Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Lekcje nieodrobione

Dawno, dawno temu, jeszcze w Polsce Ludowej, podczas opozycyjnych demonstracji organizowanych przez NSZZ „Solidarność”, noszono transparenty z napisem: „Państwo jest wtedy policyjne, kiedy policjant zarabia więcej niż nauczyciel. Włodzimierz Lenin”.
Młodszym czytelnikom muszę wytłumaczyć, że był to bardzo celny i złośliwy strzał w kierunku rządzących wtedy elit. Nie tylko przypominał o zaległej lekcji do odrobienia, czyli podwyżce płac dla nauczycieli i innych pracowników resortu oświaty. Wypominał też władzy wyższe od nauczycieli zarobki przyznane nielubianej przez obywateli Milicji Obywatelskiej, czyli ówczesnej policji. I na dodatek czynił to posługując się cytatem z Włodzimierza Lenina, wtedy postaci funkcjonującej na prawach obecnego papieża Jana Pawła II-go.
Lata minęły. Polska Ludowa przetransformowała się w III Rzeczpospolitą. Tej niedawno rządzące elity nałożyły nowe, autorytarne i narodowo-katolickie szaty IV RP. Ale, pomimo tych zmian, nauczyciele dalej zarabiają kiepsko jak zarabiali. Nawet katecheci uczący jedynej słusznej religii katolickiej.
I nawet informacje, że policjanci też kiepsko zarabiają, nie polepszają nauczycielskiej doli.
Zarabiają kiepsko, bo w III RP żadna z formacji politycznych, nawet SLD, nie traktowała solidnego uregulowania systemu płac nauczycielskich jako priorytetu programowego.
Przyjęło się w Polsce, że polski nauczyciel to taka Siłaczka z noweli Żeromskiego, wieloletniej lektury szkolnej zresztą, czyli osoba wielce ideowo przekonana do krzewienia oświaty. I dlatego nauczyciel nie musi, wręcz nie powinien, dużo zarabiać.
Dodatkowo, wpływowa NSZZ „Solidarność”, dzisiaj wspierająca rządzący PiS, porzuciła leninowskie krytyki „policyjnego państwa”. Dziś dla bieżących celów politycznych NSZZ „Solidarność” tłumi pro strajkowe nastoje środowisk nauczycielskich. Wyprzedaje swój etos za ochłapy rzucane jej z rządowego żłobu.
Rząd PiS znalazł w deficytowym budżecie państwa polskiego ponad 40 miliardów aby za pieniądze wyborców kupić ich głosy. Nie starcza mu już, aby wreszcie systemowo uregulować płace w resorcie oświaty.
Narzekającym na biedę nauczycielom proponuje się produkcje dzieci aby więcej mogli skorzystać z programu 500+.
Pewnie niebawem rodzicom narzekającym na spadek poziomu oświaty PiS władza zaproponuje aby wysyłali swe dzieci na korepetycje. Bo przecież rodzice dostają po pięćset złotych na każde już dziecko. Zatem mogą je indywidualnie douczać.
Jest jeszcze inne rozwiązanie pozwalające zniwelować skutki odchodzenia najlepszych nauczycieli z pracy. Skoro nie ma pieniędzy w deficytowym budżecie państwa na podwyżki dla nauczycieli, to może rząd zapełni grożący nam deficyt polskich nauczycieli ukraińskimi, hinduskimi i nepalskimi emigrantami?
Oni lekcje za rząd odrobią.
A dla deficytowego budżetu taniej to też wypadnie.

