Piłkarskie kluby doją samorządy

Działacze mistrza Polski Piasta Gliwice wszczęli medialny zgiełk, że klub nie dostał jeszcze z budżetu miasta drugiej transzy przyznanej mu dotacji. Wrzask nie dziwi, bo nie chodzi tu o czapkę drobnych, tylko sześć milionów złotych. Ale prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz miał poważny powód, żeby zablokować wypłatę.

Jak to przy takich awanturach bywa, przy okazji wyszło na jaw, że w drużynę kopaczy piłki władze Gliwic pompują rocznie z publicznych pieniędzy 12 milionów złotych. Ta kwota to połowa budżetu Piasta, a większość z niej trafia do kieszeni piłkarzy. Owszem, zespół w poprzednim sezonie wywalczył pierwsze w historii mistrzostwo Polski, ale już w europejskich pucharach swoją postawą rozczarował. Co zatem takiego sprawiło, że prezydent Gliwic zaczął mieć nagle węża w kieszeni? Sukcesy Piasta na krajowej arenie przysporzyły w tym roku klubowi dodatkowe profity – więcej zarobił za zdobycie mistrzostwa, z praw do transmisji, z transferów Joela Valencii i Patryka Dziczka (blisko cztery miliony euro), a także pozyskał w charakterze sponsora jedną z dużych firm bukmacherskich, dla której na logo przeznaczył centralne miejsce na koszulkach piłkarzy. Tak się składa, że wcześniej w tym miejscu umieszczane był herb Gliwic, którego w tej chwili na trykotach zawodników w ogóle nie ma.
Dlatego prezydent Frankiewicz w imieniu władz miasta, jakby nie patrzeć większościowego udziałowca gliwickiego klubu, wstrzymał wypłatę dotacji i jeszcze poprosił o przedstawienie szczegółowego wyjaśnienia, na co zostały wydane wcześniej przyznane dotacje z miejskiej kasy.

To jednak tylko burza w szklance wody. Działacze Piasta zapewne szybko naprawią błąd i umieszczą herb Gliwic na koszulkach, może nawet zdobędą się na przeprosiny. Stawiać się raczej nie będą, bo harda postawa wobec mecenasów nie jest w polskiej ekstraklasie postawą pożądaną, bo nawet tuczona rosnącymi z roku na rok, mimo słabnącego poziomu sportowego, wpływami z praw telewizyjnych i umów sponsorskich najwyższa klasa rozgrywkowa w polskim futbolu, bez żenady wyciąga łapki po pieniądze z samorządowych budżetów. W ostatnich pięciu latach do klubów ekstraklasy popłynęło z tego źródła ponad 320 mln złotych.

To nie jest świeży problem. Już w 2012 roku dotacjom dla profesjonalnych organizacji sportowych przyjrzała się Najwyższa Izba Kontroli. Według przepisów samorządy mogły dotować jedynie sport rekreacyjny, tymczasem wyszło na jaw, że cztery z sześciu skontrolowanych gmin (Poznań, Gdańsk, Wrocław, Bydgoszcz, Szczecin, Lublin i warszawska dzielnica Śródmieście) przekazały klubom sportowym 22,5 mln złotych. Skala zjawiska nie zmalała w kolejnych latach, mimo zmian we władzach samorządowych w wyniku wyborów, a nawet za rządów „dobrej zmiany”. Wręcz przeciwnie – szastający na lewo i prawo publicznymi pieniędzmi politycy PiS okazali się hojni także dla ludzi sportu. Cudze jak wiadomo zawsze wydaje się najłatwiej.

