Ach ci dyplomaci

W sobotę wieczorem brytyjska gazeta Mail on Sunday opublikowała niektóre tajne depesze dyplomatyczne, które w ostatnich latach napływały z brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie. Natychmiast wszczęto śledztwo, które ma wyjaśnić, jak one wypłynęły na plac publiczny. Skandal zrobił się oczywiście międzynarodowy, Amerykanie są bardzo niezadowoleni, sam Trump wręcz wściekły.

Jest to sprawa bardzo kłopotliwa dla rządu brytyjskiego, gdyż obawia się on, że sprawa mocno pogorszy stosunki z jego historycznym sojusznikiem, z którym miał podpisać post-brexitową umowę o wolnym handlu.
65-letni Kim Darroch, ambasador Wielkiej Brytanii w USA, pisał m.in. „Tak naprawdę nie sądzimy, by ta administracja mogła stać się znacząco normalniejsza, mniej dysfunkcyjna, mniej nieprzewidywalna, mniej podzielona, mniej niezręczna i nie nadająca się do dyplomacji.” Częstował też samego prezydenta różnymi epitetami, wśród których „niekompetentny” i „niestabilny” należą do łagodnych.
Na dodatek, według ambasady, korytarzowe walki frakcyjne i chaos w Białym Domu „nie są żadnymi fake newsami”, jak od początku twierdzi Donald Trump. Co do Iranu na przykład, „niespójne” stanowisko Trumpa i jego ekipy może zdaniem Darrocha naprawdę doprowadzić do wojny. Ambasador uważa za „bajkę” uzasadnienie przez prezydenta odwołania nalotów na Iran możliwością zabicia 150 osób. Jest natomiast pewien, że powstrzymują go na razie kalkulacje wyborcze.
Premier Theresa May surowo potępiła „niepatriotyczny” przeciek, o który władze podejrzewają jednego ze swych funkcjonariuszy. Jeremy Hunt, kandydat do zastąpienia May, podkreślał, że „szczere” depesze dyplomatyczne są rządowi niezbędne, ale z tego względu nie mogą być upubliczniane. Nie omieszkał dodać, że chodzi jedynie o „osobiste” opinie ambasadora, których rząd oczywiście nie może z nim dzielić.
Sam Trump dał wyraz swej antypatii do brytyjskiej ambasady w Waszyngtonie i jej ambasadora, który jego zdaniem „źle służył swemu krajowi”. Czas przeszły wskazuje, że wkrótce zostanie wymieniony przez władze brytyjskie w Londynie. Tak czy inaczej – dalsze urzędowanie ambasadora, którego prezydent państwa przyjmującego zamierza ignorować jest pozbawione sensu.
Prezydent Trump nie ograniczył się jednak do samego zdezawuowania szefa brytyjskiej placówki, ale przeniósł swą złość także na Theresę May, której wypomniał, że nie posłuchała jego rad, jak działać w sprawie Brexitu i wyrażając niekłamaną radość z jej rychłego odejścia. „To dobra wiadomość dla Zjednoczonego Królestwa, że będzie miało niedługo nowego premiera” – napisał na Twitterze. I pewnie ma na swój sposób rację: z następcą May, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie najbardziej „trumpoidalny” polityk Wielkiej Brytanii Boris Johnson, Biały Dom pewnie będzie rozumiał się lepiej. Bo liczyć na to, że Donald Trump zrozumie, że oto znalazł się w sytuacji takiej, jak Horodniczy z „Rewizora” Gogola, nie ma co.
Osobną sprawą pozostaje natomiast sam fakt pojawienia się przecieków, który w tym momencie wydaje się nieprzypadkowy. Bez wątpienia Jeremy Hunt ma w tej sprawie rację, że korespondencja dyplomatyczna musi być rzetelna, ale też warunkiem tej rzetelności jest jej tajność i fakt, że trafi wyłącznie do osób, dla których jest przeznaczona. Jeżeli na łączach pomiędzy jedną z najważniejszych brytyjskich placówek a Foreign Office korespondencja może wyciekać, jest to sygnał złego funkcjonowania służby zagranicznej Jej Królewskiej Mości, bo takie sytuacje nie mają prawa się zdarzać.
Dodać trzeba także, że to już kolejny przypadek, że tajne informacje wyciekają z brytyjskich urzędów. Dwa miesiące temu ze stanowiskiem musiał się pożegnać brytyjski minister obrony Gavin Williamson, obciążony za wydostanie się treści tajnych rozmów na temat chińskiego koncernu Huawei, zaś kilka dni temu na wysypisku śmieci znalezione zostały całe serie dokumentów z laboratorium Porton Down, znanego choćby z ekspertyz w sprawie zamachu na rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala i jego córkę.

