Zapobiec katastrofie

Fundamentalną zasadą stabilnych ekosystemów jest różnorodność. Nie inaczej jest na polu debaty publicznej w kwestii konstruowania planów niskoemisyjnej energetyki.

Lektura lutowego numeru Dzikiego Życia pt. „Nie ma drogi na skróty” nie daje czytelnikowi, w mojej skromnej opinii, szansy na usłyszenie różnorodnych głosów w debacie o przyszłym systemie energetycznym. Taka monokultura grozi niepowodzeniem wysiłków jakie podejmujemy aby uchronić się przed katastrofa klimatyczną, oraz zachowaniem resztek dzikiego życia, które marnieją na naszych oczach.

Nauka jednoznacznie mówi, że jeśli przekroczymy progi emisji (tzw. budżet węglowy), jak i nie zmniejszymy szybko naszego nacisku na środowisko, czeka nas i otaczającą nas biosferę katastrofa, być może największa w historii geologicznej planety.

Jednym z warunków zapobieżenia temu niebezpieczeństwu jest konieczność przeprowadzenia wyjątkowo trudnej transformacji energetycznej.

Nie możemy doprowadzić do tego, żeby pod niewątpliwie słusznym szyldem konieczności gwałtownych redukcji emisji gazów cieplarnianych prowadziła ona do wzrostu brutalnej antropopresji na terenach, które dziś są we władaniu natury. Tymczasem praktyka pokazuje, że takie działania mają miejsce na naszych oczach.

Na podlegającej ochronie polanie przy granicy Białowieskiego Parku Narodowego próbowano zbudować elektrownie fotowoltaiczną, nieco dalej od parku turystów odstrasza wiatrak, istnieją też zaawansowane plany budowy peleciarni obok znanej agroturystyki. Potężna farma słoneczna, częściowo położona na obszarach Natura 2000 w Górach Izerskich aktywizuje sprzeciw lokalnej społeczności, farmy wiatrowe powstają masowo na terenie cennych torfowisk, przydrożne drzewa wycinane są by umożliwić transport elementów turbin wiatrowych. Czytamy też o nieskutecznym, acz słusznym, proteście Greenpeace przeciw nowej elektrowni na cennych bagnach Kentu.

To jednak tylko preludium – setki miliardów euro zostaną w najbliższych latach wydane na rozwój energetyki w ramach Europejskiego Zielonego Ładu. Jeżeli chcemy unikać dalszych konfliktów z przyrodą, musimy krytycznie przyjrzeć się możliwości zaspokojenia potrzeb, które za tymi wydarzeniami stoją.

Wszystkich nas czekają więc niełatwe wybory (często bez zwycięskich rozstrzygnięć), często będziemy zmuszeni wybierać między wartościami przyrody i dobrobytu wielu ludzi. Będziemy musieli patrzeć na każdy element transformowanej energetyki.

W natłoku różnych przymiotników dotyczących energii takich jak „demokratyczna”, „rozproszona”, „obywatelska”, „zielona” łatwo jest zgubić te dwa podstawowe: energetyka powinna być przede wszystkim niskoemisyjna i jak najmniej obciążająca środowisko.

Jakkolwiek romantyczny nie wydawałby się powrót do „prostego” i zgodnego z naturą życia, jest on już dzisiaj niemożliwy do realizacji. 8,5 miliarda ludzi w żadnej sposób nie jest w stanie powrócić „do korzeni”, jakiekolwiek by one nie były. Wiązałoby się to z upadkiem cywilizacji wraz z wszystkimi jej niekwestionowanymi zdobyczami takimi jak np. prawa człowieka. Pierwszą ofiarą takiej „transformacji” byłaby właśnie dzika przyroda, spalona i zjedzona przez tłumy. Dzikie życie jest dziś niestety zakładnikiem dobrostanu ludzkości i vice versa. Jest pasażerem Statku Ziemia, w którym my pełnimy rolę załogi.

