Wykidajło z Kiszyniowa

Gdy w połowie listopada 60-letni minister obrony Izraela Awigdor Lieberman nieoczekiwanie podał się do dymisji, na palestyńskich terytoriach okupowanych wybuchła radość: w końcu to ten człowiek rozkazał zabijać mieszkańców Strefy Gazy, którzy manifestowali pod granicą, co skończyło się setkami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych. Była to jednak radość krótkotrwała, bo przecież nawet jeśli Lieberman wycofał się teraz, to w żadnym wypadku nie oznacza końca jego kariery politycznej, ani zmiany polityki terroru prowadzonej przez rząd izraelski. Jego nieprzejednany, agresywny rasizm cieszy się w Izraelu powszechnym poparciem.

 

„Zawsze wzbudzałem kontrowersje, bo proponuję nowatorskie idee” – wyjaśniał, kiedy w marcu 2015 r. pytano go o przemówienie na mityngu wyborczym w Hercliji pod Tel-Awiwem, kiedy przekonywał, że izraelskim Palestyńczykom (tej resztce, która pozostała w proklamowanym Izraelu po Nakbie, czystce etnicznej z 1948 r.) należy „obcinać głowy siekierą”, jeśli są nielojalni wobec państwa żydowskiego. Lieberman sugerował zresztą skazywać na śmierć wszystkich gojów, którzy krytykują politykę rządu. Jego wyborcy byli jak zwykle zachwyceni „nowatorskim pomysłem” i Lieberman odniósł kolejne zwycięstwo. Od 2000 r. już pięć razy podawał się do dymisji lub bywał odsuwany, gdy jego propozycje nie były wdrażane, ale zawsze dzięki poparciu narodu szybko wypływał na powierzchnię: zbyt wielu Izraelczyków wyznania żydowskiego widzi w nim uosobienie chwalebnej przyszłości Izraela.

Tym razem odszedł z rządu i wycofał swą partię Nasz Dom Izrael z koalicji rządowej z dwóch przyczyn: premier Netanjahu odmówił natychmiastowej, nowej kampanii masowych bombardowań Strefy Gazy i – co Liebermana jeszcze bardziej oburzyło – zgodził się wpuścić do zablokowanej od ponad 10 lat enklawy opłacone przez Katar paliwo dla tamtejszej elektrowni, co tymczasowo wydłużyło dostęp Palestyńczyków do elektryczności z (maksymalnie) czterech do dziewięciu godzin na dobę. Te, według niego, „karygodne” posunięcia rządu Netanjahu to co prawda stara strategia -od czasów działań premiera Szarona w 2004 r.: dać chwilę oddechu Gazie, by lepiej, poprzez nasiloną żydowską kolonizację i represje przeciw tubylcom, zlikwidować ideę państwa palestyńskiego na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu. Ale Lieberman wie, za co kochają go rodacy. Mierzy wysoko.

 

Rzęsiste oklaski

Przez pierwsze 20 lat swego życia Lieberman był obywatelem Związku Radzieckiego, rosyjskojęzycznym Żydem z Kiszyniowa, stolicy Mołdawskiej SRR. Jego ojciec Lew, do 1940 r. obywatel rumuński, należał do ekstremistycznej organizacji syjonistycznej Betar, co syn uznał jednak za „mięczakowatość”. Po emigracji do Izraela, gdy został wykidajłą w telawiwskim nocnym klubie, wstąpił do terrorystycznej organizacji Kach amerykańskiego rabina Meira Kahane. W Izraelu stała się ona partią polityczną, głoszącą konieczność „transferu” wszystkich gojów (przede wszystkim Palestyńczyków) z Izraela i ziem przezeń okupowanych do sąsiednich państw arabskich. Kach nie wykluczała, a nawet promowała również drogę ludobójstwa, by osiągnąć „czystość narodową” Izraela, wzorem biblijnej księgi Jozuego, lecz kiedy zaczęła urządzać pogromy i masakry na własną rękę, została zakazana. Wtedy Lieberman przeszedł do legalnego, skrajnie prawicowego Likudu, by związać się z innym Amerykaninem – Benjaminem Netanjahu.

Metodyczna kolonizacja i terror na ziemiach okupowanych za czasów pierwszego premierostwa Netanjahu wydały się Liebermanowi zbyt powolne (wręcz „babskie”). On nie przestał domagać się „transferu”, wielkiego wygnania Palestyńczyków z ich kraju, które miałoby być dokończeniem Nakby i zapewnić niepodzielną supremację Żydów w Palestynie. W proteście porzucił więc Likud i w 1999 r. założył własne ugrupowanie, które z początku reprezentowało żydowskich emigrantów z Rosji, którzy, przyzwyczajeni do stalinowskich deportacji całych narodów, bez problemu poparli jego poglądy. W tym samym roku dostał się więc do Knesetu, by powrócić jednak do alternatywnej idei ludobójstwa, co wkrótce zapewniło mu znaczne poparcie i trwałe miejsce w izraelskiej polityce. Jeszcze w 2009 r. głośno domagał się zrzucenia izraelskiej bomby atomowej na Strefę Gazy, a to nieodmiennie zapewniało mu rzęsiste oklaski i wyrazy uwielbienia na mityngach. Pomimo pewnej „kontrowersyjności” tego ostatecznego rozwiązania, na co nieśmiało zwracała uwagę prasa światowa.

