Lekcja brexitu

Gdy o północy 20 grudnia, Francja zamknęła granicę z Wielką Brytanią na dojazdach do Kanału La Manche zaczął się Armagedon. Tysiące ciężarówek z psującym się towarem, tłum wściekłych kierowców, złorzeczenia Europejczyków zmuszonych do działań nadzwyczajnych w i tak tłocznym przedświątecznym okresie, gwałtowne poszukiwania sposobu opuszczenia Wysp…

Powodem decyzji o zamknięciu granicy było odkrycie nowego, groźnego szczepu wirusa COVID-19, ale w tle były buksujące od wielu tygodni negocjacje rozwodowe między Unią a Wlk. Brytanią. Nikt tego nie stwierdził na pewno, ale kto wie, czy horror na granicach nie przyspieszył ich końca. Już 24 grudnia Ursula von der Leyen niespodziewanie ogłosiła, że osiągnięto porozumienie w sprawie umowy handlowej. To, co jeszcze kilka godzin wcześniej nie wydawało się możliwe, stało się faktem.
Być może to właśnie horror na granicach uzmysłowił premierowi Johnsonowi, że nie warto bez końca walić pięścią w stół, nie warto grozić i krzyczeć, bo Unia Europejska niezachwianie i wspólnie trwa przy wynegocjowanym już porozumieniu.

Oczywiście na użytek wewnętrzny Johnson ogłosił swój wielki sukces, mówił nawet, że jego kraj odzyskał pełną niezależność gospodarczą i polityczną.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zachowywała spokój i wypowiadała się mniej emocjonalnie za to bardziej merytorycznie. Osiągnięte porozumienie nazwała uczciwym, zrównoważonym i wzajemnie korzystnym:

„Jednolity rynek będzie działał na uczciwych zasadach, jeżeli ktoś nie będzie się do nich stosował spotkają go poważne konsekwencje” – podkreślała.

Tymczasem premier Johnson nie odrywał triumfalnych fanfar od ust: „Odzyskaliśmy kontrolę nad naszym prawem i naszym przeznaczeniem. Nad każdym najmniejszym szczegółem naszych regulacji. Od 1 stycznia będziemy poza unią celną i jednolitym rynkiem. Brytyjskie prawo tworzone będzie tylko przez brytyjski parlament, a interpretowane przez brytyjskie sądy”… Pochylmy się więc przez chwilę nad tym sukcesem brytyjskiego premiera.

Kilka spraw dla przykładu

Traktat brexitowy liczy ok. 1200 stron. Reguluje obrót towarowy i problemy rybołówstwa.

Irlandia Płn. jest traktowana jako wydzielona część.

Nie reguluje sprawy usług – chodzi głównie usługi finansowe, które są ważne.

Nie ma także w porozumieniu sprawy gospodarowania bazą danych.
Nie ma też wzajemnego uznawania certyfikatów zawodowych i tym samym dyplomów.

Jeśli chodzi o obrót towarowy, to ma być wolny, bez ceł.

Co to znaczy zatrzymać ruch na granicy zobaczyliśmy wszyscy w dni przedświąteczne, kiedy tysiące ciężarówek tłoczyły się na prowizorycznych parkingach urządzonych naprędce gdzie się da. Pozostawienie więc w tej kwestii status quo jest oczywiście korzystne dla obu stron, ale tym samym Wlk. Brytania znalazła się w sytuacji, że nadal musi stosować wszystkie standardy przyjęte przez UE! Różnica jest taka, że będąc członkiem Unii miała na nie wpływ, teraz nie ma wpływu na nic. Po prostu musi przyjąć unijne wymagania dotyczące jakości produktów, ich bezpieczeństwa, stosowanych materiałów, zasad określania śladu węglowego itd. Oczywiście może odmówić, ale wtedy nie będzie miała dostępu do rynku UE.

To nie wszystko – gdy bowiem zastosuje się do wymagań, będzie podlegała okresowej kontroli, czy jej produkty, które chce sprzedać na rynku unijnym, są zgodne z normami europejskimi i będzie musiała dostosowywać się do zmian, jeśli instytucje europejskie tak uznają.

Np. gdy Europejska Agencja Leków uzna, że jakiś brytyjski specyfik jest niezgodny z normami Unii, to on automatycznie nie będzie eksportowany na obszar UE. Tak samo w każdym innym przypadku – również w przypadku artykułów rolnych.

Sprawy rybołówstwa nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte, problem rozwiązano na najbliższe pięć lat – dostęp UE do łowisk brytyjskich i z wzajemnością, w proporcjach korzystnych dla Wlk. Brytanii, ale nie na tyle, ile rząd brytyjski obiecywał swoim rybakom, gdyż Unia także zadbała o interesy swoich.

Kolejny punkt zapalny: Irlandia Płn. Nie zostaje ona w Europejskiej Strefie Gospodarczej bezpośrednio. Natomiast granica zewnętrzna Irlandii Płn. będąca jednocześnie granicą wewnętrzną między Zjednoczonym Królestwem, a Irlandią, będzie poddana procedurze odpraw i sprawdzenia wspólnotowego. Czyli niejako część Wlk. Brytanii będzie względnie wydzielona z jednolitego brytyjskiego obszaru gospodarczego. Irlandii Płn. gospodarczo będzie bliżej do Irlandii, a więc do UE, niż do Zjednoczonego Królestwa. Skoro więc premier Johnson tak mocno podkreśla odzyskanie pełnej suwerenności gospodarczej i politycznej, to rozwiązanie dotyczące Irlandii Płn. i Irlandii zdaje się temu przeczyć, a przynajmniej pozbawia te zapewnienia wiarygodności. Część terytorium Wlk. Brytanii jest bowiem wydzielona jako strefa odmienna od pozostałej. To nie musi, ale może oznaczać erozję zwartości terytorialnej państwa, zważywszy, że Szkocja rozważa możliwości pozostanie w UE mimo brexitu.

W tej sytuacji nawet w ocenie eurosceptyków i zdeklarowanych zwolenników brexitu panuje uczucie zawodu. W społeczeństwie zresztą także. Oczekiwano więcej, bo zdecydowanie więcej ludziom obiecywano. Przywileje miały zostać, a obowiązki miały przestać obowiązywać. Tymczasem Brytyjczycy muszą jednak obowiązki przyjąć, muszą dostosować się do tego, co UE będzie postanawiać – tak jak Szwajcaria, czy Norwegia.

Kolejny zarzut padający już wewnątrz Wlk. Brytanii, dotyczy chaosu. Zjednoczone Królestwo nie przygotowało się do tak szybkiego zastosowania tej umowy, tak jakby 1 stycznia 2021 roku, czyli dzień wyjścia z Unii, był jakimś zaskoczeniem. W rezultacie Izba Gmin musiała zaakceptować tę umowę na ostatnią chwilę, natomiast PE zajmie się nią w styczniu i zapewne nie będzie się nadmiernie śpieszył. Nie ma wątpliwości, że Unia uzyskała w tej grze przewagę. Johnson wyraźnie przelicytował. Unia oczywiście zaakceptuje umowę, ale czego jeszcze Wlk. Brytania będzie musiała wysłuchać w debacie nad umową, tego jej nikt nie odbierze. Dla dumnego Albionu, to nie będą miłe godziny.

Życie po życiu

Mniejsza jednak o dumę, brexitowi towarzyszą same złe przewidywania. Oblicza się na przykład, że brytyjski PKB spadnie o co najmniej 4 proc. – prawdopodobnie więcej (Covid gnębi także unijną gospodarkę) niż gdyby zostali.

