabędziem konwencjonalnych ekonomistów. To efekt dwóch stuleci przerabiania darów przyrody na zbiorowisko towarów, potrzebnych do akumulacji „abstrakcyjnej wartości”, czyli coraz większych majątków ułatwiających kontrolę nad gospodarką. Skurczyły się siedliska różnych gatunków, powstał wolny rynek patogenów. Ludzie dzięki taniej komunikacji lotniczej przemieszczają się między kontynentami, przy okazji zabierają pasażerów na gapę. Drogę z Chin do Europy czy USA patogeny łatwo pokonują w organizmie ludzkim. Lekarstw na kolejne pandemie nie dostarczy rynek, a konkretnie Big Farma. To leczenie choroby, której źródło leży w naiwnej wierze ekonomistów, przedsiębiorców i polityków. Wierzą oni w nieustanny wzrost gospodarki i nieograniczoność potrzeb. Ich zdaniem, rynek umożliwia optymalne dysponowanie zasobami. Pomijają jednak fakt, że zapasy są nieodnawialne, są depozytem procesów geologicznych sprzed miliona lat. Jak sądził laureat tzw. ekonomicznego nobla R. Solow, „ich wyczerpywanie się jest co najwyżej perypetią, a nie katastrofą”. Dlatego politycy w interesie swoich mocodawców uciekają się po raz kolejny do strategii zalecanej przez Keynesa-Kaleckiego: trzeba pobudzić popyt wydatkami budżetowymi kosztem jego deficytu. Kiedy pojawią się zyski i dochody płacowe, wówczas podatki poprawią bilanse. Ale wzrost gospodarczy wobec kryzysu klimatycznego musi być „zielony”. Stąd zewsząd słychać modły o zeroemisyjną energię, elektromobilność, morskie farmy wiatrowe, lokalne sieci producenckie. Ale to niestety tylko zielona maska. Uwzględnienie całego cyklu produkcji urządzeń do odnawialnej energii ukazuje tylko przemieszczenie efektu ekologicznego. Np. z 50. ton skały uzyskuje się kilogram galu, jednego z metali ziem rzadkich. Do każdej tony potrzeba 200 metrów sześciennych wody, nasyconej kwasami i metalami ciężkimi. Obecna gospodarka potrzebuje rocznie 2 miliardów różnych metali. Udział odnawialnej energii nie dojdzie przed 2030 r. do 30% mixu. Tak więc eksploatacja minerałów napotyka przed wszystkim ograniczenia energetyczne (więcej Trybuna23-25.04.2021 oraz w książce G. Pitrona, „Wojna o metale rzadkie”, Wydawnictwo Kogut).
Dlatego KPO i jego krajowe mutacje w UE nie rozwiążą obecnego co najmniej strukturalnego kryzysu kapitalizmu. Zmaga on się z kilkoma barierami: z ekologicznymi i energetycznymi barierami wzrostu gospodarczego, z dominacją sektora finansowego nad realną gospodarką, z nierównościami w podziale dochodu narodowego, które skutkują ograniczonym popytem, i w rezultacie stagnacją gospodarki. Do tego dochodzi starzenie się społeczeństw bogatych, a jednocześnie wzrost populacji na biednym Południu. Ideologia rasizmu i ksenofobii prawicy nie przezwycięży dziedzictwa kolonializmu, ani nie powstrzyma emigrantów ekonomicznych prze ucieczką od biedy. Dodatkowy problem to wkomponowanie chińskiego olbrzyma w porządek światowy stworzony po drugiej wojnie w interesie amerykańskich korporacji, dolara jako waluty rezerwowej i Wall Street jako centrum finansów światowych. A jeszcze wyścig zbrojeń – ważny dla gospodarki opartej na wzroście, tworzy bowiem popyt inwestycyjny i konsumpcyjny, dostarcza korporacjom cywilnych technologii. Świat bez zbrojeń byłby nie tylko bezpieczniejszy. Nie żal cmentarzyska żelastwa na pustyni Arizony, gdzie spoczywa 4 tysiące dowodów szaleństwa zimnej wojny.

Plany odbudowy i konserwacji wolnorynkowej gospodarki tylko odwlekają trudne decyzje. Najpilniejsze zadania na tym polu to dostosowanie gospodarki do limitów przyrody: przedłużanie trwałości urządzeń, recykling minerałów, podatki węglowe, rozbudowa publicznego transportu, ograniczenie komunikacji lotniczej, odbudowa lokalnych sieci produkcji, preferencje dla inwestycji w przełomowe innowacje (przede wszystkim w energię z syntezy jądrowej). To uderza w samo serce gospodarki podporządkowanej procesowi przekształcania kapitału pieniężnego w towary, a tych z kolei znów w pieniądz. Lub co gorzej bezpośrednio w bogaty portfel „produktów” finansowych, na czele niestety z samymi przedsiębiorstwami. Dlatego drugą stroną wybujałej produkcji jest sprzężona z nią symboliczna konsumpcja. Ma zaspokajać według konwencjonalnych ekonomistów rzekomo nieograniczone potrzeby ludzi. Tylko ciekawe, po co regularny, codzienny ogniowy ostrzał reklamami oczu i uszu każdego widza, słuchacza, czytelnika.

Projekt KPO wpisuje się w neoliberalną koncepcję roli państwa wobec gospodarki – ma ono usuwać „niesprawności” rynku. Jest wypracowaniem specjalistów nowego zarządzania publicznego. W tym ujęciu państwo ma tylko sterować systemem usług publicznych, powierzając je, gdzie i kiedy to możliwe, rynkowi i firmom prywatnym: szkoły, szpitale, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Robi to zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, MFW, OECD i unijnej biurokracji. Kierownictwo polityczne aparatu państwa to obecnie głównie weterani bojów z komuną, salonem warszawskim; to żołnierze wyklęci naszych czasów tylko walczący innymi środkami. Zmieniły się fronty: kosmopolityczna UE, cywilizacja śmierci, emancypacyjne dążenia młodego pokolenia. Natomiast biurokratyczna załoga pisowskiego państwa to specjaliści programowania, dilerki finasowej, absolwenci różnych szkół, kursów M-L: teraz Marketingu i Liderowania. Opanowali nowomowę zarządzania publicznego: challenges, objective, implementation. Króluje tu język dyskursu konwencjonalnej ekonomii i żargon ekspertyz think tanków: siły (rynkowe), uelastycznienie (zatrudnienia), stymulowanie (wzrostu gospodarczego), „uczenie się przez całe życie”, „digital transition”, „green skills”, „inteligentna infrastruktura”, „przełomowe cyfrowe technologie” (czyżby w Polsce miał powstać pierwszy kwantowy komputer!), ”odporność i konkurencyjność gospodarki” (przez ulgi podatkowe dla zagranicznych inwestorów oraz uzbrajanie terenów pod ich łaskawe inwestycje?), „przemysły kreatywne” (wcześniej to były Luxtorpeda 2.0, polski hyperloop, elektryczne samochody, teraz „zarządzanie ruchem bezzałogowych statków powietrznych”), „efektywne wykorzystania potencjału zasobów ludzkich”. Itd., itd. I tak przez prawie 500 stron.

Ponieważ w obecnej postaci KPO to tylko szkic zamierzeń , warto w trakcie ich przekładu na język ustaw, postawić kilka pytań pisowskim politykom, koordynatorom KPO i ministerialnym urzędnikom.

Po pierwsze, czy dokonają w ustawach korekty neoliberalnego modelu sektora usług publicznych. Neoliberalnego Lewiatana ukształtowało wysuszenie podatkowe. Musiał dokonać outsourcingu zadań publicznych, i szukać formuł partnerstwa publiczno-prywatnego. Na szczęście w Polsce vouchery na usługi publiczne to niespełnione marzenie przybocznych J. Korwin-Mikkego. Dla prywatnych minibiznesów „klasy średniej” państwo stało się dojną krową, stabilnym i wypłacalnym kontrahentem. Według akolitów Leszka Balcerowicza państwo miało działać jak biznes: być tanie i oszczędne, wzbogacone wiedzą ekspercką polityków społecznych, rzekomo aidelogiczną. Głównym jego zadaniem ma być kontraktowanie usług. Powstawał stopniowo układ rynkowy: państwo organizatorem, sektor prywatny usługodawcą. Skutek tego eksperymentu to obecny stan systemu ochrony zdrowia, a oznaką jego krachu nadumieralność w okresie pandemii COVID-19. Stąd w obecnej szkicowej wersji KPO, kiedy mowa o kapitale ludzkim, mamy te same słabości co w programach operacyjnych biurokracji EU: rzesze konsultantów, doradców, instytucji certyfikujących, procedury ewaluacyjne, narzędzia informatyczne, e-administracja, specjalne ośrodki szkoleń, wsparcie wdrożeń, centra monitorowania. Ile funduszy pochłonie ta jałowa młocka, której efekty trudno kontrolować? Można się spodziewać wzrostu popytu na działki, nieruchomości, luksusowe dobra ze strony polityków, urzędników, eksperckiego zaplecza, biznesowego środowiska i ich rodzin.

Lewica powinna opowiadać się za rozwiązaniami, które zwiększają współudział obywateli zarówno w decydowaniu, jak i w sposobach zaspokajania zbiorowych potrzeb. Prowadzi do tego celu remuncypalizacja, prospołeczne kontraktowanie, koprodukcja, włączanie organizacji pozarządowych w rodzaju fundacji i stowarzyszeń, co od lat postuluje jedyny zwolennik lewicy wśród specjalistów nauk prawnych Dawid Sześciło. Taka organizacja sektora publicznego odpowiada lewicowej koncepcji wspólnoty życia i pracy. Dominuje tu solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych. Tutaj samorząd terytorialny jest głównym dostawcą usług publicznych: odpowiada za bezpieczeństwo sanitarno-epidemiologiczne, zabezpieczenie społeczne członków lokalnej wspólnoty i jej infrastrukturalne potrzeby. I może być pod kontrolą mieszkańców.