Hodowanie Homo Kapitalismus

Gdzie nie trafić w internecie na ekonomiczną dyskusję, gdzie nie rzucić jakiegoś progresywnego postulatu dotyczącego podatków, gdzie nie poinformować o jakimś strajku i postulatach pracowników, nie daj Boże w budżetówce – tam zawsze wyskoczy dziwnie nadreprezentowany chórek tzw. małych przedsiębiorców, rzekomo najbardziej poszkodowanych przez los. Z jednej strony nic dziwnego – cisną ich wielkie korporacje, z którymi nigdy nie będą w stanie wygrać konkurencji, więc jedyne co im pozostaje, to wołać do państwa o zmniejszenie obciążeń, zlikwidowanie zasiłków, prywatyzację wszystkich dóbr wspólnych. Uczeni fałszywej wiary w to, że są panami własnego losu, a nie marionetkami procesów rynkowych, nauczyli się żyć często poza państwem – z ich egoistycznego punktu widzenia likwidacja służby zdrowia czy szkolnictwa być może rzeczywiście mogłaby przynieść jakieś profity, bo polskie państwo z kartonu od dawna zmusza wielu ludzi do troszczenia się o zdrowie i dzieci za prywatne pieniądze. A ich na to stać.
Do tego dochodzi rzesza samozatrudnionych, tak naprawdę wypchniętych ze stabilnego rynku pracy pracowników najemnych. Ich myślenie także często skupia się na kosztach ZUS-u czy ubezpieczenia zdrowotnego, a nie na tym, że ich forma zatrudnienia jest patologią. Taka jest siła propagandy.
Praktycznie poza dyskusją publiczną jest uprzywilejowanie przedsiębiorców jak niskie podatki czy możliwość wliczania większości zakupów w koszty. Brakuje dyskusji, czy model iście subsaharyjski, w którym jest aż tylu mikroprzedsiębiorców jest dla gospodarki korzystny. Jak niegdyś klasa robotnicza, dziś to przedsiębiorcy są solą ziemi, więc należy na nich chuchać i dmuchać.
W tym roku wprowadzono przepisy, które pozwalają płacić niższy ZUS tym jednoosobowym firmom, które osiągają przychód do 5250 zł. Do tej pory płacili zryczałtowany ZUS, teraz będzie to proporcjonalnie do przychodu, czyli sporo zaoszczędzą. Ma na tym skorzystać blisko 200 tysięcy osób, prowadzących biedabiznesy na granicy opłacalności. Ile osób dzięki temu zamieni etat na działalność, zachęcona przez swoich szefów – nie wiadomo.
Obrona mikroprzedsiębiorców przez wielkich kapitalistów i ich politycznych reprezentantów nie wynika z troski, tylko z potrzeby stworzenia zaplecza politycznego, elektoratu homo kapitalismus – aspołecznego, roszczeniowego typa czy typiary, dla których idealnym systemem jest jakaś wersja libertarianizmu, w którym wielu z nich sądzi, że zostaną milionerami. Nie jest przypadkiem, co udowodniły ostatnie badania Centrum Badań nad Uprzedzeniami, a zwrócił szczególną uwagę Jarosław Flis w Tygodniku Powszechnym, że ludzie nastawieni socjalnie dehumanizują swoich przeciwników znacznie mniej niż ci liberalni. Sztuczne hodowanie małych kapitalistów szkodzi więc także jakości sfery publicznej. Pomaga jednak zachować niesprawiedliwy system, bo mały przedsiębiorca identyfikuje się bardziej z Solorzem niż zwykłym pracownikiem.

Flaczki tygodnia

W Sejmie RP odśpiewano święta. I Pan Marszałek Marek Kuchciński może już zamknąć ten stresujący go gmach na klucz. Bo jeszcze tylko w przyszłym tygodniu poobiaduje sobie tam Senat RP, zwany Izbą Dumania. Ale nikt tam opozycyjnych ekscesów nie przewiduje. Pogadają senatorowie o tym co Sejm uchwalił. Krótko, bo nie ma też wiele o czym gadać. I potem w tym roku więcej już gadania w Sejmie RP nie będzie.

 

***

Następne posiedzenie Sejmu pan Marszałek wyznaczył dopiero na 16,17,18 stycznia 2019 roku. A kolejne na 20,21, 22 lutego 2019 roku.

