Co o koronawirusie w Chinach wiedzieć trzeba

Rzecznik prasowy Ambasady ChRL w Polsce odpowiada na pytania dotyczące epidemii nowego typu koronawirusa.

W ostatnich dniach kierowane jest wiele pytań do Ambasady ze strony zarówno Polaków jak i Chińczyków mieszkających w Polsce dotyczących przedsięwziętych środków mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się nowego koronawirusa. By rozwiać wszelkie wątpliwości, by dodać nieco obiektywizmu do ogólnego obrazu epidemii, poniżej przedstawione zostały odpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania:

  1. Jakie rząd chiński podjął środki mające zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii? Jakie są efekty?
    Rząd chiński przywiązuję wielką wagę do obecnej epidemii. Przewodniczacy Xi Jinping osobiście przewodniczy i kieruje rygorystycznymi działaniami zapobiegawczymi. W całym kraju mobilizuje siły do walki z epidemią, które dokładają wszelkich starań, by zapewnić bezpieczeństwo dla życia i zdrowia ludzi, zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się epidemii i stworzyć wspólną linię ochrony zapewniająca międzynarodowe bezpieczeństwo zdrowia publicznego.
    Począwszy od 23 stycznia czasowo został wstrzymany transport publiczny w rejonie Wuhan, czasowo zamknięto połączenia lotnicze i kolejowe. Stosując się do zasad wczesnego wykrywania, diagnoz i kwarantanny, pacjenci natychmiast byli poddawani badaniom i leczeni, personel medyczny z całego kraju cały czas spieszy z pomocą dla Wuhan, a na terenie miasta w trybie pilnym utworzono nowe szpitale specjalistyczne. Podjęte środki spotkały się z aprobatą ekspertów międzynarodowych odgrywając ważną rolę w zapobieganiu rozprzestrzenianiu się epidemii już na początkowym etapie. Obecnie lokalne zapasy towarów potrzebnych do życia codziennego jest wystarczający, porządek społeczny jest zachowany, a pacjenci leczeni zgodnie z obecną wiedza medyczną.
    By ograniczyć przemieszczanie się ludzi, a przez to przenoszenie sie wirusa, w całym kraju przedłużono ferie świąteczne z okazji Święta Wiosny – uczniowie później rozpoczną naukę. Od 24 stycznia czasowo wstrzymano wycieczki zorganizowane w kraju, a od 27 stycznia również zorganizowane wycieczki zagraniczne. 31 chińskich prowincji, regionów autonomicznych i miast wydzielonych ogłosiło stan kryzysowy I stopnia związany ze zdrowiem publicznym. Środki zapobiegania epidemii są konsekwentnie i skrupulatnie podejmowane w oparciu o jednolite warunki w zależności od regionu.
    By zapewnić otwarty i przejrzysty przepływ informacji na temat epidemii, Narodowa Komisja Zdrowia Chin udostępnia dane o epidemii i oraz informacje dotyczące podjętych środków. Począwszy od 26 stycznia każdego dnia publikowane są ogólnodostępne wiadomości dotyczace epidemii oraz odpowiedzi na pytania zadawane przez obywateli. Jednocześnie strona chińska przekazuje Światowej Organizacji Zdrowia oraz poszczególnym krajom informacje dotyczące epidemii, genom koronawirusa nowego typu, jak również rozwija współpracę w zakresie międzynarodowej ochrony zdrowia. Działania te spotkały się z aprobatą i wysoką oceną różnych środowisk.
  2. W jaki sposób Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) postrzega epidemię zapaleń płuc związanych z zakażeniami nowym koronawirusem ? Jak w tym momencie Chiny współpracują z WHO?
    Kilka dni temu Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, iż zapalenie płuc spowodowane nowym typem koronawirusa, jest sytuacją zagrażającą zdrowiu publicznemu o zasięgu międzynarodowym. Celem takiego oświadczenia jest zmobilizowanie większej liczby środków międzynarodowych w celu wspólnej reakcji na epidemię a w szczególności w celu zapewnienia niezbędnej pomocy krajom z niestabilnym systemem sanitarnym i niewystarczającymi możliwościami publicznej opieki zdrowotnej. WHO wielokrotnie podkreślało, że nie popiera nawet sprzeciwia się ograniczeniom w zakresie podróży i handlu z Chinami. Wszelkie podjęte kroki powinny mieć oparcie w dowodach. Konieczna jest współpraca mająca na celu zwalczanie plotek i fałszywych informacji, nie mówiąc już o praktykach dyskryminacyjnych.