Rząd się chwieje

– takie opinie o sytuacji, w jakiej znalazł się rząd Theresy May pojawiły się w mediach po rezygnacji ministra do spraw wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE Davida Davisa. Jeszcze nie umilkły echa jego odejścia a już pojawiła się wiadomość o rezygnacji kolejnego kluczowego polityka – ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona.

 

Wraz z Davisem dymisję złożyli także jego zastępcy – Steve Baker i Suella Braverman. To wyraźny sygnał, że zmieni się formuła Brexitu. Odejście ministrów ma być wyrazem sprzeciwu przeciwko propozycji tzw. miękkiego Brexitu i rozwiązań zaproponowanych rządowi przez Theresę May w ostatni piątek. May razem z ministrem finansów Philipem Hammondem przedstawiła szereg założeń, które nie spodobały się twardym eurosceptykom.

May usiłowała przedstawić to jako ogólnorządowy konsensus, ale w oczach reszty gabinetu – po prostu zmiękła, pragnąc zachować bliską współpracę celną z UE i pozostanie na wspólnym rynku dóbr. Zjednoczone Królestwo chciałoby wprawdzie zawrzeć własne umowy handlowe z państwami trzecimi – m.in. z Chinami i USA, ale jednocześnie premier deklaruje przestrzeganie unijnych standardów produkcji zawartych we wspólnym „zbiorze zasad”. Ministrowie, którzy odeszli, domagali się jego całkowitego zniesienia.

May zamierzała też wprowadzić 2 różne stawki ceł: na towary na rynek unijny oraz na te sprzedawane w Wielkiej Brytanii. Chce zachować brak kontroli granicznej pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn.
Stawką, o którą gra Wielka Brytania, godząc się na ustępstwa, jest ograniczenie swobodnej migracji obywateli UE na Wyspy. May zadeklarowała, że za to jest w stanie poświęcić brak swobodnego dostępu banków i ubezpieczeń do europejskiego rynku wewnętrznego.

Generalnie w piątek wyszła zadowolona z posiedzenia wyjazdowego gabinetu w Chequers. Dziś okazuje się, że frakcja konserwatywnych eurosceptyków myśli już nawet o zrzuceniu jej ze stanowiska. Aby wymienić lidera, członkowie Partii Konserwatywnej potrzebują 48 podpisów deputowanych. Dziennikarze spekulują, że wewnętrzna opozycja ma za sobą taką liczbę niezadowolonych.

Davis, podając się do dymisji, jednocześnie upublicznił list otwarty do szefowej rządu. „Ogólny kierunek polityki postawi nas w słabej pozycji negocjacyjnej” –napisał. Wyraził też obawę, że utrzymanie „wspólnego zbioru zasad” w produkcji i handlu pozwoli Unii na kontrolę nad dużymi obszarami brytyjskiej gospodarki. Podkreślił że wiele razy nie zgadzał się z polityką May – „Na każdym etapie akceptowałem zasadę kolektywnej odpowiedzialności, bo jest moim zadaniem znajdowanie kompromisowych rozwiązań, które nadają się do zastosowania i dlatego, że uważałem, że wciąż było możliwe zrealizowanie mandatu społecznego z referendum oraz naszego zobowiązania z programu wyborczego o wyjściu unii celnej i wspólnego rynku (UE). Teraz jednak nie jestem przekonany, czy nasze podejście negocjacyjne nie doprowadzi jedynie do żądań dotyczących dalszych ustępstw”.

Theresa May podziękowała mu za wykonaną pracę, podkreśliła jednak, że się z nim nie zgadza i „żałuje, że zdecydował się na odejście z rządu po tym, jak wykonaliśmy taki postęp w stronę zrealizowania gładkiego i udanego Brexitu oraz jesteśmy zaledwie na osiem miesięcy przed zapisaną w prawie datą, kiedy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej”. Następcą Davisa został Dominic Raab.

Odejście Borisa Johnsona, o którego możliwości mówiło się już od dawna, to prawdopodobnie cios jeszcze silniejszy. Nie dlatego, żeby Johnson był zręcznym dyplomatą, ale że jest kluczową figurą wśród zwolenników twardego Brexitu. Jego następca Jeremy Hunt, który wsławił się cięciami w polityce w służbie zdrowia gdy do objęcia funkcji sekretarza stanu kierował resortem zdrowia, będzie w stosunku do premier May bardziej sterowalny, ale jej sytuacja – tak samo jak przyszły kształt Brexitu – wcale nie należą do łatwych. Partia Konserwatywna jest głęboko podzielona wokół sprawy Brexitu, do tej pory jednak różne frakcje miały głos w rządzie, teraz – gdy polityczni przeciwnicy w strukturach partyjnych nie będą reprezentowani, każde dalsze potknięcie może wywołać ostry kryzys przywództwa, gdyż nastąpiła ostrzejsza polaryzacja.