Zapobiec katastrofie

Fundamentalną zasadą stabilnych ekosystemów jest różnorodność. Nie inaczej jest na polu debaty publicznej w kwestii konstruowania planów niskoemisyjnej energetyki.

Lektura lutowego numeru Dzikiego Życia pt. „Nie ma drogi na skróty” nie daje czytelnikowi, w mojej skromnej opinii, szansy na usłyszenie różnorodnych głosów w debacie o przyszłym systemie energetycznym. Taka monokultura grozi niepowodzeniem wysiłków jakie podejmujemy aby uchronić się przed katastrofa klimatyczną, oraz zachowaniem resztek dzikiego życia, które marnieją na naszych oczach.

Nauka jednoznacznie mówi, że jeśli przekroczymy progi emisji (tzw. budżet węglowy), jak i nie zmniejszymy szybko naszego nacisku na środowisko, czeka nas i otaczającą nas biosferę katastrofa, być może największa w historii geologicznej planety.

Jednym z warunków zapobieżenia temu niebezpieczeństwu jest konieczność przeprowadzenia wyjątkowo trudnej transformacji energetycznej.

Nie możemy doprowadzić do tego, żeby pod niewątpliwie słusznym szyldem konieczności gwałtownych redukcji emisji gazów cieplarnianych prowadziła ona do wzrostu brutalnej antropopresji na terenach, które dziś są we władaniu natury. Tymczasem praktyka pokazuje, że takie działania mają miejsce na naszych oczach.

Na podlegającej ochronie polanie przy granicy Białowieskiego Parku Narodowego próbowano zbudować elektrownie fotowoltaiczną, nieco dalej od parku turystów odstrasza wiatrak, istnieją też zaawansowane plany budowy peleciarni obok znanej agroturystyki. Potężna farma słoneczna, częściowo położona na obszarach Natura 2000 w Górach Izerskich aktywizuje sprzeciw lokalnej społeczności, farmy wiatrowe powstają masowo na terenie cennych torfowisk, przydrożne drzewa wycinane są by umożliwić transport elementów turbin wiatrowych. Czytamy też o nieskutecznym, acz słusznym, proteście Greenpeace przeciw nowej elektrowni na cennych bagnach Kentu.

To jednak tylko preludium – setki miliardów euro zostaną w najbliższych latach wydane na rozwój energetyki w ramach Europejskiego Zielonego Ładu. Jeżeli chcemy unikać dalszych konfliktów z przyrodą, musimy krytycznie przyjrzeć się możliwości zaspokojenia potrzeb, które za tymi wydarzeniami stoją.

Wszystkich nas czekają więc niełatwe wybory (często bez zwycięskich rozstrzygnięć), często będziemy zmuszeni wybierać między wartościami przyrody i dobrobytu wielu ludzi. Będziemy musieli patrzeć na każdy element transformowanej energetyki.

W natłoku różnych przymiotników dotyczących energii takich jak „demokratyczna”, „rozproszona”, „obywatelska”, „zielona” łatwo jest zgubić te dwa podstawowe: energetyka powinna być przede wszystkim niskoemisyjna i jak najmniej obciążająca środowisko.

Jakkolwiek romantyczny nie wydawałby się powrót do „prostego” i zgodnego z naturą życia, jest on już dzisiaj niemożliwy do realizacji. 8,5 miliarda ludzi w żadnej sposób nie jest w stanie powrócić „do korzeni”, jakiekolwiek by one nie były. Wiązałoby się to z upadkiem cywilizacji wraz z wszystkimi jej niekwestionowanymi zdobyczami takimi jak np. prawa człowieka. Pierwszą ofiarą takiej „transformacji” byłaby właśnie dzika przyroda, spalona i zjedzona przez tłumy. Dzikie życie jest dziś niestety zakładnikiem dobrostanu ludzkości i vice versa. Jest pasażerem Statku Ziemia, w którym my pełnimy rolę załogi.

Cała nasza ludzka historia jest drogą specjalizacji i pokonywania przeciwności. Dziś ten nasz biologiczny głód rozwoju trzeba przekuć w wolę pokonywania wyzwań związanych ze zrównoważeniem naszej egzystencji. Przecież skoro możemy chodzić po Księżycu, możemy też zasilać nasze miasta bez dymu i bez ognia, prawda? Dla mnie jest to bardzo piękne i szlachetne wyzwanie, które należy połączyć ze zmianą świadomości, ograniczeniem rozbuchanej konsumpcji i poprawą efektywności energetycznej.

Przysłowiowym „słoniem w pokoju” jest jednak fakt, że energetyka jądrowa która w UE zapewnia aż 25% elektryczności i tym samym oszczędza przyrodę oraz ludzi. Rezygnacja z niej stawia pod znakiem zapytania nasze klimatyczne cele. Nie możemy tego problemu dalej ignorować. Technologia ta nie jest doskonała, bo i ludzie, którzy ją stworzyli, tacy nie są i nigdy nie będą. Jednak w obliczu gigaton dwutlenku węgla w atmosferze i oceanach, dla których wciąż nie znaleźliśmy ostatecznego składowiska, musimy podjąć rękawicę i rzetelnie rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Możemy się nie zgadzać co do konkluzji, ale przynajmniej powinniśmy się nawzajem wysłuchać opierając się na faktach.

Warto zmierzyć się z różnorodnością poglądów i argumentów, bo tylko poprzez ich zestawienie możemy wypracować najefektywniejsze rozwiązania. Jesteśmy to winni dzikiej przyrodzie, która nas otacza, bo – chcąc nie chcąc – jesteśmy jej częścią a jednocześnie największą dla niej szansą, jaki i zagrożeniem.

Dziś jesteśmy świadkami ponownej karbonizacji niektórych krajów, tam gdzie przedwczesne wyłączenie niskoemisyjnego atomu prowadzi do budowy nowych elektrowni gazowych. Trudno uciec od skojarzenia, że proces ten jest oparty o podobne mechanizmy poznawcze co kompulsywna wycinka drzew. Łatwiej jest bowiem całkowicie wyeliminować pojedyncze ryzyko, jakkolwiek małe by ono nie było małe, niż przeprowadzić skomplikowaną analizę kosztów alternatywnych.

Bez przepracowania tego smutnego zjawiska nie będziemy w stanie pójść do przodu, cofając się za każdym razem gdy uczynimy jakieś postępy.

Oto kilka przykładowych pytań, które warto byłoby zadać i przedyskutować, a które nie padły w lutowym numerze Dzikiego Życia:

Jaką konkretnie skalę rozproszonej energetyki nasza przyroda jest w stanie wytrzymać? Jakim kosztem?

Jak postulaty prywatyzacji i liberalnego urynkowienia energetyki wpłyną na kwestie sprawiedliwości społecznej w nadchodzącej transformacji energetycznej?

Jak duży będzie wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną po zelektryfikowaniu ogrzewania i transportu i jak zaspokoić ten ogromny przyrost? Jak te potrzeby zaspokoić?

Jak uchronić się przed wersją demokracji energetycznej w której prawo głosu w systemie, na wzór czasów wiktoriańskich, mają tylko majętni właściciele dachów i łąk? Jak zadbać o ubogich lub osoby wynajmujące mieszkania, które oczekują stabilnych cen energii?

Jak przeciwdziałać antropopresji wywołanej wzrostem cen gruntów na skutek rozwoju energetyki opartej o biogaz i biomasę?

Jakie struktury władzy utrwalają gigantyczne farmy off-shore i czy można zaliczać je do obywatelskiej demokracji energetycznej? Jeżeli tak, to dlaczego argument też używany jest przeciw energii jądrowej?

Jak duży udział obecnych zeroemisyjnych planów transformacji (również w raportach IPCC) opiera się na spalaniu biomasy? Jak pogodzić głód energetyki na biomasę z potrzebami rolnictwa regeneratywnego?

Jaki wpływ na przyrodę będą miały wszystkie nowe technologie, takie jak gospodarka wodorowa i masowe wykorzystanie mega baterii? Niestety nie funkcjonują one jeszcze nigdzie w skali, która pozwalałaby na rzetelną ocenę tego wpływu.

W 150 lat wyemitowaliśmy do biosfery węgiel, którego magazynowanie trwało dziesiątki milionów lat. Odrzucając “tabletkę energetyczną”, jaką niewątpliwie jest atom, jakim naturalnym procesem możemy ten trend stosunkowo szybko odwrócić by po sobie biosferę zatrutą węglem posprzątać? Czy nie jest to kolejny raz, gdy śmietnisko atmosferycznego CO2 pozostawiamy przyrodzie do posprzątania, odrzucając naszą odpowiedzialność za to, co już wyemitowano?

Te i inne podobne pytania, niekoniecznie z prostymi odpowiedziami, mogłyby się przyczynić do zwiększenia różnorodności debaty o nadchodzącej transformacji energetyki i znacznie pomóc w wypracowaniu sprawiedliwych i prawdziwie zielonych rozwiązań. Mam nadzieję, że mój głos polemiczny będzie miał szansę wybrzmieć na łamach miesięcznika.

Polska nie potrzebuje Tuska

Libki liczą na wejście smoka – triumfalny powrót Tuska do krajowej polityki. Tym razem to ma być już na pewno, na pewno. Jest nawet data: 3 lipca Tusk ma przejąć stery w PO. Ponoć już wszystko dogadanie z Budką i Trzaskowskim. Możliwe, że tak istotnie się stanie. Tylko co miałoby z tego wyniknąć?

Kiedyś nawet lubiłam Tuska. Niby luzak, ale z charyzmą, inteligentny i twardy w razie potrzeby (ponoć w rozgrywkach partyjnych zgoła bezwzględny, co już mniej sympatyczne, ale nie moja to sprawa). Ale jego rządy bardzo mnie w końcu znużyły, zdawałam też sobie sprawę z ich systemowej niesprawiedliwości mimo dość sympatycznej ogólnie retoryki.

Tusk budował i podtrzymywał fasadę państwa ideologicznie neutralnego, ale nie było ono naprawdę neutralne (już dość mocno klerykalne, a przede wszystkim gruntownie rynkowe), w dodatku coraz bardziej niesprawne. Nie była to „Polska w ruinie” z PiSowskiej czarnej propagandy, ale na pewno Polska rozłażąca się w szwach, bezideowa („Kto ma wizje, niech idzie do psychiatry”), sprywatyzowana, koteryjna i zbyt wielu zostawiająca za burtą. To musiało się zemścić.

A co dziś może wnieść do polskiej polityki Tusk? Jaki ma nowy pomysł na odsunięcie PiS od władzy i na władzę po hipotetycznych zwycięskich wyborach? Nic o tym kompletnie nie wiadomo i bardzo prawdopodobne jest to, że nie ma tak naprawdę żadnego.

Poza retoryką przywrócenia praworządności, powrotu do Europy, ewentualnie jakiejś „nowej jedności” (na początek po stronie opozycji), nie wiadomo na czym opartej. Kogo to przekona poza już zawsze przekonanymi, by nie rzec poza „liberalnym betonem”? Pragnącym tylko tego, żeby znowu było, jak było. W historii możliwe są zwyczajne reakcje i restauracje. Sporo ich było na przykład w historii Francji. Ale oznaczają one historyczny bieg jałowy.

Polska nie potrzebuje dziś powrotu Tuska ani tym bardziej powrotu do władzy PO. Po PiS potrzebujemy czegoś nowego. A nawet potrzebujemy go już po to, żeby możliwe było „po PiS”.

KPO czy reforma polskiego kapitalizmu?

Zapowiedź powrotu przedsiębiorczego państwa i planowania

Krajowy Plan Odbudowy jest próbą ocalenia kapitalizmu jaki znamy. To kapitalizm wielkich oligopolistycznych korporacji, oplecionych planktonem małych firm, pełniących rolę poddostawców i podwykonawców. Ale zarazem KPO pokazuje lewicy, jak by mogła wykorzystać państwo jako instrument głębokiej zmiany mechanizmów funkcjonowania gospodarki. Zmiany są konieczne, by mogły powstawać dobra i usługi zapewniające wszystkim umiarkowanie dostatnie życie w harmonii z przyrodą. I to zarówno mieszkańcom bogatego centrum, jak i biednego Południa.

Spróbujmy zatem z lewicowej perspektywy ocenić zabiegi konserwatorów kapitalistycznej gospodarki rynkowej w jej polskim peryferyjnym wariancie. Czym jest kolejny reset tej gospodarki przeprowadzany kosztem długu w centrum systemu? W USA na powtórne uruchomienie maszynerii zysku pójdzie około 2 bln dolarów, podobną kwotę przeznacza UE. Pieniądze te trafią częściowo do realnej gospodarki. Tutaj inwestycje firm mogą stworzyć więcej miejsc pracy. Część wsparcia z funduszu odbudowy znajdzie się ostatecznie na giełdzie, podsycając spekulacje akcjami, surowcami, żywnością. I ostatecznie o to chodzi w tym systemie.
Pisowski Plan Odbudowy wpisuje się w modną nowomowę o „zielonej” przemysłowo-cyfrowej rewolucji 4.0. Wymyślił ją twórca Międzynarodówki Davos Klaus Schwab, powielają unijni urzędnicy, popularyzują ekonomiczne portale i think tanki. Żeby tę nowomowę technokracji na usługach biznesu rozszyfrować, trzeba ją osadzić w realiach obecnej fazy ewolucji kapitalizmu. To kapitalizm wielkich korporacji-wydmuszek, kapitalizm oligarchii finansowej i technoproroków z Doliny Krzemowej.

