Sensacje na pożegnanie

Po 20 kolejkach piłkarska ekstraklasa udała się na zimową przerwę. W roli lidera do wiosennej części rozgrywek przystąpi Legia Warszawa, dwa kolejne miejsca premiowane grą w kwalifikacjach Ligi Europy zajmują Cracovia i Pogoń Szczecin, natomiast trzy ostatnie „spadkowe” miejsca okupują ŁKS Łódź, Wisła Kraków i Korona Kielce.

W ostatniej w tym roku ligowej kolejce doszło do wręcz podejrzanej sytuacji, bo żadnego meczu nie wygrał zespół, który przed spotkaniem był wyżej w tabeli, a w kilku potyczkach doszło do wręcz sensacyjnych rozstrzygnięć. Porażki Legii 1:2 w Lubinie do takich raczej zaliczyć nie można, bo Zagłębie to zespół z potencjałem sportowym i zapleczem finansowym na pierwszą ósemkę ligowej tabeli, z pewnością jest jednak pewna niespodzianka. Natomiast przegrana Pogoni u siebie 0:1 z Koroną z całą pewnością trzeba uznać za sensację kolejki. „Portowcy” to przecież w tym sezonie zespół ze ścisłej czołówki, niedawno zajmował nawet pierwsze miejsce, zaś Korona dopiero od niedawna nie człapie w ogonie tabeli z „czerwoną latarnią”.

Sensacją podobnego kalibru była też druga z rzędu porażka Lechii Gdańsk. Przed tygodniem ekipa trenera Piotra Stokowca przerżnęła w Białymstoku z Jagiellonią 0:3, co byłoby od biedy nawet łatwe do usprawiedliwienia, bo rywale jeszcze niedawno aspirowali do mistrzowskiego tytułu, a chwilę wcześniej dokonali zmiany szkoleniowca. Ale klęskę lechistów 0:3 poniesioną w 20. kolejce na własnym stadionie w spotkaniu z beniaminkiem ekstraklasy Rakowem Częstochowa wytłumaczyć nie jest już tak łatwo. A to dlatego, że przyczyną obu tych porażek nie było bynajmniej jakieś niespodziewane załamanie formy, tylko zaległości płacowe klubu wobec zawodników. Jak wyszło natychmiast na jaw, gdański klub, którego prezesem od niedawna ponownie jest Adam Mandziara, zalega swoim graczom z wypłatami od września. Jakim cudem przez te trzy miesiące nikt nie podniósł w tej kwestii rabanu, wiadomo z poprzednich tego typu historii. Działacze i właściciele klubów oszukują zawodników obietnicami, że lada dzień przeleją im na konta wszystkie zaległe pensje, natomiast zawodnicy pozwalają im na takie oszustwo, bo po trzech miesiącach bez wypłaty mogą wystąpić do PZPN o rozwiązanie kontraktu z winy klubu i zmienić pracodawcę za darmo. A tu akurat lada dzień otworzy się zimowe okienko transferowe.

Takie sytuacje powinny dziwić, bo przecież Ekstraklasa chwali się wzrostem przychodów o 10,5 procenta – do kwoty 230 mln złotych. 68,4 procent tych wpływów przynosi klubom sprzedaż praw mediowych (głównie nadawcom telewizyjnym), 15,1 procent produkcja transmisji przez spółkę zależną Ekstraklasa Live, a 8,5 procent środki przekazywane przez sponsorów. A jeśli wierzyć w zapewnienia, w najbliższych latach Ekstraklasa SA będzie zarabiać jeszcze więcej dzięki nowemu kontraktowi telewizyjnemu z Canal+ i Telewizją Polską.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że Lechia Gdańsk jest w rękach niemieckiej grupy kapitałowej, która nie brzydzi się żądać dotacji z budżetu miasta. Podobnie jak niemiecka grupa kapitałowa mająca większość udziałów w Koronie Kielce. Co dzieje się z tą górą pieniędzy, że nie starcza na pensje dla piłkarzy?

 

Legia odzyskała tron

W 19. kolejce prowadząca Pogoń Szczecin nieoczekiwanie przegrała z ostatnią w tabeli Wisłą Kraków 0:1, z czego skorzystała Legia Warszawa, która u siebie pokonała Wisłę Płock 3:1 i odzyskała pierwsze miejsce. Dwie bramki dla stołecznej drużyny zdobył Jarosław Niezgoda, który z 13 golami przewodzi w klasyfikacji strzelców.

