Flaczki Tygodnia

Po ciszy wyborczej nadszedł czas oczekiwania na wynik. Kiedy oddawaliśmy do druku to wydanie „Trybuny”, głosowanie jeszcze trwało. Z napływających informacji mogliśmy się jednego spodziewać – wysokiej frekwencji wyborczej.

Nie znamy jeszcze zwycięscy tego wyścigu. Ale już dzisiaj widzimy patologiczny charakter minionej kampanii wyborczej. Wyborów na prezydenta RP w czasie których kandydaci rzadko i skąpo mówili o swej rzeczywistej prezydenturze. O swoje wizji wykonywania konstytucyjnych uprawnień i obowiązków prezydenta RP.

W czasie kampanii wyborczej kandydaci na prezydenta RP przede wszystkim składali liczne i obfite obietnice, które formalnie mógłby zrealizować jedynie premier RP. Nie prezydent RP, bo nie mieściły się one w jego konstytucyjnych kompetencjach i zwyczajach sprawowania władzy.

Wielokrotnie też kandydaci na prezydenta RP prezentowali się jako liderzy partii lub ruchu politycznego. Jak przywódcy plemienni, odwołujący się do tej lepszej większości obywateli naszego kraju.
A przecież wedle nadal obowiązującej Konstytucji, i dobrych praktyk z czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, polski prezydent nie jest liderem partyjnym, tylko „ Pierwszym Obywatelem”. Zdeklarowanym, i zwykle starający się nim być, „Prezydentem wszystkich Polaków.

Patrząc na miniona kampanię można wywnioskować, że nowo wybrany prezydent będzie prezydentem jedynie głosującej na niego większości. Niewiele mniejsza, przegrana mniejszość może go za prezydenta nie uznawać, bojkotować nawet.
Jeżeli nowy prezydent będzie jednak chciał być tym „Pierwszym Obywatelem” i „Prezydentem Wszystkich Polaków”, to czeka go niezwykle trudne zadanie. Zaczynające się symbolicznym, demonstracyjnym wręcz, odcięciem pępowiny łączącej go z Matką- Partią.

Ta nie merytoryczna, fałszywa kampania wyborcza to efekt panujące w Polsce „mediokracji”, czyli patologicznej demokracji. To media, a ściślej ich dysponenci polityczni, narzucały tematy i problemy do dyskusji. Media kreowały wizerunki kandydatów, wzmacniały sympatie do nich. Media zamawiały sondaże poparcia dla kandydatów windując nimi swych faworytów i osłabiając konkurentów.

Tegoroczna kampania prezydencka dowiodła, że w czasach kampanii wyborczych nie ma w Polsce rzetelnych i bezstronnych mediów. Ani „publicznych”, bo te są tubą propagandową PiS, ani komercyjnych, bo te grają na prawicową opozycję i rządzące elity PiS.

Zapewne słabszy od spodziewanego wynik lewicowych kandydatów to efekt braku silnych lewicowych mediów. Lewica nie posiada ich, bo w przeciwieństwie do prawicy, nie dostrzegała i nie ostrzega, sensu ich posiadania. Efekty tego minimalizmu intelektualnego i organizacyjnego poznamy po wynikach dwóch lewicowych kandydatów. Brak silnych mediów lewicowych utrudnia też rozwój myśli politycznej i ideowej, tworzenia lewicowej tożsamości. No i „polityki historycznej”.

Polityka historyczna staje się dziś polityczną religią kultywowaną przez elity rządzące państwami. Postępująca laicyzacja doprowadziła do rozdziału instytucji państwa od kościołów. W republikach rządy nie pochodziły od woli boga, lecz ludu głosującego. Ideały demokracji zastąpiły wolę boga. Dziś obok zachodnioeuropejskich demokracji parlamentarnych istnieją autokratyczne „demokracje suwerenne”. W obu władza pochodzi z powszechnych wyborów, ale nie zawsze są one w pełni demokratyczne. Czasem ważniejsze jest kto liczy głosy niż na kogo zostały oddane. I właśnie kiedy władza pochodzi z nieortodoksyjnie demokratycznych wyborów, to szuka dodatkowych argumentów potwierdzających jej prawo do rządzenia.
Najczęściej są to dawne sukcesy dowodzące władczych kompetencji obecnych elit. Odwołanie się do plemiennej, narodowej wspólnoty. To naród teraz jest bogiem, który wybiera elity godne zarządzania jego państwem. Wtedy „polityka historyczną” staje się religią takiej narodowej wspólnoty.