Pogląd, że samorządy powinny finansować budowę infrastruktury sportowej oraz proces szkolenie dzieci i młodzieży, jeszcze od biedy da się obronić, chociaż nie bardzo wiadomo dlaczego kluby sportowe nie partycypują w tego typu kosztach. Chociaż nie, to akurat nie jest od dawna żadną tajemnicą – polskie kluby lwią część swoich przychodów, także tych z publicznej kasy, przeznaczają na wynagrodzenia. Dla przykładu, w Miedzi Legnica, która w poprzednim sezonie spadła z ekstraklasy, pensje pochłaniały 96 procent wszystkich wydatków klubu. W Koronie Kielce, która ma niemieckich właścicieli, z miejskiej kasy płyną regularnie milionowe dotacje, a na płace idzie rocznie 86 procent dochodów. Warto w tym miejscu podkreślić, że w 2018 roku samorządy w różnych formach przekazały klubom ekstraklasy prawie 70 mln złotych bezzwrotnych dotacji, głównie pod pretekstem zapłaty za świadczone usługi promocyjne, a to oznacza, że tylko w ciągu minionej dekady ponad pół miliarda złotych z publicznych funduszy trafi do kieszeni przeciętnych na ogół piłkarskich kopaczy. Nie trzeba chyba dodawać, że są to pieniądze wydawane potem bez żadnej kontroli. A że jest to studnia bez dna, taniej raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie. Chyba, że prezydent Frankiewicz znajdzie naśladowców.

 

Pogoń za Śląskiem

Trwa dobra passa piłkarzy Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. „Portowcy” w zamykającym 5. kolejkę poniedziałkowym meczu pokonali na wyjeździe Koronę Kielce 1:0. Był to już ich ósme ligowe spotkanie z rzędu, w którym szczecińska drużyna nie poniosła porażki. Ale większą uwagę kibiców i tak skupia Legia Warszawa, która jeszcze walczy w Lidze Europy.

Kibice w Szczecinie dawno nie mieli tylu powodów do radości. W tym sezonie „Portowcy” są jak na razie niepokonani – zwyciężyli Legię, Arkę, Wisłę Kraków i Koronę Kielce oraz zremisowali z Piastem. W Kielcach już od pierwszych minut narzucili przeciwnikom swoje warunki gry. Bramkowe szanse zmarnowali jednak Zvonimir Kozulj i Jakub Bartkowski, ale w 17. minucie wyręczył ich 20-letni kapitan drużyny Sebastian Kowalczyk, który w polu karnym ograł Adnana Kovacevicia i mocnym strzałem w okienko pokonał bramkarza Korony i został najmłodszym kapitanem w ekstraklasie z ligowym trafieniem.

Trener kieleckiego zespołu Gino Lettieri po zmianie stron wprowadził do gry dwóch świeżych piłkarzy. Na murawie pojawili się Marcin Cebula i Matej Pućko, a zeszli Rodrigo Zalazar i Uros Duranović. Potem szkoleniowiec ekipy gospodarzy posłał na boisko jeszcze Michała Żyro, który w poprzednim sezonie był piłkarzem Pogoni. Wejście byłego reprezentanta Polski nie przyniosło jednak spodziewanych efektów i ostatecznie zespół „Portowców” zdobył komplet punktów. Warto odnotować, że bramkarz Pogoni Dante Stipica w czwartym spotkaniu z rzędu zachował czyste konto. Po raz ostatni został pokonany w 1. kolejce obecnego sezonu przez napastnika Legii Warszawa Sandro Kulenovicia.

I jak na razie była to jedyna ligowa bramka zdobyta przez tego 20-letniego chorwackiego napastnika. Równie skuteczny jest w kwalifikacjach Ligi Europy – w nich też trafił tylko raz, w rewanżowym spotkaniu I rundy z gibraltarskim College Europa FC. Potem zaliczył puste przebiegi, ma też na koncie spudłowany rzut karny. Przytaczamy ten niezbyt pokaźny dorobek Kulenovicia, bo po w niedzielnym meczu Legii z Zagłębiem Lubin (1:0) kibice stołecznego zespołu straszliwie go wygwizdali i zelżyli. Ta bezlitosna, choć typowo kibicowska recenzja boiskowych wyczynów piłkarza, nie spodobała się trenerowi Legii Aleksandarovi Vukoviciowi. Serbski szkoleniowiec, chociaż jako piłkarz i trener warszawskiego zespołu zdążył w swoim życiu zobaczyć najróżniejsze przejawy jego relacji z kibicami, z jakiegoś powodu postanowił wykonać medialną szarżę w obronie Kulenovicia. „To jest przykre, niezrozumiałe, wręcz obrzydliwe zachowanie kibiców wobec 20-letniego chłopaka, który zostawia serce na boisku. Nie oczekuję, że na Łazienkowskiej panować będą angielskie zwyczaje, jak choćby w Chelsea, gdzie Frank Lampard przegrywa 0:4 z Manchesterem United i jest przez fanów swojej drużyny oklaskiwany. Ale oczekuję więcej szacunku dla moich piłkarzy” – grzmiał Vuković.

