Progresja podatkowa – teraz!

Wydarzenia ostatnich miesięcy w Europie i na świecie, których przyczyną jest epidemia COVID-19 całkowicie obnażyły, prawdziwe obliczę liberalizmu gospodarczego.

Liberalizm, który do niedawna był w debacie publicznej uznawany za drogę, którą Europa powinna dążyć, dziś okazał się ładnie pomalowaną tarczą z tektury, która w starciu z kryzysem jest nieskuteczna. Państwa Europy (w tym Polska) są zobligowane do prowadzenia szerszej polityki fiskalnej, celem sfinansowania publicznej służby zdrowia i pomocy socjalnej obywatelom, którzy potracili swoje stanowiska w związku z cięciami kosztowymi przez swoich pracodawców. Powstaje pytanie, w jaki sposób można sfinansować operacje państwa, skoro państwo nie jest monopolistą waluty, a Nowoczesna Teoria Monetarna pozostaje jedynie w debacie polityczno-ekonomicznej… Odpowiedź jest oczywista, ale niekoniecznie prosta do wykonania – Progresja podatkowa.

Problem należy rozpocząć od zastanowienia się nad istotą progresji podatkowej. Klasyczna ekonomia mówi, że daniny publiczne powinny spełniać takie podstawowe warunki jak: minimalizacja dolegliwości biurokracji związanej z podatkami i maksymalizacja wpływów do budżetu. Powyższe warunki dla klasycznej ekonomii, monetarystów, neoliberałów itd. stają się problematyczne w praktyce, gdyż wysokie opodatkowanie uderza w najuboższą część społeczeństwa, a liniowa stawka podatkowa jest niekorzystna dla budżetu i ogranicza możliwości polityki fiskalnej państwa. Optymalną opcją okazuje się progresja podatkowa. Istotą tego opodatkowania jest pobranie taki procent przychodu, by zarówno zamożny i bogaty odczuli w stosunku do ich zarobku równą ,,utratę’’. Z moralnego punktu widzenia progresja podatkowa jest słuszna i leży w postulatach ruchów realizujących idee sprawiedliwości społecznej. Trzeba byłoby też się zastanowić nad włączeniem do polityki ekonomicznej dobrze zorganizowanego podatku majątkowego, który wraz z progresją podatkową umocniłby budżet i zwiększył możliwości fiskalne państwa. Gabriel Zucman i Emmanuel Saez z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley od początku epidemii są zadziwieni, w jaki sposób na bogatym kontynencie, którym jest Europa, istnieją problemy z finansowaniem planów walki z COVID-19. Saez i Zucman od lat wykładają o słuszności podatku majątkowego, oczywiście należy się zastanowić, kogo należałoby objąć takim podatkiem. Oczywiście, że nie tych, którzy mają więcej długu niż rezerw, zdaniem ekonomistów sensowne opodatkowanie majątkowe zaczyna się od 2 mln euro netto. W przypadku Polski należałoby się zastanowić najpierw nad majątkiem państwa Kulczyków, którzy pouciekali ze swoimi firmami do rajów podatkowych, a dziś Dominika Kulczyk udaje wielką zbawczyni, która w samolocie przywiozła zapas ze sprzętem ochronnym. Należy zauważyć fakt, że państwo zapewniłoby taki sprzęt szybciej i w większej ilości, gdyby Kulczykowie uczciwie płacili podatki w kraju.

Odpowiednio silna progresja podatkowa łagodzi problem rozwarstwienia dochodów, które są przyczyną wysokiego współczynnika Giniego. Z punktu widzenia makroekonomii najbardziej niebezpieczne jest zmniejszenie się popytu wewnętrznego. Co do zasady bogaci wydają zdecydowanie mniej od uboższej części społeczeństwa (w takim wypadku ujawnia się też interesujące zjawisko, w którym bogaty przedsiębiorca ma problem z wyznaczeniem przybliżonej ceny podstawowego produktu do życia lub gospodarstwa domowego). Niski popyt wewnętrzny i wzrost oszczędności jest przyczyną niskiej efektywności gospodarczej państwa, co w efekcie ma negatywny wpływ na budżet państwa i możliwości polityki fiskalnej. Bogata część społeczeństwa najczęściej zakupuje towary luksusowe, wytwarzane za granica, czym powodują niekorzystny dla gospodarki deficyt handlowy lub oszczędzają, myśląc o przyszłych inwestycjach. W przypadku niskich zarobków obywateli popyt wewnętrzny sprawia, że maleje produkcja, gdyż wytworzone dobra nie znajdują konsumenta. Progresja podatkowa i redystrybucja sprzyjają również zwiększeniu efektywności alokacyjnej dochodu, co jest wynikiem malejącej użyteczności krańcowej pieniądza. Takie zjawisko prowadzi do pompowania bańki na określonych rynkach, w takim wypadku prawo podatkowe, które wyrównywałoby różnice w dochodach, poprawia efektywność alokacji kapitału i przekłada się na większe bezpieczeństwo ekonomiczne wszystkich obywateli.

Jednak dalej słyszy się od przeciwników progresji podatkowej zdania, że w ten sposób ,,karze’’ się za wyższe zarobki, prawda jest jednak zgoła odmienna. W liberalnym kapitalizmie istnieje zjawisko, w którym jest brak związku pomiędzy użytecznością pracy a zarobkami. Jest to wynik podręcznikowego przykładu z mikroekonomii, iż wynagrodzenia są ustalane przez czyste mechanizmy popytu i podaży, które nie zawsze odpowiednio wynagradzają pracownika we włożony wkład w pracę. Kryzys z 2008 roku był tego dobitnym przykładem, bogaci kapitaliści dorabiali się fortun na niesprawiedliwym wynagradzaniu pracowników. Należy zadać sobie pytanie, czy dzisiaj prezes Comarchu – Janusz Filipiak wypracowuje taką użyteczną dla społeczeństwa (a zwłaszcza w dobie kryzysu spowodowanego COVID-19), która odpowiada jego zarobkom (cały zarząd Comarchu w roku 2018 zarobił ok. 24 mln zł, z czego sam prezes Filipak blisko 15 mln zł).

Skutkiem niedostatecznie progresywnego systemu podatkowego jest akumulacja kapitału wśród najbogatszych i rosnącą pauperyzacją wśród uboższej części społeczeństwa. Lekarstwem w tym przypadku jest zwiększenie nakładu finansowego w kluczowe usługi publiczne, pomoc socjalną i rozwój technologiczny, za przykład można podać kraje Skandynawskie – jak powiedział były premier Islandii Sigmundur Davíð Gunnlaugsson, pomoc socjalna pomogła mu pokonać kryzys z 2008 roku.
Jak pokazuje praktyka i podręcznikowa wiedza z zakresu makroekonomii, kryzysy pokonuje się zmniejszaniem stopy bezrobocia, zmniejszaniem stóp procentowych przez bank centralny, zwiększoną polityką fiskalną i progresją podatkową, a nie jak liberałowie twierdzą, że państwo należy odsuwać od życia społeczno-ekonomicznego.

Koszty kryzysu poniosą pracownicy

– W tarczach antykryzysowych na pierwszym miejscu są pracodawcy, potem stan budżetu, a pracownicy mają brać wszystko na klatę. 12-13 mln Polaków na umowach o pracę, zasadnicza masa konsumentów, którzy powinni napędzać gospodarkę, nie może liczyć na realne wsparcie – mówi Łukasz Komuda, ekonomista, ekspert ds. polskiego rynku pracy, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

17 kwietnia napisał Pan: Pakiet ratunkowy dla gospodarki kosztować musi minimum 200-250 mld zł, a co najmniej 1/3 tej kwoty musi wpłynąć bezpośrednio do kieszeni obywateli. Działać trzeba teraz. Rząd jednak, oględnie mówiąc, nie pali się do tego, by przeprowadzić taki transfer bezpośredni. Kierunek zmian sugerowany w kolejnych tarczach jest wręcz odwrotny. Jeśli to błąd – jakie będą jego skutki?

Nie sposób jeszcze ocenić dokładnie głębokości recesji, w którą teraz wpadamy, straty dla gospodarki w niesprzedanych towarach i usługach, dobrach niewyeksportowanych dobrach za granicę. Tym bardziej nie sposób ocenić, ile miejsc pracy i firm ratują rozwiązania tarczy antykryzysowej, jakie zostały już wprowadzone. Kiedy pisałem te słowa, świeżo weszła w życie druga tarcza, teraz kroi się trzecia. Rozwiązania będą się mnożyć i trudniej będzie ocenić ich ostateczny rezultat.

Natomiast niezmiennie niepokoi mnie fakt, że wszystko rozciąga się w czasie. Wszystkie strony, które oczekują wsparcia w czasie kryzysu sygnalizują, że nie jest wcale łatwo sięgnąć po instrumenty zaproponowane przez rząd. Dlatego pokusiłem się – trochę alarmistycznie, ale chciałem pobudzić czytelników – o rzucenie prawdopodobnego rzędu wartości strat, jakie poniesie Polska wskutek tego opóźnienia. Przyjąłem, że 1 dzień opóźnienia w przekazywaniu mediany wyasygnowanych środków do adresatów pomocy to 1 promil straconego PKB. Opieram to założenie na prognozach Europejskiego Banku Centralnego, w ocenie którego bez żadnego planu naprawczego Polsce grozi nawet 24-36 proc. straty PKB. OECD wylicza tutaj 28 proc.

Kiedy miałoby nastąpić takie tąpnięcie?

To jest prognoza całościowego wpływu tego kryzysu. On się może rozciągać w czasie – może się rozkręcić spirala recesyjna. Zwolnienia spowodują dalsze zwolnienia, bo gdy ludzie nie zarabiają, to nie ma też popytu na zakup towarów i usług. Temu można przeciwdziałać, ale zanim wpadniemy w recesyjną spiralę. Upadłej firmie nie pomoże transfer 5 tys. złotych.

Ta 1/10 proc. PKB, którą zakładam, to 22 mld zł i ok. 700 mln zł straty państwa w podatkach i składkach. Oczywiście wszystkie te rachunki są dokonywane w przybliżeniu, bo całkowicie ściśle tego teraz nikt nie jest w stanie wyliczyć. Żadne modele kryzysów i recesji, które dotąd stosowaliśmy w ekonomii, w czasie pandemii okazują się mało użyteczne. Niemniej ważny jest wniosek ogólny: trzeba działać dziś, a najlepiej wczoraj.

Trzeba też mieć jasną wizję tego, jaki się chce swoimi działaniami osiągnąć efekt i kogo chce się ratować. Na razie polski rząd zdaje się konsekwentnie zmierzać do tego, by ciężar kryzysu wzięli na swoje barki pracownicy. Czy widzi Pan jakąkolwiek szansę na korektę takiego kursu?

Na razie faktycznie pomysł na „tarczę” sprowadza się do tego, że pracownicy mają najpierw ponieść koszty uelastycznionego rynku pracy, co spowoduje zwolnienia i zmniejszanie wynagrodzeń, a potem w zasadzie zapłacić za wszystkie instrumenty, którymi chwali się rząd, w podatkach. Na deser dostaną zaś zapewne inflację, która będzie obgryzać ekstra kilka procent ich dochodów.

Antykryzysowe narzędzia według aktualnych szacunków mają kosztować ok. 4,5 proc. PKB, czyli nieco ponad 100 mld złotych z budżetu, który w 80 proc. pochodzi z kieszeni pracowników. Innymi słowy: najpierw pracownicy dostaną niższe pensje, a potem zapłacą drugi raz w postaci długu publicznego i tego, że te środki z podatków nie będą mogły zostać przeznaczone np. na poprawę jakości usług publicznych, choćby służby zdrowia. Na koniec zaś okaże się, że ich pensje będą mniej warte przez rosnące ceny. Nieliczne propracownicze rozwiązania z tarcz, jak symboliczne quasi-postojowe dla samozatrudnionych i osób na umowach cywilnoprawnych, w praktyce niczego w tym obrazie nie zmieniają.

