Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.

Wojenny budżet

Amerykanie skończyli z wydawaniem setek miliardów na wojsko, teraz będą wydawać biliony. Republikanie i demokraci zgodzili się na przyznanie armii 2,7 bilionów dolarów na dwa lata, tj. 1 35o 000 000 000 dolarów rocznie. To najnowszy, absolutny rekord wydatków wojskowych na świecie. Wielu deputowanych nazywa ten budżet „astronomicznym” lub „obscenicznym”, inni po prostu „wojennym”, ale większość, w tym tzw. progresywna frakcja demokratów, głosowała za.

Tylko 16 demokratów głosowało przeciw (w tym znane posłanki Ilhan Omar i Ayanna Pressley z lewego skrzydła partii). Reszta zaaprobowała umowę z republikanami, co dla lokalnych dysydentów oznacza „niekontrolowany wpływ lobby Pentagonu i przemysłu zbrojeniowego”. Dla części republikańskich deputowanych najnowsze liczby były jeszcze za małe. Z kolei inni przeciwnicy giga-budżetu dla wojska podkreślali, że niebezpiecznie wzrośnie deficyt budżetowy Stanów Zjednoczonych, i tak obciążony potężnymi długami.
Demokraci, którzy głosowali za, wyjaśniali dziennikarzom, że to z powodu wrażliwości społecznej, gdyż przy okazji znacznie wzrośnie cywilny fundusz dla rodzin wojskowych. W kwietniu „progresiści” na swym zjeździe podjęli decyzję o sprzeciwie wobec zwiększania „szalonego” budżetu Pentagonu, lecz w czasie głosowania przeciw były tylko wyjątki.
Prezydent Donald Trump będzie najbardziej uzbrojonym amerykańskim prezydentem w historii. Według niektórych komentatorów, przeważyła perspektywa konfliktu z Iranem, dalszego nacisku na Wenezuelę i inne kraje, nie mówiąc o zapewnieniu „decydującej przewagi” wobec Chin i Rosji.

Ideał służby zdrowia – szukanie pacjenta

Składanie wizyt lekarzom nie jest moim ulubionym zajęciem. Ale cóż zrobić – w miarę upływu lat muszę ich odwiedzać coraz częściej, tracąc dodatkowy czas na zapisywanie się do wirtualnych kolejek, a potem na siedzenie w fizycznych kolejkach, przed gabinetami.

Te ostatnie dają mi jednak trochę satysfakcji. Aktywizują bowiem zawodową skłonność do badań skali i przyczyn tego organizacyjnego „zjawiska”.

W kolejce

Kolejka fizyczna na ogół się nudzi, więc rozmawia. Podsłuchuję – bo odzywa się we mnie zakorzeniona natura donosiciela, zwanego teraz sygnalizatorem. Informacje o chorobach, opinie o lekarzach, i administracji przychodni, przeplatają się z wyjaśnianiem przyczyn wizyt. Jestem względnie nowoczesnym sklerotykiem, więc mam smartfon i robiłem w nim notatki z kilkunastu takich wizyt, w trzech przychodniach. Co z nich wynika?
Do lekarzy tzw. pierwszego kontaktu jedna trzecia pacjentów „na coś” zachorowała (zaziębienie, grypa, żołądek), chce wiedzieć na co i dostać pomoc w postaci „jakiś” leków.
Także jedna trzecia leczy się u tego lekarza na „choroby przewlekłe”, chce mu powiedzieć jak się czuje i dostać kolejne recepty. Dlaczego nie korzysta z możliwości załatwienia recept w recepcji? Bo „panie w recepcji” robią to niechętnie, najczęściej i tak biegną do jakiegoś lekarza, aby je podpisał. Trwa to dłużej i nie daje przyjemności pogawędzenia z lekarzem i innymi pacjentami w kolejce.
Około 20 proc. leczy się u innego lekarza, ale ktoś im powiedział, że ten jest lepszy zawodowo, albo bardziej uprzejmy. Chcą to sprawdzić.
I pozostali – to wepchnięci dodatkowo w kolejkę jako „nagłe przypadki”, albo kombatanci. Reszta patrzy na nich „wilkiem”, bo wydłużają im czas oczekiwania.
W kolejkach do specjalistów jest inna sytuacja. Połowa oczekujących wie czego chce i są to z reguły pacjenci „komercyjni”, czyli tacy, którzy zapłacili za wizytę 80, 100 albo 120 zł. Druga połowa ma skierowanie od „lekarza pierwszego kontaktu” i liczy na dokładniejszą informację, co właściwie im dolega i jak to leczyć. Uczestnicy tej grupy wyczekali się kilka tygodni, albo kilka miesięcy, a nawet lat w kolejkach „wirtualnych”, najczęściej byli już jednak w „międzyczasie” na płatnych wizytach i obecną traktują jako wstęp do dalszego, bezpłatnego leczenia.
Zapewne mam skłonności do przesady, ale wydaje mi się, że co najmniej 30proc. „kolejkowiczów” mogło by bez uszczerbku dla zdrowia zrezygnować z wizyty, na którą oczekują. Ale wizyta nic nie kosztuje, pracującym może pozwolić na uzyskanie zwolnienia, a emerytom daje możliwość nawiązania towarzyskich kontaktów i wymiany informacji, o czekających ich jeszcze chorobach i nieudolności naszej służby zdrowia.

