Na szczycie tabeli ścisk jak w metrze

Piłkarze Cracovii ostatni tydzień mieli udany. Pokonali u siebie Pogoń 2:0, potem w Pucharze Polski Bytovię Bytów 3:2, a w minioną sobotę wygrali z Lechią Gdańsk 1:0. „Pasy” są w czubie ligowej tabeli, z szansami na tytuł mistrza jesieni, ale w czołówce ścisk jest ogromny i wystarczą dwa-trzy potknięcia, żeby zlecieć do grupy spadkowej.

Zwycięstwem z Lechią Cracovia zwieńczyło udany tydzień. W ubiegły weekend krakowianie pokonali Pogoń i zepchnęli ją z pozycji lidera, we wtorek awansowali do 1/16 finału Pucharu Polski, a w sobotę po zwycięstwie nad Lechią sami wspięli się na ligowy tron, bo „Portowcy” nie zdołali pokonać u siebie Lecha Poznań i po remisie 1:1 usadowili się za plecami „Pasów”. Ten układ był jednak bardzo tymczasowy, bo już w niedzielę mogły go zburzyć zespoły Piasta i Legii, a w poniedziałek jeszcze Wisła Płock.

Różnica punktowa między pięcioma czołowymi zespołami ekstraklasy jest tak niewielka, że po każdej kolejce kolejność może ulegać zmianie. W najbliższy weekend odbędzie się 15. seria spotkań i w tej chwili trudno przewidzieć, który zespół zdobędzie symboliczny tytuł mistrza jesieni. Symboliczny, bo pozycja lidera ekstraklasy na tym etapie rozgrywek nie daje żadnych gwarancji na zdobycie mistrzostwa Polski. Prawdę mówiąc, nie daje nawet gwarancji zakończenia tego roku w górnej połówce tabeli, bo przecież nasza ekstraklasa zakończy zmagania dopiero 22 grudnia, po rozegraniu 20. kolejki spotkań. Dowodzi tego najlepiej przykład Lechii Gdańsk, dla której porażka z Cracovią była czwartym ligowym meczem bez wygranej (dwie porażki i dwa remisy).Aa przed tą nieudana serią gdańszczanie zajmowali trzecie miejsce i mieli dwa punkty straty do lidera, a teraz przy niekorzystnych dla nich wynikach innych spotkań mogą już po 14. kolejce nawet wypaść z grupy mistrzowskiej.

 

Wisła Płock nowym liderem

Cracovia rozwiała na chwilę mocarstwowe sny Pogoni Szczecin. „Portowcy” przegrali w 13. kolejce w Krakowie 0:2 i stracili pozycję lidera. Okazję wykorzystała Wisła Płock, która pokonała Jagiellonię 3:1 i awansowała na pierwsze miejsce. Sytuacja w górnej połówce tabeli jest jednak dynamiczna.

Trudno w tej chwili przewidzieć, który zespół na zimową przerwę w rozgrywkach wybierze się w roli lidera. Po trzynastu kolejkach sensacyjnym liderem jest płocka Wisła, a dwie kolejne lokaty zajmują Piast Gliwice i Pogoń Szczecin. Poza podium są potentaci naszej ligi, czyli Legia Warszawa (jej mecz z Wisłą Kraków zakończył się po zamknięciu wydania, podobnie jak Śląsk Wrocław z Arką Gdynia).), Lech Poznań, który znów doznał porażki na własnym stadionie, tym razem z Zagłębiem Lubin (1:2) oraz Lechia Gdańsk (tylko remis 1:1 u siebie z Górnikiem Zabrze) i Jagiellonia (porażka 1:3 w Płocku z Wisłą).

Awans płockich „Nafciarzy” na pozycję lidera to spora sensacja. Ojcem sukcesów tego zespołu jest bez wątpienia pozyskany z Wisły Kraków trener Radosław Sobolewski, który przejął ekipę 5 sierpnia tego roku gdy zajmowała przedostatnie miejsce w tabeli.

