Daleko od centrum

O metropoliach, peryferiach, liberałach i niezrozumieniu

Porażka kandydata partii Erdogana na stanowisko burmistrza Stambułu w powtórzonych wyborach municypalnych w Turcji wywołała nowy wybuch radości wśród liberalnych komentatorów. Część nie zawahała się nawet ogłosić, że to symboliczny początek procesu cofania się wpływów prawicy, populistów (szeroko rozumianych) czy ogólnie wszelkich kontestatorów (neo)liberalizmu.
Myślę, że to jest mylne stanowisko. I nie przemawia za tym sądem schadenfreude czy „chciejstwo”. Żeby odrzucić powierzchowny optymizm neoliberałów wybuchający cyklicznie, gdy w dowolnym miejscu w Europie populistyczna prawica poniesie porażkę, wystarczy popatrzeć trochę szerzej.
Odwołam się do koncepcji świata jako systemu centrów, półperyferii i peryferii, która znalazła odzwierciedlenie w pracach Immanuela Wallersteina, a także mniej znanych rozważaniach Fernanda Braudela, Karla Polanyiego, Josepha Schumpetera i Fernando Cardoso. Opisuje ona doskonale zglobalizowany świat, gdzie kapitał wieje kędy chce i lokuje się tam, gdzie maksymalizują się zyski. Taki świata to struktura, gdzie podział pracy odnosi się do sił i relacji produkcji światowej gospodarki jako całości. Prowadzi do istnienia dwóch wzajemnie zależnych regionów: centrum i peryferii.
Hegemoniczne centrum niczym odkurzacz wysysa z peryferii produkcję. Tańszą, gdyż siła robocza jest utrzymywaną w ryzach przez kapitał, który gra jej lokalnymi doświadczeniami, instrumentalizuje odpowiednie komponenty kultury. Nie wykształca się w niej świadomość klasowa, utrzymuje się bieda. Lepsze szkolnictwo i oświata, dostęp do dóbr kultury, szersze możliwości rozwoju personalnego lokują się w centrach. One też importują z peryferii zasoby intelektualne, ludzi rzutkich, nonkonformistycznych i otwartych na nowości. Tym samym peryferie i półperyferie (swoiste strefy buforowe) tkwią w marazmie, doświadczając regresu cywilizacyjno-kulturowego.
Asymetryczna i nierównomierna wymiana, systematyczny przekaz nadwyżek z półperyferii i peryferii do wysoce technologicznego, naukowego centrum prowadzić musi do zawężania miejsca akumulacji kapitału. To znany z epoki kolonialnej sposób ograbiania pozaeuropejskich regionów świata i budowania dobrobytu Europejczyków na bazie krzywdy i wyzysku tych innych. Różnice w jakości życia, poczuciu spełnienia i satysfakcji, a przede wszystkim – w poziomie wykształcenia, dostępie do usług publicznych z ochroną zdrowia na czele między królującą metropolią a podległym interiorem stale się powiększają.
Ten globalny mechanizm działa też w obrębie poszczególnych państw. Metropolie, gigantyczne megalopolis (w tym wielomilionowi rekordziści, jak np. ujście rzeki Perłowej w Chinach, rejon San Paulo w Brazylii czy Mexico City) niczym odkurzacz degradują krajowe peryferia. Widzimy to też na przykładach Nowego Jorku, Moskwy, czy wreszcie Warszawy. Gdzie do nich – we wszystkich aspektach życia – odpowiednio: stanom środkowej Ameryki jak Iowa czy Kansas, rosyjskiemu Dagestanowi czy popegeerowskim terenom Pomorza Zachodniego. Frustracje, poczucie niesprawiedliwości i kolonialnego wręcz wyzysku postępują analogicznie jak w relacjach globalnych. Dlatego tak popularny stał się separatyzm regionalny, który jednak, w warunkach neoliberalnego kapitalizmu, niczego rozwiązać nie może.
Napięcia pomiędzy metropoliami a interiorem (sprowadzane często do prymitywnych antynomii przeradzających się we wzajemną pogardę) owocuje dramatycznym, podziałem na elity i tzw. lud, albo, jak zdarza się tym elitom stwierdzić, motłoch. Takimi (i gorszymi) terminami operując ci, którzy powinni temu ludowi przekazywać owo „oświecenie” i narzędzia do zrozumienia rzeczywistości. Na zasadzie paternalistycznych i kolonialno-wyniosłych form debaty nic się nie osiągnie, poza polaryzacją.
Erdogan – od którego zaczęto ten tekst – ale i Kaczyński, Orban, Salvini, Farage, Thulesen-Dahl (Duńska Partia Ludowa), Szwajcarska Partia Ludowa, Austriacka Partia Wolności, a przede wszystkim Donalda Trumpa, to efekty tej dychotomii. A mainstream i elity dalej nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Doskonale ten problem przedstawił amerykański analityk Atlantic Council, Global Energy Center i Heritage Foundation, współpracownik Forbesa i Bloomberga, dr Ariel Cohen. Stwierdził, że jego żona powtarza mu – w perspektywie coraz bardziej prawdopodobnej drugiej kadencji Trumpa – iż ci, którzy latają z Baltimore, Nowego Jorku i Bostonu samolotami do Los Angeles, San Franciso i Seattle nad głowami Amerykanów z Alabamy, Iowy, Wisconsin czy Kansas absolutnie nie wiedzą, co tam się dzieje na dole. Tak wielki jest już rozdźwięk między centralnie ulokowanymi elitami czerpiącymi pełnym garściami z postępu i rozwoju, a ludźmi peryferii. To, co zostało powiedziane o Ameryce, równie dobrze może pasować do Turcji, Niemiec, Francji – i Polski.
Dopóki liberalny mainstream i przyklejająca się do niego umiarkowana lewica nie zrozumie tej prostej prawdy, wyartykułowanej nie przez żadnego wywrotowca, ale amerykańskiego analityka i zwolennika hegemonii Waszyngtonu, nic albo – prawie nic, się nie może zmienić. I raz po raz będą pojawiać się zaskoczenia, zdziwienie i niedowierzanie.

Francja przed referendum

Czy neoliberalizm da się pokonać drogą głosowania? Francuzi na różne sposoby kontestują „reformy” prezydenta Emmanuela Macrona, ale tego jeszcze nie było. Nigdy nie stosowane Referendum z inicjatywy dzielonej (RIP) ma być sposobem na odrzucenie polityki wielkich prywatyzacji, kojarzonej z wyprzedażą ostatniej domowej biżuterii. Trzeba zebrać prawie pięć milionów podpisów, kampania właśnie ruszyła.