Są sensowne postulaty, by uwzględnić perspektywę pracowników w walce z kryzysem, ale one nie płyną od rządu. Co myśli rząd, pokazała minister Emilewicz w swojej słynnej wypowiedzi, że nie można podwyższyć zasiłków, bo to zachęcałoby pracodawców do zwalniania. Czyli na pierwszym miejscu są pracodawcy, potem stan budżetu, a pracownicy mają brać wszystko na klatę. 12-13 mln Polaków na umowach o pracę, zasadnicza masa konsumentów, którzy powinni napędzać gospodarkę, nie może liczyć na realne wsparcie.

Przewiduje Pan, że pracodawcy będą masowo obniżać wynagrodzenia i korzystać z innych „kryzysowych” uprawnień nadzwyczajnych?

To już się dzieje. Lęk przed utratą pracy jest tak wielki, że potencjał negocjacyjny pracowników jest bliski zeru. Boją się nawet specjaliści, więc w zasadzie każdemu można zaproponować obcięcie pensji, szantażując zwolnieniem. Tym bardziej przenieść na postojowe, które oznacza niższą wypłatę, albo „zaproponować” zmniejszenie liczby godzin – i też niższą wypłatę. Wiem, że z punktu widzenia pracodawcy to są często narzędzia ratunkowe, czasem być albo nie być firmy. Świadomie skupiam się jednak na pracowniku, bo w Polsce pracodawcy mają dość kanałów, by docierać gdzie trzeba ze swoimi postulatami i pretensjami.

Mamy zatem instrumenty, które wręcz zachęcają pracodawców do zwalniania. Jeśli określone formy pomocy są przeznaczone dla podmiotów zatrudniających do 9 osób, to na rękę jest mieć mniej pracowników. Teoretycznie nie da się cofnąć czasu i zwolnić kogoś przed wyznaczoną w regulacjach datą, ale czy polscy pracodawcy nie są w stanie wywierać presji? Nie było przypadków, gdy kogoś zwolniono „wstecznie”? Oczywiście pracownik może w takiej sytuacji pójść do sądu pracy. Tyle, że ten w praktyce nie działa, bo mamy pandemię. Nadużycia były i będą dalej. Co więcej, z różnych form wsparcia, które służą bezpośrednio także do obniżania wynagrodzeń, mogą korzystać firmy, które mają się całkiem nieźle, bo na przykład mają spore rezerwy środków finansowych.

Ciągle mówi się o tym, że „tarcze” zawierają rozwiązania dla firm, które ucierpiały z powodu pandemii. Jak jest więc naprawdę?

Proponowane rozwiązania mówią tylko o spadku obrotów na początku tego roku, nie o tym, jaki jest kapitał przedsiębiorstwa, ile firma właściwie ma na kontach. Samo kryterium obrotów mówi niewiele – one spadły wszystkim, może poza takimi branżami jak produkcja środków bezpieczeństwa i środków do dezynfekcji, zbrojeniówka i może firmy kurierskie. W efekcie firmy, które mają możliwość, by np. zmienić profil działalności albo zwyczajnie dotrwać do końca stanu epidemii, korzystają z „tarczy” i zmniejszają wynagrodzenia.

Jednak selekcja firm według ich sytuacji ekonomicznej drastycznie wydłużyłaby proces przekazywania wsparcia – więc jest błędem, gdy chodzi o podłączanie kroplówki finansowej przedsiębiorstwom. Ta jest potrzebna bez żadnej zwłoki, nawet gdyby trafiła także tam, gdzie nie jest potrzebna. Nie ma czasu na analizowanie dokumentacji – trzeba ratować miejsca pracy. Z tym, że ułatwianie cięcia wynagrodzeń czy wręcz zachęcanie do zwalniania to instrumenty pogłębiające kryzys. W przypadku pojedynczych podmiotów takie rozwiązania mogą pomóc przetrwać, ale przy zastosowaniu ich w skali całej gospodarki uzyskujemy nie jednorazowe, ale wprowadzone na miesiące, a nawet lata obniżenie popytu. Takie rozwiązania powinny być więc dostępne dla firm, które naprawdę inaczej nie przetrwają, np. ich obroty spadły o 1/3 czy o 1/2, a nie o 15 proc. Pomysłu, by pracodawca mógł zwolnić pracownika mailem, nawet nie skomentuję. Co to ma wspólnego z ratowaniem miejsc pracy?!

Jeszcze inny scenariusz uderzający w pracowników. Pracodawca nakłania pracowników, żeby zgodzili się na obniżkę wynagrodzeń, a na dłuższą metę i tak planuje ich zwolnić. Chodzi tylko o to, by odprawy – jeśli się będą należały – były niższe, a na ostatnich wynagrodzeniach można było zaoszczędzić. To też już się zdarza. Gdyby państwo chciało odpowiedzialnie zadbać i o firmy, i o pracowników, to wprowadziłoby do drugiej „tarczy” dodatkowe warunki. W tej chwili pożyczka, jaką mają otrzymywać podmioty gospodarcze, ma być nawet w 75 proc. umarzana, jeśli po 12 miesiącach firma będzie działać dalej i zatrudniać tę samą załogę. Wystarczyłoby zastrzec, że umorzenia nie będzie, jeśli przed złożeniem wniosku o rządową pożyczkę dokonano takich manewrów z wynagrodzeniami. Rządowi zabrakło wyobraźni, której z kolei pracodawcom nigdy nie brakowało.

Dochód Solidarnościowy+, który Pan proponuje, sprawdziłby się lepiej? Rozwiązaniem jest 1400 zł na rękę dla każdego, kto traci pracę?

Mój postulat to dodatkowa “noga”, która w polskim pakiecie ratunkowym nie istnieje, a która wspiera bezpośrednimi transferami obywateli tracących dochód z pracy. Chodzi o to, żeby ci ludzie mieli minimalny dochód, byli w stanie zapłacić rachunki i kupić jedzenie, ale też o to, by podtrzymać popyt. Jeśli nie będzie popytu na rynku, to podtrzymywanie firm przy życiu przez ileś miesięcy – przecież nie w nieskończoność – mija się z celem, bo zabraknie klientów, którzy mieliby ich towary i usługi kupić.

Państwo skupiło się na działaniach podażowych, czyli przynajmniej oficjalnie stara się utrzymać obecny stan zatrudnienia i potencjał firm. O popycie jakby zapomina, co widać wyraźnie np. po planach cięć w korpusie służby cywilnej i w ogóle w sektorze publicznym. To jest kompletny absurd, uderzający w poczucie bezpieczeństwa 1/4 polskich pracowników. Ja postuluję, żeby ludziom to poczucie bezpieczeństwa dać.

Ile to będzie kosztowało?

Pomnóżmy 1400 zł przez liczbę bezrobotnych. Przyjąłem, że będzie ich grudniu będzie ok. 3 mln 100 tys., pamiętając, że sytuacja jest dynamiczna. Gdyby się okazało, że bez pracy jest np. 2,5 mln ludzi, to ja – jakkolwiek to brzmi – otwieram szampana, bo to będzie znaczyło, że to tsunami przeszliśmy w miarę suchą nogą.

Załóżmy jednak, że Dochód Solidarnościowy+ miałby przysługiwać 3 mln 100 tys. ludzi przez rok. Daje to ok. 60,5 mln zł obciążenia dla budżetu, czyli ok. 43 proc. więcej niż wydajemy na 500+, które jest już chyba świadczeniem z polskiej polityki nieusuwalnym i które służy głównie kupowaniu głosów. Ani nie powiększa dzietności (taki był pierwszy deklarowany cel), ani nie ratuje rodzin przed ubóstwem (owszem, ratowało, ale wpływ tego świadczenia wraz z inflacją malał z każdym rokiem). Skoro więc możemy wydawać 42,2 mld rocznie na kupowanie głosów, a do tego kolejne miliardy na trzynastą emeryturę, to możemy też wydać kwotę zbliżonej wielkości na utrzymanie naszej gospodarki we względnie dobrym stanie. Tym bardziej, że tu nie chodzi tylko o wskaźniki, o popyt, tylko o to, żeby ludzie zachowali godność.

To trochę straszne, że o godności wspominamy dopiero teraz, po argumentach ekonomicznych. Zwłaszcza, że w polskich warunkach Dochód Solidarnościowy mógłby być tym elementem, który powstrzymuje zapędy najbardziej nieuczciwych pracodawców. Pracownicy, którzy wiedzą, że na bezrobociu nie umrą z głodu, będą w zupełnie innej sytuacji niż ci, którzy czują, że muszą się zgadzać na wszystkie warunki.

Tak, taki mechanizm osłabiłby zapał pracodawców do tego, by renegocjować umowy i zmniejszać wynagrodzenia pracowników, którzy desperacko chcą zachować zatrudnienie. Jeśli teraz ktoś już zarabia blisko płacy minimalnej, a teraz dowiaduje się, że miałby dostać jeszcze mniej za te same czynności, to poczucie zdeptania własnej godności, tego, że pracodawca może z nim zrobić, co chce, jest porażające. Gdyby wprowadzić Dochód Solidarnościowy, powstałby naturalny hamulec. Pracownik mógłby rzucić papierami i powiedzieć: Nie, nie będziesz mnie tak traktował! Wyścig do dna zostałby zahamowany.

Nie mamy silnych związków zawodowych ani układów zbiorowych – dopóki to się nie zmieni, państwo powinno inaczej zabezpieczać osoby o niskich kwalifikacjach i niskich zarobkach, wykonujące pracę w usługach, w budownictwie czy przy taśmach produkcyjnych w fabrykach. Oni zarabiają najmniej, a teraz pracodawcy dostali do ręki narzędzia, by ich jeszcze bardziej „docisnąć”. Ta grupa jako ostatnia cieszy się z dobrej koniunktury i jako pierwsza obrywa, gdy nadchodzi kryzys.

Rząd za chwilę powie, że czas na transfery się skończył, bo jest kryzys i trzeba oszczędzać. Część opinii publicznej zapewne łatwo w to uwierzy. To skąd wziąć pieniądze?

Rząd już wyasygnował ponad 100 mld złotych na wspieranie podaży. NBP już skupuje obligacje dłużne skarbu państwa, co odbudowuje popyt na kolejne emisje takich obligacji. W zanadrzu jest całkiem sporo podobnych sztuczek, które pozwalają państwu zadłużyć się dodatkowo, nie łamiąc żadnej z obowiązujących reguł. Nie tylko nie krytykuję rządu za korzystanie rządu z tych możliwości, ale wręcz zachęcam, by tak czynił. To nie jest moment, by martwić się limitami deficytu budżetowego czy długu publicznego. Przypomnę, że ciężar długu na poważnie mierzy się nie w miliardach złotych, ale w relacji do PKB. Jeśli produkt spadnie o 1/4, to cały dług, jaki mamy teraz, wzrośnie o 1/3, to prosta matematyka. A ponieważ jednocześnie wpływy do budżetu spadłyby wtedy w przybliżeniu również o 1/4, zaś wydatki państwa np. na świadczenia, wydatnie by wzrosły, to spłata należności państwa byłaby możliwa tylko przy drastycznych cięciach w usługach publicznych. To najgorszy możliwy scenariusz. Dlatego tak ważne jest, by ratować gospodarkę i ocalić tyle miejsc pracy i tyle procent z PKB, ile się tylko da, nawet kosztem dodatkowych 150 mld zł zadłużenia.

Istotne jest to, by zadłużać się przede wszystkim na rynku wewnętrznym, u polskich obywateli, a nie na rynkach zagranicznych. I rząd ma tu spore pole manewru, bo oprocentowanie lokat i depozytów w polskich bankach jest bliskie zeru, dla większości klientów bank nie zapewnia nawet oprocentowania, które ratowałoby oszczędności przed inflacją. Wewnętrzny dług jest relatywnie prosty do kontrolowania i nie podlega takiemu wyścigowi, jeśli chodzi o stopę procentową obligacji, jaki może nastąpić teraz, kiedy wszystkie kraje świata będą chciały zdobyć pieniądze na programy ratunkowe także na rynku międzynarodowym. Do tego wyścigu nie ma sensu stawać.