Wyniki 13. kolejki:
Wisła Płock – Jagiellonia Białystok 3:1
Gole: Alan Uryga (25), Mateusz Szwoch (69), Jakub Rzeźniczak (81) – Patryk Klimala (56). Widzów: 7098.
Cracovia – Pogoń Szczecin 2:0
Gole: Cornel Rapa (58), Rafael Lopes (71). Widzów: 8764.
Piast Gliwice – Korona Kielce 1:0
Gol: Jorge Felix (57). Widzów: 4800.
Lechia Gdańsk – Górnik Zabrze 1:1
Gole: Artur Sobiech (52 karny) – Jesus Jimenez (82). Widzów: 9357.Lech Poznań – Zagłębie Lubin 1:2
Gole: Christian Gytkjaer (90) – Jakub Tosik (23), Damjan Bohar (67). Widzów: 12 417.
ŁKS Łódź – Raków Częstochowa 2:0
Gole: Dani Ramirez (7), Ricardo Guima (25). Widzów: 5160.

 

Pogoń nie zwalnia tempa

Piłkarze Pogoni Szczecin nie przestają zadziwiać w tym sezonie. W 10. kolejce „Portowcy” po zaciętym meczu wygrali z Jagiellonią w Białymstoku 3:2 i umocnili się na pozycji lidera ekstraklasy. Niespodzianką jest też drugie miejsce Cracovii, która w derbach Krakowa pokonała napędzaną dopingiem 33 tysięcy kibiców Wisłę 1:0.

W Białymstoku potyczka z „Portowcami” nie wzbudziła przesadnego zainteresowania, bo frekwencja na meczu nie przekroczyła 10 tysięcy widzów i była słabsza od dotychczasowej średniej na białostockim stadionie o blisko trzy tysiące. Ci, którzy wybrali się na białostocki stadion, przeżyli spore emocje. Zobaczyli w sumie pięć bramek, w tym strzeloną przez wracającego do dawnej formy po wyleczeniu nowotworu Adama Frączczaka czy wschodzącą gwiazdę „Portowców” 21-letniego Sebastiana Kowalczyka, ale też dwa trafienia graczy Jagiellonii. Niestety, rywale strzelili jednego gola więcej i wywieźli komplet punktów, ale fani białostockiego zespołu do swoich graczy nie mogli mieć pretensji, bo walczyli o zwycięstwo znakomicie do ostatniego gwizdka.
Na życzliwość swoich kibiców nie zapracowali natomiast piłkarze Wisły Kraków, którzy w 198. derbach przegrali u siebie z Cracovią 0:1. Ten mecz zgromadził na widowni aż 33 tysiące osób, co jest nowym rekordem obecnej edycji rozgrywek. Wcześniej palmę pierwszeństwa pod tym względem dzierżyła potyczka Lecha Poznań ze Śląskiem Wrocław, obejrzało na żywo 32 307 widzów. Po porażce z „Pasami” ekipa „Białej Gwiazdy” zjechała na 12. miejsce w tabeli i coraz więcej wskazuje, że w tym sezonie przyjdzie jej walczyć rozpaczliwie o utrzymanie.

Rekordową frekwencję w tym sezonie odnotowano też w Warszawie na Łazienkowskiej, gdzie przegrany przez Legię 1:2 mecz z Lechią Gdańsk przyciągnął na trybuny 23 892 osób. Nieźle też pod tym względem wypadło starcie Górnika z Lechem, które w Zabrzu obejrzało ponad 15 tysięcy widzów. Na pozostałych stadionach frekwencja nie była już taka okazała. W Gdyni potyczkę Arki z Piastem Gliwice obejrzało tylko 6039 kibiców, co jest najsłabszym wynikiem na gdyńskim stadionie w obecnych rozgrywkach. Jeszcze gorzej było pod tym względem w Lubinie, gdzie wygraną Zagłębia z ŁKS Łódź przyciągnęła na trybuny ledwie 4155 widzów. Kiepskie wyniki zespołu Korony też wpłynęły na spadek zainteresowania jej meczami w Kielcach, bo na spotkaniu ze Śląskiem Wrocław zjawiło się ledwie 3651 fanów. Przybyli z pewnością nie żałowali decyzji, bo kielecki zespół nieoczekiwanie pokonał świetnie spisującą się w rozgrywkach wrocławska drużynę 1:0.