 

***

Idą święta, polski parlament zapada w sen zimowy. Władza i opozycja jeszcze w przyszłym tygodniu przypomni nam o swoim istnieniu. A potem będzie Wigilia, potem pierwszy, drugi dzień świat. Potem Nowy Rok i po nim laba aż do Trzech Króli. Dni wolne dla społeczeństwa od bieżącej polityki. Nie zakłóci ich nawet prezydenckie noworoczne orędzie wygłoszone w przerwach pomiędzy narciarskimi szusami Pierwszego Obywatela.

 

***

W Sejmie RP odśpiewano święta, ale nie rozpoczęto najważniejszej debaty. Nad corocznym deficytem budżetowym. Zwanym „budżetem państwa”.
Ów deficytowy budżet miał być w zeszłym tygodniu procedowany, ale pan Marszałek wykreślił taka debatę z porządku obrad. W tym roku zapewne taka debata się nie będzie, bo zestresowany pan Marszałek nie zwoła nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu w tej sprawie.

 

***

Zatem Sejm RP deficyt budżetowy na rok 2019 uchwalić może już po rozpoczęciu roku budżetowego. Zdarzało się tak już wcześniej, ale taki stan nigdy nie świadczył o dobrym stanie parlamentu lub naszej gospodarki. Czemu teraz polski parlament nie zdążył z uchwaleniem ustawy budżetowej? Nie rozpoczął nawet debatowania?

 

***

Miał do tego znakomite warunki. Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2019 jeszcze w sierpniu 2018. Chwalił się rząd zaplanowanym niskim poziomem deficytu. Chwalił się przewidywanym wysokim wzrostem gospodarczym, rzędu nawet 3,8 procent. Zaiste tak zaplanowanym deficytem budżetowym nie można się wstydzić.

 

***

Nie ma też przeszkód, aby nie przegłosować ustawy budżetowej w parlamencie. Partia pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego dysponuje wystarczającą większością głosów w Sejmie i Senacie RP. Co przecież ostatnie, piątkowe głosowania nad wotum nieufności dla pana premiera Morawickiego potwierdziło. Czasu na debatę budżetową też nie brakowało. Można było przynajmniej rozpocząć procedowanie i debatować przynajmniej do najbliższego czwartku.

 

***

Sejm tej kadencji, Sejm zdominowany przez prawicę z PiS, dowiódł już, że potrafi każdą ustawę przegłosować. W bardzo krótkim czasie. I jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że trzeba przegłosować ustawę budżetową na styczniowym posiedzeniu Sejmu RP, to większość PiS przegłosuje ją. Może nawet pobije kolejny rekord szybkości w przegłosowywaniu ustaw.

 

***

Ale jeśli pan prezes Kaczyński zadecyduje, że Sejm RP ustawy budżetowej nie przegłosuje, to nie zostanie ona przedstawiona panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie do podpisu. I wtedy pan prezydent może zarządzić skrócenie kadencji Sejmu RP.

 

***

Może tak uczynić, nie dlatego, żeby ukarać Sejm za to, że Wysoka Izba pozbawiła go jego ulubionego zajęcia, czyli podpisywania ustaw.

 

***

Uczyni tak kierując się, tym razem, Konstytucją RP. Artykułem 225.
A on stanowi: „Jeżeli w ciągu 4 miesięcy od dnia przedłożenia Sejmu projektu ustawy budżetowej nie zostanie ona przedstawiona Prezydentowi Rzeczypospolitej do podpisu, Prezydent Rzeczpospolitej może w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu.”
Ten Artykuł trzeba czytać z Artykułem 222, który stanowi: „Rada Ministrów przedkłada Sejmowi najpóźniej na 3 miesiące przed rozpoczęciem roku budżetowego projekt ustawy budżetowej na rok następny. W wyjątkowych przypadkach możliwe jest późniejsze przedłożenie projektu.”
To oznacza, że jeśli Sejm RP nie uchwali budżetu do końca stycznia 2019, to pan prezydent może skrócić kadencję Sejmu i zarządzić przedterminowe wybory parlamentarne.

 

***

Wtedy wybory parlamentarne mogą się odbyć już w marcu 2019 roku, a nie w październiku 2019 roku.