Gdyby zaproponować obywatelom obligacje, które będą oprocentowane lepiej niż najlepsze lokaty, byłoby to dość uczciwe potraktowanie tych, którzy w ten sposób zwiążą swój los z kursem złotówki. Na kontach obywateli jest 700-800 mld zł, w większości na nieoprocentowanych kontach a vista, ale przecież nawet najlepsze, promocyjne lokaty to dziś ledwo 3,5 proc. Pewnie, nie każdy by skorzystał z takiej oferty, bo nie każdy ufa rządowi, który robi wiele, by mu nie ufać. Ale niech takie np. 3,6 proc. skusi posiadaczy 200 mld zł – i już jest dość pieniędzy na konieczną akcję ratunkową. A jeśli sięgnąć do MMT, Modern Monetary Theory, to okaże się, że jakąś opcją jest również zwyczajne wykreowanie pieniędzy. Grozi nam – potencjalnie! – trochę wyższa inflacja, ale czy nie jest to cena do rozważenia, skoro gra toczy się uratowanie gospodarki przed może nawet dekadą nadrabiania strat, by w 2030 roku być w miejscu, gdzie byliśmy rok temu?

Lewica wniosła do parlamentu jeszcze odważniejszą propozycję. 2100 zł dla każdego, kto zadeklaruje, że stracił dochód – czy to pracownika, czy małego przedsiębiorcy. Dobry pomysł? Słusznie powiedział Adrian Zandberg, żeby rząd zwyczajnie wziął sobie ten projekt, jeśli nie jest w stanie głosować za pomysłami opozycji?

Będę bił brawo rządowi, jeżeli zdobędzie się na odwagę i te zmiany wprowadzi, bo taki ruch spotkałby się z niesamowitą kontrą i pracodawców, i tej części społeczeństwa, która już jest sformatowana w neoliberalnym duchu.

500+ powinno być pierwszym krokiem, potem emerytura obywatelska, dochód solidarnościowy dla bezrobotnych i na koniec bezwarunkowy dochód podstawowy. Ale nie od razu! To trzeba zaplanować na lata naprzód, może nawet na dekadę czy dwie. Bezwarunkowy dochód podstawowy przy obecnym regresywnym systemie podatkowym, fatalnie zorganizowanym rynku pracy oraz tragicznej dostępności i jakości usług publicznych skończyłby się totalną prywatyzacją gospodarki i państwa, czyli darwinizmem społecznym. Jak on się „sprawdza”, testują właśnie Amerykanie. Pozbawieni świadczeń i emerytur mieszkańcy Nowego Jorku, zamknięci w domach ze względu na kwarantannę, przymierają z głodu. Głód i bezdomność będą najważniejszymi problemami największej gospodarki na świecie w nadchodzących latach.

Po co nam ten cały rozwój gospodarczy, jeśli duża część społeczeństwa będzie nadal żyła w ubóstwie?! Czy wzrost PKB to ma być jakaś sztuka dla sztuki? Wolimy brak długu publicznego czy brak głodnych dzieci oraz bezdomnych? Takie pytania trzeba sobie stawiać, bo aksjologia zupełnie odkleiła się od ekonomii, której kiedyś była nieusuwalnym fundamentem. Liberałów każdego dnia i przy każdej okazji odsyłam do Adama Smitha.

Więc jak najbardziej popieram wspieranie wynagrodzeń z budżetu w firmach, które są zagrożone bankructwem. Rozszerzajmy tarczę i w tym zakresie! Natomiast blokujmy rozwiązania służące dalszemu uelastycznieniu rynku pracy, a jeśli takie kroki naprawdę są niezbędne – to stawiajmy proste limity: dobrze, ale tylko do końca tego roku. W porządku, teraz tracisz prawo do urlopu lub masz narzucone wykorzystanie urlopu w czasie izolacji społecznej, ale w przyszłym roku dostaniesz o połowę dni urlopowych więcej. Trudy i ryzyka związane z kryzysem nie mogą za każdym razem spadać ostatecznie na plecy pracowników. Te plecy mają swoją wytrzymałość.

Wspomniał Pan o neoliberalnym sformatowaniu części społeczeństwa. Rozmawiając z działaczami związków zawodowych wiele razy słyszałam, że mają problem z pozyskiwaniem nowych członków, bo ludzie ciągle wierzą, że organizacja pracownicza nie jest im do niczego potrzebna. Przecież każdy jest kowalem własnego losu i wystarczy samemu się starać, żeby poprawić swój byt. Czy ten kryzys nauczy nas, że to jednak nie do końca tak?

Chciałbym żeby nastąpił taki moment refleksji, że praktycznie bardzo niewiele osób może powiedzieć: świadomie zaplanowałem swoje życie i karierę zawodową, kroczyłem/kroczyłam od jednego celu do drugiego. Ogromna część naszego życia zależy od tego, w jakim kraju mieszkamy, w jaki sposób działają usługi publiczne, z jakim kapitałem kulturowym przyszliśmy na świat, czy urodziliśmy się w małej popegeerowskiej wiosce czy też w dużym mieście w rodzinie inżyniera i, załóżmy, lekarki. Byłoby wspaniale, gdyby ludzie się ocknęli. Ale jestem realistą: 30 lat liberalnej indoktrynacji nie zostanie wymazane ani przez parę felietonów na portalach i w gazetach, w których zresztą dalej dominuje neoliberalny paradygmat, ani przez książki, ani przez memy. Ani najgłębszy nawet kryzys. Liberałowie zawsze znajdą kozła ofiarnego, na którego będą starali się przekierować gniew i frustrację ludzi, którzy wstają jeszcze wcześniej rano, pracują jeszcze ciężej, a w portfelu mają tyle samo co wcześniej, albo mniej.

Dziś nie ma społeczeństwa, tylko zbiór 20 mln gospodarstw domowych, które próbują przetrwać, często jedno kosztem innych. Zrealizowaliśmy ideę Margaret Thatcher. Niemniej na jakąś refleksję liczę, albo chociaż na początek zmiany myślenia. Może zdążę być chociaż szczęśliwym emerytem w bardziej solidarnym społeczeństwie.

Jak trwoga, to do… państwa

Ambitną próbę pogodzenia wody z ogniem podjął Witold Gadomski celem ratowania wyznawanych, ekonomicznych poglądów.

Znanym i czasem skutecznym sposobem odwrócenia uwagi od popełnionych błędów, innych mankamentów myślenia i działania jest wskazanie kogoś-czegoś ponoszącego jakoby winę za zaistniałą sytuację. Takiej właśnie metody, nierzadkiej zresztą w tym tytule, uchwycił się szef działu ekonomicznego „Gazety Wyborczej” w tekście „Państwo źle działa? Więcej państwa!” (22.04.2020).

Nie miejsce

tu na roztrząsanie różnych definicji neoliberalizmu, głównych jego nurtów i szkół. W pewnym skrócie można jednak uznać, że ta myśl ekonomiczna preferuje „nieufność wobec zawodności państwa, i przez dążenie do masowej prywatyzacji, deregulacji, zaciskania pasa wydatków publicznych, redukcji podatków, oraz minimalizacji ingerencji politycznych w gospodarkę” (Wikipedia).W tym kontekście już sam tytuł wypowiedzi Gadomskiego – jednego z polskich koryfeuszy neoliberalizmu – budzi co najmniej zdziwienie, gdyż szuka przyczyn i ratunku w czasach pandemii w strukturach państwa, które tak bardzo ogranicza jego ekonomiczna doktryna.

„Pandemia pokazała,

– uściśla autor – że państwa działają nieskutecznie, urzędnicy są mało kreatywni, często tchórzliwi i nieempatyczni” i tę tezę , na licznych przykładach ze świata, stara się potwierdzić. Dokumentuje ją niejako bogactwem przywoływanych państw, w których, których liderzy źle zdali ten egzamin, a rządy są dysfunkcyj­ne.

Jedynie radzą sobie nieźle „Rządzone przez partię komunistyczną Chiny po­zują na lidera walki z koronawirusem, ale to w ich kraju epidemia wybuchła”, a o Kerali, ponad 30 milionowym stanie w Indiach rządzonym przez komunistów Gadomski nie czytał, w bardzo obszernym i dobrze udokumentowanym artykule „GW” z 18 kwietnia br., że są chwalone przez Światową Organizację Zdrowia za wzorową strategię walki z epidemią. Ale to przecież zupełnie inne bajki.

„Fi­nancial Times” pisał:

„Będą musiały być przedstawione radykalne reformy, które odwrócą do­minujący kierunek polityki ostatnich czterech dekad…Rządy będą musiały zaak­ceptować bardziej aktywną rolę w go­spodarce. Muszą postrzegać usługi publiczne jako inwestycje, a nie pasy­wa, i szukać sposobów na zmniejsze­nie niepewności rynków pracy. Redystrybucja znów znajdzie się w porząd­ku obrad, a zakwestionowane zosta­ną przywileje osób starszych i zamoż­nych. Konieczne będą strategie do nie dawna uważane za ekscentryczne, ta­kie jak gwarancja podstawowego do­chodu i podatki majątkowe”.

Na to odpowiada Gadomski: „to stek bzdur… to nie mechanizmy ryn­kowe zawiodły, lecz struktury pań­stwa. Epidemia nie została zawinio­na przez „chciwych bankierów”, ale przez nie do końca kompetentnych urzędników państwowych…ingeren­cje w gospodarkę nie uchronią nas przed kolejnymi katastrofami, któ­rych rząd nie jest w stanie przewi­dzieć, a gdy już nastąpią, nie potrafi sobie z nimi radzić.” A jeszcze wcześniej: „w dyskusji intelektual­nej na temat możliwych skutków pan­demii dominuje pogląd, że jest ona do­wodem na klęskę rynku!”

Dawno już nie czytałem

tak pełnej gniewu wypowiedzi w obronie wyznawanej idei, adresowanej, tym razem, do bardzo elitarnego, poważnego na świecie tytułu. Równie dawno nie spotkałem się z tak pokrętną argumentacją i matactwem pojęciowym, nadto dopełnionym nieprawdziwymi zarzutami.

Wyjaśnijmy więc sobie po kolei:

• możliwe skutki pandemii przez nikogo nie są, i zapewne nie będą, traktowane jako klęska rynku, a w domyśle wolnego rynku. Świat, nawet komunistyczne Chiny w decydującym stopniu, nie dopracował się jak dotąd lepszego, pomimo znanych wad, mechanizmu jak wolny rynek, a więc daleko mu od klęski;

• wolny rynek to nie wzorzec metra z Sèvres i poza pewnymi fundamentalnymi założeniami, w praktyce był zawsze różny z wielu powodów wyznaczanych poprzez realizowaną praktykę ekonomiczną, kierującą się często odmiennymi doktrynami;

• stąd wielkie wołanie Gadomskiego o wolny rynek jest tylko niedopowiedzeniem i taktycznym manewrem, gdyż idzie mu w rzeczywistości o jego neoliberalny kształt.

• niepokój i idące za nim sugestie brytyjskich dziennikarzy wywołały, opisane także acz źle odczytane przez Gadomskiego, powszechna nieprzewidywalność, niesprawność i zagubienie się prawie wszystkich rządów w obliczu pandemii. A jeżeli zjawisko ma tak generalny charakter to jednostkowe przykłady błędów prezydentury Donalda Trumpa i premierostwa Borisa Johnsona, krajów bogatych jak Francja i sprawnie funkcjonujących jak Niemcy prowadzą nie tylko autorów z „FT” do wniosku, że przyczyna tkwi nie w instytucjach państw i potencji ich urzędników, a w zasadach i preferencji celów jakimi się kierują;

• stwierdzenie Gadomskiego, że chciwi bankierzy nie są winni zaistniałej epidemii jest oczywiście prawdziwe, ale nie kto inny, jak ci sami bankierzy ze swoimi rynkami finansowymi mieli i mają decydujący wpływ na ekonomiczną politykę rządów. Warto tu zacytować fragment tekstu Agnieszki Zakrzewicz z portalu Lewica.pl: „Gadomski twierdzi, że to nie neoliberalna ideologia jest winna kryzysowi, ale wprost przeciwnie – winne jest państwo, którego aktywności sprzeciwia się przecież neoliberalizm. Pisze więc „Moja teza jest łatwa do udowodnienia. To nie rynki finansowe zmuszają państwa do zaciągania długu, ale politycy i urzędnicy.”. Tymczasem ów „koronny argument” jest całkowicie błędny, wręcz dowodzi czegoś dokładnie przeciwnego: gdyż to, że „politycy i urzędnicy” zadłużają państwo to właśnie wynik neoliberalnej ideologii, która każe im to robić…To neoliberałowie nawoływali zawsze do obniżania podatków, przymykając jednocześnie oko na rosnący w wyniku tych obniżek deficyt i dług publiczny.”

