Innowacyjnie to już było

Rządowi PiS nie zależy na modernizowaniu polskiej gospodarki. Przekracza to zresztą jego możliwości.

Jeśli mowa o postępie w innowacyjności, to niestety Polski to nie dotyczy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nic nie robi, by podnieść innowacyjność naszej gospodarki.
PiS-owscy prominenci wprawdzie dość często o tym mówią, ale to tylko lipna propaganda na użytek szerokiej publiczności. W rzeczywistości obecna ekipa się tym nie zajmuje – i nie przejmuje.

Pod koniec listy

Efekty takiego podejścia ze strony rządu PiS widać w międzynarodowych rankingach najbardziej innowacyjnych gospodarek. Jak wskazuje Globalny Indeks Innowacyjności 2019, Polska zajmuje dopiero 39 miejsce. To najważniejszy na świecie wskaźnik dotyczący tej sfery, sporządzany przez Światową Organizację Własności Intelektualnej ONZ oraz dwie wybitne wyższe uczelnie: Uniwersytet Cornella oraz Europejski Instytut Administracji Biznesowej. Obejmuje on 129 krajów.
Za czasów rządów PO-PSL, Polska awansowała w Globalnym Rankingu Innowacyjności z 56 na 39 miejsce. Postęp był więc naprawdę duży, ale ekipa z PIS to zaprzepaściła. Od 2016 r. nasz kraj zajmuje to samo 39 miejsce.
Jeszcze gorzej wypadamy w drugiej prestiżowej klasyfikacji: Europejskim Rankingu Innowacyjności publikowanym przez Komisję Europejską. Ranking ten obejmuje wszystkie kraje Unii Europejskiej. Polska zajmuje w nim 25 miejsce, wyprzedzając jedynie Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Możemy tylko marzyć o doścignięciu Litwy, Łotwy czy Słowacji, o Czechach, Węgrach czy Słowenii już nie wspominając. Za rządów PO-PSL nasz kraj zajmował w tym rankingu 23 miejsce.

Rząd bezczynny i bierny

Indolencja i brak zainteresowania rządu PiS to główny powód tak niskiego stopnia innowacyjności polskiej gospodarki – bo bez wsparcia ze strony administracji państwowej żaden kraj nie jest w stanie skutecznie modernizować swego potencjału wytwórczego.
Polscy naukowcy mogą osiągać sukcesy, ale ich praca jest niweczona przez bierność i bezczynność instytucji rządowych.
– Wydatki na innowacyjność w Polsce w rzeczywistości często polegają na… kupowaniu innowacji zagranicznych. Konkurujemy zaś, tak jak zwykle, tanią siłą roboczą. Ale czas taniej siły roboczej właśnie się u nas kończy – mówi dr. Patryk Dziurski ze Szkoły Głównej Handlowej.
O braku wsparcia dla innowacji dobrze wie znakomity naukowiec oraz lekarz, prof. Henryk Skarżyński, twórca i szef Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu oraz Światowego Centrum Słuchu. Swoje Centrum Innowacyjne profesor otwiera w Senegalu.
– W Polsce szuka się oszczędności na innowacyjnych technologiach medycznych. W rezultacie, rodzice chorych dzieci korzystają z nich prywatnie – ale oczywiście tylko ci, których na to stać. Narodowy Fundusz Zdrowia nie finansuje nowatorskich technologii – podkreśla prof. Henryk Skarżyński.
Takie technologie mogą w Polsce powstawać. Przeszkodą nie jest brak zdolności naszych naukowców. Przeszkodą jest bierność i nieskuteczność organizacyjna rządu PiS.

Daleko od patentów

– Mamy świetnych naukowców, ich odkrycia mogą i powinny być bazą do uzyskiwania patentów na najważniejszych rynkach świata. Nie wystarczy jednak stworzenie dobrej technologii. Trzeba mieć strategię budowania portfela patentowego. Polska własność intelektualna musi być powszechnie chroniona. My jednak nie możemy skalować swych osiągnięć i zaistnieć globalnie – wskazuje Bogusława Skowrońska, ekspertka z zarządu Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej.
Oczywiście, nie zmienia to faktu, że w Polsce są lepsi i gorsi naukowcy – w tym i tacy, co nie tylko prochu, lecz niczego nie wymyślą.
Bojąc się utraty swych posad wykonują bezpieczne badania podstawowe, które zgodnie z definicją ( zawartą w ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce ) są pracami teoretycznymi, podejmowanymi przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i faktów, bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie komercyjne.
Te badania można spokojnie ciągnąć latami, bez widocznych rezultatów – ale one nie unowocześnią polskiej gospodarki.

Trzeba zmieniać rzeczywistość

– Wykonując tylko badania podstawowe, niczego wokół siebie nie zmienimy. Trzeba prowadzić takie badania, które przynoszą konkretne wyniki – a potem je komercjalizować, wytwarzać i stosować – mówi prof. Anna Wójcicka z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pani profesor wie o tym z własnego doświadczenia, jako prezes spółki naukowej wykonującej zaawansowane testy genetyczne mogące ratować życie.
Jak głosi misja spółki: „Wykorzystując nowoczesne narzędzia analizy genetycznej poszukujemy w genomie człowieka błędów odpowiedzialnych za powstawanie chorób”.
– Dla wielu pacjentów to bardzo istotne, że jesteśmy firmą polską. Dzięki temu aż 98 proc. z nich zgadza się na wykorzystanie badań swych genów dla naszych celów naukowych Wykonujemy te same badania co w zaawansowanych krajach zachodnich – ale umiemy tworzyć technologie, dzięki którym możemy robić je taniej. Obniżka cen, wynikająca z innowacyjności, a nie z niskich kosztów pracy, to duża część naszego sukcesu – podkreśla prof. Wójcicka.
Z tych testów genetycznych wynika między innymi, że u 5 proc. badanych osób występuje bardzo duże ryzyko zachorowania na chorobę nowotworową. Wykonanie badań genetycznych u wszystkich Polaków pozwoliłoby na zapobieganie i wczesne leczenie tych nowotworów.
Te badania genetyczne uratowałyby życie wielu ludzi i przyniosły ok. 90 mld zł oszczędności – ale oszczędności byłyby w perspektywie dwudziestu lat, a nie od razu. Wiadomo więc, że rząd PiS nie wyda ani grosza, aby takie badania przeprowadzić.