Kolejne rozczarowanie – Brytyjczycy spodziewali się, że umowy handlowe ze Stanami, Japonią, Azją Południowo-Wschodnią, będą rekompensowały straty wynikając z zerwania z UE. Otóż nie rekompensują! Umowy są przygotowane, zawarte, i towarzyszy im uczucie sporego niedosytu. Te regiony i państwa wolą mieć dobre stosunki z UE i spełniać kryteria umożliwiające handel z Unią, niż wbrew UE preferować Wlk. Brytanię.
Co więcej – wyjście z Unii oznacza kolejny krok na drodze kurczenia się potęgi i znaczenia Zjednoczonego Królestwa. Imperium, w którym „słońce nie zachodziło” nigdy nie miało stałych sojuszników, miało zaś stałe interesy. Teraz okazuje się, że sojuszników w dalszym ciągu nie ma, a interesy trzeba radykalnie przewartościować, bo Brytyjczycy na własne życzenie wypadają z wielkiej wspólnoty, która jest graczem globalnym, nie zbliżając się jednocześnie do żadnego wielkiego mocarstwa. Trump, który zachęcał ich, żeby wystąpili z UE, nie zrekompensował im tego. Poza wszystkim trudno jest znaleźć strategicznego sojusznika politycznego, który wespół z premierem Johnsonem i jego rządem chciałby walczyć przeciwko UE. Nawet w USA. Zresztą wygrana Joe Bidena oraz sygnały płynące z jego obozu świadczą, że i dla nowego prezydenta USA ważniejszym partnerem będzie jednak Unia Europejska niż Zjednoczone Królestwo. Jakby nie patrzeć Zjednoczone Królestwo powoli wypada z głównego nurtu światowej polityki.

Unia jest po rozwodzie z Wlk. Brytanią, ale to ona narzuca warunki dalszego współistnienia. Zresztą Unii wyraźnie spadł kamień z serca, gdyż wyprowadzka Brytyjczyków oznacza, że na pewno wprowadzimy w życie Fundusz Odbudowy po koronawirusie. Gdybyśmy w dalszym ciągu mieli u szyi Wlk. Brytanię, prawdopodobnie nie byłoby to takie pewne, a nawet byłoby bardzo niepewne. Polskę i Węgry, które do pewnego momentu groziły wetem, prawdopodobnie udałoby się ominąć, ale z Wlk. Brytanią nie byłoby to już takie łatwe.

Brytyjczycy będą zresztą wykluczeni nie tylko z tego Funduszu. Nie będą już uczestniczyli w takich programach jak Galileo, Erasmus, czy Horyzont 2020, czyli nowoczesność, wspólne badania, rozwój, wymiana młodzieży, studia na dowolnym europejskim uniwersytecie.

Polacy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Portugalczycy mogą sobie uniwersytety wybierać w całej Unii. Mogą też w Wlk. Brytanii, tyle, że po powrocie brytyjskie dyplomy będą musieli na kontynencie nostryfikować… Ich dyplom będzie ważny tylko na terenie Wlk. Brytanii i krajów z nią stowarzyszonych.

Unia na pewno będzie się starała zachowywać w nowej sytuacji adekwatnie do zachowań brytyjskich. Pracownicy brytyjscy, którzy byli zatrudnieni w instytucjach europejskich będą mogli nadal pracować, o ile pracownicy z krajów UE będą mogli pracować na terenie Wlk. Brytanii. Na razie znacząca część Brytyjczyków pracujących i osiedlonych w krajach UE, poprosiła o obywatelstwo kraju, w którym żyją i pracują.

Co ciekawe jednym ze starających się o obywatelstwo kraju unijnego – w tym przypadku francuskie, jest ojciec premiera Wlk. Brytanii.

Jedno wiadomo na pewno – wszyscy będziemy musieli uczyć się nowej sytuacji. Co warto podkreślać, dzięki jednolitej i solidarnej postawie wszystkich 27 krajów UE, w tym Polski, Unia zachowała zwartość i siłę. Siłę niezbędną do utrzymania europejskiej wspólnoty i jednocześnie suwerenności każdego z członków Unii. Unia jest bowiem najlepszą gwarancją suwerenności narodowej każdego ze swych członków. Dla mniejszych krajów, których globalizacja raczej wcześniej niż później musiałby zmarginalizować, jest jedyną obecnie szansą na zachowanie w silnej wspólnocie swych cech i walorów narodowych. Ale nie musimy tego przekonania okazywać Anglikom na każdym kroku, oni sami to wiedzą. A do tych, którzy jeszcze nie wiedzą, będzie to docierało stopniowo.

Rząd Islandii zakazał nawet sportu

Fala zakażeń koronawirusem znowu wzbiera i coraz więcej krajów decyduje się na wprowadzenie coraz liczniejszych obostrzeń epidemicznych. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ogłosił w kraju lockdown od 5 listopada do 2 grudnia, ale wyłączył z niego profesjonalne zawody sportowe, w tym zwłaszcza piłkarskie ligi. Władze Islandii nie były tak tolerancyjne i całkowicie zakazały uprawiania sportu na czas lockdownu.

A warto wiedzieć, że Islandia jest zdecydowanie mniej dotknięta skutkami pandemii nie tylko od Wielkiej Brytanii, ale też od większości krajów, w tym także Polski. Średnia nowych zakażeń na tej wyspie z ostatnich dwóch tygodni wynosi 213 na 100 tysięcy ludzi. W sumie w całym kraju z powodu Covid-19 zmarło do tej pory tylko 13 osób, a zakażenie stwierdzono u 4797 osób, co daje Islandii 43. miejsce na świecie. A pod względem śmiertelności nawet 115. Służby sanitarne Islandii przeprowadzono dotąd ponad 350 tysięcy testów na obecność Covid-19, więcej niż liczy mieszkańców. Pod tym względem znajduje się na 8. miejscu na świecie. Mimo to tamtejsze władze zdecydowały się na wprowadzenie nowych ograniczeń, które weszły w życie w minioną sobotę. Między innymi nakazano odwołać wszystkie imprezy sportowe, zamknięto pływalnie, kluby fitness, puby, kluby taneczne oraz kina, a restauracje mogą być czynne jedynie do 21:00. Na razie te nakazy mają obowiązywać Boris Johnson, do 17 listopada.
W tej sytuacji rozgrywki ligowe oraz w krajowym pucharze, które na Islandii toczą się w systemie wiosna-jesień, federacja piłkarska tego kraju postanowiła zakończyć i jako ostateczne uznać miejsca zajmowane aktualnie w tabeli. Tym sposobem na cztery kolejki przed zakończeniem, sezonu mistrzem został Valur Reykjavik przed FH Hafnarfjordur, Breidablik i Stjarnan Garoabear.
Podczas mającego w minioną sobotę wystąpienia premier Wielkiej Brytanii Brois Johnson poinformował, że Anglia od 5 listopada na cztery tygodnie zostanie objęta całkowitym lockdownem. Łączna liczba zakażonych w Anglii z końcem października przekroczyła milion osób. Mimo to rozgrywki piłkarskie w czterech profesjonalnych ligach zostaną zawieszone. Przypomnijmy, że w marcu po ogłoszeniu pandemii koronawirusa wszystkie rozgrywki sportowe w Anglii, z Premier League włącznie, zostały wstrzymane aż do połowy czerwca.

Brexit i lewica

Brexitowy kryzys w Wielkiej Brytanii wszedł w nową, spektakularnie wybuchową fazę. Rząd premiera Borisa Johnsona jest w stanie kompletnego chaosu.