W tym sezonie Legia objęła prowadzenie w ekstraklasie po raz drugi. Poprzednim razem legioniści wyskoczyli na czoło na początku listopada, ale pozycję lidera utrzymali tylko przez jedną kolejkę, a stracili ją po porażce w Szczecinie z Pogonią. W tym sezonie Legia jest już szóstym liderem rozgrywek. Oprócz niej i Pogoni, na szczycie ligowej tabeli plasowały się jeszcze zespoły Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Wisły Płock.

Na finiszu jesiennej części ligowego sezonu wyniki stołecznego zespołu mogą budzić uznanie. W ostatnich 10rozegranych meczach, wliczając w to spotkania w Pucharze Polski, legioniści odnieśli dziewięć zwycięstw, strzelając 31 goli i tracąc zaledwie sześć. A już w swoim mateczniku na Łazienkowskiej podopieczni trenera Aleksandra Vukovicia stali się postrachem dla rywali. W minioną sobotę przekonali się o tym także płocczanie, którzy tylko swojej nadzwyczajnej waleczności w defensywie zawdzięczają, że przegrali tylko 1:3.

Silni w ofensywie

Legia obecnie wyraźnie przewyższa inne zespoły skutecznością. Mając w składzie tak skutecznych w ofensywie graczy, jak lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda, Gwinejczyk Jose Kante, Paweł Wszołek i Brazylijczyk Luquinhas, wspomaganych przez Portugalczyków Andre Martinsa i Cafu oraz Chorwata Domagoja Antolicia, legioniści w 19 kolejkach strzelili już 39 goli, a dla porównania drugi pod względem skuteczności zespół Lecha Poznań jedynie 32, a trzecie Zagłębie Lubin tylko 29.
Niezgoda opuszczał w sobotę boisko na Łazienkowskiej przy owacjach na stojąco. Niewykluczone, że było to jego pożegnanie ze stołeczna publicznością, bo w ostatniej tegorocznej kolejce stołeczny zespół zagra w Lubinie z Zagłębie, a wiele wskazuje, że w przerwie zimowej Niezgoda odejdzie z Legii. Co prawda ten 24-letni napastnik w publicznych wypowiedziach zapewniał, że „nie ma parcia na transfer”, ale takie deklaracje nie mają większego znaczenia, jeśli do klubu wpłynie atrakcyjna finansowo oferta. Jak kwota mogłaby skusić właściciela Legii Dariusza Mioduskiego do wydania zgody na transfer najskuteczniejszego gracza zespołu? Na pewno nie niższa niż pięć milionów euro.

A skoro już o transferach mowa, Legia ma w kadrze jeszcze dwóch graczy budzących zainteresowanie zagranicznych klubów. Mowa o 20-letnim bramkarzu Radosławie Majeckim oraz 18-letnim lewym obrońcy Michale Karbowniku. Za całą trójkę, licząc z Niezgodą, warszawski klub życzy sobie łącznie nie mniej niż 20 milionów euro.

Kwota robi wrażenia, ale na tle europejskiej średniej już taka wygórowana się nie wydaje. Wiadomo, że Legia, chociaż z polskich klubów dysponuje najwyższym budżetem, także musi w swoim budżecie uwzględniać przychody z transferów. Zwłaszcza jeśli nie zarabia odpowiednio dużych pieniędzy w europejskich pucharach. A z tym, jak wiadomo, wszystkie polskie zespoły klubowe od kilku sezonów mają poważny kłopot.

Bogata liga, ale słaba

Efekty tej pucharowej mizerii widać w najnowszym rankingu UEFA lig europejskich, w którym PKO Ekstraklasa spadła już na 32. miejsce. Nic dziwnego, że polska liga jest tak nisko, skoro w tym sezonie po raz trzeci z rzędu żadna nasza drużyna nie zakwalifikował się fazy grupowej europejskich pucharów. Cracovia odpadła w kwalifikacjach Ligi Europy już w lipcu, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk pożegnały się z rozgrywkami 1 sierpnia. Najdłużej walczyła Legia, lecz w IV rundzie nie sprostała Glasgow Rangers (0:0 i 0:1).

