Gospodarka 48 godzin

Ocena pozytywna
Prezes NIK Marian Banaś przedstawił na posiedzeniu plenarnym Sejmu wyniki kontroli wykonania budżetu państwa w roku 2019. NIK oceniła wykonanie pozytywnie. W związku z tym Kolegium Izby podjęło uchwałę, w której wyraziło pozytywną opinię w sprawie udzielenia Radzie Ministrów absolutorium za 2019 r. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła także, że sprawozdanie Rady Ministrów z wykonania budżetu państwa, we wszystkich istotnych aspektach przedstawia rzetelne informacje i dane o wysokości dochodów, wydatków, należności i zobowiązań oraz wyniku budżetu państwa i budżetu środków europejskich. Wśród 145 ocen wykonania budżetu państwa odnoszących się do poszczególnych jego części oraz do planów finansowych jednostek pozabudżetowych zdecydowanie przeważały oceny pozytywne. Negatywnie oceniono jedynie wykonanie planu finansowego Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. Łączny deficyt budżetu państwa i budżetu środków europejskich wyniósł 11,1 mld zł. Był on o 33 mld zł niższy od planowanego. Jednakże dług Skarbu Państwa wzrósł w 2019 r. o 19 mld zł. Wpływ na to miały między innymi: pożyczka dla Funduszu Solidarnościowego w kwocie blisko 9 mld zł na sfinansowanie trzynastej emerytury oraz nieodpłatne przekazanie obligacji skarbowych uczelniom wyższym, Funduszowi Dróg Samorządowych i mediom publicznym w łącznej wysokości prawie 6 mld zł. „Operacje te były dopuszczone przepisami prawa, jednak sposób ich przeprowadzenia i ewidencji ograniczyły przejrzystość finansów publicznych” – zauważa NIK.

Wolnoć Tomku
Polscy producenci rolni niechętnie się organizują. Narzekają na zbyt wysokie wymagania i uciążliwą biurokrację, co skutecznie uniemożliwia im zakładanie organizacji i grup producentów. Chodzi zwłaszcza o trudności przy uzyskiwaniu statusu tzw. uznanej organizacji producentów oraz grupy producentów rolnych. Natomiast te grupy, które mimo wszystko powstały, teraz zaczynają się stopniowo likwidować. Inna sprawa, że przeszkodą jest też tradycyjna polska obawa przed jakimkolwiek wspólnym działaniem dla grupowego dobra. „Jednym z głównych powodów słabego zorganizowania rolników jest ich niechęć do wspólnego działania na rynku” – słusznie stwierdza organizacja przedsiębiorców Business Centre Club. Mistrzowsko pokazał to już Mickiewicz, opisując w „Panu Tadeuszu” szlachtę zaściankową, która nijak nie może podjąć żadnych działań dla „dobra pospolitego”, lecz ochoczo godzi się najechać na Sędziego. Charakteru Polaków raczej nie uda się zmienić, zwłaszcza pod rządami PiS, które bazują na rozdmuchiwaniu najbardziej negatywnych przywar polskiego społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebne są wyraźne uproszczenia, które ułatwiłyby tworzenie spółdzielni producentów rolnych o dużej liczbie członków i odpowiedniej do ich działalności wartości środków trwałych. Wiele obecnie obowiązujących w Polsce wymogów nie wynika z przepisów Unii Europejskiej. Nasz kraj nie został niestety przygotowany do mechanizmów wsparcia rynkowego, zaplanowanych przez Komisję Europejską – wskazuje BCC. W Polsce brakuje organizacji producentów na kluczowych rynkach rolnych, m.in. zbóż, roślin oleistych, wieprzowiny, mleka, drobiu, wołowiny. W kraju działają jedynie organizacje producentów uprawiających owoce i warzywa. Najlepiej przygotowanymi przedsiębiorstwami do tego, by uzyskać status organizacji producentów są natomiast spółdzielnie mleczarskie.

Władza i kasa

Dzięki partii aktualnie i od lat rządzącej przywykamy powoli do przekonania, że politycy z górnej półki, ci z PiS-u, i nie tylko oni, nie są nędzarzami. Upubliczniono niedawno Polakom stan posiadania (dochody) wybrańców narodu. Robią wrażenie.

