O co chodzi w konflikcie wokół Corbyna?

Główna ikona lewicowego zwrotu w Partii Pracy, uwielbiany przez młode pokolenie weteran brytyjskiej lewicy, Jeremy Corbyn, został zawieszony jako członek partii, w której spędził całe polityczne życie i do której wstąpił w wieku 16 lat. Jest to kulminacja trwającego kilka lat konfliktu pomiędzy zwolennikami lewicowego zwrotu w brytyjskiej polityce a brytyjską prawicą w nieformalnym sojuszu z wewnętrzną, partyjną prawicą labourzystów.

W ostatnich dniach października, Komisja Równości i Praw Człowieka (Equality and Human Rights Commision – EHRC) opublikowała raport na temat nieprawidłowości jakich dopuściło się kierownictwo Partii Pracy w kwestii rozwiązywania skarg i zażaleń na incydenty antysemickie w partii. Wyjaśnijmy tu, że to nie Jeremy Corbyn był oskarżany o antysemityzm lecz zarzuca się mu i jego współpracownikom, niewystarczające działania na rzecz wyjaśnienia skarg na incydenty antysemickie wewnątrz partii.
Bezprawne akty partyjne
Raport EHRC głosi, że Partia Pracy winna była dwóch przypadków „bezprawnych aktów zastraszania i dyskryminacji”. Raport głosi też, że procedury dotyczące rozwiązywania kwestii zażaleń nie działają w partii prawidłowo i łamią ustawę o równości. Ten zarzut jest podobny do tych jakie w różnych sprawach kierowane są pod adresem firm, na przykład sieci supermarketów, zalecając im dostosowanie wewnętrznych procedur do wymogów ustawy równościowej. Ale w tym przypadku raport Komisji sugeruje też, że w partii istnieje „kultura” tolerowania antysemityzmu. I ten zarzut jest poważny.
Głosy sugerujące, że Partia Pracy tolerowała antysemityzm, płyną w głównej mierze ze strony krajowej prawicy, szczególnie prawicowej prasy, na przykład dziennika Daily Mail, który – o ironio – w latach 30-tych zasłynął chwaleniem brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya. Ówczesny właściciel tej gazety był przyjacielem Mussoliniego i Hitlera. Ten sam dziennik w ostatnich latach notorycznie atakował na swoich łamach imigrantów, szczególną uwagę poświęcając oczernianiu Polaków. Ataki z użyciem oskarżeń o antysemityzm płyną też ze strony Partii Konserwatywnej. W tym wypadku oskarżenia mają oczywisty cel – walkę z politycznym rywalem. Biorąc pod uwagę fakt, że Konserwatystom udowodniono problemy z instytucjonalnym rasizmem we własnych szeregach, ten głos krytyki nie jest zbyt wiarygodny.
Ale inną, ważną grupą ludzi oskarżających Corbyna o bezczynność w walce z antysemickimi incydentami są potężne organizacje brytyjskich Żydów. Szczególnie warto tu wspomnieć o działającej od ponad stu lat w szeregach Partii Pracy organizacji Jewish Labour Movement – JLM, znanej do 2004 roku jako Poale Zion Great Britain, sekcji międzynarodowej organizacji znanej w Polsce pod nazwą Poalej Syjon.
Propalestyńczyk
Działacze JLM w 2014 roku powołali do życia swoją organizację do monitorowania antysemityzmu o nazwie Kampania Przeciwko Antysemityzmowi. Była to reakcja na serię marszów i protestów w obronie Palestyny w czasie izraelskiej agresji na Strefę Gazy. Zdaniem Jewish Labour Movement, w trakcie protestów przekraczano tolerowalny poziom krytyki Izraela a narracja wkraczała na pole antysemityzmu. Już wtedy podnoszono ten problem w Partii Pracy, zanim jeszcze Jeremy Corbyn został szefem partii a znany był już od dekad jako działacz pro-palestyński. To właśnie kontrolowana przez JLM Kampania Przeciwko Antysemityzmowi skierowała w 2018 roku skargę na Partię Pracy do Komisji Równości i Praw Człowieka.
Jewish Labour Movement w swoim oświadczeniu po publikacji raportu EHRC pisze wprost, że „Antysemityzm w Partii Pracy miał poważne konsekwencje dla wielu ludzi, powodując poważny ból emocjonalny i rozpacz u tych, którzy oddali swoje życie Partii Pracy. Jak zauważa raport EHRC, [antysemityzm] podważa zaufanie do naszej polityki i struktury naszej demokracji”.
Jewish Labour Movement oskarża środowisko Corbyna o to, że nie zajęło się tymi zarzutami a zamiast tego próbowano kontrolować proces skarg. Mało tego, JLM zarzuca kierownictwu partii pracy w czasach Corbyna aktywne działania mające utrudniać proces wyjaśniania zarzutów o antysemityzm.
Wstręty i haniebny
W oświadczeniu na stronie organizacji czytamy: „winę za ten wstrętny, haniebny rozdział w historii Partii Pracy ponoszą w pełni ci, którzy dzierżyli pozycje w kierownictwie – ci, którzy posiadali zarówno władzę jak i wpływy potrzebne by zapobiec wzrostowi anty-żydowskiego rasizmu, ale nie podjęli żadnych kroków. To co pokazuje raport – piszą dalej autorzy oświadczenia JLM – to to, że kierownictwo Partii Pracy aktywnie przeszkadzało w procesach dotyczących antysemityzmu, dla politycznych celów. To zaniechanie kierownictwa przyczyniło się do nielegalnych działań, które ułatwiały normalizację antysemityzmu w Partii Pracy, sytuację, która trwa do dzisiaj, która musi się zakończyć i więcej nie powtórzyć”. Jak widać, największa organizacja żydowska w Partii Pracy nie pozostawia suchej nitki na kierownictwie partii z czasów Corbyna i otwarcie oskarża niektórych działaczy o tolerowanie antysemityzmu. Ale Jewish Labour Movement to nie jedyna organizacja żydowska na lewicy. Inne organizacje żydowskie mają z grubsza odmienny punkt widzenia na tę sprawę.
Wybrany wbrew opinii