Nasza rodzima ekstraklasa wyprzedza już tylko ligi takich krajów, jak Liechtenstein, Luksemburg, Litwa, Armenia, Estonia czy Łotwa, a zdołały ją wyprzedzić z pewnością nie bardziej od niej zamożne ligi m. in. Bułgarii, Białorusi, Azerbejdżanu, Słowacji czy Słowenii.

Słabnąca pozycja PKO Ekstraklasy w Europie może dziwić, bo przecież z roku na rok nasza najwyższa liga rozgrywkowa ma coraz więcej pieniędzy. W 2919 roku zarobiła o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Jej przychody sięgają 300 milionów złotych rocznie, co daje jej ósme miejsce w Europie.

Finansową pomyślność zapewnia klubom ekstraklasy podpisana rok temu umowa na sprzedaż praw telewizyjnych, za które Canal+ i TVP zapłaciły rekordową kwotę 250 mln złotych rocznie. Dodatkowym efektem komercyjnym, ważnym dla sponsorów i reklamodawców, jest wzrost oglądalności o 30 procent dzięki transmisjom spotkań w ogólnodostępnej TVP 2. To główny powód obecności na liście sponsorów spółek z udziałem Skarbu Państwa, jak Lotto, Bank PKO BP czy PKN Orlen. Na współpracy z nimi ekstraklasa zyskuje 30 milionów złotych rocznie i dochody z tego tytułu będą rosły.

Problemem są niesforni kibice

Oprócz słabości sportowej ekstraklasa ma jeszcze poważny problem z kibicami. Komisja Ligi po 18. kolejce ukarała z powodu niezgodnego z regulaminem rozgrywek i porządkiem prawnym zachowania fanów Legię, Śląsk i Lecha. Na warszawski klub za wybryki jego kibiców we Wrocławiu nałożono najmniejszą karę, bo tylko 5 tys. złotych grzywny oraz zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na jeden mecz ekstraklasy. Zdecydowanie surowiej ukarano gospodarza spotkania, czyli Śląsk, który musi zapłacić za pirotechniczne wygłupy swoich fanów grzywnę w wysokości 40 tys. złotych, a dodatkowo na klub nałożono zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na trzy mecze ekstraklasy (24. kolejka z Zagłębiem Lubin, 26. kolejka z Jagiellonią Białystok oraz 28. kolejka z Arką Gdynia). Dodatkowo nałożono karę zakazu wejścia na dwa mecze we Wrocławiu dla wszystkich osób, które w trakcie meczu z Legią znajdowały się na trybunie B. Kara ta jest zawieszona na pół roku.

Nie przeszkodziło to jednak wojewodzie dolnośląskiemu zamknąć stadion na jeden mecz, akurat w 19. kolejce, gdy do Wrocławia przyjechał Lech Poznań. A może właśnie dlatego, że Śląsk grał z Lechem, którego Komisja Ligi także z powodu zachowaniem kibiców w meczu z ŁKS Łódź ukarała grzywną w wysokości 40 tys. złotych.

 

Pogoń przegoniła Legię

Przerwa na reprezentację nie posłużyła prowadzącym w ekstraklasie po 15 kolejkach zespołom Legii Warszawa i Piasta Gliwice. W 16. serii spotkań legioniści przegrali w Szczecinie z Pogonią 1:3, a aktualni mistrzowie Polski ulegli w Poznaniu Lechowi 0:3. Nowym liderem z dorobkiem 31 punktów została drużyna „Portowców”.

Wedle układu ligowej tabeli hitem kolejki był mecz aktualnego lidera rozgrywek, czyli Legii, z Pogonią. Szczecińska drużyna miała jednak do legionistów tylko jeden punkt straty i w przypadku wygranej szanse na objęcie prowadzenia. W pierwszej kolejce rozgrywek obecnego sezonu „Portowcy” pokonali stołeczny zespół na Łazienkowskiej 2:1, w rewanżu na swoim przebudowywanym stadionie zwyciężyli jeszcze wyraźniej, bo 3:1. Dwa pierwsze gole, Adama Buksy i Srdana Spiridonovicia, były bezdyskusyjne, trzeci wzbudził trochę kontrowersji, bo sędzia Bartosz Frankowski dopiero po analizie VAR przyznał szczecinianom rzut karny, zamieniony na bramkę przez Buksę.