    Od momentu rozpoczęcia się epidemii Chiny przyjęły otwarte, przejrzyste i odpowiedzialne podejście w stosunku do nowego wirusa. Światowa Organizacja Zdrowia została niezwłocznie powiadomiona o sytuacji epidemicznej, wirus został szybko zidentyfikowany oraz została podzielona jego sekwencja genowa. Została utrzymana ścisła komunikacja oraz sprawna współpraca Chin z WHO. Dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom pozytywnie określił chińskie działania prewencyjne i kontrolne, podkreślając, iż Chiny podjęły zdecydowane i skuteczne kroki w celu kontroli rozprzestrzeniania się epidemii, co odzwierciedla nie tylko wysoką odpowiedzialność za zdrowie własnych obywateli, ale także silne wsparcie globalnej profilaktyki i kontroli rozprzestrzeniania się choroby. Uważa, iż, wysiłki Chin w walce z epidemią zasługują na szacunek i uznanie, dlatego warto iść za ich przykładem, ponieważ w rzeczywistości wiele środków zapobiegawczych i kontrolnych podjętych przez Chiny znacznie wykracza poza standardowe wymagania reakcji na sytuacje kryzysowe, tym samym Chiny ustanawiają nowe standardy w zakresie zapobiegania i kontroli epidemii w różnych krajach. Tedris Adhanom wierzy, że Chiny skutecznie opanują i pokonają epidemię.
  3. Jakiego rodzaju pomocy Chiny udzielają obcokrajowcom przebywającym na terenie Chin?
    Chiny dbają również o zdrowie i bezpieczeństwo cudzoziemców przebywających na terenie Chin oraz przyjmują wysoce odpowiedzialne podejście do aktywnego prowadzenia współpracy międzynarodowej. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ustanowiło mechanizm koordynacyjny specjalizujący się w zapobieganiu epidemii wśród dyplomatów i cudzoziemców przebywających Chinach. Zostało zwołane posiedzenie informacyjne na temat zapobiegania i kontroli epidemii dla ambasad (pułków) państw zagranicznych w Chinach oraz utworzono specjalną sekcję na stronie internetowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych, która ma pomóc w terminowym przekazywaniu informacji o epidemii oraz o chińskich środkach zapobiegania i kontroli. Krajowa Administracja Imigracyjna wydała wielojęzyczne instrukcje dotyczące zapobiegania sytuacji epidemicznej, a także aktywnie odpowiada na pytania dotyczące wjazdu i wyjazdu cudzoziemców do Chin, wiz i dokumentów pobytowych. Rządy regionalne w całym kraju wykorzystują również media społecznościowe i inne kanały informacyjne do informowania obywateli zagranicznych o metodach zapobiegania epidemii, do informacji podane są także numery interwencyjne i platformy internetowe, które zapewniają usługi, konsultację oraz pomoc w języku obcym. Ponadto Chiny nadal aktywnie transportują materiały dla obcokrajowców, jak i lokalnych mieszkańców, potrzebne w codziennym życiu, a także materiały medyczne do obszarów dotkniętych poważną sytuacją epidemiczną. Strona chińska nadal będzie robić wszystko, co w jej mocy, aby rozwiązać uzasadnione obawy wszystkich stron oraz zapewniać niezbędną pomoc i ułatwienia obywatelom innych krajów przebywających w Chinach zgodnie z międzynarodowymi praktykami i rozwojem epidemii.
  4. Jak strona chińska ocenia środki ochrony przed epidemią podjęte przez Polskę?
    Strona polska podejmuje środki, biorąc pod uwagę obecny rozwój epidemii. Ministerstwo Zdrowia i inne organizacje państwowe zachowują obiektywizm i bezstronność. Środki nadzoru podjęte przez lotniska nie mają charakteru dyskryminacji. Strona chińska docenia profesjonalizm i metodyczność działania strony polskiej. Reakcję społeczeństwa polskiego na wiadomości dotyczące wirusa można opisać jako obiektywną i racjonalną. Wielu Polaków okazuje współczucie i troskę wobec sytuacji, w jakiej znalazła się strona chińska. Rząd polski oraz przedstawiciele różnych środowisk licznie wyrażają chęć pomocy i wspierają Chiny w walce z wirusem. Jak mówi polskie przysłowie: „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, Polacy w pełni uosabiają to przesłanie, wyrażając przyjaźń względem obywateli Chin, za co strona chińska serdecznie dziękuje.
  5. Jak chińscy specjaliści w zakresie medycyny przewidują dalszy rozwój epidemii?
    Opierając się na opiniach chińskich ekspertów, obecnie znajdujemy się w kluczowym momencie zapobiegania i kontroli epidemii wywołanej przez nowy typ koronawirusa. Całkowita suma stawianych diagnoz, ogólna liczba podejrzanych przypadków oraz ilość nowych podejrzanych przypadków spada w ostatnich dniach i wiele wskazuje na to, że docieramy do punktu przegięcia w rozwoju epidemii. Niektórzy specjaliści wskazują, że punkt ten osiągniemy w ciągu najbliższych 2 do 4 tygodni. Według opini przedstawianych w amerykańskich mediach infekcje wywołane nowym typem koronawirusa w Stanach Zjednoczonych są o wiele mniej niebezpieczne dla zdrowia ludzkiego niż grypa, którą zaraziło się w tym kraju co najmniej 15 milionów ludzi, z czego 140 000 hospitalizowano, a 8200 zmarło. Nie zgłębiałem szerzej problemu grypy w Stanach Zjednoczonych, nie mogę więc podac szczegółowych informacji na ten temat, ale mogę powiedzieć, że strona chińska bez wątpienia ma możliwości, by wkrótce zwalczyć epidemię nowego typu koronawirusa. Strona chińska zachowując postawę otwartości, przerzystości i odpowiedzialności, będzie kontynuować współpracę ze społecznością międzynarodową w celu utrzymania globalnego bezpieczeństwa zdrowia i życia ludzi.