Coraz bardziej umacniają w przeświadczeniu, przynajmniej tych nieco myślących, że do polityki idzie się zasadniczo (ew. również) dla wpływów i pieniędzy. Że, dla czynienia dobra publicznego to taka ściema przy okazji, aby naród głosował i wybrał. Nawet ci najbardziej ideowi przestają z czasem stronić od konfitur. Jasne, że nie wszyscy politycy grzeszą pazernością, jednako polityka, zwłaszcza ta długotrwała i niepodzielna zasadniczo jak aktualnie w Polsce, korumpuje, niestety. Zapewne to nie polski wynalazek, jednako w europejskiej demokracji, do której rzekomo należymy, aspekt ten winien podlegać skutecznej kontroli, hamującej finansowe apetyty i zapędy parlamentarnych wybrańców i rządowych nominantów. Ale kto będzie kontrolował Kaczyńskiego i jego polityczną sitwę ?!
Mając przewagę w sejmie, poukładali wszystko w taki sposób, aby zapewnić sobie nietykalność prawną i polityczną. Np. zapisali w prawie, że w czasie pandemii koronawirusa urzędnicy państwa zwolnieni są: .. od odpowiedzialność za podjęte decyzje. To jakieś kuriozum, za którym można skryć każdy przekręt władzy. Przykłady cudownie znikającej grubej kasy już się pojawiają, i nikt za to nie odpowiada – maseczki i respiratory. Rodzą zasadne podejrzenia pod adresem władzy. Do beznadziejnie smutnych wniosków dochodzę obserwując rozpanoszoną prywatę i bezwstydny ciąg na kasę polityków Prawa i Sprawiedliwości, przyssanych od pięciu lat do cycka z publicznym groszem. Nie zamierzają puścić. Póki co, nie ma siły, aby ktoś im tego skutecznie zabronił. Łamią prawo ?? Skądże !! Wszystko jest legal artis. Ci, co pomstują na kasową niesprawiedliwość, grymaszą i zrzędzą, mogą im naskoczyć. Co najwyżej są w stanie się wkurzać buszując po Internecie na stronach z ujawnionymi dochodami polityków. Są tam prawdziwi rekordziści.
Jakkolwiek nie wyłącznie od Kaczyńskiego, ci od prezesa robią wrażenie szczególne, bo aktualnie i od paru lat przy korycie, jak zwykł to nazywać naród. Warto poczytać. Taki np. Zbigniew Ziobro, minister i prokurator w jednym – nie tylko on – tłucze kasę i nadyma majętność własną z godnym podziwu i pozazdroszczenia rozmachem. I niech kto spróbuje powiedzieć, że mu się nie należy. Ziobro jest żywą personifikacją zła nagrodzonego, nie tylko kasą, również rozległością przypisanych jego urzędowi uprawnień, które zaprzągł skutecznie dla prywaty m. innymi. . Zresztą, są lepsi od niego w mnożeniu kasy własnej. Przy politykach obławiają się kumple i familianci na licznych posadach zależnych od Państwa i samorządów. Pierwszy z brzegu przykład: media ostatnio donoszą, że lokalny działacz partii Kaczyńskiego, chyba z Ostrołęki lub okolic, rozwalił skutecznie w kolizji drogowej służbowy samochód należący do żony. Miał zakaz prowadzenia pojazdów. Właścicielka służbowego auta, żona sprawcy, pani Katarzyna, jest – trzeba trafu, gdyż to zapewne zdolna kobieta – wiceprezesem zarządu Energa Elektrownie Ostrołęka SA. Nie czepiam się: każdy może być wpływowym działaczem partii rządzącej, rozwalić prowadzony bez uprawnień samochód, przy tym mieć małżonkę na wypasionym stanowisku w spółce skarbu państwa. Dotąd takie wypasy przynależały wyłącznie, jak nieustannie obwieszcza propagandowa młócka, do (tfu!) komunistów. Ten przykład, jeden z mnogich w sieci wzajemnych powiązań i partyjnych zależności w Prawie i Sprawiedliwości, ukazuje patologię władzy, w której z elegancją hipopotama tapla się PiS. Tak oto rodzi się, rozrasta i krzepnie rządowy, kumpelski i familijny układ żywotnie i dożywotnio zainteresowanych rządami nominatów Prawa i Sprawiedliwości. Wszak, należy im się !! Dopisuje się do tego krąg kolejny, równie krzepki i rozległy, zadawalający się tym, co łaskawie spadnie z pańskiego stołu, pod postacią 500 plus i innych socjałów. To ostanie da się po ludzku zrozumieć, gdyż dla wielu beneficjentów są to kwoty spore, nie bez znaczenia dla domowych budżetów. Nie zmienia to faktu, że głosujący na partię Kaczyńskiego pogrążają się w myślowym letargu. Kochają Dudę i Morawieckiego, nie mówiąc o prezesie. Wcale zapewne niemała grupa miłośników Prawa i Sprawiedliwości nie ma zamiaru splamić się pracą, Po co, skoro Państwo daje. Tak trzymać. Jesteśmy na finansowej prostej typu „greckiego”. Jeśli do tego dodać wiszącą nad Polską prezydencką recydywę z Dudy, to już jakieś szaleństwo. Pozostaje tylko sprawą czasu, kiedy pogrążymy się w gospodarczej zapaści i UE będzie musiała wyciągać nas z tego bagna. Media zwane publicznymi, z TVP i jej odnogami na czele, mącą we łbach skutecznie. Doprawdy, coraz trudniej zrozumieć, jak coś takiego jest możliwe w demokratycznym, i chcącym uchodzić za wzorzec kultury rozmaitej i nieskończonej, państwie. Poczucie osobistej bezsilności wobec tego co dzieje się w polskiej polityce – wobec Dudowego zagrożenia zwłaszcza – próbuje rekompensować sobie, między innymi, zapisem jak wyżej. Uspokoić się jednak jakoś nie mogę. Niech to szlag trafi.

