Empatyczny Poznań Ważny tunajt

Lubię piłkę nożną. Nigdy tego nie kryłem. Przemocą się brzydzę-to też nie tajemnica. Pogardzam myślą nazistowską i staram się unikać faszystowskiego towarzystwa. Nie chadzam na mecze polskiej ligi. Po pierwsze dlatego, że nasze stadiony, w przeważającej większości, od bardzo dawna są siedliskiem różnej brunatnej maści jegomościów. A po drugie dlatego, że cena za bilet ni jak się ma do jakości.

Odrobinę ten uszczerbek na gotówce wydanej na bilet rekompensuje widzowi na polskim, ekstraklasowym boisku oprawa. Szczególnie podczas ważnych meczów, budzących większe niż standardowe zainteresowanie. Największe wrażanie robi pirotechnika. Choć, prawdę mówiąc, nie na mnie. Nigdy nie byłem fanem pokazów pirotechnicznych; czy to w Sylwestra, czy przy okazji imprez miejskich na których gram z kapelą, a które to muszą się zakończyć obowiązkowym pokazem sztucznych ogni. Huku i smrodu jest wtedy co niemiara. Gawiedź, w zapatrzeniu na cuda na niebie, otwiera usta i tak stoi, w czasie gdy ja myślę sobie, ileż to tysięcy złotych idzie właśnie z dymem iskierek i co za te pieniądze mógłbym sobie kupić. Na stadionie jest podobnie. Pirotechnika też tam rządzi. Oficjalnie, oczywiście, nie można jej wnosić na cywilizowane, europejskie stadiony, o czym przekonała się ostatnio Legia, której UEFA dołożyła karę za to, że na meczu z Rangers w Glasgow, sektor kibiców gości zapłonął od rac. Klub oczywiście zapłacił, bo co miał robić. Pójść na wojenkę z kibolstwem przecież nie pójdzie. Raz już próbował, i jak to się skończyło, każdy widział.
W minioną sobotę poznański Lech grał u siebie z Zagłębiem Lubin. Przegrał. To akurat w tej opowieści najmniej istotne. W tzw. „kotle”, czyli miejscu za bramką, gdzie siedzi crème de la crème wiary Kolejorza zawisnął tego dnia transparent „Pirotechniczny Poznań”. Jest to trawestacja znanego w środowiskach młodzieżowych ubiegłego wieku cytatu z piosenki „Ezoteryczny Poznań”, grupy Pidżama Porno, której to lider, Grabaż-Krzysztof Grabowski, jest zdeklarowanym kibicem Lecha, z czym się nie kryje. I z tym właśnie stadionowi liderzy mają kłopot, bo Grabaż, oprócz sympatyzowania z Lechem, jest też antysympatytkiem obecnej polityki rządu i całego obozu rządzącego, jak również zagorzałym antyfaszystą, o czym bez skrępowania śpiewa na swoich płytach. Jedna z nich nawet ostatnio ujrzała światło dzienne. Prywatnie uważam Krzysztofa Grabowskiego za jednego z najlepszych, polskich tekściarzy, którego to ostrze krytyki przez lata nic a nic się nie stępiło, a momentami cięło ostrzej, niż kiedykolwiek.
Zdziwiłby się ten, kto pomyślałby, że kibice Lecha docenili Grabaża za jego zaangażowanie w promocję klubu, który wszystkim im jest sercu bliski. Przeciwnie. Nad „sektorówką” z napisem „Ezoteryczny Poznań” pojawiła się płachta dopełniająca przekaz, na której widniał napis: „Ezoteryczny Poznań pierdoli Grabaża”. Takie podziękowania dostał jeden z bardziej rozpoznawalnych w światku artystycznym kibic poznańskiego Lecha, czemu klub nawet przez sekundę nie zapobiegł, jeno przyglądał się oczami swoich prezesów z bezradnością dziecka.
Po raz enty okazało się, że stadionem w polskiej lidze nie zarządza dyrekcja, tylko bandyterka w szalikach, która robi sobie na nim co chce. Tajemnicą poliszynela jest, że na większości stadionów za catering i mały i duży odpowiadają kolesie powiązani z mniej lub bardziej radyklanymi grupami kibicowskim. Na Lechu w szczególności, o czym pisały nie raz ogólnopolskie media. Taką samą tajemnicą jest też to, że na zorganizowanym wyjeździe pociągiem do innego miasta, który nadzoruje tzw. klub kibica, iska się plecaki i torby w poszukiwaniu swoich własnych wiktuałów i spirytualiów, żeby czasem nie wnieść niczego innego, co chuliganerka rozprowadza oficjalnie w pociągu z trzykrotną marżą. Zrobione przez mamusię kanapki na drogę wylądują wtedy za oknem, bo trzeba kupić od „swoich”, żeby zarobił klub, choć każdy wie, że ostatnią rzeczą którą zobaczy klub, będą właśnie pieniądze. I wiecie Państwo, co mnie w tym najbardziej dziwi? To, że dorośli, rozumni ludzie dają się omamić takim bzdurom. Że na stadionie są czymś więcej, niż tylko pojedynczymi kibicami; że tworzą wspólnotę; że razem muszą bluzgać na drużynę przeciwną, bo troglodyci w klubowych barwach tak im każą. I bluzgają wspólnie: pracownik umysłowy, cinkciarz z bazaru, adiunkt z uczelni, motorniczy. Pełna demokracja.
Szkoda mi Grabaża. Znamy się. Wiem, że taka publiczna plwocina i to ze strony klubu, który poważa i szanuje, na długo mu zalegnie na wątrobie. Napisałem nawet do niego, czy dostał jakieś oficjalne przeprosiny od klubowych władz, bo tego chyba należałoby się spodziewać. Podobno dostał. Na szczęście. Grał wczoraj koncert w Warszawie i taki nius w tym mieście mógł zaboleć po dwakroć…
Jarek Ważny
Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

EURO 2020 – Będzie dużo podróżowania

Po wygranej 3:0 z Łotwą i 2:0 z Macedonią Północną reprezentacji Polski na dwie kolejki przed końcem eliminacji zapewniła sobie awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Oprócz ekipy Jerzego Brzęczka pewne występu europejskim czempionacie są już także zespoły Belgii, Rosji, Włoch i Hiszpanii. Ale eliminacje to najłatwiejsza część Euro 2020.