• W kolejnym tekście „PiS wprowadza chaos, w którym utonie” („GW”, 28.04.2020) autor, skądinąd ostro i słusznie obwinia PiS za aktualny stan państwa i położenie Polaków, nie odstępując jednak od swojej poprzedniej, przewodniej myśli, że „Polską rządzą ludzie bez kompetencji, doświadczenia, wiedzy, a za to nadmiarem tupetu”.

Trawersując znane powiedzenie

„tak czy owak – Zenon Nowak”, Gadomski, w myśl swej niezachwianej neoliberalnej wiary za wszelką przyczynę ekonomicznego zła, także koronawirusowej pandemii i jej skutków, uważa – tak czy owak – zawsze państwo. I można by z pewnym trudem zrozumieć to trwałe przywiązanie, gdyby nie tytułowe wezwanie autora: „Więcej państwa!”

„Nawet działacze

Business Centre Club – pisał Wojciech Orliński („GW”, 14-15.03.2020) ogłosili, żeby rząd w inte­resie społeczeństwa wsparł finansowo przedsiębiorców, którzy ponoszą stra­ty w związku z epidemią. Jak to? To nagle działacze BCC prze­stali wierzyć w słynne cytaty z Margaret Thatcher, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo” albo: „rząd nie ma żadnych swoich pieniędzy”? Od 30 lat słyszeliśmy od naszych autorytetów, że najlepsze, co pań­stwo może zrobić dla przedsiębior­ców, to im nie przeszkadzać w dzia­łaniu… Najbogatsi ludzie żyli przez ostat­nie 30 lat złudzeniem, że pieniądze i przywileje mogą ich uchronić przed problemami społecznymi. Tymcza­sem koronawirus nie respektuje gra­nic klasowych. Nie zatrzymują go ta­bliczki w rodzaju „wstęp tylko dla po­siadaczy platynowych kart”. Problemy społeczne można roz­wiązywać tylko na szczeblu państwa.”

Te diametralnie

przeciwstawne opinie na łamach jednego tytułu nie są, jak może redakcja tłumaczy, dowodem na jego otwartość dla różnych stanowisk i poglądów. „GW” to nie periodyk prezentujący wybrane teksty z innych tytułów w rodzaju „Angory”, choć i tam obowiązuje pewna linia programowa i określony wybór materiałów. „Gazeta Wyborcza” ma jednak nadal poważny wpływ na politykę, także ekonomiczną, a przede wszystkim na poglądy i świadomość szeregu kręgów społecznych. Ale ma również nie raz prezentowane ambicje aktywnego uczestniczenia w dyskusji o koniczności zasadniczych zmian nie tylko polskiego świata. Publikacja tekstu Gadomskiego temu zaprzecza, może dowodzi zajęcia bezpiecznej postawy okrakiem, ale na pewno obnaża niemoc i obawy przed nadchodzącymi zmianami.

Natomiast sednem oceny

zaprezentowanych wywodów Witolda Gadomskiego, idąc utartym przez niego szlakiem, jest stwierdzenie, że to stek bzdur panie redaktorze.

Solidaryzm w czasach pandemii

Globalnej pandemii polegającej na rozprzestrzenianiu się koronawirusa (covid-19) towarzyszy festiwal dobroczynności i kapitalistycznego solidaryzmu społecznego. Świat po tej epidemii mógłby się gruntownie zmienić, jednak ta właśnie dobroczynność i ten solidaryzm społeczny, wykorzystując swój potencjał ekonomiczny i ideologiczny, odsuwa od tych gruntownych zmian.

Wśród polityków i pretendujących do tego miana panuje licytacja na drobnomieszczański populizm – każdemu kolejnemu zależy tylko jeszcze bardziej na pomocy dla przedsiębiorców. Rzadziej ktoś upomina się o pracowników. Tę samą troskę o przedsiębiorców wyrażają dziennikarze prywatnych mediów głównego nurtu. To wszak przedsiębiorcy są główną solą tej ziemi i naszym wspólnym dobrem. Pomimo rozprzestrzenienia się groźnego wirusa troska o służbę zdrowia, naukę i sama walka o zażegnanie epidemii jest sprawą jakby mniej istotną. Zyski liczą się bardziej niż zdrowie i życie ludzi. Ta liberalna narracja urozmaicona jest jednak w solidarystyczny dodatek moralny i promocję społeczeństwa obywatelskiego.
W mediach ukazują się hufce szwaczek i szwaczy za darmo szyjących maseczki ochronne, grono wolontariuszy robiących zakupy dla starszych ludzi i różne inne formy solidarności. Ten wdowi grosz bez wątpienia zasługuje na uznanie, co jednak wynika z takiego przesłania? Że to Ty masz pomagać?

Jak mawiał klasyk neoliberalizmu, Ronald Reagan: „Nie możemy pomóc każdemu, ale każdy może pomóc komuś”. Idąc dalej za neoliberalnym systemem wartości, najbardziej może pomóc ten co najwięcej posiada. Pomogła już Dominika Kulczyk, Fundacja TVN i Fundacja Polsat… ale po obejrzeniu specjalnego spotu reklamowego… Któż się nie zachwyca pomagającym w tych trudnych czasach, gdy musimy być razem?

Atmosfera dobroczynności zakrywa kolejne bankructwo systemu w którym żyjemy. Polska skomercjalizowana opieka zdrowotna jest niedofinansowana – częściowo państwowa, częściowo prywatna – i nie jest przygotowana na epidemię koronowirusa. „Nakaz” izolacji i akcja informacyjna „zostań w domu” ma być znieczuleniem i zastępstwem za te niedobory. Społeczeństwo obywatelskie na te niedobory proponuje działalność Jurka Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakupującej respiratory i inne niezbędne sprzęty szpitalne. Ten sam Jerzy Owsiak kilka lat temu postulował całkowitą prywatyzację służby zdrowia, podając USA jako doskonały przykład tego rozwiązania.

A to właśnie w USA umiera najwięcej osób zarażonych koronowirusem. Szpitale pomagają tylko tym, którzy za to zapłacą. Ta rynkowa logika koliduje z efektywnym zwalczaniem wirusa. Wracając do słów Ronalda Reagana – „Nie możemy pomóc każdemu”. Jak kogoś nie stać na leczenie… można zrobić zbiórkę… „ale każdy może pomóc komuś”, pod warunkiem, że ma z czego. W ostateczności najwznioślejsze napady liberalnego altruizmu jednak nie wystarczą.

Jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w dobie koronawirusa? Słabnie, ponieważ jego darczyńcy z klasy średniej bankrutują. Mniej wpływowe fundacje toną we frustracji i proszą o wsparcie. Trzeci sektor to jednak rozwinięcie stosunków rynkowych: pomóc można, ale nie trzeba. Media przedstawiają sytuację jako swego rodzaju renesans społeczeństwa obywatelskiego. Eksplozja dobroczynności „zastępuje” więc sprawną, państwową służbę zdrowia i dobrze opłacaną pracę szwaczek.

W tym samym czasie socjalistyczna Kuba wysyła swoich lekarzy do umierających kapitalistycznych państw. Kubańska służba zdrowia jest w pełni państwowa. Jest to rzeczywista „służba zdrowia” – służba dla ludzkości, nauka podporządkowana interesom ludzkości, moralny obowiązek, a nie „pomóż fundacji, a poczujesz się lepiej”.

Spektakl dobroczynności w warunkach izolacji nie dostrzega się też innych bolączek. Propaganda „#zostańwdomu” i wesołe śpiewanie przez Skype’a nie uwzględnia… bezdomnych. Gdzie mają zostać bezdomni? Czy będą dostawać mandaty? Czy epidemia koronawirusa prowokuje do zmiany polityki mieszkaniowej? Czy jedynym plusem epidemii będzie spadek ceny mieszkań?

Pandemia to kolejna klęska kapitalizmu. Jednych zmusiła do zawieszenia działalności, drugich skłoniła do spekulacyjnej sprzedaży maseczek ochronnych. Wolny rynek okazuje się w takich chwilach bezsilny i bezduszny, nie jest też w stanie zapewnić zwalnianym pracownikom źródła utrzymania. Kapitalizm będzie się jednak bronić. Jego przyszłość zależy bowiem od państwowego interwencjonizmu.

Po Wielkim Kryzysie w 1929 roku państwa zachodnie postanowiły ratować kapitalistyczne gospodarki, uwzględniając potrzeby socjalne społeczeństwa, przyjmując model keynesowski. W czasach neoliberalizmu zaprzestano te potrzeby uwzględniać. Po kryzysie ekonomicznym w latach 2007-2009 państwa kapitalistyczne, w tych szczególnie USA, ratowały najbogatszych, głównie bankierów, kosztem reszty społeczeństwa, która płaciła za krach systemu finansowego. Interwencjonizm państwowy miał stanowczo klasowy charakter. Obecnie podobna sytuacja ma miejsce w Polsce za rządów PIS w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

PIS w porównaniu do liberalnej opozycji podkreśla, że należy pomóc przedsiębiorcom i pracownikom. Propaganda PIS jest konsekwentnie solidarystyczna klasowo. W praktyce PiS opowiada się jednak za takim samym neoliberalizmem jak PO, w tym za uelastycznieniem kodeksu pracy. Pracownicy i najubożsi będą ponosić koszty tego kryzysu. Czy się na to zgodzą?

Obecna epidemia pompuje nastroje solidarystyczne. Interes przedsiębiorców utożsamia z interesem ogółu. Czy pracownicy dadzą się spacyfikować przez te nastroje? Póki co, pacyfikują powszechna izolacja i kolejne „zakazy”. W tym czasie rząd forsuje najbardziej bezczelne pomysły: wybory prezydenckie w okresie epidemii, najbardziej antypracownicze rozwiązania, a Kaja Godek odgrzewa antyaborcyjnego kotleta…

W dobie nakazanej izolacji możliwości protestu są utrudnione, a rząd, kapitaliści i neoliberałowie, nie przebierają w bezczelności. Nie kwestionuję sensowności pozostania w domu w okresie pandemii – choć te zakazy są chwilami bezsensowne (jak na przykład zakaz wychodzenia do lasu). Pominę też to, że księża, myśliwi czy wojska NATO działają na innych zasadach. Ciągle wielu pracowników musi chodzić do pracy i to nie tylko sprzedawcy w supermarketach czy pracownicy szpitali. Pracują często ponad siły, narażając się na zakażenie, po to by nawet media głównego nurtu uznały ich za „bohaterów”. Przed pandemią takimi bohaterami nie byli.

Osoby, które łudziły się, że kryzys zdrowotny przyczyni się do automatycznego upadku kapitalizmu są bardzo naiwne. Straci klasa średnia, ale nie zabezpieczona na wieki oligarchia finansowa. Kapitalizm mógłby upaść i w tych warunkach, potrzebna jest jednak rewolucyjna organizacja. Póki co jedynie Kuba ratuje honor socjalizmu.

Tymczasem przekaz medialny ciągle uzależniony jest od kapitalistycznych mecenasów. Media nawet nie zdecydowały się na promocję zdrowej żywności, choć Polska Akademia Nauk zalecają na czas epidemii unikanie produktów mięsnych i mlecznych. Programy śniadaniowe nic sobie z tego nie robią. Ciągle pojawiają się reklamy mięsa, produktów mlecznych czy śmieciowego jedzenia, osłabiające odporność. Media nie podważają potęgi przemysłu mięsnego i mlecznego. W polskich szpitalach bardzo trudno też o dietę roślinną, która najlepiej uodparnia na wirusa.

Kryzys epidemiczny wymaga skoordynowanych działań i rzeczywistej solidarności. W chwili obecnej tej powszechnej solidarności brakuje – wbrew temu co pokazują media. Solidarystyczny medialny przekaz oraz reklamy większych fundacji uzależnionych od wielkiego kapitału zamydlają rzeczywisty stan rzeczy i podtrzymują bajeczkę o społeczeństwie obywatelskim mogącym działać w kapitalistycznych stosunkach rynkowych. Panika miesza się z powierzchowną dobroczynnością.