Unia zintegrowana

Na łamach portalu POLITICO ukazał się komentarz niemieckiego naukowca Moritza Schularicka dotyczący przyszłości Unii Europejskiej. Twierdzi on, że jeśli wart 750 mld. Euro projekt Komisji Europejskiej, która zaproponowała państwom członkowskim, by solidarnie i proporcjonalnie do strat wsparły kraje poszkodowane przez koronawirusa zadziała, to będzie coś na kształt aktu założycielskiego Stanów Zjednoczonych. Jego zdaniem podobnie zaczął się proces tworzenia narodu amerykańskiego.

Schularick sugeruje, że tak może być, gdyż po raz pierwszy lepiszczem będzie nie tylko technokratyczne podejście do ekonomicznego i finansowego problemu, który się pojawił, ale też poczucie solidarności w obliczu przeciwności losu. Kto wie, czy propozycja Komisji Europejskiej, by UE zaciągnęła w imieniu państw członkowskich i za ich poręczeniem dług na fundusz odbudowy po koronawirusie, nie okaże się przełomem w marszu wspólnoty w kierunku czegoś podobnego do narodu? W przyszłości bowiem może dojść do większego niż teraz transferu podatków i innych zasobów do UE, dzięki czemu Bruksela będzie coraz bardziej przypominać zwykły rząd centralny.
Pytania Moritza Schularicka wcale nie są abstrakcyjne. Kwestia większej integracji UE pojawia się w przestrzeni publicznej już od dawna. 750 mld. Euro w postaci zadłużenia wspólnie gwarantowanego przez kraje Unii, to jest po prostu wspólny deficyt budżetowy Unii. To zaś oznacza, że będziemy mieli do czynienia de facto z federacją państw Unii. Konsekwencje tego będą dalekosiężne. Pojawi się więc na pewno pytanie, kto będzie chciał wziąć w tym udział? Gdyby któremuś z 27 państw tworzących Unię taka federacja nie pasowała, będzie mogło ją opuścić. Pozostawanie w federacji nie będzie przecież przymusowe. Dojdzie do rozliczenia – tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii i nastąpi rozejście się. Z tym, że potem będzie już musiało radzić sobie samo – poza wspólnym rynkiem i wszystkimi wewnętrznymi systemami Unii.
W tym kontekście trzeba sobie oczywiście odpowiedzieć na pytanie – co z nami? Czy chcemy korzystać ze wspólnej perspektywy finansowej w latach 2021 – 2027, zacieśniając jednocześnie więzi, wspierając silniejszą Unię i instytucje europejskie z większymi kompetencjami, czy też chcemy pozostać poza. To oczywiste bowiem, że propozycja Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego opiewająca łącznie na 1850 mld. euro w wieloletnich ramach finansowych, oznacza silniejszą UE i jej silniejsze instytucje. Oznacza również pełną akceptację celów strategicznych Unii: klimatycznego – New Green Dealu, oznacza praworządność państw członkowskich i beneficjentów tych środków oraz wzmocnienie solidarności wewnątrz Unii. Zatem rzeczywiście może to prowadzić w kierunku „państwa” i „narodu europejskiego”, o którym mówi Moritz Schularick.
Premier Mateusz Morawiecki w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Andrzejem Dudą, poświęconej kryzysowi covidovemu i unijnemu Funduszowi Odbudowy Gospodarki, nazwał propozycję 64 mld. dla Polski „bardzo dobrą” i „dodatkowym zastrzykiem optymizmu”. Wyjawił jednocześnie, czego nie wiedzieliśmy, że: „To efekt twardej polityki negocjacyjnej, żmudnych nocnych rozmów, które toczyły się w ostatnich trzech miesiącach”. Mało tego – premier dał do zrozumienia, że właściwie jemu Europejczycy zawdzięczają tę unijną szczodrość. „Wiemy – mówił – na czym polegają mechanizmy gospodarcze i dlatego zabiegałem, żeby te fundusze w Europie były jak największe”…
To całkowita zmiana! Od kilku lat słyszeliśmy przecież, że „to, co Unia daje wystarcza na chodniki”, że więcej mamy z podatku VAT niż dostajemy od Unii, że „Unia, to wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, że Unia jest niewydolna, ociężała i zbiurokratyzowana, że nie dostaliśmy od niej na walkę z koronawirusem „ani centa”. Z ust prezydenta usłyszeliśmy nawet, że Unię można porównać do zaborców. „Bardzo często ludzie mówią nam: po co nam Polska? Unia Europejska jest najważniejsza(…)To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów. Jak Polska wtedy, pod koniec osiemnastego wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili: a może to lepiej(…)”
I nagle dwaj najbardziej reprezentatywni sceptycy i krytycy Unii wyrażają zadowolenie, że bierzemy udział w wielkim planie jej odbudowy i przebudowy po covidzie! Nie mogą przecież nie zdawać sobie sprawy, z tego, co już całkiem wyraźnie rysuje się na unijnym horyzoncie, a o czym wprost napisał Moritz Schularick. No, chyba, że to ich nagłe zauroczenie Unią jest udawane? Chyba, że chodzi tylko o pieniądze? Jeśli tak, to przestrzegam – możemy nie być w Unii i nie mieć pieniędzy.

