Ludzie przestaną ufać policji

– Jeśli są przesłanki do postawienia policjantom zarzutów po akcji 18 listopada, to je postawmy. Wtedy nie ucierpi cała jednostka, tylko ktoś, kto zrobił błąd, Jeśli to nie zostanie przeprowadzone i będzie eskalować, to gwarantuję, że kiedy się zmieni władza, to ktoś tę jednostkę zlikwiduje – mówi insp. Wojciech Majer, były szef Biura Operacji Antyterrorystycznych, w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim i Piotrem Nowakiem (Strajk.eu).

Wstyd być dziś policjantem?

Nie. To nie jest misja związana tylko i wyłącznie z neutralizacją tłumu. Policjanci wykonują wiele pożytecznych rzeczy: ci z prewencji, z którymi się zazwyczaj tłum konfrontuje (albo oni się konfrontują z tłumem) tak naprawdę chodzą tylko i wyłącznie w służbach patrolowych, wspomagają społeczeństwo w normalnych sytuacjach, w normalnym życiu. Ludzie ich bardzo potrzebują.

Zapewne, ale przyzna Pan, że na odbiór społeczny policji ostatnie wydarzenia, na dodatek mocno eksponowane w mediach, mają ogromny wpływ. Niemal każdy ma znajomego, który chodzi na strajk kobiet, każdy więc sobie łatwo wyobraża, że to jego bliska osoba mogła zostać zdzielona pałką teleskopową przez głowę zupełnie za nic. W tym kontekście hasło, które miało się znaleźć na radiowozach “pomagamy i chronimy” w tej chwili brzmi jak ponury żart, nie sądzi Pan?

Jasne, teraz ono straciło na wiarygodności. Ale warto podkreślić, że my cały czas mówimy o emocjach. Racjonalne myślenie, zarówno po stronie społeczeństwa, jak i policjantów w tych sytuacjach o wysokim poziomie stresu, jest osłabione. A emocje, które teraz dominują przenoszą się nie tylko na to, co się dzieje w trakcie tych zdarzeń, ale wychodzą poza te ramy. Ja to nawet rozumiem. Ale jej ofiarą padają ludzie, którzy na to nie zasłużyli. Mówię tu o Darku Ziębie.

Jest pan o nim dobrego zdania?

Bardzo. W tej sytuacji, o której rozmawiamy, a przy której jego nazwisko jest wykorzystywane jako synonim wszystkiego złego, co tam się stało, jest całkowicie niewinny.

Mało tego, uważam, że gdyby on był 18 listopada na miejscu dowodzenia tymi zespołami taktycznymi, to do tej sytuacji by nie doszło.

Po co w ogóle tam była wasza jednostka? Kompletnie bez sensu…

Nieprawda. Tego typu sytuacje zabezpieczaliśmy od lat. Już po 11 listopada 2011 roku, kiedy był ten pierwszy bardzo intensywny marsz narodowców było wiadomo, że jesteśmy i będziemy potrzebni. Od 2012 nasze zespoły działały w tłumie.

Ale jakoś wtedy nie biliście przypadkowych uczestników metalowymi pałkami…

Zespoły te miały wówczas i za każdym razem postawione bardzo precyzyjne zadania, były bardzo dobrze odprawiane, były koordynowane z dobrym systemem łączności, byliśmy nawet potem monitorowani tzw. pinezkami. Każdy zespół był widoczny na GPS-ie, dowódcą był liniowy funkcjonalny dowódca naszej jednostki, czyli albo ja jako zastępca do spraw bojowych, albo dowódca, który ogarniał całość. Mówiąc krótko, byliśmy świetnie przygotowani do służby.

Proszę powiedzieć, jak w teorii powinno wyglądać przygotowanie takiej jednostki jak wasza, do działania po cywilnemu w tłumie?

Tego typu jednostka nigdy nie działa samodzielnie. Zawsze jest powiązana z innymi ogniwami policyjnych struktur, ma jakieś otoczenie. Otoczenie to np. komórki organizacyjne policji, które zajmują się rozpoznaniem, rekonesansem – czyli obserwują tłum, widzą, jakie jest zagrożenie i punkty zapalne, wskazują, gdzie pojawia się potrzeba ingerencji policji prewencyjnej, działań medycznych, a także, gdzie i kiedy muszą wkroczyć antyterroryści. Nikt przecież nie zagwarantuje, że w tłumie nie pojawi się nagle człowiek z maczetą. Konfrontacja z takim człowiekiem bez użycia specjalnych środków nic nie da, a może prowadzić do tragedii. Wtedy właśnie potrzebny jest zespół taktyczny, który taką sytuację zgasi. To samo dotyczy człowieka z granatem czy samobójcy. I wtedy trzeba oddziałów specjalnych używać.

Zespół kontrterrorystyczny jest przygotowany do takich działań. Sytuacja z 18 listopada była jednak inna.

Dlaczego?

BOA (to nieprecyzyjna nazwa, ale używajmy jej dla jasności wywodu), został na tę akcję przeniesiony do dyspozycji komendy stołecznej policji, ale bez swojego elementu dowodzenia. Mówiąc inaczej, zostali oddani pod kuratelę zupełnie innej strukturze organizacyjnej.

Według naszych źródeł, dowodził szef stołecznej SPAT (Samodzielny Pododdział Kontrterrorystyczny Policji w Warszawie – red.) i to on stawiał zadania funkcjonariuszom BOA. Czy 18 listopada były przesłanki do bezpośredniej interwencji w tłumie?

Zarzewiem całego konfliktu było pojawienie się nieumundurowanego policjanta. Nieidentyfikowalnego na dodatek. Ów policjant podjął takie a nie inne działania, które przyniosły fatalny skutek. Jeśli człowiek odwrócony plecami do tłumu wyciąga przedmiot przypominający pałkę teleskopową, to może wzbudzić niepokój wśród ludzi. Policjant w momencie interwencji musi być rozpoznawalny jako funkcjonariusz.

Czyli ten gość, który wyciągnął pałkę nie będąc oznaczonym, postąpił według pana nieprofesjonalnie?

W ocenie obserwatora, uczestnika takiego marszu ten człowiek nie był policjantem. Wyjmując tę pałkę odbył najpierw taki taniec godowy – przeszedł przez tłum, rozejrzał się, odwrócił się do tego tłumu tyłem i wyjął pałkę, więc nawet inni policjanci powinni odebrać go jako zagrożenie. Tego zachowania nie da obronić.