Kapitalizm, którego główną dziedziną jest sektor finansowy, a ochroniarzami – politycy w różnych kostiumach ideologicznych. Ich osobiste kariery zahaczają o pracę w korporacjach, głównie w bankach. Praca dla biznesu pozwala im gromadzić czasami imponujące portfele akcji i nieruchomości jak premierowi Morawieckiemu Jadą w tym samym pociągu do podatkowego raju. Dlatego robią, co mogą, by podtrzymać wzrost gospodarczy w warunkach nasilającego się kryzysu planetarnego, a także stagnacji powiązanej bezpośrednio z degradacją dochodów płacowych. Ta zaś jest bezpośrednim skutkiem osłabienia siły klas pracowniczych w centrum, gdyż początkowe ogniwa łańcucha produkcji znalazły się teraz w Azji i Europie Centralnej. Pandemia COVID-19 nie jest czarnym łabędziem konwencjonalnych ekonomistów. To efekt dwóch stuleci przerabiania darów przyrody na zbiorowisko towarów, potrzebnych do akumulacji „abstrakcyjnej wartości”, czyli coraz większych majątków ułatwiających kontrolę nad gospodarką. Skurczyły się siedliska różnych gatunków, powstał wolny rynek patogenów. Ludzie dzięki taniej komunikacji lotniczej przemieszczają się między kontynentami, przy okazji zabierają pasażerów na gapę. Drogę z Chin do Europy czy USA patogeny łatwo pokonują w organizmie ludzkim. Lekarstw na kolejne pandemie nie dostarczy rynek, a konkretnie Big Farma. To leczenie choroby, której źródło leży w naiwnej wierze ekonomistów, przedsiębiorców i polityków. Wierzą oni w nieustanny wzrost gospodarki i nieograniczoność potrzeb. Ich zdaniem, rynek umożliwia optymalne dysponowanie zasobami. Pomijają jednak fakt, że zapasy są nieodnawialne, są depozytem procesów geologicznych sprzed miliona lat. Jak sądził laureat tzw. ekonomicznego nobla R. Solow, „ich wyczerpywanie się jest co najwyżej perypetią, a nie katastrofą”. Dlatego politycy w interesie swoich mocodawców uciekają się po raz kolejny do strategii zalecanej przez Keynesa-Kaleckiego: trzeba pobudzić popyt wydatkami budżetowymi kosztem jego deficytu. Kiedy pojawią się zyski i dochody płacowe, wówczas podatki poprawią bilanse. Ale wzrost gospodarczy wobec kryzysu klimatycznego musi być „zielony”. Stąd zewsząd słychać modły o zeroemisyjną energię, elektromobilność, morskie farmy wiatrowe, lokalne sieci producenckie. Ale to niestety tylko zielona maska. Uwzględnienie całego cyklu produkcji urządzeń do odnawialnej energii ukazuje tylko przemieszczenie efektu ekologicznego. Np. z 50. ton skały uzyskuje się kilogram galu, jednego z metali ziem rzadkich. Do każdej tony potrzeba 200 metrów sześciennych wody, nasyconej kwasami i metalami ciężkimi. Obecna gospodarka potrzebuje rocznie 2 miliardów różnych metali. Udział odnawialnej energii nie dojdzie przed 2030 r. do 30% mixu. Tak więc eksploatacja minerałów napotyka przed wszystkim ograniczenia energetyczne (więcej Trybuna23-25.04.2021 oraz w książce G. Pitrona, „Wojna o metale rzadkie”, Wydawnictwo Kogut).
Dlatego KPO i jego krajowe mutacje w UE nie rozwiążą obecnego co najmniej strukturalnego kryzysu kapitalizmu. Zmaga on się z kilkoma barierami: z ekologicznymi i energetycznymi barierami wzrostu gospodarczego, z dominacją sektora finansowego nad realną gospodarką, z nierównościami w podziale dochodu narodowego, które skutkują ograniczonym popytem, i w rezultacie stagnacją gospodarki. Do tego dochodzi starzenie się społeczeństw bogatych, a jednocześnie wzrost populacji na biednym Południu. Ideologia rasizmu i ksenofobii prawicy nie przezwycięży dziedzictwa kolonializmu, ani nie powstrzyma emigrantów ekonomicznych prze ucieczką od biedy. Dodatkowy problem to wkomponowanie chińskiego olbrzyma w porządek światowy stworzony po drugiej wojnie w interesie amerykańskich korporacji, dolara jako waluty rezerwowej i Wall Street jako centrum finansów światowych. A jeszcze wyścig zbrojeń – ważny dla gospodarki opartej na wzroście, tworzy bowiem popyt inwestycyjny i konsumpcyjny, dostarcza korporacjom cywilnych technologii. Świat bez zbrojeń byłby nie tylko bezpieczniejszy. Nie żal cmentarzyska żelastwa na pustyni Arizony, gdzie spoczywa 4 tysiące dowodów szaleństwa zimnej wojny.

Plany odbudowy i konserwacji wolnorynkowej gospodarki tylko odwlekają trudne decyzje. Najpilniejsze zadania na tym polu to dostosowanie gospodarki do limitów przyrody: przedłużanie trwałości urządzeń, recykling minerałów, podatki węglowe, rozbudowa publicznego transportu, ograniczenie komunikacji lotniczej, odbudowa lokalnych sieci produkcji, preferencje dla inwestycji w przełomowe innowacje (przede wszystkim w energię z syntezy jądrowej). To uderza w samo serce gospodarki podporządkowanej procesowi przekształcania kapitału pieniężnego w towary, a tych z kolei znów w pieniądz. Lub co gorzej bezpośrednio w bogaty portfel „produktów” finansowych, na czele niestety z samymi przedsiębiorstwami. Dlatego drugą stroną wybujałej produkcji jest sprzężona z nią symboliczna konsumpcja. Ma zaspokajać według konwencjonalnych ekonomistów rzekomo nieograniczone potrzeby ludzi. Tylko ciekawe, po co regularny, codzienny ogniowy ostrzał reklamami oczu i uszu każdego widza, słuchacza, czytelnika.

Projekt KPO wpisuje się w neoliberalną koncepcję roli państwa wobec gospodarki – ma ono usuwać „niesprawności” rynku. Jest wypracowaniem specjalistów nowego zarządzania publicznego. W tym ujęciu państwo ma tylko sterować systemem usług publicznych, powierzając je, gdzie i kiedy to możliwe, rynkowi i firmom prywatnym: szkoły, szpitale, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Robi to zgodnie z zaleceniami Banku Światowego, MFW, OECD i unijnej biurokracji. Kierownictwo polityczne aparatu państwa to obecnie głównie weterani bojów z komuną, salonem warszawskim; to żołnierze wyklęci naszych czasów tylko walczący innymi środkami. Zmieniły się fronty: kosmopolityczna UE, cywilizacja śmierci, emancypacyjne dążenia młodego pokolenia. Natomiast biurokratyczna załoga pisowskiego państwa to specjaliści programowania, dilerki finasowej, absolwenci różnych szkół, kursów M-L: teraz Marketingu i Liderowania. Opanowali nowomowę zarządzania publicznego: challenges, objective, implementation. Króluje tu język dyskursu konwencjonalnej ekonomii i żargon ekspertyz think tanków: siły (rynkowe), uelastycznienie (zatrudnienia), stymulowanie (wzrostu gospodarczego), „uczenie się przez całe życie”, „digital transition”, „green skills”, „inteligentna infrastruktura”, „przełomowe cyfrowe technologie” (czyżby w Polsce miał powstać pierwszy kwantowy komputer!), ”odporność i konkurencyjność gospodarki” (przez ulgi podatkowe dla zagranicznych inwestorów oraz uzbrajanie terenów pod ich łaskawe inwestycje?), „przemysły kreatywne” (wcześniej to były Luxtorpeda 2.0, polski hyperloop, elektryczne samochody, teraz „zarządzanie ruchem bezzałogowych statków powietrznych”), „efektywne wykorzystania potencjału zasobów ludzkich”. Itd., itd. I tak przez prawie 500 stron.

Ponieważ w obecnej postaci KPO to tylko szkic zamierzeń , warto w trakcie ich przekładu na język ustaw, postawić kilka pytań pisowskim politykom, koordynatorom KPO i ministerialnym urzędnikom.

Po pierwsze, czy dokonają w ustawach korekty neoliberalnego modelu sektora usług publicznych. Neoliberalnego Lewiatana ukształtowało wysuszenie podatkowe. Musiał dokonać outsourcingu zadań publicznych, i szukać formuł partnerstwa publiczno-prywatnego. Na szczęście w Polsce vouchery na usługi publiczne to niespełnione marzenie przybocznych J. Korwin-Mikkego. Dla prywatnych minibiznesów „klasy średniej” państwo stało się dojną krową, stabilnym i wypłacalnym kontrahentem. Według akolitów Leszka Balcerowicza państwo miało działać jak biznes: być tanie i oszczędne, wzbogacone wiedzą ekspercką polityków społecznych, rzekomo aidelogiczną. Głównym jego zadaniem ma być kontraktowanie usług. Powstawał stopniowo układ rynkowy: państwo organizatorem, sektor prywatny usługodawcą. Skutek tego eksperymentu to obecny stan systemu ochrony zdrowia, a oznaką jego krachu nadumieralność w okresie pandemii COVID-19. Stąd w obecnej szkicowej wersji KPO, kiedy mowa o kapitale ludzkim, mamy te same słabości co w programach operacyjnych biurokracji EU: rzesze konsultantów, doradców, instytucji certyfikujących, procedury ewaluacyjne, narzędzia informatyczne, e-administracja, specjalne ośrodki szkoleń, wsparcie wdrożeń, centra monitorowania. Ile funduszy pochłonie ta jałowa młocka, której efekty trudno kontrolować? Można się spodziewać wzrostu popytu na działki, nieruchomości, luksusowe dobra ze strony polityków, urzędników, eksperckiego zaplecza, biznesowego środowiska i ich rodzin.

Lewica powinna opowiadać się za rozwiązaniami, które zwiększają współudział obywateli zarówno w decydowaniu, jak i w sposobach zaspokajania zbiorowych potrzeb. Prowadzi do tego celu remuncypalizacja, prospołeczne kontraktowanie, koprodukcja, włączanie organizacji pozarządowych w rodzaju fundacji i stowarzyszeń, co od lat postuluje jedyny zwolennik lewicy wśród specjalistów nauk prawnych Dawid Sześciło. Taka organizacja sektora publicznego odpowiada lewicowej koncepcji wspólnoty życia i pracy. Dominuje tu solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych. Tutaj samorząd terytorialny jest głównym dostawcą usług publicznych: odpowiada za bezpieczeństwo sanitarno-epidemiologiczne, zabezpieczenie społeczne członków lokalnej wspólnoty i jej infrastrukturalne potrzeby. I może być pod kontrolą mieszkańców.

Druga newralgiczna kwestia dotyczy mechanizmów wspierania z publicznej kasy sektora prywatnego, by powstała „polska Dolina Krzemowa”. Pod względem innowacji Polska wyprzedza w UE tylko Rumunię i Bułgarię. Przedsiębiorcze państwo ma wspierać „zieloną” transformację gospodarki, jej innowacyjność, w sumie przyczynić się na niewielką polską miarę do reindustrializacji unijnej gospodarki. Ponad 30% funduszy jest skierowanych do różnej wielkości firm prywatnych. Fundusze te mają być bądź całkowicie, bądź częściowo zwrotne, dodatkowo zgodne z unijnymi regułami publicznej pomocy. Absurdem postsolidarnościowej formacji jest też plan przygotowania ze środków publicznych gruntów pod inwestycje dla inwestorów, kiedy się umożliwiło oddanie deweloperom na mieszkaniówkę uzbrojonych terenów po zakładach produkcyjnych PRLu. Np. przedwojenny, i peerelowski Ursus to nie park nauki, tylko strefa specjalna dla deweloperów i Factory na miarę III i IV RP. Do tego dochodzi wsparcie inwestycji prywatnego sektora w strefach specjalnych. Za rządów PiSu cały kraj stał się rezerwuarem taniej pracy i niskich podatków, a jego różne agendy stręczycielami podwykonawców i poddostawców dla zagranicznego biznesu. Jest wątpliwe, czy nakłady na prace badawczo-rozwojowe mają szanse się zwrócić w sytuacji, kiedy brak w kraju globalnych firm. Musiałby one mieć innowacyjny produkt, kulturę organizacyjną, środki na reklamę, by uruchomić produkcję z wykorzystaniem światowej sieci poddostawców. Potwierdza te obawy klęska wdrożenia do produkcji grafenu, fiasko grantów w projekcie „inteligentnej gospodarki” (drony, nowatorskie cząstki, leki i terapie). Udało się tylko wybudować powierzchnie biurowe, aquaparki i wieże Kaczyńskiego w Ostrołęce.

