Islandia gotowa do gry z Polską

Piłkarska reprezentacja Islandii przed wtorkowym meczem z Polską rozegrała dwa spotkania towarzyskie. 30 maja w Dallas przegrała z Meksykiem 1:2, a 4 czerwca w Thorshavn pokonała Wyspy Owcze 1:0.

Trener kadry Islandii Arnar Bor Vidarsson te trzy spotkania towarzyskie powołał szeroką kadrę złożoną z 34 piłkarzy. W spotkaniu z Meksykiem honorowy gol dla Islandczyków padł po samobójczym trafieniu Edsona Alvareza, natomiast w meczu z Wyspami Owczymi zwycięską bramkę zdobył Mikael Anderson.
Reprezentacja Islandii nie zakwalifikowała się do mistrzostw Europy. W grupie H zajęła trzecią lokatę przegrywając rywalizację z zespołami Francji i Turcji.

Kadra Islandii:
Bramkarze:
Elias Rafn Olafsson (FC Fredericia, Dania), Runar Alex Runarsson (Arsenal Londyn, Anglia), Ogmundur Kristinsson (Olympiakos Pireus, Grecja), Patrik Sigurdur Gunnarsson (Silkeborg IF, Dania).
Obrońcy:
Birkir Mar Savarsson (Valur Reykjavik), Brynjar Ingi Bjarnason (KA Akureyri), Hjortur Hermannsson (Broendby Kopenhaga, Dania), Hordur Ingi Gunnarsson (FH Hafnarfjordur), Isak Oli Olafsson (Keflavik IF), Kari Arnason (Vikingur Reykjavik), Kolbeinn Pordarson (Lommel SK, Belgia), Ragnar Sigurdsson (Ruch Lwów, Ukraina), Runar Por Sigurgeirsson (Keflavik IF), Alfons Sampsted (FK Bodo/Glimt, Norwegia), Gudmundur Porarinsson (New York City FC, USA), Jon Gudni Fjoluson (Hammarby IF, Szwecja), Valgeir Lunddal Fridriksson (BK Haecken, Szwecja).
Pomocnicy:
Andri Fannar Baldursson (Bologna FC, Włochy), Aron Einar Gunnarsson (Al-​Arabi SC, Katar), Aron Elis Prandarson (Odense Boldklub, Dania), Birkir Bjarnason (Brescia Calcio, Włochy), Gisli Eyjolfsson (Breidablik), Isak Bergmann Johannesson (IFK Norrkoeping, Szwecja), Stefan Teitur Pordarson (Silkeborg IF, Dania), Porir Johann Helgason (FH Hafnarfjordur), Arnor Ingvi Traustason (New England Revolution, USA), Jon Dagur Porsteinsson (Aarhus GF, Dania), Mikael Neville Anderson (FC Midtjylland, Dania), Runar Mar Sigurjonsson (CFR Cluj, Rumunia).
Napastnicy:
Jon Dadi Boedvarsson (Millwall FC, Anglia), Kolbeinn Sigporsson (IFK Goeteborg, Szwecja), Sveinn Aron Gudjohnsen (Odense Boldklub, Dania), Albert Gudmundsson (AZ Alkmaar, Holandia), Vidar Orn Kjartansson (Valerenga IF, Norwegia).

Kibic muzykantowi nierówny

Oni, tzn. Kaczyński i jego banda, muszą nas, muzykantów, naprawdę bardzo nie lubić. Wczoraj skończył się ponury żart w postaci zakazu pracy dla zespołów młodzieżowych. Formalnie niby się wszystko wyjaśniło, ale tylko z pozoru. Państwo polskie dołożyło nam bowiem taki domiar, że aby wyjść na swoje, bilety na nasze koncerty winny być droższe niż na Papieża.

Kiedyś, za komuny, krążył po demoludach dowcip, że ze Związku Radzieckiego można swobodnie wyjechać. Trzeba mieć jedynie ukończone 85 lat i pisemną zgodę obojga rodziców. Podobnie jest z powrotem koncertów na polskie ziemie; media dostały sygnał, że rząd ugiął się pod presją artystów, ale sprawa pozostaje dalej nierozwiązana. Cieszyć należy się, że cokolwiek drgnęło w temacie. Jednak do pełni szczęścia jest bardzo daleko, a to z prostej przyczyny. Rozporządzenie rządowe jest bowiem napisane tak, żeby koncerty oficjalnie otworzyć, ale jednocześnie, żeby jak najmniej dało się tych koncertów, jak na razie, skutecznie zorganizować.

Kwit pojawił się we wtorek ok. 21, zupełnie niespodzianie. Wcześniej trwała zmasowana, fejsbukowa ruchawka braci artystycznej wszelkiej maści i ludzi nam życzliwych, żeby traktować nas jak wszystkich innych, a nie jak tych od macochy. Jednakowoż, polskie państwo zadekretowało w rozporządzeniu, że dopuszcza się od 4 czerwca organizowanie koncertów plenerowych, ale, maksymalnie na 250 osób, plus zaszczepieni. Kto i jak ma sprawdzać oszczepieńców, jak dystrybuować bilety, co z danymi osobowymi-to wie chyba tylko długopis Pana Prezydenta. Sensu w organizowaniu pleneru i wpuszczaniu nań 250 osób nie ma i nie będzie. Chyba, żeby zrobić bilety po 1000 złotych. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany. Ale rząd zawsze będzie mógł powiedzieć, że dlatego tak drogo, bo to celebryci chcą napchać sobie kabzę forsą prostych ludzi.

Lepsza wiadomość niż plenery na 250 osób, to możliwość organizowania koncertów pod dachem na 50% zajętości miejsc. Obowiązuje ona w zasadzie od dzisiaj. Niemniej, jeśli sala nie ma krzesełek, wyznaczonych miejsc (żeby można było udostępnić co drugie), wówczas musi być liczone 15m2 na osobę. Tym samym, sala, która normalnie mieści około tysiąca osób, wpuści ich…40. Nic, tylko robić sztuki, ale jest mała szansa, że ktoś zapłaci setki złotych za wejściówkę, za możliwość ekskluzywnego obcowania ze swoim ulubionym artystą w elitarnym gronie.

Kiedy się to wszystko czyta i o tym wszystkim myśli, ciężko oprzeć się wrażeniu, że rząd postanowił wyhodować sobie doświadczalnego króliczka, i liczy na to, że na grupie muzyków dokona badań przesiewowych na temat tego, jak ludzie reagują na nakaz szczepień pod rygorem niewpuszczenia na wydarzenie. Głupio eksperymentować na kibicach, bo to wszak zbrojne ramię władzy. Kabarety dają dużo zarobić, poza tym lżą także opozycję, a muzycy, zwłaszcza inni niż disco polo i ten od Eurowizji, co to go z nazwiska nie pamiętam, tylko plują na władzę i godło, więc, zgodnie z „doktryną Kaczyńskiego”, nie będzie ich nikomu szkoda. Inna rzecz, że podobne praktyki są na bakier z prawami człowieka i pachną ostrą dyskryminacją, bo jak na razie szczepienia na covid nie są obowiązkowe, ale na Białorusi Łukaszenka robi nie takie numery i świat musiał prawie stracić samolot, żeby sobie o nim przypomnieć.

Po raz kolejny widać jak na dłoni, że przepisy są pisane u nas…na kolanie. Jakby tego było mało, odtrąbiono wczoraj, że na najbliższe mecze reprezentacji Polski w piłce nożnej, wejdzie bez najmniejszych problemów 50% pojemności stadionu, czyli ponad 20 000 ludzi. Niby ludzie w Polsce, podług Konstytucji, są równi, ale jak widać, są także równiejsi.

Nie wierzę w magiczne myślenie. W mało co zresztą wierzę. W to, że odblokują nam koncerty, a tym samym nie dadzą nam zdechnąć z głodu, wierzę akurat najmniej. Chciałbym jednak wierzyć, że kiedyś minister Niedzielski, do spółki z Morawieckim, będą się czuć, choć przez moment, tak jak my, muzycy, teraz. Że będą truchleć o swój los, o los swoich dzieci, że nie będą mogli zapłacić rachunków, a powiadomień o długach nawet nie będą wyjmować ze skrzynki. Że będą za każdym razem z przerażeniem patrzeć w wizjer, czy to aby nie monter z gazowni, który przyszedł odciąć przyłącze za długi. Żeby nie mogli spać, nie mogli jeść, nie mogli zaznać spokoju o swój los. Żeby musieli chodzić do psychiatry, albo musieli ze wstrętem patrzeć z rana w swoje skacowane od wódki oblicze, bo tylko tak dało się zapomnieć. Oby w końcu to wszystko dopadło ich i wykończyło. Bo my właśnie się wykańczamy. Albo to raczej oni są na idealnej drodze, żeby wykończyć nas.