Tylko czy na pewni miał rację prąc do zwarcia z nienawykłą do takiego łajania kibolską ferajną? Rzeczony Kulenović w w spotkaniu z Zagłębiem grał do 81. minuty. Nie tylko nie strzelił gola, co jest przecież głównym zadaniem środkowego napastnika, lecz w każdym innym aspekcie zaprezentował się bardzo przeciętnie, a momentami wręcz fatalnie. Został zmieniony przez Mateusza Wieteskę, zaś na ławce rezerwowych z chmurną miną pozostał Carlitos, najskuteczniejszy piłkarz Legii w poprzednim sezonie. Hiszpan po zakończeniu spotkania nie dołączył do cieszących się ze zwycięstwa kolegów, tylko od razu poszedł pod trybuny.

Carlitos latem miał odejść z Legii, ale z jakiegoś powodu do transferu nie doszło. To jest niezły piłkarz, dobrze wyszkolony technicznie, ruchliwy, potrafiący nie tylko wykorzystywać, ale też kreować strzeleckie sytuacje. Pod tym względem bije Kulenovicia na głowę i dlatego fani Legii mają pretensje do Vukovicia, że z takim uporem stawia na mało zwrotnego i chaotycznego Chorwata. Na dodatek notorycznie zawodzącego pod bramką rywali, co dyskwalifikuje go jako napastnika. „Sandro jest dla nas pierwszą opcją, bo zasługuje na to swoją pracą. To decyzja podjęta na podstawie tego, co widzę w codziennej pracy drużyny. W meczu z Zagłębiem wszedł za niego Mateusz Wieteska, który zapewnił nam awans w meczu z Kuopio. Doznał jednak kontuzji i wypadł na jeden mecz, ale to ważny gracz w naszym zespole. A Carlitos? No cóż, jak każdy walczy o swoje miejsce w składzie. Musi pracować i czekać na swoją szansę” – stwierdził Vuković. Kibice Legii najwyraźniej mają w tej kwestii odmienny pogląd.

Może wiedzą, że kierownictwo klubu chce korzystnie sprzedać Kulenovicia i dlatego chorwacki piłkarz pojawia się regularnie w składzie. Vuković nie ma tu nic do gadania, ale nie może się do tego publicznie przyznać, to plecie bez sensu, bo przecież każdy widzi, że Kulenović jest piłkarzem przeciętnym. W czwartkowym starciu z Glasgow Rangers przekonamy się pewnie o tym dobitnie, ale czy ktoś na serio liczy, że legioniści wyeliminują szkocki zespół?

Kadra Rangers FC na mecze z Legią w Lidze Europy:
Bramkarze: 1. Allan McGregor, 12. Andy Firth, 13. Wes Foderingham.
Obrońcy: 2. James Tavernier, 4. George Edmundson, 6. Connor Goldson, 15. Jon Flanagan, 19. Nikola Katić, 31. Borna Barišić, 44. Aidan Wilson, 46. Rhys Breen, 48. Jordan Houston, 51. Lewis Mayo, 56. Daniel Finlayson, 63. Nathan Patterson, 71. Murray Miller, 72. Kyle McClelland, 75. Harris O’Connor,.
Pomocnicy: 8. Ryan Jack, 10. Steven Davis, 11. Sheyi Ojo, 16. Andy Halliday, 18. Glen Kamara, 24. Greg Stewart, 29. Andy King, 33. Jamie Barjonas, 37. Scott Arfield, 47. Jack Thomson, 57. Zac Butterworth, 61. Kieran McKechnie, 64. Josh McPake, 65. Ben Williamson, 73. Ciaran Dickson, 81. Cole McKinnon, 84. Alex Lowry.
Napastnicy: 9. Jermain Defoe, 17. Joe Aribo, 20. Alfredo Morelos, 21. Brandon Barker, 22. Jordan Jones.