Kilka złotych minus

Naprawą służby zdrowia kolejne rządy zajmują się deklaratywnie od wielu lat. Rezultaty są dalekie od oczekiwań i zostawiają nas w tyle za większością krajów UE – także za naszymi najbliższymi sąsiadami. Gorzej – wtajemniczeni specjaliści twierdzą, że organizacyjna sprawność służby zdrowia, jest lepsza nawet na formalnie dalekiej od UE Białorusi.

Dlaczego??

Przede wszystkim dlatego, że boimy się niepopularnych rozwiązań. Temat symbolicznej odpłatności za medyczne „usługi” wracał kilkakrotnie, ale był natychmiast wytłumiany przez rządzące ekipy. Ciągle przecież zbliżają się jakieś wybory i nie można drażnić elektoratu groźbą zwiększenia wydatków, zwłaszcza w sytuacji, w której rozdaje się pieniądze w ramach różnych „obietnic +”.
Nie szukajmy dalekich przykładów i zajrzyjmy do braci Czechów. Obywatel płaci tam za każdą wizytę u lekarza około – w przeliczeniu – 4,50 zł. Dwa razy tyle, czyli ok. 9 złotych płaci za każdy dzień pobytu w szpitalu – aż do pewnego limitu , po którym, za uzasadniony dalszy pobyt płaci „system,” – czyli w naszym przypadku NFZ.
Po roku od wprowadzenia tych rozwiązań w 2008 roku, kolejki do lekarzy właściwie zniknęły i osiągnięto nieznany u nas w publicznej służbie zdrowia stan „poszukiwania pacjenta”. W przygranicznych miejscowościach i w Pradze czekają z utęsknieniem nawet na pacjentów z Polski i Niemiec.
Narażam się oczywiście współobywatelom, ale uważam , że w naszej sytuacji 4,50 to za mało. Sądzę, że u nas powinno się płacić minimum 6 złotych za wizytę u „lekarza pierwszego kontaktu” lub innego internisty i 10 zł. za wizytę u specjalisty. Pobyty w szpitalu – też 10 zł. za dzień, do 10 dni. Potem komisja lekarska z danego szpitala powinna zdecydować, czy można pacjenta zwolnić do domu, czy też konieczne jest dalsze jego leczenie szpitalne. Jeśli tak – opłatę za następne dni powinien pokrywać NFZ. Można oczywiście wprowadzać ulgi lub zwolnienia z tych opłat dla niektórych grup pacjentów, ale nie powinno to naruszać podstaw systemu.
To zapewne wymaga dodatkowej dyskusji, ale uważam, że wpływy z tych opłat powinny w połowie zasilać fundusze systemu, a w połowie pozostawać na kontach pobierających opłatę przychodni i szpitali. Kierownictwa tych jednostek powinny mieć swobodę decyzji o przeznaczeniu tych środków, także na podwyższanie poziomu płac personelu medycznego. Może to być dodatkowym elementem konkurencji mobilizującym do poszukiwania pacjentów, i nieco zahamować tendencje młodych lekarzy, do zarobkowych przeprowadzek za granicę.
Ale czeski system ochrony zdrowia zarabia nie tylko na wizytach konsultacyjnych i pobytach szpitalnych. Podobnych rozmiarów wpływy uzyskuje z opłat za wystawianie recept. Za każdą wystawioną receptę pobiera się opłatę w wysokości prawie 3 złotych. To byłoby „małe piwo”. ale wprowadzono zasadę, że recepta może być tylko na jeden lek. Jeśli np. emeryt musi zażywać 7 leków, to dostaje siedem recept i płaci za nie ok. 21 złotych. Może nie co miesiąc, bo – tak jak u nas – można dostać receptę na dwa czy trzy opakowania, ale w każdym razie jest to już znaczący wydatek.
Czeski system opłat za recepty jest – moim zdaniem – zbyt biurokratyczny. Sądzę, że powinniśmy do tej części problemu podejść inaczej. Można przecież – niestety znowu denerwując suwerena – wprowadzić opłatę na „fundusz zdrowia” w wysokości np. 1 zł. od każdej sprzedaży leku na receptę. Obliczyłem na paru konkretnych przykładach. Byłby to dla pacjenta wydatek roczny 50 – 60 złotych. Jednorazowo wydaje się dużo, ale w „rozbiciu” na 12 miesięcy nie powinno nikogo przerażać.