Cała nasza ludzka historia jest drogą specjalizacji i pokonywania przeciwności. Dziś ten nasz biologiczny głód rozwoju trzeba przekuć w wolę pokonywania wyzwań związanych ze zrównoważeniem naszej egzystencji. Przecież skoro możemy chodzić po Księżycu, możemy też zasilać nasze miasta bez dymu i bez ognia, prawda? Dla mnie jest to bardzo piękne i szlachetne wyzwanie, które należy połączyć ze zmianą świadomości, ograniczeniem rozbuchanej konsumpcji i poprawą efektywności energetycznej.

Przysłowiowym „słoniem w pokoju” jest jednak fakt, że energetyka jądrowa która w UE zapewnia aż 25% elektryczności i tym samym oszczędza przyrodę oraz ludzi. Rezygnacja z niej stawia pod znakiem zapytania nasze klimatyczne cele. Nie możemy tego problemu dalej ignorować. Technologia ta nie jest doskonała, bo i ludzie, którzy ją stworzyli, tacy nie są i nigdy nie będą. Jednak w obliczu gigaton dwutlenku węgla w atmosferze i oceanach, dla których wciąż nie znaleźliśmy ostatecznego składowiska, musimy podjąć rękawicę i rzetelnie rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Możemy się nie zgadzać co do konkluzji, ale przynajmniej powinniśmy się nawzajem wysłuchać opierając się na faktach.

Warto zmierzyć się z różnorodnością poglądów i argumentów, bo tylko poprzez ich zestawienie możemy wypracować najefektywniejsze rozwiązania. Jesteśmy to winni dzikiej przyrodzie, która nas otacza, bo – chcąc nie chcąc – jesteśmy jej częścią a jednocześnie największą dla niej szansą, jaki i zagrożeniem.

Dziś jesteśmy świadkami ponownej karbonizacji niektórych krajów, tam gdzie przedwczesne wyłączenie niskoemisyjnego atomu prowadzi do budowy nowych elektrowni gazowych. Trudno uciec od skojarzenia, że proces ten jest oparty o podobne mechanizmy poznawcze co kompulsywna wycinka drzew. Łatwiej jest bowiem całkowicie wyeliminować pojedyncze ryzyko, jakkolwiek małe by ono nie było małe, niż przeprowadzić skomplikowaną analizę kosztów alternatywnych.

Bez przepracowania tego smutnego zjawiska nie będziemy w stanie pójść do przodu, cofając się za każdym razem gdy uczynimy jakieś postępy.

Oto kilka przykładowych pytań, które warto byłoby zadać i przedyskutować, a które nie padły w lutowym numerze Dzikiego Życia:

Jaką konkretnie skalę rozproszonej energetyki nasza przyroda jest w stanie wytrzymać? Jakim kosztem?

Jak postulaty prywatyzacji i liberalnego urynkowienia energetyki wpłyną na kwestie sprawiedliwości społecznej w nadchodzącej transformacji energetycznej?

Jak duży będzie wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną po zelektryfikowaniu ogrzewania i transportu i jak zaspokoić ten ogromny przyrost? Jak te potrzeby zaspokoić?

Jak uchronić się przed wersją demokracji energetycznej w której prawo głosu w systemie, na wzór czasów wiktoriańskich, mają tylko majętni właściciele dachów i łąk? Jak zadbać o ubogich lub osoby wynajmujące mieszkania, które oczekują stabilnych cen energii?

Jak przeciwdziałać antropopresji wywołanej wzrostem cen gruntów na skutek rozwoju energetyki opartej o biogaz i biomasę?

Jakie struktury władzy utrwalają gigantyczne farmy off-shore i czy można zaliczać je do obywatelskiej demokracji energetycznej? Jeżeli tak, to dlaczego argument też używany jest przeciw energii jądrowej?

Jak duży udział obecnych zeroemisyjnych planów transformacji (również w raportach IPCC) opiera się na spalaniu biomasy? Jak pogodzić głód energetyki na biomasę z potrzebami rolnictwa regeneratywnego?

Jaki wpływ na przyrodę będą miały wszystkie nowe technologie, takie jak gospodarka wodorowa i masowe wykorzystanie mega baterii? Niestety nie funkcjonują one jeszcze nigdzie w skali, która pozwalałaby na rzetelną ocenę tego wpływu.