Sondażowa karuzela

Czy można wierzyć sondażowym wynikom wyborów?

„Jasny, czytelny system, w którym przez ostatnie dwa tygodnie mamy sondażową ciszę wyborczą, daje perspektywę, że nic nie będzie wpływało na decyzję społeczeństwa oprócz agitacji kandydatów i ich programów politycznych” – mówił w 2014 roku Krzysztof Gawkowski, ówczesny sekretarz generalny SLD. Zaś posłowie i posłanki Klubu Poselskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej złożyli projekt ustawy zakazującej publikacji sondaży na 14 dni przed wyborami. Projekt oczywiście przepadł, bo rządząca koalicja PO-PSL nie miała w zwyczaju popierania jakichkolwiek zapisów proponowanych przez opozycję. Patrząc na tegoroczną sondażową karuzelę można zadać sobie pytanie: czy dwa przedwyborcze tygodnie bez sondaży to dobry pomysł?

Jajko czy kura

W ostatnich tygodniach nowe sondaże pojawiają się średnio co 3 dni. W omówieniu każdego z nich jest dopisek, że błąd pomiaru wynosi 3 procent. Ale różnice poparcia poszczególnych formacji są dużo, dużo większe. Porównajmy chociażby sondaż CBOS-u, który robiony był w dniach od 12 do 19 września z sondażem IBRiS-u wykonywanym dosłownie parę dni później (20-21 września). W pierwszym z nich poparcie dla Lewicy wyceniono zaledwie na 5 proc. W drugim – na 14,1 proc. Skąd taka różnica?
Przyglądając się wynikom niektórych sondaży, nie sposób nie wrócić do pytania zadawanego już przez starożytnych filozofów. Co było pierwsze? Jajko czy kura? Czy sondaże mają za zadanie odzwierciedlanie preferencji politycznych opinii społecznej? Czy jej kształtowanie?
Na sondażowe dylematy zwraca uwagę Marcin Palade – znawca tego tematu. „Do wyborów pozostał niespełna miesiąc. Do gry wracają więc fejk sondażownie. Mechanizm ten sam co w eurowyborach. Z góry wiemy komu w wydrukowanych słupkach dodadzą, a komu odejmą” – napisał Palade w połowie września. I przypomniał jeden z majowych sondaży, zrobiony tuż przed wyborami do Europarlamentu. Dający Prawu i Sprawiedliwości 35 proc. – o 10 punktów procentowych za mało. I Wiośnie Biedronia 10 proc. – o 4 punkty procentowe za dużo.
Marcin Palade postawił sprawę jasno: oprócz zalewających przestrzeń publiczną klasycznych „fake newsów” (fałszywych wiadomości), możemy mieć również do czynienia z „fake sondażami”. Nie czuję się na siłach typować sondaży mniej lub bardziej prawdziwych. Ale chciałbym podzielić się z Wami wiedzą, która pozwoli patrzeć na sondaże trzeźwiejszym okiem.

Telefon i dzwonek

Ze względu na koszty, większość sondaży robiona jest drogą telefoniczną. Jednym z nielicznych wyjątków jest CBOS. Ankieterzy tej sondażowni z reguły pojawiają się u swoich respondentów osobiście. Czy taki sposób badania opinii społecznej jest bliższy prawdy? Niekoniecznie. Specjaliści od marketingu politycznego zwracają uwagę na charakterystyczne zachowanie badanych. Bezpośrednia rozmowa z ankieterem, na dodatek w mieszkaniu respondenta, ma wpływ na mniejsze poczucie anonimowości przepytywanego. Stąd większa ilość odpowiedzi „poprawnych”. Czyli popierających tych, którzy aktualnie rządzą. Na wszelki wypadek.
Tyle o CBOS-ie. Ta sondażownia – jako jedyna – jest finansowana z budżetu kancelarii premiera. Nie zakładam z góry, że podaje nierzetelne wyniki badań. Ale oczywiście nie można wykluczyć wywierania nacisków polityków z ugrupowań aktualnie rządzących.

Komórka

Sondażownie podają, że przy doborze respondentów kierują się trzema kryteriami: wiekiem, wykształceniem i wielkością miejsca zamieszkania. Z pierwszym warunkiem nie ma problemu. Sam kiedyś odpadłem w przedbiegach. Ankieter zapytawszy o wiek, od razu mi podziękował. Bo on akurat poszukiwał kogoś w przedziale wiekowym od 18 do 24 lat. Z drugim kryterium też nie powinno być większych kłopotów. Bo raczej do wyjątków należy, że ktoś z wyższym wykształceniem pracuje jako robotnik budowlany. A osoba z wykształceniem podstawowym obraca się w środowisku akademickim.
Zdecydowanie najwięcej kłopotów jest z trzecim kryterium – wielkości miejsca zamieszkania. Zupełnie inne preferencje polityczne może mieć mieszkaniec wsi w województwie zachodniopomorskim od tego mieszkającego na podobnej wsi, ale na Podkarpaciu. Podobnie jak inny jest elektorat we Wrocławiu i w Rzeszowie. Kiedyś dotarcie do reprezentatywnego grona badanych było łatwiejsze. Wystarczyło sięgnąć po książkę telefoniczną danego województwa. W dobie telefonii komórkowej przypisanie abonentów do poszczególnych regionów kraju jest niemal niewykonalne.
Jestem zdania, że istotna część „przestrzelonych” sondaży wynika właśnie z braku prawidłowej reprezentacji poszczególnych regionów kraju.