Kadra Polski już ćwiczy w Opalenicy

W poniedziałek powołana przez Paulo Sousę kadra Polski na mistrzostwa Europy zebrała się w hotelu Remes Sport&Spa w Opalenicy. PZPN zajął na wyłączność cały ośrodek, w którym w komfortowych warunkach nasi piłkarze będą szlifować formę do 8 czerwca.

Portugalski selekcjoner biało-czerwonych nie chciał tracić czasu i nie dał swoim wybrańcom nawet kilku dni wolnego, więc większość z nich przyjechała do Opalenicy „z marszu”, po rozegraniu w miniony weekend ostatnich ligowych meczów w tym sezonie. Dla kadrowiczów z dłuższym stażem w reprezentacji, pamiętających jeszcze przygotowania pod wodzą trenera Adama Nawałki do turniejów Euro 2016 i MŚ 2018, była to pewnie niemiła niespodzianka, bo Nawałka dawał kilka dni wolnego i dopiero potem zaczynał treningowa pracę. Portugalczyk chce jednak odbyć z wybranymi przez siebie piłkarzami jak najwięcej treningów. W trakcie marcowego zgrupowania zdoła przeprowadzić ich tylko siedem, w tym zaledwie dwa przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2022 z Węgrami.
Ośrodek Remes Sport&Spa został przez PZPN wynajęty na wyłączność. Z powodu obostrzeń epidemicznych kibice i dziennikarze nie będą mieli tam tak łatwego dostępu do piłkarzy, jak mieli w Arłamowie podczas zgrupowań przed Euro 2016 i MŚ 2018. W bieszczadzkim ośrodku pod hotel przychodziły całe pielgrzymki kibiców, a polowanie na autografy piłkarzy trwało przez cały dzień. W Opalenicy czegoś takiego nie będzie. PZPN chcąc ograniczyć do minimum ryzyko zakażenia koronawirusem zorganizował zgrupowanie w stylu tzw. turniejowej bańki. Nie będzie spotkań z fanami ani otwartych treningów. Na terenie odizolowanego od świata zewnętrznego ośrodka porządku pilnują stewardzi i ochroniarze, a dziennikarze, aby obejrzeć trening czy wejść na konferencję prasową, muszą przejść szybkie antygenowe testy. Zaszczepieni, ozdrowieńcy, bez wyjątku wszyscy. Bezpieczeństwo zawodników jest najważniejsze – twierdzą działacze naszej piłkarskiej federacji.
Lokalizację zgrupowania przed Euro 2020 Sousa przejął niejako w spadku po zwolnionym w styczniu tego roku przez prezesa PZPN Zbigniewa Bońka Jerzym Brzęczku, ale nie domagał się zmiany ośrodka. Pewnie dlatego, że jako Portugalczyk wiedział, że hotel Remes był bazą pobytową portugalskiej reprezentacji podczas turnieju Euro 2012, a jej piłkarze i sztab szkoleniowy wystawili mu potem znakomite recenzje. Kadra Polski ma tu do dyspozycji kilka boisk treningowych usytuowanych wokół hotelu, a także korty tenisowe, pole golfowe, kręgielnię oraz spa z basenem.
Co do standardu hotelu to nawet kapryśny Cristiano Ronaldo nie miał żadnych zastrzeżeń. Gwiazdor czuł się w nim znakomicie. Właściciele hotelu zajmowany przez niego apartament numer 202 nazwali jego imieniem i do dzisiaj traktują jako specjalna ofertę dla gości. Pakiet dla Ronaldo obejmował nie tylko dwupoziomowy pokój, ale także udogodnienia, z których lubił korzystać zawodnik. Na przykład pobyt w spa, ulubiony masaż Ronaldo oraz jedzenie, które preferował Portugalczyk. Jego ulubionym daniem był między innymi tuńczyk, co dość mocno rzucało się w oczy w przygotowanym dla tego pakietu menu. Podobnej, specjalnej oferty ma się również doczekać Robert Lewandowski, który na czas zgrupowania kadry Polski wprowadził się do tego apartamentu.
Kapitan naszej reprezentacji przyjechał do Opalenicy już w poniedziałek. Najpierw wziął udział w konferencji prasowej, podczas której zebrał owacje od polskich dziennikarzy za pobicie blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera,a potem wraz z 20 innymi kadrowiczami wziął udział w lekkim popołudniowym treningu (zabrakło Arkadiusza Milika, Pawła Dawidowicza, Grzegorza Krychowiaka, Dawida Kownackiego, Łukasza Skorupskiego i Radosława Majeckiego, którzy nie zdążyli dojechać). Ze strony kolegów spotkała go miła niespodzianka, bo zdobyli się na ładny gest honorując jego rekord strzelonych goli w Bundeslidze szpalerem, a u piłkarzy taki dowód uznania to rzadkość. „Lewy” był tym dowodem uznania nawet trochę zawstydzony.
Adam Nawałka przed obozem w Arłamowie organizował zgrupowania regeneracyjne w Juracie. Sousa od razu zaprosił wszystkich do Opalenicy, ale w plany treningowe zgrabnie wmontował też czas na psychiczną regenerację oraz na integrację. W środę do piłkarzy dołączą rodziny i zostaną z nimi do końca tygodnia. W tym czasie zaplanowany jest m.in. grill i koncert zespołu Golec uOrkiestra. Pierwszy sprawdzian formy czeka biało-czerwonych już 1 czerwca we Wrocławiu, gdzie zagrają z drużyną Rosji. Kolejny test przejdą 8 czerwca w Poznaniu w spotkaniu z reprezentacją Islandii. A dzień później przeniosą się do bazy pobytowej w Sopocie.

Opalenica już czeka na kadrę Polski

Trener naszej piłkarskiej reprezentacji Paulo Sousa ma w poniedziałek 17 maja ogłosić szeroką kadrę na mistrzostwa Europy, a już tydzień później powołani przez niego piłkarze zbiorą się w Opalenicy na zgrupowaniu, na którym do 8 czerwca będą szlifować formę przez Euro 2021.