Plasująca się na lewym skrzydle partii organizacja Żydowski Głos dla Partii Pracy (Jewish Voice for Labour – JVL) uznaje, że Corbyn i partyjna lewica padli ofiarą nagonki prowadzonej przez prawicę a zawieszenie Corbyna nazywają niesprawiedliwym. W oświadczeniu opublikowanym w internecie, działacze piszą, że Jeremy Corbyn „ma chwalebną listę dokonań w dziedzinie walki z wszelkimi formami rasizmu, w tym antysemityzmu. „Wzywamy członków Partii Pracy do protestowania przeciwko temu niesprawiedliwemu skandalowi w najmocniejszy sposób i poprzez wszelkie kanały nam dostępne” Chodzi tu prawdopodobnie zarówno o możliwość głosowania w swojej organizacji partyjnej, organizacji związkowej afiliowanej przy partii jak i poprzez media społecznościowe.
Dalej czytamy, że jest to „atak nie tylko na Jeremiego, ale na członków partii”. Istotnie, Jeremy Corbyn został wybrany przez członkinie i członków partii wbrew opinii wielu członków parlamentarnej grupy Partii Pracy uważanych za konserwatywnych, ugodowych, uwikłanych w koneksje z milionerami i mało oddanych oddolnej walce jaką prowadzą szeregowi działacze partii. Działacze JVL wzywają do konsolidacji partyjnej lewicy, szeregowych członków i związkowej lewicy w celu „zorganizowania się jak nigdy wcześniej celem obrony partyjnej demokracji i polityki socjalistycznej”.
Warto zauważyć, że Jeremy Corbyn nie kwestionował tez zawartych w raporcie EHRC, nie krytykował go ani nie próbował zaprzeczać, że problem z antysemityzmem faktycznie istnieje w partii. W bezpośredniej reakcji na publikację raportu napisał między innymi:
Nie ma antysemityzmu
„Każdy kto twierdzi, że nie ma antysemityzmu w Partii Pracy jest w błędzie. Oczywiście, że jest, tak samo jak jest w całym społeczeństwie i czasem jest wyrażany przez osoby, które uważają się za lewicę. Żydowscy członkowie naszej partii i szerszej społeczności mieli rację oczekując od nas rozwiązania tego problemu, i jest mi przykro, że zajęło to dłużej niż należało, by doprowadzić do tej zmiany. Jeden antysemita to o jednego za dużo, ale skala problemu była również dramatycznie wyolbrzymiona dla politycznych celów przez naszych oponentów wewnątrz partii i na zewnątrz, jak i przez wiele mediów. (…) Mam szczerą nadzieję, że relacje ze wspólnotami żydowskimi zostaną odbudowane a te obawy pokonane”. I dalej Corbyn dodaje: „Choć nie ze wszystkimi ustaleniami [Komisji] się zgadzam, wierzę, że jej zalecenia będą szybko zastosowane.”
Nie było to wystarczające dla kierownictwa partii. Keir Starmer w odpowiedzi stwierdził, że każdy, kto podważa tezę o tym, że Partia Pracy ma problem z antysemityzmem, „jest częścią problemu” i „nie powinien być nawet nigdzie w pobliżu Partii Pracy”. Zdanie, które nie spodobało się obecnemu kierownictwu partii to to o wyolbrzymianiu problemu. Właśnie ze względu na ten fragment oświadczenia, Corbyna zawieszono.
W tym samym czasie kierownictwo partii przekazało organizacjom terenowym, że brak zgody z treścią raportu jest zabroniony a wcześniej już zakazano członkom sprzeciwu wobec definicji antysemityzmu, według której antysemityzmem jest też nazywanie państwa Izrael państwem rasistowskim. Kilka miesięcy temu reprezentantka partyjnej lewicy, posłanka Rebecca Long-Bailey została usunięta ze stanowiska w gabinecie cieni Starmera za wklejenie na Twitterze linku do artykułu, w którym określano Izrael państwem rasistowskim i krytykowano jego brutalność.
Duża część brytyjskiej lewicy jest zdania, że sprawa z oskarżeniami o antysemityzm jest częścią kampanii prowadzonej przez partyjną prawicę i zorientowanej na pozbycie się wpływów lewicy. Natężenie tej kampanii było wyraźnie odczuwane przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi a fałszywe oskarżenia pod adresem Corbyna o antysemityzm czy sympatyzowanie z terrorystami były codziennością. W tym też czasie, działająca na brytyjskiej lewicy od blisko 50 lat, Żydowska Grupa Socjalistyczna (Jewish Socialist Group – JSG) wydała oświadczenie w obronie Corbyna.
Wzrost nastrojów rasistowskich
W oświadczeniu czytamy, że brytyjski rząd Konserwatysów jest odpowiedzialny za wzrost nastrojów rasistowskich, jednak „rządząca partia zdołała odbić odpowiedzialność za narastający antysemityzm na opozycję – Partię Pracy”.
Dalej w oświadczeniu JSG czytamy, że „Odkąd Jeremy Corbyn został przywódcą Partii Pracy w 2015, pro-torysowskie gazety oraz przywódcy organizacji żydowskich wysuwali względem członków Partii Pracy lub tych, których uznawano za członków Partii Pracy, oskarżenia o antysemityzm. Pomimo swojego długiego dziedzictwa wypowiadania się przeciwko rasizmowi, sam Corbyn został określony jako antysemita, a te oskarżenia przeciwko niemu łączono z jego stanowczym stanowiskiem w kwestii obrony praw Palestyńczyków”. Na koniec JSG informuje też, że nawet „Żydzi, którzy poddają tę narrację w wątpliwość i ci, którzy są krytyczni wobec polityki rządu Izraela, sami byli oskarżani o bycie w zmowie z antysemityzmem”.
Także w opinii tysięcy szeregowych członkiń i członków partii, decyzja o zawieszeniu Corbyna była niesprawiedliwa i krzywdząca. W mediach społecznościowych zaroiło się od aktów solidarności z byłym liderem partii, powstały w tym celu hashtagi #IStandWithJeremyCorbyn, #WeAreCorbyn czy #Jezza (to ostatnie to pieszczotliwe zdrobnienie imienia Jeremy). Rozpoczęto też zbiórkę podpisów wśród członków partii na rzecz przywrócenia Corbyna. W momencie pisania tego artykułu, apel poparło ponad 60 tysięcy członkiń i członków.