W 150 lat wyemitowaliśmy do biosfery węgiel, którego magazynowanie trwało dziesiątki milionów lat. Odrzucając “tabletkę energetyczną”, jaką niewątpliwie jest atom, jakim naturalnym procesem możemy ten trend stosunkowo szybko odwrócić by po sobie biosferę zatrutą węglem posprzątać? Czy nie jest to kolejny raz, gdy śmietnisko atmosferycznego CO2 pozostawiamy przyrodzie do posprzątania, odrzucając naszą odpowiedzialność za to, co już wyemitowano?

Te i inne podobne pytania, niekoniecznie z prostymi odpowiedziami, mogłyby się przyczynić do zwiększenia różnorodności debaty o nadchodzącej transformacji energetyki i znacznie pomóc w wypracowaniu sprawiedliwych i prawdziwie zielonych rozwiązań. Mam nadzieję, że mój głos polemiczny będzie miał szansę wybrzmieć na łamach miesięcznika.

Nam powietrza tutaj nie trza!

Z wielką radością przywitałem pozew pięciorga obywateli polskich przeciwko własnemu Państwu. Pięcioro naszych chce od swojej ojczyzny zadośćuczynienia, za to, że ojczyzna ich truje, a że tak jest, wie każdy, kto wyszedł kiedyś na ulicę miasta, miasteczka albo wsi, zwłaszcza w sezonie grzewczym i sztachnął się cudownym, polskim powietrzem. 

Piątka odważnych Polek i Polaków domaga się zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu, m.in. osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2043 roku i zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 60 proc. do 2030 roku. Tymczasem, kiedy ludzie krzyczą, że rząd nasz nic nie robi aby ratować środowisko, Mateusz Morawiecki robi to, co umie najlepiej: mija się z prawdą. Jakiś czas temu ogłosił, że porozumiał się z Czechami w sprawie kopalni w Turowie. Nie minął miesiąc, a okazało się, że Czesi trochę inaczej zinterpretowali słowa polskiego premiera i domagają się sporej kasy za każdy dzień zwłoki przy wygaszaniu kopalni. Jak donosi polska i zagraniczna prasa, eksperci wytykają polskiemu rządowi poważne zaniedbania w polityce klimatycznej. Jak podnoszą, Polska ma nie tylko jeden z najmniej ambitnych celów redukcji emisji w UE, ale nawet już przyjęte, niewystarczające programy klimatyczne nie są u nas realizowane.

Pozywający – jak podkreślają – nie starają się o odszkodowania dla siebie. Chcą dochodzić swoich obywatelskich praw przed sądem, które zapewnić im mają uznanie odpowiedzialności państwa za zapewnienie bezpieczeństwa klimatycznego oraz o zobowiązanie przez sąd rządu do podjęcia działań, które sprawią, że Polska wejdzie na ścieżkę redukcji krajowych emisji CO2 zgodnych ze wskazaniami nauki i międzynarodowymi zobowiązaniami. Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe. I za to biję „złotej piątce” brawo. Tym bardziej, że już od dłuższego czasu sam namawiam moich kolegów z branży, o wystąpienie z pozwem przeciw Państwu za pozbawienie nas, ludzi kultury, możliwości zarobkowania i poważne braki w środkach do życia, w związku z bezprawnym zamrożeniem aktywności koncertowej i brakiem ze strony rządu jakiejkolwiek pomocy. W przeciwieństwie od piątki od klimatu, ja chcę dostać te pieniądze dla siebie, z czym się nie kryję, żeby choć odrobinę się odkuć, zwłaszcza, że dalej tkwimy w zawieszeniu. Zaręczam, nie będzie tego dużo.