We wtorek 18 czerwca Benjamin Sonntag, dziennikarz, współzałożyciel portalu informatycznego Quadrature du net, włamał się do serwera ministerstwa spraw wewnętrznych i policzył podpisy: było ich ponad 125 tysięcy. Gdyby ludzie podpisywaliby się w tym tempie, wymagany próg ponad 4,7 miliona byłby osiągnięty w 40 dni. Głosować można jednak przez dziewięć miesięcy. Nie wszyscy reagują w tym samym tempie i sprawa nie jest jeszcze wygrana.
Ta informacja podniosła jednak morale niezwykłej, ponadpartyjnej koalicji politycznej, dzięki której mogło to ruszyć. Mieszczą się w niej ugrupowania ideowo sprzeczne, jak lewicowa Nieuległa Francja i prawicowi Republikanie lub Zieloni i Zjednoczenie Narodowe z komunistami. Cała opozycja wystąpiła przeciw partii prezydenckiej.
Wśród całej fali prywatyzacji odznaczają się paryskie lotniska (ADP), które miałyby pójść w prywatne ręce za ok. 9,5 miliardów euro. Jest to kura znosząca złote jaja francuskiemu budżetowi, podobnie zresztą jak inne przedsiębiorstwa przewidziane do sprzedaży: lotto czy tamy rzeczne. Ale to właśnie ADP wywołały bunt polityczny i pomysł narodowego referendum przeciw Macronowi. Prawnie to referendum przypomina zombie.
Głosowanie z przeszkodami
Nie należy mylić RIP z RIC – referendum z inicjatywy obywatelskiej, o które przez ostatnie pół roku ubiegają się „żółte kamizelki”. Władza odrzuciła RIC, gdyż istnieje RIP – referendum z inicjatywy dzielonej. To konstytucyjny wynalazek z czasów prezydentury Nicolasa Sarkozy’ego, tak pomyślany, by nigdy nie wszedł w życie. „Dzielonej”, bo zainicjować procedurę mogą tylko politycy-deputowani, nie zwykli obywatele. Jest w niej tyle przeszkód, że konieczność zebrania podpisów 10 proc. elektoratu, czyli tych milionów, nie wydaje się jeszcze taka trudna. Dzięki niezwykłemu połączeniu się opozycji, 248 posłów wniosło projekt ustawy, który ma ochronić ADP przed prywatyzacją, jako przedsiębiorstwo należące do „służby publicznej”.
Potem wszystkim zajmuje się Rada Konstytucyjna, śledzi procedurę i to ona orzeknie, czy zebrało się prawie pięć milionów poparcia dla tej ustawy. Głosowanie, bo jest to właściwie głosowanie, odbywa się przez internet. Serwery ministerstwa policji z początku się zakrztusiły, ale już wszystko podobno działa, oprócz ochrony danych. Kiedy Rada orzeknie, że poparcie zostało zebrane, parlament i senat będą miały pół roku na przegłosowanie proponowanego prawa, jego przyjęcie lub odrzucenie. Jeśli nie zdążą, dopiero prezydent ogłasza referendum. Wszystko to może zająć nawet dwa lata.
„Mój króliczku”
W konflikcie o ADP widać ludowy sprzeciw wobec bezduszności neoliberalizmu, taki, jaki ucieleśnia Macron. Nawet w ojczyźnie dzikiego neolibu – Stanach Zjednoczonych – zarządzanie portami lotniczymi pozostaje w gestii publicznej. Są zbyt strategiczne. Chodzi też o poczucie wspólnoty narodowej – tworzy je m. in. wspólne posiadanie czegoś. Tymczasem macronowska prywatyzacja wielkich lotnisk jak Orly i Roissy oraz innych w regionie stołecznym, niezbyt dobrze pachnie. Konflikty interesów, niejasne układy, wielkie pieniądze…
Taki Bernard Mourad, bankier, doradca Macrona w czasie kampanii prezydenckiej, człowiek, który organizował wpłaty miliarderów na wybór Emmanuela. Macron mówił do niego „Mój króliczku”, on odpowiadał „Moja kurko”, jak donosiła wścibska prasa. To jeden z najbliższych mu ludzi. I tenże Mourad wyłania się po raz drugi, ale już jako szef francuskiego oddziału Bank of America, który zaangażowano do obsługi prywatyzacji ADP. Są bez wątpienia tacy, którzy dobrze zarobią na tej transakcji, ale raczej nie Francuzi jako wspólnota. Macron prywatyzował już pomniejsze lotniska jako minister gospodarki u „socjalisty” prezydenta Hollande’a. W czasie kampanii prezydenckiej nie mówił o prywatyzacjach, by nie zrażać publiczności. Poza kampanią to był jego neoliberalny konik, od samego początku.
Pospolite ruszenie
„Co to za demokracja, kiedy przez pięć lat po głosowaniu rządzi się i decyduje za ludzi? Mają się nie wtrącać. Dla nas demokracja to działanie na rzecz wspólnego losu. Skoro pierwsze w naszej historii RIP na to pozwala, zajmijmy się lotniskami. Potem szkołami, lasami, pociągami, żłobkami i sądami. Więc kiedy prywatyzują ADP – odpowiadamy: referendum! Gdy niszczą pogotowie ratunkowe, odpowiadamy: referendum! Zachcą zamykać szkoły – chcemy referendum! Wszędzie, na zeszytach uczniów, na murach naszych miast, na stronach internetowych piszemy słowo referendum!” – poseł Nieuległej Francji François Ruffin nadał w parlamencie ton opozycyjnej koalicji. Nie chodzi nawet o lotniska, lecz coś szerszego, demokrację.
Dla wielu ekonomistów sprzedaż tak dochodowej spółki jak ADP jest absurdem gospodarczym. I taka argumentacja będzie pewnie przeważać podczas kampanii. Rządowi trudno wytłumaczyć, dlaczego to robi. Chodzi o posunięcie czysto ideologiczne („prywatne lepsze”), czy jest w tym jakiś ekonomiczny zamysł? Na razie wyjaśnia, że włoży uzyskane ze sprzedaży pieniądze do banku, nie będzie tego ruszał, a z procentów sfinansuje to i tamto. Perspektywa, że lotniska pójdą do banku wkurzyła jednak nawet tradycyjną prawicę. Kampania zachęcania ludzi do poparcia referendum będzie raczej głośna. Neoliberalna polityka Macrona ma coraz więcej wrogów.
Wspólne dobro
Za rozkrzyczanym tłumem Francuzów przeciwnych prywatyzacji czekają spokojnie przedstawiciele wielkich grup finansowych, które stać na kupno ADP. Są m. in. Amerykanie, Australijczycy, Arabia Saudyjska i rodzimy, prywatny koncern Vinci, który kupił już publiczne autostrady (ceny od razu poszły w górę). Podobno największe szanse ma fundusz Global Infrastructure Partners (GIP) z USA, ale Vinci czai się najbardziej, bo ma już osiem proc. ADP. Ma nie być żadnego faworytyzmu, jednak konkurenci do kury i jej złotych jaj z pewnością zdwoją czujność.
Dla francuskiej lewicy walka o referendum ma się przyczynić do zatrzymania logiki prywatyzacji Emmanuela Macrona. Jego cel to skończenie z przedsiębiorstwami publicznymi, z sektorami o ważnym znaczeniu gospodarczym, finansowym, społecznym, czy środowiskowym, które składają się na dobro publiczne. Prywatyzacyjny totalitaryzm Macrona przyniesie zyski jego przyjaciołom z finansowego szczytu, ale reszta zostanie na łasce banku. Lewica miała tu łatwy wybór: „wszystkie ręce na pokład”, trzeba z tym walczyć.
Każde dziecko
Po pierwszych dniach różnych awarii, platforma internetowa ministerstwa spraw wewnętrznych, która służy do wyrażania poparcia dla referendum, została ośmieszona przez Benjamina Sonntaga. Zza swojej klawiatury wszedł do środka i dosłownie rozglądał się na boki. Mógł mieć dane wszystkich głosujących, podał jedynie ich liczbę. Skromnie przyznał prasie, że „każdy dzieciak” mógłby się włamać do tych danych i z pogardą wypowiadał się w kwestiach technicznych: „Co do ergonomii i kodu tej platformy, to była zbyt stara już w 1999 r. Można uwierzyć, że rząd zrobił wszystko, by ludzie nie podpisywali, ale to się może obrócić przeciw niemu.”
Działanie Sonntaga to próba przełamania francuskiej ceremonialności: wymyślono, że liczbę poparć dla referendum będzie podawać Rada Konstytucyjna raz w miesiącu, kiedy ta liczba może być afiszowana w internecie na bieżąco. Włamał się na stronę policji w kilka dni po bardzo poważnym zapewnieniu ministra spraw wewnętrznych Castanera, że ma ona znakomite zabezpieczenia, które „uchronią przed wszelkim wyciekiem danych”. Okazało się to bajką dla dzieci. Tak czy inaczej, kampania zapowiada się jednak na ostrą, dorosłą, w żywotnych sprawach wspólnoty i demokracji.

Poeta versus Premierka

„No właśnie. Pani Szydło jest ideałem człowieczeństwa dla pół miliona osób. Nie zna języków, okropnie się ubiera, mówi głosem przedszkolanki w depresji, najwyraźniej nie uprawia sportu i nie czyta rozpraw Carla Schmitta, jak jej tajemniczy szef – ale podoba się. Myślę, że tylko Gombrowicz mógłby nam to wytłumaczyć”.
Zagajewski to jest prawdziwy symbol neoliberalnego raka, który od dekad trawi Polskę.
Jego zdziwienie tym, że społeczeństwu podoba się ktoś, kto jest ubrany zwyczajnie, nie tryska szczęściem (czemu miałby?), nie czyta tekstów naukowych i nie mówi pięcioma językami wskazuje, że wbrew swojej dumie Pan Poeta w rozpoznaniu świata znajduje się wiele kilometrów poniżej Pani Premier.
Swoją drogą to musi być bardzo bolesna pobudka, że zwracając się do zasobnych salonów zwracasz się tylko do kilku procent społeczeństwa… Jeszcze boleśniejsze musi być to uczucie, że oto ten wredny lud woli minimalny socjal zamiast cieszyć się z samej władzy lepszych od siebie i wiecznego braku środków na transfery socjalne.
Jak to jest w ogóle możliwe? No jak???
Ja wiem kto nam to wytłumaczy… Marks. Ale ups, on jest dla liberałów tym najgorszym złym. Także lepszy już nawet Kaczyński z tą całą głupią Szydło.
Będzie można narzekać na innych, że są głupsi, a reszta jakoś sama się załatwi. Z czasem te same elity będą nawet bardziej zadowolone, że za drobne mają spokój.
W końcu bogaty da sobie radę zawsze.

Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy.

Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.
Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej, a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy. Wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako powielanie słów wypowiadanych przez katolicko-narodową prawicę. Padnie też argument ostateczny: „ to granie do jednej bramki z Putinem”.
Czy zawsze tak było?
Albo nie, albo może ja coś źle pamiętam. Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, a także w początkach naszego członkostwa, większość polskiej lewicy była za , ale stosunek do tej instytucji nie miał charakteru religijnej czci. Unia miała wady, istniały w niej tendencje niepokojące, zdarzało się, że twierdzono, że po prostu powstała jako wehikuł neoliberałów. Pamiętam, że czytywałem wtedy w lewicowych mediach o referendach we Francji i Holandii, przegranych przez neoliberałów próbujących upchnąć ludowi swoje unijne traktaty. Pamiętam, jak w młodym lewicowym gronie reagowano na frazę „traktat lizboński” – to były „brzydkie słowa”.
Może coś źle pamiętam, bo późno się poważnie i krytycznie zainteresowałem polityką (miałem 24 lata w momencie referendum o polskim członkostwie w Unii; polski system edukacji na wszystkich poziomach robił w tamtych czasach wszystko, by nasze pokolenie trzymało się od polityki jak najdalej, lub zadowalało się garścią farmazonów). Ale pamiętam to jakoś tak, że do Unii chcieliśmy wstąpić, bo widzieliśmy w niej lepsze rozwiązanie niż niewstąpienie, w warunkach, kiedy reguły gry na kontynencie, w naszym geograficznym sąsiedztwie, i tak były kształtowane przez tę organizację – przynajmniej mielibyśmy udział w tym kształtowaniu. W warunkach, kiedy po terapii szokowej lat 90. XX wieku i związanej z nią likwidacji polskiego przemysłu (niczym innym nie zastąpionego) połowa mojego pokolenia nie mogła właściwie liczyć na żadną pracę we własnym kraju. Nieważne, ile byśmy nie zrobili dyplomów, ile języków byśmy się nie nauczyli. Skoro już od dawna jeździliśmy na Zachód „na saksy”, to przynajmniej nie pracowalibyśmy tam już na czarno. Czasem myśleliśmy, że może to i prawda, że UE wymyślili neoliberałowie, co nie znaczy, że – jak już przekonali do niej innych – będą mieli całkowity wpływ na jej dalszą ewolucję, na jej przyszły kształt. W każdym razie – chyba że rzeczywiście moja pamięć, albo moje doświadczenie są jakieś nietypowe – pozwalano na myślenie, zadawanie pytań, kwestionowanie. Unia Europejska nie była na lewicy Świętym Świętych, Rajem na Ziemi, zbawieniem teraz, tylko jakąś odpowiedzią na wyzwania.
Unia albo…
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Dziś, kilka lat po brutalnym, pokazowym ekonomicznym zarżnięciu Grecji, warunki narzucane przez Unię Europejską pod płaszczykiem moralizatorskiego dyskursu o odpowiedzialnych finansach stopniowo duszą gospodarkę prawie całego kontynentu, z wyjątkiem żerujących na nim Niemiec. Stało się już jasne, że neoliberałowie urządzili Unię Europejską całkowicie po swojej myśli i tak kompletnie, że niewykluczone, że nie da się jej już zreformować – ale na większej części polskiej lewicy takie refleksje są niemal zakazane. Opozycje są plebiscytowe, proste jak konstrukcja cepa. Unia albo PiS. Unia albo rasizm. Unia albo faszyzm. Unia albo katolicko-narodowa ksenofobia. Oraz, last but not least, Unia albo Putin. Skoro PiS gra na melanżu nastrojów, miksując po trochu różne obsesje, to dla zbyt wielu na lewicy (zbyt często kopiujących kalki narzucone jej przez liberałów) znaczy, że właściwą odpowiedzią jest samo tylko odwrócenie znaków. Powiesz złe słowo o Unii Europejskiej, jesteś z prawicy.
Tymczasem prawica udziela co prawda złych odpowiedzi, ale swój rezonans zawdzięczają one być może temu, że rozpoznaje w eterze przynajmniej niektóre dobre pytania.
Z punktu widzenia kogoś, kto od ponad dekady nie mieszka w Polsce, ten otaczający UE na polskiej lewicy zakaz myślenia to dla mnie przedziwny fenomen. Współczesna lewicowa refleksja i literatura w Europie pełna jest krytyki Unii Europejskiej, czasem domagającej się gruntownej reformy tej instytucji, a czasem tak dokumentnej, że prowadzącej do konkluzji, iż organizacji tej po prostu nie da się już zreformować w nic lepszego, można ją tylko zastąpić czymś innym. Costas Lapavitsas, Stathis Kouvelakis, Richard Seymour, Alex Callinicos, Tariq Ali, Wolfgang Streeck, Frédéric Lordon, Michael Roberts, Janis Warufakis, Adam Tooze – to tylko niektórzy intelektualiści i autorzy poddający Unię Europejską gruntownej krytyce z różnych lewicowych pozycji. W różnym stopniu, ale na porządku dziennym, krytyka realnego kształtu Unii Europejskiej jest obecna na lewicy na lewo od starych partii socjaldemokratycznych w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Francji.
Tymczasem w Polsce: „zostajemy!” – i tyle
Jeśli obecna dynamika na linii (prawicowa) akcja – (lewicowa) reakcja się utrzyma, to nie zdziwi mnie w ogóle, gdy polska lewica podłączy się do neoliberałów i będzie z nimi ramię w ramię walczyć o wstąpienie Polski do strefy euro. Mimo tego, że przyjęcie euro dla gospodarki o takiej strukturze jak polska byłoby zbiorowym samobójstwem na raty. Ale to nie jedyny poziom, na którym myślenie o Europie jako o cudownym schronieniu i mechanizmie obrony przed tendencjami ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi jest niebezpiecznym bujaniem w obłokach, politycznym syndromem Alicji w Krainie Czarów. Najwyższy czas, żebyśmy na lewicy zadawali sobie przynajmniej pytanie, czy inwestując nasze internacjonalistyczne marzenia w Unię Europejską, nie zostaliśmy po prostu wykiwani przez neoliberałów, nie zostaliśmy ich pożytecznymi idiotami.
Dziś, słaba i zmarginalizowana, słabością tą i marginalizacją zmęczona i zdemoralizowana, pod ciągłą presją prawicowej polityki i narzucanego przez prawicę kształtu debaty, polska lewica, z braku sił i środków, nie daje rady rozwinąć i dobrze przedstawić własnej, niezależnej odpowiedzi na problemy i wyzwania. Czasem pozostaje jej tylko reaktywne odbijanie prawicowych piłeczek, często z ogromną szkodą dla jakości debaty. Kiedy premier Duda rzucił tą swoją Unią Europejską jako „wspólnotą wyobrażoną”, ilu komentatorów na lewicy zwróciło w ogóle uwagę, skąd pochodzi ta kategoria i co za nią stoi? Zamiast tego większość pozwoliła się Dudzie skutecznie strollować i śladem popularnego na Facebooku poety w muszce, odpowiadała: „no jak wyobrażona, skoro są dotacje, przelewy przychodzą, tyle a tyle?”.
Zmęczona lewica, która samodzielnie nie daje rady stawić czoła rasistowskiej, katolicko-narodowej prawicy, trzyma się Europy jako większej, ustabilizowanej już siły, która przynajmniej ma czym taką rasistowską, katolicko-narodową prawicę poskromić, odeprzeć, zatrzymać. Jest jedyną realną, gotową, już zastaną siłą antyrasistowską – albo przynajmniej nie-rasistowską, zawsze coś. Dlatego polska lewica uważa, że powinna Unii Europejskiej bronić, zamiast ją krytykować.
Kraina Czarów? Nie, wylęgarnia potworów
Takie rozumowanie, nawet w swojej umiarkowanej postaci (jako tymczasowa taktyka, sposób na przetrwanie, dopóki nie mamy nic lepszego) projektuje na Unię Europejską idealne właściwości, które coraz trudniej stwierdzić w jej strukturach i funkcjonowaniu empirycznie. Mistyfikuje też w niebezpieczny sposób prawdziwą relację, jaka zachodzi między eksplodującymi w różnych częściach Europy tendencjami skrajnie prawicowymi (poszczególnymi rasistowskimi nacjonalizmami czy narodowymi rasizmami) a Unią Europejską. Unia nie tylko nie stanowi dla poszczególnych narodowych rasizmów zapory, ona stanowi ich wylęgarnię.
Realna ekonomiczna i polityczna postać, jaką UE przyjęła, nie tylko nie zniwelowała różnic w ekonomicznym rozwoju pomiędzy poszczególnymi państwami i wewnątrz tych państw, nie tylko nie zneutralizowała napięć między nimi – ona te różnice i napięcia napędza i eskaluje. Na każdą narodową próbę odejścia od neoliberalnych i monetarnych dogmatów, odpowiada: „nie ma mowy!” Jeden kraj (Grecję) obróciła już w niemiecką kolonię dłużną i pokazuje ją palcem każdemu rządowi, który jeszcze chciałby się wychylić. Rosnące w tych warunkach frustracje, niemożliwe z powodu europejskiego neoliberalnego kaftana do rozwiązania w konstruktywnej polityce społecznej i gospodarczej, rozdymają prawe ekstremum spektrum politycznego. Tym bardziej i tym łatwiej, że neoliberalne „skrajne centrum” w szacownych liberalnych europejskich demokracjach właśnie w rasistowskich kategoriach prezentowały przyczyny zapaści Europy Południowej. Miała ona nastąpić rzekomo w rezultacie „wrodzonych” cech tych śródziemnomorskich obiboków.
Ale prawdopodobnie jest nawet jeszcze gorzej. Nie tylko są te poszczególne, rozproszone rasizmy produktami ubocznymi ograniczonego przez neoliberalne ramy Unii Europejskiej pola manewru polityki w poszczególnych krajach (bezwzględne pierwszeństwo dyscypliny budżetowej i monetarnej przed odpowiadaniem na problemy i potrzeby społeczne). Być może całe to napięcie – UE versus poszczególne rasizmy narodowe – jest już tak naprawdę po prostu rywalizacją konkurujących rasizmów, walką różnych projektów rasistowskich: rasizmów narodowych i „większego” rasizmu europejskiego.
Unia Europejska nie tylko nic od dawna nie robi w odpowiedzi na najbardziej rasistowskie ekscesy poszczególnych państw – takie jak szczucie rządów Włoch, Austrii i Wielkiej Brytanii na uchodźców, brytyjskie deportacje własnych obywateli o ciemnym kolorze skóry do krajów, w których od dzieciństwa (albo nigdy) nie byli, włoskie i francuskie zakazy pomagania ludziom uciekającym przed wojnami, za które przynajmniej część odpowiedzialności (jak w przypadku Libii i Syrii) ponoszą przynajmniej niektóre państwa europejskie (zwłaszcza Francja i Wielka Brytania).
Unia Europejska nie tylko się w takich sprawach nie zająkuje nawet fałszywym oburzeniem. Unia Europejska sama, na swoim instytucjonalnym poziomie, robi to samo, co poszczególne państwa. Ściga się z nimi, w niektórych obszarach je wyprzedza o całe lata, wręcz wytycza im szlaki, rozwijając swoją dystopijną superagencję do ochrony fos wokół Twierdzy Europa, Frontex. Budując mury i zasieki na najbardziej krytycznych Europy limesach. Przyglądając się bezczynnie, jak tysiące uciekających przed śmiercią ludzi „niewłaściwego” koloru skóry znajduje ją w wodach Morza Śródziemnego, a czasem nawet trochę ich tam jeszcze ukradkiem spychając. Dobijając targów z Erdoganem w Turcji i zbójcami w upadłym państwie Libii, żeby oni tych nieszczęśników zatrzymywali przemocą u siebie, co by jaśnie pani Europa sama nie musiała sobie umorusać rękawiczek. I kto wie, jakie jeszcze w zaciszach gabinetów wykuwając polityki, żeby „chronić Europę” przed „zalewem” jej ofiar.
Europejski autorytaryzm
Część lewicy dostrzega to wszystko, ale i tak upiera się, że liberalne formalne filary Unii Europejskiej postawione w lepszych znacznie czasach są w jej grunt wbite wystarczająco mocno, żeby mimo wszystko stanowiły znaczącą ochronę przed dalszymi postępami autorytaryzmu charakterystycznymi dla czasów tak złych jak nasze. Niektórzy wciąż wierzą w aksjologiczne pochodzenie „wspólnot europejskich”, to znaczy za dobrą monetę przyjmują opowieści, że Europę jednoczyły podzielane wartości (moralne, etyczne, polityczne, itd.). Jest to jednak dość naiwne wierzenie, dzisiaj na domiar złego po prostu niebezpieczne.
Unia nie wykonuje żadnych ruchów przeciwko postępującej od lat koncentracji autorytarnych instrumentów władzy przez Pałac Elizejski w Paryżu (permanentny stan wyjątkowy, prawie faszystowski impet policyjnej reakcji na protesty żółtych kamizelek, z zabijaniem protestujących włącznie). Unia od ponad roku nie znajduje energii, by zdobyć się na choćby słowa potępienia dla hiszpańskich reakcji na głos ludu w Katalonii (cykliczne pałowanie protestujących, bezprawne przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych).
Unia ma gdzieś postępy autorytaryzmu w Europie, bo sama staje się organizmem coraz bardziej autorytarnym, który taką swoją naturę zademonstrował szczególnie wyraźnie w stosunku do Grecji, ukaranej za to, że lud śmiał mieć inne zdanie niż neoliberalni eurokraci w Brukseli i bankierzy we Frankfurcie i Berlinie. Unia rozwija swoje siłowe agencje, jak wspomniany Frontex. Być może niebawem zobaczymy wspólne siły zbrojne, których użycie będzie zapewne tak samo poza kontrolą demokratyczną jak procedury Komisji Europejskiej, jak stosunek Unii Europejskiej do referendów o jej neoliberalnych traktatach. Ani się wtedy obejrzymy, a polscy, czescy czy bułgarscy szeregowcy obudzą się w Afryce, z misją obrony neokolonialnych interesów Francji, bez demokratycznej debaty. Wygląda też na to, że UE po prostu przyjęła do wiadomości, że należące do jej kluczowych liberalnych wartości swoboda ruchu i otwarte granice pomiędzy państwami członkowskimi, zostały na fali antyuchodźczej histerii de facto zawieszone.
Wartości czy akumulacja kapitału?
Dlaczego? Jest to banalnie proste. Wbrew fantazjom apologetów, Unia Europejska nie powstała z pobudek aksjologicznych, ale jako przestrzeń ekonomiczna, rama dla nowego etapu akumulacji kapitału, przestrzeń dla ekspansji wielkiego kapitału już ponad – czy transnarodowego i umożliwiająca „utransnarodowienie” poszczególnych najsilniejszych europejskich kapitałów narodowych w warunkach globalnej konkurencji.
Owszem, procesy integracji europejskiej i poszerzania UE stawiały jako warunek pakiet liberalnych standardów prawnych i politycznych. Ale po pierwsze idealistyczne wartości były długo lepszym środkiem propagandowym, sposobem na uwiedzenie całych społeczeństw, niż gdyby najbogatsi mieli po prostu się przyznać, że chcą zarabiać jeszcze więcej. Po drugie wynikało z tego, że państwa, które stanowiły rdzeń wspólnot europejskich, były wówczas liberalnymi demokracjami, chciały więc ekspansji w warunkach w miarę podobnego środowiska prawnego i politycznego, żeby wiadomo było czego się wszędzie spodziewać. W ówczesnych lepszych czasach kapitalistom i (neo)liberałom pospołu liberalny pakiet norm i wartości wydawał się najlepszym środowiskiem dla dalszej, potencjalnie „nieograniczonej” akumulacji kapitału. Kiedy czasy dla kapitalizmu są dobre, liberałom zawsze wydaje się, że tym razem to już potrwa wiecznie, choć w realnym kapitalizmie nigdy wiecznie nie trwa.
Dobre czasy już się skończyły, w kapitalizm uderzył największy kryzys w jego historii, w Europie wyrządzając większe szkody niż gdziekolwiek indziej w tzw. świecie rozwiniętym. Pakiet liberalnych norm i wartości – tam, gdzie dotyczy osobistych i politycznych wolności, ochrony przed dyskryminacją i arbitralną przemocą ze względu na nasze cechy przyrodzone lub społeczno-polityczne identyfikacje – stanowi teraz dla dalszej akumulacji kapitału przeszkodę raczej niż podporę. W warunkach kryzysu zawsze okazuje się, że jedynymi „prawami człowieka”, jakie naprawdę zawsze się w liberalizmie liczą i wygrywają ewentualne spięcia, są prawa wyprowadzone z własności i prawa do tej własności pomnażania. Wszystkie inne, w razie potrzeby, mogą zostać w dogodnym momencie zawieszone. Dlatego właśnie Unia przygląda się dziś biernie, a czasem po cichu uczestniczy, w autorytarnej transformacji kontynentu.
Kto jest czyim pożytecznym idiotą?
Oczywiście, Unia Europejska oferuje nam od czasu do czasu coś dobrego, zwłaszcza w dziedzinie naszej ochrony jako konsumentów, bo z czegoś musi wyprowadzać swoją legitymizację. Ale i to raczej dla niepoznaki, po to, żebyśmy odwracali uwagę od demontażu naszych praw jako pracowników, jako potencjalnie potrzebujących kiedyś materialnego wsparcia, jako imigrantów, jako uchodźców, jako podmiotów posiadających różne opinie polityczne i pragnienie ich wyrażania w przestrzeni publicznej, itd.
Kiedy Unia decyduje się ustami którejś ze swoich instytucji zabrać głos w sprawie autorytarnych ataków na demokrację, to udaje jej się to wyłącznie w stosunku do swoich słabszych, młodszych stażem, „niedojrzałych” członków na Europy „Dzikim Wschodzie”, co jest samo w sobie manifestacją przenikającego dziś UE rasizmu.
Ogromna część polskiej lewicy traktuje dzisiaj każdego, kto krytykuje Unię Europejską, jako pożytecznego idiotę prawicy – albo Putina. A co, jeśli jest zupełnie odwrotnie: to taka lewica dała się wkręcić w rywalizację mniejszych rasizmów z większym i stała się zgrają pożytecznych idiotów tego większego?