Szersze spojrzenie

Odważna decyzja o wprowadzeniu niewielkiej odpłatności za wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalu powinna – moim zdaniem – pozwolić także na rezygnację z „zasady”, że do specjalisty musimy iść ze skierowaniem od internisty. Eo ipso – musimy najpierw czekać na wizytę u internisty, a potem u specjalisty. Bez sensu. Jeśli będziemy płacić drożej za wizytę u specjalisty– to raczej nikt nie będzie się o nią starał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest mu ona naprawdę potrzebna.
Po wprowadzeniu odpłatności w publicznej służbie zdrowia do zmniejszenia kolejek może się też przyczynić konkurencyjna aktywizacja licznych w Polsce korporacji medycznych. Dzisiaj także przejmują one podstawową opiekę lekarską nad dużymi grupami pracowników, których pracodawcy decydują się na wykupienie „pakietów”, w praktyce eliminujących konieczność korzystania z placówek „publicznej” służby. Z ich usług korzysta także część lepiej sytuowanych przedstawicieli „wolnych zawodów”, a także bogatszych emerytów. Trudno się dziwić – ich placówki są lepiej zorganizowane, wizyty odbywają się punktualnie, nie trzeba czekać na EKG czy pobranie krwi.
Korporacje medyczne mają jednak – moim zdaniem – niewybaczalny grzech na sumieniu. Prywatnie u większości tych firm można wykupić „pakiet”, jeśli się nie ma więcej niż 80 lat. Pacjenci powyżej tego wieku nie są już dla nich interesujący, bo (zapewne) mogą częściej chorować, domagać się wizyt domowych i badań laboratoryjnych. Ale – jakby tego nie tłumaczyć – jest to jednak rodzaj wykluczenia określonej grupy obywateli. Nieubłagany upływ czasu powoduje, że w tej grupie są obecnie wszyscy, jeszcze uporczywie i bezczelnie żyjący, kombatanci II Wojny. Zarówno ci „z zachodu” jak i „ze wschodu”, a także partyzanci i uczestnicy Warszawskiego Powstania. Nie ma ich wielu i jeszcze mniej jest wśród nich ludzi dobrze sytuowanych, którzy z usług korporacji chcieli by korzystać. Ale są tacy, próbują i odbijają się od ściany. Panie i Panowie Prezesi korporacji medycznych – wiem, że „biznes to biznes”, ale z moralnego i „patriotycznego” punktu widzenia wygląda to bardzo brzydko. A w zestawieniu z hurrapatriotycznym nastawieniem obecnie rządzącej ekipy – wręcz tragicznie.
Wprowadzenie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne w publicznej służbie zdrowia wymaga oczywiście szerokiej dyskusji i przygotowania społecznego. Słyszę czasem głosy, że może to nie być zgodne z Konstytucją. Nie zgadzam się z tym poglądem. Artykuł 68 pkt. 2 Konstytucji mówi, ze „obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Konstytucja nie wspomina o odpłatnościach, czyli mogą być one jednym z warunków ustalonych ustawą. Jeśli wszyscy będą musieli ponosić drobne opłaty za usługi medyczne, to dostęp nadal będzie „równy”.

Droga do euro

Lewica nie może wstydliwie chować głowy w piasek, gdy ktoś zapyta o euro w Polsce.

Dziwi mnie słaba reakcja polityków opozycji na apel wystosowany przez Jarosława Kaczyńskiego w sprawie waluty euro w Polsce. „Chodzi o to, żeby wszystkie formacje (…) zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro, zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic” – mówił prezes PiS. Dodając, że chodzi przede wszystkim o zrównanie się poziomu gospodarczego Polski i Niemiec.
Sprawa jest oczywista. Apel Kaczyńskiego jest pierwszą – tak jasno wyartykułowaną przez prezesa PiS‑u – deklaracją stopniowego wychodzenia Polski z Unii Europejskiej.

Zagrożenie

Jarosław Kaczyński nigdy nie był entuzjastą obecności Polski w Unii Europejskiej. Cofnijmy się do roku 2002. Rząd Leszka Millera był na finiszu negocjacji unijnych. 13 grudnia 2002 roku w Kopenhadze ustalono ostateczne zasady przyjęcia Polski do Wspólnoty. Cztery miesiące później – 16 kwietnia 2003 roku – w Atenach podpisano Traktat akcesyjny.
A Kaczyński? „Wejście Polski do Unii Europejskiej na obecnych warunkach to ryzyko odwrotu od wszystkiego, co było dobre po 1989 roku i zagrożenie dla spraw elementarnych: niepodległości i demokracji” – to jego wypowiedź z okresu, kiedy rząd SLD-PSL dopinał zapisy Traktatu. Po cichu Jarosław Kaczyński liczył, że uda się pozostawić Polskę poza Unią Europejską. Głośno wyartykułował to Roman Giertych – szef Ligi Polskich Rodzin – będącej przeciwnikiem integracji europejskiej. „Mam wrażenie, że Prawo i Sprawiedliwość doszło do wniosku, że w referendum Polacy w większości opowiedzą się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii i PiS nie chce znaleźć się w referendum po przegranej stronie” – mówił Giertych na antenie TVP w grudniu 2002 roku.
Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby negocjacje akcesyjne prowadziła rządząca w latach 2005-2007 koalicja PiS-LPR-Samoobrona? A telewizja publiczna pod wodzą Kurskiego przez 24 godziny na dobę zohydzała wizję zjednoczonej Europy.