Polnische Wirtschaft?

Umieliśmy tylko zburzyć. Niestety, okazuje się, że historia budynku naszej ambasady w Berlinie może potwierdzać prawdziwość powyższego antypolskiego stereotypu.

Liczące się na świecie, ważne państwa, mają swe ambasady w prestiżowych punktach stolicy Niemiec.
Stany Zjednoczone – na Placu Paryskim, tuż przy Bramie Brandenburskiej. Francja – też na Pariser Platz, po drugiej stronie Bramy Brandenburskiej. Wielka Brytania – zaraz przy Amerykanach. Rosja – nieco dalej, przy Unter den Linden.

W doborowym gronie

Była w tym doborowym gronie i Polska, również mając swą siedzibę dyplomatyczną przy Unter den Linden, nawet nieco bliżej Bramy Brandenburskiej niż Rosjanie. Najpierw urzędowali tam dyplomaci Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej a po 1989 r., Rzeczpospolitej Polskiej.
Symbolika tego miejsca jest oczywista. 2 maja 1945 r. na Bramie Brandenburskiej zawisła polska flaga, zatknięta przez żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej. W tym rejonie znajdują się wyłącznie ambasady najważniejszych państw, których wojska pokonały hitlerowskie Niemcy. Wsród tych państw jest także i Polska. Ale jako jedyna z „wielkiej piątki” liderów koalicji antyhitlerowskiej nie ma już swej ambasady przy Bramie Brandenburskiej.
W jej miejscu, przy Unter den Linden 70-72, widnieje od lat ogromna wyrwa z gruzami. To jedyna taka dziura w najściślejszym centrum Berlina.
Działka przy Unter den Linden 70-72 jest własnością Polski – i polskie gospodarowanie doprowadziło ją do obecnego stanu. Dwa słowa są tu chyba najtrafniejsze: wstyd i hańba. Bo też i mianem „hańby w środku miasta” określały tę dziurę niektóre berlińskie media.