Kerry-anne Mendoza, dziennikarka popularnego, lewicowego portalu internetowego The Canary, który nie jest częścią Partii Pracy ale bywa utożsamiany z lewą stroną partii, poproszona na antenie radia BBC4 o komentarz w sprawie zawieszenia Corbyna mówiła, że to co widzimy “to zakończenie politycznego zamachu stanu. To jest i zawsze było polowanie na czarownice. I to jest prawdopodobnie najbardziej obrzydliwa, jadowita, obelżywa kampania oczerniania jakiej doświadczyłam w moim życiu”. Zdaniem dziennikarki za całą akcją stoi “grupa ludzi, którzy podjęli ciemną decyzję o zaprzęgnięciu do walki żydowskiej traumy w celu prowadzenia frakcyjnej walki politycznej”. Na pytanie prowadzącego dziennikarza czy obecny zwrot jest zwrotem w stronę “Wielkiej Brytanii bliżej głównego nurtu”, Mendoza odpowiedziała, że “nic z tych rzeczy nie pochodzi od Wielkiej Brytanii głównego nurtu. Jest to mała grupa nieprzyzwoicie potężnych ludzi, którzy użyli swych stanowisk by dokonać politycznego mordu.”
Skąd zatem różnice w ocenie tego co jest antysemityzmem a co dozwoloną krytyką Izraela? Chodzi o różnice w definiowaniu antysemityzmu. Otóż Jewish Labour Movement, obok innych, prawicowych organizacji żydowskich, uznaje kontrowersyjną definicję antysemityzmu używaną przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (International Holocaust Remembrance Alliance – IHRA). IHRA stosuje bardzo szeroką definicję antysemityzmu, zaliczając do przykładów tej postawy krytykę syjonizmu a nawet określanie działań rządu Izraela mianem rasistowskich!
Polityczny dom mniejszości
Z tym stanowiskiem i z taką definicją nie zgadza się wiele organizacji żydowskich. Dla przykładu, wspomniana wyżej Żydowska Grupa Socjalistyczna apelowała już w 2018 roku do władz Partii Pracy o rezygnację z przyjmowania tej definicji do partyjnych dokumentów.
W liście do władz partii w 2018 roku, JSG pisze: “Pewne grupy wewnątrz społeczności żydowskiej w tym kraju, które najmocniej pchały w kierunku przyjęcia przez Partię Pracy tego dokumentu [definicji antysemityzmu według IHRA] ani nie reprezentują ani nie mówią w imieniu większości Żydów. Ich przywódcy są przeważająco konserwatystami i/lub zwolennikami najbardziej prawicowego rządu izraelskiego w jego historii. Brytyjska Partia Pracy nie powinna – i nie potrzebuje – brać wskazówek od swoich politycznych wrogów”. W liście szczegółowo wymienione są krytyczne uwagi odnośnie definicji IHRA. Między innymi zwraca się uwagę, że duża część brytyjskich Żydów a szczególnie członków Partii Pracy uważa się za nie-syjonistów lub anty-syjonistów. Według definicji IHRA, Żydzi ci staliby się dla partii antysemitami. Kierownictwo partii zdecydowało jednak o zaadoptowaniu tej definicji. Od tamtej pory pewną grupę działaczy poddano procedurze dyscyplinarnej a niektórych wydalono, między innymi za określanie działań izraelskich w Palestynie mianem „rasistowskich”.
Jest też inny problem, o którym dość mało się mówi w tym kontekście. Partia Pracy to także polityczny dom dla innych mniejszości narodowych i imigrantów żyjących w Wielkiej Brytanii. Partia zawsze deklarowała się jako obrończyni praw opresjonowanych narodów na świecie i ułatwiała swoim członkom prowadzenie akcji solidarnościowych w ramach partii. To dzięki temu stałe poparcie dla partii płynie między innymi ze strony środowisk muzułmańskich, w tym arabskich i szczególnie Palestyńczyków. Uznawanie definicji antysemityzmu, która jest kontrowersyjna nawet dla wielu Żydów, paraliżuje możliwość prowadzenie działalności pro-palestyńskiej. A w te kampanie zaangażowana jest spora liczba członków i zwolenników partii.
Możliwość krytykowania syjonizmu
Niedawno grupa działaczy palestyńskich wystosowała list otwarty do Partii Pracy z prośbą o porzucenie definicji IHRA. W swoim liście aktywiści argumentują, że powinni mieć możliwość krytykowania syjonizmu, jako „ideologii politycznej i ruchu, który doprowadził do wywłaszczenia nas [z ziemi] i który pozostaje państwem, które nas dyskryminuje i odmawia nam naszych wspólnych praw czy to jako ofiarom zbrojnej okupacji, nierówno traktowanym obywatelom państwa Izraela czy żyjącym na obczyźnie uchodźcom, którym odmawia się prawa powrotu do naszej ojczyzny”.
Coraz więcej wskazuje na to, że nowe kierownictwo Partii Pracy z Keirem Starmerem na czele będzie podejmować kroki w celu pozbycia się lub marginalizacji partyjnej lewicy. Środkiem do tego będzie między innymi oskarżenie o antysemityzm wysuwane pod adresem tych wszystkich, którzy zaangażowani są w działalność na rzecz Palestyny czy praw człowieka na terenach okupowanych w Palestynie.
Różnice w definiowaniu antysemityzmu można by pewnie rozwiązać w ramach wspólnych komisji wewnątrzpartyjnych, gdyby nie to, że najważniejszym problemem jest tu po prostu konflikt między lewicą a prawicą, czyli dwoma zasadniczo różnymi wizjami partii, kraju i stosunków międzynarodowych. Nie należy się zatem spodziewać, że dwie strony znajdą wspólny środek, bo taki kompromis będzie niewystarczający dla żadnej ze stron. Najprawdopodobniej zaostrzy się teraz walka frakcyjna, która w dalszej perspektywie zakończy się albo odejściem, albo wyrzuceniem, albo marginalizacją i uciszeniem jednej ze stron.