Kolejna istotna kwestia dotyczy korzyści całej wspólnoty z inwestycji w prywatne firmy. Zgodnie z postulatami Mariany Mazzucato, publiczny inwestor powinien zagwarantować sobie udział w zyskach, które powstaną w wyniku finansowego wsparcia. Przypadek Apple`a, który wykorzystał wiele innowacji powstałych w sektorze publicznym, a później unikał nawet płacenia podatków- niech będzie przestrogą. Dlatego lewica powinna się opowiadać za ograniczaniem ochrony patentowej. Można ją zastąpić wysokimi nagrodami dla wynalazców. Na pewno pożądana jest eutanazja patentowych trolli, w większości to fundusze spekulacyjne. Wspieranie nieinnowacyjnych, utrzymujących się dzięki taniej pracy MŚP to działalność charytatywna. Dlatego w praktyce będziemy mieli do czynienia z pobudzaniem konsumpcji dzięki dochodom, które uzyskają pracownicy firm doradczych, prowadzących szkolenia. Pełno w projekcie specjalistycznych ośrodków szkoleń, wsparcia wdrożeń, centrów monitorowania Można się tylko domyślać do kogo będą one należały i ile prac studialnych, nie poddających się łatwej kontroli, wykonają na zlecenie administratorów KPO. Tutaj nadzór i audyt ma szczególne znaczenie.
Po trzecie, w pisowskiej wizji dobrobytu na nadwiślańską miarę nie widać żadnych działań na rzecz odchodzenia od konkurowania tanią pracą i niskimi podatkami. W dalszym ciągu bowiem realnie (po uwzględnieniu kosztów utrzymania) średnia wynagrodzeń w Polsce faktycznie stanowi zaledwie połowę niemieckich (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 97/2021). Lewica powinna mieć też własną strategię wobec zmieniającego się rynku pracy. Z powodu cyfryzacji i automatyzacji rośnie popyt na wysokokwalifikowanych specjalistów, ubywa zaś fizycznych zasobów pracy dla pracowników z niższymi kwalifikacjami. W tej sytuacji powinny się pojawić w projekcie działania na rzecz zmniejszenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo. Możliwym rozwiązaniem jest też praca przez cztery dni w tygodniu. To dopiero by podniosło jakość życia w kraju.

W sumie, lewica nie może być z zasady przeciwna inwestycjom państwa (publicznym) w gospodarkę. Ożywiają koniunkturę, dzięki nim rosną płace, spadają zyski posiadaczy kapitału i technologii – o to przecież chodzi. Do tych działań trzeba dołączyć upowszechnianie akcjonariatu pracowniczego i rozwoju spółdzielni pracy, o czym przypominają socjaliści z PPS (Trybuna 24/25.05.2021). Bez przeciwwagi klas pracowniczych wobec kapitału postęp techniczny, naukowy i przemysłowy przynosi, jak obecnie, społeczny i ekologiczny regres. Dlatego by podniesie jakość życia wszystkich: „prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Musimy mieć swój mocny głos

Nie milkną echa gorącego sporu o głosowanie nad ratyfikacją Funduszu Odbudowy. Z ust czołowych liberalnych polityków i publicystów wciąż padają powtarzane od tygodnia jak mantra oskarżenia o zdradę. Mówią i piszą to ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy temu podobne oskarżenia równie ochoczo ferowali pod adresem każdego, kto śmiał być przeciwko jego przyjęciu.

Niczym na komendę wydaną przez Tomasza Lisa, Sławomira Sierakowskiego i innych najemników prasowych rzesze sympatyków ugrupowań opozycyjnych wzięły udział w tym fikołku intelektualnym i zaczęły powtarzać te same oskarżenia i wyzwiska pod adresem Lewicy. Idę o zakład, że gdyby te tygodniki, TVN czy Tok FM powiedziały teraz co innego, tysiące plujących dzisiaj jadem z dnia na dzień dostrzegłoby w głosowaniu razem z PiS–em ,,akt patriotyzmu”, ,,europejski obowiązek” czy ,,polską rację stanu”.

Póki Lewica grzecznie uznawała ,,przewodnią rolę” PO, nie było ku temu powodów, jednak teraz, kiedy w końcu zaczęła budować własną tożsamość, liberałowie nie zawahali się sięgnąć po medialną ofensywę. Preludium stanowiły zajadłe ataki na Piotra Ikonowicza, jednak kulminację przyniosła sprawa KPO. Dziwić się nie ma co, polityka brutalna jest przecież nie od dziś. Problem jednak w tym, że Lewica nie ma jak na tę nagonkę skutecznie odpowiedzieć. Brak jej bowiem własnych dużych i opiniotwórczych mediów, które mogłyby promować lewicowy przekaz w przestrzeni publicznej. Podczas gdy liberalnym politykom szybko przychodzą w sukurs oddziały ,,dziennikarzy” z TVN-u, Tok FM, Newsweeka, Wyborczej i Polityki, a na usługach PiS–u są media publiczne wraz z imperium Tadeusza Rydzyka, Telewizją Republika, Gazetą Polską, Do Rzeczy i Sieci, Lewica może liczyć głównie na kilka niewielkich mediów internetowych. W sytuacjach, takich jak ostatnia z Funduszem Odbudowy, gdy liczy się masowy przekaz, szybko docierający do szerokiego gremium odbiorców, mamy bardzo małe szanse w starciu z tymi dwoma obozami. Bez swoich przedstawicieli w czwartej władzy ciężko dziś myśleć o realnym wpływie na opinię publiczną.

Nie odkryję Ameryki pisząc, że do stworzenia dobrych jakościowo, estetycznych, poczytnych i trafiających do szerokiego grona odbiorców mediów potrzeba przede wszystkim pieniędzy, jakimi lewicowe media w Polsce dzisiaj nie dysponują i póki rządzi PiS raczej na pewno dysponować nie będą. Chciałbym teraz jednak puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, że w ciągu kilku najbliższych lat powstanie rząd, w którym Lewica będzie przynajmniej jednym z koalicjantów. Obecna sytuacja powinna być dla niej najlepszą nauczką, że nie może zmarnować takiej szansy na rozbudowanie medialnego zaplecza. Zarówno rządy PO-PSL, jak i obecnie PiS-u otwarcie wpierały ,,swoje” media. Raport z lutego tego roku ujawnił, że z samych tylko reklam spółek skarbu państwa w ciągu ostatnich pięciu lat trafiło do prorządowych nadawców aż 5,4 mld zł. A przecież są jeszcze dziesiątki ministerialnych grantów, dotacji etc. Działając zgodnie z prawem i dzieląc te środki o wiele sprawiedliwiej, ciągle bez trudu znalazłoby się ich pod dostatkiem, by wesprzeć rozbudowę lewicowych mediów z prawdziwego zdarzenia. My ich po prostu potrzebujemy. Mediów konserwatywno-liberalnych jest mnóstwo, kto będzie chciał ich słuchać – będzie słuchał dalej. A równocześnie lewicowi dziennikarze i publicyści zyskaliby przestrzeń do opiniotwórczej dyskusji, lewicowi politycy swoją mównicę, a wszyscy Polacy – większy pluralizm opinii w przestrzeni publicznej.
Wróćmy jednak do teraźniejszości. Aby opisany wyżej scenariusz w ogóle miał szansę się ziścić, koniecznym jest rozpoczęcie budowy tych mediów już teraz. Lewica nie rządzi, ale przecież dostaje subwencje, a każda z partii tworzących koalicję posiada własne fundusze. Jeśli formacje te poważnie myślą o wyborczym sukcesie, powinny część tych pieniędzy przeznaczyć na organizowanie medialnego zaplecza. Poseł Krzysztof Śmiszek narzekał ostatnio, że Lewica złożyła w Sejmie od początku kadencji już prawie 90 projektów ustaw, a media głównego nurtu nie raczyły o większości z nich nawet wspomnieć. Nie powinno to dziwić – obecny mainstream medialny nie ma żadnego interesu we wspieraniu Lewicy.

Dlatego właśnie tak bardzo potrzebne są na już portale i gazety, rozgłośnie i kanały telewizyjne, które informowałyby opinię publiczną o działaniach i programie lewicowych partii oraz opisywałyby świat z prospołecznego, socjaldemokratycznego i socjalistycznego punktu widzenia. Niezbędna jest aktywna i wsparta odpowiednimi nakładami współpraca lewicowych działaczy i dziennikarzy. Tylko w ten sposób możliwe stanie się dotarcie do ludzi z prospołecznym przekazem, a w przyszłości – budowa poważnej lewicowej alternatywy dla konserwatywno-liberalnej hegemonii.

Lewica nie może być przybudówką liberałów

– Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam, gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w Internecie mnie nie interesuje – mówi Maciej Konieczny, poseł Lewicy Razem, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat i Julią Anną Lauer.

MAŁGORZATA KULBACZEWSKA-FIGAT: Minął już ładny kawałek czasu, odkąd złożyłeś ślubowanie poselskie, wznosząc pięść w górę w socjalistycznym pozdrowieniu (i wkurzyłeś prawicowe media jak mało kto). Co w sejmie osiągnąłeś, jako poseł-socjalista, od tego czasu? Czy raczej postrzegasz swoją rolę jako przypominanie, czym lewica właściwie jest?

MACIEJ KONIECZNY: Jak by nie patrzeć, Sejm w jakimś stopniu jest emanacją naszego społeczeństwa. Jak się można domyślić socjaliści nie są w polskim sejmie potęgą. Udaje nam się jednak przesuwać debatę trochę na lewo. Oto okazuje się, że są w Sejmie demokratyczni socjaliści i reszta chcąc nie chcąc musi jakoś się do tego odnosić.

JULIA ANNA LAUER: Czyli nie jesteś jedyny?

Jest praktycznie całe Razem, jest Agnieszka Dziemianowicz-Bąk… całkiem sporo. I bardzo dobrze. Oby jak najwięcej. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to być samotnym socjalistą w sejmie w opozycji do wszystkich. Jak komuś wystarcza obnoszenie się ze swoim radykalizmem, to powinien raczej zostać youtuberem niż politykiem. Chciałbym, żeby socjaliści i socjalistki dominowali w polskiej polityce.

MKF: Do tego jeszcze daleka droga. Dla prawicowych polityków „socjalista” to nadal obelga. Sprzyjające im media robią wszystko, żeby ludzie myśleli podobnie.

Trochę się na szczęście zmienia. Dzięki naszej obecności w Sejmie ludzie przyzwyczajają się do tego, że lewica to ci, którzy upominają się o pracowników czyli o większość społeczeństwa. Dotąd słuchając polityków można by pomyśleć, że w Polsce mieszkają sami przedsiębiorcy, którzy bardzo wcześnie wstają, żeby samodzielnie wykuwać w PKB w garażu. My nie uprawiamy kultu przedsiębiorczości. Chcemy zorganizować Polskę sprawiedliwie i sprawiedliwie dzielić to, na co wszyscy pracujemy.
W polskiej polityce parlamentarnej to nowość. Teraz nawet jeżeli głos zabierają prawicowi politycy PO, PSL-u czy PiS-u to coraz częściej sami zwracają się do nas jako tych, którzy reprezentują pracowników, a nawet sami coraz częściej mówią o “przedsiębiorcach i pracownikach”. Długa droga przed nami, ale udało nam się skutecznie wsadzić nogę w drzwi.
Miejmy nadzieję, że w kolejnych wyborach ludzie pracy będą już lepiej kojarzyć, kto w parlamencie bije się o poprawę ich losu. O to żeby warunki pracy były stabilne, płace godne, a czynsze niskie.

MKF: Ale w klubie Lewicy też są osoby, które dużo sprawniej posługują się hasłami wspierania firm, pomocy dla przedsiębiorców, ratowania biznesu niż stają po stronie ludzi pracy.