Rok 2060

W ustach polityków wiele jest słów „wytrychów”. Dzięki nim można coś powiedzieć – nie mówiąc nic. Donald Tusk próbował jeszcze określać termin przyjęcia przez Polskę waluty euro. Najpierw miał to być rok 2011. Potem 2012. A później 2015. Dopiero Jacek Rostowski, wicepremier i minister finansów w rządzie PO-PSL, wymyślił uniwersalny „wytrych”. „Do strefy euro Polska wejdzie «w odpowiednim czasie»” – obiecał Rostowski. I tak już pozostało. Gdy zapytamy polityków o polskie euro, slogan Rostowskiego będzie powtarzany wielokrotnie.
W swoim apelu prezes PiS‑u pokusił się jednak o wyznaczenie daty. Warsaw Enterprise Institute opublikował niedawno raport zatytułowany „Bilans Otwarcia”. Przewiduje on, że na dogonienie Niemiec Polska będzie potrzebowała 40 do 45 lat. Czyli według Kaczyńskiego, zamiana złotówek na euro będzie możliwa po 2060 roku. To bardzo wygodne założenie. Bo nawet zaliczany do stosunkowo młodych polityków Robert Biedroń będzie miał wtedy blisko 90 lat.

Głos lewicy

Tematu waluty euro nie unikają politycy lewicy. Choć mimo jasnych deklaracji, w ostatnich latach środowiska lewicowe nie zdołały doprowadzić do szerokiej dyskusji o mapie drogowej prowadzącej Polskę do strefy euro.
„W sytuacji, gdy trwa strukturalny i instytucjonalny kryzys UE, gdy coraz wyraźniej rysuje się scenariusz »Europy dwóch prędkości«, gdy górę bierze nowy nacjonalizm miast nowego pragmatyzmu, wzmocnienie jednego z głównych ogniw procesu, jakim jest projekt wspólnej waluty europejskiej, miałoby fundamentalne znaczenie dla integracji” – pisał Grzegorz Kołodko, wicepremier i minister finansów w rządach SLD.
„Polska powinna niezwłocznie zadeklarować swój zamiar jak najszybszego wejścia do strefy euro. Zdaję sobie sprawę, że to jest proces, który musi potrwać. Jednak taka jednoznaczna deklaracja całkowicie zmieniłaby naszą pozycję w Unii Europejskiej” – to fragment wywiadu Marka Belki, premiera i byłego szefa NBP, dla Dziennika Gazeta Prawna z listopada 2017 roku. „Ludzie, którzy na ekonomii się zupełnie nie znają, powinni unikać wypowiedzi na tematy ekonomiczne o pewnym stopniu komplikacji” – tak skwitował apel Kaczyńskiego Marek Belka parę dni temu.
„Ja chcę, żeby Polska miała euro, bo Europa nie może być Europą dwóch prędkości” – powiedział Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, w „Fakt Opinie” tydzień temu.

Polska sercem

Mówienie „Polska sercem Europy” – to wyłącznie slogan wyborczy nacjonalistów z PiS-u. Za rządów PiS‑u staliśmy się dla Europy marginalnym i częstokroć kłopotliwym sąsiadem. A analogii do części ciała nie wypada mi przywoływać. Unikanie przez polityków prawicy kluczowych tematów dotyczących przyszłości Polski w Unii Europejskiej ten stan marginalizacji będzie pogłębiać.
To fakt: strefa euro nie była w ostatnich latach oazą spokoju. Chociażby ze względu na kłopoty Grecji.
Również przyszłość całej Unii Europejskiej nie jest przesądzona. Być może rosnące w wielu krajach nastroje nacjonalistyczne w połączeniu z populistyczną polityką rządów, doprowadzą do zredukowania znaczenia dzisiejszej Unii. Powróci koncepcja Wspólnoty Węgla i Stali – czyli europejskiej strefy wolnego handlu. Plus ewentualnie ułatwienia na przejściach granicznych między państwami. Tylko tyle miałoby pozostać z wizji Stanów Zjednoczonych Europy? To czarny scenariusz dla państw europejskich, które muszą stawić czoła wyzwaniom światowej globalizacji.
Jeśli jednak Wspólnota Europejska pokona dzisiejsze kłopoty – w co wierzę – dalsza integracja będzie koncentrowała się wokół strefy euro. Ten scenariusz już zaczyna się urzeczywistniać. Szczyt UE z grudnia 2018 roku zaaprobował utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Na początek ma być symbolicznej wielkości, rzędu 50 mld euro na 7 lat. I funkcjonować w ramach wieloletnich ram finansowych całej Unii. Jest prawdopodobnym, że ze środków tego budżetu będą też korzystały państwa należące do systemu ERM II (dawnego „węża walutowego”). Kolejne trzy państwa: Bułgaria, Rumunia i Chorwacja liczą, że jeszcze w tym roku zostaną przyjęte do tej „poczekalni euro”. Wówczas bez wpływu na politykę strefy euro pozostanie jedynie Polska, Węgry i Czechy (oraz Szwecja – ale to zupełnie inna bajka).
A jak w 2060 roku będziemy gotowi na przyjęcie euro… Wówczas może okazać się to już tylko mrzonką. Tak jak dzisiaj chcieli byśmy zostać 52. stanem Ameryki i przejść na dolary. Pamiętajmy, że o zgodzie na przyjęcie kolejnego państwa do strefy euro decydują państwa już należące do tej strefy.