Euro 2020 będzie wyjątkowe, bo Michael Platini, gdy stał jeszcze na czele UEFA, przeforsował zmianę formuły europejskiego czempionatu i zamiast ulokować go w jednym czy dwóch krajach, rozrzucił go po 12 miastach w 12 europejskich kraja. 24 finalistów zostanie podzielonych na sześć grup. Awans do 1/8 finału uzyskają wszyscy mistrzowie i wicemistrzowie grup oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Losowanie odbędzie się jednak zanim będą znani wszyscy finaliści Euro 2020. Eliminacje wyłonią 20 uczestników, a czterech ostatnich poznamy po barażach, które odbędą się w marcu przyszłego roku. A ceremonia losowania Euro 2020 odbędzie się 30 listopada w Romexpo w Bukareszcie. Wtedy nasza reprezentacja pozna nie tylko trzech rywali grupowych, ale też gdzie i kiedy będzie rozgrywać swoje mecze. Spotkania fazy grupowej odbędą się w dniach 12-24 czerwca 2020 roku, spotkania 1/8 finału 27-30 czerwca, ćwierćfinały zaplanowano na 03-04 lipca, półfinały na 07-08 lipca, a wielki finał zostanie rozegrany 12 lipca.
Po zwycięstwie z Macedonią Północną 2:0 reprezentacja Polski jako czwarta ekipa Starego Kontynentu wywalczyła awans na Euro 2020. Wcześniej występ w finałowym turnieju zagwarantowały sobie reprezentacje Belgii (lider grupy I), Włoch (lider grupy J) oraz Rosji (drugi zespół w tabeli grupy I).
Polscy kibice z pewnością zastanawiają się, do którego koszyka trafią biało-czerwoni przed losowaniem grup finałowych. Gdyby eliminacje zakończyły się dziś, znaleźlibyśmy się w koszyku nr 2. Podział na koszyki dokonany zostanie na podstawie wyników zespołów w eliminacjach Euro 2020. Co ważne, brany pod uwagę będzie dorobek punktowy z meczów z zespołami z miejsc 1-5. W grupach sześciozespołowych wyniki ze spotkań z szóstą drużyną, w naszym przypadku z Łotwą (2:0 w Warszawie i 3:0 w Rydze), nie będą zaliczane.
Polacy zachowują szanse na rozstawienie, czyli koszyk nr 1. Warunkiem są zwycięstwa w listopadowych spotkaniach z Izraelem (16.11. w Jerozolimie) oraz Słowenią (19.11. w Warszawie). Wówczas Polska miałaby w rankingu 19 pkt. Musiałaby jednak także liczyć na to, że inni liderzy grup w końcówce eliminacji zgubią punkty.
Z drugiej strony trzeba brać pod uwagę także czarny scenariusz. Jeśli reprezentacja Jerzego Brzęczka w listopadzie nie wygra meczu i zostanie wyprzedzona w grupie G przez Austrię, wówczas może wylądować w koszyku nr 3, a nawet nr 4.
Na przyszłorocznej imprezie kibiców z pewnością czeka wiele podróży. Turniej odbędzie się bowiem w 12 miastach w całej Europie – Amsterdamie (Holandia), Baku (Azerbejdżan), Bilbao (Hiszpania), Budapeszcie (Węgry), Bukareszcie (Rumunia), Dublinie (Irlandia), Glasgow (Szkocja), Kopenhadze (Dania), Londynie (Anglia), Monachium (Niemcy), Rzymie (Włochy) i Sankt Petersburgu (Rosja). Otwarta sprzedaż biletów na Euro 2020 zostanie zapoczątkowana w grudniu tego roku – po losowaniu grup. Kibice po zarejestrowaniu się na oficjalnej stronie UEFA, będą mogli ubiegać się o wejściówki na wszystkie mecze danej reprezentacji. „Kibice mogą ubiegać się o bilety, jeśli spełniają kryteria określone przez ich krajowe federacje piłkarskie” – czytamy na stronie internetowej UEFA.
Cena biletów jest zależna od miejsca rozgrywania meczu, a także fazy turnieju. Na każde spotkanie obowiązują 3 kategorie cenowe. Na mecze grupowe i 1/16 finału wejściówki, w zależności od stadionu, kosztują 30 albo 50 euro w trzeciej kategorii, 75 albo 125 euro w drugiej kategorii i 125 albo 185 euro w pierwszej kategorii. Tańsze bilety obowiązują jedynie na mecze w Baku, Bukareszcie i Budapeszcie.
Droższe bilety obowiązują na mecz otwarcia w Rzymie i ćwierćfinały w Rzymie, Monachium i St. Petersburgu – w zależności od kategorii, 75, 145 lub 225 euro. Za bilety na ćwierćfinałowe spotkanie w Baku zapłacimy 30, 75 lub 125 euro. Za obejrzenie półfinałowych meczów, które odbędą się w Londynie, trzeba już zapłacić 195, 345 lub 595 euro. Z kolei na finał, również w stolicy Anglii, bilety kosztują aż 295, 595 lub 945 euro.
Jak widać, tanio nie będzie i na rekordy frekwencji chyba UEFA nie ma co liczyć. Ale ta firma jest z każdej strony faszerowana milionami euro, od organizatorów, sponsorów, stacji telewizyjnych, a zatem nie odczuje strat wynikających z małej frekwencji. Dla porównania – nasi siatkarze w tym sezonie zarobili w sumie 700 tys. dolarów – 300 za 3. miejsce w Lidze Narodów, tyle samo za drugie miejsce w Pucharze Świata i 100 tysięcy dolarów za brązowy medal mistrzostw Europy. PZPN z tytułu awansu kadry Brzęczka do Euro 2020 zainkasował od UEFA 9,25 mln euro, czyli kilkadziesiąt razy więcej. Kadrowicze dostaną z tej kwoty 35 procent, co w przeliczeniu na złotówki daje kwotę prawie 14 mln zł. Tylko że siatkarze gwarantują dobre wyniki, a piłkarze niekoniecznie.

Piłkarz dżentelmen

3 września minęło dokładnie 30 lat od tragicznej śmierci Gaetano Scirea, który był czołowym graczem Juventusu i legendą włoskiej kadry. Zginął tragicznie w wypadu samochodowym w Babsku.