Nie ma co ukrywać, że sejmowy klub Lewicy jest mocno eklektyczny. Nic dziwnego – powstał przecież z różniących się jednak elementów. Liberalno-progresywnej Wiosny, do której sporo osób przyszło z Nowoczesnej czy Ruchu Palikota, tradycyjnej instytucjonalnej i propaństwowej partii, jaką jest SLD, łączącej w sobie różne nurty, jeżeli chodzi o gospodarkę oraz mocno lewicowego w każdym wymiarze Razem. Jest oczywiście również odbudowujący się PPS. Przyznam, że efekt tego połączenia zaskoczył mnie dość pozytywnie. Udało się narzucić całości socjalny i równościowy rys. Jest jasne, że klub Lewicy opowiada się za sprawiedliwymi czyli progresywnymi podatkami, wzmocnieniem Państwowej Inspekcji Pracy, publicznym budownictwem mieszkaniowym czy tym, żeby pomoc w czasie kryzysu trafiała bezpośrednio do pracowników. Nie oznacza to oczywiście, że klub jest dokładnie taki, jaki bym sobie wymarzył ja czy jakiego by chciała partia Razem. Nic w tym dziwnego, mówimy w końcu o koalicji. Trudno mieć pretensje o to, że różne partie są różne. Wiedzieliśmy o tym, decydując się na wspólną drogę. Naszą rolą jest przeciągać całość jak najbardziej w lewo.
MKF: Skoro zatem klub nie jest lewicą waszych marzeń, to czym będzie się różnił wasz program na następne wybory od tego, co jest głoszone obecnie? Załóżmy, że będziecie pisać ten program samodzielnie, nawet jeśli po wyborach znowu zostanie zawiązana koalicja.

Jeśli zapytać Polaków, co jest najważniejsze, odpowiedzą: służba zdrowia, mieszkanie, praca. Na tym będziemy budować.

Mocno wybrzmieć musi postulat Lewicy podniesienia nakładów na ochronę zdrowia do poziomu rozwiniętych państw czyli 7 proc. PKB. Bez ściemniania, że można mieć działający system bez zwiększenia środków. Te środki muszą iść na ochronę zdrowia która jest sprawna i ogólnodostępna. Dlatego sprzeciwiamy się prywatyzacji i komercjalizacji. Na ostatnim posiedzeniu Sejmu mówiłem o sytuacji salowych zatrudnionych przez firmy zewnętrzne. Okazuje się, że Ministerstwo Zdrowia nie wie nawet, ile ich jest. Nie wie, ile z nich zachorowało i zmarło na koronawirusa. Tak działa outsourcing. To jest abdykacja państwa i zrzeczenie się przez nie odpowiedzialności za pracowników. Lewica musi występować tu jasno i wyraźnie. Nie można oszczędzać na niezbędnych nam pracownikach. Jeżeli państwowe instytucje kogoś zatrudniają to muszą robić to uczciwie na podstawie umowy o pracę, a nie przez jakieś kombinacje godne “Januszy biznesu”.

Państwo musi wziąć odpowiedzialność za dostępność mieszkań. Co zresztą wynika wprost z Konstytucji. Chcemy, żeby mieszkania na wynajem budowała publiczna spółka. Dzięki temu oszczędzimy na marżach banków i deweloperów, które dziś zżerają połowę ceny mieszkania. Programy dopłat to tak naprawdę rzucanie hajsem w banki i deweloperów, którzy wykorzystają tylko okazję, żeby jeszcze podbić ceny. Tutaj Lewica różni się zarówno od liberałów, jak i od PiS, który po klęsce programu “Mieszkanie plus” powrócił do stricte neoliberalnych rozwiązań. Ważne jest również odzyskanie dla ludzi pustostanów w centrum miast. Ludzie muszą uwierzyć, że państwo jest w stanie zapewnić im dostępne mieszkania. Po dekadach polityki prowadzonej pod dyktando deweloperów będzie o to niestety bardzo trudno.

W kwestiach pracowniczych trzeba zacząć od egzekwowania istniejącego prawa. Wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy, dać jej sensowne finansowanie i nowe uprawnienia. Podnieść kary za łamanie praw pracowniczych. Chcemy żeby inspektorzy PIP mogli ustalać na miejscu stosunek pracy. Jeżeli ktoś pracuje w danym miejscu i czasie i pod nadzorem to można administracyjnie uznać, że stosunek pracy zachodzi i tyle, bez ciągnących się latami procesów. Potrzebujemy zarówno pracowniczej samoorganizacji jak i państwa, które stoi po stronie pracowników. Przydałby się państwowy szeryf, który skutecznie postawi się pato-biznesowi.

Musimy zawalczyć o sprawiedliwszą redystrybucję zysków z nowych technologii. Uregulować pracę platformową. Skrócić czas pracy do 35 godzin tygodniowo przy zachowaniu tych samych pensji.

MKF: Do pracowniczej samoorganizacji ludzie musieliby odzyskać poczucie, że bycie pracownikiem nie jest oznaką braku życiowego sukcesu, a to, że np. walczy się o podwyżkę nie oznacza, że trzeba się wstydzić roszczeniowego podejścia. A okres transformacji właśnie takie „prawdy” nam do głów powkładał. Do tego stopnia, że – jak powiedziała mi aktywistka Inicjatywy Pracowniczej Marta Rozmysłowicz – w Polsce łatwo jest wyjść na ulicę jako kobieta walcząca o prawa kobiet. Ale protestować jako pracownica i czegoś się domagać, to wręcz wstyd.

Wiemy jak wyglądają stosunki pracy w Polsce. Osoby wyjeżdżające na saksy największej różnicy doświadczają najczęściej nawet nie w samych zarobkach, ale w podejściu do pracownika. Folwarczny model zarządzania w Polsce nie sprzyja temu, żeby czuć dumę z bycia pracownikiem. Nie tylko zresztą on.

Pracowałem swego czasu w biedafiremce na warszawskim Ursusie, szlifując stacyjki samochodowe. One wychodziły z maszyny takie nie całkiem gładkie, my siedzieliśmy i jechaliśmy je pilnikami. Chwilowa robota na przetrwanie na śmieciówce. Był tam starszy facet, który umilał nam monotonną pracę opowieściami o tym, że robotnik na Ursusie kiedyś to był ktoś. Świat zorganizowanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej oparty na stabilnym zatrudnienia i my na umowę o dzieło machający pilnikiem – to było niebo a ziemia. Ciężko jest być dumnym z chwilowej gównopracy, w której zarabia się grosze.

Bez względu na panujące standardy Lewica musi pokazywać jasno, że to na pracownikach i pracownicach opiera się nasz dobrobyt i nasze bezpieczeństwo. Trwająca pandemia pokazała, kto tak naprawdę jest nam jako społeczeństwu potrzebny. Nagle stało się jasne, że niezastąpieni są pracownicy ochrony zdrowia, ale także kasjerki i osoby świadczące podstawowe, niezbędne usługi jak chociażby wywóz śmieci, a sowicie opłacani pracownicy reklamy, spekulanci, piarowcy, analitycy tego czy owego tak naprawdę to mogą równie dobrze wziąć wolne na rok i nikt tego nie zauważy. Warto wykorzystać ten moment, żeby pokazać wartość społecznie użytecznej pracy.

MKF: Mówisz o naprawianiu państwa i jego funkcjonowania, ale cały czas w ramach systemu kapitalistycznego. Tymczasem kiedyś, jeśli polityk deklarował się jako socjalista, to chodziło mu o to, żeby zbudować inny, bardziej sprawiedliwy system. Masz takie myśli w głowie?

Myśli – oczywiście (śmiech)! Tym bardziej, że pamiętam o tym, że myśli o budowie zupełnie nowego sprawiedliwego systemu stanowiły paliwo, dzięki któremu dawni socjaliści wywalczyli masę społecznych zdobyczy takich, jak chociażby ośmiogodzinny dzień pracy. Dziś pytanie o to, co po kapitalizmie jest szczególnie palące w kontekście kryzysu klimatycznego.
Nasza planeta zwyczajnie nie wytrzyma dłużej bezwzględnej eksploatacji w imię maksymalizacji zysków garstki miliarderów.

Pytanie brzmi: jak skutecznie realizować istotne ludzkie potrzeby, bez neoliberalnego marnotrawstwa. Jak sprawiedliwie dzielić owoce technologicznego rozwoju? Jak zapewnić wszystkim dobre życie i przetrwać? Wciąż mamy więcej dobrych pytań niż odpowiedzi. Pewne jest to, że potrzebujemy skutecznych narzędzi redystrybucji wytwarzanych bogactw. Bez zakwestionowania panujących stosunków własności kiepsko widzę ratowanie planety.

Jak mówimy o socjalizmie, to poza sprawiedliwym podziałem wchodzi kwestia demokratyzacji gospodarki. Raczej nie należy się spodziewać, że klub Lewicy przystąpi za chwilę do przejmowania fabryk, ale na pewno musimy wypracować konkretne postulaty dotyczące samorządu pracowniczego, być może idące w kierunku niemieckim. Równolegle powinniśmy wzmacniać ruch spółdzielczy. Socjalistą jestem i mam obowiązki socjalistyczne – tak więc uważam, że powinniśmy iść w kierunku uspołecznienia środków produkcji. Na razie wiele w tej kwestii jako Lewica czy nawet Partia Razem nie zrobiliśmy i to jest duże zaniedbanie. Przy czym też rozmarzyć się warto, ale nie zwalnia nas to z udziału w bieżącej polityce i robienia tego co jest możliwe tu i teraz.

MKF: Czyli na razie zajmują was cele i rozwiązania krótkoterminowe, a wielką, porywającą wizję dopiero tworzycie.

O tej wizji też w partii rozmawiamy, spieramy się, dyskutujemy, czytamy – chociaż ja akurat muszę się przyznać, że polityka bieżąca wciągnęła mnie na tyle, że po lekturę sięgam głównie dla odpoczynku.

Dyskutujemy o Podstawowym Dochodzie Gwarantowanym, czy jest to rozwiązanie, które mieści się w paradygmacie liberalnym, czy też mógłby być to krok w kierunku demokratycznego socjalizmu. Jest kwestia redystrybucji i tego, jak należy podejść do koncentracji majątku w rękach nielicznej oligarchii. Z tym się wiąże sprawa podatków majątkowych, zarówno w wymiarze ponadnarodowym, jak i w kontekście polskim, gdzie nieprzyzwoicie bogatych miliarderów aż tak wielu nie mamy. Zaskoczyło nas, że te tematy podjęła ostatnio administracja amerykańska i organizacje międzynarodowe, i że idzie to w pożądanym przez nas kierunku. Skuteczne opodatkowanie wielkiego kapitału musi mieć charakter ponadpaństwowy. Istotna jest również kwestie mieszkaniowa i to nie tylko ze względu na zaspokajanie społecznych potrzeb, ale także strukturę własności i relacje władzy w kapitalizmie. Jak trudna jest to batalia pokazują ostatnie wydarzenia z Berlina i fatalny wyrok trybunału z Karlsruhe.

Czy jesteśmy mało ambitni albo zbyt leniwi w naszym antykapitalistycznym myśleniu? Pewnie trochę tak. Wynika to w dużej mierze z tego, jak wciągająca i zajmujące jest doraźna polityka. Trzeba na to uważać.

MKF: Czytacie Marksa? Inspiruje was?

Od razu uprzedzę, że żaden ze mnie lewicowy intelektualista. Coś tam Marksa poczytałem, ale niewiele. Nie przeszkadza mi to uważać się za marksistę. Uważam, że konflikt klasowy nie tylko istnieje, ale w najwyższym stopniu decyduje o naszym życiu, a lewica powinna w tym sporze jednoznacznie stać po stronie pracowników. Taka jest moja podstawowa polityczna intuicja.

JL: Jednak tę intuicję zdobyłeś nie od razu. Twoja droga do socjalistycznych poglądów nie była prosta…

Tak, jak już wielokrotnie opowiadałem, zdarzyło mi się mieć w młodości mocno niemądre poglądy, choć szczęśliwie nigdy nie popadłem w społeczny egoizm spod znaku Korwina. Mam wrażenie, że to niezgoda na dyktat chciwości i egoizmu i ogólne przekonanie, że świat jest niesprawiedliwie urządzony pchnęły nastoletniego mnie w nacjonalistyczne, faszyzujące klimaty. Na szczęście dość szybko się ogarnąłem. Poczytałem trochę Baumana. Trafiała do mnie wizja, w której wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i za siebie odpowiedzialni, jakość społeczeństwa mierzyć należy jego najsłabszym, a nie najsilniejszym ogniwem. Potem już szybko poszło. Trafiłem do ruchu alterglobalistycznego i Młodych Socjalistów. Ważne było dla mnie odkrycie feminizmu. Jakby jednak nie liczyć, to w miarę spójnego lewicowego światopoglądu dorobiłem się w wieku lat dwudziestu kilku i z zazdrością patrzę na dzisiejszą młodzież, która przeważnie ogarnia temat dużo wcześniej. Wygląda na to, że idzie zmiana na lepsze.