Jego próby odzyskania kontroli nad sytuacją, w tym poprzez rozwiązanie parlamentu, jak dotąd nie powiodły się. Pierwszy tydzień Johnsona w parlamencie związany był z utratą przez niego aż sześciu głosów parlamentarnych w ciągu sześciu dni, oraz przeprowadzeniem przez dwóch prób zwołania wyborów powszechnych. Był to również tydzień, w którym cienka nić łącząca zwaśnione frakcje Partii Torysów, wreszcie się zerwała. Dwudziestu jeden konserwatywnych deputowanych zostało wyrzuconych z partii. W Izbie Gmin wybuchł kompletny chaos, i to w momencie, gdy przeprowadzano archaiczne rytuały związane z zawieszeniem Parlamentu.
Ale o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek akrobacje deputowanych były działania tysięcy pracowniczek oraz pracowników oraz młodych ludzi, którzy wzięli udział w protestach przeciwko tak zwanemu „zamachowi Borysa”. W tygodniu, w którym ogłoszono zawieszenie parlamentu, w demonstracjach wzięło udział do 100 tys. osób. Podczas gdy demonstracje nieuchronnie odzwierciedlają zamieszanie wokół kwestii Brexitu, protesty te stanowiły niewielki ujście dla ogromnej stłumionej złości, która kipi w społeczeństwie. Wskazuje to na ogromny potencjał mobilizacyjny ludzi pochodzących z klasy robotniczej przeciwko rządom Torysów, przeciwko kontynuacji polityki cięć i oszczędności.
Pod koniec września Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa podjął decyzję o uchyleniu zawieszenia parlamentu, które uznał za „niezgodne z prawem”. Chociaż z pewnością była to porażka Johnsona, nie doprowadziła ona jednak do jasności co do sposobu rozwiązania kryzysu brexitowego. Polityczna implozja, która miała miejsce we wrześniu, szykowała się od dawna.
Trzy lata żeglowania po burzliwych wodach
W czerwcu 2016 r. większość Brytyjczyków i Brytyjek głosowała w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej, rozpoczynając w ten sposób w polityce brytyjskiej erę niepewności. Trzy lata później kryzys i marazm, w którym znajduje się brytyjski kapitalizm, nadal się pogłębiają.
Zaledwie kilka godzin dzieliło liczenie głosów oddanych w referendum w 2016 r. i rezygnację ówczesnego premiera Torysów Davida Camerona. Jego następczyni, Theresa May, która ostatecznie nie sprostała poważnemu wyzwaniu narzuconemu jej przez poprzednika, była niemal jednogłośnym wyborem kapitalistycznego establishmentu. Była wybrana jako „bezpieczna parą rąk” – ufano, że jej priorytetem w tych niezwykle niepewnych czasach będą interesy wielkiego kapitału. Powierzono jej zadanie wręcz historyczne – przeprowadzenia „Brexitu tylko z nazwy”, łagodzenia i minimalizowania szkód wyrządzonych brytyjskiej klasie kapitalistów przez wygraną opcji Leave. W praktyce oznaczało to zawarcie umowy, która utrzymałaby co najmniej bliskie stosunki z Jednolitym Rynkiem i Unią Celną UE, przy jednoczesnym poszanowaniu wyniku referendum w sensie formalnym. Nie udało jej się. Bezsilna May odeszła z urzędu, nie dlatego, by jej samej brakowało energii, lecz dlatego, że cała sytuacja UK to efekt globalnego kryzysu w połączeniu z upadkiem dotychczasowego modelu brytyjskiego kapitalizmu.
Kiedyś znana jako warsztat świata, Wielka Brytania ma teraz niższy poziom wydajności niż zubożała Grecja. Zamiast inwestować w rozwój nowej technologii, brytyjscy kapitaliści, w celu utrzymania rentowności gospodarki, polegają raczej na niskich zarobkach. Dziesięć lat po kryzysie w 2008 r., w warunkach kompletnej stagnacji na polu jakości życia mieszkańców i mieszkanek, Wielka Brytania ponownie zmierza w kierunku recesji, przy ujemnym wzroście odnotowanym w pierwszym kwartale 2019 r. To właśnie ten gospodarczy marazm był przyczyną pierwotnej porażki poniesionej przez establishment w referendum. Kapitalistyczne media najczęściej twierdzą, że o wyniku referendum przesądziła kwestia migrantów. Ale chociaż kapitalistyczni politycy po obu stronach debaty stosowali antyimigrancką, a w niektórych przypadkach otwarcie rasistowską retorykę, to nie rasizm najbardziej skłaniał do popierania opcji „Leave”. W rzeczywistości głosowanie na Brexit było wyrazem buntu – ślepego, nieukierunkowanego – przede wszystkim wyborców z klasy robotniczej, przeciwko dekadom oszczędności, deindustrializacji, zrujnowaniu usług publicznych, prywatyzacji, cięciom świadczeń socjalnych.
Opcję „Leave” wybrało prawie dwie trzecie nisko opłacanych pracowników. Gdy w sondażach pytano o motywację, tylko jedna trzecia zwolenników Brexitu wymieniła kwestię imigracji jako główny powód. Zdecydowanie najczęściej wskazywanym czynnikiem – podanym przez prawie 50 proc. – była kwestia kontroli demokratycznej, chęć podmiotowego wypowiedzenia się na temat decyzji, które mają wpływ na nasze życie. Co to oznacza, jeśli nie uznanie, że społeczeństwo, w którym żyjemy, jest „sfabrykowane” na korzyść super-bogatych, a ludzie z klasy robotniczej nie mają prawdziwego głosu w sposobie zarządzania naszym społeczeństwem? Do tego brytyjscy robotnicy najwyraźniej niejasno, ale jednak słusznie wyczuwali, że Unia Europejska odgrywa rolę w tym „fabrykowaniu” – że jest nieodłączną częścią i zarazem instrumentem tego establishmentu. Równocześnie należy zauważyć, że wobec słabości ruchu robotniczego, który mógłby jasno wskazać, jak ma się Unia Europejska do socjalizmu, wielu ludzi z klasy robotniczej, jak i ludzi młodych poparło opcję Remain – odrzuciła ich imperialistyczna bigoteria Johnsona i Farage’a. Ten instynktowny internacjonalizm wielu robotników i młodzieży nie ma nic wspólnego z neoliberalnym kapitalistycznym projektem, jakim jest UE, ani z zachętami przywódców Torysów podczas oficjalnej kampanii na rzecz Remain. Oni sami stosowali retorykę antyimigrancką.
Do tego w ostatnich latach trwa proces rozkładu Partii Konserwatywnej, dramatycznie przyspieszony po wyborze Borisa Johnsona na przewodniczącego partii. Partia Konserwatywna jest najstarszą i pod wieloma względami odnoszącą największe sukcesy partią prokapitalistyczną na świecie. Jej rozpad, zwłaszcza w tym samym czasie, kiedy lewicowy Jeremy Corbyn kieruje Partią Pracy, pozostawia klasę rządzącą bez jakiejkolwiek wiarygodnej i stabilnej formy reprezentacji politycznej. Klasa kapitalistyczna – a ta w przeważającej mierze popiera pozostanie Wielkiej Brytanii w UE – obecnie nie jest w stanie zagwarantować, że nie dojdzie do katastrofy, czyli Brexitu bez umowy.
Wybory powszechne na horyzoncie!
W normalnych okolicznościach wybory powszechne byłyby „drogą wyjścia” z takiego impasu. Kapitaliści nie mają jednak poważnej reprezentacji politycznej, a więc zwykłe wyjście z sytuacji okazuje się bardzo ryzykowne. Z jednej strony istnieje bowiem szansa, że wybory parlamentarne zapewnią Johnsonowi większość, z drugiej – że nowo utworzona prawicowa i zarazem niezwykle populistyczna partia Brexit stanie się znaczącą siłą parlamentarną. Kolejnym scenariuszem – z którym kapitalistyczna klasa bawi niczym z zapaloną paczką zapałek – jest możliwość dojścia Jeremy’ego Corbyna do władzy.