Keynesizm i inne choroby

Każdy kryzys ideowy jest też zawsze kryzysem kierownictwa. A ten zazwyczaj ma swe źródło w wykształceniu i sposobach myślenia. Duża część lewicy zatrzymała się niestety na poziomie myśli Keynesa i różnych pomysłów-cud speców od MMT, jak np. bezwarunkowy dochód podstawowy. Dlaczego? Ponieważ na wszelkiego typu partyjnych szkoleniach, szkołach letnich itd. od lat dominują „lewicowi” ekonomiści, którzy w porywach są właśnie keynesistami. Marksistów lub teoretyków krytycznych tam nie uświadczycie. Poza kapitalizm nie wyjdziecie.

Włożono olbrzymi wysiłek w to, aby lewicowi działacze nie umieli myśleć poza kapitalizmem. Socjaldemokracja skutecznie wylansowała bardzo liberalne i prokapitalistyczne myślenie. W efekcie czytamy dziś w różnych źródłach, jak różni politycy lewicy (często nawet bardzo zasłużeni i godni szacunku) za najważniejsze uważają, by w czasie kryzysu ludzie mieli pieniądze do wydawania na rynku, by go stymulować i podtrzymywać jego funkcjonowanie.

Już abstrahując od tego, jak żałosna jest to pozycja dla lewicy, jeśli zaczyna ona z pozycji „musimy stymulować rynki i konsumpcjonizm by działały jak dawniej!”, to trzeba też podkreślić, że jest to w tym momencie wybitnie krótkowzroczna i realnie bardzo szkodliwa filozofia. Bo na już, na teraz potrzebujemy przede wszystkim stabilnych miejsc pracy, które zamortyzują lawinowe bezrobocie i pozwolą uniezależnić państwa od wahań na światowych rynkach. Kryzys nie skończy się za dwa miesiące. Państw nie stać ,by bez ingerencji w produkcję nastarczyć za wymogami giełd i rynków. Budżet państwa nie powstrzyma globalnych zmian i odwrotu kapitału. Państwa nie są też od ratowania prywatnej własności, która wybitnie się nie sprawdza. Społeczeństwo musi być ponad kapitałem – czas więc skończyć z myśleniem, że państwo to sługa rynków, który musi je wiecznie zadowalać.

Stąd też potrzeba nacjonalizacji kluczowych sektorów gospodarczych
– o czym ostatnio mówiła już nawet Wiceszefowa Komisji Europejskiej – i zabezpieczenia produkcji przez aktywność gospodarczą państwa i tworzenie uczciwych, dobrze płatnych miejsc pracy. Zasiłek w wysokości 1000 złotych (mniej więcej głodowa renta) i pobudzanie bieda-konsumpcji nie podtrzyma żadnej gospodarki. To przepis na społeczeństwo rodem z koszmarnej dystopii, gdzie rzesze biednych żyją już tylko po to, aby wydawać swe ochłapy na śmieciowe jedzenie. Potrzebny jest przepis na życie po kapitalizmie. Bo chyba nie kupiliście tego kitu, że miejsca pracy tworzą wyłącznie sami prywatni przedsiębiorcy w porozumieniu z rynkami i inaczej się nie da?

Jest źródło tych idei. Cały pomysł, że można stworzyć zrównoważoną gospodarkę manipulując samym pieniądzem i samą redystrybucją ma źródło w konkretnych, głęboko prokapitalistycznych, założeniach. Jednym z nich jest założenie, że nie ma dużego kryzysu gospodarczego (jaki mamy) i produkcja oraz handel są w miarę stabilne. Innym założeniem jest założenie, że produkcja oraz własność są świętością zarezerwowaną wyłącznie dla prywatnej własności. Przypomnijmy: keynesizm był szkołą zmierzającą do zadowolenia części klasy pracującej na zasadach kapitalizmu. Zgodnie z tym podejściem państwo/spółdzielnie itd. nie mogą bawić się we właściciela, a najwyżej interweniować w oparciu o zebrane podatki i zmniejszać bezrobocie, czy rozdawać trochę świadczeń. Keynes nigdy nie krytykował hegemonii kapitału, kapitalistycznego niszczenia planety, nie miał też żadnego przepisu na lepsze życie dla krajów-kolonii poddawanych imperialistycznemu drenażowi. Takie są fundamenty keynesizmu: z założenia bardzo zachowawczej, prokapitalistycznej i totalnie przedpotopowej szkoły w obliczu wyzwań przed którymi dziś stoimy. Niedaleko od tej szkoły znajdują się i inne, które w państwie widzą wyłącznie regulatora procesów kapitalistycznych.

Znaczna część ideologów stojących za promowaniem tych rozwiązań to dziś ostatnia deska ratunku dla kapitału i kapitalistycznych rynków. Lewicowa opozycja, która w najodważniejszych porywach chce rozdawać zasiłki i robić wszystko, by ratować rynki (ich popyt i podaż na dotychczasowych warunkach) to przeciwnik idealny, to po prostu przyjaciel ekspertów od Adama Smitha. Część ze zwolenników podobnych rozwiązań bardzo niesłusznie uchodzi też za głębokich, lewicowych radykałów. Wśród nich jest np. Janis Warufakis, który swego czasu, jeszcze jako minister finansów Grecji, sam w ramach pakietu reform proponował Trojce „standardowe thatcherystowskie i reaganowskie rozwiązania”, by następnie ze swymi socjalliberalnymi pomysłami uchodzić za skrajną lewicę i robić zadziwiająco skuteczną karierę.