Kiedy zaczynałem działać w ruchu alterglobalistycznym, to kwestionowanie neoliberalnych doktryn, domaganie się opodatkowania globalnych spekulacji, o podatkach majątkowych nie wspominając, było traktowane jako radykalna ciekawostka na zupełnym marginesie politycznych procesów. W Polsce poziom dyskusji na ten temat wyglądał tak, że zadowoleni z własnej błyskotliwości dziennikarze pytali nas “ale jak to jesteście przeciw globalizacji jak używacie komórek”. Nie było mowy o żadnej poważnej dyskusji w mediach. To był beton. Wyłamywały się pojedyncze osoby: Ikonowicz, Kowalik, Modzelewski. Bycie socjalistą kojarzyło się wyłącznie z komuną i oczywiście nie było to pozytywne skojarzenie.

JL: Kto, ze współczesnych i historycznych socjalistek i socjalistów, jest dla ciebie szczególnie inspirującą postacią?

Zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem Evo Moralesa. Po jesiennej obserwacji wyborów w Boliwii jestem pełen podziwu dla całego Ruchu na Rzecz Socjalizmu, Moralesa, Arce i setek tysięcy socjalistycznych aktywistów i aktywistek, którym udało się odbić kraj z rąk prawicowej junty. To, co robią towarzysze i towarzyszki w Boliwii na każdym poziomie jest wspaniałe: masowy oddolny ruch składający się ze związkowców, chłopów, lokalnych dzielnicowych kolektywów i dopiero nad tym nadbudowana jest partia, która doskonale łączy postulaty socjalne i wolnościowe. Mistrzostwo świata ogólnie.

Równie wielki podziw mam dla towarzyszy i towarzyszek z HDP, od których właśnie wróciłem. Pomimo masakrycznych represji, groźby wieloletnich wyroków robią fantastyczną robotę. Często myślimy o HDP głównie jako o partii kurdyjskiej lewicy. To prawda, ale dalece nie cała. Na sześć milionów wyborców HDP jedynie cztery miliony stanowią Kurdowie. HDP to socjalistyczna, feministyczna i ekologiczna partia lewicy stanowiąca cierń w oku reżimu Erdogana. Ogromny szacunek dla nich.

Niezmiennie szanuję też Berniego Sandersa i Jeremy’ego Corbyna. To facet, który odbił Labour dla lewicy. Niestety za pomocą brudnych sztuczek i absurdalnych zarzutów antysemityzmu udało się go zdjąć ze stanowiska. To tylko pokazuje jak ostry i szeroki idzie atak na tych, którzy realnie rzucają wyzwanie neoliberalnemu status quo.

Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w internecie mnie nie interesuje. Można oczywiście przegrać. Zdarza się to zresztą raczej częściej niż rzadziej. Dla nas ogromnym ryzykiem było odejście od pierwotnych założeń i wspólny start z SLD. Jak to się skończy – cholera wie, ale ryzyko warto było podjąć.

MKF: W sondażach jednak wynik Lewicy stoi w miejscu. Zyskujecie wśród najmłodszych wyborców, to nie ulega wątpliwości, ale w pozostałych grupach wiekowych niekoniecznie.

Jest oczywiście duży kłopot z mediami. Ludzie oglądają przeważnie albo TVP albo TVN. Żadna z tych stacji za lewicą nie przepada. Jedni słuchają o potworze dżender, który przyjdzie z zachodu i nas zje. Drudzy straszeni są strasznym PiS-owskim reżimem, któremu czoła stawić może jedynie zjednoczona opozycja pod przywództwem PO. Zajmowanie się realnymi problemami ludzi się nie przebija. To nawet nie musi być zawsze świadoma polityczna decyzja. Po prostu media żyją wielką wojną ojczyźnianą pomiędzy PiS a “opozycją”.

Gdybyśmy chcieli kierować się wąsko rozumianym pragmatyzmem wyborczym to pewnie powinniśmy mówić to, co pokaże TVN, bo tę stację ogląda większość naszych wyborców. Czyli opowiadać o tym, jak to straszny PiS prześladuje światłe elity III RP. Żadne tam salowe, ale sędziów, polityków, biznesmenów, którzy wypadli z łask. Jestem jednak przekonany, że na dłuższą metę to byłby fatalny wybór. Nawet jeżeli Lewica w przyszłym Sejmie miałaby być dzięki temu nieco większa, to nagle mogłoby się okazać, że połowa naszego klubu i większość wyborców nie ogarnia, o co chodzi z tymi pracownikami i czemu jak PiS chcemy dawać darmozjadom.

Jeżeli chcemy żeby w polskiej polityce zagościła na dobre lewica z prawdziwego zdarzenia to nie może być ona przybudówką liberałów. Musi mówić własnym głosem. Tak, jak w sprawie Funduszu Odbudowy. Musimy mówić swoim głosem nawet jeżeli w krótkim okresie nie zawsze nam się to będzie opłacało. Musimy mówić językiem lewicy socjalnej i pro-pracowniczej, nawet jeżeli istotna część naszych obecnych wyborców oczekuje czegoś zgoła odmiennego. Tylko wtedy dorobimy się stabilnej i lojalnej bazy wyborców.

MKF: Tylko jak do nich docierać? Robotnicy z początku wieku byli skoncentrowani w ośrodkach przemysłowych. Razem pracowali, razem żyli na fabrycznych osiedlach czy w ludowych dzielnicach miast. Identyfikacja klasowa wypływała z codziennego doświadczenia. To też ułatwiało zadanie socjalistom z tamtych lat. Dzisiejsi socjaliści przemawiają do rozproszonych pracowników i od lat nie mogą znaleźć na to recepty.

Żeby się za łatwo nie rozgrzeszać, to trzeba stwierdzić, że w Polsce nadal jest kilka milionów przemysłowej klasy pracowniczej, o czym często mówi Piotr Ikonowicz. Oni na Lewicę raczej nie głosują. Są to w większości wyborcy PiSu. Sam przeważnie pracowałem w małych firmach, biurach, organizacjach pozarządowych i tam relacje z przełożonymi były albo “januszowe”, czyli “rób jak ci każę albo wypad”, albo co gorsza pseudokoleżeńskie, w których udajemy, że nie ma hierarchii ani przymusu i wszyscy się super realizujemy. W obu wypadkach domyślne strategie radzenia sobie w pracy opierały się na osobistych relacjach. Taka jest atmosfera małych zakładów w kraju przeoranym przez neoliberalny indywidualizm. Zupełnie inna atmosferę pamiętam ze swojej pracy w rozdzielni poczty – dwunastogodzinne zmiany, kilkaset osób wchodzi, drugie kilkaset wychodzi. Tu nawet nie chodzi o jakieś bardzo świadome rozkminy – po prostu perspektywa psychologiczna jest zupełnie inna: gdzieś tam jest jakieś szefostwo, przełożeni, ale na hali to nas jest więcej. Ta hala należy do nas.

Tego jednak nie przeskoczymy. Struktura zatrudnienia jest jaka jest. Trzeba podjąć próbę budowania tożsamości pracowniczej w tych warunkach, które są. Całkiem nieźle nam to zresztą na początku w Razem szło. Mówiliśmy dużo o śmieciówkach i niestabilności zatrudnienia. Dla bardzo wielu osób w Razem to była podstawowa spajająca nas tożsamość. Ludzie przyłączali się do nas bo chcieli stabilnej pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego, które pozwoli im normalnie planować życie. To był projekt klasowy.

MKF: I co się z tą partią stało?

Szczerze? Polska się stała!

MKF: To znaczy?

Powstaliśmy, kiedy rządzili liberałowie. Bycie pracowniczą lewicą w opozycji do nich było łatwe. Walczy się ze śmieciowym zatrudnieniem, z niskimi płacami, widać jasno, kto stoi po czyjej stronie. A potem władzę przejął PiS i na początek dał 500+. Potem przyszła minimalna godzinowa. Oczywiście można powiedzieć: to za mało! Albo zwracać uwagę na to, że oni po prostu trafili na koniunkturę. Obiektywnie jednak ludziom się poprawiło i nasza lewicowa krytyka straciła na sile rażenia. Socjalny skręt PiSu był w praktyce bardzo umiarkowany, ale na tle wcześniejszych rządów neoliberalnych dogmatyków to i tak wyglądało na rewolucję.

Równolegle PiS wchodzi ze swoim ultrakonserwatywnym programem, próbą podporządkowania wymiaru sprawiedliwości. Szczególnie to ostatnie interesowało wielu z nas jakby mniej, ale zaprotestować oczywiście trzeba. Postawiliśmy więc miasteczko pod KPRM i momentalnie mieliśmy po swojej stronie liberalne media. Ogólnie – szał! Nasza akcja leci na żywo w telewizji przez ileś dni. Takiej widoczności nie mieliśmy od czasu debaty Zandberga. Na pewno nie wtedy, kiedy pchaliśmy kwestie pracownicze czy socjalne. Dla nowych osób, które wstępowały do partii często byliśmy “tymi spod KPRM”.

Potem był czarny protest, który zainicjowaliśmy. Tutaj nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że trzeba zaprotestować. Chodziło o los milionów kobiet. Znowu ogromny rozgłos i skala oddziaływania nieporównywalna z tą, która towarzyszyła nam kiedy upominaliśmy się o pracowników marketów, albo upadających państwowych zakładów. Dla większości byliśmy partią protestu w sprawie aborcji i rzutnika spod Kancelarii.
Niezmiennie upieramy się przy klasowym, socjalnym charakterze naszej polityki. Robimy to jednak często wbrew większości naszych wyborców, którzy mogą kojarzyć nas z zupełnie innej strony. Jestem dumny z naszej sejmowej reprezentacji, co do której nie mam cienia wątpliwości, że kwestie pracownicze, mieszkania, służba zdrowia, równość ekonomiczna, klimat są dla nas absolutnie kluczowe. Obawiam się tylko, że często rozjeżdżamy się pod tym względem z istotną częścią naszej bazy.

MKF: Gdzie posłowie-socjaliści będą 1 maja?

W bardzo wielu miejscach. Niestety, tym razem bez większych zgromadzeń. Za to odpalamy ciekawy projekt pracowniczy. Co z tego wyniknie…

MKF: … przekonamy się już niedługo.

Kto się boi Piotra Ikonowicza?

28 lutego publicysta Krytyki Politycznej Adam Leszczyński publikuje post Ludwika Reya ze zdjęciem Piotra Ikonowicza z demonstracji antywojennej. Zdjęcie opatrzone jest luźno powiązanymi ze sobą oskarżeniami, które mglistością wywodu przypominają zaczątki każdej mizernej teorii spiskowej.

Ikonowiczowi Ludwik Rey zarzuca z początku znajomość z Mateuszem Piskorskim, liderem partii Zmiana.

Piskorski w maju 2016 roku został zatrzymany przez ABW pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji i przez następne dwa lata poddawany był torturze, nazywanej aresztem wydobywczym. Jak sama nazwa wskazuje, polega ona na celowym przedłużaniu tymczasowego aresztowania bez skazującego wyroku sądowego, by wymusić przyznanie się do winy. Dwa lata po zatrzymaniu Piskorskiego ONZ zaapelowała do władz polskich o zaprzestanie stosowania tortur wobec oskarżonego i niezwłoczne wypuszczenie Piskorskiego z aresztu. Dopiero rok później, w maju 2019 roku, Piskorski wyszedł na wolność. Już wówczas Piotrowi Ikonowiczowi zarzucano, że sprzeciwiając się stosowaniu tortur, opowiada się za rządami Władimira Putina. Sam Ikonowicz, pytany później o powody tej niezgody, odpowiedział: „Czego byśmy człowiekowi nie zarzucali, nie ma mojej zgody na trzymanie go w rzekomo tymczasowym areszcie przez trzy lata bez postawienia mu zarzutów. Nie przez przypadek nawet grupa robocza ONZ do spraw arbitralnych zatrzymań apelowała o uchylenie tego aresztu”.

Rey i Leszczyński sięgają do odległych wydarzeń, by za pomocą klisz i fantazmatów spiskowy wątek o nazwie „obce wpływy” na powrót przy tej sposobności ożywić. Rusofobia wydaje się być w Polsce wyjątkowo skutecznym wyzwalaczem nieprzychylnych podejrzeń, jednak Leszczyński bynajmniej na tym nie poprzestaje. Wraca więc do serii zdjęć wykonanych pod ambasadą USA. Na jednym ze zdjęć uwieczniony został człowiek z portretem Baszszara al-Asada i książką o frapującym rzeczywiście tytule „Chazarska dzicz panem świata – Od Kaina do Lenina”. Książka ta napisana została przez polskiego antysemitę Henryka Pająka, przyjaciela Stanisława Michalkiewicza. Na jej okładce da się zauważyć gwiazdę Dawida wraz z sierpem i młotem, a sama jej treść, jak łatwo można się domyślić, stanowi ciąg antysemickich bzdur o socjalistyczno-żydowskim spisku. Człowiekiem trzymającym książkę nie jest jednak Piotr Ikonowicz, nie ma go również w żadnym innym miejscu na fotografii. Dlaczego? Ponieważ sam Ikonowicz nie czuł się w tak nieprzyjaznym towarzystwie szczególnie dobrze i w chwili robienia tego zdjęcia już dawno go na demonstracji nie było. Jak pisze Damian Duszczenko, który był wówczas z Ikonowiczem pod ambasadą: „Po jakiejś interwencji w ramach Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej w Śródmieściu przechodziliśmy Alejami Ujazdowskimi obok ambasady, gdzie zauważyliśmy flagi Samoobrony. Postaliśmy może ze trzy minuty, po czym zmyliśmy się, widząc nadchodzący pochód pogrzebowy pod nazwą Falangi”. Potwierdza to też sam Ikonowicz.

Dlaczego więc Marcin Rey i Adam Leszczyński zamieścili te zdjęcia? Każdy, kto był kiedykolwiek na demonstracji wykraczającej sprawą poza środowiskową bańkę, doskonale wie, że zarówno jej przebieg, jak i skład, może być naprawdę różny. Na ostatnich Strajkach Kobiet zobaczyć można było skrajnego faszystę Aleksandra Jabłonowskiego. Niewyobrażalnym zakłamaniem byłoby zestawienie zdjęć demonstrantek ze zdjęciem Jabłonowskiego, by w ten sposób udowodnić poparcie kobiet dla nienawistnych poglądów skrajnej prawicy. Z takim właśnie zakłamaniem mamy do czynienia w tym przypadku, jednak z jakichś powodów dezinformacja szerzona przez Leszczyńskiego nie spotyka się z powszechnym oburzeniem.

Po oficjalnym ogłoszeniu kandydatury Piotra Ikonowicza na Rzecznika Praw Obywatelskich pojawia się kolejny dezinformacyjny atak, tym razem ze strony znanego liberalnego trolla, również publicysty Krytyki Politycznej, Jana „Jasia” Kapeli. O ile wcześniej zarzucano Ikonowiczowi bycie na jednej demonstracji z człowiekiem trzymającym w ręku naziolską książkę, tym razem zarzuca się mu nieuprzejmość wobec grupy faszystów, wykrzykujących pod adresem Ikonowicza „raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Kapela zamieszcza film z demonstracji sprzed kilkunastu lat, na którym Piotrowi Ikonowiczowi skutecznie udaje się odpędzić grupę wykrzykujących nienawistne hasła nazioli. Film ten opatrzył komentarzem (cytuję dosłownie): „Rzecznik praw obywateli do demonstrowania w spokoju, gnoju XD. Szkoda tylko, że sam się prawu nie kłania, więc nie wiem jak będzie bronił moich… Mam tylko prośbę, żeby mnie nie zabijał, nawet jeśli będę mu przeszkadzał w pełnieniu obowiązków XD”. Kapela systematycznie powołuje się też na kłamstwo Leszczyńskiego, przypisując Ikonowiczowi wspieranie Asada.

Dezinformacja przynosi skutki i trafia do mediów głównego nurtu. 22 marca w porannej audycji TOK FM Dominika Wielowieyska pyta Annę Żukowską o kandydaturę Piotra Ikonowicza na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Powiela wówczas kłamstwo, powołując się na autorytet Adama Leszczyńskiego.

Leszczyński do tej pory nie przyznał się do celowego szerzenia nieprawdziwych informacji, ani tym bardziej za to nie przeprosił. Niemożliwe jest też to, by Leszczyński czy Kapela nie zapoznali się z argumentami, które przeczą podawanym przez nich informacjom, gdyż od ich publikacji mija już miesiąc. Zatem mamy do czynienia z celowym działaniem liberalno-lewicowych publicystów na szkodę, dodajmy, jak najbardziej lewicowej, prospołecznej kandydatury.

Jakie mogą być powody szerzenia przez liberalnych publicystów tego rodzaju pomówień?

Gdy było już jasne, że Jana Śpiewaka nie da się włączyć w zarysowany już lata temu duopol PiS-PO, zaczęto nazywać go „cynglem PiSu”. Co dość paradoksalne, inwektywa ta zaczęła być wobec niego stosowana właśnie wtedy, gdy nie było już żadnej wątpliwości co do autonomii jego politycznych decyzji i opinii. Analogicznie jest w przypadku Piotra Ikonowicza.

W środowisku liberalnej lewicy uchodzi on za stronnika władzy, w myśl zasady „kto nie z nami, ten przeciw nam”. To właśnie niezależność Ikonowicza, cechująca zresztą każdego, kto w polityce kieruje się prawdziwymi wartościami, każe liberalnej lewicy doszukiwać się w jego postaci czegoś wyjątkowo groźnego.

Adam Leszczyński i Jan Kapela mają świadomość, że Rzecznik Praw Obywatelskich Piotr Ikonowicz podważyłby fałszywą, liberalną „uniwersalność” w ocenie tego, kto obywatelskie prawa posiada, a kto jest ich pozbawiony. Wiedzą doskonale, że to również za ich sprawą większość polskiego społeczeństwa nie jest wciąż uznawana za przedmiot najwyższej uwagi tego urzędu, gdyż od lat zaniedbywali jako publicyści losy ludzi biednych, losy milczącej większości polskiego społeczeństwa.

Ikonowicz przełamuje w końcu mit polskiego lewicowca hipokryty. Był solą w oku każdego, kto teoretyzowanie o klasie ludowej uważał za właściwy człowiekowi lewicy rodzaj aktywizmu. Dziś jest solą nadzwyczaj drażniącą, gdyż jego sukces oznaczać będzie wyjątkowo bolesne zweryfikowanie ich dotychczasowych zasług. Czym jest chodzenie po śniadaniówkach i opowiadanie o tym, czym karmi się swojego psa, jakie narkotyki zażywa się na imprezach i jakiej muzyki się słucha, przy heroicznej walce o godność ludzi, których nikt nie chce wysłuchać i nikt nie chce uznać? Czym jest teoretyzowanie i wytwarzanie fantazmatów o XVIII wiecznej ludowości, przy codziennej pracy na rzecz tych, którzy żyją w praktycznie niezmienionych warunkach współcześnie?

Adamie Leszczyński, Janie Kapelo. Nie wykorzystaliście żadnych wpływów, żadnych posiadanych narzędzi, by zmienić ten kraj i życie ludzi tego kraju na lepsze.

Zamiast tego sabotowaliście starania człowieka, którego dziś, nie tylko jako lewica, ale przede wszystkim jako zwyczajni obywatele, ogromnie potrzebujemy. Zawiedliście jako lewicowcy, zawiedliście jako ideowcy, zawiedliście jako publicyści, którzy zawsze powinni głosić prawdę. Teraz wypada przeprosić.

Priorytety

Walka z liberałami 6 lat od przejęcia totalnej władzy przez PiS jest już tylko chorobą.

Przypomnę, że wszyscy doskonale wiedzą o lewicowej krytyce PO i okolic. A teraz skierujmy proszę energię w walkę przeciwko PiS. Bo coraz częściej widzę, że o ile klucz do walki z liberałami jest prosty – „To złe elity są!”, to klucza do walki z PiSem nie ma wcale, no bo rzekomo jego wyborcy to „lud”, któremu się należy zemsta na Tusku aż do piekła kobiet włącznie. To oczywiste bzdurki.

Proponuję przyswoić wszystkim proste, podstawowe zasady opozycji politycznej – walczyć tylko z tymi, którzy mają władzę i w związku z tym czynią najwięcej szkód, bo mają ku temu zasoby i możliwości.

A także zasada druga – nie wspierać i nie współtworzyć niczego, co mogłoby wspierać obecny obóz rządzący, w tym nagonek, żadnych, nawet na skompromitowanych liberałów (tak! oni są skompromitowani, ale to nie oni obecnie szkodzą najbardziej!). Niech PiS sam się w to bawi, ma środki i pieniądze. Lewicy do tego nie trzeba. Wyjście z takiego założenia to podstawowa sprawa. Dość marnowania energii. Jest 2021. Czas skończyć z polityką poza realpolitik.

Lewica musi też zacząć udowadniać, że walczy o władzę, a nie o celne riposty na polityczne wpadki i krytyczne wspominki o innych partiach opozycji.

Co nie zmienia faktu, że wielka koalicja zjednoczonej opozycji miałaby rację bytu tylko po wyborach i to zawiązywana w akcie desperacji, a nie świętowania „genialnego” planu. Planu na nic, bo dodajmy, że robienie jednej wielkiej masy przeciw PiS jest drogą do klęski i dowodzi tylko tego, czego PiS pragnie dowieść: że nie ma politycznej opozycji, a jedynie sojusz odsuniętych od koryta, którzy chcą się mścić.

Który to już raz marzącym o śmierci prawdziwych podziałów politycznych liberałom marzy się wielka koalicja wszystkich ze wszystkimi do czystej walki o władzę. Bo jak ktoś mówi, że dziś nie ma już lewicy i prawicy, to zawsze oczywiście jest prawicowy, tylko stara się to ukryć.

Niech więc do prawicowca Budki i prawicowca Trzaskowskiego dojdzie, że ich pomysł jest nie tylko szkodliwy, ale też zadziała zupełnie na odwrót niż by tego chcieli. Utrata jakości przez zbicie się do kupy to sygnał do wyborców, że o nic prawdziwego i o żadne własne wartości nikomu nie chodzi. Walka o czystą władzę może się podobać politykom, ale ludzie nie dla niej idą głosować… Ludziom trzeba zaproponować coś, w co będą chcieli uwierzyć i potraktować poważnie.

I na litość, Budka pozujący na tle logo Lewicy to jakiś koszmar.

Uspołecznić szczepionkę na COVID-19

Sępy biznesu żerują na pandemii, a nadwiślańskiemu
liberałowi to nie przeszkadza

Wydawało by się mogło, że pandemia, która dotknęła mieszkańców planety pozwoli na refleksję, że może być coś ważniejszego na tym świecie niż zysk tego czy innego rentiera. Adrian Zandberg przytomnie zauważył, że skoro korporacje farmaceutyczne, które są właścicielami patentów na szczepionki, mają zbyt małe moce produkcyjne, to trzeba umożliwić ich produkcję różnym firmom mającym odpowiednie urządzenia i technologie. Tym samym czasowo ograniczyć rygory prawa własności intelektualnej, z których wielkie koncerny czepią już 35% swoich zysków. Pierwszy powód to ograniczenie ofiar wirusa, drugi – powrót społeczeństw do równowagi. Nic to, że fundusze publiczne w różnym stopniu finansowały bezpośrednio badania nad szczepionką. Nic to, że faza badań podstawowych, które prowadziły do odkrycia tajemnic DNA – odbywały się na uczelniach, a wiedza ukazywała się w czasopismach, bez gwarantowania praw autorskich odkrywcom, poza ewentualnie nagrodą Nobla dla wybrańców. Byłby to powrót do komunizmu, zdaniem posłanki PO Katarzyny Lubnauer.
Można by pomyśleć, że są osoby, które mówią szybciej niż myślą. Jednak niczym w soczewce przebiją w tym szablonie myślowym wszystkie słabości PO i szerzej nadwiślańskich liberałów: bezwzględne zaufania do indywidualnej przedsiębiorczości i konkurencyjnego rynku, wiara w świętą własność prywatną, wstręt do roli państwa jako reprezentanta racjonalności ogólnospołecznej, nawet abstrahując od obecnego nadzorcy. Po to prywatyzowaliśmy sektor zdrowia! Ich suflerami są bankowi ekonomiści, dlatego nie potrafią się wychylić z żelaznej klatki neoliberalnych banałów i mitów. Swoje złote myśli o gospodarce płynnie łączą z tradycjonalizmem, przyklękają na jedno kolano przed biskupem. Wypierają się wiedzy o biologii człowieka, autonomii jednostki w kwestach światopoglądowych, tzw. polski kompromis aborcyjny to dla nich nieprzekraczalny horyzont refleksji moralnej. Jaka odwaga myśli, taki i liberalizm. Dlatego pozostaną polityczną reprezentacją beneficjentów neoliberalnej transformacji, tych 15-17% menedżerów, operatorów sektora finansowego, specjalistów obsługujących zachodnie korporacje i ich interesy, poddostawców zachodnich firm, korzystających z taniej prekarnej pracy czy producentów standardowych wyrobów, z małą wartością dodaną: okien, mebli, części zamiennych. Swój program już zrealizowali. Teraz czekają na „energię” tych, którzy jeszcze nie wiedzą, dlaczego przyszło im żyć na zadupiu gospodarczym i kulturowym. Ich marzeniem stanie się wkrótce praca w boksie, by obsługiwać z daleka buchalterię tej czy innej korporacji.

Dlaczego nadwiślańscy liberałowie są bezradni programowo? Po pierwsze, eksploatują ideologicznie zwycięstwo nad komuną, powrót do normalności, merdają słowem wolność jak pies ogonem. Nie chcą uznać, że PRL była przełomowym okresem modernizacji chłopskiego, folwarcznego, podszytego jezuickim konwiktem społeczeństwa. To dzięki industrializacji chłop przeniósł się z kurnej chaty do mieszkania w mieście, opuścił działkę wyżywieniową dla pracy w przemyśle, może zbyt ciężkim jak na drugą połowę XX wieku. Tylko wciąż ksiądz proboszcz myśli za niego.