Corbyn został wybrany na lidera Partii Pracy w 2015 r. wskutek ogromnego zrywu klasy robotniczej i młodych ludzi, którzy chcieli, by głos polityki antyoszczędnościowej wybrzmiał w końcu w mainstreamie. Ale stoi na czele partii, która w parlamencie, w samorządach lokalnych, we własnym aparacie pozostała całkowicie zdominowana przez neoliberałów powiązanych z byłym liderem partii Tony Blairem. Pod jego przewodnictwem partia wyrzekła się przywiązania do socjalizmu, upodobniła się do amerykańskich Demokratów. Chociaż socjalista kieruje już partią przez cztery lata, a dziesiątki tysięcy jego zwolenników go wspiera, Corbyn nie zmobilizował ich, aby przeprowadzić ofensywną kampanię mającą na celu przejęcie pełnej kontroli nad partią z rąk neoliberałów.
Właśnie dlatego niektóre kapitalistyczne kręgi zastanawiają się teraz, czy warto zgodzić się na rząd kierowany przez Corbyna, jeśli byłby odpowiednio ograniczony poprzez obecność piątej kolumny blairystów, która ciągle dominuje w sekcji parlamentarnej Labour. Otwarcie już mówi się o potencjalnych zaletach premiera Corbyna w mediach kapitalistycznych, nawet jeśli dla liberałów to zabawa z żywym ogniem. Powstanie takiego rządu mogłaby wzbudzić ogromne oczekiwania wśród pracowników i młodych ludzi, apetyt na bardziej dalekosiężne zmiany w kierunku socjalistycznym. Taki zryw nastąpił już podczas wyborów powszechnych w 2017 r., kiedy Corbyn poprowadził swoją kampanię na fundamencie programu odważnych propracowniczych reform. W efekcie wynik Partii Pracy był znacznie wyższy, niż ktokolwiek się spodziewał. Problem, z lewicowego punktu widzenia, leży jednak w tym, że i Corbyn nie zawsze gwarantował klasowe, niezależne podejście do kwestii relacji Wielkiej Brytanii z UE. Porzucając swoją wieloletnią pozycję sprzeciwu wobec UE jako neoliberalnego klubu szefów, Corbyn nie przyjął za swoją „miękkiej linii Remain”, przyczyniając się tym samym do rozwoju sprzecznej i pod wieloma względami fałszywej polaryzacji, która obecnie istnieje w kwestii Brexitu. Niepowodzenie ruchu robotniczego, który nie odcisnął piętna na tej kwestii, otworzyło drzwi rasistowskiej i ksenofobicznej prawicy.
Johnson spędził całe lato na poszukiwaniu wyborczej bazy dla siebie, w obliczu pojawienia się prawicowo-populistycznej siły w postaci partii Brexit Nigela Farage’a, która w maju „weszła z kopa” do mainstreamu w wyborach europejskich, zdobywając prawie jedną trzecią głosów. Próbując zneutralizować to poważne zagrożenie wyborcze dla torysów, Johnson przyjął w tym celu sztywną datę wycofania się Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej 31 października – z układem lub bez. Zostało to połączone z serią obietnic dotyczących zwiększenia wydatków publicznych, mających na celu stworzenie wrażenia, że nowy rząd odejdzie od polityki oszczędności.
Co oznaczałby Brexit bez umowy?
Johnson przedstawia się jako twardy zwolennik Brexitu, ale jasne jest, że wolałby zawrzeć jakąś formę porozumienia z Unią Europejską. Ale żeby był w stanie uzasadnić taką umowę własnej bazie politycznej, musiałby to być taki deal, który obejmowałby znaczne ustępstwa, szczególnie w odniesieniu do wyjątkowo drażliwej kwestii „irlandzkiego zabezpieczenia” na granicy pomiędzy Irlandią, częścią UE, a Irlandią Północną. Porozumienie z Wielkiego Piątku z roku 1997 zakończyło okres, w którym Irlandzka Armia Republikańska walczyła z bronią w ręku o to, by zmusić państwo brytyjskie do zrzeczenia się kontroli nad Irlandią Północną. Część porozumienia wielkopiątkowego dotyczyła wycofania wojsk brytyjskich z ulic i patrolowania granic podczas procesu rozbrajania IRA.
Ale porozumienie wielkopiątkowe powołało również Zgromadzenie i Zarząd Irlandii Północnej, które umocniły podział wyznaniowy w Irlandii Północnej. Dziś Sinn Fein, dawne skrzydło polityczne IRA, dominuje we wspólnocie katolickiej, podczas gdy twarda Partia Demokratyczno-Unionistyczna dominuje we wspólnocie protestanckiej. Ten podstawowy podział na północy faktycznie umocnił się w ciągu ostatnich 20 lat. W wyniku tej polaryzacji instytucje utworzone na mocy Porozumienia przestały funkcjonować. Jeśli Brexit ustanowi twardą granicę między Irlandią Północną i Irlandią, spotka się to z masową opozycją ze strony ludności katolickiej i może nawet doprowadzić do nowego wybuchu niepokojów. Z kolei alternatywa, utworzenie granicy między całą wyspą a Wielką Brytanią przez Morze Irlandzkie doprowadziłaby do silnego sprzeciwu protestantów, którzy postrzegaliby ją jako część dryfu w kierunku zjednoczonej Irlandii.
Z punktu widzenia UE, jeśli Wielka Brytania znajdzie się poza jednolitym rynkiem lub unią celną bez porozumienia, pewna forma granicy jest konieczna. Socjaliści zdecydowanie sprzeciwiają się zaostrzaniu granicy w Irlandii lub tworzeniu nowej na Morzu Irlandzkim. Z punktu widzenia Johnsona zaakceptowanie proponowanego „mechanizmu ochronnego”, który zasadniczo utrzymywałby Wielką Brytanię w Unii Celnej na czas nieokreślony i który uniemożliwiłby negocjacje w sprawie nowych umów handlowych, byłby ogromną porażką. Co więcej, otworzyłoby to drzwi liderowi Partii Brexit Nigelowi Farage’owi, który przedstawiłby go jako zdrajcę narodu w nadchodzących wyborach. Najnowsza propozycja Johnsona dotycząca sposobu wyrównywania tej kwadratury koła wydaje się martwa po rozmowach z rządem irlandzkim i UE. Strategia Farage’a – prosta i skuteczna – polega na wezwaniu do „czystego zerwania”, co jest innym sposobem na odmowę zawarcia umowy. On i jego akolici łączą to z ideą odrodzenia brytyjskiego przemysłu i powrotu dobrze płatnych, wykwalifikowanych miejsc pracy do obszarów kraju, które zostały zniszczone przez ponad trzydzieści lat neoliberalizmu. Takie podejście łączy się ze świadomą próbą wzmocnienia nastrojów antyimigranckich i rasistowskich.
Wobec ogólnej niepewności w kwestii Brexitu, a zwłaszcza braku konsensusu co do niego wśród klasy robotniczej, może okazać się, że kapitalistyczny establishment spróbuje odkręcić wynik referendum z 2016 r. Niedawna ankieta ComRes wykazała, że ​​38 proc. głosujących opowiedziałoby się za wyjściem bez porozumienia 31 października, jeśli to porozumienie nie zostanie osiągnięte wcześniej. Pogląd ten staje się coraz bardziej popularny nie tylko w elektoracie Torysów, ale także Labour – zwłaszcza w wielu sekcjach partyjnych z północnej części kraju, typowo robotniczych, głosujących w większości za wyjściem z UE. Zagrożenie ze strony Farage’a zmusiło Johnsona do udawania coraz twardszej linii negocjacji w rozmowach z UE, co pozostawia mu niewiele pola manewru. Johnson miał nadzieję, że rozwiązując parlament, będzie mógł kupić sobie czas na poszukiwania nowej umowy z UE. Pomimo porażki Johnsona spowodowanej orzeczeniem Sądu Najwyższego, jego podstawowa strategia wydaje się niezmienna. Niemniej jednak okazało się teraz, że może on zostać zmuszony do złożenia wniosku o przedłużenie terminu, a jeśli odmówi, może zostać skazany na więzienie za sprzeciw wobec woli parlamentu. Grożąc wyjściem bez porozumienia, postawił swoje własne ambicje i wąskie interesy wyborcze ponad interesami klasy kapitalistycznej.