W magazynie amerykańskich neokonserwatystów ” National Interest”, wydawany przez związanego z Kremlem lobbystę Dimitra Simisa vel Simesa, ukazał się niedawno artykuł prezydenta Władimira Putina. Ten długi tekst jawi się Katechizmem obecnej polityki historycznej Rosji. Firmowanym przez najwyższego kapłana nowej religii.
Jeszcze w średniowieczu filozof, matematyk, logik, a także święty kościoła kat. Jan Duns Szkot głosił, że w historii ważne są tylko wydarzenia zapisane, nie to co się wydarzyło naprawdę. Bo tylko zapisane fakty i ich interpretacje przechodzą „do historii”. Na tej prawdzie bazuje „polityka historyczna”.

Prezydent Putin pisze swą historię aby zaprzeczyć rezolucji Parlamentu Europejskiego z września 2019 roku, która obarczyła winą za wybuch II wojny światowej także stalinowską ZSRR. Tamta wojna wybuchła w efekcie kolaboracji Hitlera i Stalina, ukoronowanej paktem Ribbentrop – Mołotow. To przykre stwierdzenie dla władzy budującej swą legitymizację na historycznym zwycięstwie nad faszystowskimi Niemcami w 1945 roku.

Dlatego prezydent Putin cofa się do I wojny światowej i Traktatu Wersalskiego. Prawdziwie przypomina, że Traktat nie doprowadził do pokoju w Europie. Świat powersalski był tylko rozejmem między dwoma wojnami światowymi. Przypomina też haniebny rozbiór Czechosłowacji w 1938 roku. Dokonany przy zgodzie Anglii, Francji, Włoch. I współudziale Polski.

To właśnie rozbiór Czechosłowacji był początkiem II wojny w putinowskiej historii. A sanacyjną Polska współwinną jej wybuchu. Bo była wtedy sojusznikiem Niemiec. Popierała antysemicką politykę Hitlera. Odmówiła pomocy Czechosłowacji. Uczestniczyła w jej rozbiorze. I właśnie dlatego ZSRR musiał kolaborować z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku. I dokonać rozbioru antysemickiej, profaszystowskiej Polski.

To prawda, że rządy sanacji popierały hitlerowski antysemityzm, ale czyniły to w latach trzydziestych, kiedy hitlerowcy chcieli Żydów wyrzucić z Niemiec, a nie wymordować ich w obozach śmierci. To prawda, że Polska współuczestniczyła w haniebnym rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Ale w rozbiorze tym uczestniczyły też Węgry. Dwukrotnie zagarniały czeskie i słowackie ziemie. W 1938 i w 1939 roku. Węgry do końca II wojny były też sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. O historycznej roli Węgier prezydent Putin ani słowem nie wspomniał, bo premier Orban jest najlepszym sojusznikiem prezydenta Putina w Unii Europejskiej i w NATO. Podobnie nie wspomina o radzieckiej agresji na Finlandię w 1940 roku, o „anschlussie” Litwy, Łotwy i Estonii przez stalinowskie ZSRR w 1940 roku oraz rumuńskiej Mołdawii. To wszystko działo się w czasach dwuletniej kooperacji niemiecko- radzieckiej.

Prezydent Putin pisze historię jak polityk historyczny. Maluje galerię obrazów, ikon nawet. Ale prawdziwa historia nie jest galerią statycznych obrazów. To ciąg wydarzeń wynikających z poprzednich, tworzących nowe fakty, radykalnie zmieniające świat. Zmieniają się rządy, powstają nowe sojusze. Imperia upadają, dawne kolonie zostają centrami świata. Dzięki agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku, dzięki wielkiemu wysiłkowi oraz wielkim ofiarom narodów ZSRR, koalicja antyhitlerowska wojnę wygrała. W 1945 roku ZSRR został mocarstwem. Współdecydował o losach globu.

