Włochy w 2021 roku

Nowy rok i nowe problemy, czyli noworoczna awantura w koalicji rządzącej.

Kiedy Ruch 5 Gwiazd i Partia Demokratyczna, czyli obecna koalicja rządząca, usiłuje za wszelką cenę utrzymać spójność gabinetu w dobie koronawirusa, w tym samym czasie Matteo Renzi zaczyna grozić wycofaniem swoich ministrów. O co właściwie gra były Premier Włoch?
Nie tylko w Polsce małe ugrupowanie próbuje merdać całą koalicją rządzącą. Podobny scenariusz można obserwować na Półwyspie Apenińskim, gdzie „mała” Italia Viva, utworzona w wyniku odłączenia jednej frakcji z Partii Demokratycznej, przez byłego premiera Włoch Matteo Renziego, próbuje rozegrać parlamencie swoje karty licząc na umocnienie swojej pozycji w rządzie.
Italia Viva złożona w większości z byłych polityków Partii Demokratycznej, cieszy się zaledwie kilkuprocentowym poparciem. Jednak obecności jej 30 deputowanych i 13 senatorów w koalicji rządzącej jest kluczowa do zachowania większości parlamentarnej. Premier Włoch Giuseppe Conte proponuje ponowne przetasowanie rządu, które efektem końcowym miałoby być dodanie dwóch ministerstw i kolejnych stanowisk trzech wiceministrów dla ugrupowania Renziego. Były Premier na razie odmawia i grozi zerwaniem koalicji, co mogłoby oznaczać upadek rządu i ponowne wybory. Ten scenariusz pasowałby tylko liderowi dawnej Ligii Północnej, Matteo Salviniemu, którego dobre wyniki sondażowe przyprawiają obecny rząd o nocne koszmary. Nowe wybory mogłyby dać mu pełną władzę, przy ewentualnym wsparciu w postaci neofaszystowskich Bracia Włoch, a Ruch 5 Gwiazd mógłby liczyć na ledwo połowę obecnej reprezentacji w Parlamencie. Renzi o tym wie dlatego tak rozgrywa swoje karty.
Tarcie między dwiema największymi partiami koalicyjnymi, a ugrupowaniem byłego premiera to nie nowość, jednak mając na uwadze potrzebę współdziałania w obliczu pandemii obie strony wycofały się. Ostatnio temat ponownie wrócił. Czemu? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. I tak jest też tym razem. Otóż kroplą, która przelała czarę, okazuje się być niezgoda w sprawie włoskiego planu odbudowy, a zwłaszcza wydatkowanie środków otrzymanych z unijnego Funduszu Odbudowy, z którego w ramach bezzwrotnych grantów i niskooprocentowanych pożyczek Włochom przypadnie ponad 200 mld euro. Spór o nadzór nad środkami wywołał w ostatnich tygodniach poważne napięcie między Renzim a Conte.
Premier Giuseppe Conte zdecydował, że decyzje będą podlegały jemu oraz zespołowi powołanych przez jego gabinet specjalistów. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Opozycja jak i również Matteo Renzi oczekuje, że zadanie powinno zostać w rękach rządu, administracji publicznej i parlamentu. Były przewodniczący Partii Demokratycznej uważa, że powierzenie rozporządzania funduszami zewnętrznej grupie osłabi rolę parlamentu. Zarówno lider Italia Viva, jak i partie prawicowe (vide Liga oraz Bracia Włoch) zarzucają Premierowi, że jego decyzja stanowi próbę zwiększenia władzy, wychodzącej z ram Konstytucji.
Renzi proponuje odważniejsze wydawanie środków unijnych i zaciągnięcie kolejnych dużych sum w ramach pożyczek. Lider Pięciu Gwiazd, Luigi di Maio, nieufnie podchodzi do tego rozwiązania, zwracając uwagę, że zbyt duże oparcie się na instrumencie pożyczek, zamiast działania przede wszystkim na unijnej bezzwrotnej pomocy finansowej, niesie za sobą zagrożenie zwiększenia długu publicznego. Włoski minister gospodarki i finansów Roberto Gualtieri wywodzący się z Partii Demokratycznej stwierdził, że w obecnej sytuacji nie stać Włochy na realizację wszystkich propozycji Renziego, bo grozi to zbyt dużym ryzykiem zapaści ekonomicznej.
Generalnie od kilku miesięcy mamy do czynienia z wymianą złośliwości jak i licznymi tarciami na linii Ruch 5 Gwiazd & Partia Demokratyczna – Italia Viva. Włoskie media coraz częściej spekulują o rozpisaniu wcześniejszych wyborów przez Prezydenta Włoch – Sergio Mattarellę, a Premier Giuseppe Conte robi dokładnie to samo, kiedy lider Ruchu 5 Gwiazd w czasach koalicji z Ligą, co chwilę awanturował się z jej liderem Matteo Salvini, czyli uspakaja. Na kolejnych konferencjach prasowych wyjaśnia oraz uprzedza, że raczej nie przewiduje w scenariuszu przedterminowych wyborów. Trudno się nie zgodzić, że gaszenie pożarów jest jego prawdziwą specjalnością.
Pojawia się teraz właściwe pytanie: o co właściwie walczy były Premier Włoch? Włoska prasa domniema, że byłemu premierowi chodzi o większe wpływy w rządzie. Italia Viva ma obecnie dwa ministerstwa: Rolnictwa i Leśnictwa oraz Rodziny i Równych Szans. Możliwe, więc że Renzi bardziej liczy na rekonstrukcję rządu i powiększenie swojej strefy wpływów, niż jego upadek. Jednak sam zainteresowany twierdzi, że Italia Viva wystąpi z rządu w przypadku nieznalezienia porozumienia. Istnieje jeszcze jedna teoria która od jakiegoś czasu krąży po korytarzach w Pałacu Montecitorio – siedzibie parlamentu włoskiego. Renzi ma pełną świadomość, że ciągnący się kryzys we Włoszech oraz obawy ekipy rządzącej wobec wcześniejszych wyborów, które mogłyby dać władzę prawicy, czyli Matteo Salviniemu, mogą doprowadzić do utworzenia nowego gabinetu, ale już bez Giuseppe Conte na fotelu Premiera. Kto miałby go wtedy zastąpić? Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się że Renzi widzi przede wszystkim siebie na tym stanowisku, a że jest w chwili obecnej języczkiem uwagi w obecnym rządzie, to ma nawet jakieś szanse.
Żeby było ciekawiej, to ugrupowanie Renziego przygotowało dokument, złożony z 62 punktów, w którym zaprezentowała założenia planu odbudowy. Są one oczywiście w kontrze do rozwiązań zaproponowanych przez gabinet Premiera. Niby nic szczególnego, ale nietrudno odnieść wrażenie, że wymyślony tytuł dokumentu może zostać odebrany jako sugestia pożegnania się z rządem Giuseppe Conte. Chodzi bowiem o cztery słowa z których składa się tytuł dokumentu: Cultura, Infrastrutture, Ambiente e Opportunità. Pierwsze litery tworzą słowo „CIAO”, co można przetłumaczyć jako „żegnaj”. Przypadek? Raczej nie.
W noworocznym orędziu prezydent Sergio Mattarella wezwał rząd, aby odsunął partyjne podziały i podjął działania na rzecz walki z pandemią i odbudowę gospodarki. Zdaniem wielu apel skierowany był przede wszystkim do Matteo Renziego.

Lombardia – oddział zamknięty

Premier Giuseppe Conte, na wniosek władz Lombardii, planuje wprowadzić godzinę policyjną w północnym regionie Włoch. Wniosek wynika z przewidywań władz regionu z których wychodzi, że do końca października do szpitali trafi ok. 4 tysiące chorych na COVID-19, w tym 600 na oddziały intensywnej terapii, a rokowania na listopad są dalekie od optymistycznych.

Szef regionu Lombardii Attilio Fontana wraz z burmistrzami miast zwrócił się w poniedziałek do rządu o wprowadzenie godziny policyjnej. Jeśli władze w Rzymie wyrażą zgodę, to dekret ma obowiązywać już w październiku.
W trakcie „nocnego lockdownu” po ulicach będzie się można poruszać wyłącznie z powodów zdrowotnych, pracy lub innych uzasadnionych przyczyn. Ponadto przedstawiciele lokalnej administracji opowiedzieli się za zamknięciem w weekendy centrów handlowych z wyłączeniem sklepów spożywczych i tych z artykułami pierwszej potrzeby.
Wniosek został publicznie poparty przez ministra zdrowia Roberto Speranzę. W ten sposób wracamy do nerwowej atmosfery z minionej wiosny na Półwyspie Apenińskim, a to dopiero początek ponownego uderzenia wirusa. Pojawiają się też i komentarze negatywne związane z wnioskiem Fontany. Dziennik „La Repubblica” komentuje wniosek wprost pisząc, że „Lombardia poddaje się i wywiesza białą flagę”.
Pojawiają się pogłoski, że jeśli Lombardia, będąca jednym z najważniejszych pod względem gospodarki regionów Półwyspu Apenińskiego, podejmuje decyzję częściowej blokadzie, to istnieje realna szansa, że pozostałe regiony prędzej czy później również skierują do Rzymu podobny wniosek.
Niektóre już wprowadziły określone restrykcje. Szef władz regionu Kampania Vincenzo De Luca podjął decyzję o zakazie zabaw w nocy 31 października w związku z Halloween. Uwaga mediów jest jednak skierowana przede wszystkim na władze Wenecji Euganejskiej i Piemontu, które już teraz sondują możliwe scenariusze co Lombardia. Nie chcą powtórki z wiosny, ponieważ były na pierwszej linii ognia, kiedy pandemia wybuchła w Italii.
W ostatnią niedzielę włoski premier przedstawił postanowienia z nowego dekretu rządu, w którym m.in. są takie zasady jak limit osób, które mogą siedzieć przy jednym stole w restauracji oraz że kluby fitness mają tydzień na wprowadzenie kroków bezpieczeństwa sanitarnego. Jak sam powiedział: „Sytuacja jest krytyczna, ale rząd jest”. Może i rząd jest, ale gdzie są rozwiązania i odpowiednie kroki, kiedy był tak zwany okres odpoczynku od wirusa w okresie wakacji? Conte podkreślał na konferencji, że atak drugiej fali pandemii we Włoszech i w Europie jest „ostry”. Wskazał, że należy wprowadzić wszystkie niezbędne kroki, by uniknąć generalnego lockdownu w kraju.
Można się domyśleć, że chodzi o kwestie ekonomiczne, bo Włochy na to zwyczajnie nie stać na ponowny postój gospodarczy. Pytanie tylko czy stać na to obywateli z grupy zagrożenia?
Unia Europejska próbując walczyć z pandemią i chronić swoją stabilność gospodarczą zaproponowała pomoc finansową, aby zabezpieczyć m.in. już mocno kulejącą włoską gospodarkę. Od razu pragnę rozwiać wszelkie wątpliwości.
Utworzenia unijnego planu walki z wirusem w postaci funduszu w wysokości 750 mld euro, z czego Włosi otrzymali 200 co dało im szansę na częściowe załatanie m.in. włoskiej dziury budżetowej, nie było powodowane troską o same Włochy, a ile strachem, że coraz większe załamanie niegdyś czwartej jak nie trzeciej gospodarki w Europie mogłoby pociągnąć za sobą dość brutalne konsekwencje dla samej Unii i doprowadzić do konkluzji, że eksperyment z euro nie udał się.
Jednocześnie trzeba przyznać, że dzięki pandemii Włosi dostali szansę na przezwyciężenie ponad dwudziestoletniej stagnacji, a czy zrobią dobry użytek z koła ratunkowego od Brukseli to już inna kwestia.
Po tym wszystkim przychodzi na myśl kolejna refleksja – czy faktycznie Włosi uczą się na własnych błędach? Pewien anestezjolog widząc jak włoskie społeczeństwo podchodzi lekceważąco do restrykcji wyraził swoje oburzenie w mediach społecznościowych. Z jednej strony wpis spotkał aprobatą internautów, ale i również z ogromną falą krytyki. Inny przypadek dotyczył ministra edukacji, który widząc coraz trudniejszą sytuację wprowadził restrykcje w szkołach. Niedługo potem musiał mieć eskortę policji, aby móc spokojnie przemieszczać się po ulicach Rzymu. Te wydarzenia miały miejsce w maju. Dzisiaj mamy już październik, a na horyzoncie nie ma kolejnej fali koronawirusa, bo już jest na miejscu i uderza z całą siłą. Jedno jest pewne – wirus nie był nigdy w odwrocie.