1000 czy 500

Każda z sondażowni chwali się, że przepytano ponad 1000 osób. Ale to wcale nie oznacza, że tyle głosów wzięto pod uwagę przy ustalaniu wyniku sondażu. Pierwsze pytanie dotyczy bowiem zamiaru uczestnictwa w wyborach. Ci, którzy odpowiedzą, że na pewno nie wezmą udziału w wyborach (lub raczej nie wezmą udziału) – odpadają. Jeśli więc deklarowana frekwencja oscyluje między 50 a 60 procent, na wynik sondażu ma wpływ głos 500-600 respondentów.
Tak nieliczna grupa badanych decyduje o sporym przybliżeniu ostatecznego wyniku – zwłaszcza w przypadku mniejszych ugrupowań. Wystarczy bowiem, że w kolejnym sondażu 5 osób mniej zadeklaruje poparcie dla PSL-u i nagle z 5,5 proc. poparcia robi się 4,5 proc. I partia wypada z Sejmu. Dlatego sporym nadużyciem sondażowni jest publikowanie wyników z dokładnością do dziesiątych części procenta. I twierdzenie, że temu wzrosło o 0,2 proc., a tamtemu spadło o 0,5 proc. Takie „dokładne” wyniki oczywiście lepiej wyglądają. Ale nic poza tym.

Niezdecydowani

Dla każdej sondażowni ciemną liczbą są respondenci, którzy z jakiś względów nie podają swoich preferencji partyjnych. To grupa niezdecydowanych. Niekiedy bardzo liczna, bo sięgająca kilkunastu procent. Sondażownie radzą sobie z nimi w dwojaki sposób. Jedne wliczają do sondażu niezdecydowanych wyborców, co skutkuje tym, że suma poparcia dla wszystkich partii jest mniejsza od 100 proc. Inne odrzucają grupę niezdecydowanych wyborców, wyliczając preferencje partyjne wyborców zdecydowanych.
Brak jasnego zaznaczenia, z którą metodą liczenia mamy do czynienia, utrudnia porównywanie poszczególnych sondaży. Weźmy na przykład PiS, który w jakimś sondażu osiągnął poparcie 40 proc. respondentów. Ale równocześnie 15 procent z nich nie wskazało żadnej partii. Jeśli pominiemy ich w obliczeniach, wynik Prawa i Sprawiedliwości natychmiast skoczy do 47 proc. Dlatego jeśli prześledzimy sondaże publikowane przez media prawicowe, niemal wszystkie liczone są tą metodą.
Osobiście bardziej przemawia do mnie sondaż uwzględniający wyborców niezdecydowanych. Bo w prawdziwych wyborach wcale nie musi tak być, że głosy „niedecydowanych” rozłożą się proporcjonalnie na wszystkie partie.

Frekwencja

Sondaże sondażami, ale jednym z kluczowych elementów decydujących o wyniku będzie frekwencja w wyborach. Przed wyborami europejskimi Kantar przeprowadził sondaż w grupie młodych wyborców w wieku od 18 do 30 lat. Wynik okazał się zaskakujący. Wśród młodych kobiet wygrała Wiosna Roberta Biedronia, uzyskując wynik 27 proc. Wśród młodych mężczyzn najlepszy wynik 29 proc. poparcia uzyskała Konfederacja. W wyborach Wiosna miała 6 proc., a Konfederacja nie przekroczyła progu wyborczego.
Specjalistów tak znaczna rozbieżność pomiędzy sondażem a wynikiem wyborów w tej grupie wiekowej nie dziwi. Zaliczają bowiem młodych wyborców do najmniej zdyscyplinowanych. Zapowiadających uczestnictwo w wyborach. Ale ostatecznie nie pojawiających się w lokalach wyborczych.
W niedawnym sondażu Kantar dla Gazety Wyborczej w grupie wiekowej 18-24 lata największe poparcie – wynoszące 25 proc. – miała Lewica. To bardzo dobry prognostyk, jeśli chodzi o perspektywy polskiej lewicy na przyszłość. Ale jednocześnie ważnym jest, aby ci młodzi ludzie lewicy pamiętali o wyborach 13 października. I wzięli w nich udział.
Obiecujący jest wynik sondażu IBRiS z minionego tygodnia. Zapytano o determinację wyborców, jeśli chodzi o udział w wyborach. Okazało się, że wyborcy Lewicy są elektoratem najbardziej zmotywowanym do pójścia na wybory.

Drugi wybór

W bardziej zaawansowanych sondażach ważnym elementem są pytania o partie drugiego wyboru. Czyli takie, na które respondent byłby skłonny oddać głos, gdyby z jakiś względów nie mógł go oddać na swoją partię. To badanie wskazuje na możliwe przepływy między poszczególnymi partiami.
Sondaż IPSOS dla portalu OKO.press z początku września bardzo wyraźnie zarysował „szklany sufit” prawicy Jarosława Kaczyńskiego. Do 41 proc. jakie PiS uzyskał w tym sondażu dochodzi jedynie 4 proc. wyborców z innych partii, którzy ewentualnie skłonni byliby poprzeć PiS. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda na styku Koalicji Obywatelskiej i Lewicy. Dla 51 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej partią drugiego wyboru jest Lewica. I wzajemnie: aż 69 proc. wyborców Lewicy nie wyklucza głosowania na Koalicję Obywatelską.
Zresztą większość sondaży potwierdza wzajemną zależność notowań KO i Lewicy. Z reguły wzrostowi notowań Lewicy towarzyszy spadek poparcia KO. Dzisiaj – na podstawie sondaży – możemy powiedzieć, że Koalicja Obywatelska i Lewica dysponują w sumie poparciem na poziomie 40 procent z plusem. Jak to poparcie przełoży się na wynik każdego z ugrupowań – okaże się 13 października.

Bez sondaży

Nie odpowiedziałem na pytanie postawione na wstępie: czy zakazać publikowania sondaży na krótko przed terminem wyborów? Odpowiedź pozostawiam Czytelniczkom i Czytelnikom. Radząc jednocześnie, by do każdego kolejnego sondażu podchodzić z dużą rezerwą. Bo w ostatecznym rachunku liczy się tylko ten jeden. Prawdziwy. Ten 13 października.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Jak UOKiK uratował Tomaszów?