Podkreślam jednak jeszcze raz, że ten incydent nie powinien przełożyć się na oceny całej jednostki i nie powinien posłużyć jako pretekst do zniszczenia człowieka, który jest tej jednostki dowódcą.

Powiedział pan, że on tutaj nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Pojawiły się w mediach sugestie, że ci funkcjonariusze BOA, którzy pojawili się w Warszawie 18.11, przejawiali szczególną niechęć do kobiecych protestów.

To są manipulacje.

Dziennikarskie?

Myślę, że nie. Manipulacje przedstawione przez informatorów. Dziennikarze mają swoje źródła mniej lub bardziej rzetelne – które nie tyle chcą przekazać informację, a ją ukierunkować. W ten sposób wyrządzają ludziom krzywdę. Oddelegowanie funkcjonariuszy z poszczególnych zespołów polega na tym, że oddelegowuje się wydziały, a nie konkretnych ludzi. Ich poglądy nie są tu żadnym kryterium.

Więc skąd się pojawiają takie sytuacje? To był jednostkowy wypadek, czy to jest rezultat obniżania standardów? Efekt klimatu politycznego?

Do tej pory wydawało mi się, że jednostka, nawet taką refleksję miałem przed tymi zdarzeniami, że jednostka jest całe szczęście odsunięta od tych zdarzeń, że ci policjanci mieszkają blisko rodzin, tam funkcjonują i wszyscy myślą, że to jest dla nich sprawa prestiżowa, jeżdżenie do Warszawy i realizacji tych zadań w ramach oddziału prewencji. Nie, oni przed rodzinami muszą się tłumaczyć z tego, co się dzieje, te rodziny też mają swoje poglądy na sprawy kobiet, oni też nie są w komfortowej sytuacji. Do tej pory omijało to BOA, bo oni mieli te zadania prestiżowe. Nie ma co kwestionować, że w tych zasobach zadań jest też neutralizacja bojówek kibolskich, bo ktoś musi się z nimi zmierzyć, oni są bardziej mobilni i dynamiczni, są to cechy które powodują że mogą te zadania lepiej zrealizować niż normalnie przygotowani funkcjonariusze. Tyle, że tutaj to się załamało. Skuteczność BOA i jego dowódcy Darka, została w poprzednim okresie udowodniona, ktoś więc być może pomyślał, że warto wykorzystać tę skuteczność, ale już bez dowódcy, żeby splendor spłynął na kogoś innego. Takie są moje odczucia. I wyszło, jak wyszło.

Jak się podejmuje interwencję, to są do niej podstawy, przesłanki, zatrzymane osoby, cały proces, skierowanie aktu do sądu itd. itd. Też można się spytać, czy takie elementy zostały podjęte, czy została udzielona pomoc osobom poszkodowanym w wyniku interwencji policyjnej, kto im pomógł – to są rzeczy, które należy wyjaśnić. Nie po to, żeby tą jednostkę czy policję zdyskredytować, tylko żeby oczyścić atmosferę. Nie wolno od trudnych sytuacji uciekać, trzeba je po prostu wyjaśnić.

A teraz obserwujemy ucieczkę od prób wyjaśnienia?

W dniach następujących po wydarzeniach na Placu Powstańców ewidentnie tak.

Pokazywane są twarze policjantów. Imiona, nazwiska, często adresy. Jak pan to ocenia?

Jestem w stanie zrozumieć emocje. Sam dostałem kilkadziesiąt informacji ze zdjęciem Darka Zięby, choć przecież jego tam nie było. Policjant, który został zdekonspirowany gdzieś przecież mieszka, funkcjonuje w jakiejś mikrospołeczności. Niemożliwe, żeby to na nim nie robiło wrażenia. A jednocześnie minister sprawiedliwości mówi, że będzie wyciągać konsekwencje z ujawniania danych policjantów biorących udział w akcji 18 listopada. Teraz się obudzili?

To ja się pytam: gdzie był minister i jego poprzednicy z tej ekipy, jak ujawniali akta IPN policjantów, którzy pracowali w operacjach specjalnych, realizowali głęboko zakonspirowane zadania, kiedy ujawniano nasze dane? Gdzie oni byli? Gdzie byli, kiedy ujawniono całą agenturę WSI?

Ma pan cały czas przyjaciół w jednostce. Czy oni czują dyskomfort związany z praca pod presją polityczną? Ona istnieje, przecież jednostka jest używana w celach politycznych. Pacyfikacja takiej demonstracji to jednak jest cel polityczny…

To nie tak. To była ochrona manifestacji. Nielegalnej czy legalnej, nie będę w to wchodził – do tej pory żaden sąd nie uznał, że uczestnicy nielegalnej manifestacji są winni. Ale teraz jest tak, że do dwóch swoich stałych wrogów: środowisk przestępczych i kiboli doszła trzecia grupa: ludzie, którzy mają prawo od policji oczekiwać wsparcia, czuć się przy niej bezpiecznie. A oni policję postrzegają jako niebezpieczeństwo i zagrożenie.

Dziwi im się pan?

Nie dziwię, tylko mówię o tym, że policja w pewnym momencie zostanie pozostawiona sama sobie. Władza umyła ręce i to nie jest dalekokowzroczne.

Nie ma podziałów politycznych wewnątrz jednostki?

Tak się nie da. Ludzie mają 7, 15 lat stażu pracy, albo i 3. Poglądy naprawdę nie mają znaczenia.

Jakie generalne wnioski wyciągniecie z wydarzeń 18 listopada?

Nastroje w jednostce są złe. Dopóki się tego nie wyświetli, nie przepracuje, tak jak po Magdalence, to zostanie zadra. Jeśli zostały popełnione błędy, to trzeba je wyświetlić. Jeśli jest potrzeba wyciągnięcia konsekwencji dyscyplinarnych, to trzeba to zrobić. Jeśli są przesłanki do postawienia zarzutów, to je postawmy. Wtedy nie ucierpi cała jednostka, tylko ktoś, kto zrobił błąd, Jeśli to nie zostanie przeprowadzone i będzie eskalować, to gwarantuję, że kiedy się zmieni władza, to ktoś tę jednostkę zlikwiduje.

Chcielibyśmy podzielać Pański optymizm, że znajdzie się wola do wyjaśnienia tej sytuacji, ale przychodzi nam to z trudem. Dziękujemy za rozmowę.