 

***

Co na takim przyśpieszeniu zyskuje rządzący PiS? Na pewno wygrywa te wybory. Sondaże dają mu zdecydowaną większość. Czy wygrana da mu samodzielne rządy, to już zależy od stanu opozycji i jej wyników wyborczych.

 

***

Na razie opozycja nie jest gotowa do zbudowania jednego, ani nawet dwóch, antyPiSowskich bloków wyborczych. Ale decyzja o przyśpieszonych wyborach może takie zjednoczenie opozycji radykalnie przyśpieszyć.
PiS-owi pozostaje jeszcze konstruktywna opozycja, czyli Kukiz15. To ugrupowania może się rozpaść w najbliższych miesiącach. Szybsze wybory leża w interesie tego ugrupowania. I jeśli jego politycy zostaną znowu wybrani do Sejmu, to mogą być w następnej kadencji koalicjantami zwycięskiego PiS.

 

***

Partia pana prezesa Kaczyńskiego ma największe poparcie przedwyborcze. Ale po ogłoszeniu podwyżki cen energii elektrycznej może ono zacząć spadać. Może też im poparcie spadać w efekcie ujawnianych afer gospodarczych i licznych przypadków nepotyzmu. Rośnie w Polsce niezadowolenie wywołane niskimi płacami. Zapewne kierownictwo PiS ma swoje, poufne sondaże opinii prognozujące ich przyszłe poparcie.

 

***

Odkładając uchwalenie ustawy budżetowej pan prezes Kaczyński dał sobie do ręki narzędzie do zorganizowania przyśpieszonych wyborów parlamentarnych. Ogłaszając długie wakacje polityczne zapewne pracuje teraz nad przygotowaniem szybkich wyborów.

 

***

Czy w przyszłym roku obudzimy się w gorączce przyśpieszonych wyborów – o tym znowu zadecyduje pan prezes.

 

***

Wesołych Świąt !

Wyobraźmy sobie…

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL-u, przez PO, nieistniejącą już [edit: jako samodzielny byt] Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:
– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS-ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli później, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty-PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS-u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty-PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.

Triumf zmowy bogatych

Chęć obrony swoich pieniędzy przez zamożne polskie elity jest ponadpartyjna, nie zna różnic ideologicznych oraz światopoglądowych, ma w nosie prawa i zasady.

 

Trybunał Konstytucyjny uznał, że zniesienie górnego limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, jest sprzeczne z ustawą zasadniczą. Obecnie obowiązuje ograniczenie, według którego składki płaci się co najwyżej od zarobków sięgających trzydziestu przeciętnych pensji. Ten kto zarabia więcej, już nie płaci wyższych składek.
Tak więc, dziś takie same składki na emeryturę i rentę są odciągane od zarobków kogoś zarabiającego wspomniane trzydzieści pensji – i od dochodów tego, kto zarabia jeszcze więcej, 35, 40 czy Bóg wie ile pensji.

 

Przywilej dla najbogatszych

Każdy normalny człowiek zapyta w tym momencie, dlaczego ludzie najlepiej zarabiający mają być dodatkowo uprzywilejowani i nie płacić wyższych składek w miarę wzrostu swych zarobków?
Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Skoro bowiem ktoś zwiększa swoje zarobki, na przykład od wysokości jednej przeciętnej pensji do trzydziestu, jednocześnie podnosząc płacone przez siebie składki – to logiczne jest, że i ten, kto zwiększa zarobki powiedzmy od 30 do 40 przeciętnych pensji, też powinien odprowadzać stopniowo coraz więcej pieniędzy na cel emerytalno-rentowy.
Nie ma powodu, by w kraju biednym i wciąż będącym na dorobku, istniało tak drastyczne, dodatkowe uprzywilejowanie grupy szczęściarzy, którzy i tak są uprzywilejowani dzięki temu, że osiągają ogromne dochody, przekraczające 30 przeciętnych pensji (świadomie piszę tu o szczęściarzach, bo między bajki należy włożyć pogląd, że najwyższe dochody w Polsce osiągają akurat ci najzdolniejsi i najbardziej pracowici).
Jest to drastycznie sprzeczne z naszą Konstytucją, która stwierdza, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Istnienie górnego limitu płaconych składek to ewidentny dowód braku sprawiedliwości społecznej w Polsce. I ponurym rechotem historii jest, że Trybunał Konstytucyjny uznał, iż zniesienie tego limitu jest sprzeczne z Konstytucją. Ten wyrok TK to zwieńczenie zmowy bogaczy, wymierzonej przeciwko próbie zniesienia limitu – i przeciwko sprawiedliwości społecznej.