Siła polskiej dumy

Wprawdzie, jak to się mówi, wstyd nie dym, oczu nie wykole, ale zrozumiałe, że ekipa „dobrej zmiany”, dla której tak ważna jest duma z Polski, nie mogła znosić widoku dziury i gruzów na polskiej ziemi przy Unter den Linden.
I dlatego właśnie płot ogradzający tę dziurę zasłonięto czarnym plastikiem, aby nie było widać gruzów. Na plastiku zawieszono zaś kilka zdjęć przedstawiających różne budynki znajdujące się w Polsce. To tak ku pokrzepieniu serc, żeby pokazać, iż Polacy umieją nie tylko burzyć i rozwalać, ale także budować. I nieważne, że niektóre z obiektów pokazanych na tych zdjęciach zostały zbudowane przez Niemców, jak np. Hala Stulecia we Wrocławiu, a inne powstały dzięki pieniądzom unijnym.
Ale to nie wszystko. Najważniejszym punktem naszej narodowej instalacji na Unter den Linden jest sterczący nad płotem duży baner reklamowy. Przedstawia on wizualizację jakiegoś budynku, przypominającego kolumbarium cmentarne. Na banerze, ozdobionym godłem orła i barwami naszej flagi, widnieje zaś dumny napis po polsku i po niemiecku: „Tu powstanie ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie”.
Oczywiście nie trzeba dodawać, że w miejscu ruiny po polskiej ambasadzie nie toczą się żadne prace budowlane, które mogłyby uprawdopodobnić ziszczenie się tej dumnej zapowiedzi.
Kilkanaście dni temu z wielką pompą otwarto w Berlinie pierwszy zagraniczny oddział Instytutu Pileckiego. PiS-owska propaganda z dumą podkreślała, w jak prestiżowym miejscu się on znajduje: obok Bramy Brandenburskiej, na Placu Paryskim, niedaleko ambasad Francji i USA. Obecnej ekipie jakoś nie zależy na tym, by i polska ambasada stała w prestiżowym miejscu.

Umieliśmy tylko zburzyć

Jaki był bieg wypadków – a raczej bieg naszej nieudolności i lenistwa – który doprowadził do tego, że tam gdzie była polska ambasada, dziś straszy dziura z gruzami?
Teren przy Unter den Linden 70-72 został przekazany Polsce przez władze Niemieckiej Republiki Demokratycznej w 1964 r. Zbudowano tam budynek biurowy, w którym znalazła się polska ambasada.
Budynek nie był piękny, ale miał niezaprzeczalne znaczenie architektoniczne. Został bowiem uznany za ciekawy przykład modernizmu lat sześćdziesiątych. Po ponad trzydziestu latach eksploatacji przyszedł jednak czas na jego remont.
Problemem były naturalnie pieniądze lecz nie tylko. Budynek ambasady miał bowiem elementy z rakotwórczego azbestu. Polski rząd zaczął się więc zastanawiać, czy go wyremontować – czy może jednak rozebrać i postawić w tym miejscu coś innego? Ale jeżeli coś innego, to co? Zastanawiano się, jak to u nas, długo, bo tam gdzie dwie osoby, to trzy zdania.
Postanowiono wreszcie, że budynek zostanie zburzony, a na jego miejscu stanie nowa siedziba ambasady. Elegantsza, ładniejsza, bardziej funkcjonalna itd.
Polska władza nie chciała jednak za dużo wydać na tę inwestycję. W 1997 r. rząd zdecydował się zatem na dziwaczny wariant kombinowany. Uzgodniono, że niemiecka firma zbuduje za swoje pieniądze dwa budynki na polskiej działce przy Unter den Linden. W pierwszym znajdzie się ambasada, a drugi będzie w ciągu 30 lat bezpłatnie dzierżawiony i użytkowany przez stronę niemiecką – po czym, w ramach rozliczenia, zostanie zwrócony Polsce.
Budynek został opróżniony, a pracownicy ambasady z całą infrastrukturą urzędową przenieśli się „tymczasowo” do jeszcze starszego budynku – niemieckiej willi w której kiedyś urzędowała Polska Misja Wojskowa, na zachodnich peryferiach Berlina. Tam jakoś nikomu nie przeszkadzała ewentualna obecność podsłuchów, tym bardziej, że przeprowadzka miała być przecież tymczasowa. Ta „tymczasowość” trwa prawie od ćwierćwiecza i nikt nie wie czy i kiedy się skończy.