Żeby coś wyrwać, najpierw trzeba coś włożyć. W pozwie zapisuje się sumę o którą się bije poszkodowany i od jej wielkości wpłaca się vadium, w niewielkim, ale zawsze jakimś, procencie. Gdyby iść w spór o grube tysiące, trzeba by coś mieć na start, ale skąd tu wziąć, jak złodzieje wyciągnęli spod pleców ostatnią pierzynę. Ja pomyślałem jednak, że zaprocesuję się o…złotówkę. No i, oczywiście, wezmę na siebie, w razie przegranej, koszty procesu. Na takie ryzyko jeszcze mnie stać. Mam znajomego mecenasa, który zrobi to po kosztach. Czekam tylko odpowiedniego dnia. Ten ciągle nie nadchodzi, bo wciąż nie mogę się do tego zebrać. To przez tę pandemię tak mi się porobiło, że trudno mi w sobie znaleźć siły. Zrobię to jednak, żeby nie patrzeć sobie ze wstydem w oczy, że milcząc, po raz wtóry, pozwoliłem zrobić z siebie wielbłąda. I to jeszcze komu: Morawieckiemu z Kaczyńskim. Gorszej obelgi ciężko mi sobie wyobrazić, a proszę mi wierzyć, bardzo trudno się mnie obraża i zohydza.

Tak czy inaczej, serce mi się raduje, kiedy widzę, że ludzie zaczynają brać sprawy w swoje ręce i próbują wyszarpać sprawiedliwość sami, nie czekając zbawienia ni gwiazdki z nieba. Na razie tylko pięciu, ale jest przecież tak, że ktoś musi być pierwszy, jak na każdym zebraniu, czyż nie?

Motoryzacja w obliczu pożądanych zmian

Nowe normy emisji dwutlenku węgla będą oznaczać konieczność wprowadzenia wielu ważnych zmian w funkcjonowaniu przemysłu samochodowego. To również kolejna, niewykorzystana szansa rozwojowa Polski.

Gdy 15 kwietnia 2019 r. przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego zgodzili się na zredukowanie średnich emisji dwutlenku węgla przez nowe samochody osobowe o 15 proc. do końca 2025 r., i o 37.5 proc. do końca 2030, oznaczało to postawienie niełatwej do pokonania przeszkody przed unijnym przemysłem samochodowym.
Nie ma jednak przeszkód, których nie możnaby pokonać przy odrobinie wysiłku – i tak też będzie z dostosowaniem się do zaostrzonych norm emisji.

Trochę trudniej i drożej

Te nowe cele, określone już wcześniej w Porozumieniu Paryskim, są najambitniejsze z dotychczasowych, surowsze niż pierwotne propozycje (zakładające emisję zmniejszoną o 30 proc. do 2030 r.) – no i wyższe niż oczekiwali producenci samochodów.
Stawia to przed europejskim przemysłem motoryzacyjnym wyzwania na trzech polach – ocenia firma analityczno-ubezpieczeniowa Euler Hermes.
Po pierwsze, jest to wyzwanie przemysłowe, ponieważ takie cele będą wymagać zmiany proporcji produkcji układów napędowych, na rzecz pojazdów z alternatywnym źródłem zasilania, czyli głównie elektrycznych. Prognozuje się, że udział takich aut w całym rynku samochodowym powinien przekroczyć 25 proc. aby spełnić wymogi nowych przepisów unijnych.
Po drugie, wyzwanie finansowe. Na podstawie danych z minionych lat, można szacować, że suma kar, naliczonych dla najważniejszych producentów samochodów na rynku europejskim za nie dostosowanie się do norm wyznaczonych na lata 2025 i 2030, osiągnie łącznie około 30 mld euro. Do dziś żaden z nich nie zdołał spełnić wymagań ograniczenia emisji CO2 wyznaczonych na 2021 r (choć może zdążą, bo mają jeszcze półtora roku czasu). Przypomnijmy, że obecny limit to 130 gramów dwutlenku węgla na jeden przejechany kilometr, zaś od początku 2021 r. zostanie on zmniejszony do 95 g CO2/km.
Kary w wysokości ok. 30 mld euro stanowiłyby prawie 45 proc. łącznych zysków netto koncernów samochodowych w Europie, osiągniętych w 2018 r. (67 mld euro). Ponadto, wspomniana wcześniej korekta w proporcji stosowanych układów napędowych, która będzie konieczna do spełnienia celu emisji, pociągnie za sobą znaczący wzrost kosztów produkcji przemysłu samochodowego (o 7 proc. do 2020 r.).
W rzeczywistości jednak, skutki finansowe z pewnością nie będą tak dotkliwe. Nowe samochody będą przecież droższe, co znacząco zmniejszy łączny ubytek zysków przemysłu samochodowego.
Jest też wreszcie wyzwanie handlowe.
„Pełne przeniesienie dodatkowych kosztów produkcji na konsumentów doprowadzi do spadku (według szacunków o 9 proc.) w sprzedaży samochodów do końca 2020 r., i o 18 proc. do 2025 r.” – wskazuje Euler Hermes. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak to się ma do nowych norm emisji CO2, które są wyznaczone przecież na lata 2025 i 2030, ale przyjmijmy, że jakiś spadek sprzedaży nowych samochodów jednak nastąpi. I bardzo dobrze, że nastąpi.