Coraz częściej widzi się w Polsce ludzi w maskach antysmogowych, lecz noszenie niektórych ich modeli można by sobie darować.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów już po raz drugi sprawdził, czy maski antysmogowe nas chronią. Okazuje się, że chronią – ale raczej marnie.
Fachowo są one nazywane półmaskami filtrującymi, a do kontroli wytypowali je inspektorzy Inspekcji Handlowej w IV kw. 2018 r. Wedle enuncjacji UOKiK, sprawa jest pierwszorzędnej wagi.

Ratunek dla 55 tysięcy

Jak oświadczył Marek Niechciał, prezes UOKiK, Inspekcja Handlowa w Poznaniu znalazła 4 modele półmasek, które chciał wprowadzić na rynek jeden z przedsiębiorców. Sprowadził on z Chin ponad 55 tys. sztuk.
– Zadeklarował , że maski przeszły badania w akredytowanym laboratorium w Unii Europejskiej, jednak jak się okazało, nie miało ono akredytacji do ich testowania. Tymczasem przedsiębiorcy powinni weryfikować, czy laboratoria posiadają akredytację do badania wprowadzanych przez nich produktów, w tym przypadku środków ochrony indywidualnej, którymi są półmaski filtrujące. Sprawdziliśmy te maski i okazało się, że nie spełniają wymagań. Dzięki naszym kontrolom 55 tys. wadliwych masek nie zostanie już sprzedanych konsumentom. Można powiedzieć, że ochroniliśmy wszystkich mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego, które znalazło się na liście najbardziej zanieczyszczonych miast – cieszy się prezes UOKiK Marek Niechciał.
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, przed czym miałoby chronić zastąpienie choćby wadliwych masek niczym, ale mniejsza o szczegóły. Ważne, by 55 tys Polaków, nie tylko z Tomaszowa, dowiedziało się, kto tak zadbał o ich zdrowie, a może i życie.

Dobry zwyczaj – nie oddychaj

Jak obszernie wyjaśnia UOKiK, maski zostały pobrane z 13 sklepów budowlanych i hurtowni w 5 województwach. Łącznie kontrolerzy ocenili 21 modeli: 6 tylko pod kątem oznakowania, a 15 wysłano do laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, który sprawdził, czy spełniają trzy parametry: opór wdechu, przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny.
Niestety, efekty okazały się kiepskie. 6 masek miało negatywne wyniki podczas testów w laboratorium, a 11 było źle oznakowanych. W 2017 r., na 10 masek dwie nie przeszły badań.
Czyli, w miarę z nasilaniem się smogu w Polsce, pogarsza się jakość sprzętu mającego przed nim chronić.
Spośród tych sześciu zakwestionowanych masek, cztery nie spełniły jednego parametru, a dwie – aż dwóch.
Testy wykazały, że dwie maski nie przeszły badania na opór wdechu. Dwie kolejne słabo wypadły, gdy sprawdzano odporność na przenikanie mgłą oleju parafinowego. Oznacza to, że zanieczyszczenia w powietrzu łatwo zniszczyłyby filtr.
Ostatnie dwie maski wypadły najgorzej, ponieważ nie spełniły aż dwóch z trzech badanych parametrów. Nie przeszły testów na przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny. Inaczej mówiąc, były nieszczelne i miały słaby filtr.
Przedsiębiorca, który wprowadza maski do sprzedaży, musi pamiętać o tym, że powinny być odpowiednio oznakowane i przejść badania w akredytowanym laboratorium na terenie UE. Taka procedura kończy się wystawieniem tzw. deklaracji zgodności. Tymczasem 11 masek było źle oznakowanych.
Brakowało danych producenta lub informacji o tym, czy jest to maska jedno- czy wielorazowa. W 9 przypadkach problematyczna była też deklaracja zgodności – brakowało jej, nie miała wszystkich danych lub została wystawiona przez nieuprawniony podmiot.

Niewiele im grozi

UOKiK nie puści płazem wszystkich tych nieprawidłowości.
Urząd planuje wszcząć 8 postępowań wobec przedsiębiorców, którzy wprowadzili do obrotu te sześć masek, co nie przeszły testów w laboratorium.
Tak samo będzie w przypadku dwóch, które były źle oznakowane, a ich producenci dobrowolnie tego nie poprawili.
Postępowania mogą zakończyć się nakazem wycofania wadliwych masek i powiadomieniem o tym konsumentów.
Zgodnie ze zmianami w prawie, kary finansowe do 100 tys. zł pojawią się, gdy producent lub importer wprowadzili maski niezgodne z wymaganiami na polski rynek po 19 lipca 2018 r. Jeśli wcześniej – można im nakukać.

Istotne litery

Inspekcja Handlowa współpracuje też z organami celnymi i ocenia, czy maski, które przedsiębiorca chce wprowadzić na rynek, mogą przekroczyć polską granicę.
W ubiegłym roku inspektorzy IH wydali trzy negatywne opinie, dzięki którym nie wpuszczono do Polski kolejnych prawie 6 tys. sztuk masek – a więc UOKiK może sobie zaliczyć kolejne miasteczko uratowanych Polaków.
Warto wiedzieć, że kupując maskę antysmogową warto sprawdzić jej oznaczenia. Symbole FFP1, FFP2, FFP3 – to klasa ochrony filtra: najsłabsza to 1, najwyższa – 3.
Ważne są też inne litery. Jeśli NR – to półmaska jednorazowego użytku – nie zakładajmy jej ponownie i nie nośmy dłużej niż 8 godzin. Jeśli R – to jest to półmaska wielokrotnego użytku.
Litera D oznacza zaś, że półmaska pozytywnie przeszła badanie na zatkanie pyłem dolomitowym. Warto ją wybierać, jeśli planuje się przez dłuższy czas pracować w zapylonym pomieszczeniu, na przykład podczas remontu.