Szum, niewidzialna ręka i wizje wyjścia

Od początków pandemii koronawirusa otacza nas informacyjny szum. Nawet bardziej niż otacza. Niemal z dnia na dzień pogłębia się. Warto jednak przyjrzeć się, co przewija się pomiędzy coraz rzadszymi już chyba ogłoszeniami o dostawie posiłków do domu.

Zauważa się bez trudu chór głosów (rozdzierających krzyków – chciałoby się powiedzieć) epigonów neoliberalizmu – tak groteskowych, że aż trudno ich w obecnej sytuacji nie zauważyć. Jak to państwo zadręcza ich podatkami, nie wspiera, nie zasila pieniędzmi, nie odpuszcza wszystkiego im w pacht. „Przecież to my tworzymy dochód, miejsca pracy i co tam jeszcze. Bo jak nie – to zabierzemy nasze zabawki (czytaj – pieniądze z banków), pójdziemy sobie i będziecie nas prosić, żebyśmy wrócili”. Za tymi zgranymi mantrami nie sposób nie wysłyszeć tego, o co naprawdę chodzi. Przesłanie w swojej istocie, choć powtarza wszystko co już zawsze słyszeliśmy, tym razem brzmi bowiem wręcz histeryczne: „Jak to, nie kupimy sobie w tym roku po nowym Range Roverze, nasze dzieci nie pójdą do prywatnej szkoły, żeby nie musiały stykać się z plebsem, nie będziemy mieli kasy na kochankę, na którą przecież musimy łożyć, i na wczasy na Malediwach dla żony, żeby miała jakąś kompensatę? Na to niech pracuje dziesięciu durniów na śmieciówkach, za które winni nam dozgonną adorację i wdzięczność. I co, ten wspaniały świat ma się zmienić?”

Cieszą natomiast coraz częstsze głosy lewicy radykalnej, wieszczące rychły zmierzch konsumerystycznego kapitalizmu. Mówiące – skądinąd słusznie – o potrzebie renacjonalizacji przynajmniej głównych gałęzi gospodarki, odejścia od oparcia jej na usługach, konieczności przejęcia przez państwo odpowiedzialności za zapewnienie podstawowych mechanizmów zabezpieczeń – systemu opieki zdrowotnej, edukacji, bezpieczeństwa, pomocy socjalnej. Do niedawna traktowany z przymrużeniem oka nawet przez wielu mniej lub bardziej nominalnych lewicowców postulat minimalnego dochodu gwarantowanego wymieniany jest na tej liście jak najbardziej poważnie i nie budzi już szczególnego zdziwienia. Zaczynamy sobie zdawać sprawę, że nawet w mniej urynkowionej gospodarce ktoś będzie musiał wytworzone dobra kupować, a nie zrobią tego ludzie pozbawieni środków do życia.

Już teraz widać, że taki model urządzenia społeczeństw w dobie kryzysu sprawdza się najlepiej. Starczy popatrzeć na państwa, które jak Kuba nie tylko są w stanie skutecznie opanowywać epidemię, ale i świadczyć pomoc innym, choć są obecnie tylko enklawami w kapitalistycznym świecie, które już dawno miały się podobno załamać i znaleźć w zapaści.

Jak wprowadzenie tych rozwiązań miało się dokonać – nie jest jednak jasne. Czy to system miałby się sam zreformować, bo nie będzie widział przed sobą już innej alternatywy, a w czasie kryzysu „wszyscy (jakoby) stają się socjalistami”, czy nastąpi „bunt mas”, na który w zatomizowanych społeczeństwach rozwiniętych trudno póki co liczyć? Te pytania w rozważaniach lewicowych ekonomistów pozostają tymczasem jeszcze zwykle bez odpowiedzi.

Rządzący aplikują nam z kolei – bardziej zaawansowany niż poprzednio stosowane – wariant administrowania strachem. Niestraszni są już imigranci z globalnego Południa, którzy „zaleją nas, odbiorą nam pracę i nasze kobiety i wykorzystają multi-kulti do tego, aby pozbawić nas tożsamości”, niestraszny nawet demoniczny Putin, którego macki „sięgają wszędzie”. Teraz straszny jest wirus, przed którym grupa trzymająca władzę nas broni najskuteczniej jak może i nie wolno tego w żaden sposób kwestionować. Dlatego mamy coraz to nowe i groteskowe zakazy, wprowadzane w imię powstrzymywania pandemii, ale przy okazji służące też pogłębianiu atomizacji społeczeństwa i skazujące jego członków na przeżywanie strachu w samotności. Przyprawia się je słowami otuchy postulowanego ponadklasowego solidaryzmu typu „głęboko wierzę w to, że wspólnie sobie poradzimy, tylko musimy być posłuszni”. Póki co – remedium działa, bo wprowadzanych w celu walki z koronawirusem rygorów nikt nie zakwestionuje. Tak samo, jak nikt nie odważył się powiedzieć, że „król jest nagi” ani nie zapytał „po co jest ten miś?”

Administrowanie strachem i wyższą koniecznością po raz kolejny sprawdza się jako metoda na utrzymanie władzy, ale na niewiele poza tym. Pewnie nawet po zakończeniu czy też opanowaniu epidemii wiele z tych przez nią usankcjonowanych ograniczeń wolności zostanie przez rządzących uznana za przydatne i warte utrzymania na stałe.

W tle dostajemy jałowy spektakl rozgrywany przez polityków uważających, że istota polityki sprowadza się do personalnych rozgrywek, kto będzie premierem, co zrobi senat, ale o tym, jak rządzący widzą jakiś konstruktywny plan na przyszłość – wiadomo najmniej. To co robią, nie tylko w Polsce, sprowadza się do prezentowania dziwacznego amalgamatu przejętych z przeszłości recept, jak radzić sobie z epidemią. Już nie z kryzysem gospodarczym, który jest aż nadto widoczny – tu amalgamat ten jest już nie tylko dziwaczny, ale i eklektyczny, zbudowany z elementów, o których już teraz można powiedzieć, że po pierwsze będą ze sobą nie do pogodzenia, a z których przebijają wątki ochrony przedsiębiorców i nakazy solidarnych zachowań i dyscypliny. To ostanie znamy dobrze, bo przez kolejne kryzysy oznaczało tylko, że zamiast spojrzeć na świat ze swojej perspektywy, pracownicy mają się potulnie godzić na przerzucanie na nich kosztów gospodarczej zapaści. Po drugie – będzie to kryzys inny niż ten z 2008 roku – uderzający nie w bankową nadbudowę, ale w samą podstawę sił wytwórczych i w istotę modelu gospodarczego polegającego na ustawicznej ucieczce do przodu: w rosnący dług ukryty w śmieciowych papierach wartościowych, w stymulowanie niepotrzebnej nikomu nadmiernej konsumpcji, w oparcie go na usługach, a nie na produkcji. Tymczasem zaś widać wyraźnie, że w obliczu tego kryzysu, usługi i konsumpcja uwiędną pierwsze. Już dogorywają, podobnie jak system finansowania stojący za nimi i zbudowany wokół koncepcji, żeby dziś wydawać już nie pieniądze „jutrzejsze”, ale nawet „pojutrzejsze”.

Jak będzie wyglądał świat kryzysu – tak naprawdę za wcześnie jest przewidywać, co w obecnej sytuacji nie jest może najlepszą pociechą. Jedno chyba tylko można z pewnością powiedzieć, że nie opanują go zamknięte w sobie państwa narodowe. Już pierwsze tygodnie ogólnoświatowej sytuacji kryzysowej pokazują jasno, że na rozwiązania skuteczne można liczyć tylko w skali globalnej. I nie będą one wypracowywane w drugoligowych stolicach. Ani nawet – w pierwszoligowych, bo nie ma dziś na świecie państwa w pojedynkę tak silnego, żeby mogło nadać ton dalszym przemianom. Bez rozwiązań internacjonalnych i bardziej radykalnych niż te, które obecny system byłby w stanie zaproponować, wyjścia z tego kryzysu nie będzie.

Na tle tego informacyjnego szumu nie słychać tylko głosu socjaldemokracji, „nominalnej lewicy”, która wierzy, że państwo socjalne da się pogodzić z kapitalizmem. Czy z tego powodu, że ów oparty na niespójnym założeniu pomysł miał okazję zaistnieć tylko w szczególnych okolicznościach, które od kilku dziesiątków lat nie zachodzą. Czy dlatego, że eklektyczne instrumentarium socjaldemokratycznego, centrowego paradygmatu zostało w gruncie rzeczy przejęte przez inne siły polityczne, które z równym skutkiem – a głośniej – propagują rozwiązania tak samo mieszające elementy wywodzące się z niezachwianej wiary w „niewidzialną rękę rynku” z frazeologią bezklasowego solidaryzmu społecznego? Czy też dlatego, że doszła do wniosku, że będąc zwekslowana na margines głównego nurtu, pozostaje jej tylko siedzieć cicho i co najwyżej ograniczyć się do rytualnej krytyki politycznych przepychanek, w których i tak nie bierze udziału, bo nikt jej do nich nie dopuści? Czy też może – w obliczu nadchodzącej konfrontacji między skrajnym liberalizmem, gotowym bronić preponderacji kapitału za wszelką cenę, kosztem nędzy, bezrobocia i bezdomności i śmierci milionów, a wizją nowego świata, opartego nie na zasadach wyzysku i niekontrolowanej akumulacji, socjaldemokracja nie ma po prostu do powiedzenia nic, nad czym warto w ogóle się zastanawiać.

Jedna konkluzja wyłania się wyraźnie: co zrobić, jakie rozwiązania zastosować, dobrze wiadomo, bo są one sprawdzone. Pozostaje sobie jeszcze odpowiedzieć – jak do tego doprowadzić. Ale i na to pytanie odpowiedź zapewne przyjdzie niedługo, bo wkraczamy w obszar nieznanego, w świat, w którym to, co jeszcze niedawno było ukryte za horyzontem czasu i niewyobrażalne, manifestuje się dziś na naszych oczach. Liberalna ułuda bezklasowego świata rozpada się. Kapitalizm staje przed sytuacją, z którą środkami ze swojego arsenału sobie nie poradzi. Tym razem nie uda mu się przerzucić kosztów własnej katastrofy na siłę roboczą zmuszaną do niewolniczej pracy. A to jeszcze nie koniec.

Prawica czci zbrodniarzy

Kidawa-Błońska cytuje Thatcher? Nic dziwnego, to bohaterka neoliberałów, nie ludzi pracy. Wszystko się zgadza. Brakuje tylko Pinocheta.

Gorzej, że w Polsce w ogóle kult postaci historycznych jest totalnie bezrefleksyjny. Bohaterami dla wielu są Thatcher, Piłsudski, Reagan, Albright, Balcerowicz, Jan Paweł II, Dmowski, Żołnierze Wyklęci. Lewicowe i nawet centrowe postacie zostały wyeliminowane z horyzontu poznawczego. Za miliony złotych prowadzone są kampanie nienawiści przeciwko wszystkiemu, co związane z Polską Ludową. Niszczona jest pamięć o Polakach walczących z faszyzmem w Hiszpanii. Odbiera się godność powojennym pokoleniom, które odbudowały kraj z ruin. Legalny wybór mamy między herosami konserwatyzmu, neoliberalizmu, prawicy lub zbrodniczego imperializmu. Takimi, którym przeciętny Polak nie ma specjalnie za co dziękować.

To, że Putin manipuluje historią, jest tak samo godne pożałowania, jak to, że polska prawica wybiela II RP i milczy na temat polskich więzień politycznych, zabijania setek demonstrantów i Zaolzia. Ci ludzie celebrują ostatnimi czasy nawet hitlerowskich kolaborantów, a ich pomysł na narodową politykę zagraniczną to „zróbmy z siebie amerykańską kolonię z obcymi wojskami, dopłaćmy do tego, a amerykańskie korpo zwolnijmy z podatków!!!”

W Chile protesty nie ustają

Szósty tydzień społecznych protestów przeciwko neoliberalizmowi w Chile rozpoczął się 70-tysięczną manifestacją w Santiago.