 

Bojownik o sprawiedliwość

W miesiąc po tej ostatniej deklaracji Awigdor Lieberman został szefem izraelskiej dyplomacji w drugim rządzie Netanjahu. By więc nie wypominano mu „kontrowersyjnych” wypowiedzi, głosił jedynie konwencjonalne wyniszczenie Palestyńczyków, a Mahmuda Abbasa, szefa Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu, który przeciw temu protestował, nazwał „terrorystą dyplomatycznym”. To od razu uciszyło i tak już cichutką krytykę zachodnią. Wiedział, że państwo Izrael cieszy się „bezwarunkowym” poparciem imperium amerykańskiego. Gdy zgłosił nowatorski pomysł, by wszystkich więźniów palestyńskich „utopić w Morzu Martwym” („zamiast ich utrzymywać”), nikt mu w zagranicznych kancelariach uwagi nie zwracał. W Izraelu ludowy nacisk na Netanjahu stał się tak mocny, że dwa i pół roku temu Lieberman zdobył w jego rządzie wymarzone stanowisko – ministra obrony.

Tu starał się naprawdę zrealizować. Jego kolejny pomysł – rozstrzelanie kilku posłów palestyńskich, którzy są w izraelskim parlamencie, nie został co prawda wykonany („Czyżbyśmy byli społeczeństwem mięczaków?” – pytał zawiedziony), ale za to mógł gorąco bronić „swoich” żołnierzy, kiedy zabijali Palestyńczyków, gdzie się da. Był na przykład oburzony, że dzielny żołnierz Elor Azaria, który zastrzelił na ulicy bezbronnego tubylca (co zostało „niestety” sfilmowane), musiał przesiedzieć w więzieniu ponad osiem miesięcy, czyli tyle samo co Palestynka Ahed Tamimi za wymierzenie policzka izraelskiemu oficerowi. Wydało mu się to krzycząco niesprawiedliwe. Poparł ministra edukacji Naftali Bennetta, który domagał się dożywocia dla palestyńskiej nastolatki i zwrócił się do prezydenta o ułaskawienie Azarii.

 

Walka ze stresem

Jego marzenie o wielkiej masakrze w Strefie Gazy zaczęło się spełniać w marcu tego roku, gdy Palestyńczycy, poruszeni przeniesieniem amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, postanowili przypomnieć światu swoje marzenie o powrocie uchodźców do miast i wsi swego kraju. Lieberman pytany przez zagranicznych dziennikarzy, dlaczego każe strzelać do manifestujących mężczyzn, kobiet i dzieci, do karetek pogotowia i dziennikarzy, dlaczego izraelscy snajperzy używają międzynarodowo zakazanych pocisków typu dum-dum, czym łatwiej zabić lub trwale okaleczyć, wyjaśnił, że „nie ma niewinnych” w Strefie, że wszyscy (chociaż bez broni), należą do „wojskowego ramienia Hamasu”, partii rządzącej w Gazie.

Bardziej wiarygodne wyjaśnienie dostarczył, gdy na portalach społecznościowych ukazało się wideo „jego” żołnierzy zabawiających się głośno w celowanie do Palestyńczyków również wtedy, gdy nie ma manifestacji: tych przechodzących lub stojących gdzieś na horyzoncie. Na wideo słychać żołnierską radość z zabicia jednego z nich. „Snajperowi należy się medal, ale ten z kamerą zasługuje na degradację” – oświadczył Lieberman powtarzając, że „mamy najbardziej moralną armię na świecie, ale na froncie żołnierze są zestresowani. Trzeba zrozumieć, że mają ochotę wyładować stres, to normalne”. Sam Lieberman walczył ze stresem, wydając rutynowe rozkazy bombardowań lotniczych Strefy w oczekiwaniu na „wielką ofensywę”, która została w tym miesiącu zawieszona, powodując jego frustrację i dymisję.