Fakt, wizje ekonomicznego Armagedonu w przypadku Brexitu bez porozumienia zawierają mocny element „projekcji strachu”. Ale nie są tylko czystą fantazją. Gdyby w porcie Dover znowu pojawiła się odprawa celna dla ciężarówek z Europy, dwuminutowe opóźnienie odjazdu każdego samochodu może spowodować wydłużenie się kolejki o ponad siedemnaście mil! Zamykanie fabryk i idąca za tym utrata miejsc pracy na podstawie zakłóceń w łańcuchach dostaw również nie jest zupełnie wykluczone. Z drugiej strony ​​wiele firm, które grożą redukcją miejsc pracy w związku z Brexitem, w wielu przypadkach i tak je planowało, a teraz tylko przerzuca winę za kłopoty gospodarcze na robotników głosujących za Brexitem. Relokacje miejsc pracy są równie kosztowne i wymagają czasu. Bardziej ekstremalne wizje ekonomicznej katastrofy związane z potencjalnym masowym odpływem firm z Wielkiej Brytanii niemal z dnia na dzień są przesadzone. Lewicowy rząd mógłby interweniować, aby zapobiec zamykaniu i utracie miejsc pracy – gdyby był przygotowany na przejęcie firm grożących takim manewrem, na przykład poprzez nacjonalizację, gwarantując miejsca pracy i jej dobre warunki. I tutaj wracamy do punktu wyjścia: potrzeby niezależnego, propracowniczego podejścia do kwestii Brexitu. Czy Corbyn taki program posiada?
Polityczna roszada
Brytyjski establishment stara się odzyskać pozory kontroli nad sytuacją, w którą sam się wpędził. W szczególności chce wykorzystać parlamentarną większość euroentuzjastów, prokapitalistycznych deputowanych ze wszystkich głównych partii politycznych, którzy tylko czekają na to, by związać ręce Johnsona. W połączeniu z erozją Partii Konserwatywnej i faktyczną wojną domową w Partii Pracy, „koalicja euroentuzjastów”, która rozwinęła się w parlamencie w ostatnich tygodniach, mocno wskazuje na możliwość szerszej reorganizacji politycznej. Kampania parlamentarna mająca na celu powstrzymanie wyniku braku porozumienia z UE doprowadziła do przyjęcia projektu ustawy, która wymaga od Johnsona ubiegania się o przedłużenie artykułu 50 (opóźnienie Brexitu), jeżeli nie uda mu się osiągnąć porozumienia przed 31 października. Parlamentarny bunt spowodował również, że posłowie zablokowali, dwukrotnie, próby zwołania wyborów powszechnych przez Johnsona. Gdy jego większość parlamentarna spadła – z plus 1 do minus 43 – nie ma sposobu, aby nadal mógł on rządzić bez nowych wyborów.
Tymczasem Corbyn brał udział w ponadpartyjnej próbie podejścia do zatrzymania Brexitu bez porozumienia i zachęcał posłów Partii Pracy do blokowania wyborów powszechnych za każdym razem, gdy były poddawane pod głosowanie. Strategia to ryzykowna, a biorąc pod uwagę, że jesienne wybory parlamentarne są nadal w dużej mierze prawdopodobne, skuteczne opieranie się przez Corbyna presji – nie tylko w kwestii Brexitu – ma znaczenie kluczowe. Sam fakt, że lider Labour nie sprzeciwi się wyborom generalnym Johnsona, gdyż dzięki nim premier mógłby zachować kontrolę nad procesem Brexitu, nie jest jeszcze katastrofą – ale już brak przejęcia inicjatywy przez lidera Partii Pracy w tej sprawie doprowadził do tego, że jest on jedynie częścią grupy opowiadającej się za pozostaniem w UE, bez forsowania własnej, wyrazistej narracji. Oczywiście istnieje możliwość wywołania przez Corbyna – czy raczej wokół jego osoby – nowego społecznego zrywu, potencjał buntu przeciwko wieloletniej polityce cięć Torysów, a zwłaszcza przeciwko bigoterii i reakcyjności Johnsona jest ogromny. Ale ograniczenie się przez Corbyna do udziału w jakiejś formie „tęczowego sojuszu na rzecz Remain” skończy się katastrofą.
Właśnie dlatego Corbyn musi spędzić następne tygodnie, rozmawiając bezpośrednio z ludźmi z klasy robotniczej. Musi w jasny sposób nakreślić niezależne, klasowe podejście do wszystkich głównych problemów stojących przed brytyjskim społeczeństwem. Warto, by zaczął od wezwania związków zawodowych, aktywistów klimatycznych i wszystkich cierpiących z powodu polityki oszczędności, do wyjścia na ulice w masowych protestach przeciwko rządowi Johnsona.
Socjalistyczna droga
W kwestii Brexitu Corbyn może zaoferować zarazem jasność i jedność. Na początku Corbyn musi wyjaśnić, że kierowany przez niego rząd działałby w celu zagwarantowania miejsc pracy i ochrony standardów życia, bez względu na wynik procesu Brexitowego. W szczególności oznacza to zobowiązanie się do przeniesienia jakiejkolwiek spółki grożącej zamknięciem lub zwolnieniem z pracy na własność publiczną, z rekompensatą wypłacaną akcjonariuszom.
Podejście Corbyna powinno obejmować walkę o ponowne otwarcie negocjacji na zupełnie innych zasadach – ustanawiając jako nieprzekraczalne granice nie interesy wielkiego biznesu, ale pracowników, młodych ludzi i emerytów. Oznacza to sprzeciwianie się wszystkim traktatom i porozumieniom, które w praktyce zachęcały do ściągania jak najniżej płac lub które stanowiłyby przeszkody dla prowadzenia lewicowej propracowniczej polityki. Do tego Partia Pracy winna przeciwstawiać się rasizmowi i atakom na imigrantów oraz zamiarom wytyczania nowych granic z Irlandią Północną. Oznacza to też przyjęcie wyraźnie internacjonalistycznego podejścia – apelowanie ponad gadającymi głowami prokapitalistycznych negocjatorów UE do pracowników i aktywistów z krajów europejskich, z których wielu jest już zaangażowanych w walkę z neoliberalną polityką cięć. Krótko mówiąc, oznacza to postawienie pytania o nową współpracę narodów Europy – możliwą tylko w oparciu o rozwiązania socjalistyczne. Czy takie podejście zyskałoby wsparcie brytyjskich pracowników? Nie mam ku temu wątpliwości, zwłaszcza gdyby Corbyn mówił równocześnie o podniesieniu zarobków, inwestycji w publiczną oświatę i zakończeniu polityki cięć.
Inna sprawa – wygranie wyborów to dopiero pierwsze z całej serii poważnych wyzwań, przed którymi stoi Partia Pracy. Gdyby faktycznie to on tworzył nowy rząd, od razu stałby się celem wściekłego ataku neoliberałów. Dlatego konieczne jest wykorzystanie następnych pięciu tygodni, a także przyszłej kampanii wyborczej, aby przygotować się na to, co może nadejść. W obliczu bezpośredniego sabotażu ekonomicznego lub natychmiastowego, chaotycznego Brexitu, Corbyn musiałby podjąć szybkie środki w celu obrony interesów ludzi pracujących i klasy średniej. Oznaczałoby to przygotowanie się do przejęcia kontroli nad kluczowymi dźwigniami siły gospodarczej w społeczeństwie – począwszy od banków i wielkich monopoli, które obecnie dominują w gospodarce, by zasoby mogły być wykorzystywane z pożytkiem dla ludzi i planety. Tego zaś Corbyn nie osiągnie, jeśli nie zerwie z przedstawicielami kapitalizmu, którzy obecnie zasiadają w jego frakcji w Izbie Gmin. Musiałby polegać nie na Parlamencie wypełnionym prokapitalistycznymi parlamentarzystami, ale na masach pracowników, którzy zmobilizowani i zorganizowani stanowią najważniejszą siłę potrzebną do niezbędnej zmiany brytyjskiego społeczeństwa.