Pomimo paktu zawartego pomiędzy parlamentarną opozycją i obozem rządzącym, którego wynikiem jest ogłoszenie na wiosnę 2020 roku plebiscytu w sprawie zmiany konstytucji, “ulica” nie odpuszcza i odrzuca układy zawarte pomiędzy elitą polityczną, za plecami ludu.

Samo porozumienie wywołało spory na samej opozycji politycznej. Ponad 70 członków partii Convergencia Social, wchodzącej w skład lewicowej koalicji Frente Amplio, odeszło z partyjnych szeregów w ramach protestu przeciwko paktowi z rządowym, który podpisało FA. Jedna z liderek koalicji, Beatriz Sánchez została natomiast osaczona przez manifestujących i okrzyknięta zdrajczynią, omal nie doszło do rękoczynów. Wygwizdana polityczka musiała salwować się ucieczką otoczona swoimi współpracownikami.
Główne zarzuty przeciwko paktowi to odłożenie referendum w czasie o niemal pół roku oraz niekorzystne warunki konieczne do zatwierdzenia przyszłej konstytucji. Sam fakt paktowania z rządem, oskarżonym o rażące łamanie praw człowieka, jest uznawany za zdradę. Co prawda od samego początku protesty wymierzone były w całą klasę polityczną i nie pokładano nadziei w partiach opozycyjnych, jednak Frente Amplio, świeża lewicowa koalicja zasiadająca w parlamencie było przez komentatorów oceniania jako to ugrupowanie, które może najwięcej zyskać w przyszłych wyborach. Dziś, po strzale we własne kolano jakiego dokonało FA, nie jest to już takie pewne.
Z drugiej strony, w pierwszych dniach po ogłoszeniu paktu badania wskazywały, że aż 68 proc.respondentów ocenia pozytywnie porozumienie parlamentarne, zaś 28 proc. ocenia je źle. Nowej konstytucji żąda aż 82 proc. obywateli i obywatelek. Co ciekawe, jeśli elektorat lewicowy woła o nową konstytucję praktycznie jednomyślnie (98 proc. wskazań „za”), to chce jej również nieco ponad połowa prawicowych wyborców (dokładnie 55 proc.). Jeśli chodzi o ciało, które miałby podjąć się napisania nowej konstytucji, to 60 proc. uważa, że powinno ono się składać wyłącznie z delegatów społecznych. 35 proc. respondentów jest zdania, że lepszym rozwiązaniem będzie, gdy do takiego organu wejdzie po połowie z przedstawicieli społecznych i parlamentarzystów. Sytuacja jest jednak dynamiczna i niewątpliwie może wpływać na wynik sondaży społecznych.
Kilka dni temu, 20 listopada, odbył się kolejny strajk generalny paraliżujący cały kraj. W tym buncie nie chodzi bowiem jedynie o samą konstytucję, lecz o zmianę całego neoliberalnego systemu społeczno-politycznego i reformę szeregu usług publicznych, które obecnie spoczywają w prywatnych rękach. Pomimo więc w pierwszym odruchu całkiem sporej akceptacji dla parlamentarnego paktu, traktowanej raczej jako sukces protestów społecznych, społeczeństwo nie ma zamiaru się rozchodzić do domów.
Kilka dni temu w jej własnym mieszkaniu odnaleziono ciało Albertiny Martínez, niezależnej fotografki, która aktywnie brała udział w manifestacjach i dokumentowała przemoc policyjną wymierzoną w dziennikarki. Jest niemal pewne, że została zamordowana. Uczczono jej pamięć zapalając świeczki pod jej domem i żądając pilnego śledztwa.

Polskie sny o Zachodzie

Czyli po co powstała Unia Europejska.

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.
Konserwatywna, katolicko-narodowa prawica straszy płynącym stamtąd rozkładem naszej cywilizacji (łacińskiej, chrześcijańskiej). Gender, feminizm, LGBT+, „marksizm kulturowy” – te sprawy. Pomija przy tym fakt, że cywilizacja łacińska/chrześcijańska też przyszła do nas z Zachodu, nie jest żadnym naszym własnym, polskim wytworem, ba, nie wydaliśmy nawet jednego znaczącego chrześcijańskiego teologa. „Liberałowie” (w Polsce nigdy bez cudzysłowu!) wręcz przeciwnie – do Zachodu czują się przywiązani, ale pogrążeni w dziwnej neurozie raz twierdzą, że jesteśmy już jego częścią (bo „obalili komunizm” i mogą jeździć bezwizowo do Berlina, Paryża i Madrytu), a innym razem, że wciąż trzeba to udowadniać i zdawać z tej zachodniości egzamin.
Zachód „liberałów” i jego krytyki
Ponieważ to „liberałowie”, z ich klasową arogancją i odklejeniem się od rzeczywistości, ponoszą odpowiedzialność zarówno za dojście PiS do władzy, jak i za niemalejące do dzisiaj poparcie dla partii rządzącej (są problemem, którego PiS jest symptomem, a ich krytyka PiS bije kolejne rekordy żenady), lewicowi politycy i publicyści w ostatnich, przedwyborczych miesiącach, trafnie wzięli na celownik hipokryzję i wybiórczość mitu Zachodu wyznawanego i sprzedawanego przez to środowisko. „Liberałowie” postrzegają siebie jako w pełni zintegrowanych z wartościami Zachodu, a jednak nie decydują się nawet na elementarne minimum przyzwoitości w zakresie reprodukcyjnych praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych, które na Zachodzie Europy są oczywistością.
A jednak podejście do ekonomii charakteryzuje ich równie dobrze. Polscy „liberałowie” fantazjują bowiem o nadgonieniu przez Polskę odległości, która nas dzieli od poziomu życia w zachodniej Europie, z pominięciem kluczowych czynników, które ten poziom zbudowały i jeszcze jako tako utrzymują. Nie chcą nawet słyszeć o sieci zabezpieczeń („socjalu”), uzwiązkowienia gospodarek, usług publicznych i finansującej je daleko posuniętej progresji podatkowej. Co świadczy o rozwoju ekonomicznym Europy Zachodniej i było warunkiem możliwości zapewnienia przezeń tak długo wysokiego poziomu życia, im kojarzy się tylko z „roszczeniowcami”, „komuną”, „krępowaniem przedsiębiorców”, tych świętych naszych czasów. Funkcjonują w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, w której lata 90. XX wieku są wielkim dniem świstaka i ideologicznie nigdy się nie skończyły, Allan Greenspan nigdy nie złożył swojej słynnej samokrytyki, a Leszek Balcerowicz ze swoimi farmazonami wciąż jest poważnym i poważanym ekonomistą.
Wszyscy czytaliśmy trochę takich antyliberalnych polemik. Podobną argumentację słyszymy także z ust lewicowych polityczek i polityków. Celowo nie przywołuję nazwisk i przykładów, żeby nie antagonizować autorów czy polityczek, którzy czynią to, kierując się najlepszymi intencjami.
Zachód lewicy
Ta linia argumentacji, owszem, jest retorycznie dobra, kiedy mówimy do „liberałów”, na ich terytorium, kopiemy do ich bramki. Kiedy chcemy im odbić głos jakiegoś przyzwoitego człowieka, który się pomiędzy nich biograficznym zbiegiem okoliczności zaplątał. Niemniej jednak większość polemik w tym nurcie ukazuje się w mediach lewicowych lub centrolewicowych, a czasem nawet po prostu na Facebooku, gdzie krążą przede wszystkim pośród ludzi już mniej lub bardziej do lewicowych argumentów przekonanych. Nawet w takich kontekstach niepokojąco rzadko ta linia argumentacji opatrzona jest asteryskami, adnotacjami, brzegowymi zastrzeżeniami, jakimikolwiek „ale” do prezentowanego w niej opisu zachodniej Europy. Co niestety każe podejrzewać, że niepokojąco często, mówiąc o Zachodzie, polska lewica niebezpiecznie często recytuje własne wyznanie wiary, niż opisuje realnie istniejący Zachód (Europy).
Neoliberalizm i jego dogmaty zostały w ostatnich latach ostatecznie skompromitowane? Yes but no. Tak, na ulicy, wśród tzw. zwykłych ludzi; na poważnych uniwersytetach i wśród intelektualistów; na łamach prestiżowej prasy (już nie tylko w niszowych bastionach lewicy). Czasem nawet w telewizji, choć np. w BBC to raczej w programach satyrycznych („The Daily Mash” zrobił np. znakomity segment ostro jadący po tym, że „polityka zaciskania pasa się skończyła”), a w publicystyce głównie w programach, w których do panelu zaproszonych jest wystarczająco wielu gości, żeby znalazło się wśród nich miejsce dla rapera Akali, przebojowej Ash Sarkar lub Johna McDonnella. Cały szkopuł w tym, że po kryzysie finansowym 2008 neoliberalizm stracił swoją społeczną legitymizację, nikt nie wierzy już w to, co neoliberałowie wygadują – ale nie stracili oni nic ze swojej władzy. Kapłani neoliberalizmu wciąż okupują zachodnioeuropejskie ministerstwa finansów i gospodarki oraz banki centralne, w tym najważniejszy z nich, Europejski Bank Centralny.
Zachód prawdziwy
W Wielkiej Brytanii polityka zaciskania pasa według oficjalnych statystyk zabiła co najmniej 120 tysięcy ludzi, którym utrudniła dostęp do wymaganej opieki medycznej, pozbawiła zasiłków, pozbawiła dachu nad głową. Rząd w Londynie do dzisiaj polityki zaciskania pasa nie zarzucił, pomimo potępiającego raportu opublikowanego przez wysłannika Organizacji Narodów Zjednoczonych. W strefie euro elity finansowe i przemysłowe (głównie niemieckie) wykorzystały kryzys ekonomiczny do tego, by społeczeństwom południowego pasa kontynentu dokręcić jeszcze bardziej neoliberalną śrubę, w pierwszej kolejności pokazowo zarzynając Grecję. Berlin do dzisiaj nie zdjął Atenom buta z gardła. Jedynym społeczeństwem Eurozony, któremu udało się wywinąć narzucanej przez Berlin neoliberalnej polityce zaciskania pasa, jest malutka, położona na najdalszej krawędzi kontynentu Portugalia, która miała szczęście, że w tym sam samym czasie, w znacznie większym, ważniejszym ekonomicznie kraju ówczesny jego premier David Cameron zmajstrował Brexit, co odwróciło uwagę eurokratów. Ale nawet Portugalia może się jeszcze przekonać, że to czas jedynie pożyczony.
„Ostateczna kompromitacja neoliberalizmu na Zachodzie” w związku z kryzysem, który zaczął się w 2008 roku, nie była na tyle ostateczna, żeby odsunąć neoliberałów od władzy. Wręcz przeciwnie, neoliberałowie wykorzystali kryzys, by przyssać się do władzy jeszcze mocniej i nie dbać już nawet o pozory demokratycznej legitymizacji. Antyspołeczne reformy prezydenta Emmanuela Macrona we Francji, władcy neoliberalnego par excellence, już prawie rok wywołują tydzień w tydzień protesty, które paraliżują duże miasta w kraju. Nic nie jest jednak w stanie zmusić króla Manu do abdykacji albo zmiany kierunku. To dlatego, że nie mają już demokratycznej legitymizacji, by się bronić przed gniewem ludu, neoliberałowie rozbudowują aparat represji, prężą muskuły policji, demontują mechanizmy obrony wolności osobistych i politycznych (katalońscy więźniowie polityczni w Hiszpanii, krwawe pacyfikacje protestów we Francji, masowe szpiegowanie społeczeństwa w Wielkiej Brytanii).
Dobrze jest w celach polemicznych wytykać „liberałom” wszystko, co przegapili z wydarzeń ostatniej dekady i z ekonomii w ogóle. Ale bezkrytycznie powtarzając, że „na Zachodzie neoliberalizm jest w odwrocie”, a niezachwiane tamtejsze państwo opiekuńcze tylko czeka także na nas, Polaków, tylko się okłamujemy. Neoliberałowie trzymają się w Europie mocno. Państwo opiekuńcze, przykrawane po trochu od kilkudziesięciu lat, od dekady podlega wznowionej, coraz silniejszej ofensywie z ich strony. Jego pełzający demontaż postępuje nawet w Szwecji, „matce państw opiekuńczych”. Okłamywanie się, że jest inaczej – że wystarczy tylko przyłączyć się do zachodnich trendów, by wreszcie przeszczepić dobrobyt również do Polski – nie pomoże nam stawić czoła rzeczywistości.
Źródło mitu
Rozmawialiście kiedyś ze zwolennikami Emmanuela Macrona? Ale takimi prawdziwymi, co głosowali na niego z przekonania, a nie ze strachu przed Marine Le Pen? Macrona, bo jego jeszcze tak niedawno neoliberalne „skrajne centrum” prezentowało jako swoją nadzieję na tchnięcie w projekt europejski nowego życia. Ja rozmawiałem. To są ludzie, którzy nierzadko naprawdę nie znają nikogo, kto by popierał „żółte kamizelki”. Nie potrafią sobie wyobrazić, co może tymi ludźmi kierować. „Przecież reformy są konieczne”. Kiedy patrzą na wschodnioeuropejskie państwa Unii Europejskiej, to nie myślą o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy te społeczeństwa dorównają wreszcie do zachodnich płac, poziomów uzwiązkowienia i zabezpieczeń socjalnych. Oni na Europę Wschodnią patrzą z zazdrością – na łatwość, z jaką tam można zwalniać na ludzi; na niskie koszty, po jakich można zatrudniać nawet personel wysoko wykształcony; na zniszczone i bezsilne związki zawodowe, które prawie nigdy nie strajkują. Oni nie chcą, by Europa Wschodnia dorównała Zachodniej. Oni chcą, by Zachodnia równała do Wschodniej. Kiedy polska lewica wyobraża sobie, że w Unii Europejskiej chodziło o to, żeby na całym kontynencie podnieść poziom i jakość życia do tego, jaki znają mieszkańcy Holandii czy Niemiec, zachodnioeuropejscy neoliberałowie à la Macron, którzy bynajmniej nie odeszli do historii, marzą raczej o tym, żeby całą Europę przekształcić na podobieństwo dzikiego kapitalizmu zaprowadzonego w latach 90. XX wieku w poddanej terapii szokowej Europie Wschodniej.
Jestem przekonany, że problem mitu Zachodu, jaki wciąż panuje w Polsce na lewicy, ma swoje źródło w kolosalnym nieporozumieniu. Polska lewica wyobraża sobie do dzisiaj, że Unię Europejską założono z pobudek wyłącznie idealistycznych i uniwersalistycznych – żeby nie było więcej wojny w Europie, żebyśmy się wszyscy rozumieli, żyli bliżej, „w jednej wielkiej europejskiej rodzinie”, w rosnącym wszędzie dostatku. Fakt, że jest to instytucja neoliberalna, traktują jako jej – by tak rzec – przygodną, tymczasową właściwość. W neoliberalnych czasach, „jedna wielka europejska rodzina” też się stała neoliberalna, bo taki był polityczny i ekonomiczny klimat.
Jest to jednak, niestety, pomieszanie przyczyn ze skutkami. To, że Europa jest dzisiaj tak neoliberalnym miejscem; to, że neoliberalny reżim akumulacji kapitału jest do dziś tak trudny do naruszenia, a nawet wciąż czyni postępy, pomimo iż od dekady nie ma już żadnej społecznej legitymizacji – jest właśnie wytworem Unii Europejskiej, jej instytucji, jej regulacji, jej wspólnej waluty. Żadna wartość nie podlega w Europie większej ochronie niż wolność cyrkulacji kapitału i neoliberalna konkurencja. To UE uczyniła nasz kontynent takim miejscem i niestrudzenie czyni go takim z każdym rokiem coraz bardziej. Najwyższy czas, byśmy jako lewica dorośli do faktu, że skoro tak to wygląda, to być może od początku o to przede wszystkim chodziło. Wszystkie inne – bardziej idealistyczne, uniwersalistyczne użytki z integracji europejskiej – wydarzyły się przy okazji, dla ściemy (żeby na „projekt europejski” złapać także lewicę), a czasem wręcz na przekór głównemu celowi całego tego przedsięwzięcia.
Polska jest jednym z ostatnich miejsc w Europie, w których organiczny związek między Unią Europejską i neoliberalizmem pozostaje wciąż do odkrycia dla większości lewicy. Jak to ujmuje np. brytyjski dziennikarz i eseista Richard Seymour, Unia Europejska powstała jako forum, na którym poszczególne narodowe burżuazje uzgodnią wspólne ramy dla neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału w taki sposób, żeby później przedstawić je poszczególnym swoim społeczeństwom jako „siłę wyższą”, znaki czasu, rzeczy, z którymi nie da się dyskutować, a przez to wyłączane, jedna po drugiej, poza demokratyczną kontrolę. Wchodząc głębiej w szczegóły, europejski Zachód (państwa założycielskie wspólnot europejskich) pełnił tu rolę architekta rozwiązań, a przyłączające się później państwa południowych i wschodnich peryferii kontynentu – uczniów, którzy mieli się wykazać, dobrze je wdrażając. Neoliberalne spustoszenie mści się teraz wszędzie rosnącą w siłę skrajną i populistyczną prawicą. Polska lewica tymczasem – jej ogromna część – wydaje się do dzisiaj pogrążona w śnie, w którym Unia Europejska, jej rozwinięty Zachód, jest ratunkiem od obu demonów przez nią samą rozpędzonych: neoliberalizmu i skrajnej/populistycznej prawicy.