 

Pomoc sojusznikom

We wrześniu amerykański magazyn Foreign Policy ujawnił, że ministerstwo Liebermana zbroiło i opłacało 12 różnych terrorystycznych ugrupowań antyrządowych operujących w Syrii. Izrael dokładał każdemu dżihadyście 75 dolarów do miesięcznej pensji wypłacanej przez Arabię Saudyjską. Oczywiście działo się to za pełną wiedzą Stanów Zjednoczonych. O ile jednak w Syrii Izraelczycy dostarczali „rebeliantom” broń amerykańską, na Ukrainie zbroją i sprzedają licencje na produkcję izraelskiej broni, szczególnie dla neonazistowskiego, oskarżonego o liczne zbrodnie pułku „Azow”. Przyczyna była dość prosta: w zeszłym roku amerykański Kongres odmówił dalszego finansowania „Azowa” ze względu na głoszony przezeń nazizm, więc administracja Trumpa zwróciła się do Izraela, który bez problemu zgodził się wykonać czarną robotę za nią. To we we współpracy obu krajów reguła, tak samo było np. w czasie znanej afery „contras” w Nikaragui.
Podczas gdy „obrońcy białej rasy” z „Azowa” kręcili wideo instruktażowe np. o izraelskich karabinach specjalnych Tavor (na Ukrainie nazywają się Fort), Lieberman w rozmowach z premierem Ukrainy Hrojsmanem załatwił znaczne rozszerzenie „współpracy wojskowej” między obu krajami. Niektórzy mogą się zdziwić, że Izrael zbroi ludzi, którzy by wyrazić nienawiść do prezydenta Rosji nazywają go „Żydem”, lecz dla realizacji interesów politycznych, szczególnie popierania skrajnej prawicy w Europie, Izrael nie zważa na kwestię antysemityzmu.

 

Między faszyzmem a nazizmem

Według izraelskiego historyka prof. Zeeva Sternhella, znanego specjalisty od europejskiego faszyzmu, Awigdor Lieberman, którego porównuje do Benito Mussoliniego, jest „najbardziej niebezpiecznym politykiem w historii Izraela”. Z kolei zdaniem prof. Noama Chomsky’ego to jeden z przedstawicieli izraelskiego „judeo-nazizmu”, który zaczyna rządzić polityką państwa żydowskiego. Inni zwracają uwagę, że od dawna są w niej obecni ludzie gorsi od Liebermana, który jednak odszedł od syjonizmu religijnego na rzecz świeckiego.
Przykładem może być religijny ekstremista i skrajny rasista-nacjonalista Naftali Bennett, minister edukacji, który zaraz po rezygnacji Liebermana zażądał dla siebie ministerstwa obrony. Jego marzenia są biblijne, o Wielkim Izraelu („po Eufrat”), więc na razie, ze względów dyplomatycznych, tej teki nie dostał. Premier Netanjahu może się cieszyć, że w porównaniu z takimi „jastrzębiami”, może uchodzić wręcz za „gołębia”. Zażegnał kryzys rządowy wywołany dymisją Liebermana, ominął niepewność wcześniejszych wyborów, ale do kiedy? W którą stronę ewoluuje izraelski, kolonialny reżim apartheidu? Niestety, coraz więcej obserwatorów nie wróży niczego dobrego.

Apartheid w Izraelu

Premier Izraela daje zielone światło dla procedowania ustawy, która ma ułatwić orzekanie kary śmierci wobec Palestyńczyków oskarżanych o terroryzm. Chodzi o przypadki zabójstwa obywateli narodowości żydowskiej. Nikt tymczasem nie mówi o tym, żeby Izraelczycy mordujący Palestyńczyków z pobudek politycznych i religijnych przestali otrzymywać wyłącznie symboliczne wyroki. Tak pogłębia się apartheid w państwie Izrael.

 

Po ostatnim spotkaniu z przedstawicielami koalicji rządzącej Benjamin Netanjahu wyraził opinię, że obiekcje ze strony armii i służby bezpieczeństwa Szin Bet nie powinny stać na przeszkodzie, by Knesset podjął decydujące głosowanie w sprawie kontrowersyjnej ustawy o karze śmierci.

Kara śmierci w Izraelu formalnie obowiązuje, ale w 1954 r. praktycznie zawieszono jej stosowanie, wyjątek robiąc wyłącznie dla Adolfa Eichmanna w 1962 r. Rosną jednak naciski polityczne, by przywrócić jej stosowanie w ramach “walki z terroryzmem”. Głównym promotorem ustawy, która ma temu służyć jest minister obrony Avigdor Lieberman, który znajduje się ostatnio w ogniu krytyki prowadzonej z prawicowych pozycji przez ministra edukacji Naftalego Benneta. Liberman, który zdaniem Benneta jest zbyt wyrozumiały dla Palestyńczyków, jako dla terrorystów, już rok temu uznał wspomnianą ustawę za kluczową dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa.

– Nie możemy pozwolić na to, żeby terroryści, którzy popełnili morderstwo, siedzieli spokojnie w więzieniach i korzystali z dobrych warunków, a w przyszłości mogli zostać zwolnieni – mówił Lieberman w 2017 r. Niedawno wyrażał obawę, że przedłużanie wdrożenia ustawy przez główną partię koalicyjną Likud, oznacza niechęć do “rozprawienia się z terrorem”.