Długa noc listopadowa

Historia jest istotna o tyle o ile wyciągamy z niej wnioski na przyszłość. Czyli zwykle nie jest istotna wcale. Oficjalne obchody od(u)zyskania państwowości zaczynają się i kończą mszami a ich bohaterami są zwykle narodowcy. Ateista Dmowski, chichotałby zza grobu, gdyby mógł.

Zwłaszcza, że 11 listopada 2018 roku nie zdarzyło się nic, po za symbolicznym końcem I wojny Światowej. Polskie państwo powstałoby, nawet gdyby Rada Regencyjna zapiłaby się na śmierć, a pociąg z Piłsudskim nigdy by nie wyjechał z Magdeburga.

Dzisiejsza narracja historyczna przekracza jednak zwykłą fantazję. Ojcami niepodległości nazywani są, będący z dala od wydarzeń z października i listopada 1918 – Dmowski, Paderewski i Piłsudski. Choć trzeba przyznać, że Paderewski przynajmniej spełnił rolę zapalnika przy wybuchu powstania Wielkopolskiego.

Wszędzie na ziemiach polskich, o niepodległość walczyli ludowcy, socjaliści, socjaldemokraci nawet komuniści. Niepodległość zawdzięczamy też rewolucyjnym wystąpieniom w Rosji i Niemczech i rozpadowi cesarstwa Austro-Węgier.

W Krakowie już od października 1918 działała Polska Komisja Likwidacyjna, oparta głównie o polityków Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz Ludowców Wincentego Witosa. To jego powołano 28 października na przewodniczącego prezydium PKL z Daszyńskim oraz endekiem Skarbkiem jako zastępcami. A już 30 października Kraków był wolny dzięki szybkiej akcji konspiratorów Antoniego Stawarza. Wykorzystał proklamację powstania niepodległej Czechosłowacji i sprawnie rozbroił krakowski garnizon. Za to Czechom powinniśmy być wdzięczni, choć stosunki polsko-czeskie zawsze były takie bardziej facebookowe. Czyli skomplikowane.

Warto jeszcze pamiętać o chłopskich zrywach patriotycznych oraz Rzeczpospolitej Tarnobrzeskiej i Pińczowskiej.

Losy Antoniego Stawarza były interesujące. Pozostał w polskiej armii, walczył w wojnie Polsko-Sowieckiej. W czasie zamachu majowego opowiedział się po stronie rządowej za co potem został karnie przeniesiony a potem zwolniony z wojska. Pracę znalazł w krakowskim magistracie. W czasie wojny włączył się aktywnie w konspirację a po wojnie pracował w firmie ubezpieczeniowej. Zmarł w roku 1950 i został pochowany został na cmentarzu Rakowickim.

Może dlatego senatorzy po śmierci Komendanta wymyślili nowe święto na jego cześć, upamiętniające paktowanie z zaborcami i nic nie znaczącą umowę między Komendantem oraz Księciem (Lubomirskim), Panem (Ostrowskim) i Plebanem (Kakowskim). Tymczasowy Rząd Republiki Polskiej, powołany już 7 listopada 1918 r. w Lublinie, wezwał Radę Regencyjną do rozwiązania się. Tym bardziej, że na nic już nie miała wpływu, nikt jej nie słuchał, nikt na nią nie zważał. Oprócz Piłsudskiego. To był de facto jego pierwszy zamach stanu. Pierwszy z wielu.

Po śmierci Piłsudskiego sanacja zawarła niepisany pakt z endecją. Święto 11 listopada go niejako przypieczętowało. Nic dziwnego, że spadkobiercy ideowi OZoNu , ONR-u, wielbiciele trumny Piłsudskiego uznali je za swoje święto. I tak jest do dziś…

Ale czy to naprawdę może być święto wszystkich obywateli, skoro nie było czego świętować? Jakie idee przywołujemy, komu oddajemy cześć? Jeśli szukamy symbolicznej daty odzyskania niepodległości, to może to być tylko 7 listopada, czyli rocznica powołania Tymczasowego Rządu Ludowego. Czytając deklarację oraz manifest tego pierwszego polskiego rządu z Lublina i Krakowa, dowiemy się, że naprawdę się warto o nim pamiętać. To była nowoczesna platforma, demokratyczna i sprawiedliwa. Część deklaracji lubelskiego rządu znalazła się Konstytucji Marcowej. Mimo wielu starań nie wszystko udało się cofnąć kolejnym rządom czy nawet sanacyjnej „kwietniowej” pseudokonstytucji.

Jedna jeszcze rzecz okazała się trwało zdobyczą roku 1918. Rząd Daszyńskiego w swoje deklaracji przyznał prawa wyborcze kobietom, co dla ówczesnych socjalistów było oczywiste. Jednak nie wszyscy w 1918 roku byli socjalistami.

Świadome tego kobiety zorganizowały w Warszawie Zjazd Kobiet Polskich. Przedstawicielki Zjazdu wraz z delegatkami Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet Polskich (ps. darmo takiego hasła szukać w wikipedii ) odwiedziły Józefa Piłsudskiego w jego warszawskim mieszkaniu Miały ze sobą parasolki, bo przyzwoite panie bez nich nie wychodziły wtedy z domów. Część z nich była, podobnie jak ówczesna partnerka Piłsudskiego, Aleksandra Szczerbińska (późniejsza druga żona) działaczkami PPS. Co miały w torebkach, tego pewnie nikt nie chciał wiedzieć. Efektem tej wizyty było podpisanie przez Naczelnika Państwa w dniu 28 listopad 1918 roku, dekretu przyznającego kobietom pełnię praw wyborczych. Dzisiejszy naczelnik państwa też mieszka w Warszawie ale na tym chyba niepodobieństwa się kończą.

Nie dla zadym 11 listopada!

Dzień po Marszu Niepodległości, który miał być patriotycznym przejazdem samochodowym, a zamienił się w serię kibolskich zadym, posłowie Lewicy poszli ze zgłoszeniem w tej sprawie do prokuratury.

Przy okazji Krzysztof Gawkowski przypomniał na konferencji prasowej, że Lewica od dawna domagała się delegalizacji prawicowych, ekstremistycznych organizacji krzyczących o zabijaniu wrogów ojczyzny i Polsce dla Polaków.