Chicago Boys na falach Dniepru

Temu rządowi nie będzie łatwo – powiedział 35-letni Ołeksij Honczaruk krótko po tym, gdy złożył ślubowanie przed Radą Najwyższą i objął w czwartek 29 sierpnia stanowisko premiera Ukrainy. Czy będą to słowa prorocze? To się dopiero okaże, ale z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć co innego – pod rządami Sługi Ludu najtrudniej będzie ukraińskiemu społeczeństwu.

Na razie nie cichną wyrazy zachwytu nad najmłodszym w historii szefem ukraińskiego rządu. Polski Ośrodek Studiów Wschodnich wystawił mu entuzjastyczną ocenę, nazywając go „uznanym specjalistą w swojej dziedzinie”, chociaż przyznał, że Honczaruk, prawnik z wykształcenia, ma w zarządzaniu doświadczenie niewielkie. Inni się nie ograniczają: według komentatora i członka ukraińskiego klubu dyrektorów dużych firm (CEO Club) Tarasa Kozaka powstał „cudowny rząd”, zdaniem szefa ukraińskiej służby celnej Maksyma Nefiodowa zaistniała „nadzwyczajna koncentracja ludzi godnych i profesjonalnych”, gratulacje złożył przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu Kurt Volker. Najbardziej w sedno trafił jednak, pokazując zarazem źródła tego powszechnego niemal zachwytu Siergiej Fursa, analityk funduszu inwestycyjnego Dragon Capital.
– Honczaruk i Spółka – to najlepszy gabinet, jaki zdarzył się w całej historii Ukrainy. Właśnie oni mogą stać się „Chicago Boys&Girls”, jeśli będą mieć wsparcie prezydenta i parlamentu – napisał Fursa. Byłoby jeszcze trafniej, gdyby zamiast „mogą stać się” napisał po prostu „będą”. W kraju, gdzie skutecznie wycięto z debaty politycznej jakąkolwiek lewicową czy choćby delikatnie prospołeczną myśl, i tak nie wzbudziłby żadnych kontrowersji. Neoliberalizm i rozścielanie czerwonego dywanu przed biznesem, w połączeniu z pogardą dla zwykłych ludzi, to w ukraińskich warunkach synonim „skutecznego reformowania” czy „uzdrawiania państwa”. A o tym, że nowy rząd ma takie właśnie plany, międzynarodowa opinia publiczna zdążyła się już dowiedzieć – nawet szybciej niż ukraińska. Ołeksij Honczaruk, będąc jeszcze „tylko” zastępcą szefa prezydenckiej administracji, przedstawił program partii Sługa Narodu i prezydenta Zełenskiego dla Ukrainy w końcu lipca w wywiadzie dla „Bloomberga”. Dziennikarze tego tytułu podsumowali rzecz krótko: Ukraina zamierza iść drogą terapii szokowej na wzór Polski i Węgier sprzed 30 lat.
Bo i Honczaruk nie owijał w bawełnę: w pierwszej kolejności wskazał jako strategicznego partnera Kijowa Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a nowy kredyt z tego źródła jako jedyną faktycznie szansę dla swojego państwa. Świetnie wiedział też, a przynajmniej próbował oszacować, jaka będzie cena pożyczki: stwierdził, że współpraca z MFW to konieczność wystawienia na sprzedaż udziałów w około dwustu przedsiębiorstwach, które choćby w części należą do państwa ukraińskiego i jeszcze przedstawiają jakąś wartość. Byłyby to, doprecyzował, także takie podmioty jak przewoźnik kolejowy (Ukrzaliznycia) i ukraińska poczta. Ale prawdziwym łakomym kąskiem dla inwestorów ma być co innego: jeszcze w tym roku, zapowiedział, Rada Najwyższa wycofa obowiązujące od 2001 r. moratorium na obrót ziemią. Prawdopodobnie także dla nabywców z zagranicy, ale tę kwestię, podobnie jak kilka innych szczegółowych regulacji władze w Kijowie będą jeszcze omawiać z Bankiem Światowym.
Terapia szokowa, podejście drugie
Wielką prywatyzację i wyprzedaż resztek państwowego majątku Ukrainy, łącznie z gruntami, neoliberalni doradcy podsuwają Kijowowi, odkąd zwyciężył Majdan. W rządzie Arsenija Jaceniuka w latach 2014-2016 zasiadał nawet człowiek, który zupełnie zasłużenie zapracował na nadaną mu przez dziennikarzy ksywkę „Likwidator”. Chodzi o litewskiego finansistę, naturalizowanego Ukraińca Aivarasa Abromavičiusa, ministra rozwoju gospodarczego i handlu. Jego pomysł na stymulowanie rzeczonego rozwoju jako żywo przypominał recepty Leszka Balcerowicza: deregulacja, prywatyzacja, cięcia wydatków publicznych. O kryzysie, jaki dotknął ukraińską gospodarkę po raptownym zerwaniu wymiany z Rosją mówił: wyjątkowa szansa, w domyśle – na terapię szokową.
Jeśli wtedy nie doprowadził swoich planów do końca, to głównie dlatego, że w ramach deregulowania i prywatyzowania chciał również przyciągać zagraniczny biznes i podważyć wszechwładzę lokalnych kleptokratów. Łącznie z przyjaciółmi samego prezydenta Poroszenki. Ci zaś się nie dawali. Gdy w lutym 2016 r. Abromavičius składał dymisję, ambasadorowie dziesięciu krajów z USA, Niemcami i Francją głośno wyrażali niezadowolenie.
„Likwidator” nie zniknął z Ukrainy: wypłynął w kampanii wyborczej Zełenskiego jako jeden z jego doradców ekonomicznych. Pozostawił też po sobie think-tank BRDO, Biuro Efektywnego Regulowania, finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Kanady, chwalący się też współpracą z Bankiem Światowym. Nietrudno się domyślić, jak BRDO definiuje swoje cele: chce czynić z Ukrainy miejsce maksymalnie przyjazne dla biznesu, deregulować, przyciągać inwestorów. Funkcję jego dyrektora pełnił przez ostatnie cztery lata nie kto inny, jak właśnie obecny premier Honczaruk.
Niejasne pozostaje tylko, czy Zełenskiemu i jego szefowi administracji Andrijowi Bohdanowi zarekomendował go bezpośrednio Abromavičius, czy też do prezydenckiego gmachu na Bankowej przyprowadził Honczaruka Dmytro Dubiłet, założyciel internetowego Monobanku i człowiek z otoczenia oligarchy Ihora Kołomojskiego. Biznesmen Dubiłet dostał zresztą w „reformatorskim” rządzie stanowisko ministra bez teki. Desant z BRDO w elitach władzy uzupełniają Denys Maluśka (minister sprawiedliwości) i Ołeksij Orżel (minister energetyki) oraz deputowani Sługi Ludu Ołena Szulak i Witalij Bezhyn. Świetnie pasuje do nich również Tymofij Myłowanow, który nie pozostawił wątpliwości, że jako minister gospodarki zamierza cyfryzować, deregulować, prywatyzować.
Biznesowi przywileje, pracownikom…
Czym dla zwykłych Ukraińców skończy się taka konfiguracja rządowo-biznesowa, nie mają wątpliwości aktywiści z grupy Socialny Ruch, jedni z nielicznych nad Dnieprem odważnych ludzi walczących o prawa pracownicze. Na to, że Honczaruk w swoim expose zwrócił uwagę na to, że 10 mln jego współobywateli żyje na granicy nędzy i zapewnił, że się z tym godził nie będzie, wzruszają ramionami.
– Na podstawie jego propozycji rząd [poprzedni – przyp. MKF] unieważnił ogromną liczbę ustaw dotyczących ochrony pracowników, co doprowadziło wręcz do wzrostu liczby śmiertelnych wypadków w pracy – piszą o premierze. – Po nowym rządzie nie należy spodziewać się niczego oprócz przywilejów dla biznesu, ograniczenia kontroli państwowej, zwiększenia długu publicznego i prywatyzacji. Konieczne jest, by spotkał się z opozycją ze strony sił prospołecznych i związków zawodowych. Tylko to powstrzyma wzrost ubóstwa i pogardy dla życia w imię „interesów rynku”.
Tyle, że opozycja w Radzie Najwyższej zrobić wiele nie może, gdy Sługa Ludu ma absolutną większość. A na wypadek, gdyby zaczęła organizować się poza radą, Zełenski z Kołomojskim się zabezpieczyli: w resorcie spraw wewnętrznych pozostał Arsen Awakow. To z jego nazwiskiem ukraińscy obrońcy praw człowieka, także ci o liberalnej orientacji, łączą przymykanie oka na ekscesy nacjonalistycznych radykałów (czy wręcz wspieranie ich przez resorty siłowe) i rażącą bezradność państwa w obliczu napaści na niezależnych dziennikarzy czy lokalnych aktywistów krytykujących np. korupcję w policji. Теraz piszą o sprzeniewierzeniu się hasłom z kampanii wyborczej i porzuceniu wyborców, którzy przecież oczekiwali alternatywy i zmian na lepsze, a nie konsolidowania wpływów przez jedną z twarzy poprzedniego rządu. Przeciwko pozostaniu Awakowa w resorcie spraw wewnętrznych udało się nawet zorganizować protest uliczny, z wiadomym – czyli zerowym – skutkiem.
„Niespodziewane” rozczarowanie
Tyleż mocny, co emblematyczny w tej dyskusji jest wpis, jaki zamieścił Dmytro Łychowy, redaktor portalu internetowego Nowinarija. Autor zarzuca Zełenskiemu zdradę wyborców, wypomina, że w odróżnieniu od Poroszenki, który do rządzenia potrzebował przyzwolenia różnych koterii i musiał dogadywać się z Awakowem, żeby nie upadł jego rząd, aktualny prezydent ma w parlamencie większość absolutną. Gdyby chciał, przekonuje dziennikarz, mógłby zmieniać kraj, w dowolnym kierunku i przy entuzjazmie wyborców.
– Wybrał jednak inną drogę. Stał się takim samym smokiem, jaki rządził wcześniej. Ma swojego Bohdana. Ma nie swojego Awakowa, który stał się częścią podziału władzy. Ma Kołomojskiego, który wpływa na liczne decyzje kadrowe – pisze rozgoryczony Łychowy, występując niczym głos wszystkich tych niejednorodnych grup wyborców, które zaufały Zełenskiemu, bo tak bardzo miały dość Poroszenki, że były gotowe uwierzyć w aktora bez programu politycznego i jego pośpiesznie sklejaną z przypadkowych elementów partię. Tak bardzo miały dość oligarchicznej kleptokracji, że nawet nie przeszkadzał im Kołomojski krążący wokół „świeżego kandydata”. I dopiero teraz powoli przekonują się, komu ten uśmiechnięty mężczyzna miał utorować drogę.
Nadzorcy
Bolesne przebudzenie tych, którzy ciągle się łudzą, nastąpi niedługo. Spotkanie premiera Honczaruka z delegacją MFW to kwestia kilku tygodni, ale jeszcze wcześniej zdominowana przez samozwańczych Sługów Ludu Rada Najwyższa może zająć się pierwszymi projektami, które były szef BRDO ma w zanadrzu. Jak powiedział portalowi nv.ua szef prezydenckiej frakcji w radzie Dawid Arachamija, czekają one tylko na moment, gdy zyskają pozytywną opinię Amerykańskiej Izby Handlowej, European Business Association (kolejnego podmiotu troszczącego się o zachodnie biznesy nad Dnieprem) i Ukraińskiego Związku Przedsiębiorców. Kto zaopiniuje nowe projekty z punktu widzenia ludzi, pracowników? Pytanie oczywiście retoryczne.
Obawa o to, że Zełenski jednak zechce wsłuchać się w głos zubożałych wyborców, a Honczaruk tylko mówi o prywatyzacji, w umysłach liberalnych entuzjastów nowego rządu nie zaistniała ani na chwilę. Z fali zachwytów nad rządem „ekspertów i menedżerów” nie wybija się ani jeden głos przestrzegający przed „populizmem” czy „nadmiernym oglądaniem się na roszczeniowych ludzi” – słudzy i klakierzy wielkiego biznesu nie boją się, że Sługa Ludu faktycznie będzie godny swojej nazwy. Martwi ich co innego – czy ambitna ekipa deregulatorów nie podzieli losu swojego prekursora Abromavičiusa, gdy wspierając kapitał zagraniczny wejdzie w drogę interesom aktualnego pierwszego wśród oligarchów Ihora Kołomojskiego. I znowu najpewniej nadzieje i obawy tych kręgów wyraził Siergiej Fursa: „Jesteśmy na Ukrainie, a więc bez nadzorcy się nie da. Dobrze, że chociaż zrobiono Dubiłeta tylko prostym i niepojętym «ministrem rady ministrów», zamiast dać człowiekowi Kołomojskiego wyższe stanowisko. Chociaż trudno będzie wyjaśnić zagranicznemu inwestorowi, dlaczego członek zarządu Prywatbanku i syn przewodniczącego zarządu Prywatbanku z czasów Kołomojskiego, gdy z tego banku wyprowadzono pieniądze, zasiada w rządzie, a nie na ławie oskarżonych”.