Do tragicznego wypadku doszło na trasie Łódź–Warszawa. Zginęli w nim tłumaczka Barbara Jarnuszkiewicz, kierowca Henryk Pająk, oraz właśnie Scirea, który pełnił wtedy rolę drugiego trenera Juventusu. Przyjechał do Polski na kilka dni, aby obejrzeć w akcji drużynę Górnika Zabrze, z którą w ramach Pucharu UEFA miał się zmierzyć klub z Turynu.
Istnieje cień szansy, że ówczesny drugi trener Juventusu przeżyłby wypadek, gdyby nie fakt, że w momencie zderzenia pojazdów wybuchły cztery kanistry z benzyną. Jedyny, który przeżył wypadek był Andrzej Zdebski, ówczesny działacz Górnika Zabrze, ponieważ z powodu niezapiętych pasów wyleciał przez szybę. Pozostali spłonęli żywcem. Po ugaszeniu pożaru milicja potrzebowała kilkunastu godzin, aby zidentyfikować ofiary wypadku.
Wypadek miał miejsce w niedzielę popołudniu, a komunikat prasowy błyskawicznie dotarł na półwysep apeniński i już w wieczornym wydaniu włoskiego dziennika pojawia się informacja o śmiertelnym wypadku, wywołując poruszenie praktycznie całego narodu. Świat piłki przez bardzo długi czas nie potrafił dojść do siebie. Bardzo mocno przeżywa to Dino Zoff, wtedy pierwszy szkoleniowiec Juventusu, powtarzając, że nie znajdzie drugiego tak wspaniałego przyjaciela, z którym będzie się rozumiał bez słów. Ludzie nie mogą uwierzyć. Tak piękna kariera, która kończy się tak tragicznie.
W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku, występując w barwach Atalanty Bergamo w której się piłkarsko wychował. Mimo całkiem dobrych wyników klub z Bergamo spada do drugiej ligi. Gaetano Scirea mimo dobrych not i zainteresowania różnymi klubami Serie A jeszcze przez rok został w Atalancie. W roku 1974 wróci do Serie A już jako zawodnik Juventusu Turyn, w którym grał przez następne 14 lat, będąc silnym punktem ekipy, która swego czasu nie miała sobie mocnych. Z Juve zdobył wiele trofeów w tym aż siedem razy był mistrzem Italii. W swojej karierze Scirea pojechał na trzy finały mistrzostw świata. Na pierwszym turnieju w Argentynie zajął trzecie miejsce po przegranym meczu z Brazylią, występując we wszystkich siedmiu meczach. Zanim nadszedł pamiętny dla Włochów turniej w Hiszpanii, dwa lata wcześniej odbyły się mistrzostwa Europy, którego Włosi byli gospodarzami. Ostatnim sprawdzianem przed samym turniejem był towarzyski mecz z Polską. W Turynie padł remis 2:2, a Scirea strzelił pierwszego gola kadrze.
Już niecałe dwa lata później Orły znowu miały okazję spotkać się z Azzurri na początku Mistrzostwach Świata w 1982 roku. Dla samego Scirei był to o tyle ważny mecz, bo jubileuszowy 50 występ w kadrze. Na Estadio Balaidos gole nie padły. Mało kto teraz pamięta, ale Włosi w słabym stylu awansowali do najlepszej dwunastki. Jako jedni z faworytów turnieju nie potrafili również wygrać z Peru jak i z Kamerunem. Dopiero od momentu awansu rozpoczął się ich wielki marsz, aż do zwycięskiego finału. Pokonali po drodze Argentynę z Diego Maradoną i Mario Kempesem w składzie, a następnie widowiskowo grającą Brazylię.
Drużyna Enzo Bearzota, której kapitanem był ponad czterdziestoletni Dino Zoff, nadspodziewanie łatwo pokonała w półfinale Polskę i w finale już nie dała szans RFN. Cztery lata później obrońcy tytułu zawiedli oczekiwania kibiców. Bez kłopotów wyszli z grupy, ale odpadli już w 1/8 finału nie radząc sobie z Francją Michela Platiniego, która potem zajęła trzecie miejsce. To był ostatni mecz kapitana kadry Włoch.
Sam Gaetano Scirea miał styl gry, który potrafił zadziwić i prawie każdemu trenerowi przypadał do gustu. Chętnie włączał się w akcje ofensywne, jednocześnie pamiętając o grze w obronie z której uczynił sztukę. Poruszał się po płycie boiska z niezwykłą elegancją, interweniował skutecznie oraz zgodnie z przepisami. Stał się synonimem gry „fair-play”, gdyż ani razu w ponad 650 oficjalnych meczach nie otrzymał czerwonej kartki i był znany z tego, że zawsze szanował rywali oraz decyzje sędziów. Prasa bardzo często określała go jako prawdziwego dżentelmena boiska.
Po zawieszeniu korków, Gaetano zapragnął zostać szkoleniowcem. Po uzyskaniu licencji trenerskiej w szkole trenerskiej w Coverciano, latem 1988 sam Prezes Juventusu, Giampiero Boniperti zaproponował mu rolę drugiego trenera Juventusu, w sztabie Dino Zoffa. Były „libero” Starej Damy zgodził się bez wahania. Podobno zanim złożył podpis pod umową, był także w kontakcie z Lillo Fotim, ówczesnym Prezesem klubu Reggina z południowej Kalabrii, który za wszelką cenę chciał go namówić na objęcie roli pierwszego szkoleniowa swojego zespołu, znajdującego się w Serie B. Podobno nawet sam zainteresowany rozważał tą propozycję, ale koniec końców zgodził się wrócić do Turynu – miejsca w którym świecił największe triumfy. Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku i wielu ekspertów przekonywało że to dopiero początek nowej kariery Gaetano. Niestety wszystko się skończyło w niecały rok, kiedy tragiczny wypadek przedwcześnie zakończył dopiero rozpoczętą ścieżkę boiskowego dżentelmena.
Przez długi czas włoski świat piłki nie mógł dojść do siebie. Na koniec sezonu 1989-1990, Dino Zoff wraz z całą drużyną Juventusu zadedykował swojemu tragicznie zmarłemu przyjacielowi Puchar Włoch, wygrany w finale z Milanem, na jego cześć został nazwany jego imieniem centrum prasowe mistrzostw świata w 1990 roku. Po niedługim czasie trybuna, na której zasiadają na Stadio delle Alpi, nosi nazwę Gaetano Scirea. Rodzina też nie do końca doszła do siebie po tej koszmarnej stracie. Żona piłkarza nigdy nie związała się z innym mężczyzną i całkowicie poświeciła się karierze politycznej, pełniąc przez dwie kadencje mandat parlamentarzystki. Ich jedyny syn, Riccardo, po latach dołączył do Juventusu jako członek sztabu szkoleniowego, w którym wcześnie pracował jego ojciec.
W dniu trzydziestej rocznicy klub z Turynu, otworzył tymczasową wystawę chcąc uczcić pamięć po jego legendarnym kapitanie. Na otwarciu byli wszyscy przyjaciele z boiska jak i rodzina, która nie ukrywała wzruszenia. Po niektórych spojrzeniach wydawać się mogło, że gdzieś w głębi serca cały czas czują jego obecność i tylko mogą się zastanawiać się jakim byłby trenerem Gaetano Scirea, gdyby nie tragiczny wypadek trzydzieści lat temu w okolicach wsi Babska.

Futbolistan

Życiem narodowym w Republice Lechistanu, zwanej też Klechistanem, stale rządzą trzy cykle. Pierwszy – to rytm zmiany pór roku. To powszedniość, oczywistość, rutyna. Drugi to wybory i zmiany rządów. A trzeci – to kolejne edycje Euro i Mundialu. Tylko tym trzecim cyklem żyją wszyscy i traktują go śmiertelnie poważnie. Zbiorowo przeżywany jest tak intensywnie, neurotycznie i traumatycznie – że brakuje jednej wielkiej kozetki.

 

Na czas Mundialu lub Euro wszyscy obywatele – z wyjątkiem dziwaków lub wyrodków – przeobrażają się w kibiców, znawców i smakoszy. Smakoszy zwykle skwaszonych. Nawet jajogłowi – na co dzień wybrzydzający na instynkty stadne i nacjonalistyczną histerię – dostają tej futbolowo-patriotycznej gorączki i dołączają do zbiorowych modłów o sukces-cud, który się Polakom należy z racji bycia Polakami i z racji chęci szczerych, a pobożnych.

Na czas Mundialu i Euro nasze państwo właściwie mogłoby zmienić nazwę – na Futbolistan. I godło narodowe – na piłkę, oczywiście w białoczerwone łaty, co dobrze symbolizuje naszą narodową specjalność, mianowicie łataninę. W tym czasie Orła Białego zastępują i ucieleśniają Nasze Orły. I te orły wzlatują – na tyle, na ile wystarczy, by zarobić.

 

Narodowa psychodrama

Powtarzalny porządek cyklu euromundialowego jest znany i zawsze z góry przewidywalny. Najpierw Polska – której emanacją jest „złota jedenastka” z przebogatymi rezerwami – odradza się, po wcześniejszym, a kolejnym upadku, jak Feniks z popiołów. Żmudnie, bohatersko, jak to ciężko ranna, stara się podźwignąć z dna (tabeli), przebić przez wrogie zasieki w eliminacjach, których trud i ciosy bolesne przypominają Somosierrę, Monte Cassino i bitwę stalingradzką, by w końcu wczołgać się resztką sił do grona pretendentów. Z wilczym apetytem na podium i przemarsz zwycięzców.

W turnieju jak zwykle polegnie i ponownie zmieni swój stan skupienia na spopielony.

Ta regularna powtórka z rozrywki jest poniekąd adekwatnym odwzorowaniem heroiczno-martyrologicznej wizji dziejów i edukacji patriotycznej. Jak wiadomo każdemu prawdziwemu Polakowi, wielkość narodu mierzona jest rozbratem między niebotycznymi ambicjami, powołaniem do cudów i stanów nadzwyczajnych a rozmiarem klęsk i poświęceń, które tym klęskom nie zapobiegają.
Tyle tylko, że manto w meczach otwarcia, meczach o wszystko i meczach o honor nie zapewnia jednak „moralnego zwycięstwa”. Ale za to współczynnik optymizmu zbiorowego jest tu wielokrotnie wyższy niż po kolejnych rozbiorach i powstaniach. Bo za każdym razem i drużyna, i Legion kibiców wierzą, że kiedy jak kiedy, ale teraz to już na pewno pokażemy, na co naprawdę nas stać. Co zresztą się potwierdza, tyle, że inaczej niż w oczekiwaniach.