Ostateczny skład biało-czerwonych na Euro 2021 portugalski szkoleniowiec musi podać do 1 czerwca. UEFA z powodu pandemii koronawirusa rozluźniła surowe zwykle rygory przy ustalaniu składów. W tegorocznych mistrzostwach naszego kontynentu kadry zespołów mają liczyć nie 23, lecz 26 zawodników, a na dodatek do pierwszego spotkania w turnieju trenerzy będą mogli w przypadku zakażeń koronawirusem lub kontuzji wymieniać graczy. Turniej oficjalnie rozpocznie się 11 czerwca, a Polacy swoje spotkania fazy grupowej rozegrają 14 czerwca ze Słowacją (w Petersburgu), 19 czerwca z Hiszpanią (w Sewilli) oraz 23 czerwca ze Szwecją (ponownie w Petersburgu). Wykreślenie przez UEFA Dublina i Bilbao z grona miast-gospodarzy Euro 2021 zmusiło PZPN do zmiany planów. Władze naszej piłkarskiej federacji związku postanowiły zrezygnować z wcześniej zarezerwowanego centrum pobytowego w Portmarnock pod Dublinem i na nową bazę dla reprezentacji na czas turnieju Euro 2021 wybrały hotel Marriott Resort&Spa w Sopocie.
Zanim jednak kadra Paulo Sousy przeniesie się do Trójmiasta (trenować będzie na stadionie w Gdańsku), do startu w mistrzostwach Europy szykować formę będzie w Opalenicy. Przez moment rozważano wariant wykorzystania ośrodka Remes także jako bazy pobytowej, lecz dla urozmaicenia zdecydowano się jednak na oddzielenie zgrupowania przygotowawczego. Dla piłkarzy kilka tygodni w jednym miejscu mogłoby być nużące.
Ale na szlifowanie formy ośrodek piłkarki w Opalenicy jest idealnym miejscem. Kadrowicze zjawią się w hotelu Remes 24 maja. Ośrodek, który podczas Euro 2012 służył jako baza pobytowa reprezentacji Portugalii, jest już gotowy na przyjęcie reprezentacji Polski. Trener Paulo Sousa obejrzał już hotel i jego sportową infrastrukturę. Zrobił to podczas pierwszego pobytu w Polsce i widać uznał, że opinia jaką wydali mu jego rodacy, którzy dziewięć lat temu dotarli do półfinału rozgrywanych na Ukrainie i w Polsce mistrzostw Starego Kontynentu, nie była przesadzona. Nawiasem mówiąc ośrodek w Opalenicy wybrał poprzednik Sousy Jerzy Brzęczek, co jak widać nie miało żadnego znaczenia.
Dyrektor hotelu Remes Jakub Wrobiński w wypowiedziach dla mediów podkreślał, że dla reprezentantów Polski zaskoczeniem mogą być wprowadzone przez portugalskiego szkoleniowca zmiany w menu. „Trener Sousa chce trochę zmienić nawyki żywieniowe. W sztabie szkoleniowym reprezentacji jest spora grupa wegan i to pewnie pod ich wpływem w jadłospisie pojawi się więcej potraw wegańskich. Sam jestem bardzo ciekawy, co dołożą, a z czego zrezygnują, bo gościmy wiele zespołów piłkarskich i sporo wiemy o kuchni sportowej. Polska kadra ma swojego kucharza, który tu na miejscu będzie współpracował z naszym szefem kuchni. Nie jest to dla nas jakieś wielkie wyzwanie. W ubiegłym roku gościliśmy drużynę AS Monaco, dla któej szykowaliśmy zróżnicowany bufet i na stołach stało czasem nawet 20 podgrzewaczy do portaw” – zapewniał Wrobiński.
Dla Opalenicy możliwość goszczenia reprezentacji Polski będzie największym wydarzeniem od Euro 2012, gdy gościła tu reprezentacja Portugalii. Cały hotel i kompleks treningowy biało-czerwoni będą mieli tylko dla siebie, a na teren ośrodka będzie można wejść tylko po uprzednim uzyskaniu akredytacji. Nikt postronny się tu nie dostanie, o co ma zadbać wzmocniona na czas pobytu polskiej kadry ochrona. W hotelu Remes znajdzie się miejsce na centrum prasowe, ale na razie nie wiadomo czy jakieś treningi biało-czerwonych zostaną otwarte dla kibiców. Portugalczycy podczas Euro 2012 zorganizowali kilka takich ogólnie dostępnych sesji treningowych, głównie dla lokalnej społeczności. Cieszyły się one ogromnym zainteresowaniem, na stadion za darmo na podstawie zaproszeń mogło wejść około tysiąca osób. W czasach pandemii koronawirusa takie sytuacje mogą być kłopotliwe do zorganizowania. Decyzja w tej kwestii nie leży do końca w gestii PZPN, bo regulacje także w takich sprawach UEFA może wprowadzić obligatoryjnie dla wszystkich uczestników mistrzostw Europy.
W trakcie zgrupowania nasza reprezentacja rozegra dwa spotkania towarzyskie – 1 czerwca we Wrocławiu zagra z Rosją, a tydzień później w Poznaniu zmierzy się z Islandią. Tuż po tym meczu kadra pożegna się z hotelem Remes oraz Opalenicą i przeniesie się do bazy pobytowej w Sopocie.
Na razie wielką niewiadoma jest liczba zawodników powołanych do kadry. Z różnych nieformalnych przecieków docierają dwie sprzeczne koncepcje – jedna zakłada, że Paulo Sousa zaprosi na zgrupowanie grupę 35-36 zawodników, z których wybierze 26. Taki pomysł ujawnił w jednej z medialnych wypowiedzi sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki. Ostatnio jednak w przestrzeni medialnej pojawiły się pogłoski, że portugalski szkoleniowiec zamierza powołać na zgrupowanie w Opalenicy od razu 26 piłkarzy, żeby uniknąć niepotrzebnych „kwasów” w ekipie. Na jaki wariant ostatecznie się zdecyduje, przekonamy się 17 maja, gdy ogłosi powołania do kadry.
Sousa już w marcowych meczach eliminacji mistrzostw świata 2022 z Węgrami, Andorą i Anglią pokazał, że nie boi się odważnych decyzji personalnych. Dowodziły tego choćby powołania dla 20-letniego obrońcy Rakowa Częstochowa Kamila Piątkowskiego czy 17-letniego pomocnika Pogoni Szczecin Kacpra Kozłowskiego, a także zaproszenie na kadrę Kamila Grosickiego, który od miesięcy nie gra w zespole West Bromwich Albion. Trzon kadry pozostanie zapewne bez zmian – tworzą go Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak, Piotr Zieliński, Kamil Glik i Jan Bednarek. Większym problemem dla selekcjonera będzie dobranie zawodników drugiego planu, a na wielkich turniejach to właśnie jakość zmienników często decyduje o wyniku.

Zemsta kibiców Schalke na piłkarzach za spadek z Bundesligi

Piłkarze Schalke 04 musieli uciekać przed swoimi kibicami po meczu z Arminią Bielefeld, po którym spadli do 2. Bundesligi. Policja podaje, że dwóch graczy zostało poturbowanych przez wściekłych fanów.

To jeden z najgorszych momentów w historii Schalke 04. Zespół z Gelsenkichen w miniony wtorek w meczu 30. kolejki Bundesligi przegrał na wyjeździe z Arminią Bielefeld 0:1, tracąc po tej porażce wszelkie szanse na uniknięcie degradacji do niższej ligi. Piłkarze Schalke w tym sezonie odnieśli tylko dwa zwycięstwa, a siedem spotkań zremisowali, zdobywając w sumie zaledwie 13 punktów. Na cztery kolejki przed zakończeniem rozgrywek w Bundeslidze ekipa Schalke traci do FC Mainz, zajmującego 15. lokatę, pierwszą nie zagrożona spadkiem, 15 punktów, co oznacza, że po trzydziestu latach nieprzerwanej obecności w niemieckiej ekstraklasie będzie musiała się z nią pożegnać.
To wielki cios dla tego zasłużonego klubu, ale chyba jeszcze większy powód do wstydu przysporzyli mu jego fani. Na wracającą klubowym autokarem po meczu w Bielefeld drużynę Schalke pod stadionem w Gelsenkirchen czekała kilkusetosobowa grupa kibiców. Wedle relacji niemieckich mediów najpierw piłkarzy i trenerów fani obrzucili jajkami, potem odpalili środki pirotechniczne, a na koniec zabrali się do rękoczynów. Ekipa Schalke salwowała się ucieczką i schowała w pomieszczeniach klubowych, które chwilę później obstawiły przybyłe na wezwanie oddziały prewencji. Nikt na szczęście nie ucierpiał, chociaż rzecznik miejscowej policji w rozmowie z telewizją Sport1 miał stwierdzić, iż dwóch piłkarzy zostało trochę poturbowanych. „Rozumiemy frustrację i złość związaną ze spadkiem, ale nigdy nie zaakceptujemy sytuacji, w której naruszane jest bezpieczeństwo piłkarzy i pracowników” – napisano w oficjalnym komunikacie władz klubu.
Schalke 04 Gelsenkirchen to siedmiokrotny mistrz Niemiec i czterokrotny zdobywca krajowego pucharu oraz triumfator Pucharu UEFA w sezonie 1996/1997.

Najpierw Puchar Polski

Jeśli pandemia koronawirusa nie wybuchnie nagle z większą siłą, pierwszy mecz piłkarski po wznowieniu rywalizacji zostanie rozegrany 26 maja w ramach rozgrywek o Puchar Polski.

Zmagania w Pucharze Polski zostały przerwane w fazie ćwierćfinałowej. Przed zawieszeniem rozgrywek udało się rozegrać dwa z czterech meczów. Do kolejnej rundy awans zdążyły wywalczyć zespoły Cracovii (wyeliminowała GKS Tychy) i Lechii Gdańsk (okazała się lepsza od Piasta Gliwice). Do rozegrania pozostały natomiast mecze Miedzi Legnica z Legią Warszawa oraz Stali Mielec z Lechem Poznań. Pierwszy z nich wyznaczono na wtorek 26 maja, drugi odbędzie się dzień później – w środę 27 maja. Oba spotkania rozpoczną się o 20:10, a transmisję z nich Pucharu Polski przeprowadzi Polsat Sport.
Po tym przetarciu do gry wróci PKO Ekstraklasa. Pierwsze mecze 27. kolejki wyznaczono na piątek 29 maja. Zagrają w nich Śląsk Wrocław z Rakowem Częstochowa oraz Pogoń Szczecin z Zagłębiem Lubin, ale hitem będzie sobotni mecz Lecha z Legią. Tę serię gier zakończy poniedziałkowa potyczka Wisły Płock z Koroną Kielce.

Empatyczny Poznań Ważny tunajt

Lubię piłkę nożną. Nigdy tego nie kryłem. Przemocą się brzydzę-to też nie tajemnica. Pogardzam myślą nazistowską i staram się unikać faszystowskiego towarzystwa. Nie chadzam na mecze polskiej ligi. Po pierwsze dlatego, że nasze stadiony, w przeważającej większości, od bardzo dawna są siedliskiem różnej brunatnej maści jegomościów. A po drugie dlatego, że cena za bilet ni jak się ma do jakości.