U nas mogą być gorsze

Zachodni producenci rzeczywiście sprzedają w Polsce wyroby, mające niższą jakość niż identyczne, sprzedawane u nich. NIK uważa, że trzeba im na to pozwolić.

Polacy od zawsze uważają, że szereg artykułów – zwłaszcza spożywczych i służących utrzymaniu czystości – dostarczanych na nasz rynek przez zachodnie firmy ma gorszą jakość, niż te same artykuły obecne na rodzimych rynkach tychże firm.
Przedstawiciele zachodnich firm od zawsze odpowiadają zaś, że nic podobnego, jakość zawsze jest na wszystkich rynkach identyczna, co najwyżej skład niektórych produktów może się minimalnie różnić, ze względu na nieco odmienne upodobania grup konsumentów w różnych krajach.
To oczywiście lipa, bo wiadomo, że nikt przecież nie bada, jaki skład takiego czy innego produktu bardziej odpowiada Polakom, a jaki np. Niemcom czy Francuzom.
Wiadomo też, że jeśli chodzi o proszki i płyny do prania czy zmywania, to rzeczywiście, te proszki, które firmy zachodnie sprzedają w Polsce, są gorsze od identycznie nazywanych i opisywanych proszków, sprzedawanych na zachodzie.
W tym przypadku nasza powszechna opinia okazała się słuszna, choć przedstawiciele zachodnich firm produkujących chemię domowa nadal utrzymują, że tak nie jest. Oczywiste jednak, że „chemia domowa z Niemiec” jest lepsza niż ta sama chemia domowa, wytwarzana przez niemieckie firmy w Polsce lub eksportowana na nasz rynek. Inna sprawa, czy różnica w jakości rzeczywiście jest tak znacząca, że warto za nią przepłacać.

Jaki olej woli Polak?

Pojawiają się też pierwsze twarde dowody na to, że niektóre zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są bardziej dziadowskie, niż zachodnie artykuły spożywcze sprzedawane na zachodzie.
W ciągu dwóch ostatnich lat nasza Inspekcja Handlowa porównała jakość produktów oferowanych konsumentom z Polski i Europy Zachodniej. Sprawdzono jakość 101 par identycznych produktów. Istotne różnice dotyczyły 12 produktów. Te co trafiały do nas, były oczywiście gorsze.
Inspekcja Handlowa enigmatycznie stwierdza: „Częściej niższą jakość wykazywały produkty przeznaczone na polski rynek”.
I tak na przykład, według wyników badań przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową, niemieckie chipsy paprykowe Crunchips sprzedawane w Polsce były smażone na oleju palmowym, zawierały glutaminian monosodowy oraz miały wyższą zawartość tłuszczu.
Tymczasem niemieckie chipsy Crunchips sprzedawane w Niemczech smażone były na oleju słonecznikowym, bez wzmacniacza smaku.
Jedna z czekolad z orzechami firmy Milka kupiona w polskim sklepie miała mniej orzechów niż ta sama Milka z rynku niemieckiego, a herbatniki w Polsce miały nieco większe opakowanie, ale za to zawierały o 25 g produktu mniej niż w Niemczech.
Kawa Nescafe Classic jest zaś mocniejsze w Niemczech niż w Polsce.
Wiadomo, że w tych i dziesiątkach innych przypadków nikt przecież nie badał upodobań polskich konsumentów i nie sprawdzał, czy bardziej wolą oni czipsy na oleju palmowym od czipsów na oleju słonecznikowym. Ani czy rzeczywiście bardziej im smakuje czekolada orzechowa z małą liczbą orzechów albo kawa słabsza od mocniejszej.

Wszystko nam można wcisnąć

Chodzi wyłącznie o to, że kierownictwa dużych zachodnich firm są przekonane, że w Polsce bez problemów można sprzedawać gorsze produkty za taką samą bądź wyższą cenę niż u siebie, bo polscy klienci nie są zbyt wybredni, ani nie zauważą różnicy. I przez długi czas mieli oni rację.
Ostatnie lata przyniosły jednak wzmożone wyjazdy Polaków za granicę, pojawiły się znacznie szersze możliwości porównywania róznych wyrobów u nas i u nich – i okazało się, że coraz częściej wydaje nam się, iż dostrzegamy różnice. A teraz, wiadomo już, że te różnice rzeczywiście istnieją.
I niczego tu nie zmienia fakt, że w dwóch z 12 identycznych produktów, różniących się jakością, lepsze były te przeznaczone na polski rynek. Czekolada Milka Oreo produkowana dla polskiego konsumenta zawierała mniej zamiennika tłuszczu kakaowego i miała lepszą jakość od tej samej czekolady sprzedawanej w Niemczech; natomiast napój Capri Sun Orange oferowany w Polsce miał w sobie 20 proc. soku pomarańczowego, podczas gdy ten sam napój ze sklepu w Niemczech, tylko 7 proc. soku pomarańczowego.
Z badania przeprowadzonego przez Inspekcję Handlową wynika także, że 22 produkty były droższe w Polsce niż w Niemczech – choć to Niemcy zarabiają lepiej od Polaków.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, nie chcąc zadrażnień z wielkimi niemieckimi firmami zastrzega, że próba badania jest jednak zbyt mała, żeby odnosić ją do całego rynku – i na tej podstawie stwiedzać, że ich produkty sprzedawane u nas są gorsze od ich produktów sprzedawanych u nich.
UOKiK zapowiada, że wyniki testów porównawczych przperowadzonych przez Inspekcję Handlową przekaże do Komisji Europejskiej, która od pewnego czasu zajmuje się problemem podwójnej jakośći żywności na rynkach Unii Europejskiej. UOKiK, delikatnie mówiąc, nie wykazuje tu specjalnego pośpiechu, bo testy zostały zakończone już kilka miesiecy temu i było aż nadto czasu, by je przesłać komu trzeba.
Już wcześniej niż w Polsce, podobne testy porównawcze produktów zostały przeprowadzone także w innych państwach członkowskich z Europy Środkowo – Wschodniej, czyli w Chorwacji, Czechach, Słowacji i na Węgrzech. Także stwierdzono w nich, że istnieje zjawisko podwójnej jakości.