Trzy kroki

Proponuję skupić się na trzech krokach zbliżających Polskę do euro. Pierwszy jest najważniejszy. To odbudowa zaufania Polek i Polaków do wspólnej waluty. Gdy rząd SLD-PSL negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, aż 60 proc. społeczeństwa popierało zamianę złotówek na euro. Później eurosceptycy wrzucili walutę euro do jednego worka wraz z innymi polskimi strachami. Imigrantami. Terrorystami. Gender. Twierdząc, że euro oznaczać musi niekontrolowany wzrost cen i zubożenie społeczeństwa. Co absolutnie nie znajduje potwierdzenia w twardych danych ekonomicznych. Na Słowacji, 3 miesiące po wprowadzeniu waluty euro, wzrost cen wyniósł 0,1 proc. W krajach bałtyckich wahał się w okolicach 1 proc. A obecnie 66 do 86 proc. obywateli tych państw jest zadowolonych z euro.
W Polsce rodzime „strachy” plus sytuacja w niektórych krajach strefy euro zrobiły swoje. Dzisiaj zamianę złotówek na euro popiera zaledwie 1/3 Polaków. Dlatego Sojusz Lewicy Demokratycznej w deklaracji europejskiej zaznaczył, że wprowadzenie waluty euro musi być powiązane z gwarancjami wzrostu płac. Temu między innymi ma służyć dążenie przyszłych europarlamentarzystów lewicy do wprowadzenia europejskiej płacy minimalnej.
Argumentów „za”, dotyczących milionów Polek i Polaków, jest wiele. Ot choćby radykalny spadek kosztów kredytów, również mieszkaniowych. Co do tego, ekonomiści są zgodni.
Drugim krokiem powinno być przystąpienie Polski do Europejskiego Mechanizmu Kursowego (ERM II). Dwuletnie uczestnictwo w ERM II państwa aspirującego do strefy euro jest jednym z czterech podstawowych kryteriów konwergencji, zwanymi też kryteriami z Maastricht. Dwa kryteria: stabilności cen, sytuacji fiskalnej – Polska spełnia. Jest też bliska spełnienia trzeciego – poziomu stóp procentowych. Trzeba pamiętać, że samo uczestnictwo w ERM II nie przesądza o terminie przyjęcia wspólnej waluty. Przykładem jest Dania. Jako jedyne państwo UE (poza Wielką Brytanią), Dania korzysta z klauzuli „opt out”, czyli zgody na bezterminowe pozostawanie poza strefą euro. A jednocześnie od kilku lat korona duńska jest poprzez ERM II powiązana z kursem euro.

Nareszcie

Dopiero po przekonaniu rodaków o słuszności rezygnacji ze złotówek na rzecz euro i odbyciu stażu w ERM II można próbować zrobić krok trzeci. To formalne wystąpienie z wnioskiem do państw Eurolandu oraz dokonanie zmiany polskiej Konstytucji. Zmiany wymaga art. 277, w którym prawo emisji pieniądza musi zostać przekazane z NBP na rzecz Europejskiego Banku Centralnego. Potrzeba głosów 307 posłanek i posłów. Niestety, żaden z sondaży nie daje cienia szansy, by taka większość znalazła się w Sejmie po jesiennych wyborach.
Jeśli opozycja zdoła odsunąć PiS od władzy i stworzyć własny rząd, rozpocznijmy realizację pierwszych dwóch kroków. Jeśli przekonamy większość Polek i Polaków, że euro jest konieczne zarówno dla rozwoju gospodarczego, jak i bezpieczeństwa Polski, w kolejnej kadencji będzie można podjąć starania o zbudowanie większości dla zmiany Konstytucji. To byłaby naprawdę dobra zmiana dla Polski. I jednocześnie zakończenie rozłożonego na lata procesu akcesyjnego do UE.