Odrobinę ten uszczerbek na gotówce wydanej na bilet rekompensuje widzowi na polskim, ekstraklasowym boisku oprawa. Szczególnie podczas ważnych meczów, budzących większe niż standardowe zainteresowanie. Największe wrażanie robi pirotechnika. Choć, prawdę mówiąc, nie na mnie. Nigdy nie byłem fanem pokazów pirotechnicznych; czy to w Sylwestra, czy przy okazji imprez miejskich na których gram z kapelą, a które to muszą się zakończyć obowiązkowym pokazem sztucznych ogni. Huku i smrodu jest wtedy co niemiara. Gawiedź, w zapatrzeniu na cuda na niebie, otwiera usta i tak stoi, w czasie gdy ja myślę sobie, ileż to tysięcy złotych idzie właśnie z dymem iskierek i co za te pieniądze mógłbym sobie kupić. Na stadionie jest podobnie. Pirotechnika też tam rządzi. Oficjalnie, oczywiście, nie można jej wnosić na cywilizowane, europejskie stadiony, o czym przekonała się ostatnio Legia, której UEFA dołożyła karę za to, że na meczu z Rangers w Glasgow, sektor kibiców gości zapłonął od rac. Klub oczywiście zapłacił, bo co miał robić. Pójść na wojenkę z kibolstwem przecież nie pójdzie. Raz już próbował, i jak to się skończyło, każdy widział.
W minioną sobotę poznański Lech grał u siebie z Zagłębiem Lubin. Przegrał. To akurat w tej opowieści najmniej istotne. W tzw. „kotle”, czyli miejscu za bramką, gdzie siedzi crème de la crème wiary Kolejorza zawisnął tego dnia transparent „Pirotechniczny Poznań”. Jest to trawestacja znanego w środowiskach młodzieżowych ubiegłego wieku cytatu z piosenki „Ezoteryczny Poznań”, grupy Pidżama Porno, której to lider, Grabaż-Krzysztof Grabowski, jest zdeklarowanym kibicem Lecha, z czym się nie kryje. I z tym właśnie stadionowi liderzy mają kłopot, bo Grabaż, oprócz sympatyzowania z Lechem, jest też antysympatytkiem obecnej polityki rządu i całego obozu rządzącego, jak również zagorzałym antyfaszystą, o czym bez skrępowania śpiewa na swoich płytach. Jedna z nich nawet ostatnio ujrzała światło dzienne. Prywatnie uważam Krzysztofa Grabowskiego za jednego z najlepszych, polskich tekściarzy, którego to ostrze krytyki przez lata nic a nic się nie stępiło, a momentami cięło ostrzej, niż kiedykolwiek.
Zdziwiłby się ten, kto pomyślałby, że kibice Lecha docenili Grabaża za jego zaangażowanie w promocję klubu, który wszystkim im jest sercu bliski. Przeciwnie. Nad „sektorówką” z napisem „Ezoteryczny Poznań” pojawiła się płachta dopełniająca przekaz, na której widniał napis: „Ezoteryczny Poznań pierdoli Grabaża”. Takie podziękowania dostał jeden z bardziej rozpoznawalnych w światku artystycznym kibic poznańskiego Lecha, czemu klub nawet przez sekundę nie zapobiegł, jeno przyglądał się oczami swoich prezesów z bezradnością dziecka.
Po raz enty okazało się, że stadionem w polskiej lidze nie zarządza dyrekcja, tylko bandyterka w szalikach, która robi sobie na nim co chce. Tajemnicą poliszynela jest, że na większości stadionów za catering i mały i duży odpowiadają kolesie powiązani z mniej lub bardziej radyklanymi grupami kibicowskim. Na Lechu w szczególności, o czym pisały nie raz ogólnopolskie media. Taką samą tajemnicą jest też to, że na zorganizowanym wyjeździe pociągiem do innego miasta, który nadzoruje tzw. klub kibica, iska się plecaki i torby w poszukiwaniu swoich własnych wiktuałów i spirytualiów, żeby czasem nie wnieść niczego innego, co chuliganerka rozprowadza oficjalnie w pociągu z trzykrotną marżą. Zrobione przez mamusię kanapki na drogę wylądują wtedy za oknem, bo trzeba kupić od „swoich”, żeby zarobił klub, choć każdy wie, że ostatnią rzeczą którą zobaczy klub, będą właśnie pieniądze. I wiecie Państwo, co mnie w tym najbardziej dziwi? To, że dorośli, rozumni ludzie dają się omamić takim bzdurom. Że na stadionie są czymś więcej, niż tylko pojedynczymi kibicami; że tworzą wspólnotę; że razem muszą bluzgać na drużynę przeciwną, bo troglodyci w klubowych barwach tak im każą. I bluzgają wspólnie: pracownik umysłowy, cinkciarz z bazaru, adiunkt z uczelni, motorniczy. Pełna demokracja.
Szkoda mi Grabaża. Znamy się. Wiem, że taka publiczna plwocina i to ze strony klubu, który poważa i szanuje, na długo mu zalegnie na wątrobie. Napisałem nawet do niego, czy dostał jakieś oficjalne przeprosiny od klubowych władz, bo tego chyba należałoby się spodziewać. Podobno dostał. Na szczęście. Grał wczoraj koncert w Warszawie i taki nius w tym mieście mógł zaboleć po dwakroć…
Jarek Ważny
Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

EURO 2020 – Będzie dużo podróżowania

Po wygranej 3:0 z Łotwą i 2:0 z Macedonią Północną reprezentacji Polski na dwie kolejki przed końcem eliminacji zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Oprócz ekipy Jerzego Brzęczka pewne występu europejskim czempionacie są już także zespoły Belgii, Rosji, Włoch i Hiszpanii. Ale eliminacje to najłatwiejsza część Euro 2020.

Euro 2020 będzie wyjątkowe, bo Michael Platini, gdy stał jeszcze na czele UEFA, przeforsował zmianę formuły europejskiego czempionatu i zamiast ulokować go w jednym czy dwóch krajach, rozrzucił go po 12 miastach w 12 europejskich kraja. 24 finalistów zostanie podzielonych na sześć grup. Awans do 1/8 finału uzyskają wszyscy mistrzowie i wicemistrzowie grup oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Losowanie odbędzie się jednak zanim będą znani wszyscy finaliści Euro 2020. Eliminacje wyłonią 20 uczestników, a czterech ostatnich poznamy po barażach, które odbędą się w marcu przyszłego roku. A ceremonia losowania Euro 2020 odbędzie się 30 listopada w Romexpo w Bukareszcie. Wtedy nasza reprezentacja pozna nie tylko trzech rywali grupowych, ale też gdzie i kiedy będzie rozgrywać swoje mecze. Spotkania fazy grupowej odbędą się w dniach 12-24 czerwca 2020 roku, spotkania 1/8 finału 27-30 czerwca, ćwierćfinały zaplanowano na 03-04 lipca, półfinały na 07-08 lipca, a wielki finał zostanie rozegrany 12 lipca.
Po zwycięstwie z Macedonią Północną 2:0 reprezentacja Polski jako czwarta ekipa Starego Kontynentu wywalczyła awans na Euro 2020. Wcześniej występ w finałowym turnieju zagwarantowały sobie reprezentacje Belgii (lider grupy I), Włoch (lider grupy J) oraz Rosji (drugi zespół w tabeli grupy I).
Polscy kibice z pewnością zastanawiają się, do którego koszyka trafią biało-czerwoni przed losowaniem grup finałowych. Gdyby eliminacje zakończyły się dziś, znaleźlibyśmy się w koszyku nr 2. Podział na koszyki dokonany zostanie na podstawie wyników zespołów w eliminacjach Euro 2020. Co ważne, brany pod uwagę będzie dorobek punktowy z meczów z zespołami z miejsc 1-5. W grupach sześciozespołowych wyniki ze spotkań z szóstą drużyną, w naszym przypadku z Łotwą (2:0 w Warszawie i 3:0 w Rydze), nie będą zaliczane.
Polacy zachowują szanse na rozstawienie, czyli koszyk nr 1. Warunkiem są zwycięstwa w listopadowych spotkaniach z Izraelem (16.11. w Jerozolimie) oraz Słowenią (19.11. w Warszawie). Wówczas Polska miałaby w rankingu 19 pkt. Musiałaby jednak także liczyć na to, że inni liderzy grup w końcówce eliminacji zgubią punkty.
Z drugiej strony trzeba brać pod uwagę także czarny scenariusz. Jeśli reprezentacja Jerzego Brzęczka w listopadzie nie wygra meczu i zostanie wyprzedzona w grupie G przez Austrię, wówczas może wylądować w koszyku nr 3, a nawet nr 4.
Na przyszłorocznej imprezie kibiców z pewnością czeka wiele podróży. Turniej odbędzie się bowiem w 12 miastach w całej Europie – Amsterdamie (Holandia), Baku (Azerbejdżan), Bilbao (Hiszpania), Budapeszcie (Węgry), Bukareszcie (Rumunia), Dublinie (Irlandia), Glasgow (Szkocja), Kopenhadze (Dania), Londynie (Anglia), Monachium (Niemcy), Rzymie (Włochy) i Sankt Petersburgu (Rosja). Otwarta sprzedaż biletów na Euro 2020 zostanie zapoczątkowana w grudniu tego roku – po losowaniu grup. Kibice po zarejestrowaniu się na oficjalnej stronie UEFA, będą mogli ubiegać się o wejściówki na wszystkie mecze danej reprezentacji. „Kibice mogą ubiegać się o bilety, jeśli spełniają kryteria określone przez ich krajowe federacje piłkarskie” – czytamy na stronie internetowej UEFA.
Cena biletów jest zależna od miejsca rozgrywania meczu, a także fazy turnieju. Na każde spotkanie obowiązują 3 kategorie cenowe. Na mecze grupowe i 1/16 finału wejściówki, w zależności od stadionu, kosztują 30 albo 50 euro w trzeciej kategorii, 75 albo 125 euro w drugiej kategorii i 125 albo 185 euro w pierwszej kategorii. Tańsze bilety obowiązują jedynie na mecze w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie.
Droższe bilety obowiązują na mecz otwarcia w Rzymie i ćwierćfinały w Rzymie, Monachium i St. Petersburgu – w zależności od kategorii, 75, 145 lub 225 euro. Za bilety na ćwierćfinałowe spotkanie w Baku zapłacimy 30, 75 lub 125 euro. Za obejrzenie półfinałowych meczów, które odbędą się w Londynie, trzeba już zapłacić 195, 345 lub 595 euro. Z kolei na finał, również w stolicy Anglii, bilety kosztują aż 295, 595 lub 945 euro.
Jak widać, tanio nie będzie i na rekordy frekwencji chyba UEFA nie ma co liczyć. Ale ta firma jest z każdej strony faszerowana milionami euro, od organizatorów, sponsorów, stacji telewizyjnych, a zatem nie odczuje strat wynikających z małej frekwencji. Dla porównania – nasi siatkarze w tym sezonie zarobili w sumie 700 tys. dolarów – 300 za 3. miejsce w Lidze Narodów, tyle samo za drugie miejsce w Pucharze Świata i 100 tysięcy dolarów za brązowy medal mistrzostw Europy. PZPN z tytułu awansu kadry Brzęczka do Euro 2020 zainkasował od UEFA 9,25 mln euro, czyli kilkadziesiąt razy więcej. Kadrowicze dostaną z tej kwoty 35 procent, co w przeliczeniu na złotówki daje kwotę prawie 14 mln zł. Tylko że siatkarze gwarantują dobre wyniki, a piłkarze niekoniecznie.