Róbta tak dalej

Komisja Europejska, w której pierwsze skrzypce grają bogate, zamożne państwa zachodnie, ma pewien problem. Wiadomo przecież, że nie skrytykuje zachodnioeuropejskich producentów, a z drugiej, nie może całkiem zignorować jednoznacznych badań przeprowadzonych na wschodzie.
KE twierdzi zatem, że swobodny przepływ towarów nie oznacza koniecznie, że wszystkie produkty muszą być identyczne. Przedsiębiorcy mogą sprzedawać towary o różnym składzie lub właściwościach, pod warunkiem że w pełni przestrzegają ustawodawstwo UE.
Zdaniem Komisji, nawet produkty sprzedawane pod tą samą marką mogą mieć różne cechy uzasadnione czynnikami, takimi jak miejsce wytworzenia lub preferencje klientów. Jednak, z drugiej strony, to, co według KE może niepokoić, to wprowadzanie do obrotu towarów pod tą samą marką, ale z różnym składem, w sposób, który może wprowadzać konsumenta w błąd.
Komisja Europejska zastrzega więc, że w Unii, w której wszyscy są równi, nie może być konsumentów drugiej kategorii. W sukurs Komisji idzie nasza Najwyższa Izba Kontroli, która, broniąc zachodnich producentów, wskazuje, że organy kontroli nie mogą zakazać oferowania wyrobów, które spełniają wszystkie wymagania, tylko dlatego, że w Polsce mają one inny poziom jakości, np. inną zawartość tłuszczu, czy inną substancję słodzącą.

Dobrze gospodaruj zdrowiem

Koniec roku to nie tylko czas na podsumowanie osiągnięć i zrealizowanych planów, ale jednocześnie dobry moment, aby zrobić bilans zdrowia.

 

O tym, że profilaktyka jest ważna, każdy z nas doskonale wie. W teorii. A jak jest z praktyką? Wraz z wiekiem w organizmie zachodzą zmiany, które – niewykryte odpowiednio wcześnie – mogą znacząco obniżyć komfort życia.
Około 40. roku życia metabolizm zwalnia, a w organizmie zaczynają zachodzić zmiany, związane z procesem starzenia. Pojawiają się dolegliwości bólowe ze strony układu kostnego, słyszymy gorzej, a nasz wzrok słabnie. Wiele z tych zmian to następstwo procesów fizjologicznych, których nie możemy zatrzymać, ale jesteśmy w stanie je opóźnić. W społeczeństwie funkcjonuje popularne stwierdzenie, mówiące o tym, że życie zaczyna się dopiero po czterdziestce – to prawda! To jednak, jakie ono będzie, zależy w dużej mierze od nas. Od czego więc powinniśmy zacząć?
Regularne wizyty u lekarza to – obok zdrowego stylu życia – podstawowy element skutecznej profilaktyki. Po 40-tce zaleca się przynajmniej raz w roku odwiedzić internistę, który – po przeprowadzeniu wywiadu medycznego i wykonaniu podstawowych badań – określi stan naszego organizmu. Na liście obowiązkowych badań powinny znaleźć się: się RTG klatki piersiowej, gastroskopia, a raz na 2-3 lata – profilaktyczne EKG serca. Na prozdrowotnej liście uwzględnić należy również stomatologa oraz lekarzy specjalistów.
W przypadku kobiet – regularne wizyty u ginekologa (cytologia, badanie piersi), a mężczyzn – urologa i systematyczną kontrolę prostaty. Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że po 40-tce należy zatroszczyć się także o zmysły, dzięki którym możemy cieszyć się niezależnością, tj. wzrok i słuch. Badanie słuchu, po 40. urodzinach, powinno być wykonywane raz na 10 lat, a kontrola wzroku – nawet przynajmniej raz w roku.
Aż 86 proc. Polaków po 40. roku życia deklaruje problemy z dobrym widzeniem – jak pokazuje badanie opinii, postaw, zwyczajów i wiedzy na temat dbania o wzrok, przeprowadzone przez PBS w styczniu 2018 r, na reprezentatywnej grupie Polaków w wieku 40-55 lat. O wzrok trzeba dbać kompleksowo – choćby po to, by nie przeoczyć szans, które czekają na nas w 2019 roku.
78 proc. osób w wieku 40-55 lat nosi okulary a 2 proc. soczewki kontaktowe – wynika z wspomnianego badania. Wyniki te potwierdzają, że ostre widzenie nie jest nam dane raz na zawsze, a oczy w pewnym wieku wymagają wsparcia.
Współczesny tryb życia jest niezwykle wymagający dla układu wzrokowego. Niestety pierwsze symptomy jego starzenia się następują wcześniej niż u poprzedniego pokolenia. Wraz z wiekiem, soczewka oka staje się mniej elastyczna, a jej zdolność akomodacji, czyli przystosowania się oka do widzenia w różnych odległościach, spada. Jednym z najważniejszych czynników, mających negatywny wpływ na akomodację oka, jest długi czas, spędzany w tzw. bliży wzrokowej. Czyli wtedy, kiedy patrzymy na przedmioty, znajdujące się blisko nas, jak: komputer, dokumenty czy telefon. Eksperci twierdzą, że wzrok można częściowo poprawić poprzez ograniczenie czynników męczących oczy, takich jak: kilkugodzinna praca przed ekranem komputera, smartfona, tabletu czy innych urządzeń elektronicznych. Pracę oczu wspomogą również odpowiednio dobrane okulary.
Można też przearanżować swoje otoczenie, uwzględniając między innymi odpowiednie oświetlenie, korzystanie z nowoczesnych ekranów czy inne skonfigurowanie wyświetlaczy.

Sokal do kwadratu

…czyli wpływ męskich genitaliów na globalne ocieplenie.