Legionistów przed kompromitacją uchronił niezawodny Jarosław Niezgoda, który w końcówce spotkania zdobył honorowego gola. Bohaterem szczecińskiej ekipy był natomiast Buksa, który sam zdobył dwie bramki, a przy trzeciej zaliczył asystę. Niezgoda uzyskał 10. trafienie w obecnych rozgrywkach i wskoczył na czoło klasyfikacji strzelców. Tyle samo bramek co 25-letni napastnik Legii ma też na koncie snajper Lecha Poznań Christian Gytkjaer. W meczu z Piastem Duńczyk dwukrotnie pokonał bramkarza gości, powiększając swój łączny dorobek w polskiej ekstraklasie do 51 bramek.

Spotkanie Lecha z Piastem także zasługiwało na miano hitu kolejki, bo przecież gliwiczanie to aktualni mistrzowie Polski, a po 15. kolejce zajmowali pozycję wicelidera. Trener gliwickiej drużyny Waldemar Fornalik jako szkoleniowiec nie ma jednak szczęścia w potyczkach z „Kolejorzem” rozegranych na poznański stadionie, bo nie wygrał tam od 2006 roku. Tym razem liczył na przełamanie tej kiepskiej passy, albowiem lechici przystępowali do meczu z Piastem po serii czterech spotkań bez zwycięstwa, a ponadto w trzech wcześniejszych tegorocznych starciach z gliwickim zespołem dwukrotnie przegrali i raz wywalczyli remis. Te trzy starcia odbyły się jednak poza stadionem na Bułgarskiej, a w sobotę „Kolejorz” zmierzył się z Piastem w swoim mateczniku. I tradycji stała się zadość – Fornalik znowu musiał przełknąć gorycz porażki, bo jego zespół przegrał gładko 0:3. Szkoleniowiec Piasta był wyraźnie niezadowolony i ostro zrugał swoich piłkarzy, ale znalazł też pozytywny aspekt w tej przegranej. „Moim zawodnikom taki kubeł zimnej wody dobrze zrobi” – skomentował cierpko porażkę Fornalik.

W ekipie Lecha radość ze zwycięstwa zmąciła wieść, że dwaj młodzi reprezentanci w kadrze poznańskiego klubu, boczny obrońca Robert Gumny i skrzydłowy Kamil Jóźwiak, doznali w spotkaniu z Piastem kontuzji i na jakiś czas wypadną ze składu.
W ostatnich dniach dużo też mówiono o Górniku Zabrze, a to dlatego, że wyszło na jaw iż z zabrzańskim klubem ostro negocjuje 130-krotny reprezentant Niemiec Lukas Podolski. Urodzony w Gliwicach napastnik od dziecka jest wielkim fanem Górnika i wielokrotnie mówił, że jego marzeniem jest zakończenie piłkarskiej kariery w tym klubie. A że z końcem roku kończy się jego kontrakt z japońskim Vissel Kobe i gwiazdor chce wrócić do Europy, działacze zabrzańskiego klubu namawiając 34-letniego napastnika, żeby dołączył do ekipy Górnika. Szanse na to są niewielkie, ale nie ulega kwestii, że gracz o takim nazwisku byłby wielkim wzmocnieniem. Tym bardziej, że zespół popadł w marazm. W 16. kolejce Górnik tylko zremisował u siebie z Wisłą Płock 2:2. Był to dziesiąty z rzędu mecz zabrzan bez zwycięstwa. Ostatni raz wygrali w lidze 25 sierpnia, pokonując Koronę Kielce 3:1. Dlatego zajmują dopiero 12. miejsce.

 

Na szczycie tabeli ścisk jak w metrze

Piłkarze Cracovii ostatni tydzień mieli udany. Pokonali u siebie Pogoń 2:0, potem w Pucharze Polski Bytovię Bytów 3:2, a w minioną sobotę wygrali z Lechią Gdańsk 1:0. „Pasy” są w czubie ligowej tabeli, z szansami na tytuł mistrza jesieni, ale w czołówce ścisk jest ogromny i wystarczą dwa-trzy potknięcia, żeby zlecieć do grupy spadkowej.