Nasze miejsce

„Z euro w kieszeni możemy razem z Francją i Niemcami tworzyć trzon decyzyjny w Unii Europejskiej. Tam jest nasze miejsce” – powiedział Marek Belka we wspomnianym wywiadzie dla Dziennika Gazeta Prawna. Te dwa zdania stanowią najlepszą odpowiedź lewicy na apel Kaczyńskiego.

 

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Lekcje nieodrobione

Dawno, dawno temu, jeszcze w Polsce Ludowej, podczas opozycyjnych demonstracji organizowanych przez NSZZ „Solidarność”, noszono transparenty z napisem: „Państwo jest wtedy policyjne, kiedy policjant zarabia więcej niż nauczyciel. Włodzimierz Lenin”.
Młodszym czytelnikom muszę wytłumaczyć, że był to bardzo celny i złośliwy strzał w kierunku rządzących wtedy elit. Nie tylko przypominał o zaległej lekcji do odrobienia, czyli podwyżce płac dla nauczycieli i innych pracowników resortu oświaty. Wypominał też władzy wyższe od nauczycieli zarobki przyznane nielubianej przez obywateli Milicji Obywatelskiej, czyli ówczesnej policji. I na dodatek czynił to posługując się cytatem z Włodzimierza Lenina, wtedy postaci funkcjonującej na prawach obecnego papieża Jana Pawła II-go.
Lata minęły. Polska Ludowa przetransformowała się w III Rzeczpospolitą. Tej niedawno rządzące elity nałożyły nowe, autorytarne i narodowo-katolickie szaty IV RP. Ale, pomimo tych zmian, nauczyciele dalej zarabiają kiepsko jak zarabiali. Nawet katecheci uczący jedynej słusznej religii katolickiej.
I nawet informacje, że policjanci też kiepsko zarabiają, nie polepszają nauczycielskiej doli.
Zarabiają kiepsko, bo w III RP żadna z formacji politycznych, nawet SLD, nie traktowała solidnego uregulowania systemu płac nauczycielskich jako priorytetu programowego.
Przyjęło się w Polsce, że polski nauczyciel to taka Siłaczka z noweli Żeromskiego, wieloletniej lektury szkolnej zresztą, czyli osoba wielce ideowo przekonana do krzewienia oświaty. I dlatego nauczyciel nie musi, wręcz nie powinien, dużo zarabiać.
Dodatkowo, wpływowa NSZZ „Solidarność”, dzisiaj wspierająca rządzący PiS, porzuciła leninowskie krytyki „policyjnego państwa”. Dziś dla bieżących celów politycznych NSZZ „Solidarność” tłumi pro strajkowe nastoje środowisk nauczycielskich. Wyprzedaje swój etos za ochłapy rzucane jej z rządowego żłobu.
Rząd PiS znalazł w deficytowym budżecie państwa polskiego ponad 40 miliardów aby za pieniądze wyborców kupić ich głosy. Nie starcza mu już, aby wreszcie systemowo uregulować płace w resorcie oświaty.
Narzekającym na biedę nauczycielom proponuje się produkcje dzieci aby więcej mogli skorzystać z programu 500+.
Pewnie niebawem rodzicom narzekającym na spadek poziomu oświaty PiS władza zaproponuje aby wysyłali swe dzieci na korepetycje. Bo przecież rodzice dostają po pięćset złotych na każde już dziecko. Zatem mogą je indywidualnie douczać.
Jest jeszcze inne rozwiązanie pozwalające zniwelować skutki odchodzenia najlepszych nauczycieli z pracy. Skoro nie ma pieniędzy w deficytowym budżecie państwa na podwyżki dla nauczycieli, to może rząd zapełni grożący nam deficyt polskich nauczycieli ukraińskimi, hinduskimi i nepalskimi emigrantami?
Oni lekcje za rząd odrobią.
A dla deficytowego budżetu taniej to też wypadnie.