Tłum Wojciech Łobodziński (STRAJK.EU)

Nielegalne zawieszenie

Brytyjski Sąd Najwyższy uznał, że premier Boris Johnson zawieszając parlament dopuścił się złamania prawa i wprowadził królową w błąd. W brytyjskich realiach dyskwalifikuje go to jako polityka.

Jedenastu sędziów było w tej sprawie jednomyślnych. „Sąd zmuszony jest dojść do wniosku, iż decyzja premiera, aby doradzić królowej zawieszenie parlamentu była nielegalna. Jej efektem było bowiem utrudnienie lub powstrzymanie parlamentu przed wykonywaniem swych konstytucyjnych funkcji bez rozsądnego uzasadnienia” – powiedziała przewodnicząca sądu Lady Brenda Hale. Sędzia wyjaśniła, że zgodnie z orzeczeniem parlament w istocie wcale nie został zawieszony, gdyż wniosek o zawieszenie parlamentu z którym premier zwrócił się do królowej był nieważny i pozbawiony skutków prawnych. „Równie dobrze mogła to być pusta kartka papieru” – dodała.
Jakie będą konsekwencje werdyktu sędzia nie wyjaśniła, stwierdzając, że odpowiedź na to pytanie nie należy do kompetencji sądu. Ale że będą one poważne, nie ulega wątpliwości. Liderzy opozycji wezwali Borisa Johnsona do złożenia rezygnacji z funkcji premiera. Parlament zatem zbiera się dziś i dziś mogą już zapaść w kluczowych sprawach rozstrzygnięcia, jakie one będą – trudno przewidzieć, bo poza wezwaniem Johnsona do ustąpienia wypowiedzi polityków są dość niekonkretne co do tego, jak wyobrażają sobie dalszy kierunek.
Wskutek okołobrexitowej rozgrywki dążący ewidentnie do bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – bo jego działania mające robić wrażenie podejmowania prób wznowienia negocjacji wokół sprawy tzw. „bezpiecznika” należy uznać za pozorowane – Boris Johnson stracił większość w Izbie Gmin i w starciach z parlamentarzystami poniósł szereg porażek, z których zasadniczą było przyjęcie ustawy uniemożliwiającej „twardy” brexit 31 października i przymuszającej go o zwrócenie się do UE o przesunięcie terminu, gdyby do 19 października nie wynegocjonowano nowej umowy. W takiej sytuacji Johnson faktycznie nie ma chyba już żadnej możliwości ruchu i trudno sobie wyobrazić jego dalsze funkcjonowanie jako szefa rządu. Boris Johnson przebywa tymczasem w Nowym Jorku na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych. Jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu zapowiadał, że nawet w przypadku przegranej nie zamierza rezygnować.
Co się stanie – zależy w dużej mierze od stanowiska opozycji, ale podziały wobec kwestii brexitu przebiegają w poprzek podziałów partyjnych. Zakończony dopiero co kongres najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy udzielił w tej sprawie poparcia neutralnemu stanowisku zajmowanemu przez jej lidera – Jeremy’ego Corbyna. Nie zapominajmy wszakże, że stało się to jeszcze przed orzeczeniem sądu, które stwarza zupełnie nową sytuację. Choć w brytyjskiej polityce panuje obecnie zupełnie bezprecedensowy chaos, należy zwrócić uwagę, że werdykt Sądu Najwyższego, przełamujący wzajemne blokowanie swoich działań przez rząd i parlament, pomimo wszystko jest elementem pozwalającym na jakąś formułę nowego otwarcia, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że wszystkie możliwości zostały już wykorzystane. W ten zaś sposób całą rozgrywka może być o kilka pól cofnięta. O ile – nie sposób powiedzieć, choć całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydawać by się mogło powtórne rozpisanie referendum.

Brexitowy pat trwa

Parlament zawieszony, a premier Boris Johnson stara się osiągnąć coś na kształt porozumienia z UE. Choć chyba raczej udaje, że się stara.

Wyprawa szefa brytyjskiego gabinetu nie przyniosła żadnych rezultatów. jego spotkanie z przewodniczącym Komisji Europejskiej – jeśli sądzić z wypowiedzi po spotkaniu – nie doprowadziło do żadnego, nawet śladowego postępu. Wspólne negocjacje z udziałem premiera Luksemburga Xaviera Bettela zakończyło sie bez rezultatów, na nawet – można przypuszczać – pogorszyło sytuację. Gospodarz Downing Street nr 10 został wybuczany przez tłum i zrezygnował z udziału w konferencji prasowej. Odmówił wejścia na podium z dwoma stojakami na mikrofon. W towarzystwie ochrony i asystentów poszedł do samochodu. Z kolei Bettel udał się na briefing. Zaznaczył, że był niezadowolony z negocjacji. „Czas płynie, wystarczy rozmów, czas działać” – powiedział Bettel, wskazując na wolne miejsce obok niego. „Nie można czynić z narodu zakładnika politycznych korzyści własnej partii” – dodał.
Komunikat KE nie pozostawia co do tego wątpliwości: „Przewodniczący Juncker podkreślił otwartość i gotowość Komisji do przeanalizowania propozycji pod kątem zgodności z celami mechanizmu awaryjnego. Takie propozycje jeszcze nie zostały przedstawione” – czytamy w nim. W oświadczeniu podkreśla się także, iż odpowiedzialność za przygotowanie innej, wiążącej prawnie propozycji, to zadanie strony brytyjskiej, a nie Brukseli. Tymczasem w sprawie tzw. „backstopu”, utrzymującego Zjednoczone Królestwo w unii celnej nowych konstruktywnych propozycji Londynu nie ma. I bardzo prawdopodobne, że nie będzie, zaś komentatorzy zastanawiają się, że Londyn w ogóle chce je na serio złożyć, czy też premier i jego ekipa świadomie zdecydowali się doprowadzić do bezumownego brexitu i wszystkich przed faktem dokonanym, a zatem skupiają się raczej nad problemem „obejścia” dyspozycji ustawy wiążącej rządowi ręce poprzez zobligowanie go do wystąpienia o przesunięcie terminu na styczeń gdyby do 19 października nie udało się wynegocjować umowy.
Dodać trzeba, że niezależnie od prowadzenia rozgrywki przez premiera Johnsona, w innym stylu niż robiła to jego poprzedniczka Theresa May, ale – jak widać równie nieskutecznej – traci się z pola widzenia jeszcze jeden element: cały proces odbywa się w bardzo niekorzystnym momencie. Obecny skład KE wkrótce zakończy kadencję i trudno oczekiwać, że ustępujący wkrótce Jean-Claude Juncker nagle zmięknie, zmieni stanowisko uzgodnione przecież przez państwa członkowskie bloku i postawi swoją następczynię Ursulę von der Leyen w sytuacji przynajmniej kłopotliwej. Trudno więc liczyć, żeby była naprawdę realna szansa na postęp. A że strona europejska traci już do Johnsona cierpliwość – to osobna kwestia.
Rozwiązaniem byłoby może powtórzenie referendum – sugeruje to nawet były premier David Cameron, który przecież grając brexitową kartą wyzwolił cały ciąg wydarzeń będących przyczyną obecnej sytuacji, nota bene także nie po to, aby serio chciał „rozwodu” z UE. Trudno sobie wyobrazić, kto miałby teraz wystąpić z taką inicjatywą? Formalne uwarunkowania doprowadziły bowiem ewidentnie do sytuacji, w której faktycznie może nie być już żadnego ruchu. Chyba że Sąd Najwyższy uzna, że zawieszenie parlamentu było niezgodne z obowiązującym prawem. Tai werdykt parlamentarzyści zdołali wywalczyć w sądzie szkockim. Może to oznaczać dla premiera Johnsona nawet utratę stanowiska.

Czy funt poleci w dół?

Rośnie prawdopodobieństwo bezumownego brexitu, co dramatycznie zwiększyłoby ryzyko recesji w Wielkiej Brytanii

Brytyjską walutę czekałaby dramatyczna przecena, gdyby Zjednoczone Królestwo bez porozumienia opuściło Wspólnotę. Złe wiadomości dla Johnsona są więc dobrą informacją dla funta. To rozumowanie inwestorów ma jednak słaby punkt. Szanse Borisa Johnsona i radykalnej części torysów na wieloletnie rządy wcale nie maleją, ale tak naprawdę rosną.
Przegrany, skompromitowany czy nawet upokorzony. Takie opinie można było przeczytać w brytyjskiej prasie na temat premiera Borisa Johnsona. Nie udało mu się zapobiec inicjatywie opozycji, która opóźnia bezumowny brexit, a dodatkowo odwrócił się od niego nawet brat. Jo Johnson zrezygnował ministerialnego stanowiska na znak protestu przeciw polityce rządu, a de facto swojego brata.