 

Zamożni chcą mieć tu i teraz

Obecny rząd postanowił znieść górny limit składek. Nie robił tego oczywiście z sentymentu do idei sprawiedliwości społecznej, lecz po to, aby do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wpływało dodatkowo około 5 mld zł rocznie. W perspektywie pogarszającej się koniunktury gospodarczej w Polsce, bardzo to przyda się naszemu trzeszczącemu budżetowi, pozwoli sfinansować wiele potrzebnych wydatków i zmniejszy coroczne dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Nieważne zresztą z jakiego powodu rząd PiS planował zniesienie limitu, ważne, że byłaby to zmiana słuszna, potrzebna i zgodna z konstytucyjną regułą sprawiedliwości społecznej.
Niestety, o wprowadzeniu w życie tej zmiany decydowali właśnie ludzie najlepiej zarabiający, których dotknęłoby zniesienie górnego limitu składek.
To oni są bowiem w gremiach przedsiębiorców, którzy – pytani o opinię – totalnie skrytykowali ten pomysł, nie godząc się choćby na tak minimalne uszczuplenie swych dochodów, jakie spowodowałby wzrost odprowadzanych składek.
To oni zasiadają w Senacie i sprokurowali (zapewne całkowicie świadomie, z nadzieją na obalenie ustawy) zamieszanie z brakiem quorum przy głosowaniu nad projektem zniesienia limitu. To w interesie bogatych działał prezydent kierując ustawę do Trybunału.
To oni wreszcie tworzą skład Trybunału Konstytucyjnego, który akurat w tym konkretnym przypadku, choć nikt go nie prosił, postanowił wyjść poza ramy wniosku prezydenta i zająć się prawidłowością głosowania w Senacie.
Jak widać, solidarność bogatych w obronie swych dochodów jest ponadpartyjna, nie zna różnic ideologicznych ani światopoglądowych.

 

Cześć wam, „panowie magnaci”

Zabawne, że to właśnie ludzie z zamożnych, opiniotwórczych elit tak chętnie namawiają do odkładania pieniędzy na przyszłą emeryturę, nie konsumowania wszystkiego od razu, zadbania o to, by na starość nie obniżył się nasz poziom życia.
Oni sami jakoś nie zechcieli się zastosować do głoszonych przez siebie wywodów. Im jakoś nie zależy, żeby w przyszłości mieć jeszcze wyższą emeryturę dzięki płaceniu wyższych składek.
Nam każą myśleć o przyszłości – ale sami chcą mieć jak najwięcej pieniędzy właśnie teraz, dziś, a nie w „jesieni życia”, gdy w obliczu różnych chorób i nieprzewidzianych wydatków, wysoka emerytura może się bardzo przydać.
Wypada więc zawołać do nich: Hej, wy tam, „panowie magnaci”! Zadbajcie także o swoją jesień życia, płaćcie teraz wyższe składki, odkładajcie więcej na emeryturę, tak jak i nas namawiacie!.
W walce z ustawą znoszącą górny limit składek, podnoszony był bzdurny argument, że należy zostawić ten limit, gdyż wyższe wpłaty do ZUS dziś, spowodują wyższe wypłaty emerytur w przyszłości, czego nasz budżet nie udźwignie.
Akurat! Na tej zasadzie do ZUS nie należałoby w ogóle wpłacać żadnych składek, bo zawsze jest tak, że większe wpłaty składek obecnie, to wyższe wypłaty na emerytury za ileś lat.
Szkoda, że tak głupawy argument, obrażający inteligencję publiczności, jest powtarzany przez opiniotwórcze media.

Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Wojenny budżet

716 miliardów. To suma, która od 1 października 2018 roku będzie wydawana na potrzeby armii USA. To nie jest największy budżet w historii Stanów Zjednoczonych, ale wsparty został bardzo wojowniczą retoryką.

 

Ta ogromna suma pójdzie na modernizację amerykańskich siła zbrojnych i zwiększenie ich liczebności. Ogranicza współpracę z Rosją w ramach Porozumienia o otwartych przestworzach (umożliwia kontrolę wzajemną państw sygnatariuszy) i, jakżeby inaczej, grozi kolejnymi sankcjami wobec tych, którzy prowadzą działalność „na korzyść rosyjskiego wywiadu” i sektora zbrojeniowego.

Dokument został podpisany w Forcie Drum, bazie amerykańskiej na północy stanu Nowy Jork. Amerykański prezydent podkreślił, że podpisany przez niego dokument jest największą inwestycją w amerykański sektor wojenno-przemysłowy w najnowszej historii kraju. (W 2011 roku Barack Obama podpisał budżet na 724,6 mld dolarów).

„Na następny rok mamy 716 miliardów dolarów, żeby dać wam najlepsze samoloty, czołgi i rakiety [do użycia] w dowolnym punkcie Ziemi” – mówił Donald Trump w swym przemówieniu skierowanym do wojskowych w bazie Fort Drum.

Na podstawie podpisane go dokumentu zarobki wojskowych wzrosną o 2,6 proc, 40 mld pójdzie na wzmocnienie sił powietrznych (m.in. na zakup 77 myśliwców F-35), za 24,1 mld zostanie zbudowanych 13 nowych okrętów i zmodernizowane zostaną stare.

Wiele uwagi amerykański lider poświęcił w swym przemówieniu konieczności zwiększenia mocy sił kosmicznych, ponieważ, jak się wyraził, „by zachować dominację Ameryki, musimy być przed wszystkimi. Zwykła przewaga nie wystarczy, Ameryka musi panować w kosmosie”. 65 mld wydanych zostanie na opracowanie nowych głowic jądrowych małej mocy, które będą na uzbrojeniu łodzi podwodnych. Zakupionych zostanie 135 czołgów „Abrams” i 360 innych pojazdów bojowych. Przewiduje się też finansowanie badań nad rozwojem dronów.

Liczba żołnierzy zwiększy się o 15,6 tysięcy ludzi.

Co istotne dla naszego regionu Europy, 250 milionów dolarów zostanie przeznaczonych na pomoc wojskową dla Ukrainy, łącznie z bronią ofensywnego charakteru, a także przewidziane są wspólne manewry amerykańskich i miejscowych wojsk na Ukrainie i w Gruzji.

Świat stał się mniej bezpieczny.

Czekając na dobrą zmianę

Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone.

 