W granicach błędu statystycznego

Mniej sprzedawanych samochodów to korzystna wiadomość dla grzęznącej w korkach i chmurach spalin Europy oraz jej mieszkańców – ale oczywiście nienajlepsza dla właścicieli fabryk motoryzacyjnych. Nie ma się jednak czym przejmować.
Jak ocenia Euler Hermes, konsekwencje wdrożenia zaostrzonych norm emisji dwutlenku węgla zmniejszą o 0.1 punktu procentowego tempo wzrostu francuskiego i niemieckiego produktu krajowego brutto (z niewiadomych powodów o włoskim PKB tu się nie wspomina).
Jest to więc minimalny ubytek, w granicach błędu statystycznego. Może on – choć nie musi – zagrozić istnieniu 60 tys. miejsc pracy w Europie, co w świetle różnych kryzysów przeżywanych wcześniej przez nasz kontynent nie byłoby czymś dramatycznym.
Producenci samochodów zrobią naturalnie wszystko co możliwe, aby ratować poziom swoich zysków. Wykorzystają rezerwy finansowe, zredukują koszty, przeprowadzą dalszą konsolidację branży. Te wszystkie, jak najbardziej korzystne i pożądane rozwiązania (których przecież by nie było, gdyby UE nie wprowadziła kolejnych ograniczeń w emisji CO2) umożliwią im częściowe dostosowanie się do nowych wymogów (w około 30 proc.).
W rezultacie, do końca 2020 r. może nastąpić wzrost średnich cen samochodów o 2.6 proc., spadek liczby rejestracji nowych aut o 3.1 proc, spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2.9 mld euro. Takie mają być skutki wdrożenia tych norm emisji dwutlenku węgla, które zaczną obowiązywać od początku 2021 r.
Jakie będą konsekwencje zastosowania ostrzejszych norm emisji, przewidzianych na lata 2025 i 2030? Po prostu, nie wiadomo – choć można zakładać, że okażą się nieco dotkliwsze.

Europa sobie z tym poradzi

Czy wszystko to stanowić będzie problem dla Europy? Oczywiście nie. Nastąpi wprawdzie spadek zysków koncernów samochodowych (pogłębiony o ewentualne kary za niedostosowanie się do nowych norm emisji) – ale przecież to nie oznacza strat. Branża jako całość, i wszyscy jej ważniejsi przedstawiciele, pozostaną nadal zyskowni. Z spadku sprzedaży nowych samochodów na terenie UE wypada się tylko cieszyć.
Niekorzystną konsekwencją może być natomiast ewentualny ubytek tych 60 tys miejsc pracy, ale w skali całej Unii Europejskiej byłaby to naprawdę niewielka liczba, łatwa do wyrównania w jakiejkolwiek innej dziedzinie aktywności życiowej.
A co nowe ograniczenia w emisji CO2 przez samochody mogą oznaczać dla Polski? Chyba także niewiele. Przez to, że w Polsce dominuje produkcja części, a nie gotowych pojazdów, fabryki w naszym kraju są mniej narażone na skutki zawirowań w europejskiej motoryzacji.
Ponadto, na tle innych krajów europejskich u nas są znacznie niższe koszty pracy (to właśnie z tego powodu, że w Polsce gorzej się zarabia, niektóre koncerny motoryzacyjne ulokowały u nas część swej produkcji). Przy prognozowanym spadku zysków europejskiej branży motoryzacyjnej, możliwość osiągnięcia niższych kosztów produkcji będzie bardzo pożądana – zatem tania siła robocza może być powodem dalszego rozwijania zagranicznych inwestycji motoryzacyjnych w naszym kraju.