Dziś prezydent Putina marzy o nowym „koncercie mocarstw”. Pisze; „
Naszym obowiązkiem – wobec wszystkich, którzy przyjmują odpowiedzialność polityczną, przede wszystkim przedstawicieli zwycięskich mocarstw w czasie II wojny światowej, jest zagwarantowanie, że system ten zostanie zachowany i ulepszony. Dzisiaj, podobnie jak w 1945 roku, ważne jest, aby pokazać wolę polityczną i wspólnie dyskutować o przyszłości. Nasi partnerzy – panowie Xi Jinping, Macron, Trump, Johnson – poparli rosyjską inicjatywę zaproponowaną na spotkaniu przywódców pięciu państw nuklearnych – stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Dziękujemy im za to i oczekujemy, że takie spotkanie będzie mogło odbyć się przy najbliższej okazji”.
Proponuję szczyt Rosji, Chin, Francji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, który pozwoli wyjść Rosji z roli obecnego, drugorzędnego mocarstwowa. Postuluje „wspólne przywiązanie do ducha sojuszu, wysokich humanistycznych ideałów i wartości, o które ojcowie i dziadkowie walczyli ramię w ramię./…/ Będzie to stanowić solidną podstawę do udanych negocjacji i wspólnych działań w celu wzmocnienia stabilności i bezpieczeństwa na planecie i osiągnięcia dobrobytu wszystkich państw.”

Czy pozostali światowi przywódcy uwierzą w tego wywoływanego przez prezydenta Putina „Ducha Sojuszu”?

Flaczki tygodnia

„Módlmy się, żeby ten deszcz przestał teraz padać”, zaapelował pan premier Mateusz Morawiecki do ministrów swego rządu, wojewodów z zalanych terenów, przedstawicieli wojska zawodowego oraz Wojsk Obrony Terytorialne a także policji, zawodowej i ochotniczej straży pożarnej. O skuteczności modlitw świadczy sytuacja na terenach zalanych i podtopionych.x/ Trzy lata temu prawicowi marszałkowie Sejmu RP wzywali Wysoką Izbę do intensywnych modłów o deszcze. Trochę się pan bóg ociągał, ale w końcu te wymodlone deszcze nadeszły.

W czasie pomiędzy zbiorowymi modlitwami rządzącej Polską prawicy, tych o deszcze i tych i zaprzestanie deszczu, nie wybudowano na zalewanych obecnie terenach ani jednego większego zbiornika retencyjnego.
Te, istniejące od lat w Polsce zbiorniki, zatrzymują obecnie około 14 procent rocznych opadów deszczu. Tych wymodlonych i niewymodlonych. W również katolickiej Hiszpanii tego typu zbiorniki zatrzymują około 40 procent spadającej tam z nieba wody. Ale tam rządzący nie modlą się o deszcz lub suszę tylko budują zbiorniki.

Czy mamy zatem modlić się aby polskie prawicowe elity rządzące zaczęły modlić się o zbiorniki retencyjne?
Może wtedy spadną nam z nieba.

„Mówimy „nie” euro, mówimy „nie” europejskim cenom. Mówimy europejskie płace, nie europejskie ceny” – ogłosił program Partii i katolickiego narodu pan prezes Jarosław Kaczyński. Człowiek funkcjonujący w naszym kraju na prawach boga.
Jak każdy widzi europejskich cen na pewno jeszcze nie mamy, bo Polska, swymi cenami na poziomie 57 procent średniej unijnej, jest trzecim na liście najtańszych krajów Unii Europejskiej. W niedalekiej Belgii wskaźnik cen osiągnął już 111 procent średniej unijnej.
Jak pan prezes Kaczyński zamierza wprowadzić europejskie płace bez podnoszenia cen, tego ani on, ani ktokolwiek z jego doradców nadal nam nie wyjaśnił. Pozostaje zatem modlić się w tej intencji.

Nie ma powodu już modlić się o wprowadzenie euro w Polsce. Przynajmniej do roku 2022. Wtedy bowiem kończy się kadencja pana Adama Glapińskiego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pan prezes jednoznacznie zadeklarował, że za jego prezesury Polska do strefy euro nie wejdzie. Nawet w strefie ERN II, czyli przedsionku europejskiej wspólnoty walutowej noga jej nie stanie.
W tym samym kampanijnym czasie pan prezes Kaczyński objawił potencjalnym masom wyborczym, że „Euro jest dobre dla tych, którzy są silni”.
Ponieważ pan prezes Glapiński jest wasalem i realizatorem woli pana prezesa Kaczyńskiego, to jasnym jest, że przynajmniej do 2023 roku Polska w siłę nie urośnie.
Zatem przez najbliższe cztery lata wszelkie modlitwy o rychłe nadejście „silnej Polski” można sobie o przysłowiowy kant potłuc. O czym „Flaczki” lojalnie wszystkich rozmodlonych uprzedzają.