Piłkarz dżentelmen

3 września minęło dokładnie 30 lat od tragicznej śmierci Gaetano Scirea, który był czołowym graczem Juventusu i legendą włoskiej kadry. Zginął tragicznie w wypadu samochodowym w Babsku.

Do tragicznego wypadku doszło na trasie Łódź–Warszawa. Zginęli w nim tłumaczka Barbara Jarnuszkiewicz, kierowca Henryk Pająk, oraz właśnie Scirea, który pełnił wtedy rolę drugiego trenera Juventusu. Przyjechał do Polski na kilka dni, aby obejrzeć w akcji drużynę Górnika Zabrze, z którą w ramach Pucharu UEFA miał się zmierzyć klub z Turynu.
Istnieje cień szansy, że ówczesny drugi trener Juventusu przeżyłby wypadek, gdyby nie fakt, że w momencie zderzenia pojazdów wybuchły cztery kanistry z benzyną. Jedyny, który przeżył wypadek był Andrzej Zdebski, ówczesny działacz Górnika Zabrze, ponieważ z powodu niezapiętych pasów wyleciał przez szybę. Pozostali spłonęli żywcem. Po ugaszeniu pożaru milicja potrzebowała kilkunastu godzin, aby zidentyfikować ofiary wypadku.
Wypadek miał miejsce w niedzielę popołudniu, a komunikat prasowy błyskawicznie dotarł na półwysep apeniński i już w wieczornym wydaniu włoskiego dziennika pojawia się informacja o śmiertelnym wypadku, wywołując poruszenie praktycznie całego narodu. Świat piłki przez bardzo długi czas nie potrafił dojść do siebie. Bardzo mocno przeżywa to Dino Zoff, wtedy pierwszy szkoleniowiec Juventusu, powtarzając, że nie znajdzie drugiego tak wspaniałego przyjaciela, z którym będzie się rozumiał bez słów. Ludzie nie mogą uwierzyć. Tak piękna kariera, która kończy się tak tragicznie.
W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku, występując w barwach Atalanty Bergamo w której się piłkarsko wychował. Mimo całkiem dobrych wyników klub z Bergamo spada do drugiej ligi. Gaetano Scirea mimo dobrych not i zainteresowania różnymi klubami Serie A jeszcze przez rok został w Atalancie. W roku 1974 wróci do Serie A już jako zawodnik Juventusu Turyn, w którym grał przez następne 14 lat, będąc silnym punktem ekipy, która swego czasu nie miała sobie mocnych. Z Juve zdobył wiele trofeów w tym aż siedem razy był mistrzem Italii. W swojej karierze Scirea pojechał na trzy finały mistrzostw świata. Na pierwszym turnieju w Argentynie zajął trzecie miejsce po przegranym meczu z Brazylią, występując we wszystkich siedmiu meczach. Zanim nadszedł pamiętny dla Włochów turniej w Hiszpanii, dwa lata wcześniej odbyły się mistrzostwa Europy, którego Włosi byli gospodarzami. Ostatnim sprawdzianem przed samym turniejem był towarzyski mecz z Polską. W Turynie padł remis 2:2, a Scirea strzelił pierwszego gola kadrze.
Już niecałe dwa lata później Orły znowu miały okazję spotkać się z Azzurri na początku Mistrzostwach Świata w 1982 roku. Dla samego Scirei był to o tyle ważny mecz, bo jubileuszowy 50 występ w kadrze. Na Estadio Balaidos gole nie padły. Mało kto teraz pamięta, ale Włosi w słabym stylu awansowali do najlepszej dwunastki. Jako jedni z faworytów turnieju nie potrafili również wygrać z Peru jak i z Kamerunem. Dopiero od momentu awansu rozpoczął się ich wielki marsz, aż do zwycięskiego finału. Pokonali po drodze Argentynę z Diego Maradoną i Mario Kempesem w składzie, a następnie widowiskowo grającą Brazylię.
Drużyna Enzo Bearzota, której kapitanem był ponad czterdziestoletni Dino Zoff, nadspodziewanie łatwo pokonała w półfinale Polskę i w finale już nie dała szans RFN. Cztery lata później obrońcy tytułu zawiedli oczekiwania kibiców. Bez kłopotów wyszli z grupy, ale odpadli już w 1/8 finału nie radząc sobie z Francją Michela Platiniego, która potem zajęła trzecie miejsce. To był ostatni mecz kapitana kadry Włoch.
Sam Gaetano Scirea miał styl gry, który potrafił zadziwić i prawie każdemu trenerowi przypadał do gustu. Chętnie włączał się w akcje ofensywne, jednocześnie pamiętając o grze w obronie z której uczynił sztukę. Poruszał się po płycie boiska z niezwykłą elegancją, interweniował skutecznie oraz zgodnie z przepisami. Stał się synonimem gry „fair-play”, gdyż ani razu w ponad 650 oficjalnych meczach nie otrzymał czerwonej kartki i był znany z tego, że zawsze szanował rywali oraz decyzje sędziów. Prasa bardzo często określała go jako prawdziwego dżentelmena boiska.
Po zawieszeniu korków, Gaetano zapragnął zostać szkoleniowcem. Po uzyskaniu licencji trenerskiej w szkole trenerskiej w Coverciano, latem 1988 sam Prezes Juventusu, Giampiero Boniperti zaproponował mu rolę drugiego trenera Juventusu, w sztabie Dino Zoffa. Były „libero” Starej Damy zgodził się bez wahania. Podobno zanim złożył podpis pod umową, był także w kontakcie z Lillo Fotim, ówczesnym Prezesem klubu Reggina z południowej Kalabrii, który za wszelką cenę chciał go namówić na objęcie roli pierwszego szkoleniowa swojego zespołu, znajdującego się w Serie B. Podobno nawet sam zainteresowany rozważał tą propozycję, ale koniec końców zgodził się wrócić do Turynu – miejsca w którym świecił największe triumfy. Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku i wielu ekspertów przekonywało że to dopiero początek nowej kariery Gaetano. Niestety wszystko się skończyło w niecały rok, kiedy tragiczny wypadek przedwcześnie zakończył dopiero rozpoczętą ścieżkę boiskowego dżentelmena.
Przez długi czas włoski świat piłki nie mógł dojść do siebie. Na koniec sezonu 1989-1990, Dino Zoff wraz z całą drużyną Juventusu zadedykował swojemu tragicznie zmarłemu przyjacielowi Puchar Włoch, wygrany w finale z Milanem, na jego cześć został nazwany jego imieniem centrum prasowe mistrzostw świata w 1990 roku. Po niedługim czasie trybuna, na której zasiadają na Stadio delle Alpi, nosi nazwę Gaetano Scirea. Rodzina też nie do końca doszła do siebie po tej koszmarnej stracie. Żona piłkarza nigdy nie związała się z innym mężczyzną i całkowicie poświeciła się karierze politycznej, pełniąc przez dwie kadencje mandat parlamentarzystki. Ich jedyny syn, Riccardo, po latach dołączył do Juventusu jako członek sztabu szkoleniowego, w którym wcześnie pracował jego ojciec.
W dniu trzydziestej rocznicy klub z Turynu, otworzył tymczasową wystawę chcąc uczcić pamięć po jego legendarnym kapitanie. Na otwarciu byli wszyscy przyjaciele z boiska jak i rodzina, która nie ukrywała wzruszenia. Po niektórych spojrzeniach wydawać się mogło, że gdzieś w głębi serca cały czas czują jego obecność i tylko mogą się zastanawiać się jakim byłby trenerem Gaetano Scirea, gdyby nie tragiczny wypadek trzydzieści lat temu w okolicach wsi Babska.