Gdy cała Polska rwała włosy z głowy patrząc na grę naszych piłkarzy w meczu z Senegalem, na zamku w Mesebergu pani kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała „tak” prezydentowi Emmanuelowi Macron. I to dla Polaków powinien być znacznie poważniejszy powód do bólu głowy, niż indolencja strzelecka naszych piłkarzy. Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone. Zgrabnie opisał tę nową sytuację publicysta portalu Politico, który powiedział, że pytanie „czy” zmieniło się w Mesebergu w pytanie „jak”. Drobna z pozoru zmiana oznacza poważną cezurę w dziejach Unii Europejskiej.
To długo wydawało się niemożliwe, gdyż w swoim czasie Niemcy bardzo silnie oponowali przeciwko temu pomysłowi. Kilkanaście dni temu niemiecka kanclerz uległa jednak francuskiemu prezydentowi. Przynajmniej dwie prędkości (jeżeli nie więcej) europejskiego rozwoju zostały postanowione. Czeka nas konsolidacja Unii wokół strefy euro i Schengen z tym, że każdy, kto się w to włączy, może z tego skorzystać. Kto pozostanie poza, to po prostu pozostanie poza. Czas – start, można powiedzieć trzymając się sportowych porównań.
Jak wiadomo, pośród wielu „nie”, które rząd PiS wypowiada pod adresem Unii, jest także zdecydowane „nie” w stosunku do wszelkich koncepcji mogących podzielić europejską wspólnotę na dwie kategorie. Mówiąc „po polsku” – na „dwa sorty” – lepszy i gorszy, szybciej rozwijający się i wolniej. Kłopot w tym, że główne państwa Unii nie za bardzo się tym przejmują. Gdy jednymi drzwiami od pani Merkel wychodził premier Morawiecki i komunikował nam o „owocnych”, „konstruktywnych” rozmowach, drugimi drzwiami wchodził do niej prezydent Francji, by następnie razem z panią kanclerz ogłosić rozpoczęcie prac nad dalszą integracją strefy euro. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy pan Morawiecki był o wszystkim poinformowany? Czy Angela powiedziała mu, że zaraz przyjdzie Emmanuel i będziemy decydować o takiej to a takiej sprawie. Nie wiemy, czy tak było, a wiedzieć byłoby warto, bo wtedy mielibyśmy bliższe wyobrażenie, jak jesteśmy traktowani i czy my w ogóle jesteśmy komuś do czegoś potrzebni.
W pierwszych, oficjalnych polskich reakcjach na to wydarzenie obserwuję niestety próbę przemilczenia tego, co się stało na zamku w Mesebergu, albo, w najlepszym razie, próby zbanalizowania sprawy – ot, jedna z wielu koncepcji, która urodziła się na europejskich salonach. Szef gabinetu prezydenta postawił sprawę jasno – martwi nas głównie to, żeby budżet Unii na tym nie ucierpiał, a więc, żeby Unia wypłacała krajom członkowskim, to, co wypłacać powinna, a strefa euro ten swój nowy budżet niech lepi z innych pieniędzy – nie z tych, które są między innymi dla nas przeznaczone.
Jest to sprowadzanie tego wydarzenia wyłącznie do kwestii finansowych, a troska o Polskę polega na tym, żeby nas przypadkiem nie oszukano, żeby przez jakieś francusko-niemieckie fanaberia nie uszczuplono tego, co nam się słusznie należy. Tymczasem to wydarzenie nie zasługuje bynajmniej na sklepikarskie podejście. Przede wszystkim to nie jest sprawa finansowa, to jest sprawa systemowa. To jest sprawa nowego ustroju Unii Europejskiej. Pieniądze są tutaj rzeczą wtórną, rzekłbym. Natomiast kształt Unii Europejskiej, priorytety i zakres uczestniczenia państw członkowskich w Unii – to jest jądro nowych czasów, które nadchodzą. A co do budżetu – nie ma innych źródeł pieniędzy europejskich niż te, o których mówimy. Nie ma jakiejś dodatkowej szuflady z gotówką. Nie należy oczekiwać, że państwa członkowskie dodatkowo się opodatkują, albo będą wnosić jakiś inny, dodatkowy wkład. Należy spodziewać się raczej gospodarowania zasobami dostępnymi. Nie ma szans, że budżet strefy euro powstanie z jakichś innych pieniędzy, które skądś sobie wezmą państwa zainteresowane. Nic o takich pieniądzach nie wiemy. Wiemy za to, że skłonność wpłacania pieniędzy do budżetu Unii przez państwa wysoko rozwinięte jest niska i nie zdarza się, żeby wykraczała poza to, co obligatoryjne.