Zwycięstwem z Lechią Cracovia zwieńczyło udany tydzień. W ubiegły weekend krakowianie pokonali Pogoń i zepchnęli ją z pozycji lidera, we wtorek awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski, a w sobotę po zwycięstwie nad Lechią sami wspięli się na ligowy tron, bo „Portowcy” nie zdołali pokonać u siebie Lecha Poznań i po remisie 1:1 usadowili się za plecami „Pasów”. Ten układ był jednak bardzo tymczasowy, bo już w niedzielę mogły go zburzyć zespoły Piasta i Legii, a w poniedziałek jeszcze Wisła Płock.

Różnica punktowa między pięcioma czołowymi zespołami ekstraklasy jest tak niewielka, że po każdej kolejce kolejność może ulegać zmianie. W najbliższy weekend odbędzie się 15. seria spotkań i w tej chwili trudno przewidzieć, który zespół zdobędzie symboliczny tytuł mistrza jesieni. Symboliczny, bo pozycja lidera ekstraklasy na tym etapie rozgrywek nie daje żadnych gwarancji na zdobycie mistrzostwa Polski. Prawdę mówiąc, nie daje nawet gwarancji zakończenia tego roku w górnej połówce tabeli, bo przecież nasza ekstraklasa zakończy zmagania dopiero 22 grudnia, po rozegraniu 20. kolejki spotkań. Dowodzi tego najlepiej przykład Lechii Gdańsk, dla której porażka z Cracovią była czwartym ligowym meczem bez wygranej (dwie porażki i dwa remisy).Aa przed tą nieudana serią gdańszczanie zajmowali trzecie miejsce i mieli dwa punkty straty do lidera, a teraz przy niekorzystnych dla nich wynikach innych spotkań mogą już po 14. kolejce nawet wypaść z grupy mistrzowskiej.

 

Wisła Płock nowym liderem

Cracovia rozwiała na chwilę mocarstwowe sny Pogoni Szczecin. „Portowcy” przegrali w 13. kolejce w Krakowie 0:2 i stracili pozycję lidera. Okazję wykorzystała Wisła Płock, która pokonała Jagiellonię 3:1 i awansowała na pierwsze miejsce. Sytuacja w górnej połówce tabeli jest jednak dynamiczna.

Trudno w tej chwili przewidzieć, który zespół na zimową przerwę w rozgrywkach wybierze się w roli lidera. Po trzynastu kolejkach sensacyjnym liderem jest płocka Wisła, a dwie kolejne lokaty zajmują Piast Gliwice i Pogoń Szczecin. Poza podium są potentaci naszej ligi, czyli Legia Warszawa (jej mecz z Wisłą Kraków zakończył się po zamknięciu wydania, podobnie jak Śląsk Wrocław z Arką Gdynia).), Lech Poznań, który znów doznał porażki na własnym stadionie, tym razem z Zagłębiem Lubin (1:2) oraz Lechia Gdańsk (tylko remis 1:1 u siebie z Górnikiem Zabrze) i Jagiellonia (porażka 1:3 w Płocku z Wisłą).

Awans płockich „Nafciarzy” na pozycję lidera to spora sensacja. Ojcem sukcesów tego zespołu jest bez wątpienia pozyskany z Wisły Kraków trener Radosław Sobolewski, który przejął ekipę 5 sierpnia tego roku gdy zajmowała przedostatnie miejsce w tabeli.

Wyniki 13. kolejki:
Wisła Płock – Jagiellonia Białystok 3:1
Gole: Alan Uryga (25), Mateusz Szwoch (69), Jakub Rzeźniczak (81) – Patryk Klimala (56). Widzów: 7098.
Cracovia – Pogoń Szczecin 2:0
Gole: Cornel Rapa (58), Rafael Lopes (71). Widzów: 8764.
Piast Gliwice – Korona Kielce 1:0
Gol: Jorge Felix (57). Widzów: 4800.
Lechia Gdańsk – Górnik Zabrze 1:1
Gole: Artur Sobiech (52 karny) – Jesus Jimenez (82). Widzów: 9357.Lech Poznań – Zagłębie Lubin 1:2
Gole: Christian Gytkjaer (90) – Jakub Tosik (23), Damjan Bohar (67). Widzów: 12 417.
ŁKS Łódź – Raków Częstochowa 2:0
Gole: Dani Ramirez (7), Ricardo Guima (25). Widzów: 5160.