Psychicznym korelatem euromundialowego cyklu – od wielkich nadziei przez wymęczone starania i postępy do wielkiego blamażu – jest powtarzalna ewolucja zbiorowego samopoczucia, jak w afektywnej chorobie dwubiegunowej. Od erupcji pobożnych życzeń, poprzez zbiorową euforię i samozachwyt (nasi znów zmartwychwstają i dorastają do wielkości, My w ogóle jesteśmy wielcy) do urazu podobnego wstrząśnieniu mózgu, załamania, depresji, poczucia beznadziejności, apatii.

Szczęśliwie na tym depresyjnym ogniwie niebezpieczna ewolucja nastroju narodowego się urywa (ratując przed impulsami samobójczymi), bo zaczyna się kolejna edycja tegoż cyklu. Już jesienią po mundialowej katastrofie rozpoczynają się euroeliminacje, lub odwrotnie. Z nową szansą i nadzieją naród skopany w grze w kopaną znów się wyprostowuje do dumnej postawy. Teraz już będzie inaczej, lepiej. Teraz to dopiero pokażemy!

Nasuwają się tu dwa proste pytania.

Pierwsze: dlaczego kilkadziesiąt milionów podobno zdrowych psychicznie ludzi przeżywa cykle konwencjonalnej rozrywki – pokrewne w swej rytmiczności dorocznym festiwalom, sianokosom i wyjazdom na urlop – tak, jak gdyby była to walka na śmierć i życie, o przetrwanie i godność zarazem?

Drugie: dlaczego wynik tych sportowych powtórek jest z grubsza ciągle taki sam, a zarazem, dlaczego masa ludzi już wielokrotnie ciężko doświadczonych (a doświadczenie podobno uczy) stale nabiera sie na ten sam numer (słowo honoru, teraz to będziecie z nas dumni)?

Odpowiedzi na te pytania jest kilka. Jedna z nich – to analiza medialnego i marketingowego mechanizmu prania mózgów.

 

Futbolowe gusła zwierciadłem duszy polskiej

Euromundialowy cykl hurraoptymizmu i rozczarowań, w których miesza się zaskoczenie z rozpaczą i niesmakiem, jest w jakimś stopniu wskaźnikiem charakterystycznych cech mentalności sporej części naszego społeczeństwa. Cech, które jednak w tym okresie wzmożenia emocji udzielają się również pozostałym rodakom. Jakie to cechy?
Po pierwsze, syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a, jeśli chodzi o różnicę między rytmem i stylem funkcjonowania powszedniego (pracy i myślenia na co dzień) a temperaturą i stylem zaangażowania odświętnego.

Po drugie, przeświadczenie, że właśnie obrzędy odświętne oraz wydarzenia i zachowania w sytuacjach nadzwyczajnych – że dopiero one pokazują, jacy naprawdę jesteśmy i na co naprawdę nas stać, a nie to, jak się zachowujemy, jak pracujemy i z jakim wynikiem na co dzień. Co więcej, wyobrażenie – jak u niefrasobliwego studenta – że zrywem powstańczym, nadzwyczajną mobilizacją w ostatniej chwili i poniewczasie można nadrobić powszednie zaległości i osiągnąć sukces nawet większy niż dzięki tej nudnej, powszedniej systematyczności. „Prawdziwy Polak” jest wielki tym, jak nagle wyskoczy z konopi.

Co się z tym wiąże, po trzecie, na serio potraktowane (a nie z przymrużeniem oka) przekonanie, że „wiara góry przenosi”, że „chcieć to móc”, a więc wystarczy mocno chcieć. Podobnie jak u bardzo pobożnego pretendenta do czegokolwiek ma wystarczyć gorliwa i żarliwa modlitwa. Zaklinanie Mundialu i Euro w Polsce mocno przypomina modlitwy o deszcz.
Po czwarte, nasze polskie „jakoś to będzie, po co się martwić na zapas”, przeniesione z powszedniego niedbalstwa, bylejakości na arenę Wielkiego Zmagania. Choć rytualnie wszyscy deklarują perfekcyjne przygotowanie, maksymalne wysiłki, wyczynowe nastawienie, to siłą przyzwyczajenia praktykują znany styl pracy: byle zdążyć, zrobić, aby było, a po drodze się załata, wyrówna, nadrobi.

Z pozoru zaprzecza temu natrętna czujność i rzeczowość nie tylko dziennikarzy, komentatorów, ekspertów od futbolowej wiedzy tajemnej i głębokiej, ale i najwierniejszych nieodświętnych kibiców. Śledzą eksperymenty kadrowe, treningi, sprawdziany, testy, notowania. Ostrzegają, podpowiadają, alarmują. Dobrze znają słabości zawodników, błędy trenerów, porównywane z atutami i słabościami rywali. Jednak wbrew całej tej wiedzy – dającej powód do powściągliwości albo nawet sceptycyzmu – gdy jednak dojdzie do startu w Turnieju, to nie tylko sami dają się ponieść pragnieniom i oczekiwaniom silniejszym niż poczucie rzeczywistości, ale i zarażają innych swoim myśleniem życzeniowym.

Wpływają na to dwa oczywiste czynniki.

Pierwszym jest mechanizm zaraźliwości emocji zbiorowych (tu – patriotycznych) i konformizmu grupowego. Niedowiarki, zrzędy albo, jeszcze gorzej, rodacy obojętni na wynik futbolowej wojny narodów (tej wojny per procura, pod hasłami przyjaźni i wzajemnej sympatii) stawiają siebie poza nawiasem wspólnoty.

Drugim – medialny samograj. W dniach Euro czy Mundialu wszystko w mediach (i w ludzkich głowach) kręci się wokół piłki; głowa w ogóle przeistacza się w piłkę. O tym się mówi w kółko i bez końca, z tej i z tamtej strony. Śpieszą z komentarzami (jak uczniowie w klasie, by potwierdzić „obecny!”) artyści, naukowcy, lekarze, hydraulicy. Widzowie i słuchacze wciągani są skutecznie w zbiorowe odliczanie, obliczenia, pomiary, prognozy i zwykłe wróżbiarstwo. A to pranie mózgu wzmacniane jest wszechobecnością piłki w reklamach, ogłoszeniach sponsorów, na plakatach, w konkursach i zgadywankach, w losowaniach nagród i biletów, w programach „przypomnijmy wielkie chwile”. Futbol atakuje i osacza każdego w gadżetach, w gazetach i w czasopismach w każdym sklepie, kiosku, w autobusie, w tramwaju, na dworcu, w szalecie miejskim. Zgodnie z regułami, jakie rządzą symbiozą popkultury z konsumpcją, komercją i okazją do szybkiego, wielkiego zarobku w czasie krótkim, choć sztucznie wydłużanym (jak zakupy „świąteczne” rozciągnięte na cały kwartał). Próba uniknięcia styczności (i wzbudzanych nią emocji) wymagałaby chyba ewakuacji na księżyc. Wzorzec wojny totalnej został przeniesiony na ofensywę marketingowo-propagandową – nie tylko opór jest daremny, zadekowanie się też jest niemożliwe.