– Lewica już wiele lat temu złożyła wnioski, aby organizacje faszyzujące nie miały prawa w Polsce funkcjonować. Lewica ponowi te wnioski i będziemy się domagali delegalizacji Marszu Niepodległości. Nie ma miejsca na organizacje, które wypuszczają swoje bojówki na ulice Warszawy, aby niszczyć to miasto. Albo będziemy mocno i stanowczo reagowali, albo już za kilka lat będziemy na co dzień się ich bali. Nie może być tak, że Minister Sprawiedliwości nie dostrzega problemu, a podległa mu prokuratura nie zajmie się sprawą pana Bąkiewicza – oznajmił poseł Lewicy.

Posłanka Monika Pawłowska stwierdziła, że 11 listopada nie powinien być dniem, gdy narodowcy idą przez centrum stolicy, rzucając racami w policjantów i dokonując aktów wandalizmu.

– Polska dzisiaj wstydzi się za faszystowską hołotę, która napada i demoluje, niszczy i podpala. Nasi przodkowie – babcie i dziadkowie – walczyli właśnie z bojówkami i organizacjami nacjonalistycznymi oraz faszystowskimi, a które dzisiaj wylewają się na ulice polskich miast. – powiedziała.

Lewica nie ma również wątpliwości: to Jarosław Kaczyński, jako wicepremier odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa, moralnie jest winien temu, co wydarzyło się w Warszawie. Sam wszak niedawno zachęcał prawicowych bojówkarzy do „obrony kościołów”, sugerując, że ich agresja jest do zaakceptowania. Zawiadomienie do prokuratury, jakie złoży Lewica, dotyczyć będzie organizatora Marszu Niepodległości Roberta Bąkiewicza. To na jego wezwanie kibole przyjechali do Warszawy; potem organizatorzy nie zrobili nic, by powstrzymać agresję uczestników swojej imprezy.

Wielka świąteczna smuta

Ponura jesień, a my obchodzimy radosne święto. Na smutno. Takie czasy.

To święto zawsze miało w sobie, z racji pory roku, coś smutnego. Nieliczni smutni notable składają wieńce pod pomnikami. Przemawiają smutno i pompatycznie, zarazem podkreślając, że to radosny dzień. Minister Błaszczak w krótkich, żołnierskich słowach mówi nam, jak tę wolność odzyskiwaliśmy. To wrażenie podkreślają smutne msze w kościołach.

Smutne jest też to, że prawica puszy się z tej okazji, choć na początku XX wieku i w czasie I wojny światowej wolała układać się z carską Rosją. O wolność walczyli i ginęli za nią socjaliści. Jednak marszałek Piłsudski szybko wyrzekł się socjalizmu i wysiadł na przystanku prawicowej dyktatury. Wymienił demokrację i socjalizm na zamach majowy i Berezę Kartuską. Wrzesień 1939 roku tragicznie zakończył ten okres.

Kiedy w 1945 roku przeganiano hitlerowców, to nie za sprawą prawicy. Dlatego PRL-u, wg prawicy, nie było, Była sowiecka kolonia, bo nie oni w kraju zaprowadzali nowy, znacznie sprawiedliwszy ład, choć był on często postawiony na głowie. Dlatego obecnie prawica tak usilnie wmawia nam, że to co mamy dzisiaj to jej zasługa, nie robotników i inteligencji, głównie z robotniczym rodowodem. Dlatego tak zaciekle tworzy się nową, fałszywą historię. Ta narracja sprawia, że w ten dzień cieszę się umiarkowanie. Nie wiem jak się cieszą u mnie na osiedlu. Na około 700 balkonów które ogarniam wzrokiem, zauważyłem ledwie kilka flag. Z roku na rok jest ich mniej. To wyraz obojętnienia. Demonstracje narodowców i chuliganów dodatkowo wzmacniają smutę tego święta.

Miło wspominam 22 lipca. To też było, za PRL, narodowe święto. Wspominam je ciepło, bo wtedy było lato i ładna pogoda, choć za tamtymi czasami nie tęsknię. By choć trochę godnie uczcić święto pojechałem do zaprzyjaźnionej cukierni. Była czynna. A tam rogale św. Marcina. W cukierni mają nazwę rogali Wincentego, ale nie świętego, bo Wincenty żyje, oby jak najdłużej i jest właścicielem cukierni. Jem rogale i ich słodkość zapijam białym winem. Niestety jest dość kwaśne. Słodkość i kwas, jak nasza obecna, postprawdziwa historia.

Czarny scenariusz… cień szansy!

Myśleć odważnie, działać rozważnie, oceniać poważnie.

gen. Wojciech Jaruzelski

Po raz pierwszy zdarza mi się – w kilkuletniej publicystyce- pisać tekst drżącą ręką. To skutek obserwacji i oceny sytuacji jaka toczy się w Polsce po parlamentarnych wyborach. Jej bieg od 22 października w szybkim tempie zmierza… ku czemu, kto wiarygodnie przewidzi? Obawiam się przewidywania czarnowidztwa, obawiam się wypowiedzenia słów, myśli, które pragnę-jak dziecko-z całych sił aby się nie spełniły, obróciły w niwecz. Boję się rozlewu polskiej krwi, boję się bratobójczej walki domowej, boję się – obalenia tą drogą- władzy, która prowadzi Polaków ku morzu bólu, łez i cierpienia. Bardzo pragnę być w błędzie, ale realia zbliżają nas ku temu. Taką „wizję łez i krwi”- kto pamięta?- rysował przed Anglikami Winston Churchill, gdy obejmował urząd premiera w 1940 roku. Skalę hitlerowskiej napaści ograniczono do Londynu.

Kto winien?

Od 22 października, po haniebnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego, media kilka razy każdego dnia stawiają to pytanie. Z łatwością też udzielają odpowiedzi, wskazując na rząd, na partię władzy, publicznie podają nazwiska jej znanych od kilku lat przedstawicieli i decydentów. Trybunał dosłownie posłuszny politykom, przestał być niezawisły, odpowiadają za to imiennie członkowie- sędziowie, po części z politycznego wyboru. Nikt nie ośmiela się temu zaprzeczyć. Każdy widzi co u nas jest, każdy ocenia według własnych kryteriów – co może się stać. Nie mam zamiaru ani obalać powszechnie znanych ocen, ani z nimi polemizować. Zgadzam się i myślę jak, czym ustrzec przed hekatombą „bratniej krwi”.