Pochopny sygnał: kupuj!
Inwestorzy zinterpretowali porażki brytyjskiego premiera Borisa Johnsona w Izbie Gmin jako zapowiedź mniejszego ryzyka twardego brexitu i sygnał do kupowania funta. Faktycznie jednak sytuacja może być odwrotna – i brytyjska waluta może szybko spaść poniżej wartości euro – ocenia Cinkciarz.pl
Rynek finansowy czasami bardzo krótkoterminowo podchodzi do rzeczywistości. Przesunięcie hipotetycznej daty opuszczenia Unii Europejskiej z 31 października na koniec stycznia 2020 r. niewiele rozwiązuje w kontekście brexitu. Cały czas z tym problemem trzeba się będzie zmierzyć, tyle że trzy miesiące później. Inwestorzy ignorują fakt, że tak naprawdę konserwatyści zyskują na popularności, przyjmując twardsze podejście do brexitu.
Półtora miesiąca temu, sondaże badające nastroje społeczne wskazywały około 2-3 pkt proc. przewagi laburzystów nad torysami. Po przejęciu władzy przez Johnsona ostatnie 10 badań opinii publicznej pokazuje ok. 10 pkt punktów przewagi partii Johnsona nad ugrupowaniem Jeremy’ego Corbyna.

As w rękawie Borisa
Konserwatyści po niesamowicie dobrym wyniku Partii Brexitu w wyborach do Parlamentu Europejskiego (ugrupowanie kierowane przez Nigela Farage wygrało ten plebiscyt) zorientowali się, że ich podejście do opuszczenia UE jest zbyt łagodne i konieczna jest zmiana nastawienia na bardziej radykalne. Idealnie zadanie to wypełnia Boris Johnson, który mimo upokorzenia przez opozycję nadal ma asa w rękawie. Chce po prostu zrealizować brexit, a taki punkt widzenia gwarantuje szerokie poparcie.
Wygrana konserwatystów w wyborach, które najprawdopodobniej odbędą się w najbliższych tygodniach, będzie oznaczać bardzo poważne kłopoty dla funta.
Nowy mandat torysów, zakładając pokrycie się wyniku elekcji z sondażami, będzie nie tylko szerszy i bardziej stabilny niż przez ostatnie dwa lata, ale dodatkowo zdecydowanie bardziej konfrontacyjny w stosunku do Brukseli.
Będzie to olbrzymi problem dla brytyjskiej gospodarki i dla funta, nawet jeżeli opozycji faktycznie uda się przesunąć ostateczną datę brexitu z 31 października na koniec stycznia przyszłego roku.
Inwestorzy szybko się zorientują, że szanse na kompromis będą bardzo małe, a Johnson, by wypełnić żądanie obywateli, bez problemów zdecyduje się na dyplomatyczną wojnę z UE, nawet jeśli to miałoby oznaczać bezumowny brexit w 2020 r. Taki scenariusz nie tylko dramatycznie zwiększyłby ryzyko recesji w Wielkiej Brytanii, ale również spowodowałby silny odpływ kapitału z tej gospodarki. Wyprzedaż funta, niezwykle wrażliwego na perspektywę twardego brexitu, mogłaby się zatrzymać poniżej wyceny do euro. Oznaczałoby to, że za funta płacilibyśmy mniej niż 4,40 zł.

Sezon brexitowych klęsk

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson zaliczył kolejne porażki – Twardy brexit został zablokowany, przedterminowych wyborów nie będzie. I co dalej?

W zasadzie dwie spośród ostatnich klęsk premiera Johnsona były konsekwencją poprzednich i były doskonale przewidywalne. W poniedziałek królowa Elżbieta II podpisała przyjętą bez poprawek przez Izbę Lordów ustawę uniemożliwiającą rządowi przeprowadzenie bezumownego brexitu 31 października i obligującą go do dalszego przesunięcia terminu. Wciągnięcie monarchii do rozgrywki, na co – jak się wydawało po tym, jak królowa zgodziła się na zawieszenie parlamentu – premier Boris Johnson miał jakieś nadzieje. Niezbyt uzasadnione, bo – zgodnie z uformowaną przez wieki tradycją – dwór bardzo uważa, żeby nie brać udziału w życiu politycznym, jeżeli to robi, to bardzo dyskretnie, w drodze nieformalnych konsultacji i sugestii.
Jeszcze tego samego dnia upadł po raz kolejny wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów, co również nie było zaskoczeniem, bo po odejściu 21 konserwatywnych posłów rząd stracił większość w Izbie Gmin. Przed głosowaniem, które odbywało się – niemal jak w polskim Sejmie – nad ranem we wtorek – premier Johnson usiłował bezskutecznie sprowokować lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna mówiąc, że pierwszym w historii Wielkiej Brytanii liderem opozycji, który tak wielkie okazuje zaufanie rządowi niemającemu w Izbie większości i nie chce wykorzystać tego faktu do jego obalenia. Zaledwie 293 spośród 650 posłów poparło wniosek o rozwiązanie parlamentu.
Fakt, że rząd utracił większość sprawia, że prawdopodobnie przedterminowych wyborów nie da się uniknąć, ale równocześnie groźba, że wybory mogłyby zostać rozpisane po zaplanowanym terminie brexitu każe opozycji ostrożnie podchodzić do tej perspektywy. Tym bardziej, że przedterminowe wybory mogłyby okazać się – przynajmniej teoretycznie – rozwiązaniem „ostatniej szansy” dla Borisa Johnsona: byłoby tak w sytuacji, gdyby po wyborach możliwe było sformowanie koalicji z Partią Brexitu Nigela Farage’a, z którą Johnsonowi, w którego zapewnienia, że nadal będzie starał się negocjować, a „twardy” brexit uważa za zło konieczne i możliwe do zaakceptowania jedynie w przypadku, gdyby nie było innego wyjścia, nikt już prawdopodobnie nie wierzy, być może udałoby się porozumieć. Na tym – każdym razie parlamentarna rozgrywka została zawieszona, bo tymczasem weszło w życie zawieszenie obrad, które potrwa do 13 października. Rozwiązanie, które miało ułatwić premierowi działanie okazało się w rezultacie dodatkowym czynnikiem krępującym mu ruchy – pozostaje mu tylko udawać, że przygotowuje jakieś propozycje, choćby symboliczne, w celu renegocjowania „układu rozwodowego” z Unią Europejską przed szczytem w Brukseli 17 października. Choć znaczy to, że wszystko zostaje odłożone dosłownie na pięć minut przed północą.
Czy doprowadzą te działania do czegokolwiek – trudno wyrokować. Paradoksalnie może się okazać, że do „twardego” brexitu jednak dojdzie 31 października, nawet mimo podpisanej przez królową ustawy, gdyż daje o sobie znać coraz większe zniecierpliwienie po stronie unijnej, które wyraża się w coraz częściej pojawiających się opiniach, że sprawę należy wreszcie skończyć, a nawet będzie lepiej, jeśli bez przyjęcia umowy Zjednoczone Królestwo opuści UE wcześniej niż później.
To wszystko to jednak jeszcze nie koniec okołobrexitowych problemów Borisa Johnsona. Parlament przymusił bowiem rząd – czyli ministrów, specjalnych doradców i kluczowych funkcjonariuszy służb y cywilnej do ujawnienia wiadomości wymienianych za pośrednictwem WhatsApp i innych komunikatorów, a związanych ze sprawą zawieszenia parlamentu. Wiąże się to z domniemaniem zamiaru przeprowadzenia przez administrację „Operacji Yellowhammer”, czyli doprowadzenia do odebranie parlamentowi przypisanej mu przez prawo roli decyzyjnej w sprawie brexitu – „ucieszenia” go, jak to zostało określone. Wniosek w tej sprawie zgłosił były prokurator generalny Dominic Grieve – jeden z 21 posłów konserwatywnych, którzy przeszli na stronę opozycji.
Odpowiadając na wyrażane przez parlamentarzystów podejrzenia, że rząd może chcieć „ominąć” nałożone nań ograniczenia zakazujące bezumownego opuszczenia UE, minister spraw zagranicznych Dominic Raab zapewnił, że rząd zawsze kieruje się zasadą praworządności, dodając wprawdzie, że „czasem sytuacja może być bardziej skomplikowana, gdyż niektóre dyspozycje prawa bywają sprzeczne ze sobą, podobnie jak ich interpretacje”. Czy należy to uważać za wskazówkę mówiącą, że rząd faktycznie realizuje „Operację Yellowhammer”?