 

Niby-sportowy wielki biznes

Futbolowe turnieje pod flagami państw i narodów – w jeszcze większym stopniu niż rozgrywki ligowe i pucharowe klubów absorbujące „mieszańców” – to nie tylko i nie tyle sport sam w sobie.
To wielki biznes, łączący w sobie show biznes (reguły wielkiego spektaklu, dochodową licytacyjną sprzedaż wrażeń) z jeszcze większym biznesem „towarzyszącym”. Zauważmy przy tym, że to, co zdaje się nam tylko oprawą – niezbędną, jak i przygodną – tego, co ma być istotą futbolowych eventów (piękna rywalizacja, próba sił i umiejętności), w rzeczywistości już dawno stało się istotą sprawy. I to ten prawdziwy biznes, nie tylko sportowy show biznes sam w sobie, obsługiwany jest przez potężną machinę marketingu, reklamy, a nawet propagandy i prania mózgów, bo kołem zamachowym biznesu i biznesiku stają się tu „uczucia narodowe” podgrzewane do poziomu wrzenia.

 

Wyciskarka-Geszefcik

W tle i w ramach tego wielkiego biznesu, którego uczestnikami i reżyserami są wielkie koncerny – wytwórcy i sprzedawcy samochodów, rowerów, telefonów, telewizorów, piwa, butów sportowych i trumiennych, koszulek, kosmetyków, chipsów, dropsów, prezerwatyw i czego tam jeszcze – „kręcą lody” na swój użytek zawodnicy, trenerzy, dziennikarze. Mundial lub Euro to złota żyła nie tylko dla inwestorów, sponsorów i dostawców tego czy tamtego, nie tylko dla hotelarzy, linii lotniczych, biur podróży. To niepowtarzalna okazja, by raz w życiu zarobić, dorobić więcej niż przez pół życia czy jeszcze krótszy epizod kariery sportowej. Tylko frajer by nie skorzystał, nie pomyślał o zabezpieczeniu na przyszłość, jakże przecież niepewną, a dłuższą niż „moje pięć minut”. Trudno wręcz z pięknoduchowskich moralistycznych pozycji potępiać taką zapobiegliwość zawodników i trenerów. Ale zrozumienie życiowej konieczności (nie tylko – nadzwyczajnej okazji) i zrozumienie, że właśnie tak działa ten system, nie zmienia przecież skali niesmaku.

Z Mundialu czy Euro trzeba wycisnąć ile się da, póki się da. Nazywając rzecz po imieniu: wycisnąć z kibiców jako widzów, konsumentów. Sportowiec – profesjonalista (Są jeszcze jacyś amatorzy? Chyba tylko ci, którzy ścigają się lub kopią na podwórkach) od dawna już przeistacza się w geszefciarza. Zanim obejrzysz go na boisku w czasie turnieju, to na długo przed tym, a potem też jeszcze dłuuuugo, dłuuugo po zakończeniu lub odpadnięciu z gry, dzień w dzień, godzinę w godzinę oglądasz go w reklamie piwa, komórki, szamponu, samochodu, gumy do żucia, blachodachówki, sprayu. Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Kamil Glik i inni jeszcze bohaterowie Historycznej Chwili towarzyszą nam nieodłącznie jak chińskie duchy. Albo raczej jak ten Lenin z anegdoty: otwieram lodówkę – Lenin, włączam telewizor – Lenin, wysiadam z metra na stacji Leninowska przy pomniku Lenina na rogu Leninowskiego Prospektu. Nawet Jan Paweł II nie doczekał w swej ojczyźnie takiego zagęszczenia. I już nie doczeka, z różnych powodów.

 

Geszefcik jako wspólna, powszechna pułapka

Dopóki kibic jest zamroczony upojną nadzieją lub nawet poczuciem sukcesu, dopóki ten miraż zdaje mu się realny przez jakąś wygraną w drodze na szczyty, dopóty nie odczuwa on przesytu, nie razi go to jako natręctwo. I w zasadzie uznaje, że gwiazdorom takie wszędobylstwo się należy, podobnie jak dochodzik z tych ubocznych występów. W końcu, to nic nadzwyczajnego. Dziś „wszyscy” wszędzie się pokazują, robią selfie, licytują się na Facebooku, w Instagramie, kto ma więcej wejść i lajków, a zbiorowi ulubieńcy mogą to robić nie za darmo. Sympatia z powodu pozytywnych oczekiwań lub z powodu dobrych wyników usposabia dobrodusznie i życzliwie.

Nastrój zmienia się z chwilą, gdy nie ma wyników, ba, jest porażka, i to w żenującym stylu.

Frustracja mogłaby szybciej ustąpić pod naporem życia codziennego lub jakichś innych odświętnych wrażeń, gdyby nie… pozostałości. Bo choć drużyna wypadła z euromundialowej karuzeli, to karuzela futbolowego biznesu nadal, i to długo jeszcze, się kręci.

Zmarnują się i kłują w oczy niesprzedane gadżety: koszulki, czapki, trąbki, chorągiewki, plakaty, figurki i broszury, których teraz już nikt nie kupi. Co najwyżej niektórych zastanowi bezsens tej nadprodukcji bez popytu. Ale nie mogą się zmarnować wydatki poniesione na reklamy, nie mogą przepaść zyski z tych reklam, nawet jeśli teraz będą mniejsze z powodu irytacji. Toteż jeszcze przez miesiąc po „Narodowej Klęsce” sfrustrowanych kibiców, upokorzonych Polaków (a Polak miało brzmieć dumnie) będą jeszcze atakować ze ścian, murów, szyb i karoserii oraz z telewizorów uśmiechnięte twarze „ludzi sukcesu” natrętnie przypominające, czemu zaprzeczają swym przedłużonym byciem wszędzie.

To doznanie równie perwersyjne jak codzienna styczność na każdym kroku ze stroną przeciwną po bolesnym i nienawistnym rozwodzie.
W mechanizmie futbolowego biznesu nie ma od takiej sytuacji odwrotu. Piłkarze i trenerzy muszą teraz przełknąć to, czego sami się wstydzą: nie tylko poczucie klęski i winy, ale i rozdrapywanie rany przez nieskończone odtwarzanie zdartej płyty z pieśnią zwycięstwa. Zdruzgotani lub wściekli kibice skazani są na to samo: oglądaj sobie jeszcze raz i jeszcze raz swoich ulubieńców, gdy już nie możesz na nich patrzeć. Tej wyciskarki nikt nie zatrzyma.

 

Kto kogo wycisnął

Wtedy niektórzy z fanów objawiają nagle zwykłą zawiść, sprowokowaną kontrastem między tym chałturniczym „urobkiem” a zawodem, jaki idole sprawili w swej zaszczytnej, wzniosłej roli. Inni zauważają – ale też nagle, z opóźnieniem, niestosowność tej zapobiegliwości w stosunku do patriotycznego patosu i jej niewspółmierność względem kiepskiego czy żałosnego wyniku pracy we właściwej roli. Uderza ich kontrast między wielkimi zapowiedziami w Sprawie Narodowej, korzyściami nieuzależnionymi od wyniku i nieudolnością na boisku w turnieju. Niezazdrosnych i niezawistnych tak czy inaczej poniewczasie zastanawia i szokuje nie samo „obłowienie się” przez trenerów i zawodników, ale właśnie to, że zarobili na niespełnionych, a wzbudzonych przez siebie nadziejach, zamiast osiągnąć zysk na takiej zasadzie jak prowizję czy premię zależną od wyników pracy.

Niektórzy z zawiedzionych fanów (nie ma nic gorszego niż zawiedziona miłość) odbierani są jak relikty dawnej epoki, gdy wznoszą okrzyki „Jak to się bawią i urządzają za nasze pieniądze! A za co im płacimy?”. Ale przy całym prostactwie takich ocen nie są one tak całkiem bezzasadne. Tyle, że nie w tym pozornie oczywistym sensie (zmarnowane pieniądze podatników czy: nabywcy biletów oszukani, bo miało być bosko, w każdym razie porządnie, a było dno), lecz w innym. Wszak zawody sportowe i „inwestycje” w ich wynik z natury obarczone są ryzykiem. Otóż taki mściwy kibic, choć wścieka się autentycznie, to niezupełnie rozumie, na czym polega jego sytuacja. A polega ona na tym, że w toku pracy wspomnianej wyciskarki (show biznesu i właściwego biznesu) właśnie on został wyciśnięty. W wielorakiej i zwielokrotnionej roli konsumenta: odbiorcy reklam, marketingowych ofert i wabików, nabywcy gadżetów i biletów, uczestnika quizów i loterii, telewidza zmuszonego do oglądania i przez to finansującego całe to przedsięwzięcie.