 

Śmialiście się, kiedy min. Gowin chciał usunąć astronomię z listy dyscyplin naukowych? Myślicie, że takie pomysły to domena jakichś prawicowych głąbów? A co myślicie o takiej tezie: „Astronomia jest i zawsze będzie istotnie seksistowska i zachodnia – ta męska i zachodnia tendencja może być skorygowana poprzez włączenie astrologii feministycznej, queer i ludowej (np. horoskopy) do nauk astronomicznych.”? „Naukowy” artykuł, który ją zawierał, wzbudził zachwyt utytułowanych recenzentów i ukazał się w prestiżowym, jak najpoważniejszym piśmie naukowym w Stanach Zjednoczonych, o orientacji, którą nazwalibyśmy lewicową.
Niedawno ukazał się tam artykuł trójki naukowców, który ujawniał, że owa teza jest w całości wyssana z palca: należy im wierzyć, bo to właśnie oni wprowadzili ją do obiegu naukowego. Owa trójka (Peter Boghossian – wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Portland, James Lindsay – dr matematyki i eseista oraz Helen Pluckrose – redaktor naczelna Areo) to bohaterowie wyczynu naukowo-obyczajowego pod nazwą „Sokal do kwadratu”, który rozdziera obecnie amerykańską socjologię i w ogóle współczesne nauki społeczne. Udało im się napisać przez rok 20 kompletnie lipnych artykułów „naukowych”, z których część ukazała się lub miała się wkrótce ukazać w szanowanych pismach naukowych. Tylko sześć zostało odrzuconych. Zaiste Sokal do kwadratu.
Alan Sokal to amerykański fizyk i profesor matematyki, słynny w całym naukowym świecie, gdyż w 1995 r. udało mu się opublikować w szacownym Social Text absurdalny artykuł „naukowy” pod tytułem „Przekroczyć granice. Ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej”, który był popisem groteskowego bełkotu pod grubą maską języka naukowego. Celem jego mistyfikacji było wykazanie, że w niektórych dziedzinach nauk społecznych, szczególnie tych, które przyjęły idee postmodernistyczne, da się łatwo propagować dokumenty i prace całkowicie pozbawione sensu. Drugim celem było wykazanie, że najgorsze głupstwa mogą być z powodzeniem bronione, jeśli opierać je na pracach postmodernistycznych myślicieli.

 

Lewica a konstrukcja penisa

W kolejnym artykule, który Sokal opublikował już gdzie indziej, by ujawnić swój kawał, autor wyjaśniał cytując znanego lingwistę i lewicowego analityka politycznego Noama Chomsky’ego, że lewicy i naukom społecznym bardziej przysłużyłyby się solidne fundamenty intelektualne wsparte na racjonalizmie. Tym, którzy krytykowali jego mistyfikację, szczególnie ludziom kojarzonym z lewicą i postmodernistom odpowiedział, że jego główną motywacją była „obrona lewicy przed jej przejściowo modnymi nurtami intelektualnymi”.
W zasadzie podobna motywacja towarzyszyła trójce mistyfikatorów z Areo – nie da się ich oskarżyć o jakąś „prawicowość obyczajową”. To sprawdzeni sympatycy ruchów praw obywatelskich, feminizmu i LGBT. A jednak zaatakowali z ukrywanym śmiechem to, co w Ameryce nazywa się „cultural studies” lub „identity studies”, zawierających słynne „gender studies” oraz np. „queer studies”, „critical race theory”, czy nawet „fat studies”…
Boghossian i Lindsay zaczęli – powiedzmy – niewinnie. W maju zeszłego roku opublikowali pod pseudonimami pracę z zakresu badań genderowych „Konceptualny penis jako konstrukt społeczny”, który, jak sami przyznali, był „artykułem z trzema tysiącami słów totalnych bzdur udających uniwersytecką erudycję”. Stworzyli sprawną karykaturę studiów nad „płcią kulturową” tłumacząc, że penis jest źródłem kultury gwałtu, w tym gwałtu na naturze, więc jest odpowiedzialny za globalne zmiany klimatyczne. W każdym razie, według tej tezy, męski członek nie może być traktowany jako męski narząd reprodukcyjny, lecz „sztuczna konstrukcja kulturowa”, co opublikował magazyn Cogent Social Sciences, który musiał się potem nieźle wstydzić. Ale to pismo nie było „pierwszą ligą” amerykańskiej nauki. By zakpić z najlepszych, zjednoczyły się więc trzy osoby.

 

Rekord w macaniu psich narządów

Jak daleko może posunąć się absurd? W pracy poświęconej masturbacji autorzy wysunęli tezę, że kiedy „mężczyzna masturbuje się u siebie, fantazjując na temat kobiety, która nie dała mu na to przyzwolenia (…), popełnia wobec niej przemoc metaseksualną”. Uczona recenzentka z Sociological Theory namawiała autorów do pójścia dalej: „Zastanawiam się nad innymi scenariuszami, w których mężczyźni mogliby zmienić swoją nieświadomość w prawdziwą broń. Np. ambiwalentna deklaracja „Cały czas o tobie myślę” wyrażona nagle przez mężczyznę wobec kobiety, jest szczególnie podstępna, zważywszy na strukturalny kontekst metaseksualnej przemocy na świecie”.
Akcja trójki żartownisiów musiała zostać przerwana, bo niektóre artykuły zaczęły być traktowane ze śmiertelną wręcz powagą. Prawdziwy triumf akademicki odniosła praca „Ludzkie reakcje na kulturę gwałtu a performatywność queer na psich wybiegach w Portland, Oregon”. Naukowcy utrzymują w niej, że w parkach, do których można udać się z psem „panuje podstępna kultura psiego gwałtu” i że niektóre rasy są szczególnie narażone na „systemową opresję”. Trójka autorów, która przybrała pseudonim Helen Wilson, precyzowali w imieniu fikcyjnej badaczki, że doszła ona do tych wniosków „badając delikatnie partie genitalne prawie 10 tysięcy psów i pytając jednocześnie właścicieli o ich seksualność”. Jest też statystyka: do psiego gwałtu w miejskim parku w Portland dochodzi co godzinę! Pismo Gender, Place and Culture, które to opublikowało, zaliczyło artykuł do 12 najlepszych prac naukowych roku. Pomysł, by zredukować męską skłonność do agresji poprzez tresowanie mężczyzn jak czworonogów, nie wzbudził podejrzeń.