Hodowanie Homo Kapitalismus

Gdzie nie trafić w internecie na ekonomiczną dyskusję, gdzie nie rzucić jakiegoś progresywnego postulatu dotyczącego podatków, gdzie nie poinformować o jakimś strajku i postulatach pracowników, nie daj Boże w budżetówce – tam zawsze wyskoczy dziwnie nadreprezentowany chórek tzw. małych przedsiębiorców, rzekomo najbardziej poszkodowanych przez los. Z jednej strony nic dziwnego – cisną ich wielkie korporacje, z którymi nigdy nie będą w stanie wygrać konkurencji, więc jedyne co im pozostaje, to wołać do państwa o zmniejszenie obciążeń, zlikwidowanie zasiłków, prywatyzację wszystkich dóbr wspólnych. Uczeni fałszywej wiary w to, że są panami własnego losu, a nie marionetkami procesów rynkowych, nauczyli się żyć często poza państwem – z ich egoistycznego punktu widzenia likwidacja służby zdrowia czy szkolnictwa być może rzeczywiście mogłaby przynieść jakieś profity, bo polskie państwo z kartonu od dawna zmusza wielu ludzi do troszczenia się o zdrowie i dzieci za prywatne pieniądze. A ich na to stać.
Do tego dochodzi rzesza samozatrudnionych, tak naprawdę wypchniętych ze stabilnego rynku pracy pracowników najemnych. Ich myślenie także często skupia się na kosztach ZUS-u czy ubezpieczenia zdrowotnego, a nie na tym, że ich forma zatrudnienia jest patologią. Taka jest siła propagandy.
Praktycznie poza dyskusją publiczną jest uprzywilejowanie przedsiębiorców jak niskie podatki czy możliwość wliczania większości zakupów w koszty. Brakuje dyskusji, czy model iście subsaharyjski, w którym jest aż tylu mikroprzedsiębiorców jest dla gospodarki korzystny. Jak niegdyś klasa robotnicza, dziś to przedsiębiorcy są solą ziemi, więc należy na nich chuchać i dmuchać.
W tym roku wprowadzono przepisy, które pozwalają płacić niższy ZUS tym jednoosobowym firmom, które osiągają przychód do 5250 zł. Do tej pory płacili zryczałtowany ZUS, teraz będzie to proporcjonalnie do przychodu, czyli sporo zaoszczędzą. Ma na tym skorzystać blisko 200 tysięcy osób, prowadzących biedabiznesy na granicy opłacalności. Ile osób dzięki temu zamieni etat na działalność, zachęcona przez swoich szefów – nie wiadomo.
Obrona mikroprzedsiębiorców przez wielkich kapitalistów i ich politycznych reprezentantów nie wynika z troski, tylko z potrzeby stworzenia zaplecza politycznego, elektoratu homo kapitalismus – aspołecznego, roszczeniowego typa czy typiary, dla których idealnym systemem jest jakaś wersja libertarianizmu, w którym wielu z nich sądzi, że zostaną milionerami. Nie jest przypadkiem, co udowodniły ostatnie badania Centrum Badań nad Uprzedzeniami, a zwrócił szczególną uwagę Jarosław Flis w Tygodniku Powszechnym, że ludzie nastawieni socjalnie dehumanizują swoich przeciwników znacznie mniej niż ci liberalni. Sztuczne hodowanie małych kapitalistów szkodzi więc także jakości sfery publicznej. Pomaga jednak zachować niesprawiedliwy system, bo mały przedsiębiorca identyfikuje się bardziej z Solorzem niż zwykłym pracownikiem.

Flaczki tygodnia

W Sejmie RP odśpiewano święta. I Pan Marszałek Marek Kuchciński może już zamknąć ten stresujący go gmach na klucz. Bo jeszcze tylko w przyszłym tygodniu poobiaduje sobie tam Senat RP, zwany Izbą Dumania. Ale nikt tam opozycyjnych ekscesów nie przewiduje. Pogadają senatorowie o tym co Sejm uchwalił. Krótko, bo nie ma też wiele o czym gadać. I potem w tym roku więcej już gadania w Sejmie RP nie będzie.

 

***

Następne posiedzenie Sejmu pan Marszałek wyznaczył dopiero na 16,17,18 stycznia 2019 roku. A kolejne na 20,21, 22 lutego 2019 roku.

 

***

Idą święta, polski parlament zapada w sen zimowy. Władza i opozycja jeszcze w przyszłym tygodniu przypomni nam o swoim istnieniu. A potem będzie Wigilia, potem pierwszy, drugi dzień świat. Potem Nowy Rok i po nim laba aż do Trzech Króli. Dni wolne dla społeczeństwa od bieżącej polityki. Nie zakłóci ich nawet prezydenckie noworoczne orędzie wygłoszone w przerwach pomiędzy narciarskimi szusami Pierwszego Obywatela.

 

***

W Sejmie RP odśpiewano święta, ale nie rozpoczęto najważniejszej debaty. Nad corocznym deficytem budżetowym. Zwanym „budżetem państwa”.
Ów deficytowy budżet miał być w zeszłym tygodniu procedowany, ale pan Marszałek wykreślił taka debatę z porządku obrad. W tym roku zapewne taka debata się nie będzie, bo zestresowany pan Marszałek nie zwoła nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w tej sprawie.

 

***

Zatem Sejm RP deficyt budżetowy na rok 2019 uchwalić może już po rozpoczęciu roku budżetowego. Zdarzało się tak już wcześniej, ale taki stan nigdy nie świadczył o dobrym stanie parlamentu lub naszej gospodarki. Czemu teraz polski parlament nie zdążył z uchwaleniem ustawy budżetowej? Nie rozpoczął nawet debatowania?