Sprawa dotyczy postępowania wobec osób, które dopuszczają się zabójstw o charakterze uznawanym za terrorystyczny, czyli w praktyce wobec Palestyńczyków dopuszczających się zabójstw Żydów na terytoriach okupowanych. Teoretycznie, zgodnie z obowiązującymi przepisami, możliwe jest orzekanie w stosunku do nich kary śmierci przez sądy wojskowe, lecz konieczna jest do tego jednomyślna decyzja trzech sędziów trybunału. Proponowana ustawa ma złagodzić ten warunek. Zgodnie z jej zapisami wyrok kary śmierci mógłby w takich przypadkach zapaść stosunkiem głosów 2-1.

Palestyńczycy zabijający Żydów są obecnie sądzeni przez sądy wojskowe, ponieważ do takich zabójstw dochodzi głównie na terenach Zachodniego Brzegu, nielegalnie okupowanych przez izraelskie wojsko. Żydzi zabijający Palestyńczyków – najczęściej członkowie ekstremistycznych grup syjonistycznych wywodzący się ze środowisk osadników, sądzeni są przez sądy cywilne, które nie mogą orzekać kary śmierci, i otrzymują symboliczne wyroki. Jest tak w przypadku osadnika, który w 2015 r. podpalił dom palestyńskiej rodziny, a w pożarze spaliło się żywcem małe dziecko. Oskarżony został ostatecznie skierowany do aresztu domowego. Żołnierz, który zastrzelił bezbronnego Palestyńczyka dostał wyrok dziewięciu miesięcy.

Obrońcy praw człowieka w Izraelu i za granicą protestują przeciwko rzeczonej ustawie. Argumentują, że chociaż nie określa ona jasno żadnej grupy, przeciwko której ma być stosowana, jasne jest że jest wymierzona przeciwko Palestyńczykom i stanowi część tendencji pogłębiania w Izraelu polityki apartheidu, czyli nierównego traktowania Żydów i Arabów. Normalizację nierówności prawnej gwarantuje tzw. ustawa o państwie żydowskim przyjęta przez Knesset w czerwcu. Nowe prawo o karze śmierci było wstępnie głosowane przez parlament w styczniu i przeszło do dalszego procedowania niewielką większością głosów.

Iran się nie da Trumpowi

Donald Trump spełnił swoje pogróżki: USA ponownie nałożyły na Iran wszystkie sankcje, które zdjęły w 2015 r., a także dodały kolejne. Odpowiedź z Teheranu jest stanowcza.

 

Dotknięty sankcjami zostanie sektor energetyczny (na który wypada 80 proc. dochodów Iranu z eksportu), a także transportowy (przesył ropy i gazu, porty) i finansowy (w tym system bankowy). USA zamierzają karać nie tylko sam Iran, ale również państwa, które nie zerwą z nim wymiany gospodarczej. Donald Trump łaskawie zgodził się tymczasowo wyłączyć spod sankcji osiem krajów importujących irańską ropę, m.in. Chiny, Indie, Turcję, Koreę Południową, Japonię, Włochy. Unii Europejskiej jako całości wyjątek nie dotyczy. Tymczasem Francja, Niemcy i Wielka Brytania, które w 2015 r. obok USA, Rosji, Chin i Iranu sygnowały porozumienie nuklearne, zapowiadają, że nie wycofają się z układu tak, jak zrobił to Trump. Wprowadzenie wyjątku dla ośmiu importerów ma zapobiec masowym zwyżkom cen ropy na światowym rynku.

W Teheranie decyzję Trumpa przyjęto bojowo. Tysiące mężczyzn i kobiet zebrało się pod budynkiem dawnej amerykańskiej ambasady w stolicy Iranu, w rocznicę jej zajęcia przez zwolenników rewolucji islamskiej i wzięcia dyplomatów jako zakładników (zostali zwolnieni po 444 dniach) . Do zgromadzonych przemówił dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Ali Dżafari. – Chciałbym coś powiedzieć Ameryce i jej dziwnemu prezydentowi. Nigdy nie straszcie Iranu, bo my wciąż pamiętamy przerażone krzyki waszych żołnierzy na pustyni – powiedział, odnosząc się do nieudanej amerykańskiej akcji odbicia zakładników (operacji Orli Szpon).

Z kolei prezydent Hasan Rouhani w transmitowanym w telewizji przemówieniu powiedział, że jego kraj nie zaprzestanie handlu ropą.

Władze Iranu zachowują stanowczość, ale sytuacja ekonomiczna kraju nie jest dobra. W ostatnich miesiącach regularnie w różnych obszarach kraju wybuchały protesty przeciwko podwyżkom cen i bezrobociu, które dotyka zwłaszcza młode pokolenie. Tymczasem kryzys może się pogłębiać, gdyż część państw, których na razie sankcje nie dotyczą, np. Indie, już ograniczyło skalę importu z Iranu.

