Proletariackie Atletico mistrzem Hiszpanii

Siedem lat kibice Atletico Madryt musieli czekać na kolejny triumf ich ulubieńców w Primera Division. W ostatniej kolejce drużyna trenera Diego Simeone pokonała na wyjeździe Real Valladolid 2:1 i utrzymała prowadzenie w tabeli, zdobywając po raz 11. w historii mistrzostwo Hiszpanii. Drugą lokatę zajął Real Madryt, a trzecią FC Barcelona.

Atletico to klub proletariacki, założony na łęgach nad rzeką Manzanares okalających lokalny browar jako filia baskijskiego Athletic Bilbao (usamodzielnił się dopiero po dwóch dekadach istnienia), od początku istnienia przyciągał na swoje mecze głównie robotników i biedniejszych mieszkańców hiszpańskiej stolicy. W czasie wojny domowej w Hiszpanii popadł w ruinę. Zburzono stadion na którym rozgrywał swoje mecze i niewiele brakowało, a klub przestałby istnieć. Uratowała go fuzja z klubikiem założonym przez kilku generałów z sił powietrznych oraz sympatia, jaką do Atletico zapałał generał Franco. Niestety dla Atletico, w drugiej połowie lat 50. ub. wieku dyktator uznał, że odnoszący sukcesy na arenie międzynarodowej Real znacznie jest znacznie lepszą wizytówką Hiszpanii i przeniósł swoje sympatie na ekipę lokalnego rywala. Stadion Realu, który nosi imię legendarnego prezydenta klubu Santiago Bernabeu, został zbudowany przy eleganckiej alei Castellana, bo „Królewscy” byli klubem bogatych mieszczan, których stać było na drogie bilety.
„El Derbi Madrileno”, czyli rywalizacja dwóch największych klubów w stolicy, mają już stuletnią tradycję. Poza stadionami i ośrodkami treningowymi w Madrycie są dwa miejsca ważne dla futbolu. Fani Realu świętują swoje triumfy pod fontanną bogini Cibeles, kibice Atletico natomiast zbierają się pod pomnikiem Neptuna. 22 maja tylko drugie z tych miejsc wypełniło się tłumem, bo dla kibiców Realu wicemistrzostwo Primera Division to żaden sukces, tylko trudna do zaakceptowania porażka, tym bardziej trudna, że doznana w rywalizacji z lokalnym konkurentem.
Primera Division nie jest najbogatszą i najsilniejszą ligą piłkarską na świecie, ale ma w swoich szeregach dwie futbolowe potęgi – Real Madryt i FC Barcelona, znacznie przewyższające finansowo i sportowo resztę klubów. Wystarczy rzut oka na zestawienie triumfatorów rozgrywek – od utworzenia ligi w 1929 roku Real sięgał po mistrzowski tytuł 34 razy, Barcelona 26 razy, Atletico Madryt 11 razy, Athletic Bilba osiem razy, Valencia CF sześć razy, Real Real Sociedad San Sebastian dwukrotnie, a po jednym triumfie mają Deportivo La Coruna, FC Sevilla i Betis Sewilla.
Ale w ostatniej dekadzie potentatom szyki mieszało jedynie Atletico, do czego w znacznej mierze przyczynił się argentyński trener Diego Simeone, który przejął rządy nad zespołem 23 grudnia 2011 roku. Pod jego wodzą piłkarze Atletico pół roku później wygrali Ligę Europy pokonując w finale Athletic Bilbao 3:0. Simeone mógł świętować podwójnie, bo był trzecim trenerem w historii, który najpierw wygrał Ligę Europy jako piłkarz (w barwach Interu Mediolan), a potem jako szkoleniowiec. To był jednak dopiero początek serii sukcesów odnoszonych przez Atletico. 31 sierpnia 2012 zespół wywalczył Superpuchar Europy pokonując Chelsea Londyn 4:1, w kolejnym sezonie zdobył Puchar Króla, a trofeum to było trym cenniejsze, że zdobyte po finałowym zwycięstwie 2:1 nad Realem Madryt odniesionym w mateczniku lokalnego rywala – na Estadio Santiago Bernabeu. Ale w sezonie 2013/2014 fani „Los Colchoneros” przeżyli ekstazę, gdy ich ulubieńcy przełamali wreszcie duopol Realu i Barcelony zdobywają 10. w historii klubu mistrzostwo Hiszpanii, a w rozgrywkach Ligi Mistrzów dotarł do finału. Tu już jednak bajka się skończyła, bo przeciwnikiem był podrażniony niepowodzeniem na krajowym podwórku Real, który okazał się lepszy po po dogrywce. Dwa lata później, w sezonie 2015/2016 te dwa madryckie kluby ponownie spotkały się w finale Champions League i ponownie zwyciężyli „Królewscy”, tym razem dopiero po rzutach karnych. W 2018 roku Atletico po raz drugi wygrało Ligę Europy, zwyciężając w finale Olympique Marsylia 3:0.
W tym sezonie na finiszu rozgrywek szansę na mistrzostwo miały Atletico, Real i Barcelona, a tym „czwartym do brydża” była FC Sevilla. Pierwsza z wyścigu odpadła ekipa z Sewilli, kroku madryckim zespołom nie dotrzymała też „Duma Katalonii”, więc w ostatniej kolejce w wyścigu po tytuł liczyły się już tylko Atletico (83 pkt) i Real (81 pkt). „Los Colchoneros” mieli trudniejsze zadanie, bo grali na wyjeździe z walczącym o utrzymanie Realem Valladolid, zaś „Królewscy” na swoim stadionie podejmowali Villareal. Real wygrał 2:1, lecz to zwycięstwo nic nie dawało, bo Atletico także wygrało 2:1 i po raz jedenasty sięgnęło po mistrzostwo Hiszpanii.