Tradycyjnie już najmniej widzów było na meczu Rakowa Częstochowa, który z braku własnego stadionu musi domowe spotkania rozgrywać gościnnie w Bełchatowie. Przegraną dość pechowo potyczkę z Wisłą Płock obejrzało tam niewiele ponad 2,5 tysiąca widzów. Beniaminek ekstraklasy został jednak skrzywdzony przez arbitra Tomasza Kwiatkowskiego, który nie podyktował dla częstochowian dwóch ewidentnych rzutów karnych. „Czerwoną latarnię” w tabeli dzierży jednak zespół drugiego z beniaminków, ŁKS Łódź, który w Lubinie przegrał ósmy mecz z rzędu. Najbardziej zdumiewające w tej serii porażek jest chyba to, że trenerem łódzkiej jedenastki nadal pozostaje Kazimierz Moskal. Ale pewnie już niedługo, bo podczas pomeczowej konferencji w Lubinie dał do zrozumienia, że w łódzkim klubie wkrótce zapadną w tym względzie odpowiednie decyzje.

Wracając jeszcze do tematu frekwencji, warto odnotować, że pod względem średniej meczowej liderem ekstraklasy jest Lech w wynikiem 21 659 widzów. Kolejne miejsca zajmują: Wisła Kraków (18 856), Śląsk (18 724), Legia (18 298), Górnik (17 344), Lechia (13 205), Jagiellonia (12 842), Cracovia (8 548), Arka Gdynia (7981), Korona (6539), Wisła Płock (5716), ŁKS (5359), Piast (4 366), Zagłębie (4106), Pogoń (3 876), Raków (3208).

 

Pogoń na czele ligowej stawki

Cracovia miała szansę na objęcie prowadzenia w tabeli ekstraklasy, bo wyprzedzające ją zespoły Pogoni Szczecin, Śląska Wrocław i Jagiellonii Białystok zremisowały swoje mecze. Ekipa „Pasów” musiała jednak w tym celu pokonać na swoim stadionie Legię Warszawa, co okazało się dla niej zadaniem ponad siły. Liderem pozostała więc drużyna Pogoni.

Cracovia przed meczem z Legią zaliczyła serię trzech zwycięstw z rzędu, pokonując kolejno Arkę 3:1, Lecha 2:1 i Piasta 2:0. Ale Legia też miała dobre wyniki, bo była niepokonana od czterech spotkań, notując trzy wygrane i jeden remis. W bezpośrednim starciu legioniści okazali się lepsi i chwilowo wybili trenerowi Michałowi Probierzowi z głowy marzenia o potędze. Prawdę mówiąc to żaden z zespołów naszej ekstraklasy, może za wyjątkiem coraz bardziej odstających od reszty Korony i ŁKS Łódź, nie może zadzierać nosa, bo różnica punktowa między prowadzącą Pogonią, a pierwszym w grupie spadkowej Lechem, wynosi ledwie sześć punktów.

Jeszcze mniejsze różnice dzielą „Portowców” od zespołów zajmujące miejsca od drugiego do szóstego. W przypadku porażki w kolejnym spotkaniu szczecinianie mogą zjechać w dół o kilka lokat, a nie jest to scenariusz nieprawdopodobny, bo w najbliższy weekend Pogoń czeka wyprawa do Białegostoku na mecz z aspirująca do mistrzostwa Jagiellonią.

Wypada odnotować zwyżkę formy Wisły Płock, która pod wodzą Radosława Sobolewskiego odbiła się od dna, a po wygranej z imienniczką z Krakowa w 9. kolejce wskoczyła do grupy mistrzowskiej. Nieciekawie wygląda natomiast sytuacja Łódzkiego Klubu Sportowego, który w miniony weekend po porażce z Arką 1:4 powiększył liczbę porażek do siedmiu, a przed nim wyjazd do odrodzonego pod wodzą słowackiego trenera Martina Sevela Zagłębia Lubin.

 

Nikt nie oddaje punktów za darmo

W dziewiątej kolejce tylko beniaminek z Łodzi oddał cenne punkty praktycznie bez walki. ŁKS przegrał na swoim stadionie z również walczącą o życie Arką Gdynia aż 1:4 i wylądował z hukiem na dnie ligowej tabeli. Jeszcze niedawno tkwiła tam Wisła Płock, lecz po kolejnej wygranej, tym razem z Wisłą Kraków, zespół „Nafciarzy” jest już w środku stawki.

Pogoń Szczecin mogła być pewna utrzymania pozycji lidera, ale do tego potrzebowała zwycięstwa nad Górnikiem Zabrze. „Portowcy” do 74. minuty prowadzili 1:0, lecz wtedy Igor Angulo doprowadził do wyrównania. Musieli więc czekać na wynik meczu Cracovii z Legia (zakończył sie po zamknięciu wydania).