Charakterystyczne, że historyk Adam Leszczyński zakończył książkę o emancypacji klas upośledzonych w I i II oraz w PRL na powstaniu KORu. Szkoda, że pominął rolę obrońców ludu w III RP. Oni niczym Piłat wydali podopiecznych na pastwę prekarnej pracy w półperyferyjnym kapitalizmie. Dalsze dzieje wyzwolonego przez KOR ludu opisał David Ost w książce o wiele mówiącym tytule Klęska „Solidarności” (Muza 2007). Niewiele sobie robił z poprawności, której reguły wyznacza rodzimym liberałom Czerska. Jeszcze więcej informacji o upadku ruchu związkowego, dyktaturze elastyczności pracy, i towarzyszącej jej pauperyzacji przyniosła książka socjologa Jarosława Urbańskiego, „Prekariat i nowa walka klas” (Książka i Prasa 2014). Trochę więcej przedsiębiorczości, a i „klasa ludowa” dołączy do nas. Będziemy cierpliwie czekać.

Po drugie, kończy się dobrobyt uzyskany dzięki taniej ropie. Dobiega kresu radosna konsumpcja, głównie zresztą symboliczna. Tania ropa napędzała rozrastający się aparat produkcyjny, który wyrzucał na rynek coraz więcej towarów i gadżetów; rosła konsumpcja, ale też cmentarzysko „negatywnych eksterioryzacji”: gazy cieplarniane w atmosferze, plastik w oceanach, metale ciężkie w ziemi. Nie dokonał się obiecywany decoupling – rozwód wzrostu gospodarczego i zużycia energii. Nastąpi spadek tempa wzrostu gospodarczego wskutek limitów przyrodniczych z 3% do prognozowanego 1%. W tej sytuacji zmienią się mechanizmy funkcjonowania gospodarki – organizacja wytwarzania dóbr i sposoby ich dystrybucji. Konieczna będzie przebudowa energetyki i transportu, wzmoże się nacisk na recykling minerałów. Możliwe są różne scenariusze tych zmian: od eksterminizmu do stopniowego normowania procesów gospodarczych, by podporządkować je arytmetyce potrzeb społecznych zamiast logice zysku. Czy nadwiślańscy liberałowie są zdolni, jeśli nawet gotowi, do radykalnego przewietrzenia swoich głów? Impulsy do zmian będą płynąć od lewicy z UE, Chin, a ostatnio nawet z USA.

Po trzecie, neoklasyczni i neoliberalni ekonomiści wciąż zasilają umysły liberałów podręcznymi metaforami. Pandemia COVID-19 to czarny łabędź, wytrych modnego teraz Nassima Taleba. Tymczasem obecna pandemia to nieodłączny skutek globalnego kapitalizmu. Bezpośrednią przyczyną jest rozmach globalizacji – transport lotniczy, przemysł masowej turystyki, połączonej z tanią komunikacją lotniczą, z platformami cyfrowymi ułatwiającymi krótkoterminowy wynajem mieszkań. Druga bardziej pośrednia przyczyna ma lokalne chińskie tło. To uwarunkowana kulturowo, prestiżowa konsumpcja dzikiej przyrody. Coraz więcej przedstawicieli ludu Hanów stać na uświetnianie ważnych uroczystości dziczyzną. Dlatego w społeczeństwie chińskim tradycja i prestiż podtrzymują legalny i nielegalny rynek obrotu dziką przyrodą; oferuje on do celów kulinarnych mięso dzikich gatunków zwierząt. Rynek ten jest wart 73 mld dol. i zatrudnia milion osób ( M. Cedro, Zemsta pangolina, Dziennik Gazeta Prawna, nr 75/2020). Ale główna przyczyna to ekspansja rolnictwa, połączona z rozrostem populacji, a także rozbudowa sieci osiedleńczej. Człowiek wykorzystuje zasoby naturalne, których eksploatacja powoduje zmiany lokalnych ekosystemów – przez wylesianie, nadmierne wykorzystywanie gruntów ornych, pastwisk, lasów tropikalnych, a także przez rozbudowę sieci osiedleńczej. Obecnie beton pokrywa powierzchnię Ziemi równą obszarowi Francji, a nawet, zdaniem pesymistów, Indii. Co roku ubywa 12 mln hektarów ziem uprawnych. Kurczy się powierzchnia lasów, zwłaszcza lasów deszczowych w Indonezji i Amazonii. Zanikają sanktuaria przyrody wolne od interwencji człowieka. Ludzkość zużywa już dzisiaj o 20% więcej zasobów, niż przyroda jest w stanie przywrócić (WWF Living Planet Report 2012, Annex 2). Gospodarcza aktywność ludzi doprowadziła do fragmentacji środowiska naturalnego, zanieczyszczeń chemicznych oraz obecności w nowych siedliskach gatunków obcych w danym ekosystemie. Żyjące w różnych ekosystemach gatunki fauny i flory tracą swoje siedliska. Powstał swoisty wolny rynek genów do wykorzystania przez różne gatunki, zwłaszcza patogeny. Łatwo znaleźć wehikuł do poszerzenia ekspansji międzygatunkowej (SARS-CoV-2 prawdopodobnie pokonał drogę: nietoperz=>cyweta=>człowiek). Pandemia koronawirusa to zapowiedź tego, co przyniesie ludzkości wolnorynkowy kapitalizm, obsługiwany ideologicznie i politycznie przez liberałów.
I po trzecie, czeka nas wszystkich rozstanie z dogmatami neoklasycznej ekonomii i neoliberalnej doktryny; obie łącznie wyznaczają granice świata społecznego liberała. Dlatego dla nich będzie to rozstanie bolesne. Przede wszystkim musimy rozumieć rzadkość dóbr inaczej niż ekonomia głównego nurtu. Wpisuje ona swój dyskurs w widzimisię zdrowego rozsądku, w ogół podzielanych przez wszystkich oczywistych oczywistości. Rzadkość to nie niedostatek dóbr, który może przezwyciężyć stymulowanie wzrostu gospodarczego. Po raz kolejny obfitość dóbr zapowiadają technoprorocy z Doliny Krzemowej. Częściowo już realizowane, inwestycje w robotykę, biotechnologie, sztuczną inteligencję, elektromobilność mają uczynić życie jeszcze łatwiejszym i przyjemniejszym. W istocie chodzi jak zawsze o to, by obrót kapitału móc wzmóc. Tymczasem rzadkość w oczach przyrodnika to nieodwracalna utrata zasobów nieodnawialnych (minerałów, ropy naftowej, gazu); to entropia, energia bezużytecznie przekształcana w ciepło jak w silniku spalinowym. Za przyjemność konsumpcji zysków i dóbr trzeba płacić efektem cieplarnianym, degradacją gleb czy deficytem wody pitnej. Rzekoma hojność natury w postaci dóbr bez ceny jak powietrze czy woda, na którą liczyli ekonomiści, kończy się nieodwracalną degradacją energii. Stąd nieszczelność syntetycznego miernika aktywności gospodarczej, jakim jest PKB. Nie uwzględnia on niszczenia dóbr „oferowanych” darmo przez przyrodę; nie uwzględnia strat, które przynosi zamrażanie w sprzęcie wojskowym cennych materiałów, z których powstają później szpecące krajobraz złomowiska, pomijają koszt zanieczyszczenia wody i powietrza. Tu też jest miejsce spoczynku dla hipotezy efektywnych rynków, które miały zapewniać optymalną alokację bogactwa społecznego. „Popularna ekonomia, pisze Gilbert Rist, jest wiec „nauką”, której krótkowzroczność graniczy niekiedy ze ślepotą”. Stąd coraz silniej artykułowany, także przez młode pokolenie, postulat de-wzrostu (degrowth). Umiarkowany dobrobyt bez wzrostu gospodarczego będzie polegał na zmniejszaniu strumieni energii-materii, które płyną do produkcji i konsumpcji, by ostatecznie przeobrazić się w straty. Zmieni się stosunek do państwa, planowania czyli decyzji o produkcji i dystrybucji potrzebnych dóbr; będą one wynikiem deliberacji na poziomie całej wspólnoty życia i pracy. Pojawi się też potrzeba globalnego zarządzania światowymi zasobami minerałów i węglowodorów (U. Bardi, G. Kołodko, G. Rist, J. Stiglitz). Państwo nie może się ograniczać, jak chcieliby liberałowie, do przyznawania praw własności, obniżania kosztów transakcyjnych czy wspomagania konkurencyjności dzięki finansowemu wspieraniu badań i edukacji.

Inny stosunek do rzadkości dóbr zapowiada kres koncepcji życia jako użycia. Ustanie pogoń za przyjemnościami, które zapowiada posiadanie dóbr. Czeka nas zerwanie z dogmatem ekonomii o nieograniczonych potrzebach, zwłaszcza symbolicznej konsumpcji: jak tu żyć bez nowego modelu SUVa! Większość potrzeb, zauważa Jean Baudrillard, to w istocie potrzeby podtrzymywania systemu. Pojawią się inne zasady dystrybucji dóbr niż rynkowa bezosobowa wymiana. Ta redukuje się do dóbr i usług, które mogą być kupione i sprzedawane. A przecież są cenne dobra, które mają wartość, ale nie mają ceny rynkowej – jak zaufanie i współpraca, bezpieczna starość, solidarność międzypokoleniowa. Bez tych wartości coraz cieńsza staje się tkanka społeczna. Przyszłe społeczeństwo po kolejnej „wielkiej transformacji” przestanie być, jak nauczał Karl Polanyi, spółką nastawiona na zysk. Na aspołeczne konsekwencje myśli liberalnej wskazuje od lat Andrzej Szahaj. Ale to wciąż głos wołającego na puszczy. Może kryzys wywołany pandemią, jedna z zapowiedzi szybko zbliżającego się kryzysu planetarnego, przyśpieszy narodziny nowego, bardziej przyjaznego i ludziom, i przyrodzie systemu produkcji i konsumpcji. Na pomoc nadwiślańskiego liberała trudno tu liczyć.

Uwielbiam, gdy polscy przedsiębiorcy…

… żądają od państwa zerowych podatków plus wiecznego podtrzymywania ich działalności.

To nic innego, jak pozostałość po czasach folwarczno-szlacheckich. Szlachta musiała istnieć, więc muszą istnieć też firmy, które żyją z taniej siły roboczej i istnieją tylko dlatego, że w Polsce władza trzyma je w inkubatorach. W Polsce utarło się myślenie, że firmy-włości są świętością i że jeśli nie są w stanie na siebie zarobić, to należy prędzej zlikwidować podatki, niż stymulować powstawanie firm innego typu.

Przez to w ogromnej mierze to polska drobna własność stała się totalnym hamulcowym polskiego kapitalizmu, rozwoju i ma tutaj podatki na cypryjskim poziomie, które od lat podtrzymują ją w wegetacji… Bo taki mamy klimat i nie możemy przecież narzucić progresji CIT, czy choćby skutecznych kontroli Inspekcji Pracy. Jaśniepaństwa się nie kontroluje… Ale do czasu, bo pandemia okazała się zbyt silna i nawet przy 9 proc. CIT (!!!) nie wszystkie firmy przetrwają. Teraz w wyniku oddolnej rewolty wchodzi kolejne prawo: prawo małych firm do narażania życia i zdrowia ludzi. Stoją ponad państwem, ponad bezpieczeństwem zdrowotnym, ponad wszystkimi.
Robi się z państwa kieszeń bez dna dla firm, do tego państwo jest wręcz ośmieszane przez tych, którzy otwierają się by za wszelką cenę przywrócić swe prywatne zyski. To skandal i rezultat dekad zaniedbań + neoliberalnego osłabiania państwa i stawiania go w roli frajera, którego należy oszukać, by szybko się wzbogacić. Tak wychowano całe pokolenie.
Lewica musi mieć natomiast plan wsparcia dla absolutnie wszystkich ludzi. Ale niekoniecznie wiąże się to z szlachecką samowolką i byciem studnią bez dna dla prywaty, która – powiedzmy to wreszcie głośno – w kryzysie praktycznie w ogóle się nie sprawdza.

Wszystko, co osłabia państwo jest szkodliwe dla wszystkich. I to prywatne jest najmniej stabilne i bezpieczne. A 95 proc. pracujących nie jest winne podtrzymywać biznesy 5 proc..

Odpowiedzialność dotyczy ludzi, nie firm.

Społeczna własność środków produkcji

Uważam, że są trzy działalności, które powinny być zarządzane przez obywateli z pominięciem rządu. Należy do nich zarządzanie: majątkiem narodowym, NFZ-tem i ZUS-em dlatego, że rząd patrzy często na te obszary przez pryzmat polityki i krótko okresowo, a społeczeństwo co najmniej w okresie pokolenia. Dziś chcę opisać moje spojrzenie na zarządzanie majątkiem narodowym.