Nie docenili Zidane’a

Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) wybrała najlepszych według swojej oceny trenerów minionej dekady. Skład Top 10 zdumiewa, bo najbardziej utytułowanego Zinedine Zidane znalazł się na 7. miejscu.

IFFHS co roku przyznaje nagrodę dla najlepszego trenera na świecie. W 2020 wyróżniła szkoleniowca Bayernu Monachium Hansiego Flicka, co było jak najbardziej słuszne, ale już ranking najlepszych trenerów minionej dekady wydaje się cokolwiek kontrowersyjny. Według IFFHS tym najlepszy był bowiem Argentyńczyk Diego Simeone, który w latach 2010-2020 wywalczył z Atletico Madryt jeden tytuł mistrza Hiszpanii, dwukrotnie wygrał Ligę Europy i dwa razy awansował do finału Ligi Mistrzów. Były to osiągnięcia niewątpliwie godne uznania, sęk w tym, że w obu finałach Champions League Atletico przegrało akurat z Realem Madryt, prowadzonym przez Zidane’a.
A nie były to przecież jedyne sukcesy francuskiego szkoleniowca w minionej dekadzie, bo pod jego wodzą „Królewscy” wygrali Ligę Mistrzów trzykrotnie z rzędu, do tego dorzucili dwa mistrzostwa Hiszpanii, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata. Żaden inny trener na świecie nie może pochwalić się większymi sukcesami w latach 2010/2020, może jeszcze tylko drugi rankingu IFFHS Pep Guardiola, który w tych latach prowadził zespoły Barcelony (dwa mistrzostwa Hiszpanii 2010 i 2011, Puchar Hiszpanii 2012, Liga Mistrzów 2011, Superpuchar Europy 2011 i Klubowe Mistrzostwo Świata 2011), Bayernu Monachium (trzy mistrzostwa Niemiec – 2014, 2015 i 2016, Klubowe Mistrzostwo Świata 2013, Superpuchar Europy 2013, Puchar Niemiec 2013 i 2014) i Manchesteru City (mistrzostwo Anglii 2018 i 2019, Puchar Anglii 2018).
Ale nawet trzeci w zestawieniu Juergen Klopp ma w dorobku wygranie Ligi Mistrzów, więc on też przebił osiągnięcia Simeone. A wedle IFFHS lepsi od Zidane’a byli jeszcze Jose Mourinho, Maximiliano Allegri i Unai Emery.

Milik za 50 mln euro

Atletico Madryt nie rezygnuje z pozyskania Arkadiusza Milka. Według doniesień włoskich mediów, trener hiszpańskiego zespołu, Diego Simeone, widzi w Polaku przyszłego lidera linii ataku.