Moja perspektywa oceny jest inna. Za to jaka dziś, w październiku 2020 r. jest Polska, jej społeczeństwo, czym żyje- realnie odpowiadają dwie publicznie znane osoby- Grzegorz Schetyna i Władysław Kosiniak- Kamysz. Wstrząsnęło Państwem zdumienie, nie zgadzacie się? Proszę sięgnąć pamięcią rok wstecz, do kampanii parlamentarnej. Kto pamięta rozmowy szefów partii prowadzące do zbudowania jednego bloku opozycyjnego wobec partii rządzącej? Dlaczego nie doszło do powstania Koalicji Obywatelskiej tych wszystkich sił? Gdy już wydawało się, że lada moment taki blok powstanie, wówczas ci Panowie ogłosili, że owszem, może powstać, ale bez Lewicy, konkretnie SLD, Razem, Wiosny i innych. Nie wykluczam tu „dobrych rad”. W tym momencie swoim najbliższym powiedziałem, że rządzący już wygrali wybory. Dlaczego-przed rokiem pisałem, że szefowie PO oraz PSL mieli do szkoły „pod górkę”. Powinni wiedzieć, że od 2011 r. obowiązuje większościowa metoda liczenia głosów wyborczych, gdzie zwycięzca faktycznie zabiera głosy partii poniżej progu wyborczego, tzw. metoda d’Hondta. Miliony Polaków nie muszą wiedzieć, ale oni powinni. Gdy w różnych środowiskach dzieliłem się spostrzeżeniami, niektórzy, w tym panowie profesorowie (pominę nazwiska) kręcili głowami, próbowali ich bronić. Wyjaśnienie jest krótkie i bolesne- szefowie opozycji w szczególności powinni przewidywać, wyobrażać sobie rozwój sytuacji w kraju, głównie niezbyt pomyślnej dla obywateli. O tym nie trzeba publicznie mówić, ale myśleć i przewidywać- podkreślam. Czy było to takie trudne? Przecież od 2015 r. wiadomo było co partia rządząca „robi”, jakie ma priorytety, co jest krytykowane właśnie przez opozycję. Że za podstawę sprawowania władzy przyjęła od Średniowiecza znaną zasadę- „dziel i rządź”, więc jak może tak skłóca różne środowiska, choćby „komuniści i złodzieje”, gorszy sort, hołubi swoich. Trzeba je przypominać- nauczyciele, lekarze, sędziowie, emeryci, ich różne protesty. Czy dla szefów partii opozycyjnych było tak trudne uświadomienie sobie, że metoda skłócania, budzenia i rozniecania środowiskowych waśni i nienawiści będzie dalej praktykowana? Przecież jeden blok opozycyjny pozbawiłby partię rządzącą większości w Sejmie! Stąd uchwalania tak kompromitujących rozum ustaw, wywołując wściekłość- ostatnio kobiet i rolników, po prostu by nie było. Sprzeciw trzeźwo myślącej części Polaków wobec zaostrzania kryteriów aborcji jest znany od 30 lat. Podobnie z rolnikami. Liczono więc, że jesienna słota i pandemia „zamknie” ulice dla protestów? Wstyd mi krytycznie pisać…

A tak, po 4 latach rządzenia PiS uzyskał więcej głosów niż miał! Dlaczego ma kierować się w rządzeniu krytyką opozycji? A rozważnie i poważnie nie potrafi. Postępuje jak słoń w składzie porcelany, co widać i słychać na każdym kroku. Sprawdziło się -„przed szkodą i po szkodzie Polak”… Cóż z tego, że teraz niektórzy członkowie partii rządzącej objawiają ostrożne niezadowolenie ze swoich szefów. Cieszą się „maluczcy z opozycji”.
Za obecny stan biegu naszych spraw ponoszą odpowiedzialność także kandydaci na urząd prezydenta RP, poza obecnie urzędującym i Panem Rafałem Trzaskowskim. Dlaczego- zamiast w II-ej turze wyborów jednoznacznie i stanowczo poprzeć prezydenta Warszawy, który miał szansę wygrać, zachowano się „wolnościowo”, mówiąc dosadnie-pokrętnie. Przegrani kandydaci głosili, że każdy wybiera według swej woli i sumienia. Większość wyborców przyjęła za „kulturalny” sprzeciw. Finał wiadomy. Inny prezydent mógłby na etapie sejmowych prac korygować i blokować różne idiotyzmy nawiedzonych, ubrane w „liturgiczne słowa”.

Czy jest wyjście?

Tak, jest- powrót do sytuacji prawnej sprzed 22 października. Może to uczynić wbrew prawu- sam Trybunał Konstytucyjny. To chyba marzenie ściętej głowy. Wstyd pisać, że organ ten nie tylko z etycznego punktu widzenia nie podlegający krytyce, po prostu ośmieszył siebie, powagę niezawisłości prawa oraz nauki. Nie wierzę, że z „politycznego polecenia” werdykt ten uzna za „nie były”. Oczywiście, będą „majstrować” przy ustawie, „grając na zmęczenie” Pań i wykazując przy tym „dobrą wolę”, nawet współczucie rodzinom wychowującym dzieci z wadą genetyczną. Ta władza przed „motłochem” się nie cofnie! Szykuje różne bojówki do ochrony kościołów, różne kontrakcje! Episkopat niby przywołuje do opamiętania…niby, faktycznie jest przeciw kobietom. Mnożą się różne pogróżki, głosów rozsądku i różnych przestróg decydenci nie słuchają. Proszę sięgnąć choćby do Trybuny z 30 pażdziernika-1 listopada. Są teksty- prof. Jerzego Wiatra, Andrzeja Ziemskiego, Mieczysława Woronieckiego, Sławomira Sadowskiego, Stanowisko PPS. Myślący-proszę nie obrażać się za słowo- odczytają je jako przestrogę przed rozlewem krwi. Decydenci ostrzeżenia zlekceważą-oby tym razem NIE. Mam jak najgorsze przeczucia-„gdy rozum śpi, budzą się upiory”. U władzy chyba już zaczęły przecierać oczy… Stajemy nad przepaścią… pozostał… Czy władza, Episkopat rozumie nie tylko to, do czego doprowadzili, ale jak tragiczny może być finał- kto dziś zna z Państwa odpowiedź?

Krew… co dalej?