Konsument – w sezonie euromundialowym zredukowany do roli kibica, wciśnięty w funkcje futbolożercy – zapewnia zyski bez względu na to, czy sam jest zadowolony, spełniony, syty w swoich oczekiwaniach i wymaganiach, czy też czuje się nabrany. W Mundialu w pełni obowiązuje zasada ze sklepu: Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

 

Przystawka jako danie główne

Różnica między czasem występów w turnieju – krótkim, krótszym niż wzbudzone oczekiwania i zapowiedzi – a długim czasem występów w reklamach szamponu przeciwłupieżowego i blachodachówki jest w tym euromundialowym cyklu regułą. Podobnie jak brak związku między wiarygodnością reklam (tę chyba określają wyniki „kopania” tych, którzy mają do czegoś namówić?) a intensywnością i przewlekłością reklamowych występów. Znakomicie podsumowuje to mem: „Gdzie jutro zagramy? W reklamie pampersów.” Może czas wyciągnąć wnioski z tego faktu, zrozumieć, że to nie jest przypadek? Może nawet zastanowić się, czy nie jest tak, że im więcej jest Lewandowskiego w reklamach, tym mniej go na boisku i pod bramką? Może przebieranka w garnitury Vistuli i ciągłe pozowanie do zdjęć dekoncentruje „naszych chłopców”?

Prawidłowość, jaka wyziera z tego kontrastu, jest następująca. Od dawna już nie jest tak, że „solą ziemi” w futbolu jest futbol, a dodatkiem, przystawką cały ten biznes, dzięki któremu futbolem pochłoniętych jest więcej ludzi niż prawdziwych pasjonatów. Futbol jest tu pretekstem i środkiem do Geszeftu. Zarówno dla machiny biznesowo-marketingowej (ta z równym powodzeniem wyciąga kokosy z dowolnych zapotrzebowań i fascynacji zbiorowych), jak i dla samych piłkarzy, nawet jeśli w punkcie wyjścia nie takie mają intencje, lecz kierują się zdrową ambicją i nawet szczerym zapałem patriotycznym.

Ale nie jest to przypadłością jedynie futbolu, piłkarzy, trenerów. Rozejrzyjmy się dookoła. To tendencja typowa dla współczesnego turbokapitalizmu. Celebrytyzm w dowolnej dziedzinie jedynie za odskocznię, trampolinę ma formalne czy początkowe zajęcie gwiazdorów jako aktorów (potem znamy ich tylko z reklam), modelek, sportowców, muzyków. Doktorat i etat wykładowcy na uniwersytecie to tylko stała przystań dla prawnika czy ekonomisty, który jak marynarz opływa świat cały i tam szuka przygód , ale gdzieś musi być „zaczepiony”. „Reformy” szkolnictwa wyższego wymuszają teraz, by praca w roli wykładowcy była tylko tytułem do bitwy o prawdziwe pieniądze i awanse z grantów. Placówki poczty musiałyby być zamknięte natychmiast (wszystkie), gdyby nie prowadziły pod swoim szyldem sklepiku z dewocjonaliami, bibułą z IPN i zakonnych poradników kulinarnych. Stewardessy na pokładzie tanich linii lotniczych mają za zadanie główne i właściwe nie tyle dopilnować zapięcia pasów, ile wcisnąć pasażerom kosmetyki, losy loterii, bynajmniej nie tanie napitki.

 

Dualizm wiary i biznesu

Charakterystycznym kontrastem euromundialowej cyklicznej gorączki jest też jej dwoistość. Awersem jest tu stan wrzenia, najwyższego napięcia (paraseksualnego) i przy tym „patriotycznego wzmożenia” kibiców – w jakiejś mierze spontaniczny, ale w większym stopniu podgrzewany do poziomu histerii, do balansowania między wszystkim lub maximum w oczekiwaniach a niczym lub minimum w efektach. Rewersem – wspomniana machina nakręcania popytu, obrotu, podaży, która żeruje właśnie na tej zbiorowej egzaltacji. Lecz ta sprzeczność jest tylko zewnętrzna. Mamy tu klasyczny związek funkcjonalny. Przekształcanie meczu i całego turnieju z zawodów sportowych, w których można wygrać, można też przegrać bez poczucia katastrofy w misterium patriotyczne to idealne koło zamachowe dla Geszeftu. Jest też wygodne dla polityków, rządów. Nic nowego pod słońcem. To nawet nie jest wynalazek dopiero współczesnego kapitalizmu. Tradycja i inspiracja jest znacznie starsza: kościelny sakrobiznes. Tu pobożność żarliwa, jak i konformistyczna wiernych z nadwyżką jest zagospodarowana przez obrót relikwiami, dewocjonaliami, inwestycje sakralne i płatne „co łaska” posługi.

Futbolowe święto pod hasłem „trzymamy kciuki za naszych” ma w sobie oczywiście wiele cech sympatycznych. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o emocje czysto sportowe, ale i wtedy, gdy staje się obrzędem rytualnego patriotyzmu. Miła jest atmosfera powszechnej identyfikacji, zgodnego zainteresowania, poczucia wspólnoty („bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”). Sympatyczne, choć jednak śmieszne, gdy każdy Polak w chwilach sukcesu czuje się już nie tylko rodakiem, ale zgoła kuzynem Lewandowskiego. Gorzej, gdy staje się to narzędziem wychowania w duchu infantylizmu, naiwności, życzeniowych snów o potędze. Nie można by tak normalnie?

Witajcie w domu

Na mecz przyjechało 20 tys. Kolumbijczyków, a jechali z bardzo daleka.
Polaków przyjechało tylko 10 tys. To nie rokowało dobrze.
Na Wrocław nadciągnęły ołowiane chmury i zaczęło padać. To był zły prognostyk. Zeschłe trawy mają za to uciechę. 
Ulice opustoszały. Tylko ludzie z psami snuli się po trawnikach. Psy meczu nie oglądają, a kupy robią według swojego planu.
Przez pierwsze minuty była jakaś nadzieja. Potem gasła.
Komentatorzy mówili co powinni nasi grać, ale oni grali coś innego.
Zacząłem nerwowo biegać po mieszkaniu i nasłuchiwać, jakiegoś radosnego okrzyku komentatorów. Daremnie. W przerwie meczu Nawałka i Boniek reklamowali piwo. Po meczu pewnie spożycie reklamowanych piw znacznie spadnie.
Odkorkowuję butelkę wina, a miałem nie pić i wypijam. Niczego to nie zmiana. Jest nawet gorzej. Zmiennicy, jedni i drudzy, wbiegając na boisko, żegnają się. Bóg jest zdecydowanie po stronie nie naszej. Za co ta kara? Jaka tam kara, oni grają lepiej.
Kończy się męka. Pozostaje cierpienie. Wyciągam butelkę ohydnej nalewki bombowej i wypijam szklaneczkę. To wzmacnia moje cierpienie, ale niczego nie zmienia. Chowam butelkę. Jutro też jest dzień, a żyć trzeba. Nie lubię bólu głowy.
Chłopaki od kopaniny, witajcie w domu. Japończycy honor cenią sobie też bardzo wysoko, ale to tylko, dla nas, mecz o pietruszkę. 