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.

Czy Chiny zbawią świat?

Dawno, dawno temu, bo w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku studiowałem nauki polityczne na szacownym Uniwersytecie Warszawskim. I wówczas zdarzało mi się jeszcze usłyszeć prognozę, że „Komunizm zwycięży”. Już wtedy wzbudzała ona powątpiewanie ówczesnych studentów, wzmocnione zwykle sarkastycznym rechotem.

 

Do Chin pierwszy raz trafiłem w 2000 roku. W drodze powrotnej z Korei Północnej. W tamtym czasie byłem posłem do Sejmu RP, pracowałem w polsko-azjatyckich grupach parlamentarnych . Dzięki temu mogłem w praktyce kontynuować studia uniwersyteckie. Dwa lata później byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko-chińskiej. Najliczniejszej z bilateralnych grup. Najaktywniejszej też. To sprawiało, że regularnie odwiedzałem Chiny. Czasem kilka razy w roku. I zawsze tam widziałem radykalne zmiany. Zawsze na lepsze.

W tamtym czasie Chiny miały złą reputację wśród polskich elit politycznych. Bo głupi polski antykomunizm zdominował polskie media. I polskie elity polityczne też. Już sam przymiotnik „komunistyczny” był obelgą polityczną. Nic zatem dziwnego, że rządzone przez komunistyczna partię Chiny traktowane były przez polską prawicę z wyjątkową pogardą. Jako wielki, ale biedy kraj. Pogardzany Trzeci Świat.