Keir Starmer nowym liderem Labour Party

Jeremy Corbyn spełnił swoją obietnicę złożoną po przegranych wyborach parlamentarnych i odszedł ze stanowiska przywódcy partii.
Zastępuje go Keir Starmer, prawnik, który w 2014 r. otrzymał tytuł szlachecki, ale nie lubi się nim posługiwać, a w partyjnej kampanii wyborczej mówił o podniesieniu podatków dla najbogatszych, sugerował nacjonalizację poczty i niektórych firm energetycznych i transportowych.

Keir Starmer obejmuje stanowisko przewodniczącego Partii Pracy z mocnym mandatem. W przeprowadzonym przez internet głosowaniu parlamentarzysta z północnego Londynu i były prokurator krajowy zdobył 56,2 proc. głosów członków i sympatyków organizacji. Nie była potrzebna nawet druga tura wyborów. Rebecca Long-Bailey, wywodząca się z frakcji Jeremy’ego Corbyna, otrzymała 27,6 proc. głosów.
W przemówieniu po ogłoszeniu wyników – również transmitowanym w sieci – Starmer trzeźwo przyznał, że partia nie spełnia obecnie swojej historycznej roli, chociaż jest „niebywałą i potężną siłą na rzecz dobra”. Przypomniał historyczne zasługi laburzystów, m.in. budowanie w przeszłości podstaw państwa dobrobytu oraz stworzenie bezpłatnego i powszechnego systemu służby zdrowia.
Starmera wiązano z frakcją tzw. miękkiej lewicy (soft left). „Miękkość” nie oznaczała jednak w tym wypadku wyrzeczenia się socjaldemokratycznych przekonań, jak zrobili to partyjni centryści, ale raczej gotowość do dialogu czy doraźnej współpracy z innymi siłami politycznymi, pozostając przy tym na partyjnej lewicy. Ten duch współpracy przebijał z jego pierwszego przemówienia. – Pod moim przywództwem będziemy konstruktywnie pracować z rządem, nie będziemy totalną opozycją, skupiającą się na zdobywaniu partyjnego poklasku lub składaniu niemożliwych żądań – powiedział nowy lider Partii Pracy.
Brytyjscy komentatorzy piszą o definitywnym końcu ery Corbyna, podkreślając różnice w stylu zarządzania i przemawiania między starym i nowym przewodniczącym, ale spojrzenie na postulaty programowe prowadzi do odmiennych wniosków. Program, który prezentował Starmer w wewnątrzpartyjnej kampanii wyborczej, i który dał mu mocne poparcie, w Polsce zostałby zakwalifikowany jako komunizm: polityk mówił o potrzebie upaństwowienia wybranych spółek kolejowych oraz firm energetycznych, o renacjonalizacji poczty, a także o podniesieniu podatków, które płaci 5 proc. najzamożniejszych obywateli brytyjskich. W przeszłości nowy przywódca laburzystów krytykował również zaangażowanie w Wielkiej Brytanii w zagraniczne „wojny niesprawiedliwe”. Starmer zobowiązał się zachować w mocy kluczowe postulaty zawarte w partyjnym programie z 2019 r. To, że lewicowy zwrot Partii Pracy nie zostanie całkowicie porzucony wraz z odejściem Corbyna, potwierdza także osoba nowej wiceprzewodniczącej partii. Będzie nią Angela Rayner, z zawodu pracownica socjalna i działaczka związkowa, zaangażowana w walkę z ubóstwem i społecznym wykluczeniem, zwolenniczka aktywnej roli państwa we wspieraniu obywateli w wychodzeniu z biedy.
Starmer chciałby również starać się o zachowanie dotychczasowej swobody przepływu osób z Unią Europejską. W poprzednich latach opowiadał się za powtórzeniem głosowania w sprawie Brexitu i nie ukrywał, że w jego przekonaniu zwolennicy Partii Pracy powinni w nim głosować za pozostaniem we wspólnocie. Był ministrem ds. wyjścia z UE w „gabinecie cieni”.

Znak antysemityzmu

Lewica nie ma lekko w tej sprawie. Zanim dojdziemy do Sandersa, przypomnijmy, że w tym roku Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej lewicy, utonął pod oskarżeniami o „tolerowanie antysemityzmu” w swej Partii Pracy, co przyczyniło się do jej porażki w wyborach. „Antysemityzm” ten polegał na karygodnej solidarności z Palestyńczykami znajdującymi się pod izraelską okupacją.

Corbyn nawet sam tę solidarność manifestował, co miało dowodzić jego rasistowskiej, antyżydowskiej postawy, „przebranej w antysyjonizm”. Ostatni trend medialno-polityczny, by antysyjonizm włączyć do definicji antysemityzmu, wyeliminował Corbyna na zawsze.
Oczywiście Brytyjczyków motywowała w wyborach głównie kwestia brexitu, jednak tak szeroki tego rodzaju atak na lewicę ze strony mediów, polityków prawicy, naczelnego rabina kraju, a potem nawet izraelskiej dyplomacji, był bezprecedensowy i bardzo głośny, jakby miał zostać zapamiętany na długo. Mówił o tym Jean-Luc Mélenchon, lider lewicy francuskiej (Nieuległej Francji – LFI): wytknął działania brytyjskiego lobby proizraelskiego i jego „bezpośrednie” powiązania z rządzącą w Izraelu skrajną prawicą Benjamina Netanjahu. Dodał, że należy opierać się takim polityczno-etnicznym lobby we Francji i oczywiście wymienił CRIF.
Ci, którzy mówią, że we Francji jest Kalifat, mają rację. To Francis Kalifat, prezes CRIFu, Rady Przedstawicielskiej Francuskich Instytucji Żydowskich, wielka postać francuskiej polityki. To on wymierza publiczne ciosy, kiedy trzeba, i to on odpowiedział tak Mélenchonowi, że tamten nie mógł się otrząsnąć. Kalifat wbił weń złośliwą szpilę, choć niektórzy twierdzą, że to była maczuga: porównał go do człowieka, który pragnął zjednoczyć lewicę i źle skończył – Jacquesa Doriota, najpierw komunisty, potem kolaboranta i nazisty. Ni mniej, ni więcej.
Doriot chciał w latach 30. ub. wieku zjednoczyć we Francji komunistów i socjalistów, co stało się powodem jego konfliktu z Kominternem (III Międzynarodówką), do którego należał. Maurice Thorez, ówczesny szef Kominternu, chciał tego samego, ale inaczej… Doriota wyrzucono z partii, do której należał od młodości i której był oddany całym sercem. Tak wkurzył się na stalinistów, że w czasie wojny znowu pojechał do Moskwy, ale w niemieckim mundurze i czołgu. Dostał wtedy Krzyż Żelazny, ale pierwszy raz nie dotarł do celu.
Doriot stał się gorliwym narodowym socjalistą i kolaborantem od początku wojny, aż brytyjski samolot rozpruł mu wnętrzności serią kul, na południu Niemiec. Doriot próbował tam w styczniu 1945 r. ratować francuskie władze kolaboracyjne. I to do niego, człowieka, który wysyłał Żydów do obozów, Kalifat porównał Mélenchona. „Jestem Żydem, którego prawie cała rodzina zginęła w obozach śmierci, i uważam, że takie stanowisko CRIF przyczynia się do antysemityzmu” – komentował to Gérard Miller, znany pisarz i psychoanalityk, który głosował na lidera LFI. Inni też uważają, że Kalifat stanowi zagrożenie, jednak poza tym lawina ruszyła. Lewica znowu jest podejrzana o hitleryzm.
Z Berniem Sandersem, kandydatem lewicowej części Demokratów na prezydenta USA, jest nieco inaczej, gdyż sam jest Żydem. Np. kilka miesięcy temu pewien facet z Florydy został skazany na 15 miesięcy więzienia, gdyż wyzywał Sandersa regularnie od „żydowskich bękartów” i groził śmiercią. Sanders sam bywa ofiarą antysemityzmu i jest nawet syjonistą, ale prasa coraz bardziej na niego wjeżdża za to, że toleruje w swym otoczeniu „antysemitkę” Lindę Sarsour. To członkini jego sztabu wyborczego, która nie wahała się powiedzieć, że „nie da się pogodzić syjonizmu z ruchami postępowymi”. Jej zdaniem lewica nie może popierać „rasistowskiego Izraela”, ale „…w tych czasach nacjonalizmu i antysemityzmu będę dumna i szczęśliwa, że pierwszy raz w historii nasz kraj wybierze Żyda na prezydenta”. Pytana, dlaczego popiera syjonistę, odpowiada, że „on uważa Palestyńczyków za ludzi”, co jest bardzo możliwe.
„Sojusz Lindy Sarsour z Berniem Sandersem to obraza dla Żydów” – takie tytuły pojawiły się w mediach, już kiedy Sanders przyjął ją do współpracy, na początku grudnia. Teraz kandydat lewicy ma na karku regularne, medialne molestowanie, mniej lub bardziej zawoalowane oskarżenia o antysemityzm. Kto następny? Polityczne wycinanie ruchów lewicowych za pomocą takich zarzutów robi się bardzo modne, rok 2019 stał pod tym znakiem.

Wizja Labour Party – zielone państwo dobrobytu

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory generalne do Izby Gmin. Główną partią opozycyjną wobec Konserwatystów jest socjaldemokratyczna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna. Z tej też okazji wydała ona w poprzednim tygodniu swój nowy manifest.

Tekst zatytułowany „Czas na prawdziwą zmianę” ma pięć rozdziałów, nie licząc przedmowy napisanej przez samego lidera.
Gdy media brytyjskie, a w ślad za nimi międzynarodowy mainstream, robią z Corbyna antysemitę, dokument sygnowany przez lidera Labour i sformatowany zgodnie z brytyjską tradycją polityczną tworzenia długich manifestów ukazuje człowieka z wizją co najmniej godną zainteresowania. Manifest to tyleż świadectwo twardych poglądów – jego główne tezy pozostały niezmienione w stosunku do poprzedniej takiej publikacji z 2017 r. – co gotowości do reagowania na nowe problemy. I to problemy światowej wagi. Takim jest niewątpliwie sprawa klimatu i tu już na wstępie głos Corbyna i Labour brzmi mocno: przeprowadźmy Zieloną Rewolucję!
Partia ma w planach uruchomić fundusz na rzecz zielonej transformacji o wartości 250 mld funtów. Ma on pomóc unieść Zjednoczonemu Królestwu ciężar reformy, która miałaby do lat trzydziestych radykalnie zdekarbonizować system energetyczny, poprzez inwestycję w zieloną energię. Ponadto regionalne sieci energetyczne zostaną znacjonalizowane, a sześć dużych firm energetycznych zostanie objętych jurysdykcją brytyjskiej National Energy Agency, odpowiedzialnej za dekarbonizację energii. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz odwiertów.
Oprócz tego pojawia się temat, który znamy z rodzimego podwórka, mianowicie kwestia energooszczędnych i ekologicznych domostw. Labour planuje zmodernizować 27 mln domów do najwyższych standardów wydajności energetycznej, aby wyeliminować ubóstwo energetyczne i zaoszczędzić każdemu gospodarstwu domowemu około 417 funtów na rocznych rachunkach za energię do 2030 r.
Wprowadzony zostanie „Clean Air Act”, którego celem będzie poprawa jakości powietrza na wielu płaszczyznach, oprócz m.in. produkcji przemysłowej będzie dotyczył on również wiekowych pojazdów, zanieczyszczających powietrze bardziej, niż nowocześniejsze modele.
Przemysłowcy natomiast zostaliby obciążeni kosztami za wytwarzane przez siebie odpady. Rząd ponadto stworzyłby nowy system dotyczący zwrotu szkła. 5,6 mld funtów ma zostać przeznaczone na ochronę przeciwpowodziową. Jest to szczególnie ważna kwestia ze względu na to, że ogromne połacie Wielkiej Brytanii znajduje się w sferze powodziowej.