 

Pogoń nie zwalnia tempa

Piłkarze Pogoni Szczecin nie przestają zadziwiać w tym sezonie. W 10. kolejce „Portowcy” po zaciętym meczu wygrali z Jagiellonią w Białymstoku 3:2 i umocnili się na pozycji lidera ekstraklasy. Niespodzianką jest też drugie miejsce Cracovii, która w derbach Krakowa pokonała napędzaną dopingiem 33 tysięcy kibiców Wisłę 1:0.

W Białymstoku potyczka z „Portowcami” nie wzbudziła przesadnego zainteresowania, bo frekwencja na meczu nie przekroczyła 10 tysięcy widzów i była słabsza od dotychczasowej średniej na białostockim stadionie o blisko trzy tysiące. Ci, którzy wybrali się na białostocki stadion, przeżyli spore emocje. Zobaczyli w sumie pięć bramek, w tym strzeloną przez wracającego do dawnej formy po wyleczeniu nowotworu Adama Frączczaka czy wschodzącą gwiazdę „Portowców” 21-letniego Sebastiana Kowalczyka, ale też dwa trafienia graczy Jagiellonii. Niestety, rywale strzelili jednego gola więcej i wywieźli komplet punktów, ale fani białostockiego zespołu do swoich graczy nie mogli mieć pretensji, bo walczyli o zwycięstwo znakomicie do ostatniego gwizdka.
Na życzliwość swoich kibiców nie zapracowali natomiast piłkarze Wisły Kraków, którzy w 198. derbach przegrali u siebie z Cracovią 0:1. Ten mecz zgromadził na widowni aż 33 tysiące osób, co jest nowym rekordem obecnej edycji rozgrywek. Wcześniej palmę pierwszeństwa pod tym względem dzierżyła potyczka Lecha Poznań ze Śląskiem Wrocław, obejrzało na żywo 32 307 widzów. Po porażce z „Pasami” ekipa „Białej Gwiazdy” zjechała na 12. miejsce w tabeli i coraz więcej wskazuje, że w tym sezonie przyjdzie jej walczyć rozpaczliwie o utrzymanie.

Rekordową frekwencję w tym sezonie odnotowano też w Warszawie na Łazienkowskiej, gdzie przegrany przez Legię 1:2 mecz z Lechią Gdańsk przyciągnął na trybuny 23 892 osób. Nieźle też pod tym względem wypadło starcie Górnika z Lechem, które w Zabrzu obejrzało ponad 15 tysięcy widzów. Na pozostałych stadionach frekwencja nie była już taka okazała. W Gdyni potyczkę Arki z Piastem Gliwice obejrzało tylko 6039 kibiców, co jest najsłabszym wynikiem na gdyńskim stadionie w obecnych rozgrywkach. Jeszcze gorzej było pod tym względem w Lubinie, gdzie wygraną Zagłębia z ŁKS Łódź przyciągnęła na trybuny ledwie 4155 widzów. Kiepskie wyniki zespołu Korony też wpłynęły na spadek zainteresowania jej meczami w Kielcach, bo na spotkaniu ze Śląskiem Wrocław zjawiło się ledwie 3651 fanów. Przybyli z pewnością nie żałowali decyzji, bo kielecki zespół nieoczekiwanie pokonał świetnie spisującą się w rozgrywkach wrocławska drużynę 1:0.

Tradycyjnie już najmniej widzów było na meczu Rakowa Częstochowa, który z braku własnego stadionu musi domowe spotkania rozgrywać gościnnie w Bełchatowie. Przegraną dość pechowo potyczkę z Wisłą Płock obejrzało tam niewiele ponad 2,5 tysiąca widzów. Beniaminek ekstraklasy został jednak skrzywdzony przez arbitra Tomasza Kwiatkowskiego, który nie podyktował dla częstochowian dwóch ewidentnych rzutów karnych. „Czerwoną latarnię” w tabeli dzierży jednak zespół drugiego z beniaminków, ŁKS Łódź, który w Lubinie przegrał ósmy mecz z rzędu. Najbardziej zdumiewające w tej serii porażek jest chyba to, że trenerem łódzkiej jedenastki nadal pozostaje Kazimierz Moskal. Ale pewnie już niedługo, bo podczas pomeczowej konferencji w Lubinie dał do zrozumienia, że w łódzkim klubie wkrótce zapadną w tym względzie odpowiednie decyzje.