Jest oczywiste, że protesty kobiet, wspartych przez rolników, z czasem także przez inne środowiska zawodowe, w tym Lewicy, będą trwać. Rozważne doradztwo podjęli prawnicy, za kobietami jest garstka księży i policjantów. Czy myślących wśród nich zacznie przybywać – oby jak najszybciej. Może skłoni do ostrożności decydentów. Już słyszę, że apel Prymasa, by Kościół był „przestrzenią pojednania, zgody i wzajemnego „szacunku” może przynieść odwrotny skutek. Na co ma być „zgoda” kobiet? Na jaki „szacunek” władzy mogą liczyć? Władza- ma „argument pandemii”. Będzie w „imię prawa i bezpieczeństwa” go egzekwować, prowadząc do siłowego, a nie rozumnego rozwiązania. Faktycznie broniąc siebie przed nienawiścią i złością, jaką sama rozsiała. Policja używa siły-na razie fizycznej i gazów wobec Pań. Wstyd. Czy policjantom wystarczy rozwagi i odwagi by na tym poprzestać? Stawiani są przed dylematem-wykonać rozkaz czy opowiedzieć się po stronie protestujących kobiet. Już wyprowadzono na ulice Żandarmerię Wojskową. Mundur może przywołać silnych, niezbyt rozważnych do honoru i rozwagi wobec Pań. Czy powstrzyma przed ofiarami? Niektórzy publicyści wzywają do rozsądku i przywołują przykład roku 1926- doszło do rozłamu w armii, żołnierz strzelał do żołnierza, ale i do cywila, także do kobiet. Czy znów miałoby odżyć znane hasło- przecież wszystkich nas nie zabiją. Władza zostanie obalona nienawiścią obywateli, zamiast kartką wyborczą. Morze krwi, rozpaczy i bólu, podzieli nas na kilka pokoleń, zamiast żyć i wspólnie dalej budować ojczysty dom. Czy nie będzie żądań pokrzywdzonych, by na czas określony przywrócić karę śmierci i tak zadośćuczynić ludzkiemu tragizmowi i sprawiedliwości? Mamy się czego, po ludzku bać!

Apel- działać rozważnie.

Różne bojówki o zabarwieniu faszystowskim, pod hasłami obrony wiary, już za cichym przyzwoleniem władzy użyto do ochrony kościołów. O skali ich rzekomego „zagrożenia” pisze Redaktor Piotr Gadzinowski. Biskupom do mądrości Prymasa Tysiąclecia – bardzo daleko! Jak mawiał ks. prof. Józef Tischner, przyjaciel Jana Pawła II-„Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi”.

Apeluję więc do rozsądku Pań- organizatorek protestów, do wszystkich wspierających ich doradców o powstrzymanie się od ulicznych wystąpień w dniach 11-15 listopada.

Święto narodowe 11 listopada, uczcijcie Szanowne Panie w domu, z rodzinami. Niech taki będzie wyraz szacunku dla Historii, której okoliczności właśnie dziś nakazują rozwagę, troskę o życie własne i najbliższych. Życie to najcenniejszy skarb, jest jedno i nikt nigdy nie ma prawa o tym zapomnieć. Wszelkie rady by nie „oddawać pola”, czy „nie cofać się przed złem”, odłóżcie na inny czas. Nie ulegajcie spodziewanym opiniom rządowej TVP, że kobiety „zrozumiały”, że „władza chce dobrze” dla Pań, polskich rodzin. Jak szczere i wartościowe jest jej „chciejstwo”- pokazał werdykt Trybunału i przypominana „pomoc” osobom niepełnosprawnym. Bądźcie Panie „PONAD TO”! Uszanujcie własną godność.

Pozostając w domu, udzielając wywiadów mediom- dajcie władzy właśnie „czas szansy” na oprzytomnienie, na przemyślenie adresowanych haseł i wezwań! Czas ten może odczytać – co bardzo prawdopodobne jako swój „sukces”, wskazując i propagując wrzaski bojówek, które już widać i słychać. Bądźcie Panie „PONAD TO”! Uszanujcie własną godność.

Przyłączam się do wszystkich osób, nie tylko Polaków, które okazują Paniom życzliwość. Jestem głęboko przekonany, że po 15 listopada – mając wsparcie milionów Polaków, rozwagą prezentowania swoich humanitarnych racji i praw, osiągną Panie nie tylko osobiste, słuszne cele.

Ta zniewaga

11 listopada, w poniedziałek, nie poszedłem na żaden marsz ani pochód, tylko do lasu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, napotkałem na swojej drodze dość pokaźne grono współmyślących ze mną rodaków.

Szedłem sobie i rozmyślałem o obrazku, który zobaczyłem w telewizji na godzinę przed wyjściem z domu na spacer: minister obrony, w otoczeniu gromadki dzieci, śpiewa „Pierwszą Brygadę”. Dzieci są poprzebierane w mini-mundury wojskowe z epoki: szare, piłsudczykowskie porcięta i marynarki, furażerki. Część ma na sobie szlify generalskie i salutuje w rogatywkach. Jeszcze inne poprzyodziewały berety i khaki, a na ramieniu połyskuje im biało-czerwona opaska, jak u Małego Powstańca. Żadne z dzieci nie ma więcej niż 10 lat. Minister w środku, dzieci wokół ministra. I śpiewają: po „Brygadzie”, „Wojenko, wojenko”, „O mój rozmarynie” i inne szlagworty z pola boju. Wyobraźcie sobie Państwo, że na taką, lub podobną, inscenizację, trafia ktoś zupełnie przypadkowy, z kraju Europy Zachodniej albo z Ameryki. I co sobie taki ktoś może pomyśleć? No, wypisz wymaluj, kompletne świry! Przebierają dzieci za małych żołnierzy, jak w jakimś afrykańskim państwie u progu wojny domowej. Dają im do rąk atrapy karabinów i uczą idiotycznych przyśpiewek, w których wojna jawi się jako coś zajebiście wesołego i fajnego, gdzie każdy mężczyzna (i tylko mężczyzna) może się bez reszty spełnić. A kobiety? Mogą robić za sanitariuszki Małgorzatki, albo zostać w domu i rodzić dzieci, bo do tego wszak są powołane przez dzieło boskie. Najlepiej, jak zaczną rodzić jak najwcześniej, bo jak kobieta urodzi pierwsze dziecko w wieku 30 lat, to ile ich jeszcze będzie mogła urodzić? To nie moje są słowa, to też nie legenda ludowa, ale tekst, który łaskaw był z siebie wypuścić poseł Przemysław Czarnek, do niedawna wojewoda lubelski. Poseł PiS, ma się rozumieć. Wcześniej pan wojewoda dawał medale za walkę z ideologią, jaką, chyba nie muszę pisać. Pozywał naukowca z Towarzystwa Ukraińskiego z Lublina, za to, że ten powiedział gorzką prawdę o mordzie AK w Sahryniu na ukraińskich cywilach. Zdaniem posła Czarnka to znieważało naród polski, ale prokuratura nie dopatrzyła się znieważenia, i postępowanie umorzyła. Teraz poseł Czarnek pozywa kolejnego akademika. Padło na dra Tomasza Kitlińskiego z UMCS. Dr Kitliński zaprotestował przeciwko nagrodzeniu jeszcze wówczas wojewody, a już posła-elekta, okolicznościowym medalem uczelnianym, za zasługi na rzecz rozwoju placówki. Nominował Przemysława Czarnka do medalu, po uważaniu, sam rektor, prof. Michałowski. Oprócz wojewody podobne medale dostał prezydent miasta i marszałek z Sejmiku. Kitliński zaprotestował przeciwko wyróżniania Czarnka. m.in. dlatego, że uważa, podobnie jak i ja, paru otwartych krytyków byłego wojewody pracujących na uczelni lubelskiej i wypowiadających się pod nazwiskiem, oraz znacznie większa rzesza krytyków, która boi się jawnie stanąć po stronie Kitlińskiego w obawie przed utratą pracy, że nie godzi się, aby honorować medalem przyjaciela UMCS człowieka, którego poglądy na rolę kobiet są wyjęte jak z powieści Mniszkówny, który mniejszości seksualne i sposób uprawiania przezeń seksu, nazywa, powołując się przy tym na św. Pawła, zboczeniami. Którego cała postawa oraz wyrażany światopogląd stoi w sprzeczności z tym, co leży u fundamentu każdej, wielkiej uczelni: poszanowania dla inności, umiłowania nauki, poszukiwania prawdy w dowodzie i wiedzy, a nie w gusłach i zabobonach.