Odbudowa państwa dobrobytu

Kolejny rozdział o tytule „Rebuild our Public Services” przedstawia lewicową wizję usług publicznych, a te po ostatnich latach polityki cięć są w koszmarnej kondycji, czego przykładem może być sytuacja National Health Service (brytyjskiego odpowiednika NFZ). Liczba łóżek szpitalnych spadła w ostatnich latach do 127 225. To najniższa liczba w historii NHS, które istnieje od powołania go przez lewicowy rząd Clementa Attlee w 1948 roku. Kryzys służby zdrowia jednak nie przejawia się tylko w liczbie łóżek czy ogromnych kolejkach. W listopadzie tego roku zaczęło brakować wręcz wszystkiego, a w szczególności leków na raka, Parkinsona, choroby psychiczne oraz epilepsję.
Partia Pracy proponuje, zamiast prywatyzacji, coroczne zwiększanie wydatków na NHS o średnio 4,3 procenta rocznie. Pomoże to w powstrzymaniu cięć w budżecie NHS oraz uzupełni zatrważające luki kadrowe wśród lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Przywrócona zostanie ustawowa odpowiedzialność sekretarza zdrowia na polu zapewnienia kompleksowego i powszechnego systemu ochrony zdrowia.
Kryzys w służbie zdrowia wynika w dużej mierze, prócz niedofinansowania pod rządami neoliberałów, z postępującego starzenia się społeczeństwa brytyjskiego. Odpowiedzią na to ma być stworzenie National Care Service, czyli darmowej opieki osobistej dla osób powyżej 65. roku, które potrzebują pomocy w myciu, ubieraniu się czy spożywaniu posiłków. Labour ma zamiar zainwestować 8 miliardów funtów w opiekę dla dorosłych. Wiąże się to z poprawą warunków pracy terapeutów i opiekunów, zlikwidowane zostaną brytyjskie śmieciówki („zero contracts”) oraz podwyższone zostaną ich pensje, które będą również uwzględniać czas spędzony w dojazdach do podopiecznych.
Corbyn zabrał w sprawie usług publicznych głos nie tylko za pośrednictwem partyjnego programu. 27 listopada właśnie on zaprezentował stenogramy rozmów Borisa Johnsona o nowym trade dealu z USA, który miałby zastąpić traktaty handlowe łączące Wielką Brytanię z Unią Europejską. Uzmysłowił opinii publicznej, że ich kosztem mają dokonywać się kolejne prywatyzacje, kolejne oszczędności, które, jak już nie raz udowodniono, bezpośrednio przekładają się na spadek przewidywanej długości życia. Sprawa NHS stała się głównym tematem kampanii wyborczej, po, oczywiście, Brexicie.

Edukacja? Publiczna! Bezpieczeństwo? Koniec oszczędności!

Podobnie jak w 2017 r. Labour apeluje o zniesienie czesnego. Bezpłatne szkoły i akademie zostałyby przywrócone pod zarząd lokalnych samorządów i społeczności. Szkolenie i studiowanie przez dorosłych byłoby darmowe przez sześć lat. Dzieci w wieku od 2 do 4 lat miałyby zapewnioną darmową 30-godzinną opiekę przedszkolną, urlop macierzyński zostałby wydłużony do 12 miesięcy. W manifeście nie ma jednak żadnego rozwiązania mówiącego o unieważnieniu dotychczasowych kredytów studenckich, choć politycy tej partii zapewniają, że będą próbowali coś zrobić z tą kwestią. Partia obiecuje również zlikwidowanie luk podatkowych, z których korzystają szkoły prywatne. Powołana przez Labour komisja ds. Sprawiedliwości Społecznej, która miałaby zwalczać nierówności na wielu polach, miałaby w przypadku edukacji zająć się integrowaniem szkolnictwa prywatnego z powszechnym.
Partia Pracy odważnie mierzy się również z tematem finansowania policji, straży pożarnej, samorządów, sportu. Kwestia finansowania policji oraz straży pożarnej jest wśród nich najważniejsza z perspektywy ostatnich lat; wciąż niezabliźnioną raną na ciele brytyjskiej klasy robotniczej jest tragiczny pożar Grenfell Tower w Londynie. Labour planuje znaczne zwiększenie nakładów na służby dbające o bezpieczeństwo obywateli i obywatelek i tu akurat mówi jednym głosem z innymi partiami. Partia Pracy po prostu cofnie cięcia, które miały miejsce od około dziesięciu lat; ich już po prostu nie da się bronić. Przełomowy za to jest inny postulat: jednostki penitencjarne zbudowane dzięki kapitałowi prywatnemu poddane zostaną kontroli państwa, a kontrowersyjny program Prevent, którego celem jest ograniczenie radykalizacji, zostanie zreformowany lub zniesiony.

Odważna walka z nierównościami

Według raportu Shelter z listopada 2018 roku w Wielkiej Brytanii ponad 320 000 ludzi żyje w stanie bezdomności, a liczba ta ma tendencję wzrostową. W 2018 roku w Anglii i Walii zmarło w tych warunkach 726 osób, co jest 28-procentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego. Oczywiście są to niedoszacowane liczby, jak zawsze, gdy próbuje się badać bezdomność.
Według szacunków Social Metric Commission w latach 2017/2018 około 14,3 miliona osób żyło w ubóstwie (cała populacja Wielkiej Brytanii liczy 66 milionów,), z czego połowa popadła już w ubóstwo trwałe. Jeszcze na początku dekady ta liczba spadała – teraz rośnie. Kolejny rozdział manifestu Labour ma więc stanowić głównie odpowiedź na powyższe palące problemy, prócz tego mowa w nim o polityce imigracyjnej – ta zależy w dużej mierze od losów Brexitu – czy prokobiecej dotyczącej szczególnie kwestii ekonomicznych.
W kwestii mieszkalnictwa Labour planuje masowy program budowy mieszkań socjalnych, który miałby skutkować powstaniem miliona domów w ciągu dekady. Wyda na niego 75 miliardów funtów. Nowy podatek od domów wakacyjnych miałby wspomóc to przedsięwzięcie. Miasta uzyskałyby natomiast prawo ustalania ograniczeń wysokości czynszów. Prócz tego brytyjska socjaldemokracja nie zamierza podwyższać wieku emerytalnego – dziś 66 lat. Wręcz przeciwnie: planuje propracowniczą rewizję jego wysokości dla zawodów szczególnie wyczerpujących i niebezpiecznych. Ustalona zostanie również pensja minimalna dla wszystkich pracujących na poziomie 10 funtów za godzinę, przy jednoczesnym wzroście zarobków pracowników sfery budżetowej o 5 proc.

Nowy internacjonalizm

Sugestie Corbyna brzmią odważnie również na polu polityki zagranicznej, ale czy w tym akurat aspekcie Corbyn nie obiecuje zbyt wiele? Labour zamierza w przeciągu trzech miesięcy wynegocjować z Unią Europejską nową umowę, która będzie chronić miejsca pracy i stabilność gospodarki brytyjskiej. Będzie ona zawierać kompleksowe porozumienie celne obejmujące całą Wielką Brytanię, ścisłe współdziałanie z jednolitym rynkiem, współpracę na polu praw pracowniczych, ale również zielonej polityki. Po uzgodnieniu tej umowy, rząd socjaldemokracji przeprowadziłby w przeciągu sześciu miesięcy od dojścia do władzy referendum, przedstawiając w nim opcje odejścia z Unii za pomocą nowych ustaleń, lub pozostania w ramach wspólnoty unijnej.
Ostatni rozdział pod tytułem „New Internationalism” kreśli nową wizję polityki zagranicznej. Ma ona cechować się postawieniem największego nacisku na międzynarodowe organy, takie jak między innymi ONZ. Będzie to polityka negocjacji oraz pokoju. Labour między innymi planuje nową ustawą zapobiec sytuacji, w której to premier omija parlament w momencie decyzji przystąpienia do wojny. Corbyn znany jest ze swoich pacyfistycznych poglądów. W manifeście jego partia obiecuje jednak nie tylko to, ale i rewizję neokolonialnej polityki Wielkiej Brytanii i nowe, bardziej podmiotowe podejście do krajów byłego imperium.

Prawdziwa zmiana… ale nie rewolucja

Opodatkujmy najbogatszych – i tutaj głos Labour brzmi mocno i przekonująco. To korporacje naftowe i gazowe, na podstawie ich wpływu na zmiany klimatu od 1996 r., miałyby dzięki nowemu podatkowi dać budżetowi 11 miliardów funtów na Zieloną Rewolucję. Wzrośnie również progresja podatkowa dla osób zarabiających powyżej 80 000 funtów, prócz tego podatek od dywidend i wpływów kapitałowych zostałby narzędziowo zespolony właśnie z progresywnym podatkiem dochodowym. Wycofane zostaną cięcia podatkowe na polu spadkowym i korporacyjnym. Przy tym wszystkim Labour gwarantuje brak podwyżek podatku VAT.
Program Labour został ciepło przyjęty przez wielu ekonomistów, co znacznie wzmacnia jej pozycję. Socjaldemokracja brytyjska zawsze miała na tym polu problem. Większość ekonomistów, sprzężona interesami z najbogatszymi, wręcz odruchowo i teatralnie negowała kompetencje lewicy na polu zarządzania gospodarką. Był to zresztą jeden z powodów neoliberalnego skrętu New Labour Tony’ego Blaira. Dziś jednak sytuacja jest inna. Znaczne zubożenie społeczeństwa brytyjskiego po kryzysie z 2008 roku dało się we znaki praktycznie wszystkim i znalazła się nawet grupa ekonomistów, którzy kilka dni temu podpisali się pod listem opublikowanym w „Financial Times” z poparciem tak dla labourzystowskich diagnoz, jak i dla sugerowanych rozwiązań. Najbardziej znamiennym jest miejsce publikacji tego listu. Magazyn ten kojarzy się raczej jednoznacznie z promowaniem stylu myślenia oraz życia najbogatszych ludzi, którzy wręcz nie wiedzą na co mogliby wydawać swoje grube miliony zarobione w City lub innych centrach finansowych świata.
Program Labour uchodzić może w oczach brytyjskich tłustych kotów za wywrotowy do szczętu, jednak w rzeczywistości jedynie sprowadza on anglosaski leseferyzm na ziemię, przybliżając wolnorynkowe reguły gry w Wielkiej Brytanii do tych kontynentalnych. W niejednej analizie wskazuje się, że wydatki budżetowe, cele oraz wysokość, planowane przez Corbyna i jego ekipę odzwierciedlają poziom europejski, a suma ich zbliżyłaby ingerencję państwową do poziomu Francji czy Niemiec.
A więc jednak nie rewolucjonista… chociaż po latach cięć corbynowski plan ucywilizowania warunków życia w Wielkiej Brytanii i tak sprawia wrażenie wywrócenia politycznej logiki do góry nogami. I to nie tylko brytyjskiej. Przecież sytuacja polityczna, społeczna oraz gospodarcza, do której odnosi się lider Labour, pomimo swego oryginalnego anglosaskiego sznytu, odzwierciedla wszystkie problemy, z jakimi borykają się kraje zachodniej demokracji liberalnej. Polityka gospodarcza nielicząca się z kosztami społecznymi, upadek narzędzi demokratycznej kontroli rządzących przez obywateli i obywatelki, algorytmizacja polityki i plaga fake newsów – znamy to przecież z całego świata okcydentu, również z Polski.
Czas więc najwyższy, by również polscy politycy mieli co najmniej tyle odwagi, co Jeremy Corbyn. „Nowoczesne państwo dobrobytu” to nie horyzont myśli współczesnej lewicy (nawet, jeśli nie chce ona czerpać z dorobku „zbyt radykalnych” nurtów). Można iść krok dalej, odważniej, a do tego ściśle związać problemy społeczne i gospodarcze z rozwiązaniami kwestii klimatycznej. W XIX w. to procesy społeczne zachodzące w Wielkiej Brytanii stanowiły przedmiot badania dla Karola Marksa i jego środowiska, z drugiej strony w tym samym kraju wykuwał się neoliberalizm, tam też, jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, dała mu się zwieść lewica. Gdyby program Labour okazał się taką samą inspiracją, tym razem pozytywną, dla socjaldemokratów w Europie, mógłby nawet stać się kamieniem milowym w jej historii. Z takimi hasłami lewica może odzyskać hegemonię.