W tamtym czasie dominował pogląd, że wzrost gospodarczy, szczęście i dobrobyt obywateli zapewnić może jedynie liberalna, całkowicie sprywatyzowana gospodarka wolnorynkowa wraz z systemem demokracji parlamentarnej. Rządzone przez „komunistów” Chiny mogłyby wyjść z biedy i zacofania gdyby przyjęły zachodni ideologiczny chrzest. Sprywatyzowały gospodarkę i skopiowały zachodnią demokrację. Dowodem i przykładem takiego udanego zmodernizowania kawałka Chin był wtedy Tajwan. Zachwycający nowoczesnymi technologiami i nadwyżkami w handlu międzynarodowym.

Kiedy po każdym powrocie opowiadałem w polskim Sejmie o rosnącym potencjale gospodarczym Chińskiej Republiki Ludowej, nie wierzono mi. To zwykła, kłamliwa komunistyczna propaganda, słyszałem w odpowiedzi. Ten wzrost gospodarczy to efekt sfałszowanych statystyk. Te gigantyczne fabryki i nowoczesne dzielnice wielkich miast to tylko jakieś „potiomkinowskie wioski”.

 

Czerwone karty kredytowe

Nawet kiedy rządziła w Polsce lewicowa SLD, ton polityce polsko-chińskiej nadawali moralizatorzy z Unii Wolności. „SLD mniej wolno”, orzekli liderzy tej partii. Chińskiej Republice Ludowej było wolno jeszcze mniej. Cóż z tego, że chińskie PKB przez kilkanaście lat rosło w tempie dwucyfrowym. Cóż z tego, że w ciągu dwudziestu lat ponad pół miliarda Chińczyków wyszło ze stanu biedy. Chiny nie mogły być partnerem dla Polski , bo nie przestrzegano tam praw człowieka. Jeszcze w 2008 roku ówczesny premier Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej, ogłosił publicznie, że bojkotuje Olimpiadę w Pekinie. Choć nawet jeszcze nie dostał zaproszenia na nią.

Dwa lata później prezydent Bronisław Komorowski podpisał w Pekinie porozumienie o strategicznym partnerstwie z Chińską Republiką Ludową. W imieniu Rzeczpospolitej uznał wtedy, że kwestia praw człowieka to wewnętrzna sprawa Chin i władze polskie nie będą już recenzowały chińskich partnerów. Zaraz potem problematyka łamania praw człowieka w Chinach zniknęła z łamów „Gazety Wyborczej”.

W roku 2012 z chińskiej inicjatywy powstała grupa szesnastu państw współpracujących gospodarczo z Pekinem. Nieformalną stolicą tej grupy, zwanej „Formatem 16+1” , została Warszawa. Podczas inauguracyjnego spotkania premier Donald Tusk adorował chińskiego premiera Wen Jiabao niczym ministrant księdza proboszcza.

A wszystko dlatego, że te jeszcze niedawno pogardzane i wyśmiewane przez polskie elity polityczne i dziennikarskie komunistyczne Chiny stały się bankierem świata. Drugą po USA globalną gospodarką. Polskie przedsiębiorstwa zaczęły marzyć o wejściu na gigantyczny chiński rynek. Kolejne polskie rządy jęły umizgiwać się do rządzących Chinami w nadziei na chińskie kredyty finansujące polskie wielkiej projekty infrastrukturalne.

Komunistyczne chińskie symbole przestały uwierać nawet najbardziej zagorzałych polskich antykomunistów. Nawet tych z PiS. Aby ułatwić obcowanie z chińskimi, komunistycznymi dygnitarzami, minister Jan Parys zdefiniował na użytek polskiego MSZ obecną Chińską Republikę Ludową jako państwo „postkomunistyczne”. Co rozśmieszyło jedynie dyplomatów chińskich.
Ale skoro chińskie banki mają współfinansować Centralny Port Komunikacyjny imienia Lecha Kaczyńskiego, to nie wypada, aby były to „komunistyczne pieniądze”.

 

Komunizm czy chinizm?

Sami Chińczycy przez wiele lat tworzony u siebie nowy system gospodarczy i polityczny nazywali „socjalizm z chińską charakterystyką”. Co pozwalało nakleić etykietkę na wolnorynkową gospodarkę państwowo-prywatną i system rządów autorytarnej merytokracji. Rządów Komunistycznej Partii Chin, która jest nowocześnie i sprawnie zarządzaną, efektywną korporacją i jednocześnie nową dynastią panującą i nowoczesnym chińskim cesarzem.

Ale ta wyrosła z chińskiej kultury definicja nie przystawała do zachodniej politologii. I tu pionierski wkład wniósł profesor Grzegorz Kołodko. Intelektualista, ekonomista i były polityk. Jeden z architektów polskich reform gospodarczych, tych udanych. Były wicepremier i minister finansów. Popularyzator wiedzy społeczno-ekonomicznej.
W niedawno opublikowanej książce „Czy Chiny zbawią świat?” prezentuje toczone w środowiskach naukowych dyskusje o tym czy w Chinach panuje jeszcze „komunizm”, czy już jednak przeważa „kapitalizm”. Po czym celnie określa obecny chiński system polityczno-gospodarczy jako „chinizm”.

System dzięki któremu Chiny stały się znów potęgą gospodarczą, ale nie pozwalając kapitałowi zdobyć władzy politycznej. Chiński system zliberalizował gospodarkę, zniósł biurokratyczną gospodarkę planową, ale zachował interwencjonizm państwa w strategicznych sektorach gospodarki. Korporacja KPCh nie zajmuje się już planowaniem produkcji dóbr konsumpcyjnych. Panuje za to nad wielką infrastrukturą komunikacyjną. Właśnie oddano tam do użytku najdłuższy na świecie most łączący kontynent z wyspami Hongkongu i Macau.

Zarządzająca Chinami warstwa merytokratyczna zachowuje też kontrolę nad systemem bankowym i planuje wielkie, globalne już projekty komunikacyjne. Jak choćby Nowy Jedwabny Szlak, dzięki któremu chińska gospodarka będzie mogła wyeksportować nadwyżki swych mocy produkcyjnych. Bo w „chiniźmie” to gospodarka podporządkowana jest polityce, a w krajach liberalnego Zachodu i ich naśladowcach, to elity polityczne są na służbie wielkiego biznesu.

Jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką świata. Potem straciły mocarstwowy status, bo nie chciały wejść na globalną arenę gospodarczą. Były okupowane przez nowe mocarstwa. Grabione i poniżane. Teraz ze swym unowocześnionym „chinizmem” wracają do światowej czołówki gospodarczej i cywilizacyjnej.

Teraz wiele państw azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich stara się naśladować chiński model rozwoju gospodarczego i politycznego. Tworzyć chinizm ze swoją specyfiką. Chinizm próbuje naśladować w Rosji prezydent Putin, echo chinizmu usłyszymy w polityce gospodarczej prezydenta USA Donalda Trumpa…

Czy zatem zachodnia liberalna demokracja to już pieśń przeszłości, ubiegłowieczny anachronizm?

Szukajcie na to odpowiedzi w książce profesora Grzegorza Kołodki.

 

Tekst ten ukazał się też w tygodniku „Fakty i Mity”.

 

Grzegorz Kołodko – „Czy Chiny zbawią świat?”, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 216, ISBN 978-83-8123-262-3.

Nowe porządki

Zaczynają się spełniać najgorsze prognozy związane z nadchodzącym objęciem urzędu prezydenta Brazylii przez Jaira Bolsonaro. Paulo Guedes, który będzie jego ministrem finansów, mówi wprost: będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago.

 

– Chłopcy z Chicago ocalili Chile, posprzątali bałagan – mówił w tym roku Guedes w obszernym wywiadzie dla „Financial Times”. Odnosił się do neoliberalnej terapii szokowej, jaką amerykańscy doradcy Augusto Pinocheta wdrożyli po tym, gdy drogą krwawego zamachu stanu odebrał on władzę demokratycznie wybranemu prezydentowi Chile, socjaldemokracie Salvadorowi Allende. Efektem „terapii” był m.in. wzrost społecznych nierówności i doprowadzenie do sytuacji, w której 45 proc. społeczeństwa znalazło się poniżej progu ubóstwa.

W dużo bardziej ludnej Brazylii wdrażanie wolnorynkowych „prawd objawionych” może skończyć się jeszcze gorzej. U Guedesa nie widać jednak żadnej refleksji. – Liberałowie wiedzą, co robić – powtarza ekonomista, który posiada wprawdzie dyplom w swojej dyscyplinie, ale nigdy nie cieszył się specjalnym szacunkiem kolegów, którzy widzieli w nim raczej rynkowego spekulanta niż racjonalnego analityka. W swojej karierze Guedes wykładał w Chile, potem w 1983 r. współtworzył w Brazylii Banco Pactual, a następnie fundusz inwestycyjny Bozano Investimentos.