Wyszło jak zawsze

Nie doszło do realizacji polsko-niemieckiego projektu budowy naszej ambasady. Pojawiły się bowiem obawy, że niemiecka firma, budując Polakom ambasadę, niechybnie zainstaluje w jej ścianach urządzenia podsłuchowe. Obawy te umiejętnie rozdmuchiwały media, zwłaszcza pismo „Wprost”. W rezultacie, zrezygnowano z współpracy z niemiecką firmą. Postanowiono, że sami sobie zbudujemy swoją ambasadę na swojej działce w Berlinie.
Określono więc warunki, jakie ma spełnić nowy budynek, rozpisano konkurs, rozstrzygnięto go. Nasi urzędnicy chętnie się zajęli tym wszystkim, bo za te czynności mogli liczyć na trochę dodatkowego grosza.
W międzyczasie rząd uznał jednak, że projekt trzeba trochę przerobić. Rozbudować go tu i tam, dodać nowe pomieszczenia, przystosować do dodatkowych funkcji, takich jak np. działalność wystawowa. Projekt został więc zmieniony, a koszty lawinowo wzrosły. Budowy wprawdzie nie rozpoczęto, ale firma wykonująca projekt zarobiła kilkanaście milionów złotych na wprowadzeniu poprawek. Kilka milionów kapnęło także firmie niemieckiej, wykonującej dodatkowe prace projektowe na miejscu.
W kolejnym międzyczasie rząd uznał, że projekt powinien uwzględniać też surowsze wymogi bezpieczeństwa. Projekt należało więc znowu przerobić, ale tym razem poprawki były na tyle znaczące, że wymagały napisania go na nowo. Koszty okazały się jednak tak wysokie, że w końcu w ogóle zrezygnowano z pomysłu budowy nowego budynku – i wrócono do koncepcji remontu oraz usunięcia elementów azbestowych.
Najpierw trzeba było jednak sprawdzić, czy remont będzie wykonalny technicznie. Budynki z azbestem traktowano bowiem rozmaicie. NRD-owski Pałac Republiki rozebrano po zjednoczeniu Niemiec aby zrobić miejsce dla odbudowy berlińskiego zamku (zadecydowała o tym nie tylko obecność azbestu lecz i względy ideologiczne). Modernistyczny gmach Berlaymont w Brukseli (siedziba Komisji Europejskiej) został zaś pozbawiony azbestu i gruntownie zmodernizowany.
Natomiast Polska zburzyła to co miała – ale niczego nowego nie była w stanie zbudować. Wyszło więc jak zawsze, choć przecież chęci były dobre.
W ramach tych dobrych chęci, rząd wynajął niemiecką firmę, która (za słoną opłatą) wykonała ekspertyzę wykonalności – i uznała, że modernizacja budynku jest możliwa. Zorganizowano zatem przetarg na projekt – już nie budowy nowego budynku, lecz modernizacji dotychczasowego.
Pierwszy przetarg rozstrzygnięto, lecz potem uznano, że był wadliwy, więc go anulowano. Rozpisano kolejny przetarg – ale i ten anulowano, tym razem dlatego, że rząd zaczął mieć wątpliwości, czy modernizacja dotychczasowego budynku nie będzie jednak zbyt kosztowna.