Wyniki 9. kolejki:
Piast Gliwice – Raków Częstochowa 2:1
Gole: Jorge Felix (78 karny), Michał Skóraś (81 samobójcza) – Felicio Brown Forbes (6). Żółte kartki: Jorge Felix, Malarczyk, Hateley – Petrasek, Jach. Czerwona kartka: Sapała (77., Raków). Widzów: 4260.
Lech Poznań – Jagiellonia Białystok 1:1
Gole: Paweł Tomczyk (39 karny) – Patryk Klimala (22). Żółte kartki: Jóźwiak, Skrzypczak – Kosztal, Runje, Arsenić, Mystkowski.
Widzów: 11 947.
ŁKS Łódź – Arka Gdynia 1:4
Gole: Rafał Kujawa (52) – Dawit Schirtladze (21, 43), Michał Nalepa (58), Maciej Jankowski (72). Żółte kartki: Grzesik, Juraszek – Schirtladze, Wawszczyk, Marciniak. Widzów: 5160.
Lechia Gdańsk – Korona Kielce 2:0
Gole: Maciej Gajos (36), Lukas Haraslin (52). Żółte kartki: Gajos, Mladenović, Łukasik – Spychała, Gnjatić. Widzów: 11 708.
Śląsk Wrocław – Zagłębie Lubin 4:4
Gole: Erik Exposito (22, 38, 90), Dino Stiglec (65) – Filip Starzyński (32 karny), Bartosz Kopacz (45), Sasza Żivec (63), Bartosz Slisz (68). ŻWidzów: 20 434.
Wisła Płock– Wisła Kraków 2:1
Gole: Dominik Furman (16), Damian Michalski (76) – Paweł Brożek (28).
Żółte kartki: Wasilewski, Mak, Drzazga (wisła Kraków). Widzów: 4317.
Pogoń Szczecin – Górnik Zabrze 1:1
Gole: Hubert Matynia (24) – Igor Angulo (73). Żółte kartki: Buksa, Bartkowski, Kozłowski – Zapolnik. Widzów: 3821.

 

Ligowa kolejka w cieniu skandali

Bramkarz Łódzkiego Klubu Sportowego Michał Kołba został przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków. Obecność zakazanego dopingu wykazała próbka A, dlatego łódzki klub z reakcją wstrzymał się do czasu opublikowania wyników badania próbki B. W innych ligowych klubach też zrobiło się nerwowo, bo nikt głowy za swoich graczy nie da.

Nerwowa atmosfera panuje też w Wiśle Kraków, chociaż nie z powodu dopingu. Po zatrzymaniu byłej prezes klubu Marzeny S. i kilku innych dawnych działaczy, w krakowskim klubie czekają z niepokojem na ukazanie się książki dziennikarza TVN Szymona Jadczaka o kulisach finansowych przekrętów tych ludzi. Z fragmentów opublikowanych w Internecie rysuje się ponury obraz, który z negatywnie wpłynie na wizerunek „Białej Gwiazdy”.

Wyniki 8. kolejki:
Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa 0:0
Żółte kartki: Guilherme, Romanczuk, Arsenić, Runje, Camara – Lewczuk, Luis Rocha, Jędrzejczyk, Cafu. Czerwona kartka: Luís Rocha (35., Legia, za drugą żółtą). Widzów: 19 308.
Zagłębie Lubin – Wisła Płock 5:0
Gole: Sasza Żivec (14), Alan Czerwiński (29), Damjan Bohar (44), Bartosz Slisz (90), Dawid Pakulski (90). Żółte kartki: Balić, Szysz, Starzyński – Uryga, Merebaszwili, Kuświk, Furman. Widzów: 2876.
Raków Częstochowa – Arka Gdynia 2:0
Gole: Jarosław Jach (31), Felicio Brown Forbes (80). Żółte kartki: Jach, Bartl, Szymonowicz – Maghoma. Widzów: 2511.
Lechia Gdańsk – Lech Poznań 2:1
Gole: Sławomir Peszko (23), Michał Nalepa (33) – Christian Gytkjaer (45). Żółte kartki: Peszko – Crnomarković. Czerwona kartka: Crnomarković (90., za drugą żółtą). Widzów: 14 008.
Korona Kielce – Wisła Kraków 1:1
Gole: Erik Pacinda (47) – Paweł Brożek (38 karny). Żółte kartki: Jukić, Gnjatić, Gardawski – Niepsuj, Wojtkowski. Czerwona kartka: Boguski (31. minuta, Wisła, za faul taktyczny). Widzów: 7073.
Niedzielne mecze Pogoni Szczecin z ŁKS Łódź i Górnika Zabrze ze Śląskiem Wrocław zakończyły się po zamknięciu wydania, a spotkanie Cracovii z Piastem Gliwice odbędzie się w poniedziałek (początek godz. 18:00).