Guedes zamierza „na dobry początek” sprzedać 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich i zaznacza, że „nie ma świętych krów”. To oznacza, że pod młotek mogłyby pójść słynny koncern naftowy Petrobras, największy wytwórca energii elektrycznej Eletrobras oraz Bank Brazylijski (Banco do Brasil). Docelowo zresztą Guedes nie ukrywa, że sprywatyzowałby wszystkie przedsiębiorstwa, które obecnie należą do państwa brazylijskiego. Kolejne pomysły? Uproszczenie systemu podatkowego, rzecz jasna z korzyścią dla firm i dla zamożnych, oraz reforma emerytalna.

Ci Brazylijczycy, którzy szczerze wierzą, że Bolsonaro zerwie z neoliberalną polityką narzucaną przez prawicę od czasu impeachmentu Dilmy Rousseff, wkrótce boleśnie się rozczarują.

Chińskie zbawienie

Grzegorz Kołodko jest bezsprzecznie myślicielem oryginalnym. Osobiście podejrzewam, że posiadanie opinii odrębnej sprawia mu co najmniej tyle radości, co posiadanie racji – czego łączenie jest o tyle nietrudne, że opinie polskich komentatorów i ekspertów z zasady mieszczą się w spektrum politycznej poprawności, niekoniecznie wyznaczanej rozumem. Tak jest niewątpliwie w przypadku Chin.

 

O Chinach w Polsce wolno mieć dwie opinie. Pierwsza: to brutalna komunistyczna dyktatura i moralnym obowiązkiem każdego człowieka Zachodu jest pouczanie jej w zakresie łamania praw człowieka. Tym aspektem Kołodko, z właściwą sobie dezynwolturą wobec oczekiwań elit, nie zajmuje się w ogóle. I druga: że Chiny są niebezpieczne, dążą do dominacji nad światem i za wszelką cenę należy stawić im odpór. Polemice z tym dogmatem poświęcona jest najnowsza książka prof. Kołodki, zatytułowana prowokacyjnie „Czy Chiny zbawią świat?”. W ramach spoilera wyjawię, że odpowiedź jest w zasadzie pozytywna.

Jako amerykanofoba najbardziej raduje mnie, gdy Kołodko zestawia międzynarodową aktywność Chin i Stanów Zjednoczonych, wykazując nie tylko praktyczną, ale także moralną przewagę tych pierwszych. Podczas swej wizyty w Afryce były już dziś sekretarz stanu USA, Rex Tillerson, oskarżał Chiny o to, że „uzależniają, stosują skorumpowane umowy i zagrażają zasobom naturalnym” państw afrykańskich. „Jakże mało przekonujące są te zarzuty, gdy ktoś konfrontuje skromne pół miliarda dolarów, które przy okazji wizyty Tillersona Stany Zjednoczone przeznaczają na dodatkową pomoc dla Afryki, z dziesiątkami miliardów dolarów, które inwestują tam Chińczycy, mając ponadto w żywej pamięci fakt, że prezydent Trump zaledwie kilka tygodni wcześniej określił biedne państwa afrykańskie w mianem »shithole countries«” – zauważa Kołodko, gdzie indziej dodając nie bez złośliwości, że „najbogatszy kraj świata, Stany Zjednoczone, zamiast w trosce o współtworzenie ekonomicznych przesłanek pokojowego rozwoju zwiększać swoje wydatki pomocowe, obcina je po to, aby mieć więcej środków na zbrojenia”.

Zgoda – Chiny prowadzą międzynarodową ekspansję, ale nie jest to „walka o dominację nad światem”, tyko działanie obliczone na realizację celów wewnętrznych, jakim jest stały rozwój gospodarczy. Chiny z powodzeniem szukają rynków zbytu na całym świecie, także w USA – ale, po pierwsze, fatalny bilans handlowy Stanów w tej relacji „jest w pierwszej kolejności funkcją ich słabej, niedostatecznie konkurencyjnej oferty eksportowej, a nie – jak chcą Donald Trump i inni ulegający sinofobii – nieuczciwej chińskiej konkurencji”. A pod drugie, i zapewne ważniejsze, przy okazji Chiny, swoimi inwestycjami, transferem technologii, tanimi i umarzalnymi kredytami, przyczyniają się do rozwoju ubogich krajów, w których inwestują. Do „przezwyciężenia zacofania niejednokrotnie będącego skutkiem wcześniejszego kapitalistycznego wyzysku” – jak z wdziękiem ujmuje to prof. Kołodko. Na niespotykaną dotychczas skalę efekt ten zrealizować może inicjatywa zwana oficjalnie „Belt and Road Initiative” (BRI), a publicystycznie „Nowym Jedwabnym Szlakiem”. To wielki projekt, przede wszystkim infrastrukturalny, obejmujący 65 państw na 3 kontynentach. Skądinąd Chiny bez żadnych wcześniejszych uzgodnień poinformowały potencjalnych parterów o swojej jednostronnej decyzji włączenia ich w BRI, przeciwko czemu żaden z tych krajów nie zaprotestował – także Polska.

Jeśli nawet – pisze Kołodko nie bez złośliwości – rozwój potęgi Chin „rzeczywiście zagraża równowadze wpływów, to miast bezproduktywnie krytykować chińską ekspansję, lepiej zwiększyć własną pomoc bogatego Zachodu”.

Autor z pewnym rozbawieniem odnosi się też do niekończących się dyskusji o tym, czy w Chinach panuje socjalizm, czy kapitalizm – proponując w zamian termin „chinizm”. Ów chinizm –unikalną chińską drogę przemian gospodarczych – Kołodko opisuje w sposób, w którym, przynajmniej dla człowieka lewicy, przeważają pozytywy. Największy brzmi: „Chiny stały się potęgą gospodarczą, nie pozwalając kapitałowi na zdobycie władzy”.

O ile dziś już każdy, z wyjątkiem Leszka Balcerowicza, rozumie, że świat, w którym 8 facetów ma tyle samo majątku, co uboższa połowa ludzkości, jest popieprzony – o tyle zrozumienie przyczyn tej sytuacji zależy od światopoglądu. Entuzjaści wolnorynkowej utopii składają ją na karb postępu technicznego, albo „fazy globalizacji” – w duszy lewaka nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że dzieje się tak, ponieważ władzę nad światem z rąk polityków przejęli kapitaliści. Którzy, z definicji, działają we własnym, a nie społecznym, interesie. A ich skuteczność jest efektem ukochanej przez liberałów „deregulacji”, czyli wycofywania się państwa z ustalania standardów: pracowniczych, płacowych, ekologicznych, konsumenckich i jakichkolwiek innych, a także z kontrolowania rynków finansowych – czyli wszystkich tych ograniczeń, które stoją kapitalistom na drodze do maksymalizacji zysku, bez oglądania się na koszty społeczne.

Chiny – dowodzi Kołodko – uniknęły tej pułapki. Tamtejsza liberalizacja ekonomiczna, odejście od gospodarki planowej, nie oznaczało przyjęcia neoliberalnej doktryny, iż państwo nie ma nic do powiedzenia w gospodarce – wręcz przeciwnie, władze Chin postawiły na silny interwencjonizm. Prowadzą aktywną politykę przemysłową, zachowały kontrolę nad systemem bankowym i strategicznymi gałęziami przemysłu, przyjmują i realizują długofalowe plany rozwojowe. Po trosze wynika to z chińskiej filozofii. Chińczycy mają nad ludźmi Zachodu tę przewagę – sugeruje Kołodko – że w chińskiej kulturze jest oczywistym, że rezygnacja z długofalowego myślenia i planowania na rzecz biernego poddania się działaniu niewidzialnej ręki rynku jest przejawem zbrodniczej krótkowzroczności; my tymczasem musimy się tego boleśnie uczyć na własnych błędach.

Jednak zasadnicza różnica między „chinizmem” i światem Zachodu jest taka, że w Chinach gospodarka służy polityce, a u nas jest odwrotnie. Co jest, jakby to źle nie brzmiało, pewnym dobrodziejstwem braku demokracji. Tego prof. Kołodko nie pisze wprost, ale zdaje się sugerować – na przykład wtedy, gdy wspomina o tym, że Chiny wolne są od „negatywnego wpływu cykli politycznych typowych dla zachodnich liberalnych demokracji”. A także, gdy cytuje chińskich ekonomistów, zauważających, iż ich krajowi nie grozi jego własna „arabska wiosna” – rewolty w krajach arabskich były powiem efektem nakładania się stagnacji ekonomicznej i autorytarnych reżimów. W Chinach, wysokie tempo dynamiki wzrostu gospodarczego przekłada się na wzrost dochodów ludności, co „ułatwia utrzymanie ładu społecznego” – pisze Kołodko.

Oczywiście, przed chińskimi władzami stoją niewiarygodnie trudne zadania – w tym, przede wszystkim, długofalowe (jak wszystko w Chinach) działania na rzecz redukcji nierówności majątkowych, które są ubocznym efektem obecnego sukcesu gospodarczego, ale które, w dłuższej perspektywie, grożą, krótko mówiąc, rewolucją. Jeśli Komunistyczna Partia Chin chce utrzymać władzę, musi zadbać o to, żeby chiński państwowy kapitalizm w większym stopniu realizował zasadę „podporządkowywania interesów prywatnych, kapitalistycznych, interesom ogólnospołecznym” – jak uprzejmie definiuje to prof. Kołodko. Po naszemu: wziąć kapitał za ryj i zmusić go do przyzwoitego płacenia ludziom.