Nasza kolejna zmarnowana szansa

Tracimy natomiast inną, wielką szansę – ale nie z powodu wprowadzania kolejnych ograniczeń w wydzielaniu dwutlenku węgla, lecz w wyniku indolencji i cynizmu ekipy rządzącej z Prawa i Sprawiedliwości.
Zwiększone ograniczenia w emisji CO2 oznaczają coraz lepszą koniunkturę dla pojazdów elektrycznych. Polska mogłaby się włączyć w rozwój przemysłu elektro-motoryzacyjnego. Zamysł rozwijania elektromobilności, ogłoszony przez Mateusza Morawieckiego, przewidujący rozpoczęcie produkcji własnych aut elektrycznych, był całkiem rozsądną koncepcją, zakładającą aktywne uczestnictwo Polski w branży, która dopiero zaczyna się rozwijać, więc przewaga innych państw jeszcze nie jest znacząca – i możliwa do nadrobienia.
Ta szansa rozwojowa została już kompletnie zmarnowana. Okazało się, że program elektromobilności był wyłącznie chwytem propagandowym, przedstawionym przez PiS-owską ekipę rządzącą dla potrzeb lepszych notowań w sondażach popularności. Wiadomo już, że nie będzie masowej produkcji polskiego auta elektrycznego.
Inna sprawa, że liderzy PiS od początku nie traktowali serio swoich obietnic rozwoju elektromobilności (jak i bardzo wielu innych). Problem polega na tym, że część wyborców wciąż wierzy w ich, delikatnie mówiąc, bardzo dalekie od prawdy zapowiedzi, dotyczące unowocześniania naszej gospodarki.

Polska truje!

Z raportu „Ostatnim tchem: firmy węglowe zatruwają Europę” dowiadujemy się, że w czołowej dziesiątce producentów energii, którzy emitują najwięcej zanieczyszczeń, są trzy firmy znad Wisły. I nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

 

Poznaliśmy nazwy podmiotów gospodarczych w największym stopniu odpowiedzialnych za degradację jakości powietrza na Starym Kontynencie.
Największy udział mają firmy z największej europejskiej gospodarki – niemieckie RWE, EPH i Uniper and Steag. Polskie przedsiębiorstwa znajdują się jednak tuż za nimi. Są to ZE PAK, PGE oraz ENEA. Po jednym przedstawicielu w niechlubnym zestawieniu mają Czechy (ČEZ), Bułgaria (Bułgarski Holding Węglowy) i Hiszpania (Endesa).
Europejskie powietrze jest zatruwane przez 91 elektrowni węglowych należących do wymienionych podmiotów.
Według twórców opracowania, firmy z TOP 10 odpowiedzialne są 2/3 skutków zdrowotnych emisji zanieczyszczeń. A bilans jest to tragiczny – 7,6 tys. przedwczesnych zgonów, ponad 3,3 tys. nowych przypadków przewlekłego zapalenia oskrzeli oraz 137 tys. dni z objawami astmy u dzieci. Obsługa tych przypadków przez publiczne i prywatne systemy opieki zdrowotnej kosztuje 22 mld euro.
Liczby te zadają kłam teorii mówiącej, że energetyka oparta na węglu jest najtańszą. Jak widać, koszty są po prostu przenoszone w sposób pośredni lub bezpośredni na społeczeństwo. W Polsce wydatki prywatnych osób związane z leczeniem chorób wynikających z brudnego powietrza są dwukrotnie wyższe, niż zyski koncernów energetycznych.
– Warto pamiętać, że każda złotówka przychodu węglowych spółek energetycznych oznacza od 1 do ponad 2 zł kosztów zdrowotnych przerzucanych na społeczeństwo. Nie tylko polskie, bo zanieczyszczenia powietrza nie uznają granic – podkreśla w rozmowie z money.pl Joanna Furmaga, prezes Związku Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć.