Czy PiS przegra przyśpieszone wybory?

Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalnie „tylko” 109 miliardów złotych deficytu na ten rok.
Dla każdego myślącego człowieka szastanie pieniędzmi przez obecnie rządzących musi budzić niepokój, bo niby skąd budżet państwa może czerpać nieograniczone zasoby finansowe?. Połowa dorosłej ludności Polski łyka jednak propagandę sprawujących władzę bez żadnych wątpliwości i obaw – to wynik mistrzostwa Jarosława Kaczyńskiego i jego podkomendnych w ogłupianiu prostych ludzi, z główną narracją: jakim jesteśmy wspaniałym narodem, a ciemnota, zacofanie, lenistwo czy mierny dorobek to tylko opinie wrogów.
Inną dźwignią popularności rządzących jest rozdawnictwo państwowych pieniędzy (czyli naszych) dla określonych grup społecznych. Na pewno dodatkowe dochody poprawiają ich sytuację finansową. We współczesnych czasach większość państw prowadzi politykę socjalną dla najbardziej potrzebujących. W krajach europejskich działalność pomocowa jest dobrze rozwinięta. Jednak rzucając dodatkowe środki, dający powinni się zastanowić jaki jest cel i skutki takich akcji. W Polsce powinny dzwonić nam w uszach słowa z Pana Tadeusza: „Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica zabrała i Soplicom dała Targowica”.
Nie dziwi, że w tamtych czasach przedstawiciele elit pchali się tłumnie do Targowicy – przecież dawano im, jak w cytowanym przypadku, zabierając patriotom. W dawnych czasach opowiadano, jakoby organizatorzy Targowicy za zdradę kraju otrzymali od Katarzyny II beczki masła zamiast obiecanych beczek złota. Była to legenda potępiająca rozpowszechnione w tamtych czasach, zjawisko kupowania ludzi, stanowisk, postaw, również głosów. Według zdroworozsądkowo myślących ludzi, obecne rozdawnictwo PiS ma za główny cel kupowanie wyborców, aby rządząca ekipa utrzymywała się przy władzy – i aby podobnie jak przed rozbiorami, rządzący i kler cieszyli się nieograniczoną władzą bez odpowiedzialności za własne czyny.
Niestety jak historia pokazuje, następne pokolenia płacą za błędy przodków, za błędy rządzących w końcu XVI wieku i później, zapłaciły pokolenia końca XVIII wieku – i skretyniały naród nie obronił istnienia państwa, dodatkowo zyskując opinię narodu który zniszczył własne państwo. Jak pisał urzędnik pruski „pośród wszystkich narodów w Europie, tylko wśród Polaków niewiedza i barbarzyństwo są daleko posunięte”. Zapomniano, że kiedyś był to wielki naród i kraj.
Zła opinia ciążyła Polsce podczas odzyskiwania niepodległości. W uzyskiwaniu poparcia alianckich mocarstw co do kształtu granic często padał argument: Polacy w przeszłości udowodnili że nie potrafią się rządzić. Za dzisiejsze rządy też zapłacą następne pokolenia.
Jeszcze nie wiadomo jak daleko postąpi, planowane przez rządzącą formacje, skretynienie narodu. Czy będzie jak przed rozbiorami, że kilka osób w kraju rozumiało co się dzieje, a reszta żyła w marzeniach i przekonaniu o szczególnej opiece opatrzności?. Może nie będzie tak źle – i już dzisiejsi wyborcy Prawa i Sprawiedliwości usłyszą od swoich wnuków czy prawnuków, że kiedyś działali na szkodę kraju i narodu.
Szkody mentalnościowe pojawiają się później i powoli, straty gospodarcze znacznie szybciej. Rządzący uwierzyli w cuda. Przytrafił się koronawirus, jest na kogo zganiać całą winę za trudną sytuację finansową państwa. Rząd stosuje kreatywną księgowość pokazując sytuację jako nienajgorszą. Oficjalne 109 miliardów złotych deficytu na ten rok, Komisja Europejska po wymieceniu poupychanych długów, wylicza na 270 mld zł – a to już tragiczna sytuacja.
Przyszły rok zapowiada się nie lepiej. Dojdą nowe długi, można wprawdzie liczyć na wielką dotację z Unii Europejskiej ale chyba nawet ta dotacja nie uratuje sytuacji – tym bardziej że grozi jej odebranie.
Ścisłą ekipę rządzącą – tych kilku facetów – można posądzać o wiele złego, ale nie o głupotę. Zapewne są to najcwańsi ludzie i przewidują ewentualne wyjście awaryjne. Widać już przygotowania do takiego scenariusza. Kaczyński spacyfikował Ziobrę aby uchwalić tzw. ustawę nieodpowiedzialność plus, dla ochrony przed prokuraturą pod innym kierownictwem. Kolejnym krokiem jest zabezpieczenie w tegorocznym budżecie – co stanowi kuriozum – przyszłorocznych wypłat trzynastej i czternastej emerytury. To chyba w obawie przed szybkim rozsypaniem się przyszłorocznego budżetu.
Chodzi o utrwalenie w głowach prostych ludzi obrazu PiS-u jako tych dobrych, co dają potrzebującym – a że generuje to kłopoty finansowe państwa, to już abstrakcja. To inni, ci co sprowadzą wydatki do możliwości budżetu, będą źli.
Dla naszego społeczeństwa przyszły rok może być ciężki. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiają się informacji o procedurze upadłości czterech hut w Częstochowie, Chorzowie, Szopienicach i Ostrowcu Świętokrzyskim – a takich przedsiębiorstw jest w Polsce kilkanaście – to oznacza to spore załamanie produkcji. Można też się dowiedzieć się o upadłości lub złej kondycji wielu innych przedsiębiorstw. Wpływ na to mają nominacje swoich, miernych lecz wiernych (lub cwaniaków, takich udających).
Może więc Kaczyński zarządzi przedterminowe wyborach i PiS odda władzę w przyszłym roku, aby inni przynajmniej częściowo naprawili ich błędy? Pozwoli to obciążyć przejmujących władzę za kłopoty finansowe i wszystko co złe.
Nieutulony w żalu ludek wybierze ich ponownie za cztery lata – i PiS będzie mógł dalej budować Polskę, jako pośmiewisko Europy, na wzór Polski przedrozbiorowej.

Kryzysowy, ale jakże optymistyczny

Rada Ministrów przewiduje, że wprawdzie w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 4,6 proc., ale już w przyszłym, wzrośnie o 4 proc. Czyli po recesji niemal nie będzie śladu.
Rząd przyjął projekt budżetu państwa na 2021 r. To typowy projekt kryzysowy, przygotowany już z uwzględnieniem sytuacji związanej z pandemią COVID-19, która przyczyniła się do wywołania światowego kryzysu gospodarczego – ale zarazem niepoprawnie optymistyczny, jak wszelkie plany ekipy z Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd zapewnia, że w 2021 r. będzie działał „w kierunku możliwie szybkiej odbudowy wzrostu gospodarczego Polski”.
Kontynuowana będzie dotychczasowa polityka budżetowa poprzez wspieranie ożywienia gospodarczego tak, aby dążyć do niezwłocznego wyjścia z recesji (która nastąpiła przy dotychczasowej polityce budżetowej polegającej na wspieraniu ożywienia gospodarczego). Tak więc, to wspieranie ożywienia w wykonaniu rządu PiS okazuje się nieszczególnie skuteczne.
Co do konkretów, to przewiduje się, że w 2021 r. dochody budżetu państwa wyniosą 404,4 mld zł. Wydatki zostały zaplanowane na 486,7 mld zł. Tak więc, deficyt budżetu ma wynieść nie więcej niż 82,3 mld zł.
Produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. wzrosnąć o 4,0 proc. (to hurraoptymistyczne założenie). Głównym czynnikiem tego wzrostu pozostanie popyt krajowy. Rząd zaplanował, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., a w kolejnym roku wzrośnie o 4,4 proc.
W tym roku nastąpi spadek przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 2,4 proc, a w 2021 r. o 0,7 proc. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wzrośnie z 5,2 proc. w grudniu 2019 r. do 8,0 proc. na koniec 2020 r. Natomiast w 2021 r. stopa bezrobocia wyniesie 7,5 proc.
W następnych latach bezrobocie powinno powoli spadać wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy – ale decydujący będzie tu proces demograficzny powodujący zmniejszenie się liczby siły roboczej (co może wskazywać na to, że pod rządami PiS rośnie śmiertelność Polaków).
Przyjęto, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się o 3,4 proc.
Oznacza to, ze po uwzględnieniu wzrostu cen, faktyczny wzrost zarobków będzie praktycznie zerowy (co oczywiście nie dotyczy PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili wszelkie intratne posady). Rząd widzi to jednak w znacznie bardziej różowych barwach i zakłada średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r – i tylko o 1,8 proc. w 2021 r.
Nasz eksport i import będą nadal się zmniejszać. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury światowej Rada Ministrów zakłada, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. „Powinno się to przełożyć na dalszy wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu” – stwierdza rząd. Czyli, nasz eksport spadnie, ale jego udział miałby wzrosnąć.
Spadek konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w tym roku przełożą się na spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Odbudowa popytu, mająca jakoby nastąpić w przyszłym roku, powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Rada Ministrów ma świadomość, że wszystkie te plany są na wodzie pisane. Dlatego podkreśla, że poziom dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie zależeć od przewidywanego powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oprócz sytuacji makroekonomicznej, na stronę dochodową budżetu państwa wpływ będą miały kontynuowane oraz rozmaite nowe działania dotyczące wspierania odbudowy wzrostu gospodarczego, a także uszczelnienie systemu podatkowego. Jak widać, dużo jest tych warunków, które musiałyby jednocześnie wystąpić, aby spełniły się optymistyczne założenia ekipy PiS-owskiej.
W prognozie dochodów uwzględniono m.in. planowaną zmianę dotyczącą podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. estoński CIT). Istotą tego rozwiązania – które nie wiadomo, kiedy zostanie wprowadzone przez polskie władze – będzie przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypływu zysków z przedsiębiorstwa.
Przyszłoroczny rok zapowiada się dosyć chudo. Tym niemniej rząd obiecuje, że w 2021 r. „zabezpieczył środki” na kontynuację najważniejszych dotychczasowych działań oraz na realizację nowych.
Budżet państwa na przyszły rok uwzględniać ma zatem m.in.: finansowanie Programu „Rodzina 500+” (w 2021 r. na realizację tego programu zostanie przeznaczone 41,0 mld zł); zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia o ok. 11,6 mld zł w porównaniu do roku 2020 (ochrona zdrowia to polski fenomen – rząd utrzymuje, że wydaje na nią coraz więcej pieniędzy, a funkcjonuje ona coraz gorzej); doroczną waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych (od 1 marca 2021 r. o 3,84 proc., co ma kosztować ok. 9,6 mld zł); a przede wszystkim – finansowanie „potrzeb obronnych” Polski na poziomie zwiększonym do do 2,2 proc. PKB.
Jest też kilka innych, znacznie mniej realnych zamysłów, takich jak zwiększanie wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, finansowanie zadań dotyczących mieszkalnictwa i transportu lądowego, realizacja rządowego programu budowy regionalnych mostów. No i oczywiście dalsza budowa kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.
Ponadto w projekcie przewidziano umorzenie pożyczki udzielonej Funduszowi Solidarnościowemu z Funduszu Rezerwy Demograficznej w 2019 r. oraz umorzenie pożyczki udzielonej Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie, co jakoby umożliwi „realizację licznych przedsięwzięć inwestycyjnych zapobiegających skutkom suszy i powodzi”.
Wszystko to finansowane będzie kosztem obywateli. Ograniczone bowiem zostaną wydatki jednostek sektora finansów publicznych, w tym budżetu państwa, na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych dla pracowników, na fundusze socjalne dla mundurowych emerytów i rencistów, oraz dla nauczycieli.
Fundusz wynagrodzeń w jednostkach i podmiotach sektora finansów publicznych pozostawiony będzie na poziomie z 2020 r. Rząd, nie chcąc jednak zrazić elektoratu, ulokowanego w wielu organach i agendach „ojczyzny dojnej” obiecuje, że takie ograniczenie będzie funkcjonować tylko „co do zasady” – czyli nastąpi fura wyjątków dla swoich. Ale generalnie, utrzymanie wynagrodzeń w 2021 r. na poziomie z 2020 r. ma objąć całą sferę budżetową.
Rząd podkreśla, że w 2021 r. planuje się również utrzymanie wynagrodzeń na poziomie z obecnego roku dla sędziów, prokuratorów, asesorów i referendarzy sądowych oraz sędziów i prokuratorów w stanie spoczynku. Chodzi oczywiście o średnie dochody – a więc wiadomo, że sędziowie i prokuratorzy posłuszni władzy dostaną podwyżki, a ci, którzy kontestują jej wskazówki, powinni spodziewać się cięć.
W nadchodzących latach polskie finanse publiczne będą coraz bardziej zadłużone. Relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec 2020 r. 50,4 proc., po czym wzrośnie do 52,7 proc. na koniec 2021 r.
Rząd jednak ma nadzieję, że w kolejnych latach objętych prognozą, relacja długu publicznego do PKB będzie spadała i na koniec 2024 r. osiągnie poziom 48,1 proc. Natomiast relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wyniesie w latach 2020 – 2021 odpowiednio 61,9 proc. i 64,1 proc., a następne będzie się obniżać i osiągnie poziom 59,5 proc.
Wszystko to oznacza oczywiście przekroczenie w latach 2020-2023, zawartej w traktacie z Maastricht, relacji długu do PKB na poziomie 60 proc. Jednak w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa, Komisja Europejska uruchomiła klauzulę, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą przekroczenie tego wskaźnika.
Polski dług publiczny zatem wzrośnie, ale według rządu, koszty obsługi tego długu ulegną obniżeniu z 1,33 proc. w 2020 r. do 1,19 proc. w 2021 r. – a potem nawet do poziomu 0,75 – 0,76 proc.

Deficyt na gigancie

Pandemia koronawirusa pozwala rządowi na „przykrycie” wielu problemów w finansach publicznych, które istniały już przed kryzysem.
Liczba 590 kojarzy się z kodem kreskowym produktów pochodzących z Polski. Ale ta liczba to także numer druku sejmowego kolejnej ustawy COVID-owej. Najnowsza rządowa ustawa COVID-owa przynosi zaskakujące rozwiązania: pozwala przenosić w dużej skali wydatki budżetowe z 2020 roku… na rok 2021! Po co? Jaka jest skala wydatków, które zostaną przeniesione? Z powodu pandemii państwa dostały wyjątkowe „przyzwolenie” na wysoki deficyt w roku 2020. Polski rząd chce z tego wyjątku skorzystać podwójnie, bo budżet ugina się pod ogromnym deficytem strukturalnym.
COVID pozwala „przykryć” wiele problemów strukturalnych w finansach publicznych, które były już przed kryzysem. Dodatkową konsekwencją jest to, że przez dwa lata nie będzie dokładnie wiadomo, jaki jest naprawdę deficyt budżetowy w konkretnym roku. W rezultacie rzeczywisty stan finansów publicznych stanie się jasny i klarowny dopiero… na początku 2022 roku! – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Resort finansów zbudował fundamenty tej operacji, składając „Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19 – Druk 590”, a także autopoprawkę do tego projektu. W nowelizacji budżetu zapisano już m.in. zasilenie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości kwotą 38 mld zł na poczet wydatków w 2021 r.
Poza tym, jak wskazuje TEP w projekcie i autopoprawce umieszczono szereg mechanizmów, które pozwalają na dalsze przesuwanie wydatków na kolejny rok. Zawierają one możliwości „upychania” z pomocą dotacji budżetowych „zapasów” w różnych funduszach pozabudżetowych, w tym tych nieobjętych regułą wydatkową. Mimo że stan epidemii pozwala na zastosowanie „klauzuli wyjścia” i przekroczenie reguły wydatkowej, to operacja kreatywnej księgowości trwa na dobre.
W ramach tych projektów przewidziano m.in.:
– zasilenie z budżetu państwa Polskich Linii Kolejowych i Funduszu Dróg Samorządowych, które zapewne będę te środki wydawać w roku przyszłym,
– wydłużono realizowanie tak zwanych wydatków „niewygasających”, czyli takich, które wymagały dokończenia na początku kolejnego roku budżetowego – do tej pory trzeba było je zakończyć do marca, teraz będzie można aż do listopada. A to oznacza, że budżet na rok 2020 tak naprawdę wygaśnie pod koniec roku 2021.
– możliwość wsparcia z budżetu Funduszu Wsparcia Policji, Funduszu Wsparcia Straży Granicznej, Funduszu Wsparcia Państwowej Straży Pożarnej oraz Funduszu Modernizacji Sił Zbrojnych. A te fundusze – podobnie jak w przypadku Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Funduszu Sprawiedliwości – będą mogły przesunąć wydatki na rok kolejny,
– możliwość przekazywania obligacji skarbowych spółkom morskim – taki zabieg, stosowany już w odniesieniu do uczelni czy telewizji publicznej, pozwala na ominięcie reguły wydatkowej.
Te operacje są możliwe, ponieważ w roku 2020 nie obowiązuje w Polsce reguła wydatkowa, a rynki finansowe we wszystkich krajach na świecie zaakceptowały wysoki deficyt w bieżącym roku. To absolutnie wyjątkowa sytuacja. Jednorazowe „zielone światło” do zwiększenia deficytu w celu ratowania gospodarek przed kryzysem po pandemii. Jednak finanse publiczne Polski bez COVID-19 i tak już nie były w dobrej kondycji. Stąd zapewne wzięła się pokusa, by wyjątek roku 2020 wykorzystać dwa razy – zwraca uwagę TEP.
Wymyślono strategię „zapakowania” do maksimum tegorocznego budżetu wydatkami na papierze, których choćby ze względu na brak czasu nie da się zrealizować w ciągu ostatniego kwartału. W księgach będą one wykazane w roku bieżącym, ale rzeczywiste wydatki nastąpią w przyszłym. W ten sposób budżet na rok 2021 otrzyma gigantyczne „doładowanie”, które formalnie będzie przypisane budżetowi na rok 2020.
Nowelizacja złożona przez Ministerstwo Finansów jest więc logicznym uzupełnieniem dotychczasowych elementów „budżetowej układanki”. Wszyscy ekonomiści byli bowiem zaskoczeni niedawnym ogłoszeniem ogromnego deficytu budżetu centralnego w wysokości 110 mld zł. Tej góry pieniędzy nijak nie można było dopasować do wydatków w 2020 roku. Teraz sytuacja się wyjaśniła.
Nie zmienia to jednak faktu, że deficyt całego sektora finansów publicznych na lata 2020-2021 będzie gigantyczny. Według metodologii unijnej ma wynieść w bieżącym roku ponad 270 mld zł, tj. 12 proc. PKB. Dodatkowo rząd wkrótce wyśle do Sejmu projekt budżetu na 2021 r., w którym zakłada utrzymanie wysokiego deficytu w budżecie centralnym (82 mld zł).
Deficyt całego sektora ma na koniec 2021 r. wynieść 140 mld zł, czyli 6 proc. PKB, a dług publiczny przebije 1,5 biliona złotych (65 proc. PKB). Łącznie więc deficyt całego sektora finansów publicznych w dwuletnim budżecie to 410 mld zł! To wiemy, ale jak to się rozłoży na lata 2020 i 2021 wie tylko Minister Finansów.
Dyrektor ds. Europy Wschodzącej Fitch Ratings Paul Gamble skomentował, że wysokość deficytu sektora finansów publicznych Polski na 2020-21 jest „dość interesująca” na tle innych państw. W języku angielskim ma to sarkastyczne, negatywne zabarwienie, choć przekazane w sposób dyplomatyczny.
Określenie użyte przez Paula Gamble’a jest bardzo trafne. Tak naprawdę nie wiemy bowiem, z jakim stanem finansów publicznych skończymy w 2021 r. Zarówno deficyt w 2020, jak i w 2021 r. są nieprawdziwe. Minister Finansów otworzył sobie wszystkie furtki do swobodnego kształtowania budżetu w latach 2020-2021. Oczywiście elastyczność jest konieczna. Ale jaki jest stan finansów publicznych? Czy znowu musimy łamać wszystkie reguły księgowe, nawet te poluzowane?
W zasadzie rok budżetowy nie istnieje. Jakakolwiek dyskusja publiczna czy w Sejmie o osobnych budżetach na lata 2020 oraz 2021 jest w tej sytuacji jałowa. Nie wiadomo, jaka będzie struktura wydatków w 2021 r., jak w szczegółach zostaną rozdysponowane zakładki i rezerwy poupychane w budżecie roku 2020. Jaki będzie faktyczny deficyt w 2021 r.? 7 proc., 8 proc., a może 9 proc. PKB (wobec 6 proc. zaplanowanych, ale bez przesunięć)? Jest to bardzo ważna informacja dla opinii publicznej, gdyż pozwoli określić nam, jaki jest poziom nadmiernego deficytu, który w kolejnych latach będziemy musieli zredukować. Już teraz widzimy wiele działań konsolidacyjnych. W budżecie na 2021 r. zaplanowano wzrost podatków o ok. 11 mld zł, a ostatnio w przestrzeni publicznej pojawiły się dalsze propozycje zwiększenia podatków. Chodzi o CIT dla spółek komandytowych, objęcie składkami wszystkich umów zlecenia czy wzrost akcyzy na samochody używane.
Co ważne, wysoki deficyt w 2021 r. będzie efektem nie tylko walki z COVID-19, ale też obietnic i programów socjalnych sprzed kryzysu. Nie miały one bowiem żadnego pokrycia w trwałych dochodach lub były pokrywane „papierową” ściągalnością z VAT albo dochodami jednorazowymi.
Już przed kryzysem ostrzegałem, że w spowolnienie gospodarcze wchodzimy z deficytem strukturalnym na poziomie 3 proc. Warto jednak podkreślić, że było to jeszcze bez 14-tej emerytury i kolejnych trwałych wydatków. Tłumaczenie, że wzrost podatków jest po to, aby sfinansować tarcze antykryzysowe, jest ogromnym nadużyciem. Tarcze były jednorazowe, a podatki są na stałe. Ich celem jest pokrycie trwałych obietnic socjalnych sprzed kryzysu.

Gospodarka 48 godzin

Rozkład kolejowo-autobusowy

W niedzielę, 30 sierpnia, zmienił się rozkład jazdy PKP, choć raczej należy tu mówić o rozkładzie autobusowym. I tak, autobusy zamiast pociągów zaczęły kursować na odcinku Zgierz – Kutno. Składy PKP Intercity z Łodzi do Kutna jeżdzą zmienioną okrężną trasą przez Koluszki i Łowicz. Pod koniec sierpnia ruszyły roboty na jednotorowej linii na odcinku Zgierz – Ozorków – Łęczyca. Od 10 września na odcinkach Kraków – Zakopane oraz Sucha Beskidzka – Szaflary za pociągi również będą kursować autobusy. Autobusowa komunikacja zastępcza jest też na odcinku Kraków Płaszów – Bielsko Biała. Jak widać, odradzanie polskich kolei polega na tym, że coraz częściej zastępują ją autobusy. Są też jednak i naprawdę dobre zmiany. Między Lublinem a Dęblinem pociągi zaczęły kursować po drugim zmodernizowanym torze. Tym samym na całym odcinku Lublin – Pilawa ruch się wreszcie odbywa po obu torach. Wróciły też pociągi na odcinek Otwock – Pilawa. Bezpośrednio, bez przesiadek na autobusy, można jeździć już z Kłodzka do Wałbrzycha. Codziennie zaczął kursować pociąg Olsztyn – Kołobrzeg – Olsztyn, pojawiło się wieczorne połączenie pomiędzy Warszawą i Krakowem oraz skład Warmia relacji Olsztyn – Kraków.

Wymuszona nowelizacja
Rada Ministrów musiała znowelizować tegoroczny budżet. Pierwotne plany nie wytrzymały konfrontacji z pandemią. Rząd twierdzi, że rozprzestrzenianie się koronawirusa przyczyniło się do największego kryzysu gospodarczego ostatnich lat, który wpłynął na gwałtowne wyhamowanie aktywności gospodarczej w Polsce i innych krajach dotkniętych pandemią. Rada Ministrów zachowuje jednak urzędowy optymizm i chwali się, że: „W rezultacie działań rządu skala załamania PKB w Polsce w II kwartale 2020 r. była zdecydowanie mniejsza, a zakładana, prognozowana siła odbicia w III kwartale br. będzie odpowiednio większa”. Nie bardzo jednak wiadomo, od czego była mniejsza i od czego ma być odpowiednio większa.
Rząd przewiduje, że w 2020 r. dochody budżetu państwa będą niższe od zaplanowanych pierwotnie w ustawie budżetowej na ten rok o 36,7 mld zł i wyniosą 398,7 mld zł. Wydatki budżetu zostały zaś zaplanowane na 508,0 mld zł, co oznacza, że będą one wyższe o 72,7 mld zł od wcześniej przewidzianych w budżecie na 2020 r. Deficyt budżetu państwa ma wynieść aż 109,3 mld zł, wobec zakładanego pierwotnie zerowego deficytu. Rząd prognozuje, że w całym 2020 r. nasz produkt krajowy brutto obniży się o 4,6 proc, wobec wzrostu o 4,1 proc. rok wcześniej (i wzrostu 3,7 proc. zakładanego w ustawie budżetowej na 2020 r.). Rozmaici eksperci dość zgodnie przewidywali spadek PKB w tym roku o 3,8-3,5 proc. Bardziej wiarygodne okazały się jednak prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej, które mówiły, że polska gospodarka skurczy się właśnie o 4,6 proc. Spadnie też zatrudnienie w gospodarce narodowej – o 2,4 proc. (wobec wzrostu o 1,5 proc. w 2019 r. i 0,5 proc. zakładanych wcześniej w tegorocznej ustawie budżetowej). Na koniec roku Rada Ministrów przewiduje wzrost bezrobocia do 8 proc., z 5,2 proc. na koniec 2019 r. (oraz 5,1 proc. założonych w budżecie na 2020 r.). Przeciętna inflacja powinna zwiększyć się do 3,3 proc., wobec 2,3 proc. rok wcześniej.

Gorąca jesień

Wakacje PE dobiegają końca, pora wracać do pracy. Najważniejszym zadaniem będzie przyjęcie ram finansowych na lata 2021-2027. Za sprawą koronawirusa planowany budżet UE musi zmierzyć się ze stratami, które Unia już poniosła, a jednocześnie sprostać wyzwaniom, które pandemia wyzwoliła. Z tych powodów będzie to największy budżet Unii Europejskiej w historii, wynoszący 1,82 biliona euro, a jego częścią będzie wynoszący 750 mld. euro tzw. Fundusz Odbudowy przeznaczony bezpośrednio na likwidowanie skutków pandemii.

Jak być może Państwo pamiętają, projekt budżetu i sposób jego podziału został przyjęty na nadzwyczajnym, lipcowym szczycie Rady Europejskiej. Po 90 godzinach obrad szefowie państw UE osiągnęli porozumienie. Premier Morawiecki ogłosił wówczas, że „porozumienie daje Polsce ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących dla naszego kraju”. Zapewnił też, że w porozumieniu nie ma zapisu o warunkowym powiązaniu pieniędzy z budżetu Unii i Funduszu Odbudowy z praworządnością.
Jak już wiemy w obu przypadkach pan premier oszczędnie gospodarował prawdą. Przede wszystkim nic nie jest jeszcze postanowione, gdyż budżet musi być zatwierdzony przez Parlament Europejski, a ten od początku jasno przedstawiał swoje priorytety. Przewodniczący PE, David Sassoli, powiedział szefom państw i rządów UE, że Parlament jest gotowy odrzucić porozumienie, jeśli nie zapewni ono Unii środków do pokonania wyzwań, które przed Unią stanęły.
Chodzi przede wszystkim o Zielny Ład, czyli o to, by Europa do roku 2050 była pierwszym, neutralnym pod względem emisji dwutlenku węgla kontynentem, co wymaga olbrzymich środków, by pomóc państwom członkowskim w tej transformacji. Europa musi także inwestować w badania i postęp naukowo-techniczny, żeby nie musiała polegać na importowaniu nowych technologii oraz w sferę społeczną.
Rada Europejska z niewiadomych powodów nie potraktowała tego ostrzeżenia z należytą uwagą. Na przykład szalenie istotny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, mający łagodzić negatywne skutki transformacji energetycznej, został zmniejszony o 20 mld euro – z łącznych 37,5 mld do 17,5 mld euro! To jednak nie koniec. W tych dniach pojawiało się na przykład oświadczenie Krajowych Konferencji Rektorów europejskich uniwersytetów i wyższych uczelni, dość drastycznie obnażające rozdźwięk między zapowiedziami, a planowanymi konkretami. Okazuje się, że wbrew zapowiedziom i oczekiwaniom, w budżecie na najbliższe siedem lat fundusze na szkolnictwo wyższe, badania naukowe i innowacje nie zostały nawet utrzymane na dotychczasowym poziomie, ale wręcz zmniejszone! Program Horizon Europe (badania i rozwój) z 13,5 mld. do 5 mld. euro; program EU4Health (cyfryzacja europejskiego systemu ochrony zdrowia) z 9,4 mld do 1,6 mld euro. Zwłaszcza ta oszczędność jest charakterystyczna – stawia bowiem pod znakiem zapytania gotowość państw członkowskich do budowania zintegrowanego systemu ochrony zdrowia w sytuacji, gdy wraz z wybuchem pandemii Unia była zajadle krytykowana za brak należytej i szybkiej reakcji obronnej. Wynikało to właśnie z braku uprawnień i narzędzi, którymi dysponowały instytucje unijne. Tymczasem mimo, że ta słabość została brutalnie obnażona w praktyce, będzie nadal podtrzymywana! Nawet w obliczu takiego kryzysu, jak Covid-19, który jednoznacznie wskazuje na znaczenie wspólnych działań, badań i procedur w dziedzinie zdrowia publicznego…
Podobna obserwacja dotyczy programu Erasmus+. Rektorzy zwracają uwagą, że zmniejszenie go o planowane 15 proc. ograniczy młodzieży możliwości nauki i doświadczania europejskich wartości i europejskiej różnorodności. Krajowe Konferencje Rektorów apelują więc do PE, współustawodawcy wszystkich programów europejskich, o pomoc i obronę odpowiadającego realnym potrzebom poziomu finansowania rozwoju nauki, badań i innowacyjności. Jest oczywiste, że PE, który uznał te dziedziny za priorytetowe dla przyszłości Unii nie pozostanie wobec apelu europejskich rektorów obojętny.
Swoje stanowisko wyraził zresztą zdecydowanie i jednoznacznie w specjalnej rezolucji. Zapowiedział, że zawetuje cały projekt, jeżeli Rada Europejska nie potraktuje poważnie jego zastrzeżeń. Pozostał w tej kwestii nieugięty mimo, że zarówno szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen jak i przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel, zapewniając, że zdają sobie sprawę, iż „trudne i bolesne decyzje dotyczące wielu programów” nie spodobają się eurodeputowanym, to jednak prosili o zrozumienie w obliczu ścierających się interesów.
Odpowiedź była jednoznaczna: PE nie zaakceptuje złego porozumienia. Jest gotowy do konstruktywnego dialogu, ale ram finansowych na lata 2021-2027 w kształcie przedstawionym przez RE nie przyjmie.
W tym całym galimatiasie jedno wydaje się przesądzone: mimo zapewnień premiera rządu PiS, kwestia praworządności, określana w skrócie: pieniądze za praworządność, została przesądzona. Potwierdziła to zarówno pani von der Leyen, jak i Charles Michel.
Jak pamiętamy premier Morawiecki zapewniał, że ostateczna decyzja w tych sprawach będzie należała do Rady Europejskiej, gdzie wymagana jest jednomyślność. Pomylił jednak Radę Europejską z Radą Unii Europejskiej, gdzie w rzeczywistości będą takie decyzje zapadały – większością głosów. Potwierdził to Charles Michel: „Po raz pierwszy w historii nasz budżet będzie bezpośrednio powiązany z praworządnością. Wierzę głęboko, że Europa jest w stanie działać”. Szef Rady Europejskiej dodał, że głowy państw członkowskich będą jeszcze dyskutować na ten temat, ale sam kształt mechanizmu nie zakłada jej udziału w procedurze zawieszania środków za naruszanie zasady praworządności. Zaznaczył też, że cieszy się, że przedstawia Parlamentowi „związek, warunkowość pomiędzy kwestiami finansowymi a kwestiami praworządności”.
W sprawie podziału środków budżetowych rząd PiS wakacyjnie milczy. Powraca natomiast kwestia praworządności. Pojawiają się głosy, że gdyby rzeczywiście do tego doszło (już nie mówi się, że na pewno nie dojdzie), to byłoby to „naruszenie polskiej suwerenności”. Jest to teza czysto propagandowa, bo poważne naruszenia praworządności miały i mają miejsce w Polsce, co potwierdziły nie tylko liczne opinie prawników, ale także wyroki TSUE. Z góry także obarcza się „odpowiedzialnością” ze ewentualne utrudnienia w przepływie środków unijnych opozycję, która „donosi na swój kraj za granicą”. To przygotowanie propagandowe zdaje się potwierdzać, że rząd wie, że przyjdzie mu zetrzeć się ze stanowczym unijnym żądaniem przestrzegania standardów obowiązujących wszystkich członków UE.
Na razie – ze względu na dyskryminację osób nieheteronormatywnych dofinansowanie wstrzymano sześciu miastom, które ogłosiły się strefą „wolną od LGBT”. „Straty” tym miastom „wyrównuje” minister Ziobro, przekonując przy okazji, że rząd nie pozwoli na „dyskryminację Polski” ze względu na nasze prawa, standardy i wartości.
Gdyby jednak rząd chciał w ten sposób wyrównywać także przyszłe „straty”, to może mieć kłopot, a my razem z nim, niestety. Przypomnę, że premier Morawiecki pochwalił się, że osiągnął porozumienie, które daje Polsce „ponad 124 mld euro w bezpośrednich dotacjach, a razem z uprzywilejowanymi pożyczkami to 160 mld euro w cenach bieżących”. Obawiam się, że nasz budżet, który wyraźnie popada w kłopoty, mógłby nie wytrzymać wyrównywania „Polkom i Polakom” takich strat. Choćby nawet maszyny Wytwórni Papierów Wartościowych pracowały non stop.
Jakby więc proszę państwa nie patrzeć, już z pobieżnego tylko przeglądu problemów, wynika, że jesień w Europie i w Polsce będziemy mieli gorącą.

Gospodarka 48 godzin

Budżet bez reguły

Od czasu przygotowywania ustawy budżetowej na 2015 r. głównym czynnikiem, który określa dopuszczalną wysokość wydatków budżetu państwa jest stabilizująca reguła wydatkowa, która, mówiąc w uproszczeniu, określa jakie maksymalnie mogą być wydatki budżetu, by nie spowodowały nadmiernego zadłużenia. Rząd PiS nie chce jednak być krępowany przepisami ograniczającymi swobodę jego wydatków. Dlatego, pod pretekstem pandemii COVID-19 wprowadzono przepisy, które rozszerzają katalog zdarzeń wyłączających przestrzeganie stabilizującej reguły wydatkowej. „Rozwiązanie to umożliwia wsparcie gospodarki dodatkowymi środkami i skuteczne przeciwdziałanie epidemii oraz jej skutkom gospodarczym” – stwierdza Rada Ministrów. Tak więc, stabilizującej reguły wydatkowej nie będzie już trzeba stosować w stanie epidemii. Natomiast po oficjalnym zakończeniu stanu epidemii, nastąpiłby automatyczny powrót do stosowania reguły wydatkowej. Należy więc przypuszczać, że epidemia koronawirusa potrwa w Polsce bardzo długo, bo rząd woli nie być krępowany jakimikolwiek regułami. Rada Ministrów już teraz zapowiedziała, że można założyć, iż powrót do stosowania stabilizującej reguły wydatkowej nastąpi najwcześniej za dwa lata.

Ci upadają, ci powstają

Koronawirus coraz mocniej dławi polską gospodarkę. W drugim kwartale 2020 r. (kwiecień – czerwiec) Główny Urząd Statystyczny odnotował, że liczba rejestracji nowych firm spadła o 31,8 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Liczba upadłości zwiększyła się zaś o 19,8 proc. W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że liczba rejestracji podmiotów gospodarczych w II kwartale 2020 r. wyniosła 64 410 – wobec 94 385 w II kwartale ubiegłego roku. Natomiast liczba upadłości w tym samym czasie wzrosła z 129 do 157.
Ten wzrost upadłości nie ma nadmiernego znaczenia – choć nigdy nie jest dobrze, jesli liczba plajt rośnie (największy wzrost liczby upadłości odnotowano w przemyśle: 40 wobec 26). Coraz mniej rejestracji nowych firm stanowi jednak poważny sygnał ostrzegawczy, wskazujący na nieuniknione pogarszanie się koniunktury w polskiej gospodarce.
W II kwartale 2020 r. było mniej rejestracji niż rok wcześniej we wszystkich rodzajach działalności. I tak, w budownictwie nastąpił spadek o 35,0 proc., w usługach o 34,3 proc., w informacji i komunikacji o 32,5 proc., w zakwaterowaniu i gastronomii o 31,8 proc., w sekcji transport i gospodarka magazynowa o 31,0 proc., w przemyśle o 30,4 proc, w handlu o 17,9 proc. Warto jeszcze dodać, że w Polsce osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność stanowią 83 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych. Wśród upadających firm zdecydowaną większość stanowią jednak spółki – ponad 70 proc. Plajtują więc głównie raczej te większe podmioty gospodarcze, co będzie mieć rosnący, ujemny wpływ na kondycję polskiej gospodarki.

Więcej płacimy

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 3,0 proc. (z czego usługi zdrożały o 7,3 proc., a towary o 1,5 proc.). Pandemia spowodowała więc wprawdzie kryzys w Polsce, ale nie zahamowała inflacji. W porównaniu z lipcem poprzedniego roku najbardziej poszły w górę ceny związane z mieszkaniem (o 5,8 proc.), ceny żywności (o 4,1 proc.) oraz usług restauracyjnych i hotelowych (o 6,0 proc. ).

Gospodarka 48 godzin

Co do grosza

Rząd PiS obiecuje, że w 2021 r. dochody podatkowe budżetu państwa będą nadal wspierane wprowadzonymi i kontynuowanymi w latach poprzednich działaniami, mającymi na celu poprawę stopnia wywiązywania się ze zobowiązań podatkowych. I nie ulega wątpliwości, że ta akurat obietnica rządu będzie w pełni dotrzymana. Budżet państwa jest bowiem w tak fatalnym stanie, że rząd zrobi wszystko, by wycisnąć pieniądze nawet z kamienia – a szczególnie z kieszeni tych, którzy mają nieszczęście zalegać z jakimiś podatkami. Zapłacą je co do grosza, a nawet z „górką”. Na poziom dochodów budżetu państwa w przyszłym roku wpłynie planowana zmiana dotycząca podatku dochodowego od osób prawnych. Wprowadzony zostanie (tzw. estoński CIT). Istotą stosowanego w tym państwie rozwiązania jest to, że firma nie płaci podatku tak długo, jak zysk w niej pozostaje. Rozwiązanie to jest przeznaczone dla firm, których przychody nie przekraczają 50 mln zł oraz dla spółek, w których udziałowcami są osoby fizyczne.

Pomoc dla chłopów

Dzięki Unii Europejskiej polscy rolnicy, którzy ponieśli straty finansowe w związku z wybuchem epidemii koronawirusa, mogą uzyskać pomoc. Wsparcie przeznaczone będzie dla gospodarstw prowadzących produkcję w sektorach, które w największym stopniu zostały dotknięte skutkami COVID-19. Chodzi o bydło mięsne, krowy mleczne, trzodę chlewną, owce, kozy, drób oraz uprawę roślin ozdobnych. Pomoc będzie udzielana w formie ryczałtu wypłacanego w zależności od rodzaju i wielkości prowadzonej produkcji rolnej i ma na celu częściowo zrekompensować dochód utracony z powodu pandemii. Polska otrzymała na ten cel 273,4 mln euro, ale jeszcze nie wiadomo, kiedy administracja zacznie wypłacać te pieniądze potrzebującym.

Poselska elita

Nie dziwi to, że posłowie Prawa i Sprawiedliwości tak zażarcie walczyli o uchwalenie podwyżek dla siebie (a przy okazji, i dla innych posłów, co niestety spowodowało, że starania PiS-u poparła chwilowo spora część opozycji). Przed podwyżką, zarobki posłów na Sejm to 8 016,70 zł brutto (wynagrodzenie nie przysługuje tym posłom, którzy ciągle pracują zawodowo) oraz dieta poselska w wysokości 25 proc. uposażenia (2505,20 zł). Do tego dochodzi od 10 do 20 proc. dla wiceprzewodniczących i przewodniczących komisji sejmowych, a także różne dodatki, takie jak bezpłatne przejazdy i przeloty, darmowa korespondencja, kasa na prowadzenie biur poselskich, darmowe noclegi poza Warszawą oraz miejscem stałego pobytu (jeśli pobyt jest związany z wykonywaniem mandatu poselskiego). Jak policzył Business Insider, po podwyżce i zmianie zasad wyliczania wysokości uposażenia, nowa płaca posła wynosiłaby 12 600 zł brutto, co wraz z dietą dałoby łącznie około 17 tys. zł. Tyle trzeba, aby znaleźć się w elitarnej grupie 2 proc. najlepiej zarabiających Polaków

Wciąż kupujemy i wydajemy, ale inaczej

Zaczynamy wracać do stosowania prostych, sprawdzonych oraz skutecznych od stuleci strategii gospodarowania swoimi pieniędzmi.
Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków I bardziej racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są nam niezbędne (72 proc.).
Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (także 72 proc.), niż na dobrach trwałych i usługach (66 proc.). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39 proc.) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48 proc. częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.
Takie wyniki przyniosło badanie nastrojów społecznych przeprowadzone przez ING wspólnie z firmą GFK w maju tego roku, a opracowane i upublicznione pod koniec lipca.
Okazuje się, że Polacy nadal martwią się o przyszłości polskiej gospodarki. Na pogorszenie sytuacji w kraju w ciągu najbliższych 12 miesięcy wskazuje aż 77 proc. Polaków. Ponad dwie trzecie (69 proc. ) spodziewa się kryzysu gospodarczego i wzrostu bezrobocia w perspektywie najbliższych 5 lat. Niemal połowa oczekuje znacznego wzrostu cen. Ponad jedna trzecia (36 proc.) ocenia finanse gospodarstwa domowego gorzej niż rok temu. 46 proc. spodziewa się zmiany sytuacji finansowej swego gospodarstwa w najbliższym roku na gorsze.
Nastroje konsumenckie w Polsce są bardziej pesymistyczne niż w czasie światowego kryzysu finansowego. Widać jednak, że z każdym kolejnym etapem uwalniania gospodarki, ulegają one stopniowej poprawie. Pod koniec kwietnia indeks nastrojów wzrósł o 5 punktów, a na początku maja poprawił się o kolejne 9 punktów. Generalnie, bardziej pesymistyczne są osoby lepiej wyedukowane i starsze (powyżej 50 lat). Bardziej optymistyczni – ludzie młodzi, do 29 roku życia.
Ponad dwie trzecie Polaków obawia się kryzysu gospodarczego i bezrobocia z którymi będziemy prawdopodobnie borykać się w ciągu najbliższych pięciu lat. Częściej takiego zdania są mieszkańcy większych miast, osoby najlepiej wykształcone, a także te, które już obecnie muszą sięgać po swoje oszczędności.
Mimo planów ograniczenia zakupów i wprowadzenia oszczędności, widać, że z każdym tygodniem znoszenia ograniczeń w funkcjonowaniu gospodarki Polacy zaczynali patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość. Wróciła chęć kupna sprzętu komputerowego, telewizora, dużego AGD, a w związku z porą roku – rzeczy do ogrodu czy wyposażenia warsztatu. Do łask wracają też plany zakupów nieruchomości, a w konsekwencji skorzystania z usług finansowych (kredyt lub inwestycje).
Polacy coraz mniej obawiają się znacznego wzrostu cen. 14 proc. z nas (pytanie czy to aż, czy tylko 14 proc.?) deklaruje problemy z pokryciem codziennych kosztów życia tylko z bieżących dochodów.
Chociaż zaczynamy patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi.

-Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym podejściem do finansów to dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami – również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie sobie limitów, bardziej przemyślane planowanie zakupów. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy więcej oszczędzać i inwestować, jednocześnie ostrożniej wydając pieniądze – mówi psycholog Maria Rotkiel.
Jesteśmy więc zmotywowani przez okoliczności do coraz bardziej efektywnego i racjonalnego wydawania pieniędzy oraz do codziennego zarządzania budżetem. Epidemia koronawirusa może stać się katalizatorem nowych trendów związanych z świadomą konsumpcją i bardziej zrównoważonym podejściem do życia i świata.

Gospodarka 48 godzin

Ocena pozytywna
Prezes NIK Marian Banaś przedstawił na posiedzeniu plenarnym Sejmu wyniki kontroli wykonania budżetu państwa w roku 2019. NIK oceniła wykonanie pozytywnie. W związku z tym Kolegium Izby podjęło uchwałę, w której wyraziło pozytywną opinię w sprawie udzielenia Radzie Ministrów absolutorium za 2019 r. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła także, że sprawozdanie Rady Ministrów z wykonania budżetu państwa, we wszystkich istotnych aspektach przedstawia rzetelne informacje i dane o wysokości dochodów, wydatków, należności i zobowiązań oraz wyniku budżetu państwa i budżetu środków europejskich. Wśród 145 ocen wykonania budżetu państwa odnoszących się do poszczególnych jego części oraz do planów finansowych jednostek pozabudżetowych zdecydowanie przeważały oceny pozytywne. Negatywnie oceniono jedynie wykonanie planu finansowego Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. Łączny deficyt budżetu państwa i budżetu środków europejskich wyniósł 11,1 mld zł. Był on o 33 mld zł niższy od planowanego. Jednakże dług Skarbu Państwa wzrósł w 2019 r. o 19 mld zł. Wpływ na to miały między innymi: pożyczka dla Funduszu Solidarnościowego w kwocie blisko 9 mld zł na sfinansowanie trzynastej emerytury oraz nieodpłatne przekazanie obligacji skarbowych uczelniom wyższym, Funduszowi Dróg Samorządowych i mediom publicznym w łącznej wysokości prawie 6 mld zł. „Operacje te były dopuszczone przepisami prawa, jednak sposób ich przeprowadzenia i ewidencji ograniczyły przejrzystość finansów publicznych” – zauważa NIK.

Wolnoć Tomku
Polscy producenci rolni niechętnie się organizują. Narzekają na zbyt wysokie wymagania i uciążliwą biurokrację, co skutecznie uniemożliwia im zakładanie organizacji i grup producentów. Chodzi zwłaszcza o trudności przy uzyskiwaniu statusu tzw. uznanej organizacji producentów oraz grupy producentów rolnych. Natomiast te grupy, które mimo wszystko powstały, teraz zaczynają się stopniowo likwidować. Inna sprawa, że przeszkodą jest też tradycyjna polska obawa przed jakimkolwiek wspólnym działaniem dla grupowego dobra. „Jednym z głównych powodów słabego zorganizowania rolników jest ich niechęć do wspólnego działania na rynku” – słusznie stwierdza organizacja przedsiębiorców Business Centre Club. Mistrzowsko pokazał to już Mickiewicz, opisując w „Panu Tadeuszu” szlachtę zaściankową, która nijak nie może podjąć żadnych działań dla „dobra pospolitego”, lecz ochoczo godzi się najechać na Sędziego. Charakteru Polaków raczej nie uda się zmienić, zwłaszcza pod rządami PiS, które bazują na rozdmuchiwaniu najbardziej negatywnych przywar polskiego społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebne są wyraźne uproszczenia, które ułatwiłyby tworzenie spółdzielni producentów rolnych o dużej liczbie członków i odpowiedniej do ich działalności wartości środków trwałych. Wiele obecnie obowiązujących w Polsce wymogów nie wynika z przepisów Unii Europejskiej. Nasz kraj nie został niestety przygotowany do mechanizmów wsparcia rynkowego, zaplanowanych przez Komisję Europejską – wskazuje BCC. W Polsce brakuje organizacji producentów na kluczowych rynkach rolnych, m.in. zbóż, roślin oleistych, wieprzowiny, mleka, drobiu, wołowiny. W kraju działają jedynie organizacje producentów uprawiających owoce i warzywa. Najlepiej przygotowanymi przedsiębiorstwami do tego, by uzyskać status organizacji producentów są natomiast spółdzielnie mleczarskie.