Rynki i giełdy trzeba w ich społecznej roli stopniowo zastępować.
Musimy eliminować ich szkodliwy wpływ na Ziemię, a nie bawić się w podtrzymywanie ich dotychczasowej działalności różnymi chwilówkami. Kapitał w roli władcy po prostu się nie sprawdza. Gospodarką przyszłości jest gospodarka centralnie sterowana z kontrolą prywatnej własności. To musi się odbywać w społeczeństwach dbających o realizację celów społecznych (niekapitalistycznych) i posiadających bezpośredni wpływ na kształt, cele oraz sposób produkcji. Tymczasem manipulacja samym zrodzonym przez kapitalizm pieniądzem, by osiągnąć pewne minimalne zdobycze przy zachowaniu pełnej władzy rynków to kompletne nieporozumienie i podporządkowanie kapitalistycznemu niszczycielstwu.
Środki z budżetu państwa są po to, aby wejść na rynek i przejąć upadające firmy: z korzyścią zarówno dla pracowników, jak i globalnego układu sił, gdzie zbyt długo dominowali już wyłącznie spekulanci i reprezentanci prywatnych akcjonariatów. Polityka socjalistyczna jest natomiast polityką, która gwarantuje każdemu dobrze płatną i społecznie użyteczną pracę, jednocześnie szybko skracając jej czas i nie tworząc przy tym w społeczeństwie podziału na ludzi sprowadzonych do roli biernych bieda-konsumentów oraz na wybrańców, których rynki jeszcze uważają za godnych posiadania jakiejś kapitalistycznej pracy na rzecz katastrofy klimatu. Naprawdę każdy jest potrzebny. Być może nie z perspektywy kapitału, który woli zatrudniać najtaniej i kieruje nas ku planetarnej katastrofie… Ale z perspektywy interesu i potrzeb ludzkości? Jak najbardziej.

Wyjście poza pułap oczekiwań rynków i doktryn redystrybucjonistycznych to jedno z kluczowych wyzwań, przed jakimi stoimy. Marzenia o rentierstwie w starym systemie to szkodliwa mrzonka. Inaczej cała reakcja na kryzys będzie wypłatą głodowych świadczeń i modłami przed ołtarzykiem świętych giełd. A one już tu nie wrócą. I nawet nie powinniśmy tego chcieć. Bo rola uprzywilejowanego beneficjenta światowych procesów destrukcji i wyzysku to raczej nie jest element lewicowej wrażliwości. Poważne, lewicowe rozwiązania zaczynają się od Marksa.

Gospodarka 48 godzin

NBP wspiera budżet

Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich apeluje do Prezesa Narodowego Banku Polskiego, Rady Polityki Pieniężnej i Zarządu NBP o niepodejmowanie działań, które nie mieszczą się w zakresie kompetencji NBP. Konstytucja stanowi, że „Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza” (art. 227 ust. 1). Skup skarbowych papierów wartościowych zapowiedziany przez Zarząd NBP w dniu 16 marca 2020 roku, i rozpoczęty 19 marca, grozi pokrywaniem deficytu budżetowego przez bank centralny, czego Konstytucja zabrania (art. 220 ust. 2). Ów zakaz wprowadzono do Konstytucji w wolnej Polsce po doświadczeniach z okresu schyłkowego socjalizmu. Skup papierów skarbowych nie jest przeprowadzany po to, by zabezpieczyć płynność w bankach. W sektorze bankowym utrzymuje się nadpłynność, a obligacje posiadane przez banki mogą być przez nie użyte do poprawy płynności w standardowych operacjach z bankiem centralnym. Rozpoczęty przez NBP skup służy zapewnieniu płynności budżetowi państwa. Rząd nie wykorzystuje jej przy tym do pomocy pracownikom i przedsiębiorstwom, których działalność została wstrzymana albo ograniczona na skutek epidemii koronawirusa. Ani do firm, ani do pracowników wciąż nie trafiło żadne wsparcie finansowe (!). Jeśli wydatki budżetu państwa pokrywa bank centralny, to ich koszt nie znika. Po ogłoszeniu przez NBP skupu papierów skarbowych kurs złotego znacząco się osłabił. W dłuższej perspektywie stracą wszyscy, których dochody lub majątek są niezabezpieczone przed słabym kursem złotego lub inflacją. Banki komercyjne będą niechętnie udzielać nowych kredytów, natomiast zwiększą swoje płynne rezerwy. NBP wkraczając na obszary będące domeną polityki wystawił się na polityczne naciski. Im dłużej pozostanie na tych obszarach, tym bardziej będzie się wikłał w bieżącą politykę i tym trudniej będzie mu się z nich wycofać, czego skutkiem będzie osłabienie złotego. W ten niebezpieczny scenariusz wpisują się działania ogłoszone przez prezesa NBP na wspólnej konferencji z premierem w dniu 8 kwietnia br. Zapowiedziany na niej skup obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa grozi obchodzeniem ograniczenia dla długu publicznego, który zgodnie z art. 216 ust 5 Konstytucji nie może przekroczyć 3/5 wartości produktu krajowego brutto. Obejście tego ograniczenia jednocześnie likwiduje granice dla pokrywania deficytu budżetu przez bank centralny. Skup ten może być źródłem jeszcze innej groźnej patologii: finansowania przez NBP przedsiębiorstw mających wsparcie polityków, maskowanego przez pośrednictwo Polskiego Funduszu Rozwoju i banków będących pod kontrolą Skarbu Państwa. Takie działania byłyby niebezpieczne dla wartości złotego i w ogóle dla racjonalności ekonomicznej, która byłaby wyparta z polskiej gospodarki przez rachuby polityczne.

