29 maja 2024

loader

Bramkarz Stali przechytrzył sędziego

Rafał Strączek, bramkarz Stali Mielec

W hicie 18. kolejki ekstraklasy Radomiak Radom pokonał lidera rozgrywek Lech Poznań 2:1. Dwa gole w tym spotkaniu padły po rzutach karnych. W Mielcu arbiter także podyktował dwie „jedenastki”, obie na korzyść Bruk-Betu Nieciecza, ale obronił je 22-letni bramkarz Stali Rafał Strączek.

Piłkarze Radomiak nie przestraszyli się ekipy „Kolejorza” i na swoim boisku odważyli się podjąć z lechitami otwartą ofensywną grę. Trener Banasik posłał do boju dwójkę napastników – Karola Angielskiego i Brazylijczyka Mauridesa. I to oni zdobyli bramki, chociaż z rzutów karnych. Ale co istotne, radomska drużyna była w tym spotkaniu ewidentnie lepsza od lidera ekstraklasy i wygrała jak najbardziej zasłużenie, odnosząc szóste ligowe zwycięstwo z rzędu, dzięki czemu umocniła się na piątym miejscu w tabeli. Lech doznał dopiero drugiej porażki w tym sezonie, lecz po raz pierwszy został tak wyraźnie zdominowany przez przeciwnika. Trenerzy innych zespołów ekstraklasy pewnie będą teraz wnikliwie analizować zapis wideo z tego spotkania i jeśli wyciągną odpowiednie wnioski, to trener Maciej Skorża może mieć w kolejnych meczach więcej okazji do wygłaszania krytycznych uwag pod adresem swoich podopiecznych.
A miał ku temu sporo powodów zwłaszcza po pierwszej połowie spotkania w Radomiu, bo lechici byli gorsi od graczy Radomiaka praktycznie w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Po zmianie stron gospodarze nieoczekiwanie zmienili jednak taktykę i zamiast nadal atakować, zaczęli grać na utrzymanie korzystnego wyniku. Zespół Lecha nie skorzystał z okazji i nie przejął inicjatywy, a bramkę zdobył przez przypadek, po rzucie karnym podyktowanym za zagranie ręką w polu karnym przez Damiana Jakubika. Mikael Ishak nie zmarnował okazji i pewnym strzałem pokonał bramkarza Radomiaka Filipa Majchrowicza. Na więcej już jednak lechitów tego wieczoru nie było stać.
Sukces piłkarzy Radomiaka popsuli jednak miejscowi kibice, a raczej ich kibolski odłam, wywieszając transparent z obraźliwym hasłem pod adresem prezydenta Radomia Radosława Witkowskiego. Funkcjonariusze służby porządkowej próbowali zdjąć siłą baner, lecz zostali zaatakowani i dotkliwie poturbowani. Trzech z nich z poważnymi obrażeniami trafiło do szpitala. „Takich scen wściekłej agresji nie oglądaliśmy na stadionach w Radomiu od kilkunastu lat. I nie chcemy oglądać! Takie zachowania trzeba kategorycznie potępić. Liczę, że zrobią to wszyscy, którzy deklarują, że dobro Radomiaka leży im na sercu” – skomentował zajście na Facebooku prezydent Witkowski. Radomiak zostanie zapewne przez Komisję Ligi ukarany za wybryk kibiców, niewykluczone też, że w najbliższym meczu u siebie przyjdzie mu zagrać za karę przy pustych trybunach.
Nerwowo, chociaż z innego powodu, było też w meczu Stali Mielec z Bruk-Betem Nieciecza. Tu do wzrostu ciśnienia u gospodarzy przyczynił się arbiter Sebastian Jarzębak z Bytomia. Gospodarze objęli prowadzenie w 21. minucie po golu Fabiana Piaseckiego, lecz potem na boisku zaczęły dziać się cuda. Najpierw w 39. minucie Jarzębak dopatrzył się zagrania ręką przez obrońcę Stali Krystiana Getingera i pokazał mu za to czerwoną kartkę i jeszcze podyktował na korzyść Bruk-Betu rzut karny. Mielczanie mieli jednak w bramce Rafała Strączka. 22-letni golkiper wyczuł intencje Piotra Wlazło i obronił jego strzał. Ale arbiter nie dał za wygrana i po przerwie w 53. minucie podyktował przeciwko Stali druga „jedenastkę”. Tym razem egzekwował ją doświadczony 31-letni Bośniak Muris Mesanović, ale i on nie zdołał pokonać Strączka. Tym samym bramkarz Stali zapisał się w annałach naszej ligi, bo dwa obronione rzuty karne w jednym meczu to bardzo rzadkie zdarzenie w ekstraklasie.
Mielczanie wygrali więc dzięki swojemu bramkarzowi po raz siódmy w tym sezonie i awansował na szóste miejsce w tabeli. A ekipie z Niecieczy, która ma na koncie tylko dwa zwycięstwa, sześć remisów i dziewięć porażek, coraz bardziej zagląda w oczy widmo spadku do niżej ligi. Podobnie jak Warcie Poznań, Górnikowi Łęczna i… broniącej tytułu Legii Warszawa.

Jan T. Kowalski

Poprzedni

Cenna wygrana polskich szczypiornistek

Następny

Stoch w Klingenthal wrócił do gry