Władza i kasa

Dzięki partii aktualnie i od lat rządzącej przywykamy powoli do przekonania, że politycy z górnej półki, ci z PiS-u, i nie tylko oni, nie są nędzarzami. Upubliczniono niedawno Polakom stan posiadania (dochody) wybrańców narodu. Robią wrażenie.

Coraz bardziej umacniają w przeświadczeniu, przynajmniej tych nieco myślących, że do polityki idzie się zasadniczo (ew. również) dla wpływów i pieniędzy. Że, dla czynienia dobra publicznego to taka ściema przy okazji, aby naród głosował i wybrał. Nawet ci najbardziej ideowi przestają z czasem stronić od konfitur. Jasne, że nie wszyscy politycy grzeszą pazernością, jednako polityka, zwłaszcza ta długotrwała i niepodzielna zasadniczo jak aktualnie w Polsce, korumpuje, niestety. Zapewne to nie polski wynalazek, jednako w europejskiej demokracji, do której rzekomo należymy, aspekt ten winien podlegać skutecznej kontroli, hamującej finansowe apetyty i zapędy parlamentarnych wybrańców i rządowych nominantów. Ale kto będzie kontrolował Kaczyńskiego i jego polityczną sitwę ?!
Mając przewagę w sejmie, poukładali wszystko w taki sposób, aby zapewnić sobie nietykalność prawną i polityczną. Np. zapisali w prawie, że w czasie pandemii koronawirusa urzędnicy państwa zwolnieni są: .. od odpowiedzialność za podjęte decyzje. To jakieś kuriozum, za którym można skryć każdy przekręt władzy. Przykłady cudownie znikającej grubej kasy już się pojawiają, i nikt za to nie odpowiada – maseczki i respiratory. Rodzą zasadne podejrzenia pod adresem władzy. Do beznadziejnie smutnych wniosków dochodzę obserwując rozpanoszoną prywatę i bezwstydny ciąg na kasę polityków Prawa i Sprawiedliwości, przyssanych od pięciu lat do cycka z publicznym groszem. Nie zamierzają puścić. Póki co, nie ma siły, aby ktoś im tego skutecznie zabronił. Łamią prawo ?? Skądże !! Wszystko jest legal artis. Ci, co pomstują na kasową niesprawiedliwość, grymaszą i zrzędzą, mogą im naskoczyć. Co najwyżej są w stanie się wkurzać buszując po Internecie na stronach z ujawnionymi dochodami polityków. Są tam prawdziwi rekordziści.
Jakkolwiek nie wyłącznie od Kaczyńskiego, ci od prezesa robią wrażenie szczególne, bo aktualnie i od paru lat przy korycie, jak zwykł to nazywać naród. Warto poczytać. Taki np. Zbigniew Ziobro, minister i prokurator w jednym – nie tylko on – tłucze kasę i nadyma majętność własną z godnym podziwu i pozazdroszczenia rozmachem. I niech kto spróbuje powiedzieć, że mu się nie należy. Ziobro jest żywą personifikacją zła nagrodzonego, nie tylko kasą, również rozległością przypisanych jego urzędowi uprawnień, które zaprzągł skutecznie dla prywaty m. innymi. . Zresztą, są lepsi od niego w mnożeniu kasy własnej. Przy politykach obławiają się kumple i familianci na licznych posadach zależnych od Państwa i samorządów. Pierwszy z brzegu przykład: media ostatnio donoszą, że lokalny działacz partii Kaczyńskiego, chyba z Ostrołęki lub okolic, rozwalił skutecznie w kolizji drogowej służbowy samochód należący do żony. Miał zakaz prowadzenia pojazdów. Właścicielka służbowego auta, żona sprawcy, pani Katarzyna, jest – trzeba trafu, gdyż to zapewne zdolna kobieta – wiceprezesem zarządu Energa Elektrownie Ostrołęka SA. Nie czepiam się: każdy może być wpływowym działaczem partii rządzącej, rozwalić prowadzony bez uprawnień samochód, przy tym mieć małżonkę na wypasionym stanowisku w spółce skarbu państwa. Dotąd takie wypasy przynależały wyłącznie, jak nieustannie obwieszcza propagandowa młócka, do (tfu!) komunistów. Ten przykład, jeden z mnogich w sieci wzajemnych powiązań i partyjnych zależności w Prawie i Sprawiedliwości, ukazuje patologię władzy, w której z elegancją hipopotama tapla się PiS. Tak oto rodzi się, rozrasta i krzepnie rządowy, kumpelski i familijny układ żywotnie i dożywotnio zainteresowanych rządami nominatów Prawa i Sprawiedliwości. Wszak, należy im się !! Dopisuje się do tego krąg kolejny, równie krzepki i rozległy, zadawalający się tym, co łaskawie spadnie z pańskiego stołu, pod postacią 500 plus i innych socjałów. To ostanie da się po ludzku zrozumieć, gdyż dla wielu beneficjentów są to kwoty spore, nie bez znaczenia dla domowych budżetów. Nie zmienia to faktu, że głosujący na partię Kaczyńskiego pogrążają się w myślowym letargu. Kochają Dudę i Morawieckiego, nie mówiąc o prezesie. Wcale zapewne niemała grupa miłośników Prawa i Sprawiedliwości nie ma zamiaru splamić się pracą, Po co, skoro Państwo daje. Tak trzymać. Jesteśmy na finansowej prostej typu „greckiego”. Jeśli do tego dodać wiszącą nad Polską prezydencką recydywę z Dudy, to już jakieś szaleństwo. Pozostaje tylko sprawą czasu, kiedy pogrążymy się w gospodarczej zapaści i UE będzie musiała wyciągać nas z tego bagna. Media zwane publicznymi, z TVP i jej odnogami na czele, mącą we łbach skutecznie. Doprawdy, coraz trudniej zrozumieć, jak coś takiego jest możliwe w demokratycznym, i chcącym uchodzić za wzorzec kultury rozmaitej i nieskończonej, państwie. Poczucie osobistej bezsilności wobec tego co dzieje się w polskiej polityce – wobec Dudowego zagrożenia zwłaszcza – próbuje rekompensować sobie, między innymi, zapisem jak wyżej. Uspokoić się jednak jakoś nie mogę. Niech to szlag trafi.