W objęciach symboli

Słowo o rzeczywistości futbolowej, która ma coraz mniej wspólnego ze sportem. Przynajmniej w Bułgarii.

 

Piłkarskie potyczki mają swój wymiar nie tylko boiskowy. Ten jest, prawdę mówiąc, najmniej interesujący. O wiele ciekawsze jest to co dzieje się na trybunach i w kuluarach. W niektórych krajach właśnie to odzwierciedla ich realny stan. W czasie, gdy kibice toczą tradycyjną wojnę na symbole i obelgi, wygrywa lub przegrywa nie któraś z drużyn, lecz czyjś biznesowy projekt.
Niedawno w Bułgarii rozgrywano mistrzostwa tego kraju w piłce kopanej. Wygrał je klub Sławia. Szef tegoż, niejaki Wencisław Stefanow, puszył się odbierając puchar niczym generał wracający ze zwycięskiej bitwy. Miał powód: jego ekipa walczyła dostojnie i odważnie przez całe 120 minut, by w końcu pokonać faworyta, drużynę Lewski Sofia w rzutach karnych. Nie to jednak stało się newsem dnia. Ciekawsze było, że Stefanow, na okoliczność tego zwycięstwa zastosował szczególny dress code. Nie założył ów garnituru czy sportowego stroju z emblematami klubu, ale t-shirt z portretem prezydenta Federacji Rosyjskiej i napisem “Rosyjska armia”. I z takim emploi odebrał puchar i cieszył się do łez wznosząc go kilkakrotnie ku górze.

 

Ze zwycięstwem nam do twarzy

Na tym jednak nie koniec. Stefanowowi od tego zwycięstwa przybyło chyba wigoru i postanowił zebranym na stadionie oraz przed telewizorami przedłożyć cokolwiek bardziej złożoną perspektywę. Zwłaszcza historyczną. Pierwszą sprawą, którą postanowił zająć opinię publiczną w obliczu kamer, był nie sukces na stadionie, ale symboliczna data, w której został osiągnięty – 9 maja.
– Zdecydowanie najbardziej cieszy mnie fakt, iż to osiągnięcie przypadło nam w udziale w Dniu Zwycięstwa. Dziś jest 9 maja – nie żaden Dzień Europy, a Dzień Zwycięstwa nad faszystowskim państwem niemieckim. A nam z tym wszak bardzo do twarzy! – oznajmił z wyczuwalną celową niejednoznacznością szef Sławii.

Pierwszą reakcją były wycia i ryki ze strony kibiców Lewskiego, wśród których pełno jest prawicowych ekstremistów i rusofobów. Ale po tym, jak opadły wrzaski radości z jednej, a zgryzoty z drugiej strony, oczom obserwatora ukazała się cała plejada symboli, które oczywiście są w głównej mierze li tylko symbolami, ale z powodu braku czegokolwiek innego w całej przestrzeni publicznej, to właśnie one zaczynają formatować kulturę popularną.

Podczas finałowego meczu z trybun bił wyjątkowo kiczowaty pejzaż w rysunkach i obrazach. Kibice zwycięskiego klubu wyróżnili się tym razem gigantycznym transparentem z napisem “PrawoSławia”. Zaraz obok wisiał baner z podobizną bułgarskiego cara Borysa III, chybotliwego sojusznika Adolfa Hitlera. W epoce tegoż władcy Sławia przeżywała okres wyjątkowo sprzyjający i zdobyła nadzwyczaj dużo wszelkich nagród i zaszczytów.

Ultrasi drużyny Lewski, ongiś powiązanej z MSW, wystawili płótna z twarzami zaangażowanych bułgarskich faszystowskich polityków z lat trzydziestych zeszłego wieku – Aleksandyra Cankowa i Bogdana Fiłowa. Oprócz tego przygotowali tym razem coś jeszcze bardziej obleśnego i brutalnego, ma się rozumieć symbolicznie, ale jednak. I chyba udało im się tym postępkiem skutecznie wyprzeć z przestrzeni publicznej show zgotowane przez Stefanowa. Dosłownie w kilka godzin po zakończeniu finałowej rozgrywki portal gazety „Dnewnik” (bułgarski ekwiwalent „Gazety Wyborczej”; również nikt nie czyta, ale high society traktuje to jako kompas moralno-polityczny) pojawiły się fotografie dwójki, na oko 5 – 6-letnich dzieci, ze zdjętymi koszulkami. I nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego (było bardzo ciepło) gdyby nie fakt, iż fotograf przyłapał je na gorliwym heilowaniu w stronię trybun obsiadłych przez kibiców Lewskiego.

Jakby tego było mało, torsy i plecy obu chłopców były okraszone nazistowskimi symbolami, między innymi swastyką. Sprawą cokolwiek frapującą był też fakt przebywania tych dzieci w strefie, w której kibice tradycyjnie bawią się materiałami pirotechnicznymi. Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej, podczas innego meczu, petarda o mało co nie oślepiła policjantki.

 

Przebudzeni z letargu

Poziom szoku, jaki nawet zmęczone biedą bułgarskie społeczeństwo zademonstrowało na widok tego niebywałego dziadostwa spowodował nawet, iż o swoim istnieniu przypomniała Agencja Ochrony Dzieci, która wydała specjalny komunikat, iż wszczyna oficjalne dochodzenie i poszukuje rodziców. Jak to jednak bywa najczęściej – dziennikarze byli szybsi od urzędników. Pięć dni później jeden z ojców błysnął przed kamerą.

– Doszło do jakiejś pomyłki – obwieścił rodzic. – Nie widziałem tych rysunków, gdybym je zobaczył, to bym do tego nie dopuścił. Jakiś młody człowiek narysował coś mojemu synowi, to było poza stadionem. Nie zgadzam się z przesłaniem, a przynajmniej nie z napisem oznaczającym, że wszyscy policjanci to śmieci – pokajał się tatuś-roztrzepaniec. Ma się rozumieć, tą wypowiedzą dolał jedynie oliwy do ognia.

Jest taka instytucja – Bułgarski Związek Futbolowy (BFS). Charakterystyczne dla niej jest to, iż żyje ona własnym życiem, na nic i na nikogo się nie oglądając i której nikt realnie nie kontroluje, gdyż jest ona jednym z wielu chorych konglomeratów oligarchicznych interesów. Inna sprawa, że bułgarskie stadiony widziały już tyle rożnych patologii, że niewiele może kogokolwiek zainteresowanego wzruszyć. Tym razem i ona została wybudzona z letargu. Po wielu dniach “badania sprawy” komisja dyscyplinarna BFS postanowiła z powodu hajlującej dziatwy ze swastykami na piersiach nałożyć na klub Lewski 37 500 lewów kary (około 80 tys. zł). Wypada jednak odnotować, że tuż po tym, jak o incydencie poinformowały media, BFS próbował odfajkować sprawę symboliczną karą rzędu ok. 2 tys. lewów (nieco ponad 4 tys. zł), ale się nie udało. Instytucja ta znana jest z tego, że kary poważne zarezerwowane są dla okoliczności, gdy przedmiotem ataku są sędziowie – nieudolni bądź skorumpowani. Dla sprawców takiej przemocy nie ma litości. Gromy sypią się na klub, a wraz z nimi mandaty. Tak pęcznieją też kiesy samego BFS. Np. za wspomnianą wcześniej niemal oślepioną policjantkę klub Lewski musiał zapłacić 11 400 lewów (około 25 tys. zł), ale gdy na jednym z niedawnych meczów kibic CSKA Sofia (coś jak Legia Warszawa) “rzucił w sędziego nieznacznej wielkości monetą” klub zapłacić musiał 38 700 lewów. Gdy w ubiegłym roku wściekli kibice Lewskiego obrzucili trenerów CSKA kamieniami i rozpostarli wielki sztandar ze swastyką kara wyniosła 25 300 lewów (ok. 55 tys. zł). Początkowo kara była wyższa, ale obniżono ją gdyż, jak tłumaczył rzecznik BSF, „symbol został dość szybko usunięty”.