Kraje UE, które nie wypowiedziały układu nuklearnego, wyraziły żal z powodu postępowania Trumpa. We wspólnym oświadczeniu deklarują wsparcie dla miejscowych firm, które będą chciały kontynuować „legalny biznes w Iranie”. Podobnie Chiny stoją na stanowisku, że ich interesy w Iranie nie powinny być utrudniane przez USA. Entuzjastyczne poparcie dla ruchu amerykańskie prezydenta popłynęło natomiast z wiernie sojuszniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także z Izraela. Tamtejszy minister obrony Avigdor Liberman zamieścił na Twitterze wylewne podziękowanie, w którym nazwał sankcje ruchem, na który czekał cały Bliski Wschód i który powstrzyma zaangażowanie irańskie w Syrii, Iraku, Jemenie, Strefie Gazy oraz Libanie.
Zagraniczne zaangażowanie Iranu, krzyżujące niejednokrotnie amerykańskie pomysły na urządzanie Bliskiego Wschodu po swojemu, wyjątkowo kłuje Waszyngton w oczy. Wśród warunków, które Teheran miałby spełnić, by sankcje cofnięto, jest nie tylko zamknięcie programu nuklearnego, ale także faktyczne zrzeczenie się samodzielnej polityki zewnętrznej. To żądanie oficjalnie nazywa się „zaprzestaniem wspierania terroryzmu” – pod adresem sojuszników USA takowego nikt nie wysuwa.

Jeszcze jedna wojna?

„Zbrojną koalicję, należy budować zbrojną koalicję przeciw Iranowi” – powtarzał podczas swojej europejskiej podróży swym rozmówcom izraelski premier Benjamin Netanjahu w Berlinie, Paryżu i Londynie. A nie minął nawet miesiąc od zerwania przez Trumpa porozumienia atomowego z Iranem. Jeszcze Europejczycy myślą o jego ratowaniu, jak też swoich irańskich kontraktów, a Izrael już ciśnie. Netanjahu wyrwał się przed amerykańską orkiestrę, jakby był dyrygentem. Iran znalazł się na celowniku, a Europa już oberwała. Ten kryzys szybko się nie zakończy.

 

„Śmierć Izraelowi!, „Śmierć Ameryce!” – krzyczeli w odpowiedzi rytualne slogany Irańczycy w Teheranie i innych miastach: to był Dzień Al-Kuds (Jerozolimy), świętowany tłumnie każdego roku od początku rewolucji. W stolicy spłonął szmaciany Trump owinięty w izraelską flagę. „Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael chcą pogrążyć Iran nie wiedząc, że narażają własne bezpieczeństwo” – ostrzegał Ali Laridżani, szef irańskiego parlamentu. „Chcemy żyć w pokoju. Nie chcemy wojny, nie jesteśmy zwierzętami. (…) Ale dzisiaj Izrael chce zniszczyć wszystkie kraje wokół, będziemy się bronić” – mówił do ludzi przez megafon.

Jak niemal wszystkie ostatnie kryzysy, nagonka na Iran wiąże się z wojną w Syrii. Na początku czerwca izraelski minister obrony Awigdor Libermean spotkał się ze swym rosyjskim odpowiednikiem w Moskwie i obaj podpisali zaskakujące porozumienie: Izrael będzie mógł atakować jednostki irańskie w Syrii, ale nie będzie ruszał wojsk syryjskich. Min. Siergiej Szojgu przypomniał słowa prezydenta Putina, że Rosja chciałaby wycofania się Iranu z Syrii, tak samo jak Amerykanów i Turków, którzy (w przeciwieństwie do Irańczyków) przebywają tam nielegalnie. W imperium amerykańskim patrzą na ten układ tak samo nieufnie, jak w Teheranie: obie strony zastanawiają się w co gra Rosja, bo jeśli chodzi o Izrael, wiadomo.

 

Bez konkurencji

Antyirańska obsesja Izraela dała o sobie ponownie znać pod koniec kwietnia, gdy na parę dni przed ogłoszeniem decyzji Trumpa o zerwaniu układu atomowego z Iranem, premier Netanjahu odegrał medialny teatrzyk, że Iran chce zbudować bombę atomową z „dowodami”, które miały znajdować się w archiwum z dokumentami sprzed 2003 r., zdobytym przez Mosad. W Europie rewelacje izraelskiego premiera raczej zlekceważono, ale potraktowano je jako niezawodną zapowiedź fatalnej decyzji Trumpa. A ten zerwał układ podpisany trzy lata temu przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa, gwarantujący, że Iran nie będzie używał atomu do celów wojskowych. Otwartym wrogiem tego układu był od początku Izrael, przeciwny zniesieniu sankcji nałożonych na Teheran.