Włoska gorączka referendalna

Koronawirus, tegoroczny główny bohater życia publicznego, na Półwyspie Apenińskim ewidentnie w ostatnim tygodniu stał się bohaterem drugoplanowym. Co prawda statystycznie zakażeń przybywa, ale sytuacja jest opanowana i nie ma mowy o żadnej panice w tej kwestii; nic nie wskazuje, żeby scenariusz wiosennego lockdownu miał się powtórzyć. Włosi, jakby bardziej spokojni, mogli oddać się dyskusjom politycznym i w dniach 20 i 21 września ruszyć do urn.

Tym razem w referendum konstytucyjnym zadecydować mieli o zatwierdzeniu lub odrzuceniu ustawy o zmianie konstytucji, a konkretnie jej zapisów w artykułach 56, 57 i 59, które dotyczą liczby parlamentarzystów. Włoscy obywatele bezpośrednio odnieść się mieli do zatwierdzonego przez Izbę w dniu 8 października 2019 r. projektu ustawy, który przewidywał zmniejszenie liczby członków obu izb parlamentu: z 630 do 400 miejsc w Izbie Deputowanych i z 315 do 200 miejsc w Senacie. Pomysłodawcą i wielkim orędownikiem tej idei była partia rządząca Movimento 5 Stelle (Ruch Pięciu Gwiazd) przy wsparciu środowisk prawicowych partii politycznych.
W debacie publicznej szeroko pojęta lewica prowadziła kampanię nakłaniającą do głosowania na NIE, tłumacząc, że im mniejsza reprezentacja w parlamencie, tym mniejsza demokracja w państwie.
W ostatnich tygodniach na placach we mniejszych i większych włoskich miasteczkach odbywały się manifestacje środowisk politycznychi organizacji prospołecznych, które promowały jednak utrzymanie konstytucyjnego status quo i zachowanie dotychczasowej liczby deputowanych w izbach parlamentarnych. Głównym postulatem partii rządzącej, którzy miał świadczyć o potrzebie głosowania na TAK, było tłumaczenie, że dzięki zmniejszeniu liczby posłów i senatorów, zmniejszy się koszty utrzymania parlamentu. Ostatecznie włoscy obywatele przy prawie 54-procentowej frekwencji zagłosowali za zmianą konstytucji, a tym samym za zmianą swojej reprezentacji. 70 proc. głosujących w istocie poparło ograniczenie włoskiej demokracji. Jak powiedział Luigi Di Maio, minister spraw zagranicznych, jest to historyczny wynik. Trudno odmówić mu racji: jeszcze nigdy społeczeństwo włoskie nie dało sobie tak ograniczyć swojego udziału w politycznej debacie o przyszłych losach swojego państwa.
TAK w znaczącej większości przeważyło w głosowaniu u mieszkańców z terenów południowych Włoch, gdzie wynosiło nawet 80 proc. Jednak wynik referendum był dość klarowny na całym terenie Apeninów, głosy za zmianą konstytucji przeważały we wszystkich większych miastach. Najmniejsze poparcie nowego projektu ustawy, które nie przekroczyło 60 proc., odnotowano w północnym regionie Friuli-Wenecja Julijska graniczącym z Austrią i Słowenią.
Równocześnie z referendum w dniach 20 i 21 września przeprowadzono wybory samorządowe w dziewięciu regionach Włoch. Wielu włoskich polityków kwestionowało organizację równoczesnych wyborów, przekonując, że nie można było prowadzić rzetelnej kampanii, czy to w kwestii referendum, czy też na wyborów regionalnych. W walce o samorządy gra rozgrywała się na poziomie większości regionów między komitetami koalicyjnymi centrolewicy lub centroprawicy. Wyjątkiem jest autonomiczny region Doliny Aosty, gdzie Lega Salviniego z 24-procentowym poparciem zdystansowała inne komitety o prawie 10 punktów procentowych.