Izba się nie dała

Kolejne głosowanie w brytyjskiej Izbie Gmin i kolejna porażka premiera Borisa Johnsona. Po zablokowaniu opcji tzw. „twardego brexitu” posłowie uniemożliwili mu rozwiązanie parlamentu.

Najpierw stosunkiem głosów 328 do 301 Izba Gmin przyjęła wniosek opozycji ws ustalenia porządku obrad w środę. Za odebraniem premierowi Borisowi Johnsonowi sterowności zagłosowała również proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. W następnym głosowaniu – w sprawie „twardego”, czyli bezumownego brexitu Izba Gmin poparła projekt ustawy umożliwiającej jego zablokowania i opóźnienie wyjścia z UE do 31 stycznia 2020 r. Za było 327 posłów, a przeciwko 299 z nich. W reakcji na to premier chciał doprowadzić do rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów, co – należy przyznać – było posunięciem wielce ryzykownym, bo wymagającym nie tylko zwykłej większości, lecz większości kwalifikowanej 2/3 głosów. Ruch ten zakończył się jeszcze większą klęską – wniosek nie zdobył wymaganych 434 głosów, lecz tylko 298, czyli nawet o jeden mniej niż wyniosła liczba głosujących przeciwko krępującej działania premiera umowie w sprawie bezumownego opuszczenia Unii Europejskiej.
Sprawa „twardego brexitu” nie jest jeszcze przesądzona, ustawą zajmie się bowiem teraz Izba Lordów, która wszakże na jej procedowanie – zgłoszenie poprawek, przyjęcie bądź odrzucenie – mam bało czasu, w związku z zaplanowanym na 9 września zawieszeniem parlamentu. Zawieszenie parlamentu, do którego przekonał królową Elżbietę II, było z punktu widzenia premiera Johnsona posunięciem chytrym, gdyż uniemożliwiałoby przeciwnikom brexitu obstruowanie jego działań, jednak wobec tego, co w ostatnich dniach stało się w Izbie Gmin okazuje się dla niego straconą okazją, bo posłowie uprzedzili ewentualne pozaparlametarne posunięcia rządu.
Podziały w sprawie brexitu nie pokrywają się z podziałami partyjnymi – przeciwko rządowi głosuje także znacząca grupa rządzącej Partii Konserwatywnej – wyniki głosowań wskazują, że konserwatyści stracili większość.
Przeciwko przedterminowym wyborom głosowała tak znaczna grupa parlamentarzystów, gdyż zrodziła się obawa, że premier Johnson mógłby wyznaczyć termin wyborów po 31 października, kiedy to zgodnie z obecnymi ustaleniami Wielka Brytania opuści UE, co postawiłoby parlament przed faktem dokonanym. A na to Izba nie zamierza pozwolić. W sumie zatem strategiczny plan Johnsona, najwyraźniej zdecydowanego na doprowadzanie do „twardego” brexitu, gdyby jego szantaż wobec Brukseli się nie powiódł, zakończył się fiaskiem.

Boris dyscyplinuje

Boris Johnson odgrywa rolę nieobliczalnego wariata, który jest gotowy doprowadzić do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez żadnej umowy. Taką samą taktykę stosuje wobec niechętnych mu parlamentarzystów Partii Konserwatywnej – zakomunikował im, że jeśli zagłosują przeciwko twardemu brexitowi, mogą zapomnieć o starcie pod szyldem Torystów w najbliższych wyborach.

Szef brytyjskiego rządu wygłosił dziś przemówienie, w którym nakreślił społeczeństwu korzyści, jakie rzekomo ma zapewnić jego gabinet. Mowa była o zatrudnieniu dodatkowych 20 tys. policjantów, zwiększeniu wydatków na oświatę i służbę zdrowia oraz modernizacji szpitali. Johnson przekonywał, że poparcie jego planu brexitowego, czyli de facto najgorszego z możliwych scenariuszy – twardego brexitu, pozwoli jego rządowi przejść do rozwiązywania problemów zwykłych obywateli.
Kierujący obecnie brytyjską polityką duet Johnson – Dominic Cummings (doradca ds. brexitu, nazywany przez swoich partyjnych kolegów „zawodowym psychopatą”), przedstawia działania lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna jako przejaw odrealnienia „elity parlamentarnej”, podczas gdy swoje kroki reklamuje jako pełne troski o interes ludu. Przypomnijmy, że Corbyn, a także Liberalni Demokraci i proeuropejsko nastawiona część Partii Konserwatywnej zamierzają dziś zagłosować przeciwko twardemu brexitowi, w głosowaniu, które jest zarazem decyzją w sprawie votum zaufania dla obecnego premiera. Brak akceptacji większości może oznaczać wcześniejsze wybory oraz objęcie teki tymczasowego szefa rządu przez Jeremy’ego Corbyna.
Johnson straszy swoich wewnątrzpartyjnych przeciwników, że głosowanie przeciwko niemu będzie równoznaczne z wywindowaniem socjalisty na urząd premiera. Corbyna natomiast chce postawić w niewygodnej sytuacji, w której to on miałby patronować brexitowi bez umowy, w przypadku gdyby został szefem tymczasowego rządu. W ten sposób obecny premier próbuje utrzymać się na stanowisku.
W podobny sposób Johnson próbuje przekonać Brukselę do zmiany zdania w sporej kwestii – tymczasowego pozostania UK w unii celnej, co miałoby pozwolić na pozostawienie otwartej granicy pomiędzy Irlandią, a Irlandią Północną. Unia Europejska nie chce o tym słyszeć, przypominając, ze negocjacje zostały już zakończone. Johnson tymczasem uważa, że umowa wynegocjowana przez rząd Theresy May jest „nieważna”. Premier gra na to, że UE wie, iż jego kraj nie jest w ogóle przygotowany do twardego Brexitu, a konsekwencje takiego scenariusza byłyby bolesne również dla Unii. W ten sposób chce zmusić Brukselę do wynegocjowania nowej umowy. Szanse na to są jednak mizerne.
Johnson zapewnia, że 31 października jego kraj opuści Unię Europejską. Na wyspach mówi się jednak, że w przypadku dymisji premiera najbardziej realnym wariantem będzie kolejne przedłużenie terminu brexitu. Ponowne referendum i pozostanie we wspólnocie raczej nie wchodzi w rachubę.

Boris o Polakach

Brytyjski premier nie wziął udziału w obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej – Zjednoczone królestwo reprezentował minister spraw zagranicznych Dominic Raab – jednak nagrał film z przesłaniem, który zamieściła na swojej stronie internetowej polska ambasada w Londynie.

W trwającej ok. dwu minut wypowiedzi premier Wielkiej Brytanii przypomniał udział polskich żołnierzy w walkach w ramach sił alianckich. Szczególnie ciepło wspomniał polskich lotników walczących w Bitwie o Anglię. „Za każdym razem, kiedy wylatuję z bazy Królewskich Sił Powietrznych (RAF – red.) w Northolt, która – tak się składa – leży w moim okręgu wyborczym, wspominam polskich pilotów, którzy startowali z tego samego pasa, aby bronić brytyjskiego nieba w 1940 roku” – powiedział, przypominając, że polscy piloci z dywizjonu 303 zanotowali więcej zestrzeleń w trakcie Bitwy o Anglię niż jakakolwiek inna jednostka wchodząca w skład RAF.
Boris Johnson przypomniał też „przepowiednię” Winstona Churchilla, który niegdyś stwierdził, że że Polska będzie znowu żyła i odzyska swoje zasłużone miejsce w zorganizowanej na nowo Europie. Dziś Polska żyje i kwitnie w samym sercu Europy, tak jak przewidział to Churchill. Wielka Brytania z dumą stoi ramię w ramię z Polską, a naszą przyjaźń, zrodzoną w walce przeciwko tyranii, symbolizuje nasze nienaruszalne zobowiązanie na rzecz NATO” – powiedział brytyjski premier. „Byliśmy z wami w czasach triumfu i tragedii, będziemy z wami w kolejnych dekadach” zapewnił.