Nic się tam nie dzieje

Sprawa gmachu naszej ambasady w Berlinie zaczęła mieć posmak aferalny. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że aneks, podnoszący wypłaty dla projektodawców, podpisano mimo braku realnych perspektyw na rozpoczęcie budowy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo ci, co decydowali o dodatkowych środkach płacili przecież państwowe pieniądze, a poza tym mogli mieć nadzieję na wdzięczność tych, którym je przyznawali.
Już w XXI wieku rząd powołał specjalny zespół, który miał ustalić, co zrobić z budynkiem ambasady. Zespół uznał, że jednak lepiej go nie remontować – lecz zburzyć i postawić nowy. Powrócono zatem do koncepcji budowy.
Po raz kolejny zorganizowano konkurs, rozstrzygnięto go, zaplanowano nawet, że budynek zostanie oddany do 2012 r. Rozpisano też kolejny przetarg, tym razem na wyłonienie generalnego wykonawcy. Oczywiście nic z tego nie wyszło, więc termin oddania nowego budynku ambasady przesunięto na rok bieżący. Te plany naturalnie również okazały się fikcją.
Rząd PiS postanowił oczywiście rozliczyć poprzedników, więc uznano, że doszło do rażącej niegospodarności i niedopełnienia obowiązków, rozpoczęło się śledztwo. Ale i śledztwo trwa latami, nie dając żadnego rezultatu.
Obecna władza zdecydowała jednak, że na Unter den Linden powinien powstać nowy budynek ambasady. Tym razem, w partnerstwie publiczno-prywatnym, do spółki z jakąś firmą polską bądź zagraniczną. Opracowano koncepcję – ale w międzyczasie rząd uznał, że partnerstwo nie jest jednak dobrym pomysłem. Po raz kolejny postanowiono więc, że Polska sama zbuduje swoją ambasadę. Ale oczywiście niczego się nie buduje.
Tak więc, nic się nie dzieje na ruinie przy Unter den Linden 70-72 – i nie wiadomo, czy kiedykolwiek coś zacznie się dziać. No cóż, Polnische Wirtschaft…

Jak wrażliwego polskiego Polaka wrażliwi izraelscy Żydzi po rusku obsobaczyli

Dlaczego JE Ambasador Izraela w IV RP zachowuje się jak rosyjski w I Rzeczpospolitej?

 

Pan wicepremier i minister kultury Piotr Gliński poczuł się w Polsce Żydem, czyli Polakiem gorszego sorta. Bo taki wrażliwy jest. Zwłaszcza na wypowiadane słowa. Takie przewrażliwienie na słowa to taka nasza wspólna cecha polsko – żydowska. I żydowsko-polska też. Taki mamy tu klimat.

Listopad to niebezpieczna dla Polaków pora. Toteż nie zdziwiłem się, kiedy na dziennikarskie pytanie o trudności w budowaniu wspólnoty polsko – polskiej, przeczytałem w tygodniku „Wprost” gorzkie żale wrażliwego pana wicepremiera.

Rzekł on, że spór między wojującymi plemionami PO i PiS jest „szczególnie ostry, codziennie podsycany, w warstwie językowej i symbolicznej. Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej przyjeżdża dzień przed świętem ,jednym na sto lat, i mówi o neobolszewikach, to znaczy, że mamy sytuację ekstraordynaryjną, nie do zaakceptowania z punktu widzenia polskiej racji stanu i dowodzącą, że druga strona, nie mając dla Polaków propozycji programowych, będzie każdą, nawet najświętsza okazję, wykorzystywać do szerzenia nienawiści. Gdy brakuje programu. Walka przenosi się w sferę emocji”.

I potem wypowiedział słowa, które wywołały niespodziewaną reakcję wrażliwego izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych i Ambasador Izraela w IV RP, Jej Ekscelencji Anny Azari.
Ale zanim on, wyżalając się pod adresem elit Platformy Obywatelskiej: „Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa. Ma wzbudzać do nas obrzydzenie. W opozycji byliśmy wykluczani, traktowani jak trędowaci/…/”.

I pewnie po kilku dniach zmarłyby medialnie te gorzkie żale pana wicepremiera. Świadczące jedynie jak wielkie są napięcia w wojnie plemiennej PiS – PO. I pewnie jako jeden z niewielu skomentowałbym słowa wicepremiera przypominając niedawną PiSowską mowę nienawiści traktujących „postkomuchów” też jak Żydów. I w propagandzie nazistowskiej i propagandzie ONR w końcówce II Rzeczpospolitej. Gdyby nie wyjątkowo przewrażliwiona reakcja izraelskiego MSZ i ambasady tego państwa w Warszawie.