Są też inne zagrożenia – a tym takie, które mogą nam się zdać zupełnie dziwacznymi. Na przykład: za mało dzieci. Serio. Brutalnie skuteczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego zapoczątkowana w latach 70. okazała się ogromnie trudna do odwrócenia. Dziś, kiedy Chińczycy zaczynają się starzeć i na horyzoncie majaczy widmo braku rąk do pracy, rząd zachęca do bardziej entuzjastycznego rozmnażania – ale większość młodej klasy średniej nie chce nawet o tym słyszeć. Nowy, bardziej nastawiony na konsumpcję styl życia, aspiracje życiowe i zawodowe kobiet, sprawiają, że w dylemacie „drugie samochód czy drugie dziecko” młodzi obywatele ChRL bez wahania stawiają na samochód. Inny fundamentalny problem to stan środowiska naturalnego – dużo już zrobiono w tym kierunku, dla przy takim poziomie zatłoczenia, nie wspominając już o uprzemysłowieniu, kolosalnie wiele pozostało do zrobienia. Jednak w kraju, gdzie decyzje gospodarcze podporządkowane są celom politycznym, taki efekt osiągnąć łatwiej niż tam, gdzie politykom decyzje dyktuje kapitał, w swoim galopie do maksymalizacji zysków doskonale obojętny na społeczne koszty swoich działań.

Oczywiście, prof. Kołodko nie sugeruje, że drogą do naprawienia schrzanionego świata jest wprowadzenie monopartyjnej dyktatury – ale niewątpliwie wzywa do wyciągnięcia wniosków z chińskiego sukcesu gospodarczego, zrodzonego z systemu będącego odwrotnością neoliberalizmu, czyli podporządkowania państwa rynkowi. Podobne rozwiązania można osiągnąć także w prawdziwie funkcjonującej demokracji – czego dowodem są państwa skandynawskie, a także np. Kanada.

A prawda jest i taka – to już nie konkluzje Kołodki, tylko moje – że nasze, polskie i generalnie zachodnie przekonanie, iż mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek pouczać innych, jak mają żyć, bo my wiemy lepiej, co jest dla nich dobre, jest przejawem kolonialnego chamstwa. Chińczyków jest prawie półtora miliarda, z czego do partii należy niespełna 90 milionów. Gdyby obywatele ChRL chcieli obalić ustrój, zrobiliby to – z wielkimi niewątpliwie ofiarami, ale bez specjalnego trudu. Chińska droga przemian – która, zgodnie z oficjalnymi dokumentami Komunistycznej Partii Chin, ma doprowadzić, w perspektywie roku 2050, do zbudowania „wielkiego nowoczesnego kraju socjalistycznego, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny” – jest dla Chin dobrą drogą, jak długo Chińczycy nie zdecydują inaczej. I nic nam do tego.

 

Grzegorz W. Kołodko: „Czy Chiny zbawią świat?”, str. 224, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, ISBN: 978-83-8123-262-3.

Ten model napędza nierówności Wywiad

O tym dlaczego kapitalizm szkodzi, o potrzebie nowego paradygmatu i o pewnej bezradności liberalnego intelektualisty wobec wyzwań współczesności, Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z prof. Janem Zielonką, politologiem, profesorem Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie.

 

Powiedział Pan swego czasu, że trzeba „wymyślić kapitalizm na nowo”. W filmie „Operacja Samum” jeden z bohaterów mówi o drugim, że ratuje świat, podczas gdy on go tylko wyklepuje. Nie wydaje się Panu, że i Pan też tylko wyklepuje świat? Już nic nie będzie poza kapitalizmem?

Ani demokracja, ani kapitalizm nie przestaną istnieć, tylko one muszą się dostosować do rzeczywistości. Ale demokracja i kapitalizm za nią nie nadążają, zwłaszcza demokracja, która wymaga interwencji publicznej.

 

A kapitalizm?

Kapitalizm się jej wymknął. Uciekł, po prostu.

 

Mówi Pan o neoliberalizmie… Jest odpowiedzialny za ta zepsutą rzeczywistość?

Tak, o neoliberalizmie i jego odpowiedzialności. Przecież to nie jest tak, że Chińczycy kazali nam wszystko prywatyzować. Sami to robiliśmy. A jak ktoś tego nie robił, to był nazywany zacofańcem. To się musi zmienić, ale nie ze względu na zmiany technologiczne, ale ze względu na oczekiwania społeczne. Bo jeżeli ten model kapitalizmu napędza tak potworne nierówności społeczne, to muszą być tego konsekwencje.

 

To musimy się na coś zdecydować: czy zwracamy uwagę na stosunki społeczne, czy też na stosunki ekonomiczne. Ludzie mają poczucie pozbawiania ich podmiotowości, kapitalizm staje się ponadpaństwowy. Jak Pan sądzi, w którą stronę powinny iść zmiany społeczne?

Ja się zgadzam z Panem w tym, że kapitalizm jest ponadpaństwowy, ale nie zgadzam się, że można zmiany ekonomiczne oddzielić od społecznych. Dam Panu przykład: przyjechałem do Polski, by opiekować się chorym ojcem, który jest w szpitalu. I zauważyłem jedną rzecz: jak to jest możliwe, że wchodzę do każdego banku i tam jest klimatyzacja, a w żadnym szpitalu tej klimatyzacji nie ma? I dostawałem odpowiedź, że bank jest prywatny, a szpital publiczny. Co to za argument?! Ale to pokazuje ważną sprawę: związek spraw społecznych z ekonomicznymi. I że w tym systemie demokracja funkcjonuje z kapitalizmem w sposób całkowicie ułomny. Przecież musimy mówić o pojęciu interesu publicznego. Czy w interesie publicznym jest, żeby ludzie umierali z powodu upałów w szpitalach?

 

Ale jednak rynki uciekły spod kontroli państwa.

Jeśli część rynków uciekła spod kontroli państwa, to ja się pytam: gdzie jest i była władza publiczna, gdy traciła wpływ na rynki? Wiele osób na lewicy, jak na przykład z kręgów Corbyna, odpowiada dziś, że tak, musimy odzyskać kontrolę państwa nad gospodarką.

 

A da się?

Otóż to – nie da się. Jasne, w polityce nigdy nie ma działania według zasady „wszystko albo nic”. Ale moim zdaniem, takie hasła są sprzeczne z kierunkami rozwoju technologii i procesów społecznych. Jeżeli transakcje są ponadnarodowe, to trzeba stworzyć autorytet ponadnarodowy, który powinien nad tym zapanować.

 

Na razie mamy Unię Europejską.

Tak. Ale trzeba pamiętać, że ten jedyny autorytet ponadnarodowy się rozwala.

 

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w jej polu widzenia nie było polityki społecznej. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro szefem Unii jest symbol rajów podatkowych, a szefem jej parlamentu – najbliższy współpracownik Berlusconiego.

 

Co zatem robić?

Trzeba zmienić paradygmat. Trzeba kogoś, kto byłby odpowiednikiem Adama Smitha czy Karola Marksa XXI wieku. Kto całościowo ująłby problemy własnościowo-społeczne. Ale tego kogoś nie mamy. Z różnych powodów zresztą, z których jednym z najważniejszych jest ten, że zabiera to czas. Nawet jak ludzie mają dobry pomysł, to nie wiemy, jak on się sprawdzi w praktyce. Uważam, że rzeczy trzeba sprawdzać na zasadzie prób i błędów. To wymaga czasu właśnie. Po drugie, nawet jak się wyjdzie z nowym pomysłem czy paradygmatem, to trzeba go przetłumaczyć na język zrozumiały dla obywateli i o nim z negocjować. To jest też długi proces. Na przykład ja mam pomysł, jak zreformować Europę. Tylko co z tego? Musiałbym to przełożyć na język, przekonać elektorat. To zajmie co najmniej dekadę.

 

Nieoptymistycznie Pan brzmi. A ludzie chcą zmian już, natychmiast.

Neoliberalizm zdefiniował podstawowe punkty – co jest mądre, co głupie, co potrzebne, co nie. To jest ideologia. Oni tak zdefiniowali normalność, że wszyscy ci, którzy mieli inne pomysły, byli od razu uwalani. Nawet wśród intelektualistów duszono najmniejszą choćby dyskusję.

 

Myśli Pan, że to zaszkodziło Europie?

Mówię o tym, żeby pokazać, że to wszystko nie jest kwestią przywództwa politycznego, nawet nie jest kwestią mobilizacji społecznej. Bo jeżeli chcemy maszerować na ulicy z przywódcą, który nas gdzieś prowadzi, to ja chcę wiedzieć, gdzie i po co. Mamy kryzys paradygmatu. Nie ma sensu biec na barykady, skoro nie znamy celu tego biegu. Ludzie na Zachodzie tego nie rozumieją.

 

Liberalizm się nie sprawdził?

Nie sprawdził się albo został zaprzedany. A nowe elity wiedzą czego nie chcą, ale jednocześnie wizji całościowej nie mają.

 

Nie wiedzą, czego chcą?