PiS nie wzmocni PIP

Lewica wnioskowała o przeniesienie 75 mln złotych z IPN na Państwową Inspekcję Pracy. „Prospołeczna” partia rządząca była oczywiście na nie.

Państwowa Inspekcja Pracy w Polsce nie spełnia swoich zadań m.in. dlatego, iż jest koszmarnie niedofinansowana. Lewica w kampanii wyborczej, idąc za głosem związków zawodowych, obiecała zająć się tym problemem. Wszak bez skutecznej i sprawnej PIP trudno sobie wyobrazić walkę z łamaniem prawa pracy. Nie do pomyślenia jest też ograniczenie skali śmieciowego zatrudnienia, co PiS obiecywał wielokrotnie. A jednak krótko po tym, gdy GUS poinformował o ponownym wzroście, a nie spadku liczby umów-zlecenie i o dzieło, a związki zawodowe o nadużywaniu tych form zatrudnienia, prawica zablokowała próbę zwiększenia budżetu inspekcji.

Na pracowników, nie propagandę

Wnioskowała o to posłanka Lewicy Marcelina Zawisza w poprawce do rządowego projektu ustawy budżetowej. Jedna z liderek Lewicy Razem wnosiła, by nakłady na PIP zwiększyć o 1/5, przekierowując pieniądze z IPN. 75 mln złotych miałoby pójść na ochronę praw pracowniczych – podwyżkę pensji inspektorów, zwiększenie liczby kontroli – zamiast na historyczną propagandę.

Komisja Finansów Publicznych poprawkę odrzuciła. W liczącej 53 osoby komisji 26 miejsc zajmuje PiS. Lewica ma trzy przedstawicielki.
Budżet IPN w 2020 r. będzie rekordowy. Przekroczy 423 mln złotych, a konieczność zwiększenia go o ponad 70 mln zł prezes Jarosław Szarek tłumaczył m.in. potrzebą zorganizowania w 2020 r. odpowiednio hucznych obchodów rocznic strajków 1980 r. oraz bitwy warszawskiej. A także zwiększeniem wydatków na ekshumacje i prace poszukiwawcze na Litwie i Ukrainie.

Zawisza zapowiada, że Lewica spróbuje zgłosić swoje poprawki jeszcze raz, podczas trzeciego czytania ustawy budżetowej na sali plenarnej, jako wnioski mniejszości. Sukcesu jednak trudno się spodziewać…

Śmieciowe zatrudnienie kwitnie

Śmieciowych miejsc pracy w Polsce według szacunków GUS jest już 2,6 mln. To rekord, nigdy badania statystyczne nie pokazywały tak wysokiej wartości. Tymczasem, jak przypomniała posłanka Zawisza, „praca na umowach śmieciowych to brak bezpieczeństwa. To brak urlopu wypoczynkowego, L4, możliwość zwolnienia pracownika z godziny na godzinę”.

– Brak zgody na zwiększenie budżetu Państwowej Inspekcji Pracy potwierdza, że PiS jest partią antypracowniczą, dla której nie liczy się walka z łamaniem praw pracowniczych. PIP jest w obecnym kształcie instytucją o zbyt małych uprawnieniach i możliwościach działania. Co roku kontroluje zaledwie kilka procent firm, a jej kompetencje są bardzo ograniczone – skomentował całą sprawę Piotr Szumlewicz, przewodniczący organizacji związkowej Związkowa Alternatywa.

PIP musi móc więcej

W ocenie działacza rola Inspekcji powinna zostać radykalnie wzmocniona, bo znacznej części polskich przedsiębiorców nawet dobra koniunktura na rynku nie skłania do prowadzenia biznesu bez łamania przepisów.
– Związkowa Alternatywa postuluje stworzenie w obrębie PIP służby mundurowej i działu prokuratorskiego, który interweniowałby przy najbardziej brutalnych przypadkach łamania praw pracowniczych. Uważamy też, że PIP powinna móc z automatu zamieniać umowy niestandardowe na etaty, nakazywać płacenie odsetek za opóźnienia w wypłacie wynagrodzeń czy interweniować w sprawie mobbingu – mówi Szumlewicz.