Państwo żydowskie jest nieoficjalnym mocarstwem atomowym, ma (wg różnych źródeł) 0d 80 do 400 głowić jądrowych. W przeciwieństwie do Iranu, nie podpisał Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie zgadza się na żadnych międzynarodowych inspektorów. Według specjalistów od obronności, ma też mini-bomby jądrowe i neutronowe najnowszej generacji. Produkuje pluton i tryt w ilości wystarczającej do produkcji stu dalszych bomb atomowych. Dostał od Niemiec okręty podwodne zdolne do ich przenoszenia, ma rakiety balistyczne Jerycho 3, samoloty… Ma za sobą imperium amerykańskie i przychylność wielu rządów w Europie. W zeszłym roku Polska wzięła udział w największych manewrach lotniczych w historii Izraela Blue Flag 2017, obok Amerykanów, Niemców i Francuzów…

„Teheran dobrze wie, że Izrael wycelował weń 200 głowic, i że my mamy ich tysiące” – pisał w roku zawarcia układu atomowego Colin Powell, dawny amerykański sekretarz obrony, zapamiętany głównie z odgrywania teatru w ONZ, przed napaścią na Irak. Izrael chce uderzenia w Iran, bo widzi w nim przyszłe zagrożenie i konkurencję na Bliskim Wschodzie. W zasadzie to samo, co widział kiedyś w Iraku.

 

W imię Boga

Izraelskie siły nuklearne są zintegrowane z systemem elektronicznym NATO, w ramach „Indywidualnego Programu Współpracy” z Izraelem, który do sojuszu nie należy, ale ma stałe przedstawicielstwo przy jego Kwaterze Głównej w Brukseli. Według planu testowanego w czasie amerykańsko-izraelskich ćwiczeń Juniper Cobra 2018, siły amerykańskie i natowskie w Europie, szczególnie te stacjonujące we Włoszech, poparłyby Izrael w wojnie z Iranem. Wojna mogłaby się zacząć od ataku izraelskiego na irańskie ośrodki atomowe, jak w 1981 r. na Osirak w Iraku. W przypadku irańskich represji Izrael mógłby użyć broni jądrowych.

Od czasu, gdy Trump zerwał układ z Iranem i przeniósł ambasadę do Jerozolimy, sondażowe oceny jego polityki zagranicznej są mniej krytyczne (45 proc. popiera go, 47,5 proc. odwrotnie). Ma poparcie dla swojej polityki gospodarczej, więc proizraelska linia polityczna może zapewnić mu powodzenie w przyszłych wyborach. Bezwarunkowe poparcie dla Izraela wyrażają konserwatywni wyborcy z południa, pobożni, ewangeliccy syjoniści chrześcijańscy, którzy są bardziej proizraelscy od proizraelskiego lobby w Stanach i są ich dziesiątki milionów. Czekają na oczyszczającą wojnę światową, Armageddon, który, jak wierzą, rozegra się właśnie w Izraelu. To jest elektorat Trumpa.

 

Iran ma się poddać

Mike Pompeo, do niedawna szef CIA, namaszczony przez Trumpa na nowego sekretarza stanu, wyjaśnił, o co chodzi Ameryce dając wykład „Po umowie: nowa strategia irańska” w prawicowej waszyngtońskiej Heritage Foundation, pod koniec maja. Było to wojenne ultimatum domagające się totalnej kapitulacji rządu irańskiego wobec „najsilniejszych sankcji w historii” i presji wojskowej na wszystkich frontach Bliskiego Wschodu. Pompeo wyjaśniał, że to nie amerykańskie wojny narobiły zamieszania w regionie, lecz knowania Iranu, który na nikogo nie napadł.

Wśród 12 żądań, które wyliczył pod adresem Iranu, było wycofanie oddziałów, które na prośbę rządu w Damaszku pomagają Syrii walczyć z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, koniec programu atomowego, koniec budowy rakiet balistycznych, zaprzestanie pomocy Hezbollahowi w Libanie i rezygnacja z wpływów w Iraku. Byłoby najlepiej, gdyby Iran się nie rozwijał, nie bronił i uznał zwierzchność imperium – sugerował Pompeo. „Dzisiejszy świat nie akceptuje Stanów Zjednoczonych decydujących za innych. Są kraje niezależne” – odpowiedział mu prezydent Hasan Rouhani. Rzecznik irańskiego MSZ dodał, że Irańczycy pozostaną w Syrii dopóki będą tam terroryści i zechce tego rząd syryjski, a „ci, którzy są w Syrii bez zgody rządu syryjskiego, powinni natychmiast opuścić ten kraj ” – mówił, mając na myśli 2 tys. Amerykanów okupujących wschód kraju i jego pola naftowe.

 

Rosyjska zdrada

Pompeo oskarżył Iran nawet o popieranie ostro antyirańskiej Al-Kaidy, podczas gdy w Syrii czynnym pomaganiem Al-Kaidzie zajmował się Izrael, a Iran ją zwalczał. Wściekły dyskurs Waszyngtonu wyładował się też na Europie, która stała się ofiarą antyirańskich „sankcji wtórnych” na bezprecedensową skalę. Po zelżeniu sankcji na skutek układu atomowego z 2015 r. Stany Zjednoczone handlowały z Iranem na niecałe 200 milionów dolarów, a Europa na 25 miliardów. A teraz musi zrywać obiecujące kontrakty, jeśli nie chce być ukarana. Cokolwiek kolonialna eksterytorialność prawa USA wszystko załatwi. Unia buntuje się prosząc pokornie Stany Zjednoczone o zezwolenia na handel z Iranem, zniesienie tych „sankcji wtórnych”, ale USA nie mają powodu, by jej słuchać. Wszyscy mają wiedzieć, że Iran jest ważną sprawą.