Daleko od centrum

O metropoliach, peryferiach, liberałach i niezrozumieniu

Porażka kandydata partii Erdogana na stanowisko burmistrza Stambułu w powtórzonych wyborach municypalnych w Turcji wywołała nowy wybuch radości wśród liberalnych komentatorów. Część nie zawahała się nawet ogłosić, że to symboliczny początek procesu cofania się wpływów prawicy, populistów (szeroko rozumianych) czy ogólnie wszelkich kontestatorów (neo)liberalizmu.
Myślę, że to jest mylne stanowisko. I nie przemawia za tym sądem schadenfreude czy „chciejstwo”. Żeby odrzucić powierzchowny optymizm neoliberałów wybuchający cyklicznie, gdy w dowolnym miejscu w Europie populistyczna prawica poniesie porażkę, wystarczy popatrzeć trochę szerzej.
Odwołam się do koncepcji świata jako systemu centrów, półperyferii i peryferii, która znalazła odzwierciedlenie w pracach Immanuela Wallersteina, a także mniej znanych rozważaniach Fernanda Braudela, Karla Polanyiego, Josepha Schumpetera i Fernando Cardoso. Opisuje ona doskonale zglobalizowany świat, gdzie kapitał wieje kędy chce i lokuje się tam, gdzie maksymalizują się zyski. Taki świata to struktura, gdzie podział pracy odnosi się do sił i relacji produkcji światowej gospodarki jako całości. Prowadzi do istnienia dwóch wzajemnie zależnych regionów: centrum i peryferii.
Hegemoniczne centrum niczym odkurzacz wysysa z peryferii produkcję. Tańszą, gdyż siła robocza jest utrzymywaną w ryzach przez kapitał, który gra jej lokalnymi doświadczeniami, instrumentalizuje odpowiednie komponenty kultury. Nie wykształca się w niej świadomość klasowa, utrzymuje się bieda. Lepsze szkolnictwo i oświata, dostęp do dóbr kultury, szersze możliwości rozwoju personalnego lokują się w centrach. One też importują z peryferii zasoby intelektualne, ludzi rzutkich, nonkonformistycznych i otwartych na nowości. Tym samym peryferie i półperyferie (swoiste strefy buforowe) tkwią w marazmie, doświadczając regresu cywilizacyjno-kulturowego.
Asymetryczna i nierównomierna wymiana, systematyczny przekaz nadwyżek z półperyferii i peryferii do wysoce technologicznego, naukowego centrum prowadzić musi do zawężania miejsca akumulacji kapitału. To znany z epoki kolonialnej sposób ograbiania pozaeuropejskich regionów świata i budowania dobrobytu Europejczyków na bazie krzywdy i wyzysku tych innych. Różnice w jakości życia, poczuciu spełnienia i satysfakcji, a przede wszystkim – w poziomie wykształcenia, dostępie do usług publicznych z ochroną zdrowia na czele między królującą metropolią a podległym interiorem stale się powiększają.
Ten globalny mechanizm działa też w obrębie poszczególnych państw. Metropolie, gigantyczne megalopolis (w tym wielomilionowi rekordziści, jak np. ujście rzeki Perłowej w Chinach, rejon San Paulo w Brazylii czy Mexico City) niczym odkurzacz degradują krajowe peryferia. Widzimy to też na przykładach Nowego Jorku, Moskwy, czy wreszcie Warszawy. Gdzie do nich – we wszystkich aspektach życia – odpowiednio: stanom środkowej Ameryki jak Iowa czy Kansas, rosyjskiemu Dagestanowi czy popegeerowskim terenom Pomorza Zachodniego. Frustracje, poczucie niesprawiedliwości i kolonialnego wręcz wyzysku postępują analogicznie jak w relacjach globalnych. Dlatego tak popularny stał się separatyzm regionalny, który jednak, w warunkach neoliberalnego kapitalizmu, niczego rozwiązać nie może.
Napięcia pomiędzy metropoliami a interiorem (sprowadzane często do prymitywnych antynomii przeradzających się we wzajemną pogardę) owocuje dramatycznym, podziałem na elity i tzw. lud, albo, jak zdarza się tym elitom stwierdzić, motłoch. Takimi (i gorszymi) terminami operując ci, którzy powinni temu ludowi przekazywać owo „oświecenie” i narzędzia do zrozumienia rzeczywistości. Na zasadzie paternalistycznych i kolonialno-wyniosłych form debaty nic się nie osiągnie, poza polaryzacją.
Erdogan – od którego zaczęto ten tekst – ale i Kaczyński, Orban, Salvini, Farage, Thulesen-Dahl (Duńska Partia Ludowa), Szwajcarska Partia Ludowa, Austriacka Partia Wolności, a przede wszystkim Donalda Trumpa, to efekty tej dychotomii. A mainstream i elity dalej nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Doskonale ten problem przedstawił amerykański analityk Atlantic Council, Global Energy Center i Heritage Foundation, współpracownik Forbesa i Bloomberga, dr Ariel Cohen. Stwierdził, że jego żona powtarza mu – w perspektywie coraz bardziej prawdopodobnej drugiej kadencji Trumpa – iż ci, którzy latają z Baltimore, Nowego Jorku i Bostonu samolotami do Los Angeles, San Franciso i Seattle nad głowami Amerykanów z Alabamy, Iowy, Wisconsin czy Kansas absolutnie nie wiedzą, co tam się dzieje na dole. Tak wielki jest już rozdźwięk między centralnie ulokowanymi elitami czerpiącymi pełnym garściami z postępu i rozwoju, a ludźmi peryferii. To, co zostało powiedziane o Ameryce, równie dobrze może pasować do Turcji, Niemiec, Francji – i Polski.
Dopóki liberalny mainstream i przyklejająca się do niego umiarkowana lewica nie zrozumie tej prostej prawdy, wyartykułowanej nie przez żadnego wywrotowca, ale amerykańskiego analityka i zwolennika hegemonii Waszyngtonu, nic albo – prawie nic, się nie może zmienić. I raz po raz będą pojawiać się zaskoczenia, zdziwienie i niedowierzanie.