Dzień po publikacji wywiadu JE Ambasador Anna Azari przesłała Polskiej Agencji Prasowej następujący komunikat: „Z niedowierzaniem i zdziwieniem przyjęliśmy wypowiedź Wicepremiera, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pana prof. Piotra Glińskiego dla tygodnika Wprost: „Mamy być traktowani jak Żydzi przez Goebbelsa”. Świadczy ona o głębokiej niewiedzy i ignorancji oraz braku wrażliwości. Zalecalibyśmy Panu Premierowi wizytę w Instytucie Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie i bliższe zapoznanie się tą problematyką”.

Następnie JE Ambasador Izraela Anna Azari wyjaśniała w polskim mediach, zwłaszcza w Radiu TOK FM, powody tak niewspółmiernie gromkiej reakcji na publicystyczne porównanie pana wicepremiera Glińskiego. I tam JE Ambasador Azari oświadczyła, że takie porównanie losu plemienia PiS w IV RP do Żydów w III Rzeszy uwłacza Żydom. I najlepiej byłoby gdyby w polskich dyskusjach nie używać porównań „z czasów II wojny światowej”. Czyli zagłady Żydów.

Można dyskutować o stosowności używania historycznych porównań i wrażliwości ich czytelników. Zwłaszcza wśród narodów tak wrażliwych na Słowo, jak Polacy i Żydzi.
Ale nie jest rolą Ambasadora akredytowanego w zaprzyjaźnionym państwie publicznie, butnie i niewrażliwie na lokalną wrażliwość oceniać publicystyczne wypowiedzi ministrów tegoż państwa. Zwłaszcza w państwie tak wrażliwym na punkcie swojej suwerenności jak obecne państwo polskie.

Jeśli wrażliwy izraelski MSZ i równie wrażliwa na słowa JE ambasador Anna Azari poczuli się urażeni porównaniem pana wicepremiera PiSowców do Żydów, to JE Ambasador Azari ma wystarczająco wiele sposobów aby swoje uczucia urażenia panu wicepremierowi Glińskiemu w sposób dyskretny i jednocześnie skuteczny przekazać.

A nie strofować go publicznie i jak złego ucznia, rechotliwie, przy całej klasie politycznej, wysyłać na korepetycje do instytutu Yad Vashem.

Czy na zasadzie wzajemności mogę zaproponować JE Ambasador Azari lekcje dobrego wychowania, dobrych zwyczajów obowiązujących w Polsce?

Pan wicepremier Piotr Gliński nie należy do mojej rodziny politycznej, ale jest wicepremierem państwa polskiego. Mojego państwa.
Dlatego jako wrażliwy państwowiec nie zgadzam się, aby JE Ambasador izraelskiego państwa publicznie komentowała wypowiedzi polskiego wicepremiera z iście neokolonialną butą.

Polska jest suwerennym państwem, nie jest protektoratem.

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że my Polscy nie mamy prawa do publicystycznych porównań „z czasów II wojny światowej”.

Tak jak niedawno protestowałem po uchwaleniu przez Sejm RP nowelizacji ustawy o IPN wprowadzającej cenzurę w debatach o relacjach polsko – żydowskich, tak teraz protestuję przeciwko wprowadzaniu przez Ambasadę Izraela cenzury dotyczącej publicystycznych porównań dotyczących najnowszej historii Żydów. Nawet z historii zagłady Żydów.

Bo to jest też nasza wspólna historia. Mieszkających tu Polaków, Żydów, Polaków z żydowskimi korzeniami i Żydów z polskimi. Nikt nam tej historii nie odbierze. Nikt nie zakaże czerpania z niej jakichkolwiek porównań.

Bo taką tu, w tej naszej części Europy, mamy wrażliwość na słowa.

Hara szel ha haim, jak mawiały moje żydowskie, przyszywane ciotki.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.