 

Trudno jest rządzić w ekstraklasie

Pod względem sportowym nasza piłkarska ekstraklasa to europejska druga liga, czego najlepszym dowodem jest żenująco słaba postawa jej najlepszych drużyn w europejskich pucharach. Prezes PZPN Zbigniew Boniek mówi wprost, że winni temu są ludzie zarządzający na co dzień klubami. Ta raczej kontrowersyjna ocena.

W odróżnieniu od prezesa PZPN, który jako szef piłkarskiego związku nie wykłada na jego działalność własnych pieniędzy, większość sterników ligowych klubów w większym lub mniejszym stopniu łoży na ich utrzymanie ze swojej kieszeni. Do prezesów, którzy zarazem są też właścicielami lub co najmniej współudziałowcami klubów, zaliczają się Janusz Filipiak (Cracovia), Dariusz Mioduski (Legia), Cezary Kulesza (Jagiellonia), Jarosław Mroczek (Pogoń Szczecin) i Tomasz Salski (ŁKS Łodź). Trudno stwierdzić, za którym z nich stoją większe pieniądze, ale jeśli wierzyć informacjom o wysokości budżetów poszczególnych klubów, to na szali największe kwoty kładzie właściciel stu procent akcji stołecznej Legii.

Mioduski pojawił się w Legii już w 2004 roku, gdy klub przejął holding ITI. Został wtedy członkiem rady nadzorczej, a 10 lat później do spółki z Leśnodorskim odkupił Legię od Mariusza Waltera i spadkobierców Jana Wejcherta. Objął wtedy 60 procent akcji, a potem wykupił od współudziałowców pozostałe 40 i od 2,5 roku jest jedynym właścicielem stołecznego klubu. Przejął Legię pół roku po awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ale jak do tej pory nie zdołał powtórzyć tego osiągnięcia. W dwóch kolejnych sezonach legioniści odpadali w kwalifikacjach europejskich pucharów w żenującym stylu, a w minionym sezonie straciła nawet prymat na krajowym podwórku na rzecz Piasta Gliwice. To jednak Legia w tym sezonie jako jedyna z kwartetu naszych „pucharowiczów” dotarła do ostatniej fazy eliminacji (rewanżowy mecz z Glasgow Rangers zakończył się po zamknięciu wydania).

Filipiak z kolei jest jedynym w gronie właścicieli naszych piłkarskich klubów szefem i właścicielem spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych. Jego Comarch jest jedną z największych polskich firm informatycznych, działa w 31 krajach. Na liście najbogatszych Polaków „Forbesa” znalazł się na 95. miejscu. Poza nim w tym zestawieniu nie ma innego właściciela polskiego klubu piłkarskiego.

Wszechwładny szef Jagiellonii Cezary Kulesza działa w branży muzycznej specjalizującej się w segmencie disco polo i finansowa przejrzystość nie jest mu potrzebna. Kulesza w Jagiellonii jako działacz pojawił się 2008 roku, zostając dyrektorem sportowym. Potem wszedł do zarządu klubu, a w styczniu 2010 roku został jego prezesem. W białostocki klub zainwestował własne pieniądze, ale dzisiaj jest jednym z dziewięciu współwłaścicieli. Takiego rozproszenia nie ma w żadnym innym klubie ekstraklasy, ale nie jest tajemnicą, że Kulesza ma w Jagiellonii decydujące zdanie. Jak wieść niesie w najbliższych wyborach władz PZPN zostanie wystawiony do walki o fotel prezesa i ma duże szanse go zdobyć.