Rektor uczelni ma inne zdanie niż Tomasz Kitliński; twierdzi, że poglądy Czarnka nic tu nie wnoszą. Wniósł za to sam pan wojewoda-spory wkład osobowy, a co za tym idzie, materialny, przy budowie nowego kampusu uczelnianego i za to należy się medal. To tak, jakby dzwon z sercem dla starego, farnego kościoła, ufundował zdeklarowany ateista. I uczynił to tylko dlatego, że bardzo lubi, przy niedzieli, przyjść do dzwonnicy i pociągnąć sobie za sznurki. A pleban ochoczo by na to przystał, bo czy dzwoni ateista, lucyferianin czy kwakr, niewiele to zmienia w procesie dzwonienia. Złośliwi powiadają, że pieniędzy na kampus wojewoda specjalnie „wyklamkował” w rządzie czy w ministerstwie, jeno wypełnił swoje ustawowe zadanie, za które brał przecież pensję z naszych podatków, ale kto by ich tam słuchał. Będę bacznie śledził proces Czarnek versus Kitliński, ponieważ ex-wojewoda pozwał wykładowcę nie za pomówienie, a za znieważenia urzędu. Wiele razy w życiu sam znieważałem urzędy, więc jestem tym rozstrzygnięciem żywo zainteresowany…

Lewicowe obchody 11 listopada

Zaskakująco dobrze w porównaniu z poprzednim rokiem zaprezentowały się w stolicy 11 Listopada środowiska antyfaszystowskie, prodemokratyczne i wolnościowe.

Na pl. Unii Lubelskiej, gdzie marsz się rozpoczynał było gwarno i różnorodnie. Bardzo aktywnie występowali działacze młodzieżówki PPS, którzy z czerwonymi flagami, w bojowych nastrojach zagrzewali zebranych do aktywności, śpiewania pieśni rewolucyjnych i wznoszenia czerwonych flag.

Akcja Demokracja przybyła na Marsz silna grupą z banerem i portretami lewicowych działaczy: Marka Edelmana, Ireny Sendlerowej, twarzami Dąbrowszczaków i cytatami z ich wypowiedzi.
Organizatorami Marszu były następujące organizacje: Koalicja Antyfaszystowska, Akcja Demokracja, Antyfaszystowska Warszawa, Porozumienie Kobiet 8 Marca, Studencki Komitet Antyfaszystowski oraz przestrzeń inicjatyw „Syrena”.

Organizatorzy twierdzą, że w wydarzeniu brało udział 12 tysięcy osób. Barwny i głośny pochód przeszedł od pl. Unii Lubelskiej do pl. Trzech Krzyży. Policja zmobilizowała znaczne siły do pilnowania lub ewentualnej ochrony marszu, ale obyło się bez incydentów. Dynamiczne przemówienia wygłosili Monika Matus i Jakub Kocjan z Akcji Demokracja. W Marszu brali udział politycy: Adrian Zandberg, Krzysztof Śmiszek, Magdalena Biejat, Barbara Nowacka i Klaudia Jachira.

Niesiono transparenty z hasłami: „Za wolność waszą i naszą”, „Za przyszłość waszą i naszą”, „Faszyzm = wymieranie”, „Ziemia jest kolorowa”, „Precz z homofobią”, „Precz z faszyzmem”, „Solidarność naszą bronią”.

Przemawiający zwracali uwagę, że faszyzm ma wiele twarzy i strojów, w tym sutanny, mundury i garnitury, a samo antyfaszystowskie wydarzenia nie jest skierowane przeciwko Marszowi Niepodległości, lecz chęcią zademonstrowania swoich poglądów i dania alternatywy tym, którzy chcą pokazać swoja niezgodę na nacjonalistyczną i faszystowska narrację.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu w stolicy zaprezentowały się zjednoczone i współpracujące środowiska antyfaszystowskie. Świadczy to nie tylko o umiejętności wzniesienia się ponad różnice wobec zagrożeń faszystowskich, ale też o tym, że zagrożenie faszyzacja Polski jest na tyle duże, że współpraca staje się koniecznością.

Wcześniej, 7 listopada, w Warszawie z inicjatywy Porozumienia Socjalistów, przedstawiciele organizacji i partii lewicy złożyli kwiaty pod pomnikiem Ignacego Daszyńskiego z okazji 101 rocznicy powołania Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, którego premierem został socjalista, przewodniczący PPS-D Galicji – Ignacy Daszyński.