Prywatyzacja w latach 90-tych była prowadzona, zdaniem wielu osób w sposób niezgodny z interesem Państwa i społeczeństwa. Spowodowało to wiele niekorzystnych zjawisk. Główne z nich to:

sprzedaż majątku państwowego po zaniżonych cenach,
przejedzenie środków uzyskanych z prywatyzacji,
uzależnienie decyzji o funkcjonowaniu zakładów na terenie Polski od decyzji zagranicznych przedsiębiorstw,
wyprowadzenie z fabryk w Polsce biur konstrukcyjnych, technologicznych oraz prototypowni i masowe korzystanie z opracowań zagranicznych.
fabryki wielkich koncernów w Polsce mają najczęściej charakter wielkich montowni,
utrata kontroli nad strategicznymi działami przemysłu,
utrata znanych polskich marek, które były rozpoznawalne w świecie,
wzrost bezrobocia.

Z kolei dzisiaj obsadza się kierownicze stanowiska w gospodarce „swoimi”, którzy są uzależnieni od rządu i rządowych partii politycznych, a niekoniecznie mają najwyższe kwalifikacje zawodowe. Skutkiem tego są rożne błędne decyzje przykładowo takie jak: powołanie funduszu promocji Polski, przymuszenie firm energetycznych do zakupu kopalń, które dzisiaj zostały ocenione, że mają wartość zerową, przymuszanie elektrowni do zakupu polskiego węgla, który jest zwykle gorszy jakościowo i droższy, zmuszenie do budowy elektrowni Ostrołęki II opartej o węgiel, przekopanie mierzei wiślanej, próby budowy promu pasażerskiego, repolonizacja sektora bankowego na siłę nie mająca uzasadnienia ekonomicznego, Zakup przez PKN Orlen gazet regionalnych i inne.

Z perspektywy upływającego czasu łatwo oceniać decyzje, bo wiemy jak dalej potoczyła się historia. Tym niemniej uważam, że można było wtedy i dzisiaj rozważyć inny sposób postępowania. Zamiast wprowadzać doktrynę neoliberalną można było kierować się efektywnością ekonomiczną społecznej gospodarki rynkowej.

Na mój sposób myślenia o zarządzaniu majątkiem narodowym ogromny wpływ miał artykuł z przed dziesięciu lat nie żyjącego już profesora Tadeusza Kowalika. Zawierał on opis propozycji amerykańskich liberałów ze środowiska akademickiego o tym jak rozumieć współczesny liberalizm. Uważali oni, że nie można zrealizować prawdziwej wolności bez realizacji dwóch pozostałych haseł rewolucji francuskiej to znaczy równości i braterstwa. Sądzili, że niewielu będzie myślało o wolności, jeżeli nie będzie miało zabezpieczonych podstawowych potrzeb. Ci liberałowie sto kilkadziesiąt lat po komunistach uznali, że najlepszym sposobem realizacji haseł rewolucji francuskiej jest uspołecznienie środków produkcji.

Przewidywali, że to uspołecznienie będzie zorganizowane w inny sposób niż w byłych krajach socjalistycznych. Po pierwsze uspołecznienie miało być bezpośrednie bez udziału państwa. Każdy żyjący obywatel miałby równy udział w majątku społecznym i w korzyściach z niego. Po drugie zostaną przejęte za odszkodowaniem wszystkie firmy gdzie własność jest oddzielona od zarządzania. Dotyczy to firm, gdzie rozproszenie kapitału akcyjnego jest tak duże, że nawet kilkudziesięciu akcjonariuszy nie ma większości kapitału. Po trzecie w zarządzaniu zostaną wykorzystane wszystkie osiągnięcia współczesnego kapitalizmu. Po czwarte jedynym celem będzie osiągnięcie maksymalnej efektywności ekonomicznej.

Oczywiście nie jestem zwolennikiem, aby w całości propozycje amerykańskich liberałów przenieść bezkrytycznie na grunt polski, ale niektóre propozycje można w Polsce wykorzystać.

Dzisiaj w Polsce społeczna własność środków produkcji realizowana jest przez własność państwową, własność komunalną i spółdzielnie produkcyjne. Proponuję powołać jeszcze Fundusz Majątku Narodowego (FMN) w którym będzie gospodarcza część aktywów państwowych. W ten sposób powstałby społeczny polski kapitał rynkowy.

Chcąc zbudować w ten sposób rynkowy polski kapitał trzeba stworzyć odpowiednie warunki, aby zachowywał się on jak kapitał rynkowy, a nie służył realizacji celów socjalnych, strategicznych czy politycznych. Dlatego też muszą być spełnione trzy następujące warunki:

majątkiem nie będzie zarządzał rząd tylko Fundusz Majątku Narodowego, instytucja odporna na naciski polityków,
zreformowany zostanie system bezpieczeństwa socjalnego tak, aby działalność gospodarcza była uwolniona od obowiązku ochrony socjalnej, którą powinno przejąć na siebie państwo,
stworzony zostanie system ochrony strategicznych interesów gospodarczych państwa przy pomocy przepisów państwowych, a nie własności.

Fundusz Majątku Narodowego będzie spółką akcyjną, którego akcjonariuszami będą wszyscy obywatele polscy żyjący chociaż jeden dzień w danym roku. Na koniec każdego roku będzie przeprowadzana weryfikacja osób uprawnionych do posiadania akcji funduszu. Akcje osób zmarłych nie są dziedziczone tylko dołączają do puli wszystkich akcji, które są ponownie rozdzielane na wszystkich żyjących obywateli w tym dzieci. Akcji funduszu nie można zbyć ani nabyć. Otrzymuje się je w roku urodzenia i traci w następnym roku po roku śmierci. Najwyższą władzą funduszu jest zgromadzenie akcjonariuszy. Może ono być przeprowadzone z fizycznym udziałem akcjonariuszy bądź ich pełnomocników lub przeprowadzone internetowo. Akcjonariusz, który chce uczestniczyć w zgromadzeniu może to zrobić osobiście lub dać swoje pełnomocnictwo firmie prawniczej lub doradczej do której ma zaufanie, grupujących pełnomocnictwa akcjonariuszy myślących podobnie o funkcjonowaniu funduszu. Radę funduszu będzie wybierało zgromadzenie akcjonariuszy. Kandydatem do rady może być tylko osoba spełniająca ścisłe kryteria (odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w zarządzaniu podmiotami gospodarczymi) określone w regulaminie wyboru. Głównym zadaniem rady jest wybór zarządu funduszu w drodze konkursu. Podstawą materialną i kadrową do organizacji struktury zarządzania tym majątkiem mogą być istniejące obecnie instytucje takie jak: Ministerstwo Aktywów Państwowych, Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, Agencja Rozwoju Przemysłu, Wojewódzkie wydziały nadzoru właścicielskiego. Fundusz z chwilą swojego startu będzie posiadał akcje wszystkich holdingów i spółek będących dzisiaj w dyspozycji Ministerstwa Aktywów Państwowych i innych jednostek rządowych. Majątek, który mógłby być przekazany do FMN wyceniany jest na około 760 mld zł. Głównymi ekonomicznymi zadaniami funduszu są: wzrost wartości funduszu co można oceniać zapisami księgowymi oraz wycenami rynkowymi poszczególnych spółek i wzrost rentowności funduszu oceniany wskaźnikiem zwrotu z kapitału. Kierując się zasadą efektywności należy mocno zmodyfikować strukturę funduszu wyzbywając się poprzez sprzedaż lub likwidację spółek trwale przynoszących straty lub nisko rentownych, w takich przestarzałych dziedzinach jak górnictwo, czy energetyka oparta na węglu. Uzyskane w ten sposób środki należy przeznaczyć na inwestycje w nowoczesne technologie wykorzystując w większym stopniu osiągnięcia polskich naukowców i kadry inżynieryjno-technicznej, z których można oczekiwać dużych zysków. FMN coroczne przekazywał będzie na dywidendę dla akcjonariuszy od 33% do 50% zysku netto.

Wprowadzenie instytucji Funduszu Majątku Narodowego nie oznacza likwidacji Ministerstwa Aktywów Państwowych. Będzie ono zajmowało się:
majątkiem, który nie przynosi dochodów ale konieczne jest jego istnienie np.: drogi, muzea, instytuty naukowe i inne, tworzeniem podmiotów do realizacji usług społecznych dla których nie można znaleźć wykonawców na rynku. Dotyczy to na przykład takich usług jak np.: edukacja, ochrona zdrowia, komunikacja miejska i inne.

Zwiększeniem konkurencji, likwidacji monopolu w celu obniżenia cen. Dla przykładu obecnie można by zbudować konkurencyjną szkieletową sieć telekomunikacyjną, lub konkurencyjną sieć dystrybucji gazu.

Przejęcia bankrutujących przedsiębiorstw jeżeli ich upadek jest niekorzystny dla społeczeństwa lub państwa a nie znaleziono nabywcy na rynku. Przykładowo jedynego szpitala w powiecie lub dużego banku mającego znaczący udział w rynku depozytów ludności.
Realizacji postępu naukowo-technicznego poprzez fundusze wysokiego ryzyka.

Po skutecznym wykonaniu zadań opisanych w punktach od drugiego do czwartego MAP powinno sprzedać na rynku powstałe lub restrukturyzowane przedsiębiorstwa.

Tak jak napisałem wcześniej, aby fundusz mógł się zachowywać rynkowo trzeba zdjąć z niego funkcje socjalne. Na przykład nie utrzymywać na siłę bankrutujące przedsiębiorstwo aby utrzymać miejsca pracy. Od działań socjalnych jest państwo i jego instytucje, a nie podmioty gospodarcze.
Ochronę interesów strategicznych państwa lepiej zapewnią odpowiednio skonstruowane przepisy i realne możliwości ich egzekucji. Interesem strategicznym państwa nie jest jakaś spółka, tylko to co ona robi lub nie robi w żywotnych sprawach państwa. Te interesy trzeba opisać w przepisach państwowych. Będą one dotyczyły wszystkich podmiotów gospodarczych działających w danym obszarze, a nie tylko jednej spółki
Skuteczności takiego rozwiązania dowiódł kryzys finansowy z 2008 r. Polski system bankowy mimo, że należał w większości do obcych banków w tym takich, które miały kłopoty (AIG, ING, Fortis) oparł się kryzysowi finansowemu dlatego, że regulacje państwowe stawiały wysokie wymagania z zakresu bezpieczeństwa finansowego i chroniły polski system bankowy. Warunkiem skuteczności przepisów jest możliwość ich egzekucji. Odpowiedni organ powinien mieć możliwości nakazania określonego postępowania przez przedsiębiorstwo. Jeżeli nakaz nie jest wykonywany nałożenia kary finansowej, a jeżeli to nie poskutkuje wprowadzenie zarządu komisarycznego.

Taka organizacja zarządzania majątkiem narodowym powinna przynieść wiele korzyści dla obywateli i państwa. Po pierwsze znika niebezpieczeństwo przejadania majątku narodowego przyszłych pokoleń. Po drugie prywatyzacja straci charakter ideologiczno-polityczny. Po trzecie bardziej racjonalny będzie dobór kadr w gospodarce. Po czwarte zdjęcie z funduszu innych funkcji niż gospodarczych powinno zwiększyć jego rentowność. Po piąte FMN zdejmie z rządu koszty administracyjne zarządzania majątkiem skarbu państwa i konieczność zajmowania się poszczególnymi branżami przemysłu oraz wydatki związane restrukturyzacją przemysłu. Po szóste obywatele uzyskają większy wpływ na swój majątek. Po siódme uzyskają rosnące dochody z corocznie wypłacanej dywidendy. Po ósme społeczeństwo polskie będzie spajane nie tylko kulturą, językiem, terytorium ale także bardzo realnym interesem gospodarczym. Po dziewiąte będzie preferowała rodziny wielodzietne. Konsekwencją dla budżetu będzie spadek spadek przychodów z tytułu dywidend rekompensowany w coraz większym stopniu podatkami z rosnącej skali i rentowności funduszu oraz podatkami od dywidend.
Wprowadzenie Funduszu Majątku Narodowego wymaga konstytucyjnego umocowania, po to aby nowa instytucja miała dużą stabilność i była niezależna od działań rządu i parlamentu. Jednak do czasu zmian w konstytucji mogłaby być wprowadzona ustawą.

W moim przekonaniu wielu Polaków jest zainteresowanych, aby istniał znaczny i rosnący majątek społeczny. Tak samo wielu jest przekonanych, że gospodarka powinna być zarządzana w sposób rynkowy. Przedstawiony pomysł łączy pragnienia obu tych grup. Może więc warto, aby lewica przedstawiła odpowiedni projekt ustawy i zaczęła zbierać podpisy pod referendum. Myślę, że przyniesie to korzystne zmiany w postrzeganiu partii. Moim zdaniem warto spróbować.