Islandia znów patrzy na Brukselę

Na pytanie, kto może być 28. członkiem Unii Europejskiej, najczęściej spogląda się w kierunku Wschodu. Na kraje Bałkanów, Ukrainę czy Mołdawię. Tymczasem niespodzianka może nadejść z północy. Po objęciu władzy przez nowy, proeuropejski rząd pod koniec 2024 roku, Islandia zapowiedziała przeprowadzenie referendum w sprawie członkostwa w UE najpóźniej do 2027 roku. Debata wokół tej decyzji najpewniej skoncentruje się na kwestiach bezpieczeństwa.

Jeszcze dziesięć lat temu Islandia wycofała swój wniosek i odwróciła się od unijnych negocjacji po krótkich i nieudanych rozmowach. Od tego czasu kontekst międzynarodowy uległ radykalnej zmianie. W 2009 roku, kiedy po raz pierwszy zgłosiła chęć przystąpienia do UE, motywacją była stabilizacja krajowej gospodarki po załamaniu trzech największych banków i gwałtownym spadku wartości korony. Gdy w 2013 roku rozmowy zostały zawieszone, Islandia była już na drodze odbudowy, podczas gdy strefa euro pogrążała się w kryzysie zadłużenia.

Tym razem głównym czynnikiem są względy geopolityczne. Inwazja Rosji na Ukrainę, napięcia wokół Grenlandii i ryzyko wycofania się USA z NATO zmieniły układ sił. Minister spraw zagranicznych Thorgerdhur Katrín Gunnarsdóttir uznała wznowienie negocjacji za „konieczne w świetle obecnej sytuacji geopolitycznej”.

Islandia już teraz funkcjonuje w oparciu o przepisy zbliżone do unijnych, ponieważ jest częścią strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Islandia, choć jest jednym z państw założycielskich NATO i ma umowę obronną z USA z 1951 roku, nie posiada własnej armii i nie planuje jej utworzenia. Jej znaczenie dla sojuszu opiera się na położeniu strategicznym na Atlantyku, w tzw. przesmyku GIUK, kluczowym dla ruchu rosyjskich okrętów podwodnych. „Islandczycy mogą kierować się w tej sprawie troską o bezpieczeństwo i chęcią przynależności do wspólnoty wyznającej podobne wartości demokratyczne” – zauważa Margrét Einarsdóttir z Uniwersytetu w Reykjaviku.

Premier Kristrún Frostadóttir podkreśla, że decyzja nie powinna być podejmowana ze strachu: „Debata powinna opierać się na nadziei i pozytywnej wizji. Wstępujemy do Unii nie ze względu na euro, lecz dlatego, że wierzymy w jej polityczny projekt” – mówiła na wiosnę w rozmowie z magazynem „Grand Continent”. Jej socjaldemokratyczna partia oraz liberalna Partia Reform, obie prounijne, stworzyły po wyborach w 2024 roku koalicję rządową z Partią Ludową. Referendum akcesyjne znalazło się w programie koalicji – inaczej niż w 2009 roku, gdy rozmowy z UE rozpoczęto bez konsultacji społecznych.

Islandia, w odróżnieniu od wielu krajów oczekujących latami na członkostwo, ma już wdrożone standardy zbieżne z unijnymi. W latach 2010–2013 w trakcie negocjacji z UE otwarto większość z 33 rozdziałów akcesyjnych, z czego 11 zamknięto. Dla porównania: Czarnogóra po ponad dekadzie rozmów zamknęła zaledwie siedem. Islandia jest częścią Schengen i EOG, co zapewnia swobodny przepływ towarów, kapitału, osób i usług.

Członkostwo w UE dałoby Islandii i jej 390 tys. mieszkańców realny wpływ na decyzje wspólnoty. Unia chętnie przyjęłaby kraj o wysokim poziomie życia, który byłby płatnikiem netto do budżetu. Komisja Europejska, szczególnie w kontekście bezpieczeństwa, zareagowała pozytywnie. Ursula von der Leyen odwiedziła Islandię w lipcu, zapowiadając nowy pakiet współpracy obronnej, który ma zostać sfinalizowany do końca roku.

Korzyścią dla Islandii byłaby też większa stabilność ekonomiczna – korona islandzka oraz stopy procentowe są bardzo niestabilne. „Wielu właścicieli domów, zmęczonych wysokimi kosztami kredytów hipotecznych, może zagłosować za członkostwem” – zauważa Einarsdóttir. Raty kredytów są tam średnio dwa razy wyższe niż w UE.

Największą przeszkodą pozostaje sektor rybołówstwa. Dla Islandczyków oznaczałoby to rezygnację z wyłącznego prawa połowu w strefie 200 mil morskich i otwarcie wód dla floty z innych państw UE. W latach 1958–1976 Islandczycy stoczyli z Brytyjczykami tzw. wojny dorszowe właśnie o te prawa. Były to trzy konflikty dyplomatyczno-morskie, podczas których Islandia jednostronnie rozszerzała swoją strefę połowową – z 4 do 200 mil morskich – co spotykało się z protestami i próbami blokady ze strony brytyjskich trawlerów eskortowanych przez marynarkę wojenną. Islandzkie kutry były wspierane przez krajową straż przybrzeżną, a spór zakończył się sukcesem Reykjaviku i uznaniem jego żądań. Dla Islandczyków to symbol walki o suwerenność i prawo do samodzielnego zarządzania zasobami. Ich oddanie byłoby trudne do zaakceptowania politycznie. Właśnie to zagadnienie doprowadziło do przerwania rozmów w 2013 roku.

Niezależnie od wyniku referendum, decyzja Islandii wpłynie na całą strukturę EOG. Gdyby kraj przystąpił do UE, w strefie EOG pozostałyby tylko Norwegia i Liechtenstein. To mogłoby zachwiać fundamentami porozumienia i ponownie rozbudzić debatę akcesyjną w Norwegii. Choć Oslo po dwóch referendach (1972 i 1994) wykluczyło ten scenariusz, nastroje społeczne się zmieniają. W kwietniu poparcie dla członkostwa wyniosło 41% (wzrost z 27% w ciągu dwóch lat), a 63% badanych opowiedziało się za organizacją referendum.

Redakcja

Poprzedni

Europa chodzi na smyczy

Następny

Wyższa szkoła dyplomacji