Podczas okolicznościowych wystąpień Andrzej Ziemski – przewodniczący Porozumienia Socjalistów, Bogusław Gorski – Honorowy Przewodniczący PPS oraz Cezary Żurawski – przewodniczący Okręgowego Komitetu Warszawskiego PPS przypomnieli okoliczności utworzenia rządu Daszyńskiego, treść wydanego przez rząd Manifestu do Ludu Polskiego oraz historyczne konsekwencje polityki socjalistycznej zarysowanej w programie rządu. Pod pomnikiem złożono wiązanki kwiatów.

W rocznicowej manifestacji uczestniczyli przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej i Ruchu Odrodzenia Gospodarczego a także Porozumienia Socjalistów, Stowarzyszenia im. Ignacego Daszyńskiego i Stowarzyszenia „Pokolenia” oraz grupa sympatyków lewicy.

Kolejnym krokiem powinna być stała współpraca podczas aktywnemu przeciwstawianiu się coraz silniejszym tendencjo autorytarnym, które coraz jawniej werbalizują politycy rządzącej prawicy.

Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego

W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 2018 r., wszystkie ugrupowania lewicowe, m.in. Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Unia Pracy, Razem, Partia Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, Wolność Równość Demokracja, dokonały wspólnie uroczystego odsłonięcia przy pl. Na Rozdrożu w Warszawie pomnika I premiera RP, późniejszego Marszałka Sejmu, wielkiego socjalisty i patrioty – Ignacego Daszyńskiego. W uroczystości uczestniczyli także m.in.: wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO), były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef OPZZ Jan Guz, a także Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP .
Autorem pomnika Ignacego Daszyńskiego jest krakowski rzeźbiarz Jacek Kucaba, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Monument z brązu stoi na obłożonym granitem postumencie o dwóch stopniach. Ma około 5 metrów wysokości. Pomnik uzupełnia szlak wielkich Polaków, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego stanął w okolicy, gdzie swoje pomniki mają już Roman Dmowski, Wincenty Witos i marszałek Józef Piłsudski.

Głos lewicy

Socjalistą być

Piotr Ikonowicz wyznaje na Facebooku:

Bycie socjalistą w dzisiejszej Polsce wymaga odwagi i rozumu. Liberałowie szydzą z naszych marzeń o Polsce sprawiedliwej, w której mieszkanie, leczenie nie jest przywilejem tylko prawem, gdzie pracowników traktuje się z szacunkiem i godnie się ich wynagradza. A tzw. „prawdziwi Polacy” wyzywają nas od komuchów. Kiedy odsłaniano pomnik Ignacego Daszyńskiego, jednego z tych wielu socjalistów, którzy doprowadzili do Niepodległości w 1918 roku, poczułem dumę, że tak jak on, jak Stefan Okrzeja, Kazimierz Pużak, Mieczysław Niedziałkowski, jestem socjalistą. Bo walka o Polskę sprawiedliwą to jest prawdziwy patriotyzm. My, socjaliści broniąc słabszych przed przemocą ze strony możnych i bogatych uprawiamy ten patriotyzm na co dzień.

 

Prawicowy sojusz

Łukasz Moll zastanawia się nad korzyściami sojuszu narodowców z rządzącymi:

Powiem szczerze, że dla mnie takie sklejenie modelu patriotyzmu według PiS z narodowcami wydaje się korzystne. Narodowcy są PiS potrzebni jako ekstremum, które umożliwia przesuwanie sceny politycznej w prawo, ale zblatowanie z nimi jest niebezpieczne wizerunkowo, z czego w PiS zdają sobie sprawę i stąd ten kordon oddzielający jednych od drugich na marszu.
Sądzę jednak, że to sąsiedztwo zaszło właśnie na tyle daleko, że rosnąć będzie zapotrzebowanie na alternatywny model wspólnoty, być może na inny typ patriotyzmu, być może jakiś europeizm, internacjonalizm czy kosmopolityzm, a najpewniej wyjdzie z tego jakaś hybryda tych typów idealnych, która pozwala urządzać wspólnotę do wewnątrz i na zewnątrz. Inne siły polityczne to dostrzegają, na lewicy Biedroń sięga po Kościuszkę jako rzecznika patriotyzmu demokratycznego i postępowego, a SLD i Razem po socjalistę Daszyńskiego.
Obawiam się jednak dwóch scenariuszy. Pierwszy: reakcją na nacjonalistyczny projekt PiS i skrajnej prawicy będzie jakiś płytki anty-patriotyzm, śmieszkowo-ironiczny stosunek do polactwa, takie manifestacyjne wycofywanie się z polskości. On już jest niestety rozpowszechniony. Niestety, bo po prostu nie działa.
Drugi: że nawet najfajniejszy patron, symbol, idea czy święto nie chwycą jeśli nie będzie wokół niego czytelnego projektu politycznego, z którym będzie można się utożsamić w taki emocjonalny sposób i – co więcej – ta emocjonalność, zwłaszcza w naszych warunkach, musi być nie tylko pozytywno-uśmiechnięta, ale także negatywno-wkurwiona. Na tym polu śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy będzie Tusk, którego powrót do polskiej polityki będzie oznaczał próbę wskrzeszenia projektu liberalno-konserwatywnego, który zaostrzy wojnę PO-PiS i jeszcze bardziej zmarginalizuje lewicę. Tak, chcę Wam powiedzieć, że rywalizując z PiS, lewica powinna wspólnie z nią zwalczać Tuska i odesłać formację neoliberalną na boczny tor, gdzie w swoim skisłym sosie ta będzie mogła stawiać pomniki bohaterom polskiej transformacji i gratulować sobie sukcesu, którego zmanipulowani, głupi rodacy nie potrafią dostrzec.

 

Niesprawiedliwość

Ryszard Szarfenberg dostrzega słabe punkty Rodziny 500 plus:

500+ a samotne/samodzielne rodzicielstwo dwójki lub więcej dzieci: „Świadczenie wychowawcze na dane dziecko nie przysługuje, jeżeli osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało ustalone, na rzecz tego dziecka od jego rodzica, świadczenie alimentacyjne na podstawie tytułu wykonawczego”. Cel przepisu: „uszczelnianie” przed wyłudzaniem 500+ na pierwsze lub jedyne dziecko przez fikcyjnych samotnych rodziców. Pytanie: a co z drugim dzieckiem, na które 500+ należy się bez kryterium, a więc nie może być ono teoretycznie wyłudzone? Jeżeli 500+ nie zostanie przyznane na drugie i kolejne dzieci samotnemu rodzicowi, bo nie ma ustalonego świadczenia alimentacyjnego, to będzie niesprawiedliwe i dyskryminujące dla tych dzieci.