Dokąd popłynie Brytania?

Pojedynek Jeremy’ego Corbyna i Borisa Johnsona był bardzo ważną konfrontacją. Spotkały się dwa rodzaje polityki oraz dwie wizje państwa.

19 listopada miała miejsce debata liderów dwóch najważniejszych partii brytyjskich – Partii Pracy i Partii Konserwatywnej. Debata miała miejsce w Salford w Greater Manchester.
Wizję na żywo gwarantowała stacja ITV News, jest to fakt wart odzwierciedlenia ze względu na to, że media brytyjskie są niezwykle spolaryzowane, chyba nawet bardziej niż w Polsce. Kolejną ważną rzeczą była struktura debaty: prowadziła ją Julia Etchingham, lecz pytania zadawali ludzie z różnych klas, regionów i różnej płci, również byli to wyborcy różnych partii.
Część pytań padała prosto z widowni, część została wcześniej wysłana do stacji telewizyjne, te czytała prowadząca. Dotyczyły one oczywiście Brexitu oraz dalszych losów unii spajającej Anglię, Walię. Szkocję oraz północną część Irlandii, jednolitych finansów Wielkiej Brytanii oraz jednych służb publiczny (tutaj mowa była głównie o edukacji oraz NHS). Mowa była również przez chwilę o ustroju Wielkiej Brytanii, który jest nie do tknięcia według Johnsona, natomiast Corbyn stwierdził, że potrzebuje on naprawy.

Corbyn merytoryczny

Dowiedzieliśmy się również, co Corbyn czy Johnson kupiliby sobie na święta. Lider Labour kupiłby oponentowi powieść Dickensa „Opowieść wigilijna”, by ten zobaczył, jakim skąpcem był Ebenezer Scrooge. Premier Johnson natomiast, we właściwym sobie stylu, podarowałby egzemplarz swojego „Brexit deal”.
Debata była więc nie tylko pokazem wizji stojących za liderami, ale też osobowości, szczególnie humoru oraz charyzmy. To też istotne w momencie, w którym padają pytania o to, jak obywatele i obywatelki mogą zaufać politykom w momencie tak wielkiej polaryzacji, która wzmacniana jest przez obie partie. Wynika to z samej istoty polityki, lecz pod względem chamskich zagrywek przodują w niej Torysi.

Johnson demagogiczny

Dowodzi tego między innymi akcja mająca miejsce w czasie debaty. Twitterowy serwis prasowy Torysów na czas debaty zmienił nazwę, jak i logo na „factcheckUK”, co upodobniło go do jednego z serwisów weryfikujących tezy i pomysły polityków. Nie powinno to dziwić: lider tej partii jest wprost dzieckiem epoki prawicowego populizmu. Ostatnio zresztą porównał on Corbyna do Stalina, w kontekście podejścia do zamożniejszej części społeczeństwa.
Krzykliwym i arogancki premier podczas debaty potrafił dziesiątki razy skręcać w stronę Brexitu, praktycznie przy każdej kwestii. Nawet we wspomnianym humorystycznym „świątecznym” momencie musiał eksponować swoje ego. Był non stop upominany przez prowadzącą, co i tak mu kompletnie nie przeszkadzało, nie raz musiała ona na niego podnieść głos, ale on miał to wprost za nic.
Za nic miał też prawdę, rzucając fake newsami, m. in. twierdząc, że Labour już ustaliła koalicję ze Szkocką Partią Narodową. To kłamstwo było szczególnie dobrze dobrane, ponieważ taka koalicja wiązałaby się z kolejnym referendum niepodległościowym.

Leave lub Remain

Johnson jest w końcu niezwykle energicznym i niezmordowanym medialnym potworkiem, którym media od lat podbijały sobie oglądalność telewizyjną czy prasową sprzedaż. W konfrontacji z nim Jeremy Corbyn zaprezentował się zdecydowanie jako osoba dążąca do narodowego konsensusu ponad wszystko.
Szczególnie w sprawie Brexitu. Niestety nie udało mu się obronić retorycznym chwytem pozycji Partii Pracy, która uważa, że najlepszym wyjściem dla kraju byłyby kolejne negocjacje oraz nowe referendum za około pół roku, w którym to Brytyjczycy zdecydowaliby znów: Leave lub Remain.
Nie był on również w stanie zadeklarować się, za czym opowie się jego partia. Mimo to robił wrażenie na tyle dobre, że dziennikarze po debacie mogli twierdzić, że Corbyn kieruje się interesem wspólnym obywateli i obywatelek, a nie egotyczną strategią, którą wyznaje Johnson.
Pod względem charakteru brakowało Corbynowi humoru, prezencji oraz charyzmy, co szczególnie widać było w kwestii Brexitu. Tyrady Johnsona wgniatały go w mantrę powtarzania stanowiska Labour, a wrażenie to pogłębiały w jego przekrzywione okulary i trochę stetryczała dynamika ciała.

Emocje rzadzą

Jednak w kwestiach programowych Corbyn przodował. Potrafił on stworzyć spójną wizję państwa dobrobytu, od NHS po edukację oraz służby publiczne, czy też skrócenie tygodnia pracy do czterech dni. Johnson pod względem programowym nie miał do zaoferowania niczego: albo Brexit albo standardowa demagogia dotycząca gospodarki, którą opinia publiczna już dawno sfalsyfikowała. Bez zmian finansowych, między innymi bez podwyżki podatku korporacyjnego, nie można kompleksowo usprawnić funkcjonowania państwa.
Niestety to prymitywne emocje rządzą brytyjską polityką, co widać szczególnie od kilku Brexitowych lat, nie rządzi nią merytoryka. W niej królują laburzyści, Corbyn świetnie to wykorzystał. Program został jasno i ściśle przedstawiony. Lecz viralowy fakt tego, że Corbyn dziewięć razy nie odpowiedział na pytanie „leave or remain?”, może być szczególnie ważny. Co Johnson, człowiek brukowych mediów, fake newsów i demagogii doskonale wiedział.