I w czasie całego tego zamieszania okazało się, że Iran i Rosja mają rozbieżne interesy w Syrii. Irańska prasa raczej z rozczarowaniem przyjmowała ostatnie wiadomości na temat pewnego zbliżenia izraelsko-rosyjskiego. I teraz ten układ, „jak nóż w plecy”. W Iranie dualny podział polityczny na konserwatystów i reformistów odpowiada mniej więcej republikanom i demokratom w Stanach.

Prasa konserwatywna na ogół przemilczała układ Liberman-Szojgu, a reformistyczna wzywa do ostrożności wobec Rosji lub ją usprawiedliwia. Rosjanie są pewni, że Iran nie będzie mocno protestował, bo jest niejako zdany na Rosję, nie ma wielu sojuszników. Rosjanie zrozumieli, że by zrobić jakiś porządek w Syrii, muszą liczyć się z Izraelem. „Rosja jest strategicznym partnerem Iranu, ale jeśli Rosjanie obrócą się w kierunku Ameryki i Izraela, Iran przemyśli swoje stosunki z Rosją” – mówił Hosejn Kanani Moghaddam, analityk od konserwatystów.

 

Wielki zawód

Dla milionów Irańczyków pokojowy układ atomowy był szansą na poprawę poziomu życia. Zdejmowane sankcje ruszyły irańską gospodarkę, ale zbyt wolno. W ostatnich miesiącach to tu, to tam, zbierają się kierowcy ciężarówek, rolnicy, emeryci i nauczyciele, nierzadko nieopłaceni, by protestować przeciw warunkom życia i pracy. Doszły do tego manifestacje z powodów ekologicznych, bo susza, burze piaskowe, zanieczyszczenie powietrza, brak wody. Na początku roku przez Iran przetoczyła się fala protestów socjalnych, gdzieniegdzie gwałtownych, przeciw sytuacji gospodarczej kraju, zginęło 25 osób. I oto Trump zrywa układ i nakłada wyjątkowe sankcje, co nie polepsza perspektyw. Przestraszone europejskie koncerny po kolei wycofują inwestycje z Iranu. Staje się on ekonomicznie i medialnie „trędowaty”.

Iran zareagował odmową zmiany swego planu balistycznego i przygotował się do wznowienia wzbogacania uranu. To wszystko nie łamie ciągle przestrzeganej umowy z 2015 r., ale pokazuje, że Teheran będzie się stawiał. Liczy na zrozumienie państw europejskich, choć premier Netanjahu odwiedzając w tym tygodniu Niemcy, Francję i Wielką Brytanię nawoływał do czegoś odwrotnego, całkowitego zerwania układu atomowego i groźby interwencji. Straszył Merkel, że Niemcy zaleje fala syryjskich uchodźców, jeśli będzie nowa wojna, której można uniknąć zrywając kontakty z Iranem. „Koalicja zbrojna” jest na razie tylko jego marzeniem, ale Iran musi teraz uważać.

Bezpieczeństwo narodowe

Jak daleko może posunąć się państwo w celu zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom? W epoce, w której właśnie w imię bezpieczeństwa narodowego organizuje się zamorskie ekspedycje zbrojne i zamyka własne granice, niezwykle trudno wskazać linię oddzielającą to, co jest konieczne od tego, co stanowi nadużycie władzy.

 

Kilka dni temu amerykańskie media doniosły o praktyce rozdzielania dzieci i rodziców podejrzanych o bezprawny pobyt w Stanach Zjednoczonych. Jest to konsekwencja polityki „zera tolerancji”, którą w stosunku do nielegalnych imigrantów ogłosił na początku maja prokurator generalny Jeff Sessions. Zgodnie z jego wytycznymi każdy obcokrajowiec przebywający w USA bez wymaganych zezwoleń ma trafić do jednego z tzw. centrów odosobnienia. Tam zaś będzie oczekiwał na deportację. Jednocześnie, pozostające pod jego opieką osoby niepełnoletnie zostaną przekazane bądź do specjalnych ośrodków, bądź do opiekunów. W każdym przypadku nastąpi rozdzielenie rodzin. „Jeśli nie chcecie, aby wasze dzieci były wam zabrane, po prostu nie bierzcie ich ze sobą i nie przybywajcie tutaj nielegalnie” – radził Sessions.

Pozornie prokurator generalny ma rację. Przecież nie można oczekiwać od państwa, że będzie przymykało oczy na łamanie prawa i zagrożenie bezpieczeństwa własnych obywateli. Czy jednak o rzeczywiste bezpieczeństwo tu chodzi? Obecne praktyki amerykańskich służb imigracyjnych udowadniają, jak łatwo strach przed (rzadziej) prawdziwym lub (częściej) wydumanym zagrożeniem prowadzi nas do rezygnacji z podstawowych praw człowieka. Oczywiście pod warunkiem, że ich łamanie nie dotyka nas bezpośrednio.