 

Zawartość białego w białym

Jak obniżyć transfobię i upowszechnić jednocześnie wartości feministyczne? Magazyn Sexuality and Culture opublikował odpowiednią receptę w postaci eseju „Przejście przez tylne drzwi: zredukować męską homo-histerię i transfobię poprzez użycie penetratywnych sex-toys”. Tu nasi autorzy wyłożyli jasno, że zamierzone cele społeczne można osiągnąć, gdyby namówić mężczyzn do powszechnego używania seks-zabawek w celu regularnej „auto-penetracji drogi analnej”. Profesor, który recenzował tekst, napisał, że chodzi o „niebywale bogaty i ekscytujący wkład w studia seksualności i kultury”. Podobne pochwały zebrał postulat innej pracy: „Nauczyciele powinni dyskryminować według tożsamości i statusu uczniów, w zależności od ich przywilejów (…), karząc najbardziej uprzywilejowanych poprzez niesłuchanie co mają do powiedzenia, ośmieszanie ich wysiłków, mówienie głośniej niż oni i zmuszanie ich do siedzenia spętanych w łańcuchy”.
Gwoździem tej fanfaronady był artykuł wysłany do Sociology of Race and Ethnicity, w którym autorzy przekonują, że przeprowadzili „krytyczne badanie białości (whiteness) na podstawie białości”. W tym celu spreparowali wywód zawarty w Mein Kampf Adolfa Hitlera wymieniając każde słowo „Żyd” na „biały”. Dodali też niepozorny tytuł „Nasza walka to moja walka”, który miał traktować o „solidarnym feminizmie”. Tekst został zaakceptowany przez Affilia: Journal of Women and Social Work, ale nie zdążył się ukazać przed ujawnieniem mistyfikacji. Tu recenzenci uniwersyteccy pisali o „potężnym wkładzie do literatury na temat mechanizmów wzmacniających poparcie białych dla białej supremacji, oraz procesów poprzez które ludzie mogą osiągnąć wyższe poziomy świadomości społecznej i rasowej”.

 

Szaleństwo tożsamościowe

Sokal chciał zwrócić uwagę, że w naukach społecznych dosłownie byle co może zostać opublikowane pod warunkiem, że będzie zgadzało się z koncepcjami ideowymi wydawców. Trio Boghossian, Lindsay i Pluckrose zauważa, że nic się nie zmieniło. Prace na temat płci, seksualności, tożsamości, czy pochodzenia etnicznego są jego zdaniem „zepsute” w tym sensie, że w tych dziedzinach pewne podejścia ideologiczne wygrały z poszukiwaniem prawdy, co jest celem nauki. Np. gangrena „kultury grief” (żalu) jest przez ich rozumiana jako obsesja przypisywania dyskryminacji, z powodu których cierpią niektóre osoby (z racji ich płci, koloru skóry lub orientacji seksualnej), machinacjom dominującej grupy – białych mężczyzn hetero, najogólniej rzecz biorąc.
Opisują więc rodzaj nowego obskurantyzmu, ideologie, które „odrzucają ideę uniwersalności naukowej i obiektywizmu, oraz narzucają – ze względów moralnych – konieczność akceptacji różnych prawd opartych o tożsamość”. Twierdzą, że ów radykalny relatywizm stał się „autorytarny” na amerykańskich uniwersytetach. „Mamy nadzieję, że da to ludziom, szczególnie tym, którzy wierzą w liberalizm, postęp, nowoczesność i sprawiedliwość społeczną, jasny powód do zwrócenia uwagi na szaleństwo tożsamościowe uniwersyteckiej lewicy i powiedzenia: nie, nie pójdę w tę stronę. Nie mówicie w moim imieniu” – piszą.

 

Wiara i nauka

Czyżby kwestie tożsamościowe zdominowały lewicę podobnie jak prawicę? W pewnych kręgach z pewnością, ale warto pamiętać, że sukces lipnych artykułów naukowych nie dowodzi, że całe pole badań kulturowych jest nonsensem. Krytycy akcji amerykańskiej trójki zwracają uwagę, że choć znaczna część badań postmodernistycznej socjologii jest „bullshitem”, można się zastanawiać, czy zaatakowano coś, co jest jakoś potężne i naprawdę obecne. Afera „Sokala do kwadratu” niesie też ryzyko złego traktowania badaczy, którzy poważnie pracują nad dyskryminacjami. Ponadto nie tylko w Stanach obserwujemy wzrost anty-intelektualizmu, a afera może dać żelazne argumenty tamtejszej alt-prawicy (co się już dzieje).
Póki co, dzieło amerykańskiej trójki ujawnia coraz szerszy problem współczesnej nauki. Owszem, jej artykuły zawierały wyłącznie całkowicie nieprawdopodobne statystyki, twierdzenia nieudowodnione przez dane, tendencyjne analizy jakościowe, podejrzaną etykę i dużo jawnych głupstw, ale prawdę mówiąc podobne zjawiska wcale nie dotyczą jedynie nauk społecznych. Już w 2005 r. John Ioannis udowodnił słabość statystyczną współczesnych publikacji naukowych w pracy „Dlaczego większość rezultatów badań jest fałszywa”. Pięć lat temu Valen Johnson rozszerzył widzenie problemu w „Rewizji standardów dowodu statystycznego”, a Curt Rice, wice-rektor ds. badań Uniwersytetu w Tromso (Norwegia) opublikował bardzo ciekawą analizę „Dlaczego nie powinniście ufać badaniom”. Od 2010 r. Retraction Watch śledzi artykuły naukowe opublikowane, a potem wycofane z powodu nabierania lub rażących błędów. Chodzi tu często o sprawy finansowe… Cóż, ludzka nauka potrafi być czasem niemniej niedoskonała, jak wiara.