Druga newralgiczna kwestia dotyczy mechanizmów wspierania z publicznej kasy sektora prywatnego, by powstała „polska Dolina Krzemowa”. Pod względem innowacji Polska wyprzedza w UE tylko Rumunię i Bułgarię. Przedsiębiorcze państwo ma wspierać „zieloną” transformację gospodarki, jej innowacyjność, w sumie przyczynić się na niewielką polską miarę do reindustrializacji unijnej gospodarki. Ponad 30% funduszy jest skierowanych do różnej wielkości firm prywatnych. Fundusze te mają być bądź całkowicie, bądź częściowo zwrotne, dodatkowo zgodne z unijnymi regułami publicznej pomocy. Absurdem postsolidarnościowej formacji jest też plan przygotowania ze środków publicznych gruntów pod inwestycje dla inwestorów, kiedy się umożliwiło oddanie deweloperom na mieszkaniówkę uzbrojonych terenów po zakładach produkcyjnych PRLu. Np. przedwojenny, i peerelowski Ursus to nie park nauki, tylko strefa specjalna dla deweloperów i Factory na miarę III i IV RP. Do tego dochodzi wsparcie inwestycji prywatnego sektora w strefach specjalnych. Za rządów PiSu cały kraj stał się rezerwuarem taniej pracy i niskich podatków, a jego różne agendy stręczycielami podwykonawców i poddostawców dla zagranicznego biznesu. Jest wątpliwe, czy nakłady na prace badawczo-rozwojowe mają szanse się zwrócić w sytuacji, kiedy brak w kraju globalnych firm. Musiałby one mieć innowacyjny produkt, kulturę organizacyjną, środki na reklamę, by uruchomić produkcję z wykorzystaniem światowej sieci poddostawców. Potwierdza te obawy klęska wdrożenia do produkcji grafenu, fiasko grantów w projekcie „inteligentnej gospodarki” (drony, nowatorskie cząstki, leki i terapie). Udało się tylko wybudować powierzchnie biurowe, aquaparki i wieże Kaczyńskiego w Ostrołęce.

Kolejna istotna kwestia dotyczy korzyści całej wspólnoty z inwestycji w prywatne firmy. Zgodnie z postulatami Mariany Mazzucato, publiczny inwestor powinien zagwarantować sobie udział w zyskach, które powstaną w wyniku finansowego wsparcia. Przypadek Apple`a, który wykorzystał wiele innowacji powstałych w sektorze publicznym, a później unikał nawet płacenia podatków- niech będzie przestrogą. Dlatego lewica powinna się opowiadać za ograniczaniem ochrony patentowej. Można ją zastąpić wysokimi nagrodami dla wynalazców. Na pewno pożądana jest eutanazja patentowych trolli, w większości to fundusze spekulacyjne. Wspieranie nieinnowacyjnych, utrzymujących się dzięki taniej pracy MŚP to działalność charytatywna. Dlatego w praktyce będziemy mieli do czynienia z pobudzaniem konsumpcji dzięki dochodom, które uzyskają pracownicy firm doradczych, prowadzących szkolenia. Pełno w projekcie specjalistycznych ośrodków szkoleń, wsparcia wdrożeń, centrów monitorowania Można się tylko domyślać do kogo będą one należały i ile prac studialnych, nie poddających się łatwej kontroli, wykonają na zlecenie administratorów KPO. Tutaj nadzór i audyt ma szczególne znaczenie.
Po trzecie, w pisowskiej wizji dobrobytu na nadwiślańską miarę nie widać żadnych działań na rzecz odchodzenia od konkurowania tanią pracą i niskimi podatkami. W dalszym ciągu bowiem realnie (po uwzględnieniu kosztów utrzymania) średnia wynagrodzeń w Polsce faktycznie stanowi zaledwie połowę niemieckich (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 97/2021). Lewica powinna mieć też własną strategię wobec zmieniającego się rynku pracy. Z powodu cyfryzacji i automatyzacji rośnie popyt na wysokokwalifikowanych specjalistów, ubywa zaś fizycznych zasobów pracy dla pracowników z niższymi kwalifikacjami. W tej sytuacji powinny się pojawić w projekcie działania na rzecz zmniejszenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo. Możliwym rozwiązaniem jest też praca przez cztery dni w tygodniu. To dopiero by podniosło jakość życia w kraju.

W sumie, lewica nie może być z zasady przeciwna inwestycjom państwa (publicznym) w gospodarkę. Ożywiają koniunkturę, dzięki nim rosną płace, spadają zyski posiadaczy kapitału i technologii – o to przecież chodzi. Do tych działań trzeba dołączyć upowszechnianie akcjonariatu pracowniczego i rozwoju spółdzielni pracy, o czym przypominają socjaliści z PPS (Trybuna 24/25.05.2021). Bez przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału postęp techniczny, naukowy i przemysłowy przynosi, jak obecnie, społeczny i ekologiczny regres. Dlatego by podniesie jakość życia wszystkich: „prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.