 

Śląsk zmienił lidera

W rozegranym w miniony piątek meczu 4. kolejki piłkarskiej ekstraklasy przewodzący w tabeli Lech Poznań przegrał niespodziewanie 1:3 ze Śląskiem Wrocław. Wrocławski zespół prowadzony przez czeskiego trenera Vitezlava Lavickę zajął miejsce poznaniaków na ligowym tronie.

Ponad 32 tysiące widzów na trybunach zjawiło się na stadionie przy Bułgarskiej w Poznaniu by obejrzeć hit 4. kolejki ekstraklasy. Wysoka frekwencja była efektem udanego rozpoczęcia rozgrywek przez zespół „Kolejorza” – w trzech poprzednich kolejkach lechici zdobyli siedem punktów. Ale w miniony piątek mieli pecha, bo sędziujący mecz Szymon Marciniak już w 5. minucie dopatrzył się zagrania ręką po trafieniu przez Przemysława Płachetę piłką w ramie Thomasa Rogne i podyktował rzut karny. Poznański zespół odpowiedział wyrównującym trafieniem Darko Jevticia, ale to było tego dnia wszystko, na co było stać podopiecznych trenera Dariusz Żurawia. Kibice „Kolejorza” mieli powody do złości, ale przynajmniej zobaczyli piłkarskie widowisko na przyzwoitym poziomie, bo był to jeden z lepszych meczów ekstraklasy w ostatnim czasie.

Po tym zwycięstwie Śląsk awansował na pozycję lidera. Drużyna prowadzona przez czeskiego trenera Vitezslava Lavickę ma po czterech kolejkach 10 punktów, tyle samo co Pogoń Szczecin (pokonała u siebie Wisłę Kraków 1:0), ale wyprzedza „Portowców” korzystniejszym bilansem bramkowym. Zespół Lecha spadł na 3. miejsce.

Za tydzień poznańska ekipa wybiera się do Gdyni na mecz z Arką, najsłabszym jak na razie zespołem ekstraklasy. Gdynianie mają w dorobku tylko jeden punkt (za remis 1:1 z Koroną w 3. kolejce), ale też jednego strzelonego gola i aż osiem straconych. Trener Jacek Zieliński już powinien obawiać się o swoją posadę, a jeśli przegra z Lechem, to właściwie stanie się tzw. trafioną kaczką, będzie jeszcze trochę leciał siłą rozpędu, ale ostatecznie i tak wyleci z klubu.

Natomiast co się tyczy Śląska, to dobre wyniki tego zespołu są pewnym zaskoczeniem. W następnej kolejce podopieczni trenera Lavicki zmierzą się u siebie z grającą nierówno Cracovią, a zatem niewykluczone, że utrzymają pozycję lidera dłużej niż jeden tydzień.
Wyniki 4. kolejki:
Lech Poznań – Śląsk Wrocław 1:3
Gole: Darko Jevtić (14) – Robert Pich (6 karny), Łukasz Broź (16 i 26).
Widzów: 32 307.
Pogoń Szczecin – Wisła Kraków 1:0
Gol: Kostas Triantafyllopoulos (55).
Widzów: 3947.
Górnik Zabrze – Raków Częstochowa 1:0
Gol: Igor Sapała (63 samobójcza).
Widzów: 17 968.
Zagłębie Lubin – Arka Gdynia 2:0
Gole: Sasza Żivec (3), Patryk Szysz (65).
Widzów: 5125.
Niedzielne mecze ŁKS Łódź z Piastem Gliwice i Cracovii z Korona Kielce zakończyły się po zamknięciu wydania. Spotkanie Lechii Gdańsk z Jagiellonią Białystok odbędzie się w poniedziałek (początek godz. 18:00). Mecz Wisły Płock z Legią Warszawa został przełożony na 16 września.

 

Zimny prysznic dla beniaminków

W poprzedniej kolejce zespoły ŁKS Łódź i Rakowa Częstochowa odniosły wyjazdowe zwycięstwa – łodzianie ograli 2:1 Cracovię, a częstochowianie 1:0 Jagiellonię. W trzeciej serii spotkań na własnych boiska obie ekipy beniaminków poniosły klęski – Raków przegrał z Cracovią 1:3, a ŁKS z Lechem Poznań 1:2.

Zespół Rakowa mecze u siebie rozgrywa gościnnie na stadionie GKS Bełchatów, a nie jest to obiekt szczęśliwy dla trenera Cracovii Michała Probierza. Wcześniej jako trener różnych zespołów grał tam mecze sześciokrotnie i ani razu nie wygrał, notując cztery remisy i dwie porażki. Co ciekawe, nawet jako szkoleniowiec drużyny GKS Bełchatów (listopad-grudzień 2012) też tu nie wygrał, bo zaliczył remis i porażkę. W końcu jednak udało mu sie przerwać tę niechlubną serię. Zespół „Pasów” wygrał z Rakowem 3:1 i odniósł pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.

W Łodzi dobrą passę podtrzymał Lech Poznań, psując kibicom ŁKS sen o potędze. Ekipa „Kolejorza” rozegrała znakomity mecz, a w takiej formie może w tym sezonie pokusić się nawet o mistrzowski tytuł.

Wyniki 3. kolejki:
Arka Gdynia – Korona Kielce 1:1
Gole: Adam Deja (51) – Jakub Żubrowski (18). Widzów: 7345.
Zagłębie Lubin – Jagiellonia Białystok 2:2
Gole: Patryk Szysz (70), Łukasz Poręba (78) – Patryk Klimala (39), Jesus Imaz (66).
Widzów: 4003.
Raków Częstochowa – Cracovia 1:3
Gole: Felicio Brown Forbes (19) – Sergiu Hanca (8), Rafael Lopes (45), Cornel Rapa (56). Widzów: 3167.
ŁKS Łódź – Lech Poznań 1:2
Gole: Dani Ramirez (32) – Joao Amaral (4), Darko Jevtić (34). Widzów: 5452.
Wisła Płock – Lechia Gdańsk 1:2
Gole: Dominik Furman (84) – Artur Sobiech (12), Rafał Wolski (74). Widzów: 5511.
Mecze Legii ze Śląskiem i Piasta z Pogonią zakończyły się po zamknięciu wydania. Spotkanie Wisły Kraków z Górnikiem odbędzie się 5 sierpnia (godz. 18:00).

 

Portowcy na czele

Nie Piast Gliwice, Legia Warszawa, Lechia Gdańsk czy Jagiellonia Białystok najlepiej wystartowały w nowym sezonie ligowym, tylko zespoły Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław, które po dwóch kolejkach przewodzą w tabeli PKO Ekstraklasy z kompletem punktów. Najsłabiej rozgrywki zaczęła natomiast Arka Gdynia.

W czwartek 1 sierpnia Piast, Lechia i Legia zagrają w spotkaniach rewanżowych II rundy kwalifikacji Ligi Europy i może to być „czarny czwartek” polskiego futbolu klubowego. Niestety, trzeba liczyć się z tym, że cały tercet odpadnie i wtedy polskim kibicom zostanie już tylko emocjonowanie się zmaganiami na krajowym podwórku. A na nim póki co brylują zespoły nieobciążone pucharowymi obowiązkami – Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław i Lech Poznań.

Wystarczył remis w Gliwicach z Piastem (1:1) i efektowna wygrana z Wisłą Płock (4:0), by wróciła dobra atmosfera w drużynie i odrodziły się nadzieje kibiców poznańskiej drużyny na udany sezon Lecha. Ale w poprzednim sezonie lechici też rozpoczęli rozgrywki z impetem, bo od czterech zwycięstw, lecz jeszcze przed zakończeniem rundy jesiennej trener Ivan Djurdjević został zdymisjonowany. Jego następca, Adam Nawałka, podzielił ten sam los i ekipa „Kolejorza” nie pozbierała się już do końca sezonu, zajmując ostatecznie ósme miejsce.

Latem w poznańskim klubie dokonano wielu zmian kadrowych i przebudowana przez trenera Dariusza Żurawia drużyna prezentuje się na razie obiecująco. Dobre nastroje zepsuła tylko informacja o kontuzji Tymoteusza Klupsia. 19-letni pomocnik doznał w ostatnim meczu zerwania więzadeł krzyżowych stawu skokowego i czeka go co najmniej trzytygodniowa przerwa. Kontuzjowany jest także Wołodymyr Kostewycz, ale Ukrainiec powinien wykurować się przed najbliższym ligowym spotkaniem z ŁKS-em.

Śląsk Wrocław zaczął od wyjazdowej wygranej z Wisłą Kraków, a w drugiej kolejce pokonał aktualnego mistrza Piast Gliwice, więc kibice tego klubu są nie mniej wniebowzięci niż fani ”Kolejorza”. Nawet frekwencja na stadionie wyglądała już przyzwoicie, chociaż 12 tysięcy widzów nie zapełniło nawet jednej trzeciej trybun.

Takiego problemu nie mają w Szczecinie, bo z powodu przebudowy stadionu w użyciu jest tylko niespełna cztery tysiące miejsc. Ale prowadzony przez trenera Kostę Runjaicia zespół „Portowców” prezentuje na starcie sezonu znakomitą formę i pewnie byłby w stanie wygrywać nawet przy pustych trybunach. W starciu z Arką Gdynia gracze szczecińskiej drużyny potwierdzili, że odniesione tydzień wcześniej wyjazdowe zwycięstwo nad Legią Warszawa to nie był przypadek. Trudno jednak powiedzieć jak długo „Portowcy” wytrzymają narzucone tempo. W spotkaniu z Arką stracili swojego kluczowego zawodnika Kamila Drygasa, który odniósł poważną kontuzję, a w 3. kolejce czeka ich trudna wyprawa do Gliwic.

 

Koncert Lecha

W piłkarskiej ekstraklasie już w drugiej kolejce doszło do rozstrojenia ustalonej na starcie hierarchii. Znakomity występ w spotkaniu z Wisła Płock zanotował Lech Poznań (4:0), a wyjazdowe zwycięstwa odniosły zespoły beniaminków – Raków Częstochowa ograł 1:0 Jagiellonię, zaś ŁKS Łódź pokonał 2:1 Cracovię.

Po nieudanym w wykonaniu piłkarzy Lech poprzednim sezonie szefowie poznańskiego klubu dokonali latem rewolucji kadrowej. Trener Dariusz Żuraw miał zatem możliwość przebudowy zespołu wedle własnego pomysłu, co zawsze obarczone jest pewnym ryzykiem. Ale już pierwszy mecz „Kolejorza”, z Piastem w Gliwicach, pokazał, że „była to dobra koncepcja”, bo lechici długo na boisku aktualnego mistrza Polski prowadzili i remis 1:1 mieli pełne prawo uznać za porażkę. Przed własną publicznością na chwilę słabości już sobie nie pozwolili i w spotkaniu z Wisłą Płock dominowali od pierwszej do ostatniej minuty. „Nafciarze” zagrali na Bułgarskiej pod wodzą Patryka Kniata, bo pierwszy trener Leszek Ojrzyński nie mógł prowadzić zespołu z powodu dyskwalifikacji, a jak się później okazało, także ważnych powodów osobistych.

„Nafciarze” pierwszego gola stracili już w 13. minucie, gdy rzut karny dla lechitów wykorzystał Darko Jević, ale potem dzielnie bronili się aż do 72. minuty. Wtedy to wprowadzony kilka minut wcześniej na boisko duński napastnik Christian Gytkjaer zdobył swoją pierwszą bramkę w tym meczu. Graczom „Kolejorza” wciąż jednak było mało i w ostatnich minutach wbili jeszcze dwa gole – na listę strzelców wpisał się Kamil Jóźwiak oraz po raz drugi Gytkjaer.

Wysoka wygrana być może jest zapowiedzią lepszych czasów dla poznańskiego klubu. Mecz obejrzało ponad 16 tysięcy widzów, co jest frekwencją już niezłą, ale wciąż daleką od frekwencji jaką notowano na stadionie przy Bułgarskiej w przeszłości gdy Lech bił się o czołowe miejsce w lidze.

Nie mniejsze powody do zadowolenia mieli w ten weekend kibice beniaminków ekstraklasy. Raków Częstochowa na inaugurację przegrał w Bełchatowie, gdzie gra mecze w roli gospodarza, z Koroną Kielce 0:1 (kielczanie w 2. kolejce u siebie przegrali z Legią Warszawa 1:2) , dlatego jego wyjazdowa wygrana z Jagiellonią jest pewną sensacją, jako że białostocki zespół zaczął sezon od pewnej wygranej w Gdyni z Arką 3:0 i po pierwszej kolejce był liderem rozgrywek.

Z kolei ŁKS Łódź, który zaczął sezon w ekstraklasie od bezbramkowego remisu u siebie z Lechią Gdańsk, zepsuł humor trenerowi Michałowi Probierzowi wygrywając z Cracovią na jej stadionie 2:1. „Jeśli zespół w pierwszoligowym składzie zwycięża Cracovię na wyjeździe, to nie ma powodu, by szukać dziury w całym. Pokonanie drużyny Michała Probierza to dla mnie rzecz bezcenna” – skomentował nie bez pewnej złośliwości wynik szkoleniowiec łódzkiego zespołu Kazimierz Moskal. W następnej kolejce jego nastrój może być już zgoła odmienny, bo w naszej ekstraklasie wciąż każdy może wygrać z każdym.

 

Falstart gospodarzy

Legia Warszawa fatalnie rozpoczęła marsz po odzyskanie mistrzostwa Polski, przegrywając u siebie 1:2 z Pogonią Szczecin. Ale nie tylko warszawianie zaliczyli falstart w rozgrywkach na własnym boisku. W pierwszej kolejce nie wygrał żaden z ośmiu gospodarzy meczów, co jest pierwszym takim przypadkiem od sześciu lat.

Po raz ostatni taka wtopa gospodarzy miała miejsce w listopadzie 2012 roku, kiedy to w 11. kolejce goście wygrali siedem z ośmiu spotkań, a w jednym wywalczyli remis. Tym razem atutu własnego boiska nie wykorzystały zespoły aktualnego mistrza Polski Piasta Gliwice i wicemistrza Legii Warszawa, a oprócz nich jeszcze ekipy Zagłębia Lubin, Wisły Kraków, Wisły Płock, ŁKS Łódź, Rakowa Częstochowa oraz Arki Gdynia, która u siebie dała się rozgromić Jagiellonii aż 0:3.

Wysoka wygrana białostocczan zapewniła im pozycję lidera po pierwszej kolejce, ale ten sukces przytłumiły chuligańskie ekscesy dużej grupy fanów tego klubu uczestniczącej w brutalnej napaści na niedzielny marsz równości w Białymstoku. Stworzyło to spory problem dla szefów Jagiellonii, bo z jednej strony wypadało potępić takie obrzydliwe zachowania, ale z drugiej strony władze klubów naszej ekstraklasy wolą unikać jakichkolwiek zwarć z kibolami i dlatego często przyjmują strusią taktykę chowania głowy w piasek.

Od strony czysto sportowej Jagiellonia miała jednak bardzo udaną inaugurację sezonu, czego nie doświadczyła po raz kolejny w ostatnich latach stołeczna Legia.

Pretensje do Mioduskiego

W sobotę ponad 12 tysięcy widzów przeżyło rozczarowanie oglądając porażkę legionistów z Pogonią Szczecin. Gospodarze zaczęli obiecująco, bo po godzinie gry jako pierwsi strzelili gola, lecz nie zdołali dowieść tego wyniku do końca. Dla „Portowców” trafili Adam Buksa i Zvonimir Kożulj i właściciel warszawskiego klubu znów musiał wysłuchać trochę obelżywych przyśpiewek pod swoim adresem, w stylu „Hej Mioduski, co zrobiłeś, naszą Legię sp…łeś”.

Przegrywając z Pogonią zespół Legii wydłużył pauzę od ostatniego zwycięstwa na swoim stadionie do trzech miesięcy. Po raz ostatni legioniści wygrali w lidze 20 kwietnia (1:0 z Cracovią). Po przeprowadzonej latem rewolucji kadrowej zespół miał już od startu walczyć o odzyskanie mistrzostwa Polski. Rzecz jasna porażka z Pogonią jeszcze tych planów nie przekreśla, ale jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów stoper Legii Mateusz Wieteska, po tej porażce każdy z kolejnych rywali będzie przyjeżdżał na Łazienkowską bez strachu i jak po swoje.

Po słabych meczach w I rundzie eliminacji Ligi Europy z gibraltarskim College Europa FC, trener Aleksandar Vuković wymienił linię pomocy – zostawił w niej tylko Gruzina Waleriana Gwilię, a Carlitosa, Andre Martinsa i Arvydasa Novikovasa posadził na ławce rezerwowych, zaś poobijanego Dominika Nagy’a nawet nie włączył do kadry meczowej. Szansę pokazania się dostali Brazylijczyk Luquinhas, Mateusz Praszelik i Tomasz Jodłowiec, a na skrzydło z prawej obrony został przesunięty Marko Vesović. Ten eksperyment kadrowy niespecjalnie się udał, bo dla 19-letniego Praszelika i 23-letniego Luquinhasa był to debiut w ekstraklasie i obu świadomość tego trochę plątała nogi. Tym bardziej, że słabo zagrał bardziej od nich doświadczony Jodłowiec. Legioniści mieli spore problemy z utrzymaniem się przy piłce na połowie gości, a na własnej zdarzyły im się trzy proste straty (dwie William Remy, jedna Gwilia), których „Portowcy” nie wykorzystali. Wyciągnęli jednak z tego wnioski i w końcu znaleźli sposób na pokonanie Radosława Majeckiego.

Legię w czwartek 25 lipca czeka kolejny występ w roli gospodarza, tym razem w II rundzie kwalifikacji Ligi Europy z fińskim Kuopio Palloseura. Byłoby dobrze wygrać to spotkania jak najwyżej, bo Finowie, podobnie jak gibraltarski College Europe FC, mają boisko ze sztuczną trawą. Jak pamiętamy, legioniści na wyjeździe z amatorami z Gibraltaru tylko zremisowali 0:0, a Kuopio jest chyba trochę lepszym zespołem. Lepiej nie kusić losu i nie zostawiać rozstrzygnięcia na spotkanie rewanżowe.

Pucharowicze z zadyszką

Lechia zaczęła sezon od zdobycia Superpucharu Polski, ale w pierwszym ligowym spotkaniu, na wyjeździe z beniaminkiem ŁKS Łódź, gdańszczanie wywalczyli jedynie bezbramkowy remis. Trener Piotr Stokowiec do starcia z łodzianami nie posłał na boisko m.in. Sławomira Peszki, Flavio Paixao, Rafała Wolskiego czy Tomasza Makowskiego. Być może oszczędzał tych graczy na czwartkowy mecz II rundy kwalifikacji Ligi Europy z Broendby Kopenhaga. Inna sprawa, że od 43. minuty jego zespół musiał grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla pozyskanego latem z Zagłębia Sosnowiec Zarko Udovicicia. Te okoliczności utrudniają właściwą ocenę aktualnej formy zespołu Lechii i jego szans w starciu z duńskim rywalem.

Trzeci z naszych „pucharowiczów”, Piast Gliwice, w pierwszej kolejce u siebie z największym trudem zremisował z Lechem Poznań 1:1. Gliwiczanie są jednak w niezłej formie, która na dodatek z meczu na mecz rośnie, więc o wynik ich konfrontacji z FK Ryga możemy być chyba spokojni.