Jarosław Mroczek tuż przed ustrojową transformacją założył z kolegami w Szczecinie firmę EPA, dzisiaj jednego z największych graczy na polskim rynku ekoenergii. W 2009 roku do Mroczka z prośbą o pomoc zgłosili się działacze odradzającej się po bankructwie Pogoni. Nie odmówił, bo jako dziecko sam grał w szczecińskim klubie. Dzisiaj EPA ma 74 procent akcji, zaś Mroczek od 2011 roku pełni z powodzeniem także funkcję prezesa Pogoni.

ŁKS-em z nie mniejszym powodzeniem rządzi natomiast Tomasz Salski, właściciel firmy „Klepsydra” zarządzającej siecią domów pogrzebowych i krematoriów na terenie Łodzi, Koluszek i Krakowa. Przy jego dużym udziale łódzki zespół powrócił do ekstraklasy po siedmiu latach przerwy. Najpierw tylko wspierał klub finansowo, ale w 2016 roku stanął na jego czele zastępując Marka Saganowskiego i Tomasza Wieszczyckiego. Pod wodzą Salskiego piłkarze ŁKS-u awansowali rok po roku z III ligi do ekstraklasy.
Trudno powiedzieć dlaczego ekstraklasa, mając w swoich szeregach takich obrotnych ludzi, nie jest w stanie w swoim gronie wypracować takie zasady współpracy, żeby jej poziom sportowy systematycznie wzrastał. Zwłaszcza, że w pozostałych 11 klubach rządzą ludzie znający się na rzeczy. Prezesami na pełny etat są Karol Klimczok w Lechu, Wojciech Cygan w Rakowie Częstochowa, Piotr Waśniewski w Śląsku Wrocław, Grzegorz Stańczuk w Arce Gdynia, Paweł Żelem w Piaście Gliwice, Piotr Obidziński w Wiśle Kraków, Mateusz Drożdż w Zagłębia Lubin, Krzysztof Zając w Koronie Kielce czy wreszcie pełniący od niedawna funkcję prezesa zarządu Lechii Gdańsk Janusz Biesiada, wcześniej znany w działalności w siatkówce.
Tymczasem jest tak, że skauci z klubów zachodniej Europy bezkarnie buszują po Polsce i wyciągają za bezcen utalentowanych graczy, a jeśli już na boiskach ekstraklasy objawi się jakiś talent, jest sprzedawany w porównaniu z europejskimi realiami za przysłowiową czapkę gruszek.

Wspomniany już Janusz Filipiak jeszcze dekadę temu stawiał w Cracovii na polskich piłkarzy, także na wychowanków. Teraz w ekipie „Pasów” są gracze z całego świata, ale największe pieniądze w ostatnich latach na transferach krakowski klub zarobił ze sprzedaży Bartosza Kapustki i Krzysztofa Piątka.

Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy
Piątek: Arka Gdynia – Górnik Zabrze, godz. 18:00, sędziuje Jarosław Przybył;
Korona Kielce – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak.
Sobota: Wisła Płock – ŁKS Łódź, godz. 15:00, sędziuje Krzysztof Jakubik;
Piast Gliwice – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Paweł Raczkowski;
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin, godz. 20:00, sędziuje Daniel Stefański.
Niedziela: Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin, godz. 15:00, sędziuje Piotr Lasyk;
Lech Poznań – Cracovia, godz. 17:30, sędziuje Bartosz Frankowski;
Legia Warszawa – Raków Częstochowa, godz. 20:00, sędziuje Tomasz Musiał.

 

Najważniejszy jest mecz w Glasgow

Szósta ligowa kolejka sypnęła niespodziankami. Chyba największą była porażka Pogoni z Wisłą Płock. „Portowcy” zmarnowali okazję do objęcia prowadzenia w tabeli, bo lider Śląsk tylko zremisował z Lechią 1:1. Z potknięć Śląska i Pogoni skorzystały Jagiellonia, Piast, Cracovia, Lech i Legia, które zmniejszyły straty do tych zespołów.

Poważne potyczki w tej fazie sezonu toczy już tylko Legia Warszawa, która po remisie u siebie z Glasgow Rangers w pierwszym meczu IV rundy kwalifikacji Ligi Europy, w najbliższy czwartek, 29 sierpnia zagra spotkanie rewanżowe. Władze ekstraklasy i PZPN nie uznały jednak za stosowne przełożyć ligowego meczu legionistów, jakby awans do fazy grupowej i cenne punkty do rankingu ligowego UEFA nie był także ich interesem. Trener stołecznej drużyny Aleksandar Vuković nie miał zatem wyboru i musiał w meczu z ŁKS Łódź wystawić rezerwowy skład. I dobrze na tym wyszedł, bo dublerzy okazali się lepsi od beniaminka ekstraklasy pokonując go 3:2. Z okazji skorzystał trochę już zapomniany Jarosław Niezgoda i strzelając dwa gole dał sygnał, że jest w stanie zastąpić szykowanego do transferu Carlitosa.

Szkockie media nie traktują jednak Legii z respektem i gremialnie przewidują jej porażkę w rewanżowym meczu z prowadzoną przez słynnego Stevena Gerrarda ekipą Rangers. W ich opiniach daje się jednak wyczuć pewien niepokój. „Rangers mają wystarczające argumenty, żeby odprawić Legię, ale będą jednak musieli uważać, aby nie stracić gola. To nie będzie efektowny mecz. Fani muszą uzbroić się w cierpliwość, bo brak bramki strzelonej na wyjeździe postawiło ekipę Rangers w trudnym położeniu. Ich siła ofensywna powinna co prawda zapewnić im wystarczającą liczbę goli potrzebną do awansu, lecz nawet przez moment nie będą mogli zapomnieć o pilnowaniu dostępu do własnej bramki”.

 

Alarm w Płocku i Gdyni

Przed szóstą kolejką ekstraklasy bez zwycięstwa na koncie były tylko dwa ostatnie zespoły w tabeli – Wisła Płock i Arka Gdynia. Gdynianie nie poprawili tego bilansu, bo przegrali z Cracovią 1:3.

Na pokonanie świetnie spisującej się w tym sezonie Pogoni Szczecin nikt „Nafciarzom” nie daje większych szans. Zwłaszcza że w poniedziałek „Portowcy” będą dodatkowo zmotywowani, bo po remisie Śląska Wrocław z Lechią Gdańsk (1:1) w przypadku zwycięstwa nad Wisłą Płock zastąpią wrocławian na pozycji lidera ekstraklasy. Świadomi swojej słabości płocczanie pojechali do Szczecina jak na ścięcie. W perspektywie mają co prawda zaległy mecz z Legią Warszawa, ale na pewno widzieli grę legionistów w starciu z Glasgow Rangers (0:0) w IV rundzie kwalifikacji Ligi Europy.

W ekipie Arki Gdynia przed wyprawą do Krakowa panowały podobne nastroje. Trener Jacek Zieliński zaczyna już odczuwać presję i wie, że jeśli szybko nie poprawi wyników, we wrześniu straci posadę. Porażka 1:3 musiała być dla niego bolesna podwójnie, bo przecież w latach 2015-2017 na stadionie Cracovii zajmował na ławce rezerwowych miejsce, które obecnie zajmuje Michał Probierz.

Wyniki 6. kolejki:
Jagiellonia Białystok – Wisła Kraków 3:2; gole: Jesus Imaz (33, 38 i 66) – Paweł Brożek (44), Aleksander Buksa (90); Cracovia – Arka Gdynia 3:1, gole: Rafael Lopes (30), Sergiu Hanca (45 karny), Pelle van Amersfoort (89) – Dawit Schirtladze (90); Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław 1:1; gole: Sławomir Peszko (54) – Przemysław Płacheta (37); Raków Częstochowa – Lech Poznań 2:3; gole: Petr Schwarz (51 i 74 z karnych) – Karlo Muhar (30), Christian Gytkjaer (32 i 84); Niedzielne mecze Górnika Zabrze z Korona Kielce, Zagłębia Lubin z Piastem Gliwice i ŁKS Łódź z Legią Warszawa zakończyły się po zamknięciu wydania. Spotkanie Pogoni Szczecin z Wisłą Płock odbędzie się w poniedziałek.

 

Piłkarskie kluby doją samorządy

Działacze mistrza Polski Piasta Gliwice wszczęli medialny zgiełk, że klub nie dostał jeszcze z budżetu miasta drugiej transzy przyznanej mu dotacji. Wrzask nie dziwi, bo nie chodzi tu o czapkę drobnych, tylko sześć milionów złotych. Ale prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz miał poważny powód, żeby zablokować wypłatę.