Nie wysłuchano modlitw ani aktów strzelistych pana ministra Krzysztofa Szczerskiego, pana ministra Pawła Solocha, pana ministra Mariusza Błaszczaka i przede wszystkim pana prezydenta Andrzeja Dudy.

W zeszłym tygodniu Komisja Sił Zbrojny Senatu US dwudziestoma pięcioma głosami za, przy dwóch głosach przeciw, przyjęła projekt ustawy o finansach sił zbrojnych na rok 2020. Teraz dokument trafi pod obrady Izby Reprezentantów, która zapewne przyjmie go bez większych poprawek. Co oznacza, że USA przeznaczą w 2020 roku na swe bezpieczeństwo 750 mld dolarów, czyli o 34 mld więcej niż w 2019 roku.
W uzasadnieniu ustawy czytamy, że świat staje się coraz bardziej niestabilny i niebezpieczny, a strategiczni konkurenci, czyli Chiny i Rosja, podważają dominację militarną USA. I zagrażają bezpieczeństwu i dobrobytowi Ameryki. Dlatego Waszyngton zamierza zwiększyć swoją obecność wojskową także w Polsce.

Zwiększą, ale inaczej niż to sobie obecne polskie władze wyobrażały. Pan prezydent Duda i liczni ministrowie usilnie zabiegali o stałą (permanent) obecność wojsk amerykańskich wojsk w Polsce. Jej symbolem miał być wymyślony przez pana ministra Szczerskiego „Fort Trump”.
Jednak Amerykanie postawili na obecność trwałą(persistent).Ta różnica słów oznacza, że wielce wymarzony, wymodlony, i już zwiastowany przez wyżej wymienionych prominentów PiS, „Fort Trump” można teraz w bajki włożyć.
Zamiast przyjeżdżać na kilkuletnią służbę do nowej stałej bazy, amerykańscy żołnierze będą wpadać do nas, jak niedawno Ukraińcy do pracy. Na okres od kilku miesięcy do roku.
Zamieszkają w starych polskich, czyli po niemieckich i poradzieckich, koszarach. Tam poćwiczą sobie, wypiją browary z kolegami z innych armii, pierogów podjedzą, bzykną sobie może, i zadowoleni do domów powrócą.
Takie rotacyjne pięć, sześć tysięcy wojska stale przebywającego w Polsce będzie dodatkowym argumentem prezydenta Donalda Trumpa w jego kolejnych negocjacjach biznesowo- politycznych z prezydentem Rosji Władymirem Putinem. W zamian za ewentualne ustępstwa prezydenta Putina prezydent Trump łatwo i tanio zredukuje swój rotacyjny kontyngent.

Umierać za swój „Fort Trump”, albo polski Gdańsk, amerykańskie wojska nie będą.

Ile polski budżet zapłaci za wzmocnienie amerykańskiej pozycji przetargowej, jeszcze nie wiemy. W niedawnej przeszłości rząd PiS deklarował na te wydatki 2 mld USD. Ale od tamtego czasu wszystko Polsce podrożało, nawet kilogram pietruszki. Chociaż zarobków europejskich nadal nie mamy.

Biolodzy z Nottingham University potwierdzili, że ilość męskiego nasienia maleje i jest ono coraz gorszej jakości. W ciągu ostatnich 50 lat liczba plemników spadła o połowę. Co gorsza są one coraz bardziej „powolne” lub obarczone wadami genetycznymi. Nawet te polskie. Winnymi za ten ubytek są chemiczne składniki plastikowych opakowań, zwłaszcza torebek, którymi praktycznie opakowane jest całe nasze ludzkie życie. Powszechnie występują w naszych środowiskach domowych i po zużyciu nie chcą się rozkładać. Szybciej za to rozkładają się ich ludzcy producenci i użytkownicy.

Kiedy zsyłaliśmy to wydanie „Trybuny” do drukarni trwały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wyniki wyborów skomentujemy w wydaniu środowo- czwartkowy.

Przez całą minioną sobotę i niedzielę delektowaliśmy się kojącą wszystkie zmysły ciszą wyborczą. A może by wprowadzić raz w miesiącu jeden weekend wolny od tych licznych, gównianych wiadomości, kabotyńskiego ćwierkania twitterowego i ciągłego komentowania cudzych komentarzy? Czyli tej wielkiej polityki uprawianej po polsku?

Wiecie do kogo się o to pomodlić?