Wracając jeszcze do tematu frekwencji, warto odnotować, że pod względem średniej meczowej liderem ekstraklasy jest Lech w wynikiem 21 659 widzów. Kolejne miejsca zajmują: Wisła Kraków (18 856), Śląsk (18 724), Legia (18 298), Górnik (17 344), Lechia (13 205), Jagiellonia (12 842), Cracovia (8 548), Arka Gdynia (7981), Korona (6539), Wisła Płock (5716), ŁKS (5359), Piast (4 366), Zagłębie (4106), Pogoń (3 876), Raków (3208).

 

Pogoń na czele ligowej stawki

Cracovia miała szansę na objęcie prowadzenia w tabeli ekstraklasy, bo wyprzedzające ją zespoły Pogoni Szczecin, Śląska Wrocław i Jagiellonii Białystok zremisowały swoje mecze. Ekipa „Pasów” musiała jednak w tym celu pokonać na swoim stadionie Legię Warszawa, co okazało się dla niej zadaniem ponad siły. Liderem pozostała więc drużyna Pogoni.

Cracovia przed meczem z Legią zaliczyła serię trzech zwycięstw z rzędu, pokonując kolejno Arkę 3:1, Lecha 2:1 i Piasta 2:0. Ale Legia też miała dobre wyniki, bo była niepokonana od czterech spotkań, notując trzy wygrane i jeden remis. W bezpośrednim starciu legioniści okazali się lepsi i chwilowo wybili trenerowi Michałowi Probierzowi z głowy marzenia o potędze. Prawdę mówiąc to żaden z zespołów naszej ekstraklasy, może za wyjątkiem coraz bardziej odstających od reszty Korony i ŁKS Łódź, nie może zadzierać nosa, bo różnica punktowa między prowadzącą Pogonią, a pierwszym w grupie spadkowej Lechem, wynosi ledwie sześć punktów.

Jeszcze mniejsze różnice dzielą „Portowców” od zespołów zajmujące miejsca od drugiego do szóstego. W przypadku porażki w kolejnym spotkaniu szczecinianie mogą zjechać w dół o kilka lokat, a nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, bo w najbliższy weekend Pogoń czeka wyprawa do Białegostoku na mecz z aspirująca do mistrzostwa Jagiellonią.

Wypada odnotować zwyżkę formy Wisły Płock, która pod wodzą Radosława Sobolewskiego odbiła się od dna, a po wygranej z imienniczką z Krakowa w 9. kolejce wskoczyła do grupy mistrzowskiej. Nieciekawie wygląda natomiast sytuacja Łódzkiego Klubu Sportowego, który w miniony weekend po porażce z Arką 1:4 powiększył liczbę porażek do siedmiu, a przed nim wyjazd do odrodzonego pod wodzą słowackiego trenera Martina Sevela Zagłębia Lubin.

 

Nikt nie oddaje punktów za darmo

W dziewiątej kolejce tylko beniaminek z Łodzi oddał cenne punkty praktycznie bez walki. ŁKS przegrał na swoim stadionie z również walczącą o życie Arką Gdynia aż 1:4 i wylądował z hukiem na dnie ligowej tabeli. Jeszcze niedawno tkwiła tam Wisła Płock, lecz po kolejnej wygranej, tym razem z Wisłą Kraków, zespół „Nafciarzy” jest już w środku stawki.

Pogoń Szczecin mogła być pewna utrzymania pozycji lidera, ale do tego potrzebowała zwycięstwa nad Górnikiem Zabrze. „Portowcy” do 74. minuty prowadzili 1:0, lecz wtedy Igor Angulo doprowadził do wyrównania. Musieli więc czekać na wynik meczu Cracovii z Legia (zakończył sie po zamknięciu wydania).