Jak to przy takich awanturach bywa, przy okazji wyszło na jaw, że w drużynę kopaczy piłki władze Gliwic pompują rocznie z publicznych pieniędzy 12 milionów złotych. Ta kwota to połowa budżetu Piasta, a większość z niej trafia do kieszeni piłkarzy. Owszem, zespół w poprzednim sezonie wywalczył pierwsze w historii mistrzostwo Polski, ale już w europejskich pucharach swoją postawą rozczarował. Co zatem takiego sprawiło, że prezydent Gliwic zaczął mieć nagle węża w kieszeni? Sukcesy Piasta na krajowej arenie przysporzyły w tym roku klubowi dodatkowe profity – więcej zarobił za zdobycie mistrzostwa, z praw do transmisji, z transferów Joela Valencii i Patryka Dziczka (blisko cztery miliony euro), a także pozyskał w charakterze sponsora jedną z dużych firm bukmacherskich, dla której na logo przeznaczył centralne miejsce na koszulkach piłkarzy. Tak się składa, że wcześniej w tym miejscu umieszczane był herb Gliwic, którego w tej chwili na trykotach zawodników w ogóle nie ma.
Dlatego prezydent Frankiewicz w imieniu władz miasta, jakby nie patrzeć większościowego udziałowca gliwickiego klubu, wstrzymał wypłatę dotacji i jeszcze poprosił o przedstawienie szczegółowego wyjaśnienia, na co zostały wydane wcześniej przyznane dotacje z miejskiej kasy.

To jednak tylko burza w szklance wody. Działacze Piasta zapewne szybko naprawią błąd i umieszczą herb Gliwic na koszulkach, może nawet zdobędą się na przeprosiny. Stawiać się raczej nie będą, bo harda postawa wobec mecenasów nie jest w polskiej ekstraklasie postawą pożądaną, bo nawet tuczona rosnącymi z roku na rok, mimo słabnącego poziomu sportowego, wpływami z praw telewizyjnych i umów sponsorskich najwyższa klasa rozgrywkowa w polskim futbolu, bez żenady wyciąga łapki po pieniądze z samorządowych budżetów. W ostatnich pięciu latach do klubów ekstraklasy popłynęło z tego źródła ponad 320 mln złotych.

To nie jest świeży problem. Już w 2012 roku dotacjom dla profesjonalnych organizacji sportowych przyjrzała się Najwyższa Izba Kontroli. Według przepisów samorządy mogły dotować jedynie sport rekreacyjny, tymczasem wyszło na jaw, że cztery z sześciu skontrolowanych gmin (Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bydgoszcz, Szczecin, Lublin i warszawska dzielnica Śródmieście) przekazały klubom sportowym 22,5 mln złotych. Skala zjawiska nie zmalała w kolejnych latach, mimo zmian we władzach samorządowych w wyniku wyborów, a nawet za rządów „dobrej zmiany”. Wręcz przeciwnie – szastający na lewo i prawo publicznymi pieniędzmi politycy PiS okazali się hojni także dla ludzi sportu. Cudze jak wiadomo zawsze wydaje się najłatwiej.

Pogląd, że samorządy powinny finansować budowę infrastruktury sportowej oraz proces szkolenie dzieci i młodzieży, jeszcze od biedy da się obronić, chociaż nie bardzo wiadomo dlaczego kluby sportowe nie partycypują w tego typu kosztach. Chociaż nie, to akurat nie jest od dawna żadną tajemnicą – polskie kluby lwią część swoich przychodów, także tych z publicznej kasy, przeznaczają na wynagrodzenia. Dla przykładu, w Miedzi Legnica, która w poprzednim sezonie spadła z ekstraklasy, pensje pochłaniały 96 procent wszystkich wydatków klubu. W Koronie Kielce, która ma niemieckich właścicieli, z miejskiej kasy płyną regularnie milionowe dotacje, a na płace idzie rocznie 86 procent dochodów. Warto w tym miejscu podkreślić, że w 2018 roku samorządy w różnych formach przekazały klubom ekstraklasy prawie 70 mln złotych bezzwrotnych dotacji, głównie pod pretekstem zapłaty za świadczone usługi promocyjne, a to oznacza, że tylko w ciągu minionej dekady ponad pół miliarda złotych z publicznych funduszy trafi do kieszeni przeciętnych na ogół piłkarskich kopaczy. Nie trzeba chyba dodawać, że są to pieniądze wydawane potem bez żadnej kontroli. A że jest to studnia bez dna, taniej raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie. Chyba, że prezydent Frankiewicz znajdzie naśladowców.