Poza tym nie zapominajmy o naszych realnych możliwościach, mierzmy siły na zamiary. Co z tego, że coraz to ktoś ze sfer rządowych mniej lub bardziej stanowczo, choć na ogół stanowczo, zapowiada nasze „nie” wobec wszelkich prób budowy oddzielnej strefy euro? Do niedawna sojusznikiem Polski i najsilniejszym reprezentantem państw pozostających poza strefą euro, była Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania opuszcza Unię, a sami raczej rady nie damy. Wszystkie nasze polityczne siły i koalicyjne możliwości zużyły się w sporze z Unią w obronie reformy sądownictwa. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas niedawnego głosowania nad statusem pracowników delegowanych dla kierowców polskich TiR-ów. Wbrew interesowi polskich firm przewozowych i mimo naszego – polskich europosłów – oporu, niekorzystne dla nas rozwiązanie zostało przyjęte głosami naszych największych konkurentów na tym rynku.
Obyśmy się więc i w kwestiach tak zasadniczych, jak oddzielny budżet eurolandu nie rozczarowali, licząc, że środki, które dotychczas są w projekcie budżetowym na lata 2021-2027 nie będą dotknięte.
Poza tym nie ma czegoś takiego jak: „nam się należy”. To, co „się należy”, czy „będzie należało”, ile, dlaczego i na jakich zasadach wypłacane, to się dopiero negocjuje. Powiedziałbym nawet, że po to właśnie w takim momencie Niemcy i Francja „odpalają” projekt konsolidacji strefy euro, żeby w budżecie na lata 2021-2027 wprowadzić niezbędne zapisy. Nie przypadkiem dyskusję nad budżetem strefy nakłada się na dyskusję o budżecie całej UE.
No, dobrze, powie ktoś – pan poseł się tu wymądrza, a co pan radziłby rządowi? Jak powinien postąpić w tej sytuacji?
Otóż nie zamierzam rządowi niczego doradzać, po pierwsze dlatego, że on mnie o nic nie prosi i nawet nie wiem, czy w ogóle byłby zainteresowany, tym, co myślę. Niemniej, jeśli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie – na przykład przez jakiegoś mojego wyborcę – to powiedziałbym, że trzeba uważnie pochylić się nad projektem przyszłego budżetu. Tam jest przewidziane ponad 20 mld. euro na stabilizację unii walutowo-monetarnej. A to oznacza również na badania skutków wprowadzenia euro w krajach, które dotąd wspólną walutą się nie posługują i na ew. rekompensaty, jeśli takie będą niezbędne dla państw, które zadeklarują, że wejdą na ścieżkę do strefy euro. Chodzi o realne rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro. Ja bym tak zrobił, skorzystałbym z tego (rozpoczynając tym samym proces dochodzenia do euro), bo to może kompensować straty, które na pewno poniesiemy w polityce spójności. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie. Powinniśmy być w głównym nurcie wydarzeń. Nie powinniśmy zostać na poboczu.
Wkrótce zresztą nadarzy się dobra okazja, by taką „dobrą zmianę”, nową, otwartą postawę na procesy zachodzące w Unii zaprezentować. Może to zrobić pan premier Morawiecki osobiście, gdyż 3 lipca będzie gościł na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że pan Morawiecki przybędzie. To ma formę dialogu, posłowie będą mu zadawać pytania bezpośrednio, w tzw. formule catch the eye – można powiedzieć „oczy w oczy”. Zapowiada się więc bardzo ciekawie – bezpośrednia rozmowa zawsze ma swoją temperaturę. Wszyscy z siedmiu poprzedników premiera Morawieckiego, którzy uczestniczyli w takiej rozmowie, też bezpośrednio odnosiło się do pytań stawianych przez konkretnych posłów. Podkreślam przy okazji, że to w żaden sposób nie jest „egzaminowania” konkretnego państwa, czy szefa rządu. To jest dyskusja na tematy Unii Europejskie: jaka Unia, jej przyszłość. Oczywiście pytań trudniejszych, czy wręcz trudnych, kłopotliwych nie da się uniknąć, ale taka jest natura parlamentaryzmu, swobodnej dyskusji. Nad wszystkim czuwa przewodniczący obradom. On stara się utrzymywać równowagę, ale tylko w tym sensie, żeby taka dyskusja nie przerodziła się w jakąś wewnętrzną walkę polityczną w ramach jednej grupy narodowościowej, przeniesioną na forum Parlamentu Europejskiego.
Jak więc Państwo widzą, mimo lata w Strasburgu i Brukseli wcale nie jest letnio.

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…