Okazuje się bowiem, że amerykański system „zgubił” około 1,5 tys. spośród ponad 7,6 tys. dzieci, przekazanych przez władze federalne pod zewnętrzną opiekę w 2017 r. Co prawda dotyczy to tych niepełnoletnich, którzy sami, tzn. bez opieki dorosłych, przekroczyli granicę USA, lecz pokazuje z jaką pobłażliwością federalne służby imigracyjne podchodzą do tak delikatnej kwestii. Obawy organizacji praw człowieka potwierdziła Kirstjen M. Nielsen, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, która odpowiada za sprawy imigracyjne, przyznając, że jej departament nie ma wypracowanych procedur, jak zajmować się niepełnoletnimi. „Zajmiemy się dziećmi… jakoś” – tak z kolei całą sprawę podsumował John Kelly, szef personelu Białego Domu.

Wiele z tych dzieci próbowało przedostać się do USA, uciekając od przemocy, głodu czy biedy. Już samą konieczność opuszczenia rodzinnego domu i udania się w nieznane trzeba uznać za wystarczająco traumatyczne przeżycie. Tymczasem w kraju swoich marzeń trafiają oni do instytucji i osób, które nie tylko nie potrafią się nimi prawidłowo zaopiekować, ale także nie gwarantują im podstawowych praw, jakimi są poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rodziną.

„The New York Times” donosi, że jedynie w tym roku kilkaset dzieci zostało odebranych rodzicom próbującym przedostać się przez amerykańską granicę. Jak przyznała sekretarz Nielsen, do podobnych dramatów dochodzi każdego dnia. W samym tylko 2017 r. ok. 40 tys. niepełnoletnich zostało zarejestrowanych przez odpowiednie instytucje federalne. Każdy z nich jest ofiarą wojny z nielegalną imigracją – wojny rozpoczętej nie przez Donalda Trumpa, lecz trwającej już wiele lat. Jednak dopiero obecna administracja zaczęła prowadzić ją z bezwzględnością dorównującej tej, z jaką zwalcza się terroryzm. Innymi słowy, od zeszłego roku prawa człowieka przestały dotyczyć nielegalnych imigrantów.

Podobne wątpliwości nasuwa budowa morskiej zapory, za pomocą której Izrael chce powstrzymać zamachowców z Hamasu. Zapora ze zbrojonego betonu i drutu kolczastego składa się z trzech poziomów, w tym jednego podwodnego, i ma zostać ukończona w ciągu najbliższego pół roku. Zdaniem Avigdora Libermana, izraelskiego ministra obrony, jest to „jedyna tego typu budowla na świecie, która skutecznie powstrzyma infiltrację Izraela drogą morską”.

Z punktu widzenia Libermana i całego rządu wszystko wygląda w porządku. W końcu bezpieczeństwo obywateli jest najważniejsze, co udowadniano przez ostatnich kilka tygodni, kiedy na granicy ze Strefą Gazy izraelscy żołnierze zabili ponad 118 Palestyńczyków. Kolejny mur – morski – może pochłonąć jeszcze więcej istnień ludzkich. Już teraz Strefa Gazy znajduje się na skraju gospodarczego i humanitarnego kryzysu, zaś zamknięcie drogi morskiej – jedynego okna na świat – niechybnie doprowadzi do jej całkowitego upadku.

Tyle prawa człowieka. Stłoczenie niemal 2 mln Palestyńczyków w ogrodzonym murem i zasiekami rezerwacie o powierzchni 365 km2 samo w sobie stanowiło ich pogwałcenie. A był to tylko wstęp. Zgodnie bowiem z porozumieniem z Oslo z 1993 r. Izrael został zobligowany do udostępnienia dla palestyńskich rybaków pasa morza szerokości 20 mil morskich. Jednak rząd w Tel Awiwie nigdy z tego zobowiązania się nie wywiązał. Nieoficjalnie, maksymalny zasięg wyznaczono na 12 mil morskich, a nawet i to bywało ograniczane do zaledwie jednej mili – w zależności od humoru izraelskich władz. Wzniesienie morskiej zapory niemal całkowicie uniemożliwi Palestyńczykom połowy.

Czy możemy deptać prawa człowieka innych, aby nasze zostały zachowane? Sprawa dzieci nielegalnych imigrantów w Stanach Zjednoczonych i budowa morskiej zapory przez Izrael pokazują, że nie mamy z tym problemu. Dla zachowania bezpieczeństwa, nawet pozornego, jesteśmy gotowi ponieść wysoką ceną, zwłaszcza, gdy póki co płacą ją inni. Jednak przyjdzie czas, kiedy to nam wystawią rachunek. Wówczas zrozumiemy, że poświęciliśmy tak wiele swobód nie dla naszego bezpieczeństwa, lecz wyłącznie dla bezpieczeństwa rządzących.