Wyniki 9. kolejki:
Piast Gliwice – Raków Częstochowa 2:1
Gole: Jorge Felix (78 karny), Michał Skóraś (81 samobójcza) – Felicio Brown Forbes (6). Żółte kartki: Jorge Felix, Malarczyk, Hateley – Petrasek, Jach. Czerwona kartka: Sapała (77., Raków). Widzów: 4260.
Lech Poznań – Jagiellonia Białystok 1:1
Gole: Paweł Tomczyk (39 karny) – Patryk Klimala (22). Żółte kartki: Jóźwiak, Skrzypczak – Kosztal, Runje, Arsenić, Mystkowski.
Widzów: 11 947.
ŁKS Łódź – Arka Gdynia 1:4
Gole: Rafał Kujawa (52) – Dawit Schirtladze (21, 43), Michał Nalepa (58), Maciej Jankowski (72). Żółte kartki: Grzesik, Juraszek – Schirtladze, Wawszczyk, Marciniak. Widzów: 5160.
Lechia Gdańsk – Korona Kielce 2:0
Gole: Maciej Gajos (36), Lukas Haraslin (52). Żółte kartki: Gajos, Mladenović, Łukasik – Spychała, Gnjatić. Widzów: 11 708.
Śląsk Wrocław – Zagłębie Lubin 4:4
Gole: Erik Exposito (22, 38, 90), Dino Stiglec (65) – Filip Starzyński (32 karny), Bartosz Kopacz (45), Sasza Żivec (63), Bartosz Slisz (68). ŻWidzów: 20 434.
Wisła Płock– Wisła Kraków 2:1
Gole: Dominik Furman (16), Damian Michalski (76) – Paweł Brożek (28).
Żółte kartki: Wasilewski, Mak, Drzazga (wisła Kraków). Widzów: 4317.
Pogoń Szczecin – Górnik Zabrze 1:1
Gole: Hubert Matynia (24) – Igor Angulo (73). Żółte kartki: Buksa, Bartkowski, Kozłowski – Zapolnik. Widzów: 3821.

 

Ligowa kolejka w cieniu skandali

Bramkarz Łódzkiego Klubu Sportowego Michał Kołba został przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków. Obecność zakazanego dopingu wykazała próbka A, dlatego łódzki klub z reakcją wstrzymał się do czasu opublikowania wyników badania próbki B. W innych ligowych klubach też zrobiło się nerwowo, bo nikt głowy za swoich graczy nie da.

Nerwowa atmosfera panuje też w Wiśle Kraków, chociaż nie z powodu dopingu. Po zatrzymaniu byłej prezes klubu Marzeny S. i kilku innych dawnych działaczy, w krakowskim klubie czekają z niepokojem na ukazanie się książki dziennikarza TVN Szymona Jadczaka o kulisach finansowych przekrętów tych ludzi. Z fragmentów opublikowanych w Internecie rysuje się ponury obraz, który z negatywnie wpłynie na wizerunek „Białej Gwiazdy”.

Wyniki 8. kolejki:
Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa 0:0
Żółte kartki: Guilherme, Romanczuk, Arsenić, Runje, Camara – Lewczuk, Luis Rocha, Jędrzejczyk, Cafu. Czerwona kartka: Luís Rocha (35., Legia, za drugą żółtą). Widzów: 19 308.
Zagłębie Lubin – Wisła Płock 5:0
Gole: Sasza Żivec (14), Alan Czerwiński (29), Damjan Bohar (44), Bartosz Slisz (90), Dawid Pakulski (90). Żółte kartki: Balić, Szysz, Starzyński – Uryga, Merebaszwili, Kuświk, Furman. Widzów: 2876.
Raków Częstochowa – Arka Gdynia 2:0
Gole: Jarosław Jach (31), Felicio Brown Forbes (80). Żółte kartki: Jach, Bartl, Szymonowicz – Maghoma. Widzów: 2511.
Lechia Gdańsk – Lech Poznań 2:1
Gole: Sławomir Peszko (23), Michał Nalepa (33) – Christian Gytkjaer (45). Żółte kartki: Peszko – Crnomarković. Czerwona kartka: Crnomarković (90., za drugą żółtą). Widzów: 14 008.
Korona Kielce – Wisła Kraków 1:1
Gole: Erik Pacinda (47) – Paweł Brożek (38 karny). Żółte kartki: Jukić, Gnjatić, Gardawski – Niepsuj, Wojtkowski. Czerwona kartka: Boguski (31. minuta, Wisła, za faul taktyczny). Widzów: 7073.
Niedzielne mecze Pogoni Szczecin z ŁKS Łódź i Górnika Zabrze ze Śląskiem Wrocław zakończyły się po zamknięciu wydania, a spotkanie Cracovii z Piastem Gliwice odbędzie się w poniedziałek (początek godz. 18:00).

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.