Co równie bulwersujące, podczas tego samego posiedzenia Komisji Finansów Publicznych prawicowa większość odrzuciła również poprawkę zgłoszoną przez posłankę Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, która wnioskowała o zabezpieczenie pieniędzy na podwyżki obiecane nauczycielom. W tej chwili wszystko wskazuje na to, że PiS chce zrzucić ich ciężar na samorządy i potem rozgrywać sprawę propagandowo.

Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Czarzasty gromi rząd

Włodzimierz Czarzasty wypunktował w parlamencie projekt budżetu przedstawiony przez gabinet Morawieckiego. Udowodnił, że równowaga wydatków i przychodów została osiągnięta kosztem krzywdy zwykłych ludzi.

Zrównoważony budżet to jedno z naczelnych haseł propagandowych rządu Prawa i Sprawiedliwości. Premier Morawiecki wysyła w ten sposób sygnał zarówno obywatelom, jak i biznesowi, o którego dobro troszczy się najbardziej.

Przeciętny obywatel ma żyć w przekonaniu, że finansom państwa nie zagraża żadna katastrofa i można z optymizmem patrzeć w przyszłość. Kapitaliści z kolei otrzymują jasną wiadomość – Polska jest krajem stawiającym dyscyplinę wydatków jako priorytet, a więc dobrym miejscem do inwestycji.

Walka o urzeczywistnienie zrównoważonego budżetu toczyła się od mniej więcej połowy 2019 roku. Nie obyło się bez ofiar. Aby spiąć wydatki z przychodami premier nie zawahał się przed sięgnięciem do kieszeni tych, którzy nie mają za bardzo siły do obrony swoich interesów – osób z niepełnosprawnością. Rozbicie utworzonego niedawno Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych odbyło się w imię realizacji obietnicy złożonej seniorom – wprowadzenia od 2020 roku 13. emerytury. PiS w ten sposób nie tylko okradł najsłabszych obywateli, ale również podjął próbę zantagonizowania dwóch grup.

Podczas debaty sejmowej poprzedzającej głosowanie nad ustawą budżetową głos zabrał przewodniczący SLD i wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Polityk Lewicy wskazał na liczne zaniedbania będące efektem uporczywego dążenia do dyscypliny wydatków i przychodów.

Państwo nie dla ludzi

Czarzasty zauważył, że „w państwie zrównoważonego budżetu nie ma gdzie mieszkać”, rosną ceny kupna i najmu mieszkań, a nowych mieszkań, zamiast 200 tys., powstało 900. Podkreślił, że ponad milion mieszkań w Polsce nie ma bieżącej wody lub łazienki. Przypomniał o braku miejsc w żłobkach. Czy będziemy nasze dzieci odprowadzać do zrównoważonego budżetu? – pytał.
Dalej wskazał na problemy systemu opieki zdrowotnej: zamykane i zadłużone szpitale, rosnące kolejki do lekarzy specjalistów. Do kardiologa dziecięcego trzeba czekać rok – powiedział. Wasz zrównoważony budżet to zapaść w opiece zdrowotnej, a przede wszystkim cierpienie i przedwczesna śmierć ludzi – ocenił.

Dodał, że kolejnym polskim problemem są niedostatki transportu publicznego, który rząd obiecywał poprawić. 14 mln ludzi nie może dojechać do większego miasta, gdzie jest praca, nauka, służba zdrowia i kultura. Marnujemy ich potencjał, a oni marnują czas, spędzając godziny na kolejnych przesiadkach – wyliczał.

Zarzucił, iż na ochronę środowiska i transformację energetyczną przeznaczono „drobne”. – Kupujecie sterty węgla od Putina, a te pieniądze idą na rakiety wymierzone w Polskę i antypolską propagandę Rosji – powiedział.

Jego zdaniem rząd przerzuca koszty i odpowiedzialność na samorządy, pozbawiając je jednocześnie dochodów. Samorządy to są w innym kraju? – pytał. – Żeby zasypać jedne dziury, wykopujecie je gdzie indziej. To są księgowe sztuczki – powiedział. – Abdykowaliście z misji rozwiązywania prawdziwych problemów społecznych – ocenił, wskazując, że w Polsce rośnie liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie, w tym także dzieci, i to pomimo wprowadzenia programu 500 Plus.

Ku państwu dobrobytu

Jaką alternatywę proponuje Lewica? Czarzasty mówił o planie budowy nowoczesnego, nie fikcyjnego państwa dobrobytu. W jego ramach nastąpiłoby podniesienie finansowania opieki zdrowotnej do 7,2 proc. PKB do 2024 roku, koordynowany przez państwo projekt budowy mieszkań, podwyżki dla budżetówki, tak by jej pracownicy zarabiali nie mniej niż 3,5 tys. zł miesięcznie, rozbudowę kolei i siatki połączeń autobusowych w każdej gminie, zagwarantowanie emerytury minimalnej na poziomie 1,6 tys. zł. To jest nasz lewicowy, zrównoważony budżet ludzkich potrzeb i pragnień – podkreślał.