I tak kolejno w Toskanii zwycięża centrolewica z prawie 50-procentowym poparciem, podobnie na południu w regionie Apulia, gdzie zdobyła 47 proc. głosów, w tradycyjnie lewicowym regionie Emilia-Romania – ponad 51 proc. Prawdziwy triumf centrolewica w tych wyborach samorządowych odniosła w regionie Kampania z Neapolem włącznie, gdzie prawie 70 proc. wyborców poparło ten kierunek polityczny. Natomiast centroprawica świętowała swój sukces w regionach: Kalabria (55 proc. poparcia), Marche (49 proc. i sukces partii Fratelli d’Italia – Bracia Włosi), północna Liguria (56 proc.). W katolickim regionie Wenecji Euganejskiej (Veneto) zwycięstwo centroprawicy miało rozmiary wręcz epickie: 77 proc.! Jednak analizując wyniki ostatnich wyborów samorządowych we Włoszech oraz głoszone przed nimi hasła programowe widać, że tendencja polityczna zmierza w kierunku centrum bez żadnych nadrzędnych wartości, idei. Czyżby politykom już o nic nie chodziło? Przecież polityczne centrum, to czysta ekonomia, wolny rynek i neoliberalna rzeczywistość bez głębszego namysłu nad przyszłymi kwestiami społecznymi.
Jednak namysł społeczny wciąż jeszcze nie pozwala spać spokojnie włoskim związkom zawodowym, które to tuż po wyborczej gorączce ruszyły na ulice włoskich miast i miasteczek.
To był intensywny koniec tygodnia nie tylko dla włoskich szkół. Tym razem głównym protagonistą nie był Covid, tylko gniew ludu.
Oprócz strajków w szkolnictwie w tym samym czasie, czyli na 25 września, zaplanowano również strajki klimatyczne w różnych miastach Włoch. W czwartek 24 i piątek 25 września związki zawodowe wspólnie z nauczycielami i uczniami wyszły na ulicę, wyrażając swój sprzeciw wobec chaosu, jaki panuje od początku roku szkolnego w placówkach edukacyjnych. .Po pierwsze wiele szkół nie spełnia wymogów narzuconych w związku z kryzysem wywołanym pandemią koronawirusa.
Brakuje ławek, klas, i nauczycieli. Mimo że zapewniano, że maseczki będą nieodpłatnie rozdawane uczniom, niestety w większości szkół dzieci muszą same je sobie zapewnić.
W sobotę 26 września w Rzymie odbyła się ogólnokrajowa demonstracja zwołana przez komitet związkowy Najpierw szkoła, do którego przyłączyły się wszystkie związki zawodowe nauczycieli, wykładowców i uczniów ( Flc Cgil, Cisl School, Uil School Rua, Snals Confsal i Gilda Unams). Domagają się one przywrócenia “centralnej i priorytetowej roli szkoły i wiedzy jako warunku rozwoju kraju” potępiając tym samym “opóźnienia i brak jakiejkolwiek pewności, naruszenia zasad bezpieczeństwa w resorcie szkolnictwa, które towarzyszą nam od początku tego roku szkolnego.”
Jak zapewniali włoscy związkowcy, żądając lepszej edukacji i lepszej przyszłości dla młodszych pokoleń: “Dzisiaj 26 września 2020 roku w Rzymie będziemy razem z pracownicami i pracownikami, z uczniami, studentami, rodzinami, obywatelami, aby potwierdzić i bronić naszej idei szkoły, konstytucyjnego organu i filaru demokracji, gdzie rozgrywa się przyszłość całego kraju.”
Dodając, że “kryzys spowodowany pandemią nie może zmieniać paradygmatu społeczno-gospodarczo-politycznego, którego zadaniem jest kierowanie wiedzą w kierunku aktywnego obywatelstwa, rozumianego jako zdolność do udziału w procesach transformacji, mając za zadanie działania na rzecz demokratycznych wartości, zrównoważonego rozwoju ekologicznego i pokoju.
W związku z tym domagamy się w trybie pilnym, żeby państwo, obecny rząd podjął odpowiednie działania, by włoska szkoła mogła funkcjonować nie naruszając żadnych praw obywatelskich“.
Kolejne strajki w szkolnictwie związki zawodowe zaplanowały już na październik i deklarują, że będą strajkować do skutku. Póki co premier Giuseppe Conte nie bardzo się przejmuje głosem związkowców i sytuacją w szkole. Włoski rząd oszołomiony sukcesem referendum realizuje swój plan.
Nie przejmując się też faktem, że w obliczu wyborów samorządowych partia rządząca przepadła totalnie, nie uzyskując w żadnym z regionów wyniku dwucyfrowego. Otwarcie się mówi o upadku partii Movimento 5 Stelle, że sam premier bardziej wspiera centrolewicową Partię Demokratyczną, a wielu członków partii rządzącej przechodzi w szeregi innych struktur.