 

Kibice za dźwiękoszczelną przegrodą

Ale wróćmy do aktualnych wydarzeń w bułgarskim futbolu. O ile krajowy puchar wygrał outsider – Sławia; o tyle w mistrzostwach nie było żadnych zaskoczeń. Tam dominuje klub Łudogorec. Finansuje go znany oligarcha i szef Bułgarskiej Konfederacji Pracodawców i Przemysłowców – Kirił Domuscziew. Od kiedy to indywiduum, jeden z najbogatszych ludzi w państwie, przejął ten prowincjonalny klubik z miejscowości Razgrad wszystko się zmieniło. Łudogorec, który nigdy nie wspiął się na choćby średni poziom w rozgrywkach ligowych nagle stał się drużyną pierwszorzędną i od razu zawojował samą górę, cały czas zajmując najwyższe miejsca. Grają tam głównie Brazylijczycy, jest jeden Holender i Argentyńczyk, dwóch Rumunów i dwaj Polacy – Jakub Świerczok i Jacek Góralski. To pewnie dlatego, że Domuscziew jest wielkim fanem importowania do Bułgarii siły roboczej z krajów spoza UE.

Oligarchiczna sprawczość ma jednak swoje ograniczenia, co rodzi kolejne groteski. Nowy właściciel jest w stanie bowiem zapewnić swojemu klubowi każdego typu wsparcie, także państwowe, gdy jest potrzebne, ale nie może mu nagonić publiki. Toteż na razgradzkim stadionie często siedzi grupka kupionych lub nie fanów Łodogorca i o wiele liczniejsza grupa kibiców drużyny przeciwnej. Zaradzono temu, ograniczając pulę sprzedawanych biletów oraz oddzielając trybuny klubu gości dźwiękoszczelną przegrodą z przezroczystego plastiku. Wyjaśniano, iż ma to “przeciwdziałać chuligaństwu”, jednak przeciwdziała głównie rozchodzeniu się okrzyków fanów drużyny, z którą gra Łudogorec.

 

Zostały tylko puste słowa

W tej chwili jedynie CSKA może w jakiś sposób zagrozić pozycji tego zespołu, choć i tu nie chodzi raczej o jakoś gry, lecz o walkę na symbole. Podczas niedawnego meczu tych dwóch drużyn, tuż przed jego rozpoczęciem nad stadion nadleciał wojskowy helikopter. Wszystkich to nieco przestraszyło, gdyż pilot zaczął obniżać poziom maszyny dokładnie nad centralnym punktem boiska. Gdy już wzbił tumany kurzu, a hałasem ogłuszył niemal wszystkich, z helikoptera wyskoczyły gwiazdy bułgarskiej piłki z 1994 r (podczas mistrzostw w USA bułgarska reprezentacja zajęła wtedy czwarte miejce) – Christo Stoiczkow, Dymityr Berbatow i Dymityr Penew. Chwilę później na boisko zrzucono kilku komandosów na spadochronach, którzy w powietrzu rozwinęli wielki transparent z czerwoną gwiazdą – symbolem klubu jeszcze z czasów socjalizmu, którego jednakowoż nie zdekomunizowano. W ten sposób armia uczciła 70. rocznicę powstania swojego klubu piłkarskiego.

Nie da się ukryć, że taki gest niełatwo będzie pokonać w sferze symboli, czyli jedynej jeszcze obecnej w bułgarskiej masowej świadomości. Armia i CSKA próbowały zademonstrować, że jeszcze żyją, że są obecne. Ale też zademonstrowały, że tylko do tego się nadają – by rozwiać sztandar potęgi i nostalgii za czasami, gdy za każdym z symboli stała jakaś substancja. Dziś są tylko słowa i banery. I dzieci ze swastykami na klacie.

Real dokopał Barcelonie

Real Madryt w 31. kolejce hiszpańskiej Primera Division wygrał na Camp Nou z Barceloną 2:1, rewanżując się za wcześniejszą porażkę z „Dumą Katalonii” na własnych śnieciach poniesioną w rundzie jesiennej.

Mecz, który obejrzało 99 264 kibiców, poprzedziła minuta ciszy poświęcona pamięci zmarłego 24 marca byłego piłkarza i trenera Barcelony Johana Cruyffa. W 14. minucie (taki numer na koszulce jest najbardziej kojarzony z tym piłkarzem) kibice na stojąco oklaskiwali pamięć legendarnego holenderskiego zawodnika i trenera. Ale na boisku trudno było w grze podopiecznych trenera Luisa Enrique dopatrzyć się jakiś elementów gry wpajanych dwie dekady temu w katalońskim klubie właśnie przez Cruyffa. Drużyna Barcelony tym razem zawiodła oczekiwania swoich fanów. Grała swój obezwładniający rywali futbol tylko w pierwszych dwudziestu minutach spotkania, ale potem z każdą minutą stawała się coraz bardziej bezradna. Bez zwykłego impetu poruszali się po murawie Leo Messi, Neymar i Luis Suarez. Nieprzypadkowo prowadzenie uzyskali po rzucie rożnym, bo przy stałych fragmentach gry pod bramkę rywali wędruje zawsze Gerard Pique. Jego uderzenie głową tuż przy słupku było na tyle mocne, że bramkarz Realu Keylor Navas nawet nie próbował interweniować. Po tym golu Katalończycy nie ruszyli jednak do szturmu, żeby „dobić” trafionego rywala kolejnym golem. Za ten brak chęci Messi i spółka zapłacili już sześć minut później, kiedy to efektownym uderzeniem z tzw. przewrotki z niewielkiej odległości piłkę do bramki Barcelony wpakował Francuz Karim Benzema. Gracze „Królewskich” tego błędu nie popełnili i od momentu wyrównania mocno przycisnęli rywali uzyskując momentami wyraźną przewagę. To się musiało zemścić. W 80. minucie sygnał ostrzegawczy posłał Gareth Bale, ale fatalnie sędziujący zawody arbiter gola Walijczykowi nie uznał dopatrując się faulu na obrońcy Barcelony. Ale kilkadziesiąt sekund później przypomniał o sobie Cristiano Ronaldo. Portugalczyk przyjął piłkę w polu karnym i potężnym strzałem posłał ją między nogami chilijskiego bramkarza Claudio Bravo do siatki. Chwilę potem arbiter wyrzucił z boiska stopera Realu Sergio Ramosa, ale nic to Barcelonie nie pomogło i tak oto poniosła pierwszą porażkę od 3 października 2015 roku, licząc wszystkie rozgrywki. Katalończycy od tamtej pory wygrała 30 i zremisowała dziewięć meczów, zdobywając w nich 122 bramki i tracąc zaledwie 23. Z kronikarskiego obowiązku wypada dodać, że w El Clasico z 232 meczów Real wygrał 93, Barcelona była lepsza w 91 spotkaniach, a 48 zakończyło się remisami. W rozgrywkach Primera Division obie drużyny mierzyły się 172 razy. Real wygrał 72 spotkania, Barcelona 68, a remisów było 32. Nieoczekiwana porażka Barcelony przywróciła nadzieję obu madryckim klubom na mistrzostwo Hiszpanii. „Duma Katalonii” nadal co prawda prowadzi w tabeli, ale nad drugim Atletico ma sześć, a nad trzecim Realem siedem punktów przewagi. Do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze siedem kolejek, więc wszystko może się zdarzyć.