Czarzasty wskazał też na konieczność „likwidacji finansowania Kościoła przez państwo”, „sprawiedliwego opodatkowania kleru”, likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej oraz Polskiej Fundacji Narodowej, reformy systemu podatkowego, gdyż obecny jest „skrajnie nieuczciwy”. – Dlaczego ubożsi mają płacić wyższe podatki niż najbogatsi? Podnieście kwotę wolną, wprowadźcie rozsądną progresję podatkową, wprowadźcie wreszcie podatek dla największych międzynarodowych korporacji – podatek cyfrowy. Nie tchórzcie przed Amerykanami. Nie może być tak, że mały polski przedsiębiorca uczciwie dokłada się do budżetu, a wielka amerykańska korporacja nie płaci w Polsce nawet złotówki – mówił Czarzasty.

Zdaniem szefa SLD Polskę stać na bardziej empatyczną postawę względem społeczeństwa, upodlonego neoliberalną polityką po 1989 roku.

– Pozwólcie sobie na 1 procent deficytu. (…) Komisja Europejska na to pozwala. To nie wstyd mieć deficyt, wstyd mieć zrównoważony budżet, gdy wiele palących problemów jest nierozwiązanych – mówi, tłumacząc dlaczego jego formacja nie poprze pisowskiego projektu ustawy budżetowej.

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Dzieci wesoło wróciły do szkoły

Początek roku szkolnego wiąże się z naprawdę sporymi kosztami, których nie da się uniknąć.

Mowa o wyposażeniu, określanym nieśmiertelnym terminem „wyprawki szkolnej”, na co się składa zakup zeszytów, książek (część uczniowie dostają za darmo), materiałów piśmienniczych, obuwia szkolnego, czasami nowego plecaka czy tornistra i innych potrzebnych rzeczy.
Z tegorocznych badań Deloitte wynika, że w przypadku rodzin z jednym dzieckiem na wyprawkę przeznaczymy średnio 1388 zł, z dwojgiem 1898 zł, a z trojgiem aż 2742 zł. Są to znaczące kwoty, nawet jak na rodzinę, w której pracują i dobrze zarabiają oboje rodzice.
Rządowy program 300+ pokryje około 20 proc. tych jednorazowych kosztów. Skąd wziąć zatem resztę? Głównym źródłem jest oczywiście budżet domowy, w którym w sierpniu i we wrześniu musi się znaleźć brakujące 80 proc. W sytuacji gdy w wakacje mamy jeszcze letnie wydatki, zwykle jest to dość trudne dla większości rodzin. Mimo to uważajmy i uodpornijmy się na reklamy z szybkimi pożyczkami, które mogą doraźnie rozwiązać problem. Pamiętajmy bowiem, że pożyczki na konsumpcję kosztują najwięcej.
Budżet domowy powinien pomieścić koszty związane z powrotem dzieci do szkoły. Potrzebne jest jednak odpowiednie bieżące zarządzanie, trzymanie się pewnej dyscypliny i jak w tym przypadku, przewidywanie większych wydatków. Jeśli z odpowiednim wyprzedzeniem będziemy odkładać nawet niewielkie kwoty, to wyprawka szkolna nie powinna być dla nas dużym zaskoczeniem
Oczywiście, jeśli zostawimy problem na ostatni dzwonek, może być trudno, ale nie ma wyjścia, trzeba sobie z tym poradzić. Wtedy można np. kupić używane podręczniki, odłożyć lub rozłożyć w czasie większe zakupy, poczekać na jesienne wyprzedaże. Powrót do szkoły to także większe comiesięczne koszty. Wyżywienie, transport, zajęcia dodatkowe, a niejednokrotnie dodatkowe czesne zwiększają nasze wydatki.
– Zawsze w takiej sytuacji proponuję podział budżetu domowego na mniejsze części i następnie trzymanie się ustalonych miesięcznych kwot na poszczególne cele. W moim przypadku doskonale sprawdza się podział przychodów na sześć mniejszych budżetów, z których należy wygospodarować część właśnie na koszty edukacji dzieci. Ten budżet nazywamy „Edukacja” i co miesiąc przeznaczamy na niego 10 proc. tego, co wspólnie zarabiamy. Z tego budżetu pokrywamy czesne, dodatkowe zajęcia edukacyjne, wyprawkę szkolną i inne wydatki związane z edukacją dzieci i nas samych. Koszty związane z transportem dzieci do szkoły i ich wyżywienia pokrywamy z największego budżetu, nazywanego w mojej rodzinie „Życiem” (55 proc. miesięcznych przychodów rodziny). Na pozostałe mniejsze budżety składają się „Inwestycje” (10 proc.), czyli pieniądze potrzebne do budowy aktywów i majątku rodziny, „Duże wydatki” (10 proc.) na większe zakupy, jak nowe meble czy wycieczka wakacyjna, oraz „Przyjemności” (10 proc.) na wszystko, czego pragniesz lub potrzebujesz, a co nie mieści się w budżetach „Życie” ani „Dobroczynność” (5 proc.) na finansową pomoc innym – radzi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych.
Bez względu na to, ile zarabiamy, taki podział może się sprawdzić. Tym bardziej, że w rzeczywistości mało która rodzina naprawdę przeznacza 5 proc. swych dochodów na dobroczynność.