Wedle włoskiego dziennika „Corriere dello Sport” działacze Atletico Madryt przychylają się do opinii argentyńskiego szkoleniowca i negocjują z SSC Napoli ewentualny transfer. Hiszpanie są w tej chwili skłonni zapłacić za reprezentanta Polski nawet 50 milionów euro. A to już jest kwota wyższa od zaproponowanej ponoć klubowi z Neapolu przez Juventus Tury. I tym bardziej atrakcyjna, że mistrz Włoch na razie tylko rozważa pozyskanie Milika, bo chce go Maurizio Sarri, obecny szkoleniowiec „Starej Damy”, a wcześniej SSC Napoli. Diego Simeone widzi natomiast w Miliku lidera formacji ofensywnej, który potrafi dobrze łączyć ciężką pracę na boisku ze skutecznością. Atletico już od jakiegoś czasu rozgląda się za takim napastnikiem.
Kontrakt Milika z Napoli wygasa w czerwcu 2021 roku. Według włoskich mediów rozmowy Polaka o przedłużeniu umowy przerwano. Mimo dwóch kontuzji Milik był czołową postacią zespołu Napoli – strzelił 12 goli w 22 występach.

Derby Madrytu w USA

Zespół Realu Madryt w rozegranym za oceanem spotkaniu towarzyskim z lokalnym rywalem Atletico został wręcz ośmieszony. „Królewscy” przegrali 3:7, ale 51. minucie przegrywali aż 0:6.

Spotkanie rozegrano w ramach organizowanego w USA letniego cyklu International Champions Cup. We wcześniejszych potyczkach Real przegrał 1:3 z Bayernem Monachium (jedną z bramek dla niemieckiej drużyny zdobył Robert Lewandowski) i pokonali w karnych Arsenal Londyn (w regulaminowym czasie było 2:2). W miniony weekend w nocy z piątku na sobotę podopieczni Zidane’a zmierzyli się natomiast w wyjazdowych derbach Madrytu i doznali klęski. Atletico po 51. minutach prowadziło 6:0, a po 70 minutach było 7:1. „Królewskich” niemal w pojedynkę pogrążył Diego Costa.

Hiszpański napastnik zdobył aż cztery bramki, a pierwszą z nich niemal tuż po rozpoczęciu spotkania. Trzy pozostałe gole dołożyli Joao Felix, Angel Correa i Vitolo. W 64. minucie koncert Costy przerwał sędzia, który wyrzucił piłkarza z boiska. Taka sama kara spotkała Daniego Carvajala z Realu po bijatyce, w jaką wdali się obaj piłkarze. Dla Realu trafili Nacho Fernandez, a w końcowych minutach spotkania Karim Benzema i Javier Hernandez.

 

Trenerzy stawiają się UEFA

Trenerzy klubowi postulują, żeby UEFA zrezygnowała z zasady, że bramki zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Ten przepis ich zdaniem jest już anachronizmem.

 

Wniosek o zaniesienie tego przepisu trenerzy zgłosili podczas dorocznej konferencji w siedzibie UEFA w Nyonie. Władze Europejskiej Unii Piłkarskiej nie mogły zlekceważyć tego postulatu, bo poparli go szkoleniowcy z największych klubowych potęg na naszym kontynencie, między innymi Massimiliano Allegri z Juventusu Turyn, Carlo Ancelotti z SSC Napoli, Diego Simeone z Atletico Madryt, Julen Lopetegui z Realu Madryt, Jose Mourinho z Manchesteru United, Thomas Tuchel z Paris Saint-Germain, Unai Emery z Arsenalu Londyn, a także pozostający obecnie bez zatrudnienia weteran w tym gronie Arsene Wenger.

Podstawowy argumentem za zmianą przepisu wprowadzonego w 1965 roku są znaczące zmiany w futbolu, które sprawiały, że stał si on przestarzały i niezgodny z duchem sportowej rywalizacji. Trenerzy twierdzą, że dzisiaj zdobywanie bramek na boisku rywala nie jest już tak wielką sztuką, jak miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu. Władze UEFA dały do zrozumienia, że nie będą bronić tego przepisu. Nie zamierzają też sprzeciwiać się innemu postulatowi szkoleniowców, w którym domagaj się ustalenia wspólnego dla wszystkich lig terminu zamykania tzw. okna transferowego.