Ależ nie, wiedzą. Chcą powrotu państw narodowych. I ja nawet jestem za. Liberalizm zaniedbał tożsamość. Ale szybko się przekonają, że to państwo dziś bardzo mało może. Że to nie jest państwo XVII i XIX wieku. Trzeba pomyśleć, co ono dzisiaj może. Przyzwyczailiśmy się, że państwo dzisiaj nie kontroluje transakcji finansowych. Ale obrona narodowa, o tak, to powinno kontrolować państwo. Tylko pytanie, jakie państwo? Chłopcy w mundurkach, pod flagą, na granicy? Jak się jest w NATO, to obrona narodowa jest inna niż na Donbasie, gdzie jest konflikt etniczny. Obrona NATO jest obroną przed atakiem jądrowym, broń jest w kosmosie i w przestrzeni cybernetycznej. Do tego trzeba komputera, a nie patriotycznego chłopca z karabinkiem i siedzącego pod flagą. Nie chcę powiedzieć, że te tradycyjne metody są całkiem do niczego. Chodzi mi tylko o to, że jak pan Błaszczak da hasło do wymarszu, to większość po prostu wyjedzie, ucieknie. Ci sami, którzy są przeciw uchodźcom – jutro sami będą uchodźcami. To jest wszystko bardziej skomplikowane, niż zwolennicy państwa narodowego próbują nam wmówić. Większość państw narodowych nie potrafi sama niczego zrobić.

 

Demonstruje Pan pewną bezradność. Trudno coś powiedzieć na pewno – mówi Pan. A ludzie chcą jednak jasnego przekazu. O, tutaj idziemy, to jest kierunek.

Nie mam ambicji być nowym Marksem. Ale widzę, że pewne rzeczy zostały zrobione źle. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić, to powiedzieć, co zostało zrobione źle.

 

Nazwać to…

Na przykład weźmy liberalizm. On nie mówi tylko o wolności, liberalizm jest też o równości. I jest oczywiste, że w ostatnich latach wolność była promowana, a równość zaniedbywana. Nie muszę mieć paradygmatu marksistowskiej wojny klas, by doprowadzić do tego, by brak równowagi został zmieniony. W tym celu należy wprowadzać pewne rozwiązania polityczne. Na przykład płaca minimalna, podatek od dziedziczenia. To nie może być czekanie na Godota, pewne rzeczy można już wprowadzać. Najpierw jednak musimy uznać, że nierówności poszły za daleko. PKB w Polsce od 1989 roku wzrosło o 25 proc. I to jest fakt. Ale jak on został podzielony? Wiemy, jak bardzo niesprawiedliwie, bo Polska jest liderem w Europie, jeśli chodzi o liczbę prekariuszy. A w Polsce ludzie z PO nie chcą się do tego przyznać. Może dlatego, że jeżeli się do tego przyznają, to będą musieli wziąć za to odpowiedzialność.

 

A chętnych na to nie ma.

My nawet nie jesteśmy na tym etapie, by jednoznacznie nazwać błędy neoliberalizmu, a co dopiero pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy na nich zarobili. Nie jest więc tak, że neoliberalizm już kona.

 

Jeśli nie nazwiemy błędów, to nie wyciągniemy z nich wniosków, a jeśli nie wyciągniemy wniosków, to trudno mówić o jakichś zmianach.

Dokładnie. Widać więc, że to nie jest kwestia zmiany na nowe. Trzeba najpierw zrozumieć, kto jakie popełnił błędy. Ludzie przez trzy dekady głosowali na liberałów. I wreszcie powiedzieli „dość”.

 

Droga do zmian wydaje się otwarta.

Dobre pomysły nie wystarczą, bo ci, którzy są przy kasie i przy władzy, nie palą się do zmian. Nowe, antyliberalne rządy stosują metody oczywiście niedemokratyczne i niemądre. Ale powstaje pytanie: a jakie inne? Wiemy, dlaczego stworzyliśmy system, w którym ci, którzy wygrywają wybory, nie mogą robić wszystkiego co chcą. Demokracja nie jest dyktaturą większości. Mniejszość musi mieć jakieś prawa, kiedy przegrywa. To elementarne pojęcia. Po drugie ta większość nie reprezentuje całego społeczeństwa. Tylko w krajach niedemokratycznych przywódca dostaje 99 proc głosów. Z drugiej strony wiemy, że parlamenty nie są najbardziej efektywne.

 

A dlaczego?

Dlatego, że po wyborach partie przestają być związane ze swoją bazą wyborczą. Kiedyś tak może było, ale teraz partie nie reprezentują żadnych określonych grup społecznych, tylko jakichś amorficznych wyborców. Zabezpieczeniem słabości demokracji jest trójpodział władzy, gwarantujący, by wzajemnie się one kontrolowały. To działało. Ale nagle okazało się, że duża część decyzji jest podejmowana przez organy nie pochodzące z wyborów: banki centralne, Komisję Europejską, Trybunały Konstytucyjne. Tu spowodowało przegięcie, które zachwiało całym demokratycznym systemem liberalnym. Najlepszym przykładem było wyproszenie premiera Grecji z obrad Grupy Europejskiej, a kiedy protestował, to powiedziano, że Grupa jest organem nieformalnym i jej członkowie mogą robić, co im się podoba. A przecież oni decydowali o suwerenności całego państwa! Jasne, największym problemem nie była Troika, ale to, że rynki wyszły spod kontroli demokracji. Wszędzie, nie tylko w Grecji. Doszliśmy do sytuacji, w której żadne państwo nie pozwoli sobie na politykę, która będzie przeciwstawiać się rynkom. Ostatnim politykiem, który próbował to zrobić, był Mitterand i został przez rynki zmiażdżony.

 

A nie próbowano jakoś połączyć rynków z demokracją?

Tak, Tony Blair próbował to robić i mnie się to wtedy podobało. Dziś widzę, że to była błędna idea. Podczas kryzysu 2008 roku podjęto trzy kluczowe decyzje. Pierwsza, że międzynarodowe banki mają zostać zasilone państwowymi, nie unijnymi pieniędzmi. Druga, że banki trzeba ratować kosztem innych dziedzin, a trzecia, że za ratowanie banków płacili podatnicy. U podstaw tych decyzji leżał strach, że jeśli banki upadną, to zawali się cały system.

 

I na czym polegał błąd?

Na tym, że podejmowały te decyzje rządy, a nie parlamenty. Na tym, że nawet nie próbowano rozmawiać o tym z wyborcą.

 

Neoliberalny kierunek rozwoju tkwi korzeniami w USA. Czy nie uważa Pan, że podporządkowanie się Stanowym Zjednoczonym szkodzi Europie?

Nie zgadzam się. Związki z USA są różne dla różnych państw. Integracja Europy byłaby niemożliwa bez Ameryki, a Amerykanie zawsze byli zwolennikami zjednoczonej Europy. Owszem, zaczęło się to zmieniać po zimnej wojnie, szczególnie za czasów Busha, który wciągnął nas w wojny, które są teraz dla Europy źródłem problemów. Nie widzę tego jednak w tak czarno-białych kolorach. Nie jest niczym złym, że Ameryka jest silna. Siłą można robić dobre rzeczy i nie mam poczucia, że USA są źródłem zła. Prawdą jest jednak, że Ameryka w ostatnich latach niewiele zrobiła dobrego.

 

Skoro wiemy, że Unia Europejska zaczyna buksować, to jakie mamy recepty na jej uzdrowienie?

Chodzi przede wszystkim o logikę integracji. Tak jak mówiłem – najpierw trzeba zrozumieć, co poszło źle. Integracja oparta na państwach narodowych prowadzi do tego, że albo państwa popełnią zbiorowe harakiri i przekażą swoje kompetencje państwu europejskiemu, albo będą musiały integracje zarzucić. Dziś wiemy, że obie te koncepcje są nierealne. Z jednej strony nie ma szansy na państwo europejskie, a z drugiej dezintegracja Europy niesie mnóstwo zagrożeń. Brexit nam to pokazał. Trzeba rozbić logikę dotychczasowej integracji. Elity państw narodowych nie pójdą na ścisłą integrację, bo stracą swoją dominującą rolę i staną się elitami zaledwie lokalnymi. Proponowałem, by w procesach decyzyjnych będą brali udział aktorzy społeczni: miasta, NGO-sy, podmioty gospodarcze. To wszystko jest kwestią dyskusji. A na to trzeba czasu, którego nie mamy.

 

Ciekawe, że w naszej rozmowie nie ma żadnej lewicy. Nie ma dla niej miejsce, skoro już nie ma nic innego jak tylko kapitalizm? Ma być biernym aktorem, czy jednak poszukiwać nowych propozycji dla ludzi?

Uważam, że na kryzysie liberalizmu najwięcej straciła lewica. Centrolewica w dużym stopniu współrządziła w czasach neoliberalizmu i na niej spoczywa odpowiedzialność za korupcję i rozwarstwienie. Upadek ZSRR skompromitował radykalną lewicę. W momencie, kiedy siły antyliberalne zaczęły rosnąć w siłę, to prawica w sposób naturalny przejęła ich antyliberalne hasła: między innymi anityimigranckie i akceptujące nierówności społeczne. Prawica potrafiła wejść do łóżka z populistami. Lewicy bardzo trudno zrobić to, co prawicy idzie łatwo – trudno się jednoczy. Dzisiaj jest wyborczy popyt na hasła lewicowe, ale partie prawicowe łatwo je przejmują. Lewica musi odbudować kadrę, postawić na nowych ludzi. Ale o tych trudno, bo starzy nie chcą odchodzić.