Futbolistan

Życiem narodowym w Republice Lechistanu, zwanej też Klechistanem, stale rządzą trzy cykle. Pierwszy – to rytm zmiany pór roku. To powszedniość, oczywistość, rutyna. Drugi to wybory i zmiany rządów. A trzeci – to kolejne edycje Euro i Mundialu. Tylko tym trzecim cyklem żyją wszyscy i traktują go śmiertelnie poważnie. Zbiorowo przeżywany jest tak intensywnie, neurotycznie i traumatycznie – że brakuje jednej wielkiej kozetki.

 

Na czas Mundialu lub Euro wszyscy obywatele – z wyjątkiem dziwaków lub wyrodków – przeobrażają się w kibiców, znawców i smakoszy. Smakoszy zwykle skwaszonych. Nawet jajogłowi – na co dzień wybrzydzający na instynkty stadne i nacjonalistyczną histerię – dostają tej futbolowo-patriotycznej gorączki i dołączają do zbiorowych modłów o sukces-cud, który się Polakom należy z racji bycia Polakami i z racji chęci szczerych, a pobożnych.

Na czas Mundialu i Euro nasze państwo właściwie mogłoby zmienić nazwę – na Futbolistan. I godło narodowe – na piłkę, oczywiście w białoczerwone łaty, co dobrze symbolizuje naszą narodową specjalność, mianowicie łataninę. W tym czasie Orła Białego zastępują i ucieleśniają Nasze Orły. I te orły wzlatują – na tyle, na ile wystarczy, by zarobić.

 

Narodowa psychodrama

Powtarzalny porządek cyklu euromundialowego jest znany i zawsze z góry przewidywalny. Najpierw Polska – której emanacją jest „złota jedenastka” z przebogatymi rezerwami – odradza się, po wcześniejszym, a kolejnym upadku, jak Feniks z popiołów. Żmudnie, bohatersko, jak to ciężko ranna, stara się podźwignąć z dna (tabeli), przebić przez wrogie zasieki w eliminacjach, których trud i ciosy bolesne przypominają Somosierrę, Monte Cassino i bitwę stalingradzką, by w końcu wczołgać się resztką sił do grona pretendentów. Z wilczym apetytem na podium i przemarsz zwycięzców.

W turnieju jak zwykle polegnie i ponownie zmieni swój stan skupienia na spopielony.

Ta regularna powtórka z rozrywki jest poniekąd adekwatnym odwzorowaniem heroiczno-martyrologicznej wizji dziejów i edukacji patriotycznej. Jak wiadomo każdemu prawdziwemu Polakowi, wielkość narodu mierzona jest rozbratem między niebotycznymi ambicjami, powołaniem do cudów i stanów nadzwyczajnych a rozmiarem klęsk i poświęceń, które tym klęskom nie zapobiegają.
Tyle tylko, że manto w meczach otwarcia, meczach o wszystko i meczach o honor nie zapewnia jednak „moralnego zwycięstwa”. Ale za to współczynnik optymizmu zbiorowego jest tu wielokrotnie wyższy niż po kolejnych rozbiorach i powstaniach. Bo za każdym razem i drużyna, i Legion kibiców wierzą, że kiedy jak kiedy, ale teraz to już na pewno pokażemy, na co naprawdę nas stać. Co zresztą się potwierdza, tyle, że inaczej niż w oczekiwaniach.

Psychicznym korelatem euromundialowego cyklu – od wielkich nadziei przez wymęczone starania i postępy do wielkiego blamażu – jest powtarzalna ewolucja zbiorowego samopoczucia, jak w afektywnej chorobie dwubiegunowej. Od erupcji pobożnych życzeń, poprzez zbiorową euforię i samozachwyt (nasi znów zmartwychwstają i dorastają do wielkości, My w ogóle jesteśmy wielcy) do urazu podobnego wstrząśnieniu mózgu, załamania, depresji, poczucia beznadziejności, apatii.

Szczęśliwie na tym depresyjnym ogniwie niebezpieczna ewolucja nastroju narodowego się urywa (ratując przed impulsami samobójczymi), bo zaczyna się kolejna edycja tegoż cyklu. Już jesienią po mundialowej katastrofie rozpoczynają się euroeliminacje, lub odwrotnie. Z nową szansą i nadzieją naród skopany w grze w kopaną znów się wyprostowuje do dumnej postawy. Teraz już będzie inaczej, lepiej. Teraz to dopiero pokażemy!

Nasuwają się tu dwa proste pytania.

Pierwsze: dlaczego kilkadziesiąt milionów podobno zdrowych psychicznie ludzi przeżywa cykle konwencjonalnej rozrywki – pokrewne w swej rytmiczności dorocznym festiwalom, sianokosom i wyjazdom na urlop – tak, jak gdyby była to walka na śmierć i życie, o przetrwanie i godność zarazem?

Drugie: dlaczego wynik tych sportowych powtórek jest z grubsza ciągle taki sam, a zarazem, dlaczego masa ludzi już wielokrotnie ciężko doświadczonych (a doświadczenie podobno uczy) stale nabiera sie na ten sam numer (słowo honoru, teraz to będziecie z nas dumni)?

Odpowiedzi na te pytania jest kilka. Jedna z nich – to analiza medialnego i marketingowego mechanizmu prania mózgów.

 

Futbolowe gusła zwierciadłem duszy polskiej

Euromundialowy cykl hurraoptymizmu i rozczarowań, w których miesza się zaskoczenie z rozpaczą i niesmakiem, jest w jakimś stopniu wskaźnikiem charakterystycznych cech mentalności sporej części naszego społeczeństwa. Cech, które jednak w tym okresie wzmożenia emocji udzielają się również pozostałym rodakom. Jakie to cechy?
Po pierwsze, syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a, jeśli chodzi o różnicę między rytmem i stylem funkcjonowania powszedniego (pracy i myślenia na co dzień) a temperaturą i stylem zaangażowania odświętnego.

Po drugie, przeświadczenie, że właśnie obrzędy odświętne oraz wydarzenia i zachowania w sytuacjach nadzwyczajnych – że dopiero one pokazują, jacy naprawdę jesteśmy i na co naprawdę nas stać, a nie to, jak się zachowujemy, jak pracujemy i z jakim wynikiem na co dzień. Co więcej, wyobrażenie – jak u niefrasobliwego studenta – że zrywem powstańczym, nadzwyczajną mobilizacją w ostatniej chwili i poniewczasie można nadrobić powszednie zaległości i osiągnąć sukces nawet większy niż dzięki tej nudnej, powszedniej systematyczności. „Prawdziwy Polak” jest wielki tym, jak nagle wyskoczy z konopi.

Co się z tym wiąże, po trzecie, na serio potraktowane (a nie z przymrużeniem oka) przekonanie, że „wiara góry przenosi”, że „chcieć to móc”, a więc wystarczy mocno chcieć. Podobnie jak u bardzo pobożnego pretendenta do czegokolwiek ma wystarczyć gorliwa i żarliwa modlitwa. Zaklinanie Mundialu i Euro w Polsce mocno przypomina modlitwy o deszcz.
Po czwarte, nasze polskie „jakoś to będzie, po co się martwić na zapas”, przeniesione z powszedniego niedbalstwa, bylejakości na arenę Wielkiego Zmagania. Choć rytualnie wszyscy deklarują perfekcyjne przygotowanie, maksymalne wysiłki, wyczynowe nastawienie, to siłą przyzwyczajenia praktykują znany styl pracy: byle zdążyć, zrobić, aby było, a po drodze się załata, wyrówna, nadrobi.

Z pozoru zaprzecza temu natrętna czujność i rzeczowość nie tylko dziennikarzy, komentatorów, ekspertów od futbolowej wiedzy tajemnej i głębokiej, ale i najwierniejszych nieodświętnych kibiców. Śledzą eksperymenty kadrowe, treningi, sprawdziany, testy, notowania. Ostrzegają, podpowiadają, alarmują. Dobrze znają słabości zawodników, błędy trenerów, porównywane z atutami i słabościami rywali. Jednak wbrew całej tej wiedzy – dającej powód do powściągliwości albo nawet sceptycyzmu – gdy jednak dojdzie do startu w Turnieju, to nie tylko sami dają się ponieść pragnieniom i oczekiwaniom silniejszym niż poczucie rzeczywistości, ale i zarażają innych swoim myśleniem życzeniowym.

Wpływają na to dwa oczywiste czynniki.

Pierwszym jest mechanizm zaraźliwości emocji zbiorowych (tu – patriotycznych) i konformizmu grupowego. Niedowiarki, zrzędy albo, jeszcze gorzej, rodacy obojętni na wynik futbolowej wojny narodów (tej wojny per procura, pod hasłami przyjaźni i wzajemnej sympatii) stawiają siebie poza nawiasem wspólnoty.

Drugim – medialny samograj. W dniach Euro czy Mundialu wszystko w mediach (i w ludzkich głowach) kręci się wokół piłki; głowa w ogóle przeistacza się w piłkę. O tym się mówi w kółko i bez końca, z tej i z tamtej strony. Śpieszą z komentarzami (jak uczniowie w klasie, by potwierdzić „obecny!”) artyści, naukowcy, lekarze, hydraulicy. Widzowie i słuchacze wciągani są skutecznie w zbiorowe odliczanie, obliczenia, pomiary, prognozy i zwykłe wróżbiarstwo. A to pranie mózgu wzmacniane jest wszechobecnością piłki w reklamach, ogłoszeniach sponsorów, na plakatach, w konkursach i zgadywankach, w losowaniach nagród i biletów, w programach „przypomnijmy wielkie chwile”. Futbol atakuje i osacza każdego w gadżetach, w gazetach i w czasopismach w każdym sklepie, kiosku, w autobusie, w tramwaju, na dworcu, w szalecie miejskim. Zgodnie z regułami, jakie rządzą symbiozą popkultury z konsumpcją, komercją i okazją do szybkiego, wielkiego zarobku w czasie krótkim, choć sztucznie wydłużanym (jak zakupy „świąteczne” rozciągnięte na cały kwartał). Próba uniknięcia styczności (i wzbudzanych nią emocji) wymagałaby chyba ewakuacji na księżyc. Wzorzec wojny totalnej został przeniesiony na ofensywę marketingowo-propagandową – nie tylko opór jest daremny, zadekowanie się też jest niemożliwe.

 

Niby-sportowy wielki biznes

Futbolowe turnieje pod flagami państw i narodów – w jeszcze większym stopniu niż rozgrywki ligowe i pucharowe klubów absorbujące „mieszańców” – to nie tylko i nie tyle sport sam w sobie.
To wielki biznes, łączący w sobie show biznes (reguły wielkiego spektaklu, dochodową licytacyjną sprzedaż wrażeń) z jeszcze większym biznesem „towarzyszącym”. Zauważmy przy tym, że to, co zdaje się nam tylko oprawą – niezbędną, jak i przygodną – tego, co ma być istotą futbolowych eventów (piękna rywalizacja, próba sił i umiejętności), w rzeczywistości już dawno stało się istotą sprawy. I to ten prawdziwy biznes, nie tylko sportowy show biznes sam w sobie, obsługiwany jest przez potężną machinę marketingu, reklamy, a nawet propagandy i prania mózgów, bo kołem zamachowym biznesu i biznesiku stają się tu „uczucia narodowe” podgrzewane do poziomu wrzenia.

 

Wyciskarka-Geszefcik

W tle i w ramach tego wielkiego biznesu, którego uczestnikami i reżyserami są wielkie koncerny – wytwórcy i sprzedawcy samochodów, rowerów, telefonów, telewizorów, piwa, butów sportowych i trumiennych, koszulek, kosmetyków, chipsów, dropsów, prezerwatyw i czego tam jeszcze – „kręcą lody” na swój użytek zawodnicy, trenerzy, dziennikarze. Mundial lub Euro to złota żyła nie tylko dla inwestorów, sponsorów i dostawców tego czy tamtego, nie tylko dla hotelarzy, linii lotniczych, biur podróży. To niepowtarzalna okazja, by raz w życiu zarobić, dorobić więcej niż przez pół życia czy jeszcze krótszy epizod kariery sportowej. Tylko frajer by nie skorzystał, nie pomyślał o zabezpieczeniu na przyszłość, jakże przecież niepewną, a dłuższą niż „moje pięć minut”. Trudno wręcz z pięknoduchowskich moralistycznych pozycji potępiać taką zapobiegliwość zawodników i trenerów. Ale zrozumienie życiowej konieczności (nie tylko – nadzwyczajnej okazji) i zrozumienie, że właśnie tak działa ten system, nie zmienia przecież skali niesmaku.

Z Mundialu czy Euro trzeba wycisnąć ile się da, póki się da. Nazywając rzecz po imieniu: wycisnąć z kibiców jako widzów, konsumentów. Sportowiec – profesjonalista (Są jeszcze jacyś amatorzy? Chyba tylko ci, którzy ścigają się lub kopią na podwórkach) od dawna już przeistacza się w geszefciarza. Zanim obejrzysz go na boisku w czasie turnieju, to na długo przed tym, a potem też jeszcze dłuuuugo, dłuuugo po zakończeniu lub odpadnięciu z gry, dzień w dzień, godzinę w godzinę oglądasz go w reklamie piwa, komórki, szamponu, samochodu, gumy do żucia, blachodachówki, sprayu. Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Kamil Glik i inni jeszcze bohaterowie Historycznej Chwili towarzyszą nam nieodłącznie jak chińskie duchy. Albo raczej jak ten Lenin z anegdoty: otwieram lodówkę – Lenin, włączam telewizor – Lenin, wysiadam z metra na stacji Leninowska przy pomniku Lenina na rogu Leninowskiego Prospektu. Nawet Jan Paweł II nie doczekał w swej ojczyźnie takiego zagęszczenia. I już nie doczeka, z różnych powodów.

 

Geszefcik jako wspólna, powszechna pułapka

Dopóki kibic jest zamroczony upojną nadzieją lub nawet poczuciem sukcesu, dopóki ten miraż zdaje mu się realny przez jakąś wygraną w drodze na szczyty, dopóty nie odczuwa on przesytu, nie razi go to jako natręctwo. I w zasadzie uznaje, że gwiazdorom takie wszędobylstwo się należy, podobnie jak dochodzik z tych ubocznych występów. W końcu, to nic nadzwyczajnego. Dziś „wszyscy” wszędzie się pokazują, robią selfie, licytują się na Facebooku, w Instagramie, kto ma więcej wejść i lajków, a zbiorowi ulubieńcy mogą to robić nie za darmo. Sympatia z powodu pozytywnych oczekiwań lub z powodu dobrych wyników usposabia dobrodusznie i życzliwie.

Nastrój zmienia się z chwilą, gdy nie ma wyników, ba, jest porażka, i to w żenującym stylu.

Frustracja mogłaby szybciej ustąpić pod naporem życia codziennego lub jakichś innych odświętnych wrażeń, gdyby nie… pozostałości. Bo choć drużyna wypadła z euromundialowej karuzeli, to karuzela futbolowego biznesu nadal, i to długo jeszcze, się kręci.

Zmarnują się i kłują w oczy niesprzedane gadżety: koszulki, czapki, trąbki, chorągiewki, plakaty, figurki i broszury, których teraz już nikt nie kupi. Co najwyżej niektórych zastanowi bezsens tej nadprodukcji bez popytu. Ale nie mogą się zmarnować wydatki poniesione na reklamy, nie mogą przepaść zyski z tych reklam, nawet jeśli teraz będą mniejsze z powodu irytacji. Toteż jeszcze przez miesiąc po „Narodowej Klęsce” sfrustrowanych kibiców, upokorzonych Polaków (a Polak miało brzmieć dumnie) będą jeszcze atakować ze ścian, murów, szyb i karoserii oraz z telewizorów uśmiechnięte twarze „ludzi sukcesu” natrętnie przypominające, czemu zaprzeczają swym przedłużonym byciem wszędzie.

To doznanie równie perwersyjne jak codzienna styczność na każdym kroku ze stroną przeciwną po bolesnym i nienawistnym rozwodzie.
W mechanizmie futbolowego biznesu nie ma od takiej sytuacji odwrotu. Piłkarze i trenerzy muszą teraz przełknąć to, czego sami się wstydzą: nie tylko poczucie klęski i winy, ale i rozdrapywanie rany przez nieskończone odtwarzanie zdartej płyty z pieśnią zwycięstwa. Zdruzgotani lub wściekli kibice skazani są na to samo: oglądaj sobie jeszcze raz i jeszcze raz swoich ulubieńców, gdy już nie możesz na nich patrzeć. Tej wyciskarki nikt nie zatrzyma.

 

Kto kogo wycisnął

Wtedy niektórzy z fanów objawiają nagle zwykłą zawiść, sprowokowaną kontrastem między tym chałturniczym „urobkiem” a zawodem, jaki idole sprawili w swej zaszczytnej, wzniosłej roli. Inni zauważają – ale też nagle, z opóźnieniem, niestosowność tej zapobiegliwości w stosunku do patriotycznego patosu i jej niewspółmierność względem kiepskiego czy żałosnego wyniku pracy we właściwej roli. Uderza ich kontrast między wielkimi zapowiedziami w Sprawie Narodowej, korzyściami nieuzależnionymi od wyniku i nieudolnością na boisku w turnieju. Niezazdrosnych i niezawistnych tak czy inaczej poniewczasie zastanawia i szokuje nie samo „obłowienie się” przez trenerów i zawodników, ale właśnie to, że zarobili na niespełnionych, a wzbudzonych przez siebie nadziejach, zamiast osiągnąć zysk na takiej zasadzie jak prowizję czy premię zależną od wyników pracy.

Niektórzy z zawiedzionych fanów (nie ma nic gorszego niż zawiedziona miłość) odbierani są jak relikty dawnej epoki, gdy wznoszą okrzyki „Jak to się bawią i urządzają za nasze pieniądze! A za co im płacimy?”. Ale przy całym prostactwie takich ocen nie są one tak całkiem bezzasadne. Tyle, że nie w tym pozornie oczywistym sensie (zmarnowane pieniądze podatników czy: nabywcy biletów oszukani, bo miało być bosko, w każdym razie porządnie, a było dno), lecz w innym. Wszak zawody sportowe i „inwestycje” w ich wynik z natury obarczone są ryzykiem. Otóż taki mściwy kibic, choć wścieka się autentycznie, to niezupełnie rozumie, na czym polega jego sytuacja. A polega ona na tym, że w toku pracy wspomnianej wyciskarki (show biznesu i właściwego biznesu) właśnie on został wyciśnięty. W wielorakiej i zwielokrotnionej roli konsumenta: odbiorcy reklam, marketingowych ofert i wabików, nabywcy gadżetów i biletów, uczestnika quizów i loterii, telewidza zmuszonego do oglądania i przez to finansującego całe to przedsięwzięcie.

Konsument – w sezonie euromundialowym zredukowany do roli kibica, wciśnięty w funkcje futbolożercy – zapewnia zyski bez względu na to, czy sam jest zadowolony, spełniony, syty w swoich oczekiwaniach i wymaganiach, czy też czuje się nabrany. W Mundialu w pełni obowiązuje zasada ze sklepu: Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

 

Przystawka jako danie główne

Różnica między czasem występów w turnieju – krótkim, krótszym niż wzbudzone oczekiwania i zapowiedzi – a długim czasem występów w reklamach szamponu przeciwłupieżowego i blachodachówki jest w tym euromundialowym cyklu regułą. Podobnie jak brak związku między wiarygodnością reklam (tę chyba określają wyniki „kopania” tych, którzy mają do czegoś namówić?) a intensywnością i przewlekłością reklamowych występów. Znakomicie podsumowuje to mem: „Gdzie jutro zagramy? W reklamie pampersów.” Może czas wyciągnąć wnioski z tego faktu, zrozumieć, że to nie jest przypadek? Może nawet zastanowić się, czy nie jest tak, że im więcej jest Lewandowskiego w reklamach, tym mniej go na boisku i pod bramką? Może przebieranka w garnitury Vistuli i ciągłe pozowanie do zdjęć dekoncentruje „naszych chłopców”?

Prawidłowość, jaka wyziera z tego kontrastu, jest następująca. Od dawna już nie jest tak, że „solą ziemi” w futbolu jest futbol, a dodatkiem, przystawką cały ten biznes, dzięki któremu futbolem pochłoniętych jest więcej ludzi niż prawdziwych pasjonatów. Futbol jest tu pretekstem i środkiem do Geszeftu. Zarówno dla machiny biznesowo-marketingowej (ta z równym powodzeniem wyciąga kokosy z dowolnych zapotrzebowań i fascynacji zbiorowych), jak i dla samych piłkarzy, nawet jeśli w punkcie wyjścia nie takie mają intencje, lecz kierują się zdrową ambicją i nawet szczerym zapałem patriotycznym.

Ale nie jest to przypadłością jedynie futbolu, piłkarzy, trenerów. Rozejrzyjmy się dookoła. To tendencja typowa dla współczesnego turbokapitalizmu. Celebrytyzm w dowolnej dziedzinie jedynie za odskocznię, trampolinę ma formalne czy początkowe zajęcie gwiazdorów jako aktorów (potem znamy ich tylko z reklam), modelek, sportowców, muzyków. Doktorat i etat wykładowcy na uniwersytecie to tylko stała przystań dla prawnika czy ekonomisty, który jak marynarz opływa świat cały i tam szuka przygód , ale gdzieś musi być „zaczepiony”. „Reformy” szkolnictwa wyższego wymuszają teraz, by praca w roli wykładowcy była tylko tytułem do bitwy o prawdziwe pieniądze i awanse z grantów. Placówki poczty musiałyby być zamknięte natychmiast (wszystkie), gdyby nie prowadziły pod swoim szyldem sklepiku z dewocjonaliami, bibułą z IPN i zakonnych poradników kulinarnych. Stewardessy na pokładzie tanich linii lotniczych mają za zadanie główne i właściwe nie tyle dopilnować zapięcia pasów, ile wcisnąć pasażerom kosmetyki, losy loterii, bynajmniej nie tanie napitki.

 

Dualizm wiary i biznesu

Charakterystycznym kontrastem euromundialowej cyklicznej gorączki jest też jej dwoistość. Awersem jest tu stan wrzenia, najwyższego napięcia (paraseksualnego) i przy tym „patriotycznego wzmożenia” kibiców – w jakiejś mierze spontaniczny, ale w większym stopniu podgrzewany do poziomu histerii, do balansowania między wszystkim lub maximum w oczekiwaniach a niczym lub minimum w efektach. Rewersem – wspomniana machina nakręcania popytu, obrotu, podaży, która żeruje właśnie na tej zbiorowej egzaltacji. Lecz ta sprzeczność jest tylko zewnętrzna. Mamy tu klasyczny związek funkcjonalny. Przekształcanie meczu i całego turnieju z zawodów sportowych, w których można wygrać, można też przegrać bez poczucia katastrofy w misterium patriotyczne to idealne koło zamachowe dla Geszeftu. Jest też wygodne dla polityków, rządów. Nic nowego pod słońcem. To nawet nie jest wynalazek dopiero współczesnego kapitalizmu. Tradycja i inspiracja jest znacznie starsza: kościelny sakrobiznes. Tu pobożność żarliwa, jak i konformistyczna wiernych z nadwyżką jest zagospodarowana przez obrót relikwiami, dewocjonaliami, inwestycje sakralne i płatne „co łaska” posługi.

Futbolowe święto pod hasłem „trzymamy kciuki za naszych” ma w sobie oczywiście wiele cech sympatycznych. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o emocje czysto sportowe, ale i wtedy, gdy staje się obrzędem rytualnego patriotyzmu. Miła jest atmosfera powszechnej identyfikacji, zgodnego zainteresowania, poczucia wspólnoty („bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”). Sympatyczne, choć jednak śmieszne, gdy każdy Polak w chwilach sukcesu czuje się już nie tylko rodakiem, ale zgoła kuzynem Lewandowskiego. Gorzej, gdy staje się to narzędziem wychowania w duchu infantylizmu, naiwności, życzeniowych snów o potędze. Nie można by tak normalnie?