 

***

Miał do tego znakomite warunki. Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2019 jeszcze w sierpniu 2018. Chwalił się rząd zaplanowanym niskim poziomem deficytu. Chwalił się przewidywanym wysokim wzrostem gospodarczym, rzędu nawet 3,8 procent. Zaiste tak zaplanowanym deficytem budżetowym nie można się wstydzić.

 

***

Nie ma też przeszkód, aby nie przegłosować ustawy budżetowej w parlamencie. Partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego dysponuje wystarczającą większością głosów w Sejmie i Senacie RP. Co przecież ostatnie, piątkowe głosowania nad wotum nieufności dla pana premiera Morawickiego potwierdziło. Czasu na debatę budżetową też nie brakowało. Można było przynajmniej rozpocząć procedowanie i debatować przynajmniej do najbliższego czwartku.

 

***

Sejm tej kadencji, Sejm zdominowany przez prawicę z PiS, dowiódł już, że potrafi każdą ustawę przegłosować. W bardzo krótkim czasie. I jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że trzeba przegłosować ustawę budżetową na styczniowym posiedzeniu Sejmu RP, to większość PiS przegłosuje ją. Może nawet pobije kolejny rekord szybkości w przegłosowywaniu ustaw.

 

***

Ale jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że Sejm RP ustawy budżetowej nie przegłosuje, to nie zostanie ona przedstawiona panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie do podpisu. I wtedy pan prezydent może zarządzić skrócenie kadencji Sejmu RP.

 

***

Może tak uczynić, nie dlatego, żeby ukarać Sejm za to, że Wysoka Izba pozbawiła go jego ulubionego zajęcia, czyli podpisywania ustaw.

 

***

Uczyni tak kierując się, tym razem, Konstytucją RP. Artykułem 225.
A on stanowi: „Jeżeli w ciągu 4 miesięcy od dnia przedłożenia Sejmu projektu ustawy budżetowej nie zostanie ona przedstawiona Prezydentowi Rzeczypospolitej do podpisu, Prezydent Rzeczpospolitej może w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu.”
Ten Artykuł trzeba czytać z Artykułem 222, który stanowi: „Rada Ministrów przedkłada Sejmowi najpóźniej na 3 miesiące przed rozpoczęciem roku budżetowego projekt ustawy budżetowej na rok następny. W wyjątkowych przypadkach możliwe jest późniejsze przedłożenie projektu.”
To oznacza, że jeśli Sejm RP nie uchwali budżetu do końca stycznia 2019, to pan prezydent może skrócić kadencję Sejmu i zarządzić przedterminowe wybory parlamentarne.

 

***

Wtedy wybory parlamentarne mogą się odbyć już w marcu 2019 roku, a nie w październiku 2019 roku.

 

***

Co na takim przyśpieszeniu zyskuje rządzący PiS? Na pewno wygrywa te wybory. Sondaże dają mu zdecydowaną większość. Czy wygrana da mu samodzielne rządy, to już zależy od stanu opozycji i jej wyników wyborczych.

 

***

Na razie opozycja nie jest gotowa do zbudowania jednego, ani nawet dwóch, antyPiSowskich bloków wyborczych. Ale decyzja o przyśpieszonych wyborach może takie zjednoczenie opozycji radykalnie przyśpieszyć.
PiS-owi pozostaje jeszcze konstruktywna opozycja, czyli Kukiz15. To ugrupowania może się rozpaść w najbliższych miesiącach. Szybsze wybory leża w interesie tego ugrupowania. I jeśli jego politycy zostaną znowu wybrani do Sejmu, to mogą być w następnej kadencji koalicjantami zwycięskiego PiS.

 

***

Partia pana prezesa Kaczyńskiego ma największe poparcie przedwyborcze. Ale po ogłoszeniu podwyżki cen energii elektrycznej może ono zacząć spadać. Może też im poparcie spadać w efekcie ujawnianych afer gospodarczych i licznych przypadków nepotyzmu. Rośnie w Polsce niezadowolenie wywołane niskimi płacami. Zapewne kierownictwo PiS ma swoje, poufne sondaże opinii prognozujące ich przyszłe poparcie.

 

***

Odkładając uchwalenie ustawy budżetowej pan prezes Kaczyński dał sobie do ręki narzędzie do zorganizowania przyśpieszonych wyborów parlamentarnych. Ogłaszając długie wakacje polityczne zapewne pracuje teraz nad przygotowaniem szybkich wyborów.

 

***

Czy w przyszłym roku obudzimy się w gorączce przyśpieszonych wyborów – o tym znowu zadecyduje pan prezes.

 

***

Wesołych Świąt !

Wyobraźmy sobie…

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL-u, przez PO, nieistniejącą już [edit: jako samodzielny byt] Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:
– